Postawy rodzicielskie - Maria Ziemska

-
Proszę czekać

1. WSTĘP

Pro­ble­ma­ty­ka i cele pra­cy

Po­ję­cie po­staw ro­dzi­ciel­skich ma nie­daw­ne tra­dy­cje w psy­cho­lo­gii spo­łecz­nej. Kie­ru­je ono uwa­gę na ro­dzin­ne tło kształ­to­wa­nia się oso­bo­wo­ści dziec­ka. Za­in­te­re­so­wa­nie po­sta­wa­mi ro­dzi­ców wo­bec dziec­ka sta­je się ak­tu­al­nym pro­ble­mem ze wzglę­du na po­bu­dza­ją­cy lub za­kłó­ca­ją­cy wpływ na jego roz­wój i kształ­to­wa­nie jego oso­bo­wo­ści. Ba­da­nia w tym za­kre­sie ze­spa­la­ją rów­no­cze­śnie dwa cele - po­znaw­czy i prak­tycz­ny - po­bu­dza­ne spo­łecz­ną tro­ską o po­zna­nie i do­sko­na­le­nie wa­run­ków wzro­stu i roz­wo­ju dziec­ka, aby jako czło­wiek do­ro­sły osią­gnę­ło opti­mum swych moż­li­wo­ści. Punk­tem wyj­ścia za­in­te­re­so­wań po­sta­wa­mi ro­dzi­ców były ob­ser­wa­cje i roz­wa­ża­nia z te­re­nu psy­cho­pa­to­lo­gii nad ge­ne­zą pew­nych wy­pa­czeń oso­bo­wo­ści, któ­re w ży­ciu spo­łecz­nym gra­ją dużą rolę, sta­jąc się jed­ną z przy­czyn prze­stęp­czo­ści, ner­wic, sa­mo­bójstw i in.

Ter­min "po­sta­wa ro­dzi­ciel­ska" po­ja­wia się w pi­śmien­nic­twie od lat oko­ło trzy­dzie­stu, ale ilość ba­dań wzra­sta do­pie­ro w ostat­nim dzie­się­cio­le­ciu. W pol­skiej li­te­ra­tu­rze na­uko­wej brak jed­nak opra­co­wań tego za­gad­nie­nia. W pu­bli­ka­cjach ob­cych naj­czę­ściej spo­ty­ka­my spra­woz­da­nia z ba­dań roz­sia­ne po róż­nych cza­so­pi­smach, a nie­licz­ne do­tąd wy­daw­nic­twa książ­ko­we sta­no­wią prze­dru­ki ar­ty­ku­łów róż­nych au­to­rów bądź zbio­ry re­fe­ra­tów i sym­po­zjów.

Wzrost za­in­te­re­so­wań pro­ce­sem uspo­łecz­nia­nia, kon­cen­tru­ją­cy uwa­gę ba­da­czy na wpły­wie śro­do­wi­ska spo­łecz­ne­go na pro­ces kształ­to­wa­nia cech oso­bo­wo­ści i za­cho­wań jed­nost­ki, uak­tu­al­nia do­dat­ko­wo wy­mie­nio­ny na wstę­pie pro­blem. Nie ule­ga już dziś wąt­pli­wo­ści, że ro­dzi­na sta­no­wi dla dziec­ka waż­ne, a w ko­lej­no­ści pierw­sze śro­do­wi­sko roz­wo­jo­we i wy­cho­waw­cze. Uza­sad­nia­ją to współ­cze­sne ba­da­nia pro­wa­dzo­ne przez przed­sta­wi­cie­li róż­nych nauk, jak so­cjo­lo­gii, psy­cho­lo­gii, pe­da­go­gi­ki spo­łecz­nej. Rów­no­cze­śnie wzra­sta za­in­te­re­so­wa­nie pro­ble­ma­ty­ką ro­dzi­ny jako pod­sta­wo­wej ko­mór­ki spo­łecz­nej, m.in. ze wzglę­du na jej istot­ne zna­cze­nie dla wy­cho­wa­nia i wpro­wa­dze­nia w spo­łe­czeń­stwo no­wych oby­wa­te­li.

Wpływ śro­do­wi­ska ro­dzin­ne­go na roz­wój i kształ­to­wa­nie oso­bo­wo­ści dziec­ka od­by­wa się na dwóch dro­gach - jako świa­do­ma pra­ca wy­cho­waw­cza oraz jako od­dzia­ły­wa­nie nie­za­mie­rzo­ne. To ostat­nie jest od­dzia­ły­wa­niem przez tok czyn­no­ści i zda­rzeń, ja­kie w domu mają miej­sce, przez sto­su­nek do­ro­słych do tych czyn­no­ści i zda­rzeń, a szcze­gól­nie przez wza­jem­ne sto­sun­ki człon­ków ro­dzi­ny do sie­bie i do dziec­ka. W pra­cy obec­nej chcę się za­jąć tym wła­śnie ro­dza­jem wpły­wu śro­do­wi­ska ro­dzin­ne­go. Za­gad­nie­niu temu po­świę­ca się do­tąd zbyt mało uwa­gi, nie­współ­mier­nie mało w po­rów­na­niu z in­ny­mi pro­ble­ma­mi pe­da­go­gi­ki. Emo­cjo­nal­ny sto­su­nek ro­dzi­ców do dziec­ka prze­ja­wia się w każ­dym skie­ro­wa­nym do nie­go sło­wie, w każ­dej czyn­no­ści zwią­za­nej z jego pie­lę­gna­cją i z opie­ką nad nim. Co wię­cej - sto­su­nek ten sta­no­wi skła­do­wą część każ­de­go za­bie­gu wy­cho­waw­cze­go. Okre­ślo­ny ła­du­nek emo­cjo­nal­ny, któ­rym na­sy­co­ne jest po­stę­po­wa­nie ro­dzi­ców, wy­wo­łu­je u dziec­ka re­ak­cję w po­sta­ci spe­cy­ficz­ne­go za­cho­wa­nia się.

Tak więc pierw­szy wpływ na kształ­to­wa­nie się oso­bo­wo­ści dziec­ka mają ro­dzi­ce, przy czym do­mi­nu­je on za­zwy­czaj przez wie­le lat. A wpływ ten jest roz­le­gły i od­dzia­ły­wa: na roz­wój funk­cji po­znaw­czych dziec­ka, a póź­niej na jego osią­gnię­cia szkol­ne, na kształ­to­wa­nie się jego rów­no­wa­gi uczu­cio­wej i doj­rza­ło­ści spo­łecz­nej, na for­mo­wa­nie ob­ra­zu sa­me­go sie­bie i sto­su­nek do sie­bie oraz do gru­py ró­wie­śni­czej, a tak­że na póź­niej­sze peł­nie­nie ról ro­dzin­nych, w tym roli ojca czy mat­ki wo­bec wła­snych dzie­ci.

Po­staw ro­dzi­ców wo­bec dziec­ka nie moż­na trak­to­wać w ode­rwa­niu od szer­sze­go tła ży­cia ro­dzi­ny i wza­jem­nych sto­sun­ków mię­dzy jej człon­ka­mi: oj­cem a mat­ką, dziad­ka­mi a ro­dzi­ca­mi czy dziad­ka­mi a dziec­kiem - w przy­pad­kach ro­dzi­ny trzy­po­ko­le­nio­wej. Są one ele­men­tem ca­ło­kształ­tu sto­sun­ków mię­dzy­oso­bo­wych, cha­rak­te­ry­stycz­nych dla da­nej ro­dzi­ny. Rów­no­cze­śnie ba­da­nie ich wy­ma­ga spoj­rze­nia na prze­szłość ro­dzi­ców, w szcze­gól­no­ści na po­sta­wy wy­cho­waw­cze w ro­dzi­nach ma­cie­rzy­stych, oraz na oso­bo­wość ro­dzi­ców, przede wszyst­kim na ich ży­cie emo­cjo­nal­nie, sto­su­nek do sa­mych sie­bie i sto­su­nek do peł­nio­nej przez sie­bie roli ro­dzi­ciel­skiej.

Do za­ję­cia się te­ma­tem po­staw ro­dzi­ciel­skich skło­ni­ła mnie spo­łecz­na waga za­gad­nie­nia i za­in­te­re­so­wa­nia po­znaw­cze tym mało jesz­cze zna­nym od­cin­kiem rze­czy­wi­sto­ści ludz­kiej. Sty­ka­nie się na co dzień z po­rad­nic­twem ro­dzin­nym zwró­ci­ło moją uwa­gę na bra­ki wie­dzy w tych dzie­dzi­nach.

Roz­wi­ja­ją­ce się na sku­tek po­trzeb spo­łecz­nych po­rad­nic­two ro­dzin­ne cier­pi na brak wy­pra­co­wa­nych na­rzę­dzi po­ję­cio­wych do opi­su sto­sun­ków mię­dzy­oso­bo­wych w ro­dzi­nie oraz wie­dzy do­ty­czą­cej spo­so­bów od­dzia­ły­wa­nia na nie. Obec­na pra­ca może na pew­nym od­cin­ku tę lukę za­peł­nić, oma­wia­jąc jed­no z pod­sta­wo­wych za­gad­nień w sto­sun­kach mię­dzy­oso­bo­wych, ja­kim są po­sta­wy ro­dzi­ców wo­bec dziec­ka oraz sta­no­wią­ce ich tło współ­ży­cie ro­dzin­ne, do­star­cza­jąc apa­ra­tu­ry po­ję­cio­wej, przy­dat­nej przy ich roz­po­zna­wa­niu oraz oma­wia­jąc spo­so­by od­dzia­ły­wa­nia na nie. Rów­no­cze­śnie może po­móc wy­cho­waw­com i ro­dzi­com szu­ka­ją­cym wska­zań w lek­tu­rze, a to dzię­ki uka­za­niu im pro­ble­mów współ­ży­cia w ro­dzi­nie i sto­sun­ku do dziec­ka w no­wym świe­tle.

Po­ru­szo­na w pra­cy pro­ble­ma­ty­ka zo­sta­ła uję­ta w czte­rech czę­ściach.

W czę­ści pierw­szej omó­wio­no za­gad­nie­nie po­staw ro­dzi­ciel­skich oraz roz­wa­żo­no skut­ki, ja­kie mogą mieć róż­ne typy po­staw dla roz­wo­ju oso­bo­wo­ści dziec­ka. Przed­sta­wio­no rów­nież mo­del ty­po­lo­gii po­staw ro­dzi­ciel­skich, za­wie­ra­ją­cy wła­ści­we i nie­wła­ści­we wy­cho­waw­czo typy sto­sun­ku ro­dzi­ców do dzie­ci. Mo­del ten ma zna­cze­nie za­rów­no teo­re­tycz­ne, po­nie­waż przy­czy­nia się do upo­rząd­ko­wa­nia apa­ra­tu­ry po­ję­cio­wej w tym za­kre­sie, jak i opi­so­wo-diag-no.stycz.ne, po­nie­waż po­zwa­la na wstęp­ne roz­po­zna­wa­nie po­staw ro­dzi­ciel­skich w po­rad­nic­twie ro­dzin­nym.

Jed­nak­że spra­wa po­staw ro­dzi­ców wo­bec dziec­ka nie spro­wa­dza się je­dy­nie do dwóch par: mat­ka-dziec­ko i oj­ciec-dziec­ko.

Sto­sun­ku ro­dzi­ców do dziec­ka nie moż­na od­ry­wać od ca­ło­kształ­tu dy­na­mi­ki sto­sun­ków mię­dzy­oso­bo­wych, ja­kie mają miej­sce w ro­dzi­nie. Dla­te­go też dru­ga część pra­cy po­świę­co­na zo­sta­ła spra­woz­da­niu z ba­dań nad współ­ży­ciem w ro­dzi­nie. Przed­sta­wio­no tu ba­da­nia nad wza­jem­ną oce­ną współ­mał­żon­ków jako ro­dzi­ców i cha­rak­te­rem ich współ­ży­cia oraz za­na­li­zo­wa­no wpływ tych czyn­ni­ków na stan zdro­wia dziec­ka i ewen­tu­al­ne kształ­to­wa­nie się ob­ja­wów ner­wi­co­wych. Uwzględ­nio­no pro­blem moż­li­we­go wpły­wu wzo­ru po­sta­wy wy­cho­waw­czej ro­dzi­ny ma­cie­rzy­stej na ak­tu­al­ny spo­sób od­no­sze­nia się ro­dzi­ców do wła­sne­go dziec­ka. Za­na­li­zo­wa­no pro­blem wza­jem­nej ak­cep­ta­cji w mał­żeń­stwie i jej płasz­czy­zny ze wzglę­du na róż­ne aspek­ty współ­ży­cia i wza­jem­ne­go usto­sun­ko­wa­nia mię­dzy mał­żon­ka­mi. Roz­wa­żo­no też róż­ne typy do­sto­so­wa­nia w mał­żeń­stwie. Ba­da­jąc ro­dzi­ny dwu - i trzy­po­ko­le­nio­we za­ję­to się tak­że pro­ble­mem zna­cze­nia struk­tu­ry ro­dzi­ny dla kształ­to­wa­nia się wza­jem­nych sto­sun­ków mię­dzy­oso­bo­wych w ro­dzi­nie oraz po­staw ro­dzi­ciel­skich.

Część trze­cia zo­sta­ła po­świę­co­na trud­no­ściom w for­mo­wa­niu się wła­ści­wych wy­cho­waw­czo po­staw ro­dzi­ciel­skich. Pro­blem ten ba­da­no na przy­kła­dzie po­staw wo­bec dziec­ka nie­wła­sne­go, ad­op­to­wa­ne­go. W ba­da­niach tych śle­dzo­no wpływ sto­sun­ku mat­ki ad pcyj­nej do sa­mej sie­bie na kształ­to­wa­nie się jej sto­sun­ku do dziec­ka, a więc oso­bo­wo­ścio­we, a nie ro­dzin­ne tło kształ­to­wa­nia się po­staw wo­bec dziec­ka, choć nie po­mi­nię­to pro­ble­mu ewen­tu­al­ne­go wpły­wu wzo­ru po­staw z ro­dzi­ny ma­cie­rzy­stej.

Ostat­nia część po­ru­sza głów­nie me­to­do­lo­gicz­ne za­gad­nie­nia dia­gno­sty­ki w po­rad­nic­twie ro­dzin­nym oraz waż­ną prak­tycz­nie spra­wę od­dzia­ły­wa­nia na po­sta­wy ro­dzi­ciel­skie. Pi­sa­na była z my­ślą o po­trze­bach prak­ty­ki po­rad­nic­twa ro­dzin­ne­go. Daje pod­bu­do­wę teo­re­tycz­ną po­ję­ciu dia­gno­zy ro­dzin­nej i pro­po­zy­cje tech­nik dia­gno­stycz­nych. Oma­wia nie po­ru­sza­ny do­tąd a waż­ny pro­blem od­dzia­ły­wa­nia na po­sta­wy ro­dzi­ciel­skie, któ­ry sta­no­wi nie­zbęd­ną, nową for­mę pra­cy z ro­dzi­ca­mi obok ist­nie­ją­cej już pe­da­go­gi­za­cji ro­dzi­ców.

Ce­lem pra­cy jest zba­da­nie sto­sun­ko­wo mało zna­ne­go te­re­nu, ja­kim jest sto­su­nek ro­dzi­ców do dzie­ci uj­mo­wa­ny na tle gru­py ro­dzin­nej jako ca­ło­ści. Faza eks­plo­ra­cji sta­no­wi ten nie­zbęd­ny etap roz­wo­ju da­nej dzie­dzi­ny, w któ­rym naj­waż­niej­szym za­da­niem jest bliż­sze okre­śle­nie pro­ble­ma­ty­ki po­przez uzy­ska­nie zbio­ru hi­po­tez; przy tym hi­po­te­zy sta­wia­ne w tej fa­zie ba­daw­czej są na tyle zna­czą­ce, że moż­na my­śleć o ich spraw­dza­niu w póź­niej­szym eta­pie ba­dań, w któ­rym traf­ny do­bór zmien­nych do ba­da­nia bę­dzie się mógł opie­rać na uprzed­nio do­ko­na­nej eks­plo­ra­cji in­te­re­su­ją­ce­go nas ob­sza­ru zja­wisk i przy­bli­żo­nej orien­ta­cji w struk­tu­rze wy­stę­pu­ją­cych związ­ków. Jed­nak­że hi­po­te­zy sta­wia­ne w toku po­stę­po­wa­nia eks­plo­ra­cyj­ne­go są rów­no­cze­śnie w pew­nym stop­niu spraw­dza­ne, Są to hi­po­te­zy opi­so­we i wy­ja­śnia­ją­ce, któ­re po­zwa­la­ją zro­zu­mieć i czę­ścio­wo zmie­rzyć ukła­dy sto­sun­ków mię­dzy­oso­bo­wych w ro­dzi­nie. Hi­po­te­zy te pro­wa­dzą nie tyle do sfor­mu­ło­wa­nia praw, co np. do zbu­do­wa­nia mo­de­lu ty­po­lo­gii ukła­du sto­sun­ków mię­dzy ro­dzi­ca­mi a dzieć­mi.1

Dzię­ki stwo­rze­niu hi­po­te­tycz­ne­go mo­de­lu ty­po­lo­gii po­staw ro­dzi­ciel­skich pra­ca speł­nia tak­że cel teo­re­tycz­ny. Rów­no­cze­śnie jed­nak pra­ca ma cele prak­tycz­ne, tj. dia­gno­stycz­ny i te­ra­peu­tycz­ny, gdyż zbu­do­wa­ny mo­del umoż­li­wia dia­gno­zę w po­szcze­gól­nych przy­pad­kach ro­dzin­nych, a tak­że w ra­zie po­trze­by po­zwa­la na wy­ty­cze­nie kie­run­ku od­dzia­ły­wa­nia na po­sta­wy ro­dzi­ciel­skie.

Wy­mie­nio­ne wy­żej za­da­nia opi­so­we i wy­ja­śnia­ją­ce, teo­re­tycz­ne i prak­tycz­ne, sta­no­wią wąt­ki, któ­re w toku pra­cy wza­jem­nie się prze­pla­ta­ją.

W ba­da­niach o ty­pie eks­plo­ra­cyj­nym naj­lep­sze za­sto­so­wa­nie znaj­du­je me­to­da kli­nicz­na. Opie­ra się ona na in­for­ma­cjach o ba­da­nych zja­wi­skach, wy­stę­pu­ją­cych - w prze­ci­wień­stwie do eks­pe­ry­men­tal­nych - jako re­zul­tat na­tu­ral­nej sy­tu­acji ży­cio­wej. Tej sy­tu­acji ba­dacz nie ob­ser­wu­je bez­po­śred­nio, ale do­wia­du­je się o niej od osób ba­da­nych lub ich oto­cze­nia, np. od ba­da­nych człon­ków ro­dzi­ny. Me­to­da kli­nicz­na po­zwa­la na uję­cie "ca­ło­ścio­we" ba­da­nych zja­wisk i unik­nię­cie ar­bi­tral­nych cięć, a więc i pew­nej przy­pad­ko­wo­ści w do­bo­rze zmien­nych do ba­da­nia,2 Po­le­ga na wie­lo­aspek­to­wym zba­da­niu po­szcze­gól­nych przy­pad­ków, za­na­li­zo­wa­niu i prze­my­śle­niu uzy­ska­nych wy­ni­ków i na pró­bach uogól­nie­nia do­pie­ro na pod­sta­wie ich zro­zu­mie­nia. Wa­lor ta­kie­go po­stę­po­wa­nia pod­kre­śla H. W. Star­buck pi­sząc "...naj­bar­dziej sku­tecz­ną dro­gą osią­gnię­cia płod­nych i ści­słych ge­ne­ra­li­za­cji jest szcze­gó­ło­wa i sta­ran­na ana­li­za in­dy­wi­du­al­ne­go przy­pad­ku."3 Wy­da­je się, że wni­kli­wa ana­li­za współ­wy­stę­pu­ją­cych fak­tów czy pro­ce­sów w ob­rę­bie ba­da­nych przy­pad­ków może pro­wa­dzić do wy­kry­cia hi­po­tez co do wy­stę­po­wa­nia współ­za­leż­no­ści przy­czy­no­wej. Ba­da­nie od­ręb­nych przy­pad­ków (case stu­dy) może być przy­dat­ne przy two­rze­niu no­wych ty­po­lo­gii. Rów­no­cze­śnie przy opi­sie ba­da­ne­go przy­pad­ku po­moc­ne są ist­nie­ją­ce już ty­po­lo­gie, na co zwra­ca­ją uwa­gę Go­ode i Iiatt4, po­dob­nie zresz­tą jak i zna­jo­mość in­nych współ­za­leż­no­ści.

W prze­pro­wa­dzo­nych ba­da­niach wie­lo­aspek­to­wość moż­na było uzy­skać dzię­ki uwzględ­nie­niu kil­ku płasz­czyzn ba­da­nia, jak struk­tu­ra i dy­na­mi­ka ży­cia ro­dzi­ny, po­sta­wy ro­dzi­ciel­skie, oso­bo­wość ro­dzi­ców, i za­sto­so­wa­niu kil­ku tech­nik ba­daw­czych. Po­słu­gi­wa­no się ta­ki­mi tech­ni­ka­mi, jak wy­wiad, psy­cho­lo­gicz­ne ba­da­nie pro­jek­cyj­ne, kwe­stio­na­riusz po­staw, ob­ser­wa­cje. Omó­wi­my je w dal­szej czę­ści roz­dzia­łu.

Spo­sób prze­pro­wa­dza­nia ba­dań

Pra­ca po­wsta­ła w opar­ciu o ba­da­nia ro­dzi­ców zgła­sza­ją­cych się z dziec­kiem do Po­rad­ni dla Ro­dzi­ców i Dzie­ci Za­kła­du Pe­dia­trii Spo­łecz­nej Ka­te­dry Pro­pe­deu­ty­ki Pe­dia­trii Aka­de­mii Me­dycz­nej w War­sza­wie. Po­rad­nię tę od­wie­dza­li ro­dzi­ce z dzieć­mi prze­ja­wia­ją­cy­mi głów­nie za­bu­rze­nia za­cho­wa­nia lub roz­wo­ju. W trak­cie ba­dań dia­gno­stycz­nych i te­ra­pii dzie­ci le­czo­nych w Po­rad­ni do­ko­ny­wa­łam ba­dań ro­dzi­ców i w ra­zie po­trze­by ko­ry­go­wa­łam ich po­sta­wy wo­bec dziec­ka.

Ba­da­nia pro­wa­dzi­łam od sierp­nia 1962 r. do koń­ca 1966 r. w Pra­cow­ni Psy­cho­lo­gii Ro­dzi­ny przy Za­kła­dzie Pe­dia­trii Spo­łecz­nej. Po­cząt­ko­wo pa­cjen­ci przy­by­wa­li z róż­nych stron kra­ju, po­nie­waż Po­rad­nia na­sta­wio­na była ra­czej na pa­to­lo­gię roz­wo­jo­wą niż na za­bu­rze­nia za­cho­wa­nia. W mia­rę prze­su­wa­nia się punk­tu cięż­ko­ści na te­ra­pię za­bu­rzeń za­cho­wa­nia wzra­sta­ła ilość pa­cjen­tów z War­sza­wy, choć nadal tra­fia­li się pa­cjen­ci z pro­win­cji. W Pra­cow­ni Psy­cho­lo­gii Ro­dzi­ny ba­da­łam rów­nież ro­dzi­ców ad­op­cyj­nych, któ­rzy bądź zgła­sza­li się z przy­bra­nym dziec­kiem do Po­rad­ni, bądź za­mie­rza­li za­adop­to­wać dziec­ko z ob­ser­wa­cyj­ne­go Od­dzia­łu Pre­adop­cyj­ne­go.

Wśród człon­ków zgła­sza­ją­cych się ro­dzin nie było "gru­bej" pa­to­lo­gii, a wy­kry­te przy­pad­ki al­ko­ho­li­zmu czy za­bu­rzeń zdro­wia psy­chicz­ne­go kie­ro­wa­no do le­cze­nia spe­cja­li­stycz­ne­go.5 W pra­cy obec­nej ce­lo­wo po­mi­nię­to spra­wy jaw­nej pa­to­lo­gii ży­cia ro­dzin­ne­go, ta­kiej jak nie­do­ro­zwój umy­sło­wy czy cho­ro­ba psy­chicz­na ro­dzi­ców, ich prze­stęp­czość, złe pro­wa­dze­nie sek­su­al­ne, al­ko­ho­lizm. Są to zja­wi­ska ła­twe do roz­po­zna­nia i wi­docz­ne - moż­na po­wie­dzieć - "go­łym okiem". Nie są na­to­miast bez­po­śred­nio do­stęp­ne dla ba­da­ją­ce­go pra­wi­dło­wo­ści czy nie­pra­wi­dło­wo­ści po­staw ro­dzi­ciel­skich oraz za­kłó­ceń w peł­nie­niu ról ro­dzi­ciel­skich u ro­dzi­ców nie­wy­ko­le­jo­nych.

Taki spo­sób zbie­ra­nia ma­te­ria­łu ba­daw­cze­go moż­na uznać ra­czej za przy­pad­ko­wy z punk­tu wi­dze­nia pro­ble­ma­ty­ki ro­dzi­ny, jed­nak­że nie moż­na wy­klu­czyć pew­nej se­lek­cji:

1. W ro­dzi­nach wy­stę­po­wa­ły kło­po­ty z dzieć­mi. Były to za­bu­rze­nia bądź w za­cho­wa­niu, bądź w roz­wo­ju psy­cho­so­ma­tycz­nym dziec­ka.

2. Rów­no­cze­śnie ro­dzi­ce sami zwra­ca­li się o po­moc, nie kie­ro­wa­ni przez inne in­sty­tu­cje, a więc sami za­uwa­ża­li, że dziec­ko stwa­rza pro­ble­my wy­ma­ga­ją­ce fa­cho­wej rady i po­mo­cy.

3. Wy­stę­po­wa­nie ner­wic wśród przy­pro­wa­dzo­nych dzie­ci wska­zu­je, że mimo iż ro­dzi­ny nie zgła­sza­ły się z pro­ble­ma­mi współ­ży­cia do­ro­słych osób w ro­dzi­nie do po­rad­ni spe­cja­li­stycz­nych, w ro­dzi­nach tych mo­gły ist­nieć za­kłó­ce­nia sto­sun­ków mię­dzy­oso­bo­wych. A więc ma­te­riał może być tak­że w pro­ble­ma­ty­ce ro­dzi­ny "dys­kret­nie" pa­to­lo­gicz­ny, tj. może za­wie­rać ro­dzi­ny o za­kłó­co­nych sto­sun­kach mię­dzy­oso­bo­wych, któ­re wy­stę­pu­jąc w nor­mal­nej po­pu­la­cji z mniej­szą czę­sto­ścią niż wśród ro­dzin z po - rad­ni, mogą ucho­dzić uwa­dze ba­da­czy in­te­re­su­ją­cych się sto­sun­ka­mi mię­dzy­oso­bo­wy­mi w ro­dzi­nie. Dzię­ki temu prze­pro­wa­dza­nie ba­dań w po­rad­ni może do­star­czyć ma­te­ria­łu do sta­wia­nia hi­po­tez w tej mało po­zna­nej dzie­dzi­nie sto­sun­ków mię­dzy­ludz­kich.

Rów­no­cze­śnie w ce­lach po­rów­naw­czych prze­ba­da­no gru­pę 30 ro­dzin dzie­ci, nie od­bie­ga­ją­cych swym sta­nem zdro­wia i za­cho­wa­nia od nor­my, a więc dzie­ci, z któ­ry­mi ro­dzi­ce nie zgła­sza­li się do po­rad­ni wy­cho­waw­czych czy zdro­wia psy­chicz­ne­go. Frzy opra­co­wa­niach tych czyn­nik sto­sun­ków mię­dzy­oso­bo­wych w ro­dzi­nie był ana­li­zo­wa­ny wtór­nie, a gru­py po­rów­naw­cze do­bie­ra­no uwzględ­nia­jąc inne czyn­ni­ki niż sto­sun­ki mię­dzy­oso­bo­we w ro­dzi­nie, a więc ze wzglę­du np. na stan zdro­wia dzie­ci -- dzie­ci zdro­we, ner­wi­co­we, nie­do­ro­zwi­nię­te, na struk­tu­rę ro­dzi­ny - ro­dzi­ny dwu - i trzy­po­ko­le­nio­we, na ro­dza­je wię­zi - po­kre­wień­stwa czy ad­op­cji - mię­dzy ro­dzi­ca­mi a dzieć­mi.

Wa­run­ki ba­da­nia w Pra­cow­ni Psy­cho­lo­gii Ro­dzi­ny po­zwa­la­ły na za­sto­so­wa­nie me­to­dy kli­nicz­nej, przy­dat­nej w eks­plo­ra­cyj­nej fa­zie ba­dań. Rów­no­cze­śnie moż­li­wość ob­ser­wa­cji ro­dzin przez dłuż­szy czas i w licz­nych kon­tak­tach po­zwa­la­ła na peł­niej­szy wgląd w dy­na­mi­kę współ­ży­cia w ro­dzi­nie i uchwy­ce­nie róż­nych ro­dza­jów sto­sun­ków mię­dzy­oso­bo­wych.

Ba­da­nia ro­dzi­ców od­by­wa­ły się po zgło­sze­niu dziec­ka do po­rad­ni i, za­zwy­czaj, po wstęp­nym jego przy­ję­ciu przez le­ka­rza i psy­cho­lo­ga. Za­pro­sze­nie na roz­mo­wę z psy­cho­lo­giem spo­łecz­nym ro­dzi­ce przyj­mo­wa­li na ogół chęt­nie, pra­gnę­li bo­wiem opo­wie­dzieć o swych kło­po­tach z dziec­kiem, uzy­skać radę, jak z nim po­stę­po­wać. Na za­in­te­re­so­wa­nie się psy­cho­lo­ga ich ro­dzin­ny­mi i oso­bi­sty­mi spra­wa­mi re­ago­wa­li po­zy­tyw­nie, trak­tu­jąc to jako oka­zję do zwie­rze­nia się nie­zna­nej, a życz­li­wej i fa­cho­wej oso­bie z nur­tu­ją­cych ich ak­tu­al­nych czy daw­nych pro­ble­mów. Po­zy­tyw­ną mo­ty­wa­cję kon­tak­tów z psy­cho­lo­giem wzmac­nia­ła jego rola do­rad­cza czy te­ra­peu­tycz­na, peł­nio­na po za­koń­cze­niu ba­dań dia­gno­stycz­nych. Za­zwy­czaj ro­dzi­ce byli za­do­wo­le­ni z tych spo­tkań i zgła­sza­li się sa­mo­rzut­nie z no­wy­mi pro­ble­ma­mi na­wet po upły­wie kil­ku lat od pierw­sze­go kon­tak­tu. Cza­sem żony przy­pusz­cza­ły, że mąż nie bę­dzie chciał przyjść na roz­mo­wę, albo uprze­dza­ły, że jest nie­chęt­nie do niej na­sta­wio­ny, bo nie wi­dzi jej po­trze­by, a roz­mo­wę z żoną uwa­ża za wy­star­cza­ją­cą. Jed­nak­że na ogół za­pra­sza­ni oj­co­wie zgła­sza­li się na roz­mo­wę i po na­wią­za­niu kon­tak­tu za­zwy­czaj do­brze współ­pra­co­wa­li.

Głów­ne płasz­czy­zny ba­dań do­ty­czy­ły ży­cia ro­dzi­ny, jej struk­tu­ry i dy­na­mi­ki, tj. roz­wo­ju i ak­tu­al­nych sto­sun­ków mię­dzy­oso­bo­wych, po­staw wo­bec dziec­ka i ży­cia ro­dzin­ne­go ro­dzi­ców oraz ich oso­bo­wo­ści, a w szcze­gól­no­ści ży­cia emo­cjo­nal­ne­go. Za­sto­so­wa­ny w ba­da­niach ze­spół me­tod skła­dał się z wy­wia­du i te­stów psy­cho­lo­gicz­nych. Wy­wiad pro­wa­dzo­ny w opar­ciu o uprzed­nio przy­go­to­wa­ny kwe­stio­na­riusz do­star­czał pod­sta­wo­wych in­for­ma­cji o ba­da­nej ro­dzi­nie. Po­ru­szał kil­ka grup pro­ble­mów, ta­kich jak stan per­so­nal­ny i ma­te­rial­ny ro­dzi­ny, bio­gra­fia ro­dzi­ców łącz­nie z da­ny­mi o ich ro­dzi­nach ma­cie­rzy­stych, in­for­ma­cje o mał­żeń­stwie i wy­cho­wa­niu dziec­ka zgło­szo­ne­go do po­rad­ni.

Od­po­wie­dzi na py­ta­nia pierw­szej gru­py do­star­cza­ły da­nych do­ty­czą­cych wie­ku, wy­kształ­ce­nia, za­wo­du, sta­nu zdro­wia ojca, mat­ki, dzie­ci i ewen­tu­al­nie in­nych człon­ków ro­dzi­ny, a po­nad­to da­nych o miej­scu za­miesz­ka­nia, są­siedz­twie, wa­run­kach miesz­ka­nio­wych i ma­te­rial­nych, pro­wa­dze­niu go­spo­dar­stwa do­mo­we­go.

Dane bio­gra­ficz­ne obej­mo­wa­ły in­for­ma­cje z okre­su dzie­ciń­stwa ro­dzi­ców i do­ty­czy­ły sta­nu per­so­nal­ne­go i ma­te­rial­ne­go ro­dzi­ny ma­cie­rzy­stej, jej miej­sca za­miesz­ka­nia, a po­nad­to sto­sun­ków uczu­cio­wych łą­czą­cych roz­mów­cę z ro­dzi­ca­mi, ro­dzeń­stwem czy na­wet człon­ka­mi szer­szej ro­dzi­ny oraz sty­lu wy­cho­wa­nia i sto­sun­ków uczu­cio­wych łą­czą­cych ro­dzi­ców re­spon­den­ta z nim sa­mym. Py­ta­no za­zwy­czaj o fak­ty (jak rok uro­dze­nia, ilość i płeć ro­dzeń­stwa) lub za­cho­wa­nie (np. czy re­spon­dent­ka była dziec­kiem piesz­czo­nym i ewen­tu­al­nie przez kogo z ro­dzi­ny naj­bar­dziej, kto był wo­bec niej su­ro­wy i wy­ma­ga­ją­cy, kogo się bała), rzad­ko o oce­ny. Do­wia­dy­wa­no się o ulu­bio­ne w okre­sie szkol­nym za­ba­wy, pla­ny na przy­szłość w okre­sie do­ra­sta­nia i ich re­ali­za­cję, pla­ny mał­żeń­skie i ma­cie­rzyń­skie, nie­po­wo­dze­nia i cięż­kie prze­ży­cia (łącz­nie z okre­sem woj­ny), o usa­mo­dziel­nie­nie się ży­cio­we i pod­ję­cie pra­cy za­wo­do­wej, o za­do­wo­le­nie z wy­ko­ny­wa­ne­go za­wo­du i z obec­nej pra­cy za­wo­do­wej.

W toku roz­mo­wy stop­nio­wo prze­cho­dzo­no do na­stęp­nych grup pro­ble­mo­wych, do­ty­czą­cych mał­żeń­stwa i współ­mał­żon­ka, jego hi­sto­rii i ak­tu­al­nych sto­sun­ków mię­dzy mał­żon­ka­mi, przy­czyn ewen­tu­al­nych roz­dź­wię­ków czy roz­bi­cia mał­żeń­stwa - tak jak je wi­dzi roz­mów­ca. Py­ta­no, czy ro­dzi­ce byli za­go­spo­da­ro­wa­ni w okre­sie przyj­ścia na świat dziec­ka, czy dziec­ko było pla­no­wa­ne, ocze­ki­wa­ne, ja­kie były ich pre­fe­ren­cje co do jego płci. Py­ta­no tak­że, czy wy­cho­wu­ją dziec­ko tak, jak sami byli wy­cho­wy­wa­ni, czy in­a­czej, i na czym ewen­tu­al­nie po­le­ga róż­ni­ca. Ba­da­no wza­jem­ną apro­ba­tę czy dez­apro­ba­tę ro­dzi­ców jako mał­żon­ków oraz ich wza­jem­ne oce­ny peł­nie­nia roli ro­dzi­ciel­skiej przez współ­mał­żon­ka (jak żona oce­nia męża jako ojca, a mąż żonę jako mat­kę), a tak­że zgod­ność czy roz­bież­ność ich po­staw wy­cho­waw­czych.

W ro­dzi­nach trzy­po­ko­le­nio­wych py­ta­no po­nad­to o kon­tak­ty z obu ro­dzi­na­mi ma­cie­rzy­sty­mi i ak­tu­al­ne sto­sun­ki mię­dzy po­ko­le­nia­mi. Zbie­ra­no też dane do­ty­czą­ce zgod­no­ści lub róż­nic w po­sta­wach wy­cho­waw­czych mię­dzy naj­star­szym a śred­nim po­ko­le­niem (dziad­ka­mi a ro­dzi­ca­mi). Przy koń­cu roz­mo­wy kon­cen­tro­wa­no się na pro­ble­mach zwią­za­nych ze sty­lem wy­cho­waw­czym. Py­ta­nia do­ty­czy­ły opie­ki nad dziec­kiem - kto ją głów­nie spra­wu­je, ile cza­su każ­de z ro­dzi­ców może dziec­ku po­świę­cić, sto­so­wa­nych środ­ków dys­cy­pli­ny, ich ro­dza­ju, czę­sto­ści ich sto­so­wa­nia przez ojca lub mat­kę oraz re­ak­cji dziec­ka na karę. Nad­mier­ną kon­cen­tra­cję ro­dzi­ców na dziec­ku i ich na­pię­cie ba­da­no na przy­kła­dzie sto­sun­ku ro­dzi­ców do spraw ży­wie­nia i ape­ty­tu dziec­ka, py­ta­jąc o pre­fe­ren­cje i za­cho­wa­nie dziec­ka oraz o za­cho­wa­nie ro­dzi­ców przy po­sił­kach.

Wy­wiad obej­mo­wał 138 py­tań i trwał ok. IV2 go­dzi­ny. Ro­dzi­ce chęt­nie udzie­la­li in­for­ma­cji, a ich swo­bo­dy w tym za­kre­sie nie ha­mo­wał fakt no­to­wa­nia wy­po­wie­dzi przez ba­da­ją­cą. Je­dy­nie przy bar­dziej in­tym­nych py­ta­niach, do­ty­czą­cych współ­ży­cia mię­dzy mał­żon­ka­mi, ocen współ­mał­żon­ka czy sto­sun­ków wza­jem­nych w ro­dzi­nach trzy­po­ko­le­nio­wych pro­szo­no o dys­kre­cję, tak aby np. mąż czy te­ścio­wa nie do­wie­dzie­li się o po­da­nych oce­nach, co oczy­wi­ście im za­pew­nia­no. Rów­no­cze­śnie oso­ba ba­da­ją­ca ob­ser­wo­wa­ła za­cho­wa­nie roz­mów­cy i w nie­któ­rych wy­pad­kach, przy py­ta­niach bar­dziej in­tym­nych, prze­ry­wa­ła no­to­wa­nie, wzna­wia­jąc je przy spra­wach obo­jęt­niej­szych, a bez­po­śred­nio po wy­wia­dzie uzu­peł­nia­ła treść wy­po­wie­dzi. Roz­mo­wę pro­wa­dzo­no w życz­li­wej at­mos­fe­rze, a otwar­te­mu wy­po­wia­da­niu się sprzy­ja­ła chęć po­dzie­le­nia się swy­mi pro­ble­ma­mi i na­dzie­ja na uzy­ska­nie po­mo­cy.

Moż­na są­dzić, że sy­tu­acja ba­dań na te­re­nie po­rad­ni sprzy­ja­ła szcze­ro­ści wy­po­wie­dzi. Do­dat­nio wpły­wa­ła też po­zy­tyw­na mo­ty­wa­cja ro­dzi­ców, ocze­ku­ją­cych po­mo­cy dla dziec­ka i dla sie­bie sa­mych w nę­ka­ją­cych ich trud­no­ściach wy­cho­waw­czych. Ba­da­nie stwa­rza­ło też oka­zję do roz­mo­wy o ewen­tu­al­nych kło­po­tach ro­dzin­nych czy wła­snych bo­lącz­kach, w na­dziei, że i w tych spra­wach uzy­ska się je­śli nie po­ra­dę, to przy­najm­niej cier­pli­we wy­słu­cha­nie i wy­mia­nę zdań. Rów­no­cze­śnie kwe­stio­na­riusz pra­wie nie za­wie­rał py­tań że­nu­ją­cych. Wszyst­kie te czyn­ni­ki wpły­wa­ły na wia­ry­god­ność otrzy­ma­nych wy­po­wie­dzi.

Wszyst­kie oso­by były ba­da­ne tym sa­mym ze­sta­wem me­tod. W wy­jąt­ko­wych wy­pad­kach uzu­peł­nia­no ten ze­staw ja­kimś do­dat­ko­wym ba­da­niem. Roz­po­czy­na­no od roz­mo­wy wg po­da­ne­go sche­ma­tu, po czym na­stę­po­wa­ło wy­ko­na­nie te­stu pro­jek­cyj­ne­go, któ­ry opie­rał się na ma­te­ria­le spo­strze­że­nio­wym.6 Ba­da­nym z re­gu­ły wy­ja­śnia­no, że o wy­ko­na­nie tego za­da­nia pro­sze­ni są wszy­scy ro­dzi­ce, gdyż po­zna­nie typu ich wy­obraź­ni uła­twia póź­niej in­dy­wi­du­al­ną po­ra­dę. Na­stęp­nie prze­cho­dzo­no do' pró­by o ty­pie wer­bal­nym ("pa­pier-ołó­wek"), tj. do wy­peł­nia­nia przez ba­da­ne­go kwe­stio­na­riu­sza Scha­efe­ra i Bel­la PARI.7 Na za­koń­cze­nie wi­zy­ty roz­po­czy­na­no roz­mo­wę o cha­rak­te­rze do­rad­czym czy te­ra­peu­tycz­nym, któ­rą za­zwy­czaj prze­no­szo­no na na­stęp­ne spo­tka­nie. Ob­ser­wa­cji in­te­rak­cji mię­dzy ro­dzi­ca­mi a dziec­kiem do­ko­ny­wa­no na te­re­nie po­rad­ni za­wsze w taki spo­sób, by mat­ki czy oj­co­wie nie wie­dzie­li, że są ob­ser­wo­wa­ni. Ob­ser­wa­cje te były do­ryw­cze i krót­ko­trwa­łe i mia­ły na celu uzu­peł­nie­nie da­nych uzy­ska­nych na in­nych dro­gach.

Ba­da­nia od­by­wa­ły się z każ­dym z ro­dzi­ców od­dziel­nie (tyl­ko cza­sem, w póź­niej­szym okre­sie od­dzia­ły­wa­nia na po­sta­wy ro­dzi­ciel­skie, pro­szo­no oboj­ga ro­dzi­ców). Roz­mo­wy mia­ły miej­sce w spe­cjal­nie na ten cel prze­zna­czo­nym po­ko­ju, w któ­rym poza roz­mów­cą i ba­da­ją­cą nie było ni­ko­go. Sta­ra­no się za­pew­nić po­miesz­cze­niu es­te­tycz­ny wy­gląd, o moż­li­wie nie biu­ro­wym cha­rak­te­rze, z dużą ilo­ścią zie­lo­nych ro­ślin i wy­god­ny­mi fo­te­la­mi.

Głów­ny punkt za­in­te­re­so­wań sta­no­wi­ły sto­sun­ki ro­dzi­ce - dzie­ci. Ro­dzi­ce byli za­rów­no przed­mio­tem ba­dań, jak i od­dzia­ły­wa­nia. Jed­nak­że pro­ble­my usto­sun­ko­wa­nia się ro­dzi­ców do dziec­ka uj­mo­wa­ne były tak­że na tle gru­py ro­dzin­nej i ze wzglę­du na sto­sun­ki mię­dzy­oso­bo­we w tej gru­pie. Dla­te­go jako ba­da­ny przy­pa­dek trak­to­wa­łam ro­dzi­nę, a nie po­szcze­gól­ne oso­by.

Zba­da­no ogó­łem 283 ro­dzi­ny. Jed­nak­że pew­ne roz­dzia­ły opie­ra­ją się na mniej­szych licz­bach, ze wzglę­du na okre­ślo­ne szcze­gó­ło­we pro­ble­my ba­daw­cze. Z pierw­szej fazy ba­dań, w któ­rej ba­da­łam ko­lej­no ro­dzi­ny zgła­sza­ją­ce się do po­rad­ni, po­cho­dzi gru­pa 143 ro­dzin, ana­li­zo­wa­nych ze wzglę­du na wpływ struk­tu­ry ro­dzi­ny na sto­sun­ki mię­dzy­oso­bo­we i funk­cję wy­cho­waw­czą (por. rozdz. 7, 8 i 9). Jak już wspo­mi­na­łam, prze­ba­da­łam tak­że 30 ro­dzin spo­za po­rad­ni po­sia­da­ją­cych zdro­we dzie­ci. W na­stęp­nej fa­zie ba­dań sta­ra­łam się do­bie­rać ro­dzi­ny ze wzglę­du na ro­dzaj za­bu­rzeń prze­ja­wia­nych przez dziec­ko, szcze­gól­nie in­te­re­su­jąc się ro­dzi­na­mi dzie­ci ner­wi­co­wych i nie­do­ro­zwi­nię­tych. Oczy­wi­ście wzglę­dy prak­tycz­ne (np. dia­gno­stycz­ne) nie po­zwo­li­ły na ści­słą se­lek­cję w trak­cie ba­dań, ale wtór­nie spo­śród prze­ba­da­nych w tej fa­zie ro­dzin moż­na było do­brać od­po­wied­nie gru­py, aby do­ko­nać opra­co­wa­nia opar­te­go na ana­li­zie 90 ro­dzin dzie­ci ner­wi­co­wych, nie­do­ro­zwi­nię­tych i zdro­wych (po 30 ro­dzin w gru­pie), przed­sta­wio­ne­go w rozdz. 6. Po­nad­to ba­da­łam ro­dzi­ny ad­op­cyj­ne bądź zgła­sza­ją­ce się z dziec­kiem do po­rad­ni, bądź w okre­sie ad­op­to­wa­nia dziec­ka. Ro­dzin tych było 50 i na wy­ni­kach uzy­ska­nych z ich ba­dań opar­to część III pra­cy.

Cha­rak­te­ry­sty­ka ba­da­nych osób

Obec­nie zaj­mie­my się cha­rak­te­ry­sty­ką ro­dzi­ców zgła­sza­ją­cych swe dzie­ci do po­rad­ni i ba­da­nych w Pra­cow­ni Psy­cho­lo­gii Ro­dzi­ny ze wzglę­du na in­te­re­su­ją­cy nas pro­blem sto­sun­ków ro­dzi­ce-dzie­ci. Na­to­miast struk­tu­rę ba­da­nych ro­dzin scha­rak­te­ry­zu­ję bli­żej w czę­ści II pra­cy, po­świę­co­nej wpły­wo­wi tej struk­tu­ry na kształ­to­wa­nie się sto­sun­ków mię­dzy­oso­bo­wych i na funk­cję wy­cho­waw­czą.

Jak już wspo­mi­na­łam, ba­da­łam ro­dzi­ców przy oka­zji zgło­sze­nia dziec­ka do Po­rad­ni dla Ro­dzi­ców i Dzie­ci. Wśród prze­ba­da­nych 283 ro­dzin prze­wa­ża­ją­cą licz­bę, bo 80% ba­da­nej gru­py, sta­no­wi­li miesz­kań­cy miast, w tym aż 72% - War­sza­wy. Po­zo­sta­łe 20% to miesz­kań­cy wsi, jed­nak­że ro­dzin ży­ją­cych wy­łącz­nie z rol­nic­twa było tyl­ko 7,5%.

Znacz­na część ba­da­nych po­sia­da­ła wy­kształ­ce­nie śred­nie, tj. 40% oj­ców i 60% ma­tek, i wyż­sze, tj. 41% oj­ców i 21% ma­tek, a więc wię­cej oj­ców niż ma­tek po­sia­da­ło wy­kształ­ce­nie wyż­sze, zaś wię­cej ma­tek niż oj­ców - wy­kształ­ce­nie śred­nie. Zresz­tą wy­kształ­ce­nie śred­nie prze­wa­ża­ło w gru­pie ko­biet. Wy­kształ­ce­nie pod­sta­wo­we po­sia­da­ło tyl­ko ok. 1/5 ba­da­nych ma­tek i oj­ców (19% ma­tek i 19% oj­ców). Ba­da­ni w więk­szo­ści sta­no­wi­li gru­pę pra­cow­ni­ków umy­sło­wych (65% oj­ców i 75% ma­tek). Pra­co­wa­li pra­wie wszy­scy oj­co­wie (98%) i więk­szość ma­tek (76%).

Wiek ok... po­ło­wy ba­da­nych ro­dzi­ców wa­hał się mię­dzy 30 a 40 ro­kiem ży­cia (50% oj­ców i 46% ma­tek), czy­li był wie­kiem ty­po­wym dla ro­dzi­ciel­stwa. Prze­cięt­nie żony były młod­sze od swych mę­żów o 5 lat i śred­nia ich wie­ku wy­no­si­ła 32 lata (przy roz­pię­to­ści od 21 do 51 lat), zaś śred­nia wie­ku mę­żów wy­no­si­ła 37 lat (przy roz­pię­to­ści wie­ku od 25 do 54 lat), a więc na sto­su­nek ro­dzi­ców do dzie­ci ra­czej nie wpły­wa­ły zmia­ny zwią­za­ne ze sta­rze­niem się ro­dzi­ców.

Ba­da­ne ro­dzi­ny zde­cy­do­wa­nie na­le­ża­ły do ma­ło­dziet­nych, gdyż tyl­ko 9% po­sia­da­ło tro­je lub wię­cej dzie­ci. Dwu­dziet­nych było 43% ro­dzin, a 48% - jed­no­dziet­nycn.

Wiek dzie­ci zgła­sza­nych do Po­rad­ni wa­hał się od 4 mie­się­cy do 14 lat. Tak­że roz­pię­tość okre­su trwa­nia mał­żeń­stwa była duża i wy­no­si­ła od 2 do 16 lat, przy czym śred­nio 9 lat. Nie­mniej zgła­sza­ją­ce się mał­żeń­stwa znaj­do­wa­ły się w tej sa­mej fa­zie roz­wo­jo­wej, tj. w okre­sie wy­cho­wy­wa­nia dzie­ci, a więc już po na­ro­dze­niu pierw­sze­go dziec­ka, ale jesz­cze przed okre­sem ich do­ro­sło­ści i usa­mo­dziel­nie­nia się.8

Cha­rak­te­ry­sty­kę wa­run­ków ma­te­rial­nych i miesz­ka­nio­wych, w ja­kich żyły ba­da­ne ro­dzi­ny, opar­to na su­biek­tyw­nych oce­nach ba­da­nych osób, któ­re okre­śla­ły je w ska­li pię­cio­stop­nio­wej (b... do­bre, do­bre, wy­star­cza­ją­ce, złe, b... złe). Ten spo­sób oce­ny wa­run­ków by­to­wych po­zwa­la na stwier­dze­nie stop­nia za­spo­ko­je­nia po­trzeb ba­da­nych mał­żeństw w tym za­kre­sie, zgod­nie z ich wła­snym od­czu­ciem. Umoż­li­wia za­tem ro­ze­zna­nie, czy i ewen­tu­al­nie ile ro­dzin ma nie za­spo­ko­jo­ne pod­sta­wo­we po­trze­by by­to­we i znaj­du­je się w -sy­tu­acji stres­su, ile zaś po­trze­by te uwa­ża za za­spo­ko­jo­ne w znacz­nym stop­niu i nie stwa­rza­ją­ce oka­zji do wzmo­żo­ne­go na­pię­cia. Dla jed­nych bo­wiem po­kój z kuch­nią w no­wym bu­dow­nic­twie jest bar­dzo do­brym lub co naj­mniej do­brym roz­wią­za­niem sy­tu­acji miesz­ka­nio­wej, za­spo­ka­ja­ją­cym po­trze­by w tym za­kre­sie, dla in­nych zaś nie. Za­le­ży to nie tyl­ko od licz­by czy wie­ku miesz­kań­ców, ale od sze­re­gu in­nych czyn­ni­ków, jak na przy­kład po­przed­nie wa­run­ki miesz­ka­nio­we, to, czy ktoś z do­mow­ni­ków pra­cu­je lub uczy się w domu, czy są w ro­dzi­nie prze­wle­kle cho­rzy itp. Po­dob­nie jest z wa­run­ka­mi ma­te­rial­ny­mi, gdyż ta sama suma do­cho­dów za­spo­ka­ja po­trze­by jed­nych ro­dzin w stop­niu za­do­wa­la­ją­cym, in­nych zaś w nie­za­do­wa­la­ją­cym, po­wo­du­jąc na­pię­cia, za­bie­ga­nie o do­dat­ko­we za­rob­ki, co po­cią­ga za sobą zmniej­sze­nie ilo­ści cza­su, jaki moż­na po­świę­cić ro­dzi­nie i wy­cho­wa­niu dzie­ci.

Swo­ją sy­tu­ację ma­te­rial­ną ba­da­ni oce­nia­li prze­waż­nie jako do­brą (54%), bądź wy­star­cza­ją­cą (40%>); nikt nie okre­ślił jej jako bar­dzo złą, a tyl­ko nie­wiel­ki od­se­tek ba­da­nych jako złą (2%) i bar­dzo do­brą (4%).

W spo­sób bar­dziej zróż­ni­co­wa­ny oce­nia­no wa­run­ki miesz­ka­nio­we. W po­rów­na­niu z oce­ną wa­run­ków ma­te­rial­nych więk­szy był od­se­tek osób bar­dzo za­do­wo­lo­nych - wy­no­sił 15% oraz nie­za­do­wo­lo­nych - 11%, a na­wet bar­dzo nie­za­do­wo­lo­nych (6%). Nie­mniej prze­wa­ża­ły oce­ny do­bre (38%) i wy­star­cza­ją­ce (30%).

Tak więc ba­da­no prze­waż­nie mał­żeń­stwa za­miesz­ka­łe w mie­ście, z prze­wa­gą war­szaw­skich, po­sia­da­ją­ce jed­no lub dwo­je dzie­ci w wie­ku do 14 lat, a więc znaj­du­ją­ce się w dru­giej fa­zie mał­żeń­stwa, któ­re prze­cięt­nie trwa­ło już od 9 lat. Na ogół obo­je ro­dzi­ce pra­co­wa­li, z wy­jąt­kiem 2% oj­ców i 24% ma­tek. W więk­szo­ści byli pra­cow­ni­ka­mi umy­sło­wy­mi, o wy­kształ­ce­niu śred­nim lub wyż­szym, w wie­ku do lat 40. Pra­wie wszy­scy byli za­do­wo­le­ni ze swych wa­run­ków ma­te­rial­nych w co naj­mniej śred­nim stop­niu, tyl­ko ok.-1/6 ba­da­nych na­rze­ka­ła na wa­run­ki miesz­ka­nio­we.

Prze­pro­wa­dzo­ne ba­da­nia do­ty­czy­ły więc głów­nie ro­dzin miej­skich, a na­wet wiel­ko­miej­skich - war­szaw­skich. Po­dob­nie jak w Ba­da­niach nad mło­dy­mi mał­żeń­stwa­mi Lu­tyń­skie­go, opar­tych na an­kie­cie "Sztan­da­ru Mło­dych", oraz wśród od­po­wia­da­ją­cych na an­kie­tę "Ży­cia War­sza­wy" pt. Jaka je­steś, ro­dzi­no?, nad­re­pre­zen­to­wa­ne są oso­by z wyż­szym wy­kształ­ce­niem i pra­cow­ni­cy umy­sło­wi, a nie­do­re­pre­zen­to­wa­ne są oso­by z wy­kształ­ce­niem pod­sta­wo­wym i pra­cow­ni­cy fi­zycz­ni.9 A więc nad­re­pre­zen­to­wa­ne są ro­dzi­ny in­te­li­genc­kie. Rów­nież nad­re­pre­zen­to­wa­ne są za­męż­ne ko­bie­ty pra­cu­ją­ce.10

War­to za­uwa­żyć, że in­te­re­su­ją­ce są zbież­no­ści do­ty­czą­ce cha­rak­te­ru ro­dzi­ny osób uczest­ni­czą­cych w ba­da­niach, opar­tych na pró­bach po­wsta­łych bądź przez spon­ta­nicz­ny udział w an­kie­cie, bądź przez sa­mo­rzut­ne zgła­sza­nie się ro­dzi­ców z dziec­kiem do po­rad­ni. Zbież­no­ści te wska­zu­ją na pew­ne spo­łecz­ne de­ter­mi­nan­ty "sa­mo­rzut­no­ści" zgło­szeń, mimo róż­nic mo­ty­wa­cji psy­cho­lo­gicz­nej udzia­łu w an­kie­cie czy chę­ci uzy­ska­nia po­ra­dy dla dziec­ka. Pew­na se­lek­tyw­ność ma­te­ria­łu nie wy­klu­cza jego uży­tecz­no­ści dla po­zna­nia sto­sun­ków ro­dzin­nych. I moż­na tu za­sto­so­wać stwier­dze­nie A. Kło­skow­skiej od­no­szą­ce się do ma­te­ria­łów an­kie­to­wych, że "na­da­ją się one szcze­gól­nie do wy­ko­rzy­sta­nia przy opra­co­wy­wa­niu pew­nych okre­ślo­nych za­gad­nień..."11 Uzy­ska­ne w prze­pro­wa­dzo­nych ba­da­niach dane wy­da­ją się war­to­ścio­wym ma­te­ria­łem w fa­zie eks­plo­ra­cji i sta­wia­nia hi­po­tez, któ­re w na­stęp­nych ba­da­niach na pró­bach re­pre­zen­ta­tyw­nych mogą być we­ry­fi­ko­wa­ne.

Na za­koń­cze­nie na­le­ży przy­po­mnieć, że ba­da­ne ro­dzi­ny były w za­sa­dzie ro­dzi­na­mi nor­mal­ny­mi, tzn. że na sto­sun­ki mię­dzy ro­dzi­ca­mi i dzieć­mi nie wpły­wa­ły czyn­ni­ki pa­to­lo­gicz­ne tego typu, jak al­ko­ho­lizm, za­bu­rze­nia psy­chicz­ne, prze­stęp­czość, nie­do­ro­zwój umy­sło­wy ro­dzi­ców.

Po­dob­nie na sto­su­nek ro­dzi­ców do dzie­ci nie rzu­to­wa­ły ta­kie czyn­ni­ki, jak brak wy­kształ­ce­nia ro­dzi­ców, ich po­de­szły wiek, cięż­kie wa­run­ki bytu, wie­lo­dziet­ność.

Ba­da­ne ro­dzi­ny po­sia­da­ły ce­chy cha­rak­te­ry­stycz­ne dla ro­dzin ży­ją­cych w ok. 20 lat po woj­nie w pań­stwie so­cja­li­stycz­nym. Wiek ba­da­nych wska­zu­je, że wy­kształ­ce­nie zdo­by­wa­li czę­ścio­wo lub cał­ko­wi­cie w Pol­sce Lu­do­wej. Zwa­żyw­szy upo­wszech­nie­nie na­uki i ła­twy do­stęp do szkol­nic­twa śred­nie­go i wyż­sze­go, mo­że­my stwier­dzić, że ba­da­ni w du­żym od­set­ku z tych moż­li­wo­ści sko­rzy­sta­li. Woj­na przy­pa­dła na okres ich dzie­ciń­stwa i mło­do­ści, w związ­ku z czym więk­szość z nich ma za sobą po­waż­ne sy­tu­acje stres­so­we zwią­za­ne z oku­pa­cją i dzia­ła­nia­mi wo­jen­ny­mi. Na­stęp­nie byli świad­ka­mi lub uczest­ni­ka­mi re­wo­lu­cji spo­łecz­nej, po­li­tycz­nej i ide­olo­gicz­nej, zwią­za­nej z usta­no­wie­niem pań­stwa so­cja­li­stycz­ne­go. Nie bez wpły­wu na ich ży­cie po­zo­sta­ły wiel­kie ru­chy lud­no­ści oraz ol­brzy­mie tem­po uprze­my­sło­wie­nia kra­ju i wzro­stu miast.

Duży od­se­tek pra­cu­ją­cych ma­tek - prze­wyż­sza­ją­cy od­se­tek po­da­ny przez J. Pio­trow­skie­go12 - wska­zu­je na ich eman­cy­pa­cję, dą­że­nie do nie­za­leż­no­ści eko­no­micz­nej oraz ega­li­ta­ryzm w ba­da­nych mał­żeń­stwach.

Po­nad­to te prze­waż­nie miej­skie mał­żeń­stwa ko­ja­rzy­ły się w okre­sie za­ni­ka­nia kon­tro­li kon­trak­tu mał­żeń­skie­go, któ­ry sta­wał się spra­wą oso­bi­stą męża i żony, a oni sami byli ra­czej nie­za­leż­ni od kon­tro­li ro­dzi­ców czy szer­szej ro­dzi­ny lub in­nej for­my na­ci­sku spo­łecz­ne­go za­rów­no w spra­wie wy­bo­ru part­ne­ra i chwi­li wstą­pie­nia w związ­ki mał­żeń­skie, jak i cha­rak­te­ru ich po­ży­cia. Nie wy­klu­cza to zresz­tą w nie­któ­rych ro­dzi­nach trzy­po­ko­le­nio­wych in­ge­ren­cji w ży­cie mał­żeń­skie śred­nie­go po­ko­le­nia ma­tek współ­mał­żon­ków, za­kłó­ca­ją­cych har­mo­nię współ­ży­cia, o czym wspo­mi­nam w rozdz. 7, 8 i 9.

Wy­da­je się, że ba­da­ne ro­dzi­ny zbli­ża­ją się do typu ży­cia ro­dzin­ne­go, któ­ry łą­czy uczest­nic­two wszyst­kich człon­ków ro­dzi­ny w ta­kich funk­cjach i in­sty­tu­cjach spo­łecz­nych, jak pra­ca, szko­ła, or­ga­ni­za­cje spo­łecz­ne, związ­ki za­wo­do­we, wcza­sy czy roz­ryw­ki. A ży­cie ro­dzin­ne, za­spo­ka­ja­jąc okre­ślo­ne po­trze­by człon­ków ro­dzi­ny, nie sta­no­wi prze­szko­dy do ak­tyw­no­ści w in­nym śro­do­wi­sku.

3. WYNIKI DOTYCHCZASOWYCH BADAŃ NAD POSTAWAMI RODZICIELSKIMI

Wpływ po­staw ro­dzi­ciel­skich na za­cho­wa­nie dzie­ci

Sze­reg prze­pro­wa­dzo­nych do­tąd ba­dań em­pi­rycz­nych wska­zu­je, że okre­ślo­ny ła­du­nek emo­cjo­nal­ny, któ­rym na­sy­co­ne jest po­stę­po­wa­nie ro­dzi­ców wo­bec dziec­ka, wy­wo­łu­je u nie­go od­zew w po­sta­ci spe­cy­ficz­ne­go za­cho­wa­nia.

Wza­jem­ne od­dzia­ły­wa­nia, czy­li tzw. in­te­rak­cje, mię­dzy ro­dzi­ca­mi a dzieć­mi były przed­mio­tem szcze­gó­ło­wych ba­dań. Przy­to­czę przy­kła­do­wo nie­któ­re ich wy­ni­ki. Bar­ba­ra M. Bi­shop28 ob­ser­wo­wa­ła swo­bod­ne in­te­rak­cje mię­dzy mat­ka­mi i dzieć­mi w wie­ku przed­szkol­nym w trak­cie za­ba­wy w świe­tli­cy eks­pe­ry­men­tal­nej. Stwier­dzi­ła, że przy bra­ku ak­cep­ta­cji przez mat­kę dzia­łań dziec­ka, wy­stę­po­wa­ły u nie­go sil­ne ten­den­cje do re­ak­cji agre­syw­nych i ne­ga­ty­wi­zmu. Gdy mat­ki prze­ja­wia­ły na­sta­wie­nie kry­tycz­ne wo­bec dzia­łań dziec­ka, wtrą­ca­jąc się i dy­ry­gu­jąc, dziec­ko re­ago­wa­ło bra­kiem współ­dzia­ła­nia lub nie­chęt­ną, przy­ha­mo­wa­ną współ­pra­cą. Je­że­li rów­no­cze­śnie obok wspo­mnia­ne­go na­sta­wie­nia dy­ry­gu­ją­co-kry­tycz­ne­go mat­ka usu­wa­ła sic> od kon­tak­tu z dziec­kiem, poza nie­chę­cią do współ­dzia­ła­nia prze­ja­wia­ło ono sil­ne agre­syw­ne po­bu­dze­nie i re­ak­cje od­mo­wy.

Ba­da­nia La­fo­re'a29, prze­pro­wa­dzo­ne w wa­run­kach do­mo­wych, wska­zu­ją na po­dob­ne za­leż­no­ści. Na zbyt czę­ste wtrą­ca­nie się ro­dzi­ców do dzie­ci - dzie­ci naj­czę­ściej re­ago­wa­ły opo­rem. Przy wtrą­ca­ją­cym się i dyk­tu­ją­cym za­cho­wa­niu ro­dzi­ców wy­stę­po­wa­ła wro­gość wo­bec nich. Na na­sta­wie­nie w wy­so­kim stop­niu ga­nią­ce, ka­rzą­ce, gro­żą­ce, przy­na­gla­ją­ce... dzie­ci re­ago­wa­ły wzmo­żo­ną krzy­kli­wo­ścią. Ro­dzi­ce za­po­mi­na­ją­cy o dzie­ciach, za­nie­dbu­ją­cy je, do­zna­wa­li od nich naj­wię­cej do­kucz­li­wo­ści.

Utrwa­lo­ne po­sta­wy wo­bec dziec­ka, na­si­la­ją­ce wy­bior­czo pew­ne typy in­te­rak­cji, sprzy­ja­ją po­wsta­wa­niu pew­nych cech oso­bo­wo­ści dziec­ka. Wpływ ten mo­że­my śle­dzie w za­kre­sie roz­wo­ju spraw­no­ści umy­sło­wej, uczu­cio­wo­ści dziec­ka i ak­tyw­no­ści, uspo­łecz­nie­nia, do­bre­go lub złe­go przy­sto­so­wa­nia w szko­le oraz sto­sun­ku do do­ro­słych.

Przed­sta­wia­my przy­kła­do­wo wy­ni­ki nie­któ­rych ba­dań. Bal­dwin,'Kal­horn i Bre­ese stwier­dzi­li istot­ne sta­ty­stycz­nie róż­ni­ce w roz­wo­ju in­te­lek­tu­al­nym w za­leż­no­ści od ty­pów po­staw ro­dzi­ców. Naj­bar­dziej po­bu­dza­ją­cym roz­wój umy­sło­wy dziec­ka był de­mo­kra­tycz­ny typ za­cho­wa­nia ro­dzi­ców. Sprzy­ja on wszech­stron­ne­mu roz­wo­jo­wi in­te­lek­tu. Je­dy­nie u dzie­ci tych ro­dzi­ców za­ob­ser­wo­wa­no wy­raź­ny wzrost ilo­ra­zu in­te­li­gen­cji po trzy­let­nim okre­sie ob­ser­wa­cji dziec­ka. Zmia­na ta nie wią­za­ła się ani z ilo­ra­zem in­te­li­gen­cji ro­dzi­ców, ani z ilo­ra­zem in­te­li­gen­cji dziec­ka, ale z ty­pem za­cho­wa­nia ro­dzi­ców, jak­kol­wiek stwier­dzo­no istot­ną za­leż­ność mię­dzy in­te­li­gen­cją dziec­ka a in­te­li­gen­cją ro­dzi­ców. Po­nad­to my­śle­nie tych dzie­ci wy­róż­nia­ło się spo­śród po­zo­sta­łych grup wy­so­kim stop­niem ory­gi­nal­no­ści, pla­no­wo­ści, wy­trwa­ło­ści, cie­ka­wo­ści i fan­ta­zji. Roz­wo­jo­wi umy­sło­wo­ści dziec­ka sprzy­ja swo­bo­da, cie­pło uczu­cio­we i sty­mu­la­cja roz­wo­jo­wa, zwią­za­na z ak­cep­tu­ją­co-de­mo­kra­tycz­nym za­cho­wa­niem ro­dzi­ców.

Dzie­ci ro­dzi­ców po­błaż­li­wych ce­chu­je brak ory­gi­nal­no­ści, a tak­że niż­szy sto­pień wy­trwa­ło­ści, cie­ka­wo­ści i fan­ta­zji. Zbyt­nie ochra­nia­nie dziec­ka, trak­to­wa­nie go jako młod­sze­go, ogra­ni­cza jego moż­li­wo­ści i nie sprzy­ja roz­wo­jo­wi umy­słu.

Dzie­ci ro­dzi­ców od­rzu­ca­ją­cych ce­chu­je ra­czej ten­den­cja do ob­ni­że­nia niż wzro­stu ilo­ra­zu in­te­li­gen­cji, stwier­dzo­na po trzy­let­nim okre­sie ob­ser­wa­cji. Cha­rak­te­ry­zu­je je tak­że sła­be wy­ko­rzy­sta­nie po­sia­da­nych zdol­no­ści i - po­dob­nie jak gru­pę dzie­ci ro­dzi­ców po­błaż­li­wych - brak ory­gi­nal­no­ści, ni­ski sto­pień wy­trwa­ło­ści, cie­ka­wo­ści i fan­ta­zji. Tu­taj ogra­ni­cza­ją­co dzia­ła pre­sja au­to­kra­tycz­ne­go za­cho­wa­nia ro­dzi­ców, sta­no­wiąc an­ty­bodź­ce do sty­mu­la­cji roz­wo­ju umy­sło­we­go, a w tym ory­gi­nal­no­ści, pil­no­ści, cie­ka­wo­ści i fan­ta­zji.30

Ba­da­czy in­te­re­su­je tak­że zwią­zek mię­dzy po­sta­wa­mi ro­dzi­ciel­ski­mi a po­wo­dze­niem dziec­ka w na­uce szkol­nej. M. C. Shaw i McCu­en w ba­da­niach nad po­cząt­ka­mi nie­po­wo­dzeń szkol­nych dzie­ci in­te­li­gent­nych wy­su­nę­li hi­po­te­zę, że po­sta­wy ro­dzi­ców wo­bec dziec­ka mogą wpły­wać na jego po­stę­py w szko­le.31 Pro­blem ten pod­ję­li M. C. Shaw i B. E. Dut­ton spraw­dza­jąc hi­po­te­zę, czy ist­nie­je róż­ni­ca w za­kre­sie po­staw ro­dzi­ciel­skich mię­dzy ro­dzi­ca­mi dzie­ci, któ­re osią­ga­ją po­wo­dze­nie w na­uce szkol­nej, a ro­dzi­ca­mi dzie­ci, nie wy­ka­zu­ją­cych się żad­ny­mi osią­gnię­cia­mi w tym za­kre­sie. Ba­da­nia po­twier­dzi­ły hi­po­te­zę i au­to­rzy su­ge­ru­ją, że nie­któ­re ne­ga­tyw­ne po­sta­wy ro­dzi­ców wo­bec dzie­ci mogą pro­wa­dzić do wy­kształ­ce­nia u nich ne­ga­tyw­nych po­staw wo­bec sie­bie sa­mych, co z ko­lei może wpły­wać na po­stę­py szkol­ne na­wet przy nor­mal­nym po­zio­mie spraw­no­ści umy­sło­wej.32

Po­nad­to wy­su­wa­no tak­że hi­po­te­zę, że we wcze­snych la­tach szkol­nych po­ziom umy­sło­wy dzie­ci jest po­bu­dza­ny przez po­sta­wę ak­cep­ta­cji ze stro­ny ro­dzi­ców, a ha­mo­wa­ny przez po­sta­wę od­rzu­ce­nia. Pro­blem ten ana­li­zo­wał J. Hur­ley u dzie­ci ośmio­let­nich, ba­da­nych w trze­cim roku od pod­ję­cia przez nie na­uki szkol­nej. Stwier­dził on zwią­zek po­mię­dzy ak­cep­ta­cją czy od­rzu­ce­niem ro­dzi­ców a ilo­ra­zem in­te­li­gen­cji u dzie­ci. Przy tym po­ziom spraw­no­ści umy­sło­wej u có­rek wy­da­je się bar­dziej zwią­za­ny z ak­cep­ta­cją czy od­rzu­ce­niem ich przez ro­dzi­ców niż u sy­nów.33

Z punk­tu wi­dze­nia po­staw ro­dzi­ciel­skich ba­da­no tak­że pro­blem doj­rza­ło­ści szkol­nej dziec­ka oraz jego przy­sto­so­wa­nia w pierw­szym roku na­uki. Zna­le­zio­no istot­ną sta­ty­stycz­ną za­leż­ność mię­dzy czte­re­ma po­sta­wa­mi ma­tek, mie­rzo­ny­mi PARI, a do­brym bądź złym przy­sto­so­wa­niem dzie­ci w pierw­szej kla­sie, nie zna­le­zio­no na­to­miast róż­nic w po­sta­wach oj­ców dzie­ci z obu tych grup. Ba­da­nia wska­zu­ją, że za­rów­no po­sta­wy uza­leż­nia­ją­ce dziec­ko od mat­ki, ta­kie jak nad­mier­na kon­cen­tra­cja na dziec­ku, opie­kuń­cza, trak­tu­ją­ca dziec­ko jak dzi­dziu­sia, jak i po­sta­wy świad­czą­ce o od­rzu­ce­niu, róż­nią mat­ki dzie­ci źle przy­sto­so­wa­nych od do­brze przy­sto­so­wa­nych w pierw­szej kla­sie.34

Po­sta­wy ro­dzi­ców mają tak­że wpływ na kształ­to­wa­nie się ży­cia uczu­cio­we­go dzie­ci. Wspo­mnia­ni już Bal­dwin, Kal­horn i Bre­ese wy­kry­li istot­ne róż­ni­ce w ży­ciu uczu­cio­wym mię­dzy dzieć­mi ro­dzi­ców o po­sta­wach ak­tyw­nie od­rzu­ca­ją­cych i de­mo­kra­tycz­nych. U dzie­ci od­rzu­ca­nych stwier­dzo­no wy­so­ką afek­tyw­ność przy ni­skiej kon­tro­li ży­cia uczu­cio­we­go. Były one emo­cjo­nal­nie nie­sta­łe, bun­tow­ni­cze, agre­syw­ne, kłó­tli­we. Na­to­miast dzie­ci ro­dzi­ców o po­sta­wach de­mo­kra­tycz­nych ce­cho­wa­ło ła­god­ne i po­god­ne uspo­so­bie­nie. Rów­no­cze­śnie prze­ja­wia­ły one mniej­szą ak­tyw­ność fi­zycz­ną, pod­czas gdy dzie­ci od­trą­co­ne były bar­dziej ak­tyw­ne i oży­wio­ne. Róż­ni­ce te za­cie­ra­ły się tro­chę w wie­ku szkol­nym, nie­mniej dzie­ci od­rzu­ca­ne przez ro­dzi­ców prze­ja­wia­ły więk­szą ener­gię. Au­to­rzy są­dzą, że re­pre­sje wo­bec dziec­ka, zwią­za­ne z jego od­trą­ce­niem, po­wo­du­ją u nie­go skłon­ność do wy­bu­chów zło­ści i inne ozna­ki wzmo­żo­nej afek­tyw­no­ści. Zaś po­stę­po­wa­nie ro­dzi­ców o po­sta­wach de­mo­kra­tycz­nych po­cią­ga za sobą ła­god­ne uspo­so­bie­nie, spo­kój i brak pod­eks­cy­to­wa­nia, opar­te na po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa u dziec­ka.

Ba­da­no tak­że roz­wój spo­łecz­ny dziec­ka w za­leż­no­ści od typu po­staw ro­dzi­ciel­skich. Wspo­mnia­ni wy­żej au­to­rzy ana­li­zo­wa­li osob­no wpływ po­staw ro­dzi­ciel­skich na uspo­łecz­nie­nie dzie­ci w wie­ku przed­szkol­nym i szkol­nym. U dzie­ci ro­dzi­ców o po­sta­wach de­mo­kra­tycz­nych roz­wój spo­łecz­ny prze­bie­gał po­cząt­ko­wo wol­niej - w wie­ku przed­szkol­nym dzie­ci były mniej uspo­łecz­nio­ne, za to już w wie­ku szkol­nym osią­ga­ły peł­ną doj­rza­łość spo­łecz­ną. Obca im była przy tym ak­tyw­na, agre­syw­na do­mi­na­cja - ce­cho­wał je do­bry hu­mor, ko­le­żeń­skość, przy­ja­zny sto­su­nek, po­my­sło­wość, i te za­le­ty za­pew­nia­ły im po­pu­lar­ność i przy­wódz­two w gru­pie. Wy­two­rze­niu się tych cech u dzie­ci sprzy­jał do­bry kon­takt z ro­dzi­ca­mi, za­pew­nia­ją­cy im po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Dzie­ci ro­dzi­ców po­błaż­li­wych były w wie­ku przed­szkol­nym bądź ko­le­żeń­skie, bądź kłó­tli­we, ale za­wsze mało ak­tyw­ne, a w wie­ku szkol­nym mniej uspo­łecz­nio­ne niż dzie­ci ro­dzi­ców o po­sta­wach de­mo­kra­tycz­nych, bar­dziej od nich nie­pew­ne i nie­śmia­łe, nie­zbyt ko­le­żeń­skie, nie­agre­syw­ne i nadal mało ak­tyw­ne. Po­sta­wa po­błaż­li­wo­ści ze stro­ny ro­dzi­ców nie za­pew­nia­ła im po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa.

U dzie­ci ro­dzi­ców od­rzu­ca­ją­cych już w wie­ku przed­szkol­nym za­zna­czał się sprze­ciw wo­bec do­ro­słych, któ­ry w wie­ku szkol­nym przy­bie­rał po­stać kłó­tli­wo­ści oraz bun­tu wo­bec na­ci­sku i ogra­ni­czeń ze stro­ny śro­do­wi­ska. Wzra­stał opór wo­bec do­ro­słych. Ob­ser­wo­wa­no też sil­niej za­zna­czo­ne wro­gie na­sta­wie­nie wo­bec ro­dzeń­stwa.35

2. WPROWADZENIE

Jak wska­zu­je choć­by tyl­ko po­tocz­na ob­ser­wa­cja, nie wszy­scy ro­dzi­ce jed­na­ko­wo usto­sun­ko­wu­ją się do swych dzie­ci i nie każ­dy sto­su­nek ro­dzi­ców do dziec­ka jest rów­nie war­to­ścio­wy i ko­rzyst­ny dla jego roz­wo­ju. W pew­nych wy­pad­kach mó­wi­my o "wy­rod­nych ro­dzi­cach", w in­nych o. "mał­piej mi­ło­ści", przy czym oba te po­wie­dze­nia cha­rak­te­ry­zu­ją zu­peł­nie inne po­sta­wy wo­bec dziec­ka, inne jego trak­to­wa­nie i su­ge­ru­ją od­mien­ne na­stęp­stwa. Po­słu­gu­jąc się ana­lo­gią do me­dy­cy­ny, moż­na po­wie­dzieć, że po­sta­wy ro­dzi­ciel­skie mogą być wła­ści­we, "zdro­we", tj. stwa­rza­ją­ce od­po­wied­nie wa­run­ki pra­wi­dło­we­go roz­wo­ju dziec­ka, i nie­wła­ści­we, "cho­re" i "cho­ro­bo­twór­cze", wpły­wa­ją­ce ujem­nie na kształ­to­wa­nie się jego oso­bo­wo­ści. Prze­pro­wa­dzo­ne ba­da­nia wska­zu­ją, że róż­ne po­sta­wy ro­dzi­ców wo­bec dziec­ka wy­wo­łu­ją okre­ślo­ne for­my jego za­cho­wa­nia i pro­wa­dzą do ukształ­to­wa­nia ta­kich, a nie in­nych cech oso­bo­wo­ści dziec­ka, a póź­niej czło­wie­ka do­ro­słe­go. Na wy­stę­po­wa­nie nie­któ­rych pra­wi­dło­wo­ści w tej dzie­dzi­nie zwró­ci­li uwa­gę m.in. psy­cho­lo­go­wie spo­łecz­ni, któ­rzy ana­li­zo­wa­li od­mien­ne ro­dza­je usto­sun­ko­wa­nia się ro­dzi­ców do dzie­ci, wy­stę­pu­ją­ce w róż­nych spo­łe­czeń­stwach. Tak np. na kształ­to­wa­nie po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa lub nie­pew­no­ści i za­gro­że­nia mają wpływ do­świad­cze­nia z dzie­ciń­stwa, a w szcze­gól­no­ści spo­sób usto­sun­ko­wa­nia się i od­dzia­ły­wa­nia ro­dzi­ców na dziec­ko. W za­gad­nie­nia te wpro­wa­dzą nas dwa cha­rak­te­ry­stycz­ne przy­kła­dy od­mien­nych usto­sun­ko­wań się do dzie­ci i re­zul­ta­ty tego w dwóch róż­nych spo­łe­czeń­stwach me­la­ne­zyj­skich: Ara­pe­szów i Mun­du­gu­mo­rów.

U Ara­pe­szów wy­cho­wa­nie dzie­ci jest głów­nym ce­lem ży­cia. Wszy­scy do­ro­śli ko­cha­ją wszyst­kie dzie­ci i za­spo­ka­ja­ją ich ży­cze­nia. Zwią­zek dzie­ci z ro­dzi­ca­mi jest ści­ślej­szy niż z resz­tą do­ro­słych. Ro­dzi­ce trak­tu­ją dzie­ci z mi­ło­ścią i po­bła­ża­niem. Na­po­ty­ka­ją one nie­wie­le ogra­ni­czeń i nie pod­le­ga­ją dys­cy­pli­nie. Dzie­ciom, po­dob­nie jak ro­śli­nom, Ara­pe­szo­wie sta­ra­ją się stwo­rzyć moż­li­wie naj­lep­sze wa­run­ki roz­wo­jo­we. Są one dla nich do­brem sa­mym w so­bie, a nie dla­te­go, że sta­ną się w przy­szło­ści ludź­mi do­ro­sły­mi. Ro­dzi­ce nie spie­szą się też ze zmu­sza­niem dzie­ci do po­dej­mo­wa­nia obo­wiąz­ków do­ro­słych. Ko­cha­ne i chro­nio­ne, nie mają po­wo­dów do uwa­ża­nia ota­cza­ją­ce­go je świa­ta za nie­przy­chyl­ny. Ara­pe­szo­wie od dzie­ciń­stwa wzra­sta­ją w po­czu­ciu, że żyją w świe­cie za­lud­nio­nym ko­cha­ją­cy­mi ro­dzi­ca­mi, to­też kie­dy sami sta­ją się do­ro­sły­mi i ro­dzi­ca­mi, trwa w nich po­trze­ba ko­cha­nia i by­cia ko­cha­nym. Mają po­czu­cie, że prze­by­wa­ją wśród lu­dzi, któ­rzy nie są im wro­dzy. Gdy zaś we­wnątrz ich spo­łecz­no­ści wy­stą­pi wro­gość, to jej prze­ja­wy tłu­ma­czą dzia­łal­no­ścią ob­cych cza­row­ni­ków. Po­nie­waż mie­li nie­wie­le oka­zji do prze­ży­wa­nia oto­cze­nia spo­łecz­ne­go jako wro­gie­go, mają sil­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i kon­cen­tru­ją się ra­czej na za­spo­ka­ja­niu po­trzeb niż na obro­nie przed za­gro­że­niem.

Wręcz prze­ciw­nie kształ­tu­je się sto­su­nek ro­dzi­ców do dzie­ci w spo­łe­czeń­stwie Mun­du­gu­mo­rów. Tu już sama per­spek­ty­wa na­ro­dzin dziec­ka wy­wo­łu­je lęk, a dziec­ko uro­dzo­ne uwa­ża­ne jest za utra­pie­nie, co z góry na­sta­wia ro­dzi­ców wro­go do nie­go. Mun­du­gu­mo­ro­wie nie da­rzą dzie­ci zbyt­nią mi­ło­ścią i czę­sto je ka­rzą. W spo­łe­czeń­stwie tym wy­stę­pu­je wro­gi sto­su­nek mię­dzy mat­ką i cór­ką, oj­cem i sy­nem oraz mię­dzy ro­dzeń­stwem. Dzie­ci, wzra­sta­jąc w ta­kiej at­mos­fe­rze, mają sta­łe po­czu­cie za­gro­że­nia. Ob­ja­wy cie­pła czy uczu­cia uwa­ża­ne są za ozna­ki sła­bo­ści, któ­re mogą być wy­ko­rzy­sta­ne przez in­nych. Sto­su­nek do dzie­ci jest bru­tal­ny, rze­ko­mo w celu uod­por­nie­nia ich na przy­szłe cio­sy ze stro­ny bliź­nich i oto­cze­nia. W ten spo­sób utrwa­la się w dzie­ciach pre­dys­po­zy­cja do prze­ży­wa­nia świa­ta jako siły ob­cej i wro­giej. Na­wet do­ro­śli Mun­du­gu­mo­ro­wie prze­ja­wia­ją sta­łą go­to­wość do obro­ny sie­bie sa­mych przed za­gro­że­niem.13

Te dwa przy­kła­dy ilu­stru­ją, jak sil­ny jest wpływ śro­do­wi­ska ro­dzin­ne­go i róż­nych po­staw ro­dzi­ciel­skich na roz­wój pew­nych ry­sów oso­bo­wo­ści u dzie­ci, a po­tem u do­ro­słych.

Współ­cze­sne po­glą­dy na zna­cze­nie śro­do­wi­ska ro­dzin­ne­go moż­na po­dzie­lić na pe­sy­mi­stycz­ne i opty­mi­stycz­ne. Przed­sta­wi­cie­le pe­sy­mi­stów wi­dzą w ży­ciu ro­dzi­ny przede wszyst­kim czyn­ni­ki de­struk­cyj­ne, za­bu­rza­ją­ce roz­wój, stan psy­chicz­ny, zdro­wie człon­ków ro­dzi­ny, do­ro­słych czy dzie­ci. W ta­kich po­glą­dach na pierw­szy plan wy­su­wa się dez­in­te­gra­cja ro­dzi­ny i róż­ne jej przy­czy­ny, z al­ko­ho­li­zmem na cze­le, oraz roz­ma­ite for­my za­bu­rzeń wię­zi mię­dzy­oso­bo­wej wśród jej człon­ków. Po­gląd ten od­naj­du­je­my w wy­po­wie­dzi J. Leu­ba: "Ro­dzi­na to ze­spół lu­dzi, któ­rzy się nie­na­wi­dzą, ale któ­rzy mu­szą żyć ra­zem."14 W tym uję­ciu ro­dzi­na by­ła­by ko­leb­ką za­bu­rzeń oso­bo­wo­ści, psy­cho­pa­tii, ner­wic, scho­rzeń psy­cho­so­ma­tycz­nych, a je­dy­nym ra­tun­kiem dla jed­nost­ki, któ­rej za­gra­ża ro­dzi­na, jest izo­la­cja od jej pa­to­lo­gi­zu­ją­ce­go wpły­wu.

Po­gląd prze­ciw­ny - opty­mi­stycz­ny - re­pre­zen­tu­ją ci, któ­rzy trak­tu­ją ży­cie ro­dzin­ne jako czyn­nik od­dzia­łu­ją­cy kon­struk­tyw­nie na roz­wój jed­nost­ki. Do­strze­ga­ją oni an­ty­tok­sycz­ne, pro­fi­lak­tycz­ne, re­so­cja­li­zu­ją­ce, te­ra­peu­tycz­ne dzia­ła­nie śro­do­wi­ska ro­dzin­ne­go na człon­ków ro­dzi­ny. Np. E. i P. Kron­hau­se­no­wie15 w opar­ciu o po­zy­tyw­ne wy­ni­ki prze­pro­wa­dzo­nych ob­ser­wa­cji po­stu­lu­ją wpro­wa­dze­nie opie­kuń­czych, te­ra­peu­tycz­nych ro­dzin za­stęp­czych dla do­ro­słych re­kon­wa­le­scen­tów po le­cze­niu psy­chia­trycz­nym w przy­pad­ku bra­ku wła­snej ro­dzi­ny pa­cjen­ta. Za­zna­cza­ją przy tym, że zdro­we ży­cie ro­dzin­ne jest nie tyl­ko naj­lep­szym środ­kiem pro­fi­lak­tycz­nym prze­ciw za­bu­rze­niom emo­cjo­nal­nym w nor­mal­nym ży­ciu, ale tak­że sta­no­wi sil­ne an­ti­do­tum na ogól­nie po­ję­te za­bu­rze­nia psy­chicz­ne.

Zna­cze­nie śro­do­wi­ska ro­dzin­ne­go dla jed­nost­ki jest ogrom­ne i wie­le za­le­ży od tego, jaka jest ta ro­dzi­na, do któ­rej na­le­ży, czy w któ­rej wzra­sta. Mno­żą się więc py­ta­nia: Jaka jest ro­dzi­na współ­cze­sna? Jak ukła­da się współ­ży­cie w ro­dzi­nie? Jak re­ali­zu­je ona swo­je funk­cje wy­cho­waw­cze? itp.

Sto­su­nek ro­dzi­ców do swej roli ro­dzi­ciel­skiej

Kształ­to­wa­nie się sto­sun­ku do dziec­ka oraz spo­sób, w jaki ro­dzi­ce wy­wią­zu­ją się ze swych obo­wiąz­ków ro­dzi­ciel­skich, za­le­ży od tego, jak usto­sun­ko­wu­ją się do fak­tu, że są ro­dzi­ca­mi, a więc do swej roli ma­cie­rzyń­skiej czy oj­cow­skiej. Efek­tyw­ność bo­wiem peł­nie­nia roli ro­dzi­ciel­skiej wią­że się z oso­bi­stym sto­sun­kiem do niej. W usto­sun­ko­wa­niu się do tej roli moż­na wy­róż­nić kil­ka ele­men­tów.

1. Prze­świad­cze­nie o waż­no­ści roli ro­dzi­ciel­skiej. Czy mat­ka lub oj­ciec są prze­ko­na­ni o waż­no­ści swej roli w ro­dzi­nie, czy też uwa­ża­ją ją za mało waż­ną? Czy nie trak­tu­ją jej jako mniej waż­nej, dru­go­rzęd­nej w sto­sun­ku do in­nych ról spo­łecz­nych po­za­ro­dzin­nych lub w sto­sun­ku do in­nych ról peł­nio­nych w domu (np. roli go­spo­dy­ni, uwa­ża­jąc za waż­niej­sze za­ję­cia go­spo­dar­cze, utrzy­ma­nie po­rząd­ku itp. niż zaj­mo­wa­nie się dzieć­mi)?

2. Sto­pień iden­ty­fi­ka­cji z rolą. Czy ro­dzi­ce mają po­czu­cie, że nikt inny nie może ich za­stą­pić w peł­nie­niu roli ro­dzi­ciel­skiej? Czy też uwa­ża­ją, że mogą być za­stą­pie­ni czę­ścio­wo, a może cał­ko­wi­cie?

3. Treść mo­ty­wa­cji współ­ży­cia ro­dzin­ne­go. Czy mat­ka i oj­ciec re­ali­zu­ją cele ro­dzi­ny jako ca­ło­ści, czy też tyl­ko swo­je oso­bi­ste pla­ny i aspi­ra­cje? Czy ro­dzi­na jest trak­to­wa­na głów­nie jako opar­cie dla re­ali­za­cji wła­snych za­mie­rzeń, czy wła­sne dą­że­nia są har­mo­ni­zo­wa­ne lub pod­po­rząd­ko­wa­ne po­trze­bom ro­dzi­ny?

Prze­świad­cze­nie o waż­no­ści roli ro­dzi­ciel­skiej, sto­pień iden­ty­fi­ka­cji z tą rolą oraz treść mo­ty­wa­cji współ­ży­cia w ro­dzi­nie wpły­wa­ją na ja­kość peł­nie­nia roli ro­dzi­ciel­skiej przez mat­kę lub ojca. Ni­ska oce­na roli ma­cie­rzyń­skiej czy oj­cow­skiej bę­dzie po­wo­dem jej cał­ko­wi­te­go lub czę­ścio­we­go od­rzu­ce­nia, a więc: prze­su­nię­cia obo­wiąz­ków ro­dzi­ciel­skich na dal­szy plan, wy­krę­ca­nia się od ich peł­nie­nia, prze­rzu­ce­nia na inne oso­by z ro­dzi­ny (np. bab­cie) lub in­sty­tu­cje itp. Ego­cen­trycz­ne na­sta­wie­nie mat­ki lub ojca na oso­bi­ste po­wo­dze­nie, wła­sny roz­wój czy osią­gnię­cia tak­że ko­li­du­je z peł­nie­niem roli ma­cie­rzyń­skiej czy oj­cow­skiej. Może wy­stą­pić jesz­cze inna ko­li­zja, mia­no­wi­cie w peł­nie­niu przez tę samą oso­bę róż­nych ról spo­łecz­nych, np. roli ro­dzi­ciel­skiej i za­wo­do­wej albo na­wet róż­nych ról ro­dzin­nych, np. roli mat­ki i żony po zmia­nie męża. Krzy­żo­wa­nie się róż­nych ról przy rów­nej oce­nie ich waż­no­ści może stać się źró­dłem wa­hań, fru­stra­cji, kon­flik­tu we­wnętrz­ne­go oraz pro­wa­dzić do cał­ko­wi­te­go lub czę­ścio­we­go wy­co­fa­nia się z roli ro­dzi­ciel­skiej, o ile dana oso­ba nie zo­sta­nie w tej roli pod­trzy­ma­na.

Każ­da z tych ewen­tu­al­no­ści od­bi­ja się nie­ko­rzyst­nie na sto­sun­kach emo­cjo­nal­nych mię­dzy człon­ka­mi ro­dzi­ny, na zwar­to­ści, zin­te­gro­wa­niu ro­dzi­ny oraz na dziec­ku, przy czym za­bu­rze­nia w za­cho­wa­niu dziec­ka by­wa­ją bar­dzo czę­sto wskaź­ni­kiem na­pię­cia w ro­dzi­nie.

Spój­ność ro­dzi­ny świad­czy o tym, że jest ona czymś atrak­cyj­nym, waż­nym, po­żą­da­nym dla każ­de­go z jej człon­ków. Źró­dło tej atrak­cyj­no­ści sta­no­wią związ­ki uczu­cio­we mię­dzy mał­żon­ka­mi, ro­dzi­ca­mi a dzieć­mi, dzieć­mi mię­dzy sobą - są oni dla sie­bie wza­jem­nie bli­scy, po­żą­da­ni, waż­ni pod pew­ny­mi wzglę­da­mi. W ten spo­sób zin­te­gro­wa­na ro­dzi­na speł­nia funk­cję za­spo­ka­ja­nia po­trze­by przy­na­leż­no­ści uczu­cio­wej, czy­li po­trze­by afi­lia­cji - pra­gnie­nia po­sia­da­nia osób bli­skich, ser­decz­nych, ak­cep­tu­ją­cych, życz­li­wych, oraz po­trze­by ob­da­rza­nia tymi sa­my­mi uczu­cia­mi. A do­brze speł­nia­ne role męża, żony czy ro­dzi­ciel­skie przy­czy­nia­ją się do tzw. do­bre­go kli­ma­tu, co wtór­nie po­cią­ga za sobą co­raz lep­szą iden­ty­fi­ka­cję z ro­la­mi ro­dzin­ny­mi i wy­daj­niej­szą pra­cę dla ro­dzi­ny. W ro­dzi­nie zin­te­gro­wa­nej, z wła­ści­wie peł­nio­ny­mi ro­la­mi ro­dzi­ciel­ski­mi i przy po­sta­wach ro­dzi­ców peł­nych ak­cep­ta­cji i mi­ło­ści, dziec­ko czu­je się do­brze, bez­piecz­nie, jest pew­ne sie­bie, ufne wo­bec ro­dzi­ców, a tak­że otwar­te i ufne wo­bec in­nych lu­dzi; za­cho­wu­je się przy tym swo­bod­nie i jest ak­tyw­ne i wy­trwa­łe w dzia­ła­niu.

Rola ro­dzi­ców w za­spo­ka­ja­niu psy­chicz­nych po­trzeb dziec­ka

Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że ro­dzi­na sta­no­wi dla dziec­ka naj­lep­sze na­tu­ral­ne śro­do­wi­sko roz­wo­jo­we dzię­ki moż­li­wo­ści oto­cze­nia go in­dy­wi­du­al­ną opie­ką i za­spo­ko­je­nia jego po­trzeb.

Jed­nym z istot­nych za­dań ro­dzi­ców jest za­spo­ka­ja­nie pod­sta­wo­wych po­trzeb psy­chicz­nych dziec­ka. Gdy obo­je pra­gnę­li dziec­ka i ocze­ki­wa­li go, wów­czas za­spo­ka­ja­nie tych po­trzeb od­by­wa się w za­sa­dzie spon­ta­nicz­nie i ro­dzi­ce nie mu­szą so­bie tego uświa­da­miać. Jed­nak­że do­brze jest, je­śli zda­ją so­bie spra­wę z tego, co zna­czy dla roz­wo­ju dziec­ka ich obec­ność, kon­takt z nim i sto­su­nek do nie­go. Ta świa­do­mość w trud­nych sy­tu­acjach ży­cio­wych uła­twia po­dej­mo­wa­nie de­cy­zji ko­rzyst­nych dla dziec­ka. O po­trze­bach psy­chicz­nych wie­le już pi­sa­no, więc tyl­ko ogól­nie przy­po­mnę nie­któ­re z nich, zwra­ca­jąc uwa­gę na po­trze­by współ­ży­cia spo­łecz­ne­go i oso­bi­ste, zwią­za­ne z jaź­nią16, a ści­ślej z for­mo­wa­niem się wła­sne­go "ja". Są to: po­trze­ba do­zna­wa­nia i wy­mia­ny uczuć, przy­na­leż­no­ści i kon­tak­tu z ro­dzi­ca­mi, sa­mo­urze­czy­wist­nie­nia oraz po­sza­no­wa­nia praw oso­bi­stych, któ­rych za­spo­ka­ja­nie przez współ­ży­cie w ro­dzi­nie i po­sta­wy ro­dzi­ców wo­bec dziec­ka wpły­wa na roz­wój i ukształ­to­wa­nie jego oso­bo­wo­ści.

Jed­ną z pod­sta­wo­wych po­trzeb dziec­ka jest po­trze­ba życz­li­wo­ści, cie­pła i mi­ło­ści. Za­spo­ko­je­nie tej po­trze­by sty­mu­lu­je osią­gnię­cia roz­wo­jo­we. Dziec­ko le­piej i szyb­ciej się roz­wi­ja w za­kre­sie spraw­no­ści umy­słu, spraw­no­ści fi­zycz­nej i kon­tak­tów spo­łecz­nych, gdy ma za­pew­nio­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, a więc gdy jest uchro­nio­ne od lę­ków i za­bu­rzeń rów­no­wa­gi psy­chicz­nej. Dziec­ko ocze­ki­wa­ne sa­mym swym po­ja­wie­niem się bu­dzi ra­dość ro­dzi­ców, a ra­dość ro­dzi ak­cep­ta­cję, cie­pło, życz­li­wość, cier­pli­wość, to­le­ran­cję.

Ale dziec­ko po­trze­bu­je nie tyl­ko ra­do­ści i bier­nej obec­no­ści ro­dzi­ców. Po­trze­bu­je tak­że kon­tak­tu z ro­dzi­ca­mi, ich czuj­no­ści i współ­dzia­ła­nia. We wcze­snym nie­mow­lęc­twie będą to re­ak­cje ro­dzi­ców na płacz, po­stę­ki­wa­nie dziec­ka, jego nie­spo­koj­ne po­ru­sze­nie się. Już wte­dy, od­bie­ra­jąc te sy­gna­ły, ro­dzi­ce uczą się ro­zu­mieć nie­mow­lę, ro­zu­mieć co zna­czy jego za­cho­wa­nie, cze­go mu brak, i za­spo­ka­ja­jąc jego po­trze­by fi­zycz­ne two­rzą pod­sta­wę póź­niej­sze­go zro­zu­mie­nia i po­ro­zu­mie­nia.

Ten pro­ces na­ra­sta i po­głę­bia się z chwi­lą pierw­szych re­ak­cji spo­łecz­nych dziec­ka, jak np. uśmie­chu na wi­dok mat­ki czy ojca oraz uśmie­chów i cie­płych słów skie­ro­wa­nych do dziec­ka w od­po­wie­dzi na jego uśmiech. Tak two­rzą się pierw­sze re­ak­cje po­ro­zu­mie­nia, któ­re u star­sze­go nie­mow­lę­cia i dziec­ka w dru­gim roku ży­cia sta­no­wią sta­ły bo­dziec, waż­ny dla roz­wo­ju mowy i funk­cji po­znaw­czych. W okre­sie nie­mow­lęc­twa nie­za­spo­ko­je­nie po­trze­by kon­tak­tu z do­ro­sły­mi po­wo­du­je opóź­nie­nie roz­wo­ju psy­cho­ru­cho­we­go i po­ja­wie­nie się pa­to­lo­gicz­nych re­ak­cji w po­sta­ci ru­chów przy­mu­so­wych, ki­wa­nia się itp.17

U dziec­ka w dru­gim i trze­cim roku ży­cia przy nie­za­spo­ko­je­niu po­trze­by kon­tak­tu z do­ro­sły­mi na­stę­pu­je opóź­nie­nie roz­wo­ju mowy i funk­cji po­znaw­czych. Mowa i umysł dziec­ka roz­wi­ja­ją się m.in. przy oka­zji ad­re­so­wa­nych do nie­go wy­po­wie­dzi, któ­re do­ty­czą co­dzien­nych przed­mio­tów i pro­stych zda­rzeń ota­cza­ją­ce­go świa­ta. Dzię­ki nim dziec­ko uczy się ro­zu­mieć mowę i roz­po­zna­je przed­mio­ty, a na­stęp­nie, po­bu­dza­ne przez kon­takt z do­ro­sły­mi do ak­tyw­no­ści, samo za­czy­na co­raz wię­cej mó­wić, a wspól­na za­ba­wa z ro­dzi­ca­mi sprzy­ja kształ­ce­niu funk­cji po­znaw­czych. Po­nad­to, star­sze dziec­ko, któ­rym ro­dzi­ce się ak­tyw­nie in­te­re­su­ją, nie może się czuć opusz­czo­ne i osa­mot­nio­ne, ni­ko­mu nie­po­trzeb­ne. Do­bry kon­takt z ro­dzi­ca­mi wpły­wa na kształ­to­wa­nie się u dziec­ka po­zy­tyw­ne­go ob­ra­zu sa­me­go sie­bie oraz ob­ra­zu świa­ta, któ­ry wy­da­je się in­te­re­su­ją­cy i cie­ka­wy.

Na­stęp­na po­trze­ba to po­trze­ba sa­mo­urze­czy­wist­nie­nia, wy­ra­ża­ją­ca się u ma­łe­go dziec­ka ak­tyw­no­ścią w za­kre­sie po­zna­nia i dzia­ła­nia. Apro­ba­ta i ozna­ki za­do­wo­le­nia ro­dzi­ców z osią­gnięć roz­wo­jo­wych dziec­ka oraz stwa­rza­nie wa­run­ków ko­rzyst­nych dla jego roz­wo­ju sty­mu­lu­ją wzrost i rozw~ój dziec­ka jako nie­po­wta­rzal­nej in­dy­wi­du­al­no­ści. A więc do­brzy ro­dzi­ce nie będą mu szczę­dzi­li za­in­te­re­so­wa­nia i ra­do­ści, że "już chwy­ta", "już sia­da", "już sta­je", "dziś ma nowy zą­bek" itp. Rów­no­cze­śnie będą dba­li o za­baw­ki i wa­run­ki dla roz­wo­ju psy­cho­fi­zycz­ne­go. Prze­ży­wa­jąc z dziec­kiem jego pierw­sze kro­ki, pierw­sze sło­wa, pierw­sze pró­by je­dze­nia ły­żecz­ką czy na­kła­da­nia cza­pecz­ki, będą tak­że sta­ra­li się sza­no­wać te wy­sił­ki i dys­kret­nie po­ma­gać w ich re­ali­za­cji, a nie ha­mo­wać jego ini­cja­ty­wy. Bar­dzo waż­ne dla za­spo­ko­je­nia po­trze­by sa­mo­urze­czy­wist-nie­nia jest da­wa­nie dziec­ku ro­zum­nej swo­bo­dy i nie­ogra­ni­cza­nie jego sa­mo­dziel­nych po­czy­nań: "bo się za­bru­dzi", "fco na­chla­pie", "bo mi się spie­szy, więc ubio­rę go sama", "bo wię­cej zje, gdy go na­kar­mię". Przy ogra­ni­cza­niu ini­cja­ty­wy dziec­ka i wy­ko­ny­wa­niu za nie czyn­no­ści, sta­je się ono bier­ne, nie­sa­mo­dziel­ne, cią­gle oglą­da się na ro­dzi­ców, sta­je się za­leż­ne i opóź­nio­ne w roz­wo­ju spo­łecz­nym.

Za­spo­ka­ja­nie po­trze­by sa­mo­urze­czy­wist­nie­nia we wcze­snym okre­sie roz­wo­ju po­le­ga m.in. na zwra­ca­niu uwa­gi na prze­ja­wia­ną przez dziec­ko ak­tyw­ność i umoż­li­wia­niu czy do­star­cza­niu mu tego, cze­go rze­czy­wi­ście w tej chwi­li po­trze­bu­je, na nie­ogra­ni­cza­niu jego swo­bo­dy i nie­ha­mo­wa­niu prze­ja­wów jego sa­mo­dziel­no­ści, aby mo­gło się w przy­szło­ści stać tym, kim stać się może.

Z po­trze­bą sa­mo­urze­czy­wist­nie­nia łą­czy się po­trze­ba sza­cun­ku dla roz­wi­ja­ją­cej się od­ręb­nej jed­nost­ki, jej wy­sił­ków i osią­gnięć na mia­rę wie­ku roz­wo­jo­we­go. Ro­dzi­ce za­spo­ka­ja­ją­cy tę po­trze­bę nie kry­ty­ku­ją wy­sił­ków dziec­ka, nie po­ni­ża­ją go i nie na­gi­na­ją siłą do ide­al­ne­go wzo­ru, jaki so­bie wy­ma­rzy­li, nie li­cząc się z in­dy­wi­du­al­ny­mi uzdol­nie­nia­mi i moż­li­wo­ścia­mi syna czy cór­ki. Za­spo­ka­ja­nie po­trze­by sza­cun­ku pro­wa­dzi do wy­two­rze­nia u dziec­ka po­czu­cia wła­snej war­to­ści, wia­ry we wła­sne si?y, pew­no­ści sie­bie, po­czu­cia, że jest się po­ży­tecz­nym i po­trzeb­nym na świe­cie.

Ostat­nią z po­trzeb dziec­ka, któ­rą na­le­ży wy­mie­nić w tym krót­kim i szki­co­wym prze­glą­dzie i któ­ra znaj­du­je za­spo­ko­je­nie we wzra­sta­niu w peł­nej ro­dzi­nie, jest po­trze­ba wzo­ru. Prze­ja­wia się ona naj­do­bit­niej w okre­sie, gdy dziec­ko na­śla­du­je czyn­no­ści i za­cho­wa­nie osób z bli­skie­go oto­cze­nia. Ale po­trze­ba wzo­ru nie mija, gdy na­śla­dow­nic­two, ty­po­we dla wcze­sne­go okre­su roz­wo­jo­we­go, tra­ci na sile. Ta po­trze­ba daje o so­bie znać nie mniej wy­raź­nie rów­nież w okre­sie doj­rze­wa­nia.

Pierw­szych wzo­rów oso­bo­wych do­star­cza­ją dziec­ku ro­dzi­ce. Dla roz­wo­ju jego oso­bo­wo­ści po­trzeb­na jest za­rów­no moż­li­wość iden­ty­fi­ko­wa­nia się, utoż­sa­mia­nia z jed­nym z ro­dzi­ców, jak i od­róż­nia­nia się od dru­gie­go. Dzie­ci kil­ku­let­nie wy­raź­nie ma­ni­fe­stu­ją za­rów­no po­trze­bę sa­mo­urze-czy­wist­nie­nia, jak i wzo­ru: "jak będę duży, to będę sil­ny jak ta­tuś", "jak uro­snę, to będę cią­gle pra­ła jak ma­mu­sia". Wy­obra­że­nia dzie­ci o ro­dzi­cach są na mia­rę ich moż­li­wo­ści w da­nym okre­sie roz­wo­ju, ale ro­dzi­ce nie są two­rem wy­obraź­ni, ich za­cho­wa­nie jest re­al­ne i ich obec­ność wpły­wa na kształ­to­wa­nie się oso­bo­wo­ści dziec­ka i jego za­cho­wa­nia w dzie­ciń­stwie, a tak­że na for­mo­wa­nie się tych wzo­rów za­cho­wa­nia, ja­kie wy­nie­sie z sobą w przy­szłość. Ro­dzi­ce są głów­ny­mi re­pre­zen­tan­ta­mi świa­ta do­ro­słych, świa­ta spo­łecz­no­ści ludz­kiej, i do­pie­ro stop­nio­wo, nie tra­cąc z nimi kon­tak­tu, dziec­ko wcho­dzi w co­raz szer­sze krę­gi spo­łecz­ne. Ro­dzi­ce są nie tyl­ko ro­dzi­ca­mi, ale i "wzo­ra­mi" dla swych dzie­ci. Dla roz­wo­ju oso­bo­wo­ści dziec­ka są po­trzeb­ni obo­je, a nie przede wszyst­kim mat­ka, jak to za po­tocz­nym mnie­ma­niem zwy­kli­śmy przyj­mo­wać.18

Po­cząw­szy od nie­mow­lęc­twa dziec­ko w trak­cie swe­go roz­wo­ju psy­chicz­ne­go prze­ja­wia sze­reg po­trzeb, któ­re za­spo­ka­ja­ją ro­dzi­ce czy też oso­by peł­nią­ce rolę ro­dzi­ciel­ską. Za­spo­ka­ja­nie po­trzeb za­le­ży od uczu­cio­we­go usto­sun­ko­wa­nia się ro­dzi­ców do dziec­ka, czy­li od po­staw ro­dzi­ciel­skich. Pew­ne typy po­staw sprzy­ja­ją za­spo­ka­ja­niu po­trzeb psy­chicz­nych dziec­ka, inne utrud­nia­ją to za­spo­ko­je­nie, a tym sa­mym po­wo­du­ją czę­ścio­wą czy cał­ko­wi­tą tzw. de­pry­wa­cję. Za­rów­no za­spo­ka­ja­nie, jak i nie­za­spo­ka­ja­nie po­trzeb wpły­wa na spo­sób za­cho­wa­nia dziec­ka i kształ­to­wa­nie jego oso­bo­wo­ści.

Nie­wła­ści­wy kli­mat uczu­cio­wy i czyn­ni­ki pa­to­lo­gicz­ne w struk­tu­rze ro­dzi­ny oraz w sto­sun­kach mię­dzy jej człon­ka­mi sta­no­wią jed­ną z przy­czyn, nie­rzad­ko głów­ną, za­bu­rzeń w za­cho­wa­niu dziec­ka. Dla­te­go ba­da­nie śro­do­wi­ska ro­dzin­ne­go i po­staw ro­dzi­ciel­skich sta­no­wi waż­ne ogni­wo w po­zna­niu czyn­ni­ków wa­run­ku­ją­cych roz­wój i za­cho­wa­nie dziec­ka. Na pierw­sze miej­sce wy­su­wa się zna­cze­nie wza­jem­nych sto­sun­ków emo­cjo­nal­nych mię­dzy człon­ka­mi ro­dzi­ny, a szcze­gól­nie po­staw ro­dzi­ców wo­bec dziec­ka.

One bo­wiem okre­śla­ją at­mos­fe­rą uczu­cio­wą, jaka ota­cza dziec­ko w domu ro­dzin­nym.

To­też obok wglą­du w sy­tu­ację ro­dzin­ną, ze spe­cjal­nym uwzględ­nie­niem sto­sun­ku ro­dzi­ców do ich ról ro­dzi­ciel­skich i ro­dzin­nych, na pierw­szy plan wy­su­wa się za­gad­nie­nie po­staw ro­dzi­ców wo­bec dziec­ka. Po­sta­wy te bo­wiem nie za­wsze są pra­wi­dło­we, nie za­wsze gwa­ran­tu­ją oto­cze­nie dziec­ka cie­płem, ak­cep­ta­cją, ro­zum­ną swo­bo­dą - czyn­ni­ka­mi od­gry­wa­ją­cy­mi ogrom­ną rolę w re­ali­za­cji sty­lu wy­cho­wa­nia, czy­li w do­bo­rze i za­sto­so­wa­niu ze­spo­łu środ­ków wy­cho­waw­czych. Na­wet przy au­to­ry­ta­tyw­nym czy su­ro­wym sty­lu wy­cho­wa­nia - je­śli po­sta­wy wo­bec dziec­ka są ak­cep­tu­ją­ce i uzna­ją­ce jego pra­wa - jego sy­tu­acja bę­dzie inna i mniej dla nie­go szko­dli­wa niż w wy­pad­ku, gdy ta­kie­mu sa­me­mu sty­lo­wi wy­cho­wa­nia to­wa­rzy­szy po­sta­wa kry­ty­ku­ją­ca, nad­mier­nie wy­ma­ga­ją­ca lub od­rzu­ca­ją­ca, wro­ga, czy choć­by tyl­ko igno­ru­ją­ca po­trze­by dziec­ka. Po­ja­wie­nie się ta­kich po­staw wo­bec dziec­ka, przy rów­no­cze­snym hoł­do­wa­niu su­ro­we­mu sty­lo­wi wy­cho­wa­nia, po­cią­ga za sobą po­stę­po­wa­nie bru­tal­ne, obe­lży­we i po­ni­ża­ją­ce. Ana­lo­gicz­nie rzecz się ma z ła­god­nym czy de­mo­kra­tycz­nym sty­lem wy­cho­wa­nia, któ­re­go za­le­ty wy­cho­waw­cze oma­wia­ją H. Ma­lew­ska i H. Mu­szyń­ski w książ­ce Kłam­stwo dzie­ci.19 Może on dać po­zy­tyw­ne re­zul­ta­ty tyl­ko przy pra­wi­dło­wych po­sta­wach ro­dzi­ców, na­to­miast przy nad­mier­nej po­błaż­li­wo­ści, ukry­tym wy­god­nic­twie ro­dzi­ców, bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia dziec­kiem czy też uwa­ża­niu go za prze­mi­łą za­baw­kę - ła­god­ny styl wy­cho­wa­nia dzia­ła nie­ko­rzyst­nie. Jest pa­ra­wa­nem dla fak­tycz­nej obo­jęt­no­ści, uczu­cio­wej ro­dzi­ców lub ich ego­cen­try­zmu.

Co na­zy­wa­my po­sta­wą ro­dzi­ciel­ską?

Co to jest po­sta­wa ro­dzi­ciel­ska? W pi­śmien­nic­twie próż­no by szu­kać jej de­fi­ni­cji. Spo­ty­ka­my je­dy­nie ogól­ne de­fi­ni­cje po­staw. Za naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­ną w psy­cho­lo­gii moż­na przy­jąć de­fi­ni­cję po­sta­wy jako ten­den­cji do za­cho­wa­nia się w spe­cy­ficz­ny spo­sób wo­bec ja­kiejś oso­by, sy­tu­acji czy pro­ble­mu, czy­li, ogól­niej mó­wiąc, ja­kie­goś przed­mio­tu, na któ­ry jest skie­ro­wa­na.20 Mo­że­my więc wstęp­nie okre­ślić, że po­sta­wa ro­dzi­ciel­ska - ma­cie­rzyń­ska czy oj­cow­ska - jest ten­den­cją do za­cho­wa­nia się w pe­wien spe­cy­ficz­ny spo­sób w sto­sun­ku do dziec­ka.

Każ­da po­sta­wa za­wie­ra trzy skład­ni­ki - my­ślo­wy, uczu­cio­wy i dzia­ła­nia.21 Skład­nik my­ślo­wy może być wy­ra­żo­ny słow­nie w for­mie po­glą­du na przed­miot po­sta­wy; w za­kre­sie na­szych roz­wa­żań - w for­mie po­glą­du na dziec­ko, np. "to taki ro­zum­ny, miły chło­piec" lub "on jest taki okrop­nie nie­zno­śny". Skład­nik dzia­ła­nia prze­ja­wia się v/ czyn­nym za­cho­wa­niu wo­bec przed­mio­tu po­sta­wy, na przy­kład gdy mat­ka tuli dziec­ko lub je kar­ci. Skład­nik uczu­cio­wy znaj­du­je wy­raz za­rów­no w wy­po­wie­dziach, jak i w za­cho­wa­niu przez swo­isty ro­dzaj eks­pre­sji, któ­ra im to­wa­rzy­szy.22

Je­śli mat­ka czy oj­ciec ma nie­przy­chyl­ną po­sta­wę wo­bec dziec­ka, to my­śli o nim i ewen­tu­al­nie wy­ra­ża po­gląd, że dziec­ko jest nie­grzecz­ne, np. "chu­li­gan z nie­go", od­czu­wa sil­ne uczu­cie ne­ga­tyw­ne i ujaw­nia je w dzia­ła­niu, uni­ka­jąc kon­tak­tu z dziec­kiem, bądź bi­jąc je, bądź po­zby­wa­jąc się go z domu i prze­rzu­ca­jąc obo­wiąz­ki ro­dzi­ciel­skie np. na in­sty­tu­cje.

W kon­se­kwen­cji przy­ję­tej po­sta­wy dziec­ko jest spo­strze­ga­ne, oce­nia­ne i trak­to­wa­ne przez mat­kę czy ojca w ten spe­cy­ficz­ny spo­sób, jaki... wa­run­ku­je po­sta­wa. Przy czjon za naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ny dla da­nej po­sta­wy przyj­mu­je się jej ła­du­nek uczu­cio­wy. Więk­szość ba­da­czy po­staw przyj­mu­je czyn­nik emo­cjo­nal­ny lub jego od­po­wied­nik oce­nia­ją­cy jako pod­sta­wę do roz­po­zna­nia i ewen­tu­al­ne­go po­mia­ru po­sta­wy.23 Po­sia­da­nie uczuć po­zy­tyw­nych lub ne­ga­tyw­nych, "by­cia za lub prze­ciw cze­muś" uwa­ża się za czyn­nik cha­rak­te­ry­stycz­ny dla po­staw i po­zwa­la­ją­cy od­róż­nić je od opi­nii.24 Po­sta­wa ro­dzi­ciel­ska nie jest więc tyl­ko mnie­ma­niem o dziec­ku, że jest ta­kie czy inne. Za­wie­ra ła­du­nek uczu­cio­wy, któ­ry wy­zna­cza dzia­ła­nie w sto­sun­ku do dziec­ka.25 I wła­śnie przez to dzia­ła­nie, przez za­cho­wa­nie ro­dzi­ców wo­bec dziec­ka, a tak­że przez to, co mó­wią o dziec­ku i jak o nim mó­wią - mo­że­my po­znać ich po­sta­wę ro­dzi­ciel­ską.

Po­sta­wa ro­dzi­ciel­ska jest więc na­by­tą struk­tu­rą po­znaw­czo-dą­że­nio­wo-afek­tyw­ną, ukie­run­ko­wu­ją­cą za­cho­wa­nie się ro­dzi­ców wo­bec dziec­ka. Ta ten­den­cja do re­ago­wa­nia w okre­ślo­ny spo­sób w sto­sun­ku do dziec­ka musi być w pew­nym stop­niu utrwa­lo­na, aby zy­skać mia­no po­sta­wy ro­dzi­ciel­skiej. Nie cho­dzi tu o krót­ko­trwa­łe na­sta­wie­nia czy przej­ścio­we sta­ny psy­chicz­ne (w ro­zu­mie­niu Le­wi­to-wa26), ale o sta­łą w pew­nym okre­sie cza­su kom­po­nen­tę emo­cjo­nal­ną, któ­ra do­mi­nu­je w spo­so­bie od­no­sze­nia się do dziec­ka i w spo­so­bie my­śle­nia o nim.

Po­sta­wy, szcze­gól­nie ro­dzi­ciel­skie, są za­zwy­czaj pla­stycz­ne i pod­le­ga­ją zmia­nom w mia­rę, jak zmie­nia się ich przed­miot27, tj. dziec­ko, któ­re prze­cho­dzi przez róż­ne fazy roz­wo­ju. Inne po­sta­wy trze­ba przy­jąć wo­bec nie­mow­lę­cia, inne wo­bec sied­mio­lat­ka-pierw­szo­kla­si­sty. Przede wszyst­kim pod­le­ga zmia­nie sto­pień i ja­kość da­wa­nej dziec­ku swo­bo­dy oraz sto­pień i ja­kość form do­zo­ru, od­po­wied­nio do fazy, w ja­kiej znaj­du­je się dziec­ko. W mia­rę do­ra­sta­nia dziec­ka ma­le­je tak­że ko­niecz­ność bli­skie­go kon­tak­tu fi­zycz­ne­go, a wzra­sta­ją i roz­bu­do­wu­ją się kon­takt i więź psy­chicz­na z ro­dzi­ca­mi. Pro­por­cje i for­my kon­tak­tu fi­zycz­ne­go i psy­chicz­ne­go mię­dzy ro­dzi­ca­mi a dziec­kiem zmie­nia­ją się za­zwy­czaj sa­mo­rzut­nie i kształ­tu­ją się w za­leż­no­ści od fazy roz­wo­ju dziec­ka. Je­śli jed­nak ro­dzi­ce wraz z roz­wo­jem dziec­ka nie przyj­mu­ją po­staw wła­ści­wych dla da­ne­go okre­su roz­wo­ju, pro­wa­dzi to do sy­tu­acji kon­flik­to­wych, któ­re po­wo­du­ją za­bu­rze­nia w za­cho­wa­niu dziec­ka, a przy dłuż­szym trwa­niu - de­for­ma­cje w roz­wo­ju jego oso­bo­wo­ści. Po­nad­to, gdy pew­ne po­sta­wy ro­dzi­ców za­nad­to się utrwa­lą i skost­nie­ją, nie pod­le­ga­jąc zmia­nom wraz z roz­wo­jem dziec­ka, wów­czas są one mało po­dat­ne na od­dzia­ły­wa­nia - o czym bę­dzie mowa przy koń­cu tej pra­cy - i opor­ne przy pró­bach ich prze­kształ­ce­nia.