Rozdział 2
Wszystko zaczęło się 1 czerwca 2017 roku, kiedy na moim biurku zadzwonił telefon.
- Jerry Adams - odezwałem jak zwykle, to znaczy ani nie starając się zachęcić do rozmowy, ani nie wywołując wrażenia, że jestem zbyt zajęty, aby w ogóle podnieść słuchawkę. Tego nauczył mnie stary londyński barrister w trakcie praktyk.
W słuchawce coś zatrzeszczało, rozległo się chrząknięcie i w końcu męski głos niepewnie zapytał:
- Pan Adams?
Powiedział "pan", więc nietrudno było się domyślić, że mam do czynienia z rodakiem mojej matki. A poza tym ten akcent...
- Tak, słucham. Kto mówi? - powiedziałem po polsku, by ułatwić konwersację.
- Jerzy Stanisław Adams? - Mój rozmówca postanowił się upewnić, nie wiadomo dlaczego.
- Tak, to ja - potwierdziłem raz jeszcze, nieco zirytowany.
- Syn Ludwiki i Nigela? - Głos w słuchawce był nieustępliwy.
- Tak! Wnuk Jerzego i Izabeli oraz Iana i Elizabeth. Przeprowadza pan jakąś ankietę?
- Tak, to pan. - Mężczyzna w słuchawce wyraźnie się ucieszył.
- Wiem, że to ja. Od trzydziestu kilku lat, mniej więcej. Powie mi pan wreszcie, o co chodzi?
- Niestety, mam panu do przekazania smutną wiadomość... - Mężczyzna zawiesił głos. - Pana babka, Izabela, zmarła.
- Bardzo mi przykro - odparłem zdawkowo, nie okazując oczekiwanych zapewne oznak szczerego zmartwienia. - Babkę widziałem tylko raz w życiu i nie powiem, żebym w ciągu kilku dni pobytu w jej domu zdążył ją polubić.
- Pogrzeb odbędzie się za tydzień, żeby zdążył pan przyjechać, rzecz jasna.
Mężczyzna po drugiej stronie najwyraźniej w ogóle nie brał pod uwagę, że mógłbym tylko przysłać kwiaty, tak jak zrobiła moja babka, która nie pojawiła się na pogrzebie własnej córki.
- Nie wiem, czy uda mi się wyrwać z pracy - odparłem wymijająco.
- Wystosowaliśmy już stosowne pismo do pana przełożonych. - W głosie mężczyzny zabrzmiała tak wyraźna duma ze swojej zapobiegliwości, że trochę mnie to zastanowiło. I nawet zainteresowało.
- Dlaczego moja obecność jest tak ważna?
- Jest pan jedynym spadkobiercą - dodał po dłuższej chwili.
- Chwileczkę, a dziadek?
- Pan Jerzy nie żyje od dziesięciu lat.
Tu dopiero naprawdę mnie rozzłościł.
- Ciekawe, dlaczego o tym fakcie przez tyle lat nikt nie był łaskaw mnie poinformować?! - krzyknąłem w słuchawkę.
- Ja... no wie pan... - Mężczyzna znowu chrząknął. - Nie zajmowałem się wtedy sprawami pana rodziny. - Udzielił wystarczającego, jego zdaniem, wyjaśnienia i zamilkł.
- Rozumiem, że teraz się pan zajmuje. Kim pan w ogóle jest? Nawet się pan nie przedstawił.
- Tak, bardzo przepraszam. Nazywam się Kotecki. Mieczysław Kotecki. Jestem adwokatem.
- Doskonale. Wobec tego przekażę panu namiary na mojego adwokata i mam nadzieję, że panowie się porozumieją. Myślę, że jednak nie znajdę czasu, żeby udać się na pogrzeb. Ma pan czym notować? Harry Pincher. Pisze się P-i-n-c-h-e-r. Numer telefonu...
Podałem mu numer i odłożyłem słuchawkę. Oczywiście sam będąc adwokatem, nie potrzebowałem adwokata, ale nie miałem najmniejszej ochoty zawracać sobie tym głowy. Wróciłem do pilnej roboty, a o babce zapomniałem.
Pół godziny później telefon znowu zadzwonił.
- Cześć stary, Harry z tej strony.
- Cześć, właśnie miałem do ciebie dzwonić. Może się do ciebie zgłosić adwokat z Polski. Spław go jakoś i niczym się nie przejmuj.
- Wiesz, dzwonię, bo dopiero co z nim rozmawiałem.
- No proszę, nie myślałem, że będzie taki szybki. Przepraszam, powinienem był cię uprzedzić.
- Nieważne. Lepiej powiedz, dlaczego nie chciałeś z nim pogadać?
- Bo nie chce mi się jechać do żadnego syfiastego miasta...
- Kraków? Syfiasty? - Harry wyraźnie się oburzył. - Byłem tam miesiąc temu. Taki wypad na weekend z dziewczyną. Stary! Bilet w tanich liniach kosztuje czterdzieści funtów, nocleg w niezłym pensjonacie drugie tyle, żarcie i picie masz za połowę tego, co u nas. Knajpy czynne do rana i do tego wszyscy mówią po angielsku. Miasto jest super!
- Żartujesz? Podobały ci się te nędzne, szare kamienice z lecącym na głowę tynkiem i oknami zabitymi dechami? Ci smutni ludzie, wiecznie na wszystko narzekający?
- Stop! Odpowiedz mi na jedno proste pytanie. Kiedy tam ostatnio byłeś?
- Chyba... w osiemdziesiątym ósmym.
- No wiesz... - roześmiał się Harry. - Od tego czasu trochę się zmieniło. Nie wiem, czy się orientujesz, ale Polska wciąż jest w Unii Europejskiej.
- Bardzo śmieszne.
- Słuchaj. - Harry nagle przestał się śmiać. - Powinieneś jechać do Krakowa.
- Jak ci się tam tak podoba, to jedź sam. Dam ci pełnomocnictwo.
- No mogę, nawet chętnie. Ale nie interesuje cię nawet, co odziedziczyłeś?
- Stertę szpargałów i mieszkanie komunalne, które i tak trzeba będzie zwrócić państwu.
- Ty naprawdę nic nie wiesz??? - W głosie Harry'ego zabrzmiało coś, co mnie zaniepokoiło.
- A o czym miałbym wiedzieć? - Zapuściłem ostrożnie sondę.
- No o majątku twojej babki.
- Kiedyś podobno nie była biedna.
- Dobre, nie była biedna! No więc słuchaj, chyba że jesteś zajęty, to prześlę ci to mailem.
- Mów! - Zacząłem się niecierpliwić.
- Więc przede wszystkim dziedziczysz roszczenia do kilku tysięcy akrów na Litwie, Ukrainie i Białorusi.
- Jestem szczególnie zainteresowany tymi na Białorusi. Przeznaczę je na szpital psychiatryczny imienia Łukaszenki.
- Nigdy nie wiadomo.
- Mówisz, bo coś wiesz? - zażartowałem. - A w ogóle, to z kim mam się procesować?
- Z nikim. Twoja babka wyprocesowała już, co trzeba. Zwrócono jej prawie wszystkie nieruchomości, oczywiście te w Polsce. Część z nich zresztą już rozdysponowała. Ziemię, na której stoi klasztor, podarowała Kościołowi. Pałacyk w Warszawie przekazała muzeum. Zostały jeszcze cztery kamienice w Krakowie. Naprawdę o tym nie wiedziałeś?
- Co to za kamienice? - Przemilczałem pytanie Harry'ego.
- Środek miasta, kilka pięter. Sprawdziłem ceny takich nieruchomości. Chcesz wiedzieć, ile mniej więcej kosztuje jedna?
Potwierdziłem, wstrzymując oddech, a Harry celowo zwlekał z odpowiedzią.
- Pięć milionów funtów - powiedział, kładąc akcent na każdą sylabę.
Jęknąłem.
- Masz namiar na te tanie linie? - Bezwiednie ściszyłem głos, jakbym szykował się do napadu na bank.
- Nie tak łatwo! - zachichotał Harry. - Musiałbyś zrobić rezerwację ze dwa miesiące wcześniej. A babcię chowają za tydzień. Będziesz się musiał wykosztować na British Airways.
Doskonale to ujął.