Posłucham rodziców, jak się w końcu zamkną!. Co mówić, a czego nie mówić do naszych nastoletnich dzieci - Anthony E. Wolf


Reflow text when sidebars are open.
Zanim przejdę do konkretnych wskazówek, muszę omówić kilka kwestii związanych z rozwojem dziecka i procesem dorastania, które leżą u podstaw wszystkich przedstawionych w tej książce porad.
Przeczytawszy słowa wstępu, zastanawiacie się pewnie: "Skoro wyeliminowanie strachu jako metody wychowawczej było bezpośrednią przyczyną drastycznego zwiększenia kłótliwości młodzieży... a jednocześnie ten facet przyznaje, że odrzucenie strachu okazało się wspaniałym posunięciem... to czy w takim razie twierdzi również, że nagły wysyp małych pyskujących potworków, które wyprodukowaliśmy, nie jest niczym złym?". Moja odpowiedź brzmi: "Tak, tak właśnie twierdzę".
Na szczęście ta nasilająca się kłótliwość - choć często bardzo nieprzyjemna - nie jest wcale taka zła, jak mogłoby się wydawać. Wpływ na to ma konkretny aspekt ludzkiej psychiki, ten sam, który sugeruje, w jaki sposób drastycznie ograniczyć potyczki słowne w codziennych relacjach z nastolatkami. (Uprzedzam, że nie rozwiąże on całkowicie problemu, ponieważ wymagałoby to powrotu do dawnych metod wychowawczych z użyciem przemocy, ale na pewno pomoże). Pozwólcie, że przedstawię wam ten szczególny, uniwersalny aspekt ludzkiej psychiki.
"JA" DZIECKA vs "JA" DOJRZAŁEGO CZŁOWIEKA
Zaobserwowałem pewne niezwykłe zjawisko. Kiedy jestem w domu znajomego lub kogoś z rodziny, zawsze proponuję gospodarzowi pomoc. Również gdy przyjmujemy gości u siebie, zawsze pytam, czy mógłbym coś dla nich zrobić, żeby lepiej się poczuli. Kiedy mnie o coś poproszą, chętnie spełniam ich życzenie. Robię to z ochotą, zadowolony, że mogłem się przydać.
Od wielu lat jestem szczęśliwym małżonkiem wspaniałej kobiety, Mary Alice. Kiedy przebywamy sami w domu i Mary Alice prosi mnie o jakąś przysługę - powiedzmy, że oboje siedzimy w tym samym pokoju, a Mary Alice pyta, czy nie mógłbym przynieść jej szklanki wody z odrobiną lodu (nasza lodówka ma dozownik lodu, co czyni powyższą prośbę dość łatwą do spełnienia) - niezmiennie ogarnia mnie w takich momentach nagłe zmęczenie. Na samą myśl o najmniejszym choćby ruchu czuję się przytłoczony ołowianym ciężarem, który powoduje, że zadanie staje się niewykonalne.
"Może to syndrom chronicznego zmęczenia - myślę. Naprawdę nie mogę tego zrobić. Nie mogę".
Ponadto do głowy zakrada się nieproszona myśl, że ktoś mnie do czegoś przymusza.
"Dlaczego sama nie weźmie sobie tej wody? Przecież doskonale wie, że miałem trudny dzień, znacznie trudniejszy niż ona - czego, notabene, chyba nigdy nie pojmie. Wydaje się jej, że pracuje ciężej niż ja. To ona powinna zapytać, czy mam ochotę na wodę z lodem, na litość boską! O rety, jestem taki zmęczony. Nikt tego nie rozumie".
Drogi Czytelniku, możesz teraz uznać, że zachowuję się jak duże dziecko. Ja jednak zupełnie się z tym nie zgadzam, co tylko dowodzi, że Ty również mnie nie rozumiesz. "Dlaczego wszyscy stoją zawsze po stronie Mary Alice? Nie pojmuję tego. Duże dziecko? Co to, to nie".
Jednak, jak zauważycie na kolejnym przykładzie, powyższe zjawisko nie dotyczy tylko mnie. Gdybyśmy wzięli kamerę i towarzyszyli szesnastoletniej Lindsay podczas jej typowego dnia w szkole (jest bardzo porządną uczennicą i zawsze odrabia pracę domową), zobaczylibyśmy, że zachowuje się niezwykle grzecznie i aktywnie uczestniczy w lekcjach. Należy do wielu kółek pozalekcyjnych. Wszyscy jej nauczyciele są zgodni, że to wzorowa uczennica. Wśród kolegów i koleżanek dziewczynka uchodzi za osobę wrażliwą i potrafiącą słuchać innych.
Po lekcjach widzimy, jak Lindsay idzie do domu swojej koleżanki Tary. Tam obie pracują nad wypracowaniem z hiszpańskiego.
- Do widzenia, pani Timmerman - mówi Lindsay na pożegnanie do mamy Tary.
- Do widzenia, Lindsay, kochanie - odpowiada kobieta.
"Bardzo się cieszę, że Tara ma taką miłą koleżankę" - myśli mama Tary.
Wciąż kręcimy nasz film. Później tego samego dnia Lindsay jest w domu.
- Mamo, zabierz Jareda z mojego pokoju, do cholery! - wrzeszczy, po czym wybucha płaczem.
Chwilę później Lindsay idzie do kuchni.
- Ktoś wypił moją pepsi light. Nie wierzę. Nic tu nie należy do mnie. Nie mogę mieć nic swojego, bo nikt nie ma oporów, żeby mi to zabrać. Nienawidzę tego domu! - kończy krzykiem.
Jeszcze chwilę później znowu woła:
- Mamo, gdzie, do diabła, się podział mój czerwony ręcznik?! Wiesz przecież, że innego nie mogę używać. Gdzie on jest, do cholery?!
Przytaczam te dwa przykłady, by zilustrować uniwersalną cechę psychiki ludzkiej, obecną zarówno u dzieci, jak i dorosłych: wszyscy mamy dwa skrajnie różne sposoby zachowania, dwie osobowości. Jedna to "ja" domowe, które chce po prostu się położyć i zostać nakarmione. Dla osiągnięcia pełnego relaksu "ja" domowe nie będzie tolerować żadnego stresu. Nazywam je także "ja" dziecka lub wewnętrznym dzieckiem. Jego królestwem jest dom wraz z całą najbliższą rodziną, bo z nią czujemy się najbezpieczniej i najswobodniej. Jednak posiadamy też drugą naturę, funkcjonującą na znacznie wyższym poziomie, którą nazywam "ja" dojrzałego człowieka. Ukazuje się ono światu, idzie do pracy, znosi stres, a nawet rezygnuje z przyjemności dla osiągnięcia celu. Jest cierpliwe i opanowane. Obie osobowości - "ja" dziecka i "ja" dojrzałego człowieka - funkcjonują obok siebie przez cały dzień, raz po raz przejmując kontrolę. Zawsze wyobrażam sobie to zjawisko jako boksera, który wychodzi na ring, wykonuje zadanie, a potem wraca do swojego narożnika, pada wykończony, otrzymuje pomoc konieczną do regeneracji i wraca na ring na kolejną trudną rundę.
Z początku dzieci mają tylko jedno "ja" - dziecka, jednak szybko zaczyna się wyłaniać "ja" dojrzałego człowieka. Z czasem jego rola rośnie, jednak nigdy nie przejmuje kontroli w stu procentach. Nawet najdojrzalsi z nas nie są pozbawieni natury dziecka, która manifestuje się od czasu do czasu.
- Myślałam, że podliczysz rachunki.
- Nie, zdecydowałem, że się zdrzemnę.
- Dąsasz się, bo jemy w restauracji, która ci nie odpowiada.
- Nieprawda.
- Właśnie że się dąsasz.
Zarówno my, jak i nasze dzieci jesteśmy w stanie się zregenerować tylko w trybie "ja" dziecka. Bez tej strony naszej osobowości - i bezpiecznej przystani, w której nasze wewnętrzne dziecko może wypocząć - życie byłoby zbyt ciężkie. Nie zdołalibyśmy udźwignąć ogromnego stresu. Dotyczy to szczególnie naszych dzieci.
- Mamo, jestem w domu... Dlaczego nie mamy już solonych chipsów? To nie ja zjadłem ostatnią paczkę... Mamo, nie mogę znaleźć pilota do telewizora. Gdzie jest pilot? Mamo!
Nie dając wewnętrznemu dziecku możliwości regeneracji, zahamowalibyśmy rozwój emocjonalny naszej latorośli. Dzieci potrzebują miejsca, w którym mogą być w pełni dziećmi. I to miejsce jest przy nas - rodzicach.
"Ja" dziecka jest z założenia dobre - urocze, kochane, zabawne i pełne ciepła, jednak czasem pokazuje także swoją ciemną stronę, zwłaszcza kiedy nie dostaje tego, czego chce. Wtedy "ja" dziecka nie wydaje się już takie urocze.
"Ale dlaczego? Dlaczego nie? Dlaczego? Musisz mi wyjaśnić, dlaczego nie" - prowokuje nas.
KTO NAJCZĘŚCIEJ DOŚWIADCZA "JA" DZIECKA?
Kolejną cechą ludzkiej psychiki, doskonale znaną rodzicom, jest zdolność obudzenia we własnej latorośli wewnętrznego dziecka przez samą swoją obecność.
Paula została po lekcjach na korepetycje z nauczycielką algebry, panią Hendrickson.
- No dobrze, Paulo, mam nadzieję, że ten dodatkowy czas pomógł ci zrozumieć zagadnienia poruszane na ostatnich lekcjach algebry.
- O tak, proszę pani. Dziękuję. To trudne, ale chyba zaczynam już rozumieć. Jestem wdzięczna, że została pani dłużej, żeby mi pomóc.
W tym momencie w drzwiach pojawia się mama Pauli.
- Cześć, kochanie. Powiedziano mi, że nic się nie stanie, jeśli wejdę tu po ciebie.
- Mamo! Co ty tu robisz? Miałaś nie wchodzić! Powiedziałam przecież, że spotkamy się na parkingu. Dlaczego ty nigdy mnie nie słuchasz? Mamo! Naprawdę!
"Mój Boże - myśli pani Hendrickson - nie znałam Pauli od tej strony".
To zjawisko jest oczywiście prawdziwe nie tylko w odniesieniu do naszych dzieci, ale również życiowych partnerów.
- Tato, dlaczego tracisz cierpliwość tylko do mnie i do mamy, a nigdy do innych? No chyba że grasz w golfa.
Sama obecność najbliższych osób budzi w nas dziecko.
Na przykład Alex doskonale radzi sobie w sporcie. Nigdy nie narzeka podczas meczów ani treningów koszykówki, jednak gdy tylko znajdzie się w samochodzie ze swoim ojcem, puszczają mu nerwy. Opowiada o meczu, w którym zdobył dwa punkty i zbyt krótko przebywał na boisku:
- Trener P. to dupek. Pozwala Billy'emu tak długo grać tylko dlatego, że przyjaźni się z jego rodzicami, a przecież Billy to łamaga. A kiedy już wreszcie wchodzę na boisko i mam otwartą pozycję, tak jak dzisiaj, ten idiota Clement nigdy mi nie podaje. Sam chce rzucać, a rzuca jak ofiara losu. Zostawię tę cholerną koszykówkę. Serio - grozi, choć nigdy tego nie robi.
Pozwólcie, że zadam pytanie, które pomoże wam spojrzeć z dystansu na dziecięcy aspekt natury waszej latorośli. Skoro to dobre, a nawet konieczne, żeby wasz nastolatek czasami pokazywał swoje "ja" dziecka, które może być dziecinne, a nawet aroganckie, to chyba wolicie, aby to robił w domu, z wami, a nie publicznie, w obecności innych osób. Oczywiście, nie macie dużego wyboru przez wspomniany wcześniej aspekt psychologiczny, że sama obecność jednego z rodziców w pobliżu nastoletniego potomka budzi w nim jego wewnętrzne dziecko. Jednak gdybyście mieli taki wybór, czy dom nie byłby lepszym miejscem na demonstrację dziecięcej natury waszego potomka?
KTÓRE "JA" JEST PRAWDZIWYM "JA" TWOJEGO DZIECKA?
Przy omawianiu kwestii dwóch aspektów osobowości człowieka pojawia się bardzo ważne pytanie: który z nich - "ja" dziecka (ukazujące się wam, rodzicom) czy "ja" dojrzałego człowieka (ukazujące się całemu światu i wyglądające tak samo jak wasze dziecko, ale zupełnie niepasujące do waszego opisu) - może być lepszym wskaźnikiem, jakie naprawdę jest wasze dziecko i jakie będzie, kiedy dorośnie?
Na szczęście w przypadku zdecydowanej większości młodzieży odpowiedź brzmi: "ja" dojrzałego człowieka. Istnieje na to przekonujący dowód. Pod koniec szkoły średniej, a czasem wcześniej, nastolatki ulegają przeobrażeniu. Robią się życzliwe, nie tylko w stosunku do obcych ludzi, ale nawet do was, ruszają w świat i wyrastają na przykładnych obywateli. Tak właśnie stało się z co najmniej jednym pokoleniem pyskujących nastolatków, które teraz stanowią sporą część dorosłego świata. A ten świat wcale tak bardzo się nie zmienił. Wbrew obawom rodziców Ziemia ani nie została, ani nie zostanie opanowana przez stado barbarzyńców, ponieważ my stosowaliśmy nieodpowiednie metody wychowawcze.
Przemiana z pyskującego nastolatka w mniej więcej dojrzałego dorosłego nie następuje - choć tak mogłoby się wydawać rodzicom - dlatego że niespodziewanie tuż przed maturą okiełznali opryskliwą latorośl.
- Było ciężko, ale w końcu - w odpowiednim czasie, mówię ci - zdołaliśmy zmienić Carltona. Musieliśmy pod koniec pracować na najwyższych obrotach, ale wszystko poszło po naszej myśli.
Nic podobnego. Zmiana następuje, ponieważ w toku naturalnego rozwoju psychicznego młodzież przechodzi do kolejnego ważnego etapu: wczesnej dorosłości. Widać efekty dobrych metod wychowawczych, które większość rodziców stosuje, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Wszystkie lata miłości, troski, nauczania i czasem wyznaczania nieprzyjemnych granic oraz stawiania kłopotliwych żądań wreszcie wydają owoce. Dojrzała natura dziecka zwycięża.
- Cześć. Lubię was. Myślę, że jesteście dobrymi rodzicami. Zawsze byliście, mimo że czasem trochę was ponosiło. Powinniście też wiedzieć, że zgadzam się z wami - jeżdżę za szybko, ale postaram się lepiej kontrolować prędkość za kierownicą. No i kiedy wyleję coś w lodówce, dokładnie po sobie powycieram.
- Naprawdę?
- No cóż, właściwie nie wiem, czy uda mi się dotrzymać obietnicy o sprzątaniu w lodówce.
Wszystko to dzieje się automatycznie, w procesie normalnego rozwoju psychicznego, a nie dlatego, że ostatniego dnia dojrzewania swojego syna Barkleya ojciec wreszcie wymyślił kazanie, które do chłopca przemówiło.
- Posłuchaj, koleżko. Jeśli choć przez chwilę sądziłeś, że możesz zachowywać się w ten sposób wobec mnie albo mamy, to grubo się mylisz! Nigdy nie znajdziesz sobie żony. Nigdy nie zdołasz utrzymać posady. Przemyśl to sobie.
I Barkley pod wrażeniem tych słów odpowiada:
- Rety, tato. Bardzo mi przykro. Twoje słowa mają sens. Żałuję tylko, że nie powiedziałeś mi tego wcześniej, bo już dawno byłbym dla was milszy. Oczywiście zmienię się. Zobaczysz. Dzięki, tato.
Nie, to nie dlatego.
Jeśli jednak prawdą jest, że większość nastolatków, nawet tych najbardziej nieznośnych, wyrasta na porządnych obywateli, uprzejmych dla rodziców, co należy więc myśleć na temat nieprzyjemnego zachowania "ja" dziecka, które musicie znosić podczas całego okresu jego dorastania?
Otóż takie zachowanie wcale nie oznacza, że z waszym dzieckiem dzieje się coś złego. Nie musi też znaczyć, że stosujecie złe metody wychowawcze. Nieznośne "ja" dziecka waszego nastolatka jest w głównej mierze przejawem jednego: wasz syn czy córka czują się z wami w domu bezpiecznie.
"NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ!" - MOTTO "JA" DZIECKA
Na szczęście, jak wspomniałem, możecie znacząco wpływać na ograniczenie aroganckiego pyskowania i kłótliwości waszego nastolatka. Ma to związek z jedną z dominujących cech dziecięcej natury: kiedy "ja" dziecka nie dostaje tego, czego chce, wówczas zrobi lub powie wszystko, żeby to zmienić. Jeśli nie da rady, drąży temat w nieskończoność. I naprawdę mam na myśli nieskończoność.
- Nie. Przykro mi, Saro. To moje ostatnie słowo. Rozumiesz?
- Ale dlaczego? Nie rozumiem. Dlaczego nie?
- Saro, już o tym rozmawiałyśmy. Nie. Przykro mi. Nie.
- Ale dlaczego? Dlaczego nie?
- Saro!
- Ale dlaczego nie? Musisz mieć jakiś powód. To dlatego, że mnie nienawidzisz, prawda?
- Saro, nie opowiadaj głupstw. Nie nienawidzę cię.
- A właśnie że tak. No to powiedz, dlaczego się nie zgadzasz.
- Saro, przecież już ci tłumaczyłam.
- Nieprawda. Podałaś mi tylko idiotyczny powód.
- Saro, nie chcę więcej o tym słyszeć.
- Ale dlaczego nie? Dlaczego?
I gdyby mama Sary wyszła do innego pokoju, Sara oraz jej "ja" dziecka podążyłyby za nią. Nawet gdyby mama odgrodziła się od córki zamkniętymi drzwiami, nie powstrzymałaby jej dalszych próśb.
- Ale dlaczego nie? Dlaczego? Mamo, czy ty mnie słuchasz? Słyszysz mnie? Dlaczego nie? Mamo!
Kiedy "ja" dziecka nie zostaje zaspokojone, nie potrafi odpuścić. Trzyma się kurczowo danej myśli i nie ustępuje. Ponad wszystko nienawidzi rezygnować z walki. Nie potrafi się pogodzić z porażką.
Ta cecha, bardziej niż inne, stanowi podstawę większości zamieszczonych w niniejszej książce porad.
Nie możesz powiedzieć: "Przestań, zamknij się. Koniec. Dosyć. To ma natychmiast się skończyć. Mówię poważnie. Koniec i kropka" i oczekiwać, że "ja" dziecka się wycofa.
Tak się nie stanie.
A wtedy niezmordowane "ja" dziecka w końcu i w nas obudzi naszą upartą dziecięcą naturę.
Oto idealny przykład takiej wymiany zdań między ojcem i jego nastoletnią córką:
- Nie waż się mówić do mnie w ten sposób, moja panno.
- Będę do ciebie mówić tak, jak mi się podoba.
- Uważaj na słowa.
- Bo co? Uderzysz mnie? Chciałbyś, prawda?
- Naucz się powściągać język, bo kiedyś faktycznie od kogoś oberwiesz.
- Jesteś wściekły, bo już nie masz nade mną kontroli.
- Musisz się nauczyć szanować dorosłych. Jak zamierzasz poradzić sobie w życiu z takim niewyparzonym językiem?
- Doskonale sobie poradzę. Nie potrzebuję twojej cholernej aprobaty.
- Przeginasz.
- To ty przeginasz.
Oto macie czarno na białym: dwoje wewnętrznych dzieci w akcji i żadne nie zamierza odpuścić.
Co powyższy dialog mówi o "ja" dziecka i wychowaniu nastolatków? Otóż podpowiada, że gdy działacie wbrew pragnieniom waszej nastoletniej pociechy, najlepiej powiedzieć to, co trzeba powiedzieć, zrobić to, co należy zrobić, a potem skończyć. Bo one nigdy nie skończą. Bezcenną umiejętnością rodziców współczesnego nastolatka jest łatwość porzucenia tematu - im szybciej, tym lepiej.
DORASTANIE: KONIECZNY ETAP ROZWOJU
Zanim skupimy się na sposobach radzenia sobie z nastolatkiem, powinniśmy zrozumieć, że ogromny wpływ na jego zachowanie ma silne i nieuniknione zjawisko: nadejście okresu dojrzewania. Opryskliwe zachowanie wobec rodziców nie jest wyrazem osobistego stosunku dziecka do nich, ale raczej typowym przejawem kolejnego etapu rozwoju psychicznego młodego człowieka. Rodzice nie mają na to wpływu, na szczęście jednak ten etap kiedyś się kończy - choć w swoim czasie, bez ponaglania, kiedy nadchodzi odpowiedni moment. I ani chwili wcześniej.
Dojrzewanie to szereg zbiegających się w czasie i szybko postępujących zmian rozwojowych. Nastolatki otrzymują nowe ciała: u dziewcząt rozwijają się piersi i biodra, a u chłopców znika dziecięcy tłuszczyk i pojawia się dodatkowe owłosienie na całym ciele, przez co dość szybko zyskują bardziej dorosły wygląd. Jeśli znajomy nastolatek, którego nie widzieliście kilka miesięcy, przechodzi nagły okres przemian, pewnie rozpoznacie to zjawisko szybciej niż samego młodzieńca.
- Co to za chłopak? Randy, czy to ty?
- To ja. A o co chodzi?
W swoich nowych ciałach młodzież nagle staje się znacznie bardziej świadoma własnego wyglądu.
Najprawdopodobniej dziesięcioletni chłopiec, który natknie się w domu na lustro, zapyta:
- Co to jest?
- To lustro, kochanie.
- Och, nigdy go wcześniej nie zauważyłem. Do czego służy?
Jako nastolatek ten sam chłopiec doskonale wie, do czego służy lustro.
- O Boże, nos chyba przekrzywia mi się w lewo. Mamo! Czy mój nos wykrzywił się w lewo?
- Twój nos wygląda tak jak zawsze.
- Mamo, mówię poważnie!
- Ja nic nie widzę. Nie wygląda, jakby się przekrzywiał w którąś stronę. Jest okej.
- Nie, mamo, przyjrzyj się!
Traktują sprawę swojego wyglądu bardzo poważnie.
Ponadto w okresie dojrzewania nastolatki stają się nie tylko mądrzejsze, ale w ich umysłach zachodzi postęp poznawczy, umożliwiający im pojmowanie otaczającego świata w znacznie doroślejszy sposób. Nagle musicie zważać na słowa, bo kwestie, które kiedyś dzieci puszczały mimo uszu, teraz z łatwością wyłapują.
- Ciocia Teresa miała bardzo dużo chłopaków, odkąd rozwiodła się z wujkiem Edem. Czy to znaczy, że jest dziwką?
- Lainie, nie używaj takich słów.
- Czyli jest?
Trzecią i najbardziej drastyczną zmianą w okresie dojrzewania jest rozwój płciowy. Nastolatki nie tylko zyskują biologiczną zdolność rozmnażania, ale doświadczają też odczuć seksualnych, których najzwyczajniej w świecie nie znali wcześniej. Ich świat przechodzi transformację. Wiele rzeczy, niegdyś dla nich obojętnych, teraz zyskuje wydźwięk seksualny. Ten nowy wymiar zmienia wszystko w ich życiu. Na zawsze. To ogromna zmiana.
- Tato, dlaczego to się nazywa piersią kurczaka? To takie dziwne.
- Nie wiem, Lawrence. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Tak się nazywa i już.
- Wcale nie wygląda jak pierś. Nie ma sutka.
- Dość, Lawrence.
- Jakoś głupio się czuję, dotykając tego, skoro to pierś.
- Skończ już, Lawrence.
ALERGIA NASTOLATKÓW
Zachodzi jeszcze jedna zmiana - czysto psychiczna - o której powinienem wspomnieć, zanim przejdziemy dalej. To właśnie ona w największym stopniu wpływa na to, dlaczego nastolatki zachowują się w taki, a nie inny sposób, w szczególności wobec rodziców. Zmiana ta, będąca elementem normalnego rozwoju człowieka, to wewnętrzne przykazanie: "Muszę postrzegać siebie jako osobę dorosłą i niezależną. Nie mogę dłużej akceptować siebie jako niesamodzielnego małego dziecka".
Pojawienie się tego nakazu ma sens, ponieważ już za kilka lat nastolatek będzie musiał poradzić sobie sam i nie da rady, jeśli we własnych oczach pozostanie nieporadnym dzieckiem.
Nie ma nic złego w tej potrzebie postrzegania siebie jako niezależnej dorosłej jednostki. Jest wręcz konieczna. Wiąże się z tym jednak pewien problem: dotychczas istniały w życiu nastolatków osoby, z którymi łączyły ich miłość, przywiązanie oraz pewien rodzaj zależności, a mianowicie rodzice. A to już nie w porządku. Właściwie to wielki problem, w wyniku którego rodzi się to, co rozpoznajemy jako okres dojrzewania.
Niech poniższy przykład będzie ilustracją moich rozważań.
Piętnastoletni James siedzi sam na kanapie w salonie i ogląda telewizję. Jest zrelaksowany, dopóki do pokoju nie wchodzi matka. Kobieta nie odzywa się słowem, ale chłopiec już cały się spina. Nie czuje się swobodnie. Zaczyna się nerwowo wiercić. "Myślałam, że gdzieś tutaj zostawiłam okulary, ale jednak nie" - myśli mama i wychodzi.
James natychmiast się uspokaja. Jego reakcja byłaby taka sama w każdych podobnych okolicznościach: siedzi sam w pokoju i nagle pojawia się mama. Kobieta wchodzi - on odczuwa napięcie. Wychodzi - on znów się odpręża.
Nie jest to świadomy proces. Sama obecność matki budzi w Jamesie miłość, przywiązanie i poczucie zależności, które zawsze do niej czuł. Wcześniej uczucia te nie stanowiły problemu: kochał swoją matkę. Wciąż ją kocha, jednak teraz, zgodnie z zupełnie naturalnym przykazaniem okresu dorastania, to już nie jest w porządku.
Pojawienie się matki w pokoju wywołuje w Jamesie wewnętrzny konflikt, który przejawia się bardzo realnym napięciem fizycznym. Zjawisko to dotyczy zarówno chłopców, jak i dziewcząt. Sama obecność jednego z rodziców powoduje ewidentny dyskomfort. Gdybyśmy oglądali całą tę scenę przez weneckie lustro, zobaczylibyśmy, że gdy mamy nie ma, dziecko jest spokojne; gdy mama się pojawia, dziecko staje się nerwowe i napięte.
Przypuśćmy teraz, że matka Jamesa robi coś gorszego: wchodzi do salonu, ale wcale pospiesznie nie wychodzi. Co gorsza, odzywa się. Wypowiada imię syna.
- James.
- Co? - odpowiada chłopak poirytowany.
- Nie mów do mnie takim tonem.
- Jakim tonem?
- Właśnie takim.
- Nie mówię żadnym tonem.
Ale to nieprawda. I to dopiero początek.
Dlaczego chłopiec odzywa się tak arogancko? Przecież mama tylko wypowiedziała jego imię. Jak mówiłem, zachowanie Jamesa nie jest świadome. Samo wejście matki spowodowało, że cały się napiął, a teraz kobieta jeszcze ZOSTAJE W POKOJU i na dodatek mówi do niego! W tak trudnych okolicznościach, w dość dużym stresie, nie sposób mówić inaczej niż w nieprzyjemny sposób.
- Odzywasz się do mnie tak, jakbyś nie uważał mnie za człowieka.
- Odzywam się do ciebie jak do człowieka.
Jednakże - jak wspomniałem - to nieprawda.
A teraz pozwólcie, że zmienię ten incydent w scenę rodem niemal z horroru: powiedzmy, że tym razem mama Jamesa postanawia spędzić trochę czasu z synem. Po wejściu do salonu podchodzi więc do kanapy i siada obok ukochanej latorośli. Na dodatek obejmuje go ramieniem. To zaś, jak wiemy, zbyt wiele dla biednego Jamesa. Chłopak wstaje i wychodzi. Matka jest załamana. Czuje się odtrącona. Chciała tylko wyciągnąć rękę, zbliżyć się do syna. Czy zrobiła coś złego?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, cofnijmy się do czasu, kiedy James miał dziesięć lat. Zupełnie jak w powyżej opisanej sytuacji, mama wchodzi do pokoju, siada obok syna i go obejmuje. Tym razem jednak chłopiec ma tylko dziesięć lat i jako dziesięciolatek jest raczej spokojny. Podoba mu się, że mama siedzi obok niego. Właściwie w tym wieku równie dobrze to on mógłby zainicjować bliskość, na przykład opierając głowę na jej ramieniu.
Przyjmijmy też - jak to się dzieje w większości przypadków - że w ciągu pięciu lat dzielących Jamesa dziesięcioletniego od piętnastoletniego matka chłopca nie popełniła żadnego strasznego błędu wychowawczego. Była dobrą matką. Co więc sprawiło, że kochające dziesięcioletnie dziecko zmieniło się w piętnastolatka, który nie potrafi znieść obecności matki w tym samym pomieszczeniu?
Odpowiedzią jest oczywiście dojrzewanie. W ramach naturalnego procesu rozwoju u większości nastolatków pojawia się przejściowa alergia na rodziców.
Wszystko, co ma związek z rodzicami, denerwuje ich.
- Tato, musisz tak oddychać?
Biedny ojciec dziecka, który nigdy wcześniej nie zwracał uwagi na sposób, w jaki oddycha, teraz będzie na to uważał do końca życia.
Wasz ton głosu, do tej pory niosący pociechę i ulgę, teraz wydaje się skrajnie irytujący.
- Mamo, czy musisz mówić w ten sposób?
- W jaki sposób?
- W taki, w jaki mówisz. Nie możesz mówić jakoś inaczej? Mniej denerwująco?
- Ale przecież całe życie tak mówię.
- Nie możesz tego zmienić?
- Niby jak mam to zmienić?
- Widzisz? Znowu ten ton. Działa mi na nerwy.
Wspominałem już wcześniej, że sama wasza obecność stanowi problem.
- Naprawdę musisz?
- Co?
- Być tutaj.
Jedną z najtrudniejszych rzeczy, jaką na szczęście rodzice każdego nastolatka szybko pojmują, jest świadomość, że dla dziecka samo pokazywanie się z nimi publicznie stanowi skrajne upokorzenie.
Leanna jest z mamą w centrum handlowym.
- Udawaj, że mnie nie znasz.
- Słucham?
- Właśnie zobaczyłam Jessikę i Kimmy. Weszły do tamtego sklepu. Udawaj, że mnie nie znasz.
- Ale przecież jestem twoją matką.
- O Boże, muszę się schować. Zobaczymy się później. Co za wstyd.
Wasze dzieci są na was uczulone. Klasyczny dylemat nastolatka. Co ma zrobić z niestosowną miłością, przywiązaniem i uczuciem zależności, które wyzwala w nich wasze istnienie, a co dopiero wasza obecność przy nich, zwłaszcza kiedy inni to widzą.
Wśród młodzieży dominują dwa typowe sposoby radzenia sobie z tym problemem - jeden preferowany jest przez chłopców, drugi przez dziewczęta.
Sposób chłopców polega na nieobecności. Po prostu postanawiają, że ich z wami nie ma. Przebywają poza domem albo zamykają się w swoim pokoju. A kiedy już są, odpowiadają wymijająco albo mruczą coś pod nosem. Próbują być niewidzialni.
- Michaelu, czy dorzuciłeś swoje brudne ubrania do pralki?
- Mmmbfff.
- Nie rozumiem. Czy wrzuciłeś brudne ubrania do pralki?
- Nie wiem.
- Jak to nie wiesz? Michaelu? Gdzie on się podział? Przecież przed chwilą tu stał. Michaelu?
Reakcja chłopców na niedozwolone uczucia miłości, przywiązania i zależności od rodziców jest bardzo prosta: zachowują dystans. Zamykają się w pokoju, wychodzą z domu. A kiedy już przebywają z wami, unikają wszelkiej komunikacji. W pewnym sensie odgradzają się od was murem.
W przeciwieństwie do nich dziewczęta preferują waleczniejsze sposoby. Zupełnie jakby nakazywały sobie: "Nieważne, co powiesz, i tak się z tym nie zgodzę. A jeśli chodzi o twoją irytującą obecność, będę ci regularnie przypominać, jak bardzo jest irytująca".
- Renee, czy włożyłaś brudne ubrania do pralki?
- Dlaczego zawsze chcesz czegoś ode mnie, kiedy robię coś innego?
- Ale przecież nic teraz nie robisz.
- Właśnie że robię! To, że tego nie widać, nie znaczy jeszcze, że to nieprawda. Jesteś okropna! Wszystko musi się dziać wtedy, kiedy ty chcesz. Zupełnie się nie liczysz z moimi sprawami! Świat nie kręci się wokół ciebie.
- Wokół mnie?
- No co? Coś sugerujesz? Czy próbujesz powiedzieć, że to ja się nie liczę z innymi?
Nastolatka radzi sobie z niedopuszczalną miłością, przywiązaniem i uczuciem zależności od rodziców poprzez nieustanne demonstrowanie swojej niezależności.
- Co masz na myśli? Krytykujesz mnie? Jesteś najgorszą matką na świecie!
Najbardziej frustrujący dla rodziców może być fakt, że alergia pojawia się u ich dzieci falami. Czasem nastolatki - być może dlatego, że chwilowo czują się pewniejsze swojej niezależności i przekonań - zdają się tolerować, a może nawet lubić, wasze towarzystwo.
- Widzisz, mamo? Czy to nie jest przyjemne? Rozmawiamy sobie spokojnie. Powinnyśmy to robić częściej.
- Powinnyśmy?
Jednak ich nastroje są nieprzewidywalne. Nigdy nie wiadomo, kiedy nastąpi kolejny atak.
- Renee, jak myślisz, co przygotować na kolację?
- Co? Nie wiem. Mam to gdzieś. Po co mnie pytasz? Nieważne, co zrobisz. Pewnie i tak nie będzie mi smakowało.
Za te wahania nastrojów rodzice często obwiniają siebie. "Była taka miła jeszcze dziesięć minut temu. Co zrobiłam źle?".
- Myślałam, że się przyjaźnimy.
- Dlaczego miałabym chcieć się z tobą przyjaźnić?
Jak wspomniałem, alergia przychodzi falami.
PAMIĘTAJ, BY NIE BRAĆ TEGO DO SIEBIE
Aby nie zwariować, powinniście zapamiętać, by długo nie chować urazy - atak nie jest skierowany przeciwko wam. To naturalny proces rozwoju psychicznego. W większości wypadków dzieci reagują nie na was, ale na projekcję zrodzoną głęboko w nich samych: rodziców, którzy nie chcą ich puścić (choć w gruncie rzeczy to oni nie potrafią opuścić was!), będących ich integralną częścią, którą pragną wyrzucić z siebie. Rodziców, którzy przez samo swoje istnienie powodują, że nastolatki czują się małymi dziećmi.
- Mamo, o rany, znowu tak dziwnie patrzysz. To koszmarnie denerwujące. Gdybyś tylko wiedziała! Dlaczego tak na mnie patrzysz?
- Patrzyłam na lampę.
- Ta, jasne.
Niech wam dodaje otuchy świadomość, że etap dojrzewania kiedyś się skończy. Wkrótce wasz nastolatek wkroczy w kolejną fazę rozwoju i zostanie młodym dorosłym. W okresie dojrzewania zdołał psychicznie zdystansować się od was. Już nie stanowicie zagrożenia dla jego poczucia niezależności. Alergia mija. Znów staje się uprzejmy.
- Cześć, co jest na kolację? Mamo, masz fajną fryzurę.
- Renee, czy to ty?
- O co ci chodzi?
- Jesteś taka miła, moja droga.
Może się to wydawać niemal cudem, ale to nieprawda. Choć dojrzewanie jest nieuleczalne - nie możecie nic zrobić, by to zmienić - z czasem mija bezpowrotnie.
Domyślam się, że zadajecie sobie teraz oczywiste pytanie: "Skoro w tej "normalnej" fazie rozwoju pyskowanie jest nieuniknione i powinnam się spodziewać alergii na mnie i na partnera, a jednocześnie moje dzieci najprawdopodobniej wyrosną na porządnych, pożytecznych obywateli, jak mam sobie radzić, zanim to nastąpi?".
Na początek musicie traktować okres dojrzewania jak przeziębienie - albo każdą inną chorobę, którą można tylko przeczekać. Należy zrobić wszystko, by zminimalizować objawy. Jak się przekonacie w kolejnych rozdziałach, kluczem do przyjemniejszego spędzania czasu z waszym nastolatkiem jest nauczyć się wycofywać.
Pozwólcie, że od razu przejdę do sedna i zajmę się najbardziej podstawową interakcją rodzica i dziecka: mówieniem słowa "nie".
Jako psycholog dziecięcy często słyszę, że rodzice nastolatków czują się sfrustrowani sposobem, w jaki ich dzieci się do nich odnoszą. Są szczerze zdumieni, jak kłótliwa jest dzisiejsza młodzież w porównaniu z poprzednimi pokoleniami.
Dla przykładu typowa rozmowa matki z dzieckiem w latach pięćdziesiątych brzmiała:
- Jamesie, czy mógłbyś wynieść śmieci?
- Oczywiście, mamo.
Natomiast w dzisiejszych czasach podobna rozmowa przebiega następująco:
- Jamesie, czy mógłbyś wynieść śmieci?
- Mamo, jestem naprawdę zmęczony. Później pójdę.
- Nie, Jamesie, chcę, żebyś to zrobił w tej chwili.
- Dlaczego wszystko musi być tak, jak ty chcesz? Nie jestem twoim niewolnikiem.
- Czemu zawsze się sprzeciwiasz, kiedy cię o coś proszę?
- A dlaczego ty ciągle zawracasz mi głowę?
Współcześni rodzice niezmiennie myślą: "On nie ma dla mnie szacunku. Ciągle mi pyskuje. Co się z nim dzieje? Co ja robię źle?".
Choć ten drugi, mniej przyjemny, wariant starej jak świat rozmowy zdominował ostatnie prawie pół wieku, rodzice wciąż nie pojmują, że istnieje jeden powód, dla którego dzisiejsze nastolatki nie są tak bezdyskusyjnie posłuszne i zwracają się do rodziców w taki sposób, jaki jeszcze kilkadziesiąt lat temu był nie do pomyślenia. Mówiąc wprost, to pokolenie NIE BOI SIĘ rodziców, ponieważ my, rodzice, nie stosujemy już kar cielesnych w wychowaniu naszych dzieci. Nie policzkujemy ich ani nie wyciągamy pasa. W dzisiejszych czasach podobne metody uznaje się za znęcanie się nad dzieckiem.
Odejście od kar cielesnych to wspaniała zmiana zarówno dla dzieci, jak i rodziców, prawdziwy krok naprzód dla całej ludzkości. Teraz wierzymy, a przynajmniej większość z nas, że choć kary cielesne mogą skutkować lepszym zachowaniem w danym momencie, to jako metoda wychowawcza zwiększają ryzyko wystąpienia u dziecka w przyszłości agresywnych zachowań.
Ten inny stosunek do kar cielesnych odzwierciedla zupełnie nowe spojrzenie na wychowanie i rozwój dziecka. Pozwólcie, że posłużę się przykładem.
Wyobraźcie sobie matkę z sześcioletnią córeczką i ośmioletnim synkiem. Dzieci wdają się w kłótnię. W końcu chłopiec uderza siostrę i ta zaczyna płakać. Matka interweniuje.
Tłucze chłopca mocno w ramię.
- NIE BIJ SIOSTRY - mówi. - Rozumiesz? Nie bij siostry - dodaje, akcentując każde słowo uderzeniem. "No, to go nauczy" - myśli.
Jeszcze nie tak dawno temu większość osób obserwujących tę scenkę przyznałaby jej rację. Dziś jednak wiemy, że zachowanie matki faktycznie go czegoś nauczy. Mianowicie tego, że jeśli chce bić siostrę, powinien uważać, żeby mama nie widziała. Zdajemy sobie też sprawę, że jeśli są to standardowe metody wychowawcze jego matki, to chłopiec z dużym prawdopodobieństwem sam w przyszłości będzie nadużywał przemocy. Bicie stanie się częścią jego osobowości. Teraz bowiem, inaczej niż kiedyś, wierzymy, że nie tylko słowa kierowane do dziecka, ale i sposób jego traktowania wpływają na jego przyszłe zachowanie.
To nowe spojrzenie na rozwój dziecka spowodowało rewolucję w metodach wychowawczych, która zrodziła już niemal dwa pokolenia dzieci niebojących się rodziców. Jest to zupełnie nowe zjawisko w historii wychowywania naszych pociech.
Jestem święcie przekonany, że dzieci traktowane w ten sposób stają się łagodniejszymi i bardziej przyjaznymi ludźmi. Oczywiście nie każdy się z tym zgadza, gdyż ciągłe pyskowanie może być trudne do zniesienia. Ale znajdujemy się właśnie w tym miejscu ewolucji wychowawczej i niniejsza książka podejmuje próbę zachęcenia rodziców do dalszego rozwoju we właściwym kierunku.
Jak już wspomniałem, współczesne dzieci nie boją się rodziców. A kiedy się nie boją, o wiele częściej im pyskują i są nieposłuszne. Jeszcze kilka pokoleń temu nikt nawet sobie nie wyobrażał czegoś takiego.
Wielkie rzeczy! A czego się spodziewaliśmy? Dzisiejsze dzieci nie zachowują się tak jak poprzednie pokolenia, ponieważ główna karta przetargowa, jaką kiedyś posługiwali się dorośli, została usunięta z arsenału ich środków wychowawczych. Mimo to współcześni rodzice często nadal oczekują od swoich latorośli zachowania, jakie można uzyskać jedynie metodami, które rozsądnie porzuciliśmy dwa pokolenia temu. Ogólnie rzecz biorąc, standardy właściwego zachowania dzieci nigdy się nie zmieniły, pomimo zmiany metod wychowawczych. W dzisiejszych czasach, kiedy młodzież nie zachowuje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami (oczywiście bez stosowania kar cielesnych), rodzicom wydaje się, że w pewien sposób ponieśli klęskę.
"Nie rozumiem. Robię wszystko, co w mojej mocy, ale najwyraźniej to nie wystarczy...".
Współcześni rodzice mają nierealne oczekiwania wobec swoich dzieci - usilnie starają się nakłonić je do sprostania przestarzałym standardom - ale jednocześnie stawiają samym sobie nierzeczywiste wymagania. W efekcie mimowolnie pogarszają sytuację.
- Aleksandrze, pamiętaj, proszę, żebyś nie nabłocił w kuchni.
- Ciągle masz do mnie o coś pretensje.
- Nie mam ciągle do ciebie pretensji, po prostu nie chcę, żebyś zabłocił kuchnię.
- Masz obsesję na punkcie czystości. Nawet nie wiesz, co to znaczy mieszkać w tym domu. Zostaw mnie wreszcie w spokoju, proszę.
- Aleksandrze, nie mów do mnie w ten sposób.
- W jaki?
- Posłuchaj sam siebie. Wsłuchaj się w ton swojego głosu. Jest pozbawiony szacunku. Nastolatek nie powinien zwracać się w ten sposób do rodziców.
- Nie mówię do ciebie w żaden sposób. To ty nie masz dla mnie szacunku.
- Nieprawda.
- A właśnie że prawda. Zawsze się mnie o coś czepiasz - tak jak teraz.
Tak więc, rodzice, pozwólcie, że zapytam wprost: Dlaczego ktoś miałby utrzymywać kontakt z kimś wyjątkowo niemiłym? Jaka jest najsensowniejsza i najbardziej logiczna odpowiedź na podobne zachowanie? Wydaje mi się, że chcielibyście jak najszybciej zerwać podobną relację i nie przedłużać agonii, kontynuując bezcelową dyskusję, bo przypominałoby to tylko dolewanie oliwy do ognia. A to właśnie bardzo często czynią współcześni rodzice, podobnie jak wiele innych rzeczy rodzących frustrację w nich i ich dzieciach. Spotykam się z tym stale w swojej praktyce lekarskiej, dlatego też staram się podtrzymywać w rodzicach nadzieję i służyć im praktycznymi poradami, by mogli z powodzeniem podjąć trudne wyzwanie, jakim jest wychowywanie nastolatków.
Niniejsza książka, poświęcona wychowaniu naszych nastoletnich pociech w dwudziestym pierwszym wieku, definiuje współczesną młodzież i określa zasady postępowania wobec niej, jakie są stosowane w dzisiejszym świecie. Została napisana po to, by pomóc rodzicom i udzielić im konkretnych rad, jak najlepiej radzić sobie z nastoletnim dzieckiem we wszystkich trudnych sytuacjach.
Znajdziecie w niej przydatne podpowiedzi, jak reagować na zachowanie dziecka, a także wskazówki, jakich zwrotów należy unikać. Każdy z przedstawionych scenariuszy opatrzono wyjaśnieniem, dlaczego niektóre zalecenia są skuteczne, a inne nie. To pomoże wam odkryć nowy sposób efektywnego porozumiewania się z własnym dzieckiem.
Ponadto niniejsza książka mówi o tym, jak - poza zmianami modelu wychowania i zachowania młodzieży - przemianie ulega świat, w którym ta młodzież egzystuje. Dotyczy to przede wszystkim nieustannie rozwijającego się świata elektroniki i jego wpływu na rodzaj oraz zakres doświadczeń dzisiejszych nastolatków. Poza szkołą większość czasu spędzają w elektronicznym świecie słów, dźwięków i obrazów. Nasze dzieci często korzystają z kilku mediów naraz, co ma ogromny - zarówno dobry, jak i zły - wpływ na to, jak porozumiewają się z nami. W pewnym sensie to zupełnie nowa rzeczywistość, a jednak w wielu aspektach świat nastolatków zmienił się bardzo niewiele.
Przede wszystkim jednak niniejsza książka ma uczynić wasze współżycie z nastoletnim dzieckiem znacznie przyjemniejszym, niezapomnianym doświadczeniem. Zacznijmy więc.
Powiedzenie słowa "nie" wydaje się takie proste, nieprawdaż?
- Mamo, dasz mi trzydzieści cztery dolary? Proszę.
- Nie. Przykro mi, kochanie.
- Och... No dobrze.
- Tato, zawieziesz mnie teraz do sklepu?
- Nie, wybacz, synu, ale jestem zajęty.
- Och, rozumiem.
- Mamo, czy mogę wrócić w sobotę o drugiej trzydzieści w nocy?
- Nie, to zdecydowanie za późno.
- Okej, rozumiem.
Gdyby tylko to było takie proste. Niestety, pierwsze próby odmawiania dziecku mają zwykle taki finał:
- Tato, potrzebuję dziewięćdziesięciu dwóch dolarów na nowe trampki. Stare się rozlatują i zrobiły się okropnie niewygodne.
- Nie. Przykro mi, Liamie, ale kupiliśmy ci nową parę dwa miesiące temu i według mnie wciąż dobrze wyglądają. Poza tym dziewięćdziesiąt dwa dolary to zdecydowanie zbyt wysoka cena za trampki.
- Nic nie rozumiesz. Moje są wieśniackie i uwierają. Skąd możesz wiedzieć, czy są wygodne? Przecież to nie ty w nich chodzisz!
- Nie, przykro mi, ale nie mamy teraz pieniędzy. Nie dam ci dziewięćdziesięciu dwóch dolarów na trampki.
- Nie masz pieniędzy na buty dla syna, chociaż stare się rozpadają?
- Liamie, twoje buty się nie rozpadają.
- Nie wiesz, co to znaczy chodzić codziennie do szkoły w tych idiotycznych trampkach! A na dodatek się rozpadają! To upokarzające! Jesteś po prostu skąpy!
- Nie jestem skąpy. Ale nie potrzebujesz nowych trampek.
- Właśnie że jesteś! Nic nie rozumiesz. Nie mogę chodzić w tych butach do szkoły. Są zbyt obciachowe. Wstydzę się pokazać w nich publicznie.
- Wyglądają w porządku.
- Nieprawda! Tak ci się wydaje, bo niczego nie kumasz! Nie pamiętasz nawet, jak sam byłeś młody!
- Liamie, moja pamięć nie ma tu nic do rzeczy. Nie kupię ci trampek za dziewięćdziesiąt dwa dolary.
- Ma bardzo dużo do rzeczy, bo nic nie rozumiesz!
- Liamie, nie mów do mnie w ten sposób.
- Będę tak mówić, dopóki nie przestaniesz się zachowywać jak dupek, którym jesteś!
DLACZEGO TAK TRUDNO JEST POWIEDZIEĆ "NIE"?
Trudność odmawiania polega na tym, że w przypadku współczesnych nastolatków rozmowa nigdy nie kończy się zwykłym: "Dobrze, rozumiem", jak to bywało kilkadziesiąt lat temu. W dzisiejszych czasach wasze "nie" uwalnia potok słów i emocji, które są nieprzyjemne i ciągną się tak długo, aż całkowicie pozbawiają was energii. Mówienie "nie" jest najtrudniejszym i najbardziej wyczerpującym zadaniem rodziców nastolatka. Ale także, wbrew opinii waszych dzieci, zadaniem najważniejszym.
- Moim rodzicom ciężko jest powiedzieć "nie", bo wiedzą, że utrudniają mi tym życie - a przecież wcale nie musiałoby tak być, gdyby czasem zachowywali się po prostu rozsądnie i nie traktowali mnie jak sześcioletniego dziecka (tak naprawdę chcą, żebym wciąż nim była). Niestety, muszę ich rozczarować, ale dawno już nie jestem.
Nastolatki dyskutują
Skoro już powiedzieliście "nie" nastolatkowi, wszystko, co następuje potem, tak naprawdę nie ma większego znaczenia. Waszą latorośl interesuje jedynie, czy to "nie" dalej obowiązuje. Wszystkie ich wypowiedzi następujące po waszej odmowie będą próbą zamiany "nie" na "tak".
- Nie. Przykro mi, Liamie, ale kupiliśmy ci nową parę dwa miesiące temu i według mnie wciąż dobrze wyglądają. Poza tym dziewięćdziesiąt dwa dolary to zdecydowanie zbyt wysoka cena za trampki.
"Hmm... Tata dał mi trzy powody do odmowy - rozważa Liam. - Niech no pomyślę: od którego najlepiej zacząć? A może powinienem obrać zupełnie inną strategię ataku? Hmm... Muszę się zastanowić".
Oczywiście to wszystko się dzieje w ułamku sekundy.
Nie dajcie się oszukać. Nastolatki nie są zainteresowane rozważeniem wszystkich za i przeciw z waszej perspektywy, aby dojść do najrozsądniejszego wniosku. Nie chcą zrozumieć waszych powodów odmowy. Traktują je jedynie jako punkt zaczepienia do dalszej dyskusji. Nie bardzo ich też obchodzi, czy wasze "nie" jest słuszne. Im każde "nie" wydaje się niesłuszne. Koniec, kropka.
"O co ci chodzi? Gdyby mój tata był sprawiedliwy, pierwszy bym to przyznał. Ponieważ jednak on nigdy nie postępuje sprawiedliwie, ani razu się to nie zdarzyło, nie rozumiem, co próbujesz przez to powiedzieć".
Oznacza to, że nie możecie powiedzieć "nie", a potem oczekiwać, że nastolatki to zrozumieją. Nie możecie powiedzieć "nie", a potem posłużyć się argumentami, które do nich dotrą. Takie argumenty nie istnieją.
Jak już wspomniałem, raczej nie usłyszycie od swojego dziecka: "Z niechęcią przyznaję, tato, że rozumiem twój punkt widzenia. Bardzo bym chciał mieć fajniejsze trampki, wiem jednak, że z pieniędzmi u nas krucho. Jestem bardzo rozczarowany, ale pojmuję, że muszę się z tym pogodzić. Właściwie to moje obecne trampki są całkiem wygodne. Skłamałem".
Po wypowiedzeniu słowa "nie" nigdy nie oczekujcie, że wasze wyjaśnienia przekonają nastolatka lub doprowadzą do rozsądnego, pokojowego rozwiązania sytuacji.
Z chwilą, gdy ojciec Liama odmawia, chłopak robi to, co zrobiłby każdy dobry prawnik: zaczyna szukać najsłabszych punktów argumentacji ojca, które mógłby podważyć przekonującym kontrargumentem.
"Wiem, co zrobię: chyba najlepszą strategią będzie podkreślenie, że buty są niewygodne. Żaden z argumentów taty nie może tego zanegować. Tak, od tego zacznę".
Nastolatki przypominają świetnych prokuratorów. Ich umysły są bystre, szybkie - często szybsze od naszych. Przewagę nad nami w każdym sporze daje im fakt, że nie czują się zobowiązani do mówienia prawdy.
"Nie widzisz tego, tato, ale prawda jest taka (choć wcale taka nie jest), że prawy trampek bardzo mnie uwiera. Właściwie to czasem nawet kuleję, ale staram się, żeby tego nie było za bardzo widać".
Podstawowa taktyka podrostka, doskonale znana każdemu z rodziców, zakłada, że w zadziwiająco krótkim czasie po wypowiedzeniu słowa "nie" rozmowa schodzi na tematy poboczne, a wy bronicie całego szeregu argumentów, które wcale nie były częścią podstawowej dyskusji. Nagle znajdujecie się w defensywie i próbujecie zbijać tezy, że wasza odmowa jest nie do zaakceptowania albo wręcz karygodna.
- Tato, mówisz, że nie mogę iść na koncert. Pozwól, że zadam ci poważne pytanie. Dlaczego tak bardzo chcesz zniszczyć mi życie? To nie moja wina, że sam jako nastolatek nie byłeś popularny w szkole i teraz nie możesz znieść świadomości, że ja czasem dobrze się bawię. Zawsze mi mówisz, że nie miałeś tyle szczęścia, ale moim zdaniem powoduje tobą zazdrość. Tak często mi odmawiasz, bo nie podoba ci się, że ja naprawdę mógłbym fajnie spędzić czas. To nie w porządku, abym płacił za twoje złe wspomnienia z dzieciństwa.
- O czym ty mówisz?
- Mówię o tym, że ponoszę konsekwencje twoich młodzieńczych niepowodzeń.
Nastolatki nigdy się nie poddają
Jednak to nie przebiegłość nastolatków (mówiąc o przebiegłości, mam na myśli to, że one wcale nie muszą wierzyć we własne słowa) stanowi wyzwanie numer jeden w przypadku odmowy rodzica prośbie swojej latorośli.
Powiedzmy, że pomimo wszystkich argumentów i kontrargumentów Liama, pomimo jego chytrych sztuczek ojciec nie zmienia zdania. Twardo broni swojego stanowiska i mówi: "Nie, przykro mi, Liamie, nie dam ci pieniędzy na trampki". W tym momencie Liam najprawdopodobniej użyje najsilniejszej broni, do jakiej dzieci się uciekają w zderzeniu z kategoryczną odmową: czystego, bezlitosnego, zaciętego uporu.
- Ale dlaczego nie? Dlaczego? Dlaczego nie? Nie dałeś mi dobrego powodu. Dlaczego? No, dlaczego? Twoje argumenty są idiotyczne. Musisz to jakoś uzasadnić. Tato! Tato! Dlaczego nie? Dlaczego? Tato, jesteś dupkiem. Dlaczego nie? Tato! Dlaczego?
Oczywiście to przesada, ale nie do końca. Właściwie to wcale nie przesada, tylko skrót myślowy. W rzeczywistości Liam ciągnąłby temat znacznie dłużej. Nastolatki przegrywające w dyskusji potrafią wracać do sprawy przez bardzo długi czas.
Jak wspominałem wcześniej, zbuntowana młodzież nigdy się nie poddaje. Pozwólcie, że przedstawię inny przykład. Sytuacja dotyczy Oliwii i jej mamy.
Jest wtorkowy wieczór, godzina 19.22.
- Mamo, mogę iść w piątek do Lidii na imprezę z nocowaniem?
- Nie, przykro mi, kochanie, ale nie podoba mi się pomysł spędzenia całej nocy ze znajomymi.
- Ale dlaczego nie?
- Wiem, że chcecie dobrze, ale czasami, kiedy wszyscy zbieracie się razem, całość może przerosnąć sumę poszczególnych części.
- O czym ty mówisz, do cholery? To najgłupsza rzecz, jaką słyszałam. Sumę poszczególnych części?
- Oliwka! Nie pyskuj mi.
- A co mi pozostaje, jeśli podejmujesz nielogiczne decyzje i traktujesz mnie jak sześciolatkę? Nie ufasz mi. Zawsze wydaje ci się, że coś nawyczyniam. Myślisz, że będę uprawiać seks z jakimś chłopakiem, choć tam wcale nie będzie chłopaków.
- To nieprawda, Oliwko.
- A właśnie że prawda! Moja matka jest wariatką. Moje życie to katastrofa, odkąd wyszłaś za Randalla! Ten ślub to nie był mój pomysł.
- Nie, Oliwio, nie możesz iść na noc do koleżanki. Koniec i kropka.
Trzydzieści sześć minut później tego samego wieczoru:
Mama Oliwii właśnie skończyła rozmawiać przez telefon z koleżanką. Wchodzi córka.
- Ale, mamo, to niesprawiedliwe! Nic złego się nie stanie. To nie moja wina, że myślisz tylko o seksie! Nic złego się nie wydarzy! Obiecuję. Wszystko będzie w porządku!
- Nie, Oliwio. Mówię poważnie.
Godzina 21.08 tego samego wieczoru:
Mama Oliwii myje zęby. Wchodzi Oliwia.
- Mamo, właśnie rozmawiałam z Lidią. Mówi, że jej mama nie ma nic przeciwko naszemu wspólnemu nocowaniu. Nie rozumie, dlaczego tak się tym martwisz. Czego się boisz? Mamo, to takie niesprawiedliwe!
- Oliwio, nie! Nie zmienię zdania. Nie - i na tym koniec. Nie chcę więcej o tym słyszeć. Odpowiedź brzmi: NIE! Rozumiesz? NIE!
Ponieważ impreza jest dopiero w piątek, Oliwia atakuje również następnego dnia.
Środa, godz. 17.15:
- Ale, mamo, idą wszystkie moje koleżanki. Nie mogę nie pójść, mamo! - Oliwia wita w drzwiach wracającą z pracy mamę.
- Oliwio, co mam powiedzieć, żebyś wreszcie zrozumiała?
- Mogłabyś powiedzieć, że się zgadzasz.
Przytaczam tę historię, aby podkreślić, że nawet jeśli odmówicie dziecku, a odmowa dotyczy także przyszłości, to mimo waszego zdecydowania i stanowczości nieraz usłyszycie coś na ten temat od waszej latorośli. - dopóty, dopóki "nie" wciąż ich obowiązuje.
Młodzieńcza wściekłość
Omówiliśmy już wyjątkową umiejętność dyskutowania i upór współczesnych nastolatków. Mają w swoim arsenale jeszcze dwa istotne rodzaje broni - czysta furia i ogromne pokłady energii - które większość rodziców podrostków z łatwością rozpozna. Właściwie to wściekłość - wyrwana z głębi ich jestestwa, rodząca się z najbardziej błahych powodów i mogąca przyspieszać od zera do 100 kilometrów na godzinę w czasie krótszym niż sekunda - stanowi jedną z ich ulubionych metod walki.
- Nie, Taniu, przykro mi.
- Ale jak to "nie"? Nie możesz! Nie możesz się nie zgodzić! Nie możesz!
- Właśnie to zrobiłam, Taniu.
- Ale nie możesz! Niczego nie rozumiesz! Nie możesz! Jesteś taka podła! Nie wierzę, że to powiedziałaś! Jesteś świnią! Nie wierzę ci! Ale z ciebie świnia! Świnia! Oto kim jesteś! Nie możesz tego zrobić!
Wszystko to Tania wykrzykuje swojej matce w twarz.
Kiedy coś idzie nie po ich myśli, nastolatki potrafią sięgać do głębokich pokładów emocji, które wyrzucają z siebie z ogromną siłą i prędkością. Dla osoby będącej ich celem może to być niesamowicie wyczerpujące i przytłaczające doświadczenie.
Wszystkie opisane reakcje stają się jeszcze bardziej nieznośne, jeśli dodamy do nich fakt, że krótko po takim gwałtownym wybuchu - wybuchu, po którym trzęsiecie się z wyczerpania i zdenerwowania do końca dnia - wielu nastolatków zachowuje się zupełnie normalnie, jakby byli nieświadomi tego, co przed chwilą zaszło.
- Co jest dziś na kolację?
- Słucham?
- Pytam, co jemy dziś na kolację? Mam nadzieję, że nie wołowinę.
- Jak możesz mnie pytać, co jemy na kolację?
- Bo jestem głodna. A co w tym złego?
Naprawdę tego nie rozumieją. Gdyby ktoś im przypomniał:
- Właśnie miałaś utarczkę słowną z matką. Byłaś naprawdę wściekła. Krzyczałaś na nią. Nawyzywałaś ją. Nie pamiętasz?
Odpowiedź brzmiałaby pewnie:
Ciąg dalszy w wersji pełnej