Pośród złudzeń - Julia Deja

Reflow text when sidebars are open.
Julia Deja
? Copyright by Julia Deja 2013
Tytuł: Pośród złudzeń
Autor: Julia Deja
Wydane przez Miasto Książek
www.miastoksiazek.com
Ilustracja na okładce:
fotogestoeber - Fotolia.com
Projekt okładki: Bookio.pl
Wydanie 1
ISBN: 978-83-7954-001-3
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości niniejszej publikacji bez zgody wydawcy zabronione.
Jak bardzo na życiu człowieka potrafi zaważyć jedno wydarzenie? Czy zaledwie parę minut może obrócić wszystko do góry nogami? Ja wielokrotnie się o tym przekonałam. Znałam powiedzenie, że "życie pełne jest niespodzianek", ale chyba nie spodziewałam się, że mogę tyle razy zostać zaskoczona. Zdarzało się, że byłam boleśnie kopana przez los, nawet kiedy leżałam na ziemi i błagałam o litość, otrzymywałam kolejne ciosy. Ale może jednak warto było przejść przez to wszystko, by w końcu odnaleźć prawdziwe szczęście? Przecież gdybym na rozstaju dróg nie wybrała akurat tej ścieżki, to być może nigdy by mnie to nie spotkało. Ba! Byłam prawie pewna, że ominęłaby mnie radość życia, coś wyjątkowego i niepowtarzalnego, czego już nigdy bym nie doświadczyła. A jednak miałam go obok siebie, choć nie wiem właściwie, czym sobie na to zasłużyłam. Może i wiele przeszłam, ale jeśli cofnęłabym się w czasie i stanęła przed wyborem, to znów bym to powtórzyła. Każdy człowiek popełnia błędy, ja również je popełniłam, ale nie wiem, czy chciałabym je naprawić. Dzięki tym omyłkom życiowa uliczka zaprowadziła mnie w ramiona osoby, którą teraz kochałam ponad życie. Znalazłam u niej schronienie, pocieszenie, ciepło i przede wszystkim gorące uczucie, które złapało moje serce i jak dotąd nie puszcza.
Niegdyś denerwowały mnie słowa dorosłych, którzy twierdzili, że młodzi ludzie są zbyt emocjonalni i nie myślą do końca rozsądnie. Gdy w wieku dwunastu lat straciłam osobę, która była dla mnie wsparciem, zmieniłam się. Ten moment uważałam za koniec swojego dzieciństwa. Żyłam w przekonaniu, że dorosłam i stałam się kimś odpowiedzialnym, kimś godnym w pocieszaniu bliskiego mi człowieka, który przeżył taką samą mękę jak ja. To dlatego tak irytowało mnie psioczenie starych babć, wkładających całą młodzież do jednej szufladki. Sądziłam, że różnię się od swoich rówieśników, bo choć miałam szalone pomysły i lubiłam się zabawić, to jednak mentalnie wyprzedzałam ich, jeżeli chodzi o dorosłość. Tak bardzo się myliłam! Byłam zaślepiona bardziej, niż moi koledzy, którzy sięgali po alkohol bądź inne używki. Pomyliłam się, omal nie doprowadzając tym do tragedii. Gdybym w porę się nie opamiętała, gdybym nie przejrzała na oczy... Moje ciało przeszywa dreszcz, ilekroć zastanawiam się, jak teraz wyglądałoby moje życie, jeśli wszystko potoczyłoby się zgoła inaczej.
Poczułam, jak silne dłonie obejmują mnie mocno w talii, a ciepłe ciało, które przylgnęło do mojego, sprawiło, że ponure rozmyślania natychmiast wyparowały z mojej głowy. Wiedział, o czym myślę. Że znów wracam do tamtych mrocznych dni, kiedy wydawało mi się, iż jestem naprawdę szczęśliwa. Definicja szczęścia u każdego człowieka jest różna. Jedni w swoich wyobrażeniach widzą siebie u szczytu kariery zawodowej, drudzy marzą o zdobyciu wierzchołka góry, co od początku było ich życiowym celem, jeszcze inni pragną przytulnego domu, kochającej osoby i gromadki dzieci, domagających się słodyczy przy każdej nadarzającej się okazji. Sądzę jednak, że szczęścia posmakować można, nie szukając go, a czekając, aż samo do nas przyjdzie. Nie oznacza to siedzenia w bezczynności. Nawet tak abstrakcyjnej rzeczy jak szczęście trzeba czasami pomóc.
- Żałuję, że wcześniej nie mogłem cię przed nim ochronić – wymamrotał, całując mnie w szyję. Uśmiechnęłam się smutno, ciesząc się, że stoję do niego tyłem i nie może tego zobaczyć.
- A ja nie żałuję niczego. Mam nadzieję, że kiedyś powiesz to samo – szepnęłam, patrząc, jak zachodzi wiosenne słońce. Zazdrościłam przyrodzie harmonii, jaka w niej panowała. Pory roku przeplatały się ze sobą, czasem nachodząc na siebie nawzajem, ale jednak był w tym wszystkim ustalony ład i porządek. Niejeden śmiertelnik mógłby za tym zatęsknić.
Jak żyć, by być w pełni z siebie zadowolonym? Odpowiedzi jest zapewne mnóstwo. Dla mnie istniała tylko jedna: tak nie da się żyć. Na naszym wizerunku zawsze pojawi się mała, choćby niepozorna rysa – to od nas zależy, czy ktoś będzie ją w stanie dostrzec, czy też nie.
To była jedna z najpiękniejszych nocy, jakie kiedykolwiek widziałam. Rozległe niebo o aksamitnej, granatowej barwie było upstrzone gwiazdami, które lśniły tak bardzo, że przypominały małe latarenki. Gapiłam się na nie z rozdziawionymi ustami, próbując określić ich liczbę. Po dwukrotnej pomyłce w liczeniu dałam za wygraną. Teraz zainteresowałam się księżycem, którego srebrna twarz urzekała swoim pięknem. Często zwracałam uwagę na to, co dzieje się w przyrodzie, ale coś mi tutaj nie pasowało. Noc nie przypominała ani jednej z tych, podczas których szwendałam się z przyjaciółmi.
Dopiero teraz spostrzegłam, gdzie się znajduję. Stałam na dachu jakiegoś olbrzymiego, nieznanego mi budynku. Odległość, z jakiej widziałam światła innych domów przyprawiała mnie o zawroty głowy. Nigdy nie miałam lęku wysokości, ale kto nie poczułby strachu, gdyby się zorientował, że od ziemi dzieli go wiele metrów? Kiedy bicie mojego serca nieco się uspokoiło, dostrzegłam wysoką postać stojącą tuż na skraju dachu. W jasnoblond włosach, które rozwiewał lekki wietrzyk, było coś znajomego, nie miałam jednak czasu, by się nad tym zastanawiać. Rzuciłam się do przodu, chcąc uratować domniemanego samobójcę.
Stanęłam jak wryta, gdy kobieta odwróciła się w moją stronę. Nie mogłam się pomylić. Te usta, ułożone w smutnym uśmiechu, lekko zadarty nos, brązowe oczy, tak podobne do moich...
- Tęsknię za tobą, kochanie. - Ten piękny głos wywołał we mnie falę bólu. Już myślałam, że kompletnie zapomniałam o jego brzmieniu.
- Ja za tobą też, mamo - odparłam zachrypniętym głosem, podchodząc bliżej. Chciałam jej dotknąć, przytulić się, usłyszeć, że wszystko będzie tak jak dawniej. Coś jednak mówiło mi, iż nie będę w stanie poczuć ciepła ciała swojej rodzicielki. Ta wewnętrzna blokada sprawiła, że zatrzymałam się tuż przed nią, nie ośmielając się wyciągnąć dłoni.
Spojrzała w dół. Nie miałam pojęcia, jakim cudem może spoglądać na ziemię z takiej wysokości i nie bać się. O dziwo, kiedy stałam obok, również nie doświadczałam już strachu. Czułam się bezpieczna.
- Możesz skoczyć - odezwała się, przenosząc wzrok na mnie. - A wtedy znów będziemy razem.
Świdrowałyśmy się spojrzeniami. Nie mogłam przestać napawać się jej widokiem. Dopiero po pewnej chwili dotarło do mnie to, co powiedziała. Wystarczyła chwila zastanowienia. Potem zrobiłam kilka kroków do przodu i zsunęłam się z dachu, opadając w dół z niesamowitą szybkością. Rozwarłam usta do krzyku...
Podniosłam się do pozycji siedzącej tak gwałtownie, że aż zabolały mnie mięśnie brzucha. Cisnący się na usta wrzask stłumiłam, przyciskając dłoń do warg. Wystarczyło, że rozejrzałam się ukradkiem, a do mojego umysłu wpłynęła przynosząca ulgę informacja: nic mi się nie stało. Nie spadałam z jakiegoś wieżowca, nadal byłam w sporych rozmiarów namiocie, a ciszę zakłócały tylko równomierne oddechy moich dwóch towarzyszek. Opadłam na niedużą poduszkę.
Kiedy przybliżyłam sobie idiotyczność własnego koszmaru, zirytowałam się. Czy mój umysł musiał płatać mi figle nawet podczas snu? Od śmierci mamy minęło już pięć lat; był to szmat czasu, sądziłam zatem, że powinnam wreszcie żyć normalnie. W dużej mierze tak było, a jednak od czasu do czasu, kiedy najmniej się tego spodziewałam, przychodziły do mnie sny o dziwnej treści. Dziwnej, ponieważ mama nigdy nie namawiałaby mnie do popełnienia samobójstwa. A choć po jej odejściu było mi ciężko znieść uczucie pustki, to jednak nigdy nie przyszły mi do głowy tak straszne myśli. W końcu miałam po co żyć. A przede wszystkim dla kogo.
- Która godzina? - rozległ się zaspany głos, który zdawał się dochodzić z dużej kupki śpiworów i koców położonych jeden na drugim. Wymacałam pod swoją poduszką telefon komórkowy.
- Dochodzi dziesiąta - odparłam cicho, nie chcąc zbudzić drugiej współmieszkanki. Kopiec zaczął się poruszać, wpierw jednak do moich uszu doszło głośne ziewnięcie. Po chwili na powierzchnię wynurzyła się moja najlepsza przyjaciółka. Jej długie, czarne włosy sterczały we wszystkie strony, a oczy, które zazwyczaj porażały swoją intensywną, niebieską barwą, patrzyły nieco nieprzytomnie. Twarz miała jeszcze bledszą niż zazwyczaj.
- Błagam, powiedz mi, że to nie jest ostatni dzień wakacji – jęknęła z żalem Alyssa. Coś przekręciło mi się w żołądku.
- Ciszej – skarciłam ją. – Jeszcze obudzisz Lindsay.
Unikając zaspanego wzroku dziewczyny, sięgnęłam ku zamkowi błyskawicznemu i szarpnęłam mocno. Do wnętrza namiotu wpadły promienie słońca. Chcąc rozprostować kości po nocy – która, choć wesoła, była także niewygodna – wyczołgałam się na zewnątrz i wstałam, dbając o rozciągnięcie wszystkich członków. Pogoda prezentowała się wspaniale. Ozłocony przez słońce ogród państwa Lorne'ów, gdzie urządziliśmy sobie biwak, mienił się kolorami tęczy. Niebo zachwycało swoją czystą, jaskrawoniebieską barwą, zakłócaną gdzieniegdzie przez puszyste obłoczki. Choć temperatura nie mogła przekraczać dwudziestu stopni, zważywszy na klimat występujący w Wielkiej Brytanii, w którym przeważały opady, należało się cieszyć z każdego, cieplejszego dnia.
- Unikasz tematu – burknęła Alyssa, która wygramoliła się za mną z namiotu. Wyprostowała się i zachłannie wystawiła twarz do słońca.
Spojrzałam na nią spode łba.
- Hm, pomyślmy więc, dlaczego. Być może powodem jest fakt, iż zamierzam wykorzystać ostatni dzień wolności i jeszcze przez kilka godzin nie zastanawiać się nad tym, że jutro wracam do szkoły? – rzekłam ironicznie, przeczesując palcami włosy, co sprawiło, że były jeszcze bardziej zmierzwione niż przedtem. – Zobacz, jaka piękna pogoda. O przyszłość pomartwię się jutro.
- Nie mogę być optymistycznie nastawiona, skoro wiem, że niedługo muszę ruszyć na zakupy i zakopać się w stercie zeszytów, długopisów, piórników i toreb szkolnych – wymamrotała czarnowłosa. – I jeszcze ta zmiana nauczyciela! Dlaczego oni nam to robią? Nie miałam nic przeciwko temu, by matematyki uczyła nas dalej pani Verner. Może była nieco przygłucha, ale gdy tylko ją prosiłam, żeby wytłumaczyła mi coś po raz drugi, robiła to bez zbędnych ceregieli. Założysz się, że zastąpi ją jakieś wredne babsko, które na każdym kroku będzie nam udowadniać, jacy to jesteśmy głupi?
- To miłe, że pomagasz mi w utrzymaniu dobrego humoru – mruknęłam z sarkazmem.
Z namiotu chłopców zaczęły się wydobywać odgłosy świadczące o tym, iż nasi koledzy już nie śpią. Płócienna konstrukcja zachwiała się niebezpiecznie, a ziemia, w którą były wbite śledzie, nieco popękała.
- Auć! Czy ja ci kazałem machać tymi twoimi gałęziami na prawo i lewo?! – Oburzony głos Austina wywołał we mnie napad chichotu.
Rozległo się głośne westchnięcie.
- Nie moja wina, że siedzisz tak blisko. Poza tym cały czas mam nadzieję, że kilkoma uderzeniami naprawię twoją buźkę, która jak na razie nie nadaje się do pokazywania ludziom – stwierdził beztroskim tonem Dylan.
Wybuch śmiechu i odgłos szamotaniny były kolejnymi dźwiękami, które wydobyły się z namiotu. Dopiero po kilku minutach z wnętrza wystrzelił Dylan, najwyraźniej wykopany przez swoich kumpli. Na nasz widok zgrabnie podniósł się na nogi i otrzepał z trawy. Jego czarne włosy przypominały stóg siana, w który uderzył piorun, ale ten najwyraźniej się tym nie przejmował.
- Jak się spało? – rzucił nonszalancko, nie oczekując wcale odpowiedzi na swoje pytanie; zamiast tego podszedł prosto do Alyssy i cmoknął ją głośno w usta. Skrzywiłam się na ten widok.
- Musicie się ślinić od samego rana? – wymamrotałam, udając bardzo oburzoną i na dodatek zniesmaczoną. Jasne, czasami doprowadzali mnie do szału swoim publicznym okazywaniem miłości, ale dokuczałam im głównie ku ogólnej wesołości, od czasu do czasu kierowana – mimowolnie – także zazdrością.
Skład pięciu najbliższych mi przyjaciół był niezmienny od wielu lat. Ponieważ, dziwnym zrządzeniem losu, nasze domy nie znajdowały się zbyt daleko od siebie, znaliśmy się niemal od dziecka. Razem poszliśmy do tej samej szkoły, a po lekcjach chodziliśmy najpierw na plac zabaw i na turnieje gier komputerowych, by z czasem zamienić tę rozrywkę na wspólne wypady do kina, parku bądź na pizzę. Dorastaliśmy razem, pomagaliśmy sobie nawzajem, jednak nigdy nie obyło się bez konfliktów. Drobne sprzeczki zdarzają się nawet w najlepszej grupie znajomych. Gdy tylko każdy skończył czternaście lat, zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak będzie dalej wyglądało nasze życie, kiedy zaczną buzować w nas hormony. Rok później Conner i Lindsay stali się szczęśliwą parą, którą byli do dziś. Ja nie byłam zainteresowana żadnym z moich kolegów. Za dobrze ich znałam, byli dla mnie zupełnie jak bracia. Alyssa deklarowała to samo, aż w końcu kilka tygodni temu zaskoczyła mnie informacją, że ona i Dylan oficjalnie przestali być przyjaciółmi. Tak oto zostałam na lodzie, wspierana jedynie przez Austina, który podobnie jak ja, do tej pory nie znalazł sobie "drugiej połówki". Podświadomie wyczuwałam, że jest to spowodowane faktem, iż chłopak od jakiegoś czasu posyłał mi spojrzenia wyraźnie sygnalizujące, w jaki sposób zmienił się jego stosunek do mnie, ale starałam się to ignorować. Wolałam nikogo nie ranić, zwłaszcza, że miałam na swoim koncie kilka nieudanych związków – powinnam je raczej nazywać przygodami – z osobnikami płci męskiej, a Austin równie dobrze mógłby być ze mną spokrewniony. Spotkania naszej grupy były dosyć krępujące: kiedy obie pary zaczynały znienacka zajmować się sobą, jedynym rozwiązaniem wydawało się udawanie, że ziemia pod stopami jest niezwykle interesująca. Preferowałam to od obserwowania rozmarzonych spojrzeń Austina.
Alyssa i Dylan, ciasno ze sobą spleceni, zaczęli namiętnie trajkotać o zbliżającym się roku szkolnym; pod wpływem ich słów miałam ochotę zwymiotować. Powrót do szkoły wiązał się z wieloma problemami. Po raz kolejny musiałam wstawać wcześnie rano, męczyć się przez kilka godzin na nudnych lekcjach, próbować zaliczyć wszystkie sprawdziany na dobrą ocenę... Aż za dobrze wiedziałam, że już za najbliższe dwa tygodnie będę miała ochotę podpalić odpowiedni budynek.
Poczułam uderzenie w tył głowy czymś miękkim. Odwróciłam się i zobaczyłam leżącą u moich stóp poduszkę, natomiast opodal stał w pełni już rozbudzony Austin, który uśmiechał się do mnie zaczepnie. Zacisnęłam zęby, wzięłam jaśka i rzuciłam się w jego kierunku, na co chłopak zapiszczał teatralnie z przerażenia i wbiegł z powrotem do namiotu, o mały włos nie przewracając przecierającego oczy Connera. Wpadłam do środka za nim z okrzykiem bojowym na ustach, jednak ledwo zdążyłam dokończyć swoją wypowiedź, bo potknęłam się o wystający śpiwór i runęłam jak długa na... mojego kumpla, który najwyraźniej był bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy. Jego szczupłe, a jednak silne ramiona złapały mnie mocno, chroniąc przed upadkiem. Moja twarz zatrzymała się milimetry od jego twarzy, a piwne oczy nastolatka rozbłysły nagłym entuzjazmem. Podniósł dłoń, by dotknąć mojego policzka; ten czuły gest w żadnym wypadku nie był na miejscu. Tak nie robi przyjaciel. Wyrwałam się z jego uścisku i cisnęłam mu w głowę poduszkę, aby obrócić całą sytuację w żart. Wyleciałam z namiotu jak strzała, czując, że płoną mi policzki. Czemu, do licha, ten chłopak wszystko utrudniał? Nie chciałam z nim być, nie chciałam nawet ryzykować rozpadu całej naszej paczki, co byłoby prawdopodobne, gdybym się zmusiła i udawała, jaka to jestem szczęśliwa u boku Austina. Dopóki tylko tęsknie na mnie patrzył, wszystko było w porządku. Po co jednak prowokował takie niezręczne sytuacje? Czy nie dałam mu wystarczająco do zrozumienia, że jedyne, co mam do zaoferowania, to zwykła przyjaźń?
- Co wyście tam robili? – zapytała prosto z mostu Alyssa, widząc moją rozognioną twarz. Pokręciłam głową i machnęłam niedbale ręką, bagatelizując to, co się stało, a właściwie nie stało. Jednocześnie, korzystając z nieuwagi Dylana, który naśmiewał się z zaplątanego w linki pomocnicze Connera, rzuciłam przyjaciółce znaczące spojrzenie; pojęła w mig, o co chodzi i postanowiła odłożyć omówienie tego tematu na później.
- Co dzisiaj robimy? – odezwał się Austin, pojawiając się z powrotem na dworze. Choć uśmiechał się szeroko, udało mi się dostrzec, że jego humor uległ pewnemu pogorszeniu. – Skoro to ostatni dzień, powinniśmy trochę zaszaleć, prawda?
- My idziemy na zakupy – powiedziałyśmy jednocześnie z Ally. Choć nie omawiałyśmy konkretnie tej sprawy, wiedziałyśmy aż za dobrze, że wspólnie będziemy się wspierać podczas podróży wśród regałów pełnych różnorakich pomocy naukowych.
- Lindsay idzie z wami? – zainteresował się Conner, stając wreszcie na nogach.
- Tak, Lindsay idzie z nimi – wtrąciła dziewczyna, która opuściła właśnie namiot należący do części żeńskiej. Z naszej trójki to właśnie panna Orville miała najdelikatniejsze rysy twarzy. Łagodne, ciemne łuki brwiowe wraz z długimi rzęsami stanowiły świetny dodatek do tęczówek, przypominających barwą zachmurzone niebo. Niezwykle długie i proste jasnobrązowe włosy nosiła skromnie, z przedziałkiem pośrodku. Krucha, szczupła budowa jej ciała i jasna cera powodowały, że Lindsay sprawiała wrażenie osoby bardzo niepozornej i cichej. Tak też zresztą było; z reguły nieśmiała i odsunięta od rówieśników, swoje prawdziwe oblicze, które ukazywało wesołą nastolatkę, odkrywała tylko przy nas. Dopiero od pewnego czasu była ciągle milcząca, jakby nieobecna myślami, a cienie pod jej oczami przerażały niezdrowym, fioletowym kolorem. Pomyślałam, że może to jej sposób na walkę ze stresem. Ona zdecydowanie bardziej przejmowała się nauką, niż ja.
- O czternastej? Koło fontanny? – zaproponowała Ally, zerkając na mnie i Lin.
- Pasuje – mruknęłam.
Weszłam z powrotem do namiotu, zwinęłam swój śpiwór, zabrałam torbę i wydostałam się na zewnątrz. Pożegnałam się z wszystkimi i opuściłam teren posiadłości rodziców Dylana.
Miasteczko Cliverwood, w którym mieszkałam, było położone na zachód od Londynu, w hrabstwie Berkshire. Liczyło sobie około czterech tysięcy mieszkańców, a choć od stolicy dzieliło je raptem pięćdziesiąt kilometrów, panował tutaj względny spokój. Owszem, ruch bywał spory, ale nie mógł on się równać z naprawdę dużymi miastami. Nie miałam ochoty na zgiełk i wszędobylski hałas. Kochałam Cliverwood za to, jakie było. Za stare, urokliwe kamieniczki, jak i te nowsze budowle, zachwycające precyzją wykonania, za przepływającą Tamizę, za całkiem spory rynek w kształcie prostokąta, przy którym znajdowało się mnóstwo przytulnych knajpek, a w samym środku stała przepiękna fontanna, za nieskomplikowany układ ulic i zadbane domy, cieszące oko. To wszytko sprawiało, że czułam się tutaj dobrze. Bywałam w innych miejscowościach, jednak zawsze, z tym samym uśmiechem na twarzy, wracałam właśnie tutaj. W końcu to moje ukochane miejsce.
Nie miałam daleko do domu, toteż droga trwała niewiele ponad dziesięć minut. Otworzyłam drzwi najciszej, jak się dało, sądząc, że tata jeszcze śpi, a nie zamierzałam go budzić. Dopiero kiedy zsunęłam z nóg buty, dotarło do mnie, że po domu rozchodzi się przyjemny, słodkawy zapach. W podskokach udałam się do kuchni.
Ojciec krzątał się przy patelni, pogwizdując sobie wesoło. Najwyraźniej był w dobrym humorze.
- Cześć – przywitałam się i poklepałam go po ramieniu. Zawartość patelni usatysfakcjonowała mnie w pełni. – Naleśniki!
- Pomyślałem, że będziesz miała ochotę na coś dobrego na śniadanie – odparł, strząsając mi na talerz dwie sztuki i polewając je słodkim sosem. – Smacznego. Skoro już przyszłaś, to chciałbym cię zapytać, czy masz w ogóle zamiar zaopatrzyć się w potrzebne rzeczy do szkoły.
- Dzisiaj idę na zakupy z dziewczynami – wyjaśniłam z ustami pełnymi słodkiego sera. – Nie martw się, wszystko kupię.
- Mia, tak sobie pomyślałem... - Gdy tylko usłyszałam ten dobrze znajomy ton taty, przerwałam jedzenie i wyprostowałam się. Pewnie znów wpadł na jakiś idiotyczny pomysł, którego będzie chciał zrealizować za wszelką cenę. Zapowiadało się cudownie. – Martwię się o twoją edukację. Wczoraj wieczorem, kiedy wyszłaś z przyjaciółmi, przyjrzałem się szczegółowo twojemu świadectwu z zeszłego roku.
- I co jest z nim nie tak? – zapytałam z niepokojem. Ja sama byłam zadowolona z wyników, a kiedy pokazałam świadectwo tacie, tylko się uśmiechnął i powiedział: "dobrze". Czemu zaczął się czepiać dopiero teraz?
- Nie zrozum mnie źle. Dobrze się uczysz, tylko nie odpowiada mi to C z matematyki. Psuje ci tylko średnią.
Wywróciłam oczami.
- Tato, dobrze wiesz, że jestem słaba z tego przedmiotu. Poza tym na moim świadectwie roi się od B i A, a tobie przeszkadza ta jedna, nieco niższa ocena?
- Chcę dla ciebie jak najlepiej. Zastanawiałem się, czy nie mogłabyś chodzić na korepetycje. – Ojciec złączył dłonie i oparł na nich podbródek, a ja natychmiast się skrzywiłam.
- Zamierzasz wysłać mnie znowu do jakiejś starej baby, która będzie mnie męczyć trzy razy w tygodniu? Nie, dziękuję. Ciągle pamiętam te jakże udane lekcje z naszą uroczą sąsiadką. Skończyło się na tym, że sama nauczyłam się chemii, ona nie była w stanie mi pomóc. Czemu mnie do tego zmuszasz? – oburzyłam się.
- Nie zmuszam, to jest tylko propozycja, córeczko. Może poprosiłabyś swoją nauczycielkę, tą Verner, czy jak jej tam, żeby mogła czasami zostać z tobą po lekcjach? – zapytał dobrodusznie ojciec. – Wiesz, że chodzi mi o twoje wykształcenie. Już teraz powinnaś się przygotowywać do egzaminów, musisz zdać je jak najlepiej, skoro chcesz dostać się na wymarzone studia.
- Jeśli chodzi o sztukę, najbardziej będą się liczyły moje prace, a nie oceny z matematyki – zauważyłam z przekąsem. – Ach... przepraszam, zapomniałam, tobie nie podoba się to, że chcę studiować akurat ten kierunek.
- To nie tak, Mia...
- A jak? Kiedy ostatnio oglądałeś moje rysunki? Co ty w ogóle wiesz o moich marzeniach? – zdenerwowałam się. Tata czasem nie liczył się z tym, czego ja chciałam, pragnęłam.
- Nie podnoś głosu, proszę. Chcę dobrze dla ciebie. – Ojciec nigdy nie dawał się łatwo wytrącić z równowagi, także i te słowa wypowiedział ze stoickim spokojem. – Owszem, wolałbym, żebyś obrała inny kierunek studiów, ale dobrze wiem, jak bardzo zależy ci na sztuce. Wiem, że rysowanie sprawia ci mnóstwo przyjemności i wcale ci tego nie zabraniam. Ja po prostu chciałbym, żebyś zapewniła sobie jak najlepszy start do dalszej edukacji. Wobec tego, czy będziesz mogła spełnić moją prośbę? Poproś nauczycielkę o korepetycje, pani Verner wydała mi się miła, sądzę zatem, że się zgodzi.
- Jest pewien problem, bo od tego roku mamy mieć innego nauczyciela matematyki – burknęłam niezadowolona, ale przynajmniej już spokojniejsza. – Kto wie, co to będzie za babsztyl? Nie wiadomo więc, czy będę mogła mieć te korepetycje, ale dobrze... poproszę.
- Dziękuję. – Twarz ojca rozjaśnił uśmiech, co szybko odwzajemniłam. Westchnął. – Jesteś tak strasznie podobna do mamy. Im masz więcej lat, tym bardziej widzę ją w tobie.
Spuściłam wzrok. Zawsze byłam dumna z tego, gdy inni mówili mi, że jestem podobna do mamy, ale takie uwagi jednocześnie wprowadzały mnie w melancholię. Zobaczyłam, że ojciec przybrał smutną minę, wyciągnęłam więc rękę i położyłam ją na jego dłoni.
- Mnie też jej brakuje, tato – szepnęłam markotnie. – Ale mamy siebie, to jest najważniejsze.
- Tak. Mamy siebie – powtórzył ojciec, ściskając mocniej moją dłoń.
Gdy tylko skończyłam śniadanie, pomogłam tacie pozmywać i pobiegłam do swojego pokoju z torbą w ręce, by móc zrobić listę potrzebnych rzeczy do szkoły. Wyciągnęłam już kartkę i zdążyłam wypisać zaledwie jeden punkt, kiedy usłyszałam sygnał smsa. Wyjęłam telefon i w skrzynce odbiorczej zastałam wiadomość od Austina:
"Uciekasz przede mną."
Odrzuciłam od siebie telefon nerwowym ruchem i opadłam na łóżko. Sprawa z przyjacielem robiła się skomplikowana, skoro on już zauważył, że go unikam. Czemu to mnie zawsze dopadają takie problemy?
Wysunęłam lekko język i przygryzłam go zębami, skupiając się całkowicie na wyrwanej kartce z zeszytu. Ołówek delikatnie przesuwał się po jej powierzchni, a spod niego wychodziły kolejne elementy rysunku przedstawiającego odwróconego tyłem chłopaka, idącego drogą, która nie miała końca. Całość była już prawie gotowa, teraz tylko musiałam zadbać o szczegóły mające sprawić, by obrazek nabrał rzeczywistego wyglądu, mimo że nie miał kolorów. Dorysowywałam właśnie łagodne nierówności na ścieżce, którą szedł chłopak, kiedy mój telefon zabrzęczał po raz kolejny. Tym razem była to wiadomość od Alyssy.
"Gdzie jesteś?"
Zerknęłam na zegarek i uświadomiłam sobie, że już dziesięć po czternastej. Znowu się spóźniłam! Ostatnio zbyt często mi się to zdarzało, dlatego zerwałam się z łóżka i wcisnęłam do kieszeni dżinsów listę potrzebnych rzeczy, portfel i komórkę, po czym wybiegłam z domu jak strzała, zawoławszy jedynie do taty, dokąd się wybieram. Niemal biegiem pokonywałam drogę do umówionego miejsca, jednocześnie klnąc na siebie w myślach. Już z daleka widziałam zdenerwowaną Alyssę i znudzoną Lindsay, która opierała się o niewysoki murek okalający fontannę. Bawiła się telefonem i widząc jej minę, miałam nieprzyjemne odczucie, że nie chce tutaj być i najchętniej uciekłaby do domu. Potrząsnęłam gwałtownie głową, odpędzając tę myśl.
- Jesteś wreszcie! – zawołała Ally, nie zadając sobie trudu, aby należycie mnie powitać. – Możesz mi powiedzieć, gdzie się podziewałaś? Byłyśmy umówione dwadzieścia minut temu.
- Przepraszam... rysowałam – wydyszałam, zatrzymując się i przysiadając na murku. Prawą ręką trzymałam się za bok, próbując zwalczyć uporczywą kolkę.
Alyssa wywróciła oczami.
- Zobaczysz, kiedyś zostaniesz pożarta przez własne ołówki. Pamiętaj o moich słowach – zaznaczyła groźnie.
- Jasne, jasne – burknęłam, uspokoiwszy oddech. – Idziemy?
Od zawsze moją pasją było rysowanie. Tworzyłam głównie czarno-białe szkice, ale od czasu do czasu lubiłam sięgnąć ku innym barwom. Kiedy czekało mnie dłuższe wyjście z domu, nie rozstawałam się z kartką i ołówkiem. Ochota na narysowanie czegoś przychodziła mi czasem tak znienacka, że to uczucie potrafiło niemal zwalić mnie z nóg. Przenosiłam na papier wszystko: przyrodę, budynki, ale przede wszystkim ludzi. To oni wydawali mi się najbardziej interesującymi obiektami. Domy nie były w stanie wyrazić emocji, podobnie jak drzewa i kwiaty. Miałam także w zwyczaju wymyślać sobie różne postacie, inspirując się przy tym filmami z gatunku fantasy. Ponieważ ceniłam sobie dobrą literaturę, marzyłam o zostaniu ilustratorką książek. Gdyby właśnie taką pracę udało mu się znaleźć zaraz po studiach, byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Jedna godzina zajęć dodatkowych z plastyki nie mogła zapewnić mi odpowiedniego wykształcenia, szczególną nadzieję pokładałam więc w dalszej części edukacji.
Szkolne zakupy w bardzo szybkim tempie zmieniły się w coś zupełnie innego. Kiedy tylko udobruchałam jakoś Ally, zapewniając, że już zawsze będę przychodzić na czas, ta zaciągnęła mnie i Lindsay do pobliskiego butiku. Tam spędziłyśmy blisko godzinę, grzebiąc w stosach spodni i bluzek. Podczas gdy moje towarzyszki kłóciły się cicho o długi, niebieski sweter, ja nie byłam w stanie czerpać przyjemności z przeglądania nowych ciuchów. Wiedziałam, że wyszłam z domu po coś zupełnie innego i musiałam to załatwić. W przeciwnym wypadku nie znajdowałam spokoju, nie byłam w stanie przestać o tym myśleć. Kiedy niemal siłą wypchnęłam dziewczyny ze sklepu – obie były gotowe walczyć o wyżej wymieniony sweter, gdyż każda dowodziła, że zobaczyła go pierwsza – Lindie zaproponowała, by zajrzeć do obuwniczego po drugiej stronie ulicy. Powachlowała się teatralnie kilkoma banknotami, twierdząc, że oszczędności pozwolą jej w końcu na zakup nowych szpilek.
- Wiecie co – odezwałam się, kiedy Alyssa z entuzjazmem przystała na ten pomysł – wy sobie idźcie pooglądać buty, a ja przejdę się do papierniczego, zgoda? Wiecie, ile zawsze mam zabawy z wybieraniem zeszytów z różnymi okładkami, więc trochę mi to zajmie. Będziecie mogły dołączyć do mnie później.
Dziewczyny ledwie zwróciły na mnie uwagę. Rzuciwszy krótką odpowiedź przez ramię, szybkim krokiem oddaliły się w kierunku wystawy, która prezentowała świeżą, jesienną kolekcję obuwia. Zanim przeszły przez jednię, usłyszałam, jak rozprawiają o tym, jaka powinna być maksymalna wysokość obcasa. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Ja także lubiłam się ładnie ubrać, jednakże często stawiałam raczej na wygodę, a nie elegancję. Poza tym byłam człowiekiem, który nie umie odpowiednio zorganizować sobie czasu, dlatego zazwyczaj ubierałam się w pośpiechu. Nie zawsze wychodziło mi to na dobre.
Wchodząc do sklepu papierniczego, z uśmiechem przywitałam koszyki pełne różnorakich zeszytów. To była dla mnie jedyna frajda związana ze szkołą: kupowanie pomocy naukowych, które pachniały nowością. Obeszłam kilka razy pomieszczenie, kompletując stosik zeszytów; pod pachę wepchnęłam też sobie trzy duże bloki techniczne.
- No proszę, kogo my tu mamy...
Odwróciłam się w kierunku, z którego dochodził ten głos i bardzo szybko tego pożałowałam. Coś nieprzyjemnie przekręciło mi się w żołądku. Przede mną stał Austin, który, łagodnie mówiąc, nie wyglądał na zbyt szczęśliwego. Jego usta, które tak łatwo się uśmiechały, teraz wygięte były w brzydki grymas. Udawałam, że tego nie widzę. Wyszczerzyłam się jak jakaś idiotka.
- Cześć – rzuciłam swobodnym tonem, przynajmniej tak mi się wydawało. Jakby nigdy nic ruszyłam do kasy, żeby móc zapłacić za wszystkie zeszyty. Położyłam je na ladzie wraz z innymi rzeczami, czekając, aż sprzedawczyni poda łączną cenę. Miałam nadzieję, że powitanie wystarczy Austinowi, ale po raz kolejny okazało się, że nadzieja jest matką głupich. Chłopak, zupełnie jak gdyby był moim cieniem, ruszył za mną. Znowu się uśmiechnęłam. – Co słychać?
- Nie odpisałaś na mojego smsa – burknął brunet, gdy pakowałam sprawunki do reklamówki. Poczułam, że robi mi się gorąco i to uczucie wcale nie należało do tych miłych.
- Bo nie wiedziałam, co odpisać – odparłam szczerze, kierując się do wyjścia. Austin, kompletnie ignorując ekspedientkę, która uprzejmym tonem zapytała go, co podać, również wyszedł na ulicę. – Wiesz, to wszystko jest trochę skomplikowane, dlatego...
- Ach, tak. – Ironia kompletnie do niego nie pasowała. – Teraz znów wszystko jest skomplikowane. Mia, powiedz w końcu prawdę. Chcę ją wreszcie usłyszeć. Dość mam tego, jak się wykręcasz i sama plątasz w tym, co mówisz. Po prostu bądź ze mną szczera.
Spojrzałam prosto w piwne oczy nastolatka i westchnęłam głośno. Znajdowałam się na publicznym chodniku, którym, nawiasem mówiąc, przechodziło w tej chwili mnóstwo ludzi. Nie było to właściwe miejsce na takie rozmowy, ale wiedziałam, że nie zbędę Austina byle czym. Wzięłam się w garść, planując rozwiązać całą sprawę jak najszybciej.
– Nie zrozum mnie źle, ale ja naprawdę nie mogę dać ci tego, czego oczekujesz. Jeszcze tego nie zrozumiałeś? – przemawiałam łagodnym tonem, nie chcąc wywołać kłótni.
- Chwileczkę. O czym ty teraz mówisz? Przedwczoraj zachowałaś się zupełnie inaczej... - Chłopak wyglądał na wstrząśniętego. – Dlaczego kłamiesz? To, co wydarzyło się na ognisku, nic dla ciebie nie znaczyło? Widocznie się pomyliłem. Sądziłem, że skoro się całowaliśmy, to liczysz się ze mną i chcesz...
- Co?! Całowaliśmy się? – powtórzyłam, będąc w głębokim szoku. Ta informacja kompletnie wyprowadziła mnie z równowagi. – Według ciebie kiedy to miało miejsce?
- Już powiedziałem. Na ognisku – wyjaśnił spokojnie. – Było już grubo po pierwszej, ale ja byłem całkowicie rozbudzony, więc wszystko pamiętam. Przytuliłaś się do mnie, więc cię objąłem. Potem coś mruknęłaś, a następnie przyciągnęłaś mnie do siebie i pocałowałaś... Natychmiast to odwzajemniłem, nie mogłem inaczej... Cholera, Mia, byłem pewny, że to pierwszy krok! Że teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy byli razem! Nie zrobiłem niczego wbrew twojej woli. Wiem, że tego nienawidzisz.
Totalnie mnie zatkało. Próbowałam sobie przypomnieć szczegóły ogniska, ale niewiele z niego pamiętałam, a już zwłaszcza w pamięci nie utkwił mi moment, w którym rzekomo całowałam się z Austinem. Potrzebowałam chwili, żeby móc zebrać myśli.
- Ja... słuchaj, sporo wtedy wypiłam. Nie pamiętam niczego, nie kontrolowałam się i nie wiedziałam, co robię. Musisz o tym zapomnieć – powiedziałam stanowczo. Zauważyłam, że po moich słowach na twarzy bruneta występują czerwone plamy. – Zrozum, że... Och, nie będę owijać w bawełnę. Nie będziemy razem. Mogę ci jedynie zaproponować dalszą przyjaźń, z mojej strony nie powinieneś liczyć na nic więcej. Przykro mi, że zakochałeś się właśnie we mnie.
Odwróciłam się i już miałam odejść w kierunku sklepu, w którym powinny się znajdować Alyssa i Lindsay, kiedy poczułam silny uścisk na swoim nadgarstku. Czerwony na twarzy Austin obrócił mnie ku sobie, a potem niespodziewanie wpił się w moje usta. Z wrażenia wypuściłam z dłoni torbę z nowymi zeszytami; przez parę sekund pozwalałam na to, by chłopak mnie całował, kiedy jednak doszłam do siebie, odepchnęłam go. W moim wnętrzu zapaliło się ognisko wściekłości. Choć byłam pewna, że wyraziłam się jasno, Austin najwyraźniej nie zamierzał odpuścić. Zmarszczyłam brwi, starając się nie pokazać, że moja cierpliwość została wyczerpana.
- Nie chcę z tobą być! – zawołałam głośno, zwracając na siebie uwagę kilku przechodniów. Piwnooki skrzywił się; wiedziałam, że zadaję mu ból, ale skoro łagodny ton i przyjazny uśmiech nie pomogły, musiałam zadziałać inaczej. – Na ostatniej imprezie zagalopowałam się, za to cię przepraszam. Ale nie potrafię zmienić moich uczuć do ciebie. Jesteś dla mnie niemal jak brat. Na ognisku może nie zrobiłeś nic, czemu bym się przeciwstawiała, ale to, co zaszło przed chwilą, stanowczo mi się nie podobało. Proszę, abyś więcej mnie nie całował i zostawił mnie w końcu w spokoju. Jest tyle ładnych dziewczyn, a ty uparłeś się akurat na mnie!
- Ja także nie umiem zmienić swoich uczuć! – krzyknął z wyrzutem Austin.
- Wiem. A wielka szkoda.
Sięgnęłam po porzuconą na chodniku reklamówkę i odeszłam szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie. Spodziewałam się, że chłopak za mną zawoła, jednakże nic takiego do moich uszu nie doszło, co przyjęłam z niemałą ulgą. Policzki paliły mnie, a na ustach wciąż czułam natarczywe pocałunki swojego przyjaciela. To wszystko nie tak, pomyślałam z dezaprobatą. Nigdy nie chciałam skrzywdzić Austina. Prawdę powiedziawszy, ogólnie nie przepadałam za ranieniem swoich najbliższych. Jednakże nie pierwszy raz przekonałam się, że kiedy na drogę dwojga ludzi wkraczają uczucia, życie nagle staje się skomplikowane. Żałowałam, że akurat mnie to się przytrafiło.
Ze sklepu obuwniczego wynurzyły się Lindsay i Ally, dyskutujące o czymś zawzięcie.
- Trzeba było wziąć te ze złotą sprzączką, były idealne dla ciebie.
- Widziałaś w ogóle cenę? Była koszmarna! Za tyle pieniędzy mogę sobie kupić kilka bluzek, które będą o wiele bardziej praktyczne. Owszem, te buty były piękne, ale jak to mówią, tego i owego trzeba sobie w życiu odmówić. – Alyssa przybrała tak poważny ton, że ciężko było uwierzyć, iż rozmawia o ciuchach. Niestety, kiedy przychodziła właściwa pora, moja przyjaciółka zamieniała się w zakupowego potwora. Nawet gdy wracałyśmy do domu po kilku godzinach spędzonych w galerii handlowej, czarnowłosa potrafiła jeszcze przez długi czas rozprawiać o tym, jakie były promocje. Zbliżyłam się do obu dziewczyn i pomachałam im triumfalnie przed nosem torbą z nowymi zeszytami.
- Najważniejsza sprawa załatwiona – oznajmiłam z dumą.
- Kupiłaś wszystko? – zdziwiła się Alyssa, wyrywając się z marzeń o nowych butach. Zanim jednak zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zauważyłam, że przyjaciółka mruży swoje niebieskie oczy. Jedna z jej brwi powędrowała gwałtownie do góry. Znałam tę minę. Właśnie prześwietlała mnie na wylot. – Wyglądasz, jakby coś cię wkurzyło – oświadczyła.
- Bo wkurzyło. – Opowiedziałam przyjaciółkom krótkie, aczkolwiek niezbyt przyjemne spotkanie z Austinem. Wyrzucałam z siebie słowa jak karabin maszynowy, byłam więc pełna podziwu, że dziewczyny w ogóle mnie rozumieją. Początkowo obie uśmiechały się cwaniacko; zapewne kibicowały w duchu Austinowi, chcąc, by mnie do siebie przekonał. Kiedy jednak powtórzyłam słowo w słowo to, co powiedziałam chłopakowi, gwałtownie zmarkotniały.
- Nasza paczka nie ma szans przetrwać – jęknęła Lindsay żałośnie. – Rozdzielimy się. Austin będzie chciał wyleczyć złamane serce, więc żeby nie narażać się na widok Mii, zacznie unikać nas wszystkich. Szóstka przestanie istnieć...
Nie podobało mi się, że mówiła o mnie tak, jak gdyby nie było mnie tuż obok.
- Lin, czy naprawdę tylko to cię w tej chwili interesuje? – mruknęła z naganą Alyssa. – To nie jest koniec świata. Ten mały kryzys nie musi oznaczać, że Austin przestanie się z nami przyjaźnić. Wyolbrzymiasz nie te problemy, na których trzeba się skupić. Mia jest w złym humorze, trzeba poprawić jej samopoczucie. – Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, widząc wymalowaną na mojej twarzy wdzięczność. – Powiedziałaś Austinowi to, na co zasługiwał, czyli prawdę. Postąpiłaś słusznie. Jasne, chciałam, żeby między wami zaiskrzyło, ale niczego nie można chcieć na siłę. Teraz po prostu poczekaj, aż Austin wszystko sobie przemyśli. Złość szybko mu przejdzie, zobaczysz.
Czarnowłosa złapała mnie za rękę i pociągnęła. Lindsay dreptała zaraz za nami, mamrocząc coś pod nosem. Cieszyłam się, że miałam wsparcie w przyjaciółce. Ale czy wszystko będzie takie łatwe, jakie wydawało się w jej oczach?
* * *
Nic nie wskazywało na to, że Austin zamierza prędko mi wybaczyć. O dziewiętnastej stawiłam się przy jednej z wielu ławek, które były ustawione na rynku; to miejsce było częstym miejscem spotkań mojej paczki. Tak było i tym razem. Zamierzaliśmy wspólnie spędzić ostatni wakacyjny wieczór. Przyszli wszyscy. Z wyjątkiem mojego zranionego przyjaciela. Dylan, który od swojej dziewczyny dowiedział się o tym, co zaszło, poinformował mnie, że Austin kategorycznie odmówił przyjścia i zaszył się w niewielkim skateparku, gdzie uwielbiał spędzać czas, jeżdżąc na swojej deskorolce. Wahałam się, czy do niego pójść i jeszcze raz z nim porozmawiać, jednak cała czwórka była temu stanowczo przeciwna.
- On po prostu musi się z tym pogodzić. A wiesz, jaki jest: cierpi w samotności i lepiej mu wtedy nie przeszkadzać – powiedział mi spokojnie Conner, klepiąc mnie lekko po ramieniu, a drugą ręką obejmując Lindsay. – Daj chłopakowi czas, na pewno niedługo do nas powróci, na nowo tryskając energią i z pewnością przeprosi cię za swoje zachowanie. Musisz tylko być cierpliwa.
Ale tak się składało, że jego zapewnienia w ogóle mnie nie uspokoiły. Zaczęły mną targać wyrzuty sumienia. Nie, nie z powodu treści moich słów. Prędzej czy później Austin musiałby usłyszeć prawdę powiedzianą wprost. Po głębszym zastanowieniu uznałam jednak, że mogłam go potraktować znacznie łagodniej i właśnie ta myśl nie dawała mi spokoju.
- Jutro szkoła – odezwała się po długim milczeniu Alyssa, przerywając moje wewnętrzne tortury. Nikt nie skomentował jej słów; każdy tylko kiwnął głową z ponurą miną. Ja nie wiedziałam, co myśleć. Miałam przeczucie, że ten rok szkolny będzie zupełnie inny od poprzedniego. Nie miałam pojęcia, czego mogę się spodziewać, jednego byłam pewna: czekają mnie zmiany.
*
Z ociąganiem wciągnęłam na siebie czarną, elegancką spódnicę o prostym kroju. Następnie sięgnęłam po jasną bluzkę zapinaną na guziki. Kiedy wygładzałam poszczególne części mojego stroju, odruchowo przeglądałam się w lustrze. Wyglądałam poważnie, a jednocześnie niezbyt sztywno. Dzisiejszy dzień, choć tak przeze mnie znienawidzony, zasługiwał na porządny ubiór. Wrzesień to taki piękny miesiąc, dlaczego wizja powrotu do szkoły musiała kompletnie niszczyć jego urok?
Zeszłam po schodach na dół, postukując obcasami lśniących, czarnych czółenek, na których zakup skusiłam się w zeszłym tygodniu. Postanowiłam przed wyjściem napić się soku pomarańczowego, dodającego mi zwykle energii. Kuchnię zastałam kompletnie pustą; ojciec niedawno pojechał do pracy, życząc mi miłego dnia. Było to raczej niemożliwe, ale doceniałam troskę taty.
Sprawdziłam godzinę i uznałam, że powinnam już wychodzić z domu. Chwyciłam torebkę i już po chwili znalazłam się przed domem. Chciałam skierować się prosto na przystanek autobusowy, lecz w tym samym momencie obok zatrzymał się granatowy samochód. Był to sąsiad, proponujący, że podrzuci mnie do szkoły, gdyż jedzie w tę samą stronę. Dzięki niemu po kilku minutach zmierzałam już w kierunku znajomego, otynkowanego na jasnoszary kolor budynku. Mnóstwo okien, tabliczka z napisem "Cliverwood High School" i przestrzeń wypełniona nastolatkami. Wbrew pozorom moja szkoła była bardzo rozbudowana. Wiele klas, ogromna stołówka, całkiem przyzwoite łazienki i świetnie wyposażona sala komputerowa oraz biblioteka. Każdy, kto zapisywał się tutaj jako uczeń, mógł wybrać grupę, do której chce uczęszczać. Ja, razem z Alyssą i Connerem, chodziliśmy do klasy o profilu humanistycznym. Dylan i Austin wybrali grupę, gdzie był szczególny nacisk na wychowanie fizyczne: obaj kochali sport. Lindsay, jako jedyna, postanowiła skupić się na nauce przedmiotów ścisłych; było to ukierunkowane głównie tym, iż marzyła, że kiedyś dostanie weterynarzem. W gruncie rzeczy więc moje liceum nie było takie złe. Przeszłam przez czarną, kutą bramę, która stała otworem, zapraszając do wejścia i postanowiłam wkroczyć w kolejny rok nauki.
Na moje nieszczęście tuż przy drzwiach napotkałam Austina rozmawiającego z Jeffem, kolegą ze swojej klasy; na widok przyjaciela spuściłam wzrok, wiedziałam jednak, że na mnie patrzy i było to spojrzenie pełne wyrzutu. Skruszona ominęłam ich bez słowa i weszłam do szkoły.
- Mia! Cześć! – Zanim zdążyłam się pogrążyć w ponurych rozmyślaniach, które polegałyby głównie na zastanawianiu się, w jaki sposób mogę udobruchać Austina, moją uwagę przyciągnęły koleżanki z klasy. Machały do mnie jak szalone, szczerząc się od ucha do ucha. Była już z nimi Alyssa. Podbiegłam do grupki i należycie wyściskałam każdą dziewczynę, która nawinęła mi się pod rękę.
- Boże, mieszkamy w jednym mieście, a w ogóle się nie widujemy – zauważyła Melanie, kiedy ją przytuliłam. – Musimy zorganizować w weekend jakieś spotkanie i nadrobić zaległości!
- Hej, Mia, czy to prawda, że chodzisz z Austinem? – wtrąciła się Pauline, kiedy entuzjastycznie zareagowałam na propozycję Mel. Wytrzeszczyłam oczy.
- Kto ci coś takiego powiedział? – zdenerwowałam się, jednocześnie czując rękę Alyssy na swoim ramieniu; zawsze musiała mnie uspokajać, bo gdy tylko dowiadywałam się o wyssanych z palca plotkach na mój temat, popadałam w niemałą złość.
- No wiesz... cała szkoła o tym huczy. – Koleżanka spojrzała na mnie ze zdziwieniem. – Po prostu słyszałam, jak o tym rozmawiają inni ludzie, to wszystko. Trochę mi się to wydało dziwne, bo jakoś niespecjalnie wyglądacie z Austinem na parę, ale...
- I nie jesteśmy parą – przerwałam jej sucho. – Nie mam zielonego pojęcia, kto wymyślił coś tak durnego. Możesz być jednak pewna, że mnie i Austina nie łączy nic więcej, poza przyjaźnią, jak zresztą od dobrych kilku lat.
- Okej, nie denerwuj się, w końcu to nie ja rozpuściłam tę plotkę – odparła Pauline, podnosząc ręce w obronnym geście. Z chęcią dowiedziałabym się, komu jeszcze Austin opowiadał o naszym niefortunnym pocałunku, przyczyniając się do tego, że byłam teraz na ustach wielu ludzi, postanowiłam jednak dać temu spokój.
Zdążyłyśmy z dziewczynami zamienić zaledwie parę słów o minionych wakacjach, kiedy rozległ się głos dyrektorki, zapraszającej nas do auli, gdzie miała odbyć się akademia rozpoczynająca nowy rok szkolny. Wszyscy zaczęli zajmować swoje miejsca: usiadłam w gronie koleżanek, w rzędzie za nami usadowili się Dylan, Conner i Austin. Ten ostatni zerknął na mnie z pogardą, po czym usiadł na krześle zaraz za mną. Czułam jego spojrzenie na swoich plecach i było mi z tym niezręcznie, dlatego szybko zajęłam się rozmową z Lindsay, byleby tylko trochę się rozluźnić.
Na początku dwie dziewczyny z ostatniej klasy zaśpiewały piosenkę, później jakiś wysoki chłopak, znany mi jedynie z widzenia, wygłosił mowę, w której wyraził radość z powrotu do szkoły (prawdę mówiąc, nie brzmiał zbyt przekonująco i żaden nie byłby w stanie się na to nabrać). Potem głos zabrała dyrektorka, która uśmiechając się do nas pogodnie, stanęła przed mikrofonem i odchrząknęła.
- Drodzy uczniowie! – zawołała, a oczy jej rozbłysły; była naprawdę wspaniałą kobietą, można z nią było dogadać się o niebo lepiej niż z innymi nauczycielami. – Tak mi miło was znowu widzieć. Mam nadzieję, że wypoczęliście w ciągu tych wolnych tygodni, bo przed nami kolejny pracowity rok. Ale wiem, że dacie sobie radę!
Zauważyłam, że kilkoro uczniów wymienia ze sobą spojrzenia pełne niedowierzania. Cóż, nie mogłam im się dziwić.
- Pierwszą sprawą, która zasługuje na uwagę – kontynuowała dyrektorka – to przedstawienie wszystkim nowego nauczyciela matematyki. Zapraszam na środek Roberta Daryla, który od dzisiaj poszerzy nasze grono pedagogiczne.
Z tłumu wyłonił się mężczyzna, na którego widok mimowolnie rozdziawiłam usta.
Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Gapiłam się z otwartą buzią, podczas gdy nowy nauczyciel stanął obok dyrektorki i zaprezentował olśniewający uśmiech. Nie tylko ja zareagowałam w ten sposób; z podnieconych szeptów oraz zduszonych okrzyków wywnioskowałam, że większość uczennic jest zachwycona wyglądem matematyka. Nie mogłam się temu dziwić. Wyglądał wyjątkowo młodo jak na belfra. Nie spodziewałam się w tej roli faceta, aczkolwiek gdybym miała wyobrazić sobie osobę płci męskiej na jego stanowisko, przed oczami mimowolnie stanąłby mi jakiś podstarzały gość. W tym wypadku było jednak inaczej. Mężczyzna był bardzo wysoki i szczupły, aczkolwiek podejrzewałam, że pod garniturem kryje się dobrze umięśnione ciało. Sprężystość jego kroku przyciągała uwagę. Włosy gęste i ciemne, niemal czarne; rysy twarzy mogłyby mu zapewnić stabilną karierę w świecie show biznesu. Wcale nie przesadzałam. Robert Daryl był po prostu cholernie przystojny. Nie zwracając uwagi na ludzi siedzących wokół mnie, wbiłam w niego natarczywy wzrok.
- Jest mi niezmiernie miło, że od dziś będę was uczył w tej szkole. – Głos również miał ładny. Pociągający, głęboki. – Kiedyś sam byłem uczniem, a choć teraz stoję po drugiej stronie biurka, postaram się, aby nasza współpraca mogła być owocna. Dziękuję za ciepłe przyjęcie.
Rozległy się oklaski. Pan Daryl uśmiechnął się po raz kolejny, a następnie wmieszał się między pozostałych nauczycieli. Choć dyrektorka wznowiła swoją przemowę, nie miałam pojęcia, o czym mówi. Przyglądałam się matematykowi, który wymieniał właśnie uścisk dłoni z profesorem, który nauczał nas języka angielskiego. Zamknęłam pospiesznie wciąż otwarte usta, nie chcąc wyjść na idiotkę.
- A ja myślałam, że będzie nas uczyć jakaś stara jędza! – szepnęła do mnie Alyssa; również przyglądała się nowemu nauczycielowi. – Ten cały Daryl sprawia wrażenie faceta o dobrym usposobieniu. Mam tylko nadzieję, że potrafi tłumaczyć, bo nie da się ukryć, że jest całkiem niezły, jeśli chodzi o wygląd.
- Niezły? – powtórzyłam ze zgrozą i spojrzałam na nią z niedowierzaniem. – Okej, Ally, nie wiem, gdzie podziałaś oczy, ale ja na przykład widzę w tej chwili uosobienie męskiego ideału.
Przyjaciółka uniosła brwi.
- Nie przesadzaj. Jest przystojny, ale nic poza tym. Zresztą, to przecież nauczyciel. Siłą rzeczy jest wpisany w kategorię "nie do zdobycia", która graniczy także z grupą o tytule "nie należy nawet próbować". Matematyk pozostanie matematykiem, a więc nauczycielem znienawidzonego przeze mnie przedmiotu. Już samo to sprawi, że nie będę w stanie polubić go całkowicie.
Słowa Alyssy kompletnie do mnie nie docierały. To, co mówiła, wpuszczałam jednym uchem, a wypuszczałam drugim. Byłam tak zapatrzona w Roberta, że mój świat na kilka minut skurczył się tylko i wyłącznie do jego osoby. Dopiero kiedy Lindsay szturchnęła mnie mocno łokciem, zorientowałam się, iż wystąpienie dyrektorki dobiegło końca, a uczniowie rozchodzą się do swoich klas, by tam otrzymać nowe plany lekcji. Ruszyłam razem z innymi do wyjścia z auli, aczkolwiek w ostatniej chwili obejrzałam się przez ramię; profesor Daryl był właśnie pochłonięty rozmową z Veronicą Weckler, nauczycielką wfu. Mężczyzna gestykulował żywo, natomiast jego towarzyszka kiwała głową, uśmiechała się przymilnie, a nawet śmiała przelotnie dotknąć jego ramienia. Ten widok nie przypadł mi do gustu. Wuefistka miała zaledwie trzydzieści dwa lata. Część męskiego grona w tej szkole skrycie się w niej podkochiwała: zadbane, brązowe włosy, wysportowane ciało. Taka kobieta mogła zawrócić w głowie, nie mogłam więc dziwić się Darylowi, który był w nią kompletnie zapatrzony. Dyrektorce zapewne nie spodobałby się romans w jej gronie pedagogicznym. Na samą myśl o związku nowego nauczyciela z niezbyt lubianą przeze mnie wuefistką poczułam złość. Czemu musiałam być szczupłą, średniego wzrostu blondynką, która ledwo opanowała grę w siatkówkę? Nie miałam szans podobać się Robertowi. Nawet karnacja, pozwalająca mi na swobodne przebywanie na słońcu czy oczy, które – jak często mówiła mi Alyssa – przypominały orzechy laskowe, nie były wystarczającymi atutami. Pogrążałam się w tych nieprzyjemnych rozmyślaniach aż do momentu, w którym wraz z czarnowłosą zajęłyśmy swoje zwykłe miejsce w macierzystej klasie. Dopiero wtedy otrzeźwiałam. Nie mogłam przecież podrywać nauczyciela. Skąd mi to w ogóle przyszło do głowy?! Zganiłam się w duchu za swoje płytkie myślenie. Uroda matematyka oczarowała mnie, ale przecież to nie oznaczało, że facet jest w porządku. Może był skończonym chamem, który sprawi, że moje oceny z matematyki raptownie się pogorszą (jak gdyby do tej pory przedstawiały się znakomicie). Poza tym, jak wspomniała już Ally, był to osobnik nieodpowiedni dla mnie. Nawet moja wyobraźnia bała się sięgać ku wizjom nas dwojga.
Przez otwarte drzwi zobaczyłam Austina przechodzącego tuż obok wraz z grupą swoich kolegów. Na jego widok po raz kolejny zalała mnie fala wyrzutów sumienia. Miałam olbrzymią ochotę pobiec za nim i, jeśli będzie taka potrzeba, porządnie mu przyłożyć, żeby wreszcie zrozumiał, jak źle czuję się z tą całą sytuacją między nami. Wiedziałam jednak, że Alyssa zatrzymałaby mnie, zanim zdążyłabym wykonać choć jeden krok. Ona mogła sobie czekać, aż mój przyjaciel przestanie wreszcie się boczyć. Mnie to wszystko doprowadzało do szału.
Wychowawczyni zaserwowała nam standardowe przemówienie, wyrażając nadzieję, że należycie wypoczęliśmy w wakacje i jesteśmy pełni energii, jeżeli chodzi o naukę. Postanowiłam nie skomentować jej słów, chociaż buczące odgłosy wydawane przez chłopaków mówiły same za siebie. Wkrótce w rękach wszystkich znalazły się nowe plany zajęć; niecierpliwie przebiegłam wzrokiem po wtorkowej kolumnie. Mój wzrok niemal natychmiast padł na słowo "matematyka", które zapisano przy trzeciej godzinie. Nie mogłam powstrzymać iskierki radości. Już jutro mogłam się przekonać, kim naprawdę jest Robert Daryl. Ta wizja napawała mnie ekscytacją, ale jednocześnie usiłowałam stłumić w sobie to uczucie. Zapędzałam się stanowczo za daleko.
- Rusz się – mruknęła do mnie Alyssa i dopiero teraz zauważyłam, że niemal wszyscy opuścili już klasę. Złapałam za swoją niedużą torebkę, dyskretnie pukając się w czoło. Zachowywałam się dzisiaj jak przybysz z innej planety. Musiałam się w końcu obudzić. Ignorując pytające spojrzenia przyjaciółki, rozpoczęłam długi monolog, nieco zbyt przekonująco skarżąc się na plan lekcji i zamartwiając się, czy aby na pewno w tym roku uda mi się zdać klasę z dobrymi ocenami. Ponieważ temat był aktualny, przyjaciółka szybko włączyła się do prowadzonej przeze mnie dyskusji. Dzięki temu uniknęłam jej "małego dochodzenia", jak zwykłam nazywać araki dociekliwości, które miewała średnio kilka razy w tygodniu. Byłyśmy w połowie szkolnego korytarza, kiedy z rozmowy wyrwało mnie wołanie:
- Mia! Poczekaj chwilę!
Odwróciłam się; ku mojemu zdumieniu zobaczyłam Austina, który szedł w moim kierunku szybkim krokiem. Ally rzuciła mi znaczące spojrzenie, mrucząc, że poczeka na mnie przed szkołą i ulotniła się w ekstremalnym tempie. Zacisnęłam palce na torebce, przyglądając się chłopakowi, który stanął właśnie przede mną. Odświętne ubranie w zabawny sposób kontrastowało z jego chłopięcą twarzą. Ciemnobrązowe włosy, które nieco się kręciły, dodatkowo potęgowały zdziwienie, że Austin skończył już siedemnaście lat, chociaż wcale na to nie wyglądał. Delikatne loczki upodobniały go nieco do amorka, choć na tym kończyły się wspólne cechy.
- Dlaczego jesteś taka uparta? – zaatakował mnie, powodując, że przerwałam rozczulanie się nad jego wyglądem. Zmarszczyłam brwi. – Myślałem, że sen uzmysłowi ci, co tak naprawdę się stało, ale jak widać jedna noc to za mało. Nawet się do mnie nie odezwałaś. – Wyrzuty, które czynił mi chłopak, nie podobały mi się, postanowiłam jednak poczekać, aż usłyszę od przyjaciela wszystko, co ma mi do powiedzenia. – Na szczęście ja rozmyślałem za nas dwoje. Doszedłem do bardzo ważnego wniosku. Ty po prostu boisz się ze mną być. Wiesz, jak bardzo związki są skomplikowane, a ponieważ parę razy ci się nie udało, brak wiary w powodzenie jest w tobie zakorzeniony. Obawiasz się tego, że możemy wkrótce się rozstać, a wówczas nasza paczka przestałaby oficjalnie istnieć, bo uczucie niszczy wszelką przyjaźń. Mia, dlaczego nie chcesz chociaż spróbować? Nie zamierzam się z tobą kłócić, chcę po prostu przestać być dla ciebie zwykłym kolegą. Wcześniej nie powodziło ci się z chłopakami, ale czy to oznacza, że z nami będzie tak samo?
Gapiłam się na niego z rozdziawioną buzią. O czym on, do cholery, mówił? Byłam przekonana, że kiedy szatyn da mi odczuć na własnej skórze całą złość i ból, których stałam się powodem, mimo wszystko się pogodzimy. Czekałam na deklarację, że jakoś poradzi sobie z uczuciem do mnie, a ja nie muszę się obawiać, iż łamię mu serce. Tymczasem on zabawił się w psychologa, podejmując próbę wdarcia się do mojej głowy i odczytania moich myśli. Co mu przyszło do głowy?
- Austin, nie bądź zły, ale ty chyba powinieneś sobie odpuścić myślenie na jakiś czas – oświadczyłam zirytowana. Chłopak wyglądał na zdziwionego moją reakcją; może oczekiwał, że się rozpłaczę, kiedy uświadomię sobie, że nikt nie rozumie mnie tak jak on. Może też wyobrażał sobie, że rzucę mu się w ramiona. Nie zamierzałam spełnić jego fantazji. – Kompletnie nie wiesz, o co mi chodzi. Na dodatek masz w nosie to, co ktoś do ciebie mówi. Nie wiem, może przemówiłam wczoraj do ciebie w innym języku, co? Ja po prostu nie chcę z tobą być. Bardzo cię lubię, dobrze czuję się w twoim towarzystwie, ale nie zmienię tego, że traktuję cię niemal jak brata – dodałam znacznie łagodniej.
- Ale przecież wczoraj...
- Wczoraj powiedziałam dokładnie to samo, po prostu nie chciałeś mnie słuchać. Nie, nie zmieniłam zdania przez noc i prawdę powiedziawszy nie wierzę, że zdołam je zmienić kiedykolwiek. Nie potrafię stworzyć z tobą związku, niech to wreszcie do ciebie dotrze! – zawołałam, wkładając w swoje słowa wiele mocy. Spojrzałam Austinowi prosto w oczy, żeby wiedział, iż nie kłamię. Patrzyłam, jak zdziwienie w jego piwnych tęczówkach ustępuje, robiąc miejsce wściekłości i cierpieniu, które zabolało także mnie. Siedemnastolatek niepewnie przeczesał swoje gęste włosy palcami, a następnie opuścił luźno ręce wzdłuż ciała, garbiąc sylwetkę. Mówiąc krótko: poddał się.
- Masz rację. Muszę dać sobie z tobą spokój. Raz na zawsze – mruknął Austin. Odwrócił się na pięcie i odszedł, a jego kroki roznosiły się echem po pustym korytarzu. Odprowadziłam go zdziwionym wzrokiem. Przez dłuższą chwilę stałam w jednym miejscu, zmrożona chłodem ostatnich słów swojego przyjaciela. Nie tylko jego wygląd przywodził na myśl małego chłopca. Zachowanie także miał czasami infantylne. Rozumiałam, że ciężko było mu się pogodzić z przegraną, ale dlaczego, u licha, tak się uparł, by wkładać w moje serce uczucie, które nigdy nie zakiełkowało? Byłam osobą wrażliwą, czasami aż za bardzo i wiedziałam, że jeśli przez tak długi czas nigdy nie spojrzałam na Austina jako potencjalnego kandydata, nie zmienię już swojego poglądu. Dla niego jednak nie było to tak oczywiste.
Przypomniałam sobie o czekającej na mnie na zewnątrz Alyssie. Oderwałam się więc od miejsca, w którym stałam przez pewien czas i żwawym krokiem skierowałam się do wyjścia. W tym samym momencie jedne z wielu drzwi otworzyły się, a ja dosłownie zderzyłam się z wychodzącą na korytarz osobą.
- Przepraszam... - mruknęłam pod nosem zmieszana. Uświadomiłam sobie, że stoję tuż przy pokoju nauczycielskim. Podniosłam wzrok wyżej, a w następnej chwili poczułam, jak na moje policzki występuje fala gorąca. Patrzyłam na Roberta Daryla, przeklinając się w duchu za to, że musiałam wpaść akurat na niego. Uśmiech, który mi zaserwował, był wprost rozbrajający. Obawiałam się tylko, że zmiękną mi kolana, po czym upadnę, robiąc z siebie kompletną debilkę. Niemal natychmiast moją uwagę zwróciły oczy mężczyzny. Miały piękny, lodowaty odcień niebieskiego.
- To ja przepraszam, nie pomyślałem, że ktoś będzie akurat przechodził – rzekł beztrosko profesor, najwyraźniej nie zamierzając komentować mojej oszołomionej miny. Kiedy go tak bacznie obserwowałam, dostrzegłam, że obrzucił mnie uważnym spojrzeniem od stóp do głów. Nieco mnie to speszyło. – Jak na tak nieduże miasto, do Cliverwood High School uczęszcza całkiem sporo uczniów. Nie mam pojęcia, kiedy nauczę się rozpoznawać wszystkie twarze.
- Na pewno sobie pan poradzi – zapewniłam go. Chwilę potem musiałam ugryźć się w język, ponieważ miałam olbrzymią ochotę dodać: "zapewne jest pan dobry we wszystkim". To zabrzmiałoby stanowczo nie na miejscu. Ale nie na miejscu było także jego przyglądanie się mojej osobie. Owszem, mile łechtało to moją próżność, ale jednocześnie czułam się strasznie skrępowana.
- Zaraz... Czy ty nie jesteś laureatką czerwcowego konkursu artystycznego? – zapytał z ciekawością profesor Daryl. Wszystko stało się jasne. Trzy miesiące temu wraz ze swoimi rysunkami zajęłam drugie miejsce w konkursie, w którym wzięło udział wiele ludzi, biegłych w różnych dziedzinach: malarstwie, muzyce czy nawet aktorstwie. Zdjęcia osób, które zajęły trzy pierwsze miejsca, ukazały się w gazecie "Around the Cliverwood". Pierwszy raz zdarzyło się, by ktoś zapamiętał moją twarz z tego czerwcowego artykułu, ale i tak poczułam ogromne rozczarowanie. Zainteresował się mną tylko dlatego, że czytał gazety i przypadkowo natknął się na moje zdjęcie.
- Interesuje się pan sztuką? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Średnio, ale już od początku tego roku przymierzałem się do kandydatury na stanowisko nauczyciela w tej szkole, więc zwracałem uwagę na każde nowinki dotyczące tego miejsca – wyjaśnił spokojnie pan Daryl.
Zanim zdążyłam się powstrzymać, wypaliłam:
- To chyba pana pierwsza praca, prawda? Jest pan bardzo młody.
- Już nie przesadzaj. Wcale nie jestem taki młody, za miesiąc stuknie mi trzydziestka – odparł rozbawiony, nie uznając, że moje pytanie jest niewłaściwie. Poczułam do niego przypływ sympatii. – Przez dwa lata pracowałem w szkole w Londynie, ale to nie była dla mnie odpowiednia praca. Za duże liceum, zbyt wiele obowiązków. Szukałem czegoś mniejszego, spokojniejszego, gdzie będę mógł zapuścić korzenie. Cliverwood okazało się idealne. Zabawię tutaj na dłużej. A w każdym razie dam wam nieźle popalić, jeżeli chodzi o matematykę. – Pogroził palcem i roześmiał się. Czułam się coraz bardziej oczarowana jego osobą. Podobała mi się swoboda, z jaką do mnie podchodził. Jeszcze z żadnym nauczycielem nie złapałam tak dobrego kontaktu. Najwyraźniej nie miał nic przeciwko luźnej wymianie zdań z uczennicą.
- Sprawia pan dobre wrażenie. Myślę więc, że w tym roku czegoś się nauczę. Jest prawdziwym tępakiem, jeśli chodzi o pana przedmiot – wyznałam, postanawiając już na samym początku nie ukrywać swojej słabości. I tak już wkrótce miał sam zmierzyć się z moja matematyczną głupotą.
- Nawet tępak ma prawo mieć szansę, by czegoś się nauczyć. Ja mogę obiecać, że nie zaniedbam żadnego ucznia, bardzo mi zależy, aby wyniki były zadowalające. Tak więc, panno...
- Lennox, proszę pana – wtrąciłam pospiesznie, na co nauczyciel znowu się uśmiechnął.
- Dołożę wszelkich starań, panno Lennox, aby twoje umiejętności wzrosły, a oceny stały się lepsze. Mam nadzieję, że efekty będą widoczne już po kilku lekcjach ze mną. A tymczasem życzę miłego dnia. – Kolejny zniewalający uśmiech. Matematyk skinął głową w moim kierunku i odszedł, wchodząc do gabinetu dyrektorki. Widocznie musiał z nią uzgodnić kilka spraw dotyczących swojej nowej pracy.
Nieco nieprzytomnie zaczęłam powłóczyć nogami, nie wiedząc właściwie, dokąd idę. Wciąż byłam zadziwiona łatwością, z jaką rozmawiało mi się z tym nauczycielem. Było niemal tak, jak gdybym miała przed sobą Dylana bądź Connera. Albo Austina... Na myśl o tym ostatnim zalała mnie fala złości. Nie miałam jednak czasu, by przygotować sobie kilka określeń jego osoby, gdyż pomyślałam o swojej przyjaciółce, która zapewne była już mocno zniecierpliwiona. Ruszyłam szybko ku wyjściu ze szkoły. Idąc w kierunku brunetki zastanawiałam się nad tym, jak długo Austin zamierzał teraz się do mnie nie odzywać. Wreszcie zrozumiał, że nic do niego nie czuję, o czym świadczyła postawa człowieka przegranego, jaką mi zaprezentował, ale był też zdecydowanie wściekły. Ciekawe, to tak jak ja. Nie należałam do ludzi cierpliwych, ale postanowiłam dać mu trochę czasu. Jeśli uparcie przestanie zwracać na mnie uwagę, to przysięgam, że użyję siły. Zraniłam go, ale wolałam skrzywdzić go mówieniem prawdy niż oszukiwaniem.
- I jak, pogodziliście się? – zapytała Alyssa, przyglądając mi się uważnie. – Sądząc po twojej zdenerwowanej minie, to chyba nie mam co liczyć na relację z przyjacielskiego pojednania.
- Bo żadnego pojednania nie było – warknęłam rozeźlona. – To była raczej krótka wymiana zdań. Dotarło do niego, że nie odwzajemniam jego uczuć. Wiem, brzmi świetnie, ale w praktyce nie przedstawia się najlepiej. Teraz jest na mnie śmiertelnie obrażony.
- Skoro to była krótka wymiana zdań, co ty tam tak długo robiłaś? – zdziwiła się przyjaciółka, kiedy ruszyłyśmy wolno w kierunku domu.
- Napotkałam naszego nowego nauczyciela. - Uśmiech wkradł mi się na twarz. Na samo wspomnienie przyjaznej twarzy profesora od razu poczułam się lepiej. – Ally, on jest absolutnie fantastyczny! Całkowite przeciwieństwo pani Carl, z którą po prostu nie można złapać dobrego kontaktu, zwłaszcza, że przez większość lekcji biologii lubi na kogoś krzyczeć. Robert rozmawiał ze mną normalnie, jak równy z równym. Na dodatek ma dopiero trzydzieści lat. Niewiele brakowało, a zapomniałabym o należytym szacunku i zwracałabym się do niego per "ty"!
Alyssa zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem, jak gdyby w ogóle nie słuchała tego, co mówię. Kiedy w końcu skończyła te dokładne oględziny, których nie powstydziłby się dobry detektyw, poprawiła białą aksamitną kokardkę, którą miała przyczepioną do czarnych włosów.
- Zawsze podobali ci się starsi faceci – oznajmiła nagle.
Spojrzałam na nią zaskoczona.
- A co to ma do tego, że w naszej szkole pojawił się świetny matematyk?
- Och, to bardzo zbliżony temat do tego. Daryl jest przystojny, a z tego, co mówisz wynika, że także dobrze wychowany. W zaledwie kilka minut udało mu się cię oczarować. Przypomnij sobie, co działo się na letnim obozie, który zorganizował dla nas twój tata dwa lata temu. Wówczas podobał ci się trener siatkówki. Mówiłaś nawet jego imię przez sen. Na szczęście twoje kontakty z nim opierały się jedynie na wymianie uprzejmości. Strach więc pomyśleć, co będzie teraz, skoro jesteś dużo bardziej odważna.
- Przecież...
- Mia, będę z tobą szczera, bo jesteś moją przyjaciółką – przerwała mi brunetka, stając dokładnie przede mną. – Daj sobie spokój z Darylem. Ten facet jest grubo od ciebie starszy, na dodatek będzie cię uczył, co oznacza, że jakiekolwiek podrywanie nie wchodzi w rachubę.
- Nie mam zamiaru go podrywać! – oburzyłam się.
- Znam cię aż za dobrze. Umiesz kokietować i czasami robisz to nie w pełni świadomie. Myślisz, że Robert Daryl jest ślepy? Młoda dziewczyna będzie potrafiła zawrócić mu w głowie. Pomyśl trochę. Jeśli zaczęłabyś się z nim spotykać, wyrobiłabyś sobie złą opinię w szkole, bo prędzej czy późnie to by się rozeszło. Mogliby cię nawet wyrzucić. Uważaj więc na to, co robisz. Zbyt łatwo angażujesz się w relacje międzyludzkie, a to może być nie lada problemem.
Zatkało mnie po usłyszeniu tych słów. Zawsze bardzo doceniałam szczerość Alyssy, która nigdy nic przede mną nie ukrywała, tym razem jednak poczułam się niezręcznie. Tak, Robert naprawdę zrobił na mnie duże wrażenie i nie ukrywałam, że był to najbardziej przystojny facet, jakiego kiedykolwiek miałam okazję spotkać, ale przecież... Tak łatwo nie zakocham się w mężczyźnie, który jest inteligentny, uśmiechnięty, miły... Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że przyjaciółka ma rację. Bardzo szybko mogę wpakować się w tarapaty, jeśli nad sobą nie zapanuję. Uśmiechnęłam się uspokajająco do Ally.
- Spokojnie, nie zrobię nic głupiego – zapewniłam ją.
Te krótkie słowa udobruchały dziewczynę. Uwierzyła mi, co wcale nie oznaczało, że zamierzała przestać mnie obserwować. Przez kilka następnych tygodni miałam być szczegółowo prześwietlana.
Kiedy weszłam do domu, zdziwiłam się, słysząc głos ojca. Zajrzałam do salonu i zobaczyłam go rozłożonego na kanapie. Rozmawiał przez telefon, cały w skowronkach: dosłownie szczerzył się jak opętany. Gdy tylko dostrzegł mój powrót, zerwał się do pozycji siedzącej.
- Zadzwonię do ciebie później, dobrze? W takim razie trzymaj się – zakończył rozmowę. Przez chwilę bawił się komórką, po czym zapytał:
- Jak na rozpoczęciu?
- W porządku – odparłam, obrzucając go nieco podejrzliwym spojrzeniem. – Z kim rozmawiałeś?
- Ja? – Twarz taty nieco się zarumieniła. – Z moim... znajomym. Wiesz, dawno się nie widzieliśmy, a to wszystko dlatego, że był na całkiem długim służbowym wyjeździe.
- Rozumiem – wymamrotałam pod nosem, choć nie wierzyłam w ani jedno jego słowo. – Tak właściwie to czemu jesteś już w domu? Powinieneś być w pracy.
- Jack stwierdził, że mogę dzisiaj trochę odpocząć. Zlecenie jest już prawie gotowe, obiecał więc, iż sam wszystkim się zajmie. – Mój ojciec pracował w firmie remontującej domy i mieszkania. Prawdę powiedziawszy, był jej współwłaścicielem; zarządzał wszystkim wraz ze starym kolegą poznanym jeszcze w czasach szkolnych, Jackiem Summersem. – Jesteś głodna? Mogę zaraz coś przyrządzić...
- Nie, dziękuję, może później – mruknęłam na odchodnym i pobiegłam do swojego pokoju, by jak najszybciej pozbyć się odświętnego stroju. Przebrałam się w wygodne spodnie od dresu oraz zwykłą, nieco rozciągniętą koszulkę. Wzięłam do rąk swój laptop, po czym usadowiłam się wygodnie na łóżku, opierając na dwóch grubych poduszkach.
Bilans dnia? Ciężko było go określić. Austin był wściekły, raczej nie zamierzał się ze mną spotykać w najbliższym czasie. Nowy nauczyciel okazał się naprawdę genialnym facetem, przez co miałam nadzieję na to, iż moje problemy z matematyką zostaną ograniczone. Tata zachowywał się dziwnie, co z kolei pasowało do mojej koncepcji, którą przygotowałam w myślach kilka dni temu: prawdopodobnie z kimś się spotykał. Cieszyłam się z tego, ponieważ pięć lat samotności, które przebył od śmierci mamy, były dla niego wystarczająco trudnym okresem. Na końcu jeszcze Alyssa, jak zawsze czujna. Po chwili zastanowienia doszłam do wniosku, że moja przyjaciółka zdecydowanie przesadzała. Owszem, Robert Daryl spodobał mi się, ale nie byłam przecież głupia. Nie zabierałam się za kogoś, kto leżał poza moim zasięgiem, na dodatek myślenie, że mógłby się mną zainteresować, było po prostu śmieszne. Dlatego musiałam na jakiś czas wyłączyć swoją wybujałą wyobraźnię.
Budzik zadzwonił tak przeraźliwie, że podskoczyłam na łóżku, wyrwana ze snu. Mój zaspany wzrok odnalazł wrzeszczący przyrząd; natychmiast nacisnęłam odpowiedni guzik, wyłączając alarm. Tarcza zegara pokazywała godzinę szóstą pięćdziesiąt. Jęknęłam przeciągle. Już zapomniałam, jak to jest wstawać o tak wczesnej porze. Wakacje przyzwyczaiły mnie do długiego snu; teraz czułam się niewyspana, a moja kołdra i poduszki zdawały się cicho do mnie szeptać, namawiając do poleżenia wśród nich znacznie dłużej. Zebrałam jednak siły, by skierować pierwsze poranne kroki do łazienki. Tam spryskałam twarz zimną wodą, żeby wyzbyć się resztek snu, umyłam także zęby. W nieco raźniejszym tempie wróciłam do pokoju, gdzie wciągnęłam na siebie przygotowane wczorajszego wieczoru ubrania. Rozczesałam splątane kosmyki blond włosów, a następnie wykonałam lekki makijaż. Nareszcie byłam gotowa do tego, by pokazać się ludziom.
Z ociąganiem zjadłam śniadanie, na które składały się dwa zbożowe batoniki. Rozmyślałam o pierwszym dniu nauki, spodziewając się, że należyty powrót do szkoły będzie dla mnie trudny. Byłam osobą łatwo przystosowującą się do pewnego trybu życia, jednakże gdy miałam przestawić się na inny, broniłam się przed tym rękami i nogami. Będę więc pewnie musiała nieźle się napracować, by przyzwyczaić się do poświęcania sporego czasu na naukę, ograniczającego mi przestrzeń do własnych zajęć. Każdy nowy dzień miał być dla mnie katorgą. Hm. Nikt nigdy nie mówił, że będzie łatwo. Widząc, że do rozpoczęcia lekcji zostało mi zaledwie dwadzieścia pięć minut, chwyciłam plecak i wybiegłam z domu.
Droga do szkoły nie trwała długo. Po zaledwie piętnastu minutach zagłębiłam się w gąszcz roześmianych ludzi. Z każdej strony dobiegały mnie strzępki rozmów: uczniowie opowiadali swoim przyjaciołom o świeżo spędzonych wakacjach, chwalili się zagranicznymi wycieczkami, śmiali z zasłyszanych dowcipów. To był gwar naprawdę miły dla ucha; jeśli otoczenie wokół mnie było radosne, to i mnie udzielał się taki nastrój. Tłum na korytarzu nie pozwalał mi na zobaczenie czegokolwiek. Stanęłam więc na palcach, narzekając w duchu na swoje metr sześćdziesiąt pięć wzrostu i spróbowałam wypatrzyć Alyssę. Nigdzie nie dostrzegałam znajomej głowy pokrytej gęstymi, czarnymi włosami. W pewnym momencie potknęłam się i poleciałam do przodu, wpadając prosto w ramiona Dylana. Chłopak roześmiał się, podtrzymując mnie na nogach. Jego oczy o nieco dziwnej, szaroniebieskiej barwie jak zawsze błyszczały entuzjazmem. Czarne włosy sterczały mu we wszystkie strony, co tylko dodawało uroku. Prawdę powiedziawszy, Dylan Lorne uchodził za jednego z najbardziej atrakcyjnych chłopaków w Cliverwood High School. Dziewczyny stale zerkały w jego stronę, wiele z nich przychodziło nawet na mecze szkolnej drużyny piłki nożnej, której był kapitanem, tylko ze względu na niego. Połowa z nich nie miała zielonego pojęcia o tym sporcie. To zdumiewające, jak można się poświęcić, by zwrócić na siebie czyjąś uwagę.
- Cześć, Mia – zagadnął wesoło chłopak, kiedy w końcu mnie puścił. Poprawiłam nieco wymiętą bluzkę. – Wiesz może, gdzie jest Ally? Szukam jej od dobrych kilku minut.
- Sama jej szukam. Nie mam pojęcia, gdzie się podziewa – odparłam głośno, chcąc przekrzyczeć grupkę młodszych dziewczyn, które chichotały jak opętane. – Jak samopoczucie? Pewnie cieszysz się z powrotu do szkoły?
Chłopak skrzywił się, na co ja wybuchnęłam śmiechem. Dylan potrafił w znakomity sposób ukazywać swoje uczucia. Jedna mina wystarczyła, żeby nawet niezbyt wprawiony obserwator rozszyfrował wszystkie emocje dominujące w jego ciele.
- Jedynym pocieszeniem jest to, że będę miał więcej treningów. Trener da nam nieźle popalić, ale przynajmniej nie będę musiał się martwić o zajęcie dla siebie. – Nastolatek wyszczerzył się, najwyraźniej zachwycony tą perspektywą. – Swoją drogą, ty mogłabyś pomyśleć o grze w siatkówkę. Obserwowałem cię w lato. Zrobiłaś spore postępy, jesteś całkiem niezła.
Zamyśliłam się na moment.
- Parę godzin sportu dodatkowo nigdy nikomu nie zaszkodziło. Nie sądzę jednak, bym była dobrą siatkarką. Mimo wszystko o tym pomyślę – uśmiechnęłam się ciepło. Cały czas rozglądałam się na boki w poszukiwaniu Alyssy, jednak zamiast niej dostrzegłam kogoś innego. – Lindsay do mnie macha, pójdę do niej. Zobaczymy się na stołówce, w porządku?
- Okej. – Dylan klepnął mnie przyjacielsko w ramię i znikł w tłumie, idąc w stronę swoich kolegów z klasy. Ja tymczasem zaczęłam się przedzierać przez tłum rozbrykanych nastolatków. Parę chwil minęło, zanim w końcu dotarłam do miejsca, w którym stała koleżanka.
- Cześć! – powiedziała Lindsay piskliwym, nienaturalnie wysokim głosem, który natychmiast zwrócił moją uwagę. Dostrzegłam, że cienie pod oczami dziewczyny znacznie się pogłębiły, a blada skóra nabrała niezdrowego, szarego odcienia.
- Czy coś się stało? – zapytałam z troską, wyciągając rękę, by ją przytulić, ale ona odsunęła się i prychnęła:
- Oczywiście, że nie! Dobrze wiesz, jak zawsze się denerwuję w pierwszych dniach szkoły. To minie, ale póki co muszę się trochę pomęczyć. – Starała się, by jej ton brzmiał nonszalancko, niestety w ogóle jej to nie wyszło. Coś w jej spojrzeniu kazało mi jednak siedzieć cicho i więcej nie drążyć tematu. Zamiast tego zapytałam spokojnie:
- Jaką masz pierwszą lekcję?
- Biologię. Cudowny początek dnia. – Twarz Lindsay natychmiast się rozjaśniła; ulubiony przedmiot wciąż sprawiał jej przyjemność, uznałam to za dobry znak. Nagle jednak dziewczyna ponownie zmarkotniała i cichym, drżącym głosem szepnęła do mnie:
- Czy rozmawiałaś ostatnio z Connerem... o mnie?
Nie mogłam powstrzymać się od rzucenia jej zdziwionego spojrzenia.
- Nie... Ostatnio rzadko rozmawiam z Connerem, a już zwłaszcza sam na sam. Kiedy jednak nadarzy się taka okazja, nie omawiamy intymnych szczegółów waszego związku – odparłam z lekką ironią. Prawdę powiedziawszy, zachowanie Lindie czasami mnie irytowało. Chodziła z Connerem już od dwóch lat, jednak nigdy nie potrafiła w pełni mu zaufać. Podejrzenia o zdradę czy kłamstwa pojawiały się u niej ciągle, chociaż nie miała żadnych podstaw by sądzić, że jej chłopak ją oszukuje.
- To dobrze – skwitowała z ulgą szatynka, ale ja już tego nie usłyszałam. Na horyzoncie właśnie pojawił się Robert Daryl. Kroczył dumnie przez korytarz, trzymając w dłoni porządnie wyglądający czarny neseser. Wysunęłam się nieco do przodu, aby znaleźć się w zasięgu jego wzroku i głośno zawołałam:
- Dzień dobry!
- Dzień dobry – odparł równie wesołym tonem, po czym skręcił w kierunku pokoju nauczycielskiego. Uśmiechnęłam się sama do siebie, jak gdybym zrobiła coś nieprawdopodobnie wspaniałego.
- Niezły z niego przystojniak, co? – szepnęła mi do ucha Lin. – Chętnie bym się obok niego zakręciła, ale to nauczyciel, co zmienia postać rzeczy.
Zaskoczyła mnie po raz kolejny. Zazwyczaj, kiedy razem z Alyssą bezwstydnie zachwycałyśmy się przechodzącym obok chłopakiem, Lindsay zdawała się w ogóle go nie zauważać. Nigdy nie była typem podrywaczki, skrycie podejrzewałam, że gdyby nie znała Connera od dziecka, zapewne nie potrafiłaby wejść w bliską relację z facetem. Ona najzwyczajniej w świecie nie lubiła obcych ludzi.
- Masz chłopaka, pamiętasz? – przypomniałam jej ze śmiechem. Chciałam rozładować atmosferę, ale po moich słowach koleżanka wyraźnie się zmieszała.
- Tak, mam – mruknęła niemrawo. Miałam olbrzymią ochotę spytać ją, co takiego wydarzyło się w jej związku – nie ulegało wątpliwości, że musiało dojść do jakiejś kłótni – jednakże w tym samym momencie rozbrzmiał dzwonek, wzywający na pierwszą lekcję. Pożegnałam się z Lindsay, a następnie pobiegłam w kierunku klasy, gdzie miała odbyć się sztuka. Dopiero gdy wmieszałam się w tłum swoich znajomych z klasy, uświadomiłam sobie, że nigdzie nie ma Alyssy. Pojawiła się zaledwie kilka sekund później, spocona i zadyszana.
- Jestem absolutnie świetna! Tylko ja potrafię zaspać pierwszego dnia – wymamrotała, z trudem łapiąc oddech. – Dobrze, że się nie spóźniłam. – Nauczycielka właśnie zaganiała nas do sali, więc tym razem mojej przyjaciółce się upiekło. Obie skierowałyśmy się prosto do ostatniej ławki. Podczas gdy Ally odzyskiwała siły po drodze do szkoły, którą przebyła biegiem, ja spokojnie wypakowałam na stolik książkę, zeszyt i kilka długopisów. Nauczycielka wertowała swój notatnik, w klasie panował więc cichy gwar prowadzonych szeptem rozmów. W pewnym momencie Alyssa szturchnęła mnie i wskazała na coś brodą.
- Co się stało z Connerem?
Odszukałam wzrokiem charakterystyczną, blond czuprynę, co nie było wcale takie trudne, gdyż chłopak siedział niedaleko. Przyjrzałam się mu. Jego gniade policzki pokrywał wściekle czerwony rumieniec, szczęki miał zaciśnięte, a palce kurczowo trzymały w dłoni długopis: istniało zagrożenie, że ten zaraz pęknie i rozpadnie się na kilkanaście drobnych kawałków. Conner był wyraźnie na coś wkurzony. Wydało mi się to dziwne, ponieważ należał do najłagodniejszych osób, jakie kiedykolwiek poznałam.
- Pewnie chodzi o Lindsay – westchnęłam. – Rozmawiałam z nią na korytarzu. Była ciekawa, czy Conner mówił mi cokolwiek o niej. Założę się, że doszło do jakiegoś sporu pomiędzy nimi. Trzeba to przeczekać, wkrótce się pogodzą. Poza tym nie chcę się wtrącać. To ich związek, a więc ich sprawa, wchodzenie pomiędzy dwójkę zakochanych nigdy nie kończy się dobrze.
- Racja.
- Tak się składa, że to również wasza sprawa. – Odwróciłam się; z zawstydzeniem zauważyłam, że Conner patrzy w naszą stronę. Najwyraźniej słyszał każde moje słowo. – Wasza przyjaciółka Lindsay wplątała się w coś, co uniemożliwia jej normalne funkcjonowanie. Nie mam pojęcia, co to takiego, ale na wypadek, gdybyście nie zauważyły, chcę wam powiedzieć, że ona stopniowo się od nas oddala. Wkrótce może zrobić coś bardzo głupiego. Wpadnie w poważne tarapaty, czuję to.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć na to dziwne oświadczenie, blondyn odwrócił się, a nauczycielka sztuki zastukała znacząco końcówką długopisu w biurko, aby ucieszyć klasę. Wszystkie oczy zwróciły się na nią, choć uwaga wielu osób wciąż była rozproszona. W tym i moja.
- W tym roku pomyślałam, że moglibyście przygotowali coś wyjątkowego. Będzie to zadanie na cały rok szkolny, efekty chcę zobaczyć dopiero na początku czerwca. Chciałabym, żeby każdy z was wykonał serię prac, która będzie obrazować was samych: wasze marzenia, pasje, życie codzienne... cokolwiek. – Przez salę przebiegł pomruk zainteresowania. Pani Matthews uśmiechnęła się. - Macie wlać w to zadanie energię, zaangażowanie i przede wszystkim serce. Chcę zobaczyć coś, w czym dojrzę cząsteczkę was samych, choć maleńki kawałeczek prawdy, która będzie zamieszczona waszym udziałem. Sposób wykonania pracy jest dowolny: możecie malować, fotografować, ułożyć piosenkę, co tylko chcecie i jak wam pasuje. Prosiłabym was jednak, aby to wyjątkowe ćwiczenie nie zostało zostawione na ostatnią chwilę. Jeśli naprawdę przyłożycie się do tego projektu, zrozumiecie, że coś, w co wkładamy nasze prawdziwe emocje, wymaga o wiele więcej wysiłku. Nie czekam więc na prace, które zostaną wykonane z lekceważeniem.
Alyssa rzuciła mi podekscytowane spojrzenie. Odwzajemniłam je, a następnie pogrążyłam w rozmyślaniach; w mojej głowie krystalizował się już pewien plan. Skoro technika wykonania projektu była dowolna, a mieliśmy stworzyć coś, co będzie związane z nami, odniosłam wrażenie, że jest to dla mnie idealne zadanie. Nauczycielka wpadła na znakomity pomysł. Oczami wyobraźni widziałam już serię rysunków, na których umieściłabym wszystko to, co dla mnie najważniejsze: najbliższe memu sercu osoby, przedmioty, miejsca. W ten bardzo prosty sposób mogłam ukazać swoją hierarchię wartości, a to zapewne zadowoliłoby panią Matthews. Większość klasy, podobnie jak ja, była zachwycona swoją długoterminową pracą domową, choć oczywiście nie obyło się bez krytyki. Dwóch chłopaków, David i Justin, którzy siedzieli tuż przede mną, określili całość mianem "głupoty", stwierdzając, że nauczycielka mogła wprost powiedzieć, o co jej chodzi, bo oni nie mieli ochoty na główkowanie. Skwitowałam to prychnięciem.
- Ciekawa jestem, co miał na myśli Conner, mówiąc, że Lindsay może zrobić coś głupiego – mruknęła Alyssa, drapiąc się po podbródku. Reszta lekcji sztuki minęła w zastraszającym tempie, ledwo się zorientowałam, że trzeba wyjść z klasy i udać się na następne zajęcia. Po słowach przyjaciółki zepchnęłam swoje pomysły związane z rysunkami na dalszy plan i zastanowiłam się głęboko; słowa Connera pobrzmiewały echem w moim umyśle.
- To zabrzmiało tak, jak gdyby naprawdę działo się z nią coś złego. Ona rzeczywiście zachowuje się ostatnio inaczej, co trochę mnie dziwi. Lin zazwyczaj była taka... - zawahałam się, szukając właściwego słowa.
- Święta – wpadła mi w zdanie Ally. – Kiedy piliśmy alkohol, stanowczo odmawiała. Nie lubiła do późna przebywać poza domem, trzymała się zasad. Była ucieleśnieniem wzorowego zachowania... Co więc takiego mogło się stać?
- Nie mam pojęcia. Ale coś jest na rzeczy – przyznałam z niechęcią, gdy stanęłyśmy pod drzwiami klasy, gdzie miała odbyć się lekcja historii. – Conner nie chodzi taki wkurzony z własnej inicjatywy. A Lindie odsuwa się od ludzi jeszcze bardziej niż zwykle. Może postanowiła w końcu zerwać z wizerunkiem grzecznej dziewczynki, choć źle się do tego zabiera.
- Może. I coś mi się wydaje, że jej matka nie jest zadowolona z tego powodu.
W głównej mierze Lindsay zajmowała się mama. To przede wszystkim ona wychowywała córkę, chodziła na wywiadówki i sprawiała wszelką kontrolę. Ojciec naszej przyjaciółki, Jeremy Orville, miał bardzo wymagającą pracę. Często wyjeżdżał na długie delegacje, obowiązki stale mu się mnożyły. Rodziną zajmował się głównie w święta i weekendy, bo kiedy nie miał służbowych wyjazdów, do późna przesiadywał w swoim biurze. Lindsay nigdy nie miała powodu do narzekania, bo rodzice byli w stanie spełnić każdą jej zachciankę, jednakże dziewczyna stale doświadczała nieprzyjemnej nadopiekuńczości ze strony swojej matki. Pani Orville była kobietą zasadniczą i surową, gdyby nie to, że bardzo dobrze znała mnie i pozostałych, Lindie nie mogłaby chodzić na organizowane przez nas ogniska czy wypady pod namiot. Być może siedemnastolatka zbuntowała się, chcąc pokazać matce, że jest wystarczająco dojrzała na podejmowanie własnych decyzji. Może postanowiła poużywać życia. Tylko w jaki sposób?
Sprawa z Lindsay pochłonęła mnie w bardzo dużym stopniu. Na historii byłam obecna jedynie ciałem, moje myśli błąkały się daleko poza granicami klasy. Bierna na śmiechy i rozmowy moich kolegów, które wybuchły, gdy tylko nadszedł czas na następną przerwę, dotarłam pod drzwi następnej klasy. Dopiero po dłuższej chwili uświadomiłam sobie, że czekają mnie właśnie zajęcia z nowym profesorem. Uśmiech, wbrew mojej woli, sam pojawił się na twarzy.
Mina nieco mi zrzedła, kiedy Robert Daryl zaserwował klasie krótkie powitanie, a następnie rozdał każdemu test. Nikomu się to nie spodobało. Z każdej strony można było słyszeć buntownicze mruknięcia.
- Jestem waszym nowym nauczycielem, muszę więc sprawdzić, na jakim poziomie są umiejętności w tej klasie – powiedział matematyk, dając każdemu kartkę z kilkunastoma pytaniami. – I bardzo bym was prosił, żebyście naprawdę wykorzystali swoją wiedzę, a nie kierowali się wyłącznie metodą "chybił-trafił". Macie dwadzieścia minut. Powodzenia!
Już po przeczytaniu pierwszego zadania poczułam, jak zaczyna boleć mnie głowa. Przez dwa miesiące leniuchowania wszystko, czego nauczyłam się w zeszłym roku, dosłownie wyparowało z mojej głowy. Niestety byłam zdana na przypadkowe strzelanie lub niezbyt mocne przypuszczenia. Kiedy oddawałam kartkę, miałam nietęgą minę i nawet ukradkowy uśmiech nauczyciela nie poprawił mi humoru. Że też nie wpadłam na to, by przeczytać sobie w domu choć kilka lekcji z poprzedniego roku! Może wtedy ten test nie byłby taką porażką.
Pozostały czas poświęciliśmy poznawaniu się. Na mojej twarzy zakwitły rumieńce, kiedy Robert nie pozwolił mi się przedstawić; obdarzywszy mnie kolejnym ciepłym uśmiechem, powiedział: "my się już znamy". Głowy wszystkich natychmiast zwróciły się w moją stronę, co ja kompletnie zignorowałam, udając, że bardzo mnie interesują moje kremowe balerinki. Po dzwonku jako jedna z ostatnich wstałam z krzesła, czekając, aż wszyscy opuszczą salę.
- Idziesz? – Alyssa spojrzała na mnie pytająco.
- Zaraz... poczekaj na mnie na korytarzu – powiedziałam, na co brunetka uniosła ze zdziwienia brwi. Wyszła jednak razem z innymi. Kiedy w klasie zrobiło się w miarę pusto, podeszłam do biurka nauczyciela i odchrząknęłam nieśmiało.
- Tak, Mia? – zwrócił się do mnie pogodnym tonem pan Daryl.
- Jest taka sprawa... Właściwie to mam prośbę. – Z trudem przełknęłam ślinę. Te niebieskie oczy nie pozwalały mi się skupić. – Chciałabym się dowiedzieć, czy jest możliwość pobierania u pana dodatkowych lekcji. Matematyka to przedmiot, z którego najgorzej mi idzie, chciałabym nieco podciągnąć się w nauce.
Mężczyzna zamyślił się na moment.
- Jaką ocenę końcową otrzymałaś w poprzednim semestrze?
- C. – Nerwowo miętosiłam brzeg swojej bluzki.
- Cóż, skoro to ci nie wystarcza... Właściwie myślałem już o tym, by zorganizować kółko matematyczne. W listopadzie ma odbyć się konkurs, wypadałoby przygotować do niego kilku uczniów. Mogłabyś uczęszczać na te zajęcia, żeby utrwalić materiał.
- Myślałam raczej o indywidualnych korepetycjach – mruknęłam powoli. – Muszę popracować nad wieloma rzeczami. Nauka matematyki przychodzi mi z trudem, a jeśli chcę się dostać na porządne studia, dobre oceny jak najbardziej się przydadzą. Gdyby bezpośrednio poświęciłby mi pan trochę czasu, wytłumaczył to i owo, to jestem pewna, że radziłabym sobie lepiej.
Nauczyciel długo zastanawiał się nad odpowiedzią. Przyglądałam mu się w milczeniu, nie wiedząc tak właściwie, co wyprawiam. Wypełniałam prośbę ojca, owszem, ale czy nie starałam się jednocześnie zapewnić sobie przyjemności ze wspólnego czasu, który mogłam spędzić z Robertem? Starałam się wierzyć, że robię to tylko ze względów czysto naukowych.
- Testy, które dzisiaj pisaliście, postaram się sprawdzić na następną lekcję – rzekł w końcu profesor. – Zobaczymy więc, jak ci poszło. Jeśli wynik będzie kiepski, pomyślę o dodatkowych zajęciach dla ciebie. Gdy jednak się okaże, że poradziłaś sobie całkiem nieźle, będziesz musiała zadowolić się kółkiem zainteresowań.
- Dobrze – powiedziałam, tłumiąc w sobie śmiech. Nikt lepiej niż ja nie mógł wiedzieć, że test poszedł mi fatalnie. Nie miałam szans uzyskać zbyt wielu punktów, toteż mój wynik zapewne nie będzie nastrajał do pochwał. Korepetycje miałam więc już niemal w kieszeni. Podziękowałam grzecznie nauczycielowi i w podskokach opuściłam klasę, nie wiedząc właściwie, co jest powodem mojej radości. Alyssa cierpliwie stała pod drzwiami, czekając na moje pojawienie się. Gdy tylko mnie zobaczyła, kiwnęła znacząco głową, co oznaczało, że chce wiedzieć, co wydarzyło się tuż przed chwilą. Wzruszyłam ramionami. Dziwnym trafem nie miałam ochoty dzielić się z przyjaciółką tym, co zaszło w dopiero co opuszczonej przeze mnie sali. Nie było to nic wstydliwego, ale jakoś nie byłam skłonna do zwierzeń.
- A więc? – ponagliła mnie czarnowłosa. – O czym rozmawiałaś z Darylem?
- Poprosiłam go o korepetycje – wyjaśniłam krótko. Widząc, że dziewczyna nie ma zamiaru zadowolić się tym krótkim oświadczeniem, dodałam szybko: - Zależy mi na dobrych studiach. Wiem, że to moje rysunki będą najbardziej brane pod uwagę na wydziale sztuki, ale przecież muszę mieć też porządne stopnie. Tata prosił mnie, bym bardziej postarała się z matematyki. Jedno B więcej nigdy nie zaszkodzi...
Nie pozwalałam dojść towarzyszce do głosu, aż w końcu połknęła haczyk i razem ze mną uparcie polemizowała w kwestii dalszej edukacji. Z ulgą przyjęłam takie rozwiązanie. Swoje myśli wolałam zostawić dla siebie.
To, co wydarzyło się pomiędzy Lindsay a Connerem wciąż stało pod znakiem zapytania. Zazwyczaj po kłótni para godziła się błyskawicznie, czułam jednak, że tym razem jest zupełnie inaczej. Oboje unikali siebie nawzajem; brązowowłosa przestała siadać przy naszym stole w stołówce, natomiast Conner stale rzucał jej podejrzliwe spojrzenia. Najgorsze w tym wszystkim było to, że zachowanie Lindie kompletnie nie pasowało do sytuacji. Zamiast zamartwiać się cichymi dniami, jakie nastały w jej związku, dziewczyna zdawała się być obojętna na to, co ją otaczało. Unikała naszych pytań, zmieniając temat bądź po prostu uciekając. Z kolei blondyn na przemian chodził smutny i wściekły. Wiedziałam, że przyjaciele muszą załatwić to między sobą, z trudem jednak powstrzymywałam się, by nie zrobić czegoś w kierunku ich pogodzenia. Wyglądało na to, że planowany od dawna maraton filmowy, na który mieliśmy wybrać się w weekend, nie dojdzie do skutku, a przynajmniej nie teraz. Austin nie potrafił na mnie spojrzeć, zostaliśmy więc tylko w troje: Alyssa, Dylan i ja. Zawsze mogliśmy obejrzeć film w trójkę, wolałam jednak wycofać się, kiedy przyjaciółka miała okazję do spędzenia czasu ze swoim chłopakiem. Najwyraźniej sobotę i niedzielę miałam spędzić w domu.
Z utęsknieniem czekałam na czwartkową lekcję matematyki. Kiedy wreszcie nadszedł ten moment, ze spokojem przyglądałam się, jak nauczyciel oddaje nasze testy razem z wynikami. Gdy położył na stoliku moją kartkę, przystanął, żeby widzieć reakcję. Nie byłam jednak w stanie tego dostrzec. Z niedowierzaniem patrzyłam na swoją klasówkę. W prawym górnym rogu widniało wielkie, czerwone zero. Już na samym początku pogodziłam się z myślą, że test nie poszedł mi zbyt dobrze, ale nie spodziewałam się, że nie uzyskam chociaż kilku marnych punktów. Na dwadzieścia pytań na żadne nie odpowiedziałam dobrze. Wprost nie mogłam w to uwierzyć.
- Mia, zostań proszę po lekcji, chciałbym z tobą porozmawiać – rzekł Robert, kończąc rozdawanie testów.
Słysząc poważny głos matematyka, każdy spojrzał w moją stronę z zaciekawieniem; niektórzy wykręcali szyje, chcąc zerknąć na mój wynik, jednak przezornie zasłoniłam kartkę ręką. Gorzki smak zawodu pojawił się w moich ustach – z trudem przełknęłam ślinę. Czy to naprawdę możliwe, że moja pamięć była niezdolna zatrzymać w sobie choć kilku informacji? Orłem z matematyki nigdy nie byłam, jednakże moje wyniki rzadko sprawiały, że bałam się o ocenę końcową. Tym razem było jednak inaczej. Poniosłam porażkę już przy pierwszym starciu. Nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo przejmuję się głupim sprawdzianem. Zazwyczaj każde niepowodzenie działało na mnie deprymująco.
- Hej, nie przejmuj się – pocieszyła mnie Alyssa, poklepując przyjacielsko po ramieniu. – Ten test nie był na ocenę, więc nie ma powodu do zmartwień. Zresztą nie sądzę, by komukolwiek poszło dobrze. Nikt przecież nie uczył się w wakacje, prawda?
- A ile ty masz punktów? – zapytałam markotnie.
- Właściwie to... Jedenaście – odparła cicho, robiąc przepraszającą minę, jak gdyby zrobiła coś złego. Jeszcze bardziej się nachmurzyłam.
- Właśnie. A mnie nie było stać nawet na jeden. – Do końca lekcji nie odezwałam się nawet słowem. Po prostu patrzyłam tępo na tablicę, nie rozumiejąc w ogóle, co jest na niej napisane. Machinalnie kiwałam głową, kiedy nauczyciel coś tłumaczył, jednakże myślami byłam dalej przy tym nieszczęsnym teście. Cieszyłam się, że nie otrzymałam stopnia za swoją pracę; cudownie zaczęłabym nowy semestr. Ponadto błogosławiłam się w duchu za to, iż nie wspomniałam o sprawdzianie ojcu. Tata był bardzo pamiętliwy i zawsze chciał wiedzieć, jak poszedł mi każdy, nawet niewielki egzamin w szkole. Nie zniosłabym upokorzenia, które spadłoby na mnie, gdybym musiała powiedzieć rodzicowi o swojej pierwszej przegranej, na dodatek z matematyką, o którą miałam w tym roku bardziej zadbać. Ponadto do szału doprowadzał mnie fakt, iż już na wstępie zaprezentowałam się Robertowi od tak złej strony. Nie odpowiedziałam poprawnie nawet na dwa pytania, które mogły jakoś uratować mój honor.
Kiedy zabrzmiał dzwonek, nie ruszyłam się ze swojego miejsca. Alyssa posłała mi delikatny uśmiech, który miał dodać mi otuchy, a następnie dołączyła do pozostałych uczniów, którzy z ogromnym hałasem wysypywali się na korytarz. Pozwoliłam, by moją twarz ukryła zasłona z włosów; czułam się w ten sposób nieco pewniej. Gdy drzwi zatrzasnęły się za ostatnią osobą, usłyszałam kroki. Uniosłam wzrok. Robert patrzył na mnie, wyraźnie zamyślony.
- Pamiętasz, co mówiłem ci we wtorek?
- Tak, że decyzja o korepetycjach zależy od mojego wyniku na teście – wymamrotałam, ponownie przenosząc wzrok na własne buty. Było mi po prostu wstyd. To uczucie spotykało mnie za każdym razem, kiedy zawodziłam. Nieważne, jaka była sytuacja: istotna czy małoznacząca.
- Niestety nie poszło ci zbyt dobrze...
- Zbyt dobrze? – powtórzyłam podniesionym głosem, patrząc na nauczyciela z niedowierzaniem. – Proszę pana, nie odpowiedziałam poprawnie nawet na jedno pytanie, a pan mi mówi, że nie poszło mi zbyt dobrze? Jestem bardzo ciekawa, czy ktoś jeszcze oprócz mnie otrzymał zero punktów za całe dwadzieścia zadań.
Milczał.
- Tak właśnie myślałam – burknęłam, nie próbując nawet powstrzymać nutki ironii w moich słowach. Wiedziałam, że niepotrzebnie histeryzuję, ale nie potrafiłam nad sobą zapanować. To była jedna z moich wad: kompletna porażka na polu, w którym miałam pewność, że nie będzie tragicznie, całkiem szargała mi nerwy i efektem tego było nieco lekkomyślne zachowanie. – Niech pan sobie daruje pocieszanie mnie, oczekiwałam tutaj porządnej reprymendy za to, że przez całe lato miałam naukę w dupie i o wszystkim zapomniałam.
Kiedy tylko skończyłam mówić, uświadomiłam sobie, jak wielki popełniam błąd; jeśli wcześniej martwiłam się tym, że Robert mógł źle odebrać moją osobę, to teraz do reszty zaprzepaściłam jego sympatię. Oblałam się rumieńcem. Surowy wzrok nauczyciela zawstydził mnie jeszcze bardziej. Zaczęłam nerwowo przebierać palcami, nie mając pojęcia, jak wybrnąć z tej niekomfortowej sytuacji.
- Przepraszam – mruknęłam, tym razem o wiele ciszej.
Profesor Daryl odchrząknął, niezbyt zadowolony z mojego zachowania. Co tu dużo mówić: sama nie byłam nim zachwycona.
- Pominę fakt, że wyraziłaś się nieco arogancko. Masz pewne usprawiedliwienie: niepowodzenie potrafi porządnie rozeźlić każdego człowieka – powiedział chłodno matematyk. Po raz pierwszy usłyszałam w jego głosie tak poważną nutę, zorientowałam się więc, że naprawdę nie spodobała mu się moja wypowiedź. Świetnie. Właśnie grabiłam sobie u nowego nauczyciela, który na dodatek uczył mnie znienawidzonego przedmiotu. I to w pierwszym tygodniu nauki! – Chcę ci jednak powiedzieć, że niepotrzebnie tak się tym martwisz. Błędy popełnia się po to, by móc się na nich uczyć i już więcej nie błądzić w tym samym kierunku. Rozważyłem wczoraj twoją propozycję z korepetycjami i zdecydowałem się ci pomóc. Skoro tak zależy ci na dobrych stopniach, mogę trochę cię podszkolić, zwłaszcza, że pierwszy test nie wypadł... wedle twoich oczekiwań.
Nie odpowiedziałam nic, bo bałam się, że znowu palnę coś głupiego, co spowoduje, że nauczyciel wyprosi mnie z klasy i nie będzie już chciał słyszeć o żadnych dodatkowych lekcjach. Cieszyłam się, że jego reprymenda ograniczyła się do minimum. Gdybym miała przed sobą kogoś innego, już dawno znajdowałabym się na dywaniku u dyrektorki.
- Jak wygląda twój plan lekcji? – zapytał Robert, ale zanim zdążyłam otworzyć usta, dodał szybko: - Albo inaczej. W które dni masz najwięcej czasu? Postaram się dostosować.
Zastanowiłam się przez chwilę, przebiegając w myślach układ zajęć na poszczególne dni.
- Poniedziałki... i piątki – mruknęłam.
- To dobrze się składa, bo myślę, że w te dni dam radę – rzekł, zaglądając do swojego notesu. – Który termin bardziej ci odpowiada?
Przygryzłam nerwowo wargę. Poniedziałki były dla mnie zawsze najtrudniejsze. Wstawałam z ociąganiem, a w szkole przez długi czas nie potrafiłam się skupić, zazwyczaj opętana myślami o minionym weekendzie bądź byłam zwyczajnie niewyspana. Wybrałam więc piątek. Nie martwiłam się, że w ostatni dzień będę siedzieć dodatkową godzinę w szkole. Wprost przeciwnie: czułam coś na kształt ekscytacji na myśl o tym, że czekało mnie wspólne spędzanie czasu z takim... nauczycielem.
- A więc piątek, godzina czternasta – oznajmił Robert wyraźnie zadowolony, zamykając swój zeszyt i kładąc go na dzienniku. – Myślę, że na naszej pierwszej lekcji w tym tygodniu prześledzimy wspólnie jakiś test podobny do tego, który pisała twoja klasa przedwczoraj.
W tym tygodniu? Już? Byłam zdumiona, ponieważ spodziewałam się, że korepetycje rozpoczną się znacznie później. Profesor Daryl chciał chyba jednak jak najwcześniej zabrać się do nauki, czemu nie mogłam się dziwić. W końcu pierwszy sprawdzian poszedł mi fatalnie.
- Czy mam przynosić zeszyt? – spytałam, kiedy razem z nim wychodziłam z klasy.
- Najlepiej, gdybyś założyła osobny, pewnie się przyda – odparł. – Mam zamiar napić się kawy przed następną lekcją, więc będę cię musiał już pożegnać. Do widzenia.
- Do widzenia – powtórzyłam za nim jak echo i przyglądałam się, jak odchodzi w kierunku pokoju nauczycielskiego. Zdziwiło mnie to nagłe pożegnanie, ale gdybym nie była tak zapatrzona w tego mężczyznę, to zapewne spostrzegłabym jego pośpiech. Wciąż miałam wrażenie, że czuję na sobie spojrzenie tych niesamowitych, niebieskich oczu. Piątek był już jutro; nie mogłam doczekać się momentu, kiedy przez całą godzinę zostanę zamknięta w nie tak dużym pomieszczeniu z kimś, kto tak bardzo mnie pociągał. Byłam śmieszna, na dodatek oszukiwałam siebie samą i innych, twierdząc, że nie mam ochoty na popełnienie jakiejś głupoty. Owszem, miałam. Ale wierzyłam, że do tego nigdy nie dojdzie. Rozejrzałam się po korytarzu w poszukiwaniu Alyssy, ale nigdzie nie dostrzegałam brunetki; dopiero wówczas zdałam sobie sprawę, że na dziś moja klasa skończyła zajęcia, a przyjaciółka zapewne jest już w samochodzie razem ze swoją mamą, która obiecała jej zakupy. Powlokłam się więc w kierunku wyjścia ze szkoły, w ostatniej chwili decydując, że wstąpię jeszcze do ubikacji. W szkole było wyjątkowo cicho; większość klas porozchodziła się już do domów. Skręciłam ku drzwiom prowadzącym do damskiej ubikacji. Kiedy zajrzałam do pomieszczenia, ukazał mi się niecodzienny widok.
Na białym, szerokim parapecie siedziała jakaś dziewczyna o pięknych, miedzianych włosach; nie rozpoznałam jej, ponieważ była całkowicie pochłonięta obłapianiem się i całowaniem z jakimś chłopakiem. Jego ciemne loki wyglądały dziwnie znajomo.
- Austin? – wykrztusiłam. Para odskoczyła od siebie. Nie pomyliłam się. To mój przyjaciel obściskiwał się na całego z dziewczyną, którą, jak dopiero teraz się zorientowałam, była rudowłosa Susan z klasy Lindsay. Zagotowało się we mnie, kiedy zobaczyłam zaczerwienione twarze tych obojga. Zwłaszcza zaskoczenie malujące się na twarzy Austina wprawiło mnie w irytację. Z przekonaniem w głosie twierdził, że chce ze mną być, a choć nigdy nie posunął się do wyznania mi miłości, wiedziałam, że jest we mnie zakochany. Gdy tylko odrzuciłam jego uczucia, postawił sobie za punkt honoru unikanie mnie za wszelką cenę, co sprawiało mi ogromną przykrość. Ani razu w ciągu minionych dni nie spostrzegłam, by chciał wprowadzić między nami rozejm. Ale obmacywanie innej dziewczyny, podczas gdy ja cierpiałam katusze, nie wiedząc, jak doprowadzić do naszej zgody? Proszę bardzo. To mógł zrobić w mgnieniu oka. Nie czekając na jakikolwiek odzew ze strony uroczej parki, opuściłam łazienkę.
- Mia! Mia, zaczekaj, proszę! – Męski krzyk niósł się ze mną, ale ja nie zamierzałam się zatrzymywać. Nie miałam już ochoty na rozmowę z Austinem. Zresztą, jak było widać, jego usta miały inne zajęcia. Chłopak nie dał jednak za wygraną; nie zdążyłam wbiec nawet na szkolny parking, kiedy jego szczupła dłoń złapała mnie za nadgarstek.
- Co w ciebie wstąpiło? – oburzył się, zmuszając mnie do tego, bym spojrzała mu w oczy. – W jednej chwili wyglądasz na zdziwioną, a w następnej cholernie się wkurzasz. Z jakiego powodu? To ma być jakiś pieprzony teatrzyk?
Wytrzeszczyłam na niego oczy. Miałam ogromną chęć zazgrzytać zębami ze złości.
- Teatrzyk?! – powtórzyłam ze zgrozą. – To ja nie wiem, co się z tobą dzieje! Byłeś strasznie uparty, kiedy próbowałeś mi udowodnić, że darzysz mnie prawdziwym uczuciem, gdy jednak dałam ci kosza, obraziłeś się jak dwuletnie dziecko! A teraz? Wchodzę sobie do, podkreślam, damskiej ubikacji i co zastaję? Ciebie śliniącego się z Susan! Myślisz, że na to właśnie czekałam, zaglądając do łazienki?! Nie! Przez większość wczorajszego wieczoru zastanawiałam się, w jaki sposób cię przeprosić za swoje zachowanie i zaproponować dalszą przyjaźń, a ty miałeś gdzieś naszą kłótnię! Przecież nie warto się przejmować. Z kim tu, pytam się, jest coś nie tak? Bo na pewno nie ze mną, więc dwa razy się zastanów, zanim coś powiesz.
Kiedy skończyłam wyrzucać z siebie poszczególne słowa, aż dyszałam z rozwścieczenia. Moje nerwy były dzisiaj wyjątkowo napięte i lepiej było nie wchodzić mi w drogę. Prawda była taka, że zaloty Austina sprawiały mi przyjemność. Jego ubieganie się o moje względy podnosiło mi samoocenę, cieszyłam się, że choć jeden chłopak jest mną zainteresowany. Nigdy nie przestałam traktować Austina jak przyjaciela, jednak na pewien sposób lubiłam to, jak na mnie patrzył. Teraz, gdy jego wielka miłość okazała się zwykłym kłamstwem, poczułam się dziwnie oszukana.
Spodziewałam się, że brunet za chwilę opuści głowę i wyjąka niewyraźne przeprosiny, ale stało się wręcz odwrotnie: uśmiechnął się szeroko z zadowoleniem. Już miałam go zapytać, czemu tak suszy zęby, kiedy powiedział z dumą:
- Jesteś zazdrosna.
To nie było pytanie.
- Austin, tu nie chodzi o moją zazdrość, tylko o twoją szczerość! – warknęłam, pomijając jego stwierdzenie. Po części czułam się zazdrosna, choć wcale nie marzyłam o tym, by zająć miejsce Susan. – Skoro tak ci na mnie zależy, to chyba nie powinieneś dopuścić do tego, bym widziała, jak obmacujesz się z innymi dziewczynami, prawda?
- O ile dobrze mi wiadomo, Susan to jedna dziewczyna – burknął ze stoickim spokojem. – Daj spokój, Mia, miałem ogromną nadzieję, że ktoś zobaczy mnie zajętego kimś innym i ci o tym doniesie. To dlatego poszedłem do damskiej łazienki! Kobiety lubią przecież plotkować. Nie spodziewałem się, że akurat ty tam przyjdziesz, bo miałaś już skończyć lekcje. Chciałem po prostu wzbudzić twoją zazdrość, żebyś wreszcie przestała się na mnie boczyć i pogodziła ze mną. A wiesz, jaka jest Susie: wystarczyło, że ją zapytałem, czy chciałaby się ze mną całować, a od razu się zgodziła. Nic trudnego, a jak widzę, efekt wypadł całkiem nieźle.
Znowu się wyszczerzył. Zaczynał irytować mnie coraz bardziej. Wzięłam jednak kilka głębszych wdechów, postanawiając sobie w duchu, że powinnam mu wszystko spokojnie wyjaśnić.
- Powiem tak: owszem, byłam trochę zazdrosna – zaczęłam, na co Austin zrobił triumfalną minę – ale nie w taki sposób, że chciałabym teraz rzucić ci się w ramiona. Nie. Sprawiałeś mi przyjemność, kiedy tak wyłaziłeś ze skóry, aby mi się przypodobać. Rzadko mi się zdarza, aby chłopak naprawdę walczył o moje zainteresowanie. Ale ja nadal nie chcę z tobą być. Wściekłam się, bo całowałeś się z Susan, a jeszcze niedawno próbowałeś mnie przekonać, że powinniśmy zostać parą. To zupełnie tak, jakbyś mnie oszukiwał. Chcę, żeby między nami wszystko było jasne: nie kocham cię, jesteś dla mnie tylko przyjacielem i to się już nie zmieni. Nie chcę niszczyć tego, co jest między nami od tylu lat, zawsze świetnie się rozumieliśmy. Nie chcę dawać ci fałszywych sygnałów. Nie będziemy ze sobą, ale chcę, byśmy nadal się przyjaźnili. Nie wiem tylko, czy taki układ ci odpowiada.
Zamilkłam, pozwalając, aby chłopak spokojnie przetrawił w sobie informacje, które mu przekazałam. Sam musiał podjąć decyzję, nie zamierzałam go do niczego namawiać. Z twarzy Austina powoli zszedł uśmiech. Jego policzki delikatnie się zarumieniły, a chwilę później gwałtownie zbladły. Zadowolenie, które dominowało w nim jeszcze minutę temu, zniknęło bez śladu. Cisza, jaka między nami zapanowała, ciążyła mi z każdą upływającą chwilą. W końcu postanowiłam pogodzić się z jego milczeniem, które mogło oznaczać tylko jedno.
- Okej... rozumiem – mruknęłam bardziej do siebie, niż do niego. – Będzie lepiej, jak sobie pójdę. To na razie.
Odwróciłam się i już miałam zamiar odejść, kiedy w końcu usłyszałam jego głos:
- Nie, zaczekaj.
Spojrzałam na Austina; moje ciało zalała fala ulgi. Kąciki ust bruneta znów unosiły się lekko ku górze. W tym geście wiele było smutku, jednakże nie zapowiadało się na kolejną kłótnię. Rzuciłam mu pytające spojrzenie.
- Chciałbym cię przeprosić. – Otworzyłam usta, żeby zapytać go, o co chodzi, ale dodał natychmiast: - Zachowywałem się wobec ciebie trochę nie w porządku. Zamiast dać ci wolną drogę, próbowałem cię zmusić, abyś przyznała się do uczuć, których tak naprawdę nigdy w tobie nie było. Aby utrzymać więź między nami, powinienem przestać być taki nachalny. Kocham cię, nie potrafię tego zmienić, ale skoro nie możemy być razem, pozostaje przyjaźń. Nie zrezygnuję z kontaktu z tobą. Za bardzo mi zależy.
Ogarnęło mnie cudowne uczucie radości. Naprawdę zrozumiał; wreszcie przyjął do wiadomości to, co mu powtarzałam od pewnego czasu. Na dodatek nie utraciłam jego przyjaźni, czego obawiałam się już od dłuższego czasu. Nie mogąc wytrzymać, podeszłam do Austina i wtuliłam w jego ciepłe ciało. Objął mnie mocno w odpowiedzi.
- Dobrze, że wszystko sobie wyjaśniliśmy – powiedziałam cicho, odsuwając się od niego.
- Dobrze, że byłaś na tyle cierpliwa, by jeszcze raz mi wszystko wytłumaczyć – zaśmiał się. – Nie chcę, byśmy byli wrogami, Mia.
- I ja tego nie chcę. Co więc powiesz na wspólną drogę do domu?
- Bardzo chętnie. – Zachowując się jak staroświecki dżentelmen, chłopak zaoferował mi swoje ramię, a ja ze śmiechem położyłam na nim swoją dłoń. Kiedy odchodziliśmy wolnym krokiem, wydawało mi się, że czuję na sobie czyjś wzrok. Odwróciłam się przezornie w stronę szkoły: w oknie pokoju nauczycielskiego, które patrzyło wprost na miejsce, gdzie dopiero co rozmawiałam z Austinem, czyjaś postać mignęła tuż przed szybą i znikła, ale nie potrafiłam stwierdzić, kto to był. Postanowiłam się tym nie przejmować i po prostu cieszyć z tego, że nie straciłam przyjaciela, a ta cała pokręcona sprawa między nami zakończyła się pomyślnie. Może nie tak, jak marzył sobie Austin, ale za to spełnił się mój wyśniony scenariusz. Nie byłam stuprocentową altruistką, wiedziałam jednak, że nie byłoby sensu w rozpoczynaniu związku. Poprzez udawanie kogoś zupełnie innego o wiele bardziej skrzywdziłabym szatyna. W tym wypadku udało nam się jednak zachować przyjacielskie stosunki. Oczywiście już nigdy nie będą one tak czyste, jak kiedyś, bo w ich tle zawsze będą uczucie Austina, które są zdecydowanie bardziej gorące od moich. Chciałam mimo tego cieszyć się tym, co jest. Bo udało mi się zakończyć konflikt, a takich w moim życiu miało być jeszcze wiele.
Moje myśli, wreszcie beztroskie, pogalopowały swobodnie w kierunku jutrzejszego dnia. Czekały mnie korepetycje z Robertem Darylem. Nikt normalny na moim miejscu nie cieszyłby się z dodatkowej godziny matematyki, ja jednak wyczekiwałam tego z nadzieją. Właściwie nie wiedziałam, czego oczekuję. W każdym razie nie liczyłam jedynie na porządne utrwalenie materiału. Choć było to zupełnie nieprawdopodobne, nowy matematyk okazał się mężczyzną, którego urok stopniowo mnie otaczał. A ja nie wiedziałam, jak się bronić się przed tą chorą fascynacją.