1
W chłodny lutowy poranek z przyciemniającą okna mżawką Devin i Rosie
Cauldwelowie kochali się powoli, w rozespaniu. Zaczynał się trzeci dzień
ich tygodniowego urlopu i drugi miesiąc starań o poczęcie drugiego
dziecka. Trzyletni Hugh był owocem długiego weekendu na wyspie Orcas w archipelagu San Juans, a także - w przekonaniu Rosie - deszczowego
popołudnia i butelki pinot noir.
W nadziei powtórzenia poprzedniego sukcesu odwiedzili znów Orcas i radośnie oddali się wypełnianiu zadania, gdy ich synek spał słodko z ukochanym Kicusiem w sąsiednim pokoju.
Wczesna pora nie pozwalała napić się wina, ale Rosie uznała cichy
deszczyk za dobry znak.
Uśmiechnęła się, kiedy leżeli przytuleni, rozluźnieni i rozgrzani po
seksie.
- I kto miał najlepszy pomysł na świecie?
Devin lekko ścisnął jej pośladek.
- Ty.
- Chwileczkę, właśnie przyszedł mi do głowy jeszcze jeden.
- Potrzebuję kilku minut.
Roześmiała się, przekręciła na łóżku i oparła na jego piersi,
odsłaniając zęby w szerokim uśmiechu.
- Przestań myśleć o seksie, łobuzie.
- Na to też potrzebuję kilku minut.
- Naleśniki. Właśnie tego nam trzeba. Deszczowy ranek w przytulnym domku
aż się prosi o naleśniki.
Spojrzał na nią, mrużąc oczy.
- Kto smaży?
- Zagramy. Los zdecyduje.
Szybko usiadła. Zgodnie z wieloletnią tradycją rodzinną Cauldwellów
wszystko zależało teraz od gry w "kamień, papier, nożyczki" - najlepsze
dwa z trzech.
- Cholera - mruknęła, kiedy rozbił jej nożyczki kamieniem.
- Zręczniejszy gracz górą.
- Gówno prawda. Ale umowa stoi, i tak zresztą muszę zrobić siusiu. -
Schyliła się, cmoknęła go mocno i wyskoczyła z łóżka. - Uwielbiam
wakacje - rzuciła, pędząc do łazienki.
Szczególnie podobał jej się właśnie ten urlop, z dwoma przystojniakami.
Jeżeli deszcz nie ustanie lub jeszcze mocniej się rozpada, zostaną w domu i będą sobie grać. A jeżeli się rozjaśni, może przypną Hugh do
fotelika i wybiorą się na przejażdżkę rowerem albo po prostu na długi
spacer.
Hugh zachwycił się okolicą. Podobały mu się ptaki, jezioro, sarny, które
wypatrzyli, i oczywiście króliki - bracia wiernego Kicusia.
Może na jesieni on też będzie miał braciszka. Przechodziła owulację;
nie, nie miała obsesji na punkcie zajścia w ciążę. Liczenie dni nie jest
obsesją - pomyślała, związując gumką rozczochrane włosy. To świadomość
własnego ciała.
Złapała bluzę i flanelowe spodnie, obejrzała się na Devina, który
smacznie drzemał.
Naprawdę sądziła, że trafili w dziesiątkę.
Zachwycona tą myślą, naciągnęła grube skarpety i zerknęła na zegarek
odłożony na toaletkę.
- Ojej, już po ósmej. Dziwne, że Hugh tak długo śpi. Widocznie wczoraj
porządnie go wymęczyliśmy.
- To pewnie przez ten deszcz - wymamrotał Devin.
- Pewnie tak.
Z sypialni udała się do pokoju syna, jak każdego ranka, czy to we
własnym domu, czy to gdzieś indziej. Stąpała cicho, zadowolona, że Hugh
jeszcze śpi; byłoby miło, gdyby udało jej się wypić poranną kawę, zanim
usłyszy pierwsze "mamo" tego dnia.
Zajrzała, spodziewając się, że chłopczyk śpi przytulony do pluszowego
królika. Puste łóżko nie wywołało jej niepokoju. Mógł wstać na siusiu,
tak jak ona. Świetnie już sobie radził pod tym względem.
Nie wpadła w panikę nawet wtedy, kiedy nie znalazła go w małej łazience.
Ponieważ regularnie wstawał wcześnie, zachęcali go, żeby trochę się
pobawił, zanim ich obudzi. Zwykle słyszała, jak rozmawia z zabawkami
albo puszcza samochodziki, lecz tym razem jej uwagę zaprzątnął wakacyjny
seks.
Boże - pomyślała, schodząc na dół, a jeżeli zajrzał do nas, kiedy to
robiliśmy? Nie, na pewno wszedłby od razu do sypialni i spytał, w co się
bawimy.
Uśmiechając się, weszła do ładnego saloniku, gdzie spodziewała się
zobaczyć synka na podłodze w otoczeniu ulubionych zabawek.
Kiedy go nie ujrzała, palce popłochu połaskotały jej gardło.
Zawołała, idąc teraz tak szybko, że aż się ślizgała w skarpetkach na
drewnianej podłodze.
Dopadła ją panika - nóż w brzuch.
Drzwi kuchenne stały otworem.
Tuż po dziewiątej Fiona Bristow zatrzymała się przed ładnym domem
wynajmowanym urlopowiczom w sercu Parku Stanowego Moran. Deszcz siąpił
równo, co zapowiadało tropienie w błocie. Dała znak partnerowi, żeby
został w ciężarówce, wysiadła i podeszła do jednego z miejscowych
funkcjonariuszy.
- Davey.
- Hej, Fee. Szybko dojechałaś.
- To niedaleko. Reszta w drodze. Wykorzystujemy dom jako bazę czy mamy
rozbić obóz gdzie indziej?
- Wykorzystujemy. Zechcesz pewnie porozmawiać z rodzicami, ale powiem w skrócie: Hugh Cauldwell, trzy lata, blondyn, oczy niebieskie. Ostatnim
razem ubrany w piżamę ze Spidermanem.
Fiona zauważyła lekkie zaciśnięcie ust Daveya. Miał synka w tym samym
wieku co Hugh, a synek pewnie miał taką samą piżamkę.
- Matka około ósmej piętnaście spostrzegła, że chłopca nie ma - ciągnął
Davey. - Drzwi od podwórza były otwarte. Żadnych widocznych śladów
włamania ani obecności obcego. Matka zaalarmowała ojca. Od razu zgłosili
zaginięcie, zaczęli biegać i wołać, rozglądając się po okolicy.
I wszystko zadeptali - pomyślała Fiona. Ale czy można ich było winić?
- Przeszukaliśmy dom i teren posesji, upewniając się, czy się mały
gdzieś nie schował. - Davey odwrócił się do Fiony. Z daszka jego czapki
kapała woda. - W domu go nie ma. Matka mówi, że chłopiec zawsze nosi ze
sobą pluszowego królika. Śpi z nim i wszędzie go ze sobą zabiera.
Ściągnęliśmy na poszukiwania strażników, jest McMahon i Matt - dodał,
wymieniając nazwisko szeryfa i innego młodego policjanta. - McMahon dał
mi zgodę na wezwanie waszego zespołu i przydzielił mnie do bazy.
- Zaraz się rozłożymy i zaczniemy. Chciałabym teraz porozmawiać z rodzicami, jeżeli nie masz nic przeciwko temu.
Davey wskazał dom.
- Są przerażeni, co zrozumiałe, i też chcą iść go szukać. Mogłabyś mi
pomóc im to wyperswadować.
- Zobaczę, co się da zrobić.
Myśląc o czekającej ją rozmowie, wróciła do ciężarówki i otworzyła
drzwi, by wypuścić partnera. Peck wyskoczył i ruszył razem z nią i Daveyem do domu.
Davey skinął głową i Fiona podeszła do dwojga tulących się na kanapie
ludzi, którzy na jej widok wstali. Kobieta ściskała w ręku czerwony
samochodzik strażacki.
- Jestem Fiona Bristow z zespołu poszukiwawczo-ratowniczego z psami. A to jest Peck. - Położyła dłoń na łbie labradora o czekoladowym
umaszczeniu. - Reszta zespołu w drodze. Pomożemy szukać Hugh.
- Musi pani iść od razu. On ma tylko trzy latka.
- Tak, proszę pani. Reszta mojego zespołu zjawi się lada chwila. Jeśli
udzielą mi państwo wstępnych informacji, pomoże nam to.
- Wszystko już powiedzieliśmy policji i strażnikom. - Devin spojrzał w okno. - Muszę iść, muszę go szukać. Tutaj tracimy tylko czas.
- Proszę mi wierzyć, panie Cauldwell, policja i strażnicy robią
wszystko, co się da, żeby znaleźć Hugh. Ściągnęli nas, bo wszystkim
zależy na jego odnalezieniu. Jesteśmy wyszkoleni i skupimy się wyłącznie
na państwa synku. Będziemy współpracować z policją i strażnikami parku.
Muszę dowiedzieć się jak najwięcej, żebyśmy optymalnie mogli wykorzystać
siły i środki. Zorientowała się pani, że Hugh zniknął mniej więcej
kwadrans po ósmej?
Do oczu Rosie napłynęły łzy.
- Powinnam wcześniej do niego zajrzeć. Rzadko sypia dłużej niż do
siódmej. Powinnam...
- Pani Cauldwell... Rosie - poprawiła się Fiona, posługując się imieniem
matki chłopczyka. - Proszę się o nic nie winić. Mali chłopcy są
ciekawscy, tak już jest. Czy Hugh kiedykolwiek przedtem wyszedł sam z domu?
- Nigdy, nigdy. Myślałam, że zszedł na dół się pobawić, a kiedy go nie
znalazłam, zajrzałam do kuchni. Drzwi... drzwi były otwarte. Na oścież.
I nigdzie go nie znalazłam.
- Może mi pani pokaże dom. - Fiona dała znak Peckowi, żeby szedł za nią.
- Miał na sobie piżamę?
- Ze Spidermanem. Będzie zmarznięty, mokry, przerażony. - Trzęsły jej
się ramiona, kiedy szli do kuchni. - Skoro jest policja, to nie
rozumiem, co więcej wy możecie zdziałać.
- Stanowimy siłę dodatkową. No i jest Peck. Specjalnie wyszkolony. Brał
udział w dziesiątkach poszukiwań.
Rosie otarła załzawione policzki.
- Hugh lubi psy. Lubi zwierzęta. Może wróci, gdy usłyszy szczekanie psa.
Fiona nie odpowiedziała, tylko otworzyła drzwi na tyłach domu i przykucnęła, żeby rozejrzeć się po otoczeniu z poziomu oczu trzylatka.
Lubi zwierzęta - powtórzyła w duchu.
- Na pewno można tu zobaczyć sporo żyjących dziko zwierząt. Sarnę, lisa,
zające.
- Tak. Tak. Zupełnie inaczej niż w Seattle. Synek uwielbia rozglądać się
po okolicy przez okno albo z tarasu. Byliśmy też z nim na wycieczkach,
pieszo i rowerami.
- Czy jest nieśmiały?
- Nie. Nie. Jest śmiały, towarzyski. Niczego się nie boi. O Boże.
Fiona instynktownie objęła roztrzęsioną kobietę.
- Rosie, jeśli nie masz nic przeciwko temu, rozłożę się tu, w kuchni.
Potrzebuję pięciu rzeczy, które Hugh ostatnio miał na sobie. Mogą być
wczorajsze skarpetki, bielizna, koszula i tak dalej. Pięć małych części
garderoby. Tylko nie ściskaj ich w rękach. Włóż je tutaj.
Fiona wyciągnęła z niezbędnika plastikowe torebki.
- Tworzymy zespół pięciu drużyn. Pięciu przewodników, pięć psów. Każdy
użyje czegoś, co należy do Hugh, żeby dać psu zapach.
- Będą... go tropić?
Łatwiej przytaknąć niż udzielać wyjaśnień o łapaniu górnego wiatru,
stożku zapachu i cząsteczkach złuszczonego naskórka. Chłopiec przecież
zniknął ponad godzinę temu.
- Tak. Ma jakiś ulubiony smakołyk? Coś, za czym szczególnie przepada, co
daje mu pani, kiedy jest grzeczny?
- No, na przykład... - Wciskając palce we włosy, Rosie rozejrzała się
wokół niewidzącym spojrzeniem. - Przepada za wężowymi żelkami.
- Świetnie. Ma pani trochę?
- Ma...m.
- Proszę o naszykowanie ubranek i żelek - powiedziała Fiona z uśmiechem.
- Słyszę mój zespół, więc się tu rozgoszczę.
- Dobrze. Dobrze. Proszę... On ma tylko trzy latka.
Rosie wybiegła. Fiona wymieniła spojrzenia z Peckiem i zaczęła
przygotowania.
Gdy zjawili się jej ludzie z psami, zwołała odprawę i zaczęła
przydzielać sektory do przeszukania, pochylając się nad mapami. Znała tę
okolicę, i to gruntownie.
Raj - pomyślała, dla spragnionych spokoju, pięknych widoków, dla tych,
którzy chcą uciec od zatłoczonych ulic, aut, zabudowań. A dla
zagubionego chłopczyka świat pełen zagrożeń. Strumienie, jeziora, skały.
Prawie pięćdziesiąt kilometrów szlaków dla pieszych, przeszło dwa
tysiące hektarów lasu, które połknęły trzylatka i jego pluszowego
królika.
- Pada dość mocno, więc skupimy się na najbliższych sektorach i ogarniemy tę połać. - Jako dowódca akcji w terenie Fiona zaznaczyła
sektory na mapie, a Davey wypisał dane na dużej białej tablicy. -
Wejdziemy częściowo na teren przeszukiwany przez inne drużyny. Bądźmy
cały czas w kontakcie, żebyśmy nie deptali sobie po piętach.
- Jest już na pewno przemoczony i zmarznięty. - Meg Greene, matka dwojga
dzieci, od niedawna także babcia, spojrzała na swojego męża, Chucka. -
Biedactwo.
- Dzieciak w tym wieku nie ma poczucia kierunku. Może podreptać w każdą
stronę. - James Hutton ściągnął brwi, sprawdzając krótkofalówkę.
- Może się zmęczy, położy i zaśnie. - Lori Dyson skinieniem głowy
wskazała swojego owczarka niemieckiego Pipa. - Może nie usłyszeć wołania
szukających, ale nasi tropiciele go wywąchają.
- Taki jest plan. Wszyscy mają współrzędne? Sprawdzone krótkofalówki i plecaki? Upewnijcie się, że macie dobrze nastawione kompasy. Ponieważ
Mai operuje nagły przypadek, Davey sam dowodzi bazą. Będziemy zgłaszać
się do niego, przeszukując sektory.
Urwała, gdy weszli Cauldwellowie.
- Mam... - Rosie zadrżały wargi. - Mam to, o co pani prosiła.
- Świetnie. - Fiona podeszła i położyła dłonie na ramionach przerażonej
matki. - Proszę być dobrej myśli. Wszyscy zjechali tu w jednym celu i pragną tylko jednego: znaleźć Hugh i przyprowadzić go do domu.
Wzięła torebki i rozdała je członkom zespołu.
- Dobra, ruszamy po niego.
Wyszła wraz z innymi na dwór, zarzucając plecak na ramiona. Peck stanął
u jej boku, lekkim drżeniem całego ciała sygnalizując gotowość do
działania. Tak jak pozostali członkowie zespołu, udała się do
przydzielonego sektora i nastawiła kompas.
Otworzyła torebkę z dziecięcą skarpetką i podsunęła psu pod nos.
- To jest Hugh. Hugh. Hugh to mały chłopczyk, Peck. To jest Hugh.
Wąchał z entuzjazmem, wiedział, co do niego należy. Zerknął na nią,
niuchnął jeszcze raz, a potem zajrzał jej głęboko w oczy, rozdygotany,
jakby chciał powiedzieć: Już mam! Ruszajmy!
- Szukaj Hugh. - Dodała sygnał dłonią i Peck uniósł wysoko pysk. -
Szukamy Hugh!
Patrzyła, jak węszy i krąży, pozwoliła się prowadzić, a on kręcił się to
szybciej, to wolniej. Miarowa mżawka stanowiła pewną przeszkodę, ale
Peck dobrze pracował w deszczu.
Fiona stała w miejscu, rzucając słowne zachęty łapiącemu wiatr psu.
Krople deszczu bębniły o jasnożółty sztormiak.
Gdy Peck ruszył na wschód, poszła za nim między gęste drzewa.
Pięcioletni, ważący trzydzieści kilogramów czekoladowy Peck był
labradorem weteranem, silnym, sprytnym i niestrudzonym. Fiona wiedziała,
że gotów jest tropić przez wiele godzin, w każdych warunkach, w każdym
terenie, szukając żywych bądź zmarłych. Wystarczy, że go o to poprosi.
Razem posuwali się przez gęsty las po miękkiej, nasączonej wodą glebie
wyścielonej igłami zrzuconymi przez wysokie daglezje i stare cedry,
depcząc lub omijając skupiska grzybów i omszałe zwalone pnie,
przedzierając się przez kolczaste jeżyny. Podczas tych poszukiwań Fiona
obserwowała język ciała partnera, odnotowywała charakterystyczne
miejsca, sprawdzała kompas. Co kilka minut Peck oglądał się na nią,
dając znak, że jest na bieżąco.
- Szukaj Hugh. Szukamy Hugh, Peck.
Ożywił się, okazując zainteresowanie ziemią wokół zwalonego drzewa.
- Masz coś, tak? Dobrze. Dobry pies.
Oznaczyła pierwszy zasygnalizowany ślad jasnoniebieską taśmą,
przystanęła razem z psem, ogarniając spojrzeniem najbliższe otoczenie i wołając Hugh. Potem zamknęła oczy i nasłuchiwała.
Usłyszała tylko szmer deszczu i szept wiatru w gałęziach drzew.
Kiedy pies trącił ją pyskiem, wyjęła z kieszeni torebkę ze skarpetką,
otworzyła ją, żeby Peck mógł sobie odświeżyć pamięć zapachu.
- Szukaj Hugh - powtórzyła. - Szukamy Hugh.
Ruszył z miejsca, a Fiona przestąpiła przez zwalony pień i szła za nim w ciężkich, solidnych butach. Kiedy Peck odbił na południe, zgłosiła swe
nowe położenie do bazy i porozumiała się z członkami zespołu.
Dzieciak jest na dworze co najmniej od dwóch godzin - pomyślała. Dla
zamartwiających się rodziców to bardzo długo.
A maluchy w tym wieku nie mają poczucia czasu. Trzylatki są bardzo
ruchliwe i niezupełnie rozumieją, co to znaczy się zgubić. Potrafią
pójść za czymś, co zobaczą lub usłyszą, są też dość wytrzymałe, mogą
więc upłynąć całe godziny, zanim utrudzony wędrówką Hugh zapragnie
wrócić do mamy.
Spłoszony królik umknął w zarośla. Pełen godności Peck zaszczycił go
zaledwie przelotnym spojrzeniem.
A gdyby to był mały chłopczyk? - pomyślała Fiona. Taki, który kocha
swojego Kicusia, lubi zwierzęta? Którego, jak mówi matka, fascynuje las?
Czy nie chciałby złapać prawdziwego królika, licząc na wspólną zabawę?
Pewnie próbowałby podążyć jego śladem. To chłopczyk z miasta, kuszony
urokiem lasu, łonem przyrody, innością wszystkiego wokół.
Jak mógłby się temu oprzeć?
Rozumiała to, rozumiała tę magię. Sama była kiedyś dziewczyną z miasta,
którą zauroczyły zielone cienie, taniec światła, nieogarniony ogrom
drzew, gór i oceanu.
Małe dziecko łatwo mogło zgubić się w wielkim parku.
Na pewno przemarzł - pomyślała. Jest głodny i przestraszony. Chce do
matki.
Rozpadało się jeszcze bardziej, a oni brnęli przed siebie - niestrudzony
pies i wysoka kobieta w grubych spodniach i ciężkich butach. Koński ogon
jasnorudych włosów zmienił się w przyklejoną do pleców mokrą linę,
niebieskie jak jezioro oczy penetrowały półmrok.
Kiedy Peck znowu odbił w bok, kierując się w dół krętym zboczem,
nakreśliła w głowie mapkę. Niecałe czterysta metrów dalej - jeżeli nie
zmienią kierunku - dotrą do strumienia stanowiącego południowo-wschodnią
granicę jej sektora. Po drugiej stronie szukali Chuck z Quirkiem. O tej
porze roku strumień wzbiera - pomyślała. Zimna, rwąca woda, porośnięte
mchem brzegi śliskie w deszczu.
Miała nadzieję, że chłopczyk nie podszedł zbyt blisko brzegu ani, co
gorsza, nie próbował przejść na drugą stronę.
Spostrzegła, że wiatr się zmienia. Diabli nadali. Muszą się dostosować.
Znów odświeży zapach; zrobi Peckowi krótką przerwę nad wodą. Pracowali w terenie blisko dwie godziny i chociaż Peck trzy razy mocno się ożywił,
nie zobaczyła jeszcze śladu chłopca - skrawka tkaniny na ciernistym
krzewie, odcisku stopy na rozmiękłej ziemi. Zaznaczyła zasygnalizowane
przez psa punkty na niebiesko, a pomarańczową taśmą znakowała przebyty
szlak, dlatego też wiedziała, że parę razy przecięli własne ślady.
Postanowiła skontaktować się z Chuckiem. Jeżeli Peck jest na śladzie, a dzieciak przeprawił się przez strumień...
Nie pozwoliła sobie pomyśleć: "wpadł". Jeszcze nie.
W momencie, gdy sięgała po krótkofalówkę, Peck znów się ożywił. Tym
razem puścił się galopem, rzucając jej króciutkie spojrzenie.
Dostrzegła błysk w jego oczach.
- Hugh! - zawołała, przekrzykując pluskanie deszczu i świst wiatru.
Nie usłyszała chłopca, tylko trzy krótkie szczeknięcia.
Pobiegła, tak jak przedtem pies.
Poślizgnęła się, biorąc zakręt na stoku.
Blisko brzegu rwącego strumienia - niepokojąco blisko - zobaczyła
przemoczonego chłopczyka. Leżał na ziemi, obejmując psa.
- Hej, Hugh, cześć. - Szybko pokonała dzielącą ją od niego odległość i przykucnęła, zrzucając plecak. - Jestem Fiona, a to jest Peck.
- Piesek. - Hugh płakał wtulony w sierść Pecka. - Piesek.
- To dobry piesek. Najlepszy na świecie.
Gdy Peck potwierdzał tę opinię, merdając ogonem, Fiona wyciągnęła z plecaka koc termoizolacyjny.
- Teraz cię opatulę... Kicusia też. To jest Kicuś?
- Kicuś upadł.
- Właśnie widzę. Już dobrze. Rozgrzejemy was obu, dobrze? Nie
skaleczyłeś się? A...ach.
Mówiła wesołym głosem, okrywając dziecko kocem. Na ubłoconej nóżce
zobaczyła krew.
- Małe kuku, tak? Zaraz to opatrzymy.
Hugh, który nie wypuszczał z objęć Pecka, odwrócił buzię do Fiony i spojrzał żałośnie, z drżącymi wargami.
- Chcę do mamy.
- Pewnie, że tak. Ja i Peck zaraz cię zabierzemy do mamy. Proszę, to dla
ciebie od mamy. - Wyciągnęła paczuszkę żelek.
- Niegrzeczny chłopczyk - powiedział Hugh, ale popatrzył na żelki z zainteresowaniem, cały czas ściskając Pecka.
- Mama się nie gniewa. Tata też nie. Proszę.
Podała mu paczuszkę i wyciągnęła krótkofalówkę. Hugh podsunął żelkę
Peckowi, a ten zerknął z ukosa na Fionę.
Mogę? No co? Mogę?
- Weź... i podziękuj.
Peck delikatnie zgarnął żelkę z rączki chłopca, połknął i w podzięce
liznął go serdecznie po buzi. Hugh zachichotał.
Z miłym ciepłem w sercu Fiona skontaktowała się z bazą.
- Mamy go. Cały i zdrowy. Powiedz jego mamie, że zajada te swoje żelki i za chwilę ruszamy do domu. - Mrugnęła do Hugh, który karmił brudnego,
mokrego pluszowego królika, a potem ten sam smakołyk wetknął sobie do
buzi. - Ma kilka zadrapań, jest przemoczony, ale przytomny. Odbiór.
- Rozumiem. Dobra robota, Fee. Potrzebujesz wsparcia? Odbiór.
- Damy radę. Wracamy. Będę cię informować. Bez odbioru.
- Popij trochę - zaproponowała i podała Hugh manierkę.
- Co to?
- Zwykła woda.
- Lubię sok.
- Postaramy się o sok, kiedy wrócimy do domu. Wypij trochę, dobrze?
Napił się posłusznie, pociągając nosem.
- Robiłem siku tak, jak pokazał mi tata. Nie do spodni.
Uśmiechnęła się do niego, wspominając sygnały dawane przez Pecka.
- Dobrze zrobiłeś. Wsiądziesz mi na barana?
Oczy mu pojaśniały, jak wcześniej na widok słodyczy.
- Okej.
Owinęła go porządnie kocem i odwróciła się, żeby się na nią wdrapał.
- Mów do mnie Fee. Jeżeli będziesz czegoś potrzebował, powiedz: Fee,
potrzebuję albo chcę.
- Piesek.
- Idzie z nami. Poprowadzi nas. - W przykucniętej pozycji pogłaskała
Pecka i uściskała go.
- Dobry pies, Peck. Dobry pies. Wracaj!
Ruszyli w trójkę przez las. Fee z plecakiem przewieszonym przez ramię i chłopcem na plecach.
- Sam otworzyłeś drzwi, Hugh?
- Niegrzeczny chłopczyk - wymamrotał.
No tak - pomyślała, ale kto nie był czasem niegrzeczny?
- A co zobaczyłeś przez okno?
- Kicusie. Kicuś powiedział: chodźmy do kicusiów.
- Aha. - Sprytny dzieciak - pomyślała. Zwala winę na królika.
Hugh się rozgadał i mówił tak szybko w swoim dziecięcym żargonie, że
umykało jej co trzecie słowo. Ale ogólny sens łapała.
Mama i tata śpią, a za oknem kicusie, więc kto by się powstrzymał? A jeśli dobrze się domyślała, potem dom znikł i Hugh nie mógł go znaleźć.
Mama nie przyszła, kiedy zawołał, więc spodziewał się kary. Nie cierpiał
dostawać kary, która polegała na tym, że nikt się z nim nie bawił.
Stało się to jasne, bo kiedy powiedziała "kara", chłopczyk rozpłakał
się, wtulając twarz w jej plecy.
- Jeżeli dostaniesz karę, to Kicuś też powinien dostać. Popatrz, hej,
Hugh, popatrz. Bambi z mamą.
Uniósł głowę, pociągając nosem. Zapomniał o łzach i pisnął z zachwytu na
widok łani z jelonkiem. Potem westchnął, a kiedy go podepchnęła wyżej,
ułożył głowę na jej ramieniu.
- Jestem głodny.
- No myślę. Przeżyłeś wielką przygodę. - Z pewnym trudem wydobyła z plecaka batonik.
Krócej się teraz szło niż podczas przeszukiwania terenu, ale kiedy
drzewa zaczęły się przerzedzać, chłopiec ciążył jej już jak kamień.
Hugh, pokrzepiony i zafascynowany wszystkim dokoła, gadał bez ustanku.
Rozbawiona Fiona nie powstrzymywała go, marząc o kadzi kawy, ogromnym
hamburgerze i wiadrze frytek.
Kiedy między drzewami dojrzała dom, wykrzesała z siebie resztkę energii
i przyśpieszyła kroku. Ledwie minęli linię lasu, z domu wybiegli Rosie i Devin. Fiona przykucnęła.
- Zejdź, Hugh. Biegnij do mamy.
Nie podniosła się, tylko objęła ramieniem Pecka, który z radości aż
kołysał się na boki.
- Tak - wyszeptała mu do ucha, kiedy Devin wyprzedził żonę kilkoma
susami i porwał Hugh, unosząc go do góry. Potem we troje spletli się w załzawiony kłębek rąk i nóg. - Taak, to dobry dzień. Ty tego dokonałeś,
Peck.
Rosie, tuląc syna w ramionach, pośpieszyła do domu. Devin odłączył się
od niej i na chwiejnych nogach podszedł do Fiony.
- Dziękuję. Nie wiem jak...
- Proszę bardzo. To wspaniały dzieciak.
- Jest dla nas... wszystkim. Bardzo dziękujemy. - Oczy mu się zaszkliły,
objął Fionę i podobnie jak Hugh oparł głowę na jej ramieniu. - Nie
potrafię powiedzieć...
- Nie musi pan. - Ją też zapiekły oczy, gdy poklepała go po plecach. -
Peck go znalazł. To on jest bohaterem dnia. Będzie zadowolony, kiedy
uściśnie mu pan łapę.
- Aha. - Devin potarł twarz, kilka razy odetchnął dla uspokojenia. -
Dziękuję, Peck. Dziękuję. - Przykucnął, wyciągnął rękę.
Peck uśmiechnął się po psiemu i położył łapę na dłoni Devina.
- Mogę... mogę go uściskać?
- Będzie zachwycony.
Wzdychając głęboko, przejęty dreszczem, Devin uściskał Pecka za szyję,
wtulając twarz w jego sierść. Ponad ramieniem mężczyzny Peck popatrzył
na Fionę roziskrzonym wzrokiem.
Ale było fajnie - zdawał się mówić. Może to powtórzymy?
2
Po złożeniu meldunków Fiona pojechała do domu z Peckiem rozwalonym na
tylnym siedzeniu i pokrzepiającym się drzemką. Zasłużył - pomyślała,
podobnie jak ona zasłużyła na burgera, którego zamierzała przyrządzić i pochłonąć podczas przepisywania raportu do komputera.
Musiała zadzwonić do Sylvii, przybranej matki, że znaleźli dziecko,
wobec czego nie będzie potrzebowała jej zastępstwa na popołudniowych
zajęciach.
No tak - pomyślała, skończyliśmy harówkę i deszcz sobie odpuścił. Przez
szarość przezierał już tu i ówdzie błękit.
Gorąca kawa, gorący prysznic, lunch i robota papierkowa - zaplanowała.
Przy odrobinie szczęścia miała szanse na bezdeszczowe popołudnie.
Gdy wyjeżdżała z parku, nad kotłowaniną deszczowych chmur zalśniła
nieśmiała tęcza. Uznała to za dobry znak, może nawet za wróżbę na
przyszłość. Kilka lat temu jej życie przypominało trochę ten deszcz -
nudne, szare, ponure. Wyspa była błękitem przezierającym przez chmury, a decyzja, by tu osiąść, dawała szansę na tęcze.
- Mam to, czego potrzebuję - szepnęła. - A może dostanę więcej...
Pożyjemy, zobaczymy.
Zjechała z wijącej się drogi na wyboisty podjazd. W reakcji na zmianę
kierunku jazdy Peck prychnął i dźwignął się do siadu. Załomotał ogonem w siedzisko, gdy z hurgotem przejechali wąski mostek nad bulgoczącym
strumykiem. Gdy ukazał się dom, pies zaczął wybijać ogonem przyśpieszony
rytm i zaszczekał radośnie na dwa tony.
Chatynka jak dla lalki, z cedrowym gontem i dużymi oknami, wyrastała na
sporym kawałku ziemi z lasem i polem. Rozległe podwórze opadało
łagodnie, dzieląc się na strefy treningowe. Zjeżdżalnie, huśtawki,
drabinki i platformy, tunele i przejścia ułożone z ław, podwieszone
opony i rampy sprawiały razem wrażenie placu zabaw dla dzieci.
Niedalekie to od prawdy - pomyślała Fiona. Tyle że były to dzieci
czworonożne.
Pozostałych dwoje z jej trojga pociech stało na ganku od frontu,
machając ogonami, a łapy podrywały się im do tańca. Fiona uważała, że
jedną z najwspanialszych rzeczy wynikających z posiadania psów jest
ogromna radość, z jaką witają pana lub panią, i to zarówno po pięciu
minutach, jak po pięciu dniach nieobecności. Tak się wyraża
bezwarunkowa, bezgraniczna miłość.
Zaparkowała i wokół samochodu rozszalał się psi zachwyt, w środku zaś
Peck kołysał się, oczekując niecierpliwie spotkania z najlepszymi
kumplami.
Wysiadła, trącana przez pchające się pyski i machające ogony.
- Cześć, chłopaki.
Zmierzwiła im sierść i sięgnęła do tylnych drzwi. Peck wyskoczył jednym
susem i zaczęło się świętowanie.
Psy najpierw się obwąchiwały, powarkiwały radośnie, trącały się bokami,
a potem zaczęły się ganiać. Gdy wyciągała plecak, biegały w kółko i zakosami, oddalając się, by zaraz powrócić.
Zawsze gotowe do zabawy - pomyślała, patrząc w trzy pary oczu pełnych
nadziei.
- Niedługo - obiecała. - Muszę wziąć prysznic, przebrać się, zjeść.
Wejdziemy do domu. Co wy na to? Chcecie wejść?
W odpowiedzi wszystkie trzy rzuciły się pędem do drzwi.
Newman, żółty labrador, najstarszy, bo sześciolatek, i najpoważniejszy,
wiódł całą paczkę. Ale Bogart, czarny labrador, trzyletni dzieciuch,
zatrzymał się i złapał zębami linę.
No, na pewno ktoś zechce się pobawić.
Wskoczyły do domu tuż za Fioną, tupiąc w szerokie dechy podłogi. Ile
czasu? - pomyślała, zerkając na zegarek. Niewiele.
Zostawiła plecak na wierzchu, bo przed odłożeniem go musiała zapakować
nowy koc termoizolacyjny. Psy tarzały się po podłodze. Poruszyła tlący
się w kominku kopczyk, który zgarnęła przed wyjściem, i dołożyła polano.
Ściągnęła mokrą kurtkę i zapatrzyła się w płomienie.
Z psami na podłodze i ogniem na palenisku zrobiło się bardzo przytulnie.
Miała wielką ochotę zwinąć się w kłębek na kozetce i zdrzemnąć dla
nabrania sił.
Nie ma czasu - przypomniała sobie, i zaczęła się zastanawiać, co
najpierw: suche ubranie czy jedzenie. Po chwili rozterki rozsądek osoby
dorosłej nakazał jej najpierw się osuszyć. Odwróciła się w stronę
schodów i w tym momencie trzy psy równocześnie nastawiły uszu. Kilka
sekund później usłyszała turkotanie na moście.
- Kto to może być?
Nie znała tej niebieskiej ciężarówki, a na wyspie wielkości Orcas nie
mieszkało wielu obcych. Przyszło jej na myśl, że to jakiś turysta źle
skręcił i trzeba mu będzie udzielić wskazówek.
Zrezygnowana wyszła na dwór i dała psom znak, żeby zostały na ganku.
Patrzyła, jak kierowca wysiada. W odrapanych butach i wyświechtanych
dżinsach, długonogi, wysoki, z gęstymi ciemnymi włosami. Miał dobrą
twarz, której ostre rysy łagodził cień zarostu świadczący o tym, że z nadmiaru zajęć lub z lenistwa dziś się nie ogolił. Ta dobra twarz
wyrażała frustrację lub rozdrażnienie - a może jedno i drugie - kiedy
przeciągnął palcami przez czuprynę.
Zauważyła duże dłonie na długich rękach przybysza.
Skórzana kurtka, którą miał na sobie, nosiła podobne ślady zniszczenia
jak buty. Ale ciężarówka wyglądała na nową.
- W czym mogę pomóc? - zawołała.
Przybysz, który z marsem na czole patrzył na plac do ćwiczeń, zwrócił
się do niej:
- Fiona Bristow? - W jego głosie wyczuwało się napięcie oraz nie tyle
gniew, ile zniecierpliwienie, które wyczytała już z twarzy.
Za jej plecami Bogart cicho zaskowyczał.
- Zgadza się.
- Trenerka psów?
- Tak. - Zeszła z ganku, gdy ruszył ku niej, i obserwowała, jak jego
wzrok przesuwa się po jej trzech stróżach. - Co mogę dla pana zrobić?
- Szkoliła pani te trzy?
- Tak.
Złotawobrązowe oczy przywodzące na myśl ciepły, mocny napar herbaty
przeniosły się na nią.
- Zatrudniam panią.
- Oho. Za ile?
Wskazał ręką psy.
- Pani trener, proszę podać cenę.
- Dobrze. Cena wywoławcza milion dolarów.
- Przyjmie pani w ratach?
- Możemy negocjować - odparła z uśmiechem. - Zacznijmy od tego. Fiona
Bristow - przedstawiła się, wyciągając rękę.
- Przepraszam. Simon Doyle.
Ręce człowieka pracy - pomyślała, twarde, z odciskami. Kiedy zetknęły
się z jej dłońmi, skojarzyła nazwisko.
- Już wiem, artysta.
- Robię głównie meble.
- Piękne rzeczy. Kilka tygodni temu kupiłam drewnianą misę, pańskie
dzieło. Kiedy zobaczę ładną misę, nie mogę się oprzeć i kupuję. Moja
macocha sprzedaje pana wyroby w sklepie, który prowadzi. Island Arts.
- Sylvia, o tak. Wspaniała kobieta. - Krótko zbył komplement, zakup i towarzyskie zagajenie. Człowiek, który ma coś do załatwienia. - To
właśnie ona poradziła, żebym tu przyjechał. Jaką zaliczkę mam dać na
poczet tego miliona?
- Gdzie jest pies?
- W ciężarówce.
Spojrzała ponad jego ramieniem, przechylając głowę. Zobaczyła przez okno
szczeniaka. Labrador z domieszką retriwera - oceniła, oddający się
pewnej czynności.
- Pański pies zjada ciężarówkę.
- Co? - Odwrócił się gwałtownie. - O, kurwa!
Rzucił się naprzód, a Fiona dała sygnał ożywionym psom, żeby zostały na
miejscu, i wolnym krokiem ruszyła za właścicielem szczeniaka. Chciała
zobaczyć, jak sobie poradzi z tą sytuacją, ponieważ w ten sposób mogła
najlepiej ocenić człowieka, psa i aktualną dynamikę ich relacji.
- Na litość boską! - Szarpnął drzwiczki. - Cholerny świat, co ci odbiło?
Szczeniak nic a nic się nie bał, nie okazał skruchy, skoczył na swojego
pana i obślinił mu twarz gorliwym lizaniem.
- Dosyć tego. Przestań! - Odsunął psiaka, który, zachwycony, wywijał
ogonem, wiercił się i poszczekiwał.
- Dopiero co kupiłem tę ciężarówkę. Zjadł zagłówek. Jak mu się to udało
w niecałe pięć minut?
- Szczeniak nudzi się po dziesięciu sekundach. Znudzone szczeniaki
gryzą. Szczęśliwe szczeniaki gryzą. Smutne szczeniaki gryzą.
- Jakbym o tym nie wiedział! - rzekł z goryczą Simon. - Kupiłem mu całą
górę gryzaków, ale on woli dobierać się do butów, mebli, do pieprzonych
kamieni i w ogóle do wszystkiego, nawet do mojej nowej ciężarówki.
Proszę. - Wepchnął psiaka w ramiona Fiony. - Niech pani coś zrobi.
Objęła szczeniaka, który natychmiast obcałował ją po psiemu, z serdecznością kochanka po rozłące. Owionął ją ciepły oddech z nutą
wyprawionej skóry.
- Aleś ty śliczny! Przystojniak z ciebie, tak?
- To potwór! - warknął Simon. - Specjalista od ucieczek, który w ogóle
nie śpi. Wystarczy spuścić go z oka na dwie minuty, a od razu coś zeżre,
stłucze albo załatwi się w najmniej odpowiednim miejscu. Od trzech
tygodni nie mam chwili spokoju.
- Hmm. - Fiona przytuliła winowajcę. - Jak się wabi?
Simon rzucił psu spojrzenie bynajmniej niezapowiadające odwzajemnienia
obśliniających serdeczności.
- Jaws1.
- Nadzwyczaj odpowiednio. Przekonajmy się, jaki ma charakter.
Przykucnęła i dała znak swoim psom, że mogą się zbliżyć. Gdy
przytruchtały, postawiła szczeniaka na ziemi.
Niektóre szczenięta kulą się ze strachu, inne chowają się albo uciekają.
A jeszcze inne, tak jak ten, są twarde, nie poddają się. Jaws doskakiwał
do dużych psów, poszczekując i merdając ogonkiem. Wąchał tak jak one,
drżąc z radości, podgryzał nogi i ogony.
- Mały dzielny wojownik - bąknęła Fiona.
- Niczego się nie boi. Niech pani to zmieni.
Westchnęła i potrząsnęła głową.
- Po co wziął pan psa?
- Dała mi go matka. Teraz już przepadło. Lubię psy, nie powiem. Zamienię
go na jednego z tych pani. Proszę wybrać.
Przyjrzała się wyostrzonym rysom zarośniętej twarzy Simona.
- Jest pan niewyspany?
- Żeby przespać choćby godzinę, muszę go wziąć do łóżka. Porwał na
strzępy wszystkie poduszki. I dobrał się do materaca.
- Trzeba spróbować przyzwyczaić go do kojca.
- Kupiłem kojec. Ale go zjadł. Pogryzł tak, że bez trudu się wydostał.
Chyba potrafi spłaszczyć się jak wąż. Nie mogę przez niego pracować.
Może ma uszkodzony mózg albo jest psychotykiem.
- To maluch, który potrzebuje zabawy, miłości, cierpliwości i dyscypliny
- wyjaśniła, a tymczasem Jaws wskoczył na nogę Newmana i zaczął z nią na
niby kopulować.
- Czemu on to robi? Wskakuje na wszystko i się pręży. Jeżeli jest
maluchem, to dlaczego ma w łebku tylko kopulację?
- To instynkt oraz próba okazania dominacji. Chce być dużym psem.
Bogart! Przynieś sznur!
- Jezu, nie chcę go powiesić! Nie aż tak - rzekł Simon.
Czarny labrador pognał na ganek i wpadł przez otwarte drzwi do domu. Po
chwili wrócił w podskokach z kawałkiem liny w zębach i upuścił ją u stóp
Fiony. Kiedy po nią sięgnęła, przypadł przednimi łapami do ziemi,
wystawiając zad i kręcąc ogonem.
Fiona potrząsnęła liną. Bogart podskoczył, capnął i warcząc, zaczął
ciągnąć z zapamiętaniem.
Jaws zostawił Newmana, wziął rozpęd, dał susa, rozminął się z liną,
upadł na grzbiet. Przekręcił się, znowu skoczył, kłapiąc małymi
szczękami, z ogonkiem jak szalony metronom.
- Chcesz linę, Jaws? Chcesz linę? Baw się!
Schyliła się podsuwając mu linę, a gdy szczenięce zęby wbiły się w nią,
puściła.
Bogart szarpnął tak, że szczeniak oderwał się od ziemi i zaczął się
rzucać, uczepiony liny jak ryba na wędce.
Pełen determinacji - oceniła. Z zadowoleniem patrzyła, jak Bogart
opuszcza łeb, by szczeniak wylądował na ziemi, i dostosowuje siłę ciągu
do małego kolegi.
- Peck, Newman, przynieście piłki. Przynieście piłki!
Psy popędziły jak wcześniej ich towarzysz. Wróciły z żółtymi tenisowymi
piłkami, które wypluły u stóp Fiony.
- Newman, Peck! Aport!
Rzuciła piłki szybko jedną po drugiej, a psy pognały za nimi.
- Ładny rzut. - Simon przyglądał się, jak psy łapią piłki i ponownie je
przynoszą.
Teraz Fiona zacmokała, a Jaws przekrzywił łebek, nie puszczając liny.
Podrzuciła kilka razy piłki w powietrze, obserwując kierunek spojrzeń
szczeniaka.
- Aport! - powtórzyła.
Gdy duże psy wystartowały do biegu, mały rzucił się za nimi.
- Wykazuje silną chęć do zabawy, a to dobrze. Trzeba tylko znaleźć dla
niej ujście. Był u weterynarza, jest zaszczepiony?
- Zgodnie z terminarzem. Proszę powiedzieć, że go pani weźmie. Opłacę
pełne utrzymanie.
- To się odbywa inaczej. - Sięgnęła po przyniesione piłki i znów je
rzuciła. - Przyjmuję go razem z panem. Jesteście drużyną. Jeżeli nie
zaangażuje się pan w szkolenie psa, nie okaże troski o jego zdrowie i dobre samopoczucie, to pomogę panu znaleźć dla niego nowy dom.
- Ja się łatwo nie poddaję. - Simon wbił dłonie w kieszenie, a Fiona
znów rzuciła piłki. - Poza tym moja matka... Nie chcę tam jechać. Wbiła
sobie do głowy, że skoro się tu przeprowadziłem, potrzebuję towarzystwa.
Żony albo psa. Nie może mi dać żony, więc...
Ze ściągniętymi brwiami patrzył, jak duży żółty labrador pozwala
szczeniakowi złapać piłkę. Jaws przyniósł ją w triumfalnych podskokach.
- Zaaportował.
- Tak. Niech go pan teraz o nią poprosi.
- Co?
- Niech pan mu powie, żeby dał piłkę. Proszę kucnąć, wyciągnąć rękę i powiedzieć: "daj piłkę".
Simon kucnął, wyciągnął rękę.
- Daj mi...
Jaws wskoczył mu na kolana, omal go nie przewracając, i trzymaną w pysku
piłką uderzył Simona w twarz.
- Proszę kazać mu zejść - poinstruowała Fiona i aż przygryzła policzek,
żeby się nie roześmiać, bo sądząc po minie, Simon Doyle nie dostrzegł
śmieszności sytuacji. - Proszę go posadzić na pupie, delikatnie
przytrzymać i wziąć piłkę. Kiedy ją pan odbierze, proszę powiedzieć:
"dobry pies" i powtórzyć to z entuzjazmem, z uśmiechem.
Simon wykonał polecenie, choć nie było to wcale łatwe z psem, który wił
się jak mokry robak.
- Udało się. Pies zaaportował i oddał zdobycz. Proszę mu podsuwać w nagrodę drobne smakołyki i nie szczędzić pochwał, powtarzając na okrągło
te same komendy. Nauczy się.
- Świetne są takie sztuczki, ale mnie najbardziej zależy na tym, żeby
oduczyć go demolowania domu. - Rzucił gorzkie spojrzenie na porwany
zagłówek. - I ciężarówki.
- Reagowanie na każdą komendę to kwestia dyscypliny. Nauczy się robić
to, o co pan poprosi, jeżeli będzie go pan szkolił poprzez zabawę. On
chce się bawić, chce się bawić z panem. Proszę go nagradzać i zabawą, i jedzeniem, i pochwałą i okazaniem uczuć, a nauczy się szanować reguły
obowiązujące w domu. Chce panu sprawić przyjemność - dodała, kiedy
szczeniak przeturlał się, odsłaniając brzuch. - On pana kocha.
- Jest łatwym celem w naszym krótkim i chwiejnym związku.
- Który weterynarz się nim opiekuje?
- Funaki.
- Mai Funaki jest najlepsza. Proszę przynieść kopie dokumentacji
medycznej. Włączę je do swojej kartoteki.
- Przyniosę.
- Kupi pan małe psie przysmaki, żeby mógł je szybko schrupać, nie te
duże, które musiałby dłużej gryźć. Chodzi o natychmiastowe zaspokojenie.
A oprócz zwykłej obroży będzie potrzebna obroża uzdowa i smycz.
- Miałem smycz. Ale on...
- ...ją zjadł - dopowiedziała Fiona. - To normalne.
- Świetnie. Obroża uzdowa? Coś jak kaganiec?
Czytała w twarzy Simona i nie zdziwiła się, że ten człowiek zastanawia
się nad kagańcem. Skrzywił się z niechęcią, co ją ucieszyło.
- Nie. Przypomina uździenicę, jest delikatna i skuteczna. Będzie jej pan
używał podczas treningów tu i w domu. Zamiast uciskać gardło, ta obroża
uciska delikatnie punkty uspokajające. Pomaga nauczyć psa chodzenia przy
nodze, bez rzucania się naprzód i ciągnięcia. Nie tylko zapewni panu
większą kontrolę nad szczeniakiem, ale pozwoli się z nim zgrać.
- Świetnie. Byle podziałało.
- Radzę zainstalować nowy kojec albo zreperować tamten i włożyć do
środka dużo zabawek do gryzienia i kawałków niegarbowanej skóry. Lina
też się nadaje, ale potrzebne będą również piłki tenisowe, kostki
uformowane ze skóry i tym podobne rzeczy. Dam panu listę zaleceń i wymagań przy treningu. Mam zajęcia za... - Zerknęła na zegarek. - A niech to! Za pół godziny. Nie zadzwoniłam do Syl.
Kiedy Jaws zaczął skakać i próbował wspiąć się na jej nogę, pochyliła
się i przycisnęła mu zadek do ziemi.
- Siad.
Ponieważ nie miała przy sobie nagrody, przykucnęła i przytrzymała
szczeniaka, chwaląc go i głaszcząc.
- Może pan zostać, jeżeli ma pan czas. Dopiszę pana.
- Nie mam przy sobie miliona dolarów.
Wzięła szczeniaka na ręce.
- Ma pan trzydzieści?
- Pewnie tak.
- Trzydzieści za półgodzinną lekcję w grupie. Ile on ma? Około trzech
miesięcy?
- Około.
- Da się zrobić. Kurs trwa osiem tygodni. Były już dwie lekcje. Jakoś
upchnę dwa indywidualne spotkania, żeby mógł nadgonić. Pasuje?
Simon wzruszył ramionami.
- To taniej niż kupno nowej ciężarówki.
- Znacznie taniej. Pożyczę panu smycz i obrożę uzdową. - Ze szczeniakiem
w ramionach ruszyła do domu.
- A gdybym zapłacił pięćdziesiąt, popracuje z nim pani solo?
Rzuciła na niego okiem.
- Tak nie robię. Nie tylko on potrzebuje treningu. - Zaprowadziła Simona
do domu i dopiero tam oddała mu psa. - Może pan dołączyć do grupy. Mam
zapasowe smycze i obroże, a potrzebne też będą smakołyki. Muszę
zadzwonić.
Z kuchni poszła do magazynku, gdzie wisiały, uporządkowane według
rodzaju i rozmiaru, obroże, smycze i szczotki, a na półkach leżały
posegregowane rozmaite zabawki i smakołyki.
Simonowi przypominało to sklepik z artykułami dla zwierząt.
Fiona obejrzała się na Jawsa, który wiercił się w ramionach swojego pana
i próbował podgryzać mu rękę.
- Proszę zrobić tak.
Odwróciła się do szczeniaka i dwoma palcami delikatnie zamknęła mu pysk.
- Nie. - Patrząc w oczy psu, sięgnęła za plecy i wymacała gryzak ze
skóry w kształcie kości. - To jest twoje. - Kiedy wziął zabawkę w zęby,
kiwnęła głową. - Dobry pies! Niech go pan teraz postawi. Kiedy zacznie
pana gryźć albo dobierać się do czegoś, czego nie powinien ruszać, zrobi
pan tak samo. Skarcić, dać słowną komendę i podsunąć coś, co należy do
niego. Konieczne jest pozytywne wzmocnienie. Konsekwentne nagradzanie.
Proszę dobrać mu smycz i obrożę.
Wyszła do kuchni, sięgnęła po telefon i wybrała w pamięci numer macochy.
- Cholera - mruknęła, kiedy włączyła się poczta głosowa. - Syl, mam
nadzieję, że jeszcze nie wyjechałaś. Miałam niespodziewanego gościa i zapomniałam zadzwonić. Jestem w domu. Znaleźliśmy tego dzieciaka. Nic mu
nie jest. Pobiegł za królikiem i zgubił się, ale jest w dobrym stanie.
Jeżeli już jesteś w drodze, to się tu zobaczymy. Jeżeli nie, dzięki za
czuwanie w pogotowiu, zadzwonię później. Pa.
Odłożyła telefon i odwróciła się. Simon stał w drzwiach ze smyczą w jednej ręce i małą obrożą w drugiej.
- Te?
- Powinny wystarczyć.
- Jakiego dzieciaka?
- Hugh Cauldwella. Przyjechał z rodzicami na kilkudniowe wakacje w parku
stanowym. Dziś rano wyszedł z domu i powędrował do lasu, kiedy jeszcze
spali. Nie słyszał pan?
- Nie. A czemu miałbym słyszeć?
- Bo to jest Orcas. Małemu nic się nie stało. Wrócił bezpiecznie do
domu.
- Pracuje pani w parku?
- Nie. Jestem ochotnikiem w stowarzyszeniu zespołów
poszukiwawczo-ratowniczych z psami.
Simon wskazał trzy psy, które leżały jak nieżywe na podłodze w kuchni.
- Te?
- Tak. Wyszkolone, z certyfikatem. Jaws byłby dobrym kandydatem do
szkolenia ratowniczego.
Simon prychnął, co od biedy mogło ujść za śmiech.
- Tak, pewnie.
- Silny pociąg do zabawy, ciekawski, odważny, przyjazny, fizycznie
zdrowy. - Uniosła brwi, kiedy szczeniak porzucił nową zabawkę i zaatakował sznurówki butów Simona. - Energiczny. Nauka poszła w las,
człowieku?
- Hę?
- Skarcić, podsunąć zabawkę i pochwalić.
- Och. - Przykucnął i powtórzył zademonstrowaną wcześniej przez Fionę
lekcję.
Jaws capnął zabawkę, wypluł ją i znów dobrał się do sznurówek.
- Proszę powtarzać naukę. Muszę coś przygotować. - Nim odeszła,
przystanęła. - Umie pan obsługiwać kawiarkę?
Spojrzał na urządzenie na blacie.
- Myślę, że dam sobie z nią radę.
- Bardzo proszę. Czarna z łyżeczką cukru. Ledwie żyję.
Odprowadził ją spojrzeniem spod ściągniętych brwi.
Mieszkał na wyspie od kilku miesięcy, ale nie wyobrażał sobie, że
kiedykolwiek przywyknie do swobodnych stosunków i polityki otwartych
drzwi. Zapraszam do środka, choć w ogóle cię nie znam, a skoro już tu
jesteś, zaparz mi kawę; teraz zostawię cię samego. Tak to wyglądało.
Nie miała przecież nic prócz jego własnych słów na potwierdzenie jego
tożsamości, a poza tym nikt nie wiedział, że tu jest. A gdyby był
psycholem? Gwałcicielem? No dobra, ma trzy psy - pomyślał, znów na nie
patrząc. Jak dotąd, zachowywały się przyjaźnie, niemal tak swobodnie jak
ich pani.
A w tym momencie zdrowo chrapały.
Zastanawiał się, jak wytrzymuje, mieszkając z trzema psami, kiedy on z trudem tolerował obecność jednego. Spuścił oczy i zobaczył, że szczeniak
przestał gryźć sznurówki, bo zasnął na jego bucie, ale z zębów ich nie
wypuścił.
Z zachowaniem jak największej ostrożności, z jaką mógłby się cofać ktoś
przed dzikiem w lesie, Simon powolusieńku, wstrzymując oddech, cofnął
nogę, aż szczeniak spłynął miękko jak woda na podłogę.
Spał jak kamień.
Nadejdzie dzień - pomyślał Simon, podchodząc do kawiarki, że odwdzięczę
się matce. Nadejdzie taki piękny dzień.
Obejrzał urządzenie, sprawdził, czy są ziarna i woda. Kiedy je włączył,
warkot młynka obudził szczeniaka, który zaczął groźnie i zajadle
szczekać. W drugim końcu kuchni pozostałe psy nastawiły uszu. Jeden
ziewnął.
Jaws zareagował na ten ruch radosnym podskokiem i puścił się pędem do
rozespanej zgrai.
Kiedy psy się tarzały i obwąchiwały, Simon zastanawiał się, czy mógłby
jednego pożyczyć. Wynająć jak opiekunkę do dziecka.
Szafki kuchenne miały przeszklone drzwiczki, więc bez trudu znalazł dwa
jasnoniebieskie kubki w kobaltowym odcieniu. Otworzył kilka szuflad w poszukiwaniu sztućców, dzięki czemu mógł podziwiać panujący w nich
porządek.
Jak ona to robiła? On mieszkał w swoim domu zaledwie od kilku miesięcy,
a jego kuchenne szuflady przypominały pchli targ. Człowiek nie powinien
być aż tak zorganizowany jak ta kobieta. To nienormalne.
Przyznać trzeba, że wygląda interesująco - ocenił, krzątając się po
kuchni. Włosy ani naprawdę rude, ani blond, oczy przejrzyste,
niebieskie. Lekko zadarty czubek nosa obsypany piegami, a dolna warga
jakby pełniejsza na skutek drobnej wady zgryzu.
Z długą szyją - myślał, nalewając kawę, chuda jak szczapa.
Niepiękna. Nieszczególnie ładna ani miła. Ale... interesująca, a kiedy
się uśmiecha, niemalże pociągająca. Niemalże.
Wsypał łyżeczkę cukru z niskiej białej cukiernicy do jednego kubka, a drugi wziął do ręki.
Pociągnął łyczek, wyglądając przez okno nad zlewem, a potem odwrócił
się, bo usłyszał kroki. Poruszała się energicznie, ze zręcznością osoby
uprawiającej sport. Patykowata - pomyślał, ale z mocnymi mięśniami.
Spostrzegł, że spuszcza wzrok, a kiedy podążył za jej spojrzeniem,
zobaczył, że Jaws kręci się w kółko, a potem kuca.
Simon otworzył usta, chcąc krzyknąć: "hej!", jak zwykle w takiej
sytuacji, ale nie zdążył, bo Fiona rzuciła na blat teczkę i mocno dwa
razy zaklaskała.
Zaskoczony dźwiękiem, Jaws stanął prosto.
Fiona szybko zgarnęła go z podłogi jedną ręką, a drugą chwyciła smycz.
- Dobry pies, Jaws, dobry pies. Wyjdziemy na dwór. Pora wyjść na dwór.
Spiżarnia, druga półka, pojemnik z minismakołykami, proszę wziąć garść -
wydała polecenie Simonowi i w drodze do tylnych drzwi przypięła smycz do
obroży.
Trzy psy pobiegły za nią, śmignęły smugi koloru i rozległy się odgłosy
ich szybkich łap.
W spiżarence jak dla krasnali też panował przerażający porządek, który
widział już w szufladach. Wygarnął z dużego słoja garść psich ciasteczek
wielkości knykci. Palcami jednej ręki zahaczył ucha dwóch kubków i wyszedł na dwór.
Cały czas Fiona niosła psa, długimi krokami pokonując krótką trasę do
drzew strzegących tyłów posiadłości. Simon dogonił ją, gdy stawiała
Jawsa na ziemi.
- Zostaw. - Powstrzymała szczeniaka przed zaatakowaniem smyczy, drapiąc
go po łebku. - Popatrz na kolegów, Jaws! Co robią te duże psy? -
Obróciła go, zrobiła kilka kroków.
Szczeniak zapomniał o smyczy i zainteresował się psami, które wąchały,
unosiły nogi i znów wąchały. Popędził do nich.
- Daję mu trochę luzu. Dzięki. - Fiona wzięła kawę, pociągnęła długi łyk
i westchnęła. - Bogu dzięki. No dobrze, trzeba wybrać stałe miejsce na
siusialnię i kupkalnię. Nie chce pan chyba co krok potykać się o miny.
Dlatego proszę zabierać go stale tam, gdzie chce pan, żeby się
załatwiał. Potem zacznie sam chodzić w to jedno miejsce. Pan musi być
czujny i konsekwentny. On jest jak dziecko, więc trzeba go będzie
wyprowadzać kilka razy dziennie. Rano, kiedy tylko się obudzi, zanim pan
pójdzie wieczorem spać i po każdym posiłku.
Oczyma wyobraźni Simon zobaczył, jak jego życie zaczyna przypominać
drzwi obrotowe kręcące się w kapryśnym rytmie naturalnych potrzeb psa.
- A kiedy zrobi, co ma do zrobienia - ciągnęła Fiona - proszę się
zachwycać. Pozytywne wzmocnienie, tego nie szczędzić. On chce pana
zadowolić. Chce być chwalony i nagradzany. Widzi pan, duzi koledzy robią
swoje, a on nie chce być gorszy.
Simon potrząsnął głową.
- Kiedy go wyprowadzam, przez godzinę węszy, tarza się i opieprza, a pięć sekund po powrocie do domu sruu...
- Niech pan mu pokaże. Jak facet facetowi. Wyjąć i nasikać.
- Teraz?
Roześmiała się. O tak - pomyślał, niemalże pociągająca.
- Nie, we własnym zaciszu. Proszę. - Podała mu smycz. - Niech pan
przykucnie, zawoła go. Radośnie, z zadowoleniem, po imieniu! A kiedy
przyjdzie, niech pan go pochwali i da smakołyk.
Czuł się głupio, wydając pełne zadowolenia odgłosy dlatego, że pies
załatwił się między drzewami, ale wypełnił polecenie, mając w pamięci
niezliczone kupki, które usunął ze swoich podłóg.
- Dobra robota. A teraz wypróbujmy podstawowe komendy, zanim przyjdą
pozostali. Jaws. - Przytrzymała go, żeby ściągnąć jego uwagę, i zaczęła
głaskać, aż się uspokoił. Wzięła od Simona smakołyk, przytrzymała w lewej dłoni, a prawą uniosła nad łebkiem szczeniaka, wyciągając palec
wskazujący. - Jaws, siad. Siad! - Mówiąc to, poruszała nad nim palcem, a on usiłował go śledzić, unosząc łebek. Aż w końcu klapnął zadkiem na
ziemię. - Dobry pies! Dobry! - Nakarmiła go, poklepała, pochwaliła. -
Powtarzać, powtarzać. Odruchowo będzie patrzył do góry, a wtedy jego tył
schodzi na dół. A kiedy tylko usiądzie, chwalić, nagradzać. Kiedy
zrozumie, proszę spróbować tylko z komendą głosową. Jeżeli nie zrozumie,
proszę powtórzyć jak na początku. Kiedy zrozumie, trzeba chwalić,
nagradzać.
Cofnęła się.
Szczeniak chciał za nią iść, nie obyło więc się bez małej szamotaniny.
- Proszę ściągnąć na siebie jego uwagę. Pan jest szefem. On ma pana za
frajera.
Rozzłoszczony Simon spojrzał na nią zimno. Musiał jednak przyznać, że
kiedy pupa szczeniaka dotknęła ziemi, poczuł dumę i zadowolenie.
Widział Fionę, która stała z założonymi rękoma i wysuniętym biodrem.
Ocenia mnie - pomyślał, powtarzając raz po raz ćwiczenie. Kiedy duże psy
dołączyły do swojej pani i usiadły jak trzy sfinksy, poczuł się
idiotycznie.
- Proszę spróbować bez dodatkowego ruchu. Wskazać palcem, wydać komendę
głosem. Utrzymywać kontakt wzrokowy. Wskazać, wydać komendę.
Akurat zadziała - pomyślał z przekąsem, ale wyciągnął palec.
- Siad. - Rozdziawił usta, kiedy Jaws przywarł zadkiem do ziemi. -
Usiadł. Usiadłeś. Dobra robota. Zadanie wykonane. - Jaws wessał mały
smakołyk, a Simon uśmiechnął się do Fiony. - Widziała pani?
- Widziałam. Dobry, bystry pies. - Jej pupile ożywili się. - Pora zacząć
zajęcia. Szkolni koledzy już idą.
- Skąd pani wie?
- One wiedzą. - Położyła dłoń na łbie siedzącego najbliżej psa. - A teraz proszę pozwolić Newmanowi się powąchać.
- Co?
Zachęciła gestem, a potem ujęła dłoń Simona i przyciągnęła ją do
Newmana.
- Newman, to jest Simon. To jest Simon. Idź z Simonem. Idź. Muszę coś
przygotować. Newman będzie panu towarzyszył przy prowadzeniu Jawsa na
smyczy. Proszę wziąć obrożę uzdową i przejść na tyły domu. Newman będzie
pomagał przy treningu.
Kiedy ruszyła biegiem razem z pozostałymi psami, Jaws chciał rzucić się
w pogoń. Newman delikatnie zablokował go ciałem.
- Chętnie zabrałbym cię do domu, stary. Co ty na to? Przydałbyś się.
Mieliśmy iść, tak? No to idź!
W nierównym tempie udało się Simonowi w asyście dużego labradora
przeprowadzić zapierającego się czasem szczeniaka przez trawnik.
Jeżeli ta sprężysta, niemal pociągająca treserka psów zapracuje na swoje
honorarium - pomyślał, to może koniec końców będę miał psa równie
atrakcyjnego jak Newman.
Cuda się zdarzają. Czasami.
Godzinę później wyczerpany Simon wyciągnął się na kanapie w swoim
salonie. Jaws podrapał go w nogę, zaskamlał.
- Chryste, czy ty nigdy się nie uspokoisz? Czuję się, jakbym wrócił z obozu szkoleniowego dla rekrutów. - Dźwignął psa, a Jaws pokręcił się,
polizał go i ułożył się przy nim. - Tak, tak. Świetnie się spisałeś.
Obaj się spisaliśmy.
Podrapał szczeniaka za uszami.
Po kilku minutach człowiek i pies zasnęli kamiennym snem.
3
Mając przed sobą dzień wypełniony lekcjami, Fiona potrzebowała rano
zastrzyku energii. Nad osłodzoną czarną kawą zastanawiała się, co
zapewni jej większy napęd: owocowe kółka czy tostowe strudle.
Rozważała połączenie jednego z drugim, zwłaszcza że poprzedniego dnia
ominął ją gruby burger i fura frytek z powodu niespodziewanego przyjazdu
mężczyzny z psem.
Seksowny mężczyzna, słodki pies - podsumowała wspomnienie, ale na
zakończenie wczorajszego długiego dnia zadowoliła się mrożoną pizzą, bo
była tak zmęczona, że nie miała siły nawet myśleć o gotowaniu.
Ponieważ czekał ją kolejny długi dzień, nie zaszkodziłoby chyba
pokrzepić się dodatkową porcją cukru.
Snując te rozważania, popijała kawę i patrzyła na psy bawiące się za
domem. Nigdy jej się nie nudziło ich obserwowanie. Miała wielkie
szczęście, że mogła się utrzymać z pracy z psami i robić coś ważnego.
Pomyślała o małym chłopczyku, bezpiecznym teraz w ciepłym domu, o ojcu
roniącym łzy ulgi i tulącym bardzo dobrego psa. A teraz ten bardzo dobry
pies hasał po podwórzu z patykiem w pysku, niemal tak dumny ze swego
znaleziska jak z wytropienia dziecka.
Wtem wszystkie trzy psy czujnie znieruchomiały, po czym popędziły na
drugą stronę domu.
Ktoś właśnie przejechał mały mostek.
Cholera. Dzień pracy miał się zacząć za niecałą godzinę. Przed kontaktem
z innymi istotami ludzkimi potrzebowała czasu tylko dla siebie i kółkowo-strudlowego wzmocnienia.
Kiedy jednak podeszła do frontowych drzwi i otworzyła je, od razu
poczuła się lepiej. Zawsze była gotowa do spotkania z Sylvią.
Sylvia wyskoczyła z modnego auta hybrydy, mocna, energiczna, z ruchliwymi falami gęstych kasztanowatych włosów. Miała kozaki na
cienkich obcasikach i szeroką spódnicę, do której dobrała, zapewne
korzystając z własnego zaopatrzenia, wspaniały śliwkowy sweter. Pod
uszami zakołysały jej się wielkie srebrne trójkąty, kiedy cofnęła się,
robiąc miejsce dla wyskakującego za nią wesołego bostońskiego teriera
Oreo.
Psy urządziły orgię radosnego powitania - wąchały się, lizały, tarzały i ganiały. Sylvia zgrabnie przebrnęła przez żywą zaporę i posłała Fionie
oszałamiający uśmiech.
- Dzień dobry, ślicznotko! Przyjechaliśmy godzinę wcześniej, wiem, ale
chciałam trochę poplotkować. Można?
- Z tobą chętnie. - Fiona przykucnęła, a Oreo szybko podbiegł się
przywitać i pędem wrócił do kumpli. - Chodź do kuchni. Napijesz się
herbaty, a ja przygotuję sobie coś na ząb.
Sylvia na powitanie zafundowała jej długi, mocny uścisk - jak zawsze - a potem, obejmując Fionę w pasie, weszła do domu.
- Po wyspie krąży wieść o tym, jak ty i Peck odnaleźliście tego
chłopczyka. Spisaliście się na medal.
- Peck tropił idealnie. Hugh dwa razy zrobił siusiu, to też pomogło.
Zdumiewające, jaki kawał drogi może przebyć trzylatek w piżamce ze
Spidermanem.
- Jak on się musiał bać!
- Był przemoczony, zmarznięty i zmęczony, to było najgorsze. - Fiona
nastawiła czajnik i wskazała szafkę, gdzie trzymała herbaty ziołowe,
żeby Sylvia którąś sobie wybrała. - Bardzo cię przepraszam, że nie
zadzwoniłam od razu.
- Nie przejmuj się. - Sylvia machnęła ręką i sięgnęła po "gruszkę z cynamonem". - I tak byłam poza domem. Oglądałam jakieś talerze i misy, a telefon oczywiście zostawiłam w samochodzie. Muszę się tego oduczyć.
Odwróciła się i zmrużyła oczy, widząc, że Fiona wyciąga z innej szafki
karton owocowych kółek.
- Chyba nie będziesz jadła na śniadanie przetworzonego cukru.
- Owocowe, więc z owocami. - Z pełnym nadziei uśmiechem Fiona
potrząsnęła pudełkiem. - Muszą zawierać jakieś owoce.
- Siadaj. Zrobię ci porządne śniadanie.
- Syl, to jest w sam raz.
- Może, czasami, dla dziesięciolatki. Siadaj - powtórzyła i czując się
jak u siebie, otworzyła lodówkę Fiony. - Aha, aha. To mi wystarczy.
Zjesz omlet z białek na razowej grzance.
- Tak?
- I powiedz mi coś o tym nowym. Jest na co popatrzeć, nie?
- Rozkoszny, a po szkoleniu będzie cudownym towarzyszem.
Sylvia rzuciła Fionie figlarne spojrzenie, wyciągając miseczkę i mały
pojemnik.
- Miałam na myśli Simona.
- Może ja też.
- Ha. Jest ogromnie utalentowany, miły w obejściu, trochę tajemniczy.
- O którym z nich mówisz?
- Mądrala. - Sylvia sprawnie oddzieliła żółtka i zamknęła je w małym
pojemniku, a potem ubiła białka, dodając trochę sera i przypraw. - Ma
śliczny dom na East Sound, jest dobrym rzemieślnikiem, ma cudowne oczy,
mocne plecy, rozkosznego szczeniaka i jest nieżonaty.
- Idealny kandydat dla ciebie. Uderz do niego, Syl.
- Przymierzyłabym się, gdyby nie był dwadzieścia lat młodszy. - Sylvia
wyłożyła ubitą masę na podgrzaną patelnię i wsunęła chleb do tostera, a Fiona zaparzyła herbatę. - Ty się o niego postaraj.
- Co bym z nim robiła, gdybym już go zdobyła? A poza tym - dodała,
słysząc prychnięcie Sylvii - mężczyźni, podobnie jak psy, nie służą
tylko do zabawy. Wymagają pełnego długoterminowego zaangażowania.
- Ale musisz się najpierw trochę zabawić, zanim podejmiesz decyzję, czy
chcesz tej całej reszty. Mogłabyś spróbować... bo ja wiem... szalonej
randki.
- Bywałam na randkach. Wolę bawić się w większym gronie, ale czasem
umawiam się t?te-a-t?te. Zdarza mi się zabawić, jak to się
eufemistycznie określa. Zanim znowu mnie zachęcająco szturchniesz,
powiem tylko: przyganiał kocioł garnkowi.
- Wyszłam za człowieka, który był miłością mojego życia, i przeżyłam z nim dziesięć cudownych lat. Dotąd czuję się oszukana, że nie dane nam
było przeżyć razem dłuższego czasu.
- Wiem. - Fiona podeszła i pogłaskała Sylvię po plecach. Obie pomyślały
o ojcu Fiony. - Obdarzyłaś go szczęściem.
- Nawzajem się obdarzaliśmy. Tego samego pragnę dla ciebie. - Zsunęła
omlet na podpieczoną grzankę na talerzu. - Zjedz śniadanie.
- Tak, proszę pani. - Siedziały naprzeciw siebie przy małym stoliczku.
Fiona ugryzła pierwszy kęs. - Boże, jakie pyszne.
- I zabrało niewiele więcej czasu niż nasypanie barwionego cukru do
miseczki.
- Jesteś zbyt surowa dla owocowych kółek, ale jedząc te pyszności, nie
będę się spierać.
- Pokrzep się porządnym śniadaniem, a ja opowiem ci, co wiem o Simonie
Doyle'u. - Popijając herbatę, Sylvia osunęła się na oparcie krzesła,
skrzyżowała nogi. - I nie próbuj mi wmawiać, że nie jesteś ciekawa.
- Okej, nie będę wmawiać, bo jestem. Trochę ciekawa.
- Ma trzydzieści trzy lata, pochodzi ze Spokane, chociaż przez ostatnie
kilka lat mieszkał w Seattle.
- Spokane i Seattle. Noc i dzień.
- Mniej więcej. Ojciec ma przedsiębiorstwo budowlane w Spokane i prowadzi je ze starszym bratem Simona. Simon ukończył studia na
uniwersytecie kalifornijskim, dwa kierunki: sztukę i architekturę. Potem
pracował jako zwykły stolarz, aż zaczął projektować i wytwarzać własne
meble. Nieźle sobie radził w Seattle, zdobył kilka nagród. Wdał się w gorący romans z Niną Abbott...
- Tą piosenkarką?
- Tak. Gwiazdą popu czy rocka, nie jestem pewna, do której kategorii ją
zaliczyć.
- Niegrzeczna dziewczynka na scenie popu - powiedziała Fiona z buzią
pełną omleta. - Trochę szalona.
- Może. Używali sobie przez kilka miesięcy po tym, jak zleciła mu
zaprojektowanie mebli do domu na Bainbridge Island. Pochodzi ze stanu
Washington i ma tam dom.
- Tak, wiem. Czasami czytam magazyn "People", oglądam E!TV. Och, czekaj.
To właśnie on? Pamiętam, że czytałam jakieś ploty o Abbott i cieśli. W prasie nazywano go cieślą. Jest seksowna i utalentowana, no, ale
dochodzi do tego ta odrobina szaleństwa.
- Niektórzy lubią szokować. Tak czy siak, żar namiętności zgasł.
Przypuszczam, że w interesach romans wcale mu nie zaszkodził. Jakieś
trzy miesiące temu przeprowadził się tutaj i sklep Island Arts jest
dumny, i ma cholerne szczęście, że jako jedyny na wyspach San Juan ma w ofercie jego wyroby.
Sylvia uniosła filiżankę jak do toastu i pociągnęła łyczek.
- Dowiedziałaś się tego wszystkiego z notki biograficznej, którą ci dał
do strony internetowej Island Arts, i z ulotek?
- Poskąpił mi informacji o sobie, więc go zgooglowałam.
- Sylvio!
Ani trochę niezawstydzona, Sylvia podrzuciła swe gęste loki i spojrzała
zaczepnie.
- Kiedy przyjmuję prace jakiegoś artysty, muszę wiedzieć, z kim mam do
czynienia. Często jeżdżę obejrzeć prace. Nie chciałabym wejść do nory
mordercy wymachującego siekierą.
- Większości machających siekierą morderców nie znajdziesz w Google'u.
Najwyższej tych już wsadzonych za kratki albo wąchających kwiatki od
spodu.
- Nigdy nie wiadomo. W każdym razie lubię go, niezależnie od wartości
jego prac. A ty jak go oceniłaś?
- Ponieważ trochę się wkurzył, bo Jaws zjadł mu zagłówek w ciężarówce...
- Ups.
- Tak, no i czuł się sfrustrowany w nowej roli właściciela psa. Trudno
go było od razu ocenić. Na pierwszy rzut oka, pomijając walory
fizyczne...
- Niezaprzeczalne - wtrąciła Sylvia, szelmowsko ruszając brwiami.
- Nie przeczę. Powiedziałabym, że nie przywykł do brania
odpowiedzialności za kogoś oprócz siebie i raczej zwykł działać w pojedynkę. Typ wilka samotnika. Poza tym wiem tyle, co usłyszałam dziś
od ciebie: prywatna posiadłość na małej wysepce, oddalenie od rodziny,
wybór zawodu.
- Czasem wilk samotnik to taki, który jeszcze nie znalazł partnerki czy
stada.
- Nieuleczalna romantyczka.
- Przyznaję się do winy - przytaknęła Sylvia. - Z dumą.
- Na plus mogę zaliczyć, że szczeniak szaleje za nim. Nie okazuje
strachu. W tym momencie pies jest samcem alfa, z czego wnoszę, że
właściciel ma czułe serce. Może tej czułości niewiele, tego jeszcze nie
wiem, ale jest na pewno. Świadczy o tym fakt, że pomimo frustracji i złości nie myśli o pozbyciu się psa. Godzi się na logiczne rozwiązania,
kiedy mu się je zaproponuje. Zapisał Jawsa do psiego przedszkola, co
prawda bez większego entuzjazmu, ale z pełną determinacją. Choć więc nie
nawykł do brania odpowiedzialności za innych, nie uchyla się od niej,
kiedy nie ma innego wyjścia.
- Słowo daję, powinnaś zostać psychologiem. Albo zająć się określaniem
cech psychologicznych przestępców.
- Wszystkiego, co wiem, nauczyłam się od psów. - Fiona wstała, żeby
włożyć talerz do zmywarki, a potem stanęła za krzesłem Sylvii i objęła
ją za szyję. - Dzięki za śniadanie.
- Nie ma za co.
- Napij się jeszcze herbaty, a ja przygotuję się do zajęć.
- Pomogę ci.
- Nie w tych butach. Po wczorajszym deszczu ziemia trochę rozmiękła.
Zanim wyjdziesz, zmień te swoje seksowne butki na moje eskimoski. Są w przebieralni.
- Fee. - Sylvia zatrzymała Fionę, zanim ta wyszła.
- Tak?
- Minęło prawie osiem lat. Tobie i mnie.
- Wiem.
- Dzisiaj mnie to uderzyło. Myśl o upływie czasu dopada mnie, kiedy mija
rocznica śmierci Willa. Dlatego musiałam wyjść z domu, no i zobaczyć się
z tobą. Chcę ci powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że tu jesteś, że mogę
wpaść i zrobić ci śniadanie albo pożyczyć od ciebie buciory traktory.
Bardzo mnie to cieszy, Fee.
- Mnie też.
- Byłby z ciebie taki dumy. Był z ciebie dumny, ale...
- Wiem, że był, i miło wiedzieć, że byłby dumny i zadowolony z tego, co
zrobiłam, co robię. - Odetchnęła głośno. - Greg też byłby dumny. Tak
myślę. Sporo zatarło mi się w pamięci - jego głos, zapach, nawet rysy
twarzy. Nie przypuszczałam, że będę kiedyś musiała wyjmować fotografię,
aby przywołać obraz jego twarzy.
- Siedem lat to dużo. Byłaś taka młoda, kochanie. Wiem, że go kochałaś,
ale byłaś bardzo młoda. Niedługo byliście ze sobą.
- Prawie dwa lata, a tak wiele mnie nauczył. Wszystko, co mam,
zawdzięczam temu, czego mnie nauczył, co mi pokazał, co mi dał. Kochałam
go, Syl, ale nie pamiętam, jakie to było uczucie. Nie potrafię dziś
przywołać uczuć, które we mnie wywoływał.
- My też go kochaliśmy, twój tata i ja. Był bardzo dobrym człowiekiem.
- Najlepszym.
- Fee, może dlatego nie potrafisz przywołać uczuć, jakie do niego
żywiłaś, że nadszedł czas, byś obdarzyła uczuciem kogoś innego.
- Nie wiem. Czasami... czasami ogarniają mnie wątpliwości, czy
kiedykolwiek będę na to gotowa.
- Uczucia nie zawsze przychodzą wtedy, kiedy jesteśmy na nie gotowi.
- Może i tak. Może spotka mnie niespodzianka. Ale na razie nie narzekam
na brak zajęć. Nie zapomnij o eskimoskach.
Po zajęciach z grupą zaawansowaną, liczącą sześciu uczniów, w tym Oreo,
Fiona przygotowała się do zajęć z grupą specjalnych umiejętności na
poziomie początkowym. Większość uczestników tych zajęć pochodziła spoza
wyspy, a ich właściciele liczyli na uzyskanie certyfikatu psa ratownika.
W tej większej grupie niektórym miało się to udać, innym nie.
Niezależnie jednak od wyniku dodatkowe, wyspecjalizowane szkolenie
przynosiło korzyści każdemu psu i jego właścicielowi.
Po przybyciu na miejsce szkolenia psy i ludzie spędzali trochę czasu
razem, by się poznać. Nie była to zdaniem Fiony strata czasu, lecz
bardzo ważny etap nauki. Pies, który nie poddawał się procesowi
socjalizacji, nie miał szans na zaliczenie kursu. A w czasie tego
dziesięciominutowego "spotkania towarzyskiego" mogła ocenić, jakie
postępy robią psy i ich przewodnicy dzięki ćwiczeniom w domu.
Przyglądała się z rękoma w rozepchanych kieszeniach starej kurtki z kapturem.
- No dobrze, zaczynamy. Najpierw rzeczy podstawowe.
Przećwiczyli chodzenie przy nodze, na smyczy i bez, z różnymi
rezultatami.
- Snitch, Waldo - powiedziała, zwracając się bardziej do psów niż do ich
właścicieli. - Przyłóżcie się w domu do ćwiczeń z posłuszeństwa bez
smyczy. Niewiele brakuje, ale stać was na więcej. Zobaczymy teraz, jak
wychodzi przywołanie. Proszę przewodników, żeby odeszli na bok.
Zaczekajcie, aż wasz pies będzie rozproszony i wtedy dajcie mu komendę.
Stanowczo. Pamiętajcie o nagrodzie i pozytywnym wzmocnieniu.
Sama rozmyślnie odwróciła uwagę kilku młodych psów głaskaniem i zabawą.
Była zadowolona z ich wyników. Gorzej wypadł sprawdzian z zatrzymywania
się po przywołaniu, ponieważ większość psów chciała się bawić, gdy je
zawołano.
Wybrała najbardziej krnąbrnych uczniów, pozostałym kazała ćwiczyć
"siad", "zostań", a sama zaczęła szkolenie indywidualne.
- To ważne, żeby pies zatrzymywał się natychmiast. Może bowiem pojawić
się niebezpieczeństwo, którego nie rozumie. Ponadto natychmiastowa
reakcja jest dowodem pełnego zaufania. Kiedy powiecie: "stój!" albo inne
wybrane przez siebie słowo do tej komendy, wasz pies musi ją wykonać bez
wahania. Przećwiczymy to w niewielkiej odległości. Idźcie z psem przy
nodze, bez smyczy, a potem dajcie komendę zatrzymania. Callie, mogę to
zademonstrować ze Snitchem?
Według Fiony należało pracować nie nad psią stroną pary, lecz nad
ludzką. Callie okazała wahanie.
Po kilku minutach Fiona, mówiąc pewnie i stanowczo, zrobiła ze
szczeniaka czempiona w chodzeniu przy nodze. Reagował na komendę jak
żołnierz.
- Nie rozumiem, dlaczego nie robi tego dla mnie.
- Wie, że może ci wchodzić na głowę, Callie. Kiedy dowodzisz, on nie
wierzy, że robisz to serio. Nie trzeba krzyczeć ani się gniewać, ale
konieczna jest stanowczość. Okazujesz ją głosem, twarzą, językiem ciała.
Przekonaj go, że nie żartujesz.
- Spróbuję.
Nieco lepiej - oceniła Fiona, przypuszczając, że obserwowane zachowanie
to pozostałość po rundce Snitcha przy jej nodze. Jeżeli Callie nie
będzie twardsza, mały golden zrobi z nią, co zechce.
- Krótka przerwa na zabawę - zarządziła.
Na ten sygnał czekały jej psy. Przyłączyły się do pięciominutowych
chaotycznych biegów, aportowania, gonitw za piłką, tarzania się w zapaśniczych grupach.
- Nie chciałbym narzekać - usłyszała.
Zmobilizowała swe zasoby cierpliwości, gdy Earl Gainer, emerytowany
policjant i właściciel bardzo inteligentnego owczarka niemieckiego, tymi
samymi co zwykle słowami rozpoczął swoją skargę.
- O co chodzi, Earl?
- Rozumiem, że jedno z założeń polega na wykorzystaniu instynktu zabawy,
ale wydaje mi się, że strasznie dużo czasu schodzi na tym, że pozwalamy
psom się wyhasać.
A czas - dopowiedziała w duchu, to pieniądz.
- Wiem, że to może wyglądać niepoważnie, ale szczeniaki nie są zdolne do
dłuższej koncentracji - wyjaśniła. - Istnieje realne niebezpieczeństwo
przetrenowania. Jeżeli pies się sfrustruje, nie sprosta nowym wymaganiom
i oczekiwaniom, wtedy może się poddać, wrócić do dawnych nawyków albo
się zbuntować. Młode psy muszą przynajmniej częściowo wyładowywać
szczenięcą energię, a także podtrzymywać kontakty z innymi psami i z ludźmi. Spróbujemy dziś kilku nowych rzeczy w ciągu drugiej półgodziny.
Earl od razu się rozchmurzył.
- Na przykład jakich?
- Dajmy im jeszcze parę minut. Kojak ma duży potencjał. Wiesz o tym.
Jest bystry, chętny do nauki. Jeżeli będziesz wytrwale ćwiczył przez
kilka tygodni, przystąpimy do treningu węchowego. Zanim jednak to
nastąpi, umocnimy więź, socjalizację i karność.
Earl nadął policzki.
- Słyszałem, czego dokonałaś wczoraj ze swoim psem. Znaleźliście tamtego
chłopczyka. Ja też chcę tak robić.
- Wiem. Przy twoim wyszkoleniu i doświadczeniu będziesz bardzo cennym
członkiem zespołu. Pomóżmy Kojakowi, żeby zapragnął tego co ty.
Zapewniam, że jest na dobrej drodze.
- Wszyscy znawcy twierdzą, że jesteś jedną z najlepszych trenerek w stanie, a może nawet na całym Północnym Zachodzie. Dlatego dwa razy w tygodniu przeprawiamy się tu promem. A młody, do licha, świetnie się
bawi.
- I uczy. - Fiona poklepała Earla po ramieniu.
Zawołała swoje psy i odesłała je na ganek, gdzie się porozkładały, by
obejrzeć przedstawienie.
- Przywołajcie psy do nogi - zarządziła i zaczekała, aż wszyscy staną w szeregu. - Pies ratownik prowadzi poszukiwania w różnym terenie, więc
wymaga się od niego, żeby pokonywał przeszkody, chodził po zamarzniętym
gruncie, po skałach, po lesie i po mieście. I przez wodę. Dzisiaj
wprowadzimy wodę.
Wskazała napełniony wcześniej brodzik dla dzieci i podniosła gumową
piłkę.
- Każde z was, po kolei, spuści psa ze smyczy i wrzuci piłkę do
brodzika. Wydacie komendę "aport". Spokojnie. Mam ręczniki. Earl, może
spróbujesz pierwszy z Kojakiem? Ustaw się w odległości około trzech
metrów.
Earl wziął piłkę i zajął pozycję. Odpiął smycz, poczochrał psa i pokazał
piłkę.
- Kojak, przynieś! - krzyknął, rzucając piłkę.
Pies rzucił się jak wystrzelony z procy i skoczył z głośnym
chlupnięciem. Stanął z piłką w pysku i zaskoczoną miną, którą Fiona
przetłumaczyła w duchu na dosadne: "Ja pierdolę!".
Posłusznie jednak wygramolił się i wrócił do Earla, gdy jego pan
pstryknął palcami.
Popisuje się - pomyślała Fiona, ale z uśmiechem i to coraz szerszym, gdy
Kojak otrząsnął się dziko i ochlapał dumnego, nieszczędzącego pochwał
właściciela.
- Widziałaś? - Z twarzą ociekającą wodą Earl obejrzał się na Fionę. -
Zrobił to za pierwszym razem.
- Świetnie się spisał.
I ty też - dodała w duchu.
Planowała zawsze godzinną przerwę między zajęciami, wiedząc, że
większość tego czasu zajmą jej przewodnicy, którzy zechcą porozmawiać,
poradzić się, poprosić o ocenę treningu.
Powinna zdążyć jeszcze z szybkim lunchem, pobawić się z własnymi psami i odpowiedzieć na nieodebrane telefony.
Ponieważ zostało jej czterdzieści minut dla siebie, kiedy, podskakując
na mostku, odjechał ostatni samochód, porzucała przez chwilę piłki,
pobawiła się w przeciąganie liny, a potem wbiegła do domu, chwyciła
kilka garści krakersów cheez-its i złapała jabłko, żeby nie mieć
wyrzutów sumienia.
Jedząc, sprawdzała wiadomości głosowe i e-maile, zrobiła kilka notatek
do bloga, który uzupełniała dwa lub trzy razy na tydzień.
Z bloga ludzie trafiali na jej witrynę internetową lub odwrotnie. A potem niektórzy przyjeżdżali do jej szkoły.
Zostawiła sobie dość czasu na opróżnienie baseniku i przejrzenie planu
lekcji następnej grupy. Kiedy zaczęła się tym zajmować, ktoś przejechał
po mostku.
Koniec ciszy i spokoju - pomyślała. Ściągnęła brwi. Drugi raz w ciągu
dwóch dni toczył się podjazdem nieznajomy wóz.
Osłoniła oczy przed słońcem i rozpoznała Rosie i Devina Cauldwellów.
Kiedy samochód wszedł w łagodny zakręt, dojrzała i Hugh w foteliku na
tylnym siedzeniu.
- Dobra, chłopaki, zachowujcie się wzorowo. Powitanie.
Samochód zaparkował, a trzy psy ustawiły się obok rzędem i wykonały
siad.
Devin wysiadł od strony psów.
- Hej, Peck. Hej! - Kiedy Peck podniósł łapę, Devin z uśmiechem nachylił
się, żeby ją uścisnąć. - Miło cię znów widzieć.
- Newman - przedstawiła Fiona, gdy Devin szedł wzdłuż psiego rzędu i ściskał łapy. - I Bogart.
- Domyślam się, że jest pani miłośniczką klasyki filmowej. - Wyciągnął
rękę do Fiony. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzamy.
- Ależ skąd. - Odwróciła się do Hugh, którego matka trzymała za rączkę.
Był w czerwonej bluzie z kapturem i w dżinsach, bez widocznych śladów po
przeżytej przygodzie. - Cześć, Hugh. Chcesz się przywitać z Peckiem i jego kolegami?
- Pieski! - Hugh wygramolił się z samochodu i zarzucił rączki na kark
Pecka. - Piesek mnie znalazł. Zgubiłem się.
Przedstawiła chłopczykowi pozostałe psy, które też obdarzył serdecznym
uściśnięciem.
- Nie podziękowałam za wczorajsze... - zaczęła Rosie.
- Była pani zaabsorbowana czym innym.
- Czy... czy tak można? - spytała, kiedy psy się położyły, a Hugh zaczął
się po nich przeczołgiwać i chichocząc, tarmosić je za uszy.
- Czują się jak w raju. Uwielbiają dzieci.
- Rozważaliśmy wzięcie psa. Myśleliśmy, że poczekamy z tym rok lub dwa,
ale teraz... - Rosie popatrzyła z uśmiechem na synka. - Jakie rasy
polecałaby pani dla aktywnego trzylatka?
- Mam słabość do labradorów, to oczywiste. Wspaniale nadają się dla
dzieci, dla rodziny, ale trzeba dużo się z nimi bawić. I potrzebują
przestrzeni.
- Mamy podwórko i park niedaleko domu. Wie pani, co czuję? Jeżeli jest
gdzieś drugi Peck, to chcę go mieć. Przepraszam - dodała Rosie, gdy
zaszkliły jej się oczy. - Nie doszłam jeszcze do siebie. Pani Bristow...
- Fiona.
- Fiona. - Rosie wyciągnęła ręce i ujęła dłonie trenerki. - Nie ma na to
słów. Nie ma słów. Nie ma zapłaty ani żadnego odpowiedniego gestu. Nie
możemy zrobić nic, co mogłoby się równać temu, co zrobiłaś dla nas.
- Hugh bawi się z moimi psami. Jego śmiech jest zapłatą. Dlatego robimy,
co robimy.
Devin objął żonę.
- Napisaliśmy list do organizacji poszukiwawczo-ratowniczej o waszym
zespole. Wyślemy go dzisiaj wraz z datkiem. Chociaż w ten sposób się
odwdzięczymy.
- To wiele znaczy. Bardzo dziękujemy.
- Kiedy znajdziemy szczeniaka, zapiszemy się tu na zajęcia - dodała
Rosie. - Chcę, żebyś właśnie ty pomogła nam go ułożyć. Zastępca szeryfa
Englewood powiedział, że prowadzisz zajęcia z tresury i przygotowujesz
psy do poszukiwań.
- Pewnie zabieramy ci czas. Ale zanim odjedziemy... Hugh, czy nie
przywiozłeś czegoś dla pani Bristow i Pecka? Uprzedzono nas, że są trzy
psy - ciągnął Devin, gdy Rosie poprowadziła synka do samochodu. - Dla
każdego więc po jednej.
Hugh wrócił, dźwigając trzy duże skórzane gryzaki w kształcie kości.
Upuścił je przed psami.
- Nie chcą? - zdziwił się, bo psy ani drgnęły.
- Nie wezmą ich, dopóki nie powiesz, że mogą to zrobić. - Fiona
podsunęła każdemu psu jedną kość.
- Weźcie kość! Weźcie kość! - krzyknął Hugh.
Fiona poparła to żądanie gestem. Psy podskoczyły radośnie, a potem
wykonały wyuczony ukłon, rozśmieszając Hugh.
- Serdecznie ci dziękują.
- Hugh sam je wybrał dla ciebie. - Rosie podała Fionie bukiet czerwonych
tulipanów. - Dla niego wyglądają jak lizaki. Tak powiedział.
- Naprawdę tak wyglądają. Są piękne. Dziękuję.
- Narysowałem obrazek. - Hugh wziął rysunek od matki. - Narysowałem
siebie, Pecka i ciebie.
- Ho, ho! - Fiona patrzyła z podziwem na kolorowe gryzmoły. - Wspaniały.
- To jest Peck, duży pies. To jest Fee, a to ja. Fee wzięła mnie na
barana. A to jest Kicuś. On też jechał na barana. Mama pisała ze mną
imiona.
- Świetny obrazek.
- Możesz powiesić na lodówce.
- Tak zrobię. Dzięki, Hugh. - Uściskała go, wdychając zapach dziecka -
dzikiego, niewinnego i wolnego.
Pomachała gościom na pożegnanie, weszła do domu, przyczepiła rysunek do
drzwi lodówki i ułożyła lizakowe tulipany w niebieskim wazonie.
Cieszyła się, że ma jeszcze kilka minut na odpoczynek przed przybyciem
uczniów na następne zajęcia.
4
Najlepszy przyjaciel człowieka. Też coś!
Po szaleńczej gonitwie i zażartym boju Simonowi udało się wyłuskać
młotek z morderczo zaciśniętych szczęk Jawsa.
Szczeniak skakał jak sprężyna obciągnięta futrem, a on trzymał w ręku
obśliniony i poobgryzany trzonek, wyobrażając sobie, że mógłby raz a dobrze huknąć psa w kościsty łebek. Nigdy by tego nie zrobił, mimo
wielkiej ochoty, ale gra wyobraźni to nie zbrodnia.
I jak na filmie rysunkowym zobaczył ćwierkające ptaszki krążące nad
łebkiem szczeniaka i krzyżyki w jego oczach.
- Wolno pomarzyć... - mruknął.
Odłożył młotek na stół do pracy, poza zasięg niszczycielskich psich
zębów, i popatrzył - ponownie - na porozrzucane po podłodze warsztatu
zabawki i kości.
- To ci nie smakuje? Dlaczego? - Wziął do ręki kawałek liny długości
Jawsa i podsunął mu. - Masz, to sobie zniszcz.
Kilka sekund później, gdy Simon wytarł już obgryziony młotek, pies
upuścił linę na jego but i usiadł, młócąc ogonem, przekrzywiając łebek,
z oczami błyszczącymi radością.
- Nie widzisz, że jestem zajęty? - spytał jego pan. - Nie mam czasu na
zabawę co pięć minut, do cholery. Jeden z nas musi zarabiać na życie.
Odwrócił się do stojącej szafki na wino - pięknego mebla z dzikiej
czereśni i hebanu. Przytwierdzał ostatni element wykończenia klejem do
drewna, gdy pies przypuścił atak na sznurówki. Z trudem usiłując skupić
się na pracy, Simon strząsnął psa i wziął zacisk. Strząsnął, przykleił,
strząsnął, docisnął.
Powarkiwania i radosne ujadanie Jawsa mieszały się z muzyką U2, którą
wybrał na dzisiejszy dzień.
Przesunął palcami po jedwabiście gładkiej powierzchni, kiwnął głową.
Podchodząc do dwóch foteli bujanych, w których chciał sprawdzić
spojenia, przeciągnął ze sobą psa przez trociny.
Wyglądało na to, że Jaws podstępnie zmusił go do zabawy.
Pracował przez prawie dwie godziny, to ciągnąc psa, to go ganiając, to
nakazując sobie przerwę, żeby wyprowadzić pupila do Srajlandii, jak to
nazywał.
Przerwa dobrze mi zrobi - zdecydował. Pora oczyścić umysł, chłonąc
łagodne powietrze i jasne słońce. Nigdy go nie męczyło obserwowanie gry
światła - czy to słońca, czy księżyca - nad wąską cieśniną pomiędzy
częściami wyspy tworzącymi jakby worki przytroczone do siodła.
Lubił stać na swoim wzniesieniu i słuchać subtelnej, miarowej melodii
wody w dole albo przysiąść na ganku przed warsztatem i zapatrzyć się w ciemny las, który zamykał wokół niego przestrzeń, tak jak cieśnina ją
otwierała.
W końcu przeprowadził się na wyspę nie bez powodu.
Szukał samotności, ciszy, powietrza, bogactwa krajobrazu.
Może matka, choć początkowo trudno to było pojąć, miała rację, wciskając
mu psa. Kompan zmuszał go do wychodzenia na dwór, a przecież taki
właśnie cel przyświecał przeprowadzce. Dzięki temu mógł się rozejrzeć,
zrelaksować, zharmonizować z naturą. Powietrze, woda, drzewa, wzgórza,
skały - zewsząd mógł czerpać inspirację do swej pracy.
Kolory, kształty, struktury, zaokrąglenia i załamania.
Ten skrawek ziemi, las i woda, skalisty stok, popiskiwanie i świergot
ptactwa, zamiast samochodów i ludzi, dawały mu to, czego szukał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki