Pośród pól - Amy Stuart

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NIE­DZIELA

Clare zrywa się gwał­tow­nie ze snu, za­kry­wa­jąc usta dło­nią, by stłu­mić krzyk. Po­kój oświe­tla sre­brzy­sty blask księ­życa, pod­czas gdy ona leży na po­je­dyn­czym łóżku, któ­rego za­rdze­wiała rama skrzypi, kiedy pró­buje usiąść pro­sto. Mruga. Gołe ściany, wy­soki su­fit, gę­ste sku­pi­ska pa­ję­czyn za­le­ga­jące w ką­tach. Przez otwarte okno wdziera się go­rący wiatr, unosi rą­bek jej prze­ście­ra­dła. Drzwi są za­mknięte. Na dru­giej pry­czy, przy­ci­śnię­tej do prze­ciw­le­głej ściany, leży ko­bieta. Śpi z twa­rzą za­nu­rzoną w po­duszce, nie­ru­choma ni­czym trup.

W my­ślach Clare po­ja­wia się py­ta­nie: "Wie­dzia­łaś o tym miej­scu?".

Ko­bieta na są­sied­nim po­sła­niu wy­daje z sie­bie prze­cią­gły jęk, prze­kręca się na plecy, jej ręka zsuwa się z łóżka. W sła­bym świe­tle Clare przy­gląda się nie­zna­jo­mej. Ma może trzy­dzie­ści lat, a nie­liczne zmarszczki się po­głę­biają, gdy jej twarz na­pina się pod­czas snu. Na przed­ra­mie­niu i wnę­trzu dłoni ko­biety wid­nieją zyg­za­ko­wate bli­zny. Clare wie, czym są - bli­znami obron­nymi. Śla­dami po­wsta­łymi w wy­niku od­par­cia czy­je­goś ataku.

Po­znały się wczo­raj­szego wie­czoru, kiedy Clare przy­je­chała do tego miej­sca. Zdą­żyły uści­snąć so­bie dło­nie, wy­mie­nić kilka zdaw­ko­wych zdań i po­krę­cić się przez chwilę wo­kół sie­bie w tej nie­wiel­kiej prze­strzeni. Po­wie­działa, że ma na imię Ray­lene.

Drew­niana pod­łoga wy­daje się Clare cie­pła, gdy staje na niej bo­symi sto­pami i pod­cho­dzi na pal­cach do okna. Po­kój znaj­duje się na pię­trze. Wi­dać z niego dach ganku, który znaj­duje się po­ni­żej. Ja­kieś sześć­dzie­siąt me­trów da­lej pły­nie rzeka, sły­chać jej szum. Nad wodą ro­śnie wierzba, a jej grube ko­rze­nie zwi­sają z brze­gów i nikną w głę­bi­nach. Do pnia przy­bito drew­niany krzyż. Clare zbiera włosy z karku i na­chyla się, by po­zwo­lić wia­trowi owiać szyję.

"Wie­dzia­łaś o tym miej­scu?"

"Tak" - my­śli Clare, wpa­tru­jąc się w drew­niany krzyż. "Wie­dzia­łam o tym miej­scu".

Wczo­raj­szego ranka pa­trzyła jesz­cze na ocean. Dwa dni temu Mal­colm Boon po­ja­wił się w drzwiach jej po­koju z teczką w ręku.

- Mam nowe zle­ce­nie - po­wie­dział. - Za­gi­nęła ko­bieta z dziec­kiem.

Ile dni mi­nęło od czasu, gdy wraz z Mal­col­mem ucie­kli ze szpi­tala w Black­more, uni­ka­jąc nie­wy­god­nych py­tań po­li­cji? Ile dni spę­dziła w mo­te­lo­wym po­koju, na­prze­mien­nie się bu­dząc i za­pa­da­jąc w sen, gdy le­czyła ranę po­strza­łową? Pa­mięta za­le­d­wie prze­bły­ski tam­tych dni i nocy. Zmianę ban­daży, in­ten­sywny ko­lor za­bliź­nia­ją­cej się na ra­mie­niu rany. Po­si­łek je­dzony na nie­po­sła­nym łóżku. Brudną szklankę z wodą, którą Boon po­da­wał jej do po­pi­cia ta­ble­tek. Przy­pływy i od­pływy oce­anu na plaży. Obec­ność Mal­colma oraz jego brak. A po­tem to, jak po­ja­wił się z teczką i z no­wym za­da­niem.

- My­ślę, że to sprawa dla cie­bie - rzekł. - Cho­dzi o miej­sce zwane High Ri­ver. Dla ko­biet ta­kich jak ty.

Te słowa coś w niej wtedy roz­bu­dziły. To było jej dru­gie zle­ce­nie. Szansa na na­pra­wie­nie błę­dów z pierw­szej sprawy. Szansa na udo­wod­nie­nie, że na­daje się do tej pracy. Przez ko­lejną dobę po wi­zy­cie Mal­colma ślę­czała nad otrzy­ma­nymi do­ku­men­tami. Sally Pro­ulx i jej dwu­letni syn Wil­liam znik­nęli kilka dni temu w cze­lu­ściach rzeki, którą Clare ob­ser­wo­wała w tej chwili przez okno. Jesz­cze w mo­te­lo­wym po­koju ob­kle­iła ściany zdję­ciami, wy­cin­kami z ga­zet i ra­por­tami po­li­cyj­nymi, two­rząc oś czasu. Fo­to­gra­fie sta­no­wiły wy­rywki z po­przed­niego ży­cia Sally, tuż przed tym, nim po­ja­wiła się z sy­nem w High Ri­ver.

Pod­czas pracy nad tą sprawą Clare czuła, jak prze­pływa przez nią dziwna ener­gia. Nie mo­gła spać. Nie chciała roz­ma­wiać z Mal­col­mem. Ogra­ni­czyła też dawki ta­ble­tek, przez co mu­siała wal­czyć z na­pły­wa­ją­cymi fa­lami bólu i mdło­ściami. Obie­cała so­bie jed­nak, że tym ra­zem bę­dzie przy­go­to­wana. Że wy­my­śli sie­bie na nowo i do­pa­suje się do High Ri­ver. Znaj­dzie ide­alną przy­krywkę. Wy­cią­gnie wnio­ski z ostat­nich błę­dów. Do­piero te­raz zdała so­bie sprawę, że Mal­colm wy­brał to zle­ce­nie, po­nie­waż wie­dział, że jest ono zbyt bli­skie jej do­świad­cze­niom, by mo­gła je od­rzu­cić.

Ray­lene siada nie­spo­dzie­wa­nie na łóżku. Zdy­szana. Z sze­roko otwar­tymi oczami.

- Nie! - krzy­czy. - Nie! - Ska­nuje wzro­kiem po­kój, aż na­tra­fia na Clare sie­dzącą przy otwar­tym oknie.

- Już do­brze - uspo­kaja ją Clare.

Ray­lene błą­dzi spoj­rze­niem po po­miesz­cze­niu, wy­gląda na prze­ra­żoną.

- Coś ci się przy­śniło - szep­cze do niej Clare. - Śpij.

I jakby ni­gdy nic Ray­lene opada po­woli na łóżko, jej głowa lą­duje miękko na po­duszce. Za­sy­pia.

Za­czyna pa­dać. Clare wy­ciąga rękę, by zła­pać pierw­sze kro­ple. Ni­gdy nie po­tra­fiła przy­po­mnieć so­bie wła­snych snów. Kie­dyś jej to nie prze­szka­dzało, pra­gnęła zo­sta­wić za sobą szcze­góły z daw­nego ży­cia, za­po­mnieć o tym, co się wy­da­rzyło wiele mie­sięcy wcze­śniej. Tak było w cza­sach, za­nim po­znała Mal­colma Bo­ona. Przed tym, jak za­trud­nił ją do tej dziw­nej pracy po­le­ga­ją­cej na szu­ka­niu za­gu­bio­nych i za­gi­nio­nych ko­biet. Przed jej pierw­szą sprawą w Black­more. Przed raną po­strza­łową i zle­wa­ją­cymi się ze sobą dniami, spę­dzo­nymi na re­kon­wa­le­scen­cji w mo­telu nad brze­giem oce­anu. Kiedy wczo­raj­szego dnia je­chali do High Ri­ver, kie­ru­jąc się na po­łu­dnie i wsią­ka­jąc co­raz głę­biej w gę­sty upał, pa­no­wała mię­dzy nimi tak doj­mu­jąca ci­sza, że gdy nie­spo­dzie­wa­nie Mal­colm się ode­zwał, Clare zdzi­wiła się in­ten­syw­no­ścią jego głosu.

- Nie za­po­mnij, że to, co się wy­da­rzyło w Black­more, było nie­złym far­tem - po­wie­dział.

- Nie­złym far­tem - po­wtó­rzyła, do­ty­ka­jąc dło­nią rany po­strza­ło­wej, znaj­du­ją­cej się za­le­d­wie kilka cen­ty­me­trów od jej serca.

- Cho­dzi mi o to - kon­ty­nu­ował Mal­colm - że za­gi­nione ko­biety nie za­wsze od­naj­dy­wane są żywe.

"Nie było w tym żad­nego farta" - chciała mu od­po­wie­dzieć, lecz tego nie zro­biła. Mil­czała, za­uwa­ża­jąc, że je­dy­nymi zmia­nami w kra­jo­bra­zie za oknem są liczne sta­cje ben­zy­nowe i bary z fast fo­odami, po­ja­wia­jące się przy skrzy­żo­wa­niach. Z każ­dym prze­je­cha­nym ki­lo­me­trem co­raz bar­dziej za­nu­rzała się w spra­wie z High Ri­ver. Chło­piec i jego matka. Sku­pia­nie się na szcze­gó­łach od­wra­cało jej uwagę od prze­szy­wa­ją­cego bólu, pa­niki i po­trzeby się­gnię­cia po jesz­cze jedną, tym ra­zem ostat­nią ta­bletkę, która mo­men­tal­nie by ją uko­iła. Za­pa­mię­tała wszyst­kie in­for­ma­cje za­warte w teczce, wchło­nęła wszyst­kie szcze­góły z ży­cia Sally Pro­ulx. Zo­stała ak­torką przy­go­to­wu­jącą się do ode­gra­nia ko­lej­nej roli. Tym ra­zem pla­no­wała wcie­lić się w przy­ja­ciółkę Sally, obrać inną, bar­dziej bez­po­śred­nią drogę niż ta, którą wy­brała po­przed­nim ra­zem.

Te­raz jed­nak, gdy do­tarła już do High Ri­ver, ma prze­czu­cie, że po­peł­niła błąd, de­cy­du­jąc się na przy­ję­cie tego zle­ce­nia. Sto­jąc w otwar­tym oknie, wpa­truje się w biały krzyż i w ko­ły­szące się na wie­trze macki wierzby. Czuje ból w klatce pier­sio­wej. Czuje ból w ra­mie­niu. Ciężko jej się od­dy­cha w tym skwa­rze. Wraca my­ślami do li­stu od męża. Li­stu, który spo­czywa na dnie jej torby.

Ja ni­gdy o To­bie nie za­po­mnę, moja Clare. Na­dal je­steś moja.

"Osiem­na­ście" - my­śli. Mi­nęło osiem­na­ście dni, od­kąd wraz z Mal­col­mem opu­ściła Black­more i udała się, z li­stem Ja­sona tkwią­cym w tyl­nej kie­szeni spodni, na za­chód, w stronę oce­anu. Dwie­ście dwa­dzie­ścia pięć dni od czasu, gdy zo­sta­wiła Ja­sona i bie­gła przez za­śnie­żone pola do sa­mo­chodu ukry­tego pod plan­deką. Zre­ali­zo­wała swój plan ucieczki od prze­mo­co­wego męża, który two­rzyła skrzęt­nie przez wiele mie­sięcy. Wy­rwała się z daw­nego ży­cia. Jed­nak nie mo­gła prze­stać od­li­czać, bez względu na to, jak wiele dni upły­nęło.

"Wie­dzia­łaś o tym miej­scu?"

To Ray­lene za­dała jej to py­ta­nie, gdy le­żały w mroku kilka go­dzin po tym, jak Clare do­tarła do swo­jego no­wego celu. Nic jej nie od­po­wie­działa. Uda­wała, że śpi. Wczo­raj wy­da­wało się jej, że do­brze się na to przy­go­to­wała. Są­dziła, że do­wie­działa się wszyst­kiego o High Ri­ver i że jej przy­krywka jest so­lidna ni­czym głaz.

Clare od­wraca się i przez ra­mię spo­gląda na śpiącą ko­bietę, zwi­niętą w po­zy­cji em­brio­nal­nej, któ­rej twarz za­sty­gła w sen­nym wy­ra­zie cier­pie­nia. Na­stęp­nie wraca spoj­rze­niem na rzekę, po czym za­myka okno, ale jej ręce drżą z bólu, stra­chu lub zmę­cze­nia, sama już nie wie, które z tych od­czuć do­skwiera jej obec­nie naj­bar­dziej. Zresztą nie ma to już żad­nego zna­cze­nia.

"Nie­ważne, czy je­stem go­towa, czy nie" - my­śli Clare. "Ważne, że tu je­stem".

***

Na­staje ra­nek. Clare sie­dzi przy stole za­sta­wio­nym śnia­da­niem, a w są­sied­nim po­miesz­cze­niu gra mu­zyka, któ­rej nie po­trafi roz­po­znać, bo pio­senka jest zbyt fol­kowa i ci­cha, by mo­gła wy­ła­pać słowa. W kuchni jest też He­len Ha­ines, która myje ręce w zle­wie, a za nią wi­dać prze­krzy­wione drew­niane drzwiczki sza­fek. "Co wiem o He­len?" - my­śli Clare. Nosi stare dżinsy i luźną ko­szulę w kratę. Jest od star­sza o ja­kąś de­kadę, czyli ma około czter­dzie­stu lat. Ma ciemne, przy­pró­szone si­wi­zną włosy, które zwią­zuje w cia­sny kok. Jest też wła­ści­cielką tego oka­za­łego domu i ota­cza­ją­cych go osiem­dzie­się­ciu hek­ta­rów ziemi. Za­pra­sza do sie­bie ko­biety szu­ka­jące schro­nie­nia, ko­biety, które od cze­goś ucie­kają. Ko­biety ta­kie jak Sally Pro­ulx. Ta­kie jak Clare.

Wczo­raj, o po­dob­nej po­rze, Clare stała na skrawku trawy obok sta­cji ben­zy­no­wej setki ki­lo­me­trów stąd. Z ko­mórką przy­ci­śniętą do roz­grza­nego ucha, li­cząc sy­gnały do­cie­ra­jące do niej z końca li­nii, ob­ser­wo­wała Mal­colma na­peł­nia­ją­cego bak.

- Na­zy­wam się Clare O'Brien - przed­sta­wiła się, gdy He­len Ha­ines w końcu ode­brała te­le­fon. - Je­stem przy­ja­ciółką Sally Pro­ulx. - Do­brze prze­ćwi­czyła so­bie to kłam­stwo, zmie­nia­jąc tylko na­zwi­sko.

Po dru­giej stro­nie za­pa­dła długa ci­sza, po któ­rej He­len od­chrząk­nęła i za­py­tała, czego od niej chce.

- Po­trze­buję bez­piecz­nej przy­stani - wy­ja­śniła. - Wiem, że Sally za­gi­nęła i chcia­ła­bym ja­koś po­móc.

Kilka go­dzin póź­niej, z torbą u stóp, od­ga­nia­jąc chmary much krą­żące w dusz­nym po­wie­trzu, stała już w bra­mie wio­dą­cej do tego dziw­nego miej­sca. Po prze­ciw­nej stro­nie od wej­ścia roz­po­ście­rało się mo­rze mło­dej ku­ku­ry­dzy, pło­nące w bla­sku wscho­dzą­cego słońca. Pola uprawne i drzewa oka­lały cały te­ren. Po­wie­trze było gę­ste od cie­pła. Gdy wy­ło­niła się zza drzew chy­lą­cych się wzdłuż dłu­giego pod­jazdu, pierw­szym, na co zwró­ciła uwagę, była rzeka. Na­stęp­nie wierzba. Dom. I sto­jąca na fron­to­wych scho­dach ko­bieta z dłońmi wci­śnię­tymi w kie­sze­nie wy­bla­kłych dżin­sów. Matka tego wszyst­kiego. He­len.

- Jak się spało? - pyta He­len, na­dal po­chy­la­jąc się nad zle­wem.

- Nie­zbyt do­brze - zwie­rza się Clare. - Śniły mi się same kosz­mary.

- To pew­nie przez ten upał. - He­len wy­ciera ręce w ścierkę i siada na­prze­ciw Clare. - Prze­by­łaś też długą drogę.

- Tak, masz ra­cję.

Hi­sto­ria, którą opo­wie­działa Clare, za­częła się na wscho­dzie, a nie, jak było w rze­czy­wi­sto­ści, na pół­nocy. He­len nie do­wie się o praw­dzi­wej dro­dze, jaką Clare prze­mie­rzyła z Mal­col­mem: o od­da­la­niu się od oce­anu i kie­ro­wa­niu w głąb lądu, na po­łu­dnie, przez ru­chliwe au­to­strady; o pa­lą­cym słońcu, wdzie­ra­ją­cym się przez przed­nią szybę do wnę­trza sa­mo­chodu; o ca­łym dniu jazdy, aż do mo­mentu, gdy Boon zo­sta­wił ją na po­bli­skiej sta­cji ben­zy­no­wej, by za­dzwo­niła po tak­sówkę, która za­brała ją do tego domu. He­len nie do­wie się o krót­kim i nie­zręcz­nym po­że­gna­niu z Mal­col­mem, o tym, jak wrę­czył Clare torbę wy­cią­gniętą z ba­gaż­nika, o sztyw­nym ski­nie­niu głowy, któ­rym ją ob­da­rzył, gdy od­jeż­dżał, ani też o żwi­rze na par­kingu, zbyt mo­krym od desz­czu, by się unieść pod pę­dzą­cymi ko­łami jego auta.

- Mu­szę przy­znać, że za­sko­czył mnie twój te­le­fon - stwier­dza He­len.

- Długo się za­sta­na­wia­łam, czy w ogóle tu przy­jeż­dżać - oznaj­mia Clare.

- Sally ni­gdy mi o to­bie nie wspo­mi­nała.

- Do­my­ślam się. Zdzi­wi­ła­bym się, gdyby było ina­czej. - Clare milk­nie na chwilę, przy­glą­da­jąc się, jak He­len marsz­czy brwi.

- Nie re­kla­mu­jemy tego miej­sca.

- Wiem.

- A jed­nak wie­dzia­łaś o jego ist­nie­niu.

- Sally mi o nim po­wie­działa - wy­ja­śnia Clare.

- Te­raz mó­wią o nas w wia­do­mo­ściach. - He­len spo­gląda na swoje stopy, jest nie­spo­kojna. - Nie by­łaś wczo­raj zbyt roz­mowna.

- Czu­łam się przy­tło­czona - przy­znaje Clare, co po czę­ści jest prawdą. - Sam przy­jazd tu­taj i wi­dok krzyża przy­bi­tego do drzewa tro­chę mną wstrzą­snął.

- Nie­na­wi­dzę tego krzyża - rzuca He­len. - Mar­kus go tam umie­ścił.

- Mar­kus?

- Tak, to mój brat. Mieszka na dru­gim brzegu rzeki. Krzyż jest ro­dza­jem po­mnika upa­mięt­nia­ją­cego na­szych ro­dzi­ców. Te­raz jed­nak... - urywa.

- Do­ce­niam, że po­zwo­li­łaś mi się tu za­trzy­mać - mówi Clare.

- Sally nie mó­wiła zbyt wiele o domu ro­dzin­nym - oświad­cza He­len. - Ani o tym, skąd po­cho­dziła. Zresztą, nie­które ko­biety skłonne są opo­wie­dzieć o so­bie do­słow­nie wszystko. Inne wręcz prze­ciw­nie. Wspo­mi­nała coś o ma­mie. Raz na­po­mknęła o sio­strze. Wy­glą­dało na to, że wraz z Wi­lia­mem byli na tym świe­cie zu­peł­nie sami.

Clare pod­nosi sol­niczkę i ści­ska ją mocno w pię­ści. Wraca wspo­mnie­niami do in­for­ma­cji z akt Sally, które do­ty­czyły jej ro­dziny. Do wzmianki o śmierci matki i do jej re­la­cji z sio­strą, miesz­ka­jącą na dru­gim końcu kraju, która w ar­ty­kule po­świę­co­nym za­gi­nię­ciu Sally przy­znała, że od dawna były so­bie obce. Brak szcze­gó­łów na te­mat ojca. Nie­wielka grupa zna­jo­mych. Sally Pro­ulx i jej syn mieli tylko sie­bie. Trudno okre­ślić, dla­czego nie­które ko­biety od­ci­nają się od bli­skich, gdy ich mał­żeń­stwo do­biega końca.

- Wi­dzia­łaś może Ray­lene z rana? - za­ga­duje He­len.

- Gdy się obu­dzi­łam, nie było jej już w po­koju.

- Zda­rza się jej cha­dzać na spa­cery, gdy upał nie do­skwiera jesz­cze tak bar­dzo, jak w ciągu dnia.

- Czyli obec­nie miesz­kasz tu tylko ty i Ray­lene, tak?

- I ty - od­po­wiada He­len. - No i Ginny. Moja córka. Prawdę mó­wiąc, mam tu miej­sce tylko dla dwóch, trzech ko­biet. A gdy Ginny wraca do domu na lato, robi się cia­sno.

- Jesz­cze jej nie po­zna­łam.

- Nie zda­rza się jej wsta­wać przed po­łu­dniem. Zmie­rzy cię pew­nie wzro­kiem jak wy­głod­niały niedź­wiedź, więc po pro­stu ją igno­ruj.

"Ginny" - my­śli Clare. "Skrót od Vir­gi­nii". W teczce z do­ku­men­tami sprawy tylko jedno zdję­cie po­cho­dziło z me­diów spo­łecz­no­ścio­wych i przed­sta­wiało nie­wy­raźny pro­fil mło­dej ko­biety w sta­niku od stroju ką­pie­lo­wego oraz w le­ją­cej spód­nicy. Stała na tle spie­nio­nej rzeki ze swo­bod­nie unie­sio­nymi nad głową rę­koma.

He­len wstaje i pod­cho­dzi do zlewu. Kuch­nia jest dość duża, kwa­dra­towa, a w jej cen­trum stoi długi stół. Jedne z drzwi, sta­no­wiące tylne wej­ście do domu, pro­wa­dzą do za­nie­dba­nego ogrodu, a w od­dali ma­ja­czy gę­sty za­gaj­nik. Clare zdaje so­bie sprawę, że to miej­sce aż na­zbyt przy­po­mina jej o ro­dzin­nym domu.

- Nad sprawą Sally pra­cuje dwójka de­tek­ty­wów - oznaj­mia He­len. - Z pew­no­ścią będą się chcieli z tobą spo­tkać.

- Nie ma pro­blemu, z przy­jem­no­ścią z nimi po­roz­ma­wiam - za­pew­nia Clare, uśmie­chem od­pie­ra­jąc przy­pływ stra­chu na samą myśl o tym spo­tka­niu.

He­len wpa­truje się w nią, stu­ka­jąc pal­cami o stół. Jej dłoni nie zdobi ża­den pier­ścio­nek, a pa­znok­cie mają kwa­dra­towy kształt. Jest na­tu­ral­nie piękną ko­bietą o zło­ci­stej od let­niego słońca skó­rze i in­ten­syw­nie brą­zo­wych oczach, nie stara się jed­nak w ża­den spo­sób tego pod­kre­ślać. Clare wraca pa­mię­cią do swo­jej matki, do wspo­mnie­nia, w któ­rym cze­sała ener­gicz­nie włosy i na­kła­dała szminkę przed otwar­ciem drzwi li­sto­no­szowi. "Albo ma się ja­kieś stan­dardy, albo się ich nie ma" - zwy­kła ma­wiać, gdy wraz z Clare prze­cha­dzały się po dro­ge­ryj­nych alej­kach. Nie było dla niej nic po­mię­dzy.

- Nie znam szcze­gó­łów tego, co stało się z Sally, więc może mo­gła­byś mnie w nie wpro­wa­dzić, co? - za­gaja Clare.

- To ra­czej ty po­win­naś mnie wpro­wa­dzić - pro­stuje He­len.

- Ale w co?

- Sally nie po­winna wspo­mi­nać ni­komu o tym miej­scu. Ciężko jest mi prze­łknąć fakt, że to zro­biła.

- Wy­słała mi ma­ila. Tylko jed­nego. Na­pi­sała w nim, gdzie prze­bywa, a ty­dzień póź­niej zo­ba­czy­łam w wia­do­mo­ściach, że...

- No wi­dzisz, na­pi­sała ci, gdzie prze­by­wała. - He­len po­ciera czoło. - Kto wie, komu jesz­cze o tym po­wie­działa.

- Ni­komu. Je­stem pewna, że Sally...

- Miała tego nie ro­bić. Obo­wią­zuje tu tylko jedna za­sada, jedna je­dyna. I do­ty­czy ona po­uf­no­ści. To ja za­pra­szam tu ko­biety. To nie jest tak, że one de­cy­dują się tu przy­je­chać. Nie mają też prawa za­pra­szać do sie­bie in­nych ko­biet.

- Ro­zu­miem. Prze­pra­szam.

- A co, je­śli po­wie­działa o tym miej­scu swo­jemu mę­żowi? Albo ko­muś jesz­cze?

- Szcze­rze w to wąt­pię - stwier­dza Clare. - Wie­działa, komu może za­ufać.

- Nie, nie wie­działa.

W ak­tach sprawy znaj­do­wała się tylko jedna fo­to­gra­fia High Ri­ver i po­cho­dziła ona ze wstęp­nego ra­portu do­ty­czą­cego za­gi­nio­nej na­pi­sa­nego for­mal­nym, po­li­cyj­nym ję­zy­kiem. He­len Ha­ines przez lata go­ściła w swoim domu ko­biety, które po­trze­bo­wały schro­nie­nia. Nie­które zo­sta­wały tam przez kilka mie­sięcy, inne przez parę lat. Clare chciała jej po­wie­dzieć, że ty­dzień temu może i była to bez­pieczna przy­stań, te­raz jed­nak stała się miej­scem nie­wy­ja­śnio­nego zda­rze­nia.

- Jedz - rzuca He­len.

Clare wy­ciąga muf­finkę z ko­szyczka i roz­rywa ją na pół, wdzięczna za chwi­lową zmianę te­matu. Cia­sto jest tak wil­gotne, że pierw­szy kęs roz­pływa się w ustach. Słodki smak na ję­zyku spra­wia, że chce jej się pła­kać. Wtem ze świ­stem otwie­rają się drzwi od ogrodu i do kuchni wcho­dzi Ray­lene. W świe­tle po­ranka Clare chło­nie szcze­góły jej wy­glądu: dłu­gie, opa­da­jące na plecy, czarne włosy, ciem­no­brą­zowe oczy i skóra.

- Na­tknę­łaś się na ko­goś? - pyta He­len.

- Nie - od­po­wiada Ray­lene. - Od wczo­raj ni­kogo tam nie ma. Pew­nie od­wo­łali po­szu­ki­wa­nia. - Siada na krze­śle obok Clare. - Prze­pra­szam, ale nie pa­mię­tam two­jego imie­nia.

- Clare jest przy­ja­ciółką Sally - oznaj­mia He­len.

- Co? - Ray­lene od­wraca się ca­łym cia­łem, by spoj­rzeć Clare pro­sto w twarz. - Dla­czego nie po­wie­dzia­łaś mi o tym wczo­raj, w po­koju?

- Za­mie­ni­ły­śmy tylko kilka zdań - stwier­dza Clare.

Po­miesz­cze­nie wy­peł­nia aro­mat kawy. He­len na­peł­nia nią kubki, po czym sta­wia śmie­tankę i cu­kier na środku stołu. Ray­lene wsy­puje do swo­jego kubka czu­batą łyżkę cu­kru i mie­sza w nim ener­gicz­nie, ude­rza­jąc o ścianki na­czy­nia, przez cały czas nie spusz­cza­jąc z Clare wzroku.

- Sally nie wspo­mi­nała ni­gdy o przy­ja­ciółce o ta­kim imie­niu - oświad­cza. - A po­wie­działa mi o wszyst­kim.

Za­gu­biony ko­mar lą­duje po­środku stołu. Clare roz­gniata go pię­ścią, po czym stwier­dza:

- Nie­na­wi­dzę, gdy lu­dzie tak mó­wią.

- Słu­cham? - Ray­lene wierci się nie­spo­koj­nie na krze­śle.

- Nie można mieć pew­no­ści, że ktoś po­wie­dział nam o wszyst­kim - za­uważa Clare i po­pija kawę. - Wszy­scy skry­wamy ja­kieś ta­jem­nice.

- Czyżby? A skąd taka teo­ria?

Clare wzru­sza ra­mio­nami, nie­pewna, co po­winna na to od­po­wie­dzieć. Uznała, że uda­wa­nie przy­ja­ciółki Sally po­zwoli jej na swo­bodne za­da­wa­nie py­tań, na szyb­kie wnik­nię­cie w tę spo­łecz­ność. Są­dziła, że wy­pełni po­wstałą pustkę, a gdy ktoś za­cznie drą­żyć, do­cie­kać, ukryje pewne nie­ści­sło­ści, po­wo­łu­jąc się na za­wodną pa­mięć oraz trudne oko­licz­no­ści, w któ­rych po­znała Sally.

- Na­pi­sała do Clare kilka ty­go­dni temu - zdra­dza He­len. - Wy­słała jej ma­ila. A gdy ta do­wie­działa się o jej za­gi­nię­ciu, po­sta­no­wiła tu przy­je­chać.

- Dla­czego zwle­ka­łaś z przy­jaz­dem? - dziwi się Ray­lene. - Dla­czego nie po­ja­wi­łaś się od razu po otrzy­ma­niu wia­do­mo­ści?

- Nie było to ta­kie pro­ste - tłu­ma­czy Clare. - Nie mo­głam...

- No tak - stwier­dza Ray­lene. - Jak wi­dzisz, te­raz jest już za późno. - Wstaje, szu­ra­jąc krze­słem po pod­ło­dze. Od­kłada po­szcze­gólne pro­dukty nie­do­koń­czo­nego śnia­da­nia do lo­dówki i kilku sza­fek, i z im­pe­tem trza­ska drzwicz­kami. Ma krą­głą syl­wetkę, a gdy sięga do jed­nej z gór­nych pó­łek, umiesz­cza­jąc na niej nie­uży­wany czaj­nik do her­baty, jej ko­szulka się unosi. Clare do­strzega bli­zny wi­jące się wzdłuż brzu­cha ko­biety, sieć bia­łych, wy­bla­kłych roz­stę­pów. Ślady po ciąży bez śladu dziecka. Uprząt­nąw­szy ze stołu, Ray­lene opiera się o niego, zdmu­chu­jąc pa­smo wło­sów wcho­dzące jej do oczu. Jest zde­ner­wo­wana, a jej pod­bró­dek nie­znacz­nie drży. - Po­ja­wiasz się tu zni­kąd i rzu­casz zło­śliwe uwagi. Za­cho­wu­jesz się jak stara przy­ja­ciółka, a w rze­czy­wi­sto­ści je­steś ja­kąś przy­pad­kową osobą.

- Nie je­stem przy­pad­kową osobą - broni się Clare.

- Dla mnie je­steś. Dla nas je­steś.

- Jest przy­ja­ciółką Sally - wtrąca He­len.

- Prze­pra­szam, nie chcia­łam cię roz­zło­ścić - rzuca Clare.

- A ty się nie zło­ścisz? - do­py­tuje Ray­lene. - Twoja przy­ja­ciółka znik­nęła. Znik­nęło też jej dziecko. Jak się z tym czu­jesz?

Ra­mie­niem Clare wstrząsa ostry ból. Kła­dzie na nim dłoń. Poci się, lecz nie wie, czy to z po­wodu pa­nu­ją­cego ukropu, czy go­rączki wy­ni­ka­ją­cej z od­sta­wie­nia ta­ble­tek prze­ciw­bó­lo­wych.

- Oczy­wi­ście, że się złosz­czę - wy­znaje ci­cho. - Je­stem wście­kła. O wiele bar­dziej, niż ci się wy­daje.

- To ta­kie straszne - od­zywa się He­len. - Po pro­stu straszne. Ro­bimy wszystko, co w na­szej mocy, by ich od­na­leźć. Pró­bu­jemy ja­koś to roz­gryźć. Wie­rzę, że bę­dzie do­brze. Na­prawdę w to wie­rzę.

- Je­stem tu, żeby wam po­móc - za­pew­nia Clare. - Dla­tego tu przy­je­cha­łam. Po­roz­ma­wiam z po­li­cją. Wy­biorę się na po­szu­ki­wa­nia wzdłuż rzeki. Zro­bię wszystko, co tylko będę mo­gła. - Oczy Clare mo­men­tal­nie wy­peł­niają się łzami, które wy­dają się za­dzi­wia­jąco na­tu­ralne. Wy­star­czyło, że po­my­ślała o wła­snym żalu, o swo­jej ucieczce i o tym, co zo­sta­wiła za sobą. Wy­star­czyło, że wy­obra­ziła so­bie Grace, oraz to, jak jej naj­lep­sza i je­dyna przy­ja­ciółka po­ja­wia się, by jej po­móc, lecz przy­bywa za późno, do­kład­nie tak jak te­raz Clare. Wy­ciera oczy.

He­len sięga przez stół, by uści­snąć jej dłoń.

- Do­ce­niamy, że je­steś tu z nami - oświad­cza, wsta­jąc. - Je­stem prze­ko­nana, że Sally rów­nież by to do­ce­niła.

Ray­lene ob­ser­wuje Clare, sto­jąc przy końcu stołu ze skrzy­żo­wa­nym rę­koma.

- Może gdzieś się przej­dziemy, co? - pro­po­nuje He­len. - Po­roz­ma­wiamy so­bie na spo­koj­nie. Za­czerp­niemy świe­żego po­wie­trza. Co ty na to, Clare?

Clare przy­ta­kuje, po­cią­ga­jąc no­sem i zgar­nia­jąc ze stołu okruszki muf­finki na dłoń. Na za­ufa­nie tych ko­biet trzeba so­bie za­słu­żyć. Czy jest to dla niej ja­kiś pro­blem? "Nie" - my­śli, ocie­ra­jąc z twa­rzy ostat­nie łzy. Mo­głaby przy­jaź­nić się z Sally. Mo­głaby po­móc, gdyby się oka­zało, że coś w ży­ciu jej przy­ja­ciółki po­szło nie tak. Dla­tego nie wi­dzi pro­blemu w tym, by stać się tą, która to wszystko na­prawi.

***

Clare sie­dzi na ganku, cze­ka­jąc na He­len. Po dru­giej stro­nie rzeki stoi nie­wielka, po­ma­lo­wana na biało, drew­niana chatka. Na traw­niku przed dom­kiem męż­czy­zna goni małe dziecko. Ba­wią się. Dziew­czynka drep­cze nie­pew­nie, pisz­czy z pod­eks­cy­to­wa­nia i upada, stra­ciw­szy rów­no­wagę. Clare się za­sta­na­wia, czy wi­działa już ten bu­dy­nek, kiedy w nocy wy­glą­dała przez okno. Jest od­su­nięty od rzeki i na tyle nie­duży, że mo­gła go przy­sło­nić ro­snąca nad wodą wierzba.

Gdy za­myka oczy, wy­obraża so­bie uśmiech­nię­tego Ja­sona opie­ra­ją­cego się o wierzbę gó­ru­jącą nad ich do­mo­wym pod­jaz­dem, cze­ka­ją­cego na jej po­wrót z pracy. W ciągu ostat­nich dni jego po­stać ry­suje się w jej wspo­mnie­niach dużo wy­raź­niej niż w pierw­szych ty­go­dniach od ucieczki. Za sprawą li­stu, który otrzy­mała kilka go­dzin przed wy­jaz­dem z Black­more, Ja­son po­now­nie po­ja­wił się w jej ży­ciu. "Nie wiem, dla­czego wszy­scy tak ocho­czo o to­bie za­po­mnieli". Do­sko­nale pa­mięta na­pi­sane przez niego słowa. "Tak jak­byś wła­śnie tego chciała. Jak­byś chciała zo­stać za­po­mniana".

Na ganku po dru­giej stro­nie rzeki po­ja­wia się ko­bieta. Scho­dzi po schod­kach i mówi coś do męż­czy­zny. Ten pod­nosi dziew­czynkę i nie­sie ją do domu, sze­ro­kim łu­kiem omi­ja­jąc ko­bietę. To musi być jego żona. Na­wet z tej od­le­gło­ści Clare do­strzega, jak wzdy­cha i zre­zy­gno­wana opusz­cza ra­miona, przez chwilę pa­trzy bez­na­mięt­nie przed sie­bie, po czym od­wraca się i znika we­wnątrz chatki. Od ślubu Clare mi­nęło już wiele lat, przez co stała się eks­pertką w wy­ła­py­wa­niu w mał­żeń­stwach in­nych na­wet naj­drob­niej­szych rys, ukry­tych pod po­wierzch­nią prą­dów.

- To dom Mar­kusa - wy­ja­śnia He­len, pod­cho­dząc do Clare. - Mo­jego brata.

- A to jego żona?

- Tak, Re­becca. A ta mała to ich córka. Moja bra­ta­nica. Wil­low. Wierzba.

- Tak jak to drzewo?

- Tak jak to drzewo - od­po­wiada He­len, po­pra­wia­jąc dół ko­szulki. - Go­towa?

Clare przy­ta­kuje i po­dąża za nią po schod­kach, przez traw­nik. Trawa jest jesz­cze wil­gotna, a rosa chło­dzi stopy przez wy­cię­cia w san­da­łach . He­len zmie­rza w dół rzeki. Przez kilka mi­nut idą w mil­cze­niu nad­rzeczną ścieżką. Nie­całe sto me­trów da­lej na po­łu­dnie ko­ryto rzeki się zwęża. Woda się spie­nia i wpływa w gę­sty za­gaj­nik. Clare od­wraca głowę i spo­gląda na dwa domy usy­tu­owane po obu stro­nach rzeki, zwró­cone do sie­bie ni­czym żoł­nie­rze sto­jący na bacz­ność.

- Nie są­dzi­łam, że ta ścieżka bę­dzie tak do­brze wy­dep­tana - stwier­dza Clare.

- Od dziecka nią cha­dzam - tłu­ma­czy He­len.

Pod bal­da­chi­mem drzew upał zdaje się mniej uciąż­liwy. Clare do­strzega czer­woną wstążkę prze­wią­zaną przez słu­pek tuż przy brzegu. Nie­całe trzy­dzie­ści me­rów da­lej wi­dzi ko­lejną. Za­pusz­czają się głę­biej. Ścieżka znika i la­wi­rują te­raz wo­kół ścię­tych kłód i mło­dych sa­dzo­nek. Do­cie­rają do nie­wiel­kiej sa­dzawki. He­len okrąża staw i staje na­prze­ciw Clare, zwró­cona do niej twa­rzą. Kuca i za­nu­rza dło­nie w wo­dzie.

- Jak tu spo­koj­nie. Zu­peł­nie ina­czej niż nad rzeką - za­uważa Clare.

- To dzieło ludz­kich rąk - in­for­muje ją He­len. - Dzieło mo­jego ojca. Wy­ko­pał ogromny dół i po­łą­czył go z rzeką, żeby ni­gdy nie za­bra­kło tu wody. Taki pry­watny ba­sen, choć z lo­do­watą wodą.

- Cał­kiem sprytne.

- Gdy ką­pa­li­śmy się tu za młodu, rybki sku­bały nam nogi. Mar­kus tego nie­na­wi­dził. A mi one zu­peł­nie nie prze­szka­dzały. Nie pró­bo­wały ssać na­szej krwi. Wy­daje mi się, że były nas po pro­stu cie­kawe.

Clare ściąga san­dały i za­nu­rza palce stóp w sa­dzawce.

- Zimna ta woda - stwier­dza.

- Nurt pły­nie zbyt szybko, by mo­gło ją ogrzać słońce - wy­ja­śnia jej He­len.

- Nie wiem za dużo o tym miej­scu - przy­znaje Clare. - O High Ri­ver. Sally nie zdra­dziła mi za wiele. Wy­cho­wa­łaś się tu?

- Tak, to są moje ro­dzinne strony. Moi ro­dzice zmarli, gdy by­łam jesz­cze bar­dzo młoda. Kiedy ode­szli, Mar­kus, Jor­dan i ja wy­je­cha­li­śmy stąd na ja­kiś czas, by za­miesz­kać u przy­ja­ciół ro­dziny.

Clare wie, jak zgi­nęli ro­dzice He­len. In­for­ma­cje na ten te­mat znaj­do­wały się w teczce, nie za­mie­rza jed­nak po­ru­szać te­raz tej kwe­stii. Bę­dzie ostroż­nie do­bie­rać py­ta­nia.

- Kim jest Jor­dan?

- To mój naj­młod­szy brat. Gdy umarli ro­dzice, był nie­mow­la­kiem. Jest młod­szy od Mar­kusa o dzie­sięć lat, a ode mnie o trzy­na­ście. Wró­ci­li­śmy tu, gdy by­łam już na tyle do­ro­sła, aby wszyst­kim się za­jąć. Mie­li­śmy pie­nią­dze, dużo pie­nię­dzy z od­szko­do­wa­nia. Wpa­dłam wtedy na po­mysł, by stwo­rzyć miej­sce dla ko­biet, ta­kie, w któ­rym mo­głyby się za­trzy­mać, gdyby tego po­trze­bo­wały.

- Coś jak schro­ni­sko?

- Nie. Coś jak... miej­sce.

"Miej­sce". He­len sięga po pa­tyk i ry­suje nim po ziemi. Za­pi­suje swoje ini­cjały, po czym je prze­kre­śla. Ma w so­bie coś z dziecka, sie­dzi po tu­recku nad brze­giem rzeki, a jej ciemne włosy wy­stają z luź­nego ku­cyka.

- Jak Sally cię zna­la­zła?

- Pewni lu­dzie po pro­stu o nas wie­dzą - mówi He­len. - Mam zna­jo­mo­ści w mie­ście. Jor­dan wy­ko­nuje wiele zle­ceń pro bono dla lo­kal­nych schro­nisk. Jest praw­ni­kiem.

- Wy­gląda na to, że ma­cie tę pracę we krwi.

- Może masz ra­cję, ale te­raz nie ma to już więk­szego zna­cze­nia. To już się skoń­czyło.

- Co się skoń­czyło?

- To miej­sce. High Ri­ver. Jego funk­cjo­no­wa­nie opie­rało się na po­uf­no­ści. Te­raz wie­dzą o nim wszy­scy. Mó­wili o nas w wia­do­mo­ściach. Po­ja­wiło się w nich na­zwi­sko Sally, moje zresztą też. Rów­nie do­brze mo­gli po­dać współ­rzędne GPS. Kilka dni po znik­nię­ciu Sally do mo­ich drzwi za­wi­tało prze­szło tu­zin osób. Żadna z nich nie kie­ro­wała się do­brymi prze­słan­kami. Byli to głów­nie ja­cyś cie­kaw­scy lu­dzie. Na­wet ko­biety, co do któ­rych za­kła­da­łam, że na­prawdę mogą po­trze­bo­wać miej­sca, by się w nim za­trzy­mać. Co niby mogę te­raz dla nich zro­bić?

Clare wie, że to py­ta­nie jest re­to­ryczne. To w po­uf­no­ści, w ta­jem­nicy tkwi kwin­te­sen­cja bez­pie­czeń­stwa. Zie­mia pod jej pal­cami jest na tyle miękka, że dło­nie za­nu­rzają się w niej, gdy się na nich opiera. Spo­gląda w górę. Wiele z drzew ro­sną­cych wzdłuż brzegu rzeki po­zba­wio­nych jest li­ści, a ich pnie są spróch­niałe. Mar­twe. Wy­schnięte.

- Do­ce­niam, że zgo­dzi­łaś się mnie przy­jąć.

- A co po­my­śla­łaby so­bie o mnie Sally, gdy­bym od­trą­ciła jej przy­ja­ciółkę?

He­len wzdy­cha i na­ka­zuje ge­stem, by kon­ty­nu­owały marsz. Wstają i po­dą­żają ścieżką w głąb za­gaj­nika. Clare mu­ska gołą stopą mar­twe runo, w ręku trzyma san­dały. Po chwili do­cie­rają do po­lnej dróżki pro­wa­dzą­cej do wą­skiego mostka łą­czą­cego oba brzegi rzeki. Za­trzy­mują się po­środku niego, a gdy opie­rają się o jego ba­rierkę, ta ugina się lekko pod ich cię­ża­rem.

- Co się z nimi stało? - pyta Clare.

- Chcia­ła­bym to wie­dzieć - od­po­wiada He­len.

Clare spo­gląda w dół, na rzekę, i po­dej­rzewa, że do­ro­sła osoba zła­pana w je­den z wi­rów z tru­dem utrzy­ma­łaby głowę nad po­wierzch­nią, za to małe dziecko nie mia­łoby prak­tycz­nie żad­nych szans i woda mo­men­tal­nie we­ssa­łaby je do środka.

- My­ślisz, że sko­czyła? - do­cieka Clare.

- Zna­łaś ją - stwier­dza He­len. - My­ślisz, że by­łaby do tego zdolna?

Clare kręci głową.

- Wy­daje mi się, że nie, ale ni­gdy nie wia­domo, do czego ktoś może się po­su­nąć. Do czego mogą ko­goś po­pchnąć pewne oko­licz­no­ści. - Ob­ser­wo­wa­nie wod­nych prą­dów przy­pra­wia Clare o za­wroty głowy, nurt pły­nie z ogromną pręd­ko­ścią, ata­ku­jąc skały i two­rząc wi­ru­jące leje. Musi od­dy­chać przez usta, aby za­cho­wać spo­kój. Po chwili do­daje: - Trudno uwie­rzyć, że nie zna­leźli jesz­cze ich ciał.

- Grupa po­szu­ki­waw­cza krę­ciła się tu przez kilka dni - mówi He­len. - Dziś po raz pierw­szy ich tu nie wi­dzę.

- W nie­któ­rych miej­scach rzeka zdaje się wy­pły­cać - za­uważa Clare. - Mu­sieli się o coś za­ha­czyć. Ciężko mi uwie­rzyć, że po pro­stu ich zmyło.

Po­ranne słońce usta­wiło się już nad rzeką, wisi wy­soko i pali okrut­nie, nie­zmą­cone przez chmury. Clare od­rywa z ba­rierki ka­wa­łek spróch­nia­łego drewna i wrzuca go do wi­ru­ją­cej pod ich sto­pami wody. Do­piero po chwili do­strzega, że ra­mio­nami He­len wstrząsa nie­znaczny dreszcz. Ko­bieta spusz­cza głowę. Clare wy­ciąga rękę i kła­dzie ją na jej ra­mie­niu, nie czuje jed­nak współ­czu­cia pod wpły­wem jej łez, a iry­ta­cję, błysk znie­cier­pli­wie­nia.

- Nie li­czą się już moje in­ten­cje - żali się He­len.

- Co masz na my­śli?

- Nie li­czy się już to, że chcia­łam im tylko po­móc.

- Oczy­wi­ście, że to się li­czy - pro­te­stuje Clare.

- Sally była roz­darta. Wście­kła. Z jed­nej strony było ży­cie, któ­rego pra­gnęła, a z dru­giej to, które wio­dła. Nie mo­gła po­go­dzić się z tym, że były od sie­bie tak różne. Od dawna nie mie­li­śmy tu żad­nych dzieci i wtedy po­ja­wił się Wil­liam. On też był wście­kły na swój szcze­gólny, dzie­cięcy spo­sób. Gryzł, szczy­pał. Był ner­wowy, jak ner­wowe by­wają ma­lu­chy. Ale ko­cha­łam go. Wszy­scy go ko­cha­li­śmy. Naj­le­piej, jak po­tra­fi­li­śmy.

Clare marsz­czy brwi.

"Naj­le­piej, jak po­tra­fi­li­śmy?"

Dziwny do­bór słów.

- Sally po­trze­bo­wała po­mocy. Po­trze­bo­wała miej­sca, w któ­rym mo­głaby się za­trzy­mać, i ty jej to za­ofe­ro­wa­łaś.

- I co do­brego z tego wy­ni­kło? Nie po­winna wspo­mi­nać ci o High Ri­ver. Zła­mała świętą za­sadę.

- Jest coś, o czym po­win­nam ci po­wie­dzieć. - Clare wie, że nad­cho­dzi czas próby, wpa­truje się więc w rzekę, uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego. Musi ba­lan­so­wać mię­dzy prawdą a kłam­stwem, wpla­ta­jąc swoją hi­sto­rię w to, co wie o Sally. Musi uwia­ry­god­nić swoją przy­krywkę.

- Za­mie­niam się w słuch - za­pew­nia He­len.

- Sally po­wie­działa mi o tym miej­scu, bo uznała, że i ja mogę go po­trze­bo­wać - milk­nie na chwilę, po­zwa­la­jąc He­len na prze­tra­wie­nie jej słów. - Do­ra­sta­ły­śmy w tym sa­mym mia­steczku. Zna­ły­śmy się z wi­dze­nia. W oko­li­cach Bo­żego Na­ro­dze­nia spo­tka­ły­śmy się po la­tach. W grud­niu ode­szłam od męża. Wy­lą­do­wa­ły­śmy w tym sa­mym schro­ni­sku dla ko­biet. Nie zo­sta­łam tam na długo, bo nie­na­wi­dzi­łam tego miej­sca. Ale coś mię­dzy mną a Sally klik­nęło. Na­wią­zała się mię­dzy nami praw­dziwa przy­jaźń. Tylko że ona chciała tam zo­stać, za­cząć nowe ży­cie, a ja chcia­łam ru­szyć da­lej. Wy­je­cha­łam. Ja­kiś mie­siąc temu za­trzy­ma­łam się na dłu­żej w pew­nym gór­skim mia­steczku.

- I twój mąż cię zna­lazł - wtrąca He­len. Nie jest to py­ta­nie, lecz stwier­dze­nie.

- W mia­steczku od­by­wała się nie­wielka uro­czy­stość. Zwy­kła im­preza. Po­szłam na nią. By­łam tak da­leko od domu, że po­czu­łam się bez­piecz­nie. Po kilku dniach moje zdję­cie tra­fiło do ga­zety. Po­ja­wiło się tam też moje imię, za­kła­dam, że... Sama nie wiem. Zna­lazł mnie. Przy­słał bu­kiet kwia­tów i li­ścik. Wy­obra­żasz to so­bie?

To tylko część praw­dzi­wej hi­sto­rii, lecz Clare nie za­mie­rza zdra­dzać wszyst­kiego. Nie pla­nuje wspo­mi­nać o swo­jej ucieczce, o tym, że nie było żad­nego schro­ni­ska dla ko­biet, bo za­trzy­my­wała się wy­łącz­nie w mo­te­lach, przez mie­siące krą­żąc na za­chód od domu. Nie pla­nuje wspo­mi­nać o Mal­col­mie Bo­onie, wy­na­ję­tym przez jej męża Ja­sona, by ją od­na­lazł, o tym, jak ją śle­dził, kre­śląc co­raz więk­sze kręgi, aż do­rwał ją gdzieś na rów­ni­nach, na wschód od pasm gór­skich, wdarł się do jej mo­te­lo­wego po­koju i przy­wią­zał do krze­sła, gdy pró­bo­wała mu zwiać. Nie pla­nuje wspo­mi­nać o ich dziw­nym po­ro­zu­mie­niu, na mocy któ­rego za­ofe­ro­wał jej pracę w za­mian za obiet­nicę nie­wy­da­nia jej Ja­so­nowi. Pracę po­le­ga­jącą na szu­ka­niu za­gi­nio­nych ko­biet. Ich pierw­szym, wspól­nym zle­ce­niem była sprawa w Black­more, gdzie Clare po­sta­wiła swoje ży­cie na szali, by od­na­leźć nie­zna­jomą. I udało się jej. Zna­la­zła ją całą i zdrową. Ura­to­wała ją, na­ba­wiw­szy się rany po­strza­ło­wej, która na­dal jej do­skwiera. Jej zdję­cie po­ja­wiło się w wia­do­mo­ściach, bo miej­scowi okrzyk­nęli ją bo­ha­terką, która zbie­gła ze szpi­tal­nego łóżka po wy­sta­wie­niu się na strzał, dzięki czemu oca­liła ko­bietę, którą miała od­na­leźć.

- I te­raz znów ucie­kasz - stwier­dza He­len.

- Tak - przy­znaje Clare. - Sally czuła się tu bez­piecz­nie. Tak przy­naj­mniej na­pi­sała mi w ma­ilu. Wy­daje mi się, że chciała, że­bym i ja się tak po­czuła.

- Po­zna­łaś jej męża?

W ak­tach nie było zbyt wiele in­for­ma­cji na jego te­mat. Clare wie, że na­zywa się Ga­briel Pro­ulx i jest pra­cu­ją­cym na przed­mie­ściach sprze­dawcą ubez­pie­czeń. Na zdję­ciu z fir­mo­wej strony in­ter­ne­to­wej miał na so­bie ko­szulę z od­pię­tymi przy szyi gu­zi­kami, ru­miane po­liczki i ko­zią bródkę. Męż­czy­zna w śred­nim wieku, po­zba­wiony uroku. Wi­działa go też na kilku ro­dzin­nych fo­to­gra­fiach ścią­gnię­tych z por­tali spo­łecz­no­ścio­wych. I na zdję­ciu z bójki, która od­była się za­le­d­wie kilka dni temu. Wtedy nie miał już tego cha­rak­te­ry­stycz­nego za­ro­stu. We wszyst­kich ar­ty­ku­łach do­ty­czą­cych za­gi­nię­cia Sally pi­sano, że od­mó­wił roz­mów z prasą na te­mat żony i syna.

- Nie - od­po­wiada Clare. - A ona nie mó­wiła o nim zbyt wiele.

- W dniu, kiedy Sally i Wil­liam znik­nęli, prze­by­wał w wię­zie­niu - wy­ja­śnia He­len. - Wdał się w pi­jacką bójkę i ude­rzył ja­kie­goś fa­ceta w głowę bu­telką po pi­wie. Za­ła­twił so­bie cał­kiem nie­złe alibi.

- To prawda.

Rój me­szek za­wi­ro­wał im nad gło­wami.

- Te ro­bale są straszne w tym roku - na­rzeka He­len. - To pew­nie przez ten upał. I deszcz.

- To za­ska­ku­jące, jak woda po­chła­nia wszyst­kie dźwięki - oświad­cza Clare. - Nic poza nią nie sły­chać. Jakby nie było tu ni­czego wię­cej.

He­len od­wraca Clare tak, że stoi zwró­cona twa­rzą w dół rzeki. Przez od­le­głą szcze­linę mię­dzy drze­wami do­strzega cie­nie ni­skich bu­dyn­ków oraz gó­ru­jące nad nimi wy­so­kie słupy z szyl­dami sta­cji ben­zy­no­wych i ba­rów z fast fo­odami.

- O rany - rzuca Clare. - My­śla­łam, że je­ste­śmy na od­lu­dziu.

- Kie­dyś by­li­śmy. Ja­kieś dwa­dzie­ścia lat temu. Może na­wet dzie­sięć. Ale mia­sto się roz­lało. W ze­szłym roku je­den z de­we­lo­pe­rów wy­ku­pił cztery ty­siące akrów na pół­noc od nas. Pla­nuje wy­bu­do­wać tam pięt­na­ście ty­sięcy do­mów. Stwo­rzy nowe przed­mie­ścia. Zu­peł­nie nowe mia­sto. Aby tego do­ko­nać, po­trze­buje drogi eks­pre­so­wej, która to wszystko po­łą­czy. Je­śli sprawy pójdą po ich my­śli, po­wsta­nie tu most. - He­len wska­zuje ręką na miej­sce, w któ­rym stoją. - Sze­ścio­pa­smowy po­twór znisz­czy wszystko, co sta­nie mu na dro­dze.

- Je­śli sprawy pójdą po czy­jej my­śli? - do­cieka Clare.

- Po my­śli męż­czyzn, któ­rzy przy­cho­dzą pod moje drzwi. Otwie­rają so­bie bramę i pod­jeż­dżają pod sam dom, jakby miesz­kała tu ich bab­cia. Chcą wy­ku­pić tę zie­mię. Po­ja­wiają się w imie­niu de­we­lo­pera. Je­den przy­szedł na­wet w imie­niu mia­sta. Wszy­scy są w to wplą­tani. Zmó­wili się. Nie­któ­rzy są dość mili, obie­cują ogromne pie­nią­dze. Inni by­wają nie­przy­jemni, grożą i ob­no­szą się ze swoją wła­dzą, aby mi przy­po­mnieć, że to, czy po­łożą swoje łap­ska na tej ziemi, jest tylko kwe­stią czasu.

- Jak się z tym czu­jesz?

- Sa­dzi­łam, że zo­stanę tu do śmierci. Te­raz jed­nak wi­dzę, że to miej­sce jest ska­żone. My­ślę, że za­wsze ta­kie było. Nie wiem tylko, dla­czego tak długo za­jęło mi do­strze­że­nie tego faktu. Jor­dan się tym za­jął. Za­ła­twia to wszystko za mnie. Wie, jak ob­cho­dzić się z tymi spra­wami. W grę wcho­dzą duże pie­nią­dze. Tak duże, że usta­wiłby Ginny i Jor­dana na całe ży­cie.

"Ginny i Jor­dan" - my­śli Clare. "Ani słowa o Mar­ku­sie".

W dole rzeki po­ja­wia się trzech męż­czyzn. Dwóch z nich ma na so­bie po­li­cyjne mun­dury, trzeci - brą­zowy gar­ni­tur. Clare do­my­śla się, że ten ostatni musi być jed­nym z de­tek­ty­wów. Stoją w cia­snym kręgu, roz­ma­wia­jąc, a męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze wska­zuje na wodę. Clare czuje, jak serce za­czyna jej wa­lić w piersi. Dla­czego zgo­dziła się na roz­mowę z po­li­cją? Mruży oczy, wpa­tru­jąc się w de­tek­tywa, lecz stoi on zbyt da­leko, by mo­gła zo­ba­czyć jego twarz. Nie za­uwa­żył ich.

- To de­tek­tyw Ro­urke - od­zywa się He­len. - Przy­szedł na­wet w nie­dzielę.

- Wy­ko­nuje swoją pracę - stwier­dza Clare.

- Przyj­dzie po­tem do domu, żeby z tobą po­roz­ma­wiać. - He­len wpa­truje się przed sie­bie. - Po­win­ny­śmy już wra­cać. Pew­nie je­steś głodna.

He­len ru­sza, nim Clare zdąży co­kol­wiek po­wie­dzieć, zo­sta­wia­jąc ją samą na mo­ście. De­tek­tyw jest od­wró­cony do niej ple­cami. Wska­zuje na rzekę, a funk­cjo­na­riu­sze ki­wają gło­wami, jakby nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że już dawno po­winni od­na­leźć ciała. Prze­cież mu­szą gdzieś tam być. Prze­cież mu­szą być jesz­cze w wo­dzie.

Clare scho­dzi z mostka, za­nim uda im się ją do­strzec. W cho­dzie He­len nie wi­dać smutku obec­nego w jej sło­wach. Jej kroki są sprę­ży­ste, lek­kie. Prze­mie­rza ścieżkę i znika po­śród drzew. Clare nie udaje się jej do­go­nić.

***

Ko­ry­tarz na pię­trze jest sze­roki i ciemny. Clare stoi po­środku niego, nie­pewna, które z czte­rech za­mknię­tych drzwi pro­wa­dzą do jej po­koju. Do­tyka ta­pety. Pod pal­cami wy­czuwa zgru­bie­nia w miej­scach, gdzie kru­szy się tynk. Dom, mimo że oka­zały, nisz­czeje, skrzypi przy każ­dym kroku. Na jed­nej ze ścian w po­zła­ca­nej ra­mie wisi zdję­cie wiel­ko­ści pla­katu, przed­sta­wia­jące ko­bietę sto­jącą na polu. U jej stóp leży wi­kli­nowy kosz z ple­wami ku­ku­ry­dzy. Wy­gląda jak He­len, ma w so­bie to samo na­tu­ralne piękno. Jedną ręką osła­nia oczy przed słoń­cem. Clare się od­wraca, gdy do­biega do niej dźwięk pły­ną­cej wody. Otwie­rają się jedne z drzwi i staje w nich młoda ko­bieta ze szczo­teczką do zę­bów zwi­sa­jącą z ust. Jest wy­soka i szczu­pła, ma na so­bie krótki top i spodenki od pi­żamy, a jej włosy są ciemne i ścięte na pa­zia. Ginny Ha­ines.

- Co?

- Nic - od­po­wiada Clare. - To zna­czy... Cześć, je­stem Clare.

- Co się tak ga­pisz, Clare?

- Prze­pra­szam.

Ginny wy­gląda na znu­dzoną. Opiera się bio­drem o fra­mugę i po­ru­sza szczo­teczką. Ma na ustach pianę. Po chwili wraca do ła­zienki i kop­nię­ciem za­myka za sobą drzwi.

Clare chło­nie ota­cza­jące ją cie­pło nie­ru­cho­mego po­wie­trza, wy­czuwa kro­pelki potu to­ru­jące so­bie drogę mię­dzy jej pier­siami. W ko­ry­ta­rzu znaj­duje się okno zwró­cone na po­łu­dnie, ale nie może go otwo­rzyć, bo ktoś za­mu­ro­wał ramę. Staje przed nim i spo­gląda przez szybę. Z jed­nej strony roz­po­ściera się wi­dok na zło­ci­ste pole, z dru­giej pły­nie rzeka. Z tego miej­sca nie wi­dzi mo­stu, na któ­rym stała z He­len, a je­dyną oznaką, że od boku wdziera się gwarne mia­sto, jest nie­wy­raźna chmura smogu wi­sząca w od­dali. Kła­dzie rękę na brzu­chu. Pła­skim i na­pię­tym. Ze­szłego lata, mniej wię­cej o tej po­rze, jej brzuch był za­okrą­glony. Była w ciąży. Pa­mięta, jak stała przy oknie na pię­trze swo­jego domu i pa­trzyła, jak Ja­son wsuwa się i wy­suwa spod pic­kupa sto­ją­cego na pod­jeź­dzie. Brudny, przy­stojny i po­pla­miony sma­rem. Pa­mięta, jak nie­ustan­nie ba­lan­so­wała mię­dzy na­dzieją a roz­pa­czą, które wtedy od­czu­wała, a każda z emo­cji po­zo­sta­wiała wy­star­cza­jąco miej­sca dla dru­giej. Pa­mięta, jak palce na­brzmiały jej wo­kół ob­rączki, ale za nic w świe­cie nie może przy­po­mnieć so­bie uczu­cia obec­no­ści dziecka tkwią­cego w jej brzu­chu, na­ci­sku tych ma­łych stó­pek na ciało. Roz­myło się wraz z za­koń­cze­niem ciąży.

Chmury mie­nią się błę­ki­tem, oświe­tlane bla­skiem za­cho­dzą­cego słońca. Wy­ciąga te­le­fon z kie­szeni krót­kich spode­nek. Zna nu­mer Mal­colma na pa­mięć. Wpi­suje cy­fry, po­tem treść wia­do­mo­ści, po czym ka­suje ją i za­czyna pi­sać od nowa. Co, oprócz in­for­ma­cji o do­tar­ciu na miej­sce, ma mu wy­słać? Mo­głaby na­pi­sać, że już tu jest, ale on prze­cież na­wet nie po­my­śli, by była gdzie­kol­wiek in­dziej.

- A więc to ty je­steś tą przy­ja­ciółką Sally, tak? - od­zywa się ktoś za jej ple­cami.

Clare pod­ska­kuje, za­sko­czona, i od­wraca się gwał­tow­nie. Staje twa­rzą w twarz z Ginny.

- Tak, to ja. Prze­pra­szam. Prze­stra­szy­łaś mnie.

- Ty tak na se­rio z tą sta­ro­żytną tech­no­lo­gią?

Clare wci­ska ko­mórkę do kie­szeni.

- Ni­gdy nie lu­bi­łam smart­fo­nów.

- Nie­zły old­skul - mówi Ginny. - To na­wet słod­kie. Za ja­kiś czas przyjdą do cie­bie gliny.

- Tak, wiem. He­len już mnie uprze­dziła. Prze­pra­szam, ale chyba jesz­cze się nie po­zna­ły­śmy.

- Czy wszystko, co wy­cho­dzi z two­ich ust, za­wsze składa się na prze­pro­siny?

Clare pro­stuje się i zmywa z twa­rzy uprzejmy uśmiech. W ro­dzin­nych stro­nach z ła­two­ścią sta­wiała czoła tego typu uszczy­pli­wo­ściom, miała cięty ję­zyk. A na­wet je­śli ktoś nie bał się jej ri­po­sty, to miał na tyle ro­zumu w gło­wie, by bać się Ja­sona. Pod­cho­dzi do Ginny i wy­ciąga w jej kie­runku rękę, pa­trząc na nią z bły­skiem sta­now­czo­ści i ostrze­że­nia w oczach.

- Jak już mó­wi­łam, je­stem Clare. Ty pew­nie na­zy­wasz się Ginny.

Dziew­czyna uj­muje jej wy­cią­gniętą dłoń i nią po­trząsa. Ma ja­sną, nie­ska­zi­telną cerę, a je­dyną nie­do­sko­na­ło­ścią na jej twa­rzy są ukła­da­jące się w kształt pół­księ­życa po­zo­sta­ło­ści po tu­szu do rzęs.

- Tro­chę po­spa­łaś, co? - za­uważa Clare. - Już pra­wie wie­czór.

- Jest nie­dziela. A to miej­sce śmier­tel­nie mnie nu­dzi.

- Ostat­nio chyba nie było tu aż tak nudno, prawda?

Ginny śmieje się ner­wowo.

- Dość dziw­nie to uję­łaś. Sally po­dobno była twoją przy­ja­ciółką.

- Tak, była - po­twier­dza szybko Clare.

Za­pada ci­sza, za­cho­dzi mię­dzy nimi pewna zmiana. Ginny prze­stę­puje nie­spo­koj­nie z nogi na nogę. Przez ten krótki czas, od kiedy Clare zaj­muje się po­szu­ki­wa­niem za­gi­nio­nych, na­uczyła się, że je­śli chce, żeby lu­dzie uwie­rzyli w to, za kogo się po­daje, musi się wy­ka­zać aser­tyw­no­ścią, a nie uno­sić się dumą.

- Kto to? - pyta, ge­stem wska­zu­jąc na fo­to­gra­fię wi­szącą na ścia­nie.

- Jej matka - in­for­muje Ginny. - To zna­czy... matka He­len.

- Czyli twoja bab­cia?

- Tak. Na­zy­wała się Mar­ga­ret Ha­ines. Nie żyje.

- Po­zna­łaś ją? - drąży Clare.

- Nie. Nie zdą­ży­łam.

Clare zna po­nurą hi­sto­rię High Ri­ver, czy­tała o niej w ga­ze­tach i ak­tach po­li­cyj­nych, nim po­ja­wiła się w tym miej­scu. Mor­der­stwo Mar­ga­ret Ha­ines było czymś tak wstrzą­sa­ją­cym, że Clare pa­mięta je jesz­cze z cza­sów, gdy była jesz­cze dziec­kiem, a jej wła­sna matka sie­działa przy­kle­jona do te­le­wi­zora i śle­dziła dra­mat roz­gry­wa­jący się na tej od­lud­nej far­mie, wiele ki­lo­me­trów od ich ro­dzin­nych stron. Pa­mięta, jak bar­dzo ta hi­sto­ria po­ru­szyła jej matkę i na samą myśl o prze­by­wa­niu, spa­niu i miesz­ka­niu w tym domu jej cia­łem wstrząsa dreszcz.

- Twoja bab­cia wy­gląda zu­peł­nie jak He­len.

- Miała pew­nie tyle samo lat co ona w tej chwili. To zdję­cie zro­biono na polu tuż za do­mem, kiedy upra­wiano tu jesz­cze ku­ku­ry­dzę. Bab­cia sama zaj­mo­wała się zie­mią. Albo nad­zo­ro­wała pra­cow­ni­ków, któ­rzy ro­bili to za nią. Mój dzia­dek był praw­ni­kiem. Pro­wa­dził dużą kan­ce­la­rię w mie­ście.

- Dość oso­bliwy po­dział ról jak na tamte czasy - za­uważa Clare. - Ko­bieta zaj­mu­jąca się rolą i męż­czy­zna pra­cu­jący w mie­ście.

- To było w la­tach osiem­dzie­sią­tych, nie pięć­dzie­sią­tych.

- Ale jed­nak.

- Praw­dziwy fe­mi­nizm, co nie? - rzuca Ginny i ob­da­rza Clare uśmie­chem. - Co wię­cej, pew­nej nocy mój dzia­dek go­nił bab­cię przez pole i strze­lił jej w plecy, gdy pró­bo­wała mu zwiać.

- O nie! - krzy­czy Clare, i by wzmoc­nić efekt swo­jego za­sko­cze­nia, za­krywa usta dło­nią. - Tak mi przy­kro. Nie wie­dzia­łam...

- He­len i Mar­kus ob­ser­wo­wali to wszystko przez ku­chenne okno. Mój wu­jek, Jor­dan, był wtedy ma­łym brzdą­cem i spał spo­koj­nie na pię­trze.

W spo­so­bie, w jaki Ginny opo­wiada tę hi­sto­rię, prze­stę­puje z nogi na nogę i roz­kłada ręce, jest ja­kaś dziwna eks­cy­ta­cja. A fakt, że na­zywa swoją matkę po imie­niu, ro­dzi pe­wien dy­stans.

- Ile mieli lat? Mar­kus i twoja matka.

- He­len miała z pięt­na­ście, a Mar­kus około dwu­na­stu. No i po tym, co zo­ba­czyli na ze­wnątrz, Mar­kus po­szedł po drugą strzelbę swo­jego ojca i kiedy ten wcho­dził do domu przez ku­chenne drzwi, strze­lił mu pro­sto w serce.

- Tak. Znam tę hi­sto­rię. To zna­czy... coś ko­ja­rzę. W tam­tym cza­sie mó­wili o tym we wszyst­kich wia­do­mo­ściach. - Clare wy­pusz­cza swoje praw­dziwe wspo­mnie­nia na po­wierzch­nię. - By­łam wtedy dziec­kiem, a moja matka miała ob­se­sję na punk­cie te­le­wi­zji. Chło­piec bo­ha­ter, który za­bił nik­czem­nego ojca. Pa­mię­tam, jak matka opo­wia­dała o tym mo­jemu ta­cie w kuchni.

- Wła­śnie. Wy­go­oglo­wa­łam to so­bie i prze­czy­ta­łam wszyst­kie ar­ty­kuły. Je­śli po­grze­bie się wy­star­cza­jąco głę­boko, można na­wet na­tra­fić na zdję­cia z miej­sca zbrodni.

"Miej­sce zbrodni" - my­śli Clare. W teczce znaj­do­wały się czarno-białe fo­to­gra­fie przed­sta­wia­jące po­pla­miony krwią śnieg i ba­ła­gan w kuchni. Na samą myśl o dzie­ciach uczest­ni­czą­cych w ta­kich wy­da­rze­niach, o He­len i jej bra­cie sku­lo­nych w ocze­ki­wa­niu na przy­jazd po­li­cji, o naj­młod­szym z trójki ro­dzeń­stwa, śpią­cym spo­koj­nie w ko­ły­sce na pię­trze, pęka jej serce. Wstrząsa nią też wi­zja tej mło­dej ko­biety, która za­miast szu­kać in­for­ma­cji o swo­ich bli­skich w ro­dzin­nych al­bu­mach, znaj­duje je w cze­lu­ściach in­ter­netu pod po­sta­cią krwa­wych zdjęć z miej­sca prze­stęp­stwa.

- Zda­rza się jej wra­cać do tych wspo­mnień? Opo­wia­dać o nich?

- Jaja so­bie ro­bisz? - pyta re­to­rycz­nie Ginny. - He­len na­leży do tego ga­tunku lu­dzi, któ­rzy wolą wy­ko­pać naj­głęb­szy z do­łów i wsa­dzić w niego łeb. Tak so­bie z tym ra­dzi.

- A kto za­opie­ko­wał się twoją mamą i jej braćmi?

- Mieli ja­kie­goś tam wujka, który nie chciał mieć z nimi nic wspól­nego - mówi Ginny - więc prze­nie­śli się do mia­sta i za­miesz­kali z Twi­nin­gami. Phi­lip Twi­ning był part­ne­rem biz­ne­so­wym dziadka. Wraz z żoną Ja­nice przy­jęli ich pod swoje skrzy­dła. Ja­kiś czas miesz­kali z nimi w mie­ście, ale wy­daje mi się, że He­len nie mo­gła tego znieść. Wy­rzu­cili ją z col­lege'u na pierw­szym roku, bo była ze mną w ciąży. Dzięki temu nie mu­siała się uczyć i mo­gła tu za­miesz­kać. Za­brała braci i cała trójka wró­ciła na stare śmieci.

Ginny wpa­truje się w wi­szącą na ścia­nie fo­to­gra­fię. Ich sto­sunki ocie­pliły się nie­znacz­nie dzięki temu, że mo­gła opo­wie­dzieć o burz­li­wych lo­sach swo­jej ro­dziny. Clare wi­dzi, jak dziew­czyna ba­lan­suje na gra­nicy swo­jego wieku, mimo że tkwi już w ciele do­ro­słej ko­biety, to na tyle mło­dej, że jej ży­cie wy­peł­niają jesz­cze hi­sto­rie in­nych osób.

W ak­tach prze­ka­za­nych Clare przez Mal­colma znaj­do­wało się jesz­cze kilka in­for­ma­cji do­ty­czą­cych Twi­nin­gów: wzmianka o nich w kon­tek­ście dwu­dzie­stej rocz­nicy za­bój­stwa Ha­ine­sów; wieść o roz­po­czę­ciu przez Jor­dana Ha­inesa stu­diów praw­ni­czych i pla­nów współ­pracy z Phi­li­pem, aby czy­nić do­bro tam, gdzie jego oj­ciec zro­bił tak wiele zła; wy­rywki mó­wiące o tym, że Phi­lip i Jor­dan pla­nują zbu­do­wać w mie­ście schro­ni­sko dla ko­biet, by uczcić pa­mięć matki. Chcą je na­zwać DO­MEM MAR­GA­RET HA­INES i z pew­no­ścią bę­dzie od­bie­gało od stan­dar­dów High Ri­ver.

Roz­lega się dzwo­nek te­le­fonu. Clare kła­dzie rękę na ko­mórce tkwią­cej w kie­szeni jej spode­nek, jed­nak to ze smart­fonu Ginny wy­do­bywa się dźwięk. Dziew­czyna wy­ciąga ze swo­jej pi­żamy, pa­trzy na ekran i kciu­kiem wpi­suje od­po­wiedź.

- Jor­dan już tu je­dzie - oznaj­mia. - Bę­dzie za go­dzinę.

- Mieszka w mie­ście?

- No - rzuca Ginny, roz­ko­ja­rzona przez prze­glą­da­nie jed­nej z apli­ka­cji i po­dwójne stu­ka­nie w lo­sowo po­ja­wia­jące się zdję­cia. - Jest go­rą­cym cia­chem. Mło­dym, miej­skim praw­ni­kiem.

- Mó­wisz o swoim wujku?

Ginny marsz­czy nos, nie pod­no­sząc wzroku znad te­le­fonu.

- Boże, prze­cież wiem, że jest moim wuj­kiem. Nie­ustan­nie mi o tym przy­po­mina. Niań­czył mnie od ma­łego.

Clare opiera się o ścianę i wbija wzrok w Ginny.

- Ile masz lat?

- Dzie­więt­na­ście - od­po­wiada Ginny i pro­stuje się z dumą. - W li­sto­pa­dzie skoń­czę dwa­dzie­ścia.

- Mogę cię, dla­czego zwra­casz się do swo­jej mamy po imie­niu?

- Bo ona nie lubi, jak mó­wię do niej mamo. A i ja nie­szcze­gól­nie za tym prze­pa­dam. To chyba je­dyna kwe­stia, w któ­rej je­ste­śmy zgodne. - W gło­sie dziew­czyny sły­chać żal.

Clare do­brze pa­mięta pe­wien krótki okres w swoim na­sto­let­nim ży­ciu, kiedy na­le­gała, żeby na­zy­wać ro­dzi­ców po imie­niu, oraz to, jak sta­now­czo sprze­ci­wiała się temu jej matka. "Za­słu­guję na to słowo" - mó­wiła. "Ciężko na nie za­pra­co­wa­łam". W końcu Clare dała za wy­graną. Po la­tach, gdy na świat przy­szedł jej mar­twy sy­nek, jedna z pie­lę­gnia­rek po­wie­działa, że mimo iż jej dziecko uro­dziło się mar­twe, to już na za­wsze bę­dzie jego mamą. Przy­po­mina so­bie, jak bar­dzo wście­kła się na matkę za jej słowa sprzed lat, z któ­rych wy­ni­kało, że ma­cie­rzyń­stwo jest czymś, na co trzeba so­bie za­słu­żyć, za­pra­co­wać, a nie czy­stym zrzą­dze­niem losu, które po­zba­wia nie­które z ko­biet ja­kie­go­kol­wiek wy­boru.

- Co za­mie­rzasz po­wie­dzieć gli­nom? - pyta Ginny, na­dal wpa­tru­jąc się w ekran te­le­fonu.

- Od­po­wiem po pro­stu na ich py­ta­nia.

- Je­den z nich... ten Ro­urke... - Dziew­czyna chowa ko­mórkę do kie­szeni swo­jej pi­żamy. - Ostat­nio dużo się tu kręci...

- To chyba do­brze? Mu­szą w końcu coś zna­leźć.

- Sta­ram się mu po­móc - oświad­cza Ginny, od­chy­la­jąc się lekko do tyłu. - Cała ro­dzina na­brała wody w usta. He­len nie­na­wi­dzi, gdy w po­bliżu kręcą się gliny. A ja my­ślę, że Ro­urke się cie­szy, że cho­ciaż ja sta­ram się być po­mocna.

- Pew­nie masz ra­cję. Do­brze zna­łaś Sally i Wil­liama?

- Tylko tro­chę. Ten dzie­ciak był dość dziwny. Do­słow­nie nie mógł ustać w miej­scu. Wiele z ko­biet, które się tu po­ja­wiały, miało coś z głową. Były złe albo ze­stre­so­wane. - Wzru­sza ra­mio­nami i śmieje się ner­wowo. - Wil­liam był taki sam jak jego matka.

- To prawda - zga­dza się z nią Clare. - A jaki jest ten drugi po­li­cjant.

- Och, to funk­cjo­na­riuszka. Na­zywa się So­mers. I chyba za mną nie prze­pada.

- No co ty... Ra­czej kon­cen­truje się na swo­jej pracy.

- Zresztą, nie­ważne. Nie­długo tu będą. Po­win­nam się prze­brać - rzuca Ginny, ale za­miast się ru­szyć, po­zo­staje w miej­scu. Stoją bli­sko sie­bie i wpa­trują się w por­tret Mar­ga­ret Ha­ines. Dziew­czyna na­biera po­wie­trza w płuca, jakby miała za­miar coś po­wie­dzieć. - Przy­kro mi z po­wodu two­jej przy­ja­ciółki - od­zywa się po chwili. - Tak na­prawdę to nie zna­łam ani jej, ani Wil­liama. Sta­ram się trzy­mać dy­stans. Nie chcę uczest­ni­czyć w tych dra­mach. Ale zda­rzały się mo­menty, kiedy Sally była spo­kojna i wy­da­wała się wtedy dość miła.

- Była miła - przy­znaje Clare. - Dzię­kuję.

Ginny wraca na pa­lusz­kach do sy­pialni, czym przy­po­mina Clare skra­da­ją­cego się brzdąca. Ma dzie­więt­na­ście lat i tkwi w nie­wy­god­nym za­wie­sze­niu, chcąc na­dal za­cho­wy­wać się jak dziecko, ale też być trak­to­waną jak do­ro­sła. Clare wraca spoj­rze­niem do fo­to­gra­fii Mar­ga­ret Ha­ines. Ko­bieta ze zdję­cia ma na so­bie dżinsy i wy­so­kie ro­bo­cze buty, któ­rych po­de­szwy upać­kane są bło­tem. Na­wet tak silna osoba jak Mar­ga­ret nie miała szans w star­ciu z pę­dzą­cym po­ci­skiem. Clare prze­mie­rza ko­ry­tarz i otwiera wła­ściwe drzwi, po czym wcho­dzi do pu­stego po­koju. Mimo że jej ra­mię pul­suje bó­lem, a palce le­wej dłoni na­dal mro­wią z po­wodu uszko­dzo­nych ner­wów, czuje przy­pływ siły. Na ra­zie nie się­gnie po ta­bletki scho­wane na dnie torby, zmieni tylko ubra­nie i bę­dzie go­towa, by po­roz­ma­wiać z po­li­cją. Po­zo­sta­nie czujna i zi­gno­ruje ból. Po­pra­cuje nad tą sprawą. Je­śli za­ci­śnie pięść i przy­trzyma ją w ta­kiej po­zy­cji wy­star­cza­jąco długo, drże­nie dłoni ustąpi.

***

Ty­tuł ory­gi­nału: #2 Still Wa­ter

Co­py­ri­ght ? by Amy Stu­art, 2018

Co­py­ri­ght for Po­lish trans­la­tion? by Edyta Ła­duch, 2024

Co­py­ri­ght for this edi­tion ? by Vir­tu­alo, 2024

Re­dak­cja: Agnieszka Szma­toła

Ko­rekta: Monika Kalicka, Magdalena Gonta-Biernat / To Się Wyda

Skład i ła­ma­nie: Gabriel Gonta / To Się Wyda

Pro­jekt okładki: Mał­go­rzata Dra­bina / Yel­low Room

Konwersja do wersji elektronicznej: Tomasz Biernat / To Się Wyda

Wydanie I

War­szawa 2024

ISBN 978-83-272-8597-3

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Virtualo Sp. z o.o.

ul. Mar­szał­kow­ska 104/122

00-017 War­szawa

www.vir­tu­alo.pl

Chcesz wy­dać książkę lub au­dio­book? Wejdź na vir­tu­alo.eu lub na­pisz do nas na ad­res: re­dak­cja@vir­tu­alo.pl.

Zobacz nas na

Dla mo­ich ro­dzi­ców,

Dicka i Ma­ri­lyn Flynn,

ko­cham Was bez­gra­nicz­nie i dzię­kuję za wszystko