Pośród gór - Amy Stuart
39.90 zł
33.12 zł
(20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
W bezksiężycową noc Clare nie dostrzega otaczających ją pagórków. Potem, gdy droga zaczyna się wznosić, wie już, że jedzie przez wzniesienia. Następnie pojawiają się serpentyny, szum w zatkanych uszach i w końcu szczyty - ciemne plamy na tle sklepienia pełnego gwiazd. O świcie góry wypełniają już całą perspektywę lusterka wstecznego, otulając je ze wszystkich stron, i Clare się domyśla, że od końca poprzedniego dnia przejechała już prawie tysiąc kilometrów.
"Jedź na zachód, w kierunku gór", powiedział jej Malcolm. "Potem skręć na północ do Blackmore".
Clare bierze ostatni ostry zakręt, a tuż za nim pojawiają się pierwsze oznaki życia. Najpierw łuszczące się tablice reklamowe, a potem kilka rozsianych, rozpadających się budynków. Samochód szarpie i rzęzi, zmagając się ze zbyt dużym nachyleniem wąskiej jezdni, zbyt wymagającej jak na jego wiekowy silnik. Mija przytwierdzony do skały znak z napisem: "WITAMY W BLACKMORE! LICZBA LUDNOŚCI: 2500", na którym jedno z zer przekreślono czarnym sprayem. Droga staje się mniej kręta i Clare dociera do rzędu sklepów wyznaczających centrum miasteczka. Większość witryn zabito deskami, a na ulicy nie widać ani samochodów, ani ludzi.
Tuż za samotną sygnalizacją świetlną dostrzega motel. Skręca w jego stronę i parkuje. Z popękanego asfaltu wyrastają chwasty. Pusty basen okala budynek w kształcie litery "L", którego neon nie świeci już zapewne od dawna. Jałowość tego miejsca wpływa na nią niepokojąco, potęgując upiorność i niezwykłość tej scenerii, jakby żywcem wyciągniętej z opuszczonego planu filmowego. Panika zaczyna przenikać do jej wnętrza, ściskając lekiem jej klatkę piersiową, a kawa, którą kupiła na stacji benzynowej kilka godzin temu, nadal buzuje w jej żyłach.
Teczka, którą dał jej Malcolm, leży na siedzeniu pasażera. Clare ją otwiera. Na samej górze znajduje artykuł prasowy sprzed dziesięciu dni z nagłówkiem: "W Blackmore zaginęła kobieta". Obok tekstu widnieje niewyraźne zdjęcie wychudzonej i smutnej Shayny Fowles. Clare przygląda się uważnie fotografii. Zaginiona jest mniej więcej w tym samym wieku co ona. Obie mają ciemnobrązowe włosy, jasną skórę i podobne rysy twarzy. A może tylko doszukuje się jakiegoś podobieństwa?
"Oto twoje zadanie", oznajmił Malcolm. "Wybierzesz się do Blackmore i zobaczysz, co uda ci się znaleźć".
Do samochodu zaczyna wdzierać się wilgotne powietrze. Clare opiera się o zagłówek i zamyka oczy. Jej myśli dryfują ku Malcolmowi, gdy siedział naprzeciw niej w jadłodajni. To wtedy przekazał jej tę teczkę, nie tknąwszy nawet zamówionego jedzenia. To, czego w tamtej chwili pragnęła, to jak najszybciej od niego uciec, a Blackmore było jedyną dostępną opcją. Teraz nadszedł czas, by wzięła się w garść i zebrała w sobie wystarczająco odwagi, aby wyjawić swoje imię obcym ludziom. A przynajmniej to, które on dla niej wybrał.
Łapie za pokrytą rosą klamkę od drzwi samochodu i podnosi plecak. Mimo że od miesięcy nie nosiła obrączki, na jej palcu nadal widnieje delikatne wgłębienie.
Pora ruszać.
W motelowej recepcji naciska dzwonek wzywający obsługę. Gdy nikt nie podchodzi, dzwoni raz jeszcze. Z oddali dobiega ją stłumiony odgłos włączonego telewizora. Za ladą wisi rząd kluczy do pokoi, a czarna pleśń wije się wokół okien i wpełza na rogi wykładziny.
- Halo, jest tu ktoś? - pyta Clare niemalże szeptem.
Zero odpowiedzi. Wyczerpana, nie wie, co robić dalej. O brzasku, zaledwie parę godzin temu, dotarła na przyjeziorny teren wypoczynkowy, gdzie wyszła z auta, minęła stoły piknikowe oraz wychodek, i skupiając się wyłącznie na rozległym, nierównym krajobrazie zaśnieżonych gór, weszła po kolana do lodowatej wody. Była na obcej ziemi. Liczyła na gorący prysznic i chwilę wytchnienia. To Malcolm powiedział jej o tym motelu.
Zrezygnowana, uderza dłonią o dzwonek.
Wtem w głębi korytarza otwierają się drzwi. Wygląda przez nie mężczyzna około sześćdziesiątki i wyciera usta serwetką.
- Czy twoim zdaniem to miejsce wygląda na otwarte? - pyta, rzucając serwetkę przez ramię.
- Drzwi nie były zamknięte.
- Ale my jesteśmy - odpowiada.
Ma siwe włosy i zaróżowione policzki. Na ścianie po jego prawej stronie wisi stary rodzinny portret, przedstawiający jego młodszą, roześmianą wersję. Na zdjęciu stoi w towarzystwie dwóch rudowłosych chłopców i ładnej żony, którą z dumą obejmuje.
- Jeśli ma pan wolne pokoje, to może mogłabym...
- Jesteśmy zamknięci.
Clare kiwa ze zrozumieniem głową.
- Nie widziałem cię tu wcześniej - rzuca mężczyzna.
- Wcześniej mnie tu nie było.
- Jesteś dziennikarką?
- Nie.
- Policjantką?
- Nie, nie jestem policjantką. Przyjechałam pochodzić po górach.
- Ta, jasne.
- Fotografuję.
- Co?
- Głównie krajobrazy. Miejsca poza utartymi szlakami.
- Miejscowi nie lubią, gdy robi się im zdjęcia - stwierdza beznamiętnie właściciel motelu.
- Jak już wspomniałam, fotografuję krajobrazy. Nie ludzi. - Clare przerywa na sekundę. - Jest tu może jakieś inne miejsce, w którym mogłabym się zatrzymać?
- Nie.
Kobieta grzebie w torebce w poszukiwaniu kluczyków do samochodu. Dopiero co przyjechała, a już poległa na pierwszym zadaniu. Motel był pewnie kiedyś bardzo oblegany. Za czasów, gdy Blackmore było tętniącym życiem miasteczkiem górniczym, za czasów, gdy wszyscy mieli pracę, pieniądze do wydania i ludzi do odwiedzenia. Może synowie tego mężczyzny byli niegdyś górnikami? Może pracowali pod ziemią, te pięć lat temu, kiedy w kopalni doszło do wybuchu i zginęły trzy tuziny mieszkańców? Clare wyczuwa lekką zmianę w zachowaniu właściciela budynku. Jego ramiona rozluźniają się, odkleja się od ściany i podchodzi do lady.
- Na wiosnę mieliśmy roztopy - zagaja mężczyzna. - Woda zalała wszystkie dwadzieścia pokoi. Od miesięcy nie miewam klientów. Nawet gdybym chciał, nie byłbym w stanie pomóc.
- Rozumiem. Coś wymyślę.
- W okolicy pełno jest małych, górskich miasteczek. Możesz udać się do któregoś z nich.
- To prawda - przytakuje Clare.
Samo to, że pojawiła się w Blackmore w pojedynkę i to bez zapowiedzi, wygląda na pewno podejrzanie. W jej historii brakuje głębi. Już w trakcie podróży do tego miejsca spodziewała się pytań w stylu: "kim jesteś?", "co tu robisz?". Co prawda przećwiczyła odpowiedzi, ale przykrywka, którą wybrała wraz z Malcolmem, czyli pasja fotografowania i jedyna umiejętność, jaką mogła się pochwalić, brzmiała sztucznie.
Mężczyzna podchodzi do drzwi i je otwiera, skłaniając ją do wyjścia.
- Radzę ci zawrócić - mówi. - Zjedź ze wzgórza i udaj się gdzieś indziej.
Clare kieruje się w stronę auta. Góry spowijają nisko zawieszone chmury, a główną drogę przykrywa warstwa gęstej mgły. Za plecami słyszy dźwięk przekręcanego w drzwiach recepcji zamka. Nie liczyła na ciepłe przyjęcie. Dorastała w podobnym miasteczku, w miejscu nękanym przez takie same problemy jak w Blackmore. Pamięta, że jej sąsiedzi przyjmowali pojawiających się znikąd nieznajomych. Wścibscy przybysze nie byli nigdy mile widziani. Kto wie, co myślał sobie właściciel motelu, kiedy na nią spoglądał? Może znał Shaynę Fowles? Może jego synowie się z nią przyjaźnili? Może dostrzegał zależność w tym, że jedna kobieta znika, a druga niespodziewanie się pojawia? Może właśnie to go przeraziło...
?
Clare śni. Leży na podłodze z rozciętymi dłońmi otoczona odłamkami szkła. Unosi wzrok i spogląda na niego. W momencie, gdy otwiera usta, chcąc coś powiedzieć, on uderza ją w czoło butelką po piwie. Upada ponownie na chłodną posadzkę, a tuż obok niej roztrzaskuje się szkło. Potem on wali pięścią w żarówkę, obsypując ją ostrymi drobniakami jak rzęsistym deszczem, a następnie trzaska drzwiami i zamyka ją w piwnicy. Clare nie słyszy już kroków rozlegających się nad jej głową. Zostaje sama.
- Jeśli uciekniesz... - dobiega ją stłumiony głos zza drzwi - ...to bądź pewna, że cię odnajdę. Wytropię cię i zabiję.
?
Clare budzi się gwałtownie. Wnętrze auta jest ciemne i oblepiające, a ona nie może złapać oddechu. W odbiciu lusterka wstecznego dostrzega jakiś ruch. Szamocze się z drzwiami i wypada z samochodu na wilgotną ziemię, z której zrywa się na równe nogi i okrąża pojazd. Nikogo tu nie ma. Ponad minutę zajmuje jej uświadomienie sobie, gdzie się znajduje. Jest w Blackmore. Na parkingu podupadłego sklepu z narzędziami. Przyjechała tu z motelu i położyła się na tylnym siedzeniu, by przez chwilę odpocząć. Gdy się kładła, było wczesne popołudnie, teraz wokół panuje ciemność.
Przeczuwała, że koszmary powrócą. Przeszłość rzadko daje o sobie zapomnieć.
Powietrze rozrzedziło się i zrobiło się chłodniej. Clare wsiada do auta i ustawia lusterko, by przejrzeć się w jego odbiciu. Ma zarumienioną twarz, na linii włosów perlą się krople potu, a ucisk w klatce piersiowej uniemożliwia jej zaczerpnięcie powietrza. Złe sny nie nawiedzały jej od dawna, ale wiedziała, że kiedyś powrócą. Przez jakiś czas mogła liczyć na chwilę wytchnienia, lecz jego cień nieustannie deptał jej po piętach i tylko siła woli pozwoliła jej dotrzeć tak daleko. Dopiero po sześciu miesiącach straciła czujność.
Wtedy też poznała Malcolma Boona.
Na podłodze samochodu walają się opakowania po jedzeniu i puszki po napojach, stanowiące coś na kształt dziennika przebytej trasy. Clare otwiera schowek i znajduje w nim telefon komórkowy, który przekazał jej Malcolm. Oślepia ją nagła jasność ekranu. Na wyświetlaczu widnieje komunikat: "Brak nowych wiadomości".
"Odezwę się w piątek", powiedział Malcolm.
Kobieta wyciąga portfel i aparat fotograficzny, po czym upycha pozostałe rzeczy w bagażniku i zamyka samochód.
Latarnia na skraju parkingu rzuca snop światła na pobliski chodnik, a sygnalizacja świetlna jarzy się czerwienią. Clare widzi w oddali migający szyld: "BAR I GRILL U RAYA". Stoi tam grupka palących nastolatków. Trzech chłopaków i dziewczyna dzielą się jednym papierosem. Gdy się do nich zbliża, milkną i wbijają w nią zaciekawione spojrzenia. Dziewczyna ma na sobie wojskowe spodnie i krótki, wystrzępiony top kończący się tuż pod biustem. Jeden z chłopaków odłącza się od grupy i z teatralnym ukłonem, niczym niegdysiejszy dżentelmen, otwiera Clare drzwi.
W barze wieje pustką, choć gra w nim muzyka. Clare zauważa kelnerkę i kucharza kręcących się po kuchni. Spojrzenia dzieciaków z zewnątrz podążają za nią do czasu, aż znajduje wolny stolik i stawia przed sobą menu, podpierając je swoim aparatem. Gdy ponosi wzrok, kelnerka jest tuż obok.
- Za pięć minut zamykamy kuchnię - mówi ze znużeniem.
- Możesz mi coś jeszcze polecić? - pyta mimo wszystko Clare.
Kelnerka przystępuje z nogi na nogę, ale nie odpowiada.
- To poproszę w takim razie hamburgera i frytki.
- Coś do picia?
Za barem stoi rząd zakurzonych butelek.
- Poproszę wodę gazowaną.
Kelnerka chwyta za górny róg menu i wyrywa je Clare z rąk. Na zewnątrz grupa nastolatków oddala się w kierunku sygnalizacji świetlnej, a w lokalu trzaskają drzwi prowadzące do kuchni. Clare stara się rozpoznać utwór płynący z głośników. Niesie w sobie brzmienie muzyki country, brzmi trochę jak Patsy Cline, ale głos piosenkarki wydaje się jej za młody i za czysty, pozbawiony charakterystycznej chrypki.
Kelnerka stawia przed nią wodę w butelce, bez szklanki. Clare wypija napój, który przyjemnie chłodzi jej gardło. Gdy odstawia butelkę, dostrzega tablicę ogłoszeń wiszącą na jednej ze ścian w restauracji. Podnosi się z krzesła i idzie w jej stronę.
ZAGINĘŁA SHAYNA CUNNINGHAM FOWLES.
Pod nagłówkiem widnieje dzień jej zaginięcia. Od wskazanej daty minęły już dwa tygodnie.
WIESZ COŚ? POROZMAWIAJ Z DONNĄ.
W kuchni kelnerka prowadzi ożywioną dyskusję z kucharzem. Grill płonie i syczy. Clare odrywa kartkę z tablicy i chowa ją do tylnej kieszeni spodni. W rogu zauważa kolejną notatkę, pożółkłą ze starości.
PRZYCZEPA DO WYNAJĘCIA. UMEBLOWANA. SKONTAKTUJ SIĘ Z CHARLIEM MERRITTEM.
Odczepia pinezki i zabiera również tę notatkę. Nim kelnerka zdążyła pojawić się z zamówionym daniem, Clare siedzi już z powrotem przy stoliku z serwetką rozłożoną na kolanach. Talerz ląduje z brzękiem na stole.
- To ty jesteś tą fotografką? - pyta kelnerka, wykonując ruch głowy w kierunku leżącego na stole aparatu.
- Tak.
- Doszły nas słuchy, że się tu pojawiłaś.
Clare nie ma wątpliwości, że to właściciel motelu ich poinformował. Zaryglował drzwi i pewnie od razu sięgnął po telefon. Zadzwonił do żony lub siostry, do najważniejszej kobiety w swoim życiu, a wieść o przybyciu nieznajomej szybko się rozniosła.
- Jak się nazywasz? - Chce wiedzieć kelnerka.
- Clare O'Dey. - Po raz pierwszy wypowiada to na głos. - A ty?
- Jestem Donna. - Kobieta wygląda na około pięćdziesiąt lat, ma tlenione, żółte włosy związane w kitkę.
Clare spuszcza wzrok na talerz, na którym leży nieapetyczny hamburger.
- Zauważyłam, że zwędziłaś mój plakat - mówi Donna, na co Clare wzrusza ramionami. Najwyraźniej nie udało jej się zrobić tego aż tak niepostrzeżenie. - Po co ci on?
- Chyba skądś ją znam.
- Nie jesteś stąd.
- Nie, nie jestem.
- To skąd niby miałabyś ją znać?
- Nie wiem, jej twarz wydaje mi się znajoma.
Donna siada przy stoliku naprzeciwko Clare.
- Pracujesz pod przykrywką?
- Nie, no co ty.
- To może jesteś jakąś prywatną detektywką, co? Dziennikarką? Kto inny węszyłby po okolicy i kradł plakaty?
Clare wytrzymuje natarczywe spojrzenie kobiety. Cokolwiek zamierza zrobić w Blackmore, musi trzymać się ustalonego planu.
- Jestem ciekawska - odpowiada, kładąc dłoń na aparacie fotograficznym. - Zboczenie zawodowe.
- W takim razie nie doszukuj się tu żadnej sensacji. Nie zjadł jej yeti, nikt jej też nie zamordował.
- Skąd ta pewność?
- Bo Shayna Cunningham była chodzącym problemem. Wzięła pewnie o kilka pigułek za dużo i spadła z klifu prosto do wąwozu, w pobliżu miejsca, gdzie oni wszyscy zwykli imprezować.
W jednym z artykułów w teczce, które przekazał jej Malcolm, znajdowała się wzmianka o zamiłowaniu Shayny do używek oraz o stopniowym pogrążaniu się mieszkańców miasteczka w uzależnieniu, będącym konsekwencją zamknięcia kopalni. Osoby, z którymi przeprowadzono wywiady, twierdziły, że w noc zaginięcia dziewczyna była pod wpływem narkotyków, co najwyraźniej pokrywa się z teorią Donny. Z tonu kelnerki z łatwością można wyczytać, że jej opinia o Shaynie nie była zbyt dobra, i to, że uznawano ją za ćpunkę, w jakiś sposób zmniejsza wagę jej zaginięcia.
- To po co w takim razie wiszą te plakaty, skoro wiadomo, co się z nią stało? - docieka Clare.
- Nikt nie wie tego na sto procent - odpowiada Donna. - Więc gdy wybrałam się do miasta, to wydrukowałam kilka egzemplarzy, by mieć poczucie, że coś robię. - Donna nachyla się i ścisza głos, odkładając swoją nieufność na bok w obliczu możliwości podzielenia się z kimś świeżymi ploteczkami.
Clare nie była nigdy typem plotkary i nie potrafiła zrozumieć, czym kierują się osoby lubujące się w zdradzaniu nieswoich sekretów. Tym razem jednak nie ma wyboru, musi się zaangażować.
- Nie zrozum mnie źle, ale... - zaczyna Donna - ...wyobrażam ją sobie czasem, jak leży tam na dole. Oczami wyobraźni widzę jej ciało. Może udało jej się przeżyć upadek, ale nie była w stanie się stamtąd wydostać ani wezwać pomocy. W sumie to przecież nie wiadomo, co tak naprawdę się stało.
- Dopóki nie znajdzie się ciała - mówi Clare.
- A ono może się nigdy nie odnaleźć, bo wiesz, pada ostatnio dość mocno. Zdarzało się już tak, że woda wtargnęła gwałtownie do wąwozu. Jej ciało może być już w połowie drogi do oceanu.
- Czy ktoś jej szuka?
- Ty mi to powiedz.
- Policja?
- Nasz posterunek zamknięto w zeszłym roku. Była jakaś grupa osób, która zeszła do wąwozu, ale nic nie znaleźli. Szuka jej pewnie ojciec. Z pewnością nie robi tego jej mąż, który wozi się po miasteczku jakby nigdy nic.
Clare proponuje kelnerce, by poczęstowała się frytkami. Donna bierze jedną i wkłada ją do ust.
- Czyli znasz jej rodzinę, tak? - pyta dalej Clare.
- Oczywiście, że tak. Dorastałam z jej mamą. Nadal mieszkamy w domach, w których się wychowałyśmy. Pewnie dlatego zdecydowałam się na wydrukowanie tego plakatu. Jej mama nie mogła tego zrobić.
- Dlaczego?
- Zbzikowała. Dość wcześnie dopadła ją demencja. - Kobieta marszczy brwi. - W zasadzie jej mąż, Wilfred, też jest nieźle stuknięty. Zdecydowanie za dużo spadło na ich barki.
- Za dużo czego?
- Wszystkiego. Czasami życie rozpada się w jednym momencie. No wiesz, jak to jest.
- Wiem, wiem - odpowiada Clare.
- Mój mąż pracował z Wilfredem w kopalni przez trzydzieści lat. Oboje pojawili się w Blackmore mniej więcej w tym samym czasie. Byli świeżo po szkole średniej i szukali pracy. A teraz mija rok, od kiedy mój mąż się z nim nie widział. Doszły mnie słuchy, że niby buduje jakiś bunkier w domu. Kopie dziurę czy coś w tym stylu. - Donna po raz kolejny nachyla się ku Clare. - Moja siostra twierdzi, że winny jest mąż Shayny. Mówi, że może spadła z klifu, ale równie dobrze to on mógł ją zepchnąć. Nigdy nie wiadomo.
W teczce od Malcolma znajdowało się kilka ściągniętych z Internetu zdjęć Shayny i jej męża. Na ślubnej fotografii młodsza i zdrowiej wyglądająca wersja Shayny opierała się o swojego nowego męża, Jareda Fowlesa. Mężczyzna obejmował ją w tali, trzymając rękę na jej brzuchu. Jednak już w artykule o jej zaginięciu nadmieniono, że para była w separacji.
Dlatego nie dziwiło Clare, że był on tematem krążących plotek. Jej matka od zawsze twierdziła, że zaginięciu żony winien jest mąż. Lata temu, gdy zachorowała, a Clare siedziała przyklejona do ekranu telewizora w towarzystwie swojej wątłej i łysej od chemioterapii rodzicielki, usłyszała w komunikacie, że w sąsiednim miasteczku zaginęła jakaś kobieta. Podawano, że pewnego dnia po prostu nie dotarła do pracy, a jej mąż szlochał na wizji do tuzina mikrofonów, błagając o bezpieczny powrót małżonki do domu.
"Jest winny", stwierdziła wtedy matka Clare. "Niedługo się wyda".
Kilka dni później pokazano w wiadomościach pole siana, na którym znaleziono ciało kobiety, i policjantów prowadzących skutego w kajdanki męża. W tamtym momencie matka Clare zebrała resztkę pozostałych jej jeszcze sił, aby wstać i dźgnąć palcem w ekran.
"A nie mówiłam?", oznajmiła triumfalnie. "Winny jest zawsze mąż. Zawsze".
Frytki na talerzu Clare nasiąkły już brązowawym olejem. Kelnerka podnosi kolejną i ją zjada.
- To skąd do nas przybyłaś, fotografko? - pyta Donna.
- Z daleka. Z małego miasteczka na wschód stąd.
- Z którego małego miasteczka?
- Na pewno nigdy o nim nie słyszałaś.
- Skąd ta pewność?
- A słyszałaś o Long Lake?
Odpowiedź idealna, niemówiąca pytającemu praktycznie nic. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy Clare przejechała przez cztery miasta o tej samej nazwie, uważnie rejestrując każde z nich i zapamiętując ich charakterystyczne cechy. Jednak po każdej z przypadkowych interakcji starała się znikać, nim ciekawość mieszkańców zaczynała być zbyt dociekliwa. Tym razem będzie musiała znaleźć inny sposób na powstrzymanie natłoku niewygodnych pytań.
- Nie podobało mi się tam. I nie planuję tam wracać.
- A gdzie są twoi bliscy? - dopytuje Donna.
- Tak naprawdę to nie mam już nikogo.
- Czyli tak sobie jeździsz i zarabiasz na życie, robiąc zdjęcia, tak?
- Kokosów z tego nie ma, ale chociaż jestem w ciągłym ruchu. A ja lubię być w ruchu.
Clare chwyta za butelkę po wodzie i ściska ją, aż ta się odkształca. Wysiłek włożony w rozmowę, we właściwy dobór słów, przyprawia ją o ból głowy. Pragnie jedynie dokończyć jedzenie, Donna wskazuje kciukiem na wiszącą za jej plecami tablicę z ogłoszeniami.
- Przywłaszczyłaś sobie też ogłoszenie o przyczepie Merritta, mam rację?
- Muszę znaleźć jakieś miejsce na nocleg, a motel jest nieczynny.
- Tam nie możesz się zatrzymać.
- A niby dlaczego? Nie ma już tego faceta w okolicy?
- Och, jest, jest...
- Więc w czym problem?
- On jest problemem. Przez kopalnię stracił całą rodzinę. Ojciec i dwóch jego braci zginęli pod ziemią, a tydzień później jego matka strzeliła sobie w łeb. Od tamtej pory Merritt sieje spustoszenie.
- Boże... - wzdycha Clare.
- Ciągnie całe miasteczko w dół.
- Co masz na myśli?
- Zaopatruje ćpunów. Tak przynajmniej słyszałam. Z tego, co wiem, sprzedaje to swoje świństwo okolicznym dzieciakom, dużo młodszym od ciebie. Równie dobrze mógłby zatruwać miejscową wodę. A ta przyczepa z ogłoszenia jest w samym środku lasu. Tuż obok Cunninghamów.
- Cunninghamów? Rodziny Shayny?
- Zgadza się. To tam gnieżdżą się wszyscy lokali szaleńcy.
Mija kilka sekund, nim Clare w pełni zdaje sobie sprawę, co to oznacza. Poszczęściło się jej. Przyczepa Charliego Merritta stoi tuż obok domu rodzinnego Shayny. Spuszcza wzrok na szare, mokre od tłuszczu mięso wystające z hamburgera, a Donna podnosi się z krzesła.
- Kręcą cię takie rzeczy, co nie? Rozkoszujesz się nieszczęściem innych ludzi.
- Nie, skądże - broni się Clare. - Po prostu podtrzymywałam rozmowę.
- Jeśli się pospieszysz i wyjedziesz już teraz, może uda ci się dotrzeć do kolejnego miasteczka przed północą.
Clare nie ma odwagi podnieść głowy i skonfrontować się z oskarżycielskim spojrzeniem Donny. W końcu kelnerka oddala się w stronę kuchni.
Co na jej miejscu zrobiłby Malcolm Boon? Co by jej poradził? Pewnie zasugerowałby, żeby zachowała ostrożność i spędziła jeszcze kilka nocy w aucie. Przez ostatnie sześć miesięcy z łatwością udawało jej się unikać rozmów z gadatliwymi nieznajomymi, z pracownikami stacji benzynowych, obsługą moteli czy jadłodajni podobnych do tej. Clare wie, jak uciąć niewygodną pogawędkę, lecz od początku podróży wyobrażała sobie, że na jej końcu czeka miejsce, które zdoła ją pochłonąć, miejsce, w którym znajdzie się wystarczająco dużo możliwości, by jej wymyślona historia przeszła bez echa. Teraz jednak znajduje się w tak małym miasteczku, że to, od czego uciekała, znów daje o sobie znać. Blackmore aż za bardzo przypomina jej miejsce, które opuściła. Kłębi się w niej strach, poczucie rezygnacji i wrażenie, że nie ma nic do stracenia. A może by tak zapukać do drzwi Charliego Merritta?
Ulica za oknem wygląda na opustoszałą. Sygnalizacja świetlna zmienia się z zielonego światła przez pomarańczowe na czerwone, choć nikt z niej nie korzysta.
Clare postara się zjeść tego hamburgera, najwolniej, jak tylko będzie mogła. Zostanie przy tym stoliku, dopóki kelnerka nie wyrzuci jej z lokalu. Spacer do samochodu zajmie jej zaledwie kilka minut, stoi w końcu dwie przecznice dalej, ale nie ma po co teraz tam wracać, nie chce jej się spać. Rozmyśla o mieszkańcach Blackmore. Kim są ci ludzie? Jacy są? Z pewnością pozbawieni nadziei. Z pewnością nie chcą opuścić umierającego miasta. Z pewnością należą do tych, którzy niespodziewane znikają.
?
To nie nastąpiło z dnia na dzień. Zmiana nie była gwałtowna. Trochę to zajęło i staram się określić, kiedy tak naprawdę pojawiła się ta moja niedola. To mama zwykła tak to nazywać. Niedola. To takie miękkie słowo, łatwe do zniesienia. Pamiętam, że gdy połknęłam to, co mi dali, pomyślałam, że oto nadchodzi przełom. Mój los był już przesądzony. Nie da się zmienić przeznaczenia, więc mogłam się mu tylko bacznie przyglądać.
Powiedziałeś mi o tym. Ostrzegałeś mnie. Mówiłeś, że wszyscy będziemy cierpieć, że ludzie zaczną umierać i że nie zdołasz biernie się temu przyglądać. Lecz mimo tego jesteś tutaj. Zostałeś.
Usłyszałam kiedyś od mamy, że nie ma reguły dotyczącej tego, kto pozostaje, a kto nie, gdy wszystko wokół zaczyna się walić. Zdarza się, że ludzie, co do których jesteś pewien, że zostaną, znikają jako pierwsi. Ja jednak wiedziałam, że nie odpuścisz. Nie byłbyś w stanie. Twierdzisz, że to miłość, jednak moim zdaniem chodzi tu bardziej o kontrolę.
Jeśli nie wyjdę z tego cało, wszyscy zaczną ci się bacznie przyglądać. Snuć domysły. To ciebie będą winić, a ja nie wiem, czy poradzisz sobie z tą presją.
Na podjeździe stoi lśniący czarny pick-up. Clare parkuje w niewielkiej odległości od niego. Działka Merrittów wygląda na dużą i bardzo zaniedbaną. Usiana jest starymi budynkami gospodarczymi, które pną się i opadają, podporządkowując się nierównej ziemi. Wzgórze wznosi się, w połowie ustępując miejsca górom. Nawet dom wydaje się lekko przechylony.
Wraz z dźwiękiem zatrzaskujących się drzwi od samochodu zza zabudowań wybiega wściekle szczekający rottweiler. Pędzi z obnażonymi kłami i rozwścieczonym spojrzeniem, a Clare brakuje czasu, by sięgnąć po kluczyki od auta. W momencie gdy pies rzuca się do ataku, zatrzymuje go napięta smycz i zwierzę upada ze skowytem.
- Timber!
Wraz z okrzykiem pojawia się mężczyzna, zeskakuje z ganku i szarpie za smycz, odciągając psa. Jego włosy... Złocista czupryna wyróżnia się na tle wszechobecnej szarości. Jest wysoki i silny, o masywnej budowie ciała. Ma gęstą brodę, bez której wyglądałby prawdopodobnie dokładnie tak, jak zawsze ogolony mąż Clare. Ale te włosy... Mają ten specyficzny złoty odcień, znacznie częściej spotykany u małych chłopców niż u dorosłych mężczyzn. Clare czuje nieprzyjemny ucisk w żołądku.
Właściciel przywiązuje psa do ganku i podchodzi do niej.
- Niezły z niego pies obronny - mówi Clare.
- Jego zadaniem jest odstraszanie nieznajomych.
Clare wyjmuje z kieszeni ogłoszenie o wynajęciu przyczepy i wręcza je mężczyźnie.
- Nie mogłam się dodzwonić, więc znalazłam twój adres i stwierdziłam, że spróbuję szczęścia.
- Skąd to masz?
- Z tablicy ogłoszeń w barze U Raya. To ty jesteś Charlie Merritt?
- To ogłoszenie ma pięć lat.
- Uznałam, że zaryzykuję.
- Co zaryzykujesz?
- Że przyczepa jeszcze stoi. Nie mam zbyt wielu opcji.
- Przeprowadzasz się tu?
- Nie. Zostaję tylko na jakiś czas.
- Czyli to ty jesteś tą tak zwaną fotografką, która pojawiła się w motelu, tak?
- Tak. Niestety motel okazał się nieczynny, dlatego zjawiłam się tutaj.
O poranku Clare przemyła twarz ostatnią butelką wody, naciągnęła kardigan na jedyną świeżą koszulę i przewiesiła aparat fotograficzny przez ramę. Teraz jednak nie czuła się już tak rześko, gdyż widok pędzącego w jej kierunku psa wzbudził w niej lęk, od którego zaschło jej w ustach.
Dodatkowo to miejsce pachnie benzyną i dymem z ogniska.
- No nic, dzięki za fatygę - rzuca Clare po chwili niezręcznej ciszy.
- Ej, poczekaj chwilę. Jak masz na imię?
- Clare.
- Clare. Fotografka. Kto cię przysłał?
Kobieta stara się ukryć niepokój, majstrując przy regulacji paska od aparatu.
- Nikt.
- Czyli nie jesteś na służbie? - pyta Charlie.
- A ty?
- Nikt nie zjawia się tu bez powodu.
- Domyślam się, tylko że ja mam swoje powody.
Na twarzy Charliego rysuje się ciekawość. Spogląda badawczo na Clare, po czym sięga po jej aparat fotograficzny, muskając dłonią jej koszulę. Podnosi sprzęt i ogląda go ze wszystkich stron, oceniając jego autentyczność. Następnie zerka w stronę lasu.
- Przyczepa jeszcze stoi, ale musiałabyś ją trochę przewietrzyć. A i standard nie jest zbytnio wygórowany.
- Nic nie szkodzi. Ostatnią noc spędziłam w samochodzie, wątpię, by mogło być gorzej.
- Jeśli jesteś chcesz, mogę ci ją pokazać.
- Byłoby świetnie - odpowiada Clare.
Pies leży na ziemi tuż obok domu i wgryza się zajadle w coś, co trzyma między łapami. Charlie ma rozczochrane włosy, pojedyncze pasma wpadają mu do oczu, a koszula wygląda, jakby nie prał jej od dawna. Kiedy rusza w stronę lasu, Clare podąża tuż za nim. Od tyłu jeszcze bardziej przypomina jej męża. Ma takie same szerokie ramiona i nawet chodzi w ten sam ociężały sposób.
- Mój ojciec przywlókł tę przyczepę na wzgórze ponad dwadzieścia lat temu - mówi Charlie. - Obsadził ją garstką drzew, by nikt nie mógł jej stamtąd ruszyć, i za czasów, gdy kopalnia jeszcze działała, zarabiał na niej niezłą sumkę.
- Od dawna tu mieszkasz? - dopytuje Clare, kierując pytanie do pleców Charliego.
- Od zawsze. - Mężczyzna przystaje.
Kobieta mija go i podchodzi do przyczepy.
- Z nudów zrobiłem tu w zeszłym roku coś w stylu przydomowej elektrowni wodnej.
Przyczepa to stary srebrny model airstreamu: długi na ponad dziewięć metrów i spoczywający na kilku pustakach. Przy wejściu wykopano dół na ognisko, a wokół niego stoją trzy koślawe krzesła ogrodowe. Clare dostrzega prowizoryczny prysznic, składający się ze stalowego zbiornika, umieszczonego na platformie między dwiema wysokimi sosnami i wiszącej nad nim deszczownicy.
- Woda jest na tyle czysta, że można ją pić bezpośrednio z kranu. Niestety jest zimna, ale można ją przecież zagotować. - Szarpnięciem otwiera owalne drzwi od przyczepy i gestem zaprasza Clare do środka. - Mógłbym wymienić ci butlę z gazem. Mam gdzieś jakąś w zanadrzu.
Wnętrze przyczepy wydaje się zaskakująco przestronne. Znajduje się w niej kuchnia, mały salonik, sypialnia na jednym końcu i toaleta na drugim. Jednak panujący wewnątrz zaduch i smród sprawiają, że do oczu Clare napływają łzy. Rozsuwa zasłony, wzniecając tumany kurzu, które powodują u niej napad kaszlu.
- Nędznie, co nie? - stwierdza Charlie. - Długo stała pusta.
- Potrzebuje odrobiny uczucia.
- Mogę ci załatwić jakieś środki czystości. Pościel i co tam jeszcze będziesz potrzebowała.
Clare nie łudzi się, że Charlie mógłby wziąć porządki na siebie. Wątpi, by coś takiego w ogóle przyszło mu do głowy.
- Dam ci za nią pięćdziesiąt dolarów tygodniowo, co ty na to? - proponuje właścicielowi.
- Wydaje mi się, że sto byłoby uczciwą sumą.
- A mnie się wydaje, że pięćdziesiąt jest lepsze niż nic.
- Dobra, niech ci będzie.
Clare wygrzebuje pieniądze z plecaka i wręcza je Charliemu. To część kwoty przekazanej jej przez Malcolma.
- Samochód mam parkować obok twojego?
- Parkuj tak blisko lasu, jak tylko zdołasz podjechać. - Pociera brodę.
- Coś jeszcze?
- Hm... Pamiętaj, żeby otwierać okna, gdy włączasz palniki. Piec jest stary, a zakładam, że nie chciałabyś się zagazować.
- Masz tu jakiś sąsiadów w okolicy? - dopytuje Clare, trochę ryzykując, że mężczyzna posądzi ją bycie wścibską.
- Tylko jednych. Od północy. Trzeba przeprawić się za linię brzóz. Ale nie są zbyt towarzyscy. Zresztą ja też nie.
- Rozumiem, że nie przepadacie za sobą...
- Można tak powiedzieć.
Momentalnie przychodzi jej na myśl kelnerka, która nachyliła się ku niej, by narobić trochę zamieszania swoimi teoriami. To miasteczko przesiąknięte jest wzajemnymi urazami. Jej idealnie by tu pasował.
- Mogę ci tylko doradzić, byś miała się na baczności, gdy przypadkiem natrafisz na tego starego pryka. Zdarzało mu się celować do mnie ze strzelby, gdy mój pies nasikał gdzieś w jego okolicy - mówi Charlie. - No wiesz, takie typowe małomiasteczkowe bzdety.
- Wiem, wiem - zgadza się z nim dziewczyna.
Chciałaby móc go trochę przycisnąć, wypytać o kilka szczegółów, ale musi się powstrzymać. Charlie podchodzi bliżej i drapie się po rozczochranej czuprynie.
- Wyglądasz jakoś znajomo - mówi.
- Ty też.
Mężczyzna się śmieje.
- Nieczęsto to słyszę.
Stoją tak blisko siebie, że pojawia się między nimi jakieś dziwne napięcie. Dwoje nieznajomych otoczonych oceanem drzew. Charlie wydaje się niegroźny, ale Clare wie, że nie może ufać swoim instynktom. Tym bardziej w stosunku do mężczyzn. Nie zamierza dać się nabrać na przyjacielską pogawędkę. Niestety ani Charlie, ani jego pies nie dają się tak łatwo spławić.
- Dobra, skoczę po kluczyki - odzywa się w końcu Charlie. - I po kilka latarek.
- A nie wspominałeś przypadkiem o przydomowej elektrowni wodnej?
- Na razie działa jedynie na zewnątrz. Szybko robi się tu ciemno, jesteśmy przecież w głębi lasu. Masz telefon komórkowy?
- Tak.
- Zasięg jest tu trochę kapryśny. W razie potrzeby idź na wzgórze, tam może ci się poszczęścić.
- A co z twoim psem? Może mnie zaatakować?
- Kiedyś was sobie przedstawię. Musi poznać twój zapach. Nie zdarza mu się gryźć przyjaciół.
Clare czuje nieoczekiwane ciepło rodzące się w jej wnętrzu. Może to za sprawą znajomego uśmiechu?
Charlie odwraca się i schodzi ze wzgórza. Clare sięga po aparat i robi kilka zdjęć jego oddalającej się sylwetce, następnie podnosi wzrok i chłonie niezwykłość otaczającego ją krajobrazu. Wyciąga telefon z kieszeni, a słupki określające jakość sygnału są niemalże płaskie. Świat wokół budzi się ze snu, jest w końcu wczesny ranek. Malcolm miał do niej napisać w ciągu dwóch dni od ich ostatniego spotkania. Clare mogłaby jednak odezwać się do niego pierwsza, przejść się przez las i poszukać sygnału. Mogłaby zdać mu relację z tego, co się dotychczas wydarzyło. Powiedzieć, że się tu osiedla. Powiedzieć cokolwiek, byle tylko nie brzmieć jakby była przygnębiona.
Gdy wraca do samochodu, natyka się na wiadro po brzegi wypełnione środkami czystości i worek z czystym prześcieradłem, które Charlie zostawił jej na masce. Mężczyzna wychodzi z domu i przedstawia ją Timberowi, pozwalając psu ją obwąchać. Następnie wręcza jej niewielki klucz do przyczepy i wraca na ganek, gdzie mości się z puszką piwa. Clare zabiera torbę i wszystko, co leżało porozrzucane po wnętrzu pojazdu. Jej dobytek jest na tyle nieduży, że wystarczają dwie rundki na wzgórze, by wszystko tam przenieść. Z bagażnika wyciąga futerał na aparat fotograficzny, w którym upchnęła kilka rolek filmu, jedyne, jakie udało jej się po drodze znaleźć. Aparat należał kiedyś do jej brata. Stare, niewielkie ustrojstwo, dość wygodne w podróży. Jedyny przedmiot, jaki zabrała ze sobą z domu.
Christopher. Jej brat.
To on nauczył ją, jak wywoływać kliszę. Pokazał jej wszystko w swojej prowizorycznej, piwnicznej ciemni. To on nauczył ją, jak kadrować zdjęcia, skupiać się na nieoczywistych detalach, wystrzegać się błyskawicznych efektów fotografii cyfrowej. Mieszkał teraz w ich rodzinnym domu, bo po narodzinach syna ich ojciec przeniósł się do domku na tyłach posiadłości. Gdy Clare widziała brata po raz ostatni, zamknął jej drzwi przed nosem, ale i tak przekazał jej pieniądze, o które prosiła. Był już tym wszystkim zmęczony. Ciągłym wybaczaniem jej tych samych błędów, chronieniem swojej rodziny przed najgorszym. Obawiał się tego, do czego byłaby zdolna. Mówił, że nie da się zmienić tego, co zrobiła, że nie da się cofnąć czasu. Pewnie uważa ją za straconą. Za kogoś, kogo nie ma już na tym świecie. Ona zaś łudzi się tylko, że jej siostrzeniec zdążył o niej zapomnieć albo że Christopher zmienił trochę zapamiętaną przez niego rzeczywistość i przedstawił ją w lepszym świetle, czyniąc z niej kogoś dobrego. Że pozwolił na to, by prawda rozrzedziła się w odmętach dziecięcej pamięci.
To dopiero jej drugi dzień w Blackmore, a już zmaga się z napierającym strumieniem wspomnień, z ich paraliżującą mocą. Zmusza się jednak do zachowania spokoju, bowiem czuje na sobie baczne spojrzenie siedzącego na ganku Charliego. Wyciąga z bagażnika przenośny zestaw do domowej ciemni i ustawia go tak, by mężczyzna mógł z łatwością odczytać napis na pudle. Kupiła go gdzieś po drodze na wyprzedaży garażowej. Idealnie pasuje do roli, którą ma tu odegrać. Trzaska klapą od bagażnika i przenosi ciężkie pudło do przyczepy. Ugina się pod jego ciężarem i dziwi się żywionej nadziei, że Charlie pomoże jej je przenieść.
Po raz kolejny dociera do przyczepy. Palą ją mięśnie nóg, a plecy lepią się od potu. Upuszcza zestaw obok ogniska. Otaczający ją las pełen jest najprzeróżniejszych kolorów, od zieleni przez żółć aż po brąz. Gdy nie ma przed nią Charliego, z tymi jego złotymi włosami przywołującymi tyle niewygodnych wspomnień, pamięć o jej mężu momentalnie blaknie. Jakim cudem jej umysł tak szybko wymazuje tak dobrze znane cechy? Zastanawia się, co myśli Jason, gdy pojawia to pojawia się w jego głowie. Clare wątpi, by wyobrażał ją sobie stojącą pośród rozległych gór. Nigdy by nie uwierzył, że dotarła aż tak daleko. Sądzi pewnie, że zginęła lub się gdzieś zgubiła, nie przyszłoby mu na myśl, że uciekła.
Clare wyciąga z kieszeni złożoną kartkę. Kobieta z plakatu nie żyje już pewnie od tygodni, ona zaś tkwi pośród tych upiornych drzew, dowodząc, że nic na tym świecie nie jest pewne. Czasami ludzie znikają nie bez powodu, zostawiając za sobą całe dotychczasowe życie, pragnąc jedynie uciec od jednego prześladującego ich czynnika. Clare czuje, że historia Shayny wplata się niebezpiecznie w jej własną. Różni się jednak w pewien nieuchwytny sposób. Może wyobrazić sobie Shaynę w wąwozie, żywą, pośród innych. Ten obraz wydaje się jej niezwykle wyraźny. Nie wie jednak, jak to się skończy. Nie wie, czy na końcu zastanie ją martwą, zagubioną czy uciekającą.
?