Poszukiwania - Nora Roberts

Kup ebooka

37.90 zł
29.94 zł (26,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

W chłodny lutowy pora­nek z przy­ciem­nia­jącą okna mżawką Devin i Rosie Caul­dwe­lo­wie kochali się powoli, w roze­spa­niu. Zaczy­nał się trzeci dzień ich tygo­dnio­wego urlopu i drugi mie­siąc sta­rań o poczę­cie dru­giego dziecka. Trzy­letni Hugh był owo­cem dłu­giego week­endu na wyspie Orcas w archi­pe­lagu San Juans, a także - w prze­ko­na­niu Rosie - desz­czo­wego popo­łu­dnia i butelki pinot noir.

W nadziei powtó­rze­nia poprzed­niego suk­cesu odwie­dzili znów Orcas i rado­śnie oddali się wypeł­nia­niu zada­nia, gdy ich synek spał słodko z uko­cha­nym Kicu­siem w sąsied­nim pokoju.

Wcze­sna pora nie pozwa­lała napić się wina, ale Rosie uznała cichy desz­czyk za dobry znak.

Uśmiech­nęła się, kiedy leżeli przy­tu­leni, roz­luź­nieni i roz­grzani po sek­sie.

- I kto miał naj­lep­szy pomysł na świe­cie?

Devin lekko ści­snął jej pośla­dek.

- Ty.

- Chwi­leczkę, wła­śnie przy­szedł mi do głowy jesz­cze jeden.

- Potrze­buję kilku minut.

Roze­śmiała się, prze­krę­ciła na łóżku i oparła na jego piersi, odsła­nia­jąc zęby w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Prze­stań myśleć o sek­sie, łobu­zie.

- Na to też potrze­buję kilku minut.

- Nale­śniki. Wła­śnie tego nam trzeba. Desz­czowy ranek w przy­tul­nym domku aż się prosi o nale­śniki.

Spoj­rzał na nią, mru­żąc oczy.

- Kto smaży?

- Zagramy. Los zde­cy­duje.

Szybko usia­dła. Zgod­nie z wie­lo­let­nią tra­dy­cją rodzinną Caul­dwel­lów wszystko zale­żało teraz od gry w "kamień, papier, nożyczki" - naj­lep­sze dwa z trzech.

- Cho­lera - mruk­nęła, kiedy roz­bił jej nożyczki kamie­niem.

- Zręcz­niej­szy gracz górą.

- Gówno prawda. Ale umowa stoi, i tak zresztą muszę zro­bić siu­siu. - Schy­liła się, cmok­nęła go mocno i wysko­czyła z łóżka. - Uwiel­biam waka­cje - rzu­ciła, pędząc do łazienki.

Szcze­gól­nie podo­bał jej się wła­śnie ten urlop, z dwoma przy­stoj­nia­kami. Jeżeli deszcz nie usta­nie lub jesz­cze moc­niej się roz­pada, zostaną w domu i będą sobie grać. A jeżeli się roz­ja­śni, może przy­pną Hugh do fote­lika i wybiorą się na prze­jażdżkę rowe­rem albo po pro­stu na długi spa­cer.

Hugh zachwy­cił się oko­licą. Podo­bały mu się ptaki, jezioro, sarny, które wypa­trzyli, i oczy­wi­ście kró­liki - bra­cia wier­nego Kicu­sia.

Może na jesieni on też będzie miał bra­ciszka. Prze­cho­dziła owu­la­cję; nie, nie miała obse­sji na punk­cie zaj­ścia w ciążę. Licze­nie dni nie jest obse­sją - pomy­ślała, zwią­zu­jąc gumką roz­czo­chrane włosy. To świa­do­mość wła­snego ciała.

Zła­pała bluzę i fla­ne­lowe spodnie, obej­rzała się na Devina, który smacz­nie drze­mał.

Naprawdę sądziła, że tra­fili w dzie­siątkę.

Zachwy­cona tą myślą, nacią­gnęła grube skar­pety i zer­k­nęła na zega­rek odło­żony na toa­letkę.

- Ojej, już po ósmej. Dziwne, że Hugh tak długo śpi. Widocz­nie wczo­raj porząd­nie go wymę­czy­li­śmy.

- To pew­nie przez ten deszcz - wymam­ro­tał Devin.

- Pew­nie tak.

Z sypialni udała się do pokoju syna, jak każ­dego ranka, czy to we wła­snym domu, czy to gdzieś indziej. Stą­pała cicho, zado­wo­lona, że Hugh jesz­cze śpi; byłoby miło, gdyby udało jej się wypić poranną kawę, zanim usły­szy pierw­sze "mamo" tego dnia.

Zaj­rzała, spo­dzie­wa­jąc się, że chłop­czyk śpi przy­tu­lony do plu­szo­wego kró­lika. Puste łóżko nie wywo­łało jej nie­po­koju. Mógł wstać na siu­siu, tak jak ona. Świet­nie już sobie radził pod tym wzglę­dem.

Nie wpa­dła w panikę nawet wtedy, kiedy nie zna­la­zła go w małej łazience. Ponie­waż regu­lar­nie wsta­wał wcze­śnie, zachę­cali go, żeby tro­chę się poba­wił, zanim ich obu­dzi. Zwy­kle sły­szała, jak roz­ma­wia z zabaw­kami albo pusz­cza samo­cho­dziki, lecz tym razem jej uwagę zaprząt­nął waka­cyjny seks.

Boże - pomy­ślała, scho­dząc na dół, a jeżeli zaj­rzał do nas, kiedy to robi­li­śmy? Nie, na pewno wszedłby od razu do sypialni i spy­tał, w co się bawimy.

Uśmie­cha­jąc się, weszła do ład­nego salo­niku, gdzie spo­dzie­wała się zoba­czyć synka na pod­ło­dze w oto­cze­niu ulu­bio­nych zaba­wek.

Kiedy go nie ujrzała, palce popło­chu poła­sko­tały jej gar­dło.

Zawo­łała, idąc teraz tak szybko, że aż się śli­zgała w skar­pet­kach na drew­nia­nej pod­ło­dze.

Dopa­dła ją panika - nóż w brzuch.

Drzwi kuchenne stały otwo­rem.

Tuż po dzie­wią­tej Fiona Bri­stow zatrzy­mała się przed ład­nym domem wynaj­mo­wa­nym urlo­po­wi­czom w sercu Parku Sta­no­wego Moran. Deszcz sią­pił równo, co zapo­wia­dało tro­pie­nie w bło­cie. Dała znak part­ne­rowi, żeby został w cię­ża­rówce, wysia­dła i pode­szła do jed­nego z miej­sco­wych funk­cjo­na­riu­szy.

- Davey.

- Hej, Fee. Szybko doje­cha­łaś.

- To nie­da­leko. Reszta w dro­dze. Wyko­rzy­stu­jemy dom jako bazę czy mamy roz­bić obóz gdzie indziej?

- Wyko­rzy­stu­jemy. Zechcesz pew­nie poroz­ma­wiać z rodzi­cami, ale powiem w skró­cie: Hugh Caul­dwell, trzy lata, blon­dyn, oczy nie­bie­skie. Ostat­nim razem ubrany w piżamę ze Spi­der­ma­nem.

Fiona zauwa­żyła lek­kie zaci­śnię­cie ust Daveya. Miał synka w tym samym wieku co Hugh, a synek pew­nie miał taką samą piżamkę.

- Matka około ósmej pięt­na­ście spo­strze­gła, że chłopca nie ma - cią­gnął Davey. - Drzwi od podwó­rza były otwarte. Żad­nych widocz­nych śla­dów wła­ma­nia ani obec­no­ści obcego. Matka zaalar­mo­wała ojca. Od razu zgło­sili zagi­nię­cie, zaczęli bie­gać i wołać, roz­glą­da­jąc się po oko­licy.

I wszystko zadep­tali - pomy­ślała Fiona. Ale czy można ich było winić?

- Prze­szu­ka­li­śmy dom i teren pose­sji, upew­nia­jąc się, czy się mały gdzieś nie scho­wał. - Davey odwró­cił się do Fiony. Z daszka jego czapki kapała woda. - W domu go nie ma. Matka mówi, że chło­piec zawsze nosi ze sobą plu­szo­wego kró­lika. Śpi z nim i wszę­dzie go ze sobą zabiera. Ścią­gnę­li­śmy na poszu­ki­wa­nia straż­ni­ków, jest McMa­hon i Matt - dodał, wymie­nia­jąc nazwi­sko sze­ryfa i innego mło­dego poli­cjanta. - McMa­hon dał mi zgodę na wezwa­nie waszego zespołu i przy­dzie­lił mnie do bazy.

- Zaraz się roz­ło­żymy i zaczniemy. Chcia­ła­bym teraz poroz­ma­wiać z rodzi­cami, jeżeli nie masz nic prze­ciwko temu.

Davey wska­zał dom.

- Są prze­ra­żeni, co zro­zu­miałe, i też chcą iść go szu­kać. Mogła­byś mi pomóc im to wyper­swa­do­wać.

- Zoba­czę, co się da zro­bić.

Myśląc o cze­ka­ją­cej ją roz­mo­wie, wró­ciła do cię­ża­rówki i otwo­rzyła drzwi, by wypu­ścić part­nera. Peck wysko­czył i ruszył razem z nią i Daveyem do domu.

Davey ski­nął głową i Fiona pode­szła do dwojga tulą­cych się na kana­pie ludzi, któ­rzy na jej widok wstali. Kobieta ści­skała w ręku czer­wony samo­cho­dzik stra­żacki.

- Jestem Fiona Bri­stow z zespołu poszu­ki­waw­czo-ratow­ni­czego z psami. A to jest Peck. - Poło­żyła dłoń na łbie labra­dora o cze­ko­la­do­wym umasz­cze­niu. - Reszta zespołu w dro­dze. Pomo­żemy szu­kać Hugh.

- Musi pani iść od razu. On ma tylko trzy latka.

- Tak, pro­szę pani. Reszta mojego zespołu zjawi się lada chwila. Jeśli udzielą mi pań­stwo wstęp­nych infor­ma­cji, pomoże nam to.

- Wszystko już powie­dzie­li­śmy poli­cji i straż­ni­kom. - Devin spoj­rzał w okno. - Muszę iść, muszę go szu­kać. Tutaj tra­cimy tylko czas.

- Pro­szę mi wie­rzyć, panie Caul­dwell, poli­cja i straż­nicy robią wszystko, co się da, żeby zna­leźć Hugh. Ścią­gnęli nas, bo wszyst­kim zależy na jego odna­le­zie­niu. Jeste­śmy wyszko­leni i sku­pimy się wyłącz­nie na pań­stwa synku. Będziemy współ­pra­co­wać z poli­cją i straż­ni­kami parku. Muszę dowie­dzieć się jak naj­wię­cej, żeby­śmy opty­mal­nie mogli wyko­rzy­stać siły i środki. Zorien­to­wała się pani, że Hugh znik­nął mniej wię­cej kwa­drans po ósmej?

Do oczu Rosie napły­nęły łzy.

- Powin­nam wcze­śniej do niego zaj­rzeć. Rzadko sypia dłu­żej niż do siód­mej. Powin­nam...

- Pani Caul­dwell... Rosie - popra­wiła się Fiona, posłu­gu­jąc się imie­niem matki chłop­czyka. - Pro­szę się o nic nie winić. Mali chłopcy są cie­kaw­scy, tak już jest. Czy Hugh kie­dy­kol­wiek przed­tem wyszedł sam z domu?

- Ni­gdy, ni­gdy. Myśla­łam, że zszedł na dół się poba­wić, a kiedy go nie zna­la­złam, zaj­rza­łam do kuchni. Drzwi... drzwi były otwarte. Na oścież. I ni­gdzie go nie zna­la­złam.

- Może mi pani pokaże dom. - Fiona dała znak Peckowi, żeby szedł za nią. - Miał na sobie piżamę?

- Ze Spi­der­ma­nem. Będzie zmar­z­nięty, mokry, prze­ra­żony. - Trzę­sły jej się ramiona, kiedy szli do kuchni. - Skoro jest poli­cja, to nie rozu­miem, co wię­cej wy może­cie zdzia­łać.

- Sta­no­wimy siłę dodat­kową. No i jest Peck. Spe­cjal­nie wyszko­lony. Brał udział w dzie­siąt­kach poszu­ki­wań.

Rosie otarła załza­wione policzki.

- Hugh lubi psy. Lubi zwie­rzęta. Może wróci, gdy usły­szy szcze­ka­nie psa.

Fiona nie odpo­wie­działa, tylko otwo­rzyła drzwi na tyłach domu i przy­kuc­nęła, żeby rozej­rzeć się po oto­cze­niu z poziomu oczu trzy­latka. Lubi zwie­rzęta - powtó­rzyła w duchu.

- Na pewno można tu zoba­czyć sporo żyją­cych dziko zwie­rząt. Sarnę, lisa, zające.

- Tak. Tak. Zupeł­nie ina­czej niż w Seat­tle. Synek uwiel­bia roz­glą­dać się po oko­licy przez okno albo z tarasu. Byli­śmy też z nim na wyciecz­kach, pie­szo i rowe­rami.

- Czy jest nie­śmiały?

- Nie. Nie. Jest śmiały, towa­rzy­ski. Niczego się nie boi. O Boże.

Fiona instynk­tow­nie objęła roz­trzę­sioną kobietę.

- Rosie, jeśli nie masz nic prze­ciwko temu, roz­łożę się tu, w kuchni. Potrze­buję pię­ciu rze­czy, które Hugh ostat­nio miał na sobie. Mogą być wczo­raj­sze skar­petki, bie­li­zna, koszula i tak dalej. Pięć małych czę­ści gar­de­roby. Tylko nie ści­skaj ich w rękach. Włóż je tutaj.

Fiona wycią­gnęła z nie­zbęd­nika pla­sti­kowe torebki.

- Two­rzymy zespół pię­ciu dru­żyn. Pię­ciu prze­wod­ni­ków, pięć psów. Każdy użyje cze­goś, co należy do Hugh, żeby dać psu zapach.

- Będą... go tro­pić?

Łatwiej przy­tak­nąć niż udzie­lać wyja­śnień o łapa­niu gór­nego wia­tru, stożku zapa­chu i czą­stecz­kach złusz­czo­nego naskórka. Chło­piec prze­cież znik­nął ponad godzinę temu.

- Tak. Ma jakiś ulu­biony sma­ko­łyk? Coś, za czym szcze­gól­nie prze­pada, co daje mu pani, kiedy jest grzeczny?

- No, na przy­kład... - Wci­ska­jąc palce we włosy, Rosie rozej­rzała się wokół nie­wi­dzą­cym spoj­rze­niem. - Prze­pada za wężo­wymi żel­kami.

- Świet­nie. Ma pani tro­chę?

- Ma...m.

- Pro­szę o naszy­ko­wa­nie ubra­nek i żelek - powie­działa Fiona z uśmie­chem. - Sły­szę mój zespół, więc się tu roz­gosz­czę.

- Dobrze. Dobrze. Pro­szę... On ma tylko trzy latka.

Rosie wybie­gła. Fiona wymie­niła spoj­rze­nia z Peckiem i zaczęła przy­go­to­wa­nia.

Gdy zja­wili się jej ludzie z psami, zwo­łała odprawę i zaczęła przy­dzie­lać sek­tory do prze­szu­ka­nia, pochy­la­jąc się nad mapami. Znała tę oko­licę, i to grun­tow­nie.

Raj - pomy­ślała, dla spra­gnio­nych spo­koju, pięk­nych wido­ków, dla tych, któ­rzy chcą uciec od zatło­czo­nych ulic, aut, zabu­do­wań. A dla zagu­bio­nego chłop­czyka świat pełen zagro­żeń. Stru­mie­nie, jeziora, skały.

Pra­wie pięć­dzie­siąt kilo­me­trów szla­ków dla pie­szych, prze­szło dwa tysiące hek­ta­rów lasu, które połknęły trzy­latka i jego plu­szo­wego kró­lika.

- Pada dość mocno, więc sku­pimy się na naj­bliż­szych sek­to­rach i ogar­niemy tę połać. - Jako dowódca akcji w tere­nie Fiona zazna­czyła sek­tory na mapie, a Davey wypi­sał dane na dużej bia­łej tablicy. - Wej­dziemy czę­ściowo na teren prze­szu­ki­wany przez inne dru­żyny. Bądźmy cały czas w kon­tak­cie, żeby­śmy nie dep­tali sobie po pię­tach.

- Jest już na pewno prze­mo­czony i zmar­z­nięty. - Meg Gre­ene, matka dwojga dzieci, od nie­dawna także bab­cia, spoj­rzała na swo­jego męża, Chucka. - Bie­dac­two.

- Dzie­ciak w tym wieku nie ma poczu­cia kie­runku. Może podrep­tać w każdą stronę. - James Hut­ton ścią­gnął brwi, spraw­dza­jąc krót­ko­fa­lówkę.

- Może się zmę­czy, położy i zaśnie. - Lori Dyson ski­nie­niem głowy wska­zała swo­jego owczarka nie­miec­kiego Pipa. - Może nie usły­szeć woła­nia szu­ka­ją­cych, ale nasi tro­pi­ciele go wywą­chają.

- Taki jest plan. Wszy­scy mają współ­rzędne? Spraw­dzone krót­ko­fa­lówki i ple­caki? Upew­nij­cie się, że macie dobrze nasta­wione kom­pasy. Ponie­waż Mai ope­ruje nagły przy­pa­dek, Davey sam dowo­dzi bazą. Będziemy zgła­szać się do niego, prze­szu­ku­jąc sek­tory.

Urwała, gdy weszli Caul­dwel­lo­wie.

- Mam... - Rosie zadrżały wargi. - Mam to, o co pani pro­siła.

- Świet­nie. - Fiona pode­szła i poło­żyła dło­nie na ramio­nach prze­ra­żo­nej matki. - Pro­szę być dobrej myśli. Wszy­scy zje­chali tu w jed­nym celu i pra­gną tylko jed­nego: zna­leźć Hugh i przy­pro­wa­dzić go do domu.

Wzięła torebki i roz­dała je człon­kom zespołu.

- Dobra, ruszamy po niego.

Wyszła wraz z innymi na dwór, zarzu­ca­jąc ple­cak na ramiona. Peck sta­nął u jej boku, lek­kim drże­niem całego ciała sygna­li­zu­jąc goto­wość do dzia­ła­nia. Tak jak pozo­stali człon­ko­wie zespołu, udała się do przy­dzie­lo­nego sek­tora i nasta­wiła kom­pas.

Otwo­rzyła torebkę z dzie­cięcą skar­petką i pod­su­nęła psu pod nos.

- To jest Hugh. Hugh. Hugh to mały chłop­czyk, Peck. To jest Hugh.

Wąchał z entu­zja­zmem, wie­dział, co do niego należy. Zer­k­nął na nią, niuch­nął jesz­cze raz, a potem zaj­rzał jej głę­boko w oczy, roz­dy­go­tany, jakby chciał powie­dzieć: Już mam! Ruszajmy!

- Szu­kaj Hugh. - Dodała sygnał dło­nią i Peck uniósł wysoko pysk. - Szu­kamy Hugh!

Patrzyła, jak węszy i krąży, pozwo­liła się pro­wa­dzić, a on krę­cił się to szyb­ciej, to wol­niej. Mia­rowa mżawka sta­no­wiła pewną prze­szkodę, ale Peck dobrze pra­co­wał w desz­czu.

Fiona stała w miej­scu, rzu­ca­jąc słowne zachęty łapią­cemu wiatr psu. Kro­ple desz­czu bęb­niły o jasno­żółty sztor­miak.

Gdy Peck ruszył na wschód, poszła za nim mię­dzy gęste drzewa.

Pię­cio­letni, ważący trzy­dzie­ści kilo­gra­mów cze­ko­la­dowy Peck był labra­do­rem wete­ra­nem, sil­nym, spryt­nym i nie­stru­dzo­nym. Fiona wie­działa, że gotów jest tro­pić przez wiele godzin, w każ­dych warun­kach, w każ­dym tere­nie, szu­ka­jąc żywych bądź zmar­łych. Wystar­czy, że go o to poprosi.

Razem posu­wali się przez gęsty las po mięk­kiej, nasą­czo­nej wodą gle­bie wyście­lo­nej igłami zrzu­co­nymi przez wyso­kie dagle­zje i stare cedry, dep­cząc lub omi­ja­jąc sku­pi­ska grzy­bów i omszałe zwa­lone pnie, prze­dzie­ra­jąc się przez kol­cza­ste jeżyny. Pod­czas tych poszu­ki­wań Fiona obser­wo­wała język ciała part­nera, odno­to­wy­wała cha­rak­te­ry­styczne miej­sca, spraw­dzała kom­pas. Co kilka minut Peck oglą­dał się na nią, dając znak, że jest na bie­żąco.

- Szu­kaj Hugh. Szu­kamy Hugh, Peck.

Oży­wił się, oka­zu­jąc zain­te­re­so­wa­nie zie­mią wokół zwa­lo­nego drzewa.

- Masz coś, tak? Dobrze. Dobry pies.

Ozna­czyła pierw­szy zasy­gna­li­zo­wany ślad jasno­nie­bie­ską taśmą, przy­sta­nęła razem z psem, ogar­nia­jąc spoj­rze­niem naj­bliż­sze oto­cze­nie i woła­jąc Hugh. Potem zamknęła oczy i nasłu­chi­wała.

Usły­szała tylko szmer desz­czu i szept wia­tru w gałę­ziach drzew.

Kiedy pies trą­cił ją pyskiem, wyjęła z kie­szeni torebkę ze skar­petką, otwo­rzyła ją, żeby Peck mógł sobie odświe­żyć pamięć zapa­chu.

- Szu­kaj Hugh - powtó­rzyła. - Szu­kamy Hugh.

Ruszył z miej­sca, a Fiona prze­stą­piła przez zwa­lony pień i szła za nim w cięż­kich, solid­nych butach. Kiedy Peck odbił na połu­dnie, zgło­siła swe nowe poło­że­nie do bazy i poro­zu­miała się z człon­kami zespołu.

Dzie­ciak jest na dwo­rze co naj­mniej od dwóch godzin - pomy­ślała. Dla zamar­twia­ją­cych się rodzi­ców to bar­dzo długo.

A malu­chy w tym wieku nie mają poczu­cia czasu. Trzy­latki są bar­dzo ruchliwe i nie­zu­peł­nie rozu­mieją, co to zna­czy się zgu­bić. Potra­fią pójść za czymś, co zoba­czą lub usły­szą, są też dość wytrzy­małe, mogą więc upły­nąć całe godziny, zanim utru­dzony wędrówką Hugh zapra­gnie wró­cić do mamy.

Spło­szony kró­lik umknął w zaro­śla. Pełen god­no­ści Peck zaszczy­cił go zale­d­wie prze­lot­nym spoj­rze­niem.

A gdyby to był mały chłop­czyk? - pomy­ślała Fiona. Taki, który kocha swo­jego Kicu­sia, lubi zwie­rzęta? Któ­rego, jak mówi matka, fascy­nuje las? Czy nie chciałby zła­pać praw­dzi­wego kró­lika, licząc na wspólną zabawę? Pew­nie pró­bo­wałby podą­żyć jego śla­dem. To chłop­czyk z mia­sta, kuszony uro­kiem lasu, łonem przy­rody, inno­ścią wszyst­kiego wokół.

Jak mógłby się temu oprzeć?

Rozu­miała to, rozu­miała tę magię. Sama była kie­dyś dziew­czyną z mia­sta, którą zauro­czyły zie­lone cie­nie, taniec świa­tła, nie­ogar­niony ogrom drzew, gór i oce­anu.

Małe dziecko łatwo mogło zgu­bić się w wiel­kim parku.

Na pewno prze­marzł - pomy­ślała. Jest głodny i prze­stra­szony. Chce do matki.

Roz­pa­dało się jesz­cze bar­dziej, a oni brnęli przed sie­bie - nie­stru­dzony pies i wysoka kobieta w gru­bych spodniach i cięż­kich butach. Koń­ski ogon jasno­ru­dych wło­sów zmie­nił się w przy­kle­joną do ple­ców mokrą linę, nie­bie­skie jak jezioro oczy pene­tro­wały pół­mrok.

Kiedy Peck znowu odbił w bok, kie­ru­jąc się w dół krę­tym zbo­czem, nakre­śliła w gło­wie mapkę. Nie­całe czte­ry­sta metrów dalej - jeżeli nie zmie­nią kie­runku - dotrą do stru­mie­nia sta­no­wią­cego połu­dniowo-wschod­nią gra­nicę jej sek­tora. Po dru­giej stro­nie szu­kali Chuck z Quir­kiem. O tej porze roku stru­mień wzbiera - pomy­ślała. Zimna, rwąca woda, poro­śnięte mchem brzegi śli­skie w desz­czu.

Miała nadzieję, że chłop­czyk nie pod­szedł zbyt bli­sko brzegu ani, co gor­sza, nie pró­bo­wał przejść na drugą stronę.

Spo­strze­gła, że wiatr się zmie­nia. Dia­bli nadali. Muszą się dosto­so­wać. Znów odświeży zapach; zrobi Peckowi krótką prze­rwę nad wodą. Pra­co­wali w tere­nie bli­sko dwie godziny i cho­ciaż Peck trzy razy mocno się oży­wił, nie zoba­czyła jesz­cze śladu chłopca - skrawka tka­niny na cier­ni­stym krze­wie, odci­sku stopy na roz­mię­kłej ziemi. Zazna­czyła zasy­gna­li­zo­wane przez psa punkty na nie­bie­sko, a poma­rań­czową taśmą zna­ko­wała prze­byty szlak, dla­tego też wie­działa, że parę razy prze­cięli wła­sne ślady.

Posta­no­wiła skon­tak­to­wać się z Chuc­kiem. Jeżeli Peck jest na śla­dzie, a dzie­ciak prze­pra­wił się przez stru­mień...

Nie pozwo­liła sobie pomy­śleć: "wpadł". Jesz­cze nie.

W momen­cie, gdy się­gała po krót­ko­fa­lówkę, Peck znów się oży­wił. Tym razem puścił się galo­pem, rzu­ca­jąc jej kró­ciut­kie spoj­rze­nie.

Dostrze­gła błysk w jego oczach.

- Hugh! - zawo­łała, prze­krzy­ku­jąc plu­ska­nie desz­czu i świst wia­tru.

Nie usły­szała chłopca, tylko trzy krót­kie szczek­nię­cia.

Pobie­gła, tak jak przed­tem pies.

Pośli­zgnęła się, bio­rąc zakręt na stoku.

Bli­sko brzegu rwą­cego stru­mie­nia - nie­po­ko­jąco bli­sko - zoba­czyła prze­mo­czo­nego chłop­czyka. Leżał na ziemi, obej­mu­jąc psa.

- Hej, Hugh, cześć. - Szybko poko­nała dzie­lącą ją od niego odle­głość i przy­kuc­nęła, zrzu­ca­jąc ple­cak. - Jestem Fiona, a to jest Peck.

- Pie­sek. - Hugh pła­kał wtu­lony w sierść Pecka. - Pie­sek.

- To dobry pie­sek. Naj­lep­szy na świe­cie.

Gdy Peck potwier­dzał tę opi­nię, mer­da­jąc ogo­nem, Fiona wycią­gnęła z ple­caka koc ter­mo­izo­la­cyjny.

- Teraz cię opa­tulę... Kicu­sia też. To jest Kicuś?

- Kicuś upadł.

- Wła­śnie widzę. Już dobrze. Roz­grze­jemy was obu, dobrze? Nie ska­le­czy­łeś się? A...ach.

Mówiła weso­łym gło­sem, okry­wa­jąc dziecko kocem. Na ubło­co­nej nóżce zoba­czyła krew.

- Małe kuku, tak? Zaraz to opa­trzymy.

Hugh, który nie wypusz­czał z objęć Pecka, odwró­cił buzię do Fiony i spoj­rzał żało­śnie, z drżą­cymi war­gami.

- Chcę do mamy.

- Pew­nie, że tak. Ja i Peck zaraz cię zabie­rzemy do mamy. Pro­szę, to dla cie­bie od mamy. - Wycią­gnęła paczuszkę żelek.

- Nie­grzeczny chłop­czyk - powie­dział Hugh, ale popa­trzył na żelki z zain­te­re­so­wa­niem, cały czas ści­ska­jąc Pecka.

- Mama się nie gniewa. Tata też nie. Pro­szę.

Podała mu paczuszkę i wycią­gnęła krót­ko­fa­lówkę. Hugh pod­su­nął żelkę Peckowi, a ten zer­k­nął z ukosa na Fionę.

Mogę? No co? Mogę?

- Weź... i podzię­kuj.

Peck deli­kat­nie zgar­nął żelkę z rączki chłopca, połknął i w podzięce liznął go ser­decz­nie po buzi. Hugh zachi­cho­tał.

Z miłym cie­płem w sercu Fiona skon­tak­to­wała się z bazą.

- Mamy go. Cały i zdrowy. Powiedz jego mamie, że zajada te swoje żelki i za chwilę ruszamy do domu. - Mru­gnęła do Hugh, który kar­mił brud­nego, mokrego plu­szo­wego kró­lika, a potem ten sam sma­ko­łyk wetknął sobie do buzi. - Ma kilka zadra­pań, jest prze­mo­czony, ale przy­tomny. Odbiór.

- Rozu­miem. Dobra robota, Fee. Potrze­bu­jesz wspar­cia? Odbiór.

- Damy radę. Wra­camy. Będę cię infor­mo­wać. Bez odbioru.

- Popij tro­chę - zapro­po­no­wała i podała Hugh manierkę.

- Co to?

- Zwy­kła woda.

- Lubię sok.

- Posta­ramy się o sok, kiedy wró­cimy do domu. Wypij tro­chę, dobrze?

Napił się posłusz­nie, pocią­ga­jąc nosem.

- Robi­łem siku tak, jak poka­zał mi tata. Nie do spodni.

Uśmiech­nęła się do niego, wspo­mi­na­jąc sygnały dawane przez Pecka.

- Dobrze zro­bi­łeś. Wsią­dziesz mi na barana?

Oczy mu poja­śniały, jak wcze­śniej na widok sło­dy­czy.

- Okej.

Owi­nęła go porząd­nie kocem i odwró­ciła się, żeby się na nią wdra­pał.

- Mów do mnie Fee. Jeżeli będziesz cze­goś potrze­bo­wał, powiedz: Fee, potrze­buję albo chcę.

- Pie­sek.

- Idzie z nami. Popro­wa­dzi nas. - W przy­kuc­nię­tej pozy­cji pogła­skała Pecka i uści­skała go.

- Dobry pies, Peck. Dobry pies. Wra­caj!

Ruszyli w trójkę przez las. Fee z ple­ca­kiem prze­wie­szo­nym przez ramię i chłop­cem na ple­cach.

- Sam otwo­rzy­łeś drzwi, Hugh?

- Nie­grzeczny chłop­czyk - wymam­ro­tał.

No tak - pomy­ślała, ale kto nie był cza­sem nie­grzeczny?

- A co zoba­czy­łeś przez okno?

- Kicu­sie. Kicuś powie­dział: chodźmy do kicu­siów.

- Aha. - Sprytny dzie­ciak - pomy­ślała. Zwala winę na kró­lika.

Hugh się roz­ga­dał i mówił tak szybko w swoim dzie­cię­cym żar­go­nie, że umy­kało jej co trze­cie słowo. Ale ogólny sens łapała.

Mama i tata śpią, a za oknem kicu­sie, więc kto by się powstrzy­mał? A jeśli dobrze się domy­ślała, potem dom znikł i Hugh nie mógł go zna­leźć. Mama nie przy­szła, kiedy zawo­łał, więc spo­dzie­wał się kary. Nie cier­piał dosta­wać kary, która pole­gała na tym, że nikt się z nim nie bawił.

Stało się to jasne, bo kiedy powie­działa "kara", chłop­czyk roz­pła­kał się, wtu­la­jąc twarz w jej plecy.

- Jeżeli dosta­niesz karę, to Kicuś też powi­nien dostać. Popatrz, hej, Hugh, popatrz. Bambi z mamą.

Uniósł głowę, pocią­ga­jąc nosem. Zapo­mniał o łzach i pisnął z zachwytu na widok łani z jelon­kiem. Potem wes­tchnął, a kiedy go pode­pchnęła wyżej, uło­żył głowę na jej ramie­niu.

- Jestem głodny.

- No myślę. Prze­ży­łeś wielką przy­godę. - Z pew­nym tru­dem wydo­była z ple­caka bato­nik.

Kró­cej się teraz szło niż pod­czas prze­szu­ki­wa­nia terenu, ale kiedy drzewa zaczęły się prze­rze­dzać, chło­piec cią­żył jej już jak kamień.

Hugh, pokrze­piony i zafa­scy­no­wany wszyst­kim dokoła, gadał bez ustanku. Roz­ba­wiona Fiona nie powstrzy­my­wała go, marząc o kadzi kawy, ogrom­nym ham­bur­ge­rze i wia­drze fry­tek.

Kiedy mię­dzy drze­wami doj­rzała dom, wykrze­sała z sie­bie resztkę ener­gii i przy­śpie­szyła kroku. Led­wie minęli linię lasu, z domu wybie­gli Rosie i Devin. Fiona przy­kuc­nęła.

- Zejdź, Hugh. Bie­gnij do mamy.

Nie pod­nio­sła się, tylko objęła ramie­niem Pecka, który z rado­ści aż koły­sał się na boki.

- Tak - wyszep­tała mu do ucha, kiedy Devin wyprze­dził żonę kil­koma susami i porwał Hugh, uno­sząc go do góry. Potem we troje sple­tli się w załza­wiony kłę­bek rąk i nóg. - Taak, to dobry dzień. Ty tego doko­na­łeś, Peck.

Rosie, tuląc syna w ramio­nach, pośpie­szyła do domu. Devin odłą­czył się od niej i na chwiej­nych nogach pod­szedł do Fiony.

- Dzię­kuję. Nie wiem jak...

- Pro­szę bar­dzo. To wspa­niały dzie­ciak.

- Jest dla nas... wszyst­kim. Bar­dzo dzię­ku­jemy. - Oczy mu się zaszkliły, objął Fionę i podob­nie jak Hugh oparł głowę na jej ramie­niu. - Nie potra­fię powie­dzieć...

- Nie musi pan. - Ją też zapie­kły oczy, gdy pokle­pała go po ple­cach. - Peck go zna­lazł. To on jest boha­te­rem dnia. Będzie zado­wo­lony, kiedy uści­śnie mu pan łapę.

- Aha. - Devin potarł twarz, kilka razy ode­tchnął dla uspo­ko­je­nia. - Dzię­kuję, Peck. Dzię­kuję. - Przy­kuc­nął, wycią­gnął rękę.

Peck uśmiech­nął się po psiemu i poło­żył łapę na dłoni Devina.

- Mogę... mogę go uści­skać?

- Będzie zachwy­cony.

Wzdy­cha­jąc głę­boko, prze­jęty dresz­czem, Devin uści­skał Pecka za szyję, wtu­la­jąc twarz w jego sierść. Ponad ramie­niem męż­czy­zny Peck popa­trzył na Fionę roz­iskrzo­nym wzro­kiem.

Ale było faj­nie - zda­wał się mówić. Może to powtó­rzymy?

2

Po zło­że­niu mel­dun­ków Fiona poje­chała do domu z Peckiem roz­wa­lo­nym na tyl­nym sie­dze­niu i pokrze­pia­ją­cym się drzemką. Zasłu­żył - pomy­ślała, podob­nie jak ona zasłu­żyła na bur­gera, któ­rego zamie­rzała przy­rzą­dzić i pochło­nąć pod­czas prze­pi­sy­wa­nia raportu do kom­pu­tera.

Musiała zadzwo­nić do Sylvii, przy­bra­nej matki, że zna­leźli dziecko, wobec czego nie będzie potrze­bo­wała jej zastęp­stwa na popo­łu­dnio­wych zaję­ciach.

No tak - pomy­ślała, skoń­czy­li­śmy harówkę i deszcz sobie odpu­ścił. Przez sza­rość prze­zie­rał już tu i ówdzie błę­kit.

Gorąca kawa, gorący prysz­nic, lunch i robota papier­kowa - zapla­no­wała. Przy odro­bi­nie szczę­ścia miała szanse na bez­desz­czowe popo­łu­dnie.

Gdy wyjeż­dżała z parku, nad kotło­wa­niną desz­czo­wych chmur zalśniła nie­śmiała tęcza. Uznała to za dobry znak, może nawet za wróżbę na przy­szłość. Kilka lat temu jej życie przy­po­mi­nało tro­chę ten deszcz - nudne, szare, ponure. Wyspa była błę­ki­tem prze­zie­ra­ją­cym przez chmury, a decy­zja, by tu osiąść, dawała szansę na tęcze.

- Mam to, czego potrze­buję - szep­nęła. - A może dostanę wię­cej... Poży­jemy, zoba­czymy.

Zje­chała z wiją­cej się drogi na wybo­isty pod­jazd. W reak­cji na zmianę kie­runku jazdy Peck prych­nął i dźwi­gnął się do siadu. Zało­mo­tał ogo­nem w sie­dzi­sko, gdy z hur­go­tem prze­je­chali wąski mostek nad bul­go­czą­cym stru­my­kiem. Gdy uka­zał się dom, pies zaczął wybi­jać ogo­nem przy­śpie­szony rytm i zaszcze­kał rado­śnie na dwa tony.

Cha­tynka jak dla lalki, z cedro­wym gon­tem i dużymi oknami, wyra­stała na spo­rym kawałku ziemi z lasem i polem. Roz­le­głe podwó­rze opa­dało łagod­nie, dzie­ląc się na strefy tre­nin­gowe. Zjeż­dżal­nie, huś­tawki, dra­binki i plat­formy, tunele i przej­ścia uło­żone z ław, pod­wie­szone opony i rampy spra­wiały razem wra­że­nie placu zabaw dla dzieci.

Nie­da­le­kie to od prawdy - pomy­ślała Fiona. Tyle że były to dzieci czwo­ro­nożne.

Pozo­sta­łych dwoje z jej trojga pociech stało na ganku od frontu, macha­jąc ogo­nami, a łapy pod­ry­wały się im do tańca. Fiona uwa­żała, że jedną z naj­wspa­nial­szych rze­czy wyni­ka­ją­cych z posia­da­nia psów jest ogromna radość, z jaką witają pana lub panią, i to zarówno po pię­ciu minu­tach, jak po pię­ciu dniach nie­obec­no­ści. Tak się wyraża bez­wa­run­kowa, bez­gra­niczna miłość.

Zapar­ko­wała i wokół samo­chodu roz­sza­lał się psi zachwyt, w środku zaś Peck koły­sał się, ocze­ku­jąc nie­cier­pli­wie spo­tka­nia z naj­lep­szymi kum­plami.

Wysia­dła, trą­cana przez pcha­jące się pyski i macha­jące ogony.

- Cześć, chło­paki.

Zmierz­wiła im sierść i się­gnęła do tyl­nych drzwi. Peck wysko­czył jed­nym susem i zaczęło się świę­to­wa­nie.

Psy naj­pierw się obwą­chi­wały, powar­ki­wały rado­śnie, trą­cały się bokami, a potem zaczęły się ganiać. Gdy wycią­gała ple­cak, bie­gały w kółko i zako­sami, odda­la­jąc się, by zaraz powró­cić.

Zawsze gotowe do zabawy - pomy­ślała, patrząc w trzy pary oczu peł­nych nadziei.

- Nie­długo - obie­cała. - Muszę wziąć prysz­nic, prze­brać się, zjeść. Wej­dziemy do domu. Co wy na to? Chce­cie wejść?

W odpo­wie­dzi wszyst­kie trzy rzu­ciły się pędem do drzwi.

New­man, żółty labra­dor, naj­star­szy, bo sze­ścio­la­tek, i naj­po­waż­niej­szy, wiódł całą paczkę. Ale Bogart, czarny labra­dor, trzy­letni dzie­ciuch, zatrzy­mał się i zła­pał zębami linę.

No, na pewno ktoś zechce się poba­wić.

Wsko­czyły do domu tuż za Fioną, tupiąc w sze­ro­kie dechy pod­łogi. Ile czasu? - pomy­ślała, zer­ka­jąc na zega­rek. Nie­wiele.

Zosta­wiła ple­cak na wierz­chu, bo przed odło­że­niem go musiała zapa­ko­wać nowy koc ter­mo­izo­la­cyjny. Psy tarzały się po pod­ło­dze. Poru­szyła tlący się w kominku kop­czyk, który zgar­nęła przed wyj­ściem, i doło­żyła polano. Ścią­gnęła mokrą kurtkę i zapa­trzyła się w pło­mie­nie.

Z psami na pod­ło­dze i ogniem na pale­ni­sku zro­biło się bar­dzo przy­tul­nie. Miała wielką ochotę zwi­nąć się w kłę­bek na kozetce i zdrzem­nąć dla nabra­nia sił.

Nie ma czasu - przy­po­mniała sobie, i zaczęła się zasta­na­wiać, co naj­pierw: suche ubra­nie czy jedze­nie. Po chwili roz­terki roz­są­dek osoby doro­słej naka­zał jej naj­pierw się osu­szyć. Odwró­ciła się w stronę scho­dów i w tym momen­cie trzy psy rów­no­cze­śnie nasta­wiły uszu. Kilka sekund póź­niej usły­szała tur­ko­ta­nie na moście.

- Kto to może być?

Nie znała tej nie­bie­skiej cię­ża­rówki, a na wyspie wiel­ko­ści Orcas nie miesz­kało wielu obcych. Przy­szło jej na myśl, że to jakiś tury­sta źle skrę­cił i trzeba mu będzie udzie­lić wska­zó­wek.

Zre­zy­gno­wana wyszła na dwór i dała psom znak, żeby zostały na ganku.

Patrzyła, jak kie­rowca wysiada. W odra­pa­nych butach i wyświech­ta­nych dżin­sach, dłu­go­nogi, wysoki, z gęstymi ciem­nymi wło­sami. Miał dobrą twarz, któ­rej ostre rysy łago­dził cień zaro­stu świad­czący o tym, że z nad­miaru zajęć lub z leni­stwa dziś się nie ogo­lił. Ta dobra twarz wyra­żała fru­stra­cję lub roz­draż­nie­nie - a może jedno i dru­gie - kiedy prze­cią­gnął pal­cami przez czu­prynę.

Zauwa­żyła duże dło­nie na dłu­gich rękach przy­by­sza.

Skó­rzana kurtka, którą miał na sobie, nosiła podobne ślady znisz­cze­nia jak buty. Ale cię­ża­rówka wyglą­dała na nową.

- W czym mogę pomóc? - zawo­łała.

Przy­bysz, który z mar­sem na czole patrzył na plac do ćwi­czeń, zwró­cił się do niej:

- Fiona Bri­stow? - W jego gło­sie wyczu­wało się napię­cie oraz nie tyle gniew, ile znie­cier­pli­wie­nie, które wyczy­tała już z twa­rzy.

Za jej ple­cami Bogart cicho zasko­wy­czał.

- Zga­dza się.

- Tre­nerka psów?

- Tak. - Zeszła z ganku, gdy ruszył ku niej, i obser­wo­wała, jak jego wzrok prze­suwa się po jej trzech stró­żach. - Co mogę dla pana zro­bić?

- Szko­liła pani te trzy?

- Tak.

Zło­ta­wo­brą­zowe oczy przy­wo­dzące na myśl cie­pły, mocny napar her­baty prze­nio­sły się na nią.

- Zatrud­niam panią.

- Oho. Za ile?

Wska­zał ręką psy.

- Pani tre­ner, pro­szę podać cenę.

- Dobrze. Cena wywo­ław­cza milion dola­rów.

- Przyj­mie pani w ratach?

- Możemy nego­cjo­wać - odparła z uśmie­chem. - Zacznijmy od tego. Fiona Bri­stow - przed­sta­wiła się, wycią­ga­jąc rękę.

- Prze­pra­szam. Simon Doyle.

Ręce czło­wieka pracy - pomy­ślała, twarde, z odci­skami. Kiedy zetknęły się z jej dłońmi, sko­ja­rzyła nazwi­sko.

- Już wiem, arty­sta.

- Robię głów­nie meble.

- Piękne rze­czy. Kilka tygo­dni temu kupi­łam drew­nianą misę, pań­skie dzieło. Kiedy zoba­czę ładną misę, nie mogę się oprzeć i kupuję. Moja maco­cha sprze­daje pana wyroby w skle­pie, który pro­wa­dzi. Island Arts.

- Sylvia, o tak. Wspa­niała kobieta. - Krótko zbył kom­ple­ment, zakup i towa­rzy­skie zaga­je­nie. Czło­wiek, który ma coś do zała­twie­nia. - To wła­śnie ona pora­dziła, żebym tu przy­je­chał. Jaką zaliczkę mam dać na poczet tego miliona?

- Gdzie jest pies?

- W cię­ża­rówce.

Spoj­rzała ponad jego ramie­niem, prze­chy­la­jąc głowę. Zoba­czyła przez okno szcze­niaka. Labra­dor z domieszką retri­wera - oce­niła, odda­jący się pew­nej czyn­no­ści.

- Pań­ski pies zjada cię­ża­rówkę.

- Co? - Odwró­cił się gwał­tow­nie. - O, kurwa!

Rzu­cił się naprzód, a Fiona dała sygnał oży­wio­nym psom, żeby zostały na miej­scu, i wol­nym kro­kiem ruszyła za wła­ści­cie­lem szcze­niaka. Chciała zoba­czyć, jak sobie pora­dzi z tą sytu­acją, ponie­waż w ten spo­sób mogła naj­le­piej oce­nić czło­wieka, psa i aktu­alną dyna­mikę ich rela­cji.

- Na litość boską! - Szarp­nął drzwiczki. - Cho­lerny świat, co ci odbiło?

Szcze­niak nic a nic się nie bał, nie oka­zał skru­chy, sko­czył na swo­jego pana i obśli­nił mu twarz gor­li­wym liza­niem.

- Dosyć tego. Prze­stań! - Odsu­nął psiaka, który, zachwy­cony, wywi­jał ogo­nem, wier­cił się i poszcze­ki­wał.

- Dopiero co kupi­łem tę cię­ża­rówkę. Zjadł zagłó­wek. Jak mu się to udało w nie­całe pięć minut?

- Szcze­niak nudzi się po dzie­się­ciu sekun­dach. Znu­dzone szcze­niaki gryzą. Szczę­śliwe szcze­niaki gryzą. Smutne szcze­niaki gryzą.

- Jak­bym o tym nie wie­dział! - rzekł z gory­czą Simon. - Kupi­łem mu całą górę gry­za­ków, ale on woli dobie­rać się do butów, mebli, do pie­przo­nych kamieni i w ogóle do wszyst­kiego, nawet do mojej nowej cię­ża­rówki. Pro­szę. - Wepchnął psiaka w ramiona Fiony. - Niech pani coś zrobi.

Objęła szcze­niaka, który natych­miast obca­ło­wał ją po psiemu, z ser­decz­no­ścią kochanka po roz­łące. Owio­nął ją cie­pły oddech z nutą wypra­wio­nej skóry.

- Aleś ty śliczny! Przy­stoj­niak z cie­bie, tak?

- To potwór! - wark­nął Simon. - Spe­cja­li­sta od ucie­czek, który w ogóle nie śpi. Wystar­czy spu­ścić go z oka na dwie minuty, a od razu coś zeżre, stłu­cze albo zała­twi się w naj­mniej odpo­wied­nim miej­scu. Od trzech tygo­dni nie mam chwili spo­koju.

- Hmm. - Fiona przy­tu­liła wino­wajcę. - Jak się wabi?

Simon rzu­cił psu spoj­rze­nie by­naj­mniej nie­za­po­wia­da­jące odwza­jem­nie­nia obśli­nia­ją­cych ser­decz­no­ści.

- Jaws1.

- Nad­zwy­czaj odpo­wied­nio. Prze­ko­najmy się, jaki ma cha­rak­ter.

Przy­kuc­nęła i dała znak swoim psom, że mogą się zbli­żyć. Gdy przy­truch­tały, posta­wiła szcze­niaka na ziemi.

Nie­które szcze­nięta kulą się ze stra­chu, inne cho­wają się albo ucie­kają. A jesz­cze inne, tak jak ten, są twarde, nie pod­dają się. Jaws doska­ki­wał do dużych psów, poszcze­ku­jąc i mer­da­jąc ogon­kiem. Wąchał tak jak one, drżąc z rado­ści, pod­gry­zał nogi i ogony.

- Mały dzielny wojow­nik - bąk­nęła Fiona.

- Niczego się nie boi. Niech pani to zmieni.

Wes­tchnęła i potrzą­snęła głową.

- Po co wziął pan psa?

- Dała mi go matka. Teraz już prze­pa­dło. Lubię psy, nie powiem. Zamie­nię go na jed­nego z tych pani. Pro­szę wybrać.

Przyj­rzała się wyostrzo­nym rysom zaro­śnię­tej twa­rzy Simona.

- Jest pan nie­wy­spany?

- Żeby prze­spać choćby godzinę, muszę go wziąć do łóżka. Porwał na strzępy wszyst­kie poduszki. I dobrał się do mate­raca.

- Trzeba spró­bo­wać przy­zwy­czaić go do kojca.

- Kupi­łem kojec. Ale go zjadł. Pogryzł tak, że bez trudu się wydo­stał. Chyba potrafi spłasz­czyć się jak wąż. Nie mogę przez niego pra­co­wać. Może ma uszko­dzony mózg albo jest psy­cho­ty­kiem.

- To maluch, który potrze­buje zabawy, miło­ści, cier­pli­wo­ści i dys­cy­pliny - wyja­śniła, a tym­cza­sem Jaws wsko­czył na nogę New­mana i zaczął z nią na niby kopu­lo­wać.

- Czemu on to robi? Wska­kuje na wszystko i się pręży. Jeżeli jest malu­chem, to dla­czego ma w łebku tylko kopu­la­cję?

- To instynkt oraz próba oka­za­nia domi­na­cji. Chce być dużym psem. Bogart! Przy­nieś sznur!

- Jezu, nie chcę go powie­sić! Nie aż tak - rzekł Simon.

Czarny labra­dor pognał na ganek i wpadł przez otwarte drzwi do domu. Po chwili wró­cił w pod­sko­kach z kawał­kiem liny w zębach i upu­ścił ją u stóp Fiony. Kiedy po nią się­gnęła, przy­padł przed­nimi łapami do ziemi, wysta­wia­jąc zad i krę­cąc ogo­nem.

Fiona potrzą­snęła liną. Bogart pod­sko­czył, cap­nął i war­cząc, zaczął cią­gnąć z zapa­mię­ta­niem.

Jaws zosta­wił New­mana, wziął roz­pęd, dał susa, roz­mi­nął się z liną, upadł na grzbiet. Prze­krę­cił się, znowu sko­czył, kła­piąc małymi szczę­kami, z ogon­kiem jak sza­lony metro­nom.

- Chcesz linę, Jaws? Chcesz linę? Baw się!

Schy­liła się pod­su­wa­jąc mu linę, a gdy szcze­nięce zęby wbiły się w nią, puściła.

Bogart szarp­nął tak, że szcze­niak ode­rwał się od ziemi i zaczął się rzu­cać, ucze­piony liny jak ryba na wędce.

Pełen deter­mi­na­cji - oce­niła. Z zado­wo­le­niem patrzyła, jak Bogart opusz­cza łeb, by szcze­niak wylą­do­wał na ziemi, i dosto­so­wuje siłę ciągu do małego kolegi.

- Peck, New­man, przy­nie­ście piłki. Przy­nie­ście piłki!

Psy popę­dziły jak wcze­śniej ich towa­rzysz. Wró­ciły z żół­tymi teni­so­wymi pił­kami, które wypluły u stóp Fiony.

- New­man, Peck! Aport!

Rzu­ciła piłki szybko jedną po dru­giej, a psy pognały za nimi.

- Ładny rzut. - Simon przy­glą­dał się, jak psy łapią piłki i ponow­nie je przy­no­szą.

Teraz Fiona zacmo­kała, a Jaws prze­krzy­wił łebek, nie pusz­cza­jąc liny. Pod­rzu­ciła kilka razy piłki w powie­trze, obser­wu­jąc kie­ru­nek spoj­rzeń szcze­niaka.

- Aport! - powtó­rzyła.

Gdy duże psy wystar­to­wały do biegu, mały rzu­cił się za nimi.

- Wyka­zuje silną chęć do zabawy, a to dobrze. Trzeba tylko zna­leźć dla niej ujście. Był u wete­ry­na­rza, jest zaszcze­piony?

- Zgod­nie z ter­mi­na­rzem. Pro­szę powie­dzieć, że go pani weź­mie. Opłacę pełne utrzy­ma­nie.

- To się odbywa ina­czej. - Się­gnęła po przy­nie­sione piłki i znów je rzu­ciła. - Przyj­muję go razem z panem. Jeste­ście dru­żyną. Jeżeli nie zaan­ga­żuje się pan w szko­le­nie psa, nie okaże tro­ski o jego zdro­wie i dobre samo­po­czu­cie, to pomogę panu zna­leźć dla niego nowy dom.

- Ja się łatwo nie pod­daję. - Simon wbił dło­nie w kie­sze­nie, a Fiona znów rzu­ciła piłki. - Poza tym moja matka... Nie chcę tam jechać. Wbiła sobie do głowy, że skoro się tu prze­pro­wa­dzi­łem, potrze­buję towa­rzy­stwa. Żony albo psa. Nie może mi dać żony, więc...

Ze ścią­gnię­tymi brwiami patrzył, jak duży żółty labra­dor pozwala szcze­nia­kowi zła­pać piłkę. Jaws przy­niósł ją w trium­fal­nych pod­sko­kach.

- Zaapor­to­wał.

- Tak. Niech go pan teraz o nią poprosi.

- Co?

- Niech pan mu powie, żeby dał piłkę. Pro­szę kuc­nąć, wycią­gnąć rękę i powie­dzieć: "daj piłkę".

Simon kuc­nął, wycią­gnął rękę.

- Daj mi...

Jaws wsko­czył mu na kolana, omal go nie prze­wra­ca­jąc, i trzy­maną w pysku piłką ude­rzył Simona w twarz.

- Pro­szę kazać mu zejść - poin­stru­owała Fiona i aż przy­gry­zła poli­czek, żeby się nie roze­śmiać, bo sądząc po minie, Simon Doyle nie dostrzegł śmiesz­no­ści sytu­acji. - Pro­szę go posa­dzić na pupie, deli­kat­nie przy­trzy­mać i wziąć piłkę. Kiedy ją pan odbie­rze, pro­szę powie­dzieć: "dobry pies" i powtó­rzyć to z entu­zja­zmem, z uśmie­chem.

Simon wyko­nał pole­ce­nie, choć nie było to wcale łatwe z psem, który wił się jak mokry robak.

- Udało się. Pies zaapor­to­wał i oddał zdo­bycz. Pro­szę mu pod­su­wać w nagrodę drobne sma­ko­łyki i nie szczę­dzić pochwał, powta­rza­jąc na okrą­gło te same komendy. Nauczy się.

- Świetne są takie sztuczki, ale mnie naj­bar­dziej zależy na tym, żeby oduczyć go demo­lo­wa­nia domu. - Rzu­cił gorz­kie spoj­rze­nie na porwany zagłó­wek. - I cię­ża­rówki.

- Reago­wa­nie na każdą komendę to kwe­stia dys­cy­pliny. Nauczy się robić to, o co pan poprosi, jeżeli będzie go pan szko­lił poprzez zabawę. On chce się bawić, chce się bawić z panem. Pro­szę go nagra­dzać i zabawą, i jedze­niem, i pochwałą i oka­za­niem uczuć, a nauczy się sza­no­wać reguły obo­wią­zu­jące w domu. Chce panu spra­wić przy­jem­ność - dodała, kiedy szcze­niak prze­tur­lał się, odsła­nia­jąc brzuch. - On pana kocha.

- Jest łatwym celem w naszym krót­kim i chwiej­nym związku.

- Który wete­ry­narz się nim opie­kuje?

- Funaki.

- Mai Funaki jest naj­lep­sza. Pro­szę przy­nieść kopie doku­men­ta­cji medycz­nej. Włą­czę je do swo­jej kar­to­teki.

- Przy­niosę.

- Kupi pan małe psie przy­smaki, żeby mógł je szybko schru­pać, nie te duże, które musiałby dłu­żej gryźć. Cho­dzi o natych­mia­stowe zaspo­ko­je­nie. A oprócz zwy­kłej obroży będzie potrzebna obroża uzdowa i smycz.

- Mia­łem smycz. Ale on...

- ...ją zjadł - dopo­wie­działa Fiona. - To nor­malne.

- Świet­nie. Obroża uzdowa? Coś jak kaga­niec?

Czy­tała w twa­rzy Simona i nie zdzi­wiła się, że ten czło­wiek zasta­na­wia się nad kagań­cem. Skrzy­wił się z nie­chę­cią, co ją ucie­szyło.

- Nie. Przy­po­mina uździe­nicę, jest deli­katna i sku­teczna. Będzie jej pan uży­wał pod­czas tre­nin­gów tu i w domu. Zamiast uci­skać gar­dło, ta obroża uci­ska deli­kat­nie punkty uspo­ka­ja­jące. Pomaga nauczyć psa cho­dze­nia przy nodze, bez rzu­ca­nia się naprzód i cią­gnię­cia. Nie tylko zapewni panu więk­szą kon­trolę nad szcze­nia­kiem, ale pozwoli się z nim zgrać.

- Świet­nie. Byle podzia­łało.

- Radzę zain­sta­lo­wać nowy kojec albo zre­pe­ro­wać tam­ten i wło­żyć do środka dużo zaba­wek do gry­zie­nia i kawał­ków nie­gar­bo­wa­nej skóry. Lina też się nadaje, ale potrzebne będą rów­nież piłki teni­sowe, kostki ufor­mo­wane ze skóry i tym podobne rze­czy. Dam panu listę zale­ceń i wyma­gań przy tre­ningu. Mam zaję­cia za... - Zer­k­nęła na zega­rek. - A niech to! Za pół godziny. Nie zadzwo­ni­łam do Syl.

Kiedy Jaws zaczął ska­kać i pró­bo­wał wspiąć się na jej nogę, pochy­liła się i przy­ci­snęła mu zadek do ziemi.

- Siad.

Ponie­waż nie miała przy sobie nagrody, przy­kuc­nęła i przy­trzy­mała szcze­niaka, chwa­ląc go i głasz­cząc.

- Może pan zostać, jeżeli ma pan czas. Dopi­szę pana.

- Nie mam przy sobie miliona dola­rów.

Wzięła szcze­niaka na ręce.

- Ma pan trzy­dzie­ści?

- Pew­nie tak.

- Trzy­dzie­ści za pół­go­dzinną lek­cję w gru­pie. Ile on ma? Około trzech mie­sięcy?

- Około.

- Da się zro­bić. Kurs trwa osiem tygo­dni. Były już dwie lek­cje. Jakoś upchnę dwa indy­wi­du­alne spo­tka­nia, żeby mógł nad­go­nić. Pasuje?

Simon wzru­szył ramio­nami.

- To taniej niż kupno nowej cię­ża­rówki.

- Znacz­nie taniej. Poży­czę panu smycz i obrożę uzdową. - Ze szcze­nia­kiem w ramio­nach ruszyła do domu.

- A gdy­bym zapła­cił pięć­dzie­siąt, popra­cuje z nim pani solo?

Rzu­ciła na niego okiem.

- Tak nie robię. Nie tylko on potrze­buje tre­ningu. - Zapro­wa­dziła Simona do domu i dopiero tam oddała mu psa. - Może pan dołą­czyć do grupy. Mam zapa­sowe smy­cze i obroże, a potrzebne też będą sma­ko­łyki. Muszę zadzwo­nić.

Z kuchni poszła do maga­zynku, gdzie wisiały, upo­rząd­ko­wane według rodzaju i roz­miaru, obroże, smy­cze i szczotki, a na pół­kach leżały pose­gre­go­wane roz­ma­ite zabawki i sma­ko­łyki.

Simo­nowi przy­po­mi­nało to skle­pik z arty­ku­łami dla zwie­rząt.

Fiona obej­rzała się na Jawsa, który wier­cił się w ramio­nach swo­jego pana i pró­bo­wał pod­gry­zać mu rękę.

- Pro­szę zro­bić tak.

Odwró­ciła się do szcze­niaka i dwoma pal­cami deli­kat­nie zamknęła mu pysk.

- Nie. - Patrząc w oczy psu, się­gnęła za plecy i wyma­cała gry­zak ze skóry w kształ­cie kości. - To jest twoje. - Kiedy wziął zabawkę w zęby, kiw­nęła głową. - Dobry pies! Niech go pan teraz postawi. Kiedy zacznie pana gryźć albo dobie­rać się do cze­goś, czego nie powi­nien ruszać, zrobi pan tak samo. Skar­cić, dać słowną komendę i pod­su­nąć coś, co należy do niego. Konieczne jest pozy­tywne wzmoc­nie­nie. Kon­se­kwentne nagra­dza­nie. Pro­szę dobrać mu smycz i obrożę.

Wyszła do kuchni, się­gnęła po tele­fon i wybrała w pamięci numer maco­chy.

- Cho­lera - mruk­nęła, kiedy włą­czyła się poczta gło­sowa. - Syl, mam nadzieję, że jesz­cze nie wyje­cha­łaś. Mia­łam nie­spo­dzie­wa­nego gościa i zapo­mnia­łam zadzwo­nić. Jestem w domu. Zna­leź­li­śmy tego dzie­ciaka. Nic mu nie jest. Pobiegł za kró­li­kiem i zgu­bił się, ale jest w dobrym sta­nie. Jeżeli już jesteś w dro­dze, to się tu zoba­czymy. Jeżeli nie, dzięki za czu­wa­nie w pogo­to­wiu, zadzwo­nię póź­niej. Pa.

Odło­żyła tele­fon i odwró­ciła się. Simon stał w drzwiach ze smy­czą w jed­nej ręce i małą obrożą w dru­giej.

- Te?

- Powinny wystar­czyć.

- Jakiego dzie­ciaka?

- Hugh Caul­dwella. Przy­je­chał z rodzi­cami na kil­ku­dniowe waka­cje w parku sta­no­wym. Dziś rano wyszedł z domu i powę­dro­wał do lasu, kiedy jesz­cze spali. Nie sły­szał pan?

- Nie. A czemu miał­bym sły­szeć?

- Bo to jest Orcas. Małemu nic się nie stało. Wró­cił bez­piecz­nie do domu.

- Pra­cuje pani w parku?

- Nie. Jestem ochot­ni­kiem w sto­wa­rzy­sze­niu zespo­łów poszu­ki­waw­czo-ratow­ni­czych z psami.

Simon wska­zał trzy psy, które leżały jak nie­żywe na pod­ło­dze w kuchni.

- Te?

- Tak. Wyszko­lone, z cer­ty­fi­ka­tem. Jaws byłby dobrym kan­dy­da­tem do szko­le­nia ratow­ni­czego.

Simon prych­nął, co od biedy mogło ujść za śmiech.

- Tak, pew­nie.

- Silny pociąg do zabawy, cie­kaw­ski, odważny, przy­ja­zny, fizycz­nie zdrowy. - Unio­sła brwi, kiedy szcze­niak porzu­cił nową zabawkę i zaata­ko­wał sznu­rówki butów Simona. - Ener­giczny. Nauka poszła w las, czło­wieku?

- Hę?

- Skar­cić, pod­su­nąć zabawkę i pochwa­lić.

- Och. - Przy­kuc­nął i powtó­rzył zade­mon­stro­waną wcze­śniej przez Fionę lek­cję.

Jaws cap­nął zabawkę, wypluł ją i znów dobrał się do sznu­ró­wek.

- Pro­szę powta­rzać naukę. Muszę coś przy­go­to­wać. - Nim ode­szła, przy­sta­nęła. - Umie pan obsłu­gi­wać kawiarkę?

Spoj­rzał na urzą­dze­nie na bla­cie.

- Myślę, że dam sobie z nią radę.

- Bar­dzo pro­szę. Czarna z łyżeczką cukru. Led­wie żyję.

Odpro­wa­dził ją spoj­rze­niem spod ścią­gnię­tych brwi.

Miesz­kał na wyspie od kilku mie­sięcy, ale nie wyobra­żał sobie, że kie­dy­kol­wiek przy­wyk­nie do swo­bod­nych sto­sun­ków i poli­tyki otwar­tych drzwi. Zapra­szam do środka, choć w ogóle cię nie znam, a skoro już tu jesteś, zaparz mi kawę; teraz zosta­wię cię samego. Tak to wyglą­dało.

Nie miała prze­cież nic prócz jego wła­snych słów na potwier­dze­nie jego toż­sa­mo­ści, a poza tym nikt nie wie­dział, że tu jest. A gdyby był psy­cho­lem? Gwał­ci­cie­lem? No dobra, ma trzy psy - pomy­ślał, znów na nie patrząc. Jak dotąd, zacho­wy­wały się przy­jaź­nie, nie­mal tak swo­bod­nie jak ich pani.

A w tym momen­cie zdrowo chra­pały.

Zasta­na­wiał się, jak wytrzy­muje, miesz­ka­jąc z trzema psami, kiedy on z tru­dem tole­ro­wał obec­ność jed­nego. Spu­ścił oczy i zoba­czył, że szcze­niak prze­stał gryźć sznu­rówki, bo zasnął na jego bucie, ale z zębów ich nie wypu­ścił.

Z zacho­wa­niem jak naj­więk­szej ostroż­no­ści, z jaką mógłby się cofać ktoś przed dzi­kiem w lesie, Simon powo­lu­sieńku, wstrzy­mu­jąc oddech, cof­nął nogę, aż szcze­niak spły­nął miękko jak woda na pod­łogę.

Spał jak kamień.

Nadej­dzie dzień - pomy­ślał Simon, pod­cho­dząc do kawiarki, że odwdzię­czę się matce. Nadej­dzie taki piękny dzień.

Obej­rzał urzą­dze­nie, spraw­dził, czy są ziarna i woda. Kiedy je włą­czył, war­kot młynka obu­dził szcze­niaka, który zaczął groź­nie i zaja­dle szcze­kać. W dru­gim końcu kuchni pozo­stałe psy nasta­wiły uszu. Jeden ziew­nął.

Jaws zare­ago­wał na ten ruch rado­snym pod­sko­kiem i puścił się pędem do roze­spa­nej zgrai.

Kiedy psy się tarzały i obwą­chi­wały, Simon zasta­na­wiał się, czy mógłby jed­nego poży­czyć. Wyna­jąć jak opie­kunkę do dziecka.

Szafki kuchenne miały prze­szklone drzwiczki, więc bez trudu zna­lazł dwa jasno­nie­bie­skie kubki w kobal­to­wym odcie­niu. Otwo­rzył kilka szu­flad w poszu­ki­wa­niu sztuć­ców, dzięki czemu mógł podzi­wiać panu­jący w nich porzą­dek.

Jak ona to robiła? On miesz­kał w swoim domu zale­d­wie od kilku mie­sięcy, a jego kuchenne szu­flady przy­po­mi­nały pchli targ. Czło­wiek nie powi­nien być aż tak zor­ga­ni­zo­wany jak ta kobieta. To nie­nor­malne.

Przy­znać trzeba, że wygląda inte­re­su­jąco - oce­nił, krzą­ta­jąc się po kuchni. Włosy ani naprawdę rude, ani blond, oczy przej­rzy­ste, nie­bie­skie. Lekko zadarty czu­bek nosa obsy­pany pie­gami, a dolna warga jakby peł­niej­sza na sku­tek drob­nej wady zgryzu.

Z długą szyją - myślał, nale­wa­jąc kawę, chuda jak szczapa.

Nie­piękna. Nie­szcze­gól­nie ładna ani miła. Ale... inte­re­su­jąca, a kiedy się uśmie­cha, nie­malże pocią­ga­jąca. Nie­malże.

Wsy­pał łyżeczkę cukru z niskiej bia­łej cukier­nicy do jed­nego kubka, a drugi wziął do ręki.

Pocią­gnął łyczek, wyglą­da­jąc przez okno nad zle­wem, a potem odwró­cił się, bo usły­szał kroki. Poru­szała się ener­gicz­nie, ze zręcz­no­ścią osoby upra­wia­ją­cej sport. Paty­ko­wata - pomy­ślał, ale z moc­nymi mię­śniami.

Spo­strzegł, że spusz­cza wzrok, a kiedy podą­żył za jej spoj­rze­niem, zoba­czył, że Jaws kręci się w kółko, a potem kuca.

Simon otwo­rzył usta, chcąc krzyk­nąć: "hej!", jak zwy­kle w takiej sytu­acji, ale nie zdą­żył, bo Fiona rzu­ciła na blat teczkę i mocno dwa razy zakla­skała.

Zasko­czony dźwię­kiem, Jaws sta­nął pro­sto.

Fiona szybko zgar­nęła go z pod­łogi jedną ręką, a drugą chwy­ciła smycz.

- Dobry pies, Jaws, dobry pies. Wyj­dziemy na dwór. Pora wyjść na dwór. Spi­żar­nia, druga półka, pojem­nik z mini­sma­ko­ły­kami, pro­szę wziąć garść - wydała pole­ce­nie Simo­nowi i w dro­dze do tyl­nych drzwi przy­pięła smycz do obroży.

Trzy psy pobie­gły za nią, śmi­gnęły smugi koloru i roz­le­gły się odgłosy ich szyb­kich łap.

W spi­ża­rence jak dla kra­snali też pano­wał prze­ra­ża­jący porzą­dek, który widział już w szu­fla­dach. Wygar­nął z dużego słoja garść psich cia­ste­czek wiel­ko­ści knykci. Pal­cami jed­nej ręki zaha­czył ucha dwóch kub­ków i wyszedł na dwór.

Cały czas Fiona nio­sła psa, dłu­gimi kro­kami poko­nu­jąc krótką trasę do drzew strze­gą­cych tyłów posia­dło­ści. Simon dogo­nił ją, gdy sta­wiała Jawsa na ziemi.

- Zostaw. - Powstrzy­mała szcze­niaka przed zaata­ko­wa­niem smy­czy, dra­piąc go po łebku. - Popatrz na kole­gów, Jaws! Co robią te duże psy? - Obró­ciła go, zro­biła kilka kro­ków.

Szcze­niak zapo­mniał o smy­czy i zain­te­re­so­wał się psami, które wąchały, uno­siły nogi i znów wąchały. Popę­dził do nich.

- Daję mu tro­chę luzu. Dzięki. - Fiona wzięła kawę, pocią­gnęła długi łyk i wes­tchnęła. - Bogu dzięki. No dobrze, trzeba wybrać stałe miej­sce na siu­sial­nię i kup­kal­nię. Nie chce pan chyba co krok poty­kać się o miny. Dla­tego pro­szę zabie­rać go stale tam, gdzie chce pan, żeby się zała­twiał. Potem zacznie sam cho­dzić w to jedno miej­sce. Pan musi być czujny i kon­se­kwentny. On jest jak dziecko, więc trzeba go będzie wypro­wa­dzać kilka razy dzien­nie. Rano, kiedy tylko się obu­dzi, zanim pan pój­dzie wie­czo­rem spać i po każ­dym posiłku.

Oczyma wyobraźni Simon zoba­czył, jak jego życie zaczyna przy­po­mi­nać drzwi obro­towe krę­cące się w kapry­śnym ryt­mie natu­ral­nych potrzeb psa.

- A kiedy zrobi, co ma do zro­bie­nia - cią­gnęła Fiona - pro­szę się zachwy­cać. Pozy­tywne wzmoc­nie­nie, tego nie szczę­dzić. On chce pana zado­wo­lić. Chce być chwa­lony i nagra­dzany. Widzi pan, duzi kole­dzy robią swoje, a on nie chce być gor­szy.

Simon potrzą­snął głową.

- Kiedy go wypro­wa­dzam, przez godzinę węszy, tarza się i opie­prza, a pięć sekund po powro­cie do domu sruu...

- Niech pan mu pokaże. Jak facet face­towi. Wyjąć i nasi­kać.

- Teraz?

Roze­śmiała się. O tak - pomy­ślał, nie­malże pocią­ga­jąca.

- Nie, we wła­snym zaci­szu. Pro­szę. - Podała mu smycz. - Niech pan przy­kuc­nie, zawoła go. Rado­śnie, z zado­wo­le­niem, po imie­niu! A kiedy przyj­dzie, niech pan go pochwali i da sma­ko­łyk.

Czuł się głu­pio, wyda­jąc pełne zado­wo­le­nia odgłosy dla­tego, że pies zała­twił się mię­dzy drze­wami, ale wypeł­nił pole­ce­nie, mając w pamięci nie­zli­czone kupki, które usu­nął ze swo­ich pod­łóg.

- Dobra robota. A teraz wypró­bujmy pod­sta­wowe komendy, zanim przyjdą pozo­stali. Jaws. - Przy­trzy­mała go, żeby ścią­gnąć jego uwagę, i zaczęła gła­skać, aż się uspo­koił. Wzięła od Simona sma­ko­łyk, przy­trzy­mała w lewej dłoni, a prawą unio­sła nad łeb­kiem szcze­niaka, wycią­ga­jąc palec wska­zu­jący. - Jaws, siad. Siad! - Mówiąc to, poru­szała nad nim pal­cem, a on usi­ło­wał go śle­dzić, uno­sząc łebek. Aż w końcu klap­nął zadkiem na zie­mię. - Dobry pies! Dobry! - Nakar­miła go, pokle­pała, pochwa­liła. - Powta­rzać, powta­rzać. Odru­chowo będzie patrzył do góry, a wtedy jego tył scho­dzi na dół. A kiedy tylko usią­dzie, chwa­lić, nagra­dzać. Kiedy zro­zu­mie, pro­szę spró­bo­wać tylko z komendą gło­sową. Jeżeli nie zro­zu­mie, pro­szę powtó­rzyć jak na początku. Kiedy zro­zu­mie, trzeba chwa­lić, nagra­dzać.

Cof­nęła się.

Szcze­niak chciał za nią iść, nie obyło więc się bez małej sza­mo­ta­niny.

- Pro­szę ścią­gnąć na sie­bie jego uwagę. Pan jest sze­fem. On ma pana za fra­jera.

Roz­złosz­czony Simon spoj­rzał na nią zimno. Musiał jed­nak przy­znać, że kiedy pupa szcze­niaka dotknęła ziemi, poczuł dumę i zado­wo­le­nie.

Widział Fionę, która stała z zało­żo­nymi rękoma i wysu­nię­tym bio­drem. Oce­nia mnie - pomy­ślał, powta­rza­jąc raz po raz ćwi­cze­nie. Kiedy duże psy dołą­czyły do swo­jej pani i usia­dły jak trzy sfinksy, poczuł się idio­tycz­nie.

- Pro­szę spró­bo­wać bez dodat­ko­wego ruchu. Wska­zać pal­cem, wydać komendę gło­sem. Utrzy­my­wać kon­takt wzro­kowy. Wska­zać, wydać komendę.

Aku­rat zadziała - pomy­ślał z prze­ką­sem, ale wycią­gnął palec.

- Siad. - Roz­dzia­wił usta, kiedy Jaws przy­warł zadkiem do ziemi. - Usiadł. Usia­dłeś. Dobra robota. Zada­nie wyko­nane. - Jaws wessał mały sma­ko­łyk, a Simon uśmiech­nął się do Fiony. - Widziała pani?

- Widzia­łam. Dobry, bystry pies. - Jej pupile oży­wili się. - Pora zacząć zaję­cia. Szkolni kole­dzy już idą.

- Skąd pani wie?

- One wie­dzą. - Poło­żyła dłoń na łbie sie­dzą­cego naj­bli­żej psa. - A teraz pro­szę pozwo­lić New­ma­nowi się pową­chać.

- Co?

Zachę­ciła gestem, a potem ujęła dłoń Simona i przy­cią­gnęła ją do New­mana.

- New­man, to jest Simon. To jest Simon. Idź z Simo­nem. Idź. Muszę coś przy­go­to­wać. New­man będzie panu towa­rzy­szył przy pro­wa­dze­niu Jawsa na smy­czy. Pro­szę wziąć obrożę uzdową i przejść na tyły domu. New­man będzie poma­gał przy tre­ningu.

Kiedy ruszyła bie­giem razem z pozo­sta­łymi psami, Jaws chciał rzu­cić się w pogoń. New­man deli­kat­nie zablo­ko­wał go cia­łem.

- Chęt­nie zabrał­bym cię do domu, stary. Co ty na to? Przy­dał­byś się. Mie­li­śmy iść, tak? No to idź!

W nie­rów­nym tem­pie udało się Simo­nowi w asy­ście dużego labra­dora prze­pro­wa­dzić zapie­ra­ją­cego się cza­sem szcze­niaka przez traw­nik.

Jeżeli ta sprę­ży­sta, nie­mal pocią­ga­jąca tre­serka psów zapra­cuje na swoje hono­ra­rium - pomy­ślał, to może koniec koń­ców będę miał psa rów­nie atrak­cyj­nego jak New­man.

Cuda się zda­rzają. Cza­sami.

Godzinę póź­niej wyczer­pany Simon wycią­gnął się na kana­pie w swoim salo­nie. Jaws podra­pał go w nogę, zaskam­lał.

- Chry­ste, czy ty ni­gdy się nie uspo­ko­isz? Czuję się, jak­bym wró­cił z obozu szko­le­nio­wego dla rekru­tów. - Dźwi­gnął psa, a Jaws pokrę­cił się, poli­zał go i uło­żył się przy nim. - Tak, tak. Świet­nie się spi­sa­łeś. Obaj się spi­sa­li­śmy.

Podra­pał szcze­niaka za uszami.

Po kilku minu­tach czło­wiek i pies zasnęli kamien­nym snem.

Szczęki [wróć]

3

Mając przed sobą dzień wypeł­niony lek­cjami, Fiona potrze­bo­wała rano zastrzyku ener­gii. Nad osło­dzoną czarną kawą zasta­na­wiała się, co zapewni jej więk­szy napęd: owo­cowe kółka czy tostowe stru­dle.

Roz­wa­żała połą­cze­nie jed­nego z dru­gim, zwłasz­cza że poprzed­niego dnia omi­nął ją gruby bur­ger i fura fry­tek z powodu nie­spo­dzie­wa­nego przy­jazdu męż­czy­zny z psem.

Sek­sowny męż­czy­zna, słodki pies - pod­su­mo­wała wspo­mnie­nie, ale na zakoń­cze­nie wczo­raj­szego dłu­giego dnia zado­wo­liła się mro­żoną pizzą, bo była tak zmę­czona, że nie miała siły nawet myśleć o goto­wa­niu.

Ponie­waż cze­kał ją kolejny długi dzień, nie zaszko­dzi­łoby chyba pokrze­pić się dodat­kową por­cją cukru.

Snu­jąc te roz­wa­ża­nia, popi­jała kawę i patrzyła na psy bawiące się za domem. Ni­gdy jej się nie nudziło ich obser­wo­wa­nie. Miała wiel­kie szczę­ście, że mogła się utrzy­mać z pracy z psami i robić coś waż­nego.

Pomy­ślała o małym chłop­czyku, bez­piecz­nym teraz w cie­płym domu, o ojcu ronią­cym łzy ulgi i tulą­cym bar­dzo dobrego psa. A teraz ten bar­dzo dobry pies hasał po podwó­rzu z paty­kiem w pysku, nie­mal tak dumny ze swego zna­le­zi­ska jak z wytro­pie­nia dziecka.

Wtem wszyst­kie trzy psy czuj­nie znie­ru­cho­miały, po czym popę­dziły na drugą stronę domu.

Ktoś wła­śnie prze­je­chał mały mostek.

Cho­lera. Dzień pracy miał się zacząć za nie­całą godzinę. Przed kon­tak­tem z innymi isto­tami ludz­kimi potrze­bo­wała czasu tylko dla sie­bie i kół­kowo-stru­dlo­wego wzmoc­nie­nia.

Kiedy jed­nak pode­szła do fron­to­wych drzwi i otwo­rzyła je, od razu poczuła się lepiej. Zawsze była gotowa do spo­tka­nia z Sylvią.

Sylvia wysko­czyła z mod­nego auta hybrydy, mocna, ener­giczna, z ruchli­wymi falami gęstych kasz­ta­no­wa­tych wło­sów. Miała kozaki na cien­kich obca­si­kach i sze­roką spód­nicę, do któ­rej dobrała, zapewne korzy­sta­jąc z wła­snego zaopa­trze­nia, wspa­niały śliw­kowy swe­ter. Pod uszami zako­ły­sały jej się wiel­kie srebrne trój­kąty, kiedy cof­nęła się, robiąc miej­sce dla wyska­ku­ją­cego za nią weso­łego bostoń­skiego teriera Oreo.

Psy urzą­dziły orgię rado­snego powi­ta­nia - wąchały się, lizały, tarzały i ganiały. Sylvia zgrab­nie prze­brnęła przez żywą zaporę i posłała Fio­nie osza­ła­mia­jący uśmiech.

- Dzień dobry, ślicz­notko! Przy­je­cha­li­śmy godzinę wcze­śniej, wiem, ale chcia­łam tro­chę poplot­ko­wać. Można?

- Z tobą chęt­nie. - Fiona przy­kuc­nęła, a Oreo szybko pod­biegł się przy­wi­tać i pędem wró­cił do kum­pli. - Chodź do kuchni. Napi­jesz się her­baty, a ja przy­go­tuję sobie coś na ząb.

Sylvia na powi­ta­nie zafun­do­wała jej długi, mocny uścisk - jak zawsze - a potem, obej­mu­jąc Fionę w pasie, weszła do domu.

- Po wyspie krąży wieść o tym, jak ty i Peck odna­leź­li­ście tego chłop­czyka. Spi­sa­li­ście się na medal.

- Peck tro­pił ide­al­nie. Hugh dwa razy zro­bił siu­siu, to też pomo­gło. Zdu­mie­wa­jące, jaki kawał drogi może prze­być trzy­la­tek w piżamce ze Spi­der­ma­nem.

- Jak on się musiał bać!

- Był prze­mo­czony, zmar­z­nięty i zmę­czony, to było naj­gor­sze. - Fiona nasta­wiła czaj­nik i wska­zała szafkę, gdzie trzy­mała her­baty zio­łowe, żeby Sylvia któ­rąś sobie wybrała. - Bar­dzo cię prze­pra­szam, że nie zadzwo­ni­łam od razu.

- Nie przej­muj się. - Sylvia mach­nęła ręką i się­gnęła po "gruszkę z cyna­mo­nem". - I tak byłam poza domem. Oglą­da­łam jakieś tale­rze i misy, a tele­fon oczy­wi­ście zosta­wi­łam w samo­cho­dzie. Muszę się tego oduczyć.

Odwró­ciła się i zmru­żyła oczy, widząc, że Fiona wyciąga z innej szafki kar­ton owo­co­wych kółek.

- Chyba nie będziesz jadła na śnia­da­nie prze­two­rzo­nego cukru.

- Owo­cowe, więc z owo­cami. - Z peł­nym nadziei uśmie­chem Fiona potrzą­snęła pudeł­kiem. - Muszą zawie­rać jakieś owoce.

- Sia­daj. Zro­bię ci porządne śnia­da­nie.

- Syl, to jest w sam raz.

- Może, cza­sami, dla dzie­się­cio­latki. Sia­daj - powtó­rzyła i czu­jąc się jak u sie­bie, otwo­rzyła lodówkę Fiony. - Aha, aha. To mi wystar­czy. Zjesz omlet z bia­łek na razo­wej grzance.

- Tak?

- I powiedz mi coś o tym nowym. Jest na co popa­trzeć, nie?

- Roz­koszny, a po szko­le­niu będzie cudow­nym towa­rzy­szem.

Sylvia rzu­ciła Fio­nie figlarne spoj­rze­nie, wycią­ga­jąc miseczkę i mały pojem­nik.

- Mia­łam na myśli Simona.

- Może ja też.

- Ha. Jest ogrom­nie uta­len­to­wany, miły w obej­ściu, tro­chę tajem­ni­czy.

- O któ­rym z nich mówisz?

- Mądrala. - Sylvia spraw­nie oddzie­liła żółtka i zamknęła je w małym pojem­niku, a potem ubiła białka, doda­jąc tro­chę sera i przy­praw. - Ma śliczny dom na East Sound, jest dobrym rze­mieśl­ni­kiem, ma cudowne oczy, mocne plecy, roz­kosz­nego szcze­niaka i jest nie­żo­naty.

- Ide­alny kan­dy­dat dla cie­bie. Uderz do niego, Syl.

- Przy­mie­rzy­ła­bym się, gdyby nie był dwa­dzie­ścia lat młod­szy. - Sylvia wyło­żyła ubitą masę na pod­grzaną patel­nię i wsu­nęła chleb do tostera, a Fiona zapa­rzyła her­batę. - Ty się o niego posta­raj.

- Co bym z nim robiła, gdy­bym już go zdo­była? A poza tym - dodała, sły­sząc prych­nię­cie Sylvii - męż­czyźni, podob­nie jak psy, nie służą tylko do zabawy. Wyma­gają peł­nego dłu­go­ter­mi­no­wego zaan­ga­żo­wa­nia.

- Ale musisz się naj­pierw tro­chę zaba­wić, zanim podej­miesz decy­zję, czy chcesz tej całej reszty. Mogła­byś spró­bo­wać... bo ja wiem... sza­lo­nej randki.

- Bywa­łam na rand­kach. Wolę bawić się w więk­szym gro­nie, ale cza­sem uma­wiam się t?te-a-t?te. Zda­rza mi się zaba­wić, jak to się eufe­mi­stycz­nie okre­śla. Zanim znowu mnie zachę­ca­jąco szturch­niesz, powiem tylko: przy­ga­niał kocioł garn­kowi.

- Wyszłam za czło­wieka, który był miło­ścią mojego życia, i prze­ży­łam z nim dzie­sięć cudow­nych lat. Dotąd czuję się oszu­kana, że nie dane nam było prze­żyć razem dłuż­szego czasu.

- Wiem. - Fiona pode­szła i pogła­skała Sylvię po ple­cach. Obie pomy­ślały o ojcu Fiony. - Obda­rzy­łaś go szczę­ściem.

- Nawza­jem się obda­rza­li­śmy. Tego samego pra­gnę dla cie­bie. - Zsu­nęła omlet na pod­pie­czoną grzankę na tale­rzu. - Zjedz śnia­da­nie.

- Tak, pro­szę pani. - Sie­działy naprze­ciw sie­bie przy małym sto­liczku. Fiona ugry­zła pierw­szy kęs. - Boże, jakie pyszne.

- I zabrało nie­wiele wię­cej czasu niż nasy­pa­nie bar­wio­nego cukru do miseczki.

- Jesteś zbyt surowa dla owo­co­wych kółek, ale jedząc te pysz­no­ści, nie będę się spie­rać.

- Pokrzep się porząd­nym śnia­da­niem, a ja opo­wiem ci, co wiem o Simo­nie Doyle'u. - Popi­ja­jąc her­batę, Sylvia osu­nęła się na opar­cie krze­sła, skrzy­żo­wała nogi. - I nie pró­buj mi wma­wiać, że nie jesteś cie­kawa.

- Okej, nie będę wma­wiać, bo jestem. Tro­chę cie­kawa.

- Ma trzy­dzie­ści trzy lata, pocho­dzi ze Spo­kane, cho­ciaż przez ostat­nie kilka lat miesz­kał w Seat­tle.

- Spo­kane i Seat­tle. Noc i dzień.

- Mniej wię­cej. Ojciec ma przed­się­bior­stwo budow­lane w Spo­kane i pro­wa­dzi je ze star­szym bra­tem Simona. Simon ukoń­czył stu­dia na uni­wer­sy­te­cie kali­for­nij­skim, dwa kie­runki: sztukę i archi­tek­turę. Potem pra­co­wał jako zwy­kły sto­larz, aż zaczął pro­jek­to­wać i wytwa­rzać wła­sne meble. Nie­źle sobie radził w Seat­tle, zdo­był kilka nagród. Wdał się w gorący romans z Niną Abbott...

- Tą pio­sen­karką?

- Tak. Gwiazdą popu czy rocka, nie jestem pewna, do któ­rej kate­go­rii ją zali­czyć.

- Nie­grzeczna dziew­czynka na sce­nie popu - powie­działa Fiona z buzią pełną omleta. - Tro­chę sza­lona.

- Może. Uży­wali sobie przez kilka mie­sięcy po tym, jak zle­ciła mu zapro­jek­to­wa­nie mebli do domu na Bain­bridge Island. Pocho­dzi ze stanu Washing­ton i ma tam dom.

- Tak, wiem. Cza­sami czy­tam maga­zyn "People", oglą­dam E!TV. Och, cze­kaj. To wła­śnie on? Pamię­tam, że czy­ta­łam jakieś ploty o Abbott i cie­śli. W pra­sie nazy­wano go cie­ślą. Jest sek­sowna i uta­len­to­wana, no, ale docho­dzi do tego ta odro­bina sza­leń­stwa.

- Nie­któ­rzy lubią szo­ko­wać. Tak czy siak, żar namięt­no­ści zgasł. Przy­pusz­czam, że w inte­re­sach romans wcale mu nie zaszko­dził. Jakieś trzy mie­siące temu prze­pro­wa­dził się tutaj i sklep Island Arts jest dumny, i ma cho­lerne szczę­ście, że jako jedyny na wyspach San Juan ma w ofer­cie jego wyroby.

Sylvia unio­sła fili­żankę jak do toa­stu i pocią­gnęła łyczek.

- Dowie­dzia­łaś się tego wszyst­kiego z notki bio­gra­ficz­nej, którą ci dał do strony inter­ne­to­wej Island Arts, i z ulo­tek?

- Poską­pił mi infor­ma­cji o sobie, więc go zgo­oglo­wa­łam.

- Sylvio!

Ani tro­chę nie­zaw­sty­dzona, Sylvia pod­rzu­ciła swe gęste loki i spoj­rzała zaczep­nie.

- Kiedy przyj­muję prace jakie­goś arty­sty, muszę wie­dzieć, z kim mam do czy­nie­nia. Czę­sto jeż­dżę obej­rzeć prace. Nie chcia­ła­bym wejść do nory mor­dercy wyma­chu­ją­cego sie­kierą.

- Więk­szo­ści macha­ją­cych sie­kierą mor­der­ców nie znaj­dziesz w Google'u. Naj­wyż­szej tych już wsa­dzo­nych za kratki albo wącha­ją­cych kwiatki od spodu.

- Ni­gdy nie wia­domo. W każ­dym razie lubię go, nie­za­leż­nie od war­to­ści jego prac. A ty jak go oce­ni­łaś?

- Ponie­waż tro­chę się wku­rzył, bo Jaws zjadł mu zagłó­wek w cię­ża­rówce...

- Ups.

- Tak, no i czuł się sfru­stro­wany w nowej roli wła­ści­ciela psa. Trudno go było od razu oce­nić. Na pierw­szy rzut oka, pomi­ja­jąc walory fizyczne...

- Nie­za­prze­czalne - wtrą­ciła Sylvia, szel­mow­sko rusza­jąc brwiami.

- Nie prze­czę. Powie­dzia­ła­bym, że nie przy­wykł do bra­nia odpo­wie­dzial­no­ści za kogoś oprócz sie­bie i raczej zwykł dzia­łać w poje­dynkę. Typ wilka samot­nika. Poza tym wiem tyle, co usły­sza­łam dziś od cie­bie: pry­watna posia­dłość na małej wysepce, odda­le­nie od rodziny, wybór zawodu.

- Cza­sem wilk samot­nik to taki, który jesz­cze nie zna­lazł part­nerki czy stada.

- Nie­ule­czalna roman­tyczka.

- Przy­znaję się do winy - przy­tak­nęła Sylvia. - Z dumą.

- Na plus mogę zali­czyć, że szcze­niak sza­leje za nim. Nie oka­zuje stra­chu. W tym momen­cie pies jest sam­cem alfa, z czego wno­szę, że wła­ści­ciel ma czułe serce. Może tej czu­ło­ści nie­wiele, tego jesz­cze nie wiem, ale jest na pewno. Świad­czy o tym fakt, że pomimo fru­stra­cji i zło­ści nie myśli o pozby­ciu się psa. Godzi się na logiczne roz­wią­za­nia, kiedy mu się je zapro­po­nuje. Zapi­sał Jawsa do psiego przed­szkola, co prawda bez więk­szego entu­zja­zmu, ale z pełną deter­mi­na­cją. Choć więc nie nawykł do bra­nia odpo­wie­dzial­no­ści za innych, nie uchyla się od niej, kiedy nie ma innego wyj­ścia.

- Słowo daję, powin­naś zostać psy­cho­lo­giem. Albo zająć się okre­śla­niem cech psy­cho­lo­gicz­nych prze­stęp­ców.

- Wszyst­kiego, co wiem, nauczy­łam się od psów. - Fiona wstała, żeby wło­żyć talerz do zmy­warki, a potem sta­nęła za krze­słem Sylvii i objęła ją za szyję. - Dzięki za śnia­da­nie.

- Nie ma za co.

- Napij się jesz­cze her­baty, a ja przy­go­tuję się do zajęć.

- Pomogę ci.

- Nie w tych butach. Po wczo­raj­szym desz­czu zie­mia tro­chę roz­mię­kła. Zanim wyj­dziesz, zmień te swoje sek­sowne butki na moje eski­mo­ski. Są w prze­bie­ralni.

- Fee. - Sylvia zatrzy­mała Fionę, zanim ta wyszła.

- Tak?

- Minęło pra­wie osiem lat. Tobie i mnie.

- Wiem.

- Dzi­siaj mnie to ude­rzyło. Myśl o upły­wie czasu dopada mnie, kiedy mija rocz­nica śmierci Willa. Dla­tego musia­łam wyjść z domu, no i zoba­czyć się z tobą. Chcę ci powie­dzieć, jak bar­dzo się cie­szę, że tu jesteś, że mogę wpaść i zro­bić ci śnia­da­nie albo poży­czyć od cie­bie buciory trak­tory. Bar­dzo mnie to cie­szy, Fee.

- Mnie też.

- Byłby z cie­bie taki dumy. Był z cie­bie dumny, ale...

- Wiem, że był, i miło wie­dzieć, że byłby dumny i zado­wo­lony z tego, co zro­bi­łam, co robię. - Ode­tchnęła gło­śno. - Greg też byłby dumny. Tak myślę. Sporo zatarło mi się w pamięci - jego głos, zapach, nawet rysy twa­rzy. Nie przy­pusz­cza­łam, że będę kie­dyś musiała wyj­mo­wać foto­gra­fię, aby przy­wo­łać obraz jego twa­rzy.

- Sie­dem lat to dużo. Byłaś taka młoda, kocha­nie. Wiem, że go kocha­łaś, ale byłaś bar­dzo młoda. Nie­długo byli­ście ze sobą.

- Pra­wie dwa lata, a tak wiele mnie nauczył. Wszystko, co mam, zawdzię­czam temu, czego mnie nauczył, co mi poka­zał, co mi dał. Kocha­łam go, Syl, ale nie pamię­tam, jakie to było uczu­cie. Nie potra­fię dziś przy­wo­łać uczuć, które we mnie wywo­ły­wał.

- My też go kocha­li­śmy, twój tata i ja. Był bar­dzo dobrym czło­wie­kiem.

- Naj­lep­szym.

- Fee, może dla­tego nie potra­fisz przy­wo­łać uczuć, jakie do niego żywi­łaś, że nad­szedł czas, byś obda­rzyła uczu­ciem kogoś innego.

- Nie wiem. Cza­sami... cza­sami ogar­niają mnie wąt­pli­wo­ści, czy kie­dy­kol­wiek będę na to gotowa.

- Uczu­cia nie zawsze przy­cho­dzą wtedy, kiedy jeste­śmy na nie gotowi.

- Może i tak. Może spo­tka mnie nie­spo­dzianka. Ale na razie nie narze­kam na brak zajęć. Nie zapo­mnij o eski­mo­skach.

Po zaję­ciach z grupą zaawan­so­waną, liczącą sze­ściu uczniów, w tym Oreo, Fiona przy­go­to­wała się do zajęć z grupą spe­cjal­nych umie­jęt­no­ści na pozio­mie począt­ko­wym. Więk­szość uczest­ni­ków tych zajęć pocho­dziła spoza wyspy, a ich wła­ści­ciele liczyli na uzy­ska­nie cer­ty­fi­katu psa ratow­nika. W tej więk­szej gru­pie nie­któ­rym miało się to udać, innym nie. Nie­za­leż­nie jed­nak od wyniku dodat­kowe, wyspe­cja­li­zo­wane szko­le­nie przy­no­siło korzy­ści każ­demu psu i jego wła­ści­cie­lowi.

Po przy­by­ciu na miej­sce szko­le­nia psy i ludzie spę­dzali tro­chę czasu razem, by się poznać. Nie była to zda­niem Fiony strata czasu, lecz bar­dzo ważny etap nauki. Pies, który nie pod­da­wał się pro­ce­sowi socja­li­za­cji, nie miał szans na zali­cze­nie kursu. A w cza­sie tego dzie­się­cio­mi­nu­to­wego "spo­tka­nia towa­rzy­skiego" mogła oce­nić, jakie postępy robią psy i ich prze­wod­nicy dzięki ćwi­cze­niom w domu.

Przy­glą­dała się z rękoma w roze­pcha­nych kie­sze­niach sta­rej kurtki z kap­tu­rem.

- No dobrze, zaczy­namy. Naj­pierw rze­czy pod­sta­wowe.

Prze­ćwi­czyli cho­dze­nie przy nodze, na smy­czy i bez, z róż­nymi rezul­ta­tami.

- Snitch, Waldo - powie­działa, zwra­ca­jąc się bar­dziej do psów niż do ich wła­ści­cieli. - Przy­łóż­cie się w domu do ćwi­czeń z posłu­szeń­stwa bez smy­czy. Nie­wiele bra­kuje, ale stać was na wię­cej. Zoba­czymy teraz, jak wycho­dzi przy­wo­ła­nie. Pro­szę prze­wod­ni­ków, żeby ode­szli na bok. Zacze­kaj­cie, aż wasz pies będzie roz­pro­szony i wtedy daj­cie mu komendę. Sta­now­czo. Pamię­taj­cie o nagro­dzie i pozy­tyw­nym wzmoc­nie­niu.

Sama roz­myśl­nie odwró­ciła uwagę kilku mło­dych psów gła­ska­niem i zabawą. Była zado­wo­lona z ich wyni­ków. Gorzej wypadł spraw­dzian z zatrzy­my­wa­nia się po przy­wo­ła­niu, ponie­waż więk­szość psów chciała się bawić, gdy je zawo­łano.

Wybrała naj­bar­dziej krnąbr­nych uczniów, pozo­sta­łym kazała ćwi­czyć "siad", "zostań", a sama zaczęła szko­le­nie indy­wi­du­alne.

- To ważne, żeby pies zatrzy­my­wał się natych­miast. Może bowiem poja­wić się nie­bez­pie­czeń­stwo, któ­rego nie rozu­mie. Ponadto natych­miastowa reak­cja jest dowo­dem peł­nego zaufa­nia. Kiedy powie­cie: "stój!" albo inne wybrane przez sie­bie słowo do tej komendy, wasz pies musi ją wyko­nać bez waha­nia. Prze­ćwi­czymy to w nie­wiel­kiej odle­gło­ści. Idź­cie z psem przy nodze, bez smy­czy, a potem daj­cie komendę zatrzy­ma­nia. Cal­lie, mogę to zade­mon­stro­wać ze Snit­chem?

Według Fiony nale­żało pra­co­wać nie nad psią stroną pary, lecz nad ludzką. Cal­lie oka­zała waha­nie.

Po kilku minu­tach Fiona, mówiąc pew­nie i sta­now­czo, zro­biła ze szcze­niaka czem­piona w cho­dze­niu przy nodze. Reago­wał na komendę jak żoł­nierz.

- Nie rozu­miem, dla­czego nie robi tego dla mnie.

- Wie, że może ci wcho­dzić na głowę, Cal­lie. Kiedy dowo­dzisz, on nie wie­rzy, że robisz to serio. Nie trzeba krzy­czeć ani się gnie­wać, ale konieczna jest sta­now­czość. Oka­zu­jesz ją gło­sem, twa­rzą, języ­kiem ciała. Prze­ko­naj go, że nie żar­tu­jesz.

- Spró­buję.

Nieco lepiej - oce­niła Fiona, przy­pusz­cza­jąc, że obser­wo­wane zacho­wa­nie to pozo­sta­łość po rundce Snit­cha przy jej nodze. Jeżeli Cal­lie nie będzie tward­sza, mały gol­den zrobi z nią, co zechce.

- Krótka prze­rwa na zabawę - zarzą­dziła.

Na ten sygnał cze­kały jej psy. Przy­łą­czyły się do pię­cio­mi­nu­to­wych cha­otycz­nych bie­gów, apor­to­wa­nia, gonitw za piłką, tar­za­nia się w zapa­śni­czych gru­pach.

- Nie chciał­bym narze­kać - usły­szała.

Zmo­bi­li­zo­wała swe zasoby cier­pli­wo­ści, gdy Earl Gainer, eme­ry­to­wany poli­cjant i wła­ści­ciel bar­dzo inte­li­gent­nego owczarka nie­miec­kiego, tymi samymi co zwy­kle sło­wami roz­po­czął swoją skargę.

- O co cho­dzi, Earl?

- Rozu­miem, że jedno z zało­żeń polega na wyko­rzy­sta­niu instynktu zabawy, ale wydaje mi się, że strasz­nie dużo czasu scho­dzi na tym, że pozwa­lamy psom się wyha­sać.

A czas - dopo­wie­działa w duchu, to pie­niądz.

- Wiem, że to może wyglą­dać nie­po­waż­nie, ale szcze­niaki nie są zdolne do dłuż­szej kon­cen­tra­cji - wyja­śniła. - Ist­nieje realne nie­bez­pie­czeń­stwo prze­tre­no­wa­nia. Jeżeli pies się sfru­struje, nie spro­sta nowym wyma­ga­niom i ocze­ki­wa­niom, wtedy może się pod­dać, wró­cić do daw­nych nawy­ków albo się zbun­to­wać. Młode psy muszą przy­naj­mniej czę­ściowo wyła­do­wy­wać szcze­nięcą ener­gię, a także pod­trzy­my­wać kon­takty z innymi psami i z ludźmi. Spró­bu­jemy dziś kilku nowych rze­czy w ciągu dru­giej pół­go­dziny.

Earl od razu się roz­ch­mu­rzył.

- Na przy­kład jakich?

- Dajmy im jesz­cze parę minut. Kojak ma duży poten­cjał. Wiesz o tym. Jest bystry, chętny do nauki. Jeżeli będziesz wytrwale ćwi­czył przez kilka tygo­dni, przy­stą­pimy do tre­ningu węcho­wego. Zanim jed­nak to nastąpi, umoc­nimy więź, socja­li­za­cję i kar­ność.

Earl nadął policzki.

- Sły­sza­łem, czego doko­na­łaś wczo­raj ze swoim psem. Zna­leź­li­ście tam­tego chłop­czyka. Ja też chcę tak robić.

- Wiem. Przy twoim wyszko­le­niu i doświad­cze­niu będziesz bar­dzo cen­nym człon­kiem zespołu. Pomóżmy Koja­kowi, żeby zapra­gnął tego co ty. Zapew­niam, że jest na dobrej dro­dze.

- Wszy­scy znawcy twier­dzą, że jesteś jedną z naj­lep­szych tre­ne­rek w sta­nie, a może nawet na całym Pół­noc­nym Zacho­dzie. Dla­tego dwa razy w tygo­dniu prze­pra­wiamy się tu pro­mem. A młody, do licha, świet­nie się bawi.

- I uczy. - Fiona pokle­pała Earla po ramie­niu.

Zawo­łała swoje psy i ode­słała je na ganek, gdzie się poroz­kła­dały, by obej­rzeć przed­sta­wie­nie.

- Przy­wo­łaj­cie psy do nogi - zarzą­dziła i zacze­kała, aż wszy­scy staną w sze­regu. - Pies ratow­nik pro­wa­dzi poszu­ki­wa­nia w róż­nym tere­nie, więc wymaga się od niego, żeby poko­ny­wał prze­szkody, cho­dził po zamar­z­nię­tym grun­cie, po ska­łach, po lesie i po mie­ście. I przez wodę. Dzi­siaj wpro­wa­dzimy wodę.

Wska­zała napeł­niony wcze­śniej bro­dzik dla dzieci i pod­nio­sła gumową piłkę.

- Każde z was, po kolei, spu­ści psa ze smy­czy i wrzuci piłkę do bro­dzika. Wyda­cie komendę "aport". Spo­koj­nie. Mam ręcz­niki. Earl, może spró­bu­jesz pierw­szy z Koja­kiem? Ustaw się w odle­gło­ści około trzech metrów.

Earl wziął piłkę i zajął pozy­cję. Odpiął smycz, poczo­chrał psa i poka­zał piłkę.

- Kojak, przy­nieś! - krzyk­nął, rzu­ca­jąc piłkę.

Pies rzu­cił się jak wystrze­lony z procy i sko­czył z gło­śnym chlup­nię­ciem. Sta­nął z piłką w pysku i zasko­czoną miną, którą Fiona prze­tłu­ma­czyła w duchu na dosadne: "Ja pier­dolę!".

Posłusz­nie jed­nak wygra­mo­lił się i wró­cił do Earla, gdy jego pan pstryk­nął pal­cami.

Popi­suje się - pomy­ślała Fiona, ale z uśmie­chem i to coraz szer­szym, gdy Kojak otrzą­snął się dziko i ochla­pał dum­nego, nie­szczę­dzą­cego pochwał wła­ści­ciela.

- Widzia­łaś? - Z twa­rzą ocie­ka­jącą wodą Earl obej­rzał się na Fionę. - Zro­bił to za pierw­szym razem.

- Świet­nie się spi­sał.

I ty też - dodała w duchu.

Pla­no­wała zawsze godzinną prze­rwę mię­dzy zaję­ciami, wie­dząc, że więk­szość tego czasu zajmą jej prze­wod­nicy, któ­rzy zechcą poroz­ma­wiać, pora­dzić się, popro­sić o ocenę tre­ningu.

Powinna zdą­żyć jesz­cze z szyb­kim lun­chem, poba­wić się z wła­snymi psami i odpo­wie­dzieć na nie­ode­brane tele­fony.

Ponie­waż zostało jej czter­dzie­ści minut dla sie­bie, kiedy, pod­ska­ku­jąc na mostku, odje­chał ostatni samo­chód, porzu­cała przez chwilę piłki, poba­wiła się w prze­cią­ga­nie liny, a potem wbie­gła do domu, chwy­ciła kilka gar­ści kra­ker­sów cheez-its i zła­pała jabłko, żeby nie mieć wyrzu­tów sumie­nia.

Jedząc, spraw­dzała wia­do­mo­ści gło­sowe i e-maile, zro­biła kilka nota­tek do bloga, który uzu­peł­niała dwa lub trzy razy na tydzień.

Z bloga ludzie tra­fiali na jej witrynę inter­ne­tową lub odwrot­nie. A potem nie­któ­rzy przy­jeż­dżali do jej szkoły.

Zosta­wiła sobie dość czasu na opróż­nie­nie base­niku i przej­rze­nie planu lek­cji następ­nej grupy. Kiedy zaczęła się tym zaj­mo­wać, ktoś prze­je­chał po mostku.

Koniec ciszy i spo­koju - pomy­ślała. Ścią­gnęła brwi. Drugi raz w ciągu dwóch dni toczył się pod­jaz­dem nie­zna­jomy wóz.

Osło­niła oczy przed słoń­cem i roz­po­znała Rosie i Devina Caul­dwel­lów. Kiedy samo­chód wszedł w łagodny zakręt, doj­rzała i Hugh w fote­liku na tyl­nym sie­dze­niu.

- Dobra, chło­paki, zacho­wuj­cie się wzo­rowo. Powi­ta­nie.

Samo­chód zapar­ko­wał, a trzy psy usta­wiły się obok rzę­dem i wyko­nały siad.

Devin wysiadł od strony psów.

- Hej, Peck. Hej! - Kiedy Peck pod­niósł łapę, Devin z uśmie­chem nachy­lił się, żeby ją uści­snąć. - Miło cię znów widzieć.

- New­man - przed­sta­wiła Fiona, gdy Devin szedł wzdłuż psiego rzędu i ści­skał łapy. - I Bogart.

- Domy­ślam się, że jest pani miło­śniczką kla­syki fil­mo­wej. - Wycią­gnął rękę do Fiony. - Mam nadzieję, że nie prze­szka­dzamy.

- Ależ skąd. - Odwró­ciła się do Hugh, któ­rego matka trzy­mała za rączkę. Był w czer­wo­nej blu­zie z kap­tu­rem i w dżin­sach, bez widocz­nych śla­dów po prze­ży­tej przy­go­dzie. - Cześć, Hugh. Chcesz się przy­wi­tać z Peckiem i jego kole­gami?

- Pie­ski! - Hugh wygra­mo­lił się z samo­chodu i zarzu­cił rączki na kark Pecka. - Pie­sek mnie zna­lazł. Zgu­bi­łem się.

Przed­sta­wiła chłop­czy­kowi pozo­stałe psy, które też obda­rzył ser­decz­nym uści­śnię­ciem.

- Nie podzię­ko­wa­łam za wczo­raj­sze... - zaczęła Rosie.

- Była pani zaab­sor­bo­wana czym innym.

- Czy... czy tak można? - spy­tała, kiedy psy się poło­żyły, a Hugh zaczął się po nich prze­czoł­gi­wać i chi­cho­cząc, tar­mo­sić je za uszy.

- Czują się jak w raju. Uwiel­biają dzieci.

- Roz­wa­ża­li­śmy wzię­cie psa. Myśle­li­śmy, że pocze­kamy z tym rok lub dwa, ale teraz... - Rosie popa­trzyła z uśmie­chem na synka. - Jakie rasy pole­ca­łaby pani dla aktyw­nego trzy­latka?

- Mam sła­bość do labra­do­rów, to oczy­wi­ste. Wspa­niale nadają się dla dzieci, dla rodziny, ale trzeba dużo się z nimi bawić. I potrze­bują prze­strzeni.

- Mamy podwórko i park nie­da­leko domu. Wie pani, co czuję? Jeżeli jest gdzieś drugi Peck, to chcę go mieć. Prze­pra­szam - dodała Rosie, gdy zaszkliły jej się oczy. - Nie doszłam jesz­cze do sie­bie. Pani Bri­stow...

- Fiona.

- Fiona. - Rosie wycią­gnęła ręce i ujęła dło­nie tre­nerki. - Nie ma na to słów. Nie ma słów. Nie ma zapłaty ani żad­nego odpo­wied­niego gestu. Nie możemy zro­bić nic, co mogłoby się rów­nać temu, co zro­bi­łaś dla nas.

- Hugh bawi się z moimi psami. Jego śmiech jest zapłatą. Dla­tego robimy, co robimy.

Devin objął żonę.

- Napi­sa­li­śmy list do orga­ni­za­cji poszu­ki­waw­czo-ratow­ni­czej o waszym zespole. Wyślemy go dzi­siaj wraz z dat­kiem. Cho­ciaż w ten spo­sób się odwdzię­czymy.

- To wiele zna­czy. Bar­dzo dzię­ku­jemy.

- Kiedy znaj­dziemy szcze­niaka, zapi­szemy się tu na zaję­cia - dodała Rosie. - Chcę, żebyś wła­śnie ty pomo­gła nam go uło­żyć. Zastępca sze­ryfa Engle­wood powie­dział, że pro­wa­dzisz zaję­cia z tre­sury i przy­go­to­wu­jesz psy do poszu­ki­wań.

- Pew­nie zabie­ramy ci czas. Ale zanim odje­dziemy... Hugh, czy nie przy­wio­złeś cze­goś dla pani Bri­stow i Pecka? Uprze­dzono nas, że są trzy psy - cią­gnął Devin, gdy Rosie popro­wa­dziła synka do samo­chodu. - Dla każ­dego więc po jed­nej.

Hugh wró­cił, dźwi­ga­jąc trzy duże skó­rzane gry­zaki w kształ­cie kości. Upu­ścił je przed psami.

- Nie chcą? - zdzi­wił się, bo psy ani drgnęły.

- Nie wezmą ich, dopóki nie powiesz, że mogą to zro­bić. - Fiona pod­su­nęła każ­demu psu jedną kość.

- Weź­cie kość! Weź­cie kość! - krzyk­nął Hugh.

Fiona poparła to żąda­nie gestem. Psy pod­sko­czyły rado­śnie, a potem wyko­nały wyuczony ukłon, roz­śmie­sza­jąc Hugh.

- Ser­decz­nie ci dzię­kują.

- Hugh sam je wybrał dla cie­bie. - Rosie podała Fio­nie bukiet czer­wo­nych tuli­pa­nów. - Dla niego wyglą­dają jak lizaki. Tak powie­dział.

- Naprawdę tak wyglą­dają. Są piękne. Dzię­kuję.

- Nary­so­wa­łem obra­zek. - Hugh wziął rysu­nek od matki. - Nary­so­wa­łem sie­bie, Pecka i cie­bie.

- Ho, ho! - Fiona patrzyła z podzi­wem na kolo­rowe gry­zmoły. - Wspa­niały.

- To jest Peck, duży pies. To jest Fee, a to ja. Fee wzięła mnie na barana. A to jest Kicuś. On też jechał na barana. Mama pisała ze mną imiona.

- Świetny obra­zek.

- Możesz powie­sić na lodówce.

- Tak zro­bię. Dzięki, Hugh. - Uści­skała go, wdy­cha­jąc zapach dziecka - dzi­kiego, nie­win­nego i wol­nego.

Poma­chała gościom na poże­gna­nie, weszła do domu, przy­cze­piła rysu­nek do drzwi lodówki i uło­żyła liza­kowe tuli­pany w nie­bie­skim wazo­nie.

Cie­szyła się, że ma jesz­cze kilka minut na odpo­czy­nek przed przy­by­ciem uczniów na następne zaję­cia.

4

Naj­lep­szy przy­ja­ciel czło­wieka. Też coś!

Po sza­leń­czej goni­twie i zażar­tym boju Simo­nowi udało się wyłu­skać mło­tek z mor­der­czo zaci­śnię­tych szczęk Jawsa.

Szcze­niak ska­kał jak sprę­żyna obcią­gnięta futrem, a on trzy­mał w ręku obśli­niony i poob­gry­zany trzo­nek, wyobra­ża­jąc sobie, że mógłby raz a dobrze huk­nąć psa w kości­sty łebek. Ni­gdy by tego nie zro­bił, mimo wiel­kiej ochoty, ale gra wyobraźni to nie zbrod­nia.

I jak na fil­mie rysun­ko­wym zoba­czył ćwier­ka­jące ptaszki krą­żące nad łeb­kiem szcze­niaka i krzy­żyki w jego oczach.

- Wolno poma­rzyć... - mruk­nął.

Odło­żył mło­tek na stół do pracy, poza zasięg nisz­czy­ciel­skich psich zębów, i popa­trzył - ponow­nie - na poroz­rzu­cane po pod­ło­dze warsz­tatu zabawki i kości.

- To ci nie sma­kuje? Dla­czego? - Wziął do ręki kawa­łek liny dłu­go­ści Jawsa i pod­su­nął mu. - Masz, to sobie zniszcz.

Kilka sekund póź­niej, gdy Simon wytarł już obgry­ziony mło­tek, pies upu­ścił linę na jego but i usiadł, młó­cąc ogo­nem, prze­krzy­wia­jąc łebek, z oczami błysz­czą­cymi rado­ścią.

- Nie widzisz, że jestem zajęty? - spy­tał jego pan. - Nie mam czasu na zabawę co pięć minut, do cho­lery. Jeden z nas musi zara­biać na życie.

Odwró­cił się do sto­ją­cej szafki na wino - pięk­nego mebla z dzi­kiej cze­re­śni i hebanu. Przy­twier­dzał ostatni ele­ment wykoń­cze­nia kle­jem do drewna, gdy pies przy­pu­ścił atak na sznu­rówki. Z tru­dem usi­łu­jąc sku­pić się na pracy, Simon strzą­snął psa i wziął zacisk. Strzą­snął, przy­kleił, strzą­snął, doci­snął.

Powar­ki­wa­nia i rado­sne uja­da­nie Jawsa mie­szały się z muzyką U2, którą wybrał na dzi­siej­szy dzień.

Prze­su­nął pal­cami po jedwa­bi­ście gład­kiej powierzchni, kiw­nął głową.

Pod­cho­dząc do dwóch foteli buja­nych, w któ­rych chciał spraw­dzić spo­je­nia, prze­cią­gnął ze sobą psa przez tro­ciny.

Wyglą­dało na to, że Jaws pod­stęp­nie zmu­sił go do zabawy.

Pra­co­wał przez pra­wie dwie godziny, to cią­gnąc psa, to go gania­jąc, to naka­zu­jąc sobie prze­rwę, żeby wypro­wa­dzić pupila do Sraj­lan­dii, jak to nazy­wał.

Prze­rwa dobrze mi zrobi - zde­cy­do­wał. Pora oczy­ścić umysł, chło­nąc łagodne powie­trze i jasne słońce. Ni­gdy go nie męczyło obser­wo­wa­nie gry świa­tła - czy to słońca, czy księ­życa - nad wąską cie­śniną pomię­dzy czę­ściami wyspy two­rzą­cymi jakby worki przy­tro­czone do sio­dła.

Lubił stać na swoim wznie­sie­niu i słu­chać sub­tel­nej, mia­ro­wej melo­dii wody w dole albo przy­siąść na ganku przed warsz­ta­tem i zapa­trzyć się w ciemny las, który zamy­kał wokół niego prze­strzeń, tak jak cie­śnina ją otwie­rała.

W końcu prze­pro­wa­dził się na wyspę nie bez powodu.

Szu­kał samot­no­ści, ciszy, powie­trza, bogac­twa kra­jo­brazu.

Może matka, choć począt­kowo trudno to było pojąć, miała rację, wci­ska­jąc mu psa. Kom­pan zmu­szał go do wycho­dze­nia na dwór, a prze­cież taki wła­śnie cel przy­świe­cał prze­pro­wadzce. Dzięki temu mógł się rozej­rzeć, zre­lak­so­wać, zhar­mo­ni­zo­wać z naturą. Powie­trze, woda, drzewa, wzgó­rza, skały - zewsząd mógł czer­pać inspi­ra­cję do swej pracy.

Kolory, kształty, struk­tury, zaokrą­gle­nia i zała­ma­nia.

Ten skra­wek ziemi, las i woda, ska­li­sty stok, popi­ski­wa­nie i świer­got ptac­twa, zamiast samo­cho­dów i ludzi, dawały mu to, czego szu­kał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki