Początek - wiele lat wcześniej
Gdzie jest ten Poszukiwacz Zwłok?
Śledczy z Jeleniej Góry popatrzył na mundurowego. Wydął przy tym usta i skrzywił się, jakby pytał o paskudnego insekta, który wlazł mu właśnie
za kołnierz kurtki. Trudno było przyznać się do tego, że cywil, zwykły
student, odwalił część roboty operacyjnej należącej do policji. Tę
część, w której zblazowanym śledczym nie chciało się grzebać. Bo szkoda
czasu, bo statystyki, bo są pilniejsze sprawy, a dziewczyna i tak się
znajdzie. No i się znalazła, do tego w stanie i w miejscu najgorszym z możliwych.
Sosnowy las z wolna się przerzedzał, pojawiały się coraz większe głazy i skały, a po kolejnych kilkudziesięciu metrach kończył się pionowym
urwiskiem, z którego rozciągał się cudowny widok na podgórze Karkonoszy.
Można było tu stanąć i cieszyć się panoramą. Można, gdyby nie skaza,
blady kleks odciągający uwagę od piękna natury. Nagie martwe ciało
dziewczyny kilkanaście metrów poniżej.
- Tam siedzi. - Funkcjonariusz wskazał do tyłu.
Mężczyzna mógł mieć góra dwadzieścia dwa lata. Oparł się pośladkami o jeden z głazów, splótł ręce na piersiach i wystawił twarz na promienie
słońca przenikające przez rzadkie korony drzew. Wyglądał, jakby był na
relaksującej górskiej eskapadzie, a nie jak człowiek, który znalazł
przed chwilą zwłoki zaginionej przed kilkoma dniami koleżanki.
- On jest jakiś dziwny - dodał policjant.
Śledczy jeszcze raz zmierzył faceta wzrokiem. Nie podobała mu się jego
postawa: rozluźniona, jakby beztroska, i ten dziwny uśmieszek błąkający
się po jego wargach. Z czego on się, cholera, cieszy? Tak zazwyczaj nie
wygląda ktoś, kto znalazł zakrwawione zwłoki. Do tego kogoś sobie
znanego, z kim jeszcze trzy dni temu szlajał się po górskich szlakach,
pił wino i kto wie, co jeszcze robił? Już on przyciśnie tego pieprzonego
detektywa amatora i miłośnika poszukiwań na własną rękę.
W tym momencie od strony drogi nadeszli technicy kryminalistyczni ze
sprzętem. Śledczy mimowolnie obrzucił spojrzeniem zachowującego się
dziwnie młodego człowieka i przez głowę przeleciała mu jeszcze jedna
myśl.
Chyba mieli pierwszego podejrzanego.
Ariel - wiele lat wcześniej
Nienawidził liczby trzynaście. Przynosiła
pecha, sprowadzała nieszczęścia, pakowała w kłopoty. Ariel miał
trzynaście lat i nic nie mógł na to poradzić. Mógł tylko przeczekać. Do
tego mieszkał pod numerem trzynastym, przypisaną do jego nazwiska liczbą
porządkową w dzienniku była paskudna i złowieszcza trzynastka. Na to też
nie mógł nic poradzić. Był przekonany, że to właśnie ta przeklęta liczba
ciągle złośliwie sprowadzała na niego kłopoty. Tak jak teraz.
Odgłosy pogoni zostawiał na chwilę z tyłu. Zatrzymał się na moment, żeby
złapać oddech. Stał ukryty za pniem dużego drzewa, gdzieś w środku
zaniedbanego i zarośniętego krzakami parku. Dał się tu zapędzić, bo nie
miał już dokąd uciec.
Gonili go we czterech. Znienawidzeni koledzy z klasy, którzy ciągle go
prześladowali i wyśmiewali się z jego imienia. No bo "jak można mieć na
imię Ariel?". Jak proszek do prania. Tylko tym tumanom nie przyszło
nawet do głowy, że imię Ariel nosił duszek powietrzny z dzieła wielkiego
zagranicznego dramaturga, pomagający szlachetnemu Prosperowi dokonać
zemsty na złych ludziach. Ariel wszystkim to tłumaczył, ale nikt go nie
słuchał. Dla większości był tylko proszkiem do prania. I czasem tak się
czuł. Był nieistotny, banalny, niedostrzegalny, ignorowany. Tak, jakby
był niczym, nikim, proszkiem albo po prostu prochem. Czasami zastanawiał
się przed snem, czy gdyby kiedyś rozwiał się na wietrze, ktoś by to w ogóle zauważył. Pewnie nikt.
Koledzy ze szkoły prześladowali go nie tylko za imię, ale także za to,
że był inny. Inteligentny, delikatny, wrażliwy. Ale chyba głównie z tego
powodu, że był od nich mądrzejszy. Doskonale się uczył, dużo czytał,
pięknie się wysławiał, był grzeczny, szanował starszych, nie sprawiał
kłopotów, nie pił taniego wina i nie palił papierosów za szkołą. Pewnie
niektórzy z tych ścigających go teraz tumanów nigdy w życiu nie dosięgną
swoją inteligencją poziomów, na których on był już od dawna. Był
totalnie inny, nie pasował do tego miejsca. Mała wieś nieopodal
wielkiego miasta nie tolerowała takich odmieńców. Wybryki natury
odstające od mocno zaniżonej średniej zawsze były prześladowane. Tak
naprawdę polowania na czarownice nigdy się nie skończyły, przybrały
tylko inną formę, bo gdyby żył w tamtych czasach, pewnie niechybnie
spłonąłby na stosie.
Gdzieś niedaleko usłyszał trzask łamanych gałęzi. Zerwał się do biegu.
- Tu jest! - rozległ się za nim radosny okrzyk jednego z prześladowców.
Uciekał na oślep, czując, jak rani sobie ramiona i nogi o ostre krzaki,
uchylając się przed gałęziami złośliwie smagającymi go po twarzy. Nawet
one były przeciw niemu. Bo przecież wszyscy są przeciw słabszym i "innym". Nawet Bóg.
Wybiegł nagle na małą łączkę i już wiedział, gdzie jest. Około stu
metrów dalej zobaczył zrujnowany pałac należący niegdyś do właściciela
ziemskiego, posiadającego też kilka położonych blisko wiosek. Jednak
każda potęga przemija, historyczne zawieruchy wywracają i niszczą
wszystko. W taki sposób pałac popadł w ruinę, otaczający go park
przypominał teraz raczej puszczę niż miejsce do spacerów i spędzania
miłych chwil w upalne dni. Staw przed pałacem też zmienił się w bagno
porośnięte wodną roślinnością.
Ariel biegł resztkami sił, grzęznąc w wysokiej trawie. Pogoń się
zbliżała. Na łączkę z czterech stron wypadło czterech napastników,
wydając radosne okrzyki na jego widok. Ruiny były dla niego ostatnim
ratunkiem. Tylko czy zdoła dobiec do nich przed tamtymi? Oni porzucili
gdzieś swoje plecaki. On swój, na dodatek pełen książek wypożyczonych
dzisiaj z biblioteki, miał na ramieniu.
Udało się. Podciągnął się i wskoczył do środka przez pozbawione okiennic
boczne okno znajdujące się tuż nad samą ziemią. Od razu pobiegł w kierunku schodów, wbiegł na górę po dziurawych kamiennych stopniach,
przebiegł przez jedno pomieszczenie, potem drugie, aż wreszcie znalazł
schronienie we wnęce w murze jednego z korytarzy. Przykucnął, ciężko
dysząc, zlany potem. Serce tłukło mu się w piersiach jak przestraszony
ptak w klatce. Bał się. Cholernie się bał. Zakrył dłonią usta, żeby
tamci nie usłyszeli jego chrapliwego oddechu. Po chwili się uspokoił i nasłuchiwał.
Na dole rozległy się głosy. Znowu się rozdzielili, żeby go szybciej
odszukać. Słyszał kroki na schodach, potem chrzęst gruzu i śmieci pod
ich butami, kiedy go szukali. Jeden blisko, inny dalej, jeden na górze,
kolejny na dole. Nikogo nie było na jego piętrze. Oddychał głęboko i zaczął w myślach powtarzać te kilka wersów mantry, którą stworzył
któregoś wieczoru po powrocie do domu z podbitym okiem. Słowa przynosiły
mu otuchę, mobilizowały do działania, dodawały odwagi. Bo przecież nie
ma sytuacji bez wyjścia.
- Nie błagaj o litość, ponieważ nie ma żadnego Boga. Nie okazuj
słabości, bo stracisz szacunek u innych...
Usłyszał ciche kroki na schodach. Któryś z nich się zbliżał. Zacisnął
mocno powieki, zbierając się w sobie. Mocniej chwycił ciężki plecak
wypchany książkami.
- Pomóc możesz sobie tylko sam...
Tak, musi to zrobić sam. Nieważne, ilu ich jest. Liczą się determinacja,
hart ducha i spryt. Ich przewaga liczebna jest nieistotna. Przecież on
jest od nich cztery razy inteligentniejszy. Może nawet szesnaście razy.
- Nie zwracaj uwagi na innych, nikt nie jest ważniejszy od ciebie...
Kroki na korytarzu się zbliżyły. Napastnik był już tylko kilka metrów od
jego kryjówki. Zebrał się w sobie.
- Nie rozmawiaj z nieznajomymi, tylko oni mogą cię zasmucić...
Zamachnął się teczką, kiedy jeden z chłopców był już o krok. To był
Michał, ten o ciągle złośliwym uśmiechu, największy wazeliniarz, który
na każde słowo szefa bandy, Romka, reagował gromkim śmiechem, nawet
jeśli ten mówił rzeczy - obiektywnie patrząc - nieśmieszne.
Chłopak dostał w twarz. Zachwiał się i z jękiem gruchnął na plecy,
wzniecając obłoczek kurzu. Był tak zaskoczony, że nawet nie zareagował.
Przez chwilę nie wiedział, co się stało, a potem złapał się rękami za
rozbity i krwawiący nos. Już nie był bohaterem ochoczo bijącym
słabszych. Teraz po prostu się rozpłakał, próbując zatamować krwawienie.
Ariel podbiegł do niego i kopnął go w bok.
Potem od razu ruszył w kierunku, z którego dochodziły odgłosy kroków
innego z napastników. Poczuł się cudownie lekko. Już się nie bał. Teraz
on był myśliwym.
- Nie błagaj o litość, ponieważ nie ma żadnego Boga - szeptał do siebie
bezgłośnie. - Nie okazuj słabości, bo stracisz szacunek u innych.
Zostawił plecak na korytarzu i zbiegł szybko na dół.
- Pomóc możesz sobie tylko sam - powtarzał, bo to mu dodawało odwagi.
Drugiego dopadł w kącie jednego z pomieszczeń. Zasypał go gradem ciosów
i kopnięć, tak że tamten nie zdążył nawet zareagować. Upadł na kolana i zasłonił głowę ramionami. Mimo to Ariel kopnął go jeszcze dwa razy, po
czym zniknął tak szybko, jak się pojawił. Zostawił jęczącego chłopaka,
plującego krwią rozbitych warg. To był Janusz, kolejny przydupas Romka.
- Nie zwracaj uwagi na innych, nikt nie jest ważniejszy od ciebie. Nie
rozmawiaj z nieznajomymi, tylko oni mogą cię zasmucić.
Spotkał ich na parterze. Jarek prowadził utykającego Michała. Krew nadal
obficie płynęła mu z nosa. Na jego widok Jarek stracił chęć do walki,
puścił kolegę i po prostu zwiał bez słowa. Michał, mimo opłakanego
stanu, też rzucił się do ucieczki w ślad za kolegą. Już nie byli tacy
mocni, jak im się to na początku wydawało.
- Pomóc możesz sobie tylko sam - powiedział głośniej, rozejrzał się po
podłodze i podniósł ciężką połówkę czerwonej cegły.
- Gdzie wy jesteście?! - dobiegł go z góry głos Romka. - Macie
zasrańca?!
Odpowiedziała mu cisza, więc zawołał jeszcze raz głośniej i z wyraźnym
niepokojem w głosie:
- Michał, Jarek?! Co z wami? Gdzie wy poleźliście?!
Ariel ruszył schodami na górę, z cegłówką w dłoni. Szedł cicho jak
złośliwy duch, a przynajmniej na tyle bezszelestnie, żeby Romek go nie
usłyszał. Przywódca bandy chodził po poddaszu i pomstował głośno na
nieobecnych kolegów, coraz bardziej zły i zniecierpliwiony. Wreszcie
szarpnął za zabite płytą pilśniową drzwi balkonowe. Stare gwoździe
tkwiące w zbutwiałych futrynach puściły i wyszedł na częściowo
zniszczony przez czas balkon. Barierka z jednej strony była zerwana i nierozsądnie było tam wchodzić. Romek jednak poszedł, omijając ten
fragment balkonu. Pewne chciał się rozejrzeć po okolicy, podejrzewając,
że jego koledzy dostrzegli gdzieś uciekającego Ariela i pobiegli za nim.
Stąd był doskonały widok na łąkę, zarośnięty staw i część parku. Romek
wychylił się odrobinę przez barierę z desek, którą ktoś przed laty tu
postawił dla bezpieczeństwa. Tylko nie wiadomo czyjego, bo nikt przecież
tu nie wchodził.
- Pomóc możesz sobie tylko sam.
To dobrze, że Romek tam stał. Nie słyszał, jak w jego kierunku idzie
Ariel. Usłyszał dopiero wtedy, kiedy ten stanął na progu drzwi na
balkon.
Romek odwrócił się gwałtownie. W postawie Ariela musiało być coś
takiego, że na jego twarzy pojawił się przestrach. Tak właśnie działali
nieletni szkolni bandyci. Tracili cały rezon, kiedy brakowało hordy
popleczników i trzeba było samemu spojrzeć osobie prześladowanej w twarz. A to wymagało szczególnej odwagi, jeśli osoba gnębiona miała w ręku cegłówkę. Romek zbladł i nie potrafił nic powiedzieć. To dobrze; i tak nic mądrego nie popłynęłoby z jego ust. W środku był pusty jak
dzban. Nie miał nic do zaoferowania światu prócz psucia i niszczenia.
Był jednostką zbędną. To on był teraz proszkiem, a Ariel zmienił się w głaz.
Jeśli są sytuacje, w których w ludziach budzi się uśpiona bestia, to
właśnie była jedna z nich.
- Nie zwracaj uwagi na innych, nikt nie jest ważniejszy od ciebie. Nie
rozmawiaj z nieznajomymi, tylko oni mogą cię zasmucić - powiedział Ariel
i postąpił krok w kierunku Romka.
1
Dziewczyna miała około szesnastu lat,
długie ciemne włosy po matce, które zawsze nosiła rozpuszczone, jakby
chciała się nimi pochwalić całemu światu. Ubierała się jak większość
nastolatek - modnie, czasem wyzywająco, czasem bezwstydnie. Jezu,
dlaczego w czasach, kiedy on był nastolatkiem, jego rówieśnice tak się
nie ubierały? Wtedy wszyscy byli zakuci w szkolne mundurki, tylko
dyskoteki albo prywatki dawały pewną odmianę, no ale dziewczyny nie były
tak odważne, jak obecne pokolenie, nie pokazywały na ulicy pępka w za
krótkiej koszulce. No, cóż, musiał się z tym pogodzić.
I oczywiście telefon komórkowy w zaciśniętej dłoni, z białymi kabelkami
prowadzącymi do słuchawek w uszach. Czy dzisiaj jakikolwiek nastolatek,
idąc do szkoły, zwraca uwagę na otaczającą go rzeczywistość? Nie, bo
idzie jak lunatyk, z nosem w ekranie, i nawet gdyby przez noc życie na
Ziemi się skończyło, a wytwory cywilizacji obróciły się w perzynę,
pewnie nie dostrzegłby tego od razu. No chyba że nie byłoby połączenia z netem. Zresztą czy teraz są jeszcze normalne telefony? Przecież oni
nawet do siebie nie telefonują, tylko piszą na komunikatorach. Jaka
przyszłość czeka ludzkość, kiedy dzisiejsze dzieci przejmą jej stery?
Marna.
Pogrążony w niewesołych myślach, siedział w samochodzie zaparkowanym
przy chodniku, którym nastolatka szła do szkoły, i obserwował, jak się
zbliża. Mimo wszystkich gorzkich refleksji, jakie go nawiedziły, czuł
dziwne ciepło pod sercem, gdy na nią patrzył. Była wysoka, szczupła i bardzo ładna. Kiedy podnosiła wzrok znad ekranu, żeby nie wpaść na
żywopłot, słup albo zaparkowany kołami na chodniku samochód, dostrzegał
to bardzo wyraźnie. I te ciemne oczy patrzące spod ciemnych brwi.
Cudowne!
Tak, zdecydowanie była podobna do matki, która kiedyś z powodzeniem
brała udział w konkursach piękności. Przez jakiś czas była nawet
prezenterką pogody w jednej z lokalnych stacji telewizyjnych, zanim nie
zakochała się jak idiotka w tym wytatuowanym kretynie. Pewnie w życiu
nie przeczytał żadnej książki z wyjątkiem książki serwisowej bardzo
drogiego auta, którym aktualnie rozbijał się po mieście. A i to
niekoniecznie. Przecież syn właściciela ogólnokrajowej sieci marketów
spożywczych nie mógł jeździć byle czym. Miał też inną wadę. Musiał mieć
ciągle nowe i coraz młodsze dziewczyny, więc była prezenterka pogody
szybko straciła miejsce na piedestale i odeszła w zapomnienie. Nigdy się
z tego upadku nie podniosła. Z tego, co się dowiedział, od lat samotnie
wychowywała córkę i pracowała w butiku w centrum. Kariera modelki czasem
kończy się dość boleśnie. I tak mogło być gorzej.
Nastolatka minęła go, nie odrywając wzroku od telefonu. Patrzył, jak się
oddala. Miała długie nogi, skrywane teraz przez czarne podkolanówki,
krótka spódniczka falowała na boki przy każdym kroku, na odkrytych
plecach z dumą prezentował się tatuaż w kształcie rozłożonych skrzydeł.
Jezu, kto nastolatce pozwolił na taki tatuaż? Chociaż z drugiej strony
podobał mu się. Był nawet podniecający. Pobudzał wyobraźnię. Prowokował
do rozważań, czy czasem inne takie niespodzianki nie czają się w miejscach intymnych, przez większość czasu ukryte przed światem i odsłaniane tylko tym najbardziej zaufanym. Ciekawa myśl, ale chyba
nieodpowiednia w tej chwili i w tym kontekście. Przywołał się do
porządku.
Zastanawiał się, czy ją kochał. Przecież w ogóle jej nie znał. Chyba
tak, takie uczucie jest silniejsze niż wszystko inne. Trwa mimo czasu i odległości, na przekór wszystkiemu, nawet absolutnemu brakowi kontaktu,
nawet wśród nieznajomych. Jezu, świat jest zbyt skomplikowany. Wolałby,
żeby był mniej złożony, może wtedy można by zapanować nad narastającymi
gdzieś w środku pierwotnymi, przerażającymi, zwierzęcymi żądzami.
Najgorsze było to, że on nie potrafił nad nimi zapanować. Teraz nawet
nie próbował. Po prostu kiedyś eksploduje z niszczycielską siłą. Znowu w jego życiu nastąpią gwałtowne i bardzo emocjonujące zmiany i na jakiś
czas będzie spokój. Jezu, czy to się kiedyś skończy?
Dziewczyna oddaliła się i zniknęła za rogiem budynku. Westchnął,
przekręcił kluczyk w stacyjce i kiedy tylko silnik zawarczał, włączył
się do ruchu. Po chwili wahania też skręcił za róg, w ślad za
nastolatką. Popatrzył na nią jeszcze, zanim doszła do budynku szkoły.
Potem, ruszając wolno, myślał. Jezu, jaki ona ma charakter? To, że
fizycznie była podobna do matki, nie budziło żadnych wątpliwości. I bardzo dobrze. Miałaby w życiu o wiele trudniej, gdyby odziedziczyła
urodę po ojcu. Ale jaka naprawdę jest? Może jest lekkomyślna, porywcza,
łatwo się zakochuje i pod wpływem bliżej nieokreślonych impulsów
podejmuje zazwyczaj błędne decyzje, jak matka? A może jest taka jak
ojciec? Jezu, jeśli zmaga się z tyloma osobistymi problemami co ojciec,
to jej przyszłość jawi się dość ponuro.
Zamyślony nie zauważył mężczyzny na pasach przed szkołą. W ostatniej
chwili nacisnął na pedał hamulca, opony jęknęły na asfalcie, auto
zatrzymało się, a przeciążenie rzuciło nim o kierownicę. Jezu, o mało
nie przejechał przechodnia. Kiedyś miasto zatrudniało bezrobotnych, żeby
pomagali przechodzić dzieciakom przez ulice przed szkołami. Ubrani w odblaskowe kamizelki, z wielkimi transparentami w dłoniach byli widoczni
z daleka. Teraz chyba ten zwyczaj już zniknął, bo przed tą szkołą nikogo
takiego nie było i właśnie doszłoby do nieprzyjemnego zdarzenia. Co
prawda jechał wolno, ale jednak.
Mężczyzna postał chwilę przed maską jego auta, patrząc mu prosto w oczy.
Był wysoki, miał krótkie zafarbowane na czarno włosy i coś takiego w oczach, że aż człowieka przechodziły ciarki, kiedy tamten świdrował go
spojrzeniem. Bardzo nieprzyjemny typ, specyficzny i dość mroczny. Na
szczęście pokazał tylko środkowy palec i poszedł dalej, znikając mu z oczu.
2
Pieprzone poniedziałki! Czy ktoś w ogóle
lubił poniedziałek? We krwi krążyły pewnie jeszcze jakieś ostatnie
promile z sobotniej popijawy i z leczenia kaca piwem w dzień święty.
Trzeba było jeszcze kilku godzin, żeby dojść do siebie i zacząć w miarę
normalnie myśleć i funkcjonować. W związku z tym wyprawa autem za miasto
do jakiejś pipidówy w ten przeklęty pierwszy dzień tygodnia była
największą katorgą, jakiej człowiek mógł doświadczyć. Chociaż z drugiej
strony cios pałką w głowę na początku tygodnia mógł zwiastować, że potem
będzie już tylko lepiej. Jedynie okoliczności, dla jakich trzeba było
się telepać w to odludne miejsce, nie zapowiadały na później łatwej i przyjemnej pracy. Raczej były preludium do prawdziwego trzęsienia ziemi,
połączonego z gradobiciem i powodzią.
Takie było przynajmniej zdanie komisarza Piotra Żołnierza, kiedy jego
służbowe auto podskakiwało na wybojach polnej drogi między polami. Na
każdy taki podskok kac odpowiadał tępym łupaniem w czaszce. Dobrze, że
przynajmniej już widział cel wyprawy - małą kępę drzew przy autostradzie
A4 w kierunku na Opole. Promienie porannego słońca odbijały się w szybach kilku stojących tam policyjnych radiowozów.
Że też ten skurwysyn wybierał takie miejsca na swoje zboczone zabawy -
przemknęło mu przez zbolałą głowę. Podmiot tej uwagi specjalnie działał
w taki sposób. Dlatego od pięciu lat pozostawał nieuchwytny. Zabójca
nastolatek, który zawsze uderza znienacka, maltretuje, gwałci, zabija i znika. Jak złośliwy duch z samego piekła. Taki cholerny poltergeist. I tak właśnie ochrzciła go prasa, kiedy jakiś policyjny gnojek puścił
farbę i do mediów dotarło, że w okolicach Wrocławia od lat grasuje
seryjny zabójca. Żołnierz pamiętał chryję, jaka się zrobiła, kiedy
opublikowano artykuł, w którym znalazło się wyjątkowo dużo szczegółów z dotychczasowych zabójstw, znanych tylko prokuratorom i policjantom
zajmującym się ściganiem Poltergeista. Komendant wojewódzki wpadł wtedy
we wściekłość i koniecznie chciał dopaść kreta. To był jakiś gnojek,
niepotrafiący po pijaku trzymać gęby na kłódkę, albo sprzedajna menda,
albo jeszcze większy skurwysyn, któremu zależało wyłącznie na udupieniu
kolegów. I oczywiście nie znaleźli wtedy kreta. Dla komendanta sprawa
była jasna. Jeśli śledczy nie potrafią wytropić źródła przecieku we
własnych szeregach, to z nich są gówniani śledczy i na pewno nie znajdą
zabójcy.
Poszła w ruch gilotyna i poleciały głowy, jak w pewnym kraju, podczas
trójkolorowej rewolucji. Poleciał prokurator, mimo że był jednym z najlepszych, odwołany został szef grupy śledczej, a jego miejsce zajął
komisarz Piotr Żołnierz.
Wtedy się cieszył, bo mógł wreszcie pokazać, ile jest wart. Tylko że od
tamtego czasu minęły dwa lata i nie pokazał wiele, a ciało kolejnej
nastolatki, do którego właśnie się zbliżał, spowoduje, że i on w najbliższym czasie zostanie usunięty ze stanowiska szefa grupy
dochodzeniowo-śledczej. No i dobrze. Na tej sprawie wszyscy łamią sobie
zęby, więc chyba nie ma już wielu chętnych. Niech komendant wojewódzki
sam stanie na czele śledczych, zobaczy, co mu się wydaje, że można, a co
jest naprawdę wykonalne..
Nie chciał oglądać widoków, które na niego czekały przy tej kępie drzew.
Jeszcze bardziej zwolnił, otworzył szerzej okna w aucie i zapalił, mimo
że nigdy tego nie robił wewnątrz wozu.
Wstawał kolejny upalny dzień, jaki natura fundowała ludziom w drugiej
połowie maja. Temperatury były nienormalne jak na tę porę roku, więc
można było przypuszczać, że robiła to raczej specjalnie, aby ich
pognębić, a nie sprawić przyjemność. Zresztą czy miała za co ludziom
sprawić przyjemność? Raczej nie.
Żołnierz wyrzucił papierosa po kilku pociągnięciach i już za moment
parkował za ostatnim policyjnym radiowozem w szeregu. Wysiadł z ociąganiem i poszedł wolno przez wysokie trawy w kierunku drzew.
Zatrzymał się na moment, nie zwracając uwagi na innych. Miejsce zbrodni
było już ogrodzone taśmami z napisem "policja", mundurowi stali na
zewnątrz kręgu, w środku kręciło się tylko dwóch techników w białych
uniformach, zasłaniających nawet twarz, obok nich tak samo ubrany
fotograf na przemian robił zdjęcia i filmował zabezpieczone przez nich
ślady. Ulżyło mu na chwilę, gdy zobaczył, że na razie przysłaniają mu
makabryczny widok na zwłoki.
Pomyślał, że zdąży jeszcze wypalić papierosa, zanim zobaczy go komisarz
Góralski, który jako jedyny, poza technikami, znajdował się na terenie
odgrodzonym taśmami. Nagle papieros zemdlił Żołnierza. Co z tego, że był
skorumpowanym starym gliniarzem, co z tego, że za pieniądze krył
przestępców, co z tego, że na zlecenie zaufanych adwokatów i prokuratorów - tak samo umoczonych w kontakty z półświatkiem jak on -
usuwał lub podmieniał dowody w magazynie albo wymuszał na świadkach
zmianę zeznań. Teraz zupełnie się nie liczyło, że miał na sumieniu
jeszcze gorsze czyny, dzięki którym było go stać na wszystko, czego
sobie tylko zażyczył, i jak mało kto potrafił używać życia. Teraz, przez
te kilka minut, znowu stał się takim policjantem, jakim był zaraz na
początku służby. Pełnym ideałów, wierzącym w sens walki ze złem i ścigania przestępców.
Gdyby teraz dorwał skurwysyna, który w taki sposób okalecza, gwałci i morduje nastolatki od kilku lat i wciąż pozostaje na wolności, pewnie
mógłby go nawet zabić. Na pewno by go nie zastrzelił. Biłby gołymi
rękami, powoli, metodycznie, złamałby mu palce, jeden po drugim, żeby
ten wrzód na zdrowym społeczeństwie czuł, że umiera. Skopałby go po
jajach, żeby już nigdy nie miał czego wyciągnąć z rozporka. Dopiero
gdyby uznał, że cierpienie, jakie mu zadał, w niewielkiej części
wynagrodziło krzywdę, którą wyrządził, przestrzeliłby mu kolana i zadzwonił po karetkę. Nie obchodziłoby go, co by z nim później zrobili.
Mogliby go nawet oskarżyć i zamknąć w pierdlu. Choć raczej by tego nie
zrobili. Dlaczego? Bo każdy by mu zazdrościł, że się odważył i sam
wymierzył sprawiedliwość, nie licząc się z sądami, które nieraz już
swoimi łagodnymi wyrokami niweczyły pracę śledczych i pozwalały sadystom
wrócić do normalnego życia albo decydowały o umieszczeniu ich w zakładach psychiatrycznych, na leczenie. A przecież, do jasnej cholery,
wszyscy wiedzieli, że nie można zresocjalizować takiego psychopaty jak
ten, ani tym bardziej go wyleczyć. Bestia już na zawsze pozostanie
bestią i w normalnych warunkach należałby się jej stryczek. Tylko że
żyjemy w jakichś dziwnych czasach, kiedy zamiast karać z pełną
surowością, kierujemy się źle pojmowanym humanitaryzmem. Czy ten
psychol, mordując niewinne nastolatki, wykazywał się jakimiś ludzkimi
uczuciami? Nie, dlatego nie był człowiekiem; był agresywnym i śmiertelnie niebezpiecznym zwierzęciem, a do takich po prostu się
strzela. I nie ma wtedy mowy o humanitaryzmie.
Tak, był za karą śmierci dla takich potworów.
- Piotr!
Wołanie Górala dobiegło do jego uszu dopiero po dłuższej chwili. Kolega
jednak go wypatrzył. Żołnierz niechętnie zdusił peta pod butem i przekroczył magiczny krąg wyznaczany przez taśmę. Uścisnęli sobie
dłonie. Komisarz Góralski, niezbyt odkrywczo nazywany w wydziale
Góralem, był jego całkowitym przeciwieństwem. Niższy o głowę, zamiast po
robocie chodzić na siłownię i rzeźbić sylwetkę, wolał skoczyć na kebab i zatroszczyć się o krągłości na brzuchu, nie golił głowy na zero, tylko
starannie pielęgnował swoje czarne, kręcone włosy, odwiedzając fryzjera
co najmniej raz w tygodniu. Chodził do barbera, który pielęgnował jego
krótką, czarną brodę, podczas gdy Piotr golił się sam, a że tego nie
lubił, jego golenie też wypadało raz w tygodniu. W tym przynajmniej była
zgodność. No i jeszcze w jednym: obaj tak samo lubili przytulać brudną
kasę i bawili się równie dobrze, wydając ją na dziwki. Kiedy szli w sobotę do klubu, Góral potrafił wyrwać równie ładną dupę jak Piotr, mimo
że nie mógł poszczycić się wielkimi bicepsami, rzeźbioną klatą,
sześciopakiem na brzuchu i sylwetką w kształcie litery V. Za to jego
portfel był tak samo wypchany pieniędzmi, co w tym wypadku miało
decydujące znaczenie.
- Mamy kolejną ofiarę. - Po minie Górala można było wywnioskować, że i on tego poranka wrócił do poglądów idealnego stróża prawa.
- Coś już wiadomo?
- Nastolatka, ten sam schemat, podobne obrażenia. Nie ma wątpliwości.
- Kurwa mać!
Zapytał najbliższego technika, czy może zbliżyć się do zwłok. Ten na
migi pokazał mu, którędy ma iść. Poszedł, ale zaraz stanął, przełykając
głośno ślinę. Widział niejedno, nic go nie ruszało, żołądek miał zawsze
stalowy. Częściej rzygał po wódce niż na widok zmasakrowanych czy
rozkładających się zwłok. Tylko że tym razem było inaczej. Może to
świadomość totalnej porażki jako szefa grupy śledczej spowodowała u niego aż tak daleko idący dyskomfort.
Odetchnął głęboko i podszedł tak blisko, jak pozwolił mu technik. Z tyłu
jednostajnie szumiała autostrada, po której w obie strony pędziły auta.
To go trochę rozpraszało i musiało minąć nieco czasu, zanim odgonił od
siebie wszystkie zbędne myśli i dźwięki. Skupił się jedynie na zwłokach
i miejscu zbrodni. Tylko czy to było miejsce zbrodni, czy jedynie
miejsce porzucenia ciała?
Rozejrzał się. Kilkanaście starych drzew z opadającymi ciężko gałęziami
rosło jak wysepka na skraju pól uprawnych, należących do jakiegoś
rolnika. Jak okiem sięgnąć ciągnęły się łany młodego zboża, poprzecinane
śladami maszyn rolniczych dokonujących oprysków i dziurawą polną drogą,
którą tu przyjechali.
Spojrzał pod nogi i rozejrzał się po najbliższej okolicy. Tu kiedyś
musiało być jakieś bajoro i pewnie drzewa rosły na jego skraju, skoro
teren nie został nigdy zagospodarowany pod uprawy. Tyle że ostatnie lata
były suche i woda, a potem błoto, wyschły, roślinność wodną z wolna
zastępowała ta porastająca zwykłe łąki. Na razie jednak była niska i rachityczna.
Zwłoki leżały na brzuchu, w miejscu, gdzie wyraźnie rysował się prawie
zupełnie pozbawiony roślinności łach zaschniętej gliny. Jasne, długie
włosy, posklejane krwią, okalały szczelnie głowę, jak wełniana czapka w zimę. Twarzy nie było widać, z czego komisarz Żołnierz akurat był
zadowolony. Ręce ofiary rozrzucone na boki - zdaniem policjanta trochę
nienaturalnie, lecz nie potrafił z całą pewnością stwierdzić, czy są
połamane, czy powykręcane w stawach barkowych. Plecy podrapane ze
strużkami zaschniętej krwi, pośladki posiniaczone, zakrzepła krew między
nogami, długie nogi pocięte, jedna stopa na pewno złamana i posiniała.
Nie patrzył dłużej, tylko ostrożnie się wycofał do Górala.
- I co o tym myślisz? - zapytał go kolega.
- Nasz złośliwy duch wrócił.
Żołnierz starał się, żeby jego głos zabrzmiał w miarę naturalnie,
chociaż nie do końca mu się to udało. Może na skutek ostatnich obrazów,
a może był to jednak wyrzut sumienia, że się nie sprawdził jako szef
grupy śledczej. Gdyby mu się udało, ta dziewczyna na pewno by żyła. Ale
się nie udało. Trudno jest złapać ducha, kiedy nie ma się pojęcia, kim
jest i gdzie straszy. Z tym seryjniakiem tak właśnie było. Czekał, aż
zamieszanie minie, a potem mordował, uderzając znienacka, praktycznie
zawsze tak samo. Nastolatka znikała z ulicy po zmroku i po jakimś czasie
policja odnajdywała jej okaleczone ciało. Mordowana była gdzie indziej,
więc śladów w miejscu porzucenia ciała było bardzo niewiele. Do tego
zabójca za każdym razem starannie to miejsce wybierał. Totalne odludzia,
twardy grunt, trudny dojazd - taki był standard.
- Już wiesz o decyzji szefa? - zapytał Góral, nie patrząc na Piotra.
- Jakiej decyzji?
- Nie jesteś już szefem grupy śledczej.
Mimo że Żołnierz się tego spodziewał, poczuł się zraniony do żywego.
Nikt do niego nie zatelefonował, nikt go nie ostrzegł; dowiedział się
przypadkiem od jednego ze śledczych. Tak się nie postępuje z gliniarzem,
który na tej robocie zjadł zęby. To było uwłaczające jego godności.
Wściekłość zapaliła się i zgasła jak siarka w zapałce. No i po co mu te
nerwy?
- Jak to się stało? - zapytał przez zaciśnięte szczęki.
- Ja tam nie wiem. - Góralski wzruszył ramionami, śledząc ptaki
gnieżdżące się w koronach drzew. - Patryk dowiedział się na porannej
naradzie u naczelnika i przekazał mi w tajemnicy. To jeszcze nic
oficjalnego.
- No ja myślę - rzucił Żołnierz.
- Nie mów, że się nie spodziewałeś.
- Coś wisiało w powietrzu, ale żeby, cholera, tak od rana w poniedziałek
i z tajniaka? Tego akurat się nie spodziewałem. Nie pozwolili mi nawet
obejrzeć trupa w spokoju.
- Nie przesadzaj. - Góral zapalił papierosa, nie częstując kolegi. -
Zwłoki obejrzałeś w spokoju, może trochę na kacu, ale wierzę, że twój
policyjny nos nie jest aż tak zamroczony, żeby czegoś nie zwąchać.
Komisarz Żołnierz spojrzał na niego ze złością, ale nic nie
odpowiedział. Cholera, niby sami koledzy, po tych samych pieniądzach, a tylko się odwróć do nich plecami i zaraz któryś zmieni się w Brutusa z nożem. Do tego nie sposób przewidzieć który.
Może już powinien zmienić środowisko i zająć się czymś innym? Tylko
czym? Nie chciał skończyć jako jeden ze współpracowników gangsterów w białych kołnierzykach. Przecież oni tylko czekali, aż odejdzie z policji. Mieli na niego tyle haków, że nawet przez myśl by mu nie
przeszło, żeby odrzucić propozycję nie do odrzucenia, którą by mu
przedstawili następnego dnia. Kiedyś myślał, że odłoży sporą sumkę w zielonych, wyjedzie na kraniec świata i stamtąd pokaże im cztery litery.
Niestety, pieniądze przepieprzył i teraz sam znajduje się w czterech
literach. Niech to szlag trafi!
- Wiadomo już, kto przejmie kierowanie grupą? - zapytał, rezygnując z zapalenia papierosa. W międzyczasie go zemdliło.
- Prokurator też będzie nowy. - Góral miał nieodgadniony wyraz twarzy.
- Kto?
- Sobociński.
- No i co?
- Co ty, kurwa, masz dzisiaj kłopoty z myśleniem? Czyim przydupasem jest
Sobociński?
Piotr przeklął głośno i jednak zapalił.
- Wilczyca nadchodzi i będzie kąsać - podsumował z krzywym uśmiechem
komisarz Góralski.
3
Komisarz Laura Wilk, przez kolegów
złośliwie zwana Wilczycą, skręcała właśnie z głównej drogi i wolno
toczyła auto po wertepach między polami obsianymi zbożem, jadąc w kierunku kępy drzew znajdującej się niedaleko autostrady. Kiedyś
wkurzało ją to, że koledzy z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej
Policji we Wrocławiu nazywają ją Wilczycą. Szybko jednak przeszła nad
tym do porządku dziennego. Potem nawet zaczęło jej to sprawiać
przyjemność. Męski szowinizm w policji miał się dobrze i jako młoda
policjantka wielokrotnie spotykała się z niewybrednymi komentarzami albo
propozycjami, za które chętnie dałaby rozmówcy w mordę. I raz czy dwa
nawet dała, z szybkim i bardzo dobrym skutkiem.
Chyba właśnie dlatego zaczęli ją nazywać Wilczycą. Od tego momentu
wszelkie seksualne aluzje się skończyły. Wilczyca - to brzmiało mocno,
dumnie i niebezpiecznie. Koledzy sami wpadli w swoją pułapkę, nadali jej
groźną ksywkę i dzięki niej zaczęli ją nareszcie traktować z szacunkiem,
jak partnera, a nie jak twardogłową feministkę, która postanowiła
zrealizować się w supermęskim zawodzie, chociaż kompletnie się do tego
nie nadaje. Tylko że Laura się nadawała. Nadawała jak jasna cholera, co
niejednokrotnie udowodniła, posyłając za kraty psycholi. Większość
śledczych z wydziału kryminalnego o wiele mniej nadawała się do bycia
funkcjonariuszem niż ona. Co chwilę im to pokazywała i ponosiła
konsekwencje w postaci złych spojrzeń, złośliwych uwag za plecami, a czasem kopania zdradliwych dołków na ścieżce jej kariery.
Zresztą było już tego coraz mniej. Zostało jeszcze tylko paru
skorumpowanych drani, którzy ciągle patrzyli na nią, jakby nadawała się
tylko do garów, dawania dupy i zarabiania coraz większej kasy na
zasiłkach porodowych i pięćset plusach. Ale z nimi też sobie w końcu
poradzi. Nie znosiła zdrajców w fabryce i na pewno już dawno
sprowadziłaby ich do parteru, gdyby miała twarde dowody. Było trudno,
ale to tylko kwestia czasu. Poradzi sobie i z nimi.
Jednym z takich zatwardziałych oficerów, nieustających w podkopywaniu
jej na wszystkie sposoby, był komisarz Żołnierz. Teraz, kiedy wreszcie
ma zająć jego miejsce na czele grupy śledczej ścigającej Poltergeista,
liczyła się z wybuchem wojny totalnej. I miała to w dupie.
Laura Wilk miała trzydzieści sześć lat i alergię na dzieci, stałe
związki, miłość i inne cholerne klątwy, które mogą człowiekowi zamącić w głowie. Ona była odporna. W całym jej życiu pojawił się tylko jeden
facet, do którego czuła słabość, jednak nie aż tak wielką, żeby planować
z nim wspólne życie. Nie wyobrażała sobie, jak mogłaby dzielić
mieszkanie z przedstawicielem płci przeciwnej, chodzić do tej samej
toalety, używać tej samej wanny, wreszcie spać w tym samym łóżku. Po co
ludzie robią sobie taką krzywdę? Poza tym związki ograniczają wolność.
Zamiast robić to, na co akurat ma ochotę, musiałaby liczyć się ze
zdaniem kogoś innego, kto miałby w tym czasie zupełnie inne pomysły. O seksie nie wspominając. Preferowała niczym nieskrępowaną wolność w tym
zakresie i chodziła do łóżka, z kim chciała i wtedy, kiedy miała ochotę.
Wbrew plotkom, które na jej temat krążyły po komendzie, była jak
najbardziej heteroseksualna. Kobiety jej nie interesowały, nie miały do
zaoferowania tego czegoś, co ją najbardziej w seksie kręciło, a wszelkie
imitacje budziły tylko wstręt.
Nosiła się jak mężczyzna już od wczesnych lat szkolnych. Znajomi zawsze
jej powtarzali, że w boskim systemie dystrybucji ciała i ducha musiał
nastąpić błąd i Laura powinna była urodzić się chłopakiem, a nie
dziewczyną. Nie zgadzała się z takim twierdzeniem. Była stuprocentową
kobietą, a to, że nigdy nie ubierała się jak kobieta, niczego nie
zmieniało. Nawet jasne włosy ścięła na krótko, ponieważ zbyt długie loki
ją denerwowały. Na złośliwe uwagi, że zamiast do kosmetyczki chodzi do
golibrody, reagowała pełnymi politowania uśmieszkami.
Nie miała pojęcia, kim by została, gdyby na bardzo wczesnym etapie
swojego życia nie zdecydowała się na pracę w policji. Zresztą takie
rozważania nie miały najmniejszego sensu. Ona urodziła się po to, żeby
ścigać popaprańców, zboczeńców i zabójców. I to tych najgorszych. To był
jej główny życiowy cel.
Zawsze uważała, że jest jedyną osobą w wydziale, która jest w stanie
złapać Poltergeista, jednak szansę dostała dopiero teraz, kiedy
znaleziono już ósme zwłoki w ciągu pięciu lat. Szef wreszcie poszedł po
rozum do głowy, przestał ulegać naciskom kolegów i podjął jedyną
słuszną, męską decyzję i zlecił kobiecie audyt dotychczasowego śledztwa.
Dogadał się przy tym z prokuraturą i prokurator też się zmienił.
Sobociński był jej przyjacielem, pracowali razem od zawsze i świetnie
się dogadywali. Mimo że w powszechnej opinii uważany był za miękkiego,
miał otwarty umysł i nie bał się podejmowania wyzwań. Razem z Laurą
zawsze odnosili sukcesy.
Tak się złożyło, że dzień wcześniej spotkała się nieformalnie z naczelnikiem wydziału i komendantem wojewódzkim, przedstawiając im
wyniki audytu. Po półgodzinie zapadła decyzja o odwołaniu Żołnierza i mianowaniu jej na szefową grupy. Na nieszczęście o poranku przyszła
wiadomość o znalezieniu kolejnych zwłok. Poltergeist wrócił.
Zaparkowała na końcu szeregu aut, wysiadła i zlustrowała otoczenie.
Słońce zaczynało przypiekać, autostrada szumiała, tak samo jak korony
drzew w porywach wiatru. Popatrzyła, co robią technicy, a potem
skierowała się bezpośrednio do stojących w pewnym oddaleniu Góralskiego
i Żołnierza. Nie miała zamiaru niczego im odpuszczać. Spierdolili, więc
powinni dostać po łbie.
Góral patrzył na nią z lekkim uśmiechem, kiedy się zbliżała, za to ta
wielka, łysa, zarośnięta i niesympatyczna góra mięśni, w centralnej
ewidencji ludności zarejestrowana jako Piotr Żołnierz, nawet na nią nie
spojrzała. W ostatnim momencie, ku zdumieniu Górala, Laura skręciła i wdała się w rozmowę z technikami. Po chwili mundurowi zabezpieczali
taśmami cały teren od drogi do miejsca położenia ciała i przestawiali
samochody trochę dalej, żeby nie stały w miejscu, gdzie potencjalnie
mógł się zatrzymać zabójca, przywożąc tu zwłoki. Takie zmiany trwały
kilkanaście minut, które spędziła na rozmowach z technikami i na
sprawdzeniu terenu od strony lasu. Wkrótce i tam rozciągane były taśmy.
Kiedy wróciła do dwóch kolegów z wydziału, Góralski już się nie
uśmiechał, a jego kolega wyglądał, jakby ładował akumulatory w laserach
zamontowanych w oczach, żeby zwiększyć ich moc i spalić ją pierwszym
spojrzeniem.
- Przyjechaliście tu, kurwa, na wycieczkę czy leczyć kaca? - warknęła,
kiedy stanęła przed nimi z rękami w kieszeniach dżinsów.
Na szczęście Żołnierz nie dysponował żadnymi ukrytymi supermocami,
ponieważ przeżyła jego pierwsze spojrzenie. Pewnie był bardzo
zawiedziony.
- O co ci chodzi? - mruknął.
- Nie zabezpieczyliście w należyty sposób miejsca znalezienia zwłok -
powiedziała twardo.
- Daj spokój. - Góral chciał zbagatelizować jej zarzut. - Nie padało od
miesiąca, droga jest twarda jak skała, żadnych śladów.
- Sprawdziliście, którędy przeniósł tu ciało? Na pewno zostały odciski w trawie, jeśli już ktoś ich nie zadeptał.
- Na tych łachach zaschniętej gliny z suchą trawą i tak nic nie
zobaczysz...
- Gówno mnie to obchodzi! - warknęła, podnosząc głos, aż stojący
nieopodal mundurowi spojrzeli w ich kierunku z ciekowością. - Chcę mieć
ten teren przeszukany i obfotografowany. On nie zjawił się na środku
tego wyschniętego bajora znikąd. Był obciążony ciałem dziewczyny, musiał
zostawić głębsze ślady.
- Technicy tam patrzyli. - Żołnierz mierzył ją coraz bardziej wściekłym
spojrzeniem.
- Nie wiesz, gdzie patrzyli, bo cię tu jeszcze nie było - odpowiedziała.
- Góral, widziałeś tę ścieżkę od strony drzew? Kto ją wydeptał?
- Zwierzęta.
- A jesteś tego pewien? Może on przyszedł stamtąd i coś znajdziemy?
Nikt nie lubi, kiedy zarzuca mu się niekompetencję.
- Odczep się, Laura! - rzucił ostrzej. - Działałem tak, jak uznałem za
stosowne w tej sytuacji. W ten sposób do każdego można się przyczepić.
- Zajęłaś moje miejsce i dlatego teraz będziesz po nas jeździć? -
odezwał się dziwnie spokojnym głosem komisarz Żołnierz.
Laura zerknęła na niego zaskoczona. Spodziewała się eskalacji tej
awantury, tymczasem on zachowywał się wyjątkowo spokojnie.
- Nie zamierzam, chociaż mam prawo być wkurzona - odpowiedziała. - Przez
ostatnie dwa tygodnie przeglądałam akta ze śledztwa...
Specjalnie zawiesiła głos, żeby zarejestrować ich reakcje. Z zadowoleniem zauważyła zaniepokojenie. Wcale im się nie dziwiła. Jeśli
szef w tajemnicy zleca komuś audyt prowadzonego przez ciebie śledztwa,
świadczy to co najmniej o nadszarpniętym zaufaniu.
- Pamiętacie, że przy drugich i trzecich zwłokach znaleziono wióry? -
zapytała.
Komisarz Góralski się trochę rozluźnił.
- W pierwszym przypadku piwnica była zanieczyszczona, więc trudno było
traktować te wióry jako ważny ślad - powiedział. - W drugim zachodziło
poważne podejrzenie zanieczyszczenia miejsca znalezienia ciała przez
jednego z policjantów. Miał te wióry na spodniach.
Laura popatrzyła mu w oczy i pokiwała głową.
- Tylko nikt wtedy nie sprawdził, że wióry znalezione na miejscu
pochodziły z drzewa sosnowego, a te na spodniach policjanta to były
pozostałości po wierceniu w płycie wiórowej.
Góral zagryzł wargi i spojrzał na Piotra. Ten wzruszył ramionami.
- Wtedy nie byłem jeszcze szefem grupy - powiedział.
- Ale miałeś obowiązek jeszcze raz przeanalizować wszystko, co zostało
zgromadzane w aktach.
- I to zrobiłem - odpowiedział twardo. - Nie uznałem tych wiórów za
istotny szczegół. Nie przypniesz mi tego.
Laura milczała przez moment.
- Nie mam zamiaru - powiedziała wreszcie. - Nie jesteś w tej chwili na
dywaniku u szefa, więc odpuściłam ci te wióry. Chciałam tylko
zakomunikować, że od teraz ja dowodzę i u mnie nie będzie pobłażania za
zbytnią rutynę i bylejakość. Każde miejsce znalezienia zwłok ma być
sprawdzone tak, jak was uczyli w szkole i na szkoleniach. - Spuściła
wzrok na leżące pod ich nogami niedopałki papierosów. - Jeśli ktoś coś
zaniedba, zgłoszę to naczelnikowi i gówno mnie będzie obchodziło, kto
ile lat pracuje już w psiarni. Jak się znudziło, można zmienić zawód i nie denerwować tych, którzy naprawdę chcą coś zrobić.
Ich spojrzenia były jak stukilogramowe odważniki, ale ona nie dała się
przygnieść. Trochę spuściła z tonu.
- Musimy znaleźć psychola, zanim zginie kolejna nastolatka. Może gdyby
ktoś zwrócił wcześniej uwagę na te wióry, już byśmy go mieli.
Obróciła się na pięcie i odeszła do techników.
Żołnierz splunął za nią i wykrzywił twarz w złym grymasie.
- Jeszcze kiedyś ją załatwię - szepnął tak, żeby tylko Góral mógł go
usłyszeć. - Wyjątkowo mi, larwa, działa na nerwy.
- Tylko nie mów, że taka ostra babka nie działa na twoją wyobraźnię -
zakpił kolega.
- Odpieprz się ode mnie. Ona nie jest w moim typie. To słabi faceci
znajdują sobie ostre laski. Prawdziwi mężczyźni nie potrzebują takich
ekstremalnych podniet. To oni rządzą.
- Filozof się, kurwa, znalazł.
Kilka minut później technik przy drodze zawołał komisarz Laurę Wilk.
Podeszła i przykucnęła przy nim. Wskazywał na drobinki w trawie.
- Co to jest? - zapytała, czując miły dreszcz ekscytacji na plecach.
- Wygląda na wióry - powiedział ostrożnie.
Dreszcz zmienił się w falę przyjemnego gorąca na policzkach. Miała
przeczucie. Po raz kolejny jej wilczy nos nie zawiódł. Przyjemnie było
znowu się przekonać, że wśród rasowych policyjnych psów suki mają o wiele lepszy węch i instynkt.
- Skąd mogły się tu wziąć? - rzuciła szybko.
- Być może miał je na butach - wyraził swoje przypuszczenie technik. -
Są tylko tu, dalej ich nie ma.
- Zabezpiecz mi to.
- Oczywiste.
Komisarz Wilk odeszła kilka kroków w bok i odetchnęła głęboko. Gromada
ptaków zatoczyła nad jej głową łuk i wylądowała w koronach drzew. Było
coraz cieplej. Jak w dziecięcej zabawie w poszukiwanie ukrytych
przedmiotów. Mróz, zimno, ciepło, gorąco.
4
Wykład dobiegał końca. Maciej Lesiecki z zadowoleniem spojrzał na zegarek i skreślił ostatni punkt z planu
wykładu. Zostały mu jeszcze cztery minuty do regulaminowego końca.
Będzie czas na pytania z sali. Pomyślał o nich niechętnie. Znowu będą
pytać go o głupoty, jakby w ogóle nie zrozumieli, o czym mówił do nich
przez ostatnie osiemdziesiąt sześć minut. Wielokrotnie czytał, że
policja coraz bardziej obniża kryteria podczas naboru. Jak dotąd takie
doniesienia traktował z przymrużeniem oka. W ostatnich latach utwierdzał
się jednak w przekonaniu, że coś musi być na rzeczy. Między nim a młodymi policjantami rosła coraz większa bariera niezrozumienia. A może
po prostu on był coraz starszy i coraz trudniej było mu nawiązać kontakt
z młodymi funkcjonariuszami? Dopuszczał taką możliwość, ale ją
ignorował.
Zamknął notes z planem wykładu, wyłączył rzutnik i obrzucił wzrokiem
audytorium. Ponad dwadzieścia osób na sali wykładowej i tylko kilka
spojrzeń utkwionych w wykładowcy. Czy to oznaczało, że jego wykład był
nudny? Niemożliwe, ostatnio był w wyjątkowo dobrej formie.
- Czy mają państwo jakieś pytania? - powiedział, spoglądając znacząco na
zegarek.
Nie lubił pytań, ponieważ zawsze były takie same. Dlatego zostawiał
niewiele czasu na koniec. Nawet gdyby komuś przyszło jakieś pytanie do
głowy, nie zdążyłby na nie odpowiedzieć. Do końca wykładu zostały trzy
minuty i trzydzieści sekund. I wtedy padło pytanie, którego nie chciał
usłyszeć. Co prawda na początku umówił się z uczestnikami, że mogą o to
zapytać, lecz w gruncie rzeczy miał nadzieję, że zapomną. Może nawet
inni już zapomnieli, ale nie brunetka o bystrym spojrzeniu ciemnych
oczu, siedząca w pierwszym rzędzie.
- Panie Macieju, obiecał nam pan ocenę niektórych osób z naszej grupy po
wykładzie - powiedziała i uśmiechnęła się sympatycznie.
Takiemu uśmiechowi nie sposób było odmówić. Przynajmniej Maciej takim
uśmiechom nigdy nie odmawiał.
- Jesteście pewni?
Po raz pierwszy równocześnie patrzyła na niego większość słuchaczy.
- Tak - rozległo się unisono z sali.
- No dobrze. - Postanowił zrobić to szybko i bez owijania w bawełnę.
Miał niewiele czasu. - Pan w trzecim rzędzie pod oknem.
Wszystkie spojrzenia skierowały się na chudego blondyna, który teraz
dopiero zainteresował się wykładem.
- Pana mój wykład nudził. Podejrzewam, że nawet nie potrafi pan bez
błędów powtórzyć tytułu wykładu. Przez cały czas zaglądał pan do
telefonu. Stawiam, że korespondował pan z dziewczyną. Poznał ją pan
niedawno, przez internet, i wiele pan sobie obiecuje po tej znajomości.
Po minie blondyna od razu można było poznać, że Lesiecki się nie
pomylił. Po sali przemknęły ciche śmiechy i zaraz umilkły, ponieważ
psycholog mówił bez przerwy i był już przy kolejnym uczestniku.
- Pani z warkoczem, w ostatnim rzędzie. Sądząc po ilości notatek, które
pani sporządziła, można by było wywieść wniosek, że była pani
najpilniejszym słuchaczem w tym gronie. Niestety notatki nie dotyczyły
wykładu. Pewnie zaległe raporty, prawda?
Kobieta z warkoczem zarumieniła się i posłała mu przepraszające
spojrzenie.
- Pani w środku. Kilka razy chciała mi pani zadać pytanie dotyczące
syndromu sztokholmskiego i za każdym razem pani rezygnowała.
- To prawda - potwierdziła natychmiast.
- Na drugi raz więcej odwagi - poradził Maciej i kontynuował: - Pan na
końcu obok pani z notatkami. Proszę mi powiedzieć: o której skończyła
się ta impreza? Stawiam na okolice trzeciej nad ranem.
- Trzecia piętnaście - przyznał tamten, uśmiechając się blado.
Tym razem śmiech był głośniejszy i trwał dłużej.
- Pan przy drzwiach. Warto teraz kupić forda? - Maciej udał
zainteresowanie.
Mężczyzna, zdziwiony, wytrzeszczył na niego oczy.
- Chyba tak... - wyjąkał zawstydzony, chowając do kieszeni kluczyki do
auta, którymi bawił się przez cały wykład.
- Pan dawno kupił?
- W sobotę.
- No właśnie. - Lesiecki pokiwał głową, podczas gdy jedna część
uczestników wykładu śmiała się coraz głośniej, druga otwierała szeroko
usta, zaskoczona jego spostrzeżeniami. Wreszcie wszyscy aktywnie
uczestniczyli.
- Pan obok szczęśliwego właściciela nowego auta ma pewnie jakieś inne
doświadczenia zawodowe, jeśli chodzi o ogólną teorię syndromu ofiary,
ponieważ nie zgadza się pan z moimi spostrzeżeniami.
- Tak.
- Pani w ostatnim rzędzie. - Zmierzył uważnym spojrzeniem kobietę z krótkimi brązowymi włosami wyglądającą na dużo starszą niż reszta
audytorium. - Pani jest tu przypadkowo, nie pracuje pani w policji. Być
może pisze pani artykuł do prasy.
W odpowiedzi kobieta wyszczerzyła do niego białe równe zęby i podniosła
kciuk na znak, że wykładowca się nie myli.
- A pani o ciemnych włosach w pierwszym rzędzie koniecznie chciałaby
mnie jeszcze o coś zapytać.
Zanim brunetka zdążyła otworzyć usta, rozległ się sygnał jego telefonu
komórkowego.
- Niestety, czas wykładu dobiegł końca - powiedział, wstając, i spakował
notatki do torby. - Dziękuję i do widzenia.
Jako pierwszy wyszedł na korytarz i ruszył szybko w kierunku toalety na
jego końcu. Wszedł do środka, stanął przed najbliższą umywalką, odkręcił
zimną wodę i włożył dłonie pod silny strumień. Poczuł ulgę, jeszcze
chwila i by nie wytrzymał. Przez cały wykład widział przecież te
wszystkie bakterie i wirusy, które z wolna wpełzały mu na dłonie z blatu
biurka. Dopóki mówił, nie myślał o tym i mógł wytrzymać. Kiedy jednak
skończył wykład, czuł nieprzyjemne mrowienie i drapanie na skórze. Zimna
woda przyniosła ulgę.
Stał tak kilkanaście sekund, rozkoszując się poczuciem ulgi, a potem
chłodem. Wreszcie wytarł dłonie w papierowy ręcznik, z teczki wyciągnął
płyn dezynfekujący i dokładnie spryskał sobie ręce aż do nadgarstków.
Ulga była pełna. Wreszcie mógł pomyśleć o czymś innym. Znowu rozległ się
sygnał w jego telefonie. Czas na wyjście z budynku komendy policji
upłynął. Za kilkanaście minut miał zaplanowany obiad w centrum i nie
mógł się spóźnić. Spojrzał jeszcze krytycznie na siebie w lustrze,
zmierzwił dłonią czarne włosy sterczące mu we wszystkie strony,
przygładził brwi i wyszedł na korytarz.
Brunetka czekała na niego przy wejściu.
- Zrobił to pan specjalnie. - Obdarzyła go ślicznym uśmiechem.
Prawdopodobnie mógłby skłamać bez żadnych negatywnych konsekwencji,
jednak kłamstwo nie leżało w jego naturze. Uważał, że do kłamstwa
uciekają się tylko ludzie słabi, którzy boją się stawić czoła
prawdziwemu życiu, lub ludzie perfidni, za wszelką cenę dążący do
osiągnięcia własnych korzyści.
- To prawda - przyznał, nie zatrzymując się.
I tak stracił już prawie dwie minuty w łazience. Nie chciał znowu
zawalić ustalonego przez siebie szczegółowego planu dnia. Niestety
poszła za nim.
- Próbowałam o to zapytać już kilka razy, ale pan wciąż wykręcał się
brakiem czasu - nie dawała za wygraną.
- To prawda - potaknął, mając nadzieję, że sama się domyśli.
Nie miał czasu ani ochoty na niezaplanowane rozmowy. Nie zrozumiała albo
nie chciała zrozumieć.
- Dlaczego nazywają pana Poszukiwaczem Zwłok? Jeśli nie chce pan
powiedzieć przy wszystkich, proszę powiedzieć tylko mnie - nalegała.
Zatrzymał się z ręką na klamce drzwi wyjściowych.
- Droga pani. - Zirytowała go jej ciekawość, dlatego zabrzmiał szorstko
i odpychająco. - A nie przyszło pani do głowy, że skoro nie mówię tego
publicznie, to znaczy, że wiąże się to dla mnie z czymś przykrym, do
czego nie lubię wracać?
Już otwierała usta, żeby coś odpowiedzieć, lecz on w tej chwili pchnął
drzwi.
- Do widzenia - rzucił jeszcze i wyszedł na zalaną słońcem ulicę
Sołtysowicką przed budynek komendy.
Kiedy wsiadał do rozgrzanego auta, pomyślał, że zyskuje coraz więcej
dowodów na to, że młode pokolenie jest jakieś inne. Nie dość, że
większość życia spędzają z nosem w telefonie, to jeszcze nie chwytają
pewnych delikatnych niuansów istotnych dla relacji międzyludzkich. Gdy
tylko przekręcił kluczyk w stacyjce, przyszła kolejna refleksja. Może
nie jest jednak tak źle? Może to tak wygląda wyłącznie z jego
perspektywy, bo on sam ma problemy z relacjami i podstawową komunikacją.
Przecież od dzieciństwa uciekał przed realnym światem w świat wyobraźni.
I tak miał lepiej niż ci teraz. Nie było smartfonów, więc jego
wewnętrzny świat był o wiele bogatszy od tego, do którego ucieka się
dzisiaj.
Sygnał telefonu oznajmił mu, że już dawno powinien ruszyć, a on jak
dotąd tylko uruchomił silnik. Zapiął pasy, umieścił komórkę w uchwycie
pod wstecznym lusterkiem, wycofał i ruszył z piskiem opon. Nerwowo
zerkał na zegar, kontrolując upływający czas. Szybko policzył, że
załapał jakieś trzy minuty spóźnienia w stosunku do planu. Przeklął pod
nosem. O tej porze będą korki i nie zdoła nadrobić. Pewnie zgubi jeszcze
kilka minut.
Przez najbliższe chwile rozmyślał nad zmianami w sposobie planowania
dnia. Gdzie, do jasnej cholery, popełnia błąd? Przecież od wielu lat na
planowaniu następnego dnia spędza prawie godzinę przed snem. I wciąż nie
potrafi przewidzieć wszystkich okoliczności negatywnie wpływających na
realizację planu? Kiedyś chyba nie miał aż tak wielkich problemów z poślizgami w czasie. Doszedł do wniosku, że poprzedniego wieczoru wypił
o jedną szklaneczkę woodsmana za dużo, co wpłynęło na zwiększenie
poziomu jego optymizmu. Zaplanował następny dzień, jakby nie miało
zdarzyć się nic niezwykłego. Musi nad tym popracować, uznał, kiedy
rozległ się sygnał telefonu. Natężony przez zestaw głośnomówiący,
zabrzmiał jak sygnał alarmu przeciwpożarowego.
Spojrzał na panel auta. Dzwoniła Joanna, jego eks. Westchnął. Ta kobieta
zatruwała mu życie nawet długo po rozwodzie. Pewnie znowu dzwoni z jakimiś pretensjami i już do końca dnia będą go gnębić wyrzuty sumienia,
że znowu coś zaniedbał albo zapomniał o czymś ważnym.
Zaraz się jednak zreflektował. Przecież to już nie jest jego żona, nie
może ciągle wpieprzać się w jego życie. Właściwie był tylko jeden
dopuszczalny jeszcze temat, z jakim mogła do niego zatelefonować. I właśnie o to chodziło.
- Kiedy ostatnio kontaktowałeś się ze swoim synem? - zapytała prosto z mostu po chłodnym przywitaniu.
Maciej Lesiecki się strapił. No tak, już dawno nie dzwonił do Kuby, a jeszcze dawniej go widział. Musi to szybko nadrobić. Zawsze był złym
ojcem, co jego eks wytykała mu przez całe małżeństwo i długo po jego
zakończeniu, ale nie chciał, żeby tak było. Starał się, ale mu nie
wychodziło. Problemy z samym sobą wszystko niszczyły. Zawsze był dla
siebie na pierwszym miejscu. Przecież musiał jakoś normalnie
funkcjonować. To pochłaniało całą jego energię i dla innych nie było już
miejsca. Jego była żona nigdy nie potrafiła tego zrozumieć.
- Dawno - rzucił zdawkowo i dla świętego spokoju dodał: - Zaraz do niego
zadzwonię, dzięki za przypomnienie.
Rozłączył się, zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. Nie musiał już
wysłuchiwać jej przydługich oskarżycielskich monologów. Szybko wybrał
numer do syna. Kuba odezwał się po kilku sygnałach.
- Cześć, syn! - przywitał go, udając beztroskę. - Co u ciebie?
- Cześć, tato! Mama kazała ci zadzwonić?
No tak, Kuba miał dwadzieścia jeden lat, pracował, studiował, mieszkał z dziewczyną w wynajętym mieszkaniu i znał ojca na wylot.
- Tak jakby - przyznał niechętnie. - Ale i tak bym zatelefonował.
Zbierałem się od kilku dni, tylko wiesz: praca, brak czasu.
Przyhamował trochę przed korkiem na Mostach Warszawskich. Kuba roześmiał
się wesoło.
- Przecież cię znam, tato - powiedział. - Nie musisz mnie bajerować.
- No tak. - Cmoknął i zamilkł zakłopotany.
- Posłuchaj, ojciec - zaczął Kuba. - Wiem, że mnie kochasz, wiem, że się
o mnie martwisz, i wiem, jak ciężko ci jest do mnie zatelefonować. Mama
nie ma racji. Nie mam do ciebie o to żalu. Przecież równie dobrze ja też
mogę się do ciebie odezwać. Skoro się nie odzywam, to znaczy, że
wszystko u mnie w porządku. Skoro ty nie dzwonisz, wiem, że z tobą też
jest wszystko okej.
Maciej Lesiecki uśmiechnął się pod nosem z rozrzewnieniem. Miał mądrego
syna, który do tego był inny niż on. I za to dziękował Bogu, jeśli ten
istniał w niebiosach. Zawsze drżał, czy Kuba nie przejmie w genach jego
najgorszych cech. Wtedy byłoby mu bardzo ciężko w życiu. Tak jak jemu
teraz i od zawsze. Praktycznie od dzieciństwa, kiedy poszedł do szkoły i musiał walczyć nie tylko z własnymi demonami.
- Tak czy inaczej, może wyskoczymy niedługo na pizzę? - zapytał.
- Chętnie - ucieszył się Kuba. - Ale ja to zorganizuję, ty możesz jak
zwykle zapomnieć.
- Dzięki! Może weźmiesz ze sobą Karolinę?
- O nie! - roześmiał się Lesiecki junior. - Znam twoją słabość do
młodych dziewczyn, a Karolinka jest idealnie w twoim typie.
- Nie zrobiłbym ci tego - zaprotestował Maciej i razem śmiali się przez
chwilę z dowcipu.
Wreszcie pożegnali się i rozłączyli. Może i był kiepskim ojcem, ale
potrafił utrzymać dobre stosunki z synem i rozumieli się prawie bez
słów.
W międzyczasie przejechał mosty i toczył się w sznurze aut ulicą
Jedności Narodowej. Telefon piknął, oznajmiając mu, że według planu już
powinien być na miejscu, a miał jeszcze kawał. Jak zwykle w takich
sytuacjach zaczynał się denerwować. W skrajnych przypadkach zdarzały mu
się nawet ataki paniki.
Odetchnął głęboko. Tylko spokojnie, sam sobie tak zaplanował dzień, więc
po co się denerwować? Niby tak, ale nerwy były. On po prostu musiał mieć
wszystko zaplanowane, inaczej nie potrafił funkcjonować i się rozpadał.
5
Komisarz Piotr Żołnierz stał oparty o maskę służbowego auta i palił nerwowo papierosa. Ze zdziwieniem
obserwował, jak działa nienawiść. Na pewno była podstępna i zaborcza.
Kilka minut rozmowy z Laurą Wilk na miejscu znalezienia ciała kolejnej
zamordowanej dziewczyny spowodowało, że nagle jego niechęć do niej
eksplodowała z siłą bomby atomowej zrzuconej na Hiroszimę. Szybko
poczyniła straszne spustoszenia w jego sposobie myślenia,
przewartościowała priorytety i dokonała zmian w jego funkcjonowaniu.
Przez chwilę znowu stał się prawdziwym gliniarzem, dla którego jedynym
celem było złapanie zabójcy, ale nienawiść wszystko zmieniła. Zadziałała
jak toksyna i zabiła w nim wszystkie dobre myśli i ludzkie uczucia.
Zastąpiła ją fala złych myśli.
Już się nie zastanawiał, co by zrobił zwyrodnialcowi mordującemu
dziewczyny, to nagle stało się nieistotne. W zamian zaczął myśleć, co
zrobiłby Wilczycy, gdyby mógł dorwać ją w swoje ręce. Tragedia
zamordowanych też stała się nieistotna i daleka. Nieoczekiwanie zabójca
był mu w tym momencie bliższy. Pragnął, żeby jak najdłużej był
nieuchwytny, żeby dalej mordował. Nie było istotne, ile jeszcze będzie
ofiar, krwi i cierpienia. Liczyło się tylko to, żeby Wilczyca też się
przejechała na tej sprawie, żeby ją też w najbliższej przyszłości
zdymisjonowali i żeby chociaż przez chwilę poczuła to samo co komisarz
Żołnierz, kiedy nagle dowiedział się o decyzji naczelnika. Powinna
cierpieć, suka. Powinna boleśnie odczuć swoją porażkę.
Tymczasem było zupełnie inaczej. Zazgrzytał zębami z bezsilnej
wściekłości. Trop z wiórami był bardzo dobry. Jeszcze tego samego dnia
sprawdzili wszystkie zakłady stolarskie w mieście, które zajmowały się
obróbką drzewa sosnowego. Wbrew pozorom takich firm nie było zbyt wiele.
Trudniej było później. Z każdego zakładu brali listę obecnych i byłych
pracowników, każdego trzeba było prześwietlić. Skoro wióry pojawiły się
na butach mordercy przy najnowszym zabójstwie, ciągle musiał pracować
przy drzewie albo prowadzić własną działalność gospodarczą. I na tym
właśnie się skupili. Cały wydział śledczy zbierał dane. W jeden dzień
wiedzieli wszystko. Szybko wytypowali pięciu podejrzanych, potem lista
zawęziła się do trzech. Nigdy wcześniej nie byli tak blisko
Poltergeista. Dzięki spostrzegawczości Wilczycy. I to najbardziej
bolało.
Decyzję o wejściu siłą do stolarni autoryzował naczelnik wydziału
kryminalnego, gdy tylko lista podejrzanych skurczyła się do jednego
nazwiska. Miłosz Sobczak, lat czterdzieści trzy, samotny, niekarany,
nieutrzymujący kontaktów z rodziną, stroniący od znajomych, do bólu
poukładany pedant, który całe swoje życie odmierzał z zegarkiem w ręku.
Idealny kandydat na psychopatę i seryjnego zabójcę. Im dłużej go
obserwowali, tym większą mieli pewność. Facet nie używał telefonów
komórkowych i nie było po nim śladu w sieci. Miał tylko telefon
stacjonarny. We współczesnym popierdolonym świecie trudno jest znaleźć
teraz taką zjawę, która nigdzie nie zostawia śladów. No chyba że przez
niedopatrzenie albo zbytnią nonszalancję przynosi wióry w miejsce, gdzie
porzuca zwłoki.
Zadzwoniła komórka.
- Słucham - powiedział do słuchawki i nie poznał swojego głosu.
- Góral z tej strony - rozległ się głos kolegi. - Gdzie ty jesteś?
Szykujemy się na akcję.
- Utknąłem na mieście - skłamał. - Jeszcze coś sprawdzam.
- Co sprawdzasz? - W głosie Górala pojawiły się nuty zaskoczenia.
- Na pewno chcesz wiedzieć? - rzucił opryskliwie Żołnierz.
- Może nie chcę.
- Będę na czas, bez obaw.
Piotr schował telefon do kieszeni i zapatrzył się w budynek po drugiej
stronie ulicy. Parterowy, trochę zaniedbany, brudne szyby w oknach
pewnie nie wzbudzały zaufania potencjalnych klientów, ponieważ od
godziny nie zawitał tu pies z kulawą nogą. Nawet szyld nad szerokim
wejściem oznajmiający światu, że oto w tym miejscu znajduje się zakład
stolarski, nie spełniał swojej funkcji w naganianiu klientów. Brama na
posesję była otwarta, po obu stronach podwórza leżały deski i płyty
ułożone w stosy zabezpieczone plandekami przed deszczem. Gdzieniegdzie
walały się resztki wyglądające jak odpady z produkcji albo efekty
nieudolności stolarza.
Policjant zaparkował auto z dala od drogi, na małym parkingu przy
sklepie spożywczym. Nie chciał, żeby namierzyli go koledzy, bo przecież
zakład od co najmniej dwóch dni był pod stałą obserwacją. Czytał
raporty. Właściciel czasem wyjeżdżał busem do hurtowni po materiały,
jednak nigdy na długo. Jeden z policyjnych wywiadowców twierdził, że
mieszka w zakładzie.
Samochód tajniaków namierzył po dłuższej chwili. Nieźle się
zakamuflowali na skrzyżowaniu z boczną uliczką za zdezelowanym oplem
vectrą, który musiał tu stać już kilka lat i oczekiwał na ostatnią
przejażdżkę na szrot. Nie mógł wejść od frontu, ponieważ zaraz go
zauważą. Nie mógł także udać klienta o tak wczesnej porze, ponieważ
wzbudziłby ich ciekawość. Musiał wejść od tyłu. Już wcześniej sprawdził,
że zakład stolarski graniczy z prywatnym domem. Wysoki żywopłot
wystający sporo ponad siatkę ogrodzeniową dobrze strzegł prywatności
mieszkańców domu i pewnie po części tłumił odgłosy maszyn.
Ostatni raz sprawdził pistolet, wysiadł, wypalił w pośpiechu papierosa,
obserwując teren, wreszcie wyszedł na chodnik. Oddalał się od tajniaków
przy zardzewiałym gruchocie. Miał na głowie czapkę z daszkiem, założył
ciemne okulary, trochę się zgarbił i zaczął lekko utykać na prawą nogę.
Nawet jeśli go zobaczą - co było mało prawdopodobne - taki kamuflaż
oddali od niego wszelkie podejrzenia. Najprostsze metody są najbardziej
skuteczne.
Przeszedł do najbliższego przejścia dla pieszych. Przystanął, czekając,
aż któreś z aut go przepuści. Nie trwało to długo. Świadomość, że pieszy
ma na pasach absolutne pierwszeństwo, powoli zadomawiała się w głowach
kierowców. Poza tym to była kiedyś wioska, która na skutek miejskiej
ekspansji trafiła w granice Wrocławia. Ruch był niewielki, okolica cicha
i senna. Obszedł kilka ulic i znalazł się na tyłach parterowego budynku
wynajmowanego na zakład.
Dookoła panowała cisza, jakby nikogo nie było w środku, co sugerowały
też opuszczone żaluzje we wszystkich oknach. Tylko uchylone tylne drzwi
świadczyły, że jest inaczej.
Żołnierz stał chwilę przy ogrodzeniu, nasłuchując i rozglądając się.
Tyły domu też powinny być obstawione przez policję. Fuszerka - pomyślał
złośliwie o Wilczycy. Ona też nie panuje nad tym całym bałaganem. Pewnie
operacyjni się nie dogadali i tył pozostał bez zabezpieczenia. Będzie z tego potem niezła chryja, ale jego to teraz nie obchodziło. Taka wpadka
kolegów była mu wyjątkowo na rękę.
O ile w zasięgu wzroku nie dostrzegł nikogo, o tyle z budynku dobiegły
go nagle odgłosy. Wkrętarka, młotek, przesuwanie czegoś po podłodze i po
chwili podobny zestaw dźwięków. Czyli podejrzany był w środku.
Policjant już się nie wahał. Jednym skokiem przesadził ogrodzenie,
wyszarpnął z kabury pistolet i zatrzymał się przy drzwiach. Znowu
nasłuchiwał. Odgłosy dobiegały z głębi pomieszczeń. Pchnął lufą drzwi i wślizgnął się do zakładu. Znalazł się w krótkim korytarzu. Po prawej
stronie dostrzegł pomieszczenie biurowe, w którym znajdowały się biurko,
krzesło, komputer, szafa z opisanymi równo czarnymi segregatorami,
umywalka i naczynia na półce. Panował tu idealny porządek. Nikt nie jest
w stanie zachować takiego ładu w miejscu, gdzie przecież ciągle unosi
się kurz i lecą wióry. Jakby ktoś, kto dbał o ten porządek, cierpiał na
zaburzenia psychiczne pchające go do kompulsywnego sprzątania i ścierania kurzu.
Żołnierz poszedł dalej w kierunku dźwięków. Tu też było coś nie tak. W miejscu, gdzie tnie się drewno wielkimi piłami, a następnie z wyciętych
elementów składa meble, powinno być dużo światła. Tymczasem w pomieszczeniu panował półmrok. Zaciągnięte żaluzje nie wpuszczały
promieni słonecznych, lampy na suficie były wyłączone. Na tle lampki
oświetlającej ustawiony w głębi stół widział tylko zarys mężczyzny
odwróconego do niego tyłem. Żołnierz postąpił dwa kroki do przodu i wyciągnął przed siebie broń.
- Policja! Nie ruszaj się! - powiedział ostro.
Mężczyzna znieruchomiał.
- Odłóż narzędzia i wyżej ręce! - zakomenderował policjant.
Bez reakcji.
- Liczę do pięciu i strzelam!
Tamten wolno odłożył wkrętarkę i wyprostował się. Był wysoki i postawny,
choć nie tak wysoki jak Piotr i nieco mniej masywny.
- Ręce do góry! Chcę widzieć twoje ręce!
Facet w cieniu spełnił jego polecenie. Ręce płynnym ruchem powędrowały
do góry.
- A teraz się odwróć!
Przez długą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. To była dziwna
sytuacja. Żołnierz nie mógł dostrzec wyraźnie jego twarzy. Tylko oczy
błyszczały, jak dwa diamenty jarzące się zimnym blaskiem.
- Co mnie zdradziło?
Miał zaskakująco przyjemny tembr głosu; nie wykazywał nawet cienia
zdenerwowania. Pewnie liczył się z tym, że kiedyś policja wpadnie na
jego trop i zostanie złapany. Mimo to jego opanowanie zaskoczyło
policjanta.
- Wióry - rzucił w odpowiedzi.
Poltergeist analizował coś w milczeniu, wreszcie pokręcił głową i Piotrowi wydało się, że przez jego twarz przemknęło coś na kształt
uśmiechu.
- Wióry - westchnął. - No tak, to możliwe.
Znowu zapadła przedłużająca się cisza.
- I co teraz? - Zdawał się naprawdę zaciekawiony tym, co go czeka. -
Jestem aresztowany? Skujesz mnie?
Jednak Żołnierz miał w stosunku do niego inne plany.
- Za kilka minut okolica zaroi się od policjantów - powiedział. -
Obserwujemy cię od kilkunastu godzin. Zbieraj się, masz mało czasu.
Znowu minęła chwila, zanim zabójca zrozumiał sens tych słów. Komisarz go
zaskoczył, dlatego cisza trwała tak długo.
- Nie rozumiem - powiedział wreszcie. - Chcesz mnie zastrzelić przy
próbie ucieczki?
- Nie, chcę cię wypuść.
- Nie wierzę ci. - Pokręcił głową. - Strzał w plecy? Naprawdę aż tak się
mnie boisz?
Policjant poczuł narastającą wściekłość.
- Nie boję się ciebie. Spierdalaj, bo zaraz będą tu gliny.
Zabójca wciąż stał bez ruchu. Atmosfera gęstniała coraz bardziej.
Żołnierz poczuł nieprzyjemny dreszcz na plecach, który spłynął w dół
kręgosłupa wraz z kroplą potu z karku. Poltergeist samą swoją obecnością
roztaczał wokół atmosferę lęku i niepewności. Może gdyby widział jego
twarz, mógłby rozszyfrować uczucia, jakie nim targają, i odgadnąć, co mu
w tej chwili chodzi po głowie. Jednak mimo upływu czasu jego oczy wciąż
nie mogły przeniknąć mroku. Uniósł broń wyżej.
- Spierdalaj! - powtórzył.
- Naprawdę mnie puszczasz? Dlaczego?
- Powiedzmy, że mam ważny powód.
Poltergeist zastanawiał się jeszcze przez moment, aż wreszcie
zaryzykował. Postąpił dwa kroki do przodu i nagle stanął, jakby się
rozmyślił.
- Ale wiesz, że będę dalej zabijał? - zapytał.
Żołnierz starał się, aby jego głos zabrzmiał poważnie i zdecydowanie,
lecz w mężczyźnie przed nim było coś takiego, co odbierało pewność
siebie i wysysało energię. Dlatego musiał odchrząknąć, zanim zdołał coś
powiedzieć.
- Nie zdążysz. Następnym razem cię zabiję.
- Nie będzie żadnego następnego razu. - Znowu to lekceważenie w tonie
głosu.
Mimo trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł, zabójca był bardzo pewny
siebie.
- Nie boisz się, że to ja kiedyś przyjdę do ciebie?
Słowa nieoczekiwanie zmroziły Żołnierza. Przez chwilę się zawahał. Czy
na pewno aż tak nienawidził komisarz Laury Wilk? Aż tak, żeby teraz
wypuścić seryjnego mordercę? Tylko po to, aby jej zaszkodzić? Korciło
go, by nacisnąć na spust i zakończyć tę sprawę tu i teraz. Tylko że
gdyby zabił zabójcę, poważnie by sobie zaszkodził. Kto wie, czy to nie
byłby jego koniec w policji. Przecież wszyscy by zrozumieli, że zrobił
to tylko z nienawiści do Wilczycy, chcąc jej zaszkodzić. Czy jest w stanie aż tyle zaryzykować? Nie. Teraz nie było już odwrotu.
- To by było głupie. - Z trudem przywołał uśmiech na twarz. - Jeśli
będziesz próbował, to cię zabiję.
- Zrozumiałem ostrzeżenie.
- Ja twoje też - rzucił komisarz. - Tracisz czas. Oni zaraz tu będą.
Poltergeist ruszył w kierunku drzwi. Nie obejrzał się, nic nie
powiedział, jakby nagle się zdematerializował. Zostały po nim tylko
jakiś nienaturalny mrok oraz lęk i niepewność wiszące w powietrzu, jak
po wizycie demona z samego dna piekła.
Komisarz Żołnierz opuścił broń, odetchnął głęboko i wytarł wierzchem
dłoni pokrytą potem łysą czaszkę. Kurwa mać, to chyba naprawdę była
zjawa. Nagle poczuł, że jest cały roztrzęsiony. Z trudem zapanował nad
drżeniem rąk, nogi miał dziwnie słabe, jakby godzinę spędził na siłowni,
dźwigając ciężary. Kim naprawdę był ten facet? Człowiekiem czy złym
duchem, jak go nazywali?
Szybko wziął się w garść. Jego też już dawno nie powinno tu być. Poszedł
w kierunku drzwi, szurając nogami, żeby technicy nie mogli znaleźć jego
śladów na pokrytej wiórami podłodze. Przy drzwiach wydawało mu się, że z prawej strony dobiegł go jakiś odgłos. Zmartwiał. Czyżby zabójca jednak
nie uciekł? Jeśli tak jest i da się tu złapać ekipie Wilczycy, on też
będzie udupiony. Może nawet bardziej, niż gdyby go zastrzelił. Musiał
działać.
Na końcu krótkiego korytarzyka dostrzegł uchylone drzwi. Poszedł tam z pistoletem wyciągniętym przed siebie. Krople potu znowu zgromadziły mu
się na głowie, ale teraz nie miał już czasu, żeby je wytrzeć. Pchnął
lufą walthera drzwi, poczekał, aż otworzą się z lekkim skrzypieniem.
Tak, to był ten dźwięk, który go zaniepokoił. To skrzypnięcie. Zajrzał
szybko do środka i natychmiast się wycofał. To był rzut okiem, jak flesz
migawki aparatu fotograficznego.
Zanalizował obraz, jaki został mu przed oczami. Małe pomieszczenie bez
mebli, okno zasłonięte dyktą i coś dziwnego na ścianie naprzeciw drzwi.
Jakiś kształt przypominający... no właśnie, co? Jeszcze raz wyjrzał i znowu nie potrafił powiedzieć, co widzi.
Wślizgnął się do środka i przyklęknął przy bocznej ścianie, omiatając
bronią niewielką przestrzeń. Pusto. Spojrzał na ścianę i nagle jego
palec sam zaczął napierać na spust broni w obronnym odruchu.
Ariel - wiele lat wcześniej
Kościół był pełen ludzi. Ksiądz
przemawiał takim tonem jak wszyscy kapłani. Trochę ściszonym,
uduchowionym, udającym żal i cierpienie.
- Kochani! Spotkaliśmy się dzisiaj, żeby pożegnać świętej pamięci Romana
Książyka. - Zrobił pauzę, czekając, aż echo jego głosu płynącego z głośników wybrzmi w całej świątyni. - Kiedy odchodzi ktoś tak młody i pełen życia jak Romek, to straszny cios dla rodziców, rodziny,
przyjaciół, znajomych i nas wszystkich. Kochani, nie rozumiemy, dlaczego
Pan Bóg przyzwał do siebie chłopca, który miał przecież całe życie przed
sobą. W takiej chwili może pojawić się nawet bunt przeciw Najwyższemu,
może się pojawić bluźnierstwo, złorzeczenie, a nawet obraza i odejście
od Boga. I ja was teraz przed tym przestrzegam! Powtarzam: ostrzegam was
przed takim rozumieniem tego tragicznego zdarzenia! Nie nam, maluczkim,
wtrącać się w boskie plany, potępiać je i krytykować. Każde działanie
Boga ma swój ukryty cel. Krótkie życie Romka, a potem jego tragiczna
śmierć, miały swój cel! - Zamilkł wymownie i omiótł wzrokiem kilka
rzędów ławek. - Pan Bóg nas wszystkich kocha i chce dla nas jak
najlepiej. Bardzo zależy mu na tym, żebyśmy byli silni i odporni na
działania Szatana. Dlatego poddaje nas próbom, które mają nas wzmocnić,
mają nas do niego przybliżyć, a wreszcie mają nas ostrzec przed
grzechem. Bo, jak powiada Pismo, "nie znasz dnia ani godziny", dlatego
musisz być przygotowany na spotkanie z Panem w każdej chwili. I o tym
nam właśnie mówi śmierć Romka!
Ariel dalej nie słuchał. Nie był już proszkiem do prania, przełamał się
sam. Bóg, który kazał rówieśnikom chłopca bez przerwy go prześladować,
nie miał z tym nic wspólnego. To on tego dokonał, nie jakiś niedostępny
starzec w niebiosach. Zresztą nie ma żadnego Boga, jest tylko człowiek i jego psychika. Liczenie na boską pomoc, modlitwy dziękczynne, bicie
pokłonów nieistniejącym bóstwom, które gówno mogą, jest przejawem
słabości. Ludzkie miernoty bojące się własnego cienia czekają na pomoc
od Boga, zamiast samemu podejmować decyzje. Kiedy układa się im w życiu,
to znaczy, że Bóg jest dla nich łaskawy. Kiedy zaś cierpią, to znaczy,
że Bóg tak chciał i poddaje ich próbie. Gdzie tu jest wolna wola? Bóg -
jeśli oczywiście wierzyć dogmatom - obdarzył ludzi wolną wolą, a to
znaczy, że sami mają kierować swoim życiem. On się w nie wtrąca. A słabi, głupi ludzie we wszystkim upatrują jego interwencji. Osiągają
sukcesy nie dzięki własnej pracy, mądrości i wytrwałości, tylko mówią,
że Bóg im pomaga. A kiedy spierdolą sobie życie i taplają się w gównie,
to przecież nie jest ich wina, Bóg ich karze albo doświadcza. Nieważne,
że w życiu podejmowali głupie decyzje, które spowodowały ich upadek; oni
nie są winni, to Bóg za nich decydował. Bóg odpowiada za wszystko. To
może lepiej jest nic nie robić i czekać na to, co Bóg nam da, albo nie
wiedzieć, czemu zabierze. Bóg zapłać, dzięki Bogu, chwała Bogu, kara
boska - pieprzenie ludzi słabych i głupich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki