Pośród pól - Amy Stuart
39.90 zł
33.12 zł
(20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Clare zrywa się gwałtownie ze snu, zakrywając usta dłonią, by stłumić krzyk. Pokój oświetla srebrzysty blask księżyca, podczas gdy ona leży na pojedynczym łóżku, którego zardzewiała rama skrzypi, kiedy próbuje usiąść prosto. Mruga. Gołe ściany, wysoki sufit, gęste skupiska pajęczyn zalegające w kątach. Przez otwarte okno wdziera się gorący wiatr, unosi rąbek jej prześcieradła. Drzwi są zamknięte. Na drugiej pryczy, przyciśniętej do przeciwległej ściany, leży kobieta. Śpi z twarzą zanurzoną w poduszce, nieruchoma niczym trup.
W myślach Clare pojawia się pytanie: "Wiedziałaś o tym miejscu?".
Kobieta na sąsiednim posłaniu wydaje z siebie przeciągły jęk, przekręca się na plecy, jej ręka zsuwa się z łóżka. W słabym świetle Clare przygląda się nieznajomej. Ma może trzydzieści lat, a nieliczne zmarszczki się pogłębiają, gdy jej twarz napina się podczas snu. Na przedramieniu i wnętrzu dłoni kobiety widnieją zygzakowate blizny. Clare wie, czym są - bliznami obronnymi. Śladami powstałymi w wyniku odparcia czyjegoś ataku.
Poznały się wczorajszego wieczoru, kiedy Clare przyjechała do tego miejsca. Zdążyły uścisnąć sobie dłonie, wymienić kilka zdawkowych zdań i pokręcić się przez chwilę wokół siebie w tej niewielkiej przestrzeni. Powiedziała, że ma na imię Raylene.
Drewniana podłoga wydaje się Clare ciepła, gdy staje na niej bosymi stopami i podchodzi na palcach do okna. Pokój znajduje się na piętrze. Widać z niego dach ganku, który znajduje się poniżej. Jakieś sześćdziesiąt metrów dalej płynie rzeka, słychać jej szum. Nad wodą rośnie wierzba, a jej grube korzenie zwisają z brzegów i nikną w głębinach. Do pnia przybito drewniany krzyż. Clare zbiera włosy z karku i nachyla się, by pozwolić wiatrowi owiać szyję.
"Wiedziałaś o tym miejscu?"
"Tak" - myśli Clare, wpatrując się w drewniany krzyż. "Wiedziałam o tym miejscu".
Wczorajszego ranka patrzyła jeszcze na ocean. Dwa dni temu Malcolm Boon pojawił się w drzwiach jej pokoju z teczką w ręku.
- Mam nowe zlecenie - powiedział. - Zaginęła kobieta z dzieckiem.
Ile dni minęło od czasu, gdy wraz z Malcolmem uciekli ze szpitala w Blackmore, unikając niewygodnych pytań policji? Ile dni spędziła w motelowym pokoju, naprzemiennie się budząc i zapadając w sen, gdy leczyła ranę postrzałową? Pamięta zaledwie przebłyski tamtych dni i nocy. Zmianę bandaży, intensywny kolor zabliźniającej się na ramieniu rany. Posiłek jedzony na nieposłanym łóżku. Brudną szklankę z wodą, którą Boon podawał jej do popicia tabletek. Przypływy i odpływy oceanu na plaży. Obecność Malcolma oraz jego brak. A potem to, jak pojawił się z teczką i z nowym zadaniem.
- Myślę, że to sprawa dla ciebie - rzekł. - Chodzi o miejsce zwane High River. Dla kobiet takich jak ty.
Te słowa coś w niej wtedy rozbudziły. To było jej drugie zlecenie. Szansa na naprawienie błędów z pierwszej sprawy. Szansa na udowodnienie, że nadaje się do tej pracy. Przez kolejną dobę po wizycie Malcolma ślęczała nad otrzymanymi dokumentami. Sally Proulx i jej dwuletni syn William zniknęli kilka dni temu w czeluściach rzeki, którą Clare obserwowała w tej chwili przez okno. Jeszcze w motelowym pokoju obkleiła ściany zdjęciami, wycinkami z gazet i raportami policyjnymi, tworząc oś czasu. Fotografie stanowiły wyrywki z poprzedniego życia Sally, tuż przed tym, nim pojawiła się z synem w High River.
Podczas pracy nad tą sprawą Clare czuła, jak przepływa przez nią dziwna energia. Nie mogła spać. Nie chciała rozmawiać z Malcolmem. Ograniczyła też dawki tabletek, przez co musiała walczyć z napływającymi falami bólu i mdłościami. Obiecała sobie jednak, że tym razem będzie przygotowana. Że wymyśli siebie na nowo i dopasuje się do High River. Znajdzie idealną przykrywkę. Wyciągnie wnioski z ostatnich błędów. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że Malcolm wybrał to zlecenie, ponieważ wiedział, że jest ono zbyt bliskie jej doświadczeniom, by mogła je odrzucić.
Raylene siada niespodziewanie na łóżku. Zdyszana. Z szeroko otwartymi oczami.
- Nie! - krzyczy. - Nie! - Skanuje wzrokiem pokój, aż natrafia na Clare siedzącą przy otwartym oknie.
- Już dobrze - uspokaja ją Clare.
Raylene błądzi spojrzeniem po pomieszczeniu, wygląda na przerażoną.
- Coś ci się przyśniło - szepcze do niej Clare. - Śpij.
I jakby nigdy nic Raylene opada powoli na łóżko, jej głowa ląduje miękko na poduszce. Zasypia.
Zaczyna padać. Clare wyciąga rękę, by złapać pierwsze krople. Nigdy nie potrafiła przypomnieć sobie własnych snów. Kiedyś jej to nie przeszkadzało, pragnęła zostawić za sobą szczegóły z dawnego życia, zapomnieć o tym, co się wydarzyło wiele miesięcy wcześniej. Tak było w czasach, zanim poznała Malcolma Boona. Przed tym, jak zatrudnił ją do tej dziwnej pracy polegającej na szukaniu zagubionych i zaginionych kobiet. Przed jej pierwszą sprawą w Blackmore. Przed raną postrzałową i zlewającymi się ze sobą dniami, spędzonymi na rekonwalescencji w motelu nad brzegiem oceanu. Kiedy wczorajszego dnia jechali do High River, kierując się na południe i wsiąkając coraz głębiej w gęsty upał, panowała między nimi tak dojmująca cisza, że gdy niespodziewanie Malcolm się odezwał, Clare zdziwiła się intensywnością jego głosu.
- Nie zapomnij, że to, co się wydarzyło w Blackmore, było niezłym fartem - powiedział.
- Niezłym fartem - powtórzyła, dotykając dłonią rany postrzałowej, znajdującej się zaledwie kilka centymetrów od jej serca.
- Chodzi mi o to - kontynuował Malcolm - że zaginione kobiety nie zawsze odnajdywane są żywe.
"Nie było w tym żadnego farta" - chciała mu odpowiedzieć, lecz tego nie zrobiła. Milczała, zauważając, że jedynymi zmianami w krajobrazie za oknem są liczne stacje benzynowe i bary z fast foodami, pojawiające się przy skrzyżowaniach. Z każdym przejechanym kilometrem coraz bardziej zanurzała się w sprawie z High River. Chłopiec i jego matka. Skupianie się na szczegółach odwracało jej uwagę od przeszywającego bólu, paniki i potrzeby sięgnięcia po jeszcze jedną, tym razem ostatnią tabletkę, która momentalnie by ją ukoiła. Zapamiętała wszystkie informacje zawarte w teczce, wchłonęła wszystkie szczegóły z życia Sally Proulx. Została aktorką przygotowującą się do odegrania kolejnej roli. Tym razem planowała wcielić się w przyjaciółkę Sally, obrać inną, bardziej bezpośrednią drogę niż ta, którą wybrała poprzednim razem.
Teraz jednak, gdy dotarła już do High River, ma przeczucie, że popełniła błąd, decydując się na przyjęcie tego zlecenia. Stojąc w otwartym oknie, wpatruje się w biały krzyż i w kołyszące się na wietrze macki wierzby. Czuje ból w klatce piersiowej. Czuje ból w ramieniu. Ciężko jej się oddycha w tym skwarze. Wraca myślami do listu od męża. Listu, który spoczywa na dnie jej torby.
Ja nigdy o Tobie nie zapomnę, moja Clare. Nadal jesteś moja.
"Osiemnaście" - myśli. Minęło osiemnaście dni, odkąd wraz z Malcolmem opuściła Blackmore i udała się, z listem Jasona tkwiącym w tylnej kieszeni spodni, na zachód, w stronę oceanu. Dwieście dwadzieścia pięć dni od czasu, gdy zostawiła Jasona i biegła przez zaśnieżone pola do samochodu ukrytego pod plandeką. Zrealizowała swój plan ucieczki od przemocowego męża, który tworzyła skrzętnie przez wiele miesięcy. Wyrwała się z dawnego życia. Jednak nie mogła przestać odliczać, bez względu na to, jak wiele dni upłynęło.
"Wiedziałaś o tym miejscu?"
To Raylene zadała jej to pytanie, gdy leżały w mroku kilka godzin po tym, jak Clare dotarła do swojego nowego celu. Nic jej nie odpowiedziała. Udawała, że śpi. Wczoraj wydawało się jej, że dobrze się na to przygotowała. Sądziła, że dowiedziała się wszystkiego o High River i że jej przykrywka jest solidna niczym głaz.
Clare odwraca się i przez ramię spogląda na śpiącą kobietę, zwiniętą w pozycji embrionalnej, której twarz zastygła w sennym wyrazie cierpienia. Następnie wraca spojrzeniem na rzekę, po czym zamyka okno, ale jej ręce drżą z bólu, strachu lub zmęczenia, sama już nie wie, które z tych odczuć doskwiera jej obecnie najbardziej. Zresztą nie ma to już żadnego znaczenia.
"Nieważne, czy jestem gotowa, czy nie" - myśli Clare. "Ważne, że tu jestem".
***
Nastaje ranek. Clare siedzi przy stole zastawionym śniadaniem, a w sąsiednim pomieszczeniu gra muzyka, której nie potrafi rozpoznać, bo piosenka jest zbyt folkowa i cicha, by mogła wyłapać słowa. W kuchni jest też Helen Haines, która myje ręce w zlewie, a za nią widać przekrzywione drewniane drzwiczki szafek. "Co wiem o Helen?" - myśli Clare. Nosi stare dżinsy i luźną koszulę w kratę. Jest od starsza o jakąś dekadę, czyli ma około czterdziestu lat. Ma ciemne, przyprószone siwizną włosy, które związuje w ciasny kok. Jest też właścicielką tego okazałego domu i otaczających go osiemdziesięciu hektarów ziemi. Zaprasza do siebie kobiety szukające schronienia, kobiety, które od czegoś uciekają. Kobiety takie jak Sally Proulx. Takie jak Clare.
Wczoraj, o podobnej porze, Clare stała na skrawku trawy obok stacji benzynowej setki kilometrów stąd. Z komórką przyciśniętą do rozgrzanego ucha, licząc sygnały docierające do niej z końca linii, obserwowała Malcolma napełniającego bak.
- Nazywam się Clare O'Brien - przedstawiła się, gdy Helen Haines w końcu odebrała telefon. - Jestem przyjaciółką Sally Proulx. - Dobrze przećwiczyła sobie to kłamstwo, zmieniając tylko nazwisko.
Po drugiej stronie zapadła długa cisza, po której Helen odchrząknęła i zapytała, czego od niej chce.
- Potrzebuję bezpiecznej przystani - wyjaśniła. - Wiem, że Sally zaginęła i chciałabym jakoś pomóc.
Kilka godzin później, z torbą u stóp, odganiając chmary much krążące w dusznym powietrzu, stała już w bramie wiodącej do tego dziwnego miejsca. Po przeciwnej stronie od wejścia rozpościerało się morze młodej kukurydzy, płonące w blasku wschodzącego słońca. Pola uprawne i drzewa okalały cały teren. Powietrze było gęste od ciepła. Gdy wyłoniła się zza drzew chylących się wzdłuż długiego podjazdu, pierwszym, na co zwróciła uwagę, była rzeka. Następnie wierzba. Dom. I stojąca na frontowych schodach kobieta z dłońmi wciśniętymi w kieszenie wyblakłych dżinsów. Matka tego wszystkiego. Helen.
- Jak się spało? - pyta Helen, nadal pochylając się nad zlewem.
- Niezbyt dobrze - zwierza się Clare. - Śniły mi się same koszmary.
- To pewnie przez ten upał. - Helen wyciera ręce w ścierkę i siada naprzeciw Clare. - Przebyłaś też długą drogę.
- Tak, masz rację.
Historia, którą opowiedziała Clare, zaczęła się na wschodzie, a nie, jak było w rzeczywistości, na północy. Helen nie dowie się o prawdziwej drodze, jaką Clare przemierzyła z Malcolmem: o oddalaniu się od oceanu i kierowaniu w głąb lądu, na południe, przez ruchliwe autostrady; o palącym słońcu, wdzierającym się przez przednią szybę do wnętrza samochodu; o całym dniu jazdy, aż do momentu, gdy Boon zostawił ją na pobliskiej stacji benzynowej, by zadzwoniła po taksówkę, która zabrała ją do tego domu. Helen nie dowie się o krótkim i niezręcznym pożegnaniu z Malcolmem, o tym, jak wręczył Clare torbę wyciągniętą z bagażnika, o sztywnym skinieniu głowy, którym ją obdarzył, gdy odjeżdżał, ani też o żwirze na parkingu, zbyt mokrym od deszczu, by się unieść pod pędzącymi kołami jego auta.
- Muszę przyznać, że zaskoczył mnie twój telefon - stwierdza Helen.
- Długo się zastanawiałam, czy w ogóle tu przyjeżdżać - oznajmia Clare.
- Sally nigdy mi o tobie nie wspominała.
- Domyślam się. Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej. - Clare milknie na chwilę, przyglądając się, jak Helen marszczy brwi.
- Nie reklamujemy tego miejsca.
- Wiem.
- A jednak wiedziałaś o jego istnieniu.
- Sally mi o nim powiedziała - wyjaśnia Clare.
- Teraz mówią o nas w wiadomościach. - Helen spogląda na swoje stopy, jest niespokojna. - Nie byłaś wczoraj zbyt rozmowna.
- Czułam się przytłoczona - przyznaje Clare, co po części jest prawdą. - Sam przyjazd tutaj i widok krzyża przybitego do drzewa trochę mną wstrząsnął.
- Nienawidzę tego krzyża - rzuca Helen. - Markus go tam umieścił.
- Markus?
- Tak, to mój brat. Mieszka na drugim brzegu rzeki. Krzyż jest rodzajem pomnika upamiętniającego naszych rodziców. Teraz jednak... - urywa.
- Doceniam, że pozwoliłaś mi się tu zatrzymać - mówi Clare.
- Sally nie mówiła zbyt wiele o domu rodzinnym - oświadcza Helen. - Ani o tym, skąd pochodziła. Zresztą, niektóre kobiety skłonne są opowiedzieć o sobie dosłownie wszystko. Inne wręcz przeciwnie. Wspominała coś o mamie. Raz napomknęła o siostrze. Wyglądało na to, że wraz z Wiliamem byli na tym świecie zupełnie sami.
Clare podnosi solniczkę i ściska ją mocno w pięści. Wraca wspomnieniami do informacji z akt Sally, które dotyczyły jej rodziny. Do wzmianki o śmierci matki i do jej relacji z siostrą, mieszkającą na drugim końcu kraju, która w artykule poświęconym zaginięciu Sally przyznała, że od dawna były sobie obce. Brak szczegółów na temat ojca. Niewielka grupa znajomych. Sally Proulx i jej syn mieli tylko siebie. Trudno określić, dlaczego niektóre kobiety odcinają się od bliskich, gdy ich małżeństwo dobiega końca.
- Widziałaś może Raylene z rana? - zagaduje Helen.
- Gdy się obudziłam, nie było jej już w pokoju.
- Zdarza się jej chadzać na spacery, gdy upał nie doskwiera jeszcze tak bardzo, jak w ciągu dnia.
- Czyli obecnie mieszkasz tu tylko ty i Raylene, tak?
- I ty - odpowiada Helen. - No i Ginny. Moja córka. Prawdę mówiąc, mam tu miejsce tylko dla dwóch, trzech kobiet. A gdy Ginny wraca do domu na lato, robi się ciasno.
- Jeszcze jej nie poznałam.
- Nie zdarza się jej wstawać przed południem. Zmierzy cię pewnie wzrokiem jak wygłodniały niedźwiedź, więc po prostu ją ignoruj.
"Ginny" - myśli Clare. "Skrót od Virginii". W teczce z dokumentami sprawy tylko jedno zdjęcie pochodziło z mediów społecznościowych i przedstawiało niewyraźny profil młodej kobiety w staniku od stroju kąpielowego oraz w lejącej spódnicy. Stała na tle spienionej rzeki ze swobodnie uniesionymi nad głową rękoma.
Helen wstaje i podchodzi do zlewu. Kuchnia jest dość duża, kwadratowa, a w jej centrum stoi długi stół. Jedne z drzwi, stanowiące tylne wejście do domu, prowadzą do zaniedbanego ogrodu, a w oddali majaczy gęsty zagajnik. Clare zdaje sobie sprawę, że to miejsce aż nazbyt przypomina jej o rodzinnym domu.
- Nad sprawą Sally pracuje dwójka detektywów - oznajmia Helen. - Z pewnością będą się chcieli z tobą spotkać.
- Nie ma problemu, z przyjemnością z nimi porozmawiam - zapewnia Clare, uśmiechem odpierając przypływ strachu na samą myśl o tym spotkaniu.
Helen wpatruje się w nią, stukając palcami o stół. Jej dłoni nie zdobi żaden pierścionek, a paznokcie mają kwadratowy kształt. Jest naturalnie piękną kobietą o złocistej od letniego słońca skórze i intensywnie brązowych oczach, nie stara się jednak w żaden sposób tego podkreślać. Clare wraca pamięcią do swojej matki, do wspomnienia, w którym czesała energicznie włosy i nakładała szminkę przed otwarciem drzwi listonoszowi. "Albo ma się jakieś standardy, albo się ich nie ma" - zwykła mawiać, gdy wraz z Clare przechadzały się po drogeryjnych alejkach. Nie było dla niej nic pomiędzy.
- Nie znam szczegółów tego, co stało się z Sally, więc może mogłabyś mnie w nie wprowadzić, co? - zagaja Clare.
- To raczej ty powinnaś mnie wprowadzić - prostuje Helen.
- Ale w co?
- Sally nie powinna wspominać nikomu o tym miejscu. Ciężko jest mi przełknąć fakt, że to zrobiła.
- Wysłała mi maila. Tylko jednego. Napisała w nim, gdzie przebywa, a tydzień później zobaczyłam w wiadomościach, że...
- No widzisz, napisała ci, gdzie przebywała. - Helen pociera czoło. - Kto wie, komu jeszcze o tym powiedziała.
- Nikomu. Jestem pewna, że Sally...
- Miała tego nie robić. Obowiązuje tu tylko jedna zasada, jedna jedyna. I dotyczy ona poufności. To ja zapraszam tu kobiety. To nie jest tak, że one decydują się tu przyjechać. Nie mają też prawa zapraszać do siebie innych kobiet.
- Rozumiem. Przepraszam.
- A co, jeśli powiedziała o tym miejscu swojemu mężowi? Albo komuś jeszcze?
- Szczerze w to wątpię - stwierdza Clare. - Wiedziała, komu może zaufać.
- Nie, nie wiedziała.
W aktach sprawy znajdowała się tylko jedna fotografia High River i pochodziła ona ze wstępnego raportu dotyczącego zaginionej napisanego formalnym, policyjnym językiem. Helen Haines przez lata gościła w swoim domu kobiety, które potrzebowały schronienia. Niektóre zostawały tam przez kilka miesięcy, inne przez parę lat. Clare chciała jej powiedzieć, że tydzień temu może i była to bezpieczna przystań, teraz jednak stała się miejscem niewyjaśnionego zdarzenia.
- Jedz - rzuca Helen.
Clare wyciąga muffinkę z koszyczka i rozrywa ją na pół, wdzięczna za chwilową zmianę tematu. Ciasto jest tak wilgotne, że pierwszy kęs rozpływa się w ustach. Słodki smak na języku sprawia, że chce jej się płakać. Wtem ze świstem otwierają się drzwi od ogrodu i do kuchni wchodzi Raylene. W świetle poranka Clare chłonie szczegóły jej wyglądu: długie, opadające na plecy, czarne włosy, ciemnobrązowe oczy i skóra.
- Natknęłaś się na kogoś? - pyta Helen.
- Nie - odpowiada Raylene. - Od wczoraj nikogo tam nie ma. Pewnie odwołali poszukiwania. - Siada na krześle obok Clare. - Przepraszam, ale nie pamiętam twojego imienia.
- Clare jest przyjaciółką Sally - oznajmia Helen.
- Co? - Raylene odwraca się całym ciałem, by spojrzeć Clare prosto w twarz. - Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wczoraj, w pokoju?
- Zamieniłyśmy tylko kilka zdań - stwierdza Clare.
Pomieszczenie wypełnia aromat kawy. Helen napełnia nią kubki, po czym stawia śmietankę i cukier na środku stołu. Raylene wsypuje do swojego kubka czubatą łyżkę cukru i miesza w nim energicznie, uderzając o ścianki naczynia, przez cały czas nie spuszczając z Clare wzroku.
- Sally nie wspominała nigdy o przyjaciółce o takim imieniu - oświadcza. - A powiedziała mi o wszystkim.
Zagubiony komar ląduje pośrodku stołu. Clare rozgniata go pięścią, po czym stwierdza:
- Nienawidzę, gdy ludzie tak mówią.
- Słucham? - Raylene wierci się niespokojnie na krześle.
- Nie można mieć pewności, że ktoś powiedział nam o wszystkim - zauważa Clare i popija kawę. - Wszyscy skrywamy jakieś tajemnice.
- Czyżby? A skąd taka teoria?
Clare wzrusza ramionami, niepewna, co powinna na to odpowiedzieć. Uznała, że udawanie przyjaciółki Sally pozwoli jej na swobodne zadawanie pytań, na szybkie wniknięcie w tę społeczność. Sądziła, że wypełni powstałą pustkę, a gdy ktoś zacznie drążyć, dociekać, ukryje pewne nieścisłości, powołując się na zawodną pamięć oraz trudne okoliczności, w których poznała Sally.
- Napisała do Clare kilka tygodni temu - zdradza Helen. - Wysłała jej maila. A gdy ta dowiedziała się o jej zaginięciu, postanowiła tu przyjechać.
- Dlaczego zwlekałaś z przyjazdem? - dziwi się Raylene. - Dlaczego nie pojawiłaś się od razu po otrzymaniu wiadomości?
- Nie było to takie proste - tłumaczy Clare. - Nie mogłam...
- No tak - stwierdza Raylene. - Jak widzisz, teraz jest już za późno. - Wstaje, szurając krzesłem po podłodze. Odkłada poszczególne produkty niedokończonego śniadania do lodówki i kilku szafek, i z impetem trzaska drzwiczkami. Ma krągłą sylwetkę, a gdy sięga do jednej z górnych półek, umieszczając na niej nieużywany czajnik do herbaty, jej koszulka się unosi. Clare dostrzega blizny wijące się wzdłuż brzucha kobiety, sieć białych, wyblakłych rozstępów. Ślady po ciąży bez śladu dziecka. Uprzątnąwszy ze stołu, Raylene opiera się o niego, zdmuchując pasmo włosów wchodzące jej do oczu. Jest zdenerwowana, a jej podbródek nieznacznie drży. - Pojawiasz się tu znikąd i rzucasz złośliwe uwagi. Zachowujesz się jak stara przyjaciółka, a w rzeczywistości jesteś jakąś przypadkową osobą.
- Nie jestem przypadkową osobą - broni się Clare.
- Dla mnie jesteś. Dla nas jesteś.
- Jest przyjaciółką Sally - wtrąca Helen.
- Przepraszam, nie chciałam cię rozzłościć - rzuca Clare.
- A ty się nie złościsz? - dopytuje Raylene. - Twoja przyjaciółka zniknęła. Zniknęło też jej dziecko. Jak się z tym czujesz?
Ramieniem Clare wstrząsa ostry ból. Kładzie na nim dłoń. Poci się, lecz nie wie, czy to z powodu panującego ukropu, czy gorączki wynikającej z odstawienia tabletek przeciwbólowych.
- Oczywiście, że się złoszczę - wyznaje cicho. - Jestem wściekła. O wiele bardziej, niż ci się wydaje.
- To takie straszne - odzywa się Helen. - Po prostu straszne. Robimy wszystko, co w naszej mocy, by ich odnaleźć. Próbujemy jakoś to rozgryźć. Wierzę, że będzie dobrze. Naprawdę w to wierzę.
- Jestem tu, żeby wam pomóc - zapewnia Clare. - Dlatego tu przyjechałam. Porozmawiam z policją. Wybiorę się na poszukiwania wzdłuż rzeki. Zrobię wszystko, co tylko będę mogła. - Oczy Clare momentalnie wypełniają się łzami, które wydają się zadziwiająco naturalne. Wystarczyło, że pomyślała o własnym żalu, o swojej ucieczce i o tym, co zostawiła za sobą. Wystarczyło, że wyobraziła sobie Grace, oraz to, jak jej najlepsza i jedyna przyjaciółka pojawia się, by jej pomóc, lecz przybywa za późno, dokładnie tak jak teraz Clare. Wyciera oczy.
Helen sięga przez stół, by uścisnąć jej dłoń.
- Doceniamy, że jesteś tu z nami - oświadcza, wstając. - Jestem przekonana, że Sally również by to doceniła.
Raylene obserwuje Clare, stojąc przy końcu stołu ze skrzyżowanym rękoma.
- Może gdzieś się przejdziemy, co? - proponuje Helen. - Porozmawiamy sobie na spokojnie. Zaczerpniemy świeżego powietrza. Co ty na to, Clare?
Clare przytakuje, pociągając nosem i zgarniając ze stołu okruszki muffinki na dłoń. Na zaufanie tych kobiet trzeba sobie zasłużyć. Czy jest to dla niej jakiś problem? "Nie" - myśli, ocierając z twarzy ostatnie łzy. Mogłaby przyjaźnić się z Sally. Mogłaby pomóc, gdyby się okazało, że coś w życiu jej przyjaciółki poszło nie tak. Dlatego nie widzi problemu w tym, by stać się tą, która to wszystko naprawi.
***
Clare siedzi na ganku, czekając na Helen. Po drugiej stronie rzeki stoi niewielka, pomalowana na biało, drewniana chatka. Na trawniku przed domkiem mężczyzna goni małe dziecko. Bawią się. Dziewczynka drepcze niepewnie, piszczy z podekscytowania i upada, straciwszy równowagę. Clare się zastanawia, czy widziała już ten budynek, kiedy w nocy wyglądała przez okno. Jest odsunięty od rzeki i na tyle nieduży, że mogła go przysłonić rosnąca nad wodą wierzba.
Gdy zamyka oczy, wyobraża sobie uśmiechniętego Jasona opierającego się o wierzbę górującą nad ich domowym podjazdem, czekającego na jej powrót z pracy. W ciągu ostatnich dni jego postać rysuje się w jej wspomnieniach dużo wyraźniej niż w pierwszych tygodniach od ucieczki. Za sprawą listu, który otrzymała kilka godzin przed wyjazdem z Blackmore, Jason ponownie pojawił się w jej życiu. "Nie wiem, dlaczego wszyscy tak ochoczo o tobie zapomnieli". Doskonale pamięta napisane przez niego słowa. "Tak jakbyś właśnie tego chciała. Jakbyś chciała zostać zapomniana".
Na ganku po drugiej stronie rzeki pojawia się kobieta. Schodzi po schodkach i mówi coś do mężczyzny. Ten podnosi dziewczynkę i niesie ją do domu, szerokim łukiem omijając kobietę. To musi być jego żona. Nawet z tej odległości Clare dostrzega, jak wzdycha i zrezygnowana opuszcza ramiona, przez chwilę patrzy beznamiętnie przed siebie, po czym odwraca się i znika wewnątrz chatki. Od ślubu Clare minęło już wiele lat, przez co stała się ekspertką w wyłapywaniu w małżeństwach innych nawet najdrobniejszych rys, ukrytych pod powierzchnią prądów.
- To dom Markusa - wyjaśnia Helen, podchodząc do Clare. - Mojego brata.
- A to jego żona?
- Tak, Rebecca. A ta mała to ich córka. Moja bratanica. Willow. Wierzba.
- Tak jak to drzewo?
- Tak jak to drzewo - odpowiada Helen, poprawiając dół koszulki. - Gotowa?
Clare przytakuje i podąża za nią po schodkach, przez trawnik. Trawa jest jeszcze wilgotna, a rosa chłodzi stopy przez wycięcia w sandałach . Helen zmierza w dół rzeki. Przez kilka minut idą w milczeniu nadrzeczną ścieżką. Niecałe sto metrów dalej na południe koryto rzeki się zwęża. Woda się spienia i wpływa w gęsty zagajnik. Clare odwraca głowę i spogląda na dwa domy usytuowane po obu stronach rzeki, zwrócone do siebie niczym żołnierze stojący na baczność.
- Nie sądziłam, że ta ścieżka będzie tak dobrze wydeptana - stwierdza Clare.
- Od dziecka nią chadzam - tłumaczy Helen.
Pod baldachimem drzew upał zdaje się mniej uciążliwy. Clare dostrzega czerwoną wstążkę przewiązaną przez słupek tuż przy brzegu. Niecałe trzydzieści merów dalej widzi kolejną. Zapuszczają się głębiej. Ścieżka znika i lawirują teraz wokół ściętych kłód i młodych sadzonek. Docierają do niewielkiej sadzawki. Helen okrąża staw i staje naprzeciw Clare, zwrócona do niej twarzą. Kuca i zanurza dłonie w wodzie.
- Jak tu spokojnie. Zupełnie inaczej niż nad rzeką - zauważa Clare.
- To dzieło ludzkich rąk - informuje ją Helen. - Dzieło mojego ojca. Wykopał ogromny dół i połączył go z rzeką, żeby nigdy nie zabrakło tu wody. Taki prywatny basen, choć z lodowatą wodą.
- Całkiem sprytne.
- Gdy kąpaliśmy się tu za młodu, rybki skubały nam nogi. Markus tego nienawidził. A mi one zupełnie nie przeszkadzały. Nie próbowały ssać naszej krwi. Wydaje mi się, że były nas po prostu ciekawe.
Clare ściąga sandały i zanurza palce stóp w sadzawce.
- Zimna ta woda - stwierdza.
- Nurt płynie zbyt szybko, by mogło ją ogrzać słońce - wyjaśnia jej Helen.
- Nie wiem za dużo o tym miejscu - przyznaje Clare. - O High River. Sally nie zdradziła mi za wiele. Wychowałaś się tu?
- Tak, to są moje rodzinne strony. Moi rodzice zmarli, gdy byłam jeszcze bardzo młoda. Kiedy odeszli, Markus, Jordan i ja wyjechaliśmy stąd na jakiś czas, by zamieszkać u przyjaciół rodziny.
Clare wie, jak zginęli rodzice Helen. Informacje na ten temat znajdowały się w teczce, nie zamierza jednak poruszać teraz tej kwestii. Będzie ostrożnie dobierać pytania.
- Kim jest Jordan?
- To mój najmłodszy brat. Gdy umarli rodzice, był niemowlakiem. Jest młodszy od Markusa o dziesięć lat, a ode mnie o trzynaście. Wróciliśmy tu, gdy byłam już na tyle dorosła, aby wszystkim się zająć. Mieliśmy pieniądze, dużo pieniędzy z odszkodowania. Wpadłam wtedy na pomysł, by stworzyć miejsce dla kobiet, takie, w którym mogłyby się zatrzymać, gdyby tego potrzebowały.
- Coś jak schronisko?
- Nie. Coś jak... miejsce.
"Miejsce". Helen sięga po patyk i rysuje nim po ziemi. Zapisuje swoje inicjały, po czym je przekreśla. Ma w sobie coś z dziecka, siedzi po turecku nad brzegiem rzeki, a jej ciemne włosy wystają z luźnego kucyka.
- Jak Sally cię znalazła?
- Pewni ludzie po prostu o nas wiedzą - mówi Helen. - Mam znajomości w mieście. Jordan wykonuje wiele zleceń pro bono dla lokalnych schronisk. Jest prawnikiem.
- Wygląda na to, że macie tę pracę we krwi.
- Może masz rację, ale teraz nie ma to już większego znaczenia. To już się skończyło.
- Co się skończyło?
- To miejsce. High River. Jego funkcjonowanie opierało się na poufności. Teraz wiedzą o nim wszyscy. Mówili o nas w wiadomościach. Pojawiło się w nich nazwisko Sally, moje zresztą też. Równie dobrze mogli podać współrzędne GPS. Kilka dni po zniknięciu Sally do moich drzwi zawitało przeszło tuzin osób. Żadna z nich nie kierowała się dobrymi przesłankami. Byli to głównie jacyś ciekawscy ludzie. Nawet kobiety, co do których zakładałam, że naprawdę mogą potrzebować miejsca, by się w nim zatrzymać. Co niby mogę teraz dla nich zrobić?
Clare wie, że to pytanie jest retoryczne. To w poufności, w tajemnicy tkwi kwintesencja bezpieczeństwa. Ziemia pod jej palcami jest na tyle miękka, że dłonie zanurzają się w niej, gdy się na nich opiera. Spogląda w górę. Wiele z drzew rosnących wzdłuż brzegu rzeki pozbawionych jest liści, a ich pnie są spróchniałe. Martwe. Wyschnięte.
- Doceniam, że zgodziłaś się mnie przyjąć.
- A co pomyślałaby sobie o mnie Sally, gdybym odtrąciła jej przyjaciółkę?
Helen wzdycha i nakazuje gestem, by kontynuowały marsz. Wstają i podążają ścieżką w głąb zagajnika. Clare muska gołą stopą martwe runo, w ręku trzyma sandały. Po chwili docierają do polnej dróżki prowadzącej do wąskiego mostka łączącego oba brzegi rzeki. Zatrzymują się pośrodku niego, a gdy opierają się o jego barierkę, ta ugina się lekko pod ich ciężarem.
- Co się z nimi stało? - pyta Clare.
- Chciałabym to wiedzieć - odpowiada Helen.
Clare spogląda w dół, na rzekę, i podejrzewa, że dorosła osoba złapana w jeden z wirów z trudem utrzymałaby głowę nad powierzchnią, za to małe dziecko nie miałoby praktycznie żadnych szans i woda momentalnie wessałaby je do środka.
- Myślisz, że skoczyła? - docieka Clare.
- Znałaś ją - stwierdza Helen. - Myślisz, że byłaby do tego zdolna?
Clare kręci głową.
- Wydaje mi się, że nie, ale nigdy nie wiadomo, do czego ktoś może się posunąć. Do czego mogą kogoś popchnąć pewne okoliczności. - Obserwowanie wodnych prądów przyprawia Clare o zawroty głowy, nurt płynie z ogromną prędkością, atakując skały i tworząc wirujące leje. Musi oddychać przez usta, aby zachować spokój. Po chwili dodaje: - Trudno uwierzyć, że nie znaleźli jeszcze ich ciał.
- Grupa poszukiwawcza kręciła się tu przez kilka dni - mówi Helen. - Dziś po raz pierwszy ich tu nie widzę.
- W niektórych miejscach rzeka zdaje się wypłycać - zauważa Clare. - Musieli się o coś zahaczyć. Ciężko mi uwierzyć, że po prostu ich zmyło.
Poranne słońce ustawiło się już nad rzeką, wisi wysoko i pali okrutnie, niezmącone przez chmury. Clare odrywa z barierki kawałek spróchniałego drewna i wrzuca go do wirującej pod ich stopami wody. Dopiero po chwili dostrzega, że ramionami Helen wstrząsa nieznaczny dreszcz. Kobieta spuszcza głowę. Clare wyciąga rękę i kładzie ją na jej ramieniu, nie czuje jednak współczucia pod wpływem jej łez, a irytację, błysk zniecierpliwienia.
- Nie liczą się już moje intencje - żali się Helen.
- Co masz na myśli?
- Nie liczy się już to, że chciałam im tylko pomóc.
- Oczywiście, że to się liczy - protestuje Clare.
- Sally była rozdarta. Wściekła. Z jednej strony było życie, którego pragnęła, a z drugiej to, które wiodła. Nie mogła pogodzić się z tym, że były od siebie tak różne. Od dawna nie mieliśmy tu żadnych dzieci i wtedy pojawił się William. On też był wściekły na swój szczególny, dziecięcy sposób. Gryzł, szczypał. Był nerwowy, jak nerwowe bywają maluchy. Ale kochałam go. Wszyscy go kochaliśmy. Najlepiej, jak potrafiliśmy.
Clare marszczy brwi.
"Najlepiej, jak potrafiliśmy?"
Dziwny dobór słów.
- Sally potrzebowała pomocy. Potrzebowała miejsca, w którym mogłaby się zatrzymać, i ty jej to zaoferowałaś.
- I co dobrego z tego wynikło? Nie powinna wspominać ci o High River. Złamała świętą zasadę.
- Jest coś, o czym powinnam ci powiedzieć. - Clare wie, że nadchodzi czas próby, wpatruje się więc w rzekę, unikając kontaktu wzrokowego. Musi balansować między prawdą a kłamstwem, wplatając swoją historię w to, co wie o Sally. Musi uwiarygodnić swoją przykrywkę.
- Zamieniam się w słuch - zapewnia Helen.
- Sally powiedziała mi o tym miejscu, bo uznała, że i ja mogę go potrzebować - milknie na chwilę, pozwalając Helen na przetrawienie jej słów. - Dorastałyśmy w tym samym miasteczku. Znałyśmy się z widzenia. W okolicach Bożego Narodzenia spotkałyśmy się po latach. W grudniu odeszłam od męża. Wylądowałyśmy w tym samym schronisku dla kobiet. Nie zostałam tam na długo, bo nienawidziłam tego miejsca. Ale coś między mną a Sally kliknęło. Nawiązała się między nami prawdziwa przyjaźń. Tylko że ona chciała tam zostać, zacząć nowe życie, a ja chciałam ruszyć dalej. Wyjechałam. Jakiś miesiąc temu zatrzymałam się na dłużej w pewnym górskim miasteczku.
- I twój mąż cię znalazł - wtrąca Helen. Nie jest to pytanie, lecz stwierdzenie.
- W miasteczku odbywała się niewielka uroczystość. Zwykła impreza. Poszłam na nią. Byłam tak daleko od domu, że poczułam się bezpiecznie. Po kilku dniach moje zdjęcie trafiło do gazety. Pojawiło się tam też moje imię, zakładam, że... Sama nie wiem. Znalazł mnie. Przysłał bukiet kwiatów i liścik. Wyobrażasz to sobie?
To tylko część prawdziwej historii, lecz Clare nie zamierza zdradzać wszystkiego. Nie planuje wspominać o swojej ucieczce, o tym, że nie było żadnego schroniska dla kobiet, bo zatrzymywała się wyłącznie w motelach, przez miesiące krążąc na zachód od domu. Nie planuje wspominać o Malcolmie Boonie, wynajętym przez jej męża Jasona, by ją odnalazł, o tym, jak ją śledził, kreśląc coraz większe kręgi, aż dorwał ją gdzieś na równinach, na wschód od pasm górskich, wdarł się do jej motelowego pokoju i przywiązał do krzesła, gdy próbowała mu zwiać. Nie planuje wspominać o ich dziwnym porozumieniu, na mocy którego zaoferował jej pracę w zamian za obietnicę niewydania jej Jasonowi. Pracę polegającą na szukaniu zaginionych kobiet. Ich pierwszym, wspólnym zleceniem była sprawa w Blackmore, gdzie Clare postawiła swoje życie na szali, by odnaleźć nieznajomą. I udało się jej. Znalazła ją całą i zdrową. Uratowała ją, nabawiwszy się rany postrzałowej, która nadal jej doskwiera. Jej zdjęcie pojawiło się w wiadomościach, bo miejscowi okrzyknęli ją bohaterką, która zbiegła ze szpitalnego łóżka po wystawieniu się na strzał, dzięki czemu ocaliła kobietę, którą miała odnaleźć.
- I teraz znów uciekasz - stwierdza Helen.
- Tak - przyznaje Clare. - Sally czuła się tu bezpiecznie. Tak przynajmniej napisała mi w mailu. Wydaje mi się, że chciała, żebym i ja się tak poczuła.
- Poznałaś jej męża?
W aktach nie było zbyt wiele informacji na jego temat. Clare wie, że nazywa się Gabriel Proulx i jest pracującym na przedmieściach sprzedawcą ubezpieczeń. Na zdjęciu z firmowej strony internetowej miał na sobie koszulę z odpiętymi przy szyi guzikami, rumiane policzki i kozią bródkę. Mężczyzna w średnim wieku, pozbawiony uroku. Widziała go też na kilku rodzinnych fotografiach ściągniętych z portali społecznościowych. I na zdjęciu z bójki, która odbyła się zaledwie kilka dni temu. Wtedy nie miał już tego charakterystycznego zarostu. We wszystkich artykułach dotyczących zaginięcia Sally pisano, że odmówił rozmów z prasą na temat żony i syna.
- Nie - odpowiada Clare. - A ona nie mówiła o nim zbyt wiele.
- W dniu, kiedy Sally i William zniknęli, przebywał w więzieniu - wyjaśnia Helen. - Wdał się w pijacką bójkę i uderzył jakiegoś faceta w głowę butelką po piwie. Załatwił sobie całkiem niezłe alibi.
- To prawda.
Rój meszek zawirował im nad głowami.
- Te robale są straszne w tym roku - narzeka Helen. - To pewnie przez ten upał. I deszcz.
- To zaskakujące, jak woda pochłania wszystkie dźwięki - oświadcza Clare. - Nic poza nią nie słychać. Jakby nie było tu niczego więcej.
Helen odwraca Clare tak, że stoi zwrócona twarzą w dół rzeki. Przez odległą szczelinę między drzewami dostrzega cienie niskich budynków oraz górujące nad nimi wysokie słupy z szyldami stacji benzynowych i barów z fast foodami.
- O rany - rzuca Clare. - Myślałam, że jesteśmy na odludziu.
- Kiedyś byliśmy. Jakieś dwadzieścia lat temu. Może nawet dziesięć. Ale miasto się rozlało. W zeszłym roku jeden z deweloperów wykupił cztery tysiące akrów na północ od nas. Planuje wybudować tam piętnaście tysięcy domów. Stworzy nowe przedmieścia. Zupełnie nowe miasto. Aby tego dokonać, potrzebuje drogi ekspresowej, która to wszystko połączy. Jeśli sprawy pójdą po ich myśli, powstanie tu most. - Helen wskazuje ręką na miejsce, w którym stoją. - Sześciopasmowy potwór zniszczy wszystko, co stanie mu na drodze.
- Jeśli sprawy pójdą po czyjej myśli? - docieka Clare.
- Po myśli mężczyzn, którzy przychodzą pod moje drzwi. Otwierają sobie bramę i podjeżdżają pod sam dom, jakby mieszkała tu ich babcia. Chcą wykupić tę ziemię. Pojawiają się w imieniu dewelopera. Jeden przyszedł nawet w imieniu miasta. Wszyscy są w to wplątani. Zmówili się. Niektórzy są dość mili, obiecują ogromne pieniądze. Inni bywają nieprzyjemni, grożą i obnoszą się ze swoją władzą, aby mi przypomnieć, że to, czy położą swoje łapska na tej ziemi, jest tylko kwestią czasu.
- Jak się z tym czujesz?
- Sadziłam, że zostanę tu do śmierci. Teraz jednak widzę, że to miejsce jest skażone. Myślę, że zawsze takie było. Nie wiem tylko, dlaczego tak długo zajęło mi dostrzeżenie tego faktu. Jordan się tym zajął. Załatwia to wszystko za mnie. Wie, jak obchodzić się z tymi sprawami. W grę wchodzą duże pieniądze. Tak duże, że ustawiłby Ginny i Jordana na całe życie.
"Ginny i Jordan" - myśli Clare. "Ani słowa o Markusie".
W dole rzeki pojawia się trzech mężczyzn. Dwóch z nich ma na sobie policyjne mundury, trzeci - brązowy garnitur. Clare domyśla się, że ten ostatni musi być jednym z detektywów. Stoją w ciasnym kręgu, rozmawiając, a mężczyzna w garniturze wskazuje na wodę. Clare czuje, jak serce zaczyna jej walić w piersi. Dlaczego zgodziła się na rozmowę z policją? Mruży oczy, wpatrując się w detektywa, lecz stoi on zbyt daleko, by mogła zobaczyć jego twarz. Nie zauważył ich.
- To detektyw Rourke - odzywa się Helen. - Przyszedł nawet w niedzielę.
- Wykonuje swoją pracę - stwierdza Clare.
- Przyjdzie potem do domu, żeby z tobą porozmawiać. - Helen wpatruje się przed siebie. - Powinnyśmy już wracać. Pewnie jesteś głodna.
Helen rusza, nim Clare zdąży cokolwiek powiedzieć, zostawiając ją samą na moście. Detektyw jest odwrócony do niej plecami. Wskazuje na rzekę, a funkcjonariusze kiwają głowami, jakby nie ulegało wątpliwości, że już dawno powinni odnaleźć ciała. Przecież muszą gdzieś tam być. Przecież muszą być jeszcze w wodzie.
Clare schodzi z mostka, zanim uda im się ją dostrzec. W chodzie Helen nie widać smutku obecnego w jej słowach. Jej kroki są sprężyste, lekkie. Przemierza ścieżkę i znika pośród drzew. Clare nie udaje się jej dogonić.
***
Korytarz na piętrze jest szeroki i ciemny. Clare stoi pośrodku niego, niepewna, które z czterech zamkniętych drzwi prowadzą do jej pokoju. Dotyka tapety. Pod palcami wyczuwa zgrubienia w miejscach, gdzie kruszy się tynk. Dom, mimo że okazały, niszczeje, skrzypi przy każdym kroku. Na jednej ze ścian w pozłacanej ramie wisi zdjęcie wielkości plakatu, przedstawiające kobietę stojącą na polu. U jej stóp leży wiklinowy kosz z plewami kukurydzy. Wygląda jak Helen, ma w sobie to samo naturalne piękno. Jedną ręką osłania oczy przed słońcem. Clare się odwraca, gdy dobiega do niej dźwięk płynącej wody. Otwierają się jedne z drzwi i staje w nich młoda kobieta ze szczoteczką do zębów zwisającą z ust. Jest wysoka i szczupła, ma na sobie krótki top i spodenki od piżamy, a jej włosy są ciemne i ścięte na pazia. Ginny Haines.
- Co?
- Nic - odpowiada Clare. - To znaczy... Cześć, jestem Clare.
- Co się tak gapisz, Clare?
- Przepraszam.
Ginny wygląda na znudzoną. Opiera się biodrem o framugę i porusza szczoteczką. Ma na ustach pianę. Po chwili wraca do łazienki i kopnięciem zamyka za sobą drzwi.
Clare chłonie otaczające ją ciepło nieruchomego powietrza, wyczuwa kropelki potu torujące sobie drogę między jej piersiami. W korytarzu znajduje się okno zwrócone na południe, ale nie może go otworzyć, bo ktoś zamurował ramę. Staje przed nim i spogląda przez szybę. Z jednej strony rozpościera się widok na złociste pole, z drugiej płynie rzeka. Z tego miejsca nie widzi mostu, na którym stała z Helen, a jedyną oznaką, że od boku wdziera się gwarne miasto, jest niewyraźna chmura smogu wisząca w oddali. Kładzie rękę na brzuchu. Płaskim i napiętym. Zeszłego lata, mniej więcej o tej porze, jej brzuch był zaokrąglony. Była w ciąży. Pamięta, jak stała przy oknie na piętrze swojego domu i patrzyła, jak Jason wsuwa się i wysuwa spod pickupa stojącego na podjeździe. Brudny, przystojny i poplamiony smarem. Pamięta, jak nieustannie balansowała między nadzieją a rozpaczą, które wtedy odczuwała, a każda z emocji pozostawiała wystarczająco miejsca dla drugiej. Pamięta, jak palce nabrzmiały jej wokół obrączki, ale za nic w świecie nie może przypomnieć sobie uczucia obecności dziecka tkwiącego w jej brzuchu, nacisku tych małych stópek na ciało. Rozmyło się wraz z zakończeniem ciąży.
Chmury mienią się błękitem, oświetlane blaskiem zachodzącego słońca. Wyciąga telefon z kieszeni krótkich spodenek. Zna numer Malcolma na pamięć. Wpisuje cyfry, potem treść wiadomości, po czym kasuje ją i zaczyna pisać od nowa. Co, oprócz informacji o dotarciu na miejsce, ma mu wysłać? Mogłaby napisać, że już tu jest, ale on przecież nawet nie pomyśli, by była gdziekolwiek indziej.
- A więc to ty jesteś tą przyjaciółką Sally, tak? - odzywa się ktoś za jej plecami.
Clare podskakuje, zaskoczona, i odwraca się gwałtownie. Staje twarzą w twarz z Ginny.
- Tak, to ja. Przepraszam. Przestraszyłaś mnie.
- Ty tak na serio z tą starożytną technologią?
Clare wciska komórkę do kieszeni.
- Nigdy nie lubiłam smartfonów.
- Niezły oldskul - mówi Ginny. - To nawet słodkie. Za jakiś czas przyjdą do ciebie gliny.
- Tak, wiem. Helen już mnie uprzedziła. Przepraszam, ale chyba jeszcze się nie poznałyśmy.
- Czy wszystko, co wychodzi z twoich ust, zawsze składa się na przeprosiny?
Clare prostuje się i zmywa z twarzy uprzejmy uśmiech. W rodzinnych stronach z łatwością stawiała czoła tego typu uszczypliwościom, miała cięty język. A nawet jeśli ktoś nie bał się jej riposty, to miał na tyle rozumu w głowie, by bać się Jasona. Podchodzi do Ginny i wyciąga w jej kierunku rękę, patrząc na nią z błyskiem stanowczości i ostrzeżenia w oczach.
- Jak już mówiłam, jestem Clare. Ty pewnie nazywasz się Ginny.
Dziewczyna ujmuje jej wyciągniętą dłoń i nią potrząsa. Ma jasną, nieskazitelną cerę, a jedyną niedoskonałością na jej twarzy są układające się w kształt półksiężyca pozostałości po tuszu do rzęs.
- Trochę pospałaś, co? - zauważa Clare. - Już prawie wieczór.
- Jest niedziela. A to miejsce śmiertelnie mnie nudzi.
- Ostatnio chyba nie było tu aż tak nudno, prawda?
Ginny śmieje się nerwowo.
- Dość dziwnie to ujęłaś. Sally podobno była twoją przyjaciółką.
- Tak, była - potwierdza szybko Clare.
Zapada cisza, zachodzi między nimi pewna zmiana. Ginny przestępuje niespokojnie z nogi na nogę. Przez ten krótki czas, od kiedy Clare zajmuje się poszukiwaniem zaginionych, nauczyła się, że jeśli chce, żeby ludzie uwierzyli w to, za kogo się podaje, musi się wykazać asertywnością, a nie unosić się dumą.
- Kto to? - pyta, gestem wskazując na fotografię wiszącą na ścianie.
- Jej matka - informuje Ginny. - To znaczy... matka Helen.
- Czyli twoja babcia?
- Tak. Nazywała się Margaret Haines. Nie żyje.
- Poznałaś ją? - drąży Clare.
- Nie. Nie zdążyłam.
Clare zna ponurą historię High River, czytała o niej w gazetach i aktach policyjnych, nim pojawiła się w tym miejscu. Morderstwo Margaret Haines było czymś tak wstrząsającym, że Clare pamięta je jeszcze z czasów, gdy była jeszcze dzieckiem, a jej własna matka siedziała przyklejona do telewizora i śledziła dramat rozgrywający się na tej odludnej farmie, wiele kilometrów od ich rodzinnych stron. Pamięta, jak bardzo ta historia poruszyła jej matkę i na samą myśl o przebywaniu, spaniu i mieszkaniu w tym domu jej ciałem wstrząsa dreszcz.
- Twoja babcia wygląda zupełnie jak Helen.
- Miała pewnie tyle samo lat co ona w tej chwili. To zdjęcie zrobiono na polu tuż za domem, kiedy uprawiano tu jeszcze kukurydzę. Babcia sama zajmowała się ziemią. Albo nadzorowała pracowników, którzy robili to za nią. Mój dziadek był prawnikiem. Prowadził dużą kancelarię w mieście.
- Dość osobliwy podział ról jak na tamte czasy - zauważa Clare. - Kobieta zajmująca się rolą i mężczyzna pracujący w mieście.
- To było w latach osiemdziesiątych, nie pięćdziesiątych.
- Ale jednak.
- Prawdziwy feminizm, co nie? - rzuca Ginny i obdarza Clare uśmiechem. - Co więcej, pewnej nocy mój dziadek gonił babcię przez pole i strzelił jej w plecy, gdy próbowała mu zwiać.
- O nie! - krzyczy Clare, i by wzmocnić efekt swojego zaskoczenia, zakrywa usta dłonią. - Tak mi przykro. Nie wiedziałam...
- Helen i Markus obserwowali to wszystko przez kuchenne okno. Mój wujek, Jordan, był wtedy małym brzdącem i spał spokojnie na piętrze.
W sposobie, w jaki Ginny opowiada tę historię, przestępuje z nogi na nogę i rozkłada ręce, jest jakaś dziwna ekscytacja. A fakt, że nazywa swoją matkę po imieniu, rodzi pewien dystans.
- Ile mieli lat? Markus i twoja matka.
- Helen miała z piętnaście, a Markus około dwunastu. No i po tym, co zobaczyli na zewnątrz, Markus poszedł po drugą strzelbę swojego ojca i kiedy ten wchodził do domu przez kuchenne drzwi, strzelił mu prosto w serce.
- Tak. Znam tę historię. To znaczy... coś kojarzę. W tamtym czasie mówili o tym we wszystkich wiadomościach. - Clare wypuszcza swoje prawdziwe wspomnienia na powierzchnię. - Byłam wtedy dzieckiem, a moja matka miała obsesję na punkcie telewizji. Chłopiec bohater, który zabił nikczemnego ojca. Pamiętam, jak matka opowiadała o tym mojemu tacie w kuchni.
- Właśnie. Wygooglowałam to sobie i przeczytałam wszystkie artykuły. Jeśli pogrzebie się wystarczająco głęboko, można nawet natrafić na zdjęcia z miejsca zbrodni.
"Miejsce zbrodni" - myśli Clare. W teczce znajdowały się czarno-białe fotografie przedstawiające poplamiony krwią śnieg i bałagan w kuchni. Na samą myśl o dzieciach uczestniczących w takich wydarzeniach, o Helen i jej bracie skulonych w oczekiwaniu na przyjazd policji, o najmłodszym z trójki rodzeństwa, śpiącym spokojnie w kołysce na piętrze, pęka jej serce. Wstrząsa nią też wizja tej młodej kobiety, która zamiast szukać informacji o swoich bliskich w rodzinnych albumach, znajduje je w czeluściach internetu pod postacią krwawych zdjęć z miejsca przestępstwa.
- Zdarza się jej wracać do tych wspomnień? Opowiadać o nich?
- Jaja sobie robisz? - pyta retorycznie Ginny. - Helen należy do tego gatunku ludzi, którzy wolą wykopać najgłębszy z dołów i wsadzić w niego łeb. Tak sobie z tym radzi.
- A kto zaopiekował się twoją mamą i jej braćmi?
- Mieli jakiegoś tam wujka, który nie chciał mieć z nimi nic wspólnego - mówi Ginny - więc przenieśli się do miasta i zamieszkali z Twiningami. Philip Twining był partnerem biznesowym dziadka. Wraz z żoną Janice przyjęli ich pod swoje skrzydła. Jakiś czas mieszkali z nimi w mieście, ale wydaje mi się, że Helen nie mogła tego znieść. Wyrzucili ją z college'u na pierwszym roku, bo była ze mną w ciąży. Dzięki temu nie musiała się uczyć i mogła tu zamieszkać. Zabrała braci i cała trójka wróciła na stare śmieci.
Ginny wpatruje się w wiszącą na ścianie fotografię. Ich stosunki ociepliły się nieznacznie dzięki temu, że mogła opowiedzieć o burzliwych losach swojej rodziny. Clare widzi, jak dziewczyna balansuje na granicy swojego wieku, mimo że tkwi już w ciele dorosłej kobiety, to na tyle młodej, że jej życie wypełniają jeszcze historie innych osób.
W aktach przekazanych Clare przez Malcolma znajdowało się jeszcze kilka informacji dotyczących Twiningów: wzmianka o nich w kontekście dwudziestej rocznicy zabójstwa Hainesów; wieść o rozpoczęciu przez Jordana Hainesa studiów prawniczych i planów współpracy z Philipem, aby czynić dobro tam, gdzie jego ojciec zrobił tak wiele zła; wyrywki mówiące o tym, że Philip i Jordan planują zbudować w mieście schronisko dla kobiet, by uczcić pamięć matki. Chcą je nazwać DOMEM MARGARET HAINES i z pewnością będzie odbiegało od standardów High River.
Rozlega się dzwonek telefonu. Clare kładzie rękę na komórce tkwiącej w kieszeni jej spodenek, jednak to ze smartfonu Ginny wydobywa się dźwięk. Dziewczyna wyciąga ze swojej piżamy, patrzy na ekran i kciukiem wpisuje odpowiedź.
- Jordan już tu jedzie - oznajmia. - Będzie za godzinę.
- Mieszka w mieście?
- No - rzuca Ginny, rozkojarzona przez przeglądanie jednej z aplikacji i podwójne stukanie w losowo pojawiające się zdjęcia. - Jest gorącym ciachem. Młodym, miejskim prawnikiem.
- Mówisz o swoim wujku?
Ginny marszczy nos, nie podnosząc wzroku znad telefonu.
- Boże, przecież wiem, że jest moim wujkiem. Nieustannie mi o tym przypomina. Niańczył mnie od małego.
Clare opiera się o ścianę i wbija wzrok w Ginny.
- Ile masz lat?
- Dziewiętnaście - odpowiada Ginny i prostuje się z dumą. - W listopadzie skończę dwadzieścia.
- Mogę cię, dlaczego zwracasz się do swojej mamy po imieniu?
- Bo ona nie lubi, jak mówię do niej mamo. A i ja nieszczególnie za tym przepadam. To chyba jedyna kwestia, w której jesteśmy zgodne. - W głosie dziewczyny słychać żal.
Clare dobrze pamięta pewien krótki okres w swoim nastoletnim życiu, kiedy nalegała, żeby nazywać rodziców po imieniu, oraz to, jak stanowczo sprzeciwiała się temu jej matka. "Zasługuję na to słowo" - mówiła. "Ciężko na nie zapracowałam". W końcu Clare dała za wygraną. Po latach, gdy na świat przyszedł jej martwy synek, jedna z pielęgniarek powiedziała, że mimo iż jej dziecko urodziło się martwe, to już na zawsze będzie jego mamą. Przypomina sobie, jak bardzo wściekła się na matkę za jej słowa sprzed lat, z których wynikało, że macierzyństwo jest czymś, na co trzeba sobie zasłużyć, zapracować, a nie czystym zrządzeniem losu, które pozbawia niektóre z kobiet jakiegokolwiek wyboru.
- Co zamierzasz powiedzieć glinom? - pyta Ginny, nadal wpatrując się w ekran telefonu.
- Odpowiem po prostu na ich pytania.
- Jeden z nich... ten Rourke... - Dziewczyna chowa komórkę do kieszeni swojej piżamy. - Ostatnio dużo się tu kręci...
- To chyba dobrze? Muszą w końcu coś znaleźć.
- Staram się mu pomóc - oświadcza Ginny, odchylając się lekko do tyłu. - Cała rodzina nabrała wody w usta. Helen nienawidzi, gdy w pobliżu kręcą się gliny. A ja myślę, że Rourke się cieszy, że chociaż ja staram się być pomocna.
- Pewnie masz rację. Dobrze znałaś Sally i Williama?
- Tylko trochę. Ten dzieciak był dość dziwny. Dosłownie nie mógł ustać w miejscu. Wiele z kobiet, które się tu pojawiały, miało coś z głową. Były złe albo zestresowane. - Wzrusza ramionami i śmieje się nerwowo. - William był taki sam jak jego matka.
- To prawda - zgadza się z nią Clare. - A jaki jest ten drugi policjant.
- Och, to funkcjonariuszka. Nazywa się Somers. I chyba za mną nie przepada.
- No co ty... Raczej koncentruje się na swojej pracy.
- Zresztą, nieważne. Niedługo tu będą. Powinnam się przebrać - rzuca Ginny, ale zamiast się ruszyć, pozostaje w miejscu. Stoją blisko siebie i wpatrują się w portret Margaret Haines. Dziewczyna nabiera powietrza w płuca, jakby miała zamiar coś powiedzieć. - Przykro mi z powodu twojej przyjaciółki - odzywa się po chwili. - Tak naprawdę to nie znałam ani jej, ani Williama. Staram się trzymać dystans. Nie chcę uczestniczyć w tych dramach. Ale zdarzały się momenty, kiedy Sally była spokojna i wydawała się wtedy dość miła.
- Była miła - przyznaje Clare. - Dziękuję.
Ginny wraca na paluszkach do sypialni, czym przypomina Clare skradającego się brzdąca. Ma dziewiętnaście lat i tkwi w niewygodnym zawieszeniu, chcąc nadal zachowywać się jak dziecko, ale też być traktowaną jak dorosła. Clare wraca spojrzeniem do fotografii Margaret Haines. Kobieta ze zdjęcia ma na sobie dżinsy i wysokie robocze buty, których podeszwy upaćkane są błotem. Nawet tak silna osoba jak Margaret nie miała szans w starciu z pędzącym pociskiem. Clare przemierza korytarz i otwiera właściwe drzwi, po czym wchodzi do pustego pokoju. Mimo że jej ramię pulsuje bólem, a palce lewej dłoni nadal mrowią z powodu uszkodzonych nerwów, czuje przypływ siły. Na razie nie sięgnie po tabletki schowane na dnie torby, zmieni tylko ubranie i będzie gotowa, by porozmawiać z policją. Pozostanie czujna i zignoruje ból. Popracuje nad tą sprawą. Jeśli zaciśnie pięść i przytrzyma ją w takiej pozycji wystarczająco długo, drżenie dłoni ustąpi.
***
Tytuł oryginału: #2 Still Water
Copyright ? by Amy Stuart, 2018
Copyright for Polish translation? by Edyta Ładuch, 2024
Copyright for this edition ? by Virtualo, 2024
Redakcja: Agnieszka Szmatoła
Korekta: Monika Kalicka, Magdalena Gonta-Biernat / To Się Wyda
Skład i łamanie: Gabriel Gonta / To Się Wyda
Projekt okładki: Małgorzata Drabina / Yellow Room
Konwersja do wersji elektronicznej: Tomasz Biernat / To Się Wyda
Warszawa 2024
ISBN 978-83-272-8597-3
ul. Marszałkowska 104/122
00-017 Warszawa
www.virtualo.pl
Chcesz wydać książkę lub audiobook? Wejdź na virtualo.eu lub napisz do nas na adres: redakcja@virtualo.pl.
Dla moich rodziców,
Dicka i Marilyn Flynn,
kocham Was bezgranicznie i dziękuję za wszystko