Rozdział przedostatni
- 1 -
Wyglądali jak bracia. Lub nowo powołani rekruci. Jeszcze w cywilnych
ubraniach, ale już krótko ostrzyżeni, ze skupieniem na twarzach,
niepewni tego, co przyniesie jutro. Trzej młodzi mężczyźni, właściwie
chłopcy, siedzieli w milczeniu na plastikowych krzesłach ustawionych
rzędem pod ścianą hali przylotów warszawskiego lotniska. Spośród
kilkudziesięciu osób, niecierpliwie kłębiących się w oczekiwaniu na
lądowanie samolotu, wyróżniały ich posągowe znieruchomienie oraz długie
zimowe płaszcze, podczas gdy większość obecnych nosiła jeszcze lekkie
kurtki lub nawet modne letnie prochowce, chociaż chłodny i słotny
październik przyszedł w tym roku wcześnie, zapowiadając bliską zimę.
Niekiedy na Okęciu można było natknąć się na grupki ortodoksyjnych
młodych Żydów, w podobnych długich, ciemnych płaszczach, którzy po
odwiedzeniu ziemi przodków wracali do Izraela ze stężałymi obliczami.
Trzej mężczyźni nie nosili ani pejsów, ani czarnych kapeluszy. Także ich
opiekun w niczym nie przypominał rabina czy nauczyciela w szkole
religijnej, a bardziej szarego urzędnika niższej rangi, jednego z tych,
którzy mają tę dziwną właściwość nijakości, że minutę po spotkaniu na
ulicy nie jesteśmy w stanie opisać ich wyglądu. Puste krzesło między
młodymi a wychowawcą zaznaczało dzielącą ich różnicę wieku.
- Pasażerów, oczekujących na przylot samolotu polskich linii lotniczych
LOT z Moskwy, informujemy, że samolot przybędzie z opóźnieniem około
dziesięciu minut. Opóźnienie może ulec zmianie. - Głośniki zachrypiały
męskim głosem, w którym nie było tonu ubolewania czy przeprosin, a tylko
brutalne postawienie odbiorców wobec faktu.
Tłumek oczekujących zaszumiał, zafalował.
- Chodźmy na taras widokowy - zaproponował siedzący w środku chłopak, po
czym podniósł się, nie czekając na czyjąkolwiek odpowiedź.
- Późno już, wejście na pewno zamknięte. Zresztą, na zewnątrz deszcz,
ciemno. Niewiele widać - zaoponował wychowawca.
Dwaj pozostali młodzi mężczyźni bez słowa wstali z miejsc, dając do
zrozumienia opiekunowi, że nie zamierzają przysłuchiwać się jego opinii,
lecz oczekują, aby do nich dołączył. Zarzuciwszy na ramiona torby
podróżne, ruszyli w stronę wyjścia, przechodząc za plecami ludzi, którzy
z niecierpliwością wpatrywali się w szybę, oddzielającą poczekalnię od
punktów kontroli. Opiekun, niechętnie, ulegając bezsłownemu szantażowi,
podniósł się i poszedł śladem chłopców. Ich stopy znaczyły wgłębienia w błotnistej brei pokrywającej posadzkę.
W ostrym świetle przysufitowych jarzeniówek sylwetki żołnierzy ochrony
pogranicza w zielonych mundurach i celników, noszących szare uniformy,
rysowały się niczym manekiny w witrynie sklepu z akcesoriami
militarnymi. Ożywione komendą głośników, zapowiadających lądowanie
samolotu, marionetki zapląsały, rozsypały się po hali, zajmując
przypisane im miejsca przy stanowiskach kontroli.
Strażnik czuwający przy drzwiach prowadzących na taras widokowy pokręcił
przecząco głową, odmawiając przejścia. Młodzieńcy obejrzeli się za
siebie, przywołując wzrokiem opiekuna. Ten próbował coś tłumaczyć
cerberowi, wreszcie, z oporami, wyciągnął z kieszeni legitymację w czarnych okładkach.
- Trzeba tak było od razu - zaburczał obrażony mundurowy i odryglował
drzwi.
Podmuchy wiatru smagały przenikliwie zacinającym deszczem. Chłopcy
wtulili głowy w podniesione kołnierze płaszczów.
- Przydałaby się futrzana uszanka - mruknął jeden z nich.
- Aha - przytaknął drugi.
Przylgnęli do metalowej barierki, wypatrując samolotu.
Najpierw na czarnym niebie pojawił się świecący punkt, bezgłośnie
spływający nad lotnisko niczym spadająca gwiazda. Później, wraz z narastającym hukiem przebijającym się przez szum wiatru, kula światła
urosła, zawisła nad pasem startowym obramionym ściegiem lamp, zanim
rozpadła się na białe reflektory lądowania, błyskające stroboskopy,
zielone i czerwone ognie pozycyjne. Z mokrej ciemni wychynął połyskujący
drapieżnie dziób samolotu Tu-134. Koła dotknęły powierzchni lotniska.
Ziemia zaprotestowała piskiem przeciwko uderzeniu czterdziestu ton
aluminium, odepchnęła maszynę na ułamek sekundy, ale już po chwili oba
wózki tylnego podwozia, a następnie przednie podparcie wczepiły się
pewnie w betonową powierzchnię i samolot potoczył się z ogromną
prędkością, budząc obawy, że nie zdąży wyhamować przed końcem pasa
startowego. Zawyły odwróconym ciągiem dwa potężne silniki, samolot
wytracał prędkość, aż wreszcie się zatrzymał. Natychmiast podjechał
samochód marshallera, zapraszając migającym pomarańczowym napisem
"follow me", aby pilot podążał trasą wyznaczaną przez auto eskorty.
Tu-134 podtoczył się w pobliże budynku dworca lotniczego i znieruchomiał. Wyglądał teraz jak lśniący w deszczu gigantyczny motyl
przyszpilony światłami reflektorów.
Nim jeszcze samolot się zatrzymał, w jego stronę ruszył samochód straży
granicznej. Żołnierze w pelerynach schronili się pod skrzydłem w oczekiwaniu na pasażerów. Ruchomy trap pełzał niespiesznie wzdłuż linii
rysujących drogi ruchu na lotnisku. Z drugiej strony podjeżdżał meleks z przyczepą na bagaże. Za nim podążał autokar. Ruchome schody przyssały
się do kadłuba samolotu, drzwi przesunęły na bok, wyjrzała głowa
stewardesy i po chwili pojawili się pierwsi pasażerowie. Kuląc się przed
wilgocią i chłodem, w pośpiechu zbiegali po trapie i znikali we wnętrzu
autobusu.
Jako ostatni wyszli z samolotu dwaj mężczyźni: młodzieniec w długim
płaszczu i towarzyszący mu starszy, korpulentny, w karakułowej papasze,
jaką noszą wyżsi rangą oficerowie sowieccy. Po zejściu z trapu nie
szukali schronienia w autokarze, lecz podeszli do żołnierzy ochrony
pogranicza. Dowodzący wopistami podoficer wydobył spod peleryny
krótkofalówkę, którą zbliżył do ust. Najwidoczniej konsultował coś z przełożonymi, gdyż po rozmowie skinął akceptująco głową i wskazał obu
mężczyznom miejsce w zaciszu podwozia.
Mała grupka, złożona z trzech żołnierzy i dwóch pasażerów, stała pod
wątłą wiatą skrzydła samolotu, chociaż autobus z podróżnymi i wyładowany
walizami wózek transportowy już odjechały. Luk bagażowy pozostawał
otwarty, ziejąc czarną dziurą niczym paskudna wyrwa w boku wieloryba.
Przy luku zatrzymała się furgonetka. Wyskoczyli z niej trzej mężczyźni,
dwaj z nich wspięli się do luku bagażowego. Po chwili z ciemnego otworu
wysunęła się podłużna skrzynia, pobłyskująca złoconymi okuciami.
Szczupły chłopiec, który jako ostatni opuścił pokład i wraz z żołnierzami przyglądał się rozładunkowi, podbiegł do bagażowych,
przytrzymał od dołu trumnę. Wspólnymi siłami, we czworo, przenieśli
ładunek do nysy.
- Tomek powrócił - powiedział jeden z trzech młodych mężczyzn
przyglądających się z wysokości tarasu lądowaniu samolotu.
- 2 -
Nie wiadomo, jak długo trwałyby procedury, związane z odprawą celną
trumny, zwłaszcza że szef zmiany, która dopiero objęła dyżur, nie
wydawał się skłonny do ich przyspieszenia - może oczekiwał na materialny
wyraz wdzięczności - gdyby nie obecność konsula, który osobiście
przyleciał z Moskwy, eskortując zwłoki, a teraz napierał potężnym
brzuchem na biurko celnika, potrząsając plikiem dokumentów trzymanych w ręku.
- Ma pan tu wszystko! Czego pan jeszcze chce?! - Konsul sapał z oburzenia.
Celnik podniósł głowę, ogarnął wzrokiem pozostałych członków eskorty.
Wkroczyli do jego pomieszczenia z bezceremonialną pewnością ludzi
nawykłych do wymuszania posłuszeństwa. Czterej młodzi mężczyźni i ich
opiekun czy dowódca stali w milczeniu, przyglądając się uważnie scenie
rozmowy dwóch urzędników. Znieruchomiałe sylwetki nieproszonych gości
wypełniały niemal całą przestrzeń gabinetu. Krótko ostrzyżeni, w jednakowych długich płaszczach. Było coś niepokojącego, groźnego nawet,
w ich bladych ze zmęczenia twarzach i ciężkich spojrzeniach. Szef zmiany
spojrzał na zaświadczenie o zgodzie na sprowadzenie zwłok do kraju, na
datę urodzin denata. Tomasz Wiśniewski, lat dwadzieścia trzy. Dokument
podpisał konsul PRL w Moskwie. Celnik podniósł wzrok na czwórkę młodych
mężczyzn wyglądających na wojskowy patrol przebrany w cywilne ubrania
lub ludzi ze służb specjalnych, którzy wykonują pierwsze zadanie.
Pokiwał domyślnie głową.
- Panowie, nie zrozumieliśmy się. Nie ma żadnych przeszkód. Możecie
zabrać trumnę. - Funkcjonariusz przystawił pieczęć na dokumencie.
- Mogę zadzwonić? - zapytał miękko opiekun grupy.
Celnik uprzejmie wskazał ręką na aparat telefoniczny. Teraz już tylko
chciał, aby nocni goście jak najszybciej opuścili jego biuro i teren
lotniska.
- Panie wójcie, niech pan przekaże Wiśniewskim, że będziemy wczesnym
rankiem. Przed świtem jeszcze - powiedział do słuchawki człowiek o rysach twarzy tak banalnie powszednich, że aż trudnych do opisania. -
Nie trzeba przesuwać godziny. Będziemy na czas.
Kolejny problem wyniknął z kierowcą zakładu pogrzebowego BONGO, który
zdecydowanie odmówił prowadzenia samochodu nocą. Cwaniakowaty wygląd
szofera nie harmonizował z marką Biura Opieki nad Grobami Obcokrajowców,
bo tak brzmiała oficjalna nazwa firmy zajmującej się transportem zwłok
zza granicy.
- Panie, to czterysta kilometrów! W taką pogodę?! Za nic w świecie!
Pojedziemy jutro z rana! - oświadczył kategorycznie.
- Pojedziemy dzisiaj! Do szóstej, siódmej rano dojedziemy - zaoponował
spokojnie jeden z czwórki młodzieńców. Miał wyraziście ciosaną twarz i twarde spojrzenie.
- Nie ma mowy! Panie, skąd dostaniemy po drodze benzynę? Ruskie
przykręcili kurek. W całym kraju brakuje paliwa. Staniemy gdzieś w drodze, i co? - upierał się kierowca.
Chłopiec wyciągnął z portfela trzy banknoty z wizerunkiem Kopernika,
każdy o nominale tysiąca złotych.
- Masz pan tu trzy tysiaki. Płacimy też za paliwo. Nie chcesz pan
prowadzić, możesz pan siedzieć. Ja pojadę. - Głos młodego mężczyzny
odpowiadał jego spojrzeniu.
Nuty, które się w nim pojawiły, skłoniły jego kolegę do interwencji.
- Sołtys, nie szalej. - Uspokajająco dotknął ręki negocjatora.
- No dobrze, pojadę. - Szofer ustąpił, zgarniając pieniądze do kieszeni.
- Panowie, to ja się pożegnam - przypomniał o sobie konsul.
- Dziękujemy panu. Poradzimy już sobie. - Opiekun grupy podał rękę
pękatemu konsulowi.
Nim ruszyli, jeden z chłopców starł troskliwie krople wilgoci z wieka
trumny, wyjął z torby biało-czerwoną flagę i przykrył nią mahoniową
skrzynię. Kąciki ust opiekuna grupy wygięły się, jakby chciały coś
powiedzieć. Czterej chłopcy patrzyli na niego wyzywająco, z wyrzutem.
Jechali dwoma samochodami. Młody mężczyzna, nazwany przez kolegę
Sołtysem, usiadł w szoferce nyski obok kierowcy. Pozostali zajęli
miejsca w polonezie, prowadzonym przez opiekuna grupy. Samochody,
najpierw auto osobowe, a za nim furgonetka, minęły ostatnie światła
Warszawy i roztopiły się w deszczowej ciemni październikowej nocy.
Przed Koninem, dokąd dojechali o trzeciej nad ranem, znaleźli czynną
stację benzynową. Zaspany pracownik niechętnie wypełznął z małej budki,
ozdobionej pomarańczową wielką literą N, i poczłapał w kierunku jednego
z dwóch dystrybutorów.
- Jest tylko droższa, żółta, po osiemnaście za litr - uprzedził.
- Lej pan do pełna - zarządził kierowca furgonetki, wyraźnie
usatysfakcjonowany, że to nie on nie będzie musiał płacić, i ziewnął,
przeraźliwie szeroko otwierając usta.
- A wiesz pan, jeździłem latem do Zachodnich Niemiec, po jednego
delikwenta. Tam, na stacjach, można nawet coś zjeść, i to gorącego,
napić się kawy. Wyobrażasz pan sobie?! A tutaj kiszki marsza grają, a ty
cierp, człowieku.
- Dojedziemy na miejsce, to pan się wyśpi, odpocznie. - Współpasażer
dodawał otuchy kierowcy. - Zmienić pana?
- Nie. Dojadę jakoś. Daleko jeszcze?
- Jakieś dwieście kilometrów. Tak wynika z mapy.
Opiekun grupy chętnie natomiast oddał kierownicę jednemu z chłopców.
Furgonetka podążała w ciemno za samochodem osobowym, natomiast
prowadzący poloneza nieustannie musiał wpatrywać się w drogę, bacząc,
aby nie zjechać na pobocze lub nie wpaść w dziurę w asfalcie.
- Niech pan się postara nie roztrzaskać auta, bo będziemy wracali pieszo
do Warszawy - zażartował opiekun, zajmując miejsce na tylnym siedzeniu.
Oczy piekły go ze zmęczenia. Nie mógł pomóc wychowankowi nawet jako
pilot.
Przejeżdżając przez puste, pogrążone w deszczu i sennym bezruchu miasto,
patrzył, jak skąpe oświetlenie pojedynczych lamp ulicznych wydobywa z półmroku profile siedzących obok chłopców, a później znowu odsuwa je w cień niczym postacie w japońskim teatrze cieni. Młodzi mężczyźni
milczeli od samej Warszawy, z rzadka tylko przerzucając się krótkimi,
urwanymi zdaniami lub pojedynczymi słowami. Czuł, jak z każdym
kilometrem drogi, którą przemierzała wieziona za nimi trumna, między nim
a młodymi wyrasta mur. Zrozumiał to już w Moskwie, kiedy Dargin i Łuczywo, dwaj koledzy Wiśniewskiego, weszli do jego gabinetu i zażądali,
tak - zażądali - to było właściwe słowo), aby on, jako pierwszy
sekretarz ambasady, podjął decyzję o udostępnieniu wieczorem sali w ambasadzie, gdyż chcą pożegnać się z Tomaszem i proszą, aby nikogo z urzędników przy tym nie było. "Pan może przyjść", dodali. Porozumiał się
wówczas z konsulem, że ten opieczętuje trumnę ze zwłokami nie w kostnicy, lecz w urzędzie konsularnym.
Popołudniem, krótko przed zmierzchem, bo październikowy zmierzch zapada
w Moskwie wcześnie, karawan agencji pogrzebowej "Rytuał" dostarczył
zwłoki z trumną na dziedziniec ambasady. Kierowca dziwił się, że skrzyni
nie zalakowano, jak zazwyczaj, we wnętrzu samochodu. Grupa młodych
mężczyzn wniosła ją na ramionach do środka budynku. Konsul zalakował
trumnę, ostemplował dokumenty i natychmiast wyruszył z nimi na lotnisko,
aby najpierw załatwić sprawy papierkowe, a później osobiście dopilnować
odprawy ładunku do Polski.
Trumnę ustawiono wprost na marmurowej posadzce, przed salą kinową. Nikt
nie domyślił się, aby przynieść krzesła, które mogłyby posłużyć za
katafalk. Żałobną modlitwę, mnimosinon, prowadził po grecku młody,
brodaty człowiek, ubrany w czarny sweter, na który narzucił
epitrachelion - szeroką, złoconą stułę. Jeden z kolegów zmarłego
wyjaśnił, że nie mogli znaleźć księdza katolickiego, więc poprosili o posługę duchownego kościoła greckiego. Sekretarz do spraw nauki
wiedział, że Wiśniewski miał wielu znajomych w greckim ziomkostwie w ZSRR. Greczynką z pochodzenia była też jego przyjaciółka. Wciśnięta w krzesło czarnowłosa dziewczyna, dwiema rękami obejmowała głowę,
pochyloną prawie na kolana. Jej ciałem wstrząsał bezgłośny szloch.
Stojący obok chłopak nieśmiało, z obawą, dotykał jej ramienia i coś
szeptał do ucha. Na posadzce, przy krześle leżał bukiet białych róż,
porzucony i zbędny niczym niestosowny rekwizyt.
Wszyscy pozostali, mniej więcej trzydzieścioro chłopców i dziewcząt,
stanęli w kręgu wokół trumny. Dyplomata znał ich wszystkich. O każdym z nich wiedział być może nawet więcej niż oni sami mogli o sobie
powiedzieć. Znał ich imiona, nazwiska, rodziny, przyzwyczajenia,
historię życia. Tylko ich przyszłość pozostawała nieznana, a teraz,
patrząc na zwłoki jednego z nich, na skręconą w bólu dziewczynę w kącie
holu, uświadamiał sobie, jak nieprzemyślaną awanturą był cały projekt.
Górne lampy w holu wygaszono, aby nie przyciągać uwagi rosyjskich
milicjantów, dyżurujących przed gmachem ambasady ani innych postronnych.
Jedynie wątła smuga światła z korytarza, prowadzącego w stronę
biblioteki i jadalni, rozpraszała ciemność. Na marmurowym blacie, który
podczas tłumniejszych przyjęć w ambasadzie służył za ladę baru, gdzie na
gości czekały baterie kieliszków, ktoś postawił wielką gromnicę. W jej
nikłym blasku, drgającym w przeciągu, cienie zgromadzonych tańczyły na
ścianach pomieszczenia, wyłożonych białym marmurem, jakby sprzysiężenie
wyznawców nowej wiary sprawowało tajemniczy obrządek w wapiennych
katakumbach. Dyplomata rozumiał, niemal fizycznie odczuwał wszystkimi
porami skóry, że ta gromada ludzi wyrasta z wieku młodzieńczego,
wychodzi spod jego opieki, przecina pępowinę z czasem beztroskiej
młodości i staje się odrębnym bytem, zupełnie niezależnym,
nieobliczalnym i groźnym. Niski basowy śpiew duchownego krążył w zakamarkach obszernego holu, spływał na spleconych w kręgu młodych
ludzi, wiązał ich ze sobą w tajne bractwo.
- Pater hemon ho en tois uranois... - modlił się ksiądz.
- Amen! - odpowiedzieli chórem zgromadzeni.
Potem ponieśli trumnę na rękach do karawanu. Odprowadzili do bramy
ambasady, idąc szpalerem po obu stronach auta. Sekretarz do spraw
naukowych i dwaj koledzy zmarłego pospiesznie ruszyli na lotnisko, aby
zdążyć na przedwieczorny samolot. Konsul i jeszcze jeden z kolegów mieli
wyruszyć później, ostatnim wieczornym rejsem, towarzysząc Wiśniewskiemu
w drodze do domu. Zamknęły się metalowe wrota ambasady, z trzaskiem
zetknęły się oba skrzydła.
Ciemnowłosa dziewczyna wciąż siedziała na krześle w kątku holu. Już nie
płakała. Tylko jej szczupłe ciało trzęsło się jak w febrze.
- 3 -
Wierni po brzegi wypełnili niewielki kościółek w Dąbrówce, chociaż był
to dzień powszedni. Przyszła cała wieś, bo tak było tu przyjęte, że
tylko na wesela i chrzciny obowiązują zaproszenia, a na pogrzeby idzie
się z miłosierdzia i nakazu serca, po chrześcijańsku. Zwłaszcza że
Wiśniewscy byli poważaną rodziną. Pracowici, niekłótliwi, skorzy do
pomocy. Wszyscy im współczuli. Stracić dwudziestoletniego syna! Taki
zdolny chłopiec. I jeszcze nie mogli pożegnać się z nim przed śmiercią!
Z Poznania i Piły zdążyli dojechać krewni ze strony matki zmarłego, bo
ojciec, który pochodził gdzieś z Kresów Wschodnich, nie miał tutaj
bliskich. Siedzieli teraz w pierwszych rzędach, obejmując i pocieszając
rodziców. Brat Wiśniewskiej, który przejął na siebie cały ciężar
organizacji pogrzebu, zapraszał do pierwszych rzędów kolegów Tomka i ważnego urzędnika z ambasady, którzy przywieźli trumnę, ale ci odmówili,
skromnie przycupnąwszy w dalszych ławach.
Siwowłosy ksiądz rozpostarł ręce. Przypominał fioletowego orła ze
srebrną głową. Dyplomata, który przyjechał z Moskwy, podniósł nisko
dotąd opuszczoną głowę. Zaczęły docierać do niego słowa duchownego.
- ... jak można utulić ból najbliższych po utracie ukochanego syna i brata? Jakie słowa pociechy wypowiedzieć? Odpowiem wam, nieutuleni w smutku rodzice, drodzy parafianie. Śmierć Tomasza nie była daremna. Jest
w niej tragedia, ale też przesłanie i sens. Wrócił Tomek - kochane,
posłuszne dziecko, które chrzciłem, które tutaj przystępowało do
pierwszej komunii i do bierzmowania. Powrócił do domu. W zalutowanej
trumnie, niczym rycerz w zbroi, który padł na placu boju. Tajemnicę
swojej śmierci na zawsze zabrał do grobu, ale dzisiaj jest już u boku
Pana. Tak, jak posłaliśmy go do obcego miasta, do obcego kraju, aby się
uczył, zdobywał mądrości, aby był przydatny rodzinie i krajowi, tak
dzisiaj posłaliśmy go do Boga, aby wyjednał dla nas błogosławieństwo,
wybaczenie naszych grzechów. Posłaliśmy najlepszego, najczystszego,
najuczciwszego. Złożyliśmy go w ofierze, jak Bóg złożył ofiarę ze swego
Syna... - mówił kapłan.
Dyplomata patrzył przed siebie, na rodziców zmarłego. Podczas mszy,
nawet w czasie Eucharystii, Wiśniewscy siedzieli w ławkach, nie mając
sił, aby się podnieść. Matka Tomasza miała twarz opuchniętą od płaczu i nieprzytomne oczy. Ojciec sprawiał wrażenie nieobecnego, nieświadomego,
co dzieje się wokół. Ich kilkunastoletni, bliski już dorosłości, syn
podnosił się, klękał i ponownie sadowił w ławce powolnymi ruchami
starca. Tylko mała dziewczynka spoglądała z niedowierzaniem na ładny,
błyszczący kufer, w którym, jak twierdzili dorośli, na zawsze zasnął jej
brat.
Gdy ksiądz dał znak do wyprowadzenia ciała, a pracownicy zakładu
pogrzebowego podeszli do trumny, do przodu przecisnęli się koledzy
zmarłego. Unieśli skrzynię ze zwłokami na ramionach, chwilę później
dołączył do nich towarzyszący im dyplomata. I tak nieśli trumnę przez
całą wieś, do oddalonego o półtora kilometra cmentarza. Zaskoczeni
grabarze szli obok pustego karawanu na końcu orszaku. Sekretarz do spraw
naukowych ambasady Polski w Moskwie był pięćdziesięcioletnim mężczyzną,
który w życiu dużo przeszedł i pochował wielu przyjaciół i najbliższych
członków rodziny. Nigdy jednak przedtem nie dźwigał na ramionach takiego
ciężaru...
* * *
- Co czytasz z takim zainteresowaniem, że nawet mnie nie dostrzegasz? -
Głos Doroty wyrywa mnie ze świata fikcji literackiej tak
niespodziewanie, że aż podskakuję. - Drzwi niezamknięte, pan prokurator
pogrążony w lekturze... Przywieźliśmy te kartony. Jeśli znajdziemy coś
godnego uwagi, możemy to w nich złożyć. No, co tam masz? - Dziewczyna
zerka mi przez ramię na maszynopis, który trzymam w ręku. Jej włosy
łaskoczą moją szyję.
- Właściwie, to nie wiem, coś na kształt zbeletryzowanego pamiętnika. A może fragment powieści opartej na faktach? W każdym razie chyba
dołączymy do materiałów śledztwa, bo jest tutaj opis pogrzebu
Wiśniewskiego.
Wyciągam w jej stronę kilka kartek.
Dorota ujmuje plik jedną ręką, drugą przytrzymuje drzwi, przez które
Piotr i technik wnoszą duże kartonowe pudła. Przyjechaliśmy do
mieszkania Lipowskiego na rewizję, a zapomnieliśmy, w co mamy złożyć
ewentualne znaleziska. Chałupnicy, a nie ekipa śledcza! Na szczęście z Bielańskiej na Stawki, do naszej siedziby, "kwatery prawdy
najgłówniejszej" - jak naśmiewa się z nas Dorota - jest kilka minut
jazdy, więc Piotr z Moskalewiczówną pojechali po papierowe pudła.
Ponieważ w mieszkaniu archiwisty znaleźliśmy komputer, a w szufladzie
biurka kilka pendrive'ów, to, na wszelki wypadek, przywieźli także
Lucjana, naszego specjalistę od wyrywania tajemnic elektronice.
- No nie, nie zarekwirujemy przecież całego mieszkania z wyposażeniem. -
Protestuję na widok tak objętościowych opakowań.
- Od przybytku głowa nie boli - mędrkuje Piotr. - Widziałeś tę
bibliotekę? Wypożyczę sobie połowę, a kiedyś zwrócę. - W oczach
archiwisty błyszczy chciwość. Słabość Mydlaka do książek o historii
najnowszej była powszechnie znana, a biblioteka w mieszkaniu Lipowskiego
rzeczywiście imponowała.
- To od czego zaczynamy? - Lucek, ekspert od komputerów i innych
gadżetów technicznych, przywołuje nas do porządku. - Ja zabieram
komputer. A także pendrivy, telefony i wszystkie inne nośniki.
- Opcje są dwie: albo od podłogi, albo od sufitu. - Dorota ogarnia
wzrokiem wysokie do samych sufitów regały pełne książek.
- No cóż, zaczynamy - wydaję polecenie. - Szukamy wszystkiego, co rzuci
światło na moskiewską przeszłość pana Lipowskiego. Notatki, szpargały,
zdjęcia, taśmy... A przede wszystkim - gdzie jest pozostała część tych
memuarów?
Rozdział 1
Zdradzają nas nie słowa, lecz usta.
"Słowa są ważne. Przede wszystkim patrz jednak na ułożenie warg. Czy są
zaciśnięte w stresie. Czy pogardliwie skrzywione. Czy ściągnięte na znak
sprzeciwu", powtarzał ojciec. Tak mawiał wówczas, gdy jeszcze uważał, że
jestem w stanie czegokolwiek się nauczyć.
Myślę, że wszystkiemu winien jest mój brak powściągliwości. Spróbujcie
jednak zachować nieruchomy wyraz twarzy, gdy szef od godziny zasuwa
drętwą gadkę, z miną tak napuszoną, jakby objawiał nam nowy dekalog.
Z trudem powstrzymuję ruch mięśni, zdradliwie ciągnących kąciki ust w stronę uszu, chociaż ton Kaczmarka irytuje mnie i śmieszy. Mój szef
upaja się swoim tokowaniem. Nawet teraz, zwracając się do nas, pięciu
prokuratorów obecnych na odprawie pionu śledczego oddziału Instytutu
Pamięci Narodowej w Warszawie, od kilkunastu minut nie mówi, a przemawia, jakby występował w sądzie lub w parlamencie. Rozumiem, jest
młody, zaledwie cztery lata starszy ode mnie, i najwyraźniej wciąż czuje
się niepewnie w roli nowo upieczonego naczelnika oddziałowej Komisji
Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu. Przyznaję, jest dobrym
prawnikiem, oddanym sprawie. I bystrym facetem. Dlatego dziwię się w dwójnasób, bo przecież jako inteligentny gość zdaje sobie sprawę z tego,
że wśród podwładnych ma nie tylko takich młodziaków jak ja, lecz także
śledczych, przerastających go i wiedzą, i doświadczeniem. Po co więc to
stroszenie grzebienia, rysowanie nim sufitów i zamiatanie ziemi ogonem?
Zwłaszcza przy tak błahym temacie narady.
Naczelnik dzieli się informacjami z niedawnej krajowej narady pionów
śledczych, z których niewiele wynika. Później wysłuchuje naszych
krótkich sprawozdań o prowadzonych sprawach, równie niewiele wnoszących,
gdyż są prawie identycznych z tymi, składanymi przed tygodniem. Czasami
dziwiłem się, po co w ogóle zwołuje popołudniowe odprawy w każdy
poniedziałek, nawet wówczas, gdy nie ma do zakomunikowania nic
nadzwyczajnego.
Kaczmarek, niczym reżyser lubujący się w efektach specjalnych,
najciekawszy moment zachowuje na koniec swojego exposé.
- Szanowni państwo, Główna Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi
Polskiemu skierowała do nas, zgodnie z właściwością miejscową, sprawę
Tomasza Wiśniewskiego. Wiśniewski zginął tragicznie w 1981 roku w Moskwie. Jego brat Janusz sugeruje w piśmie do IPN, że istnieją
uzasadnione podejrzenia popełnienia zbrodni komunistycznej... - Naczelnik
bierze do ręki teczkę, w której, zakładam, znajdują się akta sprawy.
- Z dotychczasowego podziału zadań wynika, że najmniej obciążony
obowiązkami jest pan prokurator Wojtkowski, zatem on poprowadzi sprawę
Wiśniewskiego...
Na dźwięk mojego nazwiska odruchowo podnoszę głowę. Nie ufam Kaczmarkowi
na tyle, aby uwierzyć, że to moje kompetencje i aż cały rok
doświadczenia pracy w Komisji skłoniły go do przydzielenia mi tego
śledztwa. Oczywiście, czuję się wystarczająco dobrze przygotowany do
samodzielnej pracy, ale podejrzewam, że za decyzją szefa kryje się jakiś
podtekst.
- Pan prokurator Wojtkowski błyskotliwie poprowadził sprawę Hawryluka i jestem przekonany, że równie sprawnie podoła nowemu wyzwaniu. - W głosie
Kaczmarka słyszę jakby nutki ironii.
A, tu go boli! Zwykła zawiść! Wciąż nie może pogodzić się z tym, że
doprowadziłem do końca beznadziejne, wydawałoby się, śledztwo w sprawie
ubeka, winnego śmierci co najmniej dwóch ludzi. Hawryluk, który
zakatował oficera AK i zastrzelił chłopaka z oddziału WiN, rozpłynął się
gdzieś w kraju w latach sześćdziesiątych i mimo że istniały zeznania
świadka, przez trzydzieści lat nie udawało się odnaleźć oprawcy. A wystarczyło dotrzeć do tych rodzin, które zaraz po wojnie zdecydowały
się wyjechać z Polski i zamieszkały po drugiej stronie granicy, w Białoruskiej SRS, zasięgnąć u nich informacji o rozgałęzionej rodzinie
Hawryluków i po nitce, po niteczce ustalić, że Hawryluk zmienił nazwisko
i ukrył się w lubuskiem. Sąd uznał stalinowca za winnego i chociaż z powodu wieku oraz stanu zdrowia nie skazał go na karę bezwzględnego
pozbawienia wolności, to mogliśmy ogłosić sukces, gdyż było to jedno z bardzo nielicznych śledztw IPN, zakończone prawomocnym wyrokiem
skazującym. Do śledztwa w sprawie Hawryluka przydzielono mnie w charakterze pomocnika, kiedy jednak prowadzący śledztwo prokurator
zachorował i więcej czasu spędzał na onkologii na Banacha niż w pracy,
praktycznie sam doprowadziłem wszystko do końca. Oczywiście, przy
wydatnej pomocy kolegów z archiwum IPN.
Podejrzewam, że Kaczmarek zazdrości mi nie tyle samego udanego śledztwa,
ile rozgłosu i splendorów, jakie wiązały się z tym bądź co bądź sukcesem
- solidnej nagrody i orderu. Wprawdzie to tylko Krzyż Kawalerski, ale
mój szef, chociaż, szczerze mówiąc, palca do niej nie przyłożył, za tę
sprawę otrzymał taki sam order Odrodzenia V klasy. I to go najbardziej
ubodło. Widziałem to po jego kwaśnej minie, z jaką odbierał odznaczenie
tuż przede mną.
- No i co, panie kolego? - Z szerokim uśmiechem, który ma oznaczać
życzliwość, zagaduje mnie prokurator Pokrowski, gdy już wracamy do
swoich gabinetów. - Idzie pan jak burza. Proszę, już samodzielne
śledztwo. Poradzi pan sobie. Może pan liczyć na nasze wsparcie. A jeśli
coś, tata panu pomoże. Nieprawdaż? Zrobi pan karierę. Z pańskimi
poglądami...
Nie wierzę w przychylność Pokrowskiego, a już tym bardziej w jego
gotowość do udzielenia dobrej rady czy pomocy. To przecież on, jak
przekazała mi Aga, która przeszła do pracy w IPN prawie jednocześnie ze
mną, skomentował mój awans z prokuratury rejonowej: "A co taki młodzik
potrafi? Kilka lat w rejonówce i już do komisji oddziałowej? No, ale jak
się ma tatusia generała i osobiste poparcie ministra...". Teraz także nie
może powstrzymać się przed uszczypliwościami, robiąc aż nadto wymowne
aluzje do wpływowego ojca i moich sympatii do rządzącej partii, z którymi nie afiszuję się przecież publicznie. Ostatecznie, prokurator,
nawet w IPN, jest zobowiązany do neutralności politycznej.
Nikomu, nawet Elizie, nie wyjaśniałem skomplikowanych relacji z ojcem.
Podziwiałem go, to prawda. Był przecież legendą opozycji w czasach
komunistycznych i wielką figurą w służbach specjalnych suwerennej
Polski. Jednak nigdy nie wybaczyłem mu, że nie miał czasu ani dla mnie,
gdy byłem mały, ani dla mamy, która w pewnym momencie zrozumiała, że
jest tylko dodatkiem do sławnego męża, że przez niego zaprzepaściła
szansę na własną zawodową karierę i zdecydowała się powrócić do
rodzinnego miasta.
Po rozwodzie ojciec próbował odbudować relacje ze mną, jakby chciał
nadrobić lata nieobecności w moim życiu, ale wspólne obiady czy kolacje
coraz częściej kończyły się politycznymi swarami. Ojciec, im starszy,
tym stawał się jakiś bardziej rozlazły, politycznie niezdecydowany,
relatywizujący zarówno komunistyczną przeszłość kraju, jak też
wykazujący niepojętą wyrozumiałość dla kamaryli liberałów rządzącej
później Polską. Któregoś razu nie wytrzymałem i gdy ojciec powiedział,
że nie można w czambuł potępiać wszystkich, którzy zajmowali
jakiekolwiek znaczące stanowiska w PRL, wykrzyczałem: "Jak możesz ich
usprawiedliwiać?! Zniewolili kraj i wysługiwali się Sowietom! Byli jak
okupanci we własnym kraju. I to mówisz ty?! Legenda podziemia?! Twoja
postawa jest gorsza nawet niż ich. Bo oni są już napiętnowani i potępieni. A ty ich wybielasz i przykrywasz".
Ojciec powoli, niczym w zwolnionym filmie, odstawił lampkę z winem,
dotknął ust starannie wyprasowaną białą serwetą. Zawsze dbał o takie
drobiazgi i niedzielne obiady, przygotowywane prawdopodobnie od piątku,
serwował na białej porcelanie Rosenthala. Powiódł po mnie spokojnym,
długim spojrzeniem, teatralnym wręcz gestem odłożył lnianą serwetę,
wstał bez słowa i odszedł do swojego pokoju. Wybiegłem, trzaskając
drzwiami.
Zadzwonił dopiero po trzech tygodniach. Słowem nawet nie odniósłszy się
do naszej ostatniej kłótni, poinformował, że wyjeżdża na dłuższy czas na
wieś.
- Ojciec ciężko choruje. Ktoś musi się nim zająć - powiedział.
Na czas jego nieobecności w Warszawie miałem zaopiekować się mieszkaniem
na Mokotowie. Spotkaliśmy się kilka miesięcy później. Na pogrzebie.
Praktycznie nie znałem dziadka. W dzieciństwie spędzałem niekiedy u niego tydzień lub dwa. Zapamiętałem go jako krzepkiego chłopa z wąsami i ciepłym uśmiechem. Cieszył się we wsi poważaniem. Jakaś cząstka jego
autorytetu spadała na mnie, bo sąsiedzi nie wołali na mnie po imieniu, a mówili "wnuk wójta". Dziadek był sołtysem, chyba dożywotnim.
Rozgrzeszyłem go za to, że był lojalny wobec władz komunistycznych.
Przecież wybierała go cała wieś, a podatki ktoś musiał ostatecznie
zbierać.
Podczas pogrzebu na krótką chwilę ożyła we mnie nadzieja, że być może
mama wróci do Warszawy i rodzice ponownie zamieszkają razem, ponieważ
rozmawiali ze sobą spokojnie, przyjaźnie, siedzieli obok siebie podczas
mszy, wspólnie przyjmowali kondolencje i pełnili funkcję gospodarzy
podczas konsolacji. Jednak do domu wróciliśmy tylko z mamą.
Ojciec został na wsi i od tego czasu opuszczał ją dopiero z nastaniem
jesiennych chłodów. Wiosną i latem przyjeżdżał do miasta co miesiąc lub
dwa, najwyżej na parę dni. Wielkie, pięciopokojowe mieszkanie na
Mokotowie stało puste. Przygnębiający pomnik wygasłej miłości i rozbitej
rodziny. Tylko mama zatrzymywała się tam podczas swoich nieczęstych
wizyt w stolicy. Wyjaśniała, że chce zobaczyć się ze mną. "Muszę też
utrzymać jako taki porządek w mieszkaniu", mówiła. Mimo rozwodu rodzice
nie dokonali podziału majątku i mieszkanie formalnie pozostawało także
współwłasnością mamy.
Któregoś dnia zastałem ją w salonie, wpatrzoną w zdjęcie, które nie
zmieniło swego miejsca na półce od dwudziestu lat. Na fotografii
obejmujemy się, wszyscy troje, uśmiechnięci. W tle zamek w Sandomierzu.
Jeszcze dzisiaj, po tylu latach pamiętam tamtą jesień, smak herbaty
owocowej w kawiarni przy rynku, pamiętam nawet twarz starszego pana,
którego ojciec poprosił o naciśnięcie migawki w aparacie.
- To prawda - odpowiadam Pokrowskiemu. - Obaj wychowaliśmy się w rodzinach oficerów i obaj wiemy, jaki to miało wpływ na nasze życie.
To bardzo paskudne z mojej strony. Tym bardziej, że to sam Pokrowski w chwili szczególnej otwartości i zaufania opowiedział mi o swoim ojcu,
który zajmował wysokie stanowisko w komunistycznym wywiadzie wojskowym.
"Swoją pracą w IPN jak gdyby spłacam długi ojca", zwierzył mi się wtedy.
Widzę, jak tężeje i blednie twarz prokuratora. Co mnie podkusiło do
takiej wypowiedzi? Tylko psychopata lub niedojrzały smarkacz może
intencjonalnie obrażać i upokarzać innego człowieka. Mam teraz w Pokrowskim śmiertelnego wroga. Jednak moje niezałatwione rachunki z ojcem to temat, który dotyczy tylko nas dwóch, i nikt nie będzie ich
podliczał.
Akta powierzonej mi sprawy składają się aż z trzech pojedynczych kartek.
Jedną z nich jest pismo przewodnie z Głównej Komisji do oddziału w Warszawie, drugą - karta ewidencyjna udostępnienia dokumentu, a trzecią
- sam dokument, list Janusza Wiśniewskiego do IPN. Biała kartka formatu
A4, odręcznie zapisana po obu stronach niebieskim długopisem.
Zwracam się z prośbą o przeprowadzenie śledztwa i wyjaśnienie
okoliczności śmierci mojego brata Tomasza Wiśniewskiego. - Wnioskodawca
pisał wyraźnymi literami, naśladującymi druk. - Mój śp. Brat wyjechał w 1978 roku na studia do Moskwy. Do Instytutu Stali i Spławów...
"Spławów"? Ach, miał na myśli "stopów". Oczywiste zapożyczenie z rosyjskiego, które świadczyło o dobrej znajomości realiów, bo zapewne w oryginale nazwa politechniki brzmiała: Institut Stali i Spławow -
odnotowuję w myślach.
Nauka szła mu dobrze, przyjeżdżał do kraju zadowolony ze studiów. Miał
przyjaciół, bo przyjeżdżali z nimi razem do nas na wakacjach. Poznał też
na studiach dziewczynę, Rosjankę, i chciał się z nią chyba ożenić, bo
tak mówił na wakacjach w 1981. Była dla nas tragedią wiadomość, że w październiku tego roku zginął w Moskwie. Wpadł pod pociąg w metrze.
Ponieważ ja byłem wtedy mały, a ojciec ciężko się rozchorował po tej
wiadomości i trafił do szpitala, to nikt nie mógł pojechać do Moskwy,
żeby rozpoznać zwłoki Brata. I Brata przywieźli w zalutowanej trumnie.
Pamiętam, że na pogrzebie był polski konsul z Moskwy i kilku kolegów
mojego Brata. Narzeczona brata nie przyjechała na pogrzeb, bo jej nie
puścili.
Myślałem, że to był wypadek. Tak mówił nam ten konsul i koledzy mojego
Brata, którzy przywieźli go w trumnie. Bo oni byli razem z moim Bratem,
kiedy on wpadł pod pociąg. Dopiero w zeszłym roku, kiedy umarł mój
ojciec i robiliśmy porządki w jego domu, bo z ojcem zamieszkała moja
siostra ze szwagrem, to znalazłem listy Tomka do rodziców. Ostatni list
był z września 1981 i mój Brat pisał, że się boi, że coś niedobrego może
się stać i żeby rodzice mu wszystko wybaczyli. Mój ojciec bardzo kochał
Tomka i był bardzo z niego dumny. Zbierał wszystkie jego dyplomy i wyróżnienia, bo mój brat miał duży talent do techniki i jeszcze w technikum otrzymywał różne nagrody. Zbierał też wszystkie listy od Tomka
i zdjęcia, jakie Brat wysyłał z Moskwy i z różnych miast, bo mój śp.
Brat lubił podróżować i dużo jeździł po Związku Radzieckim.
Myślę, że mój Brat został zamordowany. I chociaż to już minęło prawie
40 lat, to trzeba to wyjaśnić, żeby stała się sprawiedliwość.
A jeszcze chcę dodać, że na grób Tomka wciąż przyjeżdżają jego koledzy,
bo zawsze zostawiają świeże kwiaty i znicze. W ostatnim roku, ale to nie
było na Wszystkich Świętych tylko wcześniejszą jesienią, spotkałem chyba
dwóch, ale ich nie rozpoznałem, bo tyle lat już minęło. I kiedy
powiedziałem, że chcę dochodzić sprawiedliwości i prawdy, to jeden z nich powiedział - panie Januszu, niekiedy trzeba pozostawić zmarłych i historię w spokoju, bo nigdy nie wiadomo, jaką prawdę odkryjemy. A mi
się wydaje, że prawdę zawsze trzeba znać.
Mieszkam we wsi Dąbrówka, w województwie wielkopolskim. Wszystkie
dokumenty, listy i zdjęcia mam, ale ich nie przesyłam, bo jeszcze się
zgubią. Oddam wszystko śledczym, jak rozpoczną dochodzenie".
W końcu listu dokładny adres, numer telefonu i podpis - Janusz
Wiśniewski.
Za oknem marcowy zmierzch opada szarą watą na Warszawę. Z dwudziestego
pierwszego piętra wieżowca Intraco, na którym znajduje się moje biuro,
prawie nie widać przejeżdżających w dole samochodów, nad którymi unosi
się zawiesina dymu i rozpylonych kropel wilgoci. Rozgwieżdżone
iluminacjami wysokościowce w centrum miasta wyglądają z tej perspektywy
jak ozdobione kolorowymi lampkami maszty wielkich jachtów, przycumowane
w zamglonym porcie. Z niechęcią myślę o powrocie przez zatłoczone o tej
porze ulice do mieszkania na Ursynowie, gdzie czekają na mnie równie
szare, bezosobowe bloki mieszkalne i dwa puste pokoje. Nie mam też
nastroju, aby zadzwonić do Elizy i zaproponować jej wypad do jakiegoś
klubu. Oczekiwałaby zapewne, że później zaproszę ją do siebie, będziemy
prowadzili długie, mądre rozmowy, potem kochali się, a rankiem
odprowadzę ją aż pod drzwi szklanego wieżowca, w którym ma siedzibę jej
korporacja, i będziemy żegnali się długimi pocałunkami, aby mogły nas
zobaczyć spieszące do pracy koleżanki i jej zazdrościć. Mamie, która
przy okazji comiesięcznej, krótkiej wizyty w Warszawie kiedyś natknęła
się na Elizę, kolejna kandydatka na synową przypadła do gustu. Od czasu
do czasu wypytywała delikatnie o "tę dziewczynę", dając do zrozumienia,
że mężczyźnie w wieku trzydziestu dwóch lat wypada mieć żonę i dzieci.
Chyba wywołałem ją myślami. Telefon burczy, wyświetlając numer Elizy, i po minucie natarczywego przypominania o sobie - milknie. Nie, nie
dzisiaj. Wystukuję SMS: "Wybacz. Mam dzisiaj urwanie głowy. Zadzwonię".
Obracam w rękach list Wiśniewskiego. Więcej mi mówi o jego autorze niż o szczegółach sprawy. Równe litery, wyciśnięte tak mocno, że pozostawiły
wypukłości na drugiej stronie, świadczą o zdecydowanym charakterze
piszącego, który, najprawdopodobniej, utrzymuje się z pracy fizycznej.
Wskazuje na to także styl, zasadniczo poprawny, chociaż prosty i niepozbawiony błędów język listu dowodzi, że nadawca rzadko ma do
czynienia ze sztuką epistolografii czy wytwarzaniem jakichkolwiek
dokumentów. List nosi datę 14 stycznia. Wyobrażam sobie, że decyzja o jego napisaniu mogła zapaść podczas świąt Bożego Narodzenia, kiedy
zebrała się cała rodzina Wiśniewskich i puste nakrycie, które dodatkowo
stawiamy na wigilijnym stole, przywołało z przeszłości bolesny temat,
przez kilkadziesiąt lat spychany w niepamięć, skrywany za pośpiechem
codziennego życia.
Zamyślam się. To, że ktoś zginął w stolicy komunistycznego imperium,
jeszcze nie oznacza, że na pewno padł ofiarą przestępstwa. A tym
bardziej - że chodzi o zbrodnię polityczną. W każdej, nawet
najtrudniejszej, epoce większość ludzi prowadzi normalne życie. Chodzi
do pracy, urządza dom, wychowuje dzieci i stara się przystosować do
otoczenia. Większość z nich umiera ze starości, na zawał, na raka,
niektórzy giną przypadkowo, w katastrofach, w wypadkach. Nie mam
najmniejszego pojęcia, jak wyglądało życie w Moskwie w czasach
Breżniewa, a już tym bardziej w środowisku studentów z zagranicy. Sam
czuję się jak student pierwszego roku prawa, którego wysłano na egzamin
na aplikację prokuratorską.
Rozumiem, że na najwyższym szczeblu w IPN zapadła już polityczna decyzja
o wszczęciu śledztwa, chociaż formalnie to ja, jako prokurator, mam
wydać postanowienie. Pion śledczy IPN-u, przyznajmy, nie prowadzi zbyt
wielu postępowań. Chociaż stawia się często niesprawiedliwe zarzuty, że
w porównaniu z prokuratorami rejonowymi średnia liczba prowadzonych
przez nas spraw jest bardzo mała, prokuratorzy IPN wykonują wszystkie
czynności samodzielnie. Nie odwołują się do pomocy policji i nie zlecają
jej, przykładowo, przeprowadzania przesłuchań. Śledztwo w sprawie
śmierci studenta, który zginął w obcym mieście, nie rokuje większych
nadziei na wyjaśnienie wszystkich okoliczności tragedii sprzed prawie
czterdziestu lat. Niemniej samo podjęcie takiego zadania przyniesie nam
oczywiste, polityczne i moralne, korzyści i będzie doskonałym argumentem
w sporze z przeciwnikami IPN, którzy najchętniej rozwiązaliby Instytut,
a przynajmniej zlikwidowaliby jego pion prokuratorski.
Zgodnie z prawem, mam trzy miesiące na wydanie postanowienia o wszczęciu
śledztwa. Pierwszym krokiem w postępowaniu sprawdzającym, które
zweryfikowałoby podejrzenie o popełnienie zbrodni komunistycznej, będzie
przesłuchanie Janusza Wiśniewskiego i zapoznanie się listami jego
tragicznie zmarłego brata. Nie jestem przygotowany do takiej rozmowy.
Nie wiem nawet, o co miałbym zapytać autora listu.
Odszukuję w smartfonie numer telefonu kolegi z archiwum oddziałowego.
Piotr jest historykiem nie tylko z wykształcenia, lecz także z pasji.
Zna ostatnie lata PRL lepiej niż ja kodeks karny. Bardzo mi pomógł w sprawie Hawryluka. Łączą też nas podobne zapatrywania polityczne,
chociaż Piotr, jak mi się wydaje, poszedł trochę zbyt daleko w prawą
stronę. Niektóre z jego pomysłów znajduję jako nadmiernie radykalne i,
na wszelki wypadek, coraz rzadziej pokazuję się na spotkaniach naszego
klubu "Prawo i sumienie", który kiedyś chcieliśmy nawet przekształcić w partię polityczną.
- Cześć, Piotrek. - W słuchawce telefonu słyszę szum świadczący, że mój
rozmówca znajduje się w jakimś hałaśliwym miejscu. - Aleksander. -
Przedstawiam się, nie mając pewności, czy w tym zgiełku rozpozna mój
głos.
- Witaj, Olek. Co u ciebie? Dawno się nie odzywałeś.
- Wszystko w normie. Słuchaj, mam do ciebie prośbę. Wspominałeś mi
kiedyś, że byłeś na stażu dziennikarskim w Moskwie...
- Kiedy to było! Końcówka lat dziewięćdziesiątych. Ubiegły wiek.
- No tak, ale orientujesz się w tym środowisku. Czy znasz może kogoś,
kto na przełomie siedemdziesiątych i osiemdziesiątych lat studiował w Moskwie? Albo pracował w naszej ambasadzie?
- Olek, zrobisz wielką karierę. Jesteś dobrym śledczym i masz
niesamowite szczęście. Trafiłeś bezbłędnie. Moim szefem w Moskwie, gdy
się tam stażowałem, był Jacek Długi. Wiem, że na pewno studiował w Moskwie, ponieważ sam mi o tym niejednokrotnie mówił. Znasz go na pewno,
dość często produkuje się w telewizji.
Nazwisko dziennikarza brzmi znajomo. Gdzieś je słyszałem lub dostrzegłem
na stronie jakiejś gazety, ale na pewno nie widziałem go w telewizji.
Ale to, że już druga osoba w ciągu ostatnich godzin prorokuje mi wielką
karierę, skłania do ostrożności. Gdy wszyscy wokół biją ci brawo, należy
się zatrzymać i przypatrzeć sobie w lustrze; niechybnie bowiem albo
idziesz w niewłaściwą stronę, albo masz rozpięty rozporek.
- Jakoś nie kojarzę. Z tego, co mówisz, wynika, że wciąż pozostaje w zawodzie. Masz do niego jakiś kontakt?
- Sprawdzę. Powinienem mieć. Wyślę ci SMS-em. A co cię tak
zainteresowała Moskwa lat siedemdziesiątych? Piszesz książkę? Czy też...
- Raczej to "czy też" - wchodzę mu w słowo.
- To zajmujące! Mogę się przydać?
- To jest właśnie druga sprawa, z jaką do ciebie dzwonię. Ale o tym
wolałbym pomówić w cztery oczy i oficjalnie.
- Rozumiem. Będę czekać. O, mam kontakt do Długiego. Już ci wysyłam.
Odezwij się. A może się wybierzemy w piątek do Miłości albo na
Mazowiecką?
Lubię wpaść w piątek czy sobotę na parę godzin do któregoś z klubów, ale
nie uśmiecha się mi wieczór w towarzystwie Piotra. Miałem już okazję
przekonać się, że swoim przynudzaniem o historii potrafi zepsuć każdą
imprezę i odstraszyć nawet najbardziej chętne dziewczyny. Trudno zresztą
oczekiwać, aby pięćdziesięcioletni gawędziarz wzbudzał zainteresowanie
dwudziestolatek.
Nie chcę jednak zrażać starszego kolegi odmową, tym bardziej że liczę na
jego pomoc. Odpowiadam więc:
- Chętnie. Dam znać. Myślę, że wkrótce będziemy mieli okazję do bardzo
częstych spotkań.
Długi odbiera telefon, gdy już zaczynam tracić nadzieję, że podany przez
Piotra numer jest aktualny.
- Dobry wieczór panu. Aleksander Wojtkowski z pionu śledczego oddziału
IPN w Warszawie - przedstawiam się.
- Taaak?
W głosie Jacka Długiego nie słyszę ani cienia zaniepokojenia, raczej
lekkie zaciekawienie. Większości Polaków IPN kojarzy się z rozkopywaniem
grobów i lustracją, a prokurator z IPN prawie z policją polityczną.
Statystyczny obywatel ma prawo czuć się zdenerwowany, gdy
zainteresowanie nim wykazuje nawet zwykła prokuratura. Ostatecznie,
prokurator raczej nie jest zwiastunem dobrych wieści.
- Panie redaktorze, chciałbym poprosić pana o spotkanie - zaczynam i,
aby mój rozmówca nie zinterpretował niewłaściwie mojego zaproszenia,
uznając je za wezwanie na przesłuchanie, jednym tchem dodaję: - w dogodnej dla pana porze i miejscu. Chociaż, jeśli nie sprawi to panu
trudności, prosiłbym o rozmowę możliwie jak najszybciej.
Głos redaktora Długiego pozostaje niezmącenie spokojny, jakby leniwy czy
zmęczony.
- Kończę dyżur w redakcji około siedemnastej. Jeśli bardzo się panu
spieszy, spotkajmy się o siedemnastej trzydzieści w kawiarni Szparka
przy Placu Trzech Krzyży. Wie pan, gdzie to jest? Odpowiada panu?
Odnotowuję w myślach, że dziennikarz błyskawicznie podejmuje decyzje i proponuje spotkanie na znanym sobie terenie, gdzie czuje się
bezpieczniej. Nie umyka mojej uwadze i to, że nie zapytał, w jaki sposób
się rozpoznany. Najpewniej uznał, że skoro to ja proszę o spotkanie, to
powinienem sam się o to zatroszczyć. A może uważa, że nie wypada nie
znać redaktora Długiego? Dziennikarze mają o sobie bardzo wysokie
mniemanie.
- Znakomicie, nie spóźnię się. Bardzo panu dziękuję. Do zobaczenia.
Staram się być grzeczny i lakoniczny zarazem.
- Do zobaczenia - odpowiada i się rozłącza.
Przed wyjściem z biura telefonuję jeszcze do Bartka Jałochy, znajomego
dziennikarza pisma i portalu "W Matni". Często się kręci w naszym
archiwum, niekiedy wykorzystujemy go, jeśli trzeba coś nieoficjalnie
puścić do prasy. Z uwagi na jego mikrą postać i lisią mordkę nazywamy go
Szczurek. Jest nieszkodliwy dla nas, a niekiedy i nawet bardzo
przydatny.
- Długi? Jacek Długi? Oczywiście, że go znam. Stary komuch.
Redaktor Jałocha pozostaje wierny swoim przekonaniom i jednoznacznej
klasyfikacji ludzi według jasnego kryterium: Nasi - patrioci. Nie nasi -
komuchy, ubecy, zaprzańcy i zdrajcy. Dzisiaj jest to dla mnie informacja
niewystarczająca.
- A jeśli coś więcej? On zajmuje się Rosją?
- No, jeśli po prawdzie, to Długi jest chyba największym w kraju
specjalistą od Rosji. Wie o niej wszystko lub prawie wszystko. Ale wie
pan, prokuratorze, on spędził tam tak wiele lat, że zatracił dystans i umiejętność właściwej oceny sytuacji. Może nawet jest ukrytym śpiochem.
Spiskowe teorie redaktora o uśpionych szpiegach Putina pozostawiam na
razie na marginesie. Sprzyja mi szczęście - trafiłem w dziesiątkę.
Mówiąc szczerze, Piotr przyniósł mi to trafienie na srebrnej tacy. Przed
opuszczeniem biura poświęcam kilka minut, by wyguglować krótką notkę o Długim, zapamiętać wygląd dziennikarza i odnotować, że jest autorem
wielu artykułów na tematy związane z Rosją. Rzeczywiście, nie przynosi
mi chluby, że nie znam Jacka Długiego.
* * *
Siedzący w rogu sali mężczyzna, który podnosi się, gdy macham mu ręką,
powinien nazywać się nie Długi, lecz Potężny. Wielkie chłopisko, pewnie
dwumetrowe, szeroki w barach i z wydatnym brzuchem. Przypominałby byłego
zawodnika sumo, gdyby nie spokojne, przenikliwe spojrzenie szarych oczu,
cechujące raczej piekielnie inteligentnych analityków niźli sportowców
na emeryturze. Takie spojrzenie ma mój ojciec. W milczeniu podaje mi
rękę, uprzejmym gestem wskazuje miejsce. Czuje się gospodarzem spotkania
w pełni kontrolującym sytuację. Pewność siebie potwierdza pytaniem:
- Czego się pan napije? Zamówiłem sobie kawę i koniak. Dzień był dość
męczący.
Tymi trzema krótkimi zdaniami przekazuje mi, że nie ma zbyt wiele czasu,
ale jest otwarty na rozmowę.
Kiwam ręką na kelnerkę, proszę o czarną gorzką herbatę i ciasto
marchewkowe.
- Bardzo panu dziękuję za spotkanie - zaczynam. - Nie zajmę zbyt wiele
czasu. Poprosiłem pana o spotkanie, bo jest pan wybitnym specjalistą od
Rosji...
Nie widzę po nim, aby kupił mój niewyszukany komplement.
- ... Prowadzę obecnie sprawę, która jest w pewnym sensie związana z Rosją. Pan tam studiował, prawda?
Chyba położyłem zbyt silny nacisk na ostatnie słowa. Długi przygląda mi
się uważnie, jak entomolog na rzadki, egzotyczny gatunek owada.
- Czy minionej nocy Sejm uchwalił, a pan prezydent nad ranem podpisał
jakąś ustawę, o której nie wiem? A według której studia w Rosji miałyby
być czynem karalnym?
Ton głosu redaktora Długiego jest niezmiennie spokojny, leniwy, ale
retoryczne pytanie zawiera w sobie zgryźliwą ironię, agresję i odrzucenie. Nie tak i nie w tym momencie rozmowy sformułowałem to
pytanie.
- Tak, studiowałem anglistykę i germanistykę w Moskiewskim Instytucie
Języków Obcych imienia Thoreza - odpowiada jednak dziennikarz i bezlitośnie zadaje dwa ciosy: - Skoro zajmuje się pan Rosją, to zna pan
zapewne ten instytut. No a kim był Maurice Thorez, oczywiście pan wie.
Mam poprowadzić śledztwo w sprawie tragedii, która wydarzyła się w Moskwie. Nie znam moskiewskiego Instytutu Języków Obcych. I nie pamiętam
w tej chwili, kim był Maurice Thorez. Fatalnie zaczyna się ta rozmowa, a mój prześmiewca zaczyna budzić we mnie irytację i niechęć. W ten sposób
nie dowiem się niczego. Przełykam wraz z kęsem ciasta urażoną dumę i własną ignorancję.
- Panie redaktorze, potrzebuję pańskiej pomocy. Rzecz jest następująca.
Proszę o zatrzymanie tych informacji dla siebie. W 1981 roku w Moskwie
zginął tragiczną śmiercią student z Polski. Jego rodzina uważa, że nie
był to wypadek, lecz morderstwo. Zgodnie z kodeksem karnym przestępstwo
zabójstwa ulega przedawnieniu po upływie trzydziestu lat. Zatem, jeśli
byłoby to zabójstwo, to jedynym obecnie sposobem podjęcia śledztwa w tej
sprawie pozostaje zakwalifikowanie czynu do zbrodni komunistycznej,
której karalność, w tym wypadku, ustanie w 2021 roku.
- Kiedy dokładnie zginął student? I jak się nazywał? Jeśli to nie
tajemnica, oczywiście. - Redaktor Długi przybiera już rzeczowo neutralny
ton.
- Proszę tylko tego nie ujawniać. To był student politechniki stali i stopów, Tomasz Wiśniewski. Zginął w październiku 1981 roku pod kołami
pociągu w metrze. Słyszał pan coś może o tym?
- Misis...
- Nie rozumiem, jaka "misis"?
- Raczej "jaki". Moskowskij Institut Stali i Spławow, w skrócie - MISIS.
Jeśli prowadzi pan taką sprawę, powinien pan poznać te abrewiatury:
EMGEU, INJAZ, MGIMO, MADI, MIFI, MIFT, MAFI... To nazwy moskiewskich
uczelni. Bez obaw, proszę. Nie zajmuję się sprawami kryminalnymi, lecz
międzynarodowymi. Co nie znaczy, naturalnie, że międzynarodowe nie są
kryminalne. Ale nie każda kryminalna staje się międzynarodową. A ta
sprawa taką stać się może, nieprawdaż? - Jacek Długi ma dziennikarską
zdolność ujmowania istoty danej kwestii krótkimi zdaniami. - Panie
prokuratorze, więc rzeczy mają się tak. Studiowałem w Moskwie w latach
1977-1982. Nie przyjaźniłem się z Wiśniewskim, co zrozumiałe, bo w samej
Moskwie było ponad półtora tysiąca studentów z Polski, ale o tym wypadku
słyszałem. Dużo się o nim mówiło się w naszym środowisku. W tym czasie
Moskwa była bezpiecznym miastem, zwłaszcza dla biednych cudzoziemców.
Śmierć studenta z Polski, nawet przypadkowa, to było coś
unprecedented, niespotykanego. I na pewno została poddana
skrupulatnemu śledztwu.
- Półtora tysiąca studentów z Polski, powiedział pan. Aż tylu?
- Może nawet więcej, nie umiem powiedzieć. Ale da się to łatwo sprawdzić
w archiwach Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego. Ponadto, może pan też
skontaktować się bezpośrednio z ówczesnymi pracownikami polskiej
ambasady, którzy zajmowali się studentami.
- Pamięta pan może ich nazwiska?
- Pamiętam radcę Kalickiego, ale on już nie żyje. Poszukam w domu. Jeśli
odnajdę, przekażę panu na telefon, z którego pan dzwonił. Pełne dane o pracownikach wydziału nauki i wydziału konsularnego na pewno są dostępne
w archiwach Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
- Dlaczego aż tak wielu Polaków wyjeżdżało na studia do Związku
Sowieckiego? Co pana, przykładowo, skłoniło, aby studiować w Moskwie?
Na twarzy redaktora czytam rozbawienie.
- Wie pan, co powiedziała pewna Amerykanka, gdy w Auschwitz pokazano jej
baraki więźniów? "Dlaczego nie dzwonili do swoich prawników?!" Sugeruje
pan, że mógłbym tak po prostu wyjąć paszport z szuflady, wysłać mailem
aplikację do Oxfordu czy Sorbony?... Przecież to prawie taka sama
odległość jak do Moskwy, nieprawdaż? Chociaż... cieszę się, że pana
pokolenie jest tak dalekie od rozumienia dawnych czasów. Bo oznacza to,
że już bardzo oddaliliśmy się od tamtych realiów. Studia w Związku
Radzieckim były nie tylko bezpłatne, otrzymywaliśmy także zupełnie
przyzwoite stypendia od polskiego rządu. Stwarzały także okazję do nauki
rosyjskiego i poznania obcego kraju. Czy zna pan taki kierunek studiów w Polsce, nawet dzisiaj, który da panu trzy języki obce, i to na dobrym
poziomie, i jednocześnie znajomość dużego, sąsiedniego kraju? Polscy
studenci uczyli się nie tylko w Moskwie, lecz we wszystkich większych
miastach, od Taszkentu do Tallinna. Już nie wspominam o tym, że w Polsce
niektórych kierunków po prostu nie było, a poziom na wybranych
radzieckich uczelniach był naprawdę niezły.
- I przy okazji urządzano wam pranie mózgów.
Ta uwaga z mojej strony nie ma nic wspólnego z profesjonalizmem.
Prezentuje sobą bardziej poziom bazaru. Nie wiem, co mnie podkusiło.
Zapewne pozytywna opinia Długiego o poziomie studiów sowieckich. Jeśli
chciałem wyrwać rozmówcę z bańki niezmąconego spokoju, jakim się
otoczył, to otrzymałem mierny rezultat.
Dziennikarz pierwszy raz otwarcie okazuje emocje. Uśmiecha się. Jakby z ironią i pobłażliwością.
- Zapewne takie cele również przyświecały i ówczesnym naszym decydentom
politycznym, i gospodarzom. - Zgadza się. - Ale na temat prania mózgów w różnych epokach historycznych i jego skutków moglibyśmy prowadzić długie
dyskusje.
- Jak wyglądało życie studenckie w ówczesnej Moskwie? - Chcę załagodzić
swoją głupią wypowiedź sprzed chwili.
- Normalnie. Dużo pracy, bardzo dużo. Ale też wiele rozrywek. Doskonała
filharmonia, świetna opera i balet, dobry teatr klasyczny. Dziewczyny.
Alkohol...
- Dużo się piło?
- Tyle, co i na uczelniach w Polsce, co znaczy - niemało. W środowisku
mówiło się, że tego wieczoru, gdy zginął, Wiśniewski był mocno napity.
Podobnie zresztą jak jego koledzy, którzy razem z nim wracali z imprezy
do akademików.
* * *
Wracając późnym wieczorem na swój Ursynów, nie mogę oprzeć się wrażeniu,
że pozornie otwarty redaktor Długi nie powiedział mi wszystkiego, co
wie. Może rozmyślnie zawieszał głos, pozostawiając miejsce do
spekulacji? Chociaż w sumie był człowiekiem mediów, jak określił go
Piotr. Często występował w telewizji, a więc miał nawyk dramatyzowania
opowieści. Niemniej, wyjawił mi kilka ważnych spraw. Przykładowo, że
Wiśniewski nie był sam w chwili śmierci i że całe towarzystwo było
nietrzeźwe. Ciekawe tylko, dlaczego te szczegóły były dziennikarzowi
Długiemu znane.
Rozdział 2
Następny dzień poświęcam na
sporządzanie pism do urzędów, które mogłyby pomóc wyjaśnić okoliczności
śmierci studenta. Może wypłyną jakieś nazwiska, które okażą się
przydatne później, przy właściwym postępowaniu przygotowawczym? Piszę do
Ministerstwa Spraw Zagranicznych, do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa
Wyższego i, po namyśle, do Ministerstwa Edukacji Narodowej, gdyż nie mam
pewności, który resort był odpowiedzialny za polskich studentów za
granicą w latach osiemdziesiątych. Każde z pism opatruję prośbą o udzielenie odpowiedzi możliwie szybko, "z uwagi na wagę prowadzonego
postępowania". Zakładam, że papier firmowy Instytutu Pamięci Narodowej w połączeniu z tą "wagą" skłoni ministerialnych urzędników do pośpiechu w przeszukaniu archiwów. Inaczej będę oczekiwał na informacje do nowego
roku.
Wysyłam też pismo do Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu. W tym wypadku
liczę bardziej na łut szczęścia, ponieważ akta prokuratorskie, zgodnie z prawem, powinny zostać zniszczone. O ile w ogóle w Polsce w 1981 roku
wszczynano śledztwo w sprawie śmierci Wiśniewskiego. Dzwonię jeszcze do
poznańskiego oddziału IPN, gdzie pracuje mój dobry kolega, i przedstawiam mu pokrótce problem, prosząc o odnalezienie kilku
dokumentów.
Po południu wzywa mnie do siebie Kaczmarek. Nie zaprasza, abym usiadł
przy stoliku, przy którym zazwyczaj podejmował ważniejszych rozmówców.
Sadowię się zatem na krześle przy jego biurku. Przykryty szkłem rozległy
blat biurka, nieskazitelnie czysty, lśni jak kontuar w luksusowym hotelu
oddzielający szefa zmiany od klienta bez rezerwacji, którego nie sposób
zignorować, a który swoim pojawieniem się narusza spokój dostojnego
recepcjonisty. Na stole leżą równiutko ułożone dwa skoroszyty, a przed
moim szefem teczka z dokumentami, którą natychmiast zamyka, gdy tylko
wchodzę. Niklowana designerska lampa biurowa odbija się w tafli blatu
niczym w lustrze. Kaczmarek jest uporządkowany, precyzyjny jak
szwajcarski zegarek. I jak zegarek przewidywalny. Tym razem jednak mnie
zaskakuje.
- Zapewne się pan dziwi, że powierzyłem panu tę sprawę? - Zadaje
retoryczne pytanie. - Sugerowano mi, że powinien zająć się nią ktoś
bardziej doświadczony. Ktoś, kto zna tamtą epokę z własnego
doświadczenia. Właśnie tego chciałem uniknąć. Bo, widzi pan, niczego nie
ujmując naszym starszym kolegom, oni wszyscy są skażeni komunizmem. I ci, którzy bronią PRL, i ci, którzy z nią walczyli i walczą nadal,
chociaż minęło prawie pół wieku... nazywam ich wszystkich, bez wyjątku,
postkomunistami. Gdyż w ich myśleniu punktem odniesienia jest komunizm,
czyli przeszłość. Oni mentalnie pozostają w tamtej epoce. A dzisiaj mamy
XXI wiek i zupełnie inną rzeczywistość.
To dość oryginalne stwierdzenie. Niemniej, jestem skłonny przyznać
Kaczmarkowi pewną część racji. Chociaż w naszej pracy rzeczywistość
sprzed pół wieku nie tworzy zapisanych kart podręcznika historii, lecz
pozostaje notesem z czystymi stronami, które należy dopiero zapełnić.
- Dlatego zakładam - kontynuuje naczelnik - że pańskie spojrzenie,
pozbawione obciążeń mentalnych, wniesie do śledztwa inną perspektywę.
Zapoznał się pan z dokumentami? - Przenosi ogólnikowe dywagacje na
konkretny tor.
Dokumentami? No tak, przecież nie mógł powiedzieć: "listem" czy
"wnioskiem"; to zabrzmiałoby niewystarczająco solidnie, obniżałoby rangę
sprawy. Nie doczekawszy potwierdzenia, Kaczmarek pyta:
- Jak pan zamierza prowadzić postępowanie? Może mi pan przedstawić
wstępny plan do końca bieżącego tygodnia?
Aż korci mnie, by zadać pytanie, czy plan ma być opracowany w formie
tabeli i w jakich kolorach. No i dobór czcionki - to byłoby dopiero
wyzwanie.
- Tak, panie naczelniku. Przedstawię w końcu tygodnia plan postępowania
sprawdzającego.
Kaczmarek kiwa głową. Rozumiem, że to nie plan moich działań miał być
tematem rozmowy.
- Zakładam, że sprawa będzie wymagała żmudnego i długotrwałego śledztwa...
Czyżby miał to być komunikat, abym się nie spieszył? Że ważne jest, by
gonić króliczka, a nie, by go złapać?
- Naturalnie, koledzy z archiwum pomogą panu... Ma pan jakieś preferencje?
Chciałbym, by ktoś od nich ściślej z panem, czy może lepiej: dla pana,
pracował.
- Piotr Mydlak. To wybitny specjalista od ostatnich lat PRL-u. Jest też
bardzo biegłym archiwistą.
- Dobrze. Ale myślałem o kimś, kto pomógłby panu w codziennej, także
papierkowej pracy. O kimś w rodzaju asystenta. Widzi pan - tutaj
Kaczmarek waha się przez ułamek sekundy - zgłosiła się do nas na staż
córka profesora Moskalewicza, absolwentka prawa na Uniwersytecie
Wyszyńskiego.
Moskalewicz! To duże nazwisko! Stały bywalec pierwszego programu
telewizji. Profesor. Jeden z najbardziej wpływowych polityków partii
rządzącej. Przy tym szczery patriota i niezłomny orędownik radykalnej
odnowy w kraju. Córka najpewniej wyniosła z domu te same wartości.
Przynajmniej nie będziemy mieli powodów do politycznych utarczek. Jeśli
taki partyjny bonza kieruje swoją córkę na staż do IPN, to można
założyć, że zostanie u nas na dłużej. Pensje w pionie śledczym IPN są
niemal dwukrotnie wyższe niż w prokuraturze rejonowej. Mając zaś za
podwładną córkę wpływowego polityka, Kaczmarek stanie się niczym
prezydent elekt - nietykalny i z gwarancją kariery. Myślę o moim szefie
z podziwem. A to skurwysynek, niby taki przyczesany i układny jak
gorliwy pierwszoklasista, a można mu pozazdrościć wyczucia chwili.
- Panna Moskalewicz będzie bardzo użyteczna, gdyż perfekcyjnie włada
rosyjskim, co w tej sprawie jest niezwykle ważne. W dodatku, jak
poinformował mnie jej ojciec, specjalizuje się w prawie Federacji
Rosyjskiej.
Cały Kaczmarek! Któż dzisiaj mówi o niezamężnej kobiecie "panna"?
Dobrze, że nie powiedział "panna Moskalewiczówna". I nie omieszkał
podkreślić, że ma układy na samych szczytach władzy. Mógłby darować
sobie to wtrącenie: "Jej ojciec poinformował mnie"; wystarczyłoby
przecież powiedzieć: "Specjalizuje się w prawie Rosji". Moskalewicz czy
Moskalewiczówna, jedna drugiej równa - lecę w myślach Sienkiewiczowskim
Radziwiłłem, zastanawiając się, czy aby jakaś inna historia, na przykład
miłosna, nie kryje się za promowaniem panny Moskalewicz. Natychmiast
jednak odrzucam tę myśl. Prokurator Kaczmarek jest równie daleki od
romansów, i w ogóle od jakichkolwiek emocjonalnych porywów, które
mogłyby zaburzyć jego karierę, jak ja od udziału w pochodach
pierwszomajowych.
Chyba jakiś siódmy zmysł każe mi skojarzyć córkę Moskalewicza z bohaterką Potopu. Gdy objawia się bowiem w czwartek w drzwiach mojego
gabinetu, wprowadzona przez panią Wiesławę, co już samo w sobie świadczy
o pozycji stażystki, gdyż nie po każdego gościa Kaczmarek wysyła swoją
sekretarkę, odnoszę wrażenie, że widzę młodszą kopię Małgorzaty Braunek.
Tyle że gorszą - konstatuję w myślach z rozczarowaniem, pomagając
Moskalewiczównie-Billewiczównie zdjąć płaszcz. Zazwyczaj nie nadskakuję
kobietom, ale nie będę przecież aż tak nierozsądny. Skoro naczelnik ją
hołubi... Zmyliła mnie jej wiotka postać, duże szare oczy i jasne włosy,
bujnymi lokami spadające na policzek.
Z bliska wygląda znaczniej mniej korzystnie. Bez makijażu, z bladą,
jakby chorowitą cerą. I nosi się jak zakonnica lub uczennica instytutu
dla szlachetnie urodzonych dziewic. Szary płaszcz, sukienka bez koloru i bez kształtu, a w dodatku te bezsensowne wielkie okulary w czarnej
oprawce. A może rozmyślnie włożyła dzisiaj ten strój, wyobrażając, że
IPN to coś pośredniego między prokuraturą a domem pogrzebowym.
- Dorota Moskalewicz - popiskuje niepewnym głosem i wyciąga do mnie
rękę.
Dłoń ma ciepłą i suchą, a uścisk wręcz stanowczy. Może pozory mylą?
- Będę miała przyjemność przejść staż u państwa.
Głos w sumie przyjemny, ale mogłaby mówić głośniej. "Będę miała
przyjemność..." Panna szlachetnie urodzona. Że też takie cuda jeszcze się
uchowały. Ale powiedziała "przejść staż", a nie "odbyć staż", jak
uczyniłoby dziewięćdziesiąt dziewięć procent urzędników, co już świadczy
dobrze o jej wyczuciu języka.
- Witam panią serdecznie. Aleksander Wojtkowski. - Szczerzę zęby w uśmiechu. Jeśli jej tatuś jest znanym i wpływowym politykiem, to
grzeczności nigdy nie za wiele. - Również się cieszę, że zadeklarowała
pani gotowość do współpracy ze mną. Przygotowaliśmy dla pani miejsce
pracy w moim pokoju. - Przypisuję sobie zasługę w starciu kurzu z biurka, od miesięcy bezpańskiego. Pani Wiesia rzuca mi ironiczne
spojrzenie i bez słowa wychodzi.
Panna Dorota posłusznie, niczym uczennica, siada przy wskazanym jej
stoliku. Aby dziewczę nie wyobrażało sobie zbyt wiele, od razu
postanawiam pokazać, kto jest kto.
- Podobno zna pani rosyjski i specjalizuje się w prawie rosyjskim. Przez
te kilka miesięcy, które pani z nami spędzi, będziemy zajmowali się
sprawą, która jest związana z Rosją. Tak więc pani umiejętności bardzo
się przydadzą przy opracowaniu dokumentów. Oczywiście, tylko
nieklasyfikowanych.
- Moja babcia ze strony mamy jest Rosjanką. To znaczy, mieszkała w Związku Radzieckim, w Rydze. Naprawdę z pochodzenia jest na poły
Łotyszką, na poły Żydówką. Od niej nauczyłam się rosyjskiego. Skończyłam
też rusycystykę. A na temat najnowszych zmian w prawie Federacji
Rosyjskiej trochę pisałam.
Dziewczyna wydaje się niebezpiecznie gadatliwa, a może tylko sygnalizuje
gotowość do zbudowania relacji cieplejszych, niż zapowiadały się po
pierwszej wymianie spojrzeń i zdań. Jeśli jednak chciała zrobić na mnie
wrażenie, to jej się udało. Kto spośród absolwentów prawa w Warszawie
mówi płynnie po rosyjsku i specjalizuje się w prawie Rosji? Mój
rosyjski, na którego opanowanie nalegał ojciec, nie jest zły, ale
przecież nie można go porównać z poziomem niemal native speakera. Ale
już moje wyobrażenia o Rosji są bardziej mgliste niż nasycony smogiem
dzień za oknem. Chyba wtajemniczę panią Dorotę w te szczegóły śledztwa,
które można przekazać uprzywilejowanej stażystce. Przez moment myślę
nawet, czy aby nie zabrać jej ze sobą na pierwszą rozmowę z Wiśniewskim.
Natychmiast jednak się reflektuję. Pomijając już, że lubię podróżować w samotności, a panna Moskalewiczówna najwyraźniej należała do gatunku
osób szczodrych na słowa, to wspólny wypad gdzieś pod Poznań z młodą
dziewczyną ściągnąłby na mnie niechybnie gniew Elizy i podejrzliwe
plotki w oddziale.
Losy babci, która była Żydówko-Rosjanko-Łotyszką, interesują mnie nie
bardziej niż nazwa sklepu z odzieżą second hand, bo chyba w takim panna
Dorotka nabyła swój płaszcz. Staram się jednak być grzeczny i wykazać
jakieś zainteresowanie:
- Jak trafiła do Polski?
- O, to długa i romantyczna historia... - na te słowa ogarnia mnie strach,
że Moskalewiczówna zechce mi ją teraz opowiedzieć - ...ale bardzo
osobista, rodzinna.
Dziewczyna kreśli zdecydowaną granicę między tym, co służbowe, a co
odnosi się do spraw prywatnych, dając mi jednoznacznie do zrozumienia,
że ta druga sfera pozostaje dla mnie całkowicie zamknięta.
Wzruszam ramionami. Nie jestem ciekawy ani rodzinnych historii rodziny
Moskalewiczów, ani osobistych problemów pani Doroty.
Rozdział 3
Moja nowa koleżanka, stażystka,
asystentka - jeśli mam poważnie traktować słowa Kaczmarka - i współlokatorka gabinetu w szklanozielonym biurowcu, wygląda jak siedem
nieszczęść, zwłaszcza wówczas, gdy zmoczona i zziębnięta wchodzi w swoim
workowatym płaszczu, wyciera nos i czyści okulary z kropli deszczu
padającego obficie w ten marcowy poranek, a kolejne siedem niepowodzeń
rozsiewa wokół z każdym kichnięciem. Wraz z jej pojawieniem wszystkie,
nawet najprostsze, sprawy zaczynają się wypiętrzać w himalaje kłopotów.
Najpierw Piotr, którego prosiłem, aby podrzucił mi jakieś książki,
raporty lub zestawienia na temat studentów polskich z ZSRR, odpowiada mi
po kilku dniach, że czegoś takiego nie ma.
- Wprawdzie istnieje opracowanie analityków z Agencji Bezpieczeństwa
Wewnętrznego, które częściowo dotyczy tematu, lecz poświęcone głównie
grupie "Wisła", która działała przy ambasadzie PRL w Moskwie. A to
zupełnie co innego.
Piotr opowiada mi przez kilkanaście minut, czym była "Wisła": Oficjalne
przedstawicielstwo polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przy
sowieckim KGB, tworzone przez kilku oficerów wywiadu i kontrwywiadu,
ulokowanych głównie w ambasadzie PRL w Moskwie, ale także w jednym z rejonowych oddziałów KGB w Moskwie. Grupa zajmowała się przede wszystkim
ochroną kontrwywiadowczą polskich placówek dyplomatycznych i polskich
obywateli, przebywających w ZSRR. I, naturalnie, prowadziła operacyjną
działalność wywiadowczą.
- Przeciwko Związkowi Sowieckiemu?! - pytam, nie kryjąc zdziwienia.
Piotr śmieje się. Jego śmiech głośnym echem odbija się w słuchawce i w mojej głowie.
- Żartujesz chyba...
Odnotowuję w myślach, że muszę sprawdzić ten trop. Jeśli esbecy śledzili
polskich obywateli, to na pewno weszli w posiadanie informacji o różnych
wydarzeniach i incydentach. Śmierć polskiego studenta nie mogła umknąć
ich uwadze.
Proszę Piotra, aby postarał się odnaleźć kogoś z byłych funkcjonariuszy
grupy "Wisła", pracujących w Moskwie na przełomie siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.
Później oddzwania dyrektorka z departamentu czy biura archiwum w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Bardzo kompetentna i miła, chce
uściślić, jakich materiałów naprawdę potrzebuję, gdyż nie wynika to z mojego pisma. Dopytuję, czy można znaleźć informacje o składzie osobowym
ambasady PRL w Moskwie w roku 1981 i jak szczegółowe są dokumenty
przesyłane przez służby konsularne. Urzędniczka objaśnia, że listę
pracowników ambasady w 1981 roku prześle, natomiast dokumentacji
konsularnej nie przechowuje się tak długo, poza sprawozdaniami rocznymi,
dość ogólnymi.
Dzięki Bogu i za to. Choć liczyłem, że wydobędę z archiwów naszej
dyplomacji więcej informacji.
- Bardzo pani dziękuję. Jeśli można, to wolałbym osobiście po nie
podjechać. Jeżeli czegoś nie zrozumiem, od razu poproszę o objaśnienia.
Jakby tego było mało, Wiśniewski, do którego wreszcie udaje się mi
dodzwonić, mówi, że nie może mnie gościć w najbliższą niedzielę, gdyż
wyjeżdża z żoną na chrzciny wnuka siostry.
- Niech pan przyjedzie za dwa tygodnie, w sobotę lub niedzielę -
zaprasza. Wyjaśnia, że w robocze dni jest mocno zajęty i miałby czas
dopiero w późnych godzinach wieczornych. Potem milczy chwilę i dodaje,
jakby z wahaniem: - Wie pan, dzwonił do mnie jakiś dziennikarz z Warszawy, prosząc o rozmowę. Pognałem go. Śmierć mego brata to nie jest
temat na pierwszą stronę szmatławców.
Nie jestem szczególnie zaskoczony informacją o tym, że przejęcie przez
IPN sprawy śmierci Wiśniewskiego wyciekło już do prasy. Nieformalna i skrywana współpraca Instytutu z niektórymi dziennikarzami jest drogą
dwukierunkową. Podejrzewam, że przeciek nastąpił, nim jeszcze prokurator
Kaczmarek przekazał mi teczkę z dokumentem. Nie poprawia mi to nastroju.
Uznaję, że sposobem na odwrócenie złej passy może być przekupienie panny
Doroty, aby nie rozsiewała zarazków i złych fluidów. Następnego dnia
zbaczam z głównej trasy z domu do pracy, z poświęceniem przemaczam buty
i zjawiam się w biurze z torbą słodyczy od Wedla. Moskalewiczówna
pogryza czekoladki, ale nie zaprzestaje dobrze zamaskowanego sabotażu,
ponieważ nieszczęścia sypią się nadal. Szef wzywa mnie i obarcza
kolejnym zadaniem - jako że kolega zasmarkał się i rozchorował, mam do
poniedziałku napisać za niego sprawozdanie.
- Sprawa jest pilna. Wszystkie niezbędne dane i zestawienia są już
zebrane, należy jedynie nadać im przyzwoitą, przejrzystą formę
sprawozdania. Jestem przekonany, że przez weekend zdąży pan to zrobić.
Wydaje mi się, że naczelnik Kaczmarek uśmiecha się złośliwie. Nie chcę
dać mu jeszcze większej satysfakcji, próbując wyjaśnić, że nie mogę
poświęcić weekendu, ponieważ już umówiłem się z Elizą na wypad do Spały
z nią i grupą jej przyjaciół. Elizie bardzo zależy na tym wyjeździe.
Chce się pochwalić koleżankom "swoim mężczyzną", bo tak mnie nazywa w rozmowach z nimi. Na Nowy Rok jeździłem z inną grupą jej znajomych do
nowo otwartego, szpanerskiego spa w Kazimierzu. Rozkapryszone,
zarabiające po kilkadziesiąt tysięcy towarzystwo, kosmopolityczne i niedojrzałe politycznie. Niezbyt dobrze czułem się w rozmowach, które
dotyczyły kursu akcji, perspektyw bitcoina, kolejnej wtopy czy przekrętu
kogoś z rządu, życia gwiazdek warszawskiego światka telewizji i mody
oraz zalet nowego bmw, które monachijski koncern właśnie wypuścił na
rynek.
Eliza obraża się, co było nietrudne do przewidzenia. Demonstruje swoje
niezadowolenie, przerywając rozmowę i moje niezdarne wysiłki
wytłumaczenia sytuacji. Kilka minut później dzwoni ponownie.
- Udało się ci przekonać szefa?
Nie próbowałem przekonywać szefa. Nawet nie podejmowałem z nim rozmowy
na ten temat. Byłoby to zupełnie bezcelowe.
- Niestety, nie udało mi się...
Eliza ponownie się rozłącza, aby za kilkanaście minut zadzwonić raz
jeszcze i zakomunikować, że w takim razie pojedzie beze mnie. Wzruszam
ramionami i teraz ja z kolei odkładam słuchawkę. Nie żebym się obraził.
Po prostu nie mam nic do powiedzenia.
Moskalewiczówna nie słucha lub udaje, że nie słucha moich rozmów.
Pochylona nad biurkiem, z włosami, które osypują się z głowy, tworząc
kurtynę odcinającą ją od świata zewnętrznego, któryś dzień z rzędu
studiuje dokumenty o IPN - ustawy, regulaminy, orzeczenia, sprawozdania,
debaty sejmowe... Sądzę, że zna je teraz lepiej ode mnie.
W sobotę z trudem wstaję z łóżka. Boli mnie głowa, mam dreszcze i czuję
się tak, jakbym wypadł spod cepów mechanicznej młocarni. Pochylam się i przyglądam sobie w lustrze. Muszę któregoś dnia zawiesić je wyżej.
Najwidoczniej, poprzedni właściciel mieszkania nie miał moich 185
centymetrów. Trzydniowy zarost dzisiaj przydaje mi wyglądu nie tyle
męskiego, ile dziadowskiego. Popijam kawę wodą, w której musują dwie
tabletki fervexu, owijam szyję szalem i na przemian to szczękając zębami
z zimna, to zgrzytając nimi ze złości na Elizę, szefa i na cały świat,
dojeżdżam na Instytutu. Jedynym pocieszeniem jest to, że dzisiaj w wagonie metra mogę usiąść, a tramwaj jest zupełnie pusty.
Widok panny Moskalewicz, która przypomina rozczochraną kuropatwę w deszczu albo wielkiego, szarego wróbla, któremu po długiej walce w kałuży udało się wyrwać kotu, a teraz stoi przed drzwiami gabinetu,
zaskakuje mnie, ale nie poprawia nastroju, co dobitnie dowodzi mojej
złej kondycji. Gdybym był w formie, parsknąłbym zapewne śmiechem,
patrząc na tę komiczną, godną współczucia postać.
- Nie mam uprawnień, by wejść do pokoju - wyjaśnia.
- Zapomniała pani czegoś? - Przykładam identyfikator do zamka i, jak
prawdziwy dżentelmen, przepuszczam ja przed sobą.
- Wczoraj nie wyglądał pan najlepiej, a dzisiaj w ogóle pan nie wygląda.
Pomyślałam, że pomogę panu w tym sprawozdaniu.
Nie bardzo wiem, jak zareagować, więc mówię tylko:
- Bardzo dziękuję. To miłe z pani strony.
Moskalewiczówna nie na próżno pilnie studiowała przez ostatnie dni
postanowienia i sprawozdania. Najpewniej była też prymuską i ma łatwość
formułowania poprawnych, precyzyjnych zdań. Ze sterty dokumentów,
przygotowanych przez prokuratora, którego tak niefortunnie dla mnie
dopadła grypa, sprawnie odnajduje potrzebne dane, zakreśla je
pomarańczowym markerem i podsuwa mi pod nos. O czternastej wypracowanie,
zwane sprawozdaniem, jest gotowe. Drukuję je w dwóch egzemplarzach,
czytamy je ponownie, poprawiamy kilka sformułowań. Wydruk finalnego
produktu wkładam do koperty.
- Mam do pani prośbę. Najpewniej w poniedziałek nie będę w stanie
przyjść do pracy. Może je pani przekazać naczelnikowi?
- Oczywiście, zrobię to.
Kiedy wychodzimy z gmachu, deszcz, który z rana tylko siąpił, zacina
mieszaniną wody i śniegu, smaga twarze zamarzającą breją. Otrząsam się
niczym pies wyrzucony z ciepłej budy i ciaśniej owijam szyję. Zżymam
się, że nie przyjechałem autem.
- Wzięłam samochód. Podwiozę pana do domu. Mieszkamy przy Wilanowskiej,
to prawie po drodze - proponuje dziewczyna.
Albo papa Moskalewicz jest sknerą, albo nieprawdziwe są krążące o nim
plotki, że potrafi umiejętnie pogodzić rolę prawie oficjalnego ideologa
partii rządzącej z niezwykle dochodowym zasiadaniem w radach nadzorczych
kilku spółek państwowych. Panna Dorota nie jeździ ostatnim modelem bmw,
o którym rozprawiali przyjaciele Elizy, a mocno sfatygowaną toyotą
auris.
- Mieszkacie państwo na Wilanowskiej? - zadaję pytanie bardziej po to,
aby zacząć rozmowę i przerwać nieco kłopotliwe milczenie, bo przecież
Moskalewiczówna już mnie o tym poinformowała.
Dziewczyna odpowiada po dłuższej chwili, jakby zastanawiała się, czy
zasługuję na zaufanie, aby mi powierzyć informację o swoim miejscu
zamieszkania.
- Rodzice mają dom na Mokotowie. Ja opiekuję się babcią, która mieszka
przy Wilanowskiej.
Teraz ja milczę, gdyż w tym prostym komunikacie zawiera się jakaś inna
prawda, głębsza od prostego znaczenia wypowiedzianych słów. Czuję, że
nie powinienem drążyć tego tematu. Szukam bezpieczniejszego obszaru.
- Może podjedziemy gdzieś na obiad? Chciałbym jakoś pani podziękować za
pomoc. Bez pani nie skończyłbym pewnie tego do jutra.
Panna Dorota jest znów zasadnicza niczym pruski prokurator. Przyjmuje
podziękowanie bez słowa komentarza i odrzuca moje zaproszenie.
- Dziękuję. Dzisiaj nie mogę. Obiecałam babci, że pomogę jej z obiadem.
Dziewczyna pewnie, ale bez brawury, prowadzi auto po śliskiej jezdni, na
której poboczach wyrastają pierwsze wałki mazi, żłobionej przez pojazdy.
W marcowe sobotnie popołudnie Warszawa jest pusta i smutna. Plastikowa
palma na skrzyżowaniu Jerozolimskich i Nowego Światu tonie w szarej
plusze. Jest niczym bezsensowna dekoracja, którą pozostawił na planie
szalony reżyser kręcący w Norwegii film o tropikach. W brudnej, śnieżnej
scenerii plac Trzech Krzyży z kościołem świętego Aleksandra, dziwnym
połączeniem rzymskiego panteonu z cerkwią, przywołuje z pamięci oglądany
kiedyś widoczek z Petersburga. Dojeżdżamy na Ursynów w niespełna
trzydzieści minut. Zastanawia mnie przez moment, skąd zna mój adres, nim
przypominam sobie, że w wewnętrznym informatorze oddziałowej Komisji
można znaleźć pełne dane każdego z nas, łącznie z adresami i numerami
telefonów.
Kiedy zatrzymujemy się naprzeciwko wejścia do mojej klatki, raz jeszcze
dziękuję i pochylam się w jej stronę, aby - jak mam w zwyczaju -
pocałować dziewczynę w policzek. Jej oczy patrzą jednak na mnie
badawczo, wręcz surowo i zniechęcająco. Kiwam więc tylko dłonią i wychodzę. Odjeżdża powoli, uważnie manewrując, aby nie potrącić
samochodów zaparkowanych wzdłuż domu. Może dlatego nie ogląda się za
siebie.
Całą niedzielę spędzam w łóżku. Nie odbieram telefonów. Odżywiam się
fervexem i odnalezionym w zakamarkach lodówki serem, który nabyłem
kiedyś pod nazwą edamski, a dzisiaj ma twardość parmezanu, ale i tak
jest bardziej miękki niż kupione przed kilkoma dniami bułki. Po namyśle
postanawiam pozostawić pieczywo na czarną godzinę i dać się oszukać
kawałkowi sera, potraktować go rzeczywiście jak parmezan, rozcierając na
tarce nad ugotowanym makaronem. Nie mam sił, by zejść do osiedlowego
sklepiku. Nie chce mi się nawet wykąpać. Wyłączam telefon i zasypiam
wraz z nadejściem zmierzchu.
Kilkukrotnie się budzę, śnię jakieś koszmary. Uciekam przed ojcem czy
też ścigam go ulicami Moskwy. Skradam się po Placu Czerwonym, w zaspach
śniegu, później przez jakieś tory, którymi sunie nie pociąg, lecz jakiś
gigantyczny pająk z czerwoną gwiazdą na grzbiecie... Budzę się ponownie.
Zmieniam mokrą piżamę i pogrążam się w ciężkim śnie, w którym sowieccy
żołnierze w spiczastych czapkach-budionowkach gonią mnie z ciężkim
stukotem buciorów po nabrzeżu jakiejś rzeki, jeziora czy morza.
Kiedy rankiem w poniedziałek zwlekam się z posłania i przyglądam sobie
przy goleniu, przyznaję rację Dorocie - w ogóle nie wyglądam. Nie
zdziwiłbym się nawet, gdybym w lustrze nie zobaczył żadnego odbicia,
lecz jedynie białą, rozmazaną plamę. Bo tak też się czuję. Dzwonię do
Cześka, który podobno leczy ludzi, ponieważ ma dyplom akademii
medycznej, pracuje w pobliskiej przychodni na Romera i posiada moc
wypisywania zielonych druków L-4.
- Wieczorem będziesz jeszcze żył? - Przyjaciel jest zatroskany, słysząc
mój głębszy o oktawę głos. - Masz czym się leczyć?
- Prochy mam, ale nie bardzo mam czym je popić. Ostatnia butelka whisky
dawno mi się skończyła, a nie jestem pewien, czy woda nie zaszkodzi. Bo
wiesz, w wodzie mogą się zalęgnąć kijanki...
- Kijanki? Oczywiście, mogą się zalęgnąć w żołądku - zgadza się Czesław.
- Przecież ty nie znasz się na zoologii - oponuję. - A tylko na
medycynie człowieków, ale i to jest sprawą dość sporną.
Wiem, że Czesław ma w godzinach rannych, w poniedziałek, urwanie głowy.
A jeszcze przy takiej pogodzie... Nietrudno mi sobie wyobrazić korytarze
pełne kaszlących, prychających i smarkających ludzi różnego wieku, płci,
wagi i wzrostu, więc kończę rozmowę. Dochodzi dziesiąta. Czesław
przyjmuje od ósmej, a znając jego oddanie pracy, nie zdziwiłbym, gdybym
się dowiedział, że przychodzi godzinę wcześniej. Czesiek obiecuje, że
wpadnie pod wieczór i wówczas przyniesie zwolnienie i medykamenty.
- Chcesz coś jeszcze? Masz co jeść? - pyta troskliwie.
- Nie, dziękuję. Wszystko mam.
Tego by jeszcze brakowało, aby po ośmiu godzinach pracy chodził do
marketu kupować mi jedzenie.
Dzwonię do Komisji, informuję panią Wiesławę, że pojawię się w biurze
zapewne dopiero za tydzień.
- Tak, wiem. Pani Dorota uprzedziła, że zbiera się panu na chorowanie.
Proszę się nie przejmować. Pół biura choruje. Sezon na grypę, co się pan
dziwi?
Czesiek chyba postanowił zajrzeć do mnie po drodze do szpitala, gdzie
miał drugi etat, gdyż po piętnastej dzwonek interkomu budzi mnie ze
stanu zawieszenia między drzemką a odrętwieniem, z którego nie jest w stanie mnie obudzić nawet głośna muzyka. Nie mogę czytać ani oglądać
telewizji, ponieważ bolą mnie łzawiące oczy. Leżę więc na kanapie i słucham Straussa w nadziei, że monumentalny Zaratustra doda mi wigoru i przywróci chęć życia. Człapię w kapciach w stronę wejścia, przyciskam
klawisz domofonu i uchylam drzwi do mieszkania, aby nie wstawać
ponownie.
- Właź! - wołam do mikrofonu. - Chyba jeszcze żyję, ale nie jestem tego
pewien. Trzecie piętro, pamiętasz?
Wracam na kanapę i przykrywam się kocem. Nie zamierzam odgrywać przed
kolegą roli umierającego boga, ale trochę mną trzęsie. Najpewniej z powodu Straussa, który akurat w tym momencie wszystkim skrzypcom i bębnom nakazał grać forte, nie słyszę, jak wchodzi i dopiero, gdy staje
niepewnie w progu, wyłączam CD i zrywam się, zapominając, że stara
piżama nie jest strojem specjalnie rekomendowanym do przyjmowania
młodych dam. Zwłaszcza kiedy składają wizytę po raz pierwszy.
- Pukałam - mówi nieśmiało - ale drzwi były uchylone, i ta głośna
muzyka...
Jest wyraźnie zakłopotana, czy to z powodu mego wyglądu i ubrania, czy
też własnej odwagi, że zdecydowała się przyjechać.
W dżinsach i kurtce panna Moskalewicz prezentuje się o niebo lepiej niż
w tych swoich dziwacznych sukienkach do pół łydki. Włosy zebrane w ogon
odsłaniają regularną, ładną twarz ze zgrabnymi uszami. Dzisiaj
zdecydowanie bliżej jej jednak do Braunek. Zakładam pospiesznie szlafrok
(trzeba będzie go kiedyś uprać), wzuwam kapcie i zapraszam szerokim
gestem ręki.
- Dzień dobry, pani Doroto. Ależ mi przyjemną siurpryzę pani uczyniła...
Proszę, niech pani powiesi kurtkę.
Pomagam jej zdjąć wierzchnie okrycie. Obcisły sweter podkreśla zgrabną
sylwetkę z seksownie zarysowaną pupą i wysokimi piersiami. Czy nie
mogłaby się tak ubierać do pracy?
- Usiłowałam się do pana dodzwonić, ale nie odbiera pan telefonu. Już
zaczęłyśmy martwić się z panią Wiesławą, czy aby pan nie zasłabł lub coś
takiego. Kupiłam coś do zjedzenia, bo pewnie nie zdążył pan zrobić
zakupów. W pracy nie dzieje się nic nadzwyczajnego, chyba pół biura
choruje, więc wyszłam dwie godziny wcześniej. Oddałam pańskie
sprawozdanie do sekretariatu...
Dziewczyna mówi non stop, nie dając mi dojść do słowa. Rozumiem, że
słowami chce przykryć niepewność.
- Zawsze z pani taka samarytanka?
Tym pytaniem, w które nie chciałem włożyć żadnego podtekstu ani ironii,
chyba jeszcze bardziej ją deprymuję.
- Mam dużą wprawę w opiece nad mało sprawnymi osobami - robi zręczny
unik. Choć tę niepełnosprawność mogła sobie darować. - Jadł pan coś
dzisiaj?
- Jeśli szczerze, to kawę i fervex...
- To trochę mało pożywne.
Ku mojemu przerażeniu zmierza do kuchni. Nie lubię, kiedy ktoś obcy się
w niej szarogęsi. Eliza chyba wyczuwała mój niechętny stosunek do widoku
kobiet w tej części mieszkania, bo nigdy nie podjęła nawet próby
upichcenia czegokolwiek. Panna Dorota nie widzi mojego bardzo
umiarkowanego entuzjazmu, gdyż odwrócona tyłem wyjmuje z torby wiktuały,
rozkłada na blacie i zabiera się do gotowania.
Nie przeczę, w kuchni ewentualnie można też gotować. Kuchenny blat,
stabilny i z zaokrąglonymi krawędziami, wykorzystywaliśmy jednak z Elizą
częściej w sposób, który wymagał od nas zdolności innych niż kulinarne.
Przyglądam się stojącej eius ad fidelium, "tyłem do wiernych",
Moskalewiczównie i z wrodzonym mi geniuszem analitycznym dochodzę do
kilku wniosków naraz. Wszystkie są budujące: po pierwsze, panna Dorota
ma bardzo pociągające kształty, po drugie, sam fakt, że czynię takie
spostrzeżenia, świadczy niezbicie o moim nieodległym powrocie do zdrowia
oraz pełni sił. Po trzecie, tabletki Czesława przestają być niezbędne,
chociaż wciąż potrzebne jest mi podpisane przez doktora zwolnienie.
Kiedy makaron podskakuje w bulgocącej wodzie, a zapach sałatek i oliwy
truflowej przebija się przez moje zapchane otwory nosowe, dzwonek do
drzwi zwiastuje przybycie lekarza.
Pierwszy dzień tygodnia nie przestaje zaskakiwać. W progu stoi bowiem
moja mama. No tak, przecież dzisiaj poniedziałek. Mama, jeśli
przyjeżdżała do Warszawy, to w niedzielę wieczorem szła do teatru lub
filharmonii, nocowała w mieszkaniu na Mokotowie, w poniedziałek
załatwiała swoje sprawy w komisji w Ministerstwie Nauki, a po obiedzie
spotykaliśmy się gdzieś na mieście, czasami wpadała do mnie. W jednej
ręce trzyma torbę podróżną, w drugiej wypchaną reklamówkę z carrefoura.
Z reklamówki wyziera bagietka. Z oczu mamy - zdziwienie.
Oczywiście, nie dziwi jej widok kobiety w moim mieszkaniu. Mama jest
zaskoczona widokiem Doroty w kuchni. Żadna z moich przyjaciółek nie
wzniosła się nigdy na wyższy poziom sztuki kulinarnej niż usmażenie
jajecznicy czy zamówienie pizzy przez telefon. Przedstawiam sobie panie,
bawiąc się ich wzajemnym zaskoczeniem. Mama objaśnia, że przyjechała do
mnie, ponieważ nie odbieram telefonów, a w biurze poinformowano ją, że
zachorowałem.
- Bałam się, że coś złego ci się przydarzyło. Kupiłam ci co nieco i wpadłam. Ale na krótko. - Mama mówi do mnie, lecz nie spuszcza z oczu
Doroty, która odcedza makaron, dodaje wina do podsmażanych owoców morza
i kroi pomidora do mikstu sałat, a wszystko to bez pośpiechu i zbędnych
ruchów. Wreszcie mama daje wyraz swemu uznaniu dla jej umiejętności:
- Świetnie pani sobie radzi w kuchni. Jestem pod wrażeniem. Gdzie się
pani nauczyła tak gotować?
Panna Moskalewicz uśmiecha się swoim charakterystycznym, nieśmiałym
uśmiechem.
- Z oceną proszę się powstrzymać do spróbowania. Mam nadzieję, że zje
pani z nami obiad.
Albo zupełnie nie znam się na kobietach i od początku źle oceniłem
Dorotę, albo dziewczyna przeszła jakąś metamorfozę. Owszem, jestem chory
i mam gorączkę. Nie na tyle jednak wysoką, abym nie docenił zręcznej
wypowiedzi nowej koleżanki. Dwoma króciutkimi zdaniami zaskarbiła
sympatię mamy i postawiła ją w sytuacji bez wyjścia - nie może teraz
odmówić przyłączenia się do obiadu, gdyż byłoby to po prostu
niegrzeczne. Dziewczyna rozkłada sztućce, kiedy rozlega się ponowny
dzwonek do drzwi. - Oby to nie była Eliza - myślę - bo sytuacja mogłaby
nieco się skomplikować. Na szczęście to Czesław. Zziajany, z zaczerwienioną twarzą i kosmykiem włosów sterczącym jak skalp.
- Ach, jak przepysznie pachnie. - Czesiek pociąga demonstracyjnie nosem.
- Proszę usiąść razem z nami. Ugotowałam cały gar, więc się podzielimy.
- Dorota zachowuje się jak pani domu. Przecieram oczy. Nie mogę
uwierzyć, że ten wystraszony szary wróbel rozsadza moich gości wokół
mojego stołu w moim pokoju.
Lekarz kryguje się nieco mówi, że mu spieszno, ale już chwyta widelec i zajmuje miejsce przy stole obok mojej mamy. Znają się dobrze i lubią.
Kiedyś mama przyjechała do Warszawy przeziębiona, rozchorowała się i Czesław stawiał ją na nogi. Dorota podaje talerze z nałożonym makaronem
i owocami morza. Salaterkę z sałatą stawia na środku stołu. Wiem, że
powinienem jej pomóc, ale ze zdumienia dostaję wytrzeszczu oczu i paraliżu kończyn. Dopiero bardzo jednoznaczne spojrzenie mamy aktywuje
moje komórki mózgowe i przywraca sprawność odnóżom. Nawet tak spóźniona
i wymuszona niemym rozkazem mamy próba wykazania się grzecznością
napotyka na zdecydowane przeciwdziałanie mojej asystentki.
- Panie prokuratorze - mówi ta zdrajczyni - jest pan przecież chory.
Proszę się nie fatygować. Już podaję.
Słysząc słowa "panie prokuratorze", mama patrzy pytająco na lekarza,
jakby szukała u niego pomocy w zrozumieniu sytuacji. Czesław z otwartymi
ustami zerka to na mamę, to na mnie, to na Dorotę i nie ma
najmądrzejszego wyrazu twarzy. Panna Moskalewicz najwyraźniej nie
dostrzega wymowy zastygłej mizansceny.
- Smacznego - mówi. I najspokojniej w świecie siada obok mnie,
naprzeciwko lekarza.
Czesiek uznaje, że trzeba ożywić scenę i przejść do następnego kadru,
więc gwałtownie przystępuje do zachłannej degustacji. Mama próbuje
niczym kapryśna dama podczas wykwintnej kolacji, powoli i z rezerwą. Po
chwili oboje rozpływają się w pochwałach. Poczucie smaku mam przytępione
chorobą, jednak potrafię ocenić kruchość ośmiorniczek i ich
winno-truflowy aromat. Moja mama naprawdę gotuje świetnie, lecz gdy
słyszę, jak pyta: "Pani Doroto, jestem pełna uznania. Proste, szybkie, a wyśmienite. Coś akurat dla mnie. Gdzie się pani nauczyła tak gotować?",
wiem, że to nie kurtuazyjny komplement, a szczere uznanie.
Moskalewiczówna rumieni się na twarzy. Zaczynam rozumieć jej naturę.
Dziewczynie najwyraźniej brakuje pewności siebie. Peszą ją komplementy,
ale w obliczu wyzwań mobilizuje się, nabiera śmiałości i zdecydowania.
Dzieli się z mamą sekretami żydowsko-rosyjsko-łotewskiej kuchni.
Czesiek, z szybkością odkurzacza pochłania makaron, ośmiorniczki,
muszelki oraz wszystkie resztki sałatki i, zazdrośnie spoglądając na mój
talerz, instruuje, które tabletki, w jakiej ilości i o jakiej porze mam
łykać.
Jeśli ktoś z boku przyglądałby się nam, byłby przekonany, że widzi
szczęśliwą rodzinę przy stole, a nie czworo singli, których przypadkowo
zetknął los. Ludzie jak ćmy, garną się do ciepła; trzeba tylko życzliwej
dłoni, która zapali światło.
Doktor, dogryzając chleb, którym zbierał sos po resztkach sałaty,
spieszy na dyżur w szpitalu. Ściska mi dłoń, puszcza oko, kiwa z uznaniem głową. Najwidoczniej posmakowały mu morskie żyjątka. Obejmuje
mamę i, zapewne wciąż pod wrażeniem obiadu, powtarza ten sam manewr z Moskalewiczówną. Dziewczyna sztywnieje, ale nie protestuje.
Gdy tylko Czesiek opuszcza mieszkanie, panna Dorota oznajmia, że na nią
też czas - babcia czeka. Mama zerka na zegarek, pyta dziewczynę, czy
jedzie w stronę centrum.
- Zdążyłabym jeszcze na pociąg o dziewiętnastej.
- Naturalnie, podwiozę panią na dworzec. - Moskalewiczówna natychmiast
oferuje jej pomoc.
Ona naprawdę uważa, że żyje po to, aby pomagać innym. No proszę, kolejna
Matka Teresa.
Moje podziękowania za pomoc, obiad i troskę brzmią niewyraźnie i bez
przekonania. Dziewczyna odpowiada zapewnieniem, że pamięta o mojej
delegacji w Wielkopolskie i zadba, aby do piątku szef ją podpisał. Mama
patrzy na mnie trochę podejrzliwie, trochę z wyrzutem. Wychodzą razem,
niczym nieorzłączne przyjaciółki od lat.
Zmywam naczynia, łykam garść prochów i zasypiam.
Późnym wieczorem dzwoni Eliza. Pytam z grzeczności, jak udał się wyjazd.
- Fajnie było. Żałuj, że nie pojechałeś z nami - odpowiada. - Co u ciebie?
- Wszystko w porządku. Tylko trochę przychorowałem.
- Coś poważnego?
- Nie, zwykle przeziębienie. Będę żył.
Eliza zapowiada, że przyjedzie do mnie jutro, gdyż dzisiaj za późno na
odwiedziny.
- Słusznie - zgadzam się. - Jeszcze się zarazisz ode mnie jakimś
bakcylem.
Ale nie przyjeżdża we wtorek. Przesyła krótki SMS, że zatrzymała ją
pilna praca w biurze. Pojawia się dopiero wieczorem w czwartek. Opowiada
o spa, saunie, maseczkach z alg, masażach i awansie, którego się
spodziewa.
- Ciężko na to pracowałaś. Ponadto, jesteś dobra w tym, co robisz. -
Chętnie uznaję jej zasługi dla firmy, chociaż nie potrafię powiedzieć,
na czym dokładnie polega jej praca. Wiem, że jej wielka międzynarodowa
firma zajmuje się robieniem dużych pieniędzy. Ale czym konkretnie
zajmuje się Eliza, nie wiem. Opiniuje projekty? Analizuje rynek pod
kątem zapotrzebowania na dany produkt finansowy? Czy ocenia przyczyny, z których powodu nie udało się odnieść sukcesu satysfakcjonującego
korporację? Eliza jest naprawdę pracowita i ambitna. Podejmuje się nawet
takich zadań, które - jak sądzę - przerastają jej możliwości, ślęczy do
późnych godzin w biurze, zaciska zęby, bierze pracę do domu. I wykonuje
projekt. Podejrzewam, że gdyby jej zlecono zbadać, dlaczego Algieria nie
chce kupować piasku, przedstawiłaby przekonujący plan eksportu z Pustyni
Błędowskiej na Saharę.
Dziewczyna kiwa głową, patrzy na mnie badawczo, jakby ze współczuciem.
Faktycznie, muszę wyglądać fatalnie. Eliza kocha elegancję, ma klasę i jako kobieta z dobrym gustem nie cierpi zarostu u mężczyzn. Nie goliłem
się od czterech dni, a mój szlafrok niczym nieprany od tygodnia
śliniaczek dla dzieci przechowuje ślady wszystkich pospiesznie jedzonych
śniadań.
- Alek, musimy poważnie porozmawiać, ale ponieważ jesteś chory, może
przełożymy to na inny dzień?
Słyszę w głosie przyjaciółki nieznane mi odcienie. Intrygują mnie.
- Nie, dlaczego? Jestem prawie zupełnie zdrowy. W poniedziałek mam
zamiar pójść do pracy.
- Jesteśmy razem już cztery miesiące...
- Cztery miesiące bez ośmiu dni - uściślam.
- Jest fajnie, zabawnie. Ale nigdy nie rozmawialiśmy poważnie o przyszłości.
Eliza faktycznie wybrała na taką rozmowę zdecydowanie nieodpowiedni
dzień. Już nie chodzi o to, że boli mnie głowa i chce mi się spać. Nie
jestem przygotowany do rozmowy o wspólnej przyszłości. Nie myślałem o tym wcześniej. A to, że Eliza podnosi temat trzy dni po swoim powrocie z weekendu beze mnie, budzi we mnie niepokój. Przebiegają mnie dreszcze.
Otulam się szczelniej szlafrokiem, jakbym wbijał się w kokon. Wzruszam
ramionami. Dziewczyna bierze to za znak lekceważenia przeze mnie tematu
rozmowy i mówi:
- No widzisz... Dla ciebie ten temat nie istnieje. A ja mam już
dwadzieścia dziewięć lat. I muszę pomyśleć o przyszłości, rodzinie,
dzieciach.
Jest mi coraz chłodniej. Chyba niepotrzebnie wietrzyłem mieszkanie przed
jej przyjściem. Milczę. Bo już wiem, co Eliza powie. Mogłaby właściwie
już nic nie mówić. Sam potrafiłbym napisać ciąg dalszy rozmowy.
- Poznałam kogoś podczas tego wyjazdu do Spały. Myślę, że to może być
coś poważniejszego. Nie gniewaj się, proszę. Nie obrażaj.
Zawsze imponowała mi otwartość i bezpośredniość Elizy. Gdy kochaliśmy
się, a robiliśmy to często i wszędzie, kiedy i gdzie mieliśmy ochotę,
mówiła wprost, czego ode mnie oczekuje, podpowiadała. Teraz również
pozostaje wierna swojej bezwzględnej prawdomówności. Tak okrutne w swojej szczerości bywają tylko dzieci.
Moja nieuznająca kłamstw i półcieni kochanka wydaje się zaniepokojona
tym, że milczę, bo pospiesznie zapewnia:
- Tak będzie lepiej dla nas dwojga. Przecież i tak spotykaliśmy się raz,
najwyżej dwa razy na tydzień. Nigdy nie proponowałeś, żebym z tobą
zamieszkała. Pozostaniemy przyjaciółmi. Będziesz moim przyjacielem?
Kiwam głową, uśmiecham się.
- Oczywiście, pozostaniemy przyjaciółmi. Najlepszymi - zapewniam z całą
żarliwością, jaką tylko potrafię zagrać.
Elizo, moja Elizo. Moja niewierna przyjaciółko. Może jednak niekiedy
powinnaś być mniej szczera? Trochę udawać? Patrząc mi troskliwie w oczy,
spokojnym ruchem ucinasz palce u rąk, jedocześnie mówiąc: zrobię ci na
to zimny okład. Opatrzę cię. Z taką ręką też zupełnie dobrze wyglądasz.
Jesteśmy przyjaciółmi. Pójdziemy razem na spacer? Jak ci się trochę dłoń
zagoi, oczywiście.
Ona też się uśmiecha. Z wyraźną ulgą, że ma za sobą tę trudną dla niej
rozmowę, że wszystko wyjaśniła i że jej słowa spotkały się z akceptującym zrozumieniem. Nie przybyła po to, aby swoimi pytaniami
skłonić mnie do złożenia deklaracji lub wymusić decyzję. To nie w stylu
Elizy. Przyszła, aby mi zakomunikować, że nasz świat nie dotrwał ośmiu
dni do czwartej miesięcznicy. Płód w takim wieku nie jest zdolny do
samodzielnego życia.
Ponieważ milczę i tylko głupawo się uśmiecham, otulając szlafrokiem jak
małe dziecko, które odgradza się od świata za matczyną spódnicą, Eliza
mówi:
- Pójdę już. Musisz się wyspać, aby wrócić do zdrowia. Dobranoc.
Całuje mnie w policzek, po raz pierwszy nie zwracając uwagi na zarost, i wychodzi. Nie zapomina pozostawić kluczy na półeczce przy garderobie.
Uśmiecham się. Siłą woli rozciągam mięśnie ust, by wykrzywiły się w uśmiechu, chociaż nikt przecież nie doceni moich starań. Słyszę stukot
jej obcasów na korytarzu, szczęk drzwi do windy, później odgłos
ruszającego dźwigu. Cisza staje się zbyt cicha. Rozwija się długim
białym płótnem, na którym wykwitają pulsujące żyłki nerwów, niczym małe
okrwawione robaczki. Okłamałem Cześka. Nie wszystkie butelki są puste.
Została jeszcze nienapoczęta butelka Glenmorangie, gift od ojca na
ostatnie urodziny. "To dobra whisky - powiedział. -Warto spróbować, a szkoda, abyś wydawał swoją kasę. Książki ci nie kupiłem, bo nie wiem, co
teraz czyta się w twoim środowisku. Jeśli cokolwiek czytacie". Włączam
Wagnera, siorbię dwunastoletni trunek, zapalam papierosa. Pokój wypełnia
się dymem, dźwiękiem kotłów i rogów oraz zapachem parującego alkoholu.
Już nie jest tak pusto.
Rozdział 4
W sobotę przed południem dzwonię raz
jeszcze do Janusza Wiśniewskiego. Ten potwierdza:
- Tak, będę w niedzielę w domu. Czekamy na pana. Będzie pan jechał
samochodem?
I dokładnie instruuje, jak powinienem jechać, dwukrotnie przypominając,
że w Głuchowie mam zjechać z autostrady na drogę numer jedenaście.
Rezerwuję hotel w Poznaniu z niedzieli na poniedziałek. Potwierdzam swój
przyjazd koledze z lokalnego oddziału IPN, pytam go, czy coś udało się
mu ustalić. Znamy się od czasu egzaminów na aplikację prokuratorską.
Jacek poszedł tą samą drogą, co ja. Lub ściślej - ja poszedłem przetartą
przez niego ścieżką, bo on, zdolniejszy i bardziej pracowity, prawdziwy
poznaniak, zrobił szybszą karierę. Odpowiada mi, że ma trochę
informacji, ale niewiele.
W niedzielę rano wyruszam wcześnie, tuż po ósmej, ponieważ trasa do
Dąbrówki, jak wskazuje symulacja GPS, zajmie pięć godzin. Zawsze,
ilekroć jadę drogą w kierunku Świecia, wspominam pierwszą podróż z rodzicami do Berlina. Gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych
pojechaliśmy zwiedzić kraj naszych zjednoczonych sąsiadów. Nim
dojechaliśmy do granicy i totalnie rozkopanych niemieckich autostrad,
przebijaliśmy się naszą nexią przez ulice miasteczek, podskakiwaliśmy na
dziurach, a potem przez długie godziny staliśmy w kolejce do kontroli
granicznej wśród takich samych jak my, zaciekawionych Zachodem dumnych
właścicieli polonezów, małych fiatów i skód. W drodze powrotnej ojciec,
wciąż pod wrażeniem gigantycznej budowy, jaką stały się Wschodnie
Niemcy, mówił, że u nas też powstaną autostrady, znikną granice i staniemy się częścią "tamtego świata". Mama kręciła głową z powątpiewaniem.
- Może tak kiedyś będzie. Ale nie za naszego życia. Na to potrzeba kilku
pokoleń.
Słowa mamy przychodzą mi na myśl, gdy wjeżdżam do Dąbrówki. Starannie
ułożony w szachownicę chodnik z szarej i różowej kostki obejmuje z obu
stron równą asfaltową drogę o powierzchni gładszej niż nawierzchnie ulic
Warszawy. Solidne domy z zadbanym otoczeniem. Puste jeszcze o tej porze
roku kwietniki o oryginalnych kształtach. Tablice reklamują fabrykę
mebli, usługi fryzjera i szkołę językową. Dąbrówka żyje spokojną,
uporządkowaną codziennością. Podberlińskie wsie byłej NRD, które
pamiętam z tamtej wyprawy sprzed ćwierćwiecza, teraz jawią się mi jako
zaniedbane i pozbawione perspektyw.
Wiśniewski nie podziela mojego optymistycznego spojrzenia na polską
wiejską rzeczywistość.
- Z trudem wiążę koniec z końcem. Litr mleka kosztuje w skupie złoty
trzydzieści, a butelka wody mineralnej półtora złotego. Za tonę pszenicy
płacą mi sześćset złotych, a tona mocznika kosztuje ponad półtora
tysiąca. Coś jest nie tak. Gdyby nie dopłaty z Unii, poszedłbym z torbami.
Wiśniewski już zdążył mi opowiedzieć o swoim gospodarstwie. Ma
siedemdziesiąt krów i uprawia pszenicę. Mówi o drogich kredytach i masowej emigracji młodzieży ze wsi. Jego żona pomaga mu wymienić
nazwiska rodzin, z których młodzi wyjechali do Rajchu lub Anglii.
Siedzimy przy obiedzie ("Pan z drogi, więc głodny. Zapraszamy"),
rozmawiamy o życiu na wsi i w mieście, o sporcie i drożyźnie. Pani
Zuzanna przygotowała tradycyjnego schabowego z ziemniakami. Tylko moja
mama potrafi robić tak smaczne kotlety. Gdy pan Janusz dotyka polityki
("Panie, co się wyprawia w tym kraju?! Czy oni się blekotu objedli, tam
w Warszawie?!"), jego małżonka taktownie proponuje dokładkę. Powracamy
na bezpieczne tory oceny szans naszej drużyny w piłce nożnej na
Mistrzostwach Świata w Rosji.
- Mój Robert to jest dopiero fan futbolu. Wybiera się do Ruskich na te
mistrzostwa. Jak pan uważa, to bezpieczne? W telewizji gadają różne
straszne rzeczy, ale nie wierzę rządowej telewizji. Tylko wciąż straszą...
A to Ruskimi, a to migrantami, a to Niemcami...
Pytam grzecznie o dzieci. Okazuje się, Robert wyjechał na Erasmusa do
Holandii. Studiuje rolnictwo. Namawia ojca, aby przekwalifikował się na
uprawę warzyw. Córka, starsza, studiuje prawo w Poznaniu.
- Pan też robił prawo? Ale córka chce być adwokatem.
Wątek studiów córki przybliża nas do tematu, który jest celem mojego
przyjazdu.
- To córka napisała pismo do nas? - pytam.
- Nie, Ania powiedziała tylko, do kogo trzeba. Sam napisałem.
Pani domu podaje kawę. Prawdziwą, z wypasionego ekspresu. Nie mam u siebie w domu takiej maszyny. Pan Janusz zaczyna opowieść. O ojcu, który
do końca życia nie mógł przeboleć utraty pierworodnego. O bracie,
którego pamięta, chociaż czas ściera kolory wspomnień i wymazuje
szczegóły.
- Mnie od młodych lat ciągnęło do roli. A Tomek miał smykałkę do
matematyki, do techniki. Ojciec był dumny, że Tomka wzięli na studia do
Rosji, chociaż ludzie mówili: a dokąd on jedzie, w taką dal? Może na
zatracenie? Bo on taki wrażliwy był. Dużo czytał. I mieli, jak pan
widzi, rację. Szkoda, że nie dożył naszych czasów. Niechby i ze swoją
Greczynką przyjechał do nas. Dobrze by im było...
- Greczynką? Pisał pan, że miał dziewczynę Rosjankę.
- No, ona była Rosjanką, czyli z Rosji. Ale naprawdę była Greczynką, z Krymu. Tomek nawet zdjęcia stamtąd przesyłał. Miał z nią przyjechać, ale
nie zdążył. Mieli brać ślub.
- W Polsce?
- Oczywiście, że nie. Czy jej sowieckie władze nie puszczały, czy jakieś
inne przeszkody były, nie wiem. Tomek kilka razy specjalnie przyjeżdżał
wyrobić potrzebne papiery. Ostatnim razem we wrześniu. Był w sierpniu na
wakacjach, a potem za trzy tygodnie znowu przyjechał. Rodzice mieli
jechać do Moskwy na ich ślub, ale nie zdążyli. Zamiast ślubu był
pogrzeb. To było krótko przed stanem wojennym.
Wiśniewski milknie. Pytam o pogrzeb brata.
- Normalny był pogrzeb, jak należy. Ksiądz poświęcił i oddaliśmy Tomka
ziemi. Kto był na pogrzebie? Cała wieś przyszła. Bo u nas tak przyjęte.
Na wesele nie zawsze wszystkich się zaprasza. Ale na pogrzeb przychodzą
wszyscy. Z Moskwy? Z Moskwy przyjechał konsul. Nie bardzo dobrze go
pamiętam. Taki niewysoki, trochę zgarbiony, czerniawy, ale już
siwiejący. I koledzy Tomka przyjechali. Razem w czwórkę nieśli trumnę.
Nie pamiętam, jak się nazywali. Wie pan, to już prawie czterdzieści lat
przeszło. Ale to byli dobrze przyjaciele, bo ciągle odwiedzają Tomka.
Jak pisałem, nie zawsze na Zaduszki. Najczęściej jesienią, chociaż latem
też. Nie wiem, czy to na pewno tych czterech, ale kto by jeszcze
pamiętał o Tomku? Po czterdziestu latach? Każdy ma swoją rodzinę, swoje
problemy i swoich umarłych. A oni przyjeżdżają.
- Skąd pan wie, że to właśnie oni?
- Wie pan, zostawiają kwiaty. Zawsze róże. Białe.
- Potrafi pan opisać tych dwóch, z którymi pan rozmawiał w ubiegłym
roku?
- W zeszłym roku? Wie pan, wyglądali normalnie. Gdy ludzie się starzeją,
wszyscy stają się w czymś do siebie podobni. Mieli tak po jakieś
sześćdziesiąt lat. Jeden bardziej łysy, drugi mniej. Dobrze ubrani, duży
samochód, czarny. Widać, że ludzie na stanowiskach. Ten mniej łysy miał
włosy siwe jak gołąb. Wie pan, rzadko się spotyka mężczyzn, którzy mają
taką równą siwiznę, jak malowaną. Tym bardziej że na twarzy był młody. I jakby mocno opalony albo trochę ciemny.
- Dlaczego pański ojciec przez tyle lat nie podnosił sprawy? Dopiero
pan...
- Jak to, nie podnosił! Jak tylko trochę doszedł do siebie po pogrzebie
i wrócił ze szpitala, jeździł i do Piły, i do Poznania. Pisał listy.
Nawet do samego Jaruzelskiego pisał. To potem mu odpisali z prokuratury,
z Poznania, że sowiecka prokuratura wyjaśniła dokładnie, że to był
wypadek.
- Ma może pan ten list z poznańskiej prokuratury? - Dostrzegam maleńkie
światełko, szansę na jakiś konkretny ślad.
- Nie mam. Tato tak się wnerwił, jak przeczytał ten list, że porwał go i wrzucił do pieca.
- W takim razie, co pana skłoniło, aby powrócić do sprawy śmierci brata?
W piśmie stwierdził pan, że odnalezione listy wzbudziły pańskie
podejrzenie.
- Listy też. Ale, tylko niech pan się nie śmieje, przede wszystkim: sen.
Jak tato zmarł, robiliśmy porządki i w domu, i w młynie. Bo, wie pan,
mamy młyn. Kiedyś był na wiatr i wodę, ale jak moja pamięć sięga, to już
był na prąd. A później to młynarstwo w ogóle już się nie opłacało, ale
młyn został. Tata zostawił nawet skrzydła od wiatraka, bo mówił, że
ładnie wyglądają i przypominają mu jego rodzinną wieś. Ojciec pochodził
ze wschodu, zza linii Curzona, jak mówił. A jak kawałek Polski obcięli
ze wschodu, to granica się zmieniła i ojciec wyjechał na Ziemie
Odzyskane. I tak trafił do Dąbrówki.
- Wspominał pan o przeszukiwaniu domu. - Staram się delikatnie
przekierować opowiadanie Wiśniewskiego na tory bliższe tematowi, który
sprowadził mnie do wielkopolskiej wsi.
- Właśnie. Chcemy z Jadzią, moją siostrą, zrobić w starym młynie taki
mały hotel. Burzyć szkoda, a sprzedawać za psie pieniądze?! Ojciec
bardzo lubił tam przesiadywać. Ładne miejsce nad rzeką, spory sad. Kiedy
wiosną kwitną wiśnie, to jak raj. Musi pan przyjechać do nas latem.
Zobaczy pan, jak pięknie. Pomyśleliśmy po śmierci ojca, że można tam
urządzić hotel albo schronisko. Robert to wymyślił - zaznacza z dumą. -
I kiedy sprzątaliśmy, to znaleźliśmy za krokwią, w metalowym pudełku,
wszystkie listy od Tomka. Domyślam się, że tato je schował.
- Dlaczego je ukrył właśnie tam? Wspominał coś panu o tym domowym
archiwum?
- Nie wiem. Może się bał? Widzi pan, ojciec wiele w życiu przeszedł i nie miał zaufania ani do władzy, ani do urzędów. Ale nie zdążył mi
niczego powiedzieć. Umarł nagle, we śnie. Chodził, rozmawiał... położył
się i rano już się nie obudził. Lekką miał śmierć. Daj nam, Boże, taką.
Kiedy znaleźliśmy te listy, siedzieliśmy z Jadzią, czytaliśmy je i płakaliśmy. A w nocy miałem sen. Przyśnił mi się tato, jak siedzi nad
rzeką, rysuje coś pałką po wodzie i mówi do mnie: Janusz, a nie zapomnij
o Tomku. Zabili mi syna, twego brata, skurwysyny jedne. Ja przepraszam.
Ale tak powiedział: skurwysyny. I Ania, córka, poradziła mi, abym
napisał do IPN, bo na zwykły sąd już za późno.
- Mógłby pan udostępnić nam korespondencję od brata? Zwrócimy ją panu po
zakończeniu śledztwa. Domyślam się, że to cenna rodzinna pamiątka.
Wiśniewski wzrusza ramionami.
- Jasne, niech pan je weźmie. Zresztą, co mam z nimi zrobić? Poza mną
nikt Tomka nie pamięta. Bo Jadzia mówi, że jak przez mgłę. Miała wtedy
dziewięć latek. To co mogła pamiętać? Tylko zdjęcia, jakby mógł pan
później je oddać. Zuzia - zwraca się do żony - możesz przynieść panu
prokuratorowi listy i zdjęcia od Tomasza? Są w sekretarzyku.
Małżonka Wiśniewskiego wraca i podaje mężowi plik dokumentów.
Przewiązana tasiemką paczuszka gruba na dwa męskie palce. Pan Janusz
rozsupłuje węzeł, rozkłada na stoliku koperty, niczym wróżka karty,
jakby chciał odsłonić przeszłość i przewidzieć przyszłość. Listów nie
jest wiele, mniej niż połowa talii do tarota.
- Tomek nie pisał często. Przez trzy lata dwadzieścia sześć listów. Jak
odliczyć wakacje, to co miesiąc. - Wiśniewski jakby tłumaczy brata. A może chce mi powiedzieć, że liczba dwadzieścia sześć ma jakieś
szczególne, niemal magiczne, znaczenie.
Nie widziałem wcześniej takich kopert. Z wizerunkami miast i pomników,
kolorowymi napisami i z nadrukami, wyznaczającymi miejsca na wpisanie
adresów nadawcy i odbiorcy. Gospodarz przekłada w rękach fotografie,
jakby tasował, a następnie rozkłada je, częściowo przykrywając nimi
listy. Na zdjęciach powtarza się wizerunek młodego mężczyzny, z burzą
jasnych włosów na głowie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki