Poszukiwacz Zwłok - Mieczysław Gorzka

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Począ­tek - wiele lat wcze­śniej

Gdzie jest ten Poszu­ki­wacz Zwłok?

Śled­czy z Jele­niej Góry popa­trzył na mun­du­ro­wego. Wydął przy tym usta i skrzy­wił się, jakby pytał o paskud­nego insekta, który wlazł mu wła­śnie za koł­nierz kurtki. Trudno było przy­znać się do tego, że cywil, zwy­kły stu­dent, odwa­lił część roboty ope­ra­cyj­nej nale­żą­cej do poli­cji. Tę część, w któ­rej zbla­zo­wa­nym śled­czym nie chciało się grze­bać. Bo szkoda czasu, bo sta­ty­styki, bo są pil­niej­sze sprawy, a dziew­czyna i tak się znaj­dzie. No i się zna­la­zła, do tego w sta­nie i w miej­scu naj­gor­szym z moż­li­wych.

Sosnowy las z wolna się prze­rze­dzał, poja­wiały się coraz więk­sze głazy i skały, a po kolej­nych kil­ku­dzie­się­ciu metrach koń­czył się pio­no­wym urwi­skiem, z któ­rego roz­cią­gał się cudowny widok na pod­gó­rze Kar­ko­no­szy. Można było tu sta­nąć i cie­szyć się pano­ramą. Można, gdyby nie skaza, blady kleks odcią­ga­jący uwagę od piękna natury. Nagie mar­twe ciało dziew­czyny kil­ka­na­ście metrów poni­żej.

- Tam sie­dzi. - Funk­cjo­na­riusz wska­zał do tyłu.

Męż­czy­zna mógł mieć góra dwa­dzie­ścia dwa lata. Oparł się poślad­kami o jeden z gła­zów, splótł ręce na pier­siach i wysta­wił twarz na pro­mie­nie słońca prze­ni­ka­jące przez rzad­kie korony drzew. Wyglą­dał, jakby był na relak­su­ją­cej gór­skiej eska­pa­dzie, a nie jak czło­wiek, który zna­lazł przed chwilą zwłoki zagi­nio­nej przed kil­koma dniami kole­żanki.

- On jest jakiś dziwny - dodał poli­cjant.

Śled­czy jesz­cze raz zmie­rzył faceta wzro­kiem. Nie podo­bała mu się jego postawa: roz­luź­niona, jakby bez­tro­ska, i ten dziwny uśmie­szek błą­ka­jący się po jego war­gach. Z czego on się, cho­lera, cie­szy? Tak zazwy­czaj nie wygląda ktoś, kto zna­lazł zakrwa­wione zwłoki. Do tego kogoś sobie zna­nego, z kim jesz­cze trzy dni temu szla­jał się po gór­skich szla­kach, pił wino i kto wie, co jesz­cze robił? Już on przy­ci­śnie tego pie­przo­nego detek­tywa ama­tora i miło­śnika poszu­ki­wań na wła­sną rękę.

W tym momen­cie od strony drogi nade­szli tech­nicy kry­mi­na­li­styczni ze sprzę­tem. Śled­czy mimo­wol­nie obrzu­cił spoj­rze­niem zacho­wu­ją­cego się dziw­nie mło­dego czło­wieka i przez głowę prze­le­ciała mu jesz­cze jedna myśl.

Chyba mieli pierw­szego podej­rza­nego.

Ariel - wiele lat wcze­śniej

Niena­wi­dził liczby trzy­na­ście. Przy­no­siła pecha, spro­wa­dzała nie­szczę­ścia, pako­wała w kło­poty. Ariel miał trzy­na­ście lat i nic nie mógł na to pora­dzić. Mógł tylko prze­cze­kać. Do tego miesz­kał pod nume­rem trzy­na­stym, przy­pi­saną do jego nazwi­ska liczbą porząd­kową w dzien­niku była paskudna i zło­wiesz­cza trzy­nastka. Na to też nie mógł nic pora­dzić. Był prze­ko­nany, że to wła­śnie ta prze­klęta liczba cią­gle zło­śli­wie spro­wa­dzała na niego kło­poty. Tak jak teraz.

Odgłosy pogoni zosta­wiał na chwilę z tyłu. Zatrzy­mał się na moment, żeby zła­pać oddech. Stał ukryty za pniem dużego drzewa, gdzieś w środku zanie­dba­nego i zaro­śnię­tego krza­kami parku. Dał się tu zapę­dzić, bo nie miał już dokąd uciec.

Gonili go we czte­rech. Znie­na­wi­dzeni kole­dzy z klasy, któ­rzy cią­gle go prze­śla­do­wali i wyśmie­wali się z jego imie­nia. No bo "jak można mieć na imię Ariel?". Jak pro­szek do pra­nia. Tylko tym tuma­nom nie przy­szło nawet do głowy, że imię Ariel nosił duszek powietrzny z dzieła wiel­kiego zagra­nicz­nego dra­ma­turga, poma­ga­jący szla­chet­nemu Pro­spe­rowi doko­nać zemsty na złych ludziach. Ariel wszyst­kim to tłu­ma­czył, ale nikt go nie słu­chał. Dla więk­szo­ści był tylko prosz­kiem do pra­nia. I cza­sem tak się czuł. Był nie­istotny, banalny, nie­do­strze­galny, igno­ro­wany. Tak, jakby był niczym, nikim, prosz­kiem albo po pro­stu pro­chem. Cza­sami zasta­na­wiał się przed snem, czy gdyby kie­dyś roz­wiał się na wie­trze, ktoś by to w ogóle zauwa­żył. Pew­nie nikt.

Kole­dzy ze szkoły prze­śla­do­wali go nie tylko za imię, ale także za to, że był inny. Inte­li­gentny, deli­katny, wraż­liwy. Ale chyba głów­nie z tego powodu, że był od nich mądrzej­szy. Dosko­nale się uczył, dużo czy­tał, pięk­nie się wysła­wiał, był grzeczny, sza­no­wał star­szych, nie spra­wiał kło­po­tów, nie pił taniego wina i nie palił papie­ro­sów za szkołą. Pew­nie nie­któ­rzy z tych ści­ga­ją­cych go teraz tuma­nów ni­gdy w życiu nie dosię­gną swoją inte­li­gen­cją pozio­mów, na któ­rych on był już od dawna. Był total­nie inny, nie paso­wał do tego miej­sca. Mała wieś nie­opo­dal wiel­kiego mia­sta nie tole­ro­wała takich odmień­ców. Wybryki natury odsta­jące od mocno zani­żo­nej śred­niej zawsze były prze­śla­do­wane. Tak naprawdę polo­wa­nia na cza­row­nice ni­gdy się nie skoń­czyły, przy­brały tylko inną formę, bo gdyby żył w tam­tych cza­sach, pew­nie nie­chyb­nie spło­nąłby na sto­sie.

Gdzieś nie­da­leko usły­szał trzask łama­nych gałęzi. Zerwał się do biegu.

- Tu jest! - roz­legł się za nim rado­sny okrzyk jed­nego z prze­śla­dow­ców.

Ucie­kał na oślep, czu­jąc, jak rani sobie ramiona i nogi o ostre krzaki, uchy­la­jąc się przed gałę­ziami zło­śli­wie sma­ga­ją­cymi go po twa­rzy. Nawet one były prze­ciw niemu. Bo prze­cież wszy­scy są prze­ciw słab­szym i "innym". Nawet Bóg.

Wybiegł nagle na małą łączkę i już wie­dział, gdzie jest. Około stu metrów dalej zoba­czył zruj­no­wany pałac nale­żący nie­gdyś do wła­ści­ciela ziem­skiego, posia­da­ją­cego też kilka poło­żo­nych bli­sko wio­sek. Jed­nak każda potęga prze­mija, histo­ryczne zawie­ru­chy wywra­cają i nisz­czą wszystko. W taki spo­sób pałac popadł w ruinę, ota­cza­jący go park przy­po­mi­nał teraz raczej pusz­czę niż miej­sce do spa­ce­rów i spę­dza­nia miłych chwil w upalne dni. Staw przed pała­cem też zmie­nił się w bagno poro­śnięte wodną roślin­no­ścią.

Ariel biegł reszt­kami sił, grzę­znąc w wyso­kiej tra­wie. Pogoń się zbli­żała. Na łączkę z czte­rech stron wypa­dło czte­rech napast­ni­ków, wyda­jąc rado­sne okrzyki na jego widok. Ruiny były dla niego ostat­nim ratun­kiem. Tylko czy zdoła dobiec do nich przed tam­tymi? Oni porzu­cili gdzieś swoje ple­caki. On swój, na doda­tek pełen ksią­żek wypo­ży­czo­nych dzi­siaj z biblio­teki, miał na ramie­niu.

Udało się. Pod­cią­gnął się i wsko­czył do środka przez pozba­wione okien­nic boczne okno znaj­du­jące się tuż nad samą zie­mią. Od razu pobiegł w kie­runku scho­dów, wbiegł na górę po dziu­ra­wych kamien­nych stop­niach, prze­biegł przez jedno pomiesz­cze­nie, potem dru­gie, aż wresz­cie zna­lazł schro­nie­nie we wnęce w murze jed­nego z kory­ta­rzy. Przy­kuc­nął, ciężko dysząc, zlany potem. Serce tłu­kło mu się w pier­siach jak prze­stra­szony ptak w klatce. Bał się. Cho­ler­nie się bał. Zakrył dło­nią usta, żeby tamci nie usły­szeli jego chra­pli­wego odde­chu. Po chwili się uspo­koił i nasłu­chi­wał.

Na dole roz­le­gły się głosy. Znowu się roz­dzie­lili, żeby go szyb­ciej odszu­kać. Sły­szał kroki na scho­dach, potem chrzęst gruzu i śmieci pod ich butami, kiedy go szu­kali. Jeden bli­sko, inny dalej, jeden na górze, kolejny na dole. Nikogo nie było na jego pię­trze. Oddy­chał głę­boko i zaczął w myślach powta­rzać te kilka wer­sów man­try, którą stwo­rzył któ­re­goś wie­czoru po powro­cie do domu z pod­bi­tym okiem. Słowa przy­no­siły mu otu­chę, mobi­li­zo­wały do dzia­ła­nia, doda­wały odwagi. Bo prze­cież nie ma sytu­acji bez wyj­ścia.

- Nie bła­gaj o litość, ponie­waż nie ma żad­nego Boga. Nie oka­zuj sła­bo­ści, bo stra­cisz sza­cu­nek u innych...

Usły­szał ciche kroki na scho­dach. Któ­ryś z nich się zbli­żał. Zaci­snął mocno powieki, zbie­ra­jąc się w sobie. Moc­niej chwy­cił ciężki ple­cak wypchany książ­kami.

- Pomóc możesz sobie tylko sam...

Tak, musi to zro­bić sam. Nie­ważne, ilu ich jest. Liczą się deter­mi­na­cja, hart ducha i spryt. Ich prze­waga liczebna jest nie­istotna. Prze­cież on jest od nich cztery razy inte­li­gent­niej­szy. Może nawet szes­na­ście razy.

- Nie zwra­caj uwagi na innych, nikt nie jest waż­niej­szy od cie­bie...

Kroki na kory­ta­rzu się zbli­żyły. Napast­nik był już tylko kilka metrów od jego kry­jówki. Zebrał się w sobie.

- Nie roz­ma­wiaj z nie­zna­jo­mymi, tylko oni mogą cię zasmu­cić...

Zamach­nął się teczką, kiedy jeden z chłop­ców był już o krok. To był Michał, ten o cią­gle zło­śli­wym uśmie­chu, naj­więk­szy waze­li­niarz, który na każde słowo szefa bandy, Romka, reago­wał grom­kim śmie­chem, nawet jeśli ten mówił rze­czy - obiek­tyw­nie patrząc - nie­śmieszne.

Chło­pak dostał w twarz. Zachwiał się i z jękiem gruch­nął na plecy, wznie­ca­jąc obło­czek kurzu. Był tak zasko­czony, że nawet nie zare­ago­wał. Przez chwilę nie wie­dział, co się stało, a potem zła­pał się rękami za roz­bity i krwa­wiący nos. Już nie był boha­te­rem ocho­czo biją­cym słab­szych. Teraz po pro­stu się roz­pła­kał, pró­bu­jąc zata­mo­wać krwa­wie­nie. Ariel pod­biegł do niego i kop­nął go w bok.

Potem od razu ruszył w kie­runku, z któ­rego docho­dziły odgłosy kro­ków innego z napast­ni­ków. Poczuł się cudow­nie lekko. Już się nie bał. Teraz on był myśli­wym.

- Nie bła­gaj o litość, ponie­waż nie ma żad­nego Boga - szep­tał do sie­bie bez­gło­śnie. - Nie oka­zuj sła­bo­ści, bo stra­cisz sza­cu­nek u innych.

Zosta­wił ple­cak na kory­ta­rzu i zbiegł szybko na dół.

- Pomóc możesz sobie tylko sam - powta­rzał, bo to mu doda­wało odwagi.

Dru­giego dopadł w kącie jed­nego z pomiesz­czeń. Zasy­pał go gra­dem cio­sów i kop­nięć, tak że tam­ten nie zdą­żył nawet zare­ago­wać. Upadł na kolana i zasło­nił głowę ramio­nami. Mimo to Ariel kop­nął go jesz­cze dwa razy, po czym znik­nął tak szybko, jak się poja­wił. Zosta­wił jęczą­cego chło­paka, plu­ją­cego krwią roz­bi­tych warg. To był Janusz, kolejny przy­du­pas Romka.

- Nie zwra­caj uwagi na innych, nikt nie jest waż­niej­szy od cie­bie. Nie roz­ma­wiaj z nie­zna­jo­mymi, tylko oni mogą cię zasmu­cić.

Spo­tkał ich na par­te­rze. Jarek pro­wa­dził uty­ka­ją­cego Michała. Krew na­dal obfi­cie pły­nęła mu z nosa. Na jego widok Jarek stra­cił chęć do walki, puścił kolegę i po pro­stu zwiał bez słowa. Michał, mimo opła­ka­nego stanu, też rzu­cił się do ucieczki w ślad za kolegą. Już nie byli tacy mocni, jak im się to na początku wyda­wało.

- Pomóc możesz sobie tylko sam - powie­dział gło­śniej, rozej­rzał się po pod­ło­dze i pod­niósł ciężką połówkę czer­wo­nej cegły.

- Gdzie wy jeste­ście?! - dobiegł go z góry głos Romka. - Macie zasrańca?!

Odpo­wie­działa mu cisza, więc zawo­łał jesz­cze raz gło­śniej i z wyraź­nym nie­po­ko­jem w gło­sie:

- Michał, Jarek?! Co z wami? Gdzie wy poleź­li­ście?!

Ariel ruszył scho­dami na górę, z cegłówką w dłoni. Szedł cicho jak zło­śliwy duch, a przy­naj­mniej na tyle bez­sze­lest­nie, żeby Romek go nie usły­szał. Przy­wódca bandy cho­dził po pod­da­szu i pomsto­wał gło­śno na nie­obec­nych kole­gów, coraz bar­dziej zły i znie­cier­pli­wiony. Wresz­cie szarp­nął za zabite płytą pil­śniową drzwi bal­ko­nowe. Stare gwoź­dzie tkwiące w zbu­twia­łych futry­nach puściły i wyszedł na czę­ściowo znisz­czony przez czas bal­kon. Barierka z jed­nej strony była zerwana i nie­roz­sąd­nie było tam wcho­dzić. Romek jed­nak poszedł, omi­ja­jąc ten frag­ment bal­konu. Pewne chciał się rozej­rzeć po oko­licy, podej­rze­wa­jąc, że jego kole­dzy dostrze­gli gdzieś ucie­ka­ją­cego Ariela i pobie­gli za nim. Stąd był dosko­nały widok na łąkę, zaro­śnięty staw i część parku. Romek wychy­lił się odro­binę przez barierę z desek, którą ktoś przed laty tu posta­wił dla bez­pie­czeń­stwa. Tylko nie wia­domo czy­jego, bo nikt prze­cież tu nie wcho­dził.

- Pomóc możesz sobie tylko sam.

To dobrze, że Romek tam stał. Nie sły­szał, jak w jego kie­runku idzie Ariel. Usły­szał dopiero wtedy, kiedy ten sta­nął na progu drzwi na bal­kon.

Romek odwró­cił się gwał­tow­nie. W posta­wie Ariela musiało być coś takiego, że na jego twa­rzy poja­wił się prze­strach. Tak wła­śnie dzia­łali nie­letni szkolni ban­dyci. Tra­cili cały rezon, kiedy bra­ko­wało hordy poplecz­ni­ków i trzeba było samemu spoj­rzeć oso­bie prze­śla­do­wa­nej w twarz. A to wyma­gało szcze­gól­nej odwagi, jeśli osoba gnę­biona miała w ręku cegłówkę. Romek zbladł i nie potra­fił nic powie­dzieć. To dobrze; i tak nic mądrego nie popły­nę­łoby z jego ust. W środku był pusty jak dzban. Nie miał nic do zaofe­ro­wa­nia światu prócz psu­cia i nisz­cze­nia. Był jed­nostką zbędną. To on był teraz prosz­kiem, a Ariel zmie­nił się w głaz.

Jeśli są sytu­acje, w któ­rych w ludziach budzi się uśpiona bestia, to wła­śnie była jedna z nich.

- Nie zwra­caj uwagi na innych, nikt nie jest waż­niej­szy od cie­bie. Nie roz­ma­wiaj z nie­zna­jo­mymi, tylko oni mogą cię zasmu­cić - powie­dział Ariel i postą­pił krok w kie­runku Romka.

1

Dziew­czyna miała około szes­na­stu lat, dłu­gie ciemne włosy po matce, które zawsze nosiła roz­pusz­czone, jakby chciała się nimi pochwa­lić całemu światu. Ubie­rała się jak więk­szość nasto­la­tek - mod­nie, cza­sem wyzy­wa­jąco, cza­sem bez­wstyd­nie. Jezu, dla­czego w cza­sach, kiedy on był nasto­lat­kiem, jego rówie­śnice tak się nie ubie­rały? Wtedy wszy­scy byli zakuci w szkolne mun­durki, tylko dys­ko­teki albo pry­watki dawały pewną odmianę, no ale dziew­czyny nie były tak odważne, jak obecne poko­le­nie, nie poka­zy­wały na ulicy pępka w za krót­kiej koszulce. No, cóż, musiał się z tym pogo­dzić.

I oczy­wi­ście tele­fon komór­kowy w zaci­śnię­tej dłoni, z bia­łymi kabel­kami pro­wa­dzą­cymi do słu­cha­wek w uszach. Czy dzi­siaj jaki­kol­wiek nasto­la­tek, idąc do szkoły, zwraca uwagę na ota­cza­jącą go rze­czy­wi­stość? Nie, bo idzie jak luna­tyk, z nosem w ekra­nie, i nawet gdyby przez noc życie na Ziemi się skoń­czyło, a wytwory cywi­li­za­cji obró­ciły się w perzynę, pew­nie nie dostrzegłby tego od razu. No chyba że nie byłoby połą­cze­nia z netem. Zresztą czy teraz są jesz­cze nor­malne tele­fony? Prze­cież oni nawet do sie­bie nie tele­fonują, tylko piszą na komu­ni­ka­to­rach. Jaka przy­szłość czeka ludz­kość, kiedy dzi­siej­sze dzieci przejmą jej stery? Marna.

Pogrą­żony w nie­we­so­łych myślach, sie­dział w samo­cho­dzie zapar­ko­wa­nym przy chod­niku, któ­rym nasto­latka szła do szkoły, i obser­wo­wał, jak się zbliża. Mimo wszyst­kich gorz­kich reflek­sji, jakie go nawie­dziły, czuł dziwne cie­pło pod ser­cem, gdy na nią patrzył. Była wysoka, szczu­pła i bar­dzo ładna. Kiedy pod­no­siła wzrok znad ekranu, żeby nie wpaść na żywo­płot, słup albo zapar­ko­wany kołami na chod­niku samo­chód, dostrze­gał to bar­dzo wyraź­nie. I te ciemne oczy patrzące spod ciem­nych brwi. Cudowne!

Tak, zde­cy­do­wa­nie była podobna do matki, która kie­dyś z powo­dze­niem brała udział w kon­kur­sach pięk­no­ści. Przez jakiś czas była nawet pre­zen­terką pogody w jed­nej z lokal­nych sta­cji tele­wi­zyj­nych, zanim nie zako­chała się jak idiotka w tym wyta­tu­owa­nym kre­ty­nie. Pew­nie w życiu nie prze­czy­tał żad­nej książki z wyjąt­kiem książki ser­wi­so­wej bar­dzo dro­giego auta, któ­rym aktu­al­nie roz­bi­jał się po mie­ście. A i to nie­ko­niecz­nie. Prze­cież syn wła­ści­ciela ogól­no­kra­jo­wej sieci mar­ke­tów spo­żyw­czych nie mógł jeź­dzić byle czym. Miał też inną wadę. Musiał mieć cią­gle nowe i coraz młod­sze dziew­czyny, więc była pre­zen­terka pogody szybko stra­ciła miej­sce na pie­de­stale i ode­szła w zapo­mnie­nie. Ni­gdy się z tego upadku nie pod­nio­sła. Z tego, co się dowie­dział, od lat samot­nie wycho­wy­wała córkę i pra­co­wała w butiku w cen­trum. Kariera modelki cza­sem koń­czy się dość bole­śnie. I tak mogło być gorzej.

Nasto­latka minęła go, nie odry­wa­jąc wzroku od tele­fonu. Patrzył, jak się oddala. Miała dłu­gie nogi, skry­wane teraz przez czarne pod­ko­la­nówki, krótka spód­niczka falo­wała na boki przy każ­dym kroku, na odkry­tych ple­cach z dumą pre­zen­to­wał się tatuaż w kształ­cie roz­ło­żo­nych skrzy­deł. Jezu, kto nasto­latce pozwo­lił na taki tatuaż? Cho­ciaż z dru­giej strony podo­bał mu się. Był nawet pod­nie­ca­jący. Pobu­dzał wyobraź­nię. Pro­wo­ko­wał do roz­wa­żań, czy cza­sem inne takie nie­spo­dzianki nie czają się w miej­scach intym­nych, przez więk­szość czasu ukryte przed świa­tem i odsła­niane tylko tym naj­bar­dziej zaufa­nym. Cie­kawa myśl, ale chyba nie­od­po­wied­nia w tej chwili i w tym kon­tek­ście. Przy­wo­łał się do porządku.

Zasta­na­wiał się, czy ją kochał. Prze­cież w ogóle jej nie znał. Chyba tak, takie uczu­cie jest sil­niej­sze niż wszystko inne. Trwa mimo czasu i odle­gło­ści, na prze­kór wszyst­kiemu, nawet abso­lut­nemu bra­kowi kon­taktu, nawet wśród nie­zna­jo­mych. Jezu, świat jest zbyt skom­pli­ko­wany. Wolałby, żeby był mniej zło­żony, może wtedy można by zapa­no­wać nad nara­sta­ją­cymi gdzieś w środku pier­wot­nymi, prze­ra­ża­ją­cymi, zwie­rzę­cymi żądzami. Naj­gor­sze było to, że on nie potra­fił nad nimi zapa­no­wać. Teraz nawet nie pró­bo­wał. Po pro­stu kie­dyś eks­plo­duje z nisz­czy­ciel­ską siłą. Znowu w jego życiu nastą­pią gwał­towne i bar­dzo emo­cjo­nu­jące zmiany i na jakiś czas będzie spo­kój. Jezu, czy to się kie­dyś skoń­czy?

Dziew­czyna odda­liła się i znik­nęła za rogiem budynku. Wes­tchnął, prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce i kiedy tylko sil­nik zawar­czał, włą­czył się do ruchu. Po chwili waha­nia też skrę­cił za róg, w ślad za nasto­latką. Popa­trzył na nią jesz­cze, zanim doszła do budynku szkoły.

Potem, rusza­jąc wolno, myślał. Jezu, jaki ona ma cha­rak­ter? To, że fizycz­nie była podobna do matki, nie budziło żad­nych wąt­pli­wo­ści. I bar­dzo dobrze. Mia­łaby w życiu o wiele trud­niej, gdyby odzie­dzi­czyła urodę po ojcu. Ale jaka naprawdę jest? Może jest lek­ko­myślna, poryw­cza, łatwo się zako­chuje i pod wpły­wem bli­żej nie­okre­ślo­nych impul­sów podej­muje zazwy­czaj błędne decy­zje, jak matka? A może jest taka jak ojciec? Jezu, jeśli zmaga się z tyloma oso­bi­stymi pro­ble­mami co ojciec, to jej przy­szłość jawi się dość ponuro.

Zamy­ślony nie zauwa­żył męż­czy­zny na pasach przed szkołą. W ostat­niej chwili naci­snął na pedał hamulca, opony jęk­nęły na asfal­cie, auto zatrzy­mało się, a prze­cią­że­nie rzu­ciło nim o kie­row­nicę. Jezu, o mało nie prze­je­chał prze­chod­nia. Kie­dyś mia­sto zatrud­niało bez­ro­bot­nych, żeby poma­gali prze­cho­dzić dzie­cia­kom przez ulice przed szko­łami. Ubrani w odbla­skowe kami­zelki, z wiel­kimi trans­pa­ren­tami w dło­niach byli widoczni z daleka. Teraz chyba ten zwy­czaj już znik­nął, bo przed tą szkołą nikogo takiego nie było i wła­śnie doszłoby do nie­przy­jem­nego zda­rze­nia. Co prawda jechał wolno, ale jed­nak.

Męż­czy­zna postał chwilę przed maską jego auta, patrząc mu pro­sto w oczy. Był wysoki, miał krót­kie zafar­bo­wane na czarno włosy i coś takiego w oczach, że aż czło­wieka prze­cho­dziły ciarki, kiedy tam­ten świ­dro­wał go spoj­rze­niem. Bar­dzo nie­przy­jemny typ, spe­cy­ficzny i dość mroczny. Na szczę­ście poka­zał tylko środ­kowy palec i poszedł dalej, zni­ka­jąc mu z oczu.

2

Pieprzone ponie­działki! Czy ktoś w ogóle lubił ponie­dzia­łek? We krwi krą­żyły pew­nie jesz­cze jakieś ostat­nie pro­mile z sobot­niej popi­jawy i z lecze­nia kaca piwem w dzień święty. Trzeba było jesz­cze kilku godzin, żeby dojść do sie­bie i zacząć w miarę nor­mal­nie myśleć i funk­cjo­no­wać. W związku z tym wyprawa autem za mia­sto do jakiejś pipi­dówy w ten prze­klęty pierw­szy dzień tygo­dnia była naj­więk­szą katorgą, jakiej czło­wiek mógł doświad­czyć. Cho­ciaż z dru­giej strony cios pałką w głowę na początku tygo­dnia mógł zwia­sto­wać, że potem będzie już tylko lepiej. Jedy­nie oko­licz­no­ści, dla jakich trzeba było się tele­pać w to odludne miej­sce, nie zapo­wia­dały na póź­niej łatwej i przy­jem­nej pracy. Raczej były pre­lu­dium do praw­dzi­wego trzę­sie­nia ziemi, połą­czo­nego z gra­do­bi­ciem i powo­dzią.

Takie było przy­naj­mniej zda­nie komi­sa­rza Pio­tra Żoł­nie­rza, kiedy jego służ­bowe auto pod­ska­ki­wało na wybo­jach polnej drogi mię­dzy polami. Na każdy taki pod­skok kac odpo­wia­dał tępym łupa­niem w czaszce. Dobrze, że przy­naj­mniej już widział cel wyprawy - małą kępę drzew przy auto­stra­dzie A4 w kie­runku na Opole. Pro­mie­nie poran­nego słońca odbi­jały się w szy­bach kilku sto­ją­cych tam poli­cyj­nych radio­wo­zów.

Że też ten skur­wy­syn wybie­rał takie miej­sca na swoje zbo­czone zabawy - prze­mknęło mu przez zbo­lałą głowę. Pod­miot tej uwagi spe­cjal­nie dzia­łał w taki spo­sób. Dla­tego od pię­ciu lat pozo­sta­wał nie­uchwytny. Zabójca nasto­la­tek, który zawsze ude­rza znie­nacka, mal­tre­tuje, gwałci, zabija i znika. Jak zło­śliwy duch z samego pie­kła. Taki cho­lerny polter­ge­ist. I tak wła­śnie ochrzciła go prasa, kiedy jakiś poli­cyjny gno­jek puścił farbę i do mediów dotarło, że w oko­li­cach Wro­cła­wia od lat gra­suje seryjny zabójca. Żoł­nierz pamię­tał chryję, jaka się zro­biła, kiedy opu­bli­ko­wano arty­kuł, w któ­rym zna­la­zło się wyjąt­kowo dużo szcze­gó­łów z dotych­cza­so­wych zabójstw, zna­nych tylko pro­ku­ra­to­rom i poli­cjan­tom zaj­mu­ją­cym się ści­ga­niem Polter­ge­ista. Komen­dant woje­wódzki wpadł wtedy we wście­kłość i koniecz­nie chciał dopaść kreta. To był jakiś gno­jek, nie­po­tra­fiący po pijaku trzy­mać gęby na kłódkę, albo sprze­dajna menda, albo jesz­cze więk­szy skur­wy­syn, któ­remu zale­żało wyłącz­nie na udu­pie­niu kole­gów. I oczy­wi­ście nie zna­leźli wtedy kreta. Dla komen­danta sprawa była jasna. Jeśli śled­czy nie potra­fią wytro­pić źró­dła prze­cieku we wła­snych sze­re­gach, to z nich są gów­niani śled­czy i na pewno nie znajdą zabójcy.

Poszła w ruch gilo­tyna i pole­ciały głowy, jak w pew­nym kraju, pod­czas trój­ko­lo­ro­wej rewo­lu­cji. Pole­ciał pro­ku­ra­tor, mimo że był jed­nym z naj­lep­szych, odwo­łany został szef grupy śled­czej, a jego miej­sce zajął komi­sarz Piotr Żoł­nierz.

Wtedy się cie­szył, bo mógł wresz­cie poka­zać, ile jest wart. Tylko że od tam­tego czasu minęły dwa lata i nie poka­zał wiele, a ciało kolej­nej nasto­latki, do któ­rego wła­śnie się zbli­żał, spo­wo­duje, że i on w naj­bliż­szym cza­sie zosta­nie usu­nięty ze sta­no­wi­ska szefa grupy docho­dze­niowo-śled­czej. No i dobrze. Na tej spra­wie wszy­scy łamią sobie zęby, więc chyba nie ma już wielu chęt­nych. Niech komen­dant woje­wódzki sam sta­nie na czele śled­czych, zoba­czy, co mu się wydaje, że można, a co jest naprawdę wyko­nalne..

Nie chciał oglą­dać wido­ków, które na niego cze­kały przy tej kępie drzew. Jesz­cze bar­dziej zwol­nił, otwo­rzył sze­rzej okna w aucie i zapa­lił, mimo że ni­gdy tego nie robił wewnątrz wozu.

Wsta­wał kolejny upalny dzień, jaki natura fun­do­wała ludziom w dru­giej poło­wie maja. Tem­pe­ra­tury były nie­nor­malne jak na tę porę roku, więc można było przy­pusz­czać, że robiła to raczej spe­cjal­nie, aby ich pognę­bić, a nie spra­wić przy­jem­ność. Zresztą czy miała za co ludziom spra­wić przy­jem­ność? Raczej nie.

Żoł­nierz wyrzu­cił papie­rosa po kilku pocią­gnię­ciach i już za moment par­ko­wał za ostat­nim poli­cyj­nym radio­wo­zem w sze­regu. Wysiadł z ocią­ga­niem i poszedł wolno przez wyso­kie trawy w kie­runku drzew. Zatrzy­mał się na moment, nie zwra­ca­jąc uwagi na innych. Miej­sce zbrodni było już ogro­dzone taśmami z napi­sem "poli­cja", mun­du­rowi stali na zewnątrz kręgu, w środku krę­ciło się tylko dwóch tech­ni­ków w bia­łych uni­for­mach, zasła­nia­ją­cych nawet twarz, obok nich tak samo ubrany foto­graf na prze­mian robił zdję­cia i fil­mo­wał zabez­pie­czone przez nich ślady. Ulżyło mu na chwilę, gdy zoba­czył, że na razie przy­sła­niają mu maka­bryczny widok na zwłoki.

Pomy­ślał, że zdąży jesz­cze wypa­lić papie­rosa, zanim zoba­czy go komi­sarz Góral­ski, który jako jedyny, poza tech­ni­kami, znaj­do­wał się na tere­nie odgro­dzo­nym taśmami. Nagle papie­ros zemdlił Żoł­nie­rza. Co z tego, że był sko­rum­po­wa­nym sta­rym gli­nia­rzem, co z tego, że za pie­nią­dze krył prze­stęp­ców, co z tego, że na zle­ce­nie zaufa­nych adwo­ka­tów i pro­ku­ra­to­rów - tak samo umo­czo­nych w kon­takty z pół­świat­kiem jak on - usu­wał lub pod­mie­niał dowody w maga­zy­nie albo wymu­szał na świad­kach zmianę zeznań. Teraz zupeł­nie się nie liczyło, że miał na sumie­niu jesz­cze gor­sze czyny, dzięki któ­rym było go stać na wszystko, czego sobie tylko zaży­czył, i jak mało kto potra­fił uży­wać życia. Teraz, przez te kilka minut, znowu stał się takim poli­cjan­tem, jakim był zaraz na początku służby. Peł­nym ide­ałów, wie­rzą­cym w sens walki ze złem i ści­ga­nia prze­stęp­ców.

Gdyby teraz dorwał skur­wy­syna, który w taki spo­sób oka­le­cza, gwałci i mor­duje nasto­latki od kilku lat i wciąż pozo­staje na wol­no­ści, pew­nie mógłby go nawet zabić. Na pewno by go nie zastrze­lił. Biłby gołymi rękami, powoli, meto­dycz­nie, zła­małby mu palce, jeden po dru­gim, żeby ten wrzód na zdro­wym spo­łe­czeń­stwie czuł, że umiera. Sko­pałby go po jajach, żeby już ni­gdy nie miał czego wycią­gnąć z roz­porka. Dopiero gdyby uznał, że cier­pie­nie, jakie mu zadał, w nie­wiel­kiej czę­ści wyna­gro­dziło krzywdę, którą wyrzą­dził, prze­strze­liłby mu kolana i zadzwo­nił po karetkę. Nie obcho­dzi­łoby go, co by z nim póź­niej zro­bili. Mogliby go nawet oskar­żyć i zamknąć w pier­dlu. Choć raczej by tego nie zro­bili. Dla­czego? Bo każdy by mu zazdro­ścił, że się odwa­żył i sam wymie­rzył spra­wie­dli­wość, nie licząc się z sądami, które nie­raz już swo­imi łagod­nymi wyro­kami niwe­czyły pracę śled­czych i pozwa­lały sady­stom wró­cić do nor­mal­nego życia albo decy­do­wały o umiesz­cze­niu ich w zakła­dach psy­chia­trycz­nych, na lecze­nie. A prze­cież, do jasnej cho­lery, wszy­scy wie­dzieli, że nie można zre­so­cja­li­zo­wać takiego psy­cho­paty jak ten, ani tym bar­dziej go wyle­czyć. Bestia już na zawsze pozo­sta­nie bestią i w nor­mal­nych warun­kach nale­żałby się jej stry­czek. Tylko że żyjemy w jakichś dziw­nych cza­sach, kiedy zamiast karać z pełną suro­wo­ścią, kie­ru­jemy się źle poj­mo­wa­nym huma­ni­ta­ry­zmem. Czy ten psy­chol, mor­du­jąc nie­winne nasto­latki, wyka­zy­wał się jaki­miś ludz­kimi uczu­ciami? Nie, dla­tego nie był czło­wie­kiem; był agre­syw­nym i śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nym zwie­rzę­ciem, a do takich po pro­stu się strzela. I nie ma wtedy mowy o huma­ni­ta­ry­zmie.

Tak, był za karą śmierci dla takich potwo­rów.

- Piotr!

Woła­nie Górala dobie­gło do jego uszu dopiero po dłuż­szej chwili. Kolega jed­nak go wypa­trzył. Żoł­nierz nie­chęt­nie zdu­sił peta pod butem i prze­kro­czył magiczny krąg wyzna­czany przez taśmę. Uści­snęli sobie dło­nie. Komi­sarz Góral­ski, nie­zbyt odkryw­czo nazy­wany w wydziale Góra­lem, był jego cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem. Niż­szy o głowę, zamiast po robo­cie cho­dzić na siłow­nię i rzeź­bić syl­wetkę, wolał sko­czyć na kebab i zatrosz­czyć się o krą­gło­ści na brzu­chu, nie golił głowy na zero, tylko sta­ran­nie pie­lę­gno­wał swoje czarne, krę­cone włosy, odwie­dza­jąc fry­zjera co naj­mniej raz w tygo­dniu. Cho­dził do bar­bera, który pie­lę­gno­wał jego krótką, czarną brodę, pod­czas gdy Piotr golił się sam, a że tego nie lubił, jego gole­nie też wypa­dało raz w tygo­dniu. W tym przynaj­mniej była zgod­ność. No i jesz­cze w jed­nym: obaj tak samo lubili przy­tu­lać brudną kasę i bawili się rów­nie dobrze, wyda­jąc ją na dziwki. Kiedy szli w sobotę do klubu, Góral potra­fił wyrwać rów­nie ładną dupę jak Piotr, mimo że nie mógł poszczy­cić się wiel­kimi bicep­sami, rzeź­bioną klatą, sze­ścio­pa­kiem na brzu­chu i syl­wetką w kształ­cie litery V. Za to jego port­fel był tak samo wypchany pie­niędzmi, co w tym wypadku miało decy­du­jące zna­cze­nie.

- Mamy kolejną ofiarę. - Po minie Górala można było wywnio­sko­wać, że i on tego poranka wró­cił do poglą­dów ide­al­nego stróża prawa.

- Coś już wia­domo?

- Nasto­latka, ten sam sche­mat, podobne obra­że­nia. Nie ma wąt­pli­wo­ści.

- Kurwa mać!

Zapy­tał naj­bliż­szego tech­nika, czy może zbli­żyć się do zwłok. Ten na migi poka­zał mu, któ­rędy ma iść. Poszedł, ale zaraz sta­nął, prze­ły­ka­jąc gło­śno ślinę. Widział nie­jedno, nic go nie ruszało, żołą­dek miał zawsze sta­lowy. Czę­ściej rzy­gał po wódce niż na widok zma­sa­kro­wa­nych czy roz­kła­da­ją­cych się zwłok. Tylko że tym razem było ina­czej. Może to świa­do­mość total­nej porażki jako szefa grupy śled­czej spo­wo­do­wała u niego aż tak daleko idący dys­kom­fort.

Ode­tchnął głę­boko i pod­szedł tak bli­sko, jak pozwo­lił mu tech­nik. Z tyłu jed­no­staj­nie szu­miała auto­strada, po któ­rej w obie strony pędziły auta. To go tro­chę roz­pra­szało i musiało minąć nieco czasu, zanim odgo­nił od sie­bie wszyst­kie zbędne myśli i dźwięki. Sku­pił się jedy­nie na zwło­kach i miej­scu zbrodni. Tylko czy to było miej­sce zbrodni, czy jedy­nie miej­sce porzu­ce­nia ciała?

Rozej­rzał się. Kil­ka­na­ście sta­rych drzew z opa­da­ją­cymi ciężko gałę­ziami rosło jak wysepka na skraju pól upraw­nych, nale­żą­cych do jakie­goś rol­nika. Jak okiem się­gnąć cią­gnęły się łany mło­dego zboża, poprze­ci­nane śla­dami maszyn rol­ni­czych doko­nu­ją­cych opry­sków i dziu­rawą polną drogą, którą tu przy­je­chali.

Spoj­rzał pod nogi i rozej­rzał się po naj­bliż­szej oko­licy. Tu kie­dyś musiało być jakieś bajoro i pew­nie drzewa rosły na jego skraju, skoro teren nie został ni­gdy zago­spo­da­ro­wany pod uprawy. Tyle że ostat­nie lata były suche i woda, a potem błoto, wyschły, roślin­ność wodną z wolna zastę­po­wała ta pora­sta­jąca zwy­kłe łąki. Na razie jed­nak była niska i rachi­tyczna.

Zwłoki leżały na brzu­chu, w miej­scu, gdzie wyraź­nie ryso­wał się pra­wie zupeł­nie pozba­wiony roślin­no­ści łach zaschnię­tej gliny. Jasne, dłu­gie włosy, poskle­jane krwią, oka­lały szczel­nie głowę, jak weł­niana czapka w zimę. Twa­rzy nie było widać, z czego komi­sarz Żoł­nierz aku­rat był zado­wo­lony. Ręce ofiary roz­rzu­cone na boki - zda­niem poli­cjanta tro­chę nie­na­tu­ral­nie, lecz nie potra­fił z całą pew­no­ścią stwier­dzić, czy są poła­mane, czy powy­krę­cane w sta­wach bar­ko­wych. Plecy podra­pane ze struż­kami zaschnię­tej krwi, pośladki posi­nia­czone, zakrze­pła krew mię­dzy nogami, dłu­gie nogi pocięte, jedna stopa na pewno zła­mana i posi­niała. Nie patrzył dłu­żej, tylko ostroż­nie się wyco­fał do Górala.

- I co o tym myślisz? - zapy­tał go kolega.

- Nasz zło­śliwy duch wró­cił.

Żoł­nierz sta­rał się, żeby jego głos zabrzmiał w miarę natu­ral­nie, cho­ciaż nie do końca mu się to udało. Może na sku­tek ostat­nich obra­zów, a może był to jed­nak wyrzut sumie­nia, że się nie spraw­dził jako szef grupy śled­czej. Gdyby mu się udało, ta dziew­czyna na pewno by żyła. Ale się nie udało. Trudno jest zła­pać ducha, kiedy nie ma się poję­cia, kim jest i gdzie stra­szy. Z tym seryj­nia­kiem tak wła­śnie było. Cze­kał, aż zamie­sza­nie minie, a potem mor­do­wał, ude­rza­jąc znie­nacka, prak­tycz­nie zawsze tak samo. Nasto­latka zni­kała z ulicy po zmroku i po jakimś cza­sie poli­cja odnaj­dy­wała jej oka­le­czone ciało. Mor­do­wana była gdzie indziej, więc śla­dów w miej­scu porzu­ce­nia ciała było bar­dzo nie­wiele. Do tego zabójca za każ­dym razem sta­ran­nie to miej­sce wybie­rał. Totalne odlu­dzia, twardy grunt, trudny dojazd - taki był stan­dard.

- Już wiesz o decy­zji szefa? - zapy­tał Góral, nie patrząc na Pio­tra.

- Jakiej decy­zji?

- Nie jesteś już sze­fem grupy śled­czej.

Mimo że Żoł­nierz się tego spo­dzie­wał, poczuł się zra­niony do żywego. Nikt do niego nie zate­le­fo­no­wał, nikt go nie ostrzegł; dowie­dział się przy­pad­kiem od jed­nego ze śled­czych. Tak się nie postę­puje z gli­nia­rzem, który na tej robo­cie zjadł zęby. To było uwła­cza­jące jego god­no­ści. Wście­kłość zapa­liła się i zga­sła jak siarka w zapałce. No i po co mu te nerwy?

- Jak to się stało? - zapy­tał przez zaci­śnięte szczęki.

- Ja tam nie wiem. - Góral­ski wzru­szył ramio­nami, śle­dząc ptaki gnież­dżące się w koro­nach drzew. - Patryk dowie­dział się na poran­nej nara­dzie u naczel­nika i prze­ka­zał mi w tajem­nicy. To jesz­cze nic ofi­cjal­nego.

- No ja myślę - rzu­cił Żoł­nierz.

- Nie mów, że się nie spo­dzie­wa­łeś.

- Coś wisiało w powie­trzu, ale żeby, cho­lera, tak od rana w ponie­dzia­łek i z taj­niaka? Tego aku­rat się nie spo­dzie­wa­łem. Nie pozwo­lili mi nawet obej­rzeć trupa w spo­koju.

- Nie prze­sa­dzaj. - Góral zapa­lił papie­rosa, nie czę­stu­jąc kolegi. - Zwłoki obej­rza­łeś w spo­koju, może tro­chę na kacu, ale wie­rzę, że twój poli­cyjny nos nie jest aż tak zamro­czony, żeby cze­goś nie zwą­chać.

Komi­sarz Żoł­nierz spoj­rzał na niego ze zło­ścią, ale nic nie odpo­wie­dział. Cho­lera, niby sami kole­dzy, po tych samych pie­nią­dzach, a tylko się odwróć do nich ple­cami i zaraz któ­ryś zmieni się w Bru­tusa z nożem. Do tego nie spo­sób prze­wi­dzieć który.

Może już powi­nien zmie­nić śro­do­wi­sko i zająć się czymś innym? Tylko czym? Nie chciał skoń­czyć jako jeden ze współ­pra­cow­ni­ków gang­ste­rów w bia­łych koł­nie­rzy­kach. Prze­cież oni tylko cze­kali, aż odej­dzie z poli­cji. Mieli na niego tyle haków, że nawet przez myśl by mu nie prze­szło, żeby odrzu­cić pro­po­zy­cję nie do odrzu­ce­nia, którą by mu przed­sta­wili następ­nego dnia. Kie­dyś myślał, że odłoży sporą sumkę w zie­lo­nych, wyje­dzie na kra­niec świata i stam­tąd pokaże im cztery litery. Nie­stety, pie­nią­dze prze­pie­przył i teraz sam znaj­duje się w czte­rech lite­rach. Niech to szlag trafi!

- Wia­domo już, kto przej­mie kie­ro­wa­nie grupą? - zapy­tał, rezy­gnu­jąc z zapa­le­nia papie­rosa. W mię­dzy­cza­sie go zemdliło.

- Pro­ku­ra­tor też będzie nowy. - Góral miał nie­od­gad­niony wyraz twa­rzy.

- Kto?

- Sobo­ciń­ski.

- No i co?

- Co ty, kurwa, masz dzi­siaj kło­poty z myśle­niem? Czyim przy­du­pa­sem jest Sobo­ciń­ski?

Piotr prze­klął gło­śno i jed­nak zapa­lił.

- Wil­czyca nad­cho­dzi i będzie kąsać - pod­su­mo­wał z krzy­wym uśmie­chem komi­sarz Góral­ski.

3

Komi­sarz Laura Wilk, przez kole­gów zło­śli­wie zwana Wil­czycą, skrę­cała wła­śnie z głów­nej drogi i wolno toczyła auto po wer­te­pach mię­dzy polami obsia­nymi zbo­żem, jadąc w kie­runku kępy drzew znaj­du­ją­cej się nie­da­leko auto­strady. Kie­dyś wku­rzało ją to, że kole­dzy z Wydziału Kry­mi­nal­nego Komendy Woje­wódz­kiej Poli­cji we Wro­cła­wiu nazy­wają ją Wil­czycą. Szybko jed­nak prze­szła nad tym do porządku dzien­nego. Potem nawet zaczęło jej to spra­wiać przy­jem­ność. Męski szo­wi­nizm w poli­cji miał się dobrze i jako młoda poli­cjantka wie­lo­krot­nie spo­ty­kała się z nie­wy­bred­nymi komen­ta­rzami albo pro­po­zy­cjami, za które chęt­nie dałaby roz­mówcy w mordę. I raz czy dwa nawet dała, z szyb­kim i bar­dzo dobrym skut­kiem.

Chyba wła­śnie dla­tego zaczęli ją nazy­wać Wil­czycą. Od tego momentu wszel­kie sek­su­alne alu­zje się skoń­czyły. Wil­czyca - to brzmiało mocno, dum­nie i nie­bez­piecz­nie. Kole­dzy sami wpa­dli w swoją pułapkę, nadali jej groźną ksywkę i dzięki niej zaczęli ją naresz­cie trak­to­wać z sza­cun­kiem, jak part­nera, a nie jak twar­do­głową femi­nistkę, która posta­no­wiła zre­ali­zo­wać się w super­mę­skim zawo­dzie, cho­ciaż kom­plet­nie się do tego nie nadaje. Tylko że Laura się nada­wała. Nada­wała jak jasna cho­lera, co nie­jed­no­krot­nie udo­wod­niła, posy­ła­jąc za kraty psy­choli. Więk­szość śled­czych z wydziału kry­mi­nal­nego o wiele mniej nada­wała się do bycia funk­cjo­na­riu­szem niż ona. Co chwilę im to poka­zy­wała i pono­siła kon­se­kwen­cje w postaci złych spoj­rzeń, zło­śli­wych uwag za ple­cami, a cza­sem kopa­nia zdra­dli­wych doł­ków na ścieżce jej kariery.

Zresztą było już tego coraz mniej. Zostało jesz­cze tylko paru sko­rum­po­wa­nych drani, któ­rzy cią­gle patrzyli na nią, jakby nada­wała się tylko do garów, dawa­nia dupy i zara­bia­nia coraz więk­szej kasy na zasił­kach poro­do­wych i pięć­set plu­sach. Ale z nimi też sobie w końcu pora­dzi. Nie zno­siła zdraj­ców w fabryce i na pewno już dawno spro­wa­dzi­łaby ich do par­teru, gdyby miała twarde dowody. Było trudno, ale to tylko kwe­stia czasu. Pora­dzi sobie i z nimi.

Jed­nym z takich zatwar­dzia­łych ofi­ce­rów, nie­usta­ją­cych w pod­ko­py­wa­niu jej na wszyst­kie spo­soby, był komi­sarz Żoł­nierz. Teraz, kiedy wresz­cie ma zająć jego miej­sce na czele grupy śled­czej ści­ga­ją­cej Polter­ge­ista, liczyła się z wybu­chem wojny total­nej. I miała to w dupie.

Laura Wilk miała trzy­dzie­ści sześć lat i aler­gię na dzieci, stałe związki, miłość i inne cho­lerne klą­twy, które mogą czło­wie­kowi zamą­cić w gło­wie. Ona była odporna. W całym jej życiu poja­wił się tylko jeden facet, do któ­rego czuła sła­bość, jed­nak nie aż tak wielką, żeby pla­no­wać z nim wspólne życie. Nie wyobra­żała sobie, jak mogłaby dzie­lić miesz­ka­nie z przed­sta­wi­cie­lem płci prze­ciw­nej, cho­dzić do tej samej toa­lety, uży­wać tej samej wanny, wresz­cie spać w tym samym łóżku. Po co ludzie robią sobie taką krzywdę? Poza tym związki ogra­ni­czają wol­ność. Zamiast robić to, na co aku­rat ma ochotę, musia­łaby liczyć się ze zda­niem kogoś innego, kto miałby w tym cza­sie zupeł­nie inne pomy­sły. O sek­sie nie wspo­mi­na­jąc. Pre­fe­ro­wała niczym nie­skrę­po­waną wol­ność w tym zakre­sie i cho­dziła do łóżka, z kim chciała i wtedy, kiedy miała ochotę. Wbrew plot­kom, które na jej temat krą­żyły po komen­dzie, była jak naj­bar­dziej hete­ro­sek­su­alna. Kobiety jej nie inte­re­so­wały, nie miały do zaofe­ro­wa­nia tego cze­goś, co ją naj­bar­dziej w sek­sie krę­ciło, a wszel­kie imi­ta­cje budziły tylko wstręt.

Nosiła się jak męż­czy­zna już od wcze­snych lat szkol­nych. Zna­jomi zawsze jej powta­rzali, że w boskim sys­te­mie dys­try­bu­cji ciała i ducha musiał nastą­pić błąd i Laura powinna była uro­dzić się chło­pa­kiem, a nie dziew­czyną. Nie zga­dzała się z takim twier­dze­niem. Była stu­pro­cen­tową kobietą, a to, że ni­gdy nie ubie­rała się jak kobieta, niczego nie zmie­niało. Nawet jasne włosy ścięła na krótko, ponie­waż zbyt dłu­gie loki ją dener­wo­wały. Na zło­śliwe uwagi, że zamiast do kosme­tyczki cho­dzi do goli­brody, reago­wała peł­nymi poli­to­wa­nia uśmiesz­kami.

Nie miała poję­cia, kim by została, gdyby na bar­dzo wcze­snym eta­pie swo­jego życia nie zde­cy­do­wała się na pracę w poli­cji. Zresztą takie roz­wa­ża­nia nie miały naj­mniej­szego sensu. Ona uro­dziła się po to, żeby ści­gać popa­prań­ców, zbo­czeń­ców i zabój­ców. I to tych naj­gor­szych. To był jej główny życiowy cel.

Zawsze uwa­żała, że jest jedyną osobą w wydziale, która jest w sta­nie zła­pać Polter­ge­ista, jed­nak szansę dostała dopiero teraz, kiedy zna­le­ziono już ósme zwłoki w ciągu pię­ciu lat. Szef wresz­cie poszedł po rozum do głowy, prze­stał ule­gać naci­skom kole­gów i pod­jął jedyną słuszną, męską decy­zję i zle­cił kobie­cie audyt dotych­cza­so­wego śledz­twa. Doga­dał się przy tym z pro­ku­ra­turą i pro­ku­ra­tor też się zmie­nił. Sobo­ciń­ski był jej przy­ja­cie­lem, pra­co­wali razem od zawsze i świet­nie się doga­dy­wali. Mimo że w powszech­nej opi­nii uwa­żany był za mięk­kiego, miał otwarty umysł i nie bał się podej­mo­wa­nia wyzwań. Razem z Laurą zawsze odno­sili suk­cesy.

Tak się zło­żyło, że dzień wcze­śniej spo­tkała się nie­for­mal­nie z naczel­ni­kiem wydziału i komen­dan­tem woje­wódz­kim, przed­sta­wia­jąc im wyniki audytu. Po pół­go­dzi­nie zapa­dła decy­zja o odwo­ła­niu Żoł­nie­rza i mia­no­wa­niu jej na sze­fową grupy. Na nie­szczę­ście o poranku przy­szła wia­do­mość o zna­le­zie­niu kolej­nych zwłok. Polter­ge­ist wró­cił.

Zapar­ko­wała na końcu sze­regu aut, wysia­dła i zlu­stro­wała oto­cze­nie. Słońce zaczy­nało przy­pie­kać, auto­strada szu­miała, tak samo jak korony drzew w pory­wach wia­tru. Popa­trzyła, co robią tech­nicy, a potem skie­ro­wała się bez­po­śred­nio do sto­ją­cych w pew­nym odda­le­niu Góral­skiego i Żoł­nie­rza. Nie miała zamiaru niczego im odpusz­czać. Spier­do­lili, więc powinni dostać po łbie.

Góral patrzył na nią z lek­kim uśmie­chem, kiedy się zbli­żała, za to ta wielka, łysa, zaro­śnięta i nie­sym­pa­tyczna góra mię­śni, w cen­tral­nej ewi­den­cji lud­no­ści zare­je­stro­wana jako Piotr Żoł­nierz, nawet na nią nie spoj­rzała. W ostat­nim momen­cie, ku zdu­mie­niu Górala, Laura skrę­ciła i wdała się w roz­mowę z tech­ni­kami. Po chwili mun­du­rowi zabez­pie­czali taśmami cały teren od drogi do miej­sca poło­że­nia ciała i prze­sta­wiali samo­chody tro­chę dalej, żeby nie stały w miej­scu, gdzie poten­cjal­nie mógł się zatrzy­mać zabójca, przy­wo­żąc tu zwłoki. Takie zmiany trwały kil­ka­na­ście minut, które spę­dziła na roz­mo­wach z tech­ni­kami i na spraw­dze­niu terenu od strony lasu. Wkrótce i tam roz­cią­gane były taśmy.

Kiedy wró­ciła do dwóch kole­gów z wydziału, Góral­ski już się nie uśmie­chał, a jego kolega wyglą­dał, jakby łado­wał aku­mu­la­tory w lase­rach zamon­to­wa­nych w oczach, żeby zwięk­szyć ich moc i spa­lić ją pierw­szym spoj­rze­niem.

- Przy­je­cha­li­ście tu, kurwa, na wycieczkę czy leczyć kaca? - wark­nęła, kiedy sta­nęła przed nimi z rękami w kie­sze­niach dżin­sów.

Na szczę­ście Żoł­nierz nie dys­po­no­wał żad­nymi ukry­tymi super­mo­cami, ponie­waż prze­żyła jego pierw­sze spoj­rze­nie. Pew­nie był bar­dzo zawie­dziony.

- O co ci cho­dzi? - mruk­nął.

- Nie zabez­pie­czy­li­ście w nale­żyty spo­sób miej­sca zna­le­zie­nia zwłok - powie­działa twardo.

- Daj spo­kój. - Góral chciał zba­ga­te­li­zo­wać jej zarzut. - Nie padało od mie­siąca, droga jest twarda jak skała, żad­nych śla­dów.

- Spraw­dzi­li­ście, któ­rędy prze­niósł tu ciało? Na pewno zostały odci­ski w tra­wie, jeśli już ktoś ich nie zadep­tał.

- Na tych łachach zaschnię­tej gliny z suchą trawą i tak nic nie zoba­czysz...

- Gówno mnie to obcho­dzi! - wark­nęła, pod­no­sząc głos, aż sto­jący nie­opo­dal mun­du­rowi spoj­rzeli w ich kie­runku z cie­ko­wo­ścią. - Chcę mieć ten teren prze­szu­kany i obfo­to­gra­fo­wany. On nie zja­wił się na środku tego wyschnię­tego bajora zni­kąd. Był obcią­żony cia­łem dziew­czyny, musiał zosta­wić głęb­sze ślady.

- Tech­nicy tam patrzyli. - Żoł­nierz mie­rzył ją coraz bar­dziej wście­kłym spoj­rze­niem.

- Nie wiesz, gdzie patrzyli, bo cię tu jesz­cze nie było - odpo­wie­działa. - Góral, widzia­łeś tę ścieżkę od strony drzew? Kto ją wydep­tał?

- Zwie­rzęta.

- A jesteś tego pewien? Może on przy­szedł stam­tąd i coś znaj­dziemy?

Nikt nie lubi, kiedy zarzuca mu się nie­kom­pe­ten­cję.

- Odczep się, Laura! - rzu­cił ostrzej. - Dzia­ła­łem tak, jak uzna­łem za sto­sowne w tej sytu­acji. W ten spo­sób do każ­dego można się przy­cze­pić.

- Zaję­łaś moje miej­sce i dla­tego teraz będziesz po nas jeź­dzić? - ode­zwał się dziw­nie spo­koj­nym gło­sem komi­sarz Żoł­nierz.

Laura zer­k­nęła na niego zasko­czona. Spo­dzie­wała się eska­la­cji tej awan­tury, tym­cza­sem on zacho­wy­wał się wyjąt­kowo spo­koj­nie.

- Nie zamie­rzam, cho­ciaż mam prawo być wku­rzona - odpo­wie­działa. - Przez ostat­nie dwa tygo­dnie prze­glą­da­łam akta ze śledz­twa...

Spe­cjal­nie zawie­siła głos, żeby zare­je­stro­wać ich reak­cje. Z zado­wo­le­niem zauwa­żyła zanie­po­ko­je­nie. Wcale im się nie dzi­wiła. Jeśli szef w tajem­nicy zleca komuś audyt pro­wa­dzo­nego przez cie­bie śledz­twa, świad­czy to co naj­mniej o nad­szarp­nię­tym zaufa­niu.

- Pamię­ta­cie, że przy dru­gich i trze­cich zwło­kach zna­le­ziono wióry? - zapy­tała.

Komi­sarz Góral­ski się tro­chę roz­luź­nił.

- W pierw­szym przy­padku piw­nica była zanie­czysz­czona, więc trudno było trak­to­wać te wióry jako ważny ślad - powie­dział. - W dru­gim zacho­dziło poważne podej­rze­nie zanie­czysz­cze­nia miej­sca zna­le­zie­nia ciała przez jed­nego z poli­cjan­tów. Miał te wióry na spodniach.

Laura popa­trzyła mu w oczy i poki­wała głową.

- Tylko nikt wtedy nie spraw­dził, że wióry zna­le­zione na miej­scu pocho­dziły z drzewa sosno­wego, a te na spodniach poli­cjanta to były pozo­sta­ło­ści po wier­ce­niu w pły­cie wió­ro­wej.

Góral zagryzł wargi i spoj­rzał na Pio­tra. Ten wzru­szył ramio­nami.

- Wtedy nie byłem jesz­cze sze­fem grupy - powie­dział.

- Ale mia­łeś obo­wią­zek jesz­cze raz prze­ana­li­zo­wać wszystko, co zostało zgro­ma­dzane w aktach.

- I to zro­bi­łem - odpo­wie­dział twardo. - Nie uzna­łem tych wió­rów za istotny szcze­gół. Nie przy­pniesz mi tego.

Laura mil­czała przez moment.

- Nie mam zamiaru - powie­działa wresz­cie. - Nie jesteś w tej chwili na dywa­niku u szefa, więc odpu­ści­łam ci te wióry. Chcia­łam tylko zako­mu­ni­ko­wać, że od teraz ja dowo­dzę i u mnie nie będzie pobła­ża­nia za zbyt­nią rutynę i byle­ja­kość. Każde miej­sce zna­le­zie­nia zwłok ma być spraw­dzone tak, jak was uczyli w szkole i na szko­le­niach. - Spu­ściła wzrok na leżące pod ich nogami nie­do­pałki papie­ro­sów. - Jeśli ktoś coś zanie­dba, zgło­szę to naczel­ni­kowi i gówno mnie będzie obcho­dziło, kto ile lat pra­cuje już w psiarni. Jak się znu­dziło, można zmie­nić zawód i nie dener­wo­wać tych, któ­rzy naprawdę chcą coś zro­bić.

Ich spoj­rze­nia były jak stu­ki­lo­gra­mowe odważ­niki, ale ona nie dała się przy­gnieść. Tro­chę spu­ściła z tonu.

- Musimy zna­leźć psy­chola, zanim zgi­nie kolejna nasto­latka. Może gdyby ktoś zwró­cił wcze­śniej uwagę na te wióry, już byśmy go mieli.

Obró­ciła się na pię­cie i ode­szła do tech­ni­ków.

Żoł­nierz splu­nął za nią i wykrzy­wił twarz w złym gry­ma­sie.

- Jesz­cze kie­dyś ją zała­twię - szep­nął tak, żeby tylko Góral mógł go usły­szeć. - Wyjąt­kowo mi, larwa, działa na nerwy.

- Tylko nie mów, że taka ostra babka nie działa na twoją wyobraź­nię - zakpił kolega.

- Odpieprz się ode mnie. Ona nie jest w moim typie. To słabi faceci znaj­dują sobie ostre laski. Praw­dziwi męż­czyźni nie potrze­bują takich eks­tre­mal­nych pod­niet. To oni rzą­dzą.

- Filo­zof się, kurwa, zna­lazł.

Kilka minut póź­niej tech­nik przy dro­dze zawo­łał komi­sarz Laurę Wilk. Pode­szła i przy­kuc­nęła przy nim. Wska­zy­wał na dro­binki w tra­wie.

- Co to jest? - zapy­tała, czu­jąc miły dreszcz eks­cy­ta­cji na ple­cach.

- Wygląda na wióry - powie­dział ostroż­nie.

Dreszcz zmie­nił się w falę przy­jem­nego gorąca na policz­kach. Miała prze­czu­cie. Po raz kolejny jej wil­czy nos nie zawiódł. Przy­jem­nie było znowu się prze­ko­nać, że wśród raso­wych poli­cyj­nych psów suki mają o wiele lep­szy węch i instynkt.

- Skąd mogły się tu wziąć? - rzu­ciła szybko.

- Być może miał je na butach - wyra­ził swoje przy­pusz­cze­nie tech­nik. - Są tylko tu, dalej ich nie ma.

- Zabez­piecz mi to.

- Oczy­wi­ste.

Komi­sarz Wilk ode­szła kilka kro­ków w bok i ode­tchnęła głę­boko. Gro­mada pta­ków zato­czyła nad jej głową łuk i wylą­do­wała w koro­nach drzew. Było coraz cie­plej. Jak w dzie­cię­cej zaba­wie w poszu­ki­wa­nie ukry­tych przed­mio­tów. Mróz, zimno, cie­pło, gorąco.

4

Wykład dobie­gał końca. Maciej Lesiecki z zado­wo­le­niem spoj­rzał na zega­rek i skre­ślił ostatni punkt z planu wykładu. Zostały mu jesz­cze cztery minuty do regu­la­mi­no­wego końca. Będzie czas na pyta­nia z sali. Pomy­ślał o nich nie­chęt­nie. Znowu będą pytać go o głu­poty, jakby w ogóle nie zro­zu­mieli, o czym mówił do nich przez ostat­nie osiem­dzie­siąt sześć minut. Wie­lo­krot­nie czy­tał, że poli­cja coraz bar­dziej obniża kry­te­ria pod­czas naboru. Jak dotąd takie donie­sie­nia trak­to­wał z przy­mru­że­niem oka. W ostat­nich latach utwier­dzał się jed­nak w prze­ko­na­niu, że coś musi być na rze­czy. Mię­dzy nim a mło­dymi poli­cjantami rosła coraz więk­sza bariera nie­zro­zu­mie­nia. A może po pro­stu on był coraz star­szy i coraz trud­niej było mu nawią­zać kon­takt z mło­dymi funk­cjo­na­riu­szami? Dopusz­czał taką moż­li­wość, ale ją igno­ro­wał.

Zamknął notes z pla­nem wykładu, wyłą­czył rzut­nik i obrzu­cił wzro­kiem audy­to­rium. Ponad dwa­dzie­ścia osób na sali wykła­do­wej i tylko kilka spoj­rzeń utkwio­nych w wykła­dowcy. Czy to ozna­czało, że jego wykład był nudny? Nie­moż­liwe, ostat­nio był w wyjąt­kowo dobrej for­mie.

- Czy mają pań­stwo jakieś pyta­nia? - powie­dział, spo­glą­da­jąc zna­cząco na zega­rek.

Nie lubił pytań, ponie­waż zawsze były takie same. Dla­tego zosta­wiał nie­wiele czasu na koniec. Nawet gdyby komuś przy­szło jakieś pyta­nie do głowy, nie zdą­żyłby na nie odpo­wie­dzieć. Do końca wykładu zostały trzy minuty i trzy­dzie­ści sekund. I wtedy padło pyta­nie, któ­rego nie chciał usły­szeć. Co prawda na początku umó­wił się z uczest­ni­kami, że mogą o to zapy­tać, lecz w grun­cie rze­czy miał nadzieję, że zapo­mną. Może nawet inni już zapo­mnieli, ale nie bru­netka o bystrym spoj­rze­niu ciem­nych oczu, sie­dząca w pierw­szym rzę­dzie.

- Panie Macieju, obie­cał nam pan ocenę nie­któ­rych osób z naszej grupy po wykła­dzie - powie­działa i uśmiech­nęła się sym­pa­tycz­nie.

Takiemu uśmie­chowi nie spo­sób było odmó­wić. Przy­naj­mniej Maciej takim uśmie­chom ni­gdy nie odma­wiał.

- Jeste­ście pewni?

Po raz pierw­szy rów­no­cze­śnie patrzyła na niego więk­szość słu­cha­czy.

- Tak - roz­le­gło się uni­sono z sali.

- No dobrze. - Posta­no­wił zro­bić to szybko i bez owi­ja­nia w bawełnę. Miał nie­wiele czasu. - Pan w trze­cim rzę­dzie pod oknem.

Wszyst­kie spoj­rze­nia skie­ro­wały się na chu­dego blon­dyna, który teraz dopiero zain­te­re­so­wał się wykła­dem.

- Pana mój wykład nudził. Podej­rze­wam, że nawet nie potrafi pan bez błę­dów powtó­rzyć tytułu wykładu. Przez cały czas zaglą­dał pan do tele­fonu. Sta­wiam, że kore­spon­do­wał pan z dziew­czyną. Poznał ją pan nie­dawno, przez inter­net, i wiele pan sobie obie­cuje po tej zna­jo­mo­ści.

Po minie blon­dyna od razu można było poznać, że Lesiecki się nie pomy­lił. Po sali prze­mknęły ciche śmie­chy i zaraz umil­kły, ponie­waż psy­cho­log mówił bez prze­rwy i był już przy kolej­nym uczest­niku.

- Pani z war­ko­czem, w ostat­nim rzę­dzie. Sądząc po ilo­ści nota­tek, które pani spo­rzą­dziła, można by było wywieść wnio­sek, że była pani naj­pil­niej­szym słu­cha­czem w tym gro­nie. Nie­stety notatki nie doty­czyły wykładu. Pew­nie zale­głe raporty, prawda?

Kobieta z war­ko­czem zaru­mie­niła się i posłała mu prze­pra­sza­jące spoj­rze­nie.

- Pani w środku. Kilka razy chciała mi pani zadać pyta­nie doty­czące syn­dromu sztok­holm­skiego i za każ­dym razem pani rezy­gno­wała.

- To prawda - potwier­dziła natych­miast.

- Na drugi raz wię­cej odwagi - pora­dził Maciej i kon­ty­nu­ował: - Pan na końcu obok pani z notat­kami. Pro­szę mi powie­dzieć: o któ­rej skoń­czyła się ta impreza? Sta­wiam na oko­lice trze­ciej nad ranem.

- Trze­cia pięt­na­ście - przy­znał tam­ten, uśmie­cha­jąc się blado.

Tym razem śmiech był gło­śniej­szy i trwał dłu­żej.

- Pan przy drzwiach. Warto teraz kupić forda? - Maciej udał zain­te­re­so­wa­nie.

Męż­czy­zna, zdzi­wiony, wytrzesz­czył na niego oczy.

- Chyba tak... - wyją­kał zawsty­dzony, cho­wa­jąc do kie­szeni klu­czyki do auta, któ­rymi bawił się przez cały wykład.

- Pan dawno kupił?

- W sobotę.

- No wła­śnie. - Lesiecki poki­wał głową, pod­czas gdy jedna część uczest­ni­ków wykładu śmiała się coraz gło­śniej, druga otwie­rała sze­roko usta, zasko­czona jego spo­strze­że­niami. Wresz­cie wszy­scy aktyw­nie uczest­ni­czyli.

- Pan obok szczę­śli­wego wła­ści­ciela nowego auta ma pew­nie jakieś inne doświad­cze­nia zawo­dowe, jeśli cho­dzi o ogólną teo­rię syn­dromu ofiary, ponie­waż nie zga­dza się pan z moimi spo­strze­że­niami.

- Tak.

- Pani w ostat­nim rzę­dzie. - Zmie­rzył uważ­nym spoj­rze­niem kobietę z krót­kimi brą­zo­wymi wło­sami wyglą­da­jącą na dużo star­szą niż reszta audy­to­rium. - Pani jest tu przy­pad­kowo, nie pra­cuje pani w poli­cji. Być może pisze pani arty­kuł do prasy.

W odpo­wie­dzi kobieta wyszcze­rzyła do niego białe równe zęby i pod­nio­sła kciuk na znak, że wykła­dowca się nie myli.

- A pani o ciem­nych wło­sach w pierw­szym rzę­dzie koniecz­nie chcia­łaby mnie jesz­cze o coś zapy­tać.

Zanim bru­netka zdą­żyła otwo­rzyć usta, roz­legł się sygnał jego tele­fonu komór­ko­wego.

- Nie­stety, czas wykładu dobiegł końca - powie­dział, wsta­jąc, i spa­ko­wał notatki do torby. - Dzię­kuję i do widze­nia.

Jako pierw­szy wyszedł na kory­tarz i ruszył szybko w kie­runku toa­lety na jego końcu. Wszedł do środka, sta­nął przed naj­bliż­szą umy­walką, odkrę­cił zimną wodę i wło­żył dło­nie pod silny stru­mień. Poczuł ulgę, jesz­cze chwila i by nie wytrzy­mał. Przez cały wykład widział prze­cież te wszyst­kie bak­te­rie i wirusy, które z wolna wpeł­zały mu na dło­nie z blatu biurka. Dopóki mówił, nie myślał o tym i mógł wytrzy­mać. Kiedy jed­nak skoń­czył wykład, czuł nie­przy­jemne mro­wie­nie i dra­pa­nie na skó­rze. Zimna woda przy­nio­sła ulgę.

Stał tak kil­ka­na­ście sekund, roz­ko­szu­jąc się poczu­ciem ulgi, a potem chło­dem. Wresz­cie wytarł dło­nie w papie­rowy ręcz­nik, z teczki wycią­gnął płyn dezyn­fe­ku­jący i dokład­nie spry­skał sobie ręce aż do nad­garst­ków. Ulga była pełna. Wresz­cie mógł pomy­śleć o czymś innym. Znowu roz­legł się sygnał w jego tele­fo­nie. Czas na wyj­ście z budynku komendy poli­cji upły­nął. Za kil­ka­na­ście minut miał zapla­no­wany obiad w cen­trum i nie mógł się spóź­nić. Spoj­rzał jesz­cze kry­tycz­nie na sie­bie w lustrze, zmierz­wił dło­nią czarne włosy ster­czące mu we wszyst­kie strony, przy­gła­dził brwi i wyszedł na kory­tarz.

Bru­netka cze­kała na niego przy wej­ściu.

- Zro­bił to pan spe­cjal­nie. - Obda­rzyła go ślicz­nym uśmie­chem.

Praw­do­po­dob­nie mógłby skła­mać bez żad­nych nega­tyw­nych kon­se­kwen­cji, jed­nak kłam­stwo nie leżało w jego natu­rze. Uwa­żał, że do kłam­stwa ucie­kają się tylko ludzie słabi, któ­rzy boją się sta­wić czoła praw­dzi­wemu życiu, lub ludzie per­fidni, za wszelką cenę dążący do osią­gnię­cia wła­snych korzy­ści.

- To prawda - przy­znał, nie zatrzy­mu­jąc się.

I tak stra­cił już pra­wie dwie minuty w łazience. Nie chciał znowu zawa­lić usta­lo­nego przez sie­bie szcze­gó­ło­wego planu dnia. Nie­stety poszła za nim.

- Pró­bo­wa­łam o to zapy­tać już kilka razy, ale pan wciąż wykrę­cał się bra­kiem czasu - nie dawała za wygraną.

- To prawda - potak­nął, mając nadzieję, że sama się domy­śli.

Nie miał czasu ani ochoty na nie­za­pla­no­wane roz­mowy. Nie zro­zu­miała albo nie chciała zro­zu­mieć.

- Dla­czego nazy­wają pana Poszu­ki­wa­czem Zwłok? Jeśli nie chce pan powie­dzieć przy wszyst­kich, pro­szę powie­dzieć tylko mnie - nale­gała.

Zatrzy­mał się z ręką na klamce drzwi wyj­ścio­wych.

- Droga pani. - Ziry­to­wała go jej cie­ka­wość, dla­tego zabrzmiał szorstko i odpy­cha­jąco. - A nie przy­szło pani do głowy, że skoro nie mówię tego publicz­nie, to zna­czy, że wiąże się to dla mnie z czymś przy­krym, do czego nie lubię wra­cać?

Już otwie­rała usta, żeby coś odpo­wie­dzieć, lecz on w tej chwili pchnął drzwi.

- Do widze­nia - rzu­cił jesz­cze i wyszedł na zalaną słoń­cem ulicę Soł­ty­so­wicką przed budy­nek komendy.

Kiedy wsia­dał do roz­grza­nego auta, pomy­ślał, że zyskuje coraz wię­cej dowo­dów na to, że młode poko­le­nie jest jakieś inne. Nie dość, że więk­szość życia spę­dzają z nosem w tele­fo­nie, to jesz­cze nie chwy­tają pew­nych deli­kat­nych niu­an­sów istot­nych dla rela­cji mię­dzy­ludz­kich. Gdy tylko prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce, przy­szła kolejna reflek­sja. Może nie jest jed­nak tak źle? Może to tak wygląda wyłącz­nie z jego per­spek­tywy, bo on sam ma pro­blemy z rela­cjami i pod­sta­wową komu­ni­ka­cją. Prze­cież od dzie­ciń­stwa ucie­kał przed real­nym świa­tem w świat wyobraźni. I tak miał lepiej niż ci teraz. Nie było smart­fo­nów, więc jego wewnętrzny świat był o wiele bogat­szy od tego, do któ­rego ucieka się dzi­siaj.

Sygnał tele­fonu oznaj­mił mu, że już dawno powi­nien ruszyć, a on jak dotąd tylko uru­cho­mił sil­nik. Zapiął pasy, umie­ścił komórkę w uchwy­cie pod wstecz­nym luster­kiem, wyco­fał i ruszył z piskiem opon. Ner­wowo zer­kał na zegar, kon­tro­lu­jąc upły­wa­jący czas. Szybko poli­czył, że zała­pał jakieś trzy minuty spóź­nie­nia w sto­sunku do planu. Prze­klął pod nosem. O tej porze będą korki i nie zdoła nad­ro­bić. Pew­nie zgubi jesz­cze kilka minut.

Przez naj­bliż­sze chwile roz­my­ślał nad zmia­nami w spo­so­bie pla­no­wa­nia dnia. Gdzie, do jasnej cho­lery, popeł­nia błąd? Prze­cież od wielu lat na pla­no­wa­niu następ­nego dnia spę­dza pra­wie godzinę przed snem. I wciąż nie potrafi prze­wi­dzieć wszyst­kich oko­licz­no­ści nega­tyw­nie wpły­wa­ją­cych na reali­za­cję planu? Kie­dyś chyba nie miał aż tak wiel­kich pro­ble­mów z pośli­zgami w cza­sie. Doszedł do wnio­sku, że poprzed­niego wie­czoru wypił o jedną szkla­neczkę wood­smana za dużo, co wpły­nęło na zwięk­sze­nie poziomu jego opty­mi­zmu. Zapla­no­wał następny dzień, jakby nie miało zda­rzyć się nic nie­zwy­kłego. Musi nad tym popra­co­wać, uznał, kiedy roz­legł się sygnał tele­fonu. Natę­żony przez zestaw gło­śno­mó­wiący, zabrzmiał jak sygnał alarmu prze­ciw­po­ża­ro­wego.

Spoj­rzał na panel auta. Dzwo­niła Joanna, jego eks. Wes­tchnął. Ta kobieta zatru­wała mu życie nawet długo po roz­wo­dzie. Pew­nie znowu dzwoni z jaki­miś pre­ten­sjami i już do końca dnia będą go gnę­bić wyrzuty sumie­nia, że znowu coś zanie­dbał albo zapo­mniał o czymś waż­nym.

Zaraz się jed­nak zre­flek­to­wał. Prze­cież to już nie jest jego żona, nie może cią­gle wpie­przać się w jego życie. Wła­ści­wie był tylko jeden dopusz­czalny jesz­cze temat, z jakim mogła do niego zate­le­fo­no­wać. I wła­śnie o to cho­dziło.

- Kiedy ostat­nio kon­tak­to­wa­łeś się ze swoim synem? - zapy­tała pro­sto z mostu po chłod­nym przy­wi­ta­niu.

Maciej Lesiecki się stra­pił. No tak, już dawno nie dzwo­nił do Kuby, a jesz­cze daw­niej go widział. Musi to szybko nad­ro­bić. Zawsze był złym ojcem, co jego eks wyty­kała mu przez całe mał­żeń­stwo i długo po jego zakoń­cze­niu, ale nie chciał, żeby tak było. Sta­rał się, ale mu nie wycho­dziło. Pro­blemy z samym sobą wszystko nisz­czyły. Zawsze był dla sie­bie na pierw­szym miej­scu. Prze­cież musiał jakoś nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. To pochła­niało całą jego ener­gię i dla innych nie było już miej­sca. Jego była żona ni­gdy nie potra­fiła tego zro­zu­mieć.

- Dawno - rzu­cił zdaw­kowo i dla świę­tego spo­koju dodał: - Zaraz do niego zadzwo­nię, dzięki za przy­po­mnie­nie.

Roz­łą­czył się, zanim zdą­żyła cokol­wiek odpo­wie­dzieć. Nie musiał już wysłu­chi­wać jej przy­dłu­gich oskar­ży­ciel­skich mono­lo­gów. Szybko wybrał numer do syna. Kuba ode­zwał się po kilku sygna­łach.

- Cześć, syn! - przy­wi­tał go, uda­jąc bez­tro­skę. - Co u cie­bie?

- Cześć, tato! Mama kazała ci zadzwo­nić?

No tak, Kuba miał dwa­dzie­ścia jeden lat, pra­co­wał, stu­dio­wał, miesz­kał z dziew­czyną w wyna­ję­tym miesz­ka­niu i znał ojca na wylot.

- Tak jakby - przy­znał nie­chęt­nie. - Ale i tak bym zate­le­fo­no­wał. Zbie­ra­łem się od kilku dni, tylko wiesz: praca, brak czasu.

Przy­ha­mo­wał tro­chę przed kor­kiem na Mostach War­szaw­skich. Kuba roze­śmiał się wesoło.

- Prze­cież cię znam, tato - powie­dział. - Nie musisz mnie baje­ro­wać.

- No tak. - Cmok­nął i zamilkł zakło­po­tany.

- Posłu­chaj, ojciec - zaczął Kuba. - Wiem, że mnie kochasz, wiem, że się o mnie mar­twisz, i wiem, jak ciężko ci jest do mnie zate­le­fo­no­wać. Mama nie ma racji. Nie mam do cie­bie o to żalu. Prze­cież rów­nie dobrze ja też mogę się do cie­bie ode­zwać. Skoro się nie odzy­wam, to zna­czy, że wszystko u mnie w porządku. Skoro ty nie dzwo­nisz, wiem, że z tobą też jest wszystko okej.

Maciej Lesiecki uśmiech­nął się pod nosem z roz­rzew­nie­niem. Miał mądrego syna, który do tego był inny niż on. I za to dzię­ko­wał Bogu, jeśli ten ist­niał w nie­bio­sach. Zawsze drżał, czy Kuba nie przej­mie w genach jego naj­gor­szych cech. Wtedy byłoby mu bar­dzo ciężko w życiu. Tak jak jemu teraz i od zawsze. Prak­tycz­nie od dzie­ciń­stwa, kiedy poszedł do szkoły i musiał wal­czyć nie tylko z wła­snymi demo­nami.

- Tak czy ina­czej, może wysko­czymy nie­długo na pizzę? - zapy­tał.

- Chęt­nie - ucie­szył się Kuba. - Ale ja to zor­ga­ni­zuję, ty możesz jak zwy­kle zapo­mnieć.

- Dzięki! Może weź­miesz ze sobą Karo­linę?

- O nie! - roze­śmiał się Lesiecki junior. - Znam twoją sła­bość do mło­dych dziew­czyn, a Karo­linka jest ide­al­nie w twoim typie.

- Nie zro­bił­bym ci tego - zapro­te­sto­wał Maciej i razem śmiali się przez chwilę z dow­cipu.

Wresz­cie poże­gnali się i roz­łą­czyli. Może i był kiep­skim ojcem, ale potra­fił utrzy­mać dobre sto­sunki z synem i rozu­mieli się pra­wie bez słów.

W mię­dzy­cza­sie prze­je­chał mosty i toczył się w sznu­rze aut ulicą Jed­no­ści Naro­do­wej. Tele­fon pik­nął, oznaj­mia­jąc mu, że według planu już powi­nien być na miej­scu, a miał jesz­cze kawał. Jak zwy­kle w takich sytu­acjach zaczy­nał się dener­wo­wać. W skraj­nych przy­pad­kach zda­rzały mu się nawet ataki paniki.

Ode­tchnął głę­boko. Tylko spo­koj­nie, sam sobie tak zapla­no­wał dzień, więc po co się dener­wo­wać? Niby tak, ale nerwy były. On po pro­stu musiał mieć wszystko zapla­no­wane, ina­czej nie potra­fił funk­cjo­no­wać i się roz­pa­dał.

5

Komi­sarz Piotr Żoł­nierz stał oparty o maskę służ­bo­wego auta i palił ner­wowo papie­rosa. Ze zdzi­wie­niem obser­wo­wał, jak działa nie­na­wiść. Na pewno była pod­stępna i zabor­cza. Kilka minut roz­mowy z Laurą Wilk na miej­scu zna­le­zie­nia ciała kolej­nej zamor­do­wa­nej dziew­czyny spo­wo­do­wało, że nagle jego nie­chęć do niej eks­plo­do­wała z siłą bomby ato­mo­wej zrzu­co­nej na Hiro­szimę. Szybko poczy­niła straszne spu­sto­sze­nia w jego spo­so­bie myśle­nia, prze­war­to­ścio­wała prio­ry­tety i doko­nała zmian w jego funk­cjo­no­wa­niu. Przez chwilę znowu stał się praw­dzi­wym gli­nia­rzem, dla któ­rego jedy­nym celem było zła­pa­nie zabójcy, ale nie­na­wiść wszystko zmie­niła. Zadzia­łała jak tok­syna i zabiła w nim wszyst­kie dobre myśli i ludz­kie uczu­cia. Zastą­piła ją fala złych myśli.

Już się nie zasta­na­wiał, co by zro­bił zwy­rod­nial­cowi mor­du­ją­cemu dziew­czyny, to nagle stało się nie­istotne. W zamian zaczął myśleć, co zro­biłby Wil­czycy, gdyby mógł dorwać ją w swoje ręce. Tra­ge­dia zamor­do­wa­nych też stała się nie­istotna i daleka. Nie­ocze­ki­wa­nie zabójca był mu w tym momen­cie bliż­szy. Pra­gnął, żeby jak naj­dłu­żej był nie­uchwytny, żeby dalej mor­do­wał. Nie było istotne, ile jesz­cze będzie ofiar, krwi i cier­pie­nia. Liczyło się tylko to, żeby Wil­czyca też się prze­je­chała na tej spra­wie, żeby ją też w naj­bliż­szej przy­szło­ści zdy­mi­sjo­no­wali i żeby cho­ciaż przez chwilę poczuła to samo co komi­sarz Żoł­nierz, kiedy nagle dowie­dział się o decy­zji naczel­nika. Powinna cier­pieć, suka. Powinna bole­śnie odczuć swoją porażkę.

Tym­cza­sem było zupeł­nie ina­czej. Zazgrzy­tał zębami z bez­sil­nej wście­kło­ści. Trop z wió­rami był bar­dzo dobry. Jesz­cze tego samego dnia spraw­dzili wszyst­kie zakłady sto­lar­skie w mie­ście, które zaj­mo­wały się obróbką drzewa sosno­wego. Wbrew pozo­rom takich firm nie było zbyt wiele. Trud­niej było póź­niej. Z każ­dego zakładu brali listę obec­nych i byłych pra­cow­ni­ków, każ­dego trzeba było prze­świe­tlić. Skoro wióry poja­wiły się na butach mor­dercy przy naj­now­szym zabój­stwie, cią­gle musiał pra­co­wać przy drze­wie albo pro­wa­dzić wła­sną dzia­łal­ność gospo­dar­czą. I na tym wła­śnie się sku­pili. Cały wydział śled­czy zbie­rał dane. W jeden dzień wie­dzieli wszystko. Szybko wyty­po­wali pię­ciu podej­rza­nych, potem lista zawę­ziła się do trzech. Ni­gdy wcze­śniej nie byli tak bli­sko Polter­ge­ista. Dzięki spo­strze­gaw­czo­ści Wil­czycy. I to naj­bar­dziej bolało.

Decy­zję o wej­ściu siłą do sto­larni auto­ry­zo­wał naczel­nik wydziału kry­mi­nal­nego, gdy tylko lista podej­rza­nych skur­czyła się do jed­nego nazwi­ska. Miłosz Sob­czak, lat czter­dzie­ści trzy, samotny, nie­ka­rany, nie­utrzy­mu­jący kon­tak­tów z rodziną, stro­niący od zna­jo­mych, do bólu poukła­dany pedant, który całe swoje życie odmie­rzał z zegar­kiem w ręku. Ide­alny kan­dy­dat na psy­cho­patę i seryj­nego zabójcę. Im dłu­żej go obser­wo­wali, tym więk­szą mieli pew­ność. Facet nie uży­wał tele­fo­nów komór­ko­wych i nie było po nim śladu w sieci. Miał tylko tele­fon sta­cjo­narny. We współ­cze­snym popier­do­lo­nym świe­cie trudno jest zna­leźć teraz taką zjawę, która ni­gdzie nie zosta­wia śla­dów. No chyba że przez nie­do­pa­trze­nie albo zbyt­nią non­sza­lan­cję przy­nosi wióry w miej­sce, gdzie porzuca zwłoki.

Zadzwo­niła komórka.

- Słu­cham - powie­dział do słu­chawki i nie poznał swo­jego głosu.

- Góral z tej strony - roz­legł się głos kolegi. - Gdzie ty jesteś? Szy­ku­jemy się na akcję.

- Utkną­łem na mie­ście - skła­mał. - Jesz­cze coś spraw­dzam.

- Co spraw­dzasz? - W gło­sie Górala poja­wiły się nuty zasko­cze­nia.

- Na pewno chcesz wie­dzieć? - rzu­cił opry­skli­wie Żoł­nierz.

- Może nie chcę.

- Będę na czas, bez obaw.

Piotr scho­wał tele­fon do kie­szeni i zapa­trzył się w budy­nek po dru­giej stro­nie ulicy. Par­te­rowy, tro­chę zanie­dbany, brudne szyby w oknach pew­nie nie wzbu­dzały zaufa­nia poten­cjal­nych klien­tów, ponie­waż od godziny nie zawi­tał tu pies z kulawą nogą. Nawet szyld nad sze­ro­kim wej­ściem oznaj­mia­jący światu, że oto w tym miej­scu znaj­duje się zakład sto­lar­ski, nie speł­niał swo­jej funk­cji w naga­nia­niu klien­tów. Brama na pose­sję była otwarta, po obu stro­nach podwó­rza leżały deski i płyty uło­żone w stosy zabez­pie­czone plan­de­kami przed desz­czem. Gdzie­nie­gdzie walały się resztki wyglą­da­jące jak odpady z pro­duk­cji albo efekty nie­udol­no­ści sto­la­rza.

Poli­cjant zapar­ko­wał auto z dala od drogi, na małym par­kingu przy skle­pie spo­żyw­czym. Nie chciał, żeby namie­rzyli go kole­dzy, bo prze­cież zakład od co naj­mniej dwóch dni był pod stałą obser­wa­cją. Czy­tał raporty. Wła­ści­ciel cza­sem wyjeż­dżał busem do hur­towni po mate­riały, jed­nak ni­gdy na długo. Jeden z poli­cyj­nych wywia­dow­ców twier­dził, że mieszka w zakła­dzie.

Samo­chód taj­nia­ków namie­rzył po dłuż­szej chwili. Nie­źle się zaka­mu­flo­wali na skrzy­żo­wa­niu z boczną uliczką za zde­ze­lo­wa­nym oplem vec­trą, który musiał tu stać już kilka lat i ocze­ki­wał na ostat­nią prze­jażdżkę na szrot. Nie mógł wejść od frontu, ponie­waż zaraz go zauważą. Nie mógł także udać klienta o tak wcze­snej porze, ponie­waż wzbu­dziłby ich cie­ka­wość. Musiał wejść od tyłu. Już wcze­śniej spraw­dził, że zakład sto­lar­ski gra­ni­czy z pry­wat­nym domem. Wysoki żywo­płot wysta­jący sporo ponad siatkę ogro­dze­niową dobrze strzegł pry­wat­no­ści miesz­kań­ców domu i pew­nie po czę­ści tłu­mił odgłosy maszyn.

Ostatni raz spraw­dził pisto­let, wysiadł, wypa­lił w pośpie­chu papie­rosa, obser­wu­jąc teren, wresz­cie wyszedł na chod­nik. Odda­lał się od taj­nia­ków przy zardze­wia­łym gru­cho­cie. Miał na gło­wie czapkę z dasz­kiem, zało­żył ciemne oku­lary, tro­chę się zgar­bił i zaczął lekko uty­kać na prawą nogę. Nawet jeśli go zoba­czą - co było mało praw­do­po­dobne - taki kamu­flaż oddali od niego wszel­kie podej­rze­nia. Naj­prost­sze metody są naj­bar­dziej sku­teczne.

Prze­szedł do naj­bliż­szego przej­ścia dla pie­szych. Przy­sta­nął, cze­ka­jąc, aż któ­reś z aut go prze­pu­ści. Nie trwało to długo. Świa­do­mość, że pie­szy ma na pasach abso­lutne pierw­szeń­stwo, powoli zado­ma­wiała się w gło­wach kie­row­ców. Poza tym to była kie­dyś wio­ska, która na sku­tek miej­skiej eks­pan­sji tra­fiła w gra­nice Wro­cła­wia. Ruch był nie­wielki, oko­lica cicha i senna. Obszedł kilka ulic i zna­lazł się na tyłach par­te­ro­wego budynku wynaj­mo­wa­nego na zakład.

Dookoła pano­wała cisza, jakby nikogo nie było w środku, co suge­ro­wały też opusz­czone żalu­zje we wszyst­kich oknach. Tylko uchy­lone tylne drzwi świad­czyły, że jest ina­czej.

Żoł­nierz stał chwilę przy ogro­dze­niu, nasłu­chu­jąc i roz­glą­da­jąc się. Tyły domu też powinny być obsta­wione przez poli­cję. Fuszerka - pomy­ślał zło­śli­wie o Wil­czycy. Ona też nie panuje nad tym całym bała­ga­nem. Pew­nie ope­ra­cyjni się nie doga­dali i tył pozo­stał bez zabez­pie­cze­nia. Będzie z tego potem nie­zła chryja, ale jego to teraz nie obcho­dziło. Taka wpadka kole­gów była mu wyjąt­kowo na rękę.

O ile w zasięgu wzroku nie dostrzegł nikogo, o tyle z budynku dobie­gły go nagle odgłosy. Wkrę­tarka, mło­tek, prze­su­wa­nie cze­goś po pod­ło­dze i po chwili podobny zestaw dźwię­ków. Czyli podej­rzany był w środku.

Poli­cjant już się nie wahał. Jed­nym sko­kiem prze­sa­dził ogro­dze­nie, wyszarp­nął z kabury pisto­let i zatrzy­mał się przy drzwiach. Znowu nasłu­chi­wał. Odgłosy dobie­gały z głębi pomiesz­czeń. Pchnął lufą drzwi i wśli­zgnął się do zakładu. Zna­lazł się w krót­kim kory­ta­rzu. Po pra­wej stro­nie dostrzegł pomiesz­cze­nie biu­rowe, w któ­rym znaj­do­wały się biurko, krze­sło, kom­pu­ter, szafa z opi­sa­nymi równo czar­nymi segre­ga­to­rami, umy­walka i naczy­nia na półce. Pano­wał tu ide­alny porzą­dek. Nikt nie jest w sta­nie zacho­wać takiego ładu w miej­scu, gdzie prze­cież cią­gle unosi się kurz i lecą wióry. Jakby ktoś, kto dbał o ten porzą­dek, cier­piał na zabu­rze­nia psy­chiczne pcha­jące go do kom­pul­syw­nego sprzą­ta­nia i ście­ra­nia kurzu.

Żoł­nierz poszedł dalej w kie­runku dźwię­ków. Tu też było coś nie tak. W miej­scu, gdzie tnie się drewno wiel­kimi piłami, a następ­nie z wycię­tych ele­men­tów składa meble, powinno być dużo świa­tła. Tym­cza­sem w pomiesz­cze­niu pano­wał pół­mrok. Zacią­gnięte żalu­zje nie wpusz­czały pro­mieni sło­necz­nych, lampy na sufi­cie były wyłą­czone. Na tle lampki oświe­tla­ją­cej usta­wiony w głębi stół widział tylko zarys męż­czy­zny odwró­co­nego do niego tyłem. Żoł­nierz postą­pił dwa kroki do przodu i wycią­gnął przed sie­bie broń.

- Poli­cja! Nie ruszaj się! - powie­dział ostro.

Męż­czy­zna znie­ru­cho­miał.

- Odłóż narzę­dzia i wyżej ręce! - zako­men­de­ro­wał poli­cjant.

Bez reak­cji.

- Liczę do pię­ciu i strze­lam!

Tam­ten wolno odło­żył wkrę­tarkę i wypro­sto­wał się. Był wysoki i postawny, choć nie tak wysoki jak Piotr i nieco mniej masywny.

- Ręce do góry! Chcę widzieć twoje ręce!

Facet w cie­niu speł­nił jego pole­ce­nie. Ręce płyn­nym ruchem powę­dro­wały do góry.

- A teraz się odwróć!

Przez długą chwilę patrzyli na sie­bie w mil­cze­niu. To była dziwna sytu­acja. Żoł­nierz nie mógł dostrzec wyraź­nie jego twa­rzy. Tylko oczy błysz­czały, jak dwa dia­menty jarzące się zim­nym bla­skiem.

- Co mnie zdra­dziło?

Miał zaska­ku­jąco przy­jemny tembr głosu; nie wyka­zy­wał nawet cie­nia zde­ner­wo­wa­nia. Pew­nie liczył się z tym, że kie­dyś poli­cja wpad­nie na jego trop i zosta­nie zła­pany. Mimo to jego opa­no­wa­nie zasko­czyło poli­cjanta.

- Wióry - rzu­cił w odpo­wie­dzi.

Polter­ge­ist ana­li­zo­wał coś w mil­cze­niu, wresz­cie pokrę­cił głową i Pio­trowi wydało się, że przez jego twarz prze­mknęło coś na kształt uśmie­chu.

- Wióry - wes­tchnął. - No tak, to moż­liwe.

Znowu zapa­dła prze­dłu­ża­jąca się cisza.

- I co teraz? - Zda­wał się naprawdę zacie­ka­wiony tym, co go czeka. - Jestem aresz­to­wany? Sku­jesz mnie?

Jed­nak Żoł­nierz miał w sto­sunku do niego inne plany.

- Za kilka minut oko­lica zaroi się od poli­cjan­tów - powie­dział. - Obser­wu­jemy cię od kil­ku­na­stu godzin. Zbie­raj się, masz mało czasu.

Znowu minęła chwila, zanim zabójca zro­zu­miał sens tych słów. Komi­sarz go zasko­czył, dla­tego cisza trwała tak długo.

- Nie rozu­miem - powie­dział wresz­cie. - Chcesz mnie zastrze­lić przy pró­bie ucieczki?

- Nie, chcę cię wypuść.

- Nie wie­rzę ci. - Pokrę­cił głową. - Strzał w plecy? Naprawdę aż tak się mnie boisz?

Poli­cjant poczuł nara­sta­jącą wście­kłość.

- Nie boję się cie­bie. Spier­da­laj, bo zaraz będą tu gliny.

Zabójca wciąż stał bez ruchu. Atmos­fera gęst­niała coraz bar­dziej.

Żoł­nierz poczuł nie­przy­jemny dreszcz na ple­cach, który spły­nął w dół krę­go­słupa wraz z kro­plą potu z karku. Polter­ge­ist samą swoją obec­no­ścią roz­ta­czał wokół atmos­ferę lęku i nie­pew­no­ści. Może gdyby widział jego twarz, mógłby roz­szy­fro­wać uczu­cia, jakie nim tar­gają, i odgad­nąć, co mu w tej chwili cho­dzi po gło­wie. Jed­nak mimo upływu czasu jego oczy wciąż nie mogły prze­nik­nąć mroku. Uniósł broń wyżej.

- Spier­da­laj! - powtó­rzył.

- Naprawdę mnie pusz­czasz? Dla­czego?

- Powiedzmy, że mam ważny powód.

Polter­ge­ist zasta­na­wiał się jesz­cze przez moment, aż wresz­cie zary­zy­ko­wał. Postą­pił dwa kroki do przodu i nagle sta­nął, jakby się roz­my­ślił.

- Ale wiesz, że będę dalej zabi­jał? - zapy­tał.

Żoł­nierz sta­rał się, aby jego głos zabrzmiał poważ­nie i zde­cy­do­wa­nie, lecz w męż­czyź­nie przed nim było coś takiego, co odbie­rało pew­ność sie­bie i wysy­sało ener­gię. Dla­tego musiał odchrząk­nąć, zanim zdo­łał coś powie­dzieć.

- Nie zdą­żysz. Następ­nym razem cię zabiję.

- Nie będzie żad­nego następ­nego razu. - Znowu to lek­ce­wa­że­nie w tonie głosu.

Mimo trud­nej sytu­acji, w jakiej się zna­lazł, zabójca był bar­dzo pewny sie­bie.

- Nie boisz się, że to ja kie­dyś przyjdę do cie­bie?

Słowa nie­ocze­ki­wa­nie zmro­ziły Żoł­nie­rza. Przez chwilę się zawa­hał. Czy na pewno aż tak nie­na­wi­dził komi­sarz Laury Wilk? Aż tak, żeby teraz wypu­ścić seryj­nego mor­dercę? Tylko po to, aby jej zaszko­dzić? Kor­ciło go, by naci­snąć na spust i zakoń­czyć tę sprawę tu i teraz. Tylko że gdyby zabił zabójcę, poważ­nie by sobie zaszko­dził. Kto wie, czy to nie byłby jego koniec w poli­cji. Prze­cież wszy­scy by zro­zu­mieli, że zro­bił to tylko z nie­na­wi­ści do Wil­czycy, chcąc jej zaszko­dzić. Czy jest w sta­nie aż tyle zary­zy­ko­wać? Nie. Teraz nie było już odwrotu.

- To by było głu­pie. - Z tru­dem przy­wo­łał uśmiech na twarz. - Jeśli będziesz pró­bo­wał, to cię zabiję.

- Zro­zu­mia­łem ostrze­że­nie.

- Ja twoje też - rzu­cił komi­sarz. - Tra­cisz czas. Oni zaraz tu będą.

Polter­ge­ist ruszył w kie­runku drzwi. Nie obej­rzał się, nic nie powie­dział, jakby nagle się zde­ma­te­ria­li­zo­wał. Zostały po nim tylko jakiś nie­na­tu­ralny mrok oraz lęk i nie­pew­ność wiszące w powie­trzu, jak po wizy­cie demona z samego dna pie­kła.

Komi­sarz Żoł­nierz opu­ścił broń, ode­tchnął głę­boko i wytarł wierz­chem dłoni pokrytą potem łysą czaszkę. Kurwa mać, to chyba naprawdę była zjawa. Nagle poczuł, że jest cały roz­trzę­siony. Z tru­dem zapa­no­wał nad drże­niem rąk, nogi miał dziw­nie słabe, jakby godzinę spę­dził na siłowni, dźwi­ga­jąc cię­żary. Kim naprawdę był ten facet? Czło­wie­kiem czy złym duchem, jak go nazy­wali?

Szybko wziął się w garść. Jego też już dawno nie powinno tu być. Poszedł w kie­runku drzwi, szu­ra­jąc nogami, żeby tech­nicy nie mogli zna­leźć jego śla­dów na pokry­tej wió­rami pod­ło­dze. Przy drzwiach wyda­wało mu się, że z pra­wej strony dobiegł go jakiś odgłos. Zmar­twiał. Czyżby zabójca jed­nak nie uciekł? Jeśli tak jest i da się tu zła­pać eki­pie Wil­czycy, on też będzie udu­piony. Może nawet bar­dziej, niż gdyby go zastrze­lił. Musiał dzia­łać.

Na końcu krót­kiego kory­ta­rzyka dostrzegł uchy­lone drzwi. Poszedł tam z pisto­le­tem wycią­gnię­tym przed sie­bie. Kro­ple potu znowu zgro­ma­dziły mu się na gło­wie, ale teraz nie miał już czasu, żeby je wytrzeć. Pchnął lufą wal­thera drzwi, pocze­kał, aż otwo­rzą się z lek­kim skrzy­pie­niem. Tak, to był ten dźwięk, który go zanie­po­koił. To skrzyp­nię­cie. Zaj­rzał szybko do środka i natych­miast się wyco­fał. To był rzut okiem, jak flesz migawki apa­ratu foto­gra­ficz­nego.

Zana­li­zo­wał obraz, jaki został mu przed oczami. Małe pomiesz­cze­nie bez mebli, okno zasło­nięte dyktą i coś dziw­nego na ścia­nie naprze­ciw drzwi. Jakiś kształt przy­po­mi­na­jący... no wła­śnie, co? Jesz­cze raz wyj­rzał i znowu nie potra­fił powie­dzieć, co widzi.

Wśli­zgnął się do środka i przy­klęk­nął przy bocz­nej ścia­nie, omia­ta­jąc bro­nią nie­wielką prze­strzeń. Pusto. Spoj­rzał na ścianę i nagle jego palec sam zaczął napie­rać na spust broni w obron­nym odru­chu.

Ariel - wiele lat wcze­śniej

Kościół był pełen ludzi. Ksiądz prze­ma­wiał takim tonem jak wszy­scy kapłani. Tro­chę ści­szo­nym, udu­cho­wio­nym, uda­ją­cym żal i cier­pie­nie.

- Kochani! Spo­tka­li­śmy się dzi­siaj, żeby poże­gnać świę­tej pamięci Romana Ksią­żyka. - Zro­bił pauzę, cze­ka­jąc, aż echo jego głosu pły­ną­cego z gło­śni­ków wybrzmi w całej świą­tyni. - Kiedy odcho­dzi ktoś tak młody i pełen życia jak Romek, to straszny cios dla rodzi­ców, rodziny, przy­ja­ciół, zna­jo­mych i nas wszyst­kich. Kochani, nie rozu­miemy, dla­czego Pan Bóg przy­zwał do sie­bie chłopca, który miał prze­cież całe życie przed sobą. W takiej chwili może poja­wić się nawet bunt prze­ciw Naj­wyż­szemu, może się poja­wić bluź­nier­stwo, zło­rze­cze­nie, a nawet obraza i odej­ście od Boga. I ja was teraz przed tym prze­strze­gam! Powta­rzam: ostrze­gam was przed takim rozu­mie­niem tego tra­gicz­nego zda­rze­nia! Nie nam, malucz­kim, wtrą­cać się w boskie plany, potę­piać je i kry­ty­ko­wać. Każde dzia­ła­nie Boga ma swój ukryty cel. Krót­kie życie Romka, a potem jego tra­giczna śmierć, miały swój cel! - Zamilkł wymow­nie i omiótł wzro­kiem kilka rzę­dów ławek. - Pan Bóg nas wszyst­kich kocha i chce dla nas jak naj­le­piej. Bar­dzo zależy mu na tym, żeby­śmy byli silni i odporni na dzia­ła­nia Sza­tana. Dla­tego pod­daje nas pró­bom, które mają nas wzmoc­nić, mają nas do niego przy­bli­żyć, a wresz­cie mają nas ostrzec przed grze­chem. Bo, jak powiada Pismo, "nie znasz dnia ani godziny", dla­tego musisz być przy­go­to­wany na spo­tka­nie z Panem w każ­dej chwili. I o tym nam wła­śnie mówi śmierć Romka!

Ariel dalej nie słu­chał. Nie był już prosz­kiem do pra­nia, prze­ła­mał się sam. Bóg, który kazał rówie­śni­kom chłopca bez prze­rwy go prze­śla­do­wać, nie miał z tym nic wspól­nego. To on tego doko­nał, nie jakiś nie­do­stępny sta­rzec w nie­bio­sach. Zresztą nie ma żad­nego Boga, jest tylko czło­wiek i jego psy­chika. Licze­nie na boską pomoc, modli­twy dzięk­czynne, bicie pokło­nów nie­ist­nie­ją­cym bóstwom, które gówno mogą, jest prze­ja­wem sła­bo­ści. Ludz­kie mier­noty bojące się wła­snego cie­nia cze­kają na pomoc od Boga, zamiast samemu podej­mo­wać decy­zje. Kiedy układa się im w życiu, to zna­czy, że Bóg jest dla nich łaskawy. Kiedy zaś cier­pią, to zna­czy, że Bóg tak chciał i pod­daje ich pró­bie. Gdzie tu jest wolna wola? Bóg - jeśli oczy­wi­ście wie­rzyć dogma­tom - obda­rzył ludzi wolną wolą, a to zna­czy, że sami mają kie­ro­wać swoim życiem. On się w nie wtrąca. A słabi, głupi ludzie we wszyst­kim upa­trują jego inter­wen­cji. Osią­gają suk­cesy nie dzięki wła­snej pracy, mądro­ści i wytrwa­ło­ści, tylko mówią, że Bóg im pomaga. A kiedy spier­dolą sobie życie i taplają się w gów­nie, to prze­cież nie jest ich wina, Bóg ich karze albo doświad­cza. Nie­ważne, że w życiu podej­mo­wali głu­pie decy­zje, które spo­wo­do­wały ich upa­dek; oni nie są winni, to Bóg za nich decy­do­wał. Bóg odpo­wiada za wszystko. To może lepiej jest nic nie robić i cze­kać na to, co Bóg nam da, albo nie wie­dzieć, czemu zabie­rze. Bóg zapłać, dzięki Bogu, chwała Bogu, kara boska - pie­prze­nie ludzi sła­bych i głu­pich.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki