Postać - Christina Larsson

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ulica Lyc­kans väg, dziel­nica Lo­rens­berg, Göte­borg

Środa, 17 stycz­nia, go­dzina 23.15

Ma­ria Var­gas uśmiech­nęła się w my­ślach. Le­żała ukryta wśród krze­wów ro­do­den­dronu koło stawu Näc­kros­dam­men i ob­ser­wo­wała tylną część sto­ją­cego przy Lyc­kans väg domu z mu­ro­wa­nym pod­piw­ni­cze­niem. Nie mo­gła się na­dzi­wić, że w oko­licy pa­nuje taka ci­sza i spo­kój, cho­ciaż dziel­nica wil­lowa Lo­rens­berg po­ło­żona jest w cen­trum Göte­borga, rzut ka­mie­niem od głów­nej ulicy mia­sta, Ave­nyn.

W wielu nie­ru­cho­mo­ściach znaj­du­ją­cych się w tej dziel­nicy swoje sie­dziby miały przed­się­bior­stwa i róż­nego ro­dzaju in­sty­tu­cje. Wy­ją­tek sta­no­wiła willa na­le­żąca do ko­mi­sarz po­li­cji kry­mi­nal­nej In­grid Berg­man, jedna z nie­licz­nych słu­żą­cych wy­łącz­nie do ce­lów miesz­kal­nych. Tuż za do­mem roz­cią­gał się park, który czę­sto od­wie­dzali oko­liczni miesz­kańcy. Oczy­wi­ście nie o tej po­rze roku, a tym bar­dziej nie o tak póź­nej go­dzi­nie.

Wiał prze­ni­kliwy wiatr, tem­pe­ra­tura spa­dła do kilku stopni po­wy­żej zera. Ci, któ­rzy wy­szli na ze­wnątrz i nie ubrali się sto­sow­nie do wa­run­ków, z pew­no­ścią mar­zli. W ciągu ostat­nich paru go­dzin Ma­rię Var­gas mi­nęło za­le­d­wie kilku prze­chod­niów z psami. W od­le­gło­ści dwu­dzie­stu me­trów od niej szli z po­chy­lo­nymi gło­wami i wsu­nię­tymi głę­boko do kie­szeni rę­kami. Zde­cy­do­wali się wyjść z domu, mimo ko­niecz­no­ści sta­wie­nia czoła ni­skiej tem­pe­ra­tu­rze i prze­ni­kli­wym po­ry­wom wia­tru. Je­den z psów na­wet ją wy­czuł, ale nie zdo­łał po­cią­gnąć swo­jego pana w ciemne krzaki po­ra­sta­jące te­ren wo­kół stawu.

Ostroż­nie kuc­nęła, zwi­nęła pod­kładkę, na któ­rej le­żała, i umie­ściła ją ra­zem z lor­netką w ple­caku. Zdjęła grubą czapkę i wło­żyła ko­mi­niarkę, spod któ­rej wi­dać było tylko oczy i usta. Wy­pro­sto­wała się i czuj­nie ro­zej­rzała po oko­licy. Sta­rała się roz­pro­sto­wać koń­czyny, bo przez dwie ostat­nie mi­nuty czu­wała nie­ru­chomo z wy­ostrzo­nymi do gra­nic zmy­słami. Dwa razy głę­boko ode­tchnęła i po­woli opu­ściła po­ro­śnięty wy­so­kimi i gę­stymi krze­wami te­ren. Kiedy do­tarła do oświe­tlo­nej ścieżki dla pie­szych i ro­we­rzy­stów, która od­dzie­lała park od po­ro­śnię­tego drze­wami ogrodu na ty­łach willi, za­trzy­mała się i czuj­nym wzro­kiem skon­tro­lo­wała cały te­ren. Po stwier­dze­niu, że w po­bliżu ni­kogo nie ma, szyb­kim kro­kiem prze­szła na drugą stronę i po­now­nie zna­la­zła się w cie­niu chro­nią­cej ją ro­ślin­no­ści. Sku­lona prze­bie­gła mię­dzy krze­wami, wspięła się na strome zbo­cze i do­szła do ka­mien­nego muru, który od­gra­dzał tylną część domu od reszty te­renu. Stąd ru­szyła w prawo, wzdłuż muru, aż do­tarła do miej­sca, w któ­rym roz­cią­gał się otwarty te­ren. Po dru­giej stro­nie bu­dynku znaj­do­wało się tylne wej­ście, z któ­rego w daw­nych cza­sach ko­rzy­stała służba, żeby dys­kret­nie wcho­dzić i rów­nie dys­kret­nie wy­cho­dzić. Tą samą drogą do­star­czano do domu ar­ty­kuły spo­żyw­cze.

Głę­boko ode­tchnęła. Musi za­cho­wać spo­kój. Wie­działa, że przez parę chwil bę­dzie wi­doczna na otwar­tym te­re­nie. Po­wo­dem było ze­wnętrzne oświe­tle­nie umiesz­czone nad drew­nia­nymi, wy­gię­tymi w łuk drzwiami. Miała przed sobą kilka kry­tycz­nych se­kund. Dłu­gimi su­sami po­ko­nała od­le­głość dzie­lącą ją od drzwi, wy­pro­sto­wała się i wy­krę­ciła ża­rówkę. Wszystko od­było się tak szybko, że je­śli ktoś ją ob­ser­wo­wał, zdą­żył je­dy­nie za­uwa­żyć ludzką syl­wetkę, po czym ze zdu­mie­niem stwier­dził, że lampa nad wej­ściem zga­sła.

Var­gas po­now­nie zna­la­zła się w bez­piecz­nych ob­ję­ciach ciem­no­ści i tro­chę się roz­luź­niła. Kilka razy ude­rzyła ża­rówką o udo, żeby stłuc de­li­katny żar­nik, po czym wkrę­ciła ją wraz z oprawką w po­przed­nie miej­sce. Wsu­nęła do uszu dwie za­tyczki, wło­żyła na­usz­niki ochronne i wy­jęła nie­wiele więk­szą od pióra wiecz­nego la­tarkę. Spoj­rzała na ze­ga­rek, żeby za­pa­mię­tać go­dzinę, wło­żyła klucz do zamka i prze­krę­ciła. Od tego mo­mentu miała tylko pięt­na­ście mi­nut.

Po wej­ściu do środka za­mknęła za sobą drzwi, za­pa­liła la­tarkę i moc­nym, wą­skim stru­mie­niem świa­tła oświe­tliła pod­łogę w przed­po­koju. Po pra­wej stro­nie zo­ba­czyła schody pro­wa­dzące na par­ter. Znaj­do­wały się do­kład­nie tam, gdzie za­zna­czono je na pla­nie, który wy­po­ży­czyła z ar­chi­wum miej­skiego. Ustawa o swo­bod­nym do­stę­pie do da­nych oka­zała się dla niej praw­dzi­wym da­rem z nieba. Sie­dem se­kund póź­niej we­szła scho­dami na par­ter, na chwilę się za­trzy­mała i ro­zej­rzała po ko­ry­ta­rzu. Na­stęp­nie prze­szła przez sa­lon do bi­blio­teki, w któ­rej stał kom­pu­ter sta­cjo­narny. Otwo­rzyła ze­wnętrzną kie­szeń ple­caka i wy­jęła z niej dwa pen­drive'y. Wy­ko­nu­jąc te czyn­no­ści, czuła, jak drżą jej ręce.

Na­gle się wzdry­gnęła, bo włą­czył się alarm i cały bu­dy­nek wy­peł­nił prze­szy­wa­jący, ostry dźwięk. Od tego mo­mentu se­kundy za­częły biec jesz­cze szyb­ciej niż przed chwilą. Var­gas czuła, jak ska­cze jej ad­re­na­lina, a krew bu­zuje w ży­łach. Włą­czyła kom­pu­ter i wło­żyła do niego pierw­szy pen­drive. Te­raz po­zo­stało jej tylko cier­pli­wie cze­kać. Uśmiech­nęła się w my­ślach, bo szybko się oka­zało, że wła­mie się do kom­pu­tera bez mar­no­wa­nia czasu na ła­ma­nie ha­sła. Wy­jęła pierw­szy pen­drive i wło­żyła drugi. Za­pi­sany na nim pro­gram wgrał się na kom­pu­ter w ciągu pięt­na­stu se­kund. Kiedy pro­ces in­sta­la­cji do­biegł końca, klik­nęła w menu słowo START, we­szła w wy­szu­ki­warkę i wpi­sała swoje dane elek­tro­niczne. Se­kundę póź­niej pro­stym klik­nię­ciem prze­słała na pen­drive'a elek­tro­niczny pod­pis ban­kowy, po czym wy­ka­so­wała z wy­szu­ki­warki słowo, które w nią wcze­śniej wpi­sała, i wy­łą­czyła kom­pu­ter. W tej sa­mej chwili alarm ucichł, co ozna­czało, że ze wszyst­kim po­ra­dziła so­bie w nie­całe trzy mi­nuty. Po­szło jej znacz­nie szyb­ciej, niż za­kła­dała. Z ulgą zdjęła słu­chawki, wy­jęła z uszu za­tyczki i ra­zem z pen­drive'ami wło­żyła je do ple­caka. Ci­sza, która pa­no­wała w po­koju, była pra­wie na­ma­calna. Szu­miało jej w uszach, więc kilka razy głę­boko ode­tchnęła, żeby uspo­koić puls. Sta­rała się przy­wo­łać w pa­mięci roz­kład domu, po­nie­waż jej ko­lej­nym ce­lem była przy­le­ga­jąca do sy­pialni ła­zienka.

We­szła do niej, otwo­rzyła jedną z sza­fek i z za­do­wo­le­niem ski­nęła głową. Zna­la­zła to, po co tu przy­szła, a mia­no­wi­cie szczotkę do wło­sów i szklankę do płu­ka­nia ust po umy­ciu zę­bów. Wy­jęła z ple­caka dwie pa­pie­rowe to­rebki i do jed­nej wło­żyła szklankę, a do dru­giej kil­ka­dzie­siąt wło­sów ze szczotki. Te­raz zo­stała jej do zro­bie­nia ostat­nia rzecz. W dro­dze na pro­wa­dzące do piw­nicy schody za­trzy­mała się w przed­po­koju przy szafce na klu­cze i po­wie­siła w niej za­pa­sowy klucz, który ukra­dła pod­czas ostat­niej wi­zyty u Berg­man. Już go nie po­trze­bo­wała, bo zro­biła du­pli­kat. Miała na­dzieję, że In­grid nie za­uwa­żyła jego znik­nię­cia.

Po wy­ko­na­niu wszyst­kich czyn­no­ści wy­szła z willi i wró­ciła pod osłonę ro­do­den­dro­nów przy sta­wie. Spoj­rzała na ze­ga­rek i stwier­dziła, że to, co za­pla­no­wała, za­ła­twiła w nie­całe dzie­sięć mi­nut. Te­raz po­czeka, aż zjawi się pra­cow­nik firmy ochro­niar­skiej, a po jego od­jeź­dzie znowu włą­czy alarm.

Miała przed sobą jesz­cze kilka go­dzin pracy.

Ko­menda po­li­cji, plac Ern­sta Fon­tella

Pią­tek, 19 stycz­nia, go­dzina 12.46

Berg­man we­szła do bu­dynku ko­mendy tuż przed trzy­na­stą. Nowy sys­tem alar­mowy w jej domu zo­stał już za­in­sta­lo­wany i prze­te­sto­wany. Do od­prawy zo­stało kilka mi­nut, więc po­sta­no­wiła po­świę­cić ten czas na krótką roz­mowę z Ting­strömem, żeby uzgod­nić z nim plan spo­tka­nia. Na­czel­nik uniósł głowę znad ga­zety, którą wła­śnie czy­tał, i ski­nął po­li­cjantce głową, żeby usia­dła.

- Do­sta­łam pro­to­kół z sek­cji zwłok - po­wie­działa Berg­man, prze­cho­dząc do te­matu. - Toż­sa­mość ofiary zo­stała usta­lona, po­dob­nie jak przy­czyna śmierci. Było nią uto­nię­cie. Za­bójca tak długo trzy­mał głowę dziew­czyny pod wodą, aż się za­chły­snęła i uto­piła.

- Sły­sza­łem o tym - od­parł na­czel­nik. - Wia­do­mość o zbrodni do­tarła już do me­diów, ale na szczę­ście bez szcze­gó­łów. Jak my­ślisz, czy po­win­ni­śmy wy­dać ja­kieś oświad­cze­nie pra­sowe? Do­brze by było, żeby me­dia coś do­stały.

- Chyba nie mamy in­nego wyj­ścia. Je­śli po od­pra­wie pla­nu­jesz zo­stać dłu­żej, przyjdę do two­jego po­koju i uzgod­nimy treść.

- Mam mnó­stwo pracy i zo­stanę w biu­rze przez całe po­po­łu­dnie.

- A pro­ku­ra­tor? Kogo nam przy­dzie­lono?

- Bjur­stedta. Skon­tak­tuj się z nim po od­pra­wie. Jest czę­ściowo wpro­wa­dzony w sprawę.

- Okej, mu­szę już iść.

*

Berg­man we­szła do po­koju, w któ­rym za­zwy­czaj od­by­wały się od­prawy, i za­stała w nim Vi­kinga Jo­hans­sona. Po­li­cjant za­jęty był roz­wie­sza­niem zdjęć na ścia­nie. Berg­man po­znała go do­piero po kilku se­kun­dach, a gdy się do niej od­wró­cił, zro­zu­miała dla­czego. Ob­ciął swoje ciemne, się­ga­jące ra­mion włosy i na gło­wie zo­stała mu tylko krótka na cen­ty­metr szcze­cina. Nie miało to jed­nak zna­cze­nia, bo jak zwy­kle wy­glą­dał ele­gancko. Ubrany był w wy­pra­so­waną białą ko­szulę i gra­na­towe chi­nosy. Berg­man prze­pra­co­wała z nim wiele lat, ale ani razu nie przy­szedł do pracy za­nie­dbany. Za­wsze wy­glą­dał świeżo i miał wy­czysz­czone buty. Cza­sem, gdy przez kilka dni z rzędu in­ten­syw­nie pra­co­wali, na jego po­licz­kach po­ja­wiał się de­li­katny za­rost, który zna­ko­mi­cie pod­kre­ślał jego ele­gancki wy­gląd. Prze­ci­wień­stwem Vi­kinga był Tho­mas, który przez okrą­gły rok cho­dził w obu­wiu spor­to­wym, la­tem wkła­dał dżinsy i ko­szule z krót­kim rę­ka­wem, a zimą z dłu­gim. Jej ekipę two­rzyła barwna mie­szanka oso­bo­wo­ści, ale wła­śnie dla­tego tak do­brze się uzu­peł­niali.

- Wi­taj w pracy - po­wie­dział Jo­hans­son.

- Dzięki. Czy to z tej oka­zji tak krótko się ostrzy­głeś? Pa­suje ci ta fry­zura.

- Mnie też się po­doba, cho­ciaż za każ­dym ra­zem, kiedy się prze­glą­dam w lu­strze, mój nowy wi­dok mnie za­ska­kuje. Na­wet nie wiesz, ja­kie to przy­jemne uczu­cie, kiedy można zre­zy­gno­wać z wo­sku i żelu we wło­sach.

- Ale ja wiem - ode­zwał się Al­freds­son, który w tej sa­mej chwili sta­nął w drzwiach i usły­szał ostat­nie słowa. - Ni­gdy nie mo­głem zro­zu­mieć, po co na­kła­dasz na głowę tyle sma­ro­wi­deł.

- Mamy, jak wi­dzę, od­mienne zda­nie na te­mat fry­zur - od­parł Jo­hans­son, spo­glą­da­jąc wy­mow­nie na jego ja­sną, nie­sforną fry­zurę na cze­skiego pił­ka­rza.

- Co ty nie po­wiesz - rzu­cił Al­freds­son, prze­cią­ga­jąc dło­nią po czu­pry­nie. - Ko­bie­tom po­doba się mój styl. Ni­gdy nie mia­łem z nim pro­blemu i nie mu­sia­łem na­kła­dać na włosy gru­bych warstw smaru, żeby któ­rąś po­de­rwać.

Jo­hans­son uśmiech­nął się i prze­wró­cił oczami.

Berg­man też się uśmiech­nęła. Chyba jej tego bra­ko­wało w cza­sie urlopu. To do­brze, że Vi­king i Tho­mas są w do­brym hu­mo­rze, bo czeka ich mnó­stwo pracy. Po­de­szła do ściany, na któ­rej Jo­hans­son roz­wie­sił zdję­cia zwią­zane z za­bój­stwem So­fie. Al­freds­son zro­bił to samo i sta­nął za po­li­cjantką.

- To jest nie­nor­malne - stwier­dził na wi­dok zdję­cia, które przed­sta­wiało za­mor­do­waną dziew­czynę z bu­telką w po­chwie.

- Zga­dzam się z tobą i dla­tego mu­simy zro­bić wszystko, żeby do­paść tego, kto to zro­bił.

Po­zo­stali człon­ko­wie ekipy śled­czej wcho­dzili po ko­lei do sali od­praw i zaj­mo­wali miej­sca przy du­żym owal­nym stole kon­fe­ren­cyj­nym. Nina Ha­mil­ton, Ka­rin Falk, Ma­lin Skogsby i Ber­til Nils­son. Kiedy ni­kogo już nie bra­ko­wało, Berg­man za­mknęła drzwi i roz­po­częła spo­tka­nie.

- Dziew­czyna na­zywa się So­fie Jo­hans­son i skoń­czyła pięt­na­ście lat. Miesz­kała przy Mar­klands­ga­tan z mamą i młod­szym bra­tem. Matka ostatni raz żywą wi­działa ją przed­wczo­raj wie­czo­rem około dwu­dzie­stej. Han­sén stwier­dził w cza­sie sek­cji, że przy­czyną śmierci było uto­nię­cie, a śmierć na­stą­piła mię­dzy drugą a czwartą w nocy. Ktoś za­nu­rzył głowę dziew­czyny pod wodę i w ten spo­sób ją uto­pił. Czy można za­ry­zy­ko­wać tezę, że do zbrodni do­szło w miej­scu zna­le­zie­nia zwłok?

Nils­son chrząk­nął i jak zwy­kle dwa razy prze­cią­gnął pal­cami po wło­sach, żeby dłu­gie ko­smyki, które z upo­rem za­cze­sy­wał na gołą czaszkę, uło­żyły się tak, jak po­winny.

- Przed chwilą roz­ma­wia­łem z Han­sénem. Stwier­dził, że woda, którą zna­le­ziono w płu­cach dziew­czyny, po­cho­dzi z miej­sca zna­le­zie­nia zwłok. Można więc wy­snuć z tego pro­sty wnio­sek, że wła­śnie tam na­stą­piła śmierć. Kiedy rano we­szli­śmy do tu­nelu, ofiara le­żała na ple­cach. Obok niej zna­leź­li­śmy prze­wró­cone na lewą stronę dżinsy i majtki. Nie udało się usta­lić, czy za­bójca zdjął je z niej przed za­bój­stwem czy po nim. Na bu­telce po pi­wie za­bez­pie­czy­li­śmy sporo od­ci­sków pal­ców. Wpro­wa­dzi­li­śmy je do na­szego re­je­stru, ale nie uzy­ska­li­śmy żad­nych wy­ni­ków.

Ha­mil­ton unio­sła rękę na znak, że chce coś po­wie­dzieć, i Nils­son ski­nął głową. Wszy­scy wie­dzieli, że kiedy mówi, nie wolno mu prze­ry­wać, cho­ciaż po­zo­sta­łym człon­kom ekipy by to nie prze­szka­dzało. Nils­son znany był jed­nak z tego, że ła­two wpa­dał w zły hu­mor.

- Być może wy­prze­dzę prze­bieg zda­rzeń, cho­ciaż nie znam wszyst­kich fak­tów. Przy­po­mi­nam, że w tym sa­mym cza­sie, w któ­rym do­szło do śmierci ofiary, w tu­nelu prze­by­wała grupa męż­czyzn, któ­rzy w ra­mach wie­czoru ka­wa­ler­skiego wy­brali się tam na wy­cieczkę. Czy można ich już prze­słu­chać?

- Ja i Vi­king już to zro­bi­li­śmy... - za­częła Ma­lin, ale Nils­son gło­śno chrząk­nął, prze­ry­wa­jąc jej w pół zda­nia.

- Czy mógł­bym do­koń­czyć? - spy­tał. Berg­man z tru­dem po­wstrzy­mała się od uśmie­chu. Nils­son był w nie­złym hu­mo­rze, ale wi­dać było, że pew­nej gra­nicy prze­kro­czyć nie po­zwoli. Wszy­scy ski­nęli gło­wami i spoj­rzeli na niego. - Dzię­kuję.

Prze­wer­to­wał swoje no­tatki i kon­ty­nu­ował.

- Na rę­ka­wach pu­cho­wej kurtki, którą dziew­czyna miała na so­bie w chwili śmierci, stwier­dzi­li­śmy drobne roz­dar­cia, ślady wapna i błota. Z na­szych usta­leń wy­nika, że ta­kie samo wapno i błoto znaj­dują się na ścia­nach tu­nelu. Na we­wnętrz­nej stro­nie dłoni wid­niały ślady za­dra­pań. Mogą one świad­czyć o tym, że kiedy sprawca lub sprawcy cią­gnęli dziew­czynę przez tu­nel, prze­su­wała ona dłońmi po ścia­nach. Na po­czątku ko­ry­ta­rza jest oświe­tle­nie, ale w tu­nelu, w któ­rym ją zna­le­ziono, już go nie ma. Mo­żemy więc przy­jąć tezę, że po­nie­waż było ciemno, dziew­czyna szła po omacku, do­ty­ka­jąc ścian. Stąd te za­dra­pa­nia na dło­niach i ślady na ubra­niu. Za­bez­pie­czy­li­śmy też mnó­stwo włó­kien, ale nie zdo­ła­li­śmy ich zi­den­ty­fi­ko­wać. To tyle z mo­jej strony.

Berg­man wstała z krze­sła i po­de­szła do ściany ze zdję­ciami.

- A nie mo­gło być po pro­stu tak, że So­fie szła Sahl­grens­ga­tan, zo­ba­czyła otwartą bramę, która pro­wa­dziła w głąb ko­ry­ta­rzy, i z ja­kie­goś po­wodu po­sta­no­wiła wejść do środka? W tu­ne­lach na­tknęła się na pod­ocho­coną grupę męż­czyzn, któ­rzy świę­to­wali wie­czór ka­wa­ler­ski. Gdyby po­szli za nią do tu­nelu, z któ­rego nie ma wyj­ścia, tłu­ma­czy­łoby to, skąd się wzięły za­dra­pa­nia na rę­kach i roz­dar­cia na kurtce. Do­szła do końca tu­nelu, prze­wró­ciła się i tamci się na nią rzu­cili. Je­śli na bu­telce znaj­dziemy ich od­ci­ski pal­ców, źle się to dla nich skoń­czy. Po­pro­szę o wa­sze ko­men­ta­rze. Za­czniemy od ze­znań, które dzi­siaj skła­dali. Tho­mas, słu­chamy.

- Za­cznę od tego, że byli pi­jani i prze­stra­szeni. Ten, który twier­dzi, że zna­lazł dziew­czynę, na­zywa się Wil­liam Berg, ale nie udało nam się z nim po­roz­ma­wiać. My­ślę, że był nie tylko pi­jany, ale także zszo­ko­wany. Nie ma po­ję­cia, o któ­rej go­dzi­nie to było, ale ze­znał, że w pew­nym mo­men­cie jego kum­ple po­szli przo­dem, a on zo­stał z tyłu, żeby się wy­si­kać. Na skrzy­żo­wa­niu wy­brał nie ten ko­ry­tarz co trzeba i za­błą­dził...

- Jak to moż­liwe? - spy­tał Nils­son, który ni­gdy nie wi­dział pro­blemu w prze­rwa­niu in­nym. - Prze­cież tam nie ma oświe­tle­nia. Jest ono tylko w ko­ry­ta­rzu, który pro­wa­dzi do wyj­ścia.

- Te­gnér, który jest lo­kal­nym prze­wod­ni­kiem i w cza­sie prze­słu­cha­nia był sto­sun­kowo trzeźwy, twier­dzi, że żad­nego oświe­tle­nia nie włą­czył.

- Swoją wi­zytę w twier­dzy opi­sali mniej wię­cej w ten sam spo­sób - wtrą­ciła Skogsby. - Nie wiem, czy uzgod­nili wspólną wer­sję ze­znań, ale każdy z nich twier­dził, że nie­wiele pa­mięta. Kiedy przy­szli pod twier­dzę, Te­gnér otwo­rzył klu­czem bramę i dał im po­chod­nie, żeby so­bie oświe­tlali drogę. Kiedy do­tarli do po­miesz­cze­nia, które znaj­duje się na sa­mym końcu, zdą­żyli wy­pić mnó­stwo al­ko­holu i byli w świet­nych hu­mo­rach. Po wyj­ściu na ulicę za­uwa­żyli, że bra­kuje Berga. Te­gnér ka­zał im zo­stać, a sam wró­cił do środka, żeby spraw­dzić, co się mo­gło stać. Kiedy wy­szedł z nim na ze­wnątrz, Berg za­czął krzy­czeć, że zna­lazł trupa. Tamci my­śleli, że żar­tuje, ale po­nie­waż za­cho­wy­wał się hi­ste­rycz­nie i upar­cie twier­dził, że to prawda, Te­gnér wró­cił do twier­dzy. Po po­wro­cie po­twier­dził, że w tu­nelu leży mar­twa dziew­czyna, i od razu po­wia­do­mił po­li­cję.

- Czy któ­ryś z nich coś sły­szał? - spy­tała Berg­man. - Na przy­kład krzyki albo inne od­głosy?

- Nie, ale pew­nie dla­tego, że byli po­rząd­nie na­wa­leni. Ła­two so­bie wy­obra­zić, że za­cho­wy­wali się ha­ła­śli­wie. Tak przy­naj­mniej twier­dzi Te­gnér.

- Dziś przed po­łu­dniem jesz­cze raz go prze­słu­cha­li­śmy - wtrą­ciła Ha­mil­ton. - Oka­zało się, że ist­nieje sporo du­pli­ka­tów klu­czy do drzwi pro­wa­dzą­cych do pod­ziemi od strony ulicy Sahl­grens­ga­tan. Mają je na przy­kład wszy­scy prze­wod­nicy. Do­sta­łam li­stę z ich na­zwi­skami. Du­pli­katy mogą też mieć prze­wod­nicy, któ­rzy opro­wa­dzali po twier­dzy przed laty, pra­cow­nicy Mu­zeum Miej­skiego i Wy­działu Ar­chi­tek­tury Urzędu Mia­sta. Od­wie­dzi­łam też Szkołę Pe­da­go­giczną i po­ka­zano mi klapę w pod­ło­dze piw­nicy, przez którą można się do­stać do tu­ne­lów pro­sto­pa­dłym ko­ry­ta­rzem. Osoby, z któ­rymi roz­ma­wia­łam, twier­dziły, że ni­gdy nie jest wy­ko­rzy­sty­wany, ale na moją prośbę otwo­rzyli klapę, dzięki czemu mo­głam zaj­rzeć do środka.

- Zba­da­li­śmy i tę ewen­tu­al­ność - prze­rwał jej Nils­son. - Przy­mo­co­wana do ściany dra­bina jest tak za­rdze­wiała, że nie utrzy­ma­łaby na­wet dziecka, które chcia­łoby zejść po niej na dół albo wyjść na górę.

- Okej. Nino, spo­rządź li­stę osób, które mają do­stęp do klu­czy. Czy udało wam się wy­do­być z Te­gnéra wię­cej in­for­ma­cji? Co zro­bił, kiedy we­szli do środka: za­mknął bramę od środka na klucz czy zo­sta­wił ją otwartą?

- Kiedy cho­dzili po ko­ry­ta­rzach, brama wej­ściowa była otwarta - od­parła Falk. - Te­gnér wszedł do środka jako pierw­szy i nie wie, czy któ­ryś z jego kum­pli za­mknął ją za sobą. Kiedy stam­tąd wy­cho­dzili, brama na­dal była otwarta. Te­gnér to pa­mięta, bo wy­szedł jako pierw­szy.

- In­nymi słowy, mo­gło być tak, że w cza­sie, gdy tych sze­ściu prze­by­wało w tu­ne­lach, do środka mógł wejść każdy. Na przy­kład So­fie. Chyba że ona też miała klucz i we­szła tam przed nimi. Mogę też so­bie wy­obra­zić, że ja­kiś przy­pad­kowy prze­cho­dzień z czy­stej cie­ka­wo­ści zaj­rzał do środka, nie ma­jąc świa­do­mo­ści, że ktoś go może za­mknąć na klucz.

Berg­man zro­biła pauzę i prze­tarła oczy. Była zmę­czona, bo na­dal od­czu­wała skutki gwał­to­wa­nej zmiany stref cza­so­wych.

- Na­suwa mi się kilka py­tań. Po co So­fie mia­łaby wcho­dzić do twier­dzy w środku nocy? We­szła tam sama czy ktoś jej to­wa­rzy­szył? Co pięt­na­sto­let­nia dziew­czyna ro­biła tam o tak póź­nej po­rze w środku zimy?

- Roz­ma­wia­łam z jej ro­dzi­cami - od­parła Falk. - So­fie miesz­kała z matką, która zgło­siła jej za­gi­nię­cie. Ro­dzice nie wie­dzą, z kim ich córka się za­da­wała ani czy w dniu za­gi­nię­cia miała się z kimś spo­tkać. Matka twier­dzi, że zwle­kała ze zgło­sze­niem za­gi­nię­cia, bo So­fie już wcze­śniej za­pa­dała się pod zie­mię, ale za każ­dym ra­zem w końcu wra­cała do domu. Przy­wio­złam na ko­mendę lap­topa dziew­czyny. Od­dam go na­szym tech­ni­kom, niech go obej­rzą.

- Okej. Skon­tak­tuj się ze szkołą, po­roz­ma­wiaj z na­uczy­cie­lami, ko­le­gami i ko­le­żan­kami z klasy, ustal, z kim So­fie się spo­ty­kała. Weź do po­mocy Ma­lin. Czy So­fie miała te­le­fon ko­mór­kowy?

- Tak, wiemy to od jej mamy - od­parła Falk. - Czy ktoś go zna­lazł?

- My nie - od­parł Nils­son.

- Ma­lin, spy­taj matkę dziew­czyny o nu­mer te­le­fonu So­fie, a po­tem wy­stąp do ope­ra­tora sieci ko­mór­ko­wej z wnio­skiem o udo­stęp­nie­nie bil­lin­gów. Tho­mas i Vi­king, po­bierz­cie od­ci­ski pal­ców od prze­wod­nika i jego ko­le­gów. Po­rów­namy je z od­ci­skami na bu­telce. Czy ktoś chce coś do­dać?

Po jej sło­wach za­pa­dła wy­mowna ci­sza.

- Okej... w ta­kim ra­zie zro­bimy tak - oznaj­miła Berg­man i spoj­rzała na ze­ga­rek. - Jest wpół do trze­ciej. Je­śli po po­łu­dniu po­ja­wią się nowe fakty, które po­mogą nam po­pchnąć śledz­two do przodu, spo­tkamy się tu ju­tro o trzy­na­stej. Ja i Ting­ström przy­go­tu­jemy oświad­cze­nie pra­sowe i po po­łu­dniu je opu­bli­ku­jemy. Me­dia nie dają nam spo­koju. To tyle na te­raz, bierzmy się do pracy. W ra­zie czego je­stem pod te­le­fo­nem.

*

Kiedy wszy­scy wy­szli z sali, Berg­man ze­brała swoje no­tatki i jesz­cze raz obej­rzała po­roz­wie­szane na ścia­nie zdję­cia. Do­szła do wnio­sku, że za­po­wiada się nie­przy­jemne śledz­two. Za­wsze tak jest, kiedy ofiarą zbrodni pada dziecko.

- Tu­taj je­steś...

Berg­man od­wró­ciła się i zo­ba­czyła Ting­ströma, który przy­szedł na salę w to­wa­rzy­stwie pro­ku­ra­tora Bjur­stedta.

- Sia­daj­cie, opo­wiem wam w skró­cie o spra­wie - za­częła.

Sie­dem mi­nut póź­niej jej opo­wieść do­bie­gła końca.

- Po­dzie­lam twój po­gląd, je­śli cho­dzi o grupkę męż­czyzn, któ­rzy świę­to­wali wie­czór ka­wa­ler­ski - po­wie­dział pro­ku­ra­tor. - Przy odro­bi­nie szczę­ścia roz­wią­żemy tę za­gadkę w ciągu doby. W spra­wie po­ja­wia się zbyt wiele zbie­gów oko­licz­no­ści. W cza­sie, gdy dziew­czyna zo­stała za­mor­do­wana, w twier­dzy prze­by­wała grupa męż­czyzn, do tego te od­ci­ski pal­ców na bu­telce po pi­wie... Wszystko to prze­ma­wia na ich nie­ko­rzyść. Mu­simy zde­cy­do­wać, jak po­trak­to­wać me­dia.

- Opu­bli­ku­jemy oświad­cze­nie, w któ­rym po­twier­dzimy, że w tu­ne­lach w twier­dzy zna­le­ziono mar­twą pięt­na­sto­latkę - za­pro­po­no­wał Ting­ström. - Me­dia już się tym zaj­mują, ale wię­cej szcze­gó­łów nie znają. Mo­żemy też za­ape­lo­wać do ewen­tu­al­nych świad­ków, któ­rzy tam­tej nocy prze­cho­dzili Sahl­grens­ga­tan i być może coś wi­dzieli, żeby się do nas zgła­szali. Co wy na to?

- Nie­zła pro­po­zy­cja, ale moim zda­niem po­win­ni­śmy zwo­łać kon­fe­ren­cję pra­sową - za­pro­po­no­wał Bjur­stedt - Na przy­kład ju­tro o dzie­wią­tej.

Fa­cet ma silne par­cie na szkło, po­my­ślała Berg­man i zer­k­nęła dys­kret­nie na na­czel­nika. Wy­da­wało jej się, że uj­rzała na jego twa­rzy roz­ba­wiony uśmiech. Po­my­ślała, że Ting­ström ma na ten te­mat po­dobne zda­nie.

- Mo­gła­byś się tym za­jąć? - spy­tał pro­ku­ra­tor.

- Za­raz to zro­bię - od­parła po­li­cjantka. Ze­brała pa­piery, po­szła do swo­jego po­koju i za­dzwo­niła do Biura Pra­so­wego po­li­cji. Po roz­mo­wie sie­działa przez chwilę przy biurku i pa­trzyła przez okno. Była po­rząd­nie zmę­czona. Do­szła do wnio­sku, że po trzy­ty­go­dnio­wym urlo­pie nie po­winna się czuć aż tak źle. Wes­tchnęła, po­de­szła do drzwi i z kie­szeni kurtki wy­jęła pry­watną ko­mórkę. Zna­la­zła w niej cztery nowe wia­do­mo­ści: dwie od Ewy i He­lene, które py­tały, czy wy­ja­śniła się sprawa ewen­tu­al­nej próby wła­ma­nia do jej domu, i jedną od Adama, który za­pew­niał, że ją ko­cha, i py­tał, czy chcia­łaby się z nim spo­tkać wie­czo­rem. Czy­ta­jąc te słowa, nie mo­gła się po­wstrzy­mać od uśmie­chu. Ostat­niego ese­mesa do­stała od mamy, która chciała wie­dzieć, dla­czego jej córka się z nią nie kon­tak­tuje. Od razu po­czuła, jak kur­czy jej się żo­łą­dek. Za­mie­rzała się sku­pić przez kilka go­dzin na pracy, a po­tem iść spać. Wy­słała więc do Ewy i He­lene krótką wia­do­mość, że wszystko u niej w po­rządku, i za­pro­siła je w nie­dzielę na kawę. Roz­mowę z mamą po­sta­no­wiła odło­żyć na wie­czór albo na na­stępny dzień. A co z Ada­mem? Jej roz­wa­ża­nia prze­rwał dźwięk te­le­fonu. Dzwo­nił Nils­son.

- Obej­rze­li­śmy bu­telki zo­sta­wione przez tam­tych sze­ściu w po­miesz­cze­niu, w któ­rym im­pre­zo­wali - po­wie­dział. - Na dwóch z nich zna­leź­li­śmy dwa ta­kie same ze­stawy od­ci­sków pal­ców jak na bu­telce, która tkwiła w po­chwie za­mor­do­wa­nej dziew­czyny. Co ty na to?

- Bingo! Od razu zlecę Tho­ma­sowi i Vi­kin­gowi, żeby po­brali od­ci­ski pal­ców od ca­łej szóstki. Czy dział tech­niczny bę­dzie je mógł spraw­dzić od razu?

- Bę­dziemy mu­sieli zo­stać po go­dzi­nach.

Berg­man udała, że tej od­po­wie­dzi nie usły­szała.

- Je­steś te­raz w swoim po­koju? - spy­tała.

- Tak, a gdzieżby in­dziej? Prze­cież przed chwilą usły­sza­łem, że mam dziś zo­stać dłu­żej.

- W ta­kim ra­zie za chwilę do cie­bie zejdę. Chcia­ła­bym z tobą o czymś po­roz­ma­wiać.

- Na­prawdę? A o czym? Nie mam czasu na pry­watne bzdury.

Berg­man jęk­nęła w my­ślach. Czy on za­wsze musi być taki nie­grzeczny? Gdyby nie był wy­bit­nym tech­ni­kiem kry­mi­nal­nym, już dawno temu mu­siałby odejść z pracy. Był jed­nak żywą le­gendą, bo w dziale tech­nicz­nym prze­pra­co­wał czter­dzie­ści lat. Krą­żyły plotki, że za­wsze miał taki upier­dliwy cha­rak­ter, ale ona wie­działa, jak się z nim ob­cho­dzić, cho­ciaż od czasu do czasu mu­siała za­ci­snąć zęby i ugryźć się w ję­zyk. Jed­nak po pew­nym cza­sie do­szła do wnio­sku, że ta­kie za­cho­wa­nie to zwy­kła fa­sada, że wy­star­czy się z nim tylko na­le­ży­cie ob­cho­dzić, a wtedy za­cho­wuje się jak lo­jalny, po­rządny ko­lega z pracy. Nils­son ni­gdy się nie pod­da­wał i nad każdą sprawą pra­co­wał nie­stru­dze­nie.

- W ta­kim ra­zie wi­dzimy się za parę mi­nut - sko­men­to­wała jego słowa i się roz­łą­czyła.

Po­sta­no­wiła, że za­nim do niego pój­dzie, po­in­for­muje resztę ekipy o tym, czego się dzi­siaj do­wie­działa.

Ulica Len­nart Tor­stens­sons­ga­tanDziel­nica Lo­rens­berg

Pią­tek, 19 stycz­nia, go­dzina 16.01

Prze­peł­niona nową ener­gią i chę­cią do pracy Var­gas we­szła do swo­jego miesz­ka­nia. Wy­wo­łany stre­sem i na­pię­ciem ból głowy mi­nął i nie mo­gła się już do­cze­kać, kiedy znowu bę­dzie się mo­gła za­jąć od­ci­skami pal­ców. Zdjęła czapkę, mo­krą kurtkę oraz rę­ka­wiczki i w my­ślach po­dzię­ko­wała za tę brzydką po­godę swo­jej do­brej gwieź­dzie. Lu­dzi cho­dzili z opusz­czo­nymi gło­wami i sku­pieni byli głów­nie na tym, żeby nie wejść w ka­łużę. Była pewna, że nie zo­stała przez ni­kogo za­pa­mię­tana. Po­szła w kie­runku ko­mendy po­li­cji przy placu Ern­sta Fon­tella i przez chwilę stała tam, za­sta­na­wia­jąc się, które okno na­leży do po­koju In­grid. Po­tem ru­szyła Ul­le­vi­ga­tan i skrę­ciła w Nya Al­lén. Dzi­wiła się, że przez dwa­dzie­ścia lat mia­sto nie­wiele się zmie­niło. Wpraw­dzie bu­dy­nek po­li­cji był dwa razy więk­szy niż daw­niej, sta­dion Gamla Ul­levi zy­skał nowe bo­isko, a re­stau­ra­cja Träg?r'n przy sto­wa­rzy­sze­niu Träd­g?rds­före­nin­gen zy­skała nowy wy­gląd, ale poza tym wszystko było jak kie­dyś.

Tram­waje je­chały po tych sa­mych szy­nach, a stycz­niowa po­goda była rów­nie szara i po­nura jak w cza­sach, które pa­mię­tała z lat mło­do­ści. Idąc ulicą Ave­nyn, mi­nęła po­mnik przed­sta­wia­jący na­giego Po­sej­dona, tro­chę da­lej skrę­ciła w Asche­bergs­ga­tan i we­szła do po­bli­skiego sklepu, żeby ku­pić tro­chę owo­ców. Za­kupy ro­biła w róż­nych miej­scach, by nikt jej nie za­pa­mię­tał, bo póź­niej mógłby ją roz­po­znać. Kie­dyś po­każe swoją twarz, po­roz­ma­wia z wła­ści­cie­lem sklepu i eks­pe­dientką, nie­wy­klu­czone, że pój­dzie do so­la­rium. Musi wzmoc­nić swoją opa­le­ni­znę, żeby przy­po­mi­nała opa­le­ni­znę In­grid, bo po dwóch mie­sią­cach spę­dzo­nych w tym po­zba­wio­nym słońca kraju jej wła­sna za­częła bled­nąć. Za­mie­rza też przy­strzyc i prze­far­bo­wać włosy na ciemny blond, ale nie te­raz.

Musi od­cze­kać, za­cho­wać cier­pli­wość. Po do­tar­ciu do Wyż­szej Szkoły Tech­nicz­nej imie­nia Wil­liama Chal­mersa za­pu­ściła się mię­dzy za­bu­do­wa­nia uczelni i wy­szła na Gi­bral­tars­ga­tan, po czym wą­skimi ulicz­kami wró­ciła tam, gdzie ten spa­cer za­częła, to zna­czy na Len­nart Tor­stens­sons­ga­tan. Wy­na­jęła tam miesz­ka­nie z wi­do­kiem na na­le­żącą do In­grid willę. Za­pła­ciła z góry i to znacz­nie wię­cej, niż za­żą­dał wła­ści­ciel, ale dzięki temu unik­nęła kło­po­tli­wych py­tań i nie mu­siała oka­zy­wać re­fe­ren­cji.

Matka my­śli, że jej córka wró­ciła do We­ne­zu­eli. Przed­wcze­śnie się po­sta­rzała, a naj­bar­dziej od­po­wied­nim sło­wem na okre­śle­nie jej obec­nego stanu by­łoby słowo "zu­żyta". Kiedy uj­rzała ją po tylu la­tach, prze­żyła szok. Matka wy­cho­wała ją sa­mot­nie i mimo ni­skich do­cho­dów żyła tylko dla niej. Ni­gdy nie było jej stać, żeby pójść do re­stau­ra­cji, po­je­chać na wy­cieczkę albo zdo­być po­rządne wy­kształ­ce­nie. Te­raz do­ży­wała swo­ich lat w dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu i ca­łymi dniami pa­trzyła w okno. Była sama z cho­rym cia­łem i bo­le­snymi wspo­mnie­niami.

Matka bar­dzo się ucie­szyła na wi­dok córki, a ona po­pa­trzyła na star­szą ko­bietę w zu­peł­nie inny spo­sób. Do­piero te­raz so­bie uświa­do­miła, że matka mu­siała wal­czyć o ich wspólną eg­zy­sten­cję wbrew prze­ciw­no­ściom losu. Ale dla­czego przez wszyst­kie te lata upie­rała się przy twier­dze­niu, że z jej oj­cem zwią­zana była prze­lot­nie, że był nim ja­kiś ma­ry­narz, z któ­rym się pew­nego wie­czoru umó­wiła i na tym jed­nym spo­tka­niu się skoń­czyło? Tym bar­dziej że jej praw­dziwy oj­ciec cie­szył się do­brym zdro­wiem i miesz­kał za­le­d­wie dwie­ście ki­lo­me­trów od Göte­borga.

- Spo­tka­łaś go wiele razy - po­wie­działa kie­dyś jej matka. - Dzi­wię się, że tego nie pa­mię­tasz, ale by­łaś wtedy małą dziew­czynką i na­szą sy­tu­ację uwa­ża­łaś za na­tu­ralną.

- Co masz na my­śli?

- Two­jego ojca po­zna­łam w klu­bie mu­zycz­nym Rondo w Li­se­bergu. Po­szłam tam z kil­koma ko­le­żan­kami. Zwró­ci­łam na niego uwagę, kiedy wszedł do lo­kalu, a gdy po­pro­sił mnie do tańca, nie mo­głam mu się oprzeć. Ba­wił się ze mną przez cały wie­czór. Do Li­se­bergu przy­je­chał w spra­wach służ­bo­wych. Tam­tego wie­czoru do ni­czego mię­dzy nami nie do­szło, ale za­pro­po­no­wał mi, że­by­śmy znów się spo­tkali, kiedy po­now­nie przy­je­dzie do mia­sta. I tak się stało. Przez cały rok spo­ty­ka­li­śmy się śred­nio dwa razy na mie­siąc, ale ni­gdy się nie przy­znał, że jest żo­naty. Wy­ja­wił mi to do­piero wtedy, gdy za­szłam w ciążę. Przez długi czas mia­łam na­dzieję, że się dla mnie roz­wie­dzie. Moi ro­dzice się ode mnie od­wró­cili ... pew­nie ze wstydu. W tam­tych cza­sach nie wy­pa­dało być matką sa­mot­nie wy­cho­wu­jącą dziecko, zwłasz­cza że nie by­łam mę­żatką ani przy­naj­mniej ko­bietą za­rę­czoną. Kiedy się do­wie­dzia­łam, że Sven ma ro­dzinę, było to dla mnie gwoź­dziem do trumny.

- To, o czym mó­wisz, wy­da­rzyło się czter­dzie­ści lat temu. W tam­tych cza­sach nie było chyba aż tak źle.

Ko­bieta uśmiech­nęła się smęt­nie i spoj­rzała przez okno.

- Cho­dziło o sprawy re­li­gijne... Moi ro­dzice byli po­bożni, oboje peł­nili ważne funk­cje we wspól­no­cie Szwedz­kiego Ko­ścioła Mi­syj­nego. Bali się, że przeze mnie zo­staną z niego wy­klu­czeni, i kiedy mia­łam uro­dzić, wy­słali mnie do Da­nii. W tam­tych cza­sach ist­niały ta­kie miej­sca. Ale ja nie chcia­łam cię ni­komu od­dać, a po­tem zja­wił się Sven i uwie­rzy­łam, że wszystko się ja­koś ułoży. Po­mógł mi zna­leźć miesz­ka­nie, do któ­rego się z tobą wpro­wa­dzi­łam. Przez wiele lat ży­łam na­dzieją, że twój oj­ciec w końcu się roz­wie­dzie. Wiele razy mi to obie­cy­wał i wiem, że na­prawdę mnie ko­chał. Kiedy skoń­czy­łaś cztery lata, za­dzwo­niła do mnie jego żona. W kie­szeni jego ma­ry­narki zna­la­zła kartkę z wia­do­mo­ścią, którą mu wy­sła­łam, i dzięki temu do­wie­działa się o na­szym ist­nie­niu. Z pła­czem mnie bła­gała, że­bym jej go nie od­bie­rała. Gdyby to zro­bił, ich dzieci mu­sia­łyby do­ra­stać bez ojca i bez środ­ków do ży­cia.

Ko­bieta zro­biła pauzę i spoj­rzała na Ma­rię smut­nym wzro­kiem.

- Do­piero wtedy zro­zu­mia­łam, że wcale im o nas nie po­wie­dział, bo nie za­mie­rzał odejść od swo­jej ro­dziny. Po­sta­no­wi­łam więc z nim ze­rwać i po pro­stu się pod­da­łam. Od tam­tej pory roz­ma­wia­li­śmy tylko raz. To wła­śnie wtedy za­ła­twi­li­śmy za­świad­cze­nie o oj­co­stwie. Wpraw­dzie się pod nim pod­pi­sał i tym sa­mym do niego przy­znał, ale uparł się, że po­trzebna jest ana­liza krwi. Przez wiele lat do mnie dzwo­nił i pi­sał li­sty, jed­nak ja nie od­bie­ra­łam ani nie od­pi­sy­wa­łam. Uzna­łam, że to nie ma sensu.

- Co za gno­jek! Zo­sta­wił cię na pa­stwę losu z ma­łym dziec­kiem, że­byś sama nas utrzy­my­wała?

- Mia­łam cie­bie i to było naj­waż­niej­sze. Twój oj­ciec po­sta­no­wił zo­stać ze swoją ro­dziną, ale dla niego była to kara, bo nie był w tym związku szczę­śliwy.

- A co z pie­niędzmi?

- Obie­cał mi je da­wać, ale nic od niego nie chcia­łam. Mia­łam swoją dumę.

- Czemu ni­gdy mi o tym nie mó­wi­łaś? Tyle razy cię pro­si­łam.

- Ba­łam się, że so­bie z tym nie po­ra­dzisz albo bę­dziesz chciała się z nim skon­tak­to­wać. Poza tym obie­ca­łam jego żo­nie, że zo­sta­wię ich w spo­koju. Chcia­łam ci o nim po­wie­dzieć, kiedy bę­dziesz star­sza, bo są­dzi­łam, że być może wtedy to zro­zu­miesz, ale...

- Ale te­raz jest na to za późno?

- Tak. Mimo to i tak bę­dziesz po nim dzie­dzi­czyć, a je­śli ze­chcesz, mo­żesz się spo­tkać ze swoim przy­rod­nim ro­dzeń­stwem.

Od­parła, że ma pie­nią­dze i ra­dzi so­bie w ży­ciu. Nie za­leży jej też na spadku ani na spo­tka­niu z ro­dzeń­stwem.

- Prze­myśl to. Masz na to po­nad mie­siąc, nie mu­sisz po­dej­mo­wać de­cy­zji od ręki. Nie masz licz­nej ro­dziny, a te­raz tra­fia ci się oka­zja, żeby zy­skać trójkę ro­dzeń­stwa.

*

Po na­my­śle Ma­ria po­sta­no­wiła przy­jąć spa­dek, ale nie dla­tego, że go po­trze­bo­wała, tylko by go po­tem od­dać matce. Być może te pie­nią­dze będą dla niej formą za­dość­uczy­nie­nia za lata, kiedy wielu rze­czy mu­siała so­bie od­ma­wiać. Poza tym drę­czyła ją pewna cie­ka­wość: chciała się spo­tkać z przy­rod­nim ro­dzeń­stwem, żeby spraw­dzić, czy są do sie­bie po­dobni. Może przy oka­zji do­wie się cze­goś o ojcu? Kiedy jed­nak sta­wiła się na umó­wio­nym miej­scu, zo­stała po­wi­tana sło­wem "bę­kart". Tak ją na­zwała matka trójki ro­dzeń­stwa. I wtedy zro­zu­miała, że wła­śnie tak ją po­strze­gają. Jako bę­karta. Czuła się po­ni­żona i bez­silna. Ci lu­dzie nie mieli po­ję­cia, na ja­kie po­świę­ce­nia mu­siała się zdo­by­wać jej matka i w ja­kim pie­kle do­ra­stała jej córka.

Ude­rzyła pię­ścią w ścianę i po­sta­no­wiła nie my­śleć dłu­żej o spo­tka­niu w spra­wie po­działu spadku, tylko sku­pić się na od­ci­skach pal­ców. Po­szła do kuchni, umyła ręce, wło­żyła far­tuch i parę cien­kich la­tek­so­wych rę­ka­wi­czek. Wy­jęła duży gar­nek, na­peł­niła go wodą i po­sta­wiła na pły­cie. Wzięła ste­ryl­nie czy­sty słoik, od­lała pięć­dzie­siąt mi­li­li­trów wody, wlała ją do sło­ika, wrzu­ciła do niego listki że­la­tyny i szczel­nie za­krę­ciła wieczko. Kilka razy nim po­trzą­snęła, aż że­la­tyna zmię­kła, i wło­żyła go do garnka z wrzącą wodą. Dwie mi­nuty póź­niej wy­jęła słoik, za­brała go do po­koju i ostroż­nie od­lała z niego kilka kro­pli gę­stej mie­szanki na mo­siężne płytki, na któ­rych znaj­do­wały się po­dobne do me­ta­lo­wych la­bi­ryn­tów od­ci­ski pal­ców In­grid. Po­tem wsta­wiła płytki do lo­dówki, żeby że­la­tyna stę­żała. Po kwa­dran­sie je wy­jęła, ostroż­nie wy­do­była od­lewy z form i przy­cięła je do wła­ści­wych roz­mia­rów. Była go­towa, te­raz mu­siała tylko po­cze­kać na sto­sowną oka­zję. Za­do­wo­lona z wy­ni­ków swo­jej pracy zdjęła rę­ka­wiczki, na­lała so­bie kie­li­szek ko­niaku i dusz­kiem go opróż­niła. Po­czuła, jak ogar­nia ją po­czu­cie siły. Wstą­piły w nią nowa ener­gia i chęć do ży­cia.

Dział tech­nicznyKo­menda Po­li­cji w Göte­borgu

Pią­tek, 19 stycz­nia, go­dzina 16.55

Kiedy Berg­man prze­by­wała w dziale tech­nicz­nym, za­dzwo­nił jej te­le­fon ko­mór­kowy. Twarz sto­ją­cego obok Nils­sona się wy­krzy­wiła, ale po­li­cjantka udała, że tego nie wi­dzi.

- Mówi Tho­mas. Po­bra­li­śmy od­ci­ski pal­ców od ca­łej szóstki.

- Prze­każ je tech­ni­kom i po­bierz­cie od nich próbki DNA. Kiedy tech­nicy skoń­czą, po­dej­miemy de­cy­zję co do dal­szych dzia­łań. Je­stem te­raz u Nils­sona i tro­chę tu zo­stanę.

- Cała szóstka za­da­wała nam mnó­stwo py­tań, dla­tego trwało to tak długo.

- Co im od­po­wie­dzia­łeś?

- Że to czyn­no­ści ru­ty­nowe, że mu­simy wy­ja­śnić pewne sprawy, wy­klu­czyć ich ze śledz­twa i tak da­lej.

- Po­trzy­maj ich do czasu, aż do­wiemy się cze­goś wię­cej.

Kiedy roz­mowa do­bie­gła końca, Berg­man po­in­for­mo­wała o jej tre­ści Nils­sona.

- Dzwo­nił Tho­mas. Po­brali od tam­tych sze­ściu fa­ce­tów od­ci­ski pal­ców. Za kwa­drans je nam do­star­czą.

Nils­son ski­nął głową.

- Bo­berg i Ste­nvall już na nie cze­kają.

- Okej. A te­raz chcia­ła­bym po­mó­wić o in­nej spra­wie...

- Za­brzmiało to dość zło­wiesz­czo.

- Sprawa wy­gląda na­stę­pu­jąco: wczo­raj rano, kiedy wy­lą­do­wa­łam na lot­ni­sku Lan­dvet­ter i włą­czy­łam te­le­fon, zna­la­złam w skrzynce kilka wia­do­mo­ści do­ty­czą­cych sys­temu alar­mo­wego w moim domu. Po­przed­niej nocy uru­cha­miał się pięć razy w ciągu nie­ca­łych sze­ściu go­dzin. Obej­rza­łam cały dom, ale nie stwier­dzi­łam śla­dów wła­mań i nic nie zo­stało skra­dzione. Firma ochro­niar­ska, która mi ten sys­tem mon­to­wała, twier­dzi, że po­wo­dem była awa­ria cen­tral­nej jed­nostki ste­ru­ją­cej i że alarmy były fał­szywe. Dzi­siaj za­in­sta­lo­wano mi nowy sys­tem alar­mowy, który jest bar­dziej no­wo­cze­sny, ale chcia­ła­bym was po­pro­sić, że­by­ście obej­rzeli ten stary. Mu­szę się upew­nić, że to rze­czy­wi­ście był błąd sys­temu, a nie coś in­nego.

- Na przy­kład co? - spy­tał Nils­son.

- Sama nie wiem, być może to tylko prze­czu­cie, zbo­cze­nie za­wo­dowe, ale chcę wy­klu­czyć czy­jeś wtar­gnię­cie do mo­jego domu.

Nils­son wy­pro­sto­wał się na krze­śle i prze­cią­gnął dło­nią po resztce swo­ich wło­sów, jakby się chciał upew­nić, czy leżą na gło­wie we wła­ściwy spo­sób. Berg­man cze­kała cier­pli­wie, bo do­brze wie­działa, że to tylko ty­powa dla niego gra na czas, jak­kol­wiek iry­tu­jąca dla oto­cze­nia.

- Po­mogę ci, bo to samo bym zro­bił, gdyby cho­dziło o mój sys­tem alar­mowy. Zo­staw go u mnie, a ja po­pro­szę, żeby któ­ryś z na­szych lu­dzi przej­rzał go ju­tro albo w pierw­szym moż­li­wym ter­mi­nie.

- Dzięki - po­wie­działa Berg­man. Wstała z krze­sła i po­ło­żyła na biurku kar­ton, z któ­rym przy­szła. - Będę na­prawdę wdzięczna za po­moc.

- Mam taką na­dzieję, bo nie mamy tu czasu na ta­kie sprawy. A te­raz idź już, mu­szę wró­cić do pracy - stwier­dził, ma­cha­jąc ręką, jakby się od niej opę­dzał.

Po­li­cjantka ob­da­rzyła go sze­ro­kim uśmie­chem i wy­szła z po­koju. Nils­son bywa zło­śliwy, ale za­wsze można na niego li­czyć. Wy­star­czy nie słu­chać tego, co mówi, tylko prze­pu­ścić jego słowa przez spe­cjalny filtr i przy­jąć do wia­do­mo­ści tylko to, co chce się usły­szeć. Spoj­rzała na ze­ga­rek: za dwa­dzie­ścia siódma. Po­winna się skon­tak­to­wać z Ada­mem, i to dawno temu. Ogar­nęły ją wy­rzuty su­mie­nia i na­tych­miast wzięła te­le­fon. Adam ode­brał po pierw­szym sy­gnale.

- Cześć - po­wie­działa. - Prze­pra­szam, że nie od­dzwo­ni­łam wcze­śniej, ale mie­li­śmy tu urwa­nie głowy.

Adam ro­ze­śmiał się ła­god­nie.

- Mam za sobą kil­ku­mie­sięczny tre­ning i do­brze wiem, jak się za­cho­wuje ko­mi­sarz po­li­cji kry­mi­nal­nej. Ocze­ki­wa­nie, aż od­dzwoni, jest na­prawdę eks­cy­tu­jące. Te­raz już wiem, że może ono trwać od dwóch se­kund do dwóch dób. Kto jed­nak chciałby mieć prze­wi­dy­walną ko­bietę? Na pewno nie ja.

- Po­słu­chaj...

- Żar­to­wa­łem. Za­sta­na­wia­łem się, czy mógł­bym ci ja­koś umi­lić twój zwy­kły dzień, za­pra­sza­jąc cię na ko­la­cję. Je­stem te­raz w Göte­borgu i zro­bi­łem za­kupy. Mam do­bre wino i tro­chę małży, a na de­ser ofe­ruję od­prę­ża­jący ma­saż.

- Brzmi cu­dow­nie, ale nie wiem, kiedy będę mo­gła się stąd wy­rwać. Cze­kamy na wy­nik ana­lizy od­ci­sków pal­ców. Je­śli okaże się ne­ga­tywny, w domu będę za go­dzinę. Je­śli nie, sprawa może się prze­cią­gnąć.

- Mogę po­cze­kać.

- Dzięki za cier­pli­wość. Je­śli chcesz, mo­żesz wpaść na ko­mendę po klucz od domu.

- Do­póki moim kon­ku­ren­tem jest twoja praca, nie wi­dzę pro­blemu, po­nie­waż ko­cham cię do sza­leń­stwa. Po­win­naś o tym wie­dzieć.

- Tylko nie za­po­mnij wy­łą­czyć alarmu. Kod włożę do ko­perty ra­zem z klu­czem i zo­sta­wię w re­cep­cji.

W tym mo­men­cie Berg­man po­czuła, że ktoś kle­pie ją po ra­mie­niu. Od­wró­ciła się i zo­ba­czyła Bo­berga, który ma­chał kartką.

- Mu­szę koń­czyć - po­wie­działa do Adama. - Do zo­ba­cze­nia.

Po­czuła, że mi­mo­wol­nie ob­lała się ru­mień­cem, który wy­stą­pił jej na twarz i szyję. Nie wie­działa, którą część jej roz­mowy usły­szał Bo­berg. Była na sie­bie zła, bo za­wsze sta­rała się od­dzie­lać sprawy pry­watne od za­wo­do­wych.

- Mamy go - po­wie­dział tech­nik, gdy Berg­man się roz­łą­czyła.

- Na­prawdę? Który to?

- Berg. Jego od­ci­ski pal­ców zga­dzają się z tymi, które były na bu­telce.

- Dzięki - od­parła i wy­jęła te­le­fon, żeby za­dzwo­nić do Al­freds­sona.

- Mówi Tho­mas, słu­cham.

- Wła­śnie się do­wie­dzia­łam, że wy­nik ana­lizy od­ci­sków pal­ców jest po­zy­tywny w jed­nym przy­padku. Na­leżą do Berga. To ten, który ma wziąć ślub. Jego od­ci­ski zna­le­ziono na bu­telce z tu­nelu. Wra­cam do sie­bie. Spo­tkamy się w moim po­koju. Czy mo­żesz po­in­for­mo­wać o tym resztę ekipy?

- Ja­sne. Zo­ba­czymy się za pięć mi­nut.

W dro­dze na górę Berg­man przy­po­mniała so­bie, że za­po­mniała zo­sta­wić na re­cep­cji klucz do swo­jego domu z ko­dem do sys­temu alar­mo­wego. Szybko po­szła do swo­jego po­koju. Cier­pli­wość ma gra­nice, na­wet w przy­padku ko­goś ta­kiego jak Adam. Czuła, że zbyt czę­sto ba­lan­suje na gra­nicy tego, co do­pusz­czalne. Kiedy we­szła do po­koju, za­stała w nim Al­freds­sona, Skogsby i Jo­hans­sona.

- Gdzie są Ka­rin i Nina? - spy­tała.

- Nina wy­szła do domu, bo nie mo­gła zo­stać dłu­żej - od­parł Jo­hans­son. - Ka­rin ku­puje dla nas kawę i ka­napki. Za chwilę po­winna wró­cić.

Berg­man po­czuła ssa­nie w żo­łądku.

- Do­bry po­mysł. Mu­simy się po­ży­wić. Pew­nie tu tro­chę po­sie­dzimy.

- Nie są­dzę - od­parł z uśmie­chem Al­freds­son. - Czas i oko­licz­no­ści są po na­szej stro­nie. Tych sze­ściu jest wstrzą­śnię­tych tym, co się zda­rzyło, szcze­gól­nie Berg. Bio­rąc pod uwagę, że przez całą noc im­pre­zo­wali, od wielu go­dzin nie spali i byli długo i szcze­gó­łowo prze­słu­chi­wani, uwa­żam, że ko­lej­nego tak wy­czer­pu­ją­cego prze­słu­cha­nia nie wy­trzy­mają i w końcu się za­ła­mią.

- Dziwi mnie jedna rzecz: po co za­wia­do­mili po­li­cję? Dziew­czyna mo­głaby tam so­bie po­le­żeć, za­nim ktoś by ją zna­lazł. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach tu­ry­ści wcho­dzą do tych ko­ry­ta­rzy tylko la­tem, a nie te­raz, kiedy stoi w nich woda.

- Na pewno byli wy­stra­szeni i mocno pi­jani. W ta­kiej sy­tu­acji lu­dzie nie my­ślą ra­cjo­nal­nie.

- Ow­szem, my­ślą, cho­ciaż z mo­ich do­świad­czeń wy­nika, że górę bie­rze chęć ucieczki z miej­sca zbrodni. Po­wia­da­mia­nie po­li­cji jest na sa­mym końcu li­sty za­cho­wań.

Berg­man za­częła nie­świa­do­mie ma­so­wać skro­nie. Czuła, że po­winna coś zjeść, by móc da­lej funk­cjo­no­wać.

- Przy­nio­słam coś na ząb - po­wie­działa Falk, wcho­dząc do po­koju z ba­giet­kami i dzban­kiem kawy.

- Cu­dow­nie - po­chwa­liła ją Berg­man. - Za­cznijmy od za­spo­ko­je­nia głodu. Czy je­śli okaże się to ko­nieczne, wszy­scy będą mo­gli zo­stać po go­dzi­nach?

- Ja na pewno nie za­mie­rzam iść do domu, skoro ich do­pa­dli­śmy - od­parł Al­freds­son, się­ga­jąc po ku­bek.

- Świet­nie, w ta­kim ra­zie plan jest taki: za­dzwo­nię do pro­ku­ra­tora i o wszyst­kim go po­in­for­muję, a po­tem po­pro­szę o wska­zówki do­ty­czące dal­szego trak­to­wa­nia Berga. W tym cza­sie jesz­cze raz prze­słu­chamy po­zo­sta­łych pa­nów, któ­rzy z nim byli. Vi­king i Tho­mas, to bę­dzie wa­sze za­da­nie. Za­cznij­cie, od kogo chce­cie, ale każ­dego z nich ma­cie po­rząd­nie przy­ci­snąć. Ma­lin, po­roz­ma­wiasz z tymi, któ­rzy nie będą prze­słu­chi­wani w pierw­szej ko­lej­no­ści. Po­wiedz im, jak wy­gląda ich sy­tu­acja, i po­zo­stań do na­szej dys­po­zy­cji, być może bę­dziemy cię jesz­cze po­trze­bo­wać. Ka­rin, skon­tak­tuj się z ro­dzi­cami ofiary i prze­każ im, że za­trzy­ma­li­śmy po­dej­rza­nego o za­bój­stwo. Ja­kieś py­ta­nia?

- Uwa­żam, że to do­bry plan - stwier­dziła Falk, a po­zo­stałe osoby się z nią zgo­dziły. Berg­man się­gnęła po te­le­fon i za­dzwo­niła do Bjur­stedta. Wszy­scy cze­kali w mil­cze­niu, aż pro­ku­ra­tor od­bie­rze, a kiedy to zro­bił, Berg­man prze­łą­czyła na tryb gło­śno­mó­wiący, żeby każdy mógł sły­szeć roz­mowę.

- Bjur­stedt, słu­cham.

- Mówi In­grid Berg­man. Dzwo­nię w spra­wie dziew­czyny zna­le­zio­nej w twier­dzy. Przed chwilą do­sta­li­śmy wy­niki ba­dań dak­ty­lo­sko­pij­nych sze­ściu męż­czyzn. Oka­zało się, że od­ci­ski jed­nego z nich, Wil­liama Berga, znaj­do­wały się też na bu­telce po pi­wie, którą za­bójca wło­żył dziew­czy­nie do po­chwy.

- Coś ta­kiego! To zna­czy, że by­li­śmy na wła­ści­wym tro­pie. Prze­każ mu w moim imie­niu, że jest po­dej­rzany o do­ko­na­nie za­bój­stwa i w związku z tym zo­sta­nie za­trzy­many. Za­dzwoń do mnie, jak go prze­słu­chasz. Zo­ba­czymy, czy trzeba go bę­dzie aresz­to­wać.

- Do­brze, prze­każę mu twoją de­cy­zję. My­ślę, że je­śli doj­dzie do ko­lej­nych prze­słu­chań, może za­żą­dać ad­wo­kata. Trudno to bę­dzie za­ła­twić od ręki, ale chyba uda nam się to zro­bić do ósmej rano. Przy­stą­pimy wtedy do prze­słu­cha­nia, a do tej go­dziny dział tech­niczny do­star­czy nam być może ja­kieś do­wody.

- A ja wy­sta­wię na­kaz aresz­to­wa­nia.

- Co zro­bimy z po­zo­sta­łymi?

- Niech cze­kają. Wpraw­dzie nie mamy po­wodu, żeby ich za­trzy­mać, ale po­in­for­muj­cie ich o ak­tu­al­nej sy­tu­acji. Przy­trzy­mamy ich tak długo, jak to bę­dzie ko­nieczne. Mamy na to dwie doby.

- Sły­sze­li­ście, co po­wie­dział pro­ku­ra­tor - stwier­dziła Berg­man, gdy roz­mowa do­bie­gła końca. - Ja i Vi­king prze­ka­żemy Ber­gowi de­cy­zję pro­ku­ra­tora. Je­śli za­żąda ad­wo­kata, po­cze­kamy do rana. Wy po­in­for­muj­cie po­zo­sta­łych, jak wy­gląda ak­tu­alna sy­tu­acja. Je­śli ża­den z nich się do ni­czego nie przy­zna, pój­dziemy do domu. Tho­mas, przyjdź do mnie ju­tro o wpół do ósmej. Usta­limy, jak po­pro­wa­dzić prze­słu­cha­nie. O dzie­wią­tej ja i Bjur­stedt wy­stą­pimy na kon­fe­ren­cji pra­so­wej. Reszta zaj­mie się swo­imi czyn­no­ściami. Po­tem spo­tkamy się na od­pra­wie, po­wiedzmy, wstęp­nie, o dzie­wią­tej. Przed po­łu­dniem bę­dziemy mieć to wszystko za sobą, ale pro­po­nuję, że­by­śmy się na bie­żąco in­for­mo­wali o po­stę­pach w śledz­twie.

- Niech tak bę­dzie - oznaj­mił Al­freds­son. - Chęt­nie bym prze­słu­chał tego Berga jesz­cze dziś wie­czo­rem. Mam na­dzieję, że zdą­żył skru­szeć.

- Do rana mu to nie przej­dzie - od­parła Berg­man. - My­ślę, że czeka go nie­prze­spana noc. Niech każdy zaj­mie się tym, co ma do zro­bie­nia, a po­tem mo­że­cie iść do domu.

Ulica Lyc­kans väg, dziel­nica Lo­rens­berg

Pią­tek, 19 stycz­nia, go­dzina 21.15

Berg­man była za­sko­czona, kiedy pod­je­chała przed swój dom i zo­ba­czyła, że we wszyst­kich oknach pali się świa­tło. Ob­lała ją fala cie­pła. Do­my­śliła się, że przy­je­chał Adam. Po raz pierw­szy od wielu lat do­świad­czyła sy­tu­acji, w któ­rej ktoś na nią cze­kał. Z uśmie­chem na ustach za­par­ko­wała obok jego sa­mo­chodu, ale za­nim do­szła do drzwi, Adam jej otwo­rzył.

- Wi­taj, moja piękna pani. Już je­steś?

- Tak. Nie mo­gli­śmy kon­ty­nu­ować prze­słu­cha­nia, cho­ciaż jed­nego z po­dej­rza­nych ob­cią­żają po­ważne do­wody. Ju­tro mu­szę być w pracy naj­póź­niej o wpół do ósmej.

Adam za­śmiał się i wziął ją w ra­miona.

- Wspa­niale, w ta­kim ra­zie mamy dla sie­bie pra­wie dzie­sięć go­dzin.

Berg­man po­czuła, jak spływa z niej całe zmę­cze­nie. Adam to fan­ta­styczny męż­czy­zna, za­wsze try­ska ra­do­ścią i ma po­zy­tywne na­sta­wie­nie do ży­cia. Czuła się przy nim tak, jakby się znali od nie­pa­mięt­nych cza­sów, a nie od kilku mie­sięcy. Naj­bar­dziej fa­scy­no­wał ją w nim jego

luźny sto­su­nek do ży­cia i to, że za­wsze po­trafi ją przej­rzeć na wskroś. Do­brze wie­działa, że po­strze­gana jest jako ko­bieta ostra, dba­jąca o swoją pry­wat­ność. Tak na­prawdę znały ją tylko jej przy­ja­ciółki, Ewa i He­lene. W pracy sta­rała się za­cho­wać dy­stans wo­bec in­nych, bo w zdo­mi­no­wa­nym przez męż­czyzn śro­do­wi­sku trudno jest być ko­bietą. Kiedy po­znała Adama, wtar­gnął do jej wnę­trza i zdo­był jej serce. Nie wie­działa, jak do tego do­szło, ale to był fakt. W jego obec­no­ści czuła się roz­luź­niona i od­prę­żona. Kiedy umie­rał jej oj­ciec, Adam był u jej boku. Wspie­rał ją też w cza­sie za­mie­sza­nia, do któ­rego do­szło póź­niej.

- Nie stójmy na ulicy, bo są­sie­dzi za­czną brzydko plot­ko­wać - za­pro­po­no­wał. Wziął ją za rękę i po­cią­gnął do środka. Berg­man ro­zej­rzała się in­stynk­tow­nie wo­kół sie­bie, ale w oknach więk­szo­ści do­mów było już ciemno.

- Pro­szę się od­prę­żyć, pani ko­mi­sarz. Są­sie­dzi będą uszczę­śli­wieni, kiedy zo­ba­czą, że w pią­tek wie­czo­rem za­daje się pani z fa­ce­tem. Wejdź, daj mi kurtkę i idź pod prysz­nic. Ja przy­go­tuję w tym cza­sie coś do je­dze­nia.

Kiedy Berg­man we­szła do sa­lonu, w ko­minku pło­nął ogień, na me­blach stały za­pa­lone świece, a w tle le­ciała na­stro­jowa mu­zyka. Do­szła do wnio­sku, że to cu­downe uczu­cie, kiedy się wraca do domu, w któ­rym ktoś czeka i tę­skni. Po­szła do ła­zienki, wzięła szybki prysz­nic i wło­żyła ak­sa­mitną su­kienkę. Kiedy we­szła do kuchni, uj­rzała na­kryty bia­łym ob­ru­sem stół, na któ­rym stał wa­zon pe­łen róż. Wo­kół uno­sił się przy­jemny za­pach, a ona na­gle po­czuła, że jest głodna.

- Usiądź, a ja po­dam do stołu. Przy­go­to­wa­łem raki za­pie­kane w czosnku i świeżo pie­czony chleb, a do tego schło­dzone wino al­zac­kie.

Przez chwilę je­dli w mil­cze­niu.

- Sma­kuje wy­bor­nie - oce­niła te wy­siłki Berg­man. - Prze­pra­szam, że w cza­sie roz­mowy mu­sia­łam się roz­łą­czyć, ale zda­rzyło się coś pil­nego i mu­sia­łam się tym za­jąć.

- A co z od­ci­skami pal­ców, o któ­rych wspo­mnia­łaś przez te­le­fon? Do­my­ślam się, że wy­nik był po­zy­tywny, skoro zo­sta­łaś dłu­żej w pracy.

- To tra­giczna sprawa. Grupka fa­ce­tów w wieku około dwu­dzie­stu pię­ciu lat świę­to­wała wie­czór ka­wa­ler­ski. Je­den z nich miał klu­cze do pod­ziemi. Wczo­raj około trze­ciej w nocy we­szli do środka. Z nie­zna­nego nam po­wodu w tu­ne­lach prze­by­wała też pięt­na­sto­let­nia dziew­czyna. Nie wiemy, czy przy­szła tam z nimi, czy może zo­ba­czyła otwartą bramę i po pro­stu we­szła do środka, ale skoń­czyło się to dla niej śmier­cią. Ma­te­riał do­wo­dowy wska­zuje, że w jej śmierć za­mie­szany był je­den z tych kilku męż­czyzn, który ju­tro miał się że­nić. Po tym, jak wczo­raj wie­czo­rem zo­stał za­trzy­many, kom­plet­nie się za­ła­mał. Mu­sie­li­śmy na­wet we­zwać le­ka­rza. Ju­tro rano za­mie­rzamy go prze­słu­chać, ale wąt­pię, żeby jego stan na to po­zwo­lił.

- A czemu nie prze­słu­cha­li­ście go dziś wie­czo­rem? Po co z tym cze­kać?

- Bo ma prawo do ad­wo­kata. Bez niego nie mo­żemy go prze­słu­chać.

- I ju­tro ma ślub?

- Tak. Ła­two so­bie wy­obra­zić, co się sta­nie, je­śli za­dzwoni do swo­jej przy­szłej żony i o wszyst­kim jej opo­wie.

- Czy oni wszy­scy są za­mie­szani w śmierć dziew­czyny?

- Tego nie wiem. Po­dobno w ogóle jej tam nie wi­dzieli. Twier­dzą, że w środku prze­by­wali tylko pół go­dziny, wy­pili kilka piw i wy­szli.

- A do­wody, o któ­rych wspo­mnia­łaś?

Berg­man się za­wa­hała. Po­li­cji nie wolno ujaw­niać ta­kich in­for­ma­cji oso­bom po­stron­nym, ale prze­cież ufała Ada­mowi.

- Na bu­telce, którą za­bójca we­tknął dziew­czy­nie do po­chwy, zna­leź­li­śmy od­ci­ski pal­ców. Na­leżą do po­dej­rza­nego, który ju­tro ma wziąć ślub.

- Ojo­joj... Wy­gląda na to, że w po­dróż po­ślubną po­je­dzie w cał­kiem inne miej­sce, niż za­pla­no­wał.

- Ra­cja. Przy­znam, że cza­sem nie ro­zu­miem lu­dzi. Co on so­bie wy­obra­żał? My­ślę, że w tym wy­padku mamy do czy­nie­nia z czymś w ro­dzaju pre­sji gru­po­wej. Ro­zu­miesz, co mam na my­śli? Ostatni wolny wie­czór z kum­plami czy coś w tym stylu.

- Te­raz za­brzmiało to tak, jakby każdy z nich miał ją na su­mie­niu...

- Zo­ba­czymy, co bę­dzie ju­tro. Mamy do czy­nie­nia z po­dej­rza­nymi, któ­rzy ni­gdy wcze­śniej nie we­szli w kon­flikt z pra­wem. Każdy z nich ma po­rządne wy­kształ­ce­nie i nie­źle płatną pracę. Wi­dać też, że są wstrzą­śnięci tym, co się stało. Kiedy ich na­ci­skamy, oka­zuje się, że nie mają wspól­nie usta­lo­nej wer­sji wy­da­rzeń. Jest ich sze­ściu i do­świad­cze­nie mi pod­po­wiada, że to tylko kwe­stia czasu, aż któ­ryś pęk­nie i w celu ra­to­wa­nia wła­snej skóry za­cznie sy­pać. Po­roz­ma­wiajmy jed­nak o czymś in­nym.

Adam uśmiech­nął się do niej.

- A czemu? To, co opo­wia­dasz o swo­jej pracy, brzmi na­prawdę cie­ka­wie. Twoja praca różni się od tej, którą wy­ko­nuje ktoś taki jak ja, kto żyje z ma­lo­wa­nia i sprze­da­wa­nia ob­ra­zów w tak ma­łej miej­sco­wo­ści jak Fjäl­l­backa. Naj­bar­dziej eks­cy­tu­jącą rze­czą, jaka może mi się tam zda­rzyć, jest to, że koń­czy mi się tubka farby albo ze szta­lugi spada źle za­bez­pie­czony ob­raz.

Berg­man ro­ze­śmiała się na te słowa.

- Rze­czy­wi­ście, na­sze za­ję­cia znacz­nie się róż­nią. Bar­dzo się cie­szę, że cię po­zna­łam. Przy to­bie my­ślę o in­nych rze­czach niż tylko praca. Poza tym umiesz do­pro­wa­dzić mnie do śmie­chu.

- Prze­cież tak po­winno być. Yin i yang...

- Tak, ale mu­szę ci się do cze­goś przy­znać, Ada­mie Yin, je­stem już po­twor­nie zmę­czona. Po­trze­buję kilku go­dzin snu. Ju­tro czeka mnie in­ten­sywny dzień i mu­szę być wy­spana. Po po­wro­cie z Taj­lan­dii i zmia­nie stref cza­so­wych wszystko jest po­sta­wione do góry no­gami.

- Idź się po­ło­żyć, a ja po­zmy­wam. A co z twoim sys­te­mem alar­mo­wym?

- Firma ochro­niar­ska za­in­sta­lo­wała mi dzi­siaj nowy. Stary od­da­łam na­szym tech­ni­kom do spraw­dze­nia.

- Nic nie po­zo­sta­wiasz przy­pad­kowi, prawda?

Berg­man wstała z uśmie­chem z krze­sła.

- To prawda. Je­stem na to zbyt wy­ra­fi­no­wana.

- Do­brze wie­dzieć. Za chwilę bę­dziesz miała oka­zję spraw­dzić grun­tow­nie całe moje ciało.

- Tylko się po­spiesz ze zmy­wa­niem, bo za­snę, za­nim przyj­dziesz. Idę umyć zęby i będę na cie­bie cze­kać pod koł­derką.

Ulica Len­nart Tor­stens­sons­ga­tanDziel­nica Lo­rens­berg

Pią­tek, 19 stycz­nia, go­dzina 23.15

Var­gas z za­do­wo­le­niem zdjęła słu­chawki. Od­słu­chała to, co się na­grało w ciągu dnia, i uznała, że za­in­sta­lo­wa­nie bez­prze­wo­do­wego sys­temu pod­słu­cho­wego w domu In­grid było strza­łem w dzie­siątkę. Umie­ściła tam tylko je­den ze­staw, bo nie chciała zbyt­nio ry­zy­ko­wać. In­grid to ostrożna i czujna osoba. Fakt, że za­in­sta­lo­wała nowy sys­tem alar­mowy, a stary od­dała do spraw­dze­nia po­li­cyj­nym tech­ni­kom, uświa­do­mił jej, że je­śli plan ma się udać, po­winna dzia­łać nie­zwy­kle ostroż­nie. To dla­tego nie od­wa­żyła się za­in­sta­lo­wać na swoim kom­pu­te­rze tej sa­mej apli­ka­cji go­to­wej do po­bra­nia ze strony in­ter­ne­to­wej Han­dels­banku, którą po­słu­gi­wała się Berg­man, cho­ciaż była cie­kawa, ile jej przy­rod­nia sio­stra ma pie­nię­dzy na kon­cie. Za­pi­sała na pen­dri­vie jej elek­tro­niczne uwie­rzy­tel­nie­nie, ale po­sta­no­wiła po­cze­kać na wła­ściwy mo­ment, po­nie­waż nie chciała zo­sta­wiać po so­bie zbyt wcze­śnie żad­nych śla­dów w in­ter­ne­cie. Póź­niej nie bę­dzie to miało zna­cze­nia, bo In­grid zo­sta­nie uni­ce­stwiona.

*

Przez cały dzień śle­dziła wia­do­mo­ści w te­le­wi­zji. Obej­rzała mię­dzy in­nymi re­por­taż o mło­dej dziew­czy­nie, która pa­dła ofiarą za­bój­stwa. Z roz­mowy, którą wie­czo­rem pod­słu­chała w domu Berg­man, wy­ni­kało, że to wła­śnie In­grid pro­wa­dzi śledz­two w tej spra­wie. Za­częła się za­sta­na­wiać, czy bę­dzie mo­gła wy­ko­rzy­stać po­zy­skane in­for­ma­cje dla wła­snych ce­lów. Na ra­zie nic mą­drego nie przy­szło jej do głowy, ale czuła, że coś wy­my­śli. Je­śli nie, po­czeka na inną oka­zję. In­grid bę­dzie pro­wa­dzić jesz­cze nie­jedno śledz­two.

Nie spo­dzie­wała się, że pierw­sze efekty pod­słu­chu po­ja­wią się tak szybko. Prze­cież In­grid wró­ciła z urlopu do­piero przed dwoma dniami. Do­szła do wnio­sku, że w ocze­ki­wa­niu na wła­ściwy mo­ment może jed­nak coś zro­bić. Po­sta­no­wiła do­wie­dzieć się jak naj­wię­cej o Ada­mie. Na pewno nie bę­dzie to zbyt trudne. Kie­dyś mogą jej się przy­dać wszyst­kie in­for­ma­cje, ja­kie zbie­rze na te­mat In­grid i jej oto­cze­nia. Jesz­cze nie wie, w ja­kim celu ich użyje, ale to tylko kwe­stia czasu.

Sie­dziba firmy ochro­niar­skiejUlica Västra Hamn­ga­tan, Göte­borg

Czwar­tek, 18 stycz­nia, go­dzina 10.15

- Awa­ria sys­temu alar­mo­wego? Tylko tyle ma pan do po­wie­dze­nia? Czy to po­twier­dzona in­for­ma­cja? Prze­cież wasz pra­cow­nik na­wet nie wszedł do środka, żeby spraw­dzić, czy sys­tem na­dal działa.

Berg­man była na­prawdę po­iry­to­wana. Skrzy­żo­wała ręce na piersi i spoj­rzała na Chri­stera Hil­l­stranda - ubra­nego w gar­ni­tur trzy­dzie­sto­pa­ro­let­niego męż­czy­znę, który sie­dział za biur­kiem w bez­piecz­nej od­le­gło­ści od niej.

- Po­wo­dem tego, że sys­tem sam się włą­czył, mo­gła być zu­żyta ba­te­ria bac­kupu - tłu­ma­czył Hil­l­strand. - In­nego wy­ja­śnie­nia nie wi­dzę. Sys­tem, który zo­stał za­in­sta­lo­wany w pani domu, ma już kilka ład­nych lat. Jego wiek nie jest oczy­wi­ście bez­po­śred­nią przy­czyną uru­cho­mie­nia alarmu, ale na tę chwilę na­suwa mi się tylko ta­kie sko­ja­rze­nie. Sama pani po­wie­działa, że nic nie wska­zuje na wła­ma­nie, zwłasz­cza że nic nie zo­stało skra­dzione. W tej sy­tu­acji mogę je­dy­nie za­su­ge­ro­wać in­sta­la­cję któ­re­goś z no­wo­cze­snych sys­te­mów alar­mo­wych. Na­sza firma do­peł­niła obo­wiąz­ków zgod­nie z pod­pi­saną przez obie strony umową. Przy­kro mi z po­wodu tego, co się stało, i prze­pra­szam za ewen­tu­alne uciąż­li­wo­ści, na które była pani na­ra­żona, ale sama pani przed chwilą wspo­mniała, że nie do­szło do żad­nych uszko­dzeń i nic nie zo­stało skra­dzione. W tej sy­tu­acji pro­po­nuję wi­zytę jed­nego z na­szych spe­cja­li­stów od za­bez­pie­czeń, a po­tem wspól­nie usta­limy, jaki na­le­ża­łoby za­in­sta­lo­wać sys­tem wy­ko­rzy­stu­jący naj­now­sze roz­wią­za­nia tech­no­lo­giczne.

- Pro­szę przy­go­to­wać wy­czer­pu­jący ra­port na te­mat wszyst­kich oko­licz­no­ści zwią­za­nych z uru­cho­mie­niem alarmu. Niech pan poda, o któ­rej go­dzi­nie alarm się włą­czał, okre­śli przy­czynę i opi­sze, jak wa­sza firma na to za­re­ago­wała.

Hil­l­strand za­klął w my­ślach. Tego dnia za­mie­rzał wyjść z firmy przed po­łu­dniem, żeby zdą­żyć na tre­ning w si­łowni Na­uti­lus, a po­tem po­je­chać na długi lunch ze swoją nową dziew­czyną Ce­ci­lią. Do­brze wie­dział, że ko­biety uwiel­biają męż­czyzn o wy­spor­to­wa­nej syl­wetce, któ­rzy mają mu­skuły i ka­lo­ry­fer na brzu­chu. Ćwi­cze­nia fi­zyczne wzma­gały jego po­pęd sek­su­alny, a przy oka­zji utwier­dzały go w prze­ko­na­niu, że żadna ko­bieta mu się nie oprze. Oba­wiał się, że roz­mowa z Berg­man może się prze­cią­gnąć i że bę­dzie się mu­siał obyć bez tre­ningu i seksu.

Się­gnął więc po le­żącą na biurku teczkę, wy­jął z niej ra­porty spo­rzą­dzone przez ochro­nia­rzy, któ­rzy ostat­niej nocy jeź­dzili na pa­trole, i zo­bo­wią­zu­jąco się uśmiech­nął do sie­dzą­cej na­prze­ciwko niego kłó­tli­wej ko­biety. W jego wła­snym in­te­re­sie le­żało, żeby się jej jak naj­szyb­ciej po­zbyć. Z jej sprawą za­po­znał się za­le­d­wie kilka mi­nut przed roz­mową. Berg­man za­dzwo­niła do firmy pół go­dziny temu i za­po­wie­działa, że wkrótce się zjawi. Pró­bo­wał sce­do­wać to na ko­goś in­nego, ale Anita, która roz­ma­wiała z klientką przez te­le­fon, stwier­dziła, że rów­nie do­brze sam może się tym za­jąć. Ostrze­gła go też, że ko­bieta jest na­tar­czywa i na pewno nie da się zbyć byle czym, po­nie­waż już na wstę­pie za­po­wie­działa, że sprawę może za­koń­czyć je­dy­nie spo­tka­nie z ich pra­cow­ni­kiem twa­rzą w twarz.

- Zo­baczmy, co tu mamy... Pierw­szy sy­gnał do­tarł do Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego wczo­raj o dwu­dzie­stej trze­ciej czter­dzie­ści je­den. Zgod­nie z umową pra­cow­nicy Cen­trum pró­bo­wali się z pa­nią skon­tak­to­wać te­le­fo­nicz­nie. Naj­pierw za­dzwo­nili pod nu­mer sta­cjo­narny, po­tem pod ko­mór­kowy, a po­nie­waż nie mo­gli się do pani do­dzwo­nić, za­dzwo­nili do He­lene Holm­ström, bo to jej nu­mer po­dała nam pani jako drugi nu­mer kon­tak­towy. Nie­stety, pani Holm­ström też nie ode­brała.

Udzie­liw­szy tych wy­ja­śnień, Hil­l­strand spoj­rzał na Berg­man py­ta­ją­cym wzro­kiem.

- Nie mo­gły­śmy ode­brać, po­nie­waż w tym sa­mym cza­sie le­cia­ły­śmy sa­mo­lo­tem z Bang­koku do Göte­borga. Sa­mo­lot wy­lą­do­wał o pią­tej rano. Pro­szę kon­ty­nu­ować.

- W tej sy­tu­acji Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego po­now­nie się z nami skon­tak­to­wało o dwu­dzie­stej trze­ciej czter­dzie­ści osiem. Kwa­drans póź­niej je­den z na­szych ochro­nia­rzy zja­wił się przed pani do­mem. Z jego ra­portu wy­nika, że wszystko było w po­rządku. Nie za­uwa­żył wy­bi­tej szyby, śla­dów uszko­dze­nia zamka w drzwiach ani nic in­nego, co mo­głoby świad­czyć, że do­szło do wła­ma­nia.

- W ta­kim ra­zie co uru­cho­miło alarm?

- Z ra­portu wy­nika, że głów­nym po­wo­dem była awa­ria ma­gne­sów przy drzwiach wej­ścio­wych, która spra­wiła, że po­łą­cze­nie zo­stało prze­rwane. Po­tem włą­czyły się dwa czuj­niki ru­chu umiesz­czone we­wnątrz domu.

Hil­l­strand jesz­cze raz się­gnął do teczki z ra­por­tami.

- Prze­bieg wy­da­rzeń zwią­za­nych z uru­cho­mie­niem alarmu wy­glą­dał tak samo za każ­dym ra­zem, po­wtó­rzyło się to pię­cio­krot­nie. Je­stem więc pra­wie na sto pro­cent pe­wien, że do­szło do chwi­lo­wego zwar­cia. Mo­gło ono być spo­wo­do­wane tym, że zbliża się ter­min wy­miany ba­te­rii w jed­no­stce ste­ru­ją­cej. Z tego co wi­dzę, ostat­nia wy­miana na­stą­piła pół­tora roku temu. Z pod­pi­sa­nej z pa­nią umowy ser­wi­so­wej wy­nika, że w ciągu kilku naj­bliż­szych mie­sięcy trzeba bę­dzie wy­mie­nić starą ba­te­rię na nową. Jak ro­zu­miem, nie zna się pani na spra­wach tech­nicz­nych, więc wy­ja­śnię, co się mo­gło zda­rzyć. Otóż nie­które ba­te­rie nie wy­trzy­mują ca­łego okresu prze­wi­dzia­nego ter­minu użyt­ko­wa­nia i wtedy do­cho­dzi do ta­kich pro­ble­mów. Ba­te­rie po­winny wy­trzy­mać dwa lata, ale ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa wy­mie­niamy je zwy­kle o pół roku wcze­śniej. Wła­śnie na tym po­lega na­sza praca. Za­leży nam na bez­pie­czeń­stwie na­szych klien­tów.

Co on bre­dzi, po­my­ślała Berg­man.

- Oboje wiemy, że jed­nostka ste­ru­jąca jest za­opa­try­wana z gniazdka. Jak pan to wy­ja­śni?

- Oso­bie, która się na tych spra­wach nie zna, trudno cza­sem wy­ja­śnić kwe­stie tech­niczne. Przy­znaję bez bi­cia, że w roz­mo­wie z kimś ta­kim nie za­wsze po­tra­fię to zro­bić w spo­sób w pełni zro­zu­miały...

Hil­l­strand zro­bił pauzę, po czym uśmiech­nął się dy­plo­ma­tycz­nie, od­chy­lił głowę na bok, splótł dło­nie i po­ło­żył je na biurku.

- Naj­praw­do­po­dob­niej do­szło do awa­rii ba­te­rii w jed­no­stce ste­ru­ją­cej. Do przerw w do­sta­wie prądu mo­gło dojść wiele razy, a pani nie­ko­niecz­nie mu­siała to za­uwa­żyć. Mo­gło to wpły­nąć na ży­wot­ność ba­te­rii.

- Po ja­kim cza­sie wasz pra­cow­nik zja­wił się na miej­scu za dru­gim ra­zem?

Hil­l­strand prze­biegł wzro­kiem le­żące przed nim kartki.

- Alarm włą­czył się po­now­nie o wpół do pierw­szej w nocy. Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego pró­bo­wało się z pa­nią skon­tak­to­wać, ale bez po­wo­dze­nia. Do nas za­dzwo­nili za dwa­dzie­ścia pierw­sza. Nasz pra­cow­nik zja­wił się na miej­scu punk­tu­al­nie o pierw­szej.

- A trzeci alarm?

- Uru­cho­mił się dwa­dzie­ścia po pierw­szej.

- O któ­rej go­dzi­nie wasz pra­cow­nik po­je­chał na miej­sce?

Hil­l­strand spoj­rzał na Berg­man zmę­czo­nym wzro­kiem.

- Tuż po dru­giej.

- A kon­kret­nie?

- Kwa­drans po dru­giej.

- To zna­czy, że zja­wił się na miej­scu pra­wie go­dzinę po tym, jak alarm się włą­czył. Od jego po­przed­niego uru­cho­mie­nia upły­nęło nie­wiele czasu, więc wasz pra­cow­nik nie mógł od­je­chać od mo­jego domu zbyt da­leko.

Hil­l­strand po­ru­szył się nie­cier­pli­wie na krze­śle. Do­piero te­raz do niego do­tarło, że sprawa nie wy­gląda dla niego do­brze.

- Na­szych pra­cow­ni­ków wy­sy­łamy na miej­sce jak naj­prę­dzej, ale cza­sem mu­simy do­ko­nać wy­boru.

- Czy już wtedy uzna­li­ście, że po­wo­dem włą­cza­nia się alarmu jest awa­ria sys­temu? To chce mi pan po­wie­dzieć?

- Nie, ale jak już wy­ja­śni­łem...

- Okej, pro­szę kon­ty­nu­ować. O któ­rej go­dzi­nie alarm włą­czył się ko­lejny raz?

- Za pięt­na­ście trze­cia.

- Pro­szę mó­wić da­lej.

- Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego pró­bo­wało się z pa­nią skon­tak­to­wać, ale...

- Wiem. W skrzynce zna­la­złam po­wia­do­mie­nia, ale le­cia­łam sa­mo­lo­tem i nie mo­głam ode­brać.

- Cen­trum po­wia­do­miło nas za pięć trze­cia, a nasz pra­cow­nik zja­wił się na miej­scu około wpół do czwar­tej.

Hil­l­strand za­mknął le­żącą przed nim teczkę i de­mon­stra­cyj­nym ru­chem po­ło­żył na niej dło­nie.

- A ostatni raz?

- Nasz pra­cow­nik na­pi­sał w ra­por­cie, że wszystko było w po­rządku. Nie zna­lazł śla­dów wła­ma­nia, stłu­czo­nych szyb w oknach ani nic ta­kiego. Poza tym dwa razy ob­szedł dom do­okoła.

- A na­stępna in­ter­wen­cja? Po­wie­dział pan, że alarm włą­czył się pięć razy.

- Wła­śnie tak było - od­parł Hil­l­strand. Otwo­rzył teczkę i znowu za­czął prze­glą­dać pa­piery. Berg­man za­uwa­żyła, że za­nim od­po­wie­dział na jej py­ta­nie, źre­nice mu się roz­sze­rzyły.

- Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego ode­brało sy­gnał kwa­drans przed piątą. Z nami skon­tak­to­wali się za dzie­sięć piąta, a nasz pra­cow­nik zja­wił się na miej­scu kwa­drans póź­niej.

Hil­l­strand za­mknął teczkę, spoj­rzał na Berg­man i po­wie­dział:

- Tak to wy­glą­dało. Ra­porty spo­rzą­dzone przez na­szego pra­cow­nika są w po­rządku.

- Chcia­ła­bym otrzy­mać ko­pie do­ku­men­tów, które ma pan w tej teczce, jak rów­nież imię, na­zwi­sko i nu­mer te­le­fonu pra­cow­nika, który spraw­dzał mój dom.

Berg­man za­żą­dała tych in­for­ma­cji, bo nie ufała Hil­l­stran­dowi. Za­uwa­żyła, że kiedy opi­sy­wał ostatni przy­pa­dek włą­cze­nia się alarmu, coś zwró­ciło jego uwagę. Świad­czyła o tym wy­raź­nie mowa jego ciała. Ten spo­sób ko­mu­ni­ka­cji rzadko kła­mie.

- Nie wolno nam udo­stęp­niać tych do­ku­men­tów bez na­kazu pro­ku­ra­tora, po­nie­waż teczka za­wiera in­for­ma­cje do­ty­czące na­szej pracy. Obo­wią­zują w niej szcze­gólne prze­pisy zwią­zane z za­cho­wa­niem ta­jem­nicy i za­sad bez­pie­czeń­stwa. Pew­nie się pani do­my­śla, że nie chcemy, aby te in­for­ma­cje tra­fiły do na­szej kon­ku­ren­cji.

- Mam za sobą dwu­na­sto­go­dzinny lot sa­mo­lo­tem. Do Göte­borga przy­le­cia­łam dziś rano. Kiedy włą­czy­łam te­le­fon, zna­la­złam pięć wia­do­mo­ści od Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego. W każ­dej z nich znaj­do­wała się in­for­ma­cja o tym, że w moim domu włą­czył się sys­tem alar­mowy. Przy­je­cha­łam do was, bo chcę usta­lić, co się do­kład­nie stało. Nie zga­dzam się z pana su­ge­stią, że zgro­ma­dzony w tej teczce ma­te­riał zo­stał skla­sy­fi­ko­wany jako tajny.

- Ale tak wła­śnie się stało. Nie je­ste­śmy zo­bo­wią­zani do ujaw­nia­nia tych in­for­ma­cji w for­mie pi­sem­nej.

- Je­stem ko­mi­sa­rzem po­li­cji kry­mi­nal­nej w Göte­borgu. Czy pan na­prawdę nie ro­zu­mie, że w cza­sie mo­jej nie­obec­no­ści mo­gło dojść do pię­ciu prób wła­ma­nia do mo­jego domu? Bar­dzo mnie to nie­po­koi. Chcę, żeby ta sprawa zo­stała grun­tow­nie wy­ja­śniona. Je­śli było tak, jak pan za­su­ge­ro­wał, a mia­no­wi­cie przy­czyną były pro­blemy tech­niczne, chcę być na sto pro­cent pewna, że ta ocena jest słuszna. Je­śli jed­nak ist­nieje choćby naj­mniej­sza wąt­pli­wość, mu­szę o tym wie­dzieć.

Hil­l­strand roz­ło­żył ręce w po­jed­naw­czym ge­ście.

- Ro­zu­miem pani nie­po­kój. Chcemy, żeby nasi klienci czuli się w pełni bez­piecz­nie, ale sama pani wspo­mniała, że nic nie zo­stało skra­dzione ani uszko­dzone. Czy zna­la­zła pani ja­kie­kol­wiek ślady świad­czące o tym, że w domu był ktoś obcy?

- Do domu we­szłam kwa­drans po szó­stej i nie zdą­ży­łam go do­kład­nie obej­rzeć. Czemu w związku z tak dużą liczbą alar­mów nie po­wia­do­mi­li­ście po­li­cji?

- Ro­bimy to tylko wtedy, kiedy nasz pra­cow­nik stwier­dzi, że do­szło do wła­ma­nia albo cho­ciaż do próby wła­ma­nia. W tym wy­padku na­pi­sał w ra­por­cie, że nic o tym nie świad­czy.

Berg­man po­czuła na­gle, że z po­wodu bez­sen­nej nocy i jet lagu nie jest w sta­nie ja­sno my­śleć. Być może prze­sa­dza z po­dej­rze­niami, być może alarm fak­tycz­nie jest prze­sta­rzały, a ba­te­ria na wy­czer­pa­niu, przez co sys­tem kilka razy sam się włą­czył. Je­śli jed­nak ktoś tak jak ona ma na co dzień do czy­nie­nia z prze­stęp­stwami i ban­dy­tami, ła­two może prze­sa­dzić, po­dej­rze­wa­jąc naj­gor­szy sce­na­riusz.

- My­ślę, że dal­sza roz­mowa nie ma sensu. Pro­szę jak naj­prę­dzej wy­słać ko­goś na miej­sce. Niech spraw­dzi, czy mój sys­tem funk­cjo­nuje pra­wi­dłowo.

Hil­l­strand wstał z krze­sła i z za­do­wo­le­niem wy­cią­gnął rękę. Umiał so­bie ra­dzić z na­tręt­nymi klien­tami. Kiedy się wy­krzy­czą, za­wsze miękną. Mimo to na­wet on ro­zu­miał, że gdy do­cho­dzi do uru­cho­mie­nia alarmu, lu­dzie za­czy­nają się nie­po­koić, a jego firma żyje prze­cież z tego, że lu­dzie oba­wiają się wła­mań do swo­ich do­mów i miesz­kań. W każ­dej sy­tu­acji stara się re­ago­wać tak samo, bez względu na to, z kim ma do czy­nie­nia: z ty­po­wym Svens­so­nem czy pa­nią ko­mi­sarz po­li­cji kry­mi­nal­nej. Lu­dzie za­wsze po­dej­rze­wają naj­gor­sze, ale kiedy do nich do­ciera, że nic złego się nie stało, po­woli się uspo­ka­jają. Wy­star­czy oka­zać cier­pli­wość, spo­koj­nie ich wy­słu­chać i przed­sta­wić rze­czowe ar­gu­menty. Sys­temy alar­mowe, bez względu na to, ile kosz­tują i jak bar­dzo są za­awan­so­wane, mogą się włą­czać same, po­nie­waż zro­bione są z wraż­li­wych ele­men­tów. Pro­blemy tech­niczne zda­rzają się co­dzien­nie. W ta­kich sy­tu­acjach klient naj­czę­ściej do­cho­dzi do wnio­sku, że le­piej, by alarm włą­czył się o raz za dużo niż o raz za mało.

- Oso­bi­ście wy­ślę do pani domu któ­re­goś z na­szych naj­lep­szych pra­cow­ni­ków. Czy mo­żemy usta­lić ter­min wi­zyty na dzie­wiątą rano?

Hil­l­strand wie­dział, że na tym eta­pie roz­mowy trzeba już tylko ka­dzić. Nie­za­do­wo­leni klienci są naj­gor­szą formą re­klamy, a ich firma nie za­słu­guje na ne­ga­tywne opi­nie. Je­śli ko­bieta, z którą wła­śnie roz­ma­wia, fak­tycz­nie jest po­li­cjantką, bę­dzie mógł wy­ko­rzy­stać ten fakt jako ważny ar­gu­ment mar­ke­tin­gowy. Ich firma bę­dzie się mo­gła po­chwa­lić przed in­nymi klien­tami: zo­bacz­cie, na­wet po­li­cjanci wy­bie­rają na­szą firmę i ofe­ro­wane przez nas sys­temy.

Spoj­rzał na swój ku­piony nie­dawno ze­ga­rek marki Bre­itling. Je­śli po­zbę­dzie się tej baby te­raz, zdąży wpaść do Ce­ci­lii na szybki nu­me­rek. Si­łow­nię może za­li­czyć po po­łu­dniu.

- Niech bę­dzie dzie­wiąta - zgo­dziła się Berg­man. Wpraw­dzie o szó­stej po­winna być w pracy, ale ja­koś to roz­wiąże. Nie wie­działa na ra­zie, jak bę­dzie wy­glą­dał jej pierw­szy dzień na ko­men­dzie po po­wro­cie z urlopu. Może być cał­kiem spo­kojny, ale nie da się wy­klu­czyć, że czeka na nią wiele no­wych spraw. W tym mo­men­cie była tak zmę­czona, że ma­rzyła o tym pierw­szym sce­na­riu­szu.

- W ta­kim ra­zie je­ste­śmy umó­wieni - stwier­dził ze sztyw­nym uśmie­chem Hil­l­strand.

Berg­man spoj­rzała mu w oczy, po­dała mu rękę i po­twier­dziła za­pro­po­no­wany ter­min. Jego dłoń uści­snęła tro­chę moc­niej, niż to było ko­nieczne. Pie­przony du­pek, po­my­ślała. Ra­dziła so­bie z bar­dziej śli­skimi ty­pami niż ten. Dała mu szansę, nie mo­gąc wy­klu­czyć, że to on ma ra­cję, ale je­śli się okaże, że w sys­te­mie alar­mo­wym nie stwier­dzono żad­nej usterki, po­prosi ko­le­gów z działu tech­nicz­nego, żeby go obej­rzeli i prze­te­sto­wali. Je­śli i oni nic nie znajdą, do­pil­nuje, by Hil­l­strand udo­stęp­nił jej za­war­tość teczki.

Sfru­stro­wana po­szła do sa­mo­chodu, usia­dła za kie­row­nicą, po­ło­żyła na niej dło­nie i za­częła się za­sta­na­wiać co da­lej. Po­winna wró­cić do domu, roz­pa­ko­wać wa­lizki, zro­bić za­kupy, umyć się, przej­rzeć pocztę i za­dzwo­nić do Adama, z któ­rym jest umó­wiona na wie­czór. Na­stęp­nego dnia bę­dzie mu­siała wró­cić do pracy. Te­raz naj­chęt­niej za­szy­łaby się w domu, żeby się prze­spać, ale wie­działa, że je­śli to zrobi, wy­wróci swój nowy cykl do­bowy do góry no­gami.

Wes­tchnęła i uru­cho­miła sil­nik. Może jed­nak prze­sa­dziła, żą­da­jąc od Hil­l­stranda udo­stęp­nie­nia da­nych, które są za­strze­żone dla firmy? Po­winna była wziąć go pod włos i wy­do­być z niego to, co ją in­te­re­suje. Taki spo­sób pro­wa­dze­nia roz­mowy to jedna z ty­po­wych "tech­nik prze­słu­chi­wa­nia". W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach jest w tym do­bra, ale tym ra­zem do­pro­wa­dziła tylko do tego, że Hil­l­strand bro­nił się przed jej za­ku­sami zę­bami i pa­zu­rami. Nie umiała po­trak­to­wać go ła­god­nie i oka­zać mu cier­pli­wo­ści. Ko­muś ta­kiemu jak on po­winna dać od­czuć, że są so­bie równi, skoro pra­cują pra­wie w tej sa­mej branży. Gdyby to zro­biła, do­wie­dzia­łaby się wię­cej. Za­uwa­żyła jed­nak, że coś pró­bo­wał przed nią ukryć.

Była już tak zmę­czona, że zbie­rało jej się na płacz. Po­sta­no­wiła po­je­chać do domu, do­kład­nie go obej­rzeć i spraw­dzić, czy cze­goś nie bra­kuje. Po­szuka też śla­dów wska­zu­ją­cych na to, że ostat­niej nocy ktoś jed­nak był w środku.

Ulica Mar­klands­ga­tan Dziel­nica Järn­brott

Czwar­tek, 18 stycz­nia, go­dzina 13.07

Mo­nica Jo­hans­son cho­dziła nie­spo­koj­nie po miesz­ka­niu, po­nie­waż nie wie­działa, co zro­bić. A wła­ści­wie wie­działa: po­winna za­dzwo­nić na po­li­cję, ale coś ją przed tym po­wstrzy­my­wało. We­szła do kuchni, sta­nęła przy oknie i za­częła się nie­spo­koj­nie roz­glą­dać po osie­dlu. Za­sta­na­wiała się, gdzie jest jej córka. So­fie nie da­wała znaku ży­cia od sie­dem­na­stu go­dzin. Kiedy ostat­nim ra­zem zgło­siła na po­li­cji jej za­gi­nię­cie, nie­długo po­tem So­fie wró­ciła do domu, a ona głu­pio się czuła, kiedy mu­siała za­dzwo­nić na ko­mendę po­now­nie i wszystko od­wo­łać. Udało jej się na­mó­wić po­li­cjan­tów do wsz­czę­cia ak­cji po­szu­ki­waw­czej, bo po­li­cja bar­dzo po­waż­nie trak­tuje przy­padki za­gi­nię­cia dzieci. Przez ostatni rok So­fie bar­dzo się zmie­niła. Z ra­do­snej dziew­czyny, która tre­no­wała piłkę ręczną i do­brze się uczyła, stała się za­mkniętą w so­bie, na­bur­mu­szoną panną.

Za­sta­na­wiała się, kiedy do tej ne­ga­tyw­nej zmiany do­szło. Czy nie wtedy, kiedy So­fie zdała do dzie­wią­tej klasy? Może zo­sta­wiła jej zbyt wiele swo­body? Za bar­dzo jej za­ufała i uwie­rzyła, że sama so­bie ze wszyst­kim po­ra­dzi? Chciała po­ka­zać, że jej ufa, a te­raz się za­mar­twia. Sa­mo­dzielne spra­wo­wa­nie opieki nad dziec­kiem to bar­dzo trudna sprawa. Jej były mąż Hasse zo­sta­wił ich i za­ło­żył nową ro­dzinę, kiedy So­fie i Hugo byli mali. Na po­czątku sta­rał się utrzy­my­wać z dziećmi ja­kiś kon­takt i na­wet ło­żył na ich utrzy­ma­nie, ale kiedy się oże­nił i na świat przy­szło dwoje dzieci, no­wej ro­dzi­nie od­dał cały swój czas.

Czę­sto wi­działa roz­cza­ro­wany wzrok syna, kiedy Hasse in­for­mo­wał przez te­le­fon, że znowu nie za­bie­rze go na obie­cany wcze­śniej mecz ho­ke­jowy, albo gdy się tłu­ma­czył, dla­czego nie przyj­dzie na tre­ning pił­kar­ski Hu­gona. Ina­czej było z So­fią, która dużo wcze­śniej niż Hugo zdy­stan­so­wała się wo­bec ojca. Chęt­nie przyj­mo­wała od niego pre­zenty uro­dzi­nowe i świą­teczne, ale na tym ich kon­takty się koń­czyły. Mimo to było wi­dać, że bra­kuje jej taty.

Je­śli cho­dzi o fi­nanse, żyli na przy­zwo­itym po­zio­mie, po­nie­waż jako pie­lę­gniarka za­ra­biała cał­kiem nie­źle. Stać ją było na utrzy­ma­nie sa­mo­chodu, a w fe­rie zi­mowe jeź­dziła z dziećmi na obozy nar­ciar­skie. So­fie i Hugo mieli wła­sne lap­topy i te­le­fony ko­mór­kowe, tak jak inne dzieci w ich oto­cze­niu. Miesz­kali we wła­sno­ścio­wym trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu, dzieci miały od­dzielne po­koje, a ona spała na ka­na­pie w du­żym po­koju. Kre­dyt miesz­ka­niowy spła­ciła dzięki po­mocy ro­dzi­ców dawno temu, co ozna­czało, że w po­rów­na­niu z więk­szo­ścią in­nych ro­dzin ich sy­tu­acja była na­prawdę do­bra. Nic więc dziw­nego, że gdy So­fie za­częła tra­fiać za kra­dzieże do aresztu, ona jako jej matka mu­siała so­bie w końcu za­dać pewne py­ta­nia. Wsty­dziła się swo­jej sy­tu­acji. Wstyd wy­wo­łany fak­tem, że jest sa­motną matką wy­cho­wu­jącą dzieci, prze­ni­kał ją wręcz do szpiku ko­ści, cho­ciaż po­winna być ra­czej dumna, że sama po­trafi o nie za­dbać. Kie­dyś spy­tała So­fie, dla­czego pró­bo­wała ukraść te­le­fon.

- Prze­cież je­den już masz. Je­śli chcia­łaś ku­pić nowy, wy­star­czyło po­pro­sić o pie­nią­dze.

Ale So­fie nie od­po­wie­działa. Wzru­szyła ra­mio­nami, rzu­ciła "prze­pra­szam" i po­szła do swo­jego po­koju.

Ostat­nimi czasy So­fie za­częła pod­bie­rać matce pie­nią­dze z port­mo­netki. Co pe­wien czas kra­dła po kilka dwu­dzie­stek. Mo­nica nie py­tała o po­wody, bo nie chciała na­ru­szać kru­chego za­wie­sze­nia broni, które nie­dawno za­warły. Ma­rzyła o tym, żeby jej córka znowu była taka jak kie­dyś: otwarta i ra­do­sna, a nie przy­ga­szona i za­mknięta w so­bie. Więk­szość czasu So­fie spę­dzała przy kom­pu­te­rze za za­mknię­tymi drzwiami swo­jego po­koju. Mo­nica pró­bo­wała do niej na różne spo­soby do­trzeć, ale po­nie­waż po każ­dej ta­kiej pró­bie So­fie jesz­cze głę­biej się cho­wała w swo­jej sko­ru­pie, w końcu prze­stała ją na­ga­by­wać. Te­raz tego ża­ło­wała. Po­sta­no­wiła, że od tej pory So­fie bę­dzie ją in­for­mo­wać, z kim się za­daje. A w dni po­wsze­dnie wra­cać do domu naj­póź­niej o dzie­wią­tej wie­czo­rem i przy­naj­mniej trzy razy w ty­go­dniu za­siądą do wspól­nej ro­dzin­nej ko­la­cji. Po­winna też sama za­dbać o swoje ubra­nia. Ma już pięt­na­ście lat, więc pra­nie albo pra­so­wa­nie nie po­winno jej spra­wiać kło­po­tów. Od tej pory wszystko się zmieni. Jest jej matką, ale nie bę­dzie za nią dłu­żej wszyst­kiego ro­biła. Ko­niec z wy­rzu­tami su­mie­nia wy­wo­ła­nymi tym, że były mąż nie chciał prze­jąć przy­pa­da­ją­cych na niego obo­wiąz­ków ro­dzi­ciel­skich.

Gdy po­wzięła te po­sta­no­wie­nia, na­lała so­bie kie­li­szek czer­wo­nego wina, otwo­rzyła książkę i usia­dła na ka­na­pie. Dzi­siaj ma dzień wolny, ale po­świę­ciła go na za­mar­twia­nie się o swoją córkę. Le­piej spró­bo­wać się tro­chę od­prę­żyć. Wzięła się do czy­ta­nia, ale nie mo­gła się sku­pić, bo jej my­śli przez cały czas krą­żyły wo­kół So­fie. Oby wresz­cie wró­ciła do domu.

Ulica Lyc­kans väg, Lo­rens­berg

Czwar­tek, 18 stycz­nia, go­dzina 13.59

Berg­man wes­tchnęła i za­częła się ubie­rać. Wy­po­sa­żona w la­tarkę po­sta­no­wiła za­cząć oglą­da­nie domu od tyłu, cho­ciaż była bar­dzo zmę­czona. Miała na­dzieję, że świeże po­wie­trze ją ożywi. Nie­długo przyj­dzie Adam.

Była do­piero druga po po­łu­dniu, ale za­częło się już ściem­niać. Niebo stało się szare i sią­pił deszcz. Tę­sk­niła za Taj­lan­dią, słoń­cem, gol­fem, tam­tej­szym je­dze­niem, bez­chmur­nym nie­bem i go­ścin­nymi miesz­kań­cami tego kraju. Ostat­nie go­dziny po­świę­ciła na prze­szu­ka­nie swo­jego domu, ale stwier­dziła je­dy­nie brak szklanki, w któ­rej stała jej szczo­teczka do zę­bów. Wie­działa jed­nak, że nie może za­dzwo­nić do firmy ochro­niar­skiej z in­for­ma­cją, że zgi­nęła jej szklanka. Poza tym nie była tego do końca pewna.

Uważ­nie oglą­dała po­szcze­gólne okna, a nie­które miej­sca oświe­tlała la­tarką, żeby spraw­dzić, czy nie znaj­dzie uszko­dzeń wska­zu­ją­cych na próbę wła­ma­nia. Po pra­wej stro­nie willi nie było ogrodu, był tylko długi, sze­roki na cztery me­try ka­mienny ta­ras, który biegł wzdłuż ca­łego bu­dynku. Da­lej stała już przy­bu­dówka są­sia­dów, która bez­po­śred­nio przy­le­gała do jej po­se­sji. Dom miał pod­piw­ni­cze­nie, przez co ta­ras znaj­do­wał się kilka me­trów nad po­ro­śnię­tym krza­kami zbo­czem. Tro­chę da­lej bie­gła ścieżka ro­we­rowa, która sta­no­wiła coś w ro­dzaju na­tu­ral­nej gra­nicy po­se­sji.

Po spraw­dze­niu tyłu domu po­de­szła do wej­ścia do piw­nicy. To wła­śnie tu włą­czył się alarm. Szybko za­uwa­żyła, że ża­rówka nad drzwiami wej­ścio­wymi jest po­psuta. Wspięła się na palce i ją wy­krę­ciła. Nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio ją wy­mie­niała i czy przed wy­jaz­dem na urlop ża­rówka jesz­cze się świe­ciła. Ostroż­nie przy­ło­żyła ją do ucha, po­trzą­snęła nią i usły­szała słaby brzęk. Po­sta­no­wiła jak naj­szyb­ciej wy­mie­nić ją na nową. Omio­tła świa­tłem la­tarki fu­trynę drzwiową i do­kład­nie obej­rzała za­mek, ale nic szcze­gól­nego nie zna­la­zła. Być może pra­cow­nik firmy ochro­niar­skiej miał ra­cję, że nie była to próba wła­ma­nia i do­szło po pro­stu do awa­rii sys­temu alar­mo­wego. Opu­ściła la­tarkę, by oświe­tlić zie­mię wo­kół sie­bie. Więk­szość po­ro­śnię­tego trawą zbo­cza była po­kryta bło­tem i za­dep­tana. Do­szła do wnio­sku, że śla­dów jest za dużo, a całe miej­sce nie wy­gląda nor­mal­nie. Być może nie­które ślady zo­sta­wił pra­cow­nik firmy ochro­niar­skiej, który był tu ostat­niej nocy, ale żeby aż tyle? Na­gle po­czuła smród mo­czu i za­klęła w my­ślach. Coś jest nie tak z fa­ce­tami, że lu­bią si­kać po ścia­nach. Mogą to ro­bić w krza­kach, w ca­łym parku, ale wy­star­czy, że nie działa ze­wnę­trze oświe­tle­nie, i od razu od­bie­rają to jako za­chętę do si­ka­nia. Każde miej­sce jest dla nich do­bre. W ja­kimś za­ułku albo wą­skiej uliczce w cen­trum mia­sta nie działa oświe­tle­nie, a oni po za­pad­nię­ciu zmierz­chu za­mie­niają je w pu­bliczny sza­let. Je­śli się jed­nak za­dba o oświe­tle­nie, szu­kają so­bie in­nego miej­sca.

Gdyby ktoś wszedł do jej domu od tej strony, mu­siałby zo­sta­wić na pod­ło­dze grudki ziemi. Ale ona żad­nych ta­kich gru­dek nie zna­la­zła. Wes­tchnęła i nie­wiele mą­drzej­sza za­częła się wspi­nać po dłu­gich stro­mych scho­dach, które pro­wa­dziły do fron­to­wej czę­ści działki i od­dzie­lały jej po­se­sję od działki są­siada. Wła­ści­wie był to sze­roki na cztery me­try as­fal­towy pas, który wy­ko­rzy­sty­wała jako miej­sce par­kin­gowe. Po­de­szła do drzwi wej­ścio­wych, żeby do­kład­nie obej­rzeć fu­tryny i ich gładką po­wierzch­nię. Zna­la­zła na nich ja­kieś rysy, ale przy­po­mniała so­bie, że były tam wcze­śniej. W chwili, kiedy za­mie­rzała obej­rzeć za­mek, usły­szała za sobą kroki. Od­wró­ciła się szybko i uj­rzała Adama.

- Za­czę­łaś go­rzej wi­dzieć czy co? - spy­tał na wi­dok la­tarki.

- Stę­sk­ni­łam się za tobą - od­parła z uśmie­chem i wy­cią­gnęła do niego ręce.

- Bar­dzo się cie­szę, że wró­ci­łaś. Ależ się opa­li­łaś! Masz taką opa­le­ni­znę na ca­łym ciele?

Adam ob­jął ją i fi­glar­nie się uśmiech­nął.

- Pew­nie chciał­byś ją zo­ba­czyć? - spy­tała Berg­man, wy­swo­ba­dza­jąc się z jego ob­jęć. - Wejdźmy do środka. Je­stem za­ła­mana tą po­godą. Wy­lą­do­wa­łam w Szwe­cji kilka go­dzin temu, ale chęt­nie bym wsia­dła w pierw­szy sa­mo­lot i wró­ciła do Taj­lan­dii.

- W ta­kim ra­zie bądź tak miła i dla mnie też za­re­zer­wuj bi­let, bo nie wy­trzy­mam bez cie­bie ko­lej­nych dwóch ty­go­dni. A pro­pos, nie je­steś zmę­czona?

- Zmę­czona to mało po­wie­dziane. Mo­gła­bym za­snąć na sto­jąco.

- Wiem, co utrzy­ma­łoby cię w for­mie przez kilka na­stęp­nych go­dzin.

- Je­stem tego pewna - od­parła Berg­man. Wło­żyła klucz do zamka, otwo­rzyła drzwi i we­szła do środka. - Na­pi­jesz się kawy? A może je­steś głodny? Zdą­ży­łam zro­bić za­kupy.

- Fi­li­żanka kawy do­brze mi zrobi. A wła­śnie, czym się przed chwilą zaj­mo­wa­łaś?

- Wejdźmy do środka. Na­sta­wię wodę, usią­dziemy i wszystko ci opo­wiem.

*

- Tak więc alarm włą­czył się pięć razy, a firma ochro­niar­ska twier­dzi, że to wina in­sta­la­cji?

- Tak. Po­wie­dzieli, że ba­te­ria jest pra­wie cał­ko­wi­cie roz­ła­do­wana.

- A co ty o tym są­dzisz?

- Sama nie wiem. Je­stem zbyt zmę­czona, żeby trzeźwo my­śleć. Prze­szu­ka­łam cały dom, obej­rza­łam go też od ze­wnątrz, ale nie zna­la­złam nic, co mo­głoby wska­zy­wać na to, że firma się myli. Nie­stety w moim za­wo­dzie za­wsze mu­szę po­dej­rze­wać to, co naj­gor­sze. Pew­nie dla­tego się tak za­nie­po­ko­iłam, kiedy po­zna­łam szcze­góły zwią­zane z tym, co się działo ostat­niej nocy.

- Za­wsze lu­bisz mieć nad wszyst­kim pełną kon­trolę, prawda?

- Tak. W mo­jej pracy to ko­nieczne. Ni­czego nie wolno lek­ce­wa­żyć ani twier­dzić, że wszystko jest w po­rządku, trzeba po pro­stu zba­dać każdy szcze­gół, bez względu na to, czy wy­daje nam się ważny. Po­dob­nie jest z do­wo­dami: wszystko musi być czarno na bia­łym. To, co usły­sza­łam w fir­mie ochro­niar­skiej, spra­wiło, że za­czę­łam się po­waż­nie za­sta­na­wiać. Te­raz, gdy znowu o tym my­ślę, do­cho­dzę do wnio­sku, że moja zde­cy­do­wana re­ak­cja była w du­żej mie­rze spo­wo­do­wana lek­ce­wa­żą­cym spo­so­bem, w jaki zo­sta­łam po­trak­to­wana.

- Co za­mie­rzasz z tym zro­bić?

- Sama nie wiem. Ju­tro ma do mnie przy­je­chać pra­cow­nik tej firmy, żeby obej­rzeć sys­tem alar­mowy. Za­mie­rzam za­in­sta­lo­wać naj­no­wo­cze­śniej­sze urzą­dze­nie uwzględ­nia­jące no­winki tech­no­lo­giczne. Po­tem po­pro­szę mo­ich ko­le­gów z działu tech­nicz­nego, żeby obej­rzeli sys­tem, który mam za­mon­to­wany te­raz. Je­śli stwier­dzą, że alarm uru­cho­mił się z po­wodu roz­ła­do­wa­nej ba­te­rii albo błędu tech­nicz­nego, od­pusz­czę so­bie tę sprawę. Je­śli nie...

- To co?

- Za­żą­dam, żeby firma udo­stęp­niła mi pi­semne ra­porty z tam­tej nocy. Po­tem sama po­roz­ma­wiam z pra­cow­ni­kiem, który zo­stał wy­słany na moją po­se­sję.

- Ro­zu­miem, że na ra­zie nie zna­la­złaś żad­nych śla­dów, które by wska­zy­wały na obec­ność w twoim domu nie­po­żą­da­nych go­ści?

- Nie - od­parła Berg­man, za­glą­da­jąc do kubka z kawą.

- Za­brzmiało to tak, jak­byś nie była pewna. Coś jest nie tak?

Berg­man spoj­rzała Ada­mowi w oczy. Znali się od nie­dawna, ale ona wciąż nie prze­sta­wała się dzi­wić, jak ła­two czy­tał jej w my­ślach.

- W ła­zience jest szafka, w któ­rej trzy­mam szklankę i szczo­teczkę do zę­bów. Dzi­siaj spraw­dza­łam i szklanki nie było.

- Czy ist­nieje na to ja­kieś lo­giczne wy­tłu­ma­cze­nie?

- W za­sa­dzie nie.

- Wy­obra­żasz so­bie te na­główki w ga­ze­tach? "Wła­ma­nie do willi ko­mi­sarz In­grid Berg­man. Łu­pem wła­my­wa­czy pa­dła szklanka do płu­ka­nia jamy ust­nej".

Adam za­śmiał się ze swo­jego dow­cipu. Berg­man ude­rzyła go w rękę.

- Prze­pra­szam, ale nie mo­głem się po­wstrzy­mać. A tak po­waż­nie: zna­la­złaś coś in­nego, co cię za­nie­po­ko­iło? Wy­rzuć to z sie­bie.

- Nie działa ża­rówka nad wej­ściem do piw­nicy.

- Pę­kła?

- Po­szedł żar­nik. Pew­nie ża­rówka była stara. Będę mu­siała wkrę­cić nową.

- W ta­kim ra­zie zróbmy to od razu - za­pro­po­no­wał Adam i wstał z krze­sła.

- Nie trzeba. Le­piej zaj­mijmy się two­imi po­my­słami na to, jak utrzy­mać mnie przez kilka go­dzin w for­mie. Je­stem kom­plet­nie wy­koń­czona.

Ulica Len­nart Tor­stens­sons­ga­tanLo­rens­berg

Czwar­tek, 18 stycz­nia, go­dzina 17.00

Var­gas wzdry­gnęła się gwał­tow­nie, a kiedy zło­wrogi dźwięk bu­dzika do­tarł do jej świa­do­mo­ści, usia­dła na łóżku. Po kilku se­kun­dach przy­po­mniała so­bie wy­da­rze­nia ostat­niej nocy. Jej cia­łem wstrzą­snął mi­mo­wolny dreszcz, a wło­ski zje­żyły się jej na rę­kach. Była w świet­nym hu­mo­rze, bo zdo­była wszystko, czego po­trze­bo­wała. Spu­ściła nogi na pod­łogę, wstała i unio­sła ręce. Ostat­niej nocy wszystko po­szło zgod­nie z pla­nem. Uśmiech­nęła się na myśl o ochro­nia­rzu, który zja­wiał się pod do­mem In­grid za każ­dym ra­zem, kiedy włą­czał się alarm. Ob­cho­dził willę do­okoła, czemu to­wa­rzy­szył gło­śny brzęk klu­czy. Oświe­tlał la­tarką okna, drzwi i ściany, ale za każ­dym ra­zem po­świę­cał na to co­raz mniej czasu, jakby ro­bił to wy­łącz­nie z po­czu­cia obo­wiązku. Pięć alar­mów w ciągu kilku go­dzin w za­ciem­nio­nej willi. Dom stał pu­sty, a z wła­ści­cielką nie było kon­taktu. Fir­mie ochro­niar­skiej było to na rękę, uznała więc, że to fał­szywy alarm. Cie­kawe, jak In­grid to przy­jęła. Pew­nie te­raz krąży wo­kół willi ze szkłem po­więk­sza­ją­cym, ale nie­wiele znaj­dzie, bo z domu zgi­nęła tylko szklanka i znik­nęło kilka wło­sów z grze­bie­nia. Za­pewne tlą się w niej ja­kieś wąt­pli­wo­ści, ale wła­śnie na tym jej za­le­żało. In­grid jesz­cze nie wie, że jej przy­rod­nia sio­stra za­mie­rza ją znisz­czyć. Tym sa­mym ka­riera pani ko­mi­sarz wła­śnie do­biega końca.

*

Kiedy była młod­sza, wiele razy py­tała o ojca, ale ni­gdy nie otrzy­mała pre­cy­zyj­nej od­po­wie­dzi. Mama za każ­dym ra­zem twier­dziła, że był nim ja­kiś ma­ry­narz, z któ­rym spę­dziła jedną noc i za­szła w ciążę.

Dzie­ciń­stwo miała trudne, bo wszy­scy inni wie­dzieli, kto był jej oj­cem. Nie­któ­rzy na­zy­wali ją bę­kar­tem.

Wśród in­nych dzieci miała ni­ski sta­tus, po­nie­waż jej mama nie miała męża i pra­co­wała jako opie­kunka osób star­szych. Za­ra­biała nie­wiele i w domu cią­gle bra­ko­wało pie­nię­dzy. Jako na­sto­latka była wyż­sza i sil­niej­sza od ró­wie­śni­ków, któ­rzy przez długi czas ją prze­śla­do­wali. Kiedy jed­nak stwier­dziła, że prze­wyż­sza ich siłą i wa­run­kami fi­zycz­nymi, za­częła się im sta­wiać. Ni­gdy nie za­po­mni, co czuła, gdy pierw­szy raz wlała chło­pa­kowi, który był od niej o kilka lat star­szy. Zła­mała mu nos i kilka że­ber. Po tym zda­rze­niu zo­sta­wiono ją w spo­koju i od­no­szono się do niej z sza­cun­kiem. Zna­la­zła przy­ja­ciół i miej­sce w gru­pie in­nych wy­klu­czo­nych. Cho­dziła z nimi na wa­gary i ra­zem z nimi kra­dła. Mó­wiąc krótko, stała się jedną z nich. Słu­chali jej, sta­wiali ją so­bie za wzór i ża­den nie ośmie­lał się z nią za­dzie­rać. Na po­czątku trak­to­wała to jak próbę, jakby się przy­cza­iła, cze­ka­jąc, co bę­dzie da­lej. Do dzi­siaj pa­mięta swój pierw­szy raz: przy­ci­snęła w tu­nelu do ściany star­szą, prze­ra­żoną ko­bietę, która bez oporu od­dała jej swój port­fel. Za­chę­ciło ją to do dal­szych po­dob­nych za­cho­wań, a przy oka­zji na­peł­niło osza­ła­mia­ją­cym po­czu­ciem siły i pew­no­ści sie­bie, które stało się dla niej jak nar­ko­tyk.

Przez wiele lat wspól­nie za­li­czyli wiele wła­mań i kra­dzieży, pili al­ko­hol i bili lu­dzi dla za­bawy. Kiedy mieli pie­nią­dze, od razu czuli się le­piej. Za­kład opieki spo­łecz­nej pró­bo­wał zro­bić z nimi po­rzą­dek, po­nie­waż wa­ga­ro­wali i za­stra­szali wszyst­kich wo­kół. Po jed­nym z wła­mań, pod­czas któ­rego na­pad­nięty męż­czy­zna do­stał ataku serca, tra­fiła za kraty. Przez kilka lat prze­by­wała w za­kła­dach po­praw­czych w oto­cze­niu kry­mi­na­li­stów, pod­czas gdy jej mama ze łzami w oczach pró­bo­wała prze­mó­wić jej do roz­sądku.

W wieku dzie­więt­na­stu lat po­znała Car­stena i ra­zem wy­ru­szyli w świat. Żyli z okra­da­nia na­iw­nych tu­ry­stów, dzięki czemu za­wsze mieli kąt do spa­nia i pie­nią­dze na je­dze­nie. Cza­sem miesz­kali w luk­su­so­wych ho­te­lach, ale prze­waż­nie wy­bie­rali zwy­kłe, ta­nie po­koje. Ni­gdy nie prze­by­wali w jed­nym miej­scu dłu­żej niż przez ty­dzień, dzięki czemu ob­je­chali cały świat. Do­piero kiedy do­tarli do Cho­roni, wio­ski ry­bac­kiej na wy­brzeżu We­ne­zu­eli, po­sta­no­wili w niej osiąść. Naj­bar­dziej po­do­bało im się to, że nikt nie za­da­wał im py­tań. Do­póki ktoś się nie wy­po­wia­dał na te­maty po­li­tyczne, zo­sta­wiano go w spo­koju.

Po la­tach tu­łaczki po­sta­no­wili się osie­dlić na stałe, po­nie­waż do­szli do wnio­sku, że le­piej miesz­kać w tym sa­mym miej­scu, niż stale żyć na wa­liz­kach. Za­częli pro­wa­dzić upo­rząd­ko­wane ży­cie, prze­stali okra­dać tu­ry­stów i po­znali miej­sco­wych z wio­ski. To wła­śnie tam po raz pierw­szy w ży­ciu za­znała spo­koju i bez­pie­czeń­stwa, zwłasz­cza że nikt nie wie­dział nic o jej prze­szło­ści. Była po pro­stu Ma­rią - wy­soką, ja­sno­włosą Szwedką, a nie bę­kar­tem albo dziew­czyną re­gu­lar­nie tra­fia­jącą do po­praw­cza­ków.

Po pew­nym cza­sie pod­jęła pracę w ma­łym miej­sco­wym ho­telu. Nie dla­tego jed­nak, że było to dla niej sty­mu­lu­jące, tylko z po­wodu Do­lo­res, wła­ści­cielki ho­telu, dla któ­rej ży­wiła wielki sza­cu­nek. Czter­dzie­sto­let­nia, drobna, czar­no­włosa Do­lo­res nie­ofi­cjal­nie roz­strzy­gała więk­szość spraw we wsi. Była też wła­ści­cielką trzech ku­trów ry­bac­kich i po­bli­skiej plan­ta­cji ka­kao. Kie­dyś ku­piła kom­pu­ter i wsta­wiła go do swo­jego ho­te­lo­wego biura, ale nie wie­działa, jak go ob­słu­gi­wać. Biuro po­dróży, które re­zer­wo­wało po­koje w jej ho­telu, chciało to ro­bić drogą in­ter­ne­tową, a tu­ry­ści mu­sieli utrzy­my­wać kon­takt ze świa­tem, bo łącz­ność te­le­fo­niczna po­zo­sta­wiała wiele do ży­cze­nia. I to wła­śnie na nią, Ma­rię, spadł obo­wią­zek ob­sługi kom­pu­tera. Po kilku ty­go­dniach zdała so­bie sprawę, jaki otwo­rzył się przed nią świat. Wpraw­dzie nie miała się kogo ra­dzić, ale w sieci zna­la­zła wszyst­kie od­po­wie­dzi na swoje py­ta­nia i wąt­pli­wo­ści. Za­in­sta­lo­wane w kom­pu­te­rze opro­gra­mo­wa­nie po­ma­gało jej w wielu spra­wach. Dzięki niemu szybko się na­uczyła wła­my­wać do róż­nych sys­te­mów. Pew­nego razu pod­jęła próbę zdo­by­cia ha­seł do konta ban­ko­wego i prze­la­nia na wła­sne konto środ­ków z konta firmy, któ­rej wła­ści­ciele nie mieli po­ję­cia o za­bez­pie­cze­niach an­tyw­ła­ma­nio­wych. Po­szło jej to sto­sun­kowo ła­two, bo w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych in­ter­net był jesz­cze w po­wi­ja­kach. Te­raz jest bar­dziej za­awan­so­wany, więc już tego nie robi, bo na­wet by nie wie­działa, na co te pie­nią­dze wy­dać. Poza tym Do­lo­res za­czę­łaby ją po­dej­rze­wać, skoro ma pod kon­trolą całą wieś. Mimo to od czasu do czasu wła­my­wała się na konto firmy, która z ja­kichś wzglę­dów jej się nie po­do­bała, i bez pro­blemu okra­dała ją z pie­nię­dzy. Naj­czę­ściej trak­to­wała to jako wy­zwa­nie dla swo­jego in­te­lektu, ale ro­biła to także z in­nego po­wodu: da­wało jej to ad­re­na­li­no­wego kopa, któ­rego znała z daw­nych lat. To, co ro­biła na co dzień, ta­kich emo­cji jej nie przy­no­siło.

*

Pew­nego dnia do­stała list od matki. Przy­szedł z od­le­głego kraju, który pra­wie wy­parła ze świa­do­mo­ści. Matka pi­sała w nim o ojcu. Oka­zało się, że wcale nie był ma­ry­na­rzem, który na po­czątku lat sześć­dzie­sią­tych przy­pły­nął z krótką wi­zytą do Göte­borga, tylko Szwe­dem, miesz­ka­ją­cym w swo­jej oj­czy­stej Szwe­cji. Wła­śnie zmarł, ale zo­sta­wił jej spa­dek i dla­tego po­winna wró­cić do kraju.

Zna­la­zła w wy­szu­ki­warce jego dane i jesz­cze raz prze­czy­tała to, co matka na­pi­sała o nim w li­ście. Jej oj­ciec miesz­kał w miej­sco­wo­ści Sävsjö w Sm?lan­dzie. Z ga­zet się do­wie­działa, że był za­an­ga­żo­wany w dzia­łal­ność lo­kal­nego klubu pił­kar­skiego. Zna­la­zła na­wet zdję­cie, na któ­rym stał w to­wa­rzy­stwie swo­ich dwóch sy­nów. Wszy­scy trzej ubrani byli w dresy i ra­do­śnie się uśmie­chali po wy­gra­nym me­czu. Zna­la­zła też in­for­ma­cje o swo­jej przy­rod­niej sio­strze, która miała na imię In­grid. We­szła w wy­szu­ki­warkę i wpi­sała jej dane, ale wy­świe­tliło się mnó­stwo stron po­świę­co­nych daw­nej gwieź­dzie fil­mo­wej o tym sa­mym imie­niu i na­zwi­sku. Cie­kawe, dla­czego jej ro­dzice wy­brali na chrzcie ta­kie imię. Póź­niej zna­la­zła zdję­cia in­nej In­grid, która była ko­mi­sa­rzem po­li­cji w Göte­borgu. Jej zdję­cie utwier­dziło ją w prze­ko­na­niu, że są przy­rod­nimi sio­strami i miały tego sa­mego ojca, po­nie­waż po­do­bień­stwo mię­dzy nimi było ude­rza­jące.

Złość, jaka ją ogar­nęła z po­wodu kłamstw matki na te­mat ojca, spra­wiła, że znowu stała się nie­spo­kojna. Po­dob­nie re­ago­wała w okre­sie, kiedy była na­sto­latką. Długo nie mo­gła za­snąć, ale na­gle spoj­rzała na sie­bie, Car­stena i miesz­kań­ców wio­ski w inny spo­sób. Przez kilka dni się wa­hała, lecz w końcu po­sta­no­wiła po­le­cieć do Szwe­cji. Car­sten nie chciał jej to­wa­rzy­szyć, ale miała to w no­sie, bo już dawno temu się nim znu­dziła. Stał się pod­sta­rza­łym, upier­dli­wym fa­ce­tem, pod­czas gdy ona do­bie­gała czter­dziestki. Po­my­ślała, że je­śli stam­tąd nie wy­je­dzie, po­zo­sta­nie tam na za­wsze. Uznała, że nad­szedł czas po­pró­bo­wać in­nego ży­cia. Je­śli jej się nie spodoba, za­wsze bę­dzie mo­gła wró­cić do We­ne­zu­eli.

*

Przed Bo­żym Na­ro­dze­niem udała się na umó­wione spo­tka­nie w spra­wie po­działu ma­jątku. Miała się tam spo­tkać ze swoim przy­rod­nim ro­dzeń­stwem. Ży­wiła na­dzieję, że do­wie się o ojcu cze­goś wię­cej. Matka dała jej kie­dyś ko­pertę z za­świad­cze­niem, na któ­rym stało czarno na bia­łym, że jej oj­cem był Sven Berg­man. Kiedy jed­nak matka In­grid na­zwała ją bę­kar­tem, wró­ciły wspo­mnie­nia z daw­nych lat, gdy była po­ni­żana jako nie­ślubne dziecko. Po tym in­cy­den­cie znie­na­wi­dziła ich ro­dzinę, po­nie­waż na spo­tka­nie po­je­chała bez złych in­ten­cji. Była uczciwą ko­bietą, chciała się tylko do­wie­dzieć cze­goś o swoim ojcu, któ­rego nie znała. Nie­stety sy­tu­acja wy­mknęła się spod kon­troli i matka In­grid po­zwo­liła so­bie na zbyt wiele. To przez ich ro­dzinę miała tak kosz­marne dzie­ciń­stwo. Gdyby nie oni, oj­ciec oże­niłby się z mamą i by­liby szczę­śliwą ro­dziną.

Otrzą­snęła się ze wspo­mnień. Prze­spała cały dzień i czuła się lekko oszo­ło­miona, ale na myśl o tym, co ją czeka, po­czuła wy­strzał ad­re­na­liny. Czuła, że znowu żyje w spo­sób, ja­kiego nie do­świad­czyła od wielu lat.

Ko­menda po­li­cji, plac Ern­sta Fon­tella

Pią­tek, 19 stycz­nia, go­dzina 5.57

Kilka mi­nut przed szó­stą Berg­man we­szła do bu­dynku po­li­cji przy placu Ern­sta Fon­tella. Wsia­dła do windy i wje­chała na swoje pię­tro. Nie było jej w pracy przez trzy ty­go­dnie, ale czuła się tak, jakby wra­cała po pół roku. Nie mo­gła się już do­cze­kać spo­tka­nia ze swoją ekipą śled­czą, żeby po­słu­chać żar­to­bli­wego po­li­cyj­nego żar­gonu i usły­szeć, co się wy­da­rzyło w cza­sie jej nie­obec­no­ści. Na ko­ry­ta­rzu pa­no­wała ci­sza. Na­gle zo­ba­czyła Ting­ströma, który wy­sta­wił głowę przez drzwi.

- Czy mo­gła­byś do mnie wejść? - spy­tał.

Al­bert Ting­ström od wielu lat pra­co­wał na sta­no­wi­sku na­czel­nika Wy­działu Śled­czego. Był do­brym po­li­cjan­tem, za­wsze sta­rał się dzia­łać spo­koj­nie i dy­plo­ma­tycz­nie. Na po­czątku jego nor­r­landzki spo­kój i dłu­gie prze­rwy, które zwykł ro­bić mię­dzy zda­niami, tro­chę ją de­ner­wo­wały. Po­tra­fił też na­gle wyjść, żeby zro­bić so­bie kawę, po czym wra­cał i kon­ty­nu­ował prze­rwany wą­tek, jakby czas sta­nął w miej­scu. Kiedy pro­wa­dziła ja­kieś śledz­two i mu­siała z nim coś omó­wić, ta­kie za­cho­wa­nie było dla niej fru­stru­jące. Z cza­sem zro­zu­miała, że wła­śnie w taki spo­sób sta­rał się za­pa­no­wać nad stre­sem w swoim oto­cze­niu za­wo­do­wym. Dzięki temu jego pod­władni mieli wię­cej czasu do na­my­słu, żeby nic im nie umknęło.

Zdjęła czapkę i rę­ka­wiczki i wło­żyła je do kie­szeni kurtki. Drzwi do po­koju na­czel­nika były otwarte, więc tylko przy­gła­dziła włosy i we­szła do środka.

- Wi­taj po urlo­pie - za­czął Ting­ström. - Skła­mał­bym, mó­wiąc, że tę­sk­ni­li­śmy za tobą tylko z po­wodu ilo­ści pracy, jaka na nas spa­dła. Po­goda też robi swoje. To pew­nie przez nią lu­dziom pusz­czają nerwy. Wy­kań­czają się z roz­pa­czy, że mu­szą żyć w na­szej sza­rej mgle. Sia­daj.

Wy­po­wia­da­jąc to słowo, na­czel­nik wy­ko­nał za­ma­szy­sty gest ręką. Berg­man roz­pięła kurtkę i z uśmie­chem usia­dła w jed­nym z fo­teli sto­ją­cych przed ma­ho­nio­wym biur­kiem.

- Za­brzmiało to tak, jakby w cza­sie mo­jej nie­obec­no­ści nic się tu nie zmie­niło - sko­men­to­wała jego słowa.

Ting­ström oparł się ple­cami o fo­tel i w mil­cze­niu spoj­rzał przez okno.

- Coś się stało? - spy­tała Berg­man, wi­dząc, że na­czel­nik na­dal mil­czy.

- I tak, i nie - od­parł. - Sprawy wy­glą­dają jak zwy­kle. My, po­li­cjanci, chcemy cza­sem iść na urlop, ale nasi ko­le­dzy prze­stępcy nie przyj­mują tego do wia­do­mo­ści. Dziś nad ra­nem zna­le­ziono mar­twą dziew­czynę, praw­do­po­dob­nie zo­stała za­mor­do­wana. Grupka mło­dych męż­czyzn na­tra­fiła na nią w pod­ziem­nych ko­ry­ta­rzach sta­rej twier­dzy, do któ­rych się wcho­dzi od strony Sahl­grens­ga­tan nad Ro­sen­lund­ska­na­len. Nasi tech­nicy są tam od pią­tej. Po­sła­łem też Tho­masa i Ninę. Chciał­bym ci po­wie­rzyć kie­ro­wa­nie tym śledz­twem. Weź ze sobą Ka­rin, bo jest już wpro­wa­dzona w sprawę. Nie za­po­mnij za­brać la­tarki, gu­mo­wego obu­wia i kom­bi­ne­zo­nów ochron­nych. W ko­ry­ta­rzach stoi woda i nie ma w nich oświe­tle­nia.

- Czy wiemy, co to za dziew­czyna?

- Na dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent tak. Wczo­raj wie­czo­rem pewna ko­bieta, Mo­nica Jo­hans­son, zgło­siła za­gi­nię­cie pięt­na­sto­let­niej córki, od któ­rej od po­nad doby nie miała żad­nych wie­ści. Ry­so­pis, który nam prze­ka­zała, zga­dza się z ry­so­pi­sem zna­le­zio­nej dziew­czyny. Tech­nicy zna­leźli przy niej port­fel z le­gi­ty­ma­cją.

- Dla­czego matka cze­kała ze zgło­sze­niem aż tyle go­dzin?

- Sama ją o to spy­taj.

- Wiesz coś wię­cej? Na przy­kład jak długo tam le­żała?

- Na ten mo­ment nie mam żad­nych in­nych in­for­ma­cji.

- Czy ktoś po­wia­do­mił jej matkę?

- Tak. Wszyst­kie na­miary, któ­rych po­trze­bu­jemy, ma Ka­rin. Dane oso­bowe, miej­sce za­miesz­ka­nia i tak da­lej.

- Kogo jesz­cze mo­żesz przy­dzie­lić do tej sprawy?

- My­śla­łem o Vi­kingu Jo­hans­so­nie i Ma­lin Skogsby.

- Okej, w ta­kim ra­zie od razu tam po­jadę. Gdzie jest Ka­rin?

- Tu­taj.

Berg­man od­wró­ciła się i uj­rzała uśmiech­niętą Falk.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego w no­wym roku - po­wie­działa.

- Dzię­kuję, wza­jem­nie. Ależ się opa­li­łaś! Do­brze ci tam było?

- Do­brze to za mało po­wie­dziane. Dwa ty­go­dnie le­ni­stwa z Ewą i He­lene, golf, wy­cieczki, mnó­stwo śmie­chu i do­brego je­dze­nia. Wró­ci­ły­śmy wczo­raj rano.

- To zna­czy, że mia­łaś tylko je­den dzień, żeby się przy­sto­so­wać do na­szej wspa­nia­łej po­gody i przy­stą­pić do pracy. I pro­szę, na star­cie tak po­ważna sprawa.

- Można po­wie­dzieć, że po­czą­tek na­stą­pił wczo­raj rano, kiedy wy­sia­dły­śmy z sa­mo­lotu w Lan­dvet­ter i od­słu­cha­łam wia­do­mo­ści w te­le­fo­nie. Do­wie­dzia­łam się, że alarm w moim domu włą­czał się tam­tej nocy aż pięć razy.

- Coś ta­kiego! - za­wo­łał Ting­ström. - Do­szło do wła­ma­nia?

- Sama nie wiem. W fir­mie ochro­niar­skiej za­pew­niali mnie, że mam prze­sta­rzały sys­tem albo że ba­te­ria była na wy­czer­pa­niu. Chcia­łam po­roz­ma­wiać z ochro­nia­rzem, któ­rego firma wy­sy­łała pod mój dom, ale od­mó­wiono mi pod po­zo­rem ta­jem­nicy służ­bo­wej. Za­żą­dano ode mnie na­kazu pro­ku­ra­tora. Pra­wie się za­ła­ma­łam.

- Czy coś zo­stało skra­dzione albo znisz­czone? - spy­tała Falk.

- Nie, a przy­naj­mniej nic ta­kiego nie stwier­dzi­łam.

- No to mia­łaś szczę­ście - od­parł Ting­ström, pa­trząc wy­mow­nie na ze­ga­rek.

- Le­piej już chodźmy - po­wie­działa Berg­man i wstała z krze­sła.

*

Dzie­więć mi­nut póź­niej za­par­ko­wała przy Sahl­grens­ga­tan nad Ro­sen­lund­ska­na­len. Wy­sia­dła z wozu, wło­żyła kom­bi­ne­zon ochronny i gu­mowe obu­wie. Tro­chę da­lej, koło bramy pro­wa­dzą­cej do sys­temu ko­ry­ta­rzy, za­uwa­żyła po­wie­wa­jącą na wie­trze ta­śmę po­li­cyjną. Obok stał Al­freds­son w to­wa­rzy­stwie dwóch umun­du­ro­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy.

- Ja­śnie pa­nie ra­czyły się w końcu zja­wić - stwier­dził z uśmie­chem na ich wi­dok.

- Ważne osoby za­wsze się spóź­niają - od­parła Berg­man. - Co wie­cie?

- Na ra­zie nie­wiele. Pa­trol, który przy­był na miej­sce jako pierw­szy, cały te­ren ogro­dził ta­śmą, a po­tem za­dzwo­nili na cen­tralę. Ofiara to na­sto­latka w wieku około pięt­na­stu lat. Fa­ceci, któ­rzy ją tu zna­leźli i nas o tym po­wia­do­mili, byli kom­plet­nie pi­jani. Cze­kamy, aż wy­trzeź­wieją, do­piero wtedy bę­dziemy mo­gli ich prze­słu­chać. Je­dy­nym wy­jąt­kiem jest Da­niel Te­gnér. Nina i ja już go prze­słu­cha­li­śmy. Na szczę­ście zdą­ży­li­śmy ich stam­tąd za­brać, za­nim o spra­wie do­wie­działy się me­dia.

- Co ze­znał?

- Wy­gląda na to, że był kimś w ro­dzaju prze­wod­nika grupy mło­dych męż­czyzn, któ­rzy świę­to­wali wie­czór ka­wa­ler­ski. In­sty­tu­cja, która za­rzą­dza for­ty­fi­ka­cjami, nie or­ga­ni­zuje zwie­dza­nia o tej po­rze roku z po­wodu pod­wyż­szo­nego po­ziomu wody w ka­nale. Te­gnér znał jed­nego spo­śród tych męż­czyzn i zro­bił dla nich wy­ją­tek.

- Czy prze­by­wali tu wła­śnie z tego po­wodu?

- Tak. Chło­pak ze­znał, że zja­wili się około trze­ciej w nocy. We­szli do środka, bramę zo­sta­wili otwartą. Na końcu jed­nego z tu­ne­lów znaj­duje się duże, pu­ste po­miesz­cze­nie. Po­tem je wam po­każę, je­śli chce­cie. Pili tam piwo i wódkę, a Te­gnér opo­wia­dał im hi­sto­rie o roz­bój­ni­kach, któ­rzy żyli w cza­sach, gdy te for­ty­fi­ka­cje bu­do­wano. Czy wie­cie, że szpi­tal Sahl­gren­ska urzą­dzono w za­bu­do­wa­niach na­le­żą­cych w dzie­więt­na­stym wieku do Szkoły Pe­da­go­gicz­nej, a tu na dole prze­cho­wy­wano zwłoki? Mu­szę przy­znać, że cho­dze­nie tymi ko­ry­ta­rzami wy­wo­łuje we mnie dość nie­miłe uczu­cie. Ale wra­ca­jąc do sprawy... Mniej wię­cej po trzy­dzie­stu mi­nu­tach wspo­mniany prze­wod­nik po­sta­no­wił wra­cać. Wszy­scy byli pi­jani, więc ru­szył przo­dem jako pierw­szy. Chło­pak, który miał wziąć ślub, szedł na końcu. Z ja­kie­goś po­wodu ode­rwał się od grupy i za­błą­dził. Kiedy jego kum­ple wy­szli z tu­nelu, za­uwa­żyli, że go nie ma. Od­cze­kali chwilę, a gdy się nie zja­wiał, Te­gnér wró­cił go po­szu­kać. Pew­nie po­my­ślał, że chło­pak spe­cjal­nie tam zo­stał, żeby ich na­stra­szyć. Kiedy go zna­lazł, tam­ten za­cho­wy­wał się jak hi­ste­ryk. Ma­chał rę­kami i wy­krzy­ki­wał coś o tru­pie. Te­gnér wy­pro­wa­dził go na ulicę i ka­zał mu cze­kać, a sam wró­cił do tu­nelu, żeby spraw­dzić, co się stało. Na końcu ko­ry­ta­rza zna­lazł mar­twą dziew­czynę i od razu za­dzwo­nił pod nu­mer alar­mowy.

- Gdzie te­raz jest?

- Trzeź­wieje ra­zem ze swo­imi kum­plami.

- A ta dziew­czyna?

- Wła­śnie ją wiozą do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej.

- Czy mo­gli­by­śmy wejść do środka?

- Tak. Tech­nicy prze­ba­dali te­ren od wej­ścia do miej­sca zna­le­zie­nia zwłok.

- Gdzie jest Nina?

- Po­szła ku­pić nam kawę.

- Okej, w ta­kim ra­zie chodźmy tam.

Sku­leni gę­siego ze­szli na dół stro­mymi scho­dami. Jako pierw­szy szedł Al­freds­son. Nie­ła­two mu było się skra­dać przy pra­wie dwóch me­trach wzro­stu i po­tęż­nej syl­wetce. Co chwilę za­cze­piał roz­piętą kurtką o spi­cza­ste sta­lak­tyty, które zwi­sały z ka­mien­nych blo­ków na su­fi­cie. Berg­man szła jako ostat­nia. W świe­tle rzu­ca­nym przez ja­rze­niówki wi­działa pa­jąki i inne ro­bac­two, któ­remu swoim przy­by­ciem za­kłó­cili spo­kój. Po­su­wali się po­woli, bro­dząc od czasu do czasu w wy­peł­nia­ją­cej chod­nik wo­dzie. Pod­łoże było błot­ni­ste i śli­skie, ale na chro­po­wa­tych ścia­nach nie było nic, czego mo­gliby się uchwy­cić.

Po kilku me­trach ko­ry­tarz zro­bił się szer­szy i wyż­szy. Po obu stro­nach znaj­do­wały się dwa po­miesz­cze­nia. Al­freds­son za­trzy­mał się i wy­pro­sto­wał, żeby strzep­nąć ro­bac­two z ubra­nia i wy­trzeć ręce.

- By­ły­ście tu kie­dyś? - spy­tał.

Nina i Berg­man po­krę­ciły gło­wami.

- Ja też nie, cho­ciaż wiele razy chcia­łem obej­rzeć te tu­nele. Wiele o nich sły­sza­łem, ale ni­gdy nie tra­fiła mi się oka­zja, żeby je zwie­dzić.

- Ze mną było tak samo - od­parła Berg­man. - Te­raz przy­szli­śmy tu służ­bowo.

- Prze­wod­nik po­wie­dział, że te po­miesz­cze­nia słu­żyły żoł­nie­rzom jako schro­nie­nie. To nie­zbyt przy­jemne miej­sce, je­śli się czeka na przy­by­cie nie­przy­ja­ciela. Chodźmy da­lej.

Tu­nel zro­bił się szer­szy i nie mu­sieli się już schy­lać, ale na­dal było śli­sko, więc sta­wiali kroki bar­dzo ostroż­nie. Po mniej wię­cej dwu­dzie­stu me­trach tu­nel jesz­cze bar­dziej się roz­sze­rzył i sta­nęli w miej­scu, w któ­rym krzy­żo­wał się z trzema in­nymi. Te­ren po­ło­żony był wy­żej niż ten, z któ­rego przy­szli.

- Spójrz­cie w górę... Wi­dzi­cie ten tu­nel? Bie­gnie pro­sto­pa­dle i pro­wa­dzi do Szkoły Pe­da­go­gicz­nej. Praw­do­po­dob­nie słu­żył jako za­pa­sowe wyj­ście dla żoł­nie­rzy, bo prze­cież żadne za­ję­cia się tam nie od­by­wały.

- Je­śli kie­dyś znu­dzi ci się praca w po­li­cji, bę­dziesz mógł się za­trud­nić jako prze­wod­nik - za­żar­to­wała Falk. - W cza­sie prze­słu­cha­nia do­wie­dzia­łeś się wielu no­wych fak­tów o tym miej­scu.

- A nie przy­szło ci do głowy, że ze względu na swoje ga­ba­ryty nie na­daję się do tego za­wodu? W prze­ciw­nym ra­zie uznał­bym to za ku­szący po­mysł na póź­niej­sze lata, kiedy już będę miał po dziurki w no­sie dziel­nych ko­le­gów i ko­le­ża­nek z pracy. Okej, kon­ty­nu­ujmy. Na wprost za­czyna się na­stępny tu­nel. Jest tak wą­ski, że w kilka se­kund można się w nim na­ba­wić klau­stro­fo­bii. Nie ma z niego wyj­ścia, więc nie bę­dziemy do niego wcho­dzić tylko po to, żeby za­wró­cić. Mnie się to zda­rzyło. Tu­nel na lewo pro­wa­dzi do więk­szego po­miesz­cze­nia, w któ­rym prze­by­wała grupa świę­tu­jąca wie­czór ka­wa­ler­ski. W tu­nelu, który od­cho­dzi w prawo, zna­le­ziono dziew­czynę.

- Czy nasi tech­nicy na­dal tam są? - spy­tała Berg­man.

- Tak, Nils­son i Bo­berg. Po­zo­stali prze­szu­kują inne tu­nele. Uży­wają spe­cja­li­stycz­nych na­rzę­dzi do prze­sie­wa­nia zna­le­zio­nego ma­te­riału. To ciężka praca, bo w środku nie ma za dużo miej­sca. Gdzie­nie­gdzie jest bar­dzo cia­sno.

W tej sa­mej chwili usły­szeli za sobą stek prze­kleństw i plusk wody. Kilka se­kund póź­niej zja­wiła się Ha­mil­ton z dwoma kub­kami kawy i prze­krzy­wioną lampką na czole.

- Ależ tu śli­sko! Tho­mas, twoja kawa.

- Pa­mię­ta­łaś, żeby ku­pić cap­puc­cino?

- Za­mó­wi­łeś po­dwójne espresso. Je­śli chcesz coś in­nego, idź po to sam.

- Wi­dzę, że chyba fak­tycz­nie będę mu­siał się prze­bran­żo­wić na prze­wod­nika - od­parł z uśmie­chem Al­freds­son.

- Słu­cham?

- Żar­to­wa­łem... Dzięki za kawę - od­parł Al­freds­son i od­wró­cił się do Berg­man. - Co ro­bimy? Nie ma sensu za­pusz­czać się tam we czwórkę. W tu­nelu jest za mało miej­sca.

- W ta­kim ra­zie ty i Nina wró­ci­cie na ko­mendę. Sprawdź­cie, czy można już prze­słu­chać tych, co trzeź­wieją. Weź­cie do po­mocy Vi­kinga i Ma­lin, mam na to zgodę Ting­ströma. Spy­taj­cie prze­wod­nika, kto ma klu­cze do tu­ne­lów i czy coś so­bie przy­po­mniał. Skon­tak­tuj­cie się z dy­rek­cją Szkoły Pe­da­go­gicz­nej i spy­taj­cie, czy na­dal można się do­stać do ko­ry­ta­rzy szy­bem. Ustal­cie, kiedy ostat­nio opro­wa­dzano tu ja­kieś grupy... zresztą sami wie­cie, o co py­tać. Ja i Ka­rin spy­tamy tech­ni­ków, czy coś usta­lili, ale naj­pierw za­dzwo­nię do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej. Spy­tam Han­séna, kiedy za­mie­rza prze­pro­wa­dzić sek­cję zwłok dziew­czyny.

Berg­man wy­jęła te­le­fon i za­dzwo­niła do Han­séna, który ode­brał po kilku sy­gna­łach.

- Wła­śnie za­czę­li­śmy - od­parł na za­dane mu py­ta­nie. - Wy­bie­rasz się do nas?

Berg­man spoj­rzała na ze­ga­rek.

- Mam jesz­cze parę spraw do za­ła­twie­nia, wpadnę o wpół do je­de­na­stej.

- Okej, w ta­kim ra­zie do zo­ba­cze­nia.

Berg­man wsu­nęła te­le­fon do kie­szeni i za­częła się nad czymś za­sta­na­wiać.

- Ka­rin, zbierz jak naj­wię­cej in­for­ma­cji o tej dziew­czy­nie i po­roz­ma­wiaj z jej ro­dzi­cami. Ja po­jadę do tech­ni­ków, a po­tem do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej. O trzy­na­stej spo­tkamy się na od­pra­wie. Po­in­for­muj o tym całą ekipę. Czy jest coś, co po­win­ni­śmy jesz­cze zro­bić? - spy­tała, a gdy wszy­scy po­krę­cili gło­wami, do­dała: - W ta­kim ra­zie bę­dziemy w kon­tak­cie. Dzwoń­cie, je­śli po­ja­wią się nowe fakty.

Po tych sło­wach za­pa­liła la­tarkę i we­szła do tu­nelu, w któ­rym pra­co­wali tech­nicy. Po kil­ku­na­stu me­trach usły­szała przy­tłu­mione głosy i zo­ba­czyła blask świa­tła. Była na miej­scu.

- Dzień do­bry - przy­wi­tał ją Nils­son. - Wi­dzę, że wró­ci­łaś z urlopu.

- Na to wy­gląda - od­parła z uśmie­chem po­li­cjantka i ski­nęła głową Bo­ber­gowi, który stał na końcu cia­snego tu­nelu. - Ma­cie coś?

- Młoda dziew­czyna, mocno po­bita, z opuch­niętą twa­rzą, naga od pasa w dół. Obok ciała le­żały port­fel i karta do te­le­fonu. Dziew­czyna na­zywa się So­fie Jo­hans­son i ma pięt­na­ście lat. Le­żała na ple­cach z sze­roko roz­chy­lo­nymi no­gami, w po­chwę miała wci­śniętą bu­telkę. Póź­niej po­każę ci zdję­cia. Zwłoki wy­sła­li­śmy do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej. Pa­to­log, który tu przy­je­chał... In­ge­mar Karls­skog... oce­nił, że śmierć na­stą­piła kilka go­dzin temu. Po­dej­rze­wamy, że dziew­czyna zo­stała za­mor­do­wana w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym ją zna­le­ziono. Co ona tu ro­biła o tej po­rze?

- Nie mam po­ję­cia. Czy do­szło do gwałtu?

- Nie wiem. Mu­simy po­cze­kać na wy­nik ob­duk­cji.

- Ilu twoim zda­niem było spraw­ców?

- Praw­do­po­dob­nie kilku, ale trudno to okre­ślić.

- Czy oprócz port­fela miała przy so­bie ja­kieś inne przed­mioty?

- Nasi lu­dzie na pewno coś zna­leźli, ale nie umiem po­wie­dzieć, czy ma to war­tość do­wo­dową. Tu­ry­ści zo­sta­wiają w ta­kich miej­scach mnó­stwo śmieci. Nie­stety, duża część tu­nelu stoi pod wodą i nie ma szans na zna­le­zie­nie od­ci­sków bu­tów. Za to na ścia­nach i na su­fi­cie za­bez­pie­czyli tro­chę włó­kien z ubrań, które mogą na­le­żeć do sprawcy. Na ra­zie nic wię­cej nie mamy.

- O trzy­na­stej od­prawa. Cie­bie też za­pra­szam.

Ulica Mar­klands­ga­tan Dziel­nica Järn­brott

Pią­tek, 19 stycz­nia, go­dzina 7.32

Falk po­je­chała do domu ro­dzi­ców za­mor­do­wa­nej dziew­czyny. Po dro­dze prze­pro­wa­dziła roz­mowę z funk­cjo­na­riu­szami, któ­rzy ode­brali zgło­sze­nie o jej za­gi­nię­ciu. Nie po­trak­to­wali tej sprawy po­waż­nie, po­nie­waż w ciągu ostat­nich dzie­wię­ciu mie­sięcy jej matka aż pięć razy zgła­szała za­gi­nię­cie córki, która za każ­dym ra­zem wra­cała do domu. Poza tym So­fie znana była funk­cjo­na­riu­szom z Wy­działu do spraw Nie­let­nich.

Pew­nie stale spra­wiała kło­poty, po­my­ślała Falk, wci­ska­jąc dzwo­nek przy drzwiach. W tym sa­mym cza­sie, gdy roz­ma­wiała przez te­le­fon z jej ro­dzi­cami, spraw­dzała, czy So­fie fi­gu­ruje w po­li­cyj­nych re­je­strach.

Drzwi otwo­rzył jej blady jak ściana, mniej wię­cej dzie­się­cio­letni chło­piec, który spoj­rzał na nią tę­pym wzro­kiem.

- Dzień do­bry - po­wie­działa Falk i od razu się przed­sta­wiła. - Ro­dzice w domu?

- Tylko mama.

- Czy mógł­byś ją po­pro­sić?

Chło­piec po­krę­cił głową.

- Niech pani wej­dzie.

Falk tro­chę się zdzi­wiła, sły­sząc taką od­po­wiedź, ale po­słusz­nie po­szła za chłop­cem do du­żego po­koju. Na ka­na­pie sie­działa czer­wona od pła­czu ko­bieta. Miała za­mknięte oczy i opusz­czone bez­wied­nie ręce.

- Dzień do­bry, na­zy­wam się Ka­rin Falk i je­stem po­li­cjantką. Czy pani jest mamą So­fie?

Na dźwięk tego imie­nia ko­bieta ski­nęła głową, za­kwi­liła jak dziecko i za­sło­niła twarz rę­kami. Falk usia­dła obok niej i ob­jęła ją ra­mie­niem. Chło­piec na­dal stał w drzwiach.

- Czy tata jest w domu? - spy­tała go Falk.

- On z nami nie mieszka, ale nie­długo przy­je­dzie bab­cia, żeby mnie stąd za­brać.

Niech to szlag, po­my­ślała po­li­cjantka. Przy­je­chała na roz­mowę i na­wet się nie po­fa­ty­go­wała, żeby ze­brać wię­cej in­for­ma­cji o ro­dzi­cach dziew­czyny.

- Usiądź obok mnie - za­pro­po­no­wała. - Ra­zem na nią po­cze­kamy.

- Je­ste­ście na sto pro­cent pewni, że to So­fie? - spy­tała na­gle ko­bieta. - Przed pa­nią był tu inny po­li­cjant. Przy­szedł z księ­dzem, ale nie wiem, po co go przy­pro­wa­dził, bo ksiądz przez cały czas mil­czał. Tam­ten po­li­cjant po­wie­dział, że nie są jesz­cze na sto pro­cent pewni, czy to moja córka.

- Po­dany przez pa­nią ry­so­pis się zga­dza, poza tym zna­leź­li­śmy przy niej port­fel z le­gi­ty­ma­cją. Czy po­li­cjant wspo­mniał o tym?

- Nie uwie­rzę, do­póki nie zo­ba­czę jej na wła­sne oczy. Przed­tem też zni­kała, ale za­wsze wra­cała do domu.

- W tej chwili iden­ty­fi­ka­cja jest nie­moż­liwa, bo trwa sek­cja zwłok. Bę­dzie pani mo­gła zo­ba­czyć córkę póź­niej.

W tym mo­men­cie roz­legł się dzwo­nek do­mo­fonu. Chło­piec ze­rwał się z ka­napy i wy­biegł do przed­po­koju. Sły­chać było, jak z kimś roz­ma­wia. Po chwili wró­cił.

- Bab­cia czeka na mnie w sa­mo­cho­dzie - oznaj­mił i wy­szedł. Chwilę póź­niej trza­snęły drzwi. Falk po­de­szła do okna i ob­ser­wo­wała, jak chło­piec wsiada do sa­mo­chodu. Kiedy od­je­chał, od­wró­ciła się i spy­tała:

- Czy jest ktoś, kto mógłby do­trzy­mać pani to­wa­rzy­stwa? Po tej tra­gicz­nej wia­do­mo­ści nie po­winna pani być sama. Gdzie jest oj­ciec dzieci?

- Zo­sta­wił nas, kiedy były małe. Te­raz ma nową ro­dzinę, któ­rej po­święca cały swój czas. Ni­gdy się nie trosz­czył o So­fie.

- Czy jest ktoś inny, do kogo mo­gła­bym za­dzwo­nić?

- To nie­po­trzebne, ja­koś so­bie po­ra­dzę. Kiedy będę mo­gła ją zo­ba­czyć? Chcę być ab­so­lut­nie pewna, że to ona. Chyba pani ro­zu­mie?

- Oczy­wi­ście, ale...

- Mogę po­pro­sić ojca, żeby do mnie przy­je­chał.

- To do­bry po­mysł. Pro­szę mi coś opo­wie­dzieć o So­fie... na przy­kład o jej ko­le­żan­kach, ra­dze­niu so­bie w szkole, upodo­ba­niach i tak da­lej.

Ko­bieta wy­tarła nos i dwa razy prze­cią­gnęła dłońmi przez włosy.

- Od kilku lat moim dzie­ciom nie jest ła­two. Na szczę­ście wspie­rają nas moi ro­dzice i za­wsze mogę na nich li­czyć. So­fie miała daw­niej wielu przy­ja­ciół i do­brze się uczyła. Cza­sem po­ma­gała mi w pra­cach do­mo­wych, od­bie­rała brata ze szkoły. Hugo jest od niej młod­szy o pięć lat. Ja­kiś rok temu się zmie­niła, ale nie wiem, jak do tego do­szło. Stała się mil­cząca, a jej na­uczy­ciele w szkole za­częli się skar­żyć, że cho­dzi na wa­gary. Od­by­łam z nią roz­mowę i po­tem rza­dziej wa­ga­ro­wała, ale w szkole na­dal zbie­rała złe oceny. W końcu tra­fiła za kra­dzież do po­praw­czaka. Któ­re­goś dnia wró­ciła do domu w to­wa­rzy­stwie po­li­cjan­tów, a kiedy usły­sza­łam, co zro­biła, do­zna­łam szoku. Oka­zało się, że ukra­dła na­szyj­nik za marne sto pięć­dzie­siąt ko­ron. W ca­łej swo­jej na­iw­no­ści my­śla­łam, że to, co się stało, po­działa na nią od­stra­sza­jąco. Mia­łam na­dzieję, że tylko chciała spraw­dzić, jak to jest coś ukraść, bo to do­świad­cze­nie wielu mło­dych osób. Nie­stety póź­niej przy­ła­pano ją na ko­lej­nych kra­dzie­żach. Za pierw­szym i dru­gim ra­zem ukra­dła te­le­fon ko­mór­kowy. Do dzi­siaj nie wiem, co ją do tego skło­niło, bo krótko przed­tem do­stała na uro­dziny mo­del, jaki chciała mieć. Za trze­cim ra­zem ukra­dła drogą, mar­kową bie­li­znę w skle­pie sieci NK. Przez lata wy­cho­wy­wa­łam na­sze dzieci sama, ale ni­czego im ni­gdy nie bra­ko­wało. Moi ro­dzice da­wali mi pie­nią­dze, poza tym mam do­brze płatną pracę. Ni­gdy nie mo­głam zro­zu­mieć, dla­czego So­fie nie pro­siła mnie o pie­nią­dze na ta­kie rze­czy. Nie mu­siała kraść.

- Czy pani się do­my­śla, po co córka po­szła do twier­dzy?

- Nie, ale kiedy dzieci były młod­sze, opro­wa­dza­łam tam tu­ry­stów. Hugo i So­fie czę­sto mi to­wa­rzy­szyli, trak­to­wali to jako przy­godę.

- Czy ma pani klu­cze od wej­ścia?

- Nie.

- Z kim córka się spo­ty­kała, kiedy zni­kała z domu?

- Tego nie wiem. So­fie jest ma­ło­mówna, a po zmia­nie, która się w niej do­ko­nała, prze­stała przy­pro­wa­dzać zna­jo­mych do domu. A jak już wraca, za­myka się w swoim po­koju i sie­dzi przy kom­pu­te­rze.

- Kiedy wi­działa ją pani ostatni raz?

- W czwar­tek o ósmej wie­czo­rem.

- Czy mó­wiła, do­kąd się wy­biera albo o któ­rej wróci?

- Nie. Py­ta­łam ją o to, ale nie od­po­wie­działa.

- Dla­czego się pani wstrzy­my­wała z za­wia­do­mie­niem po­li­cji o jej za­gi­nię­ciu?

- Być może za­brzmi to dziw­nie, ale przez ostat­nie lata So­fie wiele razy zni­kała z domu. Na szczę­ście za­wsze wra­cała cała i zdrowa. Po­tem, kiedy dzwo­ni­łam na po­li­cję i in­for­mo­wa­łam, że się od­na­la­zła, czu­łam się tro­chę jak głu­pia kwoka, za­lęk­niona o swoje pi­sklęta. Tym ra­zem po­sta­no­wi­łam cze­kać do końca, ale te­raz wi­dzę, że to był zły po­mysł. Gdy­bym za­dzwo­niła na po­li­cję wcze­śniej, być może So­fie na­dal by żyła.

- Cóż, na pewne py­ta­nia już ni­gdy nie znaj­dziemy od­po­wie­dzi. Obie­cuję, że uczy­nimy wszystko, żeby wy­ja­śnić tę sprawę.

- Moja ko­chana có­reczka... Nie ro­zu­miem... Czemu to spo­tkało wła­śnie ją?

- Nie umiem na to py­ta­nie od­po­wie­dzieć, ale chcia­ła­bym obej­rzeć jej po­kój.

- Oczy­wi­ście. Pro­szę za mną.

*

Po­kój, do któ­rego we­szły, był ja­sny i czy­sty. Na prawo od okna stało sze­ro­kie łóżko. Na ja­sno­ró­żo­wej na­rzu­cie sie­działo ze trzy­dzie­ści mi­siów i in­nych plu­sza­ków. Na­prze­ciwko łóżka stało białe biurko z Ikei, na bla­cie le­żał lap­top i po­jem­nik na dłu­go­pisy. Na krze­śle obok biurka za­le­gało kilka zło­żo­nych w kostkę ubrań. Na ścia­nach wi­siały pla­katy przed­sta­wia­jące psy i koty.

- So­fie za­wsze chciała mieć ja­kieś zwie­rzę, naj­le­piej psa, ale mam aler­gię na sierść zwie­rząt i nie mo­głam go jej ku­pić.

Falk po­de­szła do szafy na ubra­nia, ale za­nim ją otwo­rzyła, spoj­rzała na ko­bietę, jakby mil­cząco py­tała ją o zgodę. Na wie­sza­kach wi­siały ko­szule i kurtki, reszta ubrań le­żała na pół­kach. Wszyst­kie były wy­pra­so­wane i równo uło­żone.

- Czy So­fie utrzy­my­wała po­rzą­dek w swo­ich rze­czach?

- Nie - od­parła ko­bieta i słabo się za­śmiała. - Jest taka sama jak więk­szość na­sto­la­tek, co ozna­cza, że ubra­nia i mo­kre ręcz­niki lą­dują zwy­kle na pod­ło­dze. To ja dbam o po­rzą­dek w jej po­koju.

- Wspo­mniała pani, że przez ostatni rok córka bar­dzo się zmie­niła. Czy po­trafi pani wy­tłu­ma­czyć, dla­czego do tego do­szło? Może było to skut­kiem ja­kie­goś kon­kret­nego zda­rze­nia?

- Wiele razy za­da­wa­łam so­bie te py­ta­nia, ale ni­gdy nie umia­łam zna­leźć na nie od­po­wie­dzi.

- Szkoda... Je­śli jed­nak doj­dzie pani do ja­kie­goś wnio­sku, pro­szę do mnie za­dzwo­nić. Oto moja wi­zy­tówka z nu­me­rem te­le­fonu. Je­śli nie od­biorę, pro­szę zo­sta­wić wia­do­mość, od­dzwo­nię, gdy tylko będę mo­gła. Na ra­zie nie mam wię­cej py­tań. Czy mo­gła­bym za­brać lap­topa So­fie?

- Oczy­wi­ście.

- Pro­szę za­dzwo­nić do ojca, niech przy­je­dzie do­trzy­mać pani to­wa­rzy­stwa. Mogę po­cze­kać do czasu, aż się zjawi.

- Dzię­kuję, ale po­sta­no­wi­łam po­je­chać do ro­dzi­ców. Miesz­kają w po­bliżu. My­ślę, że Hugo mnie po­trze­buje.

- Oczy­wi­ście. Je­śli cze­goś się do­wiemy, od razu pa­nią po­in­for­mu­jemy.

- Czy jest pani pewna, że to ją zna­le­ziono w tu­nelu? Kiedy będę mo­gła ją zo­ba­czyć?

- Do­wiem się i za­dzwo­nię.

- Pro­szę po­cze­kać. Chcia­ła­bym pa­nią o coś spy­tać. Jak ona...

- Wiem tylko tyle, że trwa sek­cja zwłok.

*

W dro­dze do sa­mo­chodu Falk prze­kli­nała w my­ślach funk­cjo­na­riu­sza i księ­dza, któ­rzy ran­kiem od­wie­dzili matkę So­fie. Obaj kiep­sko się spi­sali. Na do­da­tek zo­sta­wili ją samą z sy­nem! Dla­czego ro­bili jej na­dzieję, że zna­le­ziona dziew­czyna może nie być jej córką? Jej wi­zyta też nie za­częła się naj­le­piej. Nie po­winna była przy­je­chać bez przy­go­to­wa­nia, tylko przed wi­zytą ze­brać o So­fie jak naj­wię­cej in­for­ma­cji. Po­sta­no­wiła, że po po­wro­cie na ko­mendę skon­tak­tuje się z Wy­dzia­łem do spraw Nie­let­nich, a po­tem za­dzwoni do ojca So­fie, żeby umó­wić się z nim na spo­tka­nie.

Za­kład me­dy­cyny są­do­wej w Göte­borgu

Pią­tek, 19 stycz­nia, go­dzina 10.35

Po przy­jeź­dzie do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej Berg­man po­de­szła do re­cep­cji, żeby spy­tać o Olofa Han­séna. Re­cep­cjo­nistka skie­ro­wała ją do jego po­koju. Han­sén już na nią cze­kał. Mo­gło to ozna­czać, że sek­cja zwłok do­bie­gła końca.

Berg­man miała ze sobą swój stary sys­tem alar­mowy. W tym sa­mym cza­sie wy­słany do jej domu pra­cow­nik firmy ochro­niar­skiej miał za­mon­to­wać nowy ze­staw. Męż­czy­zna wy­ka­zał się na ten te­mat tak roz­le­głą wie­dzą, a Berg­man tak bar­dzo mu za­ufała, że zde­cy­do­wała się na kilka do­dat­ko­wych roz­wią­zań, ta­kich jak czuj­nik dymu, czuj­nik ru­chu w po­ko­jach i ka­mery mo­ni­to­ringu na ze­wnątrz i we­wnątrz bu­dynku. Cena koń­cowa oka­zała się bar­dzo wy­soka, ale warta tego, żeby po­czuć się w swoim domu bez­piecz­nie. Ta­kie rze­czy mu­szą kosz­to­wać.

Za­pu­kała do drzwi i we­szła do środka. Han­sén sie­dział przy za­wa­lo­nym pa­pie­rami biurku. Były wśród nich akty zgonu, teczki, sko­ro­szyty, li­te­ra­tura fa­chowa i wiele in­nych do­ku­men­tów. Cu­dem zdo­łał za­cho­wać pe­wien po­rzą­dek na nie­wiel­kim skrawku biurka, który znaj­do­wał się bez­po­śred­nio przed nim.

- Wejdź i sia­daj - po­wie­dział, ma­cha­jąc do niej ręką. Berg­man ro­zej­rzała się po po­koju w po­szu­ki­wa­niu wol­nego krze­sła. - Prze­pra­szam, po­wi­nie­nem tu w końcu po­sprzą­tać - uspra­wie­dli­wiał się Han­sén. Wstał z fo­tela, ob­szedł biurko i ze sto­ją­cego przed nim krze­sła zdjął wy­soki na pół me­tra stos do­ku­men­tów. Po­ło­żył je na pod­ło­dze i uśmiech­nął się prze­pra­sza­jąco. - Od dzie­się­ciu lat skła­dam so­bie po­sta­no­wie­nie no­wo­roczne, że do­pro­wa­dzę to miej­sce do po­rządku, ale za­wsze bra­kuje mi na to czasu. Na­pi­jesz się kawy?

- Nie, dzięki.

- Skąd ta opa­le­ni­zna?

- Wła­śnie wró­ci­łam z dwu­ty­go­dnio­wego urlopu w Taj­lan­dii.

- No pro­szę... I od razu do­sta­łaś sprawę tego mor­der­stwa?

- Tak. Su­ge­ru­jesz, że dziew­czyna zo­stała za­mor­do­wana?

- Bez wąt­pie­nia.

- A jej toż­sa­mość?

- To też udało nam się usta­lić... chwi­leczkę... - od­parł Han­sén. Od­wró­cił się do lap­topa i kilka razy klik­nął w kla­wi­sze. - Na­zywa się So­fie Jo­hans­son, co po­twier­dza na­sze wcze­śniej­sze przy­pusz­cze­nia. Toż­sa­mość usta­li­li­śmy mię­dzy in­nymi na pod­sta­wie jej karty sto­ma­to­lo­gicz­nej.

- Po­wie­dzia­łeś, że zo­stała za­mor­do­wana...

- Tak, a kon­kret­nie uto­piona. Na karku, ple­cach i klatce pier­sio­wej stwier­dzi­li­śmy obec­ność si­nia­ków, co do­wo­dzi, że była przy­trzy­my­wana pod wodą. Woda w płu­cach po­cho­dzi praw­do­po­dob­nie z miej­sca, gdzie dziew­czynę zna­le­ziono, ale ana­liza nie jest jesz­cze go­towa. Na ten mo­ment moja wer­sja jest taka: dziew­czyna się prze­wró­ciła... albo ktoś ją po­pchnął... upa­dła twa­rzą do ziemi... ktoś przy­ci­snął ją ko­la­nem... za­ci­snął dło­nie na jej szyi i we­pchnął głowę pod wodę. Po­tem, kiedy była mar­twa, sprawca prze­wró­cił ją na plecy, żeby zna­le­ziono ją w tej po­zy­cji.

- Czy od­nio­sła ja­kieś inne ob­ra­że­nia? Zo­stała zgwał­cona?

- Do gwałtu nie do­szło, a na pod­brzu­szu nie stwier­dzi­li­śmy żad­nych ob­ra­żeń, ale za­bójca wło­żył jej do po­chwy bu­telkę po pi­wie. Na we­wnętrz­nych stro­nach dłoni miała za­dra­pa­nia, rany były za­bru­dzone i za­wie­rały okru­chy wapna.

- Je­śli przyj­miemy, że pró­bo­wała uciec, mo­gła, bie­gnąc, opie­rać się dłońmi o ściany, żeby nie stra­cić rów­no­wagi. W tu­ne­lach jest śli­sko i stoi w nich woda.

- My­ślę, że to cał­kiem wia­ry­godna teza. Si­niaki na twa­rzy świad­czą, że przed śmier­cią zo­stała mocno po­bita. Sprawca za­dał jej wiele ude­rzeń pię­ścią.

- O któ­rej na­stą­pił zgon?

- Mię­dzy drugą a czwartą w nocy.

- Je­steś pe­wien?

- Tak.

- A co z jej ubra­niem?

- Wy­sła­li­śmy je do ana­lizy la­bo­ra­to­ryj­nej.

- Coś wię­cej?

- Szcze­gó­łowy ra­port z sek­cji do­sta­niesz ju­tro.

Berg­man spoj­rzała na ze­ga­rek. Zdąży zjeść lunch i po­je­chać do domu, żeby spraw­dzić, jak przy­słany przez firmę ochro­niar­ską tech­nik ra­dzi so­bie z mon­ta­żem no­wego sys­temu alar­mo­wego. Od­prawa wy­zna­czona jest na trzy­na­stą, więc po­winna zdą­żyć.

Ulica Len­nart Tor­stens­sons­ga­tanDziel­nica Lo­rens­berg

Pią­tek, 19 stycz­nia, go­dzina 12.14

Var­gas wło­żyła mi­li­me­tro­wej gru­bo­ści ba­weł­niane rę­ka­wiczki, z pa­pie­ro­wej to­rebki wy­jęła szklankę i po­sta­wiła ją przed sobą na biurku. Po­pra­wiła usta­wie­nie dwóch lamp, żeby stru­mień rzu­ca­nego przez nie świa­tła sku­pił się na szklance, i się nad nią po­chy­liła. Z za­do­wo­le­niem stwier­dziła, że jest na niej kilka od­ci­sków pal­ców. Ostroż­nie prze­cią­gnęła po nich pę­dzel­kiem do zbie­ra­nia od­ci­sków pal­ców, dzięki czemu stały się wy­raź­niej­sze. Na­stęp­nie przy­ci­snęła do szkła zwy­kłą ta­śmę kle­jącą i prze­nio­sła po­kryty sa­dzą wzór na ar­kusz bia­łego pa­pieru. Była to czyn­ność dość skom­pli­ko­wana, ale już po pół­go­dzi­nie mo­gła po­dzi­wiać na le­żą­cej przed sobą kartce pięć ide­al­nych od­ci­sków pal­ców na­le­żą­cych do In­grid Berg­man.

Po wy­ko­na­niu tych czyn­no­ści wzięła cy­frowy apa­rat fo­to­gra­ficzny i zro­biła zdję­cia od­ci­sków w lu­strza­nym od­bi­ciu. Pliki zdję­ciowe prze­nio­sła do kom­pu­tera i przy po­mocy pro­gramu słu­żą­cego do ob­róbki zdjęć lekko wy­ostrzyła kon­tury. Od­wró­ciła przed­sta­wione w lu­strza­nym od­bi­ciu od­ci­ski we wła­ściwą stronę, zmie­niła ich ko­lor z czar­nego na biały i wy­dru­ko­wała na prze­zro­czy­stej fo­lii. Po tym wszyst­kim zro­biła so­bie prze­rwę, po­nie­waż praca wy­ma­gała tak du­żego sku­pie­nia, że w pew­nej chwili roz­bo­lała ją głowa. Po­szła więc do kuchni zjeść ka­napkę i na­pić się kawy. Przy oka­zji ko­lejny raz stwier­dziła, że w Szwe­cji trudno o na­prawdę do­bre ziarna. Po la­tach spę­dzo­nych w We­ne­zu­eli, gdzie ist­nieją naj­lep­sze wa­runki do uprawy ka­wowca, przy­zwy­cza­iła się do moc­nego, ciem­nego i do­brze za­pa­rzo­nego na­paru.

Kiedy je­sie­nią przy­le­ciała do Szwe­cji, po­czuła, że się od­zwy­cza­iła od ży­cia w kraju, w któ­rym przez więk­szą część roku jest po­nuro. Lu­dzie byli ze­stre­so­wani, mieli zga­szony wzrok i szare, zmę­czone twa­rze. Je­dze­nie no­sili w re­kla­mów­kach, a kawę pa­rzyli ze sła­bej ja­ko­ści zia­ren. Ża­den We­ne­zu­el­czyk na­wet by nie tknął cze­goś ta­kiego. Po pew­nym cza­sie ku­piła więc eks­pres, mły­nek i ziarna, ale słono za to wszystko za­pła­ciła. Nie była przy­zwy­cza­jona do szwedz­kich cen i wo­lała nie my­śleć, ile ją kosz­to­wał każdy łyk kawy. Bez tego szla­chet­nego na­poju nie po­tra­fiła jed­nak funk­cjo­no­wać.

Przy­go­to­wała so­bie dwie ka­napki - chleb z peł­nego ziarna z wę­dzoną szynką - i zja­dła je na sto­jąco. Miała na­dzieję, że od­zy­ska ener­gię do pracy. Od dawna nie ja­dła ta­kiego pie­czywa, które nie tylko jej sma­ko­wało, ale także za­spo­ka­jało głód. Kiedy była dziec­kiem, lu­biła so­bie ukroić kromkę ta­kiego chleba i po­sma­ro­wać go ser­kiem śmie­tan­ko­wym. Po przy­jeź­dzie do Szwe­cji ku­piła go so­bie na spró­bo­wa­nie, ale ku swemu roz­cza­ro­wa­niu do­stała roz­stroju żo­łądka.

Po zje­dze­niu ka­na­pek do­kład­nie umyła ręce, wło­żyła parę la­tek­so­wych rę­ka­wi­czek i wró­ciła do pracy. Z pla­sti­ko­wej to­rebki wy­jęła małe mie­dziane płytki owi­nięte w ku­pioną w skle­pie ze sprzę­tem elek­tro­nicz­nym fo­lię ochronną i pięć z nich uło­żyła w rzę­dzie. Przy­nio­sła po­jem­nik z wy­wo­ły­wa­czem i wy­lała go do mi­ski, pod­czas gdy do dru­giej na­lała płynu do wy­tra­wia­nia. Na­stęp­nie przy­nio­sła wy­dru­ko­wane wcze­śniej fo­lie, wy­cięła z nich od­ci­ski pal­ców i każdy z nich na­ło­żyła na od­dzielną płytkę. Od razu po­czuła się le­piej. Wy­rzut ad­re­na­liny spra­wił, że jej zdol­ność kon­cen­tra­cji osią­gnęła naj­wyż­szy moż­liwy po­ziom. Miała ochotę się ro­ze­śmiać, ale oba­wiała się zdmuch­nąć drobne, przej­rzy­ste skrawki pa­pieru. Wzięła z pod­łogi lampę na pod­czer­wień i ostroż­nie po­sta­wiła ją na biurku. Mniej wię­cej po mi­nu­cie na­świe­tla­nia mie­dzia­nych pły­tek z fo­lii ochron­nej po­zo­stały je­dy­nie wzory od­ci­sków pal­ców. Chwy­ciła pin­cetą jedną z pły­wek i wło­żyła ją na kilka mi­nut do wy­wo­ły­wa­cza, żeby wzór stward­niał, a na­stęp­nie prze­nio­sła ją do mi­ski z pły­nem do wy­tra­wia­nia. Płyn po­woli się wże­rał w mie­dziane po­wierzch­nie, które nie były osło­nięte fo­lią ochronną. Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach wy­jęła płytkę i z sa­tys­fak­cją spoj­rzała na wy­pu­kły od­lew od­ci­sków pal­ców In­grid Berg­man. Go­dzinę póź­niej le­żały przed nią wszyst­kie płytki. Po­zo­stał jej już tylko pro­ces od­le­wa­nia, ale po­sta­no­wiła z tym po­cze­kać, po­nie­waż nie chciała dzia­łać w po­śpie­chu. Za­le­żało jej, żeby od­lewy od­ci­sków pal­ców były do­sko­nałe, tym­cza­sem sama czuła już prze­możne zmę­cze­nie wy­wo­łane swoją pracą i sta­nem na­pię­cia, w ja­kim się znaj­do­wała. Po­sta­no­wiła wyjść z domu i roz­pro­sto­wać ko­ści. Długi spa­cer na pewno by ją roz­luź­nił.