Pośród gór - Amy Stuart

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ŚRODA

W bez­k­się­ży­cową noc Clare nie do­strzega ota­cza­ją­cych ją pa­gór­ków. Po­tem, gdy droga za­czyna się wzno­sić, wie już, że je­dzie przez wznie­sie­nia. Na­stęp­nie po­ja­wiają się ser­pen­tyny, szum w za­tka­nych uszach i w końcu szczyty - ciemne plamy na tle skle­pie­nia peł­nego gwiazd. O świ­cie góry wy­peł­niają już całą per­spek­tywę lu­sterka wstecz­nego, otu­la­jąc je ze wszyst­kich stron, i Clare się do­my­śla, że od końca po­przed­niego dnia prze­je­chała już pra­wie ty­siąc ki­lo­me­trów.

"Jedź na za­chód, w kie­runku gór", po­wie­dział jej Mal­colm. "Po­tem skręć na pół­noc do Black­more".

Clare bie­rze ostatni ostry za­kręt, a tuż za nim po­ja­wiają się pierw­sze oznaki ży­cia. Naj­pierw łusz­czące się ta­blice re­kla­mowe, a po­tem kilka roz­sia­nych, roz­pa­da­ją­cych się bu­dyn­ków. Sa­mo­chód szar­pie i rzęzi, zma­ga­jąc się ze zbyt du­żym na­chy­le­niem wą­skiej jezdni, zbyt wy­ma­ga­ją­cej jak na jego wie­kowy sil­nik. Mija przy­twier­dzony do skały znak z na­pi­sem: "WI­TAMY W BLACK­MORE! LICZBA LUD­NO­ŚCI: 2500", na któ­rym jedno z zer prze­kre­ślono czar­nym sprayem. Droga staje się mniej kręta i Clare do­ciera do rzędu skle­pów wy­zna­cza­ją­cych cen­trum mia­steczka. Więk­szość wi­tryn za­bito de­skami, a na ulicy nie wi­dać ani sa­mo­cho­dów, ani lu­dzi.

Tuż za sa­motną sy­gna­li­za­cją świetlną do­strzega mo­tel. Skręca w jego stronę i par­kuje. Z po­pę­ka­nego as­faltu wy­ra­stają chwa­sty. Pu­sty ba­sen okala bu­dy­nek w kształ­cie li­tery "L", któ­rego neon nie świeci już za­pewne od dawna. Ja­ło­wość tego miej­sca wpływa na nią nie­po­ko­jąco, po­tę­gu­jąc upior­ność i nie­zwy­kłość tej sce­ne­rii, jakby żyw­cem wy­cią­gnię­tej z opusz­czo­nego planu fil­mo­wego. Pa­nika za­czyna prze­ni­kać do jej wnę­trza, ści­ska­jąc le­kiem jej klatkę pier­siową, a kawa, którą ku­piła na sta­cji ben­zy­no­wej kilka go­dzin temu, na­dal bu­zuje w jej ży­łach.

Teczka, którą dał jej Mal­colm, leży na sie­dze­niu pa­sa­żera. Clare ją otwiera. Na sa­mej gó­rze znaj­duje ar­ty­kuł pra­sowy sprzed dzie­się­ciu dni z na­głów­kiem: "W Black­more za­gi­nęła ko­bieta". Obok tek­stu wid­nieje nie­wy­raźne zdję­cie wy­chu­dzo­nej i smut­nej Shayny Fow­les. Clare przy­gląda się uważ­nie fo­to­gra­fii. Za­gi­niona jest mniej wię­cej w tym sa­mym wieku co ona. Obie mają ciem­no­brą­zowe włosy, ja­sną skórę i po­dobne rysy twa­rzy. A może tylko do­szu­kuje się ja­kie­goś po­do­bień­stwa?

"Oto twoje za­da­nie", oznaj­mił Mal­colm. "Wy­bie­rzesz się do Black­more i zo­ba­czysz, co uda ci się zna­leźć".

Do sa­mo­chodu za­czyna wdzie­rać się wil­gotne po­wie­trze. Clare opiera się o za­głó­wek i za­myka oczy. Jej my­śli dry­fują ku Mal­col­mowi, gdy sie­dział na­prze­ciw niej w ja­dło­dajni. To wtedy prze­ka­zał jej tę teczkę, nie tknąw­szy na­wet za­mó­wio­nego je­dze­nia. To, czego w tam­tej chwili pra­gnęła, to jak naj­szyb­ciej od niego uciec, a Black­more było je­dyną do­stępną opcją. Te­raz nad­szedł czas, by wzięła się w garść i ze­brała w so­bie wy­star­cza­jąco od­wagi, aby wy­ja­wić swoje imię ob­cym lu­dziom. A przy­naj­mniej to, które on dla niej wy­brał.

Ła­pie za po­krytą rosą klamkę od drzwi sa­mo­chodu i pod­nosi ple­cak. Mimo że od mie­sięcy nie no­siła ob­rączki, na jej palcu na­dal wid­nieje de­li­katne wgłę­bie­nie.

Pora ru­szać.

W mo­te­lo­wej re­cep­cji na­ci­ska dzwo­nek wzy­wa­jący ob­sługę. Gdy nikt nie pod­cho­dzi, dzwoni raz jesz­cze. Z od­dali do­biega ją stłu­miony od­głos włą­czo­nego te­le­wi­zora. Za ladą wisi rząd klu­czy do po­koi, a czarna pleśń wije się wo­kół okien i wpełza na rogi wy­kła­dziny.

- Halo, jest tu ktoś? - pyta Clare nie­malże szep­tem.

Zero od­po­wie­dzi. Wy­czer­pana, nie wie, co ro­bić da­lej. O brza­sku, za­le­d­wie parę go­dzin temu, do­tarła na przy­je­ziorny te­ren wy­po­czyn­kowy, gdzie wy­szła z auta, mi­nęła stoły pik­ni­kowe oraz wy­cho­dek, i sku­pia­jąc się wy­łącz­nie na roz­le­głym, nie­rów­nym kra­jo­bra­zie za­śnie­żo­nych gór, we­szła po ko­lana do lo­do­wa­tej wody. Była na ob­cej ziemi. Li­czyła na go­rący prysz­nic i chwilę wy­tchnie­nia. To Mal­colm po­wie­dział jej o tym mo­telu.

Zre­zy­gno­wana, ude­rza dło­nią o dzwo­nek.

Wtem w głębi ko­ry­ta­rza otwie­rają się drzwi. Wy­gląda przez nie męż­czy­zna około sześć­dzie­siątki i wy­ciera usta ser­wetką.

- Czy twoim zda­niem to miej­sce wy­gląda na otwarte? - pyta, rzu­ca­jąc ser­wetkę przez ra­mię.

- Drzwi nie były za­mknięte.

- Ale my je­ste­śmy - od­po­wiada.

Ma siwe włosy i za­ró­żo­wione po­liczki. Na ścia­nie po jego pra­wej stro­nie wisi stary ro­dzinny por­tret, przed­sta­wia­jący jego młod­szą, ro­ze­śmianą wer­sję. Na zdję­ciu stoi w to­wa­rzy­stwie dwóch ru­do­wło­sych chłop­ców i ład­nej żony, którą z dumą obej­muje.

- Je­śli ma pan wolne po­koje, to może mo­gła­bym...

- Je­ste­śmy za­mknięci.

Clare kiwa ze zro­zu­mie­niem głową.

- Nie wi­dzia­łem cię tu wcze­śniej - rzuca męż­czy­zna.

- Wcze­śniej mnie tu nie było.

- Je­steś dzien­ni­karką?

- Nie.

- Po­li­cjantką?

- Nie, nie je­stem po­li­cjantką. Przy­je­cha­łam po­cho­dzić po gó­rach.

- Ta, ja­sne.

- Fo­to­gra­fuję.

- Co?

- Głów­nie kra­jo­brazy. Miej­sca poza utar­tymi szla­kami.

- Miej­scowi nie lu­bią, gdy robi się im zdję­cia - stwier­dza bez­na­mięt­nie wła­ści­ciel mo­telu.

- Jak już wspo­mnia­łam, fo­to­gra­fuję kra­jo­brazy. Nie lu­dzi. - Clare prze­rywa na se­kundę. - Jest tu może ja­kieś inne miej­sce, w któ­rym mo­gła­bym się za­trzy­mać?

- Nie.

Ko­bieta grze­bie w to­rebce w po­szu­ki­wa­niu klu­czy­ków do sa­mo­chodu. Do­piero co przy­je­chała, a już po­le­gła na pierw­szym za­da­niu. Mo­tel był pew­nie kie­dyś bar­dzo ob­le­gany. Za cza­sów, gdy Black­more było tęt­nią­cym ży­ciem mia­stecz­kiem gór­ni­czym, za cza­sów, gdy wszy­scy mieli pracę, pie­nią­dze do wy­da­nia i lu­dzi do od­wie­dze­nia. Może sy­no­wie tego męż­czy­zny byli nie­gdyś gór­ni­kami? Może pra­co­wali pod zie­mią, te pięć lat temu, kiedy w ko­palni do­szło do wy­bu­chu i zgi­nęły trzy tu­ziny miesz­kań­ców? Clare wy­czuwa lekką zmianę w za­cho­wa­niu wła­ści­ciela bu­dynku. Jego ra­miona roz­luź­niają się, od­kleja się od ściany i pod­cho­dzi do lady.

- Na wio­snę mie­li­śmy roz­topy - za­gaja męż­czy­zna. - Woda za­lała wszyst­kie dwa­dzie­ścia po­koi. Od mie­sięcy nie mie­wam klien­tów. Na­wet gdy­bym chciał, nie był­bym w sta­nie po­móc.

- Ro­zu­miem. Coś wy­my­ślę.

- W oko­licy pełno jest ma­łych, gór­skich mia­ste­czek. Mo­żesz udać się do któ­re­goś z nich.

- To prawda - przy­ta­kuje Clare.

Samo to, że po­ja­wiła się w Black­more w po­je­dynkę i to bez za­po­wie­dzi, wy­gląda na pewno po­dej­rza­nie. W jej hi­sto­rii bra­kuje głębi. Już w trak­cie po­dróży do tego miej­sca spo­dzie­wała się py­tań w stylu: "kim je­steś?", "co tu ro­bisz?". Co prawda prze­ćwi­czyła od­po­wie­dzi, ale przy­krywka, którą wy­brała wraz z Mal­col­mem, czyli pa­sja fo­to­gra­fo­wa­nia i je­dyna umie­jęt­ność, jaką mo­gła się po­chwa­lić, brzmiała sztucz­nie.

Męż­czy­zna pod­cho­dzi do drzwi i je otwiera, skła­nia­jąc ją do wyj­ścia.

- Ra­dzę ci za­wró­cić - mówi. - Zjedź ze wzgó­rza i udaj się gdzieś in­dziej.

Clare kie­ruje się w stronę auta. Góry spo­wi­jają ni­sko za­wie­szone chmury, a główną drogę przy­krywa war­stwa gę­stej mgły. Za ple­cami sły­szy dźwięk prze­krę­ca­nego w drzwiach re­cep­cji zamka. Nie li­czyła na cie­płe przy­ję­cie. Do­ra­stała w po­dob­nym mia­steczku, w miej­scu nę­ka­nym przez ta­kie same pro­blemy jak w Black­more. Pa­mięta, że jej są­sie­dzi przyj­mo­wali po­ja­wia­ją­cych się zni­kąd nie­zna­jo­mych. Wścib­scy przy­by­sze nie byli ni­gdy mile wi­dziani. Kto wie, co my­ślał so­bie wła­ści­ciel mo­telu, kiedy na nią spo­glą­dał? Może znał Shaynę Fow­les? Może jego sy­no­wie się z nią przy­jaź­nili? Może do­strze­gał za­leż­ność w tym, że jedna ko­bieta znika, a druga nie­spo­dzie­wa­nie się po­ja­wia? Może wła­śnie to go prze­ra­ziło...

?

Clare śni. Leży na pod­ło­dze z roz­cię­tymi dłońmi oto­czona odłam­kami szkła. Unosi wzrok i spo­gląda na niego. W mo­men­cie, gdy otwiera usta, chcąc coś po­wie­dzieć, on ude­rza ją w czoło bu­telką po pi­wie. Upada po­now­nie na chłodną po­sadzkę, a tuż obok niej roz­trza­skuje się szkło. Po­tem on wali pię­ścią w ża­rówkę, ob­sy­pu­jąc ją ostrymi drob­nia­kami jak rzę­si­stym desz­czem, a na­stęp­nie trza­ska drzwiami i za­myka ją w piw­nicy. Clare nie sły­szy już kro­ków roz­le­ga­ją­cych się nad jej głową. Zo­staje sama.

- Je­śli uciek­niesz... - do­biega ją stłu­miony głos zza drzwi - ...to bądź pewna, że cię od­najdę. Wy­tro­pię cię i za­biję.

?

Clare bu­dzi się gwał­tow­nie. Wnę­trze auta jest ciemne i ob­le­pia­jące, a ona nie może zła­pać od­de­chu. W od­bi­ciu lu­sterka wstecz­nego do­strzega ja­kiś ruch. Sza­mo­cze się z drzwiami i wy­pada z sa­mo­chodu na wil­gotną zie­mię, z któ­rej zrywa się na równe nogi i okrąża po­jazd. Ni­kogo tu nie ma. Po­nad mi­nutę zaj­muje jej uświa­do­mie­nie so­bie, gdzie się znaj­duje. Jest w Black­more. Na par­kingu pod­upa­dłego sklepu z na­rzę­dziami. Przy­je­chała tu z mo­telu i po­ło­żyła się na tyl­nym sie­dze­niu, by przez chwilę od­po­cząć. Gdy się kła­dła, było wcze­sne po­po­łu­dnie, te­raz wo­kół pa­nuje ciem­ność.

Prze­czu­wała, że kosz­mary po­wrócą. Prze­szłość rzadko daje o so­bie za­po­mnieć.

Po­wie­trze roz­rze­dziło się i zro­biło się chłod­niej. Clare wsiada do auta i usta­wia lu­sterko, by przej­rzeć się w jego od­bi­ciu. Ma za­ru­mie­nioną twarz, na li­nii wło­sów perlą się kro­ple potu, a ucisk w klatce pier­sio­wej unie­moż­li­wia jej za­czerp­nię­cie po­wie­trza. Złe sny nie na­wie­dzały jej od dawna, ale wie­działa, że kie­dyś po­wrócą. Przez ja­kiś czas mo­gła li­czyć na chwilę wy­tchnie­nia, lecz jego cień nie­ustan­nie dep­tał jej po pię­tach i tylko siła woli po­zwo­liła jej do­trzeć tak da­leko. Do­piero po sze­ściu mie­sią­cach stra­ciła czuj­ność.

Wtedy też po­znała Mal­colma Bo­ona.

Na pod­ło­dze sa­mo­chodu wa­lają się opa­ko­wa­nia po je­dze­niu i puszki po na­po­jach, sta­no­wiące coś na kształt dzien­nika prze­by­tej trasy. Clare otwiera scho­wek i znaj­duje w nim te­le­fon ko­mór­kowy, który prze­ka­zał jej Mal­colm. Ośle­pia ją na­gła ja­sność ekranu. Na wy­świe­tla­czu wid­nieje ko­mu­ni­kat: "Brak no­wych wia­do­mo­ści".

"Ode­zwę się w pią­tek", po­wie­dział Mal­colm.

Ko­bieta wy­ciąga port­fel i apa­rat fo­to­gra­ficzny, po czym upy­cha po­zo­stałe rze­czy w ba­gaż­niku i za­myka sa­mo­chód.

La­tar­nia na skraju par­kingu rzuca snop świa­tła na po­bli­ski chod­nik, a sy­gna­li­za­cja świetlna ja­rzy się czer­wie­nią. Clare wi­dzi w od­dali mi­ga­jący szyld: "BAR I GRILL U RAYA". Stoi tam grupka pa­lą­cych na­sto­lat­ków. Trzech chło­pa­ków i dziew­czyna dzielą się jed­nym pa­pie­ro­sem. Gdy się do nich zbliża, milkną i wbi­jają w nią za­cie­ka­wione spoj­rze­nia. Dziew­czyna ma na so­bie woj­skowe spodnie i krótki, wy­strzę­piony top koń­czący się tuż pod biu­stem. Je­den z chło­pa­ków odłą­cza się od grupy i z te­atral­nym ukło­nem, ni­czym nie­gdy­siej­szy dżen­tel­men, otwiera Clare drzwi.

W ba­rze wieje pustką, choć gra w nim mu­zyka. Clare za­uważa kel­nerkę i ku­cha­rza krę­cą­cych się po kuchni. Spoj­rze­nia dzie­cia­ków z ze­wnątrz po­dą­żają za nią do czasu, aż znaj­duje wolny sto­lik i sta­wia przed sobą menu, pod­pie­ra­jąc je swoim apa­ra­tem. Gdy po­nosi wzrok, kel­nerka jest tuż obok.

- Za pięć mi­nut za­my­kamy kuch­nię - mówi ze znu­że­niem.

- Mo­żesz mi coś jesz­cze po­le­cić? - pyta mimo wszystko Clare.

Kel­nerka przy­stę­puje z nogi na nogę, ale nie od­po­wiada.

- To po­pro­szę w ta­kim ra­zie ham­bur­gera i frytki.

- Coś do pi­cia?

Za ba­rem stoi rząd za­ku­rzo­nych bu­te­lek.

- Po­pro­szę wodę ga­zo­waną.

Kel­nerka chwyta za górny róg menu i wy­rywa je Clare z rąk. Na ze­wnątrz grupa na­sto­lat­ków od­dala się w kie­runku sy­gna­li­za­cji świetl­nej, a w lo­kalu trza­skają drzwi pro­wa­dzące do kuchni. Clare stara się roz­po­znać utwór pły­nący z gło­śni­ków. Nie­sie w so­bie brzmie­nie mu­zyki co­un­try, brzmi tro­chę jak Patsy Cline, ale głos pio­sen­karki wy­daje się jej za młody i za czy­sty, po­zba­wiony cha­rak­te­ry­stycz­nej chrypki.

Kel­nerka sta­wia przed nią wodę w bu­telce, bez szklanki. Clare wy­pija na­pój, który przy­jem­nie chło­dzi jej gar­dło. Gdy od­sta­wia bu­telkę, do­strzega ta­blicę ogło­szeń wi­szącą na jed­nej ze ścian w re­stau­ra­cji. Pod­nosi się z krze­sła i idzie w jej stronę.

ZA­GI­NĘŁA SHAYNA CUN­NIN­GHAM FOW­LES.

Pod na­głów­kiem wid­nieje dzień jej za­gi­nię­cia. Od wska­za­nej daty mi­nęły już dwa ty­go­dnie.

WIESZ COŚ? PO­ROZ­MA­WIAJ Z DONNĄ.

W kuchni kel­nerka pro­wa­dzi oży­wioną dys­ku­sję z ku­cha­rzem. Grill pło­nie i sy­czy. Clare od­rywa kartkę z ta­blicy i chowa ją do tyl­nej kie­szeni spodni. W rogu za­uważa ko­lejną no­tatkę, po­żół­kłą ze sta­ro­ści.

PRZY­CZEPA DO WY­NA­JĘ­CIA. UME­BLO­WANA. SKON­TAK­TUJ SIĘ Z CHAR­LIEM MER­RIT­TEM.

Od­cze­pia pi­nezki i za­biera rów­nież tę no­tatkę. Nim kel­nerka zdą­żyła po­ja­wić się z za­mó­wio­nym da­niem, Clare sie­dzi już z po­wro­tem przy sto­liku z ser­wetką roz­ło­żoną na ko­la­nach. Ta­lerz lą­duje z brzę­kiem na stole.

- To ty je­steś tą fo­to­grafką? - pyta kel­nerka, wy­ko­nu­jąc ruch głowy w kie­runku le­żą­cego na stole apa­ratu.

- Tak.

- Do­szły nas słu­chy, że się tu po­ja­wi­łaś.

Clare nie ma wąt­pli­wo­ści, że to wła­ści­ciel mo­telu ich po­in­for­mo­wał. Za­ry­glo­wał drzwi i pew­nie od razu się­gnął po te­le­fon. Za­dzwo­nił do żony lub sio­stry, do naj­waż­niej­szej ko­biety w swoim ży­ciu, a wieść o przy­by­ciu nie­zna­jo­mej szybko się roz­nio­sła.

- Jak się na­zy­wasz? - Chce wie­dzieć kel­nerka.

- Clare O'Dey. - Po raz pierw­szy wy­po­wiada to na głos. - A ty?

- Je­stem Donna. - Ko­bieta wy­gląda na około pięć­dzie­siąt lat, ma tle­nione, żółte włosy zwią­zane w kitkę.

Clare spusz­cza wzrok na ta­lerz, na któ­rym leży nie­ape­tyczny ham­bur­ger.

- Za­uwa­ży­łam, że zwę­dzi­łaś mój pla­kat - mówi Donna, na co Clare wzru­sza ra­mio­nami. Naj­wy­raź­niej nie udało jej się zro­bić tego aż tak nie­po­strze­że­nie. - Po co ci on?

- Chyba skądś ją znam.

- Nie je­steś stąd.

- Nie, nie je­stem.

- To skąd niby mia­ła­byś ją znać?

- Nie wiem, jej twarz wy­daje mi się zna­joma.

Donna siada przy sto­liku na­prze­ciwko Clare.

- Pra­cu­jesz pod przy­krywką?

- Nie, no co ty.

- To może je­steś ja­kąś pry­watną de­tek­tywką, co? Dzien­ni­karką? Kto inny wę­szyłby po oko­licy i kradł pla­katy?

Clare wy­trzy­muje na­tar­czywe spoj­rze­nie ko­biety. Co­kol­wiek za­mie­rza zro­bić w Black­more, musi trzy­mać się usta­lo­nego planu.

- Je­stem cie­kaw­ska - od­po­wiada, kła­dąc dłoń na apa­ra­cie fo­to­gra­ficz­nym. - Zbo­cze­nie za­wo­dowe.

- W ta­kim ra­zie nie do­szu­kuj się tu żad­nej sen­sa­cji. Nie zjadł jej yeti, nikt jej też nie za­mor­do­wał.

- Skąd ta pew­ność?

- Bo Shayna Cun­nin­gham była cho­dzą­cym pro­ble­mem. Wzięła pew­nie o kilka pi­gu­łek za dużo i spa­dła z klifu pro­sto do wą­wozu, w po­bliżu miej­sca, gdzie oni wszy­scy zwy­kli im­pre­zo­wać.

W jed­nym z ar­ty­ku­łów w teczce, które prze­ka­zał jej Mal­colm, znaj­do­wała się wzmianka o za­mi­ło­wa­niu Shayny do uży­wek oraz o stop­nio­wym po­grą­ża­niu się miesz­kań­ców mia­steczka w uza­leż­nie­niu, bę­dą­cym kon­se­kwen­cją za­mknię­cia ko­palni. Osoby, z któ­rymi prze­pro­wa­dzono wy­wiady, twier­dziły, że w noc za­gi­nię­cia dziew­czyna była pod wpły­wem nar­ko­ty­ków, co naj­wy­raź­niej po­krywa się z teo­rią Donny. Z tonu kel­nerki z ła­two­ścią można wy­czy­tać, że jej opi­nia o Shay­nie nie była zbyt do­bra, i to, że uzna­wano ją za ćpunkę, w ja­kiś spo­sób zmniej­sza wagę jej za­gi­nię­cia.

- To po co w ta­kim ra­zie wi­szą te pla­katy, skoro wia­domo, co się z nią stało? - do­cieka Clare.

- Nikt nie wie tego na sto pro­cent - od­po­wiada Donna. - Więc gdy wy­bra­łam się do mia­sta, to wy­dru­ko­wa­łam kilka eg­zem­pla­rzy, by mieć po­czu­cie, że coś ro­bię. - Donna na­chyla się i ści­sza głos, od­kła­da­jąc swoją nie­uf­ność na bok w ob­li­czu moż­li­wo­ści po­dzie­le­nia się z kimś świe­żymi plo­tecz­kami.

Clare nie była ni­gdy ty­pem plot­kary i nie po­tra­fiła zro­zu­mieć, czym kie­rują się osoby lu­bu­jące się w zdra­dza­niu nie­swo­ich se­kre­tów. Tym ra­zem jed­nak nie ma wy­boru, musi się za­an­ga­żo­wać.

- Nie zro­zum mnie źle, ale... - za­czyna Donna - ...wy­obra­żam ją so­bie cza­sem, jak leży tam na dole. Oczami wy­obraźni wi­dzę jej ciało. Może udało jej się prze­żyć upa­dek, ale nie była w sta­nie się stam­tąd wy­do­stać ani we­zwać po­mocy. W su­mie to prze­cież nie wia­domo, co tak na­prawdę się stało.

- Do­póki nie znaj­dzie się ciała - mówi Clare.

- A ono może się ni­gdy nie od­na­leźć, bo wiesz, pada ostat­nio dość mocno. Zda­rzało się już tak, że woda wtar­gnęła gwał­tow­nie do wą­wozu. Jej ciało może być już w po­ło­wie drogi do oce­anu.

- Czy ktoś jej szuka?

- Ty mi to po­wiedz.

- Po­li­cja?

- Nasz po­ste­ru­nek za­mknięto w ze­szłym roku. Była ja­kaś grupa osób, która ze­szła do wą­wozu, ale nic nie zna­leźli. Szuka jej pew­nie oj­ciec. Z pew­no­ścią nie robi tego jej mąż, który wozi się po mia­steczku jakby ni­gdy nic.

Clare pro­po­nuje kel­nerce, by po­czę­sto­wała się fryt­kami. Donna bie­rze jedną i wkłada ją do ust.

- Czyli znasz jej ro­dzinę, tak? - pyta da­lej Clare.

- Oczy­wi­ście, że tak. Do­ra­sta­łam z jej mamą. Na­dal miesz­kamy w do­mach, w któ­rych się wy­cho­wa­ły­śmy. Pew­nie dla­tego zde­cy­do­wa­łam się na wy­dru­ko­wa­nie tego pla­katu. Jej mama nie mo­gła tego zro­bić.

- Dla­czego?

- Zbzi­ko­wała. Dość wcze­śnie do­pa­dła ją de­men­cja. - Ko­bieta marsz­czy brwi. - W za­sa­dzie jej mąż, Wil­fred, też jest nie­źle stuk­nięty. Zde­cy­do­wa­nie za dużo spa­dło na ich barki.

- Za dużo czego?

- Wszyst­kiego. Cza­sami ży­cie roz­pada się w jed­nym mo­men­cie. No wiesz, jak to jest.

- Wiem, wiem - od­po­wiada Clare.

- Mój mąż pra­co­wał z Wil­fre­dem w ko­palni przez trzy­dzie­ści lat. Oboje po­ja­wili się w Black­more mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie. Byli świeżo po szkole śred­niej i szu­kali pracy. A te­raz mija rok, od kiedy mój mąż się z nim nie wi­dział. Do­szły mnie słu­chy, że niby bu­duje ja­kiś bun­kier w domu. Ko­pie dziurę czy coś w tym stylu. - Donna po raz ko­lejny na­chyla się ku Clare. - Moja sio­stra twier­dzi, że winny jest mąż Shayny. Mówi, że może spa­dła z klifu, ale rów­nie do­brze to on mógł ją ze­pchnąć. Ni­gdy nie wia­domo.

W teczce od Mal­colma znaj­do­wało się kilka ścią­gnię­tych z In­ter­netu zdjęć Shayny i jej męża. Na ślub­nej fo­to­gra­fii młod­sza i zdro­wiej wy­glą­da­jąca wer­sja Shayny opie­rała się o swo­jego no­wego męża, Ja­reda Fow­lesa. Męż­czy­zna obej­mo­wał ją w tali, trzy­ma­jąc rękę na jej brzu­chu. Jed­nak już w ar­ty­kule o jej za­gi­nię­ciu nad­mie­niono, że para była w se­pa­ra­cji.

Dla­tego nie dzi­wiło Clare, że był on te­ma­tem krą­żą­cych plo­tek. Jej matka od za­wsze twier­dziła, że za­gi­nię­ciu żony wi­nien jest mąż. Lata temu, gdy za­cho­ro­wała, a Clare sie­działa przy­kle­jona do ekranu te­le­wi­zora w to­wa­rzy­stwie swo­jej wą­tłej i ły­sej od che­mio­te­ra­pii ro­dzi­cielki, usły­szała w ko­mu­ni­ka­cie, że w są­sied­nim mia­steczku za­gi­nęła ja­kaś ko­bieta. Po­da­wano, że pew­nego dnia po pro­stu nie do­tarła do pracy, a jej mąż szlo­chał na wi­zji do tu­zina mi­kro­fo­nów, bła­ga­jąc o bez­pieczny po­wrót mał­żonki do domu.

"Jest winny", stwier­dziła wtedy matka Clare. "Nie­długo się wyda".

Kilka dni póź­niej po­ka­zano w wia­do­mo­ściach pole siana, na któ­rym zna­le­ziono ciało ko­biety, i po­li­cjan­tów pro­wa­dzą­cych sku­tego w kaj­danki męża. W tam­tym mo­men­cie matka Clare ze­brała resztkę po­zo­sta­łych jej jesz­cze sił, aby wstać i dźgnąć pal­cem w ekran.

"A nie mó­wi­łam?", oznaj­miła trium­fal­nie. "Winny jest za­wsze mąż. Za­wsze".

Frytki na ta­le­rzu Clare na­sią­kły już brą­zo­wa­wym ole­jem. Kel­nerka pod­nosi ko­lejną i ją zjada.

- To skąd do nas przy­by­łaś, fo­to­grafko? - pyta Donna.

- Z da­leka. Z ma­łego mia­steczka na wschód stąd.

- Z któ­rego ma­łego mia­steczka?

- Na pewno ni­gdy o nim nie sły­sza­łaś.

- Skąd ta pew­ność?

- A sły­sza­łaś o Long Lake?

Od­po­wiedź ide­alna, nie­mó­wiąca py­ta­ją­cemu prak­tycz­nie nic. W ciągu ostat­nich sze­ściu mie­sięcy Clare prze­je­chała przez cztery mia­sta o tej sa­mej na­zwie, uważ­nie re­je­stru­jąc każde z nich i za­pa­mię­tu­jąc ich cha­rak­te­ry­styczne ce­chy. Jed­nak po każ­dej z przy­pad­ko­wych in­te­rak­cji sta­rała się zni­kać, nim cie­ka­wość miesz­kań­ców za­czy­nała być zbyt do­cie­kliwa. Tym ra­zem bę­dzie mu­siała zna­leźć inny spo­sób na po­wstrzy­ma­nie na­tłoku nie­wy­god­nych py­tań.

- Nie po­do­bało mi się tam. I nie pla­nuję tam wra­cać.

- A gdzie są twoi bli­scy? - do­py­tuje Donna.

- Tak na­prawdę to nie mam już ni­kogo.

- Czyli tak so­bie jeź­dzisz i za­ra­biasz na ży­cie, ro­biąc zdję­cia, tak?

- Ko­ko­sów z tego nie ma, ale cho­ciaż je­stem w cią­głym ru­chu. A ja lu­bię być w ru­chu.

Clare chwyta za bu­telkę po wo­dzie i ści­ska ją, aż ta się od­kształca. Wy­si­łek wło­żony w roz­mowę, we wła­ściwy do­bór słów, przy­pra­wia ją o ból głowy. Pra­gnie je­dy­nie do­koń­czyć je­dze­nie, Donna wska­zuje kciu­kiem na wi­szącą za jej ple­cami ta­blicę z ogło­sze­niami.

- Przy­własz­czy­łaś so­bie też ogło­sze­nie o przy­cze­pie Mer­ritta, mam ra­cję?

- Mu­szę zna­leźć ja­kieś miej­sce na noc­leg, a mo­tel jest nie­czynny.

- Tam nie mo­żesz się za­trzy­mać.

- A niby dla­czego? Nie ma już tego fa­ceta w oko­licy?

- Och, jest, jest...

- Więc w czym pro­blem?

- On jest pro­ble­mem. Przez ko­pal­nię stra­cił całą ro­dzinę. Oj­ciec i dwóch jego braci zgi­nęli pod zie­mią, a ty­dzień póź­niej jego matka strze­liła so­bie w łeb. Od tam­tej pory Mer­ritt sieje spu­sto­sze­nie.

- Boże... - wzdy­cha Clare.

- Cią­gnie całe mia­steczko w dół.

- Co masz na my­śli?

- Za­opa­truje ćpu­nów. Tak przy­naj­mniej sły­sza­łam. Z tego, co wiem, sprze­daje to swoje świń­stwo oko­licz­nym dzie­cia­kom, dużo młod­szym od cie­bie. Rów­nie do­brze mógłby za­tru­wać miej­scową wodę. A ta przy­czepa z ogło­sze­nia jest w sa­mym środku lasu. Tuż obok Cun­nin­gha­mów.

- Cun­nin­gha­mów? Ro­dziny Shayny?

- Zga­dza się. To tam gnież­dżą się wszy­scy lo­kali sza­leńcy.

Mija kilka se­kund, nim Clare w pełni zdaje so­bie sprawę, co to ozna­cza. Po­szczę­ściło się jej. Przy­czepa Char­liego Mer­ritta stoi tuż obok domu ro­dzin­nego Shayny. Spusz­cza wzrok na szare, mo­kre od tłusz­czu mięso wy­sta­jące z ham­bur­gera, a Donna pod­nosi się z krze­sła.

- Kręcą cię ta­kie rze­czy, co nie? Roz­ko­szu­jesz się nie­szczę­ściem in­nych lu­dzi.

- Nie, skądże - broni się Clare. - Po pro­stu pod­trzy­my­wa­łam roz­mowę.

- Je­śli się po­spie­szysz i wy­je­dziesz już te­raz, może uda ci się do­trzeć do ko­lej­nego mia­steczka przed pół­nocą.

Clare nie ma od­wagi pod­nieść głowy i skon­fron­to­wać się z oskar­ży­ciel­skim spoj­rze­niem Donny. W końcu kel­nerka od­dala się w stronę kuchni.

Co na jej miej­scu zro­biłby Mal­colm Boon? Co by jej po­ra­dził? Pew­nie za­su­ge­ro­wałby, żeby za­cho­wała ostroż­ność i spę­dziła jesz­cze kilka nocy w au­cie. Przez ostat­nie sześć mie­sięcy z ła­two­ścią uda­wało jej się uni­kać roz­mów z ga­da­tli­wymi nie­zna­jo­mymi, z pra­cow­ni­kami sta­cji ben­zy­no­wych, ob­sługą mo­teli czy ja­dło­dajni po­dob­nych do tej. Clare wie, jak uciąć nie­wy­godną po­ga­wędkę, lecz od po­czątku po­dróży wy­obra­żała so­bie, że na jej końcu czeka miej­sce, które zdoła ją po­chło­nąć, miej­sce, w któ­rym znaj­dzie się wy­star­cza­jąco dużo moż­li­wo­ści, by jej wy­my­ślona hi­sto­ria prze­szła bez echa. Te­raz jed­nak znaj­duje się w tak ma­łym mia­steczku, że to, od czego ucie­kała, znów daje o so­bie znać. Black­more aż za bar­dzo przy­po­mina jej miej­sce, które opu­ściła. Kłębi się w niej strach, po­czu­cie re­zy­gna­cji i wra­że­nie, że nie ma nic do stra­ce­nia. A może by tak za­pu­kać do drzwi Char­liego Mer­ritta?

Ulica za oknem wy­gląda na opu­sto­szałą. Sy­gna­li­za­cja świetlna zmie­nia się z zie­lo­nego świa­tła przez po­ma­rań­czowe na czer­wone, choć nikt z niej nie ko­rzy­sta.

Clare po­stara się zjeść tego ham­bur­gera, naj­wol­niej, jak tylko bę­dzie mo­gła. Zo­sta­nie przy tym sto­liku, do­póki kel­nerka nie wy­rzuci jej z lo­kalu. Spa­cer do sa­mo­chodu zaj­mie jej za­le­d­wie kilka mi­nut, stoi w końcu dwie prze­cznice da­lej, ale nie ma po co te­raz tam wra­cać, nie chce jej się spać. Roz­my­śla o miesz­kań­cach Black­more. Kim są ci lu­dzie? Jacy są? Z pew­no­ścią po­zba­wieni na­dziei. Z pew­no­ścią nie chcą opu­ścić umie­ra­ją­cego mia­sta. Z pew­no­ścią na­leżą do tych, któ­rzy nie­spo­dzie­wane zni­kają.

?

To nie na­stą­piło z dnia na dzień. Zmiana nie była gwał­towna. Tro­chę to za­jęło i sta­ram się okre­ślić, kiedy tak na­prawdę po­ja­wiła się ta moja nie­dola. To mama zwy­kła tak to na­zy­wać. Nie­dola. To ta­kie mięk­kie słowo, ła­twe do znie­sie­nia. Pa­mię­tam, że gdy po­łknę­łam to, co mi dali, po­my­śla­łam, że oto nad­cho­dzi prze­łom. Mój los był już prze­są­dzony. Nie da się zmie­nić prze­zna­cze­nia, więc mo­głam się mu tylko bacz­nie przy­glą­dać.

Po­wie­dzia­łeś mi o tym. Ostrze­ga­łeś mnie. Mó­wi­łeś, że wszy­scy bę­dziemy cier­pieć, że lu­dzie za­czną umie­rać i że nie zdo­łasz bier­nie się temu przy­glą­dać. Lecz mimo tego je­steś tu­taj. Zo­sta­łeś.

Usły­sza­łam kie­dyś od mamy, że nie ma re­guły do­ty­czą­cej tego, kto po­zo­staje, a kto nie, gdy wszystko wo­kół za­czyna się wa­lić. Zda­rza się, że lu­dzie, co do któ­rych je­steś pe­wien, że zo­staną, zni­kają jako pierwsi. Ja jed­nak wie­dzia­łam, że nie od­pu­ścisz. Nie był­byś w sta­nie. Twier­dzisz, że to mi­łość, jed­nak moim zda­niem cho­dzi tu bar­dziej o kon­trolę.

Je­śli nie wyjdę z tego cało, wszy­scy za­czną ci się bacz­nie przy­glą­dać. Snuć do­my­sły. To cie­bie będą wi­nić, a ja nie wiem, czy po­ra­dzisz so­bie z tą pre­sją.

CZWAR­TEK

Na pod­jeź­dzie stoi lśniący czarny pick-up. Clare par­kuje w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści od niego. Działka Mer­rit­tów wy­gląda na dużą i bar­dzo za­nie­dbaną. Usiana jest sta­rymi bu­dyn­kami go­spo­dar­czymi, które pną się i opa­dają, pod­po­rząd­ko­wu­jąc się nie­rów­nej ziemi. Wzgó­rze wznosi się, w po­ło­wie ustę­pu­jąc miej­sca gó­rom. Na­wet dom wy­daje się lekko prze­chy­lony.

Wraz z dźwię­kiem za­trza­sku­ją­cych się drzwi od sa­mo­chodu zza za­bu­do­wań wy­biega wście­kle szcze­ka­jący rot­twe­iler. Pę­dzi z ob­na­żo­nymi kłami i roz­wście­czo­nym spoj­rze­niem, a Clare bra­kuje czasu, by się­gnąć po klu­czyki od auta. W mo­men­cie gdy pies rzuca się do ataku, za­trzy­muje go na­pięta smycz i zwie­rzę upada ze sko­wy­tem.

- Tim­ber!

Wraz z okrzy­kiem po­ja­wia się męż­czy­zna, ze­ska­kuje z ganku i szar­pie za smycz, od­cią­ga­jąc psa. Jego włosy... Zło­ci­sta czu­pryna wy­róż­nia się na tle wszech­obec­nej sza­ro­ści. Jest wy­soki i silny, o ma­syw­nej bu­do­wie ciała. Ma gę­stą brodę, bez któ­rej wy­glą­dałby praw­do­po­dob­nie do­kład­nie tak, jak za­wsze ogo­lony mąż Clare. Ale te włosy... Mają ten spe­cy­ficzny złoty od­cień, znacz­nie czę­ściej spo­ty­kany u ma­łych chłop­ców niż u do­ro­słych męż­czyzn. Clare czuje nie­przy­jemny ucisk w żo­łądku.

Wła­ści­ciel przy­wią­zuje psa do ganku i pod­cho­dzi do niej.

- Nie­zły z niego pies obronny - mówi Clare.

- Jego za­da­niem jest od­stra­sza­nie nie­zna­jo­mych.

Clare wyj­muje z kie­szeni ogło­sze­nie o wy­na­ję­ciu przy­czepy i wrę­cza je męż­czyź­nie.

- Nie mo­głam się do­dzwo­nić, więc zna­la­złam twój ad­res i stwier­dzi­łam, że spró­buję szczę­ścia.

- Skąd to masz?

- Z ta­blicy ogło­szeń w ba­rze U Raya. To ty je­steś Char­lie Mer­ritt?

- To ogło­sze­nie ma pięć lat.

- Uzna­łam, że za­ry­zy­kuję.

- Co za­ry­zy­ku­jesz?

- Że przy­czepa jesz­cze stoi. Nie mam zbyt wielu opcji.

- Prze­pro­wa­dzasz się tu?

- Nie. Zo­staję tylko na ja­kiś czas.

- Czyli to ty je­steś tą tak zwaną fo­to­grafką, która po­ja­wiła się w mo­telu, tak?

- Tak. Nie­stety mo­tel oka­zał się nie­czynny, dla­tego zja­wi­łam się tu­taj.

O po­ranku Clare prze­myła twarz ostat­nią bu­telką wody, na­cią­gnęła kar­di­gan na je­dyną świeżą ko­szulę i prze­wie­siła apa­rat fo­to­gra­ficzny przez ramę. Te­raz jed­nak nie czuła się już tak rześko, gdyż wi­dok pę­dzą­cego w jej kie­runku psa wzbu­dził w niej lęk, od któ­rego za­schło jej w ustach.

Do­dat­kowo to miej­sce pach­nie ben­zyną i dy­mem z ogni­ska.

- No nic, dzięki za fa­tygę - rzuca Clare po chwili nie­zręcz­nej ci­szy.

- Ej, po­cze­kaj chwilę. Jak masz na imię?

- Clare.

- Clare. Fo­to­grafka. Kto cię przy­słał?

Ko­bieta stara się ukryć nie­po­kój, maj­stru­jąc przy re­gu­la­cji pa­ska od apa­ratu.

- Nikt.

- Czyli nie je­steś na służ­bie? - pyta Char­lie.

- A ty?

- Nikt nie zja­wia się tu bez po­wodu.

- Do­my­ślam się, tylko że ja mam swoje po­wody.

Na twa­rzy Char­liego ry­suje się cie­ka­wość. Spo­gląda ba­daw­czo na Clare, po czym sięga po jej apa­rat fo­to­gra­ficzny, mu­ska­jąc dło­nią jej ko­szulę. Pod­nosi sprzęt i ogląda go ze wszyst­kich stron, oce­nia­jąc jego au­ten­tycz­ność. Na­stęp­nie zerka w stronę lasu.

- Przy­czepa jesz­cze stoi, ale mu­sia­ła­byś ją tro­chę prze­wie­trzyć. A i stan­dard nie jest zbyt­nio wy­gó­ro­wany.

- Nic nie szko­dzi. Ostat­nią noc spę­dzi­łam w sa­mo­cho­dzie, wąt­pię, by mo­gło być go­rzej.

- Je­śli je­steś chcesz, mogę ci ją po­ka­zać.

- By­łoby świet­nie - od­po­wiada Clare.

Pies leży na ziemi tuż obok domu i wgryza się za­ja­dle w coś, co trzyma mię­dzy ła­pami. Char­lie ma roz­czo­chrane włosy, po­je­dyn­cze pa­sma wpa­dają mu do oczu, a ko­szula wy­gląda, jakby nie prał jej od dawna. Kiedy ru­sza w stronę lasu, Clare po­dąża tuż za nim. Od tyłu jesz­cze bar­dziej przy­po­mina jej męża. Ma ta­kie same sze­ro­kie ra­miona i na­wet cho­dzi w ten sam ocię­żały spo­sób.

- Mój oj­ciec przy­wlókł tę przy­czepę na wzgó­rze po­nad dwa­dzie­ścia lat temu - mówi Char­lie. - Ob­sa­dził ją garstką drzew, by nikt nie mógł jej stam­tąd ru­szyć, i za cza­sów, gdy ko­pal­nia jesz­cze dzia­łała, za­ra­biał na niej nie­złą sumkę.

- Od dawna tu miesz­kasz? - do­py­tuje Clare, kie­ru­jąc py­ta­nie do ple­ców Char­liego.

- Od za­wsze. - Męż­czy­zna przy­staje.

Ko­bieta mija go i pod­cho­dzi do przy­czepy.

- Z nu­dów zro­bi­łem tu w ze­szłym roku coś w stylu przy­do­mo­wej elek­trowni wod­nej.

Przy­czepa to stary srebrny mo­del air­stre­amu: długi na po­nad dzie­więć me­trów i spo­czy­wa­jący na kilku pu­sta­kach. Przy wej­ściu wy­ko­pano dół na ogni­sko, a wo­kół niego stoją trzy ko­ślawe krze­sła ogro­dowe. Clare do­strzega pro­wi­zo­ryczny prysz­nic, skła­da­jący się ze sta­lo­wego zbior­nika, umiesz­czo­nego na plat­for­mie mię­dzy dwiema wy­so­kimi so­snami i wi­szą­cej nad nim desz­czow­nicy.

- Woda jest na tyle czy­sta, że można ją pić bez­po­śred­nio z kranu. Nie­stety jest zimna, ale można ją prze­cież za­go­to­wać. - Szarp­nię­ciem otwiera owalne drzwi od przy­czepy i ge­stem za­pra­sza Clare do środka. - Mógł­bym wy­mie­nić ci bu­tlę z ga­zem. Mam gdzieś ja­kąś w za­na­drzu.

Wnę­trze przy­czepy wy­daje się za­ska­ku­jąco prze­stronne. Znaj­duje się w niej kuch­nia, mały sa­lo­nik, sy­pial­nia na jed­nym końcu i to­a­leta na dru­gim. Jed­nak pa­nu­jący we­wnątrz za­duch i smród spra­wiają, że do oczu Clare na­pły­wają łzy. Roz­suwa za­słony, wznie­ca­jąc tu­many ku­rzu, które po­wo­dują u niej na­pad kaszlu.

- Nędz­nie, co nie? - stwier­dza Char­lie. - Długo stała pu­sta.

- Po­trze­buje odro­biny uczu­cia.

- Mogę ci za­ła­twić ja­kieś środki czy­sto­ści. Po­ściel i co tam jesz­cze bę­dziesz po­trze­bo­wała.

Clare nie łu­dzi się, że Char­lie mógłby wziąć po­rządki na sie­bie. Wątpi, by coś ta­kiego w ogóle przy­szło mu do głowy.

- Dam ci za nią pięć­dzie­siąt do­la­rów ty­go­dniowo, co ty na to? - pro­po­nuje wła­ści­cie­lowi.

- Wy­daje mi się, że sto by­łoby uczciwą sumą.

- A mnie się wy­daje, że pięć­dzie­siąt jest lep­sze niż nic.

- Do­bra, niech ci bę­dzie.

Clare wy­grze­buje pie­nią­dze z ple­caka i wrę­cza je Char­liemu. To część kwoty prze­ka­za­nej jej przez Mal­colma.

- Sa­mo­chód mam par­ko­wać obok two­jego?

- Par­kuj tak bli­sko lasu, jak tylko zdo­łasz pod­je­chać. - Po­ciera brodę.

- Coś jesz­cze?

- Hm... Pa­mię­taj, żeby otwie­rać okna, gdy włą­czasz pal­niki. Piec jest stary, a za­kła­dam, że nie chcia­ła­byś się za­ga­zo­wać.

- Masz tu ja­kiś są­sia­dów w oko­licy? - do­py­tuje Clare, tro­chę ry­zy­ku­jąc, że męż­czy­zna po­są­dzi ją by­cie wścib­ską.

- Tylko jed­nych. Od pół­nocy. Trzeba prze­pra­wić się za li­nię brzóz. Ale nie są zbyt to­wa­rzy­scy. Zresztą ja też nie.

- Ro­zu­miem, że nie prze­pa­da­cie za sobą...

- Można tak po­wie­dzieć.

Mo­men­tal­nie przy­cho­dzi jej na myśl kel­nerka, która na­chy­liła się ku niej, by na­ro­bić tro­chę za­mie­sza­nia swo­imi teo­riami. To mia­steczko prze­siąk­nięte jest wza­jem­nymi ura­zami. Jej ide­al­nie by tu pa­so­wał.

- Mogę ci tylko do­ra­dzić, byś miała się na bacz­no­ści, gdy przy­pad­kiem na­tra­fisz na tego sta­rego pryka. Zda­rzało mu się ce­lo­wać do mnie ze strzelby, gdy mój pies na­si­kał gdzieś w jego oko­licy - mówi Char­lie. - No wiesz, ta­kie ty­powe ma­ło­mia­stecz­kowe bzdety.

- Wiem, wiem - zga­dza się z nim dziew­czyna.

Chcia­łaby móc go tro­chę przy­ci­snąć, wy­py­tać o kilka szcze­gó­łów, ale musi się po­wstrzy­mać. Char­lie pod­cho­dzi bli­żej i dra­pie się po roz­czo­chra­nej czu­pry­nie.

- Wy­glą­dasz ja­koś zna­jomo - mówi.

- Ty też.

Męż­czy­zna się śmieje.

- Nie­czę­sto to sły­szę.

Stoją tak bli­sko sie­bie, że po­ja­wia się mię­dzy nimi ja­kieś dziwne na­pię­cie. Dwoje nie­zna­jo­mych oto­czo­nych oce­anem drzew. Char­lie wy­daje się nie­groźny, ale Clare wie, że nie może ufać swoim in­stynk­tom. Tym bar­dziej w sto­sunku do męż­czyzn. Nie za­mie­rza dać się na­brać na przy­ja­ciel­ską po­ga­wędkę. Nie­stety ani Char­lie, ani jego pies nie dają się tak ła­two spła­wić.

- Do­bra, sko­czę po klu­czyki - od­zywa się w końcu Char­lie. - I po kilka la­ta­rek.

- A nie wspo­mi­na­łeś przy­pad­kiem o przy­do­mo­wej elek­trowni wod­nej?

- Na ra­zie działa je­dy­nie na ze­wnątrz. Szybko robi się tu ciemno, je­ste­śmy prze­cież w głębi lasu. Masz te­le­fon ko­mór­kowy?

- Tak.

- Za­sięg jest tu tro­chę ka­pry­śny. W ra­zie po­trzeby idź na wzgó­rze, tam może ci się po­szczę­ścić.

- A co z twoim psem? Może mnie za­ata­ko­wać?

- Kie­dyś was so­bie przed­sta­wię. Musi po­znać twój za­pach. Nie zda­rza mu się gryźć przy­ja­ciół.

Clare czuje nie­ocze­ki­wane cie­pło ro­dzące się w jej wnę­trzu. Może to za sprawą zna­jo­mego uśmie­chu?

Char­lie od­wraca się i scho­dzi ze wzgó­rza. Clare sięga po apa­rat i robi kilka zdjęć jego od­da­la­ją­cej się syl­wetce, na­stęp­nie pod­nosi wzrok i chło­nie nie­zwy­kłość ota­cza­ją­cego ją kra­jo­brazu. Wy­ciąga te­le­fon z kie­szeni, a słupki okre­śla­jące ja­kość sy­gnału są nie­malże pła­skie. Świat wo­kół bu­dzi się ze snu, jest w końcu wcze­sny ra­nek. Mal­colm miał do niej na­pi­sać w ciągu dwóch dni od ich ostat­niego spo­tka­nia. Clare mo­głaby jed­nak ode­zwać się do niego pierw­sza, przejść się przez las i po­szu­kać sy­gnału. Mo­głaby zdać mu re­la­cję z tego, co się do­tych­czas wy­da­rzyło. Po­wie­dzieć, że się tu osie­dla. Po­wie­dzieć co­kol­wiek, byle tylko nie brzmieć jakby była przy­gnę­biona.

Gdy wraca do sa­mo­chodu, na­tyka się na wia­dro po brzegi wy­peł­nione środ­kami czy­sto­ści i wo­rek z czy­stym prze­ście­ra­dłem, które Char­lie zo­sta­wił jej na ma­sce. Męż­czy­zna wy­cho­dzi z domu i przed­sta­wia ją Tim­be­rowi, po­zwa­la­jąc psu ją ob­wą­chać. Na­stęp­nie wrę­cza jej nie­wielki klucz do przy­czepy i wraca na ga­nek, gdzie mo­ści się z puszką piwa. Clare za­biera torbę i wszystko, co le­żało po­roz­rzu­cane po wnę­trzu po­jazdu. Jej do­by­tek jest na tyle nie­duży, że wy­star­czają dwie rundki na wzgó­rze, by wszystko tam prze­nieść. Z ba­gaż­nika wy­ciąga fu­te­rał na apa­rat fo­to­gra­ficzny, w któ­rym upchnęła kilka ro­lek filmu, je­dyne, ja­kie udało jej się po dro­dze zna­leźć. Apa­rat na­le­żał kie­dyś do jej brata. Stare, nie­wiel­kie ustroj­stwo, dość wy­godne w po­dróży. Je­dyny przed­miot, jaki za­brała ze sobą z domu.

Chri­sto­pher. Jej brat.

To on na­uczył ją, jak wy­wo­ły­wać kli­szę. Po­ka­zał jej wszystko w swo­jej pro­wi­zo­rycz­nej, piw­nicz­nej ciemni. To on na­uczył ją, jak ka­dro­wać zdję­cia, sku­piać się na nie­oczy­wi­stych de­ta­lach, wy­strze­gać się bły­ska­wicz­nych efek­tów fo­to­gra­fii cy­fro­wej. Miesz­kał te­raz w ich ro­dzin­nym domu, bo po na­ro­dzi­nach syna ich oj­ciec prze­niósł się do domku na ty­łach po­sia­dło­ści. Gdy Clare wi­działa brata po raz ostatni, za­mknął jej drzwi przed no­sem, ale i tak prze­ka­zał jej pie­nią­dze, o które pro­siła. Był już tym wszyst­kim zmę­czony. Cią­głym wy­ba­cza­niem jej tych sa­mych błę­dów, chro­nie­niem swo­jej ro­dziny przed naj­gor­szym. Oba­wiał się tego, do czego by­łaby zdolna. Mó­wił, że nie da się zmie­nić tego, co zro­biła, że nie da się cof­nąć czasu. Pew­nie uważa ją za stra­coną. Za ko­goś, kogo nie ma już na tym świe­cie. Ona zaś łu­dzi się tylko, że jej sio­strze­niec zdą­żył o niej za­po­mnieć albo że Chri­sto­pher zmie­nił tro­chę za­pa­mię­taną przez niego rze­czy­wi­stość i przed­sta­wił ją w lep­szym świe­tle, czy­niąc z niej ko­goś do­brego. Że po­zwo­lił na to, by prawda roz­rze­dziła się w od­mę­tach dzie­cię­cej pa­mięci.

To do­piero jej drugi dzień w Black­more, a już zmaga się z na­pie­ra­ją­cym stru­mie­niem wspo­mnień, z ich pa­ra­li­żu­jącą mocą. Zmu­sza się jed­nak do za­cho­wa­nia spo­koju, bo­wiem czuje na so­bie baczne spoj­rze­nie sie­dzą­cego na ganku Char­liego. Wy­ciąga z ba­gaż­nika prze­no­śny ze­staw do do­mo­wej ciemni i usta­wia go tak, by męż­czy­zna mógł z ła­two­ścią od­czy­tać na­pis na pu­dle. Ku­piła go gdzieś po dro­dze na wy­prze­daży ga­ra­żo­wej. Ide­al­nie pa­suje do roli, którą ma tu ode­grać. Trza­ska klapą od ba­gaż­nika i prze­nosi cięż­kie pu­dło do przy­czepy. Ugina się pod jego cię­ża­rem i dziwi się ży­wio­nej na­dziei, że Char­lie po­może jej je prze­nieść.

Po raz ko­lejny do­ciera do przy­czepy. Palą ją mię­śnie nóg, a plecy le­pią się od potu. Upusz­cza ze­staw obok ogni­ska. Ota­cza­jący ją las pe­łen jest naj­prze­róż­niej­szych ko­lo­rów, od zie­leni przez żółć aż po brąz. Gdy nie ma przed nią Char­liego, z tymi jego zło­tymi wło­sami przy­wo­łu­ją­cymi tyle nie­wy­god­nych wspo­mnień, pa­mięć o jej mężu mo­men­tal­nie blak­nie. Ja­kim cu­dem jej umysł tak szybko wy­ma­zuje tak do­brze znane ce­chy? Za­sta­na­wia się, co my­śli Ja­son, gdy po­ja­wia to po­ja­wia się w jego gło­wie. Clare wątpi, by wy­obra­żał ją so­bie sto­jącą po­śród roz­le­głych gór. Ni­gdy by nie uwie­rzył, że do­tarła aż tak da­leko. Są­dzi pew­nie, że zgi­nęła lub się gdzieś zgu­biła, nie przy­szłoby mu na myśl, że ucie­kła.

Clare wy­ciąga z kie­szeni zło­żoną kartkę. Ko­bieta z pla­katu nie żyje już pew­nie od ty­go­dni, ona zaś tkwi po­śród tych upior­nych drzew, do­wo­dząc, że nic na tym świe­cie nie jest pewne. Cza­sami lu­dzie zni­kają nie bez po­wodu, zo­sta­wia­jąc za sobą całe do­tych­cza­sowe ży­cie, pra­gnąc je­dy­nie uciec od jed­nego prze­śla­du­ją­cego ich czyn­nika. Clare czuje, że hi­sto­ria Shayny wplata się nie­bez­piecz­nie w jej wła­sną. Różni się jed­nak w pe­wien nie­uchwytny spo­sób. Może wy­obra­zić so­bie Shaynę w wą­wo­zie, żywą, po­śród in­nych. Ten ob­raz wy­daje się jej nie­zwy­kle wy­raźny. Nie wie jed­nak, jak to się skoń­czy. Nie wie, czy na końcu za­sta­nie ją mar­twą, za­gu­bioną czy ucie­ka­jącą.

?