Rozdział I
Czarne chmury nad ranczem
Dzień, w którym pojawił się "Drągal", wrył mi się w pamięć głębiej niż jakikolwiek inny - głównie z powodu historyjki, jaką uraczył nas już niemal w pierwszej chwili naszej znajomości, ale też ze względu na zajścia, jakie potem nastąpiły. A wydarzyło się wtedy tak wiele, że gdy opowiem o tym po kolei, stanie się od razu jasne, dlaczego wszystko, co wiąże się z Drągalem, zapisało się złotymi głoskami w mej pamięci.
Z pracą wyznaczoną na ten dzień zdążyliśmy się już uporać, nie zostało nic do roboty nawet dla mnie, żółtodzioba, najmłodszego w drużynie. Miałem wtedy dwadzieścia dwa lata i jako ten najbardziej zielony dostawałem najmniej przyjemne zadania. Nie protestowałem, bo i tak miałem się za szczęściarza, jako że należałem do drużyny Porsona, uznawanej za jedną z najlepszych w całej okolicy. Co prawda roboty na ranczu było co niemiara, ale z nastaniem zimy zajęć ubywało i wtedy właściciel stawał na głowie, aby zatrzymać pod dachem przynajmniej tych najbardziej sumiennych. Jeśli zaś chodzi o obiboków i leserów, to gdy zaczynały się prawdziwe chłody, musieli radzić sobie sami. U Porsonów mogli liczyć na przezimowanie tylko porządni kowboje, którzy pracowali z oddaniem. Bywało tak, że zimą dostawali tylko połowę zapłaty, albo nawet tyrali jedynie za wyżerkę, ale gdy z wiosną pojawiały się widoki, że roboty ruszą znowu pełną parą, każdy na ranczu zaczynał otrzymywać pełną zapłatę. Nic więc dziwnego, że chętnych do pracy na naszym ranczu nie brakowało.
Co do mnie, zamierzałem w przyszłości zająć się hodowlą bydła, albo u kogoś, albo na swoim, więc chętnie uczyłem się fachu pod okiem starego Jeffa Porsona. Był jednym z najtwardszych ranczerów w okolicy, ale też najuczciwszym. Co więcej - znał się na bydle jak mało kto! Znał się na tym tak dobrze, że kiedy widział, jak jakiś roczniak podrzuca łbem lub wznosi ogon do góry, potrafił określić dokładnie, ile much dręczy to biedne zwierzę. Tak przynajmniej powiadali jego kowboje. Szefował im syn Jeffa, Dan, ale rzecz jasna tylko wtedy, gdy starego nie było na ranczu. Z Dana też był dobry szef, choć bardzo wymagający i może trochę za bardzo skory do jakiejś rozróby od czasu do czasu, ale w sumie nie mogliśmy na niego narzekać, bo nie czepiał się byle czego.
Co to znaczy: być dobrym szefem? No cóż, dobry szef to moim zdaniem facet, który po pierwsze zna się dobrze na swojej pracy, a po drugie zna dobrze swoich pomocników. Wie zawsze, kiedy ktoś wykonał swoją robotę najlepiej jak umiał, a kiedy nie. Moje pierwsze zadanie na ranczu Porsonów polegało na ujeżdżeniu narowistego czterolatka. Zajęło mi to cały tydzień, przy czym stale musiałem zadawać sobie pytanie, czy zdołam w końcu ujarzmić konia, czy może raczej to koń ujarzmi mnie... Ostatecznie wypróbowałem na tym wałachu niemal wszystkie nieczyste sztuczki, jakich koń może zakosztować w ciągu całego swojego żywota, a jednak Dan Porson pozwolił mi nadal się nim zajmować. Dopiero potem dowiedziałem się, że kiedy jeden z kowbojów skrytykował moje nieuctwo, przez które jakoby tylko znęcam się nad koniem, Dan wyjaśnił mu, że na ranczu dobrze wychowany kowboj jest więcej wart niż dobrze wychowany koń, oraz że wiedza przychodzi z wiekiem, a nie ma lepszej nauki niż ta biorąca się z własnego doświadczenia.
Może rozwodzę się za bardzo nad tym wszystkim i też na temat Dana Porsona, ale to pewnie dlatego, że kiedy zjawił się u nas Drągal, byliśmy tu właśnie w niemałych opałach. A wszystko przez to, że kilka tygodni wcześniej Dan wybrał się z całą drużyną do miasta i podczas jakiejś awantury w tamtejszym saloonie1 poniosły go nerwy. Nie była to wielka burda, po prostu zwykłe spięcie, jak to bywa przy piciu whisky. Jednak w końcu nie obyło się bez tego, że przemówiły rewolwery, i Dan, który zwykle łatwo sięgał po broń, a strzelał wtedy nie tylko szybko, ale też celnie, również tym razem nie chybił przeciwnika.
Kula trafiła Josha Ackera w prawe biodro i wyszła przez plecy na wysokości krzyża. Rannego położono do łóżka na zapleczu saloonu, Dan rzecz jasna opłacił doktora i wszyscyśmy mieli nadzieję, że nie stało się nic wielkiego, a Josh z tego wyjdzie - po części dlatego, że nie mieściło nam się w głowie, aby ktoś mógł stracić życie w tak młodym wieku, a po części dlatego, że Josh miał brata, który włóczył się wprawdzie po okolicy to tu, to tam, ale z pewnością wróciłby czym prędzej policzyć się z Danem, gdyby Josh przeniósł się mimo wszystko na tamten świat. Owym bratem Josha był Tom Acker, urodzony rewolwerowiec, zawsze skory do strzelaniny. Po prostu uwielbiał takie akcje i był w tym naprawdę dobry. Za zabójstwa stawał już przynajmniej kilkakrotnie przed sądem, ale za każdym razem wykręcał się sianem, tłumacząc, że działał w samoobronie.
Tak właśnie miały się sprawy, kiedy pewnego dnia nadszedł list z kilkoma słowami nagryzmolonymi przez tegoż Josha Ackera. Koperta zawierała też pieniądze dla Dana Porsona w kwocie dokładnie takiej, jaką Dan wydał uprzednio na leczenie swojej ofiary, z dopiskiem, że doktora opłacił brat Josha, Tom, który jak tylko znajdzie na to czas, planuje wybrać się pociągiem w nasze strony.
List wyjaśniał ponadto, że Tom Acker ma do pomówienia z Danem Porsonem - a każdy, kto miał choćby trochę oleju w głowie, mógł przewidzieć, że ostatecznych argumentów w takiej rozmowie jest w stanie dostarczyć jedynie "sędzia Colt"2!
Nad ranczem poczęły się gromadzić ciemne chmury, nic więc dziwnego, że pora wieczerzy przebiegała odtąd bez jakichkolwiek oznak wesołości, a posępny nastrój utrzymywał się przez cały dzień. Dan miał swoje wady, wszyscyśmy o tym wiedzieli, ale ogólnie rzecz biorąc, był przez nas lubiany i przygnębiała nas sama myśl o tym, że miałby już niebawem zamknąć oczy na zawsze.
Tak oto wyglądała sytuacja, i dlatego siedzieliśmy wtedy przed naszym barakiem niemal w milczeniu, oddając się posępnym rozmyślaniom, gdy wtem na pobliskim wzgórzu ujrzeliśmy jeźdźca. Zbliżał się bez pośpiechu i niebawem zatrzymał się tuż przed nami. Miał wygląd typowego kowboja - był wysoki i szczupły, przy tym szeroki w barach, o mocarnych ramionach. Twarz miał szkaradną, ale zarazem dobrotliwą, pokaźny krzywy nos oraz szerokie, krzywe usta, wygięte przy uśmiechu identycznie jak nos - tak jakby przez całe życie dął w niego wiatr z jednej strony, podobnie jak to się dzieje z drzewami na stokach gór.
Zatrzymał konia przed barakiem, z wolna zsunął się z jego grzbietu na ziemię i wtedy okazało się, że ubranie wisi na nim w strzępach. Koń, istna kupa nieszczęścia, miał kabłąkowaty grzbiet i trzymał nisko opuszczoną głowę, tak jakby ściągał ją w dół jakiś spory ciężar. Doprawdy, wierzchowiec i jeździec tworzyli razem parę godną pożałowania. Większość kowbojów stara się zwykle zrobić na widzach wrażenie: osadzają konia w miejscu i zwinnie, z gracją zeskakują z niego, jakby rozsadzała ich energia, natomiast ten nieznajomy ni to zsunął się, ni to spadł z siodła i bez pośpiechu stanął na ziemi.
- Siemacie, chłopcy - powiedział. - Tak sobie myślę, czy coś tam u was zostało jeszcze w kuchni do przekąszenia.
Dan Porson, który siedział z nami, rzekł:
- Odprowadź konia, przybyszu. Potem wejdź do środka i powiedz kucharzowi, żeby dał ci coś na ząb. I również ze dwa koce. Znajdzie się też dla ciebie wolna prycza.
- Spróbuję odprowadzić konia do stajni - odparł dryblas - ale raczej nie będzie to łatwe.
- A to czemu? - zapytał jeden z naszych. - Pewnie to jedna z tych szkap, co to unika wysiłku i stara się chodzić jak najmniej?
- Mój koń? Nie, nic z tych rzeczy. To po prostu niedźwiedziokoń.
To powiedziawszy, ruszył w kierunku stajni, ciągnąc za sobą przygarbione zwierzę, a po chwili wszedł do domu.
- Co on miał na myśli z tym niedźwiedziokoniem? - zapytał Dan Porson.
- Nie mam pojęcia - mruknął "Mańkut" Guiness. - W każdym razie wygląda mi na zwykłego włóczykija, a przy tym porusza się tak niemrawo, jakby doskwierał mu reumatyzm. Mam nadzieję, że nie zabawi tu z nami długo.
Wiosna kończyła się właśnie, nastała pora najdłuższych dni w roku, tak więc świeciły jeszcze resztki słońca, kiedy przybysz wyszedł z powrotem z domu. Przez ramię przerzucił sobie zrolowany koc, w ustach ściskał zębami papierosa. Stąpał powoli, z widocznym trudem, stawiając krótkie kroki, jakby bolały go i nogi, i brzuch.
Dan Porson, jak przystało na człowieka dobrze wychowanego, podszedł do niego i podał mu rękę.
- Poznał już pan tutejszych chłopców? - zapytał.
- Nie - odparł nieznajomy. - Znalazłem się tu przypadkiem, jestem tylko przejazdem.
- To ranczo Porsonów - wyjaśnił Dan. - A ja jestem Dan Porson. Jeśliś pan zmęczony, proszę siąść na kocu i odpocząć.
- Dzięki. Zwykle mówią mi "Drągal". Miło mi pana poznać, Porson.
Złożył koc w taki sposób, że zrobił z niego poduszkę, po czym opadł na nią z jękiem, krzyżując nogi.
- Powiedz mi, przyjacielu, cóż to za dziwo: niedźwiedziokoń? - zapytał Dan.
- Niedźwiedziokoń? - powtórzył Drągal. - Nie wiesz pan tego?
- Nie wiem - przyznał Dan. - Nigdy jeszcze nie słyszałem o takim zwierzu!
- No cóż... po namyśle nie mogę się temu dziwić, bo chyba i ja sam zetknąłem się z czymś takim dopiero niedawno.
Drągal umilkł i przez chwilę w milczeniu, bez pośpiechu skręcał długimi palcami nowego papierosa, następnie przypalił go od poprzedniego.
Cisza trwała, dopóki z ust nie wypłynął mu pierwszy dymek, a on w tym czasie upewnił się, że wszyscy czekają w napięciu na jego opowieść, którą rozpoczął tak oto:
- Parę dni temu jeździłem po okolicy, co chwila obrzucając mego konia wyzwiskami, chociaż wiem, że nie powinno się tego robić, zwłaszcza wobec konia, którego dostało się w prezencie. Ale trudno, nic na to nie poradzę, bo to zwierzę jest pokraczne i z przodu, i z tyłu, a środkowej części nie ma wcale. Kiedy jego tylne nogi kłusują, przednie idą stępa, a co gorsza, zawsze porusza się przygarbiony niczym krowa schodząca po stoku. Jest przy tym dychawiczny i krótkowzroczny, a całą siłę, jaką ma w sobie, zużywa każdego ranka na wytarzanie się. Bez takiej rozgrzewki w ogóle nie byłby w stanie wyruszyć w drogę. Chód ma tak twardy, że bolą mnie przez to wszystkie kości od stóp do głów, nie wiem, czy możecie to sobie wyobrazić. Za każdym razem, kiedy uderza kopytem o ziemię, mam wrażenie, jakby w mojej czaszce grzechotało coś niczym suszony groszek w blaszanej puszce.
- Tak, chyba już pojmuję, co to za koń - mruknął Dan Porson.
Reszta z nas siedziała skupiona, bo widać było, że ten wysoki, chudy przybysz jest nie lada mistrzem w snuciu opowieści. On zaś mówił dalej:
- Zaczął mi już doskwierać głód, widoki na znalezienie czegoś, co nadawałoby się do zjedzenia, wydawały się mizerne, a te podskoki na grzbiecie mojej szkapy tylko wzmagały apetyt. Jednak w pewnym momencie mignęły mi w oddali białe ogony stadka jeleni. Czym prędzej zsiadłem z konia, uwiązałem go na długim sznurze do jakiejś wierzby i wspiąłem się ostrożnie na wzgórze. Z góry oddałem strzał i na szczęście trafiłem młodego byczka. Podbiegam bliżej, odcinam z niego, co tylko się da, aby przygotować zapas jedzenia na potem i przedzieram się przez zarośla, aby władować zdobycz na konia. Aż tu nagle wyrasta obok mnie jakby spod ziemi grizzly3. Dźwiga się w górę na tylne łapy, tak potężny, że nosem zdaje się sięgać nieba, największy szary niedźwiedź, jakiegom kiedykolwiek widział, o większym nie opowiadano jeszcze nigdy w saloonach nawet po trzeciej szklaneczce whisky. Taki właśnie kolos stał teraz przy mnie, tak blisko, że kiedy ryknął, samym oddechem zdmuchnął mi kapelusz z głowy. Czym prędzej cisnąłem na ziemię mięso, które trzymałem, chwyciłem kapelusz i puściłem się pędem do konia, a ta bestia za mną. Wpakowałem się na moją chabetę i dźgnąłem ją ostrogami z całych sił, a ona ruszyła z kopyta i kierując się na północ, pomknęła przed siebie niczym jastrząb na łowach. Na moje nieszczęście zapomniałem przy tym zupełnie, że przywiązałem konia do wierzby, no i gdy lina, choć długa, rozwinęła się wreszcie do końca, wstrzymała szkapę tak raptownie, że ta zrobiła fikołka, a ja poszybowałem w górę i wpadłem w jakieś kolczaste krzewy, które bezlitośnie pocięły mnie całego od stóp do głów. Dlatego moje ubranie wygląda tak, jak widać. Kiedym się już pozbierał, a świat przestał mi wirować przed oczami, usiadłem na ziemi i patrzę: oto moja szkapa podnosi się, wstaje jakby nigdy nic, a niedźwiedź patrzy na nią i najwyraźniej nabiera chyba apetytu na koninę, akurat teraz, akurat tego dnia. Nagle rusza do ataku, szarżując wprost na konia, a ten, z pętlą na karku, wie już przecież, że nie pozbędzie się liny, nie próbuje więc nawet uciekać. Zamiast tego gotuje się do starcia z pędzącym ku niemu niedźwiedziem: cofa się nieco i z lekko pochylonym łbem wypatruje celu, po czym tylnymi kopytami wykonuje nagłego kopa i trafia niedźwiedzia prosto w czubek nosa. Jak już mówiłem, to był olbrzymi grizzly, nic więc dziwnego, że i nos miał niemały, starczyło zatem na nim miejsca dla obu kopyt. Niedźwiedź runął na grzbiet, wydając przy tym przeraźliwy ryk, niesamowity, jakby z wnętrza ziemi, potem dźwignął się z trudem i sięgnął przednimi łapami do pyska, aby sprawdzić, czy coś jeszcze tam na nim pozostało, a kiedy się przekonał, że nos tkwi nadal na swoim miejscu, postanowił wynieść się czym prędzej, póki jeszcze czas. Po chwili pędził przed siebie na trzech łapach, bo czwartą trzymał cały czas przytkniętą do nosa, najwidoczniej bardzo obolałego. Zbliżał się szybko do krańca horyzontu, aż wreszcie zniknął mi z oczu. Nie pozostało mi już wtedy nic innego, jak tylko podnieść z ziemi mięso i strzelbę, władować wszystko na konia i ruszyć w drogę. Ale koń co jakiś czas przypominał sobie tamtą linę, a wtedy nagle stawał w miejscu i przez dobrą chwilę potrząsał łbem. Albo też opuszczał głowę i zerkał za siebie, aby się upewnić, czy nie atakuje go niedźwiedź. Oto dlaczego mówię teraz na niego: niedźwiedziokoń.
Po tych słowach, kończących opowieść, Drągal dźwignął się z trudem i stęknął ponownie.
- Ach, te kolce! - szepnął. - Nieźle mnie pokłuły!
Po chwili zniknął w drzwiach baraku, a my odprowadzaliśmy go wzrokiem, chichocząc.
- Niedźwiedziokoń! - odezwał się w końcu Dan Porson, kręcąc głową.
My wszyscy w śmiech, a Dan dodał:
- Teraz już wiemy, co to za jeden ten Drągal: stuknięty gawędziarz.
1 Saloon - w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza na Dzikim Zachodzie rodzaj baru, w którym sprzedawano napoje, również alkoholowe, przeznaczone do konsumpcji na miejscu, miejscowa ludność - niemal wyłącznie mężczyźni - zwykła spędzać tam wolny czas i odbywać spotkania oraz narady.
2 Sędzia Colt (ang. Judge Colt) - powiedzenie nawiązuje do rewolweru Colt 45, popularnego m.in. wśród sędziów na Dzikim Zachodzie, którzy często nosili broń, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo w trakcie wykonywania obowiązków; z tego względu "sędzia Colt" stał się synonimem sędziego, gotowego bronić swojej decyzji za pomocą broni palnej, ale pojęcie to mogło dotyczyć jednocześnie samego rewolweru, mogącego w określonej sytuacji rozstrzygnąć definitywnie o wyniku konfliktu.
3 Grizzly (Ursus arctos horribilis) - niedźwiedź szary, podgatunek niedźwiedzia brunatnego, długość ciała dorosłego samca do 2,5 m, zamieszkuje północno-zachodnią część Ameryki Północnej, głównie Góry Skaliste, doskonale pływa, uchodzi za bardziej drapieżnego niż niedźwiedź brunatny.