Poste restante - Wojsław Brydak

-
Proszę czekać

2

Mama rozpoczynała dzień płaczem.

Nie od razu.

Umyta, ubrana, uczesana, sadowiła się przy stole w pokoju. Na złożonym w ośmioro obrusie okrywającym zaledwie spłachetek rozległego blatu czekały kubek z kawą zbożową, talerz z pokrojoną bułką, maselniczka, słoik z dżemem i cukiernica, nóż i łyżeczka, a obok książka obłożona w szary papier, na której grzbiecie widniały numer wypisany niebieskim atramentem i fioletowa pieczątka wypożyczalni. Z wysoka spod lampy patronował temu lep na muchy. Ze ściany uroczyście świadkowała kopia Madonny z Dzieciątkiem Rafaela. Z dalszej ściany zalotnie strzygła okiem młoda kobieta, z której nieomal spada szlafroczek, zaszkicowana pastelami przez Jaxę.

Mama sięgała najpierw po książkę i otwierała na zakładce. Ten skrawek stołu - ze skromniutką zastawą, kubkiem, nożem czy talerzem (nierzadko wyszczerbionym) i książką wspartą na cukiernicy - wydawał się jakąś nieudolną kopią ołtarza, jak z dziecięcej zabawy. Lep na muchy i dwa obrazy grały rolę barokowej dekoracji. Brakowało tylko świec i kadzidła.

Najpierw mama wpatrywała się w kubek i talerz. Wrogo. Zamiast sięgnąć po nóż czy bułkę, tkwiła w bezruchu. Pauza przeciągała się i obracała w dziwność. Potem w zagadkę. Wreszcie wydatny maminy brzuch zaczynał drgać, po chwili trząsł się jak przed napadem śmiechu. W ślad za brzuchem trzęsły się bezgłośnie głowa, szyja i piersi. Potem pełne usta mamy rozciągały się i wykrzywiały. Za moment - wciąż w ciszy - po twarzy ciekły już łzy.

Miały którędy.

Bruzd na maminych policzkach nie brakowało.

Wraz ze łzami wzbierało ciche kwilenie. Mamę zdumiewał ten odgłos, płoszył, zawstydzał. Kwilenie narastało, ale mama sięgała już do rękawa po chusteczkę. Strumyki na policzkach obsychały.

Krztusząc się, pociągając nosem, sięgała po nóż. Jakby nie było wyjścia.

Je się.

Dlaczego?

Bo się je. Tak już jest. Ludzie jedzą. Czy wiedzą, po co, czy nie - jedzą.

Jedzenie to zgoda na to, co otacza.

A kiedy zgody brak?

Pierwszym sięgnięciem po bułkę kapitulowała. Wszystko zostaje po staremu. Żadnej odmiany. Cudu. Żadnych widoków. Smarowanie, słodzenie, mieszanie, jak zawsze. To jeszcze podsycało płacz. Jemy, żeby żyć. A jeśli tego nie chcemy? Pachnie lipowy miód, pachnie kawa, i co z tego? Czy w życiu chodzi o zapachy?

Czasami mamę przyprawiały o płacz dopiero pierwsze kęsy. Rosły w ustach, dławiły, żucie po chwili ustawało, z gardła dobiegał odgłos przypominający cichutki psi skowyt, z kącika ust ciekło pasemko śliny, z nosa śluz. Potem rozlegał się niegłośny szloch. Ale żadnych pocieszań. Zrośnięte brwi nakazywały dystans.

Za parę minut było po wszystkim.

Kiedy mama otarła resztki łez, wysiąkała nos i westchnęła, zaczynało się właściwe śniadanie. Czytała przy jedzeniu. I oto po paru minutach maminy brzuch znowu zaczynał się trząść, w ślad za nim szyja, głowa, piersi - lecz już z innego powodu. Inaczej lśniły oczy, spomiędzy zrośniętych brwi ulatniała się groźba, mama zaczynała się głośno śmiać. Była u siebie. Oto kawa, ranek, książkowe historie sprzed wojny i pierwszej wojny, spisane przez autorów ciekawe sytuacje, o których podobieństwie do życia i głębszym znaczeniu mogła w Krakowie rozprawiać z przyjaciółkami, Ludką, Stefą czy Ziutą; oto ożywał świat, któremu zawdzięczała kiedyś olśnienia i ziemie obiecane.

W takiej chwili mamie nie przeszkadzało, że ktoś patrzy, ja, Marcysia, furman Ignac czy ojciec albo przypadkowi goście, zwykle sąsiedzi: pan Tolo z panią Romą i wyżłem Lotem, mleczarniany kierowca Mietek ze swoją Baśką, nie przeszkadzał nawet błogosławiony Jan z Dukli, którego kamienna postać za oknem zezowała ku mamie znad ogrodzenia.

Po porannym napadzie płaczu stawała się niedosiężna. Przenosiła się w inny wymiar jak monarchini, na której połóg, a nawet miłość mogą sobie patrzeć pomniejsi. Niechże się gapią. Teraz zdawało się, że śmiejąca się mama wraz ze spłachetkiem stołu nakrytym złożonym w ośmioro obrusem, z talerzem, okruchami bułki, kawą zbożową, cukiernicą, wyszczerbionym nakryciem, obrazami na ścianie i lepem na muchy odrywa się od zakurzonego wnętrza i odfruwa - świetlista, nienaruszalna, pod niewidzialnym kloszem. Nie zdziwiłbym się, gdyby w którymś z okazałych kontrreformacyjnych kościołów Rzeszowa w tym właśnie momencie mama, natchniona, objawiła się na sklepieniu w wieńcu barokowych chmur.

Ojciec miał trzydzieści dwa lata, kiedy poszedł na wojnę. Wrócił po paru tygodniach. Wrześniowa kampania Armii "Kraków" nie trwała długo.

Wrócił i zorientował się, że świat już nie jest ten sam. Mieszczański ład Krakowa, ku któremu ojciec zdążał nieśpiesznie a konsekwentnie - a w którym mógłby się zagnieździć raczej jako aspirant i w którym małżeństwo z mamą, owszem, uchodziło, ale nie otwierało żadnych drzwi; w którym mógł liczyć na zadomowienie dopiero w drugim, a nawet trzecim pokoleniu - otóż ten powabny ład mieszczański, wyposażony zdaniem ojca w pożądane potencjały, nagle stracił moc i blask.

Stracił zdolność stanowienia reguł.

Kanony ładu okazały się bezzębne, egzekutorzy bezsilni. Uświęcone miary zwietrzały w mgnieniu oka. Wydały się znienacka zbiorem nie praw, lecz gestów. Procedury przypisane ładowi tej społeczności, czy to wynoszenia, czy odtrącania, ceremonie namaszczania lub ekskomunikowania, można było nagle zbyć wzruszeniem ramion, ba, wyśmiać. Jeżeli ojca wabiły smokingi albo koronki, na których stała porcelana, bądź wabił indeks wydziału filozofii UJ, to po tych kilku tygodniach wojny znów sobie uświadomił, że na zakrwawionej koronce przede wszystkim widać krew, a nie wzór i robotę, że w przestrzelonym smokingu ważniejsza jest osmalona dziura niż metka krawca, natomiast w porcelanowej filiżance, niechby nawet saskiej, mało się liczą porcelanowość i saskość, jeśli do filiżanki nie ma co wlać.

Wszyscy czterej pradziadkowie ojca byli chłopami.

Z dwóch dziadków ojca chłopem był tylko jeden.

Ten drugi już handlował wędrownie winem. Jeździł na ówczesne Górne Węgry aż za Koszyce (zwane z węgierska Kassa, a z wiedeńska Kaschau), skąd do Gór Tokajskich (Tokaji-hegység) blisko jak splunąć; przyczyną owej odmiany losów ojcowego dziadka okazał się - nie od razu - udział w zwariowanej wyprawie do powstania Kossutha.

Ojciec ojca nie był chłopem. Wpierw murarz, po trosze sztukator, nawet rzeźbiarz, potem maszynista kolejowy, ożeniony z chłopską córką doczekał się ośmiorga dzieci, z których każde zdało maturę, a parę zaszło wyżej.

Osnową rodzinnej legendy ojca stał się ów dziadek wożący wino. Jego wyprawy wypadało uznać za awans. W drodze powrotnej zza Koszyc przez Preszów (po węgiersku Eperjes, a po cygańsku Perieszys) zamroczony maślaczem chrapał w najlepsze na wozie już od Tyczyna, ufny w topograficzne kompetencje koni. Zasypianie umilała mu myśl, że tam, dokąd zdąża - we wsi Staromieście pod Rzeszowem - jego sąsiedzi pod wieczór padają ze zmęczenia na polu czy w obejściu, trzeźwi jak zwierzęta.

Natchniony przez mamę skrawek stołu z obrusem, kawą, cukiernicą i książką wzbijał się w rzeczywistość, o której niewiele już wiadomo. Przedwojenny Kraków - od Panieńskich Skał, Tyńca po Krzemionki i Podgórze, po Olszę i Grzegórzki - przypominał w maminych napomknieniach niekończące się słoneczne lato, przy czym w zimie też było lato, a letnie słońce świeciło nawet nocą. Słoneczna była Wisła z galarami, piaskarzami i wydobywanym z płycizn piaskiem, z bocznokołowcami płynącymi do Tyńca, a nawet Sandomierza, i z klubem wioślarskim na Zwierzyńcu, gdzie mama ścigała się na ósemce. Słoneczne były ścieżki w Lasku Wolskim. Słoneczni żebracy pod norbertankami. Przed barem Na Stawach słoneczni furmani urżnięci porterówką padali twarzą w kałuże słonecznego końskiego moczu, przy dobiegającym z knajpy słonecznym akompaniamencie harmonii. Nad Rudawą słonecznie spacerowały parami zadbane dziewczynki, a kołtun na głowach dziewczynek zaniedbanych (oczywiście nielicznych) śpiesznie strzygły słoneczne siostry felicjanki, by zaraz potem uczyć te dzieci szycia, etykiety, gotowania oraz stenografii. Na wsi "na wycugu" słonecznie dogorywali starzy ludzie. Nawet w trumnach błąkała się po twarzach nieboszczyków czekających na pochówek jakaś słoneczność, przy czym należałoby jeszcze dowieść, że w Krakowie przed wojną ludzie umierali. W mamy przeświadczeniu nie było to takie pewne. A kiedy w letnią niedzielę jechała do Lasku Wolskiego nowiuteńką damką - prawdziwy peugeot, wolnobieżka - przy wejściu do zoo witał mamę radosny wrzask ary, z najprawdziwszym zwierzynieckim akcentem:

- Id-ze, id-ze, pieroński klarnecie!

Przed Bożym Ciałem paradowały po mieście młodziutkie komunikantki w białych sukienkach, przygotowane do procesji wokół któregoś z niezliczonych krakowskich kościołów; na wypadek odpytywania - a zwłaszcza żeby nie mieć grzechu - powtarzały katechizmowe aksjomaty:

- Jest jeden Bóg, który stworzył niebo i ziemię. Jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre uczynki nagradza, a za złe karze.

Przedwojenny Kraków - słoneczny i sprawiedliwy.

Owszem, w konkretnych opowieściach mama napomykała a to o babci, że tak się roztyła, bo raz na zawsze poprzestawiał jej w głowie głód. A to o zmarnowanych oczach wuja Wita, który po nocach - przy świecy - uczył się na prawnika. Było też o szubrawym mężu cioci Agaty, niejakim Bukowskim, który zostawił tę Agatę z małym dzieckiem dla jakiejś siksy (później długo nie pożył, a męczył się, drań, przed śmiercią cały miesiąc jak potępieniec). Było nawet o krowach na Błoniach, a trzeba wiedzieć, że mama panicznie krów się bała.

Więc owszem, krakowskie przedwojnie miało blaski i cienie, lecz nawet jego cienie wygrzewały się w słońcu jak sierpniowy sad. Idylli przyglądały się pogodnie góry, z bliska te niższe, z oddali czasem te wysokie, odległe o parędziesiąt kilometrów, przy dobrej pogodzie widywane z Salwatora czy Wawelu.

Los wygnał mamę z raju.

Cóż w tym dziwnego, że przed wojną mój ojciec zamyślał o zasileniu krakowskiego mieszczaństwa? Czemu nie? Po maturze skończył znaną szkołę mleczarską w Rzeszowie, potem pociągnął do Krakowa, gdzie zwierzchnicy z ruchu spółdzielczego nie mieli nic przeciw temu, że zapisze się na dalsze studia. Choćby i filozoficzne. Ożenił się z sekretarką wziętej kancelarii adwokackiej, wynajął mieszkanie niemal w centrum, dorobił garniturów z rapaportu, eleganckich wizytówek, modnych mebli, a nawet rządowych obligacji, co może odbiło się na uniwersyteckim zgłębianiu filozofii, niemniej polepszyło kontakty i perspektywy zawodowe. Bez ryzyka można było przewidzieć, że po parunastu latach ojciec wrośnie w krakowskie zacności, wpisze się w nie jak do klubu, chociażby jako kandydat. To nie był krąg beznadziejnie zaklęty.

Niestety, wrześniowy upadek Armii "Kraków" unicestwił różne rachuby, także te. Elegancka wizytówka ojca nadal była elegancka, owszem, przedwojenne obligacje państwowe wciąż prezentowały się godnie w ojcowskim sekretarzyku. Ale czy coś z tego wynikało? Ważny był ausweis. Liczyć należało na siebie. Do tego zima za pasem.

To te ostatnie nauki zwyciężyły.

Po wojnie ojciec nadal dbał, żeby jesienią w piwnicy znalazły się dwa metry ziemniaków (najlepiej sokołów lub amerykanów), pół metra mąki kupowanej na wsi, ćwierć metra cukru, rzecz jasna węgiel (wtedy ważony już w tonach), żeby na półkach leżały zimowe jabłka, żeby też - szczęśliwym trafem - w zaprzyjaźnionym chlewie chrumkała świnia. Liczne przeprowadzki - podczas okupacji i po niej - uczyły takich starań. Ojciec do tego stopnia wdrożył się w okupacyjne zaradności, że przez wiele lat po wojnie sporządzał domowe mydło w blachach do pieczenia serników, a do obrzędu produkcyjnego zapraszał chętnie wuja Janka, maminego brata, ukochanego szwagra. Mydło jak mydło, mydliło się. Za to pracochłonną sesję z zasady wieńczył niebagatelny kac. Wliczany w trudy produkcji.

Na wieść, ba, cień wieści o politycznych niepokojach ojciec niezwłocznie organizował cukier. Na wszelki wypadek dbał o stan lamp naftowych, bańki paliwa, zapas szklanych kloszy "Hortensja", o świece i zapałki. W pogotowiu czekały spirytusowy palnik i denaturat, i nawet szmaty na onuce, jak twierdził ojciec - bardziej praktyczne od skarpet, gdyby już przyszło co do czego.

W lokalach siadał plecami do ściany. Niewykluczone, że wiedział też, którędy do tylnego wyjścia, a pory spotkań przestrzegał co do minuty. Wpierw był to nawyk, potem już tylko fason. Nie on jeden hołdował takim rytuałom. Oplatał je ten sam refren: "gdyby przyszło co do czego".

Tymczasem przedwojenne wizytówki żółkły. W skrytkach za lustrami maminej toaletki płowiał atrament na wpisach do przedwojennych książeczek oszczędnościowych. Tylko państwowe obligacje drukowane na lepszym papierze zachowywały kolor, przez co jeszcze bardziej tchnęły egzotyką, podobnie jak wciąż trzymane czasopisma i książki, pełne rozważań o bliskim zakupie przez Polskę kolonii, a w szczególności Madagaskaru.

Dwupokojowe mieszkanie w Rzeszowie zajmowało pół wysokiego parteru. Piętrowy dom należał do mleczarni. Lokatorami drugiego mieszkania na parterze byli mleczarniany inżynier pan Tolo, jego żona i wyżeł Lot. Pięterko przypadło kulejącemu buchalterowi Błażejczykowi i mleczarnianej laborantce, małżeństwu z dwójką drobiazgu.

Po parceli uganiało jeszcze troje malców z sąsiedniego baraku.

Do mieszkalnej części tego baraku trafili mleczarniany kierowca Mietek i jego Baśka, raz po raz przy nadziei. Część niemieszkalna również była zamieszkana; za grubszą ścianą działową barak zamieniał się w dość przestronny chlew, w którym podwórkowa wspólnota zgodnie hodowała świnie. Na strychu nad Mietkiem pan Tolo skonstruował gołębnik. W cieplejszej porze roku siedział na taborecie nieopodal wylotu i paląc papierosa za papierosem, czekał na powrót ptaków z konkursowego lotu. Przy opartym o ścianę sfatygowanym bałtyku wartował chłopiec; ów kurier po przylocie ptaka wsiadał na rozpadający się rower i mknął z zegarem kontrolnym do kierownictwa lotu. Chłopak liczył na honorarium w papierosach, niestety, pan Tolo wciąż rozliczał się z nim w czekoladzie.

Za barakiem, w topornej konstrukcji z betonu, krat i rur, wegetowały nutrie.

Na tej sporej parceli ogrodzonej siatką rozpościerały się też za wewnętrznym płotem dwie działki uprawne, obsadzane to ziemniakami, to kapustą.

Na uboczu tętnił życiem od siódmej do trzeciej mleczarniany warsztat samochodowy.

Bramy strzegła kapliczka z posążkiem błogosławionego Jana z Dukli. Z drutów elektrycznych nad kapliczką zwisał potargany latawiec.

To tutaj rok przed nadejściem "odwilży" 1956 roku porąbałem i spaliłem drewniane skrzynie, moje rówieśnice. Kazał się z nimi rozprawić ojciec, jak dowódca wyprawy, który poleca zniszczyć zbyteczne już czółna.

Po trzynastu latach od wyruszenia z Krakowa i kilkunastu przeprowadzkach uznał, że dobił z powrotem do brzegu.

Ojciec stronił od patosu, brzydził się egzaltacją bądź pompą, wprawdzie kochał muzykę, ale opery, a zwłaszcza operetki nie poważał, więc to nie był jakiś wystudiowany pomysł: uroczyste porąbanie skrzyń jako ceremonia, która symbolicznie zamyka etap życia. Co to, to nie. Może jeszcze przy zaproszonych gościach, ze skrzypkiem, harmonistą i księdzem dla parady?

Poszło inaczej, spontanicznie.

U schyłku wakacji, w pogodne niedzielne popołudnie - po dłuższej wycieczce i późnym obiedzie, kiedy zamiast beztroskiego letniego carpe diem przychodzą, wraz ze wcześniejszym zmierzchem, myśli o planach, o zimie, o przyszłości - uroda chwili coś podpowiedziała ojcu. Mrugnął na mnie i powiedział:

- Idziemy do piwnicy.

Mama stężała. Podejrzewała, że ojciec znowu mnie wciąga w operacje grożące szybkim stoczeniem się syna. Piwnicę kojarzyła przede wszystkim z robionym przez ojca rok w rok domowym winem.

Było w okolicy dość znane, cieszyło się poważaniem rodziny, przyjaciół oraz sąsiadów, nie raz i nie dziesięć doczekało się cennego w Rzeszowie komplementu "takiemu można mówić wy". Mnie zaś od kilku lat przypadała rola pomocnika przy wyciskaniu moszczu, wygniataniu miazgi (wino z derenia czy głogu potrafi zadziwić), zlewaniu i filtrowaniu. Bywałem też posyłany, żeby ulać półsłodkiego do kryształowego dzbanka, jeśli piło się w domu, bądź do czegokolwiek, blaszanej bańki, butelki po mleku czy gąsiorka, jeśli miało być podarunkiem na drogę.

Mama patrzyła inaczej. Czy to mało, że zdeklarowanym alkoholikiem jest już ojciec, jak uważała? Co prawda pijany bywał rzadko, w porywach raz na dwa, trzy miesiące, przy czym energetyzował się radośnie, najchętniej poza domem, omijając w ten sposób mamine obiekcje, leki, lęki i dewocyjne skrupuły. Co i tak wystarczało mamie, żeby dopatrzeć się w ojcu wykolejeńca.

W obszernej piwnicy było dość jasno. Na wprost pod okienkiem leżał zwał węgla, obok kłody drewna. Przy ścianie po lewej drzemały na półkach rzędy słoi, weków wystawiających czerwony gumowy języczek spod wieczka i stalowej klamry: kompoty i konfitury, obok jabłka na zimę, niżej przegroda z desek czekała na kartofle. Po prawej w ciemnozielonych sześćdziesięciolitrowych dymionach fermentowało i dojrzewało wino. Przez okienko wpadała smuga niskiego, przedjesiennego słońca, wirował w niej kurz, może drobiny węglowego miału, może próchna. Na środku królował pień z wbitą siekierą.

Po prawej w kącie piętrzyły się te puste skrzynie, wrzucone jedna w drugą, po raz pierwszy od lat opróżnione do cna; poobijane, zmęczone, ogłupiałe po spełnieniu zadań; otępiałe jak koń, który zrobił swoje i liczy na chwilę wytchnienia.

- Właściwie nie są już potrzebne - powiedział ojciec. - To na co czekać? Tylko pamiętaj, zawsze rozstawiaj nogi, bo rąbniesz niechcący siekierą w goleń.

Takich ostrzeżeń nasłuchałem się do syta. To do mnie, i od dawna, należało domowe wywijanie siekierą. Ofiarami padały na co dzień kłody rozdrabniane na rozpałkę; rzadziej kura, czasami indyk.

Ojciec pomógł wytaszczyć pierwszą skrzynię, ale dobrać się do niej nie było łatwo, pieniek na nic się nie zdał. Trzeba było umiejętnie mierzyć obuchem w narożniki, miażdżyć szkielet, wzmocnienia, wyłamywać gwoździe, potem deski. Ojciec ulał sobie wina i z zaciekawieniem przyglądał się kaźni, ja zaś poczułem na czole pierwszy pot.

Wtedy stało się coś nieoczekiwanego.

Stare deski druzgotane obuchem, rozszczepiane, oswobodzone z gwoździ, z własnego sąsiedztwa, uwolniły jakiś tajemniczy zapach tkwiący w nich od kilkunastu lat, kiedy te skrzynie ktoś zbijał, z biegiem czasu może uszlachetniony; ba, coś więcej niż zapach, cały bukiet; wonie zachwycały i niepokoiły, z jednej strony trudno je było do czegoś przypisać, a z drugiej - wydawały się odkryciem utajonej dotąd rzeczywistości. Z ukrytych w drewnie żywic pamiętających przedwojnie uwolniły się zapachy zarazem nieznane a bliskie.

Pochłonięci rąbaniem, oszołomieni woniami, nawet nie zauważyliśmy, kiedy do piwnicy weszła mama.

Bez słowa zatrzymała się przy drzwiach. Poczuła to co my: zachowany w drewnie aromat, zastygły w żywicach. W zakurzonej piwnicy niewolnej od pajęczyn, teraz wyróżnionych w strużce zachodzącego słońca, obok plam pleśni na cegłach, pyłu węglowego wżartego w nigdy niemalowany sufit, unosił się zapach słonecznego Krakowa ze słonecznych lat mamy, zapach wiosennego podmuchu spod Tyńca, zapach krachli sprzedawanej podczas rozradowanego wielkanocnego Emaus, zapach rzeki i pokostu z wioślarskiej ósemki, zapach ziół ze spacerów do Sikornika, mięty znad Rudawy, wykrochmalonych dziewczęcych sukienek, aromat kawy i kremówek z kawiarni w Rynku; magii nabrał nawet odór piwa z baru Na Stawach zmieszany z wonią końskiego moczu. Mamy brzuch i piersi zaczęły się trząść, wargi drżeć, usta wygięły się w podkówkę.

Nie rozpłakała się. Nie odezwała. Wpatrywała się w pobojowisko koło pniaka. Potem wyszła.

Niewiele zostało do końca. Pogruchotałem skrzynie, z desek narąbałem stos podpałki i wreszcie wybraliśmy się z ojcem na górę. Spodziewaliśmy się łez i wymówek, może odgrodzenia książką na skrawku stołu.

Ale nie.

Mamy nie było. W kuchni, w obu pokojach, na podwórzu.

Nigdzie.

3

Wytęskniony Kraków nie wszystko tłumaczył.

Tuż po wojnie zaczęło się od poronień. Przyczyną pierwszego był wypadek mleczarnianej ciężarówki; bedford z demobilu zepchnięty z drogi przez kolumnę wojskową przewrócił się, a mama jechała na pace. Bywa. Ale przy drugim, nie tyle nawet poronieniu, co przedwczesnym porodzie, już bez drogowych katastrof, wyszła na jaw niespodzianka: nieodpowiednia kombinacja cząstek krwi. Padły uczone słowa o morbus haemolyticus, o antygenie Rh, o małpach, od których wywiedziono ten skrót, o konflikcie serologicznym, wreszcie, że w tym małżeństwie lepiej się już niczego nie spodziewać po kolejnych ciążach.

Udar przyszedł w rok później.

Skończył się niczym, jeśli pominąć trzy miesiące bełkotania. Potem mama mówiła już normalnie, chociaż lewy kącik ust nigdy nie wrócił na miejsce i nie unosił się w uśmiechu.

Udar powtórzył się po roku. W kinie Rialto w Katowicach, gdzie grano Mściwego jastrzębia, wojenny kawałek amerykański, mama zwymiotowała i straciła przytomność; z sali, w której przerwano w końcu projekcję, zabrała ją karetka. Do domu mama wróciła dopiero po trzech tygodniach.

Ten udar zostawił jeszcze mniej śladów niż poprzedni. Z wyjątkiem tego, że mama zaczęła się bać. Podobno w takiej sytuacji niektórzy chłoną czas chwila po chwili, umieją lęk zamienić w zachwyt życiem, w ekstazę. Mama nie zaliczała się do tego szczęsnego grona.

Od czasów pierwszokomunijnych powtarzała ufnie i z respektem "Jest jeden Bóg, który stworzył niebo i ziemię. Jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre uczynki nagradza, a za złe karze". I teraz nie miała pojęcia, o co Bogu chodzi. Ludzi nie krzywdziła, żyła w zgodzie z katechizmem i sakramentami. Nagrody nie zaznawała. Wręcz przeciwnie. Coś szwankowało.

Lekarze wytropili u mamy znaczne nadciśnienie; w ślad za tym poszły w ruch probówki, strzykawki, diety, nawet sanatoryjne wanny i wodne bicze, a wszystko podszyte cichą niewiarą medyków, przekonaniem, że nieszczęścia i tak nie da się odepchnąć na dobre. Po pewnym czasie mamine ciśnienie podskakiwało na sam widok białego kitla.

Za radą siostry, szwagierek i przyjaciółek odwiedzała znachorów. Ci kazali się zdawać przede wszystkim na Miłosierdzie Boskie i Opatrzność, które w ich ustach wydawały się suwerennymi bytami, innymi niż sam Bóg, dość obojętny na mamine nieszczęścia. Polecali natomiast świętych - zwłaszcza św. Ritę i św. Kamila de Lellis - a także cudowny obraz z Kalwarii Zebrzydowskiej oraz, po sąsiedzku, lipową figurę Matki Boskiej od bernardynów w Rzeszowie. Od paru wieków rzeźba przywracała czasem słuch niektórym głuchym, czasem wzrok niektórym ślepcom, czasem niektórym łajdakom sumienie; na ogół dawno temu. Tak czy inaczej, krynic wyrozumienia dopatrywano się raczej w tej drewnianej rzeźbie niż w patetycznych obrazach Najwyższego, spowitego w chmury, prześcieradło i obfity zarost.

Znachorzy uchodzili za posiadaczy wiedzy sekretnej, dla wybranych, i jakoś mądrzejszej niż medycyna uniwersytecka wykładana bez skrępowania byle profanom. W końcu przesławny znachor z Leopoldowa był księdzem, a uzdrowiciel Krasnożon zza Jarosławia, przewiercając wzrokiem słoik moczu, sprawiał wrażenie maga, ale nie heretyka. Wydawało się, że znachorzy mają kontakt z jakąś drugą stroną, licho wie czego, wszystko jedno, pal sześć - ale jeśli jest wierzch, to musi być podszewka. Proste? Zapisywali pijawki, w robocie były dziurawiec, głóg, jemioła, ruta, miód. Niekiedy pouczali, jak te zioła zbierać, przed pełnią księżyca, po pełni, na nowiu, z poranną rosą, z pianiem koguta albo po burzy, po przeżegnaniu, jak suszyć, nad ogniem czy w szopie, miesiąc czy też dwa lata. I wyglądało na to, że ich recepty nie są najgłupsze, bo kolejny udar nie nadchodził, a maminemu ciśnieniu - skądinąd regularnie dławionemu szwajcarskim bellergalem - znudziły się skoki.

Żeby przeniknąć nieprzeniknioną przyszłość i chociaż trochę pojąć niepojęte wyroki boskie, mama - zgodnie ze starym zwyczajem krakowskim - odwiedzała co pewien czas wróżkę. Ciotunia Irunia, chuda jak patyk daleka krewna, uchodziła za znakomitość w stawianiu kabały. Znała też niezliczone historie podszyte cudami, zwłaszcza o duchach. Podczas przedłużanego w nieskończoność tasowania kart opowiadała, jak w umarłego wstąpił bies i oto umarły wyskakuje z łoża śmierci wprost na rozpaloną blachę kuchenną, żeby się ogrzać, przywrócić ciepło tchnieniu i krwi, wrzeszczy przy tym wniebogłosy, dom wypełnia się swądem przypalanego ciała, wyjący pies rzuca się do okna, tłucze szybę i ucieka; Irunia zapewniała, że takie wskoczenie biesa w zwłoki źle się kończy dla zmarłego, skądinąd poczciwiny, który teraz w najlepszym razie zarobi parę wieków czyśćca. Trzeba się pilnować, Zły jest zły i nie śpi. Albo opowiadała, jak z kłębu mgły nad łąką wynurza się dziewica i dzieci idące do szkoły sprowadza do parowu; potem te dzieci - które całe poczerniałe znajdowano zaplątane w głogi - już nigdy nie doszły do siebie, nie otrzeźwiały, by w końcu trafić z żebraczą czapką pod kościół. Dopiero po takich wstępnych opowieściach kabała ciotuni Iruni naprawdę robiła wrażenie. Co będzie? Wiadomość z dalekiej podróży, list, który wszystko odmieni, tu choroba, tam radość, nieznajomy brunet; przecież widać gołym okiem: tu walet winny, obok dzwonkowa siódemka i krajcowy as.

Z kolei śląska wróżka Mitzi, Niemka o śnieżnobiałych włosach zaczesanych starannie jak na manekinie, kalecząca polszczyznę i jakimś cudem nieprzesiedlona za Odrę, przyjmowała klientki na tle biblioteki, w której grzbiety solidnie oprawionych tomów ozdobione były srebrnymi i złotymi napisami Das Reich der Dämonen, Kötü Ruh czy Lichtbringer.

W końcu jednak czy to kabała ciotuni Iruni, czy przepowiednie Mitzi chętnie wróżącej z ręki - co tu gadać, podtrzymujące na duchu - po kilku dniach traciły wigor, moc ośmielania wyobraźni, rozmywały się, świat baśni i cudów odpływał, a mamę po staremu czekała wizyta u pielęgniarki z ciśnieniomierzem i następna recepta na bellergal.

Na nowy udar czekała pięć lat. Znowu zaatakował oględnie. Po nim powłóczyła trochę prawą nogą. Trudniejsze stały się ulubione spacery.

Na tym nie koniec. Nadszedł następny udar i jeszcze następny, coraz trudniej było się doliczyć. Los oszczędzał mamie nieodwołalnej i ostatecznej katastrofy, w zamian obdarzając katastrofą na raty. Nie wiadomo, jaką grały w tym rolę sojusznicze siły medycyny, znachorów i wróżek. Na razie każdy udar był knock downem, który jeszcze pozwala wstać i przyjąć postawę. Ale w interpretacji uwzględniającej wymiar nadprzyrodzony trudno było uwierzyć, że oto mama doznaje od Boga szczególnej łaski i wyróżnienia. Wręcz przeciwnie. Wyglądało na to, że Wszechmogący bawi się mamą w najlepsze, jak kot myszą.

Mama z coraz większym lękiem pilnowała teraz praktyk religijnych: nie tylko msza co niedzielę, ale i komunia w pierwszy piątek, czasem nieszpory, zawsze nabożeństwo majowe. Nie na wiele to się zdało, bo możliwości na tym polu nie mają granic, a przez to bardzo łatwo o poczucie winy. O swoje upominają się zaraz praktyki niewypraktykowane. Jest przecież nie tylko różaniec, ale i różańcowa koronka, różańcowa rodzina, różańcowe tajemnice i ich zmiana, nie tylko szkaplerz, ale i szkaplerzna modlitwa, szkaplerzne ślubowanie, szkaplerzne obietnice, szkaplerzny różaniec, do tego nowenny, posty, nabożeństwa czerwcowe, październikowe, liturgia godzin, nie mówiąc już o tercjarstwie. Z drugiej strony, mijało się to wszystko z pytaniem o uczynki, dobre i złe, za które Bóg nagradza lub karze. Mama nie zaczytywała się Pismem Świętym (mało pobożny ojciec znał je dużo lepiej) i pewnie nigdy by nie dostrzegła sensu w hazardowej żyłce Boga, który w najlepsze zakłada się z diabłem. I o co? O lojalność Hioba, na którego Bóg zsyła jedno nieszczęście za drugim tylko dlatego, że Hiob jest porządnym i pobożnym gościem. Mama patrzyła na co innego. W kościołach, owszem, roi się od wizerunków miłosiernego Chrystusa, ale obok, na innych wizerunkach, występuje nieprzenikniony Bóg Ojciec, ten zaś na miłosiernego nie wygląda. Jest wreszcie nieodgadniony Duch Święty, przedstawiany w postaci gołębicy, zgoda, istoty lotnej i powabnej, obdarzonej wszakże ptasim mózgiem.

Naprawdę, coś tu szwankowało.

Z Krakowem mama pożegnała się wkrótce po moim przyjściu na świat. Trzynastolecie wędrówek zaczęło się za okupacji.

Nie była to ucieczka, lecz wyrzucenie z kamienicy, która wpadła Niemcom w oko. Już czwarty rok tkwili w Krakowie, dawno się umościli w stolicy ówczesnego Generalnego Gubernatorstwa, a wciąż im było mało.

Ruszył więc w drogę dobytek, pieczołowicie komponowany z myślą o wniknięciu w krakowskie mieszczaństwo. Porcelanowe i kryształowe kruchości spoczęły na miękkich wiórach w drewnianej skrzyni, obrazy starannie owinięto w szary papier, cały zaś pakiet w płachtę brezentu. Pospolitą zastawę otulały okupacyjne gadzinówki, podobnie garnki i sztućce, po innych skrzyniach upchano buty, bieliznę, książki. Z wędrówką musiał się też zmierzyć zestaw mebli, których politura i fornir dostawały gęsiej skórki, w przeczuciu twardych łapsk tragarzy, wnoszenia i znoszenia po ciasnych schodach, rozładunków na deszczu i śniegu.

Wywleczona za próg mieszkania, rzucona na pakę ciężarówki czy konny platon sterta skrzyń, kufrów, mebli i tobołów wydawała się czystym nieszczęściem: klęską i rozkładem. Meble oderwane od zaprzyjaźnionych pajęczyn, książki wysiedlone z należnych im półek, ociemniałe lampy, kieliszki, które zapominały bukietu wina, wnoszone, wynoszone, odwijane, zawijane przemierzyły wpierw trochę dróg podbeskidzkich, z Krakowa do Łososiny, potem do Jordanowa, Poronina, wreszcie w ostatnich miesiącach wojny - ku radości mamy - znów do Krakowa, ale na krótko, by potem poznać stary mleczarniany budynek w Katowicach, później nowe mieszkanie na Bogucicach, trafić pod trzy adresy zakopiańskie, wreszcie do nowego bloku w Rzeszowie (ze schronem przeciwatomowym pod dziedzińcem), a na koniec, by znaleźć się w piętrowym domu w sąsiedztwie mleczarni, w którym ojciec kazał porąbać skrzynie.

Mama lokowała ziemię obiecaną w przeszłości. Ojciec w przyszłości. Inaczej mówiąc, mama była konserwatystką, natomiast ojciec szanował postęp.

Przypisany do zawodu, widział w tych przeprowadzkach to awans, to degradację, ale w sumie przygodę. Nie raniły go koczownicze niedole. Okupacyjna odyseja po beskidzkich wsiach i miasteczkach - kiedy Niemcy histerycznie pilnowali żywności, a niedobór kalorii przewidzianych dla walczącego Herrenvolku mógł zaprowadzić Untermenscha pod ścianę - zakończyła się szczęśliwym powrotem do Krakowa; niestety krótkotrwałym, bo w kilkanaście miesięcy po wojnie ojciec doczekał się kuszącej propozycji: pilnowania spółdzielczego skupu mleka na Śląsku, na dużą skalę. Ale w kilka lat później spółdzielcy podpadli władzom państwa jako element problematyczny i niegodny pełnego zaufania, dzięki czemu ojciec - po ostrzegawczym epizodzie w ciupie - wylądował karnie w małej mleczarni w Zakopanem. Akurat zesłania pod Tatry nie odczuł dotkliwie, ale trudno, to nie był sukces. Kiedy w połowie lat pięćdziesiątych dziennikarze zaczęli przebąkiwać o "odwilży", a władze znów dopatrzyły się w spółdzielniach zalet (ludzi nie zachwyciła żywność na kartki), ojciec - któremu już się znudziło być raz na wozie, raz pod wozem - wykorzystał jeszcze jedną okazję i wrócił po latach do rodzinnego Rzeszowa, na stanowisko podobne do śląskiego. Rąbaniem skrzyń oznajmił światu, że jeśli chodzi o niego, przygód i postępu już starczy. Owszem, aromat przedwojennych żywic, uszlachetniony przez lata, a wydobywający się z desek roztrzaskiwanych w piwnicy, przyprawiał o zawrót głowy, lecz drogowskazem nie był. A po chwili wywietrzał.

W ciągu tych kilkunastu lat, kiedy jedna przeprowadzka goniła drugą, mama nieraz narażała ojca na śmieszność. W Katowicach żądała krat w drzwiach i oknach, bo zdaniem mamy poza Krakowem rozpościera się dzika kraina, w której wszystko się może zdarzyć, szczególnie kiedy ktoś mieszka na parterze. W Rzeszowie chętnie zasłaniała w dzień okna; sprawiała wrażenie, że wobec obcych czuje się naga, wstydzi nieforemnego już ciała, które coraz mniej miało wspólnego z figurą młodej wioślarki z krakowskiego Zwierzyńca.

O przestrach i opór przyprawiali ją goście, obcy w przestrzeni jej wstydu, jakoś tam znośnego w odosobnieniu, ale nie przy świadkach. Dla ojca ów przestrach i opór były niepojęte, niechcący wymierzone w ojcowskie upodobanie do gwarnych spotkań, biesiad i żartów, poznawania ludzi. A doszły jeszcze napady przerażenia. Mama ni stąd, ni zowąd wpadała w panikę, to w kinie, w ciemności kryjącej tłum, a tłumu zawsze się bała, to w fotoplastykonie, przekonana, że metalowa osłona okularu razi ją prądem, to u fryzjerki, pewna, że od żelazka do trwałej zapłoną jej krucze włosy. Napadem trwogi mogło się skończyć spotkanie z dorożkarskim koniem; gorzej, bo u żony mleczarza szczególnie śmieszył paniczny lęk przed krowami. Lekarze nie byli zgodni, czy chodzi o nerwicę czy hipochondrię, depresję czy fobię, bądź też nie chodzi o nic.

Niestety, próby oddzielenia przekonań od przywidzeń, wrażeń od faktów, a jednych i drugich od prawdy często zawodzą. Na tych zagadkach potykają się nawet asy uniwersyteckich katedr. Tak czy inaczej, każdy atak paniki owocował u mamy skokiem ciśnienia, ten z kolei groził następnym udarem, groźba udaru powodowała wzmożenie lęku, skutkującego rzecz jasna skokiem ciśnienia.

I tak dalej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki