PROLOGWSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ NAD KORDIĘ
Na świecie napisano już naprawdę wiele o miłości. Głowili się nad nią filozofowie, wzdychali zakochani lub zranieni poeci, pieklili ci, których nie spotkała na szlaku albo też ją przeoczyli. Wydawać by się mogło, że pokolenia prześcigały się w nazywaniu jej kolejnymi imionami, a malarzom nie starczało barw, by wyrazić jej urodę. Świat miał obsesję na jej punkcie, a jednak nie potrafił jej znaleźć takiej, jaką była. Oglądał ją w popękanym lustrze, w tym samym, w którym odbijała się jego twarz. Jego ludzie. Lecz ona była piękna.
Była pięknością, przewyższającą Miss Universe i najsłodsze z kwiatów na łąkach. Była łagodniejsza od porannego, letniego wiatru czy morskiej bryzy na muszlach, delikatniejsza od jedwabiu i płatków stokrotek. Brzmienie jej imienia przewyższało najsławniejsze melodie i wyrazy, jakich nauczył się ten skrajny, wrzeszczący lub milczący świat. Ona uczyła go mówić ciszą. Za pomocą dotyku, pocałunku czy spojrzenia potrafiła wypowiedzieć to, co nigdy niewypowiedziane. Łaskawa, cierpliwa i pełna pokory znosiła wszystko i wszystko zdawała się wytrzymać. Była mistrzynią w swoim fachu.
I ona, boska poetka, najwspanialej nazywała ludzi. Gdy na nich patrzyła oczami ukochanej osoby, spojrzenie to zamykało w sobie najcudniejsze komplementy. Trafiała w serca dziewcząt, ucząc je, jak utrzymać siłę męskiej duszy, jak docenić jej piękno. Pokazywała, że męskie serce jest polem bitewnym, na którym ktoś zwycięża i ktoś ginie. Że jest w nim miejsce na "damę serca" i na "wrogów", że to serce ma misję do spełnienia i wykona ją, choćby miało przypłacić to własną śmiercią. To serce braterskie, kochające tak silnie, że kruszą się kopie wystawione przez Świat. Jak jabłoń wśród drzew leśnych, tak ukochany mój pośród młodzieńców. Prowadziła męskie uczucia ku wrażliwym ustom ukochanych, łącząc je w pocałunku, jak gdyby sprawdzała, czy podołają tej delikatności, której nauczyła ich kosztować. Pokazywała paletę uczuć i uczyła malować nimi życie u boku Sztuki, której się przysięgało wieczną adorację, wieczyste kochanie. Zwracała uwagę mężczyzn na kobiece serce, w którym zamknięto boską troskę o świat, chęć czynienia go piękniejszym i silniejszym. Jak lilia pośród cierni, tak przyjaciółka ma pośród dziewcząt.
A ludzie wciąż mówili o Miłości. I wciąż jej pragnęli, wyczekiwali jej i tęsknili do niej. Ci, którzy ją odnaleźli, mogli mienić się tymi, którzy doświadczyli dziewiątego błogosławieństwa - błogosławieni zakochani, albowiem oni poznali ułamek tego uczucia, jakim Bóg darzy świat. Takimi właśnie ludźmi byli Faustyna Świt i Józef Irysowski, idący sercowską drogą w późny, sierpniowy wieczór.
Sercowskie Lato pachniało wtedy lodami z Anielskiej i jabłkami z sadu nad rzeką. Chłodnawy wiatr przemykał pomiędzy drzewami i domami, kręcąc się na głównej drodze i Alei Gwiazdozbiorów, jak gdyby chciał wyciągnąć wszystkie promienie słońca na ulicę; ten młodzieńczy, głupiutki wiatr, prześcigający się z Nocą, która wciągała już swoje ciemności nad mazowieckie tereny. Pozwalała mu na te wariacje, pchając chmury po gasnącym horyzoncie, a on kręcił się naokoło nich jak pocieszny owczarek podhalański.
Narzeczeni szli Aleją Gwiazdozbiorów na południe miasteczka, by dojść do sadów, gdzie ksiądz Mariusz z pomocą Szymona Świta postawili kilka ławeczek; miejsce to było swego rodzaju locus amoenus1 dla mieszkańców Sercowa. Wieczorny wiatr targał sukienkę dziewczyny i koszulę chłopaka, a bladnące słońce całowało ich w policzki i ramiona, pieszczotliwie upadając potem do stóp tych, których cienie dłużyły się na Alei.
- Wciąż nie mogę uwierzyć, że to się stało - powiedziała Faustyna, zerkając na pierścionek z delikatnym, szmaragdowym oczkiem. Józef uśmiechnął się przelotnie, czując, że pogładziła go kciukiem po splecionej dłoni. On także nie mógł uwierzyć w te trzy słodkie "tak", trzy słowa za trzy miesiące bez niej. Wydawało się to zbyt niemożliwe, jak wyciągnięte z piosenki Rubika czy powieści Jane Austen. Jednak Miłość czyni wszystko możliwym. - To takie... nierealne. Myślałam, że już nigdy nie zapytasz, rozmyślisz się.
- Rozmyślę? Głuptasie. Był taki cytat... - zastanowił się. - "Mężczyźni, póki młodzi, chociaż w myślach zmienni... w uczuciach są od dziadów stalsi, bo sumienni. Długo serce młodzieńca proste i dziewicze chowa wdzięczność za pierwsze miłości słodycze!" To był chyba, hm, Słowacki... nie, Mickiewicz. - Zaśmiał się, gdy Świt lekko go szturchnęła. - Wiem, że Mickiewicz, pani profesor. Zakreśliłaś to sobie w Panu Tadeuszu.
- Możesz przestać czytać moje zaznaczone fragmenty w książkach? - Uniosła brwi, a on poprawił jej okulary i pstryknął ją w nos. - To tak, jakbyś czytał mój pamiętnik - prychnęła, gdy przeszli w kierunku krzewów malin. Droga ta była wyjątkowo wąska, ale wynagradzał to jej silny zapach; słodki i nęcący zmysły, tak bliski Latu i Wiośnie. Gdy się tędy szło wieczorem, można było wręcz zanurzyć się w Leśmianowskim "malinowym chruśniaku".
- To wiele mówi o człowieku. Poza tym... Ty patrzysz na moje szkice - zauważył ze śmiechem. - To też jak pamiętnik. Choć... chyba trudniejszy niż odczytanie słów. Czytając, od razu masz w głowie dany obraz, a oglądając coś, musisz znaleźć w sobie słowa, by to opisać. Czasami nawet takich nie ma... - Spojrzał na nią przelotnie i uniósł głowę w kierunku ciemniejącego nieba.
- Flirtujesz ze mną? Amatorsko. - Roześmiała się, pociągając go lekko za rękę w dół rzeki. Przewrócił oczami, czując pod palcami maleńki pierścionek.
- Mam nadzieję, że będę miał wiele okazji do doszkolenia się. - Popatrzył na rumieńce, jakie wstąpiły na jej policzki, i uśmiechnął się, przechodząc przez gąszcze malin. - Taka z ciebie polonistka, a Leśmian dostałby zawału, widząc, jak mijasz maliny bez jego cytatu na ustach - zauważył, a dziewczyna zatrzymała się, spoglądając na niego z czułością.
- Raczej zostałabym jego inspiracją. - Wspięła się na palce, jak gdyby gotowa do pocałunku, lecz w ostatnim momencie zerwała mały owoc z krzewu i włożyła go chłopakowi do ust. Przyciągnął ją do siebie i założył jej kosmyk włosów za ucho, patrząc w roześmiane, tak podobne do szmaragdów oczy. - Ale wolę być muzą do szkiców takiego jednego lekarza - szepnęła, a on poczuł ciarki pełznące po karku. - Widzisz, tak się to robi. - Zaśmiała się, puszczając mu oczko i idąc przed siebie. Józek tylko westchnął ze śmiechem i podążył za nią w kierunku sadów.
Przeszli w końcu na swoją ulubioną łąkę przy lipowej kapliczce. Postawiona pod jabłonią ławeczka nosiła na sobie drobne płatki kwiatów, a u stóp Maryi ktoś złożył naręcze stokrotek. Faustyna przywitała uśmiechem Królową Nieba i Ziemi, przecierając z kropel popołudniowego deszczu jej drewnianą postać. Józef sięgnął do kieszeni po chusteczkę i wytarł daszek kapliczki, a także tabliczkę na palu, na którym była osadzona. Rudowłosa zerknęła na niego, dostrzegając pewną czułość w jego geście; uśmiechnęła się, po czym odeszła kilka kroków, siadając na ławeczce przy jabłoni. Zgarnęła płatki kwiatów na ręce i położyła je w trawie. Samotne płatki kwiatów to łzy Lata i Wiosny, pomyślała, wpatrując się w krajobraz przed sobą.
Wszystkie drogi Sercowa miały swoje źródło tutaj, nad chłodnawą, szeroką na zaledwie trzy, może cztery metry rzeką. Płynęła przez miasteczko, od kiedy pojawiło się ono na mapie Mazowsza, i była nieodłączną częścią jego terenów; jak wstęga, która związywała te pola i łąki w jeden bukiet. Z miejsca, gdzie siedziała Faustyna, było widać Aleję Gwiazdozbiorów, oddzielony pasmem drzew młyn i dachy sercowskich domów. Uśmiechnęła się, siadając wygodniej i przymykając oczy, gdy poczuła, że czarnowłosy spoczął obok niej. Dzień zachodził nad ich głowami, zanurzając się w koronach drzew, jak gdyby chciał lepiej poczuć woń jabłek, śliwek, gruszek czy moreli. Było tak słodko, sielsko i dobrze, że studentka filologii polskiej odetchnęła z ulgą, kładąc głowę na ramieniu narzeczonego. Ucałował ją w czubek głowy i przytrzymał jej dłoń, czując ciepło płynące od jej palców. Nagrzana słońcem skóra i usta nabrzmiałe od pocałunków; to było Lato, za którym oboje tak tęsknili. Błogosławieni zakochani...
- Chciałabym już zawsze budzić się i zasypiać właśnie tutaj - szepnęła, a on usłyszał jej głos w szumie wieczornego wiatru. - Widzieć Sercowo i rzekę, zawsze tak bliskie... I ciebie - dodała, wtulając się w jego ramię, a on przytulił ją mocno do siebie, patrząc na gasnący dzień.
- Ciekawe, czy o tym samym pomyślałabyś trzy lata temu - zastanowił się. - Chyba jednak nie wrzucasz do rzeki swoich wielkich miłości, Fau. Raczej wszystko, co kochasz, jest nad rzeką. Już chyba trochę cię znam, co? - Faustyna otworzyła oczy i popatrzyła na niego z czułością i miłością. Józef położył prawą dłoń na jej policzku i pochylił się, by ją pocałować. Ciepłe ciało dziewczyny wywołało u niego przyjemne ciarki, gdy przetarł ni to rumieńce, ni ślady słońca.
- Chyba tak. - Przesunęła kciukiem po jego brodzie, uśmiechając się do niego. W jego oczach zamknięta była każda noc, kiedy o nim śniła, ostatnie lśnienie każdego dnia, jaki z nim spędziła. Dostrzegł jej uśmiech i rozkosz rozlała się po jego sercu. Dziewczyno, co ty ze mną robisz, pomyślał. Lekarze mają być twardzi, a rozpływam się przy każdym twoim spojrzeniu, dokończył w sercu, czując ciepłe powietrze między ich wargami.
Po chwili musnął drżące usta Wiosny. Tak słodkie, smakujące malinami i znane mu lepiej niż wszystkie słodkości świata. "Długo serce młodzieńca chowa wdzięczność za pierwsze miłości słodycze!" Gdyby Adam Mickiewicz wiedział, jak bardzo miał rację... Faustyna była pierwszą wielką miłością Józefa; pokochał ją nad rwącą rzeką, choć wiedział, że początkowo stała po drugiej stronie i mógł na nią jedynie patrzeć. Znawca sztuki. Zbudowanie wytrzymałego mostu do siebie zajęło im dobrych parę lat, ale nikt nie mówił, że budowanie na skale jest proste. Za to jak piękne! Przykryła dłonią z pierścionkiem jego palce i oddała ten wieczorny, delikatny pocałunek, podarowany jej ustom wśród owocowych drzew, nad płynącą spokojnie rzeką i przy wstępujących na niebo gwiazdach.
Wiele już napisano o miłości i wiele się jeszcze o niej napisze. Jednak żaden poeta, malarz czy filozof nie byłby w stanie wyrazić tego, co czuła dwójka dorosłych dzieciaków, siedząca nad sercowską rzeką. Dziewczyna o Oczach Wiosny i Chłopak z Farbą na Dłoniach, którzy przysięgli niebu i ziemi kochać.
Tak po prostu. Przez wszystkie pory roku, które nie zmieniają się tak szybko.
ROZDZIAŁ 1PANI POLONISTKA I PAN DOKTOR
Ty byłaś mój początek i znów jestem z Tobą, tutaj gdzie nauczyłem się czterech stron świata.Nisko za drzewami strona Rzeki, za mną i budynkami strona Lasu, na prawo strona Świętego Brodu, na lewo Kuźni i Promu.Gdziekolwiek wędrowałem, po jakich kontynentach, zawsze twarzą byłem zwrócony do Rzeki.(Czesław Miłosz, W Szetejniach)
- Odpalaj drugiego laptopa, muszę zapisać się na te praktyki! - Faustyna usiadła obok Wioli z komputerem na kolanach i wstukała w wyszukiwarkę system USOS. Ciepłe, wrześniowe powietrze wpadało do mieszkania na ulicy Dobrej i kręciło się pomiędzy prawie dwudziestotrzyletnimi studentkami, zaglądając im przez ramię na ekrany; ciekawskie. Jak na Wrzesień było w Warszawie wyjątkowo duszno; parne ulice pokryły się przechodniami jak przedwcześnie opadłymi liśćmi, a parki szykowały się już na przyjęcie złotych koron na swe drzewa. Cały ogród Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego oblekł się czerwienią i liściaste korytarze wyglądały wyjątkowo romantycznie, gdy się nimi szło w jesienne wieczory naprzeciw zachodzącemu Słońcu. Lato szamotało się jeszcze z Jesienią, przepychając ją ze swego miejsca na Ziemi, jednak siostra Zimy była nieugięta; jej czas nadchodził tak szybko jak rok akademicki i senne liście, pragnące już przytulić się do bruku.
- Szybko, podaj mi liceum, które mam kliknąć! Boże, Biuro Karier to jakiś kosmos. - Załamała się prawniczka. - Praktyki powinny być załatwiane przez te wszystkie ośrodki, które wyręczamy my, biedni, wyzyskiwani studenci. - Westchnęła z nutką dramatyzmu. - To miał być Archutowski? To naprzeciwko UKSW. Ja zapisałam się do sądu na Terespolskiej, cholerna Praga Północ... Przynajmniej będę miała pretekst, żeby iść do Irysowskich na obiad, jak cię porwą dzieci z liceum.
- Klikaj! - Rudowłosa odgarnęła do tyłu warkocz, który sięgał jej niemalże do pasa. Zaznaczyła szybko odpowiednie rubryki i spojrzała na zegarek. - Dobra, mamy dziesięć sekund i jak nie zdążymy, to skończę na zajęciach u Makulskiej i w jakiejś szkole na końcu świata, a to będzie porównywalne z dodatkową matmą w maturalnej.
- Ble, nie tęsknię za Kowalskim. - Skrzywiła się Ritaś, po czym zerknęła na wskazówki. - Dobra, jazda!
W ciągu kilkunastu sekund udało im się zarejestrować Faustynę na odpowiednie zajęcia, poukładane godzinowo już kilka dni wcześniej w taki sposób, by dojechać z jednego kampusu na drugi i jeszcze zdążyć na praktyki w liceum przy UKSW, a przy tym nie zginąć pod kołami autobusu gdzieś pomiędzy Dewajtis a Wóycickiego. Gdy rejestracja się zakończyła, przyjaciółki przewróciły się na dywan, śmiejąc się cicho i oddychając z ulgą. Przybiły sobie piątkę i popatrzyły na sufit w pokoju Faustyny.
Miały prawie dwadzieścia trzy lata i obie zaczynały czwarty rok studiów; Wiola była na jednolitych magisterskich, a Faustyna rozszerzała licencjat z filologii polskiej o kolejny stopień. Od czasu pierwszego roku studiowania w Warszawie wiele się zmieniło - Świt i Irysowski zaręczyli się, a Piotr Wilk, tak jak obiecał, zaczął naukę w stolicy i stwierdził w końcu, że fizjoterapia jest mu przeznaczona. Tymek Piasek został licencjonowanym pedagogiem fortepianowym w szkole paryskiej i ani myślał wracać do Polski (a przynajmniej tak mówił, gdy się go o to pytali), zaś Maksymilian Fresk wyjechał z Warszawy do Poznania, by tam podjąć naukę na UAM-ie. Ciocia Matylda wyprowadziła się do Krakowa do Dominika i tylko czasami wracała do swojego mieszkania na Dobrej, które oddała pod opiekę Faustynie i Van Goghowi (choć raczej z naciskiem na Faustynę). Bracia Irysowscy dalej mieszkali na Pradze Północ z tą jedną różnicą, że Michał przygarnął pod ich dach Sarę i przestał być takim pociesznym bucem (no, może trochę). Helena Kabacka skończyła swoje studia w Krakowie i przeprowadziła się do Sercowa razem z Arkiem i niemal sześcioletnią Różą, którą posłała do Zielonej Podstawówki. Józef zaczynał czwarty rok na kierunku lekarskim, na rzecz którego przeniósł malarstwo na naukę zaoczną (nad czym ubolewał, ale po naleganiu Faustyny i prawie że wykrzyczanym: "Nie będę cię zbierała z podłogi, nie znam się na trupach, to ty masz zajęcia w prosektorium!", nie miał innego wyjścia). Wiola Ritaś porzuciła swoje mieszkanie na Starym Mieście i przeniosła się do Fau; łatwiej im było opłacać jeden rachunek na spółkę i oglądać stare filmy romantyczne w piątkowe wieczory. Poza tym Świt znała się na gotowaniu, a Ritaś uwielbiała sprzątać i układać wszystko tak, by wyglądało jak w pokazowym pokoju w IKEA, więc były idealnymi współlokatorkami.
Cały ich świat zdawał się istnieć zgodnie z zasadą panta rhei2 i wszystko było po prostu dobre. Owszem, zdarzały się niezaliczone egzaminy, kłótnie pomiędzy przyszłymi Irysowskimi i noce, kiedy Wiola rzucała słownikiem od łaciny, ale poza tym wszystko było tak, jak powinno być. Ich Avonlea przerodziło się w Białe Piaski, a "Ania Shirley i Gilbert Blythe" coraz bardziej dorastali. Gdzieś wśród wspomnień z liceum pozostały długie wywody o wyobraźni i bezsensowne dramaty, których nie chciał oglądać nikt prócz Boga, odwiecznego widza i suflera. Sęk w tym, że Jego kwestią zawsze było wybaczenie, czasem wciśnięte w środek zażartej kłótni.
A to ich sercowskie życie można było porównać do wina, co najpewniej spodobałoby się Wioli. Im starsi byli, tym dojrzalsi i "słodsi"; wydawać by się mogło, że Bóg zachował to "dobre wino" aż do chwili, gdy byli dorośli. Życie, tak podobne do wesela w Kanie Galilejskiej, obfitowało w cuda, i choć pozornie wydawało się skończone przez różne dramaty, kolejne lata obracały wodę z łez w słodycz miłości, która upajała lepiej niż wspomniany trunek.
Faustyna uniosła się na łokciach i oparła o łóżko, patrząc na namalowaną przez Józka sercowską rzekę i przytulone do niej sady. Uśmiechnęła się delikatnie, zawieszając spojrzenie na dziele narzeczonego; ilekroć patrzyła na ten obraz, jej serce rozpływało się w rozkoszy i wspomnieniach z czasów Żółtego Liceum i pierwszego roku studiów. Gdy wtedy w lipcowy wieczór uklęknął znów przed nią u szczytu Tatr... Gdy usłyszała z jego ust te cudowne słowa... Kiedy całował ją, a ona mogła mówić o nim "mój narzeczony"... Nie mogła wyzbyć się tej przyjemnej, powracającej wciąż myśli, sięgającej do jej serca, ilekroć zerknęła na delikatny pierścionek na swojej dłoni. W jej środowisku śmiano się z troską, gdy "pani doktorowa" przychodziła na zajęcia; zarówno Słonecznik, Świtowie, jak i znajomi z roku Fau uwielbiali Józefa. Przyjacielski i pełen ciepła lekarz zdobył sobie sympatię rodziny narzeczonej, a także jej środowiska akademickiego, dzięki czemu był stałym bywalcem na wszystkich "polonistycznych" domówkach. Także i Faustyna zyskała status "pani Irysowskiej" na WUM-ie; Kamil i Jarek uwielbiali jej towarzystwo, a Marta łagodniała w obecności rudowłosej sercowianki. Jakie też było ich zdziwienie, gdy Fau rzuciła jakimś czarnym żartem po ich zajęciach w prosektorium - Jarek wziął ją wtedy pod rękę i powiedział, że "zazdrości temu idiocie z plastyka takiej przyszłej żony".
Sam Józek, gdyby nie był sobą, też zazdrościłby sobie Faustyny. W każdym swoim środowisku zapytany o dziewczynę z Sercowa zawsze rozgadywał się tak, że wszystkie dziewczęta siedziały jak urzeczone, a chłopcy kiwali głowami, zastanawiając się nad tym, co ten gość robi na tak praktycznych kierunkach. Ale Miłość warta jest każdych słów.
Pani polonistka i pan doktor stanowili więc dla Warszawy coś w rodzaju opus magnum3, podarowane jej przez Sercowo. Nie było to zresztą nic dziwnego, bo robili tyle, ile mogli; prowadzili jedną z grup młodzieżowych przy katedrze floriańskiej i księża "od Florka" nazywali ich swoimi Luigim i Marią Quattrocchi. Angażowali się w kolejne Wiosenne Drogi Światła w Sercowie i odbudowę Żółtego Liceum. Raz nawet udało im się pojechać na pionierkę obozową, gdzie Józek uczył harcerzy, jak odpowiednio skonstruować sobie łóżka, a Fau i harcerki urządziły w kuchni imprezę z kluskami, czekoladą i serkiem śmietankowym. Na swoich uniwersytetach zarządzali kołami naukowymi i działali w samorządach; po prostu byli dla innych i dla siebie. Bo Miłość jest służbą.
- Idziemy na miasto? - Wiola ziewnęła, przerywając rozmyślania przyjaciółki, i podniosła się z dywanu, prawie wpadając na Van Gogha. - Chodź tu, klusko. - Wzięła go na ręce i usiadła obok Faustyny, sięgając po swój telefon. - Może Wilk wyciągnie twojego doktorka z hospicjum, co? - Uniosła brwi, przypominając o tym, że Józef wciąż pomagał w ośrodku na Pociesznej.
- Dzwoń, mam ochotę na spacer po Krakowskim Przedmieściu - wyznała, przymykając oczy i oddychając głęboko. W ubiegłym roku wykryto u niej anemię i usilnie ją leczono; dziewczyna bywała jednak dość często osłabiona, co wynikało także z intensywnego trybu życia. Fau miała to do siebie, że żyła zasadą: "Jest jeszcze wiele do zrobienia" i po prostu to robiła. I choć Józek niekiedy czuwał przy niej w nocy, gdy słabiej się czuła, i powtarzał, że powinna odpocząć, następnego dnia potrafiła wstać i zrobić listę dziesięciu rzeczy do wykonania. Wariatka, stwierdzał wtedy, odwożąc ją na uniwersytet i prosząc, by na siebie uważała. Serce, które nie bije dla kogoś, jest bezużyteczne, odpowiadała, powoli wypuszczając powietrze.
- Idź wziąć żelazo, a ja dzwonię po tych pajaców. Co? Halo? Już jestem na połączeniu? Cześć, Piotrek! - Gdy to powiedziała, Faustyna roześmiała się cicho i przeszła do kuchni. Cmoknęła na Van Gogha, który podreptał za nią, i wyjęła małą ampułkę z szafki nad zlewem.
- Idziesz z nami czy zostajesz? - Ukucnęła przed zwierzakiem, który zamerdał ogonkiem i usiadł na tylnych łapkach. - Popilnujesz Cezara? - Wskazała na klatkę ze starym, śpiącym króliczkiem. Uśmiechnęła się ciepło na jego widok, po czym pogłaskała pieska za uszkiem. - Pewnie, że tak, dzielny z ciebie gość, co nie? - Podsunęła mu miskę z wodą, po czym spojrzała na białe zwierzątko.
Wszystko się zmieniało i wszystko płynęło. Zaliczało się do tego także życie pupila sercowianki, który zestarzał się przez te lata i mimo świetnych warunków i opieki pełnej czułości, dokańczał żywota w mieszkaniu na ulicy Dobrej. Świadoma tego Faustyna z bólem serca myślała o dniu, kiedy nie zastanie w kuchni puszystej kuleczki, jedzącej jej z ręki i dającej się głaskać w chwilach, gdy drżało jej serce.
Przerwała te rozmyślania (wciąż była trochę trzpiotką, jeśli chodzi o wyobraźnię!) i wypiła szklankę zimnej wody, którą zwieńczył krótki kaszel i gorzki smak po tabletkach. Przez chwilę przytrzymała dłoń na sercu, jak gdyby chciała wiedzieć, czy zareaguje ono na to, co dostało, po czym odetchnęła spokojnie. Wróciła do pokoju, sięgając do szafy po beżową katanę, którą zarzuciła na niebieską sukienkę, i rozplotła włosy, przeczesując je przed lusterkiem. Wiola ziewnęła przeciągle, po czym otrzepała swoje ciemne jeansy i podniosła się z podłogi, opierając się o szafę. Jej blond włosy zdążyły odrosnąć do połowy pleców i tym razem ich nie ścięła. Stwierdziła, że dopóki nie wygląda jak stara baba, będzie nosiła długie włosy, a przyjaciele zgodnie uznali, że nawet lepiej jej w takiej fryzurze. Przetarła oczy i poszła do dawnego pokoju Matyldy, który zagospodarowała, i wyciągnęła z szafy skórzaną kurtkę, którą przewiesiła przez ramię, czekając na przyjaciółkę.
Po kilku minutach obie wyszły na oblane Wieczorem Powiśle, które tętniło ostatkami letniego czasu. Zapełnione młodzieżą bulwary pachniały tanim winem i dudniły dźwiękami rozstrojonych gitar, a po Wiśle płynęły znudzone barki pełne migających światełek. Planetarium Centrum Nauki Kopernik rzucało świetliste pasma na ciemniejące niebo, a od strony BUW-u pachniało gorzką kawą, wypijaną przez studentów kompletujących książki z sylabusa. Stukot butów roznosił się po wybrakowanym chodniku i gdzieniegdzie słychać było szczekanie ucieszonych bieganiną psów. Lato dogasało.
Studentki przeszły w kierunku Tamki i skierowały się w górę ulicy pachnącej lodami i owocami; sprzedawcy schowali już swoje stragany i powoli zbierali się do domów, ciągnąc za sobą trudy minionego dnia. No, może nie wszyscy.
Starszy, uśmiechnięty pan z kwiatami na ulicy Chmielnej miał tego dnia jeszcze jednego klienta w błękitnej koszuli i czarnym, cienkim płaszczu. Józef Irysowski, bo to on był owym nabywcą kwiatów, przybiegł na Chmielną prosto z metra na Świętokrzyskiej i prawie zgubił skórzaną torbę ze szkicownikiem, zatrzymując się przed straganiarzem. Poprawił przekrzywiony kołnierz, przeczesał palcami hebanowe włosy i uśmiechnął się do staruszka, prosząc w pośpiechu o "jedną, ale najpiękniejszą różę". Wiedział, że to były "pospolite" kwiaty, jeśli chodzi o podarunki, ale doszedł ostatnio do wniosku (a było to na zajęciach z malarstwa, kiedy Leon kazał studentom namalować krzesło), że nawet to, co pospolite, można zamienić w najpiękniejszy gest świata, zależnie od intencji i włożonego weń serca. A on kochał każdą różę podarowaną Faustynie. I każda z tych róż była jego cichym "przepraszam" za tę jedną porzuconą w sercowskim śniegu na dworcu.
Przeszedł przez Nowy Świat w kierunku Starego Miasta i usiadł na ławeczce Chopina przy pomniku Kopernika, czekając na Piotrka i studentki z Dobrej. Choć to zwykle on spóźniał się na spotkania przez liczne dojazdy, teraz mógł uspokoić oddech i przyjrzeć się rumianemu niebu nad Warszawą. Zawstydzony horyzont chował się za tabunami chmur i osłaniał twarz welonem ciemności, jak gdyby czekał na tych, którzy odkryją go wieczornym pocałunkiem. Czekał na ludzi, którzy nie bali się Nocy.
Irysowski odetchnął głęboko, przymykając oczy i wsłuchując się w dźwięki miasta. Szczekanie psa, szum samochodów, głos informujący o kolejnym przystanku autobusu sto szesnaście. Przyjemny, ciepły wiatr przeczesał mu włosy, jakby chciał powiedzieć: "Chłopaku, jak ty wyglądasz!". Jakieś dziecko proszące mamę o lody, dzwoneczek u drzwi wejściowych do antykwariatu. Ludzie mijali go zapatrzeni w ekrany telefonów lub w twarze swoich towarzyszy, a on siedział pośrodku tego warszawskiego chaosu jak zmęczony pracą anioł stróż. Czyjeś kroki na chodniku, muzyka z ławeczki Chopina. Zaraz... muzyka? Ktoś położył dłonie na jego oczach. Poczuł delikatną skórę pachnącą czekoladowym kremem do rąk. Uśmiechnął się i dotknął tych kochanych dłoni, zdejmując je ze swojej twarzy; przekręcił się, usiadł po turecku i ucałował ciepłą skórę Faustyny, unosząc ku niej ciemne oczy. Uśmiechnęła się, a on wstał, sięgając do torby po różę, która cudem przeżyła ten nagły obrót. Róże to jednak mają szczęście w miłości. Czasami.
- Dobry wieczór, kochanie - szepnął, wręczając jej kwiat, w którego stronę pochyliła się po chwili, by poczuć jego zapach. Był tak upajający, słodki, jak gdyby Miłość zmaterializowała się w tej czerwonej roślince. - To dla ciebie, mam nadzieję, że nie ucierpiała, gdy tu szedłem.
- Dziękuję, jest piękna - odparła wzruszona; każdy jego mały gest poruszał ją do głębi. Popatrzyła na niego z czułością i uśmiechnęła się. - Znowu biegłeś z Pociesznej? - Uniosła się na palcach, przeczesując mu włosy, a on zaśmiał się cicho, mrużąc oczy.
- No to standardowe: "zrzygam się od słodyczy" w wykonaniu Irysowskich odbębnione... - wtrącił Piotrek, za co Wiola zdzieliła go w ramię. - Możemy już iść na pizzę albo kebaba?
- Chodźmy na gofry, błagam, od tygodnia chodzą za mną gofry! - poprosiła Faustyna, odrywając wzrok od Józefa, a Wiola przytaknęła jej skinieniem.
- Z podwójną bitą śmietaną. - Blondynka aż oblizała wargi. - Pizzę możemy zrobić w domu i będziecie mieli pretekst, żeby wpaść - zwróciła się do Wilka i Irysowskiego.
- Pan doktor nie potrzebuje pretekstów - zażartował przyszły fizjoterapeuta. - A nie, sorry, ten pretekst ma na imię Faustyna. - Przytulił przyjaciółkę. - Cześć, mała! - Uśmiechnął się do niej z troską.
- Chodźcie już na te gofry, bo narobiłyście mi smaka - stwierdził Józek, biorąc Faustynę za rękę i całując ją czule w policzek. - Jak się czujesz? - szepnął, gdy Ritaś i Wilk poszli przodem.
- Lepiej - odparła zgodnie z prawdą. Ten dzień (prócz momentu rejestracji) nie był aż tak męczący. Załatwiła tylko formalności w katedrze i ogarnęła listy dzieciaków do bierzmowania, a potem spędziły z Wiolą popołudnie na słuchaniu piosenek Anny Jantar i oglądaniu Przyjaciół ("Dobra, a teraz poważnie, Wiola - Chandler czy Joey? Rossa nawet nie liczę, bo to tak, jakbyś leciała na swojego profesora!"). - Naprawdę - dodała ze śmiechem, gdy przyszły lekarz uniósł z powątpiewaniem brwi. - Zaufaj mi, doktorze Irysowski, znam się na tym. - Cmoknęła go w policzek i odetchnęła głęboko. - Mmm, czuję czekoladę z Wedla.
- Tam dalej są te zajebiste gofry, gdzie facet nakłada multum śmietany za ładne oczy, idźmy na Piwną. - Wiola sprawdziła coś w nawigacji, po czym zwróciła się do przyjaciół: - Pamiętacie, jak robiliśmy zawody w lodziarni na Anielskiej?
- To były czasy, gdy wracałem do domu i rzygałem, a jeszcze nie wiedziałem, co to alkohol i juwenalia. - Wilk zaśmiał się, wbijając ręce w kieszenie. - Ale nie zapomnę smaku lodów różanych i jagodowych. Dałbym się za nie zabić, przysięgam. - Rozmarzył się. - Piasek nie wie, co traci na rzecz ślimaków i bagietek. - Wspomniał o pianiście, którego nie widzieli od lipca. Tymek wracał do Polski sporadycznie i raczej w okolicach świąt. Wtedy spotykali się całą paczką w Sercowie i siadali nad rzeką z pudełkami ciastek i lodów z Anielskiej. Śmiali się z jego francuskiego akcentu i opowiadali o tym, co działo się w Warszawie. I wszystko było tak, jak powinno.
- Jeszcze wróci i przegra - stwierdziła Świt z sentymentem i nutką przekory, patrząc na most Śląsko-Dąbrowski. Okalające Pragę słońce schowało się w drzewach Portu i rumiane niebo wstępowało nad praski brzeg.
- Musi wrócić na kawalerski Józka. - Piotrek puścił narzeczonym oczko, na co Irysowski wywrócił oczami. - No co? To przecież niedługo! Zamierzamy cię spić i patrzeć, co odwalasz; nie dziękuj. Będziesz jak te wszystkie typy z Pamiętników z wakacji, tylko że nie polecimy na Gran Canarię, a nad Kordię. - Skręcili w ulicę Piwną, gdzie znajdowała się cukiernia wspomniana przez Fau i Wiolę.
- Obstawiam, że wy dwaj będziecie tymi najbardziej pijanymi - zauważył ze śmiechem przyszły lekarz, a Faustyna prychnęła cicho. - Halo, halo, nie pamiętacie, jak rok temu Tymek wyznawał miłość pomnikowi Kopernika, kiedy wracaliśmy z Mazowieckiej? "Mogę być twoją gwiazdką?" - przytoczył, a przyjaciele z Sercowa roześmiali się. - "Jesteś dla mnie jak słońce, zawsze w środku mojego serca, tfu, wszechświata" - dodał, na co Wiola stłumiła śmiech.
- Błagam, stop, nie kompromitujcie się dalej. - Świt zaśmiała się, gdy stanęli przed okienkiem z goframi. - Was trzech w "tym" stanie to nie na nasze nerwy. Jeszcze trzeba będzie was zbierać. - Pogroziła chłopakom palcem, a oni tylko wymienili spojrzenia, jak gdyby nie rozumieli jej obaw.
- Pan doktor nas poskłada do kupy. - Wilk szturchnął Irysowskiego w ramię, a ten skinął ze śmiechem głową, uwypuklając na chwilę dołeczki w policzkach. - Poza tym ja nie chcę nic mówić, Fausti, ale to ty jesteś najgorsza po pijaku.
- Jeśli chodzi o "zbieranie", to tobie bliżej do ortopedy niż mnie - odparł Irys, splatając ręce na piersi. - No, bierzcie te gofry, bo nie wytrzymam więcej bez jednego w dłoni. - Spojrzał na Fau i Wiolę, które wspięły się na schodek, rozmawiając ze sprzedawcą. Piotrek oparł się o ścianę obok niego i zerknął przelotnie na blondynkę.
Powoli wracali do siebie, choć było to nieco burzliwe (mniej niż perypetie Irysowskich, ale jednak). Po rozstaniu ze Szczepanem Ritaś miała przez ponad rok awersję do związków, a potem wplątała się w przelotny romans podczas pracy w kancelarii ojca. Zarówno Faustyna, jak i Piotr z Józefem odradzali jej to i martwili się o nią; jakoś więc z tego wyszła, przeklinając mężczyzn przy kolejnych kieliszkach wina. Potem uznała, że danie szansy Piotrkowi "nie byłoby takim głupim pomysłem" (a stało się to po seansie w Karmelowym Kinie). No i, mówiąc kolokwialnie, jakoś to wyszło, że spotykała się z nim teraz na zasadzie "przełamania przyjaźni". W tej swojej nieco pokracznej relacji przypominali Faustynę i Józefa na początku ich znajomości, a wyżej wymienieni kibicowali im z całego serca.
- Weź mi posypkę. Najlepiej wszystkie kolory, jakie są - poprosiła Faustyna, po czym zeskoczyła z murku i usiadła na nim, wsłuchując się w dźwięki gitary dobiegające z chodnika naprzeciwko. Jakiś młody chłopak grał Z nim będziesz szczęśliwsza przed jedną z restauracji i szarpane dźwięki rozchodziły się po wąskiej uliczce Starówki. Ta delikatna, kojąca muzyka była jak turystka, tak niepasująca do pośpiesznego, zabieganego miasta. Zbyt sentymentalna i słodka, gubiła się w tłumie ludzi, niknęła pomiędzy nimi.
- "Z nim będziesz szczęśliwsza..." - zanuciła Fau, spoglądając przed siebie, gdy Józef usiadł obok niej z wielkim gofrem. Zwróciła ku niemu głowę i uśmiechnęła się. - Tak musiał powiedzieć sobie Bóg jakieś sześć lat temu, co? - zagadnęła w momencie, gdy chłopak zaczynał jeść.
- Juś mji tak nje sodź - powiedział, po czym roześmiał się, odsuwając słodycz od ust. - Uwielbiam tę piosenkę, chociaż jest strasznie smutna - wyznał, podając jej gofra. Piotrek i Wiola usiedli obok nich, wsłuchując się w słowa Starego Dobrego Małżeństwa (i nie chodzi tu o studentkę filologii polskiej i studenta medycyny). - Facet musiał mieć straszliwie złamane serce. Pewnie też pisałbym takie piosenki, gdybyś... - Zerknął na pierścionek i poczuł dziwną lekkość w sercu. Wiedział, że nie musi kończyć tego zdania; zrozumieli się bez słów.
Uśmiechnęła się do niego, a ten przelotny, schowany w wieczorze gest przyniósł mu dziwne ukojenie. Choć ich serca niemal płonęły z miłości, w wakacje dwa lata temu doszli do wniosku, że poczekają ze ślubem do momentu, gdy będą już nieco bardziej "ustatkowani" na studiach. Czwarty rok wydawał się do tego idealny - będący nie na początku i też nie jakoś daleko. Choć wszyscy mówili im, żeby brali ślub już na drugim roku studiów, oni - nauczeni wcześniejszym pośpiechem - pozwolili sobie poczekać. W tym czasie byli już pewni swoich uczuć i mogli myśleć bardziej przyszłościowo niż w wieku niespełna dwudziestu lat, gdy tak wiele rzeczy było niepewnych. Gdy ich serca były jeszcze tajemniczym, nieuporządkowanym ogrodem, który oczekiwał na Ogrodnika. I choć była to obustronna decyzja, czekali już tylko na tę chwilę, kiedy będą mogli stanąć w kościele Świętego Ducha i wymienić obrączki. Tak blisko. Józek uśmiechnął się na tę myśl i zerknął ku dziewczynie. Dostrzegła jego spojrzenie, próbując w normalny sposób zjeść gofra (co było niemożliwe przez taką ilość śmietany), i zaśmiała się, opierając się o chłodną ścianę.
- Wrzesień co roku mnie zaskakuje - powiedziała w końcu, gdy udało jej się nie pobrudzić sukienki posypką i śmietaną. - Prawie sześć Wrześni temu poznałam ciebie, pięć wstecz mieliśmy swoją pierwszą randkę, cztery jesienie od pierwszych stresów przed studiami, trzy od chwili, gdy wróciliśmy tu... inaczej. - Zerknęła na pierścionek i zarumieniła się. - Dwa od momentu, gdy Piotrek do nas wrócił, i rok od chwili, gdy mogę pracować w McDonaldzie z licencjatem. - Roześmiali się oboje. - A co w tym roku? - Przygryzła usta, czując słodki smak śmietany. - Jesteśmy tu prawie wszyscy i jest dobrze. Chociaż strasznie się zestarzeliśmy. - Przewróciła oczami, odgarniając do tyłu włosy.
- Tylko na papierku - wtrącił Piotrek, przytulając do siebie Wiolę. Położyła głowę na jego ramieniu i westchnęła cicho. - Jak dla mnie moglibyśmy znów mieć siedemnaście lat i zaczynać drugą klasę liceum w tych ohydnych mundurkach, z nienawiścią do matmy i miłością do lodów z Anielskiej. Ten tu przyszedłby do nas z Batorego i wszystkie straciłybyście dla niego głowę. - Uśmiechnął się do Józka. - Chodzilibyśmy nad rzekę po lekcjach i Bartek wkurzałby wszystkich wokół. Siostra Jagoda wystawiałaby nam czerwone kartki za brak krawatów w dzień Mszy Świętej, a Smokowska próbowałaby przekonać Aśkę do pielgrzymki. I wszystko byłoby takie głupie i dziecinne jak wtedy. - Westchnął z nostalgią. I wszystko byłoby takie proste, gdybyśmy znów byli w Sercowie.
ROZDZIAŁ 2DZIEWIĘĆ GODZIN OD JEJ SERCA
Mnie ta ziemia od innych droższa, ani chcę, ani umiem stąd odejść, tutaj Wisłą, wiatrami Mazowsza przeszumiało mi dzieciństwo i młodość...(Władysław Broniewski, Mój pogrzeb)
Tamten pierwszy, październikowy dzień był wyjątkowo deszczowy i mglisty. Krople robiły sobie wyścigi na szybach Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, po czym gromadziły się na parapetach, jak gdyby chciały podejrzeć studentów na wykładach i ćwiczeniach. Było to dość ciekawe zajęcie jak dla kropel deszczu - codziennie mogły dowiedzieć się czegoś nowego, a potem spływały, zmywały się szybciej niż studenci czwartego roku z praktyk z urologii, będących dla niektórych bardzo krępującymi.
Tego dnia krople deszczu mogły obserwować grupkę studentów ubranych w dwuczęściowe stroje chirurgiczne, którzy pochylali się nad rycinami z poszczególnymi narządami dziecka w różnych fazach rozwoju. Wyglądali, jakby wyszli z pokazu mody jakiegoś niespełnionego lekarza; na kolorowych materiałach nadrukowane były pocieszne zwierzątka, mające najpewniej rozbawiać przestraszone dzieci, które przynoszono do gabinetów lekarskich.
- No, nie wyobrażam sobie robić operacji na dziecku. - Jarek się skrzywił. - Pomyślcie... przywożą wam takie z, no dajmy na to... przepukliną pępowinową, wiecie, gdzie zawartość jamy brzusznej się przesuwa, Boże, zaraz się zrzygam... No i macie takiego maluszka, który najczęściej ma jeszcze wadę wrodzoną i coś z krążeniem, i... No, nie mógłbym! Przecież te dzieci są wielkości niektórych naszych narzędzi. Ja mogę kroić stare baby i kulturystów, serio. Józef ma rękę do takich brzdąców - stwierdził z łagodnością, jakiej nabył przez przebywanie z malarzem.
- Ale nie w tym sensie, błagam. - Irysowski wywrócił oczami. - Poza tym ciszej, bo zaraz wylecisz za "niegodne zachowanie studenta kierunku lekarskiego". - Zrobił cudzysłów w powietrzu i zerknął przelotnie na profesora, cytując nieco wyśmiewany przez wszystkich regulamin.
- Niegodne i nieludzkie to są te ciuszki. - Kamil otrzepał rękawy niebieskiej koszulki i spojrzał na swoje białe crocsy. - Wyglądamy jak obsada Na dobre i na złe. Ale przynajmniej w tych maseczkach nie muszę oglądać waszych brzydkich twarzy. - Uśmiechnął się przelotnie, na co Marta prychnęła cicho. - Dobra, a wracając do dziecka...
- Brzmicie jak banda pedofili - stwierdziła Czernikowska. - Właśnie, a wracając... - Przekartkowała notatki o przepuklinie dziecięcej. - Kiedy ślub, Irysowski? Czekam od dwóch lat i dziwię się, że jeszcze nie pękłeś. - Wlepiła jasne oczy w syna kardiochirurga, który starał się skupić na słowach prowadzącego. U dzieci do drugiego roku życia może wystąpić przepuklina pępkowa, która zwykle zamyka się sama. Jeżeli to nie nastąpi po drugim roku życia, należy ją, moi drodzy, zoperować, i od tego właśnie być może będą państwo...
- Wybrzuszenie ustępuje zwykle po roku od narodzin dziecka i... Czekaj, co? A, ślub. - Uśmiechnął się przelotnie, odkładając długopis. - Oboje z Fau mamy awersję do Zimy, więc celujemy w Lato - odparł szczerze, odrywając się na chwilę od zajęć i czując ciepło wypełniające jego pierś. Niedługo mieli jechać do księdza Mariusza, żeby dopiąć z nim odpowiedni termin, i myśl o tym sprawiała, że miał ochotę się uśmiechać. - Na pewno po sesji. - Zaśmiał się cicho, a Marta westchnęła.
- Cztery lata cię znam i świadomość tego, że już żadna cię nie wyrwie jest, wow, zaskakująca, doktorku. Takich ciastek nie zostawia się w pudełku. - Wymierzyła mu kuksańca, po czym usiadła na wysokim stołku, obsuwając nieco maseczkę. - Ale chyba dużo się zmieniło, co? Byłeś strasznie impulsywny, kiedy tu przyszedłeś.
- Tak, to prawda - zgodził się skinieniem głowy i popatrzył na okno pokryte deszczem. Ale teraz mam spokój, pomyślał. I ją. W końcu mam ją.
- Profesorze, mógłbym panu porwać jednego studenta? - Prodziekan pojawił się w progu sali do zajęć z chirurgii i uśmiechnął się do studentów. - Jak tam? Na co jesteście dziś "cięci", kochani? - Puścił im oczko, a kilku przyszłych lekarzy zdusiło śmiech. Sytuacyjne żarty prodziekana były czymś, na co zawsze wszyscy czekali, ale nikt nie miał odwagi przyznać się, że faktycznie ich bawią.
Mężczyźni rozmawiali ze sobą przez chwilę, po czym pan Karolewski skinął na Józefa i wyszedł z sali zajęciowej. Student medycyny wymienił spojrzenia z przyjaciółmi, a następnie zdjął rękawiczki i maskę, wciskając je do kieszeni. Przetarł ręce i wyszedł na chłodny, pogrążony w ciszy korytarz; przez otwarte okno wpadał rześki, pachnący deszczem wiatr. Józek przeczesał palcami włosy i spojrzał na prodziekana, który usiadł na wysłużonej, drewnianej ławce pod jedną ze ścian i poklepał miejsce obok siebie. Czarnowłosy poczuł, że robi mu się duszno; pociągnął za kołnierz koszulki od stroju chirurgicznego, po czym usiadł obok prodziekana, przełykając w nerwach ślinę. Czy coś się stało? Czyżby miał za mało punktów ECTS? Nie zaliczył czegoś w ubiegłym roku?
- Niech pan weźmie głęboki wdech, bo zaraz będziemy tu mieć zaburzenia oddychania w przebiegu ostrym. - Uśmiechnął się, widząc jego zdenerwowanie.
- Panie profesorze, jeśli chodzi o ćwiczenia z zeszłego roku to... - Chciał się wytłumaczyć, jednak Karolewski przerwał mu ruchem dłoni. Józef zamilkł więc i wbił w niego ciemne oczy.
- Wszystko ma pan rozliczone jak do absolutorium - powiedział łagodnie. - Nawet te nieszczęsne ćwiczenia z pierwszej pomocy. - Uniósł brwi. - Ale nie przychodzę, żeby ścigać pana za zajęcia, nie. Od tego mam ludzi. - Zaśmiał się. - Słyszał pan może o angielsko-niemieckim programie "HeartBeat", w którym wzięła udział nasza uczelnia? - mówił powoli, a jego głos mieszał się z odgłosami deszczu.
- To te wymiany? - Zawahał się, domyślając się tego, co chciał mu przekazać profesor. Ten tylko skinął głową, po czym zerknął na otwarte okno; zza szyby wyłaniało się Pole Mokotowskie pogrążone w dżdżystej mgle.
- Blisko, blisko. To nasze projekty naukowo-badawcze w innych placówkach związanych z kierunkiem lekarskim. W tym roku WUM podpisał umowy z uniwersytetem w Toronto, z Charité w Berlinie i Imperial College w Londynie. To szanowane, duże placówki, bardzo prestiżowe, dlatego starannie wybieramy studentów, których tam poślemy. - Gdy to powiedział, Józef poczuł nagłe ukłucie w sercu. - Sporządziliśmy już wstępną listę kandydatów i dziekan zobligował mnie do poinformowania pana o tym, że się pan na niej znajduje. Przydzieliliśmy pana do grupy naszych studentów w Toronto z uwagi na tamtejszy zespół kardiochirurgiczny, bo wiemy, że ma pan w planach tę specjalizację.
- Boże... - wydusił z siebie chłopak, czując zimny pot oblewający mu kark. Toronto? Jeszcze chwilę temu myślał tylko o tym, by już na serio (jak gdyby wcale nie robił tego wcześniej) zacząć rezerwować salę, robić listę gości na wesele, a tu... Toronto? Absurd! Odetchnął głęboko i dłonie mu zadrżały. - Panie profesorze, ja... Na jak długo? - Modlił się, by był to miesiąc, góra dwa. Wtedy jeszcze wszystko byłoby dobrze.
- Około pół roku, nieco ponad semestr zimowy, zobaczymy, jak poradzą sobie państwo z materiałem w nauczaniu anglojęzycznym i stworzeniem projektu naukowego. - Mężczyzna dostrzegł, że student zrobił się blady. - Wszystko w porządku? Panie Irysowski, to ogromna szansa. Dzięki rekomendacji tych placówek będzie pan złotą rybką na rynku pracy, każdy szpital pana zatrudni, ba! prywatne kliniki będą się biły o to, by pan u nich pracował, a staż to będzie tylko formalność. Druga taka szansa może się nie zdarzyć - zaznaczył, na co Józef wstał, czując, że nie wytrzyma dłużej na siedząco. Choć zwykle był osobą łagodną i opanowaną, teraz emocje gwałtownie go poderwały.
- Proszę wybaczyć, panie profesorze, nie chcę wyjść na niewdzięcznego, ale pan nie rozumie, ja... - Rozłożył bezradnie ręce. - Ja mam narzeczoną, nie mogę... - Przetarł dłonią podbródek i popatrzył na mokre okno. Do jego pamięci wróciła zimowa szyba w warszawskim szpitalu i siedząca przy niej dziewczyna o długich, miedzianych włosach.
- Jeśli... te zmiany w mózgu... utrata pamięci, ten wzrok... jeśli stracę... - Przełknął ślinę. - Czy ty... - Nie dokończył. Dziewczyna usiadła obok niego i pocałowała go lekko w chłodne usta. Delikatnie odgarnął jej włosy dłonią z wkłutym wenflonem i poczuł, jakby jego płuca odetchnęły pełniej. Linia na monitorze EKG przyspieszyła.
- Nie mogę jej tu zostawić - rzekł błagalnie, a jego głos był na granicy załamania. - Nie ma możliwości przeniesienia mnie do Berlina? Londynu? Proszę... - Usiadł przy profesorze i spojrzał na niego z oczekiwaniem. - Toronto jest tak daleko, to inny kontynent... - Głos uwiązł mu w gardle, gdy wypowiedział te słowa. Ich brzmienie wydawało mu się tak dramatyczne, że pragnął ogłuchnąć. Z jednej strony chciał myśleć racjonalnie; szansa, praktyki, nowe środowisko. W opozycji do tego pojawiała się jednak myśl, że wszystko to, czego potrzebował, było tutaj.
- Zobaczę, co da się z tym zrobić, a pan... Niech się pan z tym prześpi, dobrze? - rzekł po chwili mężczyzna, czekając, aż ten się uspokoi. - I niech pan koniecznie porozmawia z narzeczoną. To na pewno mądra kobieta, zrozumie szansę, jaką pan dostał, i będzie tu na pana czekać - dodał i poklepał go po ramieniu, po czym odszedł w stronę swojego gabinetu.
Józef odetchnął głęboko i ukrył twarz w dłoniach. To pan nie rozumie, rzekł w duszy. Pan nie rozumie, że to ona była i jest moją szansą na to, by nauczyć się miłości, by, cholera, po prostu kochać i być kochanym. Wytarł zwilgotniałe oczy i popatrzył na ścianę przed sobą. Toronto. Prawie siedem tysięcy kilometrów. Jak siedem cudów świata zamkniętych w jej oczach, które straciłby na pół roku. A czy można żyć bez cudów? Pewnie można, wszystko można. Ale jakie to wtedy jest życie?
Wyjął telefon i odblokował go, wybierając ikonkę kontaktów. Przez chwilę patrzył na numer Faustyny, tak często przez niego wybierany, po czym zgasił ekran i zacisnął mocno usta, wlepiając wzrok przed siebie. Prawie dziewięć godzin samolotem od jej serca. Pokręcił z rezygnacją głową, czując łzy pod powiekami. Tato, co ty byś zrobił?, zapytał w duszy ni to Pawła, ni samego Boga.
Wiedział, że Faustyna będzie starała się go zrozumieć, przytaknie i powie, że to wielka szansa. Przytuli go, a on nie dostrzeże łez, jakie zaszklą się w jej oczach; zetrze je szybko i uśmiechnie się z otuchą, pocałuje go i nawet pomoże się spakować. Lecz oprócz jej charakteru znał też jej serce. I wiedział, że ono rozpadnie się na siedem tysięcy kawałków, ciągnących się za nim od Sercowa do Toronto. Tak bardzo ją kochał, do szaleństwa i wieczności, że nie wyobrażał sobie, by znów mógł stracić ją na długie miesiące. To właśnie bycie przy niej było tym, co tak uwielbiał i doceniał; długie, letnie noce, gdy zasypiała w jego ramionach, i zimowe poranki pachnące kakao i bułeczkami z piekarni na rogu Targowej, gdy potrafiła zerwać go z łóżka o świcie. Czekał na chwilę, gdy skończy zajęcia, by móc wysłuchać jej opowieści o praktykach w podstawówce i małym Marcinku, który narysował dla niej laurkę i nazwał "swoją ukochaną panią". Ile to razy biegł do katedry floriańskiej, byleby usiąść w ostatniej ławce i posłuchać, jak mówi do przyszłych bierzmowanych o tym, jak bardzo Bóg ich kocha i do nich tęskni. I, Boże drogi, jak on ją kochał i do niej tęsknił! A teraz?
Odchylił głowę i popatrzył na sufit, a za jego plecami znów rozpadał się październikowy deszcz. Myśl, Irysowski, myśl. Musi być jakieś wyjście.
***
Faustyna zamknęła na moment zeszyt z notatkami do literatur powszechnych, zastanawiając się, na jaki kolor zaznaczyć rosyjską, po czym upiła łyk zimnej już herbaty. Pierwszy semestr czwartego roku filologii polskiej zaczął się informacją o ponad trzystu godzinach zajęć do zaliczenia i bitwą o praktyki, a także litanią zażaleń i skarg do Biura Karier, które owe praktyki załatwiało. Polonistka odsunęła nieco swoje zapiski, po czym - przytrzymując kubek w dłoniach - obróciła się na krześle, patrząc na akrylową rzekę i sercowskie sady, które wyglądały jak żywe; zresztą, jak zwykle.
Ilekroć patrzyła na ten kawałek jej serca, miała wrażenie, że znów widzi pochylonego nad obrazem Józefa, który przekomarza się z Matyldą na temat doboru kolorów i pędzli. Już znała na pamięć jego głos, śmiech i spojrzenie. Spędzając z nim tyle lat, potrafiła opisać charakterystyczne dla niego gesty, słowa czy impulsy, a przy tym pozostawiała nutkę niedopowiedzenia w tym, co o nim mówiła. Coś, co było tylko dla niej. Smak jego ust przy pocałunku, delikatność dłoni chwytającej jej palce, wywołujący dreszcze szept, tak pełen czułości i czegoś niezmiernie pociągającego. Wzdrygnęła się na samą myśl i dopiła herbatę, wstając w kierunku kuchni. Przez anemię, czy co to tam męczyło jej serce, musiała uważać przy nagłych ruchach; często kręciło się jej w głowie i prześladowało ją poczucie zimna; czy to Lato, czy Jesień, zdawało jej się, że jej dłonie są wieczne chłodne. Może prócz momentów, gdy on je całował.
Obmyła kubek i postawiła go przy zlewie, po czym sięgnęła po składniki na obiad; Wiola miała wrócić nieco później i przyprowadzić ze sobą Piotrka, który - z czego śmiali się jego przyjaciele - chodził wiecznie głodny i zgadzał się zjeść wszystko, co mu dano. Świt uśmiechnęła się na myśl o przyjacielu; tak bardzo cieszyła się, że on i Wiola znów byli razem. Lub próbowali być, jak kto woli. Ceniła Wilka ponad wszystkich swoich męskich znajomych i przyjaciół i widziała, że Wiola męczyła się przy innych facetach. Piotrek był dla Ritaś tym, kim Józef dla Faustyny - stanowił dla niej żyzną ziemię z przypowieści o siewcy. Jej miłość ziarno nie mogła w pełni wyrosnąć nigdzie indziej i choć próbowała, wciąż natrafiała na "brzeg drogi", "grunt skalisty" lub też "ciernie".
Ledwo te myśli zadomowiły się w jej sercu, usłyszała huk w korytarzu i po chwili ktoś trzasnął drzwiami. Van Gogh uniósł swoje jedyne ucho, jak gdyby sprawdzając, co się dzieje, jednak musiał uznać to za mało interesujące, gdyż nie ruszył się ze swojego miejsca przy klatce Cezara. Faustyna otrzepała ręce, po czym skinęła na pieska, wychodząc w kierunku korytarza. Cudem powstrzymała się od śmiechu i zakryła dłonią usta, widząc Wiolę Ritaś opartą o ścianę tuż pod kopią Babiego lata i Piotrka Wilka całującego ją szybko i namiętnie, jakby każdy jej oddech miał znaleźć przystań u brzegu jego warg. Świt chrząknęła znacząco, a jej przyjaciele oderwali się od siebie; Wiola wygładziła bluzkę i jak gdyby nigdy nic sięgnęła do butów, by je zdjąć. Metr dla Ducha Świętego, dzieciaczki, przypomniała sobie Świt.
- Cześć, Fau - zreflektował się Piotr. - My, no, e... Nie miałaś dziś jakichś zajęć z językoznawstwa? - Podrapał się po karku, a dziewczyna pokręciła ze śmiechem głową, wywracając oczami i splatając ręce na klatce piersiowej.
- Ja nie, ale... - Powstrzymała się od żartu, który przyszedł jej na myśl. Stanowczo za dużo humoru Jarka Czernikowskiego, pomyślała. - Robię obiad, ale myślałam, że wrócicie później i na spokojnie sobie to ogarnę... - Nim skończyła mówić, Wiola wyprostowała się gwałtownie, odgarniając włosy do tyłu. - Piotrek, nie kuś. - Skinęła na przyjaciela, a ten zorientował się, że ma do połowy rozpiętą koszulę. - Mogę wyjść, jeśli...
- Nie! - powiedzieli w tym samym momencie i roześmiali się.
- Boże, czuję się jak nastolatka przyłapana przez rodziców. - Ritaś przeszła do kuchni i nalała sobie soku, siadając przy stole. Piotrek oparł się o futrynę i splótł ręce na piersi. - Co za żenada... - Przetarła twarz, by ukryć rumieńce.
- Dziwnie nazywasz miłość - odparła z uśmiechem Faustyna, wracając do krojenia ziemniaków na mniejsze kawałki. - No i twoim rodzicom nie powiem, nie martw się - zażartowała, zakładając za ucho niesforny kosmyk włosów. - Jak było na uczelni? - zagadnęła, wrzucając ziemniaki do garnka, i przełożyła sobie deskę do krojenia warzyw tak, żeby stać przodem do przyjaciół.
- Spotkałam Szczepana - powiedziała Wiola, a Piotrek najspokojniej w świecie pił wodę. - Nieźle się bawi na tym ASP, nie powiem. Wyrwał jakąś laskę z grafiki, podobno zna się z tym... Jak miał na imię ten buc, który jest bratem Józefa?
- Michał - podpowiedziała jej Fau, przez nieuwagę prawie nacinając nożem własne palce. - Ale według mnie Misiek nie jest bucem. On bywa bucem. - Uśmiechnęła się, sięgając po pomidory. - To dobrze, że Nowicki sobie to jakoś poukładał - dodała po chwili, zerkając co rusz w stronę swoich sercowskich towarzyszy. - Był taki zagubiony, było mi go szalenie szkoda wtedy przed tą kawiarnią, ale jego prace są naprawdę fantastyczne.
- Niech ma coś od życia, jak nie mógł mieć Wioli - rzucił Piotrek, na co Ritaś kopnęła go w nogę. - Aua? Spotkamy się w sądzie za pobicie, pani adwokat. - Puścił jej oczko. - Fau, Józek przyjdzie? - zagadnął przyjaciółkę, która wrzuciła warzywa do miski i podała mu ją, by je wymieszał.
- Do późna siedzi na WUM-ie, mają niebotyczną liczbę ćwiczeń. Chyba wszystkie możliwe dziedziny. - W jej głosie wybrzmiała troska i nuta żalu. - Pewnie wróci późno i od razu pojedzie do domu. - Westchnęła cicho, sypiąc sól do garnka z ziemniakami. Martwiła się o chłopaka, który wciąż przedkładał własną ambicję nad sen i samopoczucie. Na czwartym roku dołożono jego kierunkowi dwa tygodnie praktyk z chirurgii i tyle samo z intensywnej terapii, co wiązało się z podkrążonymi oczami i trzęsącymi się ze zmęczenia dłońmi. Po poprzednich praktykach wielokrotnie zasypiał z głową na jej kolanach, gdy delikatnie gładziła go po włosach i zatapiała się w ciszy jego obecności.
- Zobaczysz, jak już się chajtniecie i dopuszczą go do pacjentów, to będzie do ciebie dzwonił w środku nocy z tekstem "Kochanie, będę za pięć minut, wstawiaj ziemniaki" - powiedział pół żartem, pół serio Piotrek, a Fau tylko uśmiechnęła się znad kotletów, które obtaczała w jajku.
- Ewentualnie będziemy go zbierać spod jakiegoś szpitala. - Wiola przetarła sztućce i otworzyła okno, wpuszczając do kuchni podeszczowy chłód, który już nie wiązał się u Świt ze strachem. To znów były po prostu łzy aniołów. Faustyna przymknęła oczy, rozkoszując się zapachem deszczu, i westchnęła cicho. Ile by dała, by on był teraz przy niej. - Fau, dobrze się czujesz? - Rudowłosa skinęła głową, po czym oparła się o blat i wytarła ręce w ścierkę, wiszącą na rączce do piekarnika.
- Po prostu uwielbiam deszcz, kojarzy mi się z laskiem za szkołą i altanką przy rzece. Powinni kiedyś wstawić do niej przynajmniej jedną ścianę, żeby krople nie wpadały ze wszystkich stron. Chociaż to pewnie zabrałoby jej coś z tego deszczowego romantyzmu. No i jestem tak studencko głodna. - Zaśmiała się, przecierając czoło. - Piotrek, wymieszanie pomidorów z sałatą i ogórkiem naprawdę nie jest na poziomie Magdy Gessler. - Wywróciła oczami, zerkając na miskę, którą przyjaciel trzymał w dłoniach.
Kilkanaście minut później siedzieli już we trójkę przy stole, śmiejąc się i rozmawiając o praktykach Piotrka w ośrodku rehabilitacyjnym dla dzieci. Wieczór na Powiślu malował się barwami, o których Leon Rafka powiedziałby "ciepłe, choć nie tak gorące jak młody Wyspiański"; słońce kryło się za Planetarium i odbijało w szybach elektrowni, a chmury przeglądały się w Wiśle, która beztrosko płynęła w kierunku Bałtyku.
Gdy Piotrek uznał, że czas najwyższy pouczyć się klinicznych podstaw fizjoterapii, Faustyna i Wiola siedziały w kuchni, wycierając pozmywane talerze i pijąc przesłodzoną kawę z ekspresu Matyldy. Ekscentryczna ciotka zostawiła po sobie masę rzeczy i do Krakowa zabrała jedynie to, co uważała za najpotrzebniejsze. Jeśli zaś chodzi o branie, to ślubu brać nie chciała, choć brat usilnie ją do tego namawiał. Jeszcze będę miała czas na takie ceremonie, może Bóg mi wybaczy i przymknie oko na taką starą wariatkę, mówiła. Mieszkała z Zawadzkim przy ulicy Armii Krajowej na wschód od Starego Miasta i na północ od Błoni Krakowskich, na których uwielbiała się opalać w letnie poranki. I była szczęśliwa.
Faustyna, której zostawiła swoje mieszkanie i Van Gogha (Dominik, co za pech, miał uczulenie!), dzwoniła do niej czasami, gdy w tej "małej galerii sztuki" na Dobrej brakowało naczelnej malarki. Muzeum Narodowe w Warszawie z bólem pożegnało swoją dyrektor zastępczą, a jego oddział w Krakowie z dumą zaktualizował swoją stronę internetową, dodając nazwisko Matyldy do grona swoich pracowników.
Świt uśmiechnęła się na myśl o ciotce, podkreślając w zeszycie od literatury powszechnej okresy w jej ruskiej historii. Staroruski, zjednoczeniowy, brązowy, złoty... Oczy jej się kleiły, jednak za kilka dni zaczynała praktyki i chciała dopiąć notatki ze stałych zajęć. Przerzuciła kartki z wierszami Symeona Połockiego i zatrzymała się na podkreślonym przez siebie cytacie.
Szczęśliwa jesień ma róg obfitości:W niej człowiek zbiera owoce w radości.
Jesień. Faustyna Świt uwielbiała tę porę roku za to, że podarowała jej Józefa. I za to, jak była piękna. Mogła bez końca przesiadywać w Parku Praskim czy Lasku Bielańskim i zachwycać się złocistymi i czerwonymi krajobrazami. Kochała ten ni to chłodny, ni ciepły powiew wiatru i zapach deszczu czy jesiennej burzy, kiedy niebo ciemniało nagle, a ona mogła wtulić się w ramiona Irysowskiego. Jesienią nawet herbata smakowała inaczej, jakoś tak lepiej, i dziewczynie wydawało się, że o tej porze roku ludzie są jakoś bliżej siebie; bo jeszcze czują ciepło Lata, a jednocześnie mają świadomość nadchodzących chłodów Zimy. A pory roku nie zmieniają się tak szybko.
Odsunęła notatki i wstała od biurka, by położyć się już do snu, gdy jej telefon zawibrował. Przetarła oczy i spojrzała na wyświetlacz, siadając na łóżku. Ciekawski Van Gogh przycupnął u jej stóp, patrząc na twarz Dziewczyny Pachnącej Kwiatami. Faustyna uśmiechnęła się lekko, po czym opadła na łóżko, przymykając oczy i czując miękką kołdrę na swojej skórze.
JÓZEK: Dobranoc, kochanie. Przepraszam, że nie mogłem dziś wpaść, ale chirurgia dziecięca to jakiś żart (znaczy, no nie dla dzieci, które mają coś z żołądkiem, ale wiesz). Śpij dobrze, myślę o Tobie (tak intensywnie, że spaliłem Michałowi tosty i teraz siedzi obrażony z Sarą, oglądając jakiś żenujący film). Kocham Cię.
ROZDZIAŁ 3HEKSA, ŠKODA I TROCHĘ WODECKIEGO
Zakochani mówili - przecież nie do wiary czy to prawda może się nam zdaje czy tak łatwo się spotkać cierpiącym na miłość w świecie w którym kłopoty nasze nie ustaną.(ks. Jan Twardowski, Kłopoty zakochanych)
Soboty miały w sobie coś niesamowicie przyjemnego. Ich nazwa, pochodząca od szabatu, czyli odpoczynku, wnosiła w ten dzień jakąś przyjemność i sielskość, jakiej nie posiadały inne dni tygodnia. Z takiego założenia wychodziła Faustyna, kiedy mogła obudzić się o losowej godzinie bez asysty budzika i narzekania Wioli na zbyt gorzką kawę. Kiedy przelotny, jesienny deszcz był słodkim, rześkim dodatkiem do późnego poranka, sięgającego już niemal do południa. Lubiła leżeć wtedy nieco dłużej w pachnącej wanilią pościeli i myśleć o drobnych bzdurach, zakrywać się kołdrą po szyję i nie musieć stawiać bosych stóp na zimnej podłodze. W soboty nie trzeba było biec na przystanek, by dojechać na uczelnię, oddać książkę do biblioteki czy też odebrać materiały na bierzmowanie od księdza. Sobota po prostu była i pozwalała sobie na to spokojne, arkadyjskie wręcz egzystowanie. I taką obecność Faustyna ceniła.
Wtuliła się w pachnącą kołdrę, gdy do jej pokoju dobiegł zapach zielonej herbaty i mleka. Uśmiechnęła się; Wiola nie znosiła pić mleka rano, a mało kto wiedział o słabości Świt do tego herbaciano-mlecznego napoju. Przetarła więc oczy i uniosła się na łokciach, powstrzymując ziewnięcie. Przeczesała na szybko włosy i już miała się całkiem podnieść, gdy w progu stanął Józek z kubkiem herbaty i talerzem pełnym malutkich rogalików z piekarni na Tamce.
- O, widzę, że sercowska księżniczka już wstała. - Przywitał ją uśmiechem, stawiając oba naczynia na biurku i siadając po drugiej stronie łóżka. - Wiolka mi otworzyła i poszła spać, mamrocząc coś o "nieludzkiej godzinie". - Pokręcił ze śmiechem głową, patrząc na nią z czułością. - Mam nadzieję, że cię nie obudziłem.
- Jeśli zapach zielonej herbaty miałby zastąpić mój budzik, to, o matko sercowska, tak, proszę. - Zaśmiała się, przytulając się do niego z czułością. Odgarnął jej włosy i ucałował w czoło, a ona poczuła zapach jego koszuli, która przesiąknęła wonią herbaty. - Czy kiedyś uda mi się ciebie tak obudzić? Czemu nie odsypiasz, hm? - Uniosła głowę, patrząc na niego uważnie i opierając się na jego piersi. - Sobota to idealny dzień na spanie, doktorze Irysowski. - Powiodła palcami w górę jego torsu i ucałowała go w policzek, kładąc na nim dłoń.
- Jest też idealny na to, by zabrać narzeczoną na randkę - odparł, uśmiechając się do niej czule. Uwielbiał zwracać się do niej tym słodkim, pięknym wyrazem narzeczona. Było w nim coś niezwykłego, prawie jak "przeznaczona". A Fau, nie dało się ukryć, chyba musiała być mu przeznaczona przez Ducha Księgi nad Księgami. - No, nie rób takiej miny! Spotkania to nie to samo, co randki. A dziś chcę cię zabrać na randkę - szepnął w jej usta, skradając z nich pocałunek.
- Ty flirciarzu! - Zaśmiała się, rzucając w niego poduszką-owcą. - Gdzie idziemy? - Uniosła brwi, opierając się na jego torsie.
- Raczej jedziemy, po coś zrobiłem to prawko. - Wyjął z kieszeni kluczyki od swojej czarnej škody citigo i obrócił je na palcu. - A bez śniadania z tobą nie wyjdę - dodał, podając jej kubek gorącej herbaty. Kochany, pomyślała, zwracając w sercu uwagę na to, jak bardzo chłopak potrzebował ofiarowywać jej coś od siebie; drobne gesty, pozornie zwyczajne prezenty. Językiem jego miłości do niej był właśnie gest, sprezentowany ukradkiem i bez wielkich fajerwerków (co nie zmienia faktu, że każdy z takich "podarków" był dla Faustyny na wagę złota). Sam zaś wolał otrzymywać słowa; przebywanie z nią, słuchanie jej było tym, co dawało mu poczucie bezpieczeństwa i przywiązania. Dlatego tak bardzo nie znosił Ciszy.
- Jesteś aniołem - szepnęła, odprowadzając go spojrzeniem, gdy wstał po talerz, i przytrzymała przez chwilę jego dłoń. Ciepła skóra była tak przyjemna w dotyku, że poczuła dreszcze przebiegające po karku.
- Bo z tobą "jestem w niebie". - Puścił jej oczko. - Widzisz, tak się to robi. - Pocałował ją w czoło i wyszedł do kuchni. Faustyna tylko cicho westchnęła.
Kilkanaście minut później zastała go w salonie, czytającego notatki z onkologii. Choć jeszcze nie nosił na stałe okularów, nieraz mrużył oczy przy czytaniu i musiał cofać się w tekście, bo przegapił jakiś akapit czy ważny fragment. Miał dwadzieścia trzy lata, a wciąż rozczulał ją jego widok w nieco luźniejszym czarnym golfie, zmierzwionych przez wiatr włosach i ze skupionym na czymś spojrzeniem. Uśmiechnął się mimochodem, patrząc na nią z troską. Usiadła na krawędzi kanapy, wygładzając karmelową sukienkę z długim rękawem, po czym oparła się na jego ramieniu i spojrzała na czytany przezeń tekst. Przyszła żona doktora.
- Chodź, zanim Wiolka znów wstanie - szepnął, zamykając notatki i spoglądając na nią. Rozpogodziła się, odgarnęła mu nieco włosy z czoła, po czym ucałowała bladą skórę chłopaka.
Cicho zeszli na dół do zaparkowanego przy kamienicy samochodu. Gdy wsiedli do środka, Józek włączył delikatną muzykę fortepianową i zerknął na rudowłosą, która odchyliła głowę na siedzeniu i spojrzała na niego z ufnością. Boże, gdybyś wiedziała, co muszę ci powiedzieć...
- Czekają nas jakieś dwie godzinki jazdy. - Uważnie obserwował zwróconą w jego stronę nawigację. Świt oparła się wygodniej, wyciągając notatki z dialektologii i przewracając kartki tryskające kolorami. - Czego się uczysz?
- Gwary poznańskiej, jeny, jest taka urocza, Kamil miał rację! - Uśmiechnęła się, szczęśliwa, że może komuś opowiedzieć o swoich zajęciach. - No, nie kielczyj się! - Roześmiała się, rzucając mu to gwarowe słowo. - Wyobraź sobie, że ktoś na kota mówi "kociamber". No czy to nie jest przeurocze? Albo, hm, "heksa" na wredną kobietę.
- A, znam jedną heksę, chodziłem z nią do drugiej klasy liceum. - Uśmiechnął się. - Chłodna babka, a włosy ogniste. - Wzdrygnął się z rozbawieniem, gdy Świt prychnęła pod nosem. - Potem gdzieś zniknęła, bo się jakiś cep do niej absztyfikował. - Użył znanego sobie określenia z gwary warszawskiej na "zalecanie się do kogoś".
- Bardzo przystojny i mądry cep. - Zmierzwiła mu włosy i cmoknęła w policzek. - Masz zielone po lewej. W ogóle gwary i języki potoczne tak świetnie się dopełniają, brzmią ze sobą. W gwarze warszawskiej masz takie słowo "fajtnąć", i to znaczy "umrzeć". A "chajtnąć", w mowie potocznej, to "wziąć ślub".
- Cienka granica od jednego do drugiego - stwierdził, skręcając w stronę Ochoty i wylotówki na Pruszków. - Właśnie, myślałaś już tak poważniej nad terminem? - rzekł powoli, starając się nie zdradzać na razie tego, co chciał jej powiedzieć. - Ślubu, oczywiście, zgonu chyba nie planujemy.
- Byłoby to romantyczne, ale myślę, że ślub jest wyżej w moim aktualnym spisie romantycznych rzeczy do zrobienia z tobą. Wydaje mi się, że tak jak mówiłeś, sierpień i Lato będzie piękne... Poza tym nie wytrzymam już dłużej, wiesz o tym! - Rozmarzyła się i jej głos stał się miękki i jakiś delikatniejszy. - Te długie, ciepłe noce i przyjemny chłód, jak gdyby idący od gwiazd... Matko sercowska, jak byłam mała, to myślałam, że w kosmosie jest istna patelnia, a tam jest tak przeraźliwie zimno. I to jest w sumie takie, jeny, no ludzkie. Że przy innych gwiazdach ludziach jest nam tak przyjemnie ciepło, a gdy się oddalą... jest chłód. Ale oni też dalej są. - Uśmiechnęła się, a on poczuł, jakby jego serce stało się ogromnym ciężarem. - I też nie każda gwiazda jest "dobrym" ciepłem. Niektóre mogą nas przegrzać. - Chrząknęła znacząco, a Irysowski przewrócił oczami.
- Żarty o czadzie już naprawdę nie są zabawne - rzucił z udawaną powagą. - Dobra, może trochę. - Przełknął ślinę, myśląc o tym, co powiedziała. O tym, że jest chłód. Ale że to ciepło dalej gdzieś jest. - W sumie to, co mówisz, można podciągnąć pod katechezę dla dzieciaków - stwierdził po dłuższej chwili, omijając raniący go temat. - Że bez Boga czujemy chłód, ale to nie znaczy, że źródło ciepła zniknęło. Ono jest, tylko się od niego oddaliliśmy. - Spostrzegł, że Świt uśmiechnęła się szeroko.
- Bycie ewangelizatorem ci służy - zauważyła z dumą, po czym wyjrzała za okno. - Będziemy jechać obok Sercowa?
- Troszeczkę bardziej na południe. - Uchylił jej szybę i rześki wiatr wpadł do środka samochodu, rozwiewając włosy dziewczyny.
Odkąd zrobił prawo jazdy, uwielbiała jeździć z nim za miasto i oglądać polskie krajobrazy przez uchyloną szybę. Czuć na policzkach porywisty wiatr, pozostawiany gdzieś w tyle, i zapach zboża lub deszczu. W Zimę płatki śniegu osiadały na szybie, zasłaniając ciekawskiemu słońcu czy gwiazdom skradzione w samochodzie pocałunki. Gdy była Wiosna, za Warszawą łąki oblewały się kolorami, a każdy z nich miał dla Faustyny Świt swój specyficzny zapach; żółty pachniał zbożem, zielony świeżo skoszoną trawą, czerwony polnymi makami, a biały słodką akacją. Niebo, tak podobne do niezapominajek, nigdy nie zapomniało swoich obserwatorów; pochylało się nad nimi z rozkoszą, czasami roniąc ciepłe łzy w postaci letniego deszczu.
Zerknął na nią przelotnie, kierując się na szosę w kierunku Radomia. Wpatrzone w drogę oczy, rozwiane włosy, których kosmyki mieniły się jak bursztyny. Blada skóra przykryta karmelową sukienką i słodki zapach kwiatów, który otaczał ją całą. Perspektywa opuszczenia jej na pół roku wciąż łamała mu serce i nie wiedział, jak ubrać w słowa to, co chciał jej powiedzieć. "Wyjeżdżam na cały semestr"? Czy może "Dostałem szansę i chociaż mi trudno, jadę"? Prawą ręką sięgnął do jej dłoni i przytrzymał ją przez chwilę, czując lekki chłód jej palców.
Kilka dni temu spędził pół nocy w kaplicy adoracji katedry floriańskiej, zastanawiając się, co ma zrobić. Wiedział, że uczucie, jakie łączyło jego i Faustynę, było już na tyle silne, że przetrwałoby ewentualną rozłąkę, jednak tak po ludzku go to bolało. Bo chciał ją mieć przy sobie. Całować, trzymać w ramionach i patrzeć na jej słodki uśmiech. Słuchać jej głosu na żywo, nie przez telefon, i cieszyć się z tych małych chwil z nią, szczególnie przed dniem, gdy mieli się połączyć na wieczność. Pochwyciła jego spojrzenie i roześmiała się z rozkoszą, przymykając oczy i lubując się drogą i delikatną melodią.
Zatrzymali się w Radomiu na kawę, której zapach potem długo roznosił się w samochodzie. Pamiętał, że stali oparci o maskę auta i patrzyli na jasny, radomski rynek, parząc palce od papierowych kubków z gorzkim napojem. Ludzie gdzieś szli, spieszyli się, dzieci karmiły gołębie, które dreptały po chodniku, a oni tkwili w tym wszystkim jak zaczarowani. Dał się jej nawet zaciągnąć na środek rynku, by posłuchać pana grającego na akordeonie, któremu wrzuciła symboliczną złotówkę do kapelusza i w którego muzykę stała zasłuchana przez dobre kilka minut, gdy gołębie zebrały się wokół niej jak ciekawski (albo żarłoczny) tłum.
Gdy po kawie zostały tylko puste, papierowe kubki, byli już niecałe dziesięć minut od miejsca, do którego zmierzał Irysowski. Faustyna przysnęła, skłaniając głowę ku szybie, a Józef odetchnął głęboko, skręcając w stronę Starosiedlic, za którymi zatrzymał się przed niewielkim wzgórzem. Wysiadł z samochodu i przez chwilę stał oparty o dach, podziwiając kamieniste i piaszczyste ścieżki. Tak dobrze było tu wrócić. Wiatr rozwiał mu czarne włosy, a on westchnął głęboko, ogarniając spojrzeniem ten piękny, mazowiecki krajobraz. Rzeka Mleczna pluskała gdzieś w oddali, a jej dorzecza rozciągały się po jesiennych ziemiach jak ścięgna haftu, który splatał całe województwo. Wszystko wyglądało jak skopiowane z Holenderskiego brzegu rzeki Jana van Goyena; tylko zamek nie był tak dobrze zachowany, a i na niebie było jakoś mniej chmur. Malarz rozkoszował się tym widokiem, a otaczająca go cisza - jak płótno - malowała w sobie to, co widział.
- Fau... - Po chwili kontemplacji otworzył drzwi od strony pasażera i ukucnął przed dziewczyną. - Pobudka, skarbie. - Pogładził ją po ramieniu. - Wiesz, gdzie jesteśmy? - Uśmiechnął się.
- Czekaj... - Przetarła oczy, wyszła z samochodu i powoli zamknęła drzwi. Odwróciła się w kierunku, w którym patrzył, i zakryła dłonią usta. Cztery zawalone ściany i odbiegająca od jednej z nich wieża. Jasna twierdza górowała nad lasem jak opuszczona przez światło latarnia; samotna i pogrążona w ciemnym borze. Krużganki obrosły mchem, który osiadł na nich jak znużony spacerami władca, a wiatr wyglądał przez okna, wychylając się z nich jak ulotna księżniczka. Jesień pałętała się na ścianach ruin, obsypując je złotymi liśćmi niczym bogatymi zdobieniami. - Czy to... och, Józek... - Przytuliła go mocno, czując, że jej oczy robią się wilgotne.
Pamiętała, jak lata temu zabrał ją tu we wrześniowy poranek. Przyjechali na rowerach z Sercowa i uczyli się do matury wśród pachnącego deszczem bluszczu. To wszystko było wtedy takie nowe; ich miłość i te widoki, zupełnie jak dopiero co odsłonięte dzieło. Lecz teraz byli znawcami. Zarówno siebie nawzajem, jak i tego miejsca.
- Chodź. - Pociągnął ją za rękę w kierunku drogi na wzgórze i uśmiechnął się, widząc jej pocieszne łzy. - No, nie płacz. - Wierzchem dłoni wytarł jej policzek i otoczył ją ramieniem. Nie płacz, błagam, nie płacz, nie teraz.
Weszli na szczyt wzgórza, patrząc na opuszczony zamek i górującą nad nim wieżę. Jesień rozgościła się w tej twierdzy na dobre; jedynie zielony bluszcz wyglądał jak coś, co mogła pozostawić Wiosna. Ich kroki wypędziły wiatr z krużganków i starły pajęczyny z wyszczerbionych kamieni. Echo tych kroków brzmiało jak owacje na cześć pary królewskiej; śmiali się z tego, siadając w pustych oknach i patrząc na złociste Mazowsze. Sercowska księżniczka i rycerz mieli tu swoje królestwo.
Południowe słońce zerkało na nich zza chmur, gdy siedzieli pośród zimnych kamieni, obserwując rozległe lasy i pola, migoczące w oddali dachy domów, czerwone jak łebki zapałek. Bo w tych domach musiała płonąć nienawiść lub miłość. Faustyna delikatnie przesuwała kciukiem po dłoni Józefa, czując drżenie jego palców. Posłał jej uśmiech, po czym wziął głęboki wdech.
- Fau, ja... - zaczął, a głos ugrzązł mu w gardle, gdy poczuł, że dziewczyna mocniej ścisnęła jego dłoń. - Muszę... musimy o czymś porozmawiać. - Obrócił się bardziej w jej stronę, opierając nogę na wystającym kamieniu. Rudowłosa skinęła głową, czekając na jego dalsze słowa. - Wiem, że zostało już niewiele do naszego ślubu - wymówił to zdanie z tak wielką miłością i czułością, że Świt spłonęła rumieńcem. - I że jest tak dużo do zrobienia, ale... - Przełknął ślinę, a ona uśmiechnęła się niepewnie. Poczuł, że jej dłoń zadrżała. Nie bój się, proszę, błagał ją w myślach.
- Jeśli zerwiesz ze mną tutaj, to przysięgam, że skończysz tam. - Skinęła głową ku dolinie pod wzgórzem, po czym przewróciła oczami. - Żartuję. - Ucałowała jego dłoń i wpatrzyła się w niego z uwagą. - Mów dalej.
- I wiesz... ostatnio rozmawiałem z prodziekanem i... Moja uczelnia prowadzi badania za granicą. Dali mi możliwość... Wpisali mnie... Boże, chcą, żebym jechał do Toronto - wyrzucił na jednym wdechu, a ona zachwiała się nieco, bladnąc gwałtownie. - To taki Erasmus, ale z projektami badawczymi. Certyfikat udziału w tej "wymianie" podobno jest wysoko punktowany przez najlepsze kliniki w Polsce, traktują go jak swego rodzaju staż i... - Przerwał, widząc, jak dziewczyna powoli wypuszcza powietrze. - Zaproponowali mi to i czekają na odpowiedź, a ja... - Zacisnął mocno usta, lecz zaraz znów mówił. - Fau, nie chcę cię zostawiać, naprawdę nie chcę. - Głos mu zadrżał.
- Ile? - zapytała, z trudem panując nad łamiącym się jej głosem. - I-ile to będzie trwało?
- Pół roku - odparł, a dziewczyna oparła się o zimną ścianę. Ciarki przebiegły jej po karku i plecach. - Fau, proszę, powiedz coś. - Błądził wzrokiem po jej twarzy, widząc łzy szklące się w jej oczach. Dziewczyna obróciła się tak, by siedzieć naprzeciwko niego, i wzięła głęboki wdech, ujmując jego dłonie w obie ręce. Zerknął na ten gest, nie rozumiejąc, co miała na myśli.
- Pół roku to tak dużo - powiedziała. - To ponad dwadzieścia tygodni, dwadzieścia takich sobót bez ciebie... - Rozejrzała się po miejscu ich dawnej randki i uśmiechnęła się lekko, choć nie bez łez. Były one jak ostatnie krople letniego deszczu, gdy przez chmury przebija się już słońce. - Ale to ogromna szansa, Józef. - Zawsze, gdy używała jego pełnego imienia, czuł dziwny niepokój lub ekscytację i teraz nie wiedział, które z tych uczuć wkradło się do jego serca. - Drugi raz mogą ci tego nie zaproponować, nie wiemy tego. To wielka szansa, twój ojciec na pewno byłby za tym, żebyś tam jechał. I nie powinieneś... nie możesz zrezygnować z tego tylko przeze mnie. - Uniosła lekko głowę, a on czuł, że jej dłonie dygoczą jak od zimna. Pochylił się, całując jej palce, a ona uśmiechnęła się przez łzy. - Ja... poczekam. - Przełknęła ślinę, próbując się rozpogodzić.
- Popatrz na mnie. - Uniósł jej podbródek i spojrzał w te zaszklone, wiosenne oczy; serce pękało mu na siedem tysięcy kawałków, gdy widział łzy pod jej powiekami. - Boże, Fau, kochanie... - Przytulił ją mocno do siebie, a dziewczyna rozpłakała się na całego. - Och, moje słodkie kochanie... - Przeczesał jej włosy i ucałował ją w czubek głowy. - Moja mała... - Skłonił głowę, przymykając oczy i czując, że dziewczyna drży. Jej chłodna skóra wywoływała u niego dreszcze. - Już, już... - Zszedł z murku i wziął ją w ramiona, stając na pokruszonych kamieniach.
- Musisz jechać, Józek - szepnęła. - Potem już... - Pociągnęła nosem. - Będziesz cały mój, dobrze? - Uniosła głowę, a on wytarł jej łzy. Przytrzymała jego dłoń przy swoim policzku i odetchnęła głęboko. - Proszę...
- Już jestem. - Powstrzymał łzy, po czym pochylił się ku jej ustom, scałowując z jej warg słone krople. Odwzajemniła pocałunek, unosząc się na palcach i mocno przyciągając go do siebie. Łzy ściekały jej po policzkach i kapały na jego dłoń jak szklista obrączka przypominająca mu o tym wszystkim, co miało zostać w Warszawie i Sercowie. O tych wszystkich. O niej. Pod zamkniętymi powiekami próbował zapisać ten przedziwny obraz; nie widok, lecz wszystkie uczucia, które mu wtedy towarzyszyły. Jej łzami, jak najdroższą z farb, malował tę chwilę na jesiennym wzgórzu, po którym przemykał Wiatr. Moment, gdy całował dziewczynę w karmelowej sukience.
Czując podmuch Wiatru na karku, Faustyna odsunęła się nieco, pociągając nosem i wycierając oczy. Powachlowała dłonią przed twarzą, chcąc pozbyć się łez, po czym odetchnęła głęboko. Irysowski popatrzył na nią z bólem, wyciągając do niej rękę. Posłała mu smutne spojrzenie, podając chłopakowi dłoń i czując, że lekko ją ścisnął.
- Wiem, że mi tego nie powiesz - szepnął, a mury zachowały te słowa dla siebie. - Ale widzę, że cię to boli. A największy cios dla mnie, to twoje łzy, Fau - rzekł z trudem, a ona uśmiechnęła się przelotnie. - I wiem, że pęka ci serce, ale...
- ...ale poskładasz je, jak wrócisz - powiedziała pewnie. - Od tego są kardiochirurdzy, prawda? - Uśmiechnęła się, wycierając oczy. - Józiu... - Wtuliła się znów w jego ramiona, zostawiając ślady łez na czarnym golfie. - A spróbuj mi nie wrócić - szepnęła, a on zakołysał się z nią lekko. - Mam na to za słabe serce...
- Wrócę, nie pozbędziesz się mnie. - Odgarnął jej włosy i ucałował dziewczynę w policzek zroszony łzami. - Wynagrodzę ci te dwadzieścia sobót, obiecuję. - Poczuł, że przylgnęła do niego mocniej. - Będę cię przez dwadzieścia tygodni zrywał w sobotę rano, aż będziesz miała mnie dość. - Zaśmiał się, a ona spojrzała na niego z czułością. - Łamiesz mi serce tym spojrzeniem, ty hekso.
- Ktoś musi złamać serce kardiochirurgowi. - Puściła mu oczko. - Dobra, koniec tych smutków, nie chcę pamiętać tego miejsca i tej randki z tobą w pakiecie z Toronto. Chcę kojarzyć je tylko z tobą - dodała, wycierając oczy, a on poczuł się tak, jakby kamień spadł mu ze wspomnianego serca.
Dziewczyna wydmuchała nos i odwróciła na chwilę wzrok; w jej oczach wciąż szkliły się łzy, jakby serce nie było w stanie zatrzymać ich ulewy. Nie chciała płakać. Pragnęła wierzyć, że to pół roku przeminie tak szybko, jak zimowe dni i zanim się obejrzy, chłopak wróci do Polski i znów będzie przy niej tak namacalnie, realnie. Gdyby jednak miała opisać swój stan jednym wersem ze znanych sobie wierszy, powtórzyłaby za Mickiewiczem, że "serce nie jest sługa". I jej drżące serce wcale nie pomagało w przyswojeniu sobie tego faktu, że ten, który przyprawiał je o szybsze bicie, miał być tak daleko. A przecież tak jak wszędzie musi być defibrylator, tak każdy człowiek potrzebuje tego, kto poruszy jego serce, gdy nie będzie już dla niego szans.
Przeszli przez wzgórze zamkowe, stąpając po miękkim mchu, aż znaleźli się po wschodniej stronie, za którą skryło się słońce. Świt wystawiła twarz w jego stronę, pragnąc, by wysuszyło jej łzy, a Irysowski patrzył na nią z troską, czując resztki tych Faustkowych smutków na swojej dłoni.
- Wiesz, co chciałabym zrobić na tej randce? Żadne drogie kolacje, żadne teatry, opery i spacery. - Po chwili zwróciła się w jego stronę, a on uśmiechnął się przelotnie. Wyjęła telefon i wyszukała coś w jednej z aplikacji. - Pamiętasz tę, hm, biesiadę w Małym Cichym, na którą przyszliśmy cali mokrzy? - Położyła komórkę na jednym z kamieni i podeszła do chłopaka.
- Pewnie, że tak, tamtą przygodę odchorowywaliśmy potem przez tydzień. - Rozpogodził się, wyciągając do niej dłonie, gdy z głośnika popłynął głos Zbigniewa Wodeckiego. - Ale to chyba nie ta piosenka, co? - Uśmiechnął się, gdy splotła ich palce i jedną dłoń położyła mu na ramieniu.
- Tę zagrali, gdy zasnąłeś. - Puściła mu oczko i uniosła nieco głowę, gdy obrócił ją w rytm muzyki. Była spokojna, miarowa i pełna jakiejś takiej delikatności, czułości, jaka wylewała się z głosu artysty. A jeśli w tym zamku były kiedyś bale, to oni przywrócili mu tę dawną świetność i wielkość przez tych kilka kroków na podeszczowych kamieniach. Aż żal, że nie skrzypiały one jak parkiet.
- Widzisz, tyle razy wracałem na Kochliwą i nie zawsze otwierała mi "dziewczyna z warkoczami". - Przez chwilę oparł czoło na jej czole, przymykając oczy i uśmiechając się z troską. - Czasem to był jej ojciec, któremu chyba nie do twarzy w warkoczach. - Roześmiali się oboje.
- No, mój "chłopak ze skrzypcami" nie ma skrzypiec i nie narzekam. - Zaśmiała się, całując go lekko i słodko. - Trzymaj ramę, halo. - Wyprostowała się nieco, a on wywrócił oczami. Podniósł ją, obracając się z nią w ramionach, po czym ostrożnie postawił dziewczynę na wspomnieniu dawnych sal balowych. Gdy jej stopy dotknęły zamkowego bruku, przechyliła się delikatnie, przytrzymywana jego ramieniem, i oparła się na jego piersi, uśmiechając ze wzruszeniem.
Lubię wracać w strony, które znam,Po wspomnienia zostawione tam,By się przejrzeć w nich, odnaleźć w nich,Choćby nikły cień pierwszych serca drżeń,Kilka nut i kilka wierszy z czasów,Gdy kochałaś pierwszy raz...
- Nawet nie wiesz, jak pragnę, byś już na zawsze była moja - szepnął, a ona odgarnęła mu włosy, całując go w czoło, po czym posłała mu kolejny uśmiech. Wiem, bo pragnę tak samo.
Tamta Jesień była deszczowa i jakaś taka płaczliwa. Bo, cóż poradzić, wiele trzeba wylać łez, by powstała z nich rzeka od Warszawy do Toronto.
ROZDZIAŁ 4RADY Z ANTONY I POŻEGNANIE NA PRADZE
Czy ma dziewczynaWspomina,Żem ją nauczył miłości? [...]Czy ma dziewczynaPrzeklina,Żem ją nauczył miłości?(Leopold Staff, Parafraza)
Faustyna patrzyła pusto w sufit swojego pokoju na ulicy Dobrej, doszukując się licealnych, fluorescencyjnych gwiazd. Ich jednak nie było. Mrużyła oczy pod wpływem październikowego słońca, które scałowywało spojrzenie z jej powiek i muskało lekko drżące usta. Van Gogh wylegiwał się na jej kompendium wiedzy z epoki oświecenia, trącając łapą żółtą okładkę małej (jeżeli można tak nazwać pięciusetstronicowy tom!) książki i szczekając na wyglądający tak samo zbiór literatury romantyzmu polskiego. Na biurku stygła kawa, otulająca swym zapachem notatki z estetyki literackiej (tak samo piękne jak przedmiot ich zapisu), a rządek kwiatków doniczkowych spoglądał na swoją opiekunkę kolorowymi oczkami (niejednokrotnie śmiała się, że bazylię Bazylego wiecznie suszyło, a kaktus Karol był abstynentem). Sercowska rzeka na ścianie wydawała się tego dnia mało rozmowna; nie było słychać jej plusków i szumu, i jak gdyby zatrzymała się w tym wszystkim.
Świt zerknęła na zegarek na ręku i westchnęła cicho. Zaraz musiała wychodzić na uczelnię, a brakowało jej do tego sił. Rano znów kręciło jej się w głowie i śniadanie smakowało tak mdło, że zostawiła je w lodówce z zamiarem dokończenia wieczorem. Żelazo nie pomagało i dziewczyna tylko przyciskała zimne dłonie do klatki piersiowej, jak gdyby próbowała ogrzać je tym, co było w jej sercu. Co z tobą, pytała go, przecież anemia nie jest taka tragiczna, przecież mogę z tym żyć, a ty zakłujesz czasami jak nie wiem co.
- Fau, lecę do sądu! - Wiola stanęła w progu pokoju rudowłosej i spojrzała na studentkę filologii. Poprawiła czarną, skórzaną kurtkę i wzięła głęboki wdech. - Źle się czujesz? - zapytała troskliwie, uważnie się jej przyglądając. Świt tylko pokręciła głową, podnosząc się do pozycji siedzącej. - Fau, jeśli ty się nie odzywasz, to znaczy, że świat się wali. - Ritaś podeszła bliżej i usiadła na krześle przy biurku, twarzą do przyjaciółki. - Co jest? - Wlepiła w nią ciekawskie spojrzenie. - Doktorek coś spieprzył?
- Doktorek wyjeżdża. - Faustyna przez chwilę patrzyła na swoje dłonie, po czym wbiła spojrzenie w przyjaciółkę. Blondynka aż zachwiała się na krześle, wytrzeszczając oczy, i otworzyła lekko buzię. Wcześniej Faustyna nie mówiła jej o podróży Józka do Toronto; myślała, że Irysowski sam porozmawia o tym z przyjaciółmi i nie chciała wchodzić mu w drogę, jednak przed Wiolą mało co mogło się ukryć. W dodatku trudno jej było schować łzy zaschnięte na policzkach czy smętne spojrzenie wbite w ścianę.
- Erasmus? - Przysiadła się bliżej, ignorując fakt, że powinna już wychodzić. - Boże, Fau, powiedz, że go zatrzymałaś. Błagam, błagam, błagam - powtórzyła jak mantrę, zaciskając mocno usta.
- Nie... - Pokręciła głową, na co blondynka wybałuszyła oczy. - Nie mogę, Wiola. - Rozłożyła bezradnie ręce. - To wymiana naukowa z masą zajęć badawczych. Biorą do tego najlepszych studentów medycyny. On się zmarnuje, jeśli tam nie pojedzie.
- Aktualnie widzę, jak ty się marnujesz. - Ritaś westchnęła cicho. - A raczej swoje łezki. - Uśmiechnęła się z troską, podając jej chusteczkę. - Och, Fau. Dopóki tu jest, to bądź z nim jak najdłużej, a potem niech się dzieje, co chce. Przecież nie ma opcji, że pan młody nie pojawi się na własnym ślubie! No, chyba że żyjemy w żenującym romansie. Ale nie żyjemy, a on cię kocha do szaleństwa. Kocha i wróci. Oni zawsze wracają, uwierz. - Zaśmiała się, unosząc znacząco brwi.
- No wiesz, jak całujesz się z takim "nim" na oczach całego jego roku, to trochę nie ma wyjścia. - Szturchnęła ją lekko, przypominając moment, gdy Wiola wpadła na AWF, i wytarła oczy, wstając powoli. Przytrzymała się biurka i przyłożyła dłoń do czoła. - Oho, czuję, jakby Kordia przelała mi się przez zatoki. W sumie zatoki są blisko mózgu, mózg odpowiada za myślenie, więc mogę mówić, że mam sercowską rzekę i Józka w głowie. - Przewróciła oczami, a Ritaś roześmiała się cicho. Wiedziała, że Fau nie znosiła mówić o swoich uczuciach zbyt wylewnie. Zwykle otaczała to potokiem słów i szybko zbywała, puszczała z nurtem, lecz teraz wszystkie wyrazy zdawały się wyschnąć na rzecz wodospadu łez. - Chodź, bo sędziowie będą płakać. - Pociągnęła ją za rękę w górę, a blondynka przytuliła ją mocno.
- Fau, nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Pamiętaj, że nawet jeśli on będzie siedem tysięcy kilometrów stąd, to mi przejście z pokoju do ciebie zajmuje mniej niż siedem sekund i możesz mi się wypłakać o każdej porze dnia i nocy - szepnęła Ritaś, czując, że przyjaciółka jeszcze nieco drży. Co jak co, ale Faustyna nie umiała ukrywać łez. A one zdradzały wszystko - od radości po rozpacz.
- Chyba że wyłożysz się o próg. - Uśmiechnęła się, pociągając nosem. - Wtedy obie będziemy płakać.
- Chyba że wyłożę się przez próg - potwierdziła, po czym spojrzała na studentkę filologii. - No, idź ogarnąć ten rozmazany tusz, bo babka od estetyki i Słonecznik dostaną zawału. - Puściła jej oczko, po czym zerknęła na Van Gogha. - A ty się tak nie gap, bo ci oczy wypadną.
Wiola miała rację; siedem tysięcy kilometrów przerażało Faustynę do tego stopnia, że miała ochotę rozpłakać się za każdym razem, gdy pomyślała o choćby kilometrze pomiędzy Warszawą a Toronto. Zbywała to jednak, tłumacząc się tym, że kochała Józka tak mocno, iż nie potrafiła postawić siebie ponad jego życie. Choć to ona była "jego życiem". I uważała, że lepiej będzie, jeśli chłopak wyjedzie i skorzysta z danej mu szansy. Potem przecież miał wrócić, być "cały jej", prawda?
Z tą myślą było jej lepiej. Powtarzała to sobie jak akt strzelisty, gdy szła przez Lasek Bielański z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię. Ozłocone drzewa pochylały się nad nią tak, jakby chciały zasypać ją swoimi "złotymi myślami". Być może któreś z nich miało w zanadrzu jakiś cytat o niemartwieniu się czy tęsknocie, jednak wszystko to, co czuła Faustyna, najbardziej wyrażała Cisza. Ona i potulny szmer Wiatru, co jakiś czas zakłócający bielańską idyllę. Rudowłosa rozmyślała też o tej przedziwnej Ciszy, notując słowa profesor Chachulskiej, która chodziła po sali wykładowej upstrzonej obrazami twórców romantycznych. Ciche stukanie obcasów, zapach starej książki przyniesionej z biblioteki wydziałowej, aromat kawy, który osiadł przy parapecie jak oparta o niego dziewczyna, wyglądająca chłopaka przez okno. Świt westchnęła głęboko, uśmiechając się do przygnębionej studentki siedzącej naprzeciwko siebie. Koleżanka z roku uniosła na nią podkrążone oczy i mimowolnie też się uśmiechnęła. Jak to jest, że świt nigdy nie przeradza się z blasku w ciemność, a zawsze dąży do jasności? Być może przez to Faustyna nie potrafiła zbyt długo pozostawać w rozpaczy. No, przynajmniej wtedy.
- Agatka, co taka markotna siedzisz? - zapytała cicho, przesuwając długopis, który sturlał się z notatek dziewczyny.
- Nie bardziej niż ty, Świt - odparła sennie. - Brak uśmiechu u ciebie to cud na miarę Kany Galilejskiej.
- Wiesz, Jezusowi też trochę zajęło dojście tam. Tak samo szczęściu do niektórych ludzi. Ale twoje już biegnie. - Uśmiechnęła się, podając jej kartę do kawiarni, która wypadła spomiędzy notatek ciemnowłosej dziewczyny. Ta tylko się uśmiechnęła.
- Kiedy robiłam badania lata temu - mówiła wykładowczyni, a studenci wodzili za nią wzrokiem - nie udało mi się znaleźć w polskiej literaturze naukowego czegoś, co traktowałoby o psychologicznej stronie estetycznego odbioru dzieła. Sobeski wtedy jeszcze nie napisał swojej pracy. - Zaśmiała się na wspomnienie znajomego literaturoznawcy. - Pamiętam, że informację o tym znalazłam dopiero u profesora Barleyne'a, który napisał swoją pracę w latach siedemdziesiątych na uniwersytecie w Toronto. - Na dźwięk ostatniego słowa Faustyna aż się zachłysnęła. - I właśnie u niego możemy znaleźć kilka słów o tym, że każdy z nas inaczej pojmuje dzieło jako kategorię estetyczną. Dla jednych to będzie piękne - uniosła egzemplarz Lalki Bolesława Prusa - a inni umrą na sam widok okładki szybciej niż... zresztą, sami wiecie, czytaliście na pozytywizmie. - Puściła im oczko i znów przeszła się po sali. - Estetyka to filozofia sztuki. A sztukę każdy z nas pojmuje zupełnie inaczej...
Sztuka. Miłość jest sztuką, pomyślała Faustyna, notując słowa pani profesor. I może być piękna (bo przecież znamy ją!), choć nie rozumiemy, dlaczego jest tak daleko od nas, gdzieś tam w złotej ramie, której nie możemy dotknąć. Którą zabrano na Uniwersytet w Toronto. Miłość jest sztuką. Czasami jednak pojmujemy ją w zbyt "muzealny" sposób, stając metr od niej, byleby nie osiadł na niej dotyk naszych palców czy błysk spojrzenia. Ale ona tym żyje. Tym właśnie jest piękna. Gdy się ją uczyni nie obiektem zachwytu, ale częścią swojego życia. Gdy się miłości-sztuki dotknie.
***
Józef wyszedł z zajęć z immunologii klinicznej, chowając do torby nakreślone na szybko notatki z odporności swoistej. Przez całe ćwiczenia nie mógł się skupić i zamiast obserwować pod mikroskopem monocyty i makrofagi, szkicował coś na marginesie. Kamil i Marta zerkali na niego znad swoich mikroskopów i udawali, że nie interesuje ich milczenie chłopaka. Cisza bywa jednak niekiedy głośniejsza niż słowa i chce się poznać źródło tego bezdźwięku. Irysowski jednak milczał i zdawał się ignorować to, co działo się wokół niego. To był jego ostatni tydzień nauki na WUM-ie; bilety na samolot do Toronto już od dawna leżały na jego biurku, a na wpół spakowana walizka rozkładała szeroko swoje części jak wypełnione do połowy ramiona. Jak jego własne, w których miało pozostać już tylko wspomnienie Faustyny Świt.
- Denerwujesz się czymś? - zagadnął Kamil, poprawiając okulary, które zsunęły mu się z nosa. - To Toronto cię tak męczy? - Próbował się odchylić, jednak gdy Marta kopnęła go w kostkę w ramach zganienia za zbyt bezpośrednie pytanie, prawie wsadził oko w mikroskop.
- Sam nie wiem, wszystko kotłuje mi się w głowie i... Jakoś tak... - Machnął ręką.
- Boisz się? - zapytała nieco łagodniej niż zwykle Czernikowska, po czym przygryzła policzek.
- Tylko głupcy się nie boją. - Uśmiechnął się delikatnie. - Ja może raczej... Nie jestem pewien co do słuszności swojej decyzji. Mam złe przeczucia.
- Ale jednocześnie jarasz się, no przyznaj - wtrącił Jarek, kaszląc w pięść i zapisując coś na kartce, którą wyrwał z zeszytu Hulańczyka.
- Jak nie wiem co - wyznał szczerze przyszły kardiochirurg, nie mogąc sobie odmówić uśmiechu. - Piękna klinika, sztab specjalistów... Tylko szkoda, że tak daleko stąd - dodał, zanim skończyły się zajęcia.
Ściągnął kitel i przewiesił go przez torbę, kierując się w stronę pustych korytarzy uniwersytetu. WUM był tego dnia przeraźliwie pusty; wszyscy pospieszyli na praktyki do szpitali i ośrodków medycznych, a studenci czwartego roku czekali na koniec ćwiczeń, by w spokoju napić się kawy przed zajęciami z psychiatrii. Czarnowłosy usiadł przy jednym z wolnych stolików i założył słuchawki, które podłączył do wyjętego z torby laptopa. Zalogował się na Messengera, po czym wybrał dymek czatu z Tymkiem. Migająca kolorem słuchawka połączyła go wideorozmową z przyjacielem z pokoju numer siedem.
- Bonjour, stary! - Tymek uśmiechnął się do niego, próbując ustawić telefon tak, by kamerka objęła mu twarz. - Pardon za moją mordę na takim zoomie, ale to cholerstwo się przewraca. Je reviens tout de suite, Józef appelle!4 - krzyknął gdzieś do tyłu, po czym znów zwrócił się do studenta medycyny. - Sorry za dwujęzyczność, ale Rozalia coś chciała. Osiwieję z nią kiedyś. Czaisz, że ona już prawie nie mówi po polsku?! Polonistka. - Machnął ręką, po czym oparł policzek na dłoni. Józek wyczuł, że coś jest nie tak w zdaniu o dziewczynie. - Mów, co jest.
- Dzwonię, bo... Wyjeżdżam z Polski - powiedział powoli i cicho, a Piasek zamrugał nerwowo. - Mój uniwersytet podpisał umowę z tym w Toronto. Za dwa dni mam samolot do Kanady i... uznałem, że powinieneś wiedzieć, gdybyś... wracał do domu. - Odwrócił na chwilę wzrok. - To... mnie tu nie będzie... - zakończył z trudem.
- Tu te fiches de moi?5 - wypalił, po czym poprawił się szybko. - O kurwa. Toronto? To jeszcze dalej niż Antony! - Odchylił się nieco na krześle i wytarł twarz dłonią, po czym znów zbliżył twarz do kamery. - Dobra, dobra, ja przeżyję, ale... Co na to Fau?
- Kazała mi jechać, ale jest zdruzgotana - rzekł z trudem. - W sensie, wiesz, jak już to do mnie dotarło... - Przeczesał palcami włosy i przyciągnął nieco ekran laptopa, by lepiej widzieć muzyka. - Z jednej strony mam ochotę szczerzyć się jak głupi do sera, bo, cholera, wybrali tylko piętnaście osób z całej Polski z uniwerków medycznych i czuję, że mój ojciec, wiesz... że byłby dumny. - Uśmiechnął się na myśl o Pawle i zawiesił na chwilę głos, a Piasek pokiwał głową. - Ale z drugiej strony za prawie dziesięć miesięcy biorę ślub i perspektywa tego, że nie będzie mnie z nią przez jakąś połowę roku... Ponad sto pięćdziesiąt dni. I tak już to przekładaliśmy i... Jakoś mnie to, sam nie wiem... łamie? - rzekł z trudem. - I chciałem cię spytać, jak to jest, gdy... gdy się stąd wyjedzie. - Popatrzył na niego z pytaniem w oczach, a tamten zamyślił się przez chwilę.
- Wiesz, to też inna sytuacja - odparł po chwili, starając się mówić wyłącznie po polsku i ściszył głos, przysuwając się bliżej kamerki. - Ja wyjechałem z Rozalią, to... wtedy to było łatwiejsze niż tak... ty bez Fau... No to jest jak, kurde, jak Żółte Liceum bez żółtych mundurków! Jak siostra Jagoda bez poczucia humoru albo ksiądz Mariusz bez zajebistych kazań. No tak się nie da! - Złożył dłonie w piramidkę. - I będzie ci w cholerę ciężko, bo będziesz w kółko myślał o tym, co zostawiłeś. Ale może... może pomyśl o tym, co możesz przywieźć? Że zawsze ktoś będzie na ciebie czekał? To dużo daje. - Uśmiechnął się. - Ja jak tylko myślę o tym, że tu wracam, to morda mi się tak cieszy, że to hit. A Fausti kocha cię do szaleństwa, cholera, nigdy nie widziałem tak zakochanych w sobie ludzi, to aż chore, jesteście niemożliwi. - Rozłożył bezradnie ręce. - Dacie radę. Kto jak nie Irysowscy, co? - Puścił mu oczko, a ten uśmiechnął się tylko. - Tyle razy mi pomogłeś, stary, więc ja choć raz chcę pomóc tobie. Jedź, nie zastanawiaj się, ale miej Tynkę w tym swoim doktorskim serduchu, bo...
- "Tam dom twój, gdzie serce twoje", wiem, wiem - dokończył, uśmiechając się lekko. - Francja dobrze na ciebie działa, Piasek - stwierdził szczerze, a jego sercowski przyjaciel tylko się uśmiechnął.
- Powiedzmy. Czasem mam ochotę pieprzyć to wszystko i wrócić do Polski, bo... - Ściszył głos. - Z Wedlowską mamy tak zupełnie inne spojrzenie na wiele rzeczy, teraz to czuję. I świruję czasami, wychodzę na cały dzień i szlajam się po Paryżu z myślą, że poszedłbym na Anielską zajeść to lodami. - Zaśmiał się nerwowo. - Albo pogadał z wami nad rzeką. Po prostu mam wrażenie, że podszedłem do tego zbyt idealistycznie, co rzadko mi się zdarza, ale jednak...
- Powiem ci z autopsji, że lepiej, żebyś z nią o tym porozmawiał, niż milczał przez trzy miesiące. - Uśmiechnął się przelotnie. - Jeśli czujesz, że chcesz wrócić do Polski, że zależy ci na tym, to, stary, pogadaj z nią, jak to się tam robi po francusku, i wracaj. - Zaśmiali się obaj. - W tym języku wszystko brzmi uroczo i łagodnie, więc wyluzuj. A tak na poważnie, to wiesz... - Oparł się na dłoniach. - Jesteście dorośli, powinniście pogadać, żeby nie wyszedł z tego cyrk. Z małpy trochę się wyrasta. - Znów śmiech. - A ludzie... cóż, są idealistami w wielu kwestiach. Wiesz, wydaje mi się, że bardzo często traktujemy powołanie do bycia z kimś jako nakierowanie na jedną, konkretną osobę. Na "ideał". I widzisz, szukamy tego ideału z naszej głowy, ale w każdym nam coś nie pasuje, zawsze coś jest nie tak. Ja sam szukałem go w Laurze, trochę w Celinie. A mój "ideał" wpakował mnie do rzeki w styczniu. Mój ideał zaczytuje się w poezji, której nie rozumiem, i pije przesłodzone herbaty, i może też nie ruszać się z domu przez cały dzień. Takie dziewczyny nigdy wcześniej nie były w moim typie, wiesz przecież. W ogóle uważałem rude za wredne! - Przelotny uśmiech. - I, tak myślę, tu chodzi o to, żeby znaleźć osobę, z którą to powołanie wypełnisz jak najlepiej, a nie perfekcyjnie. Ludzie to nie puzzle, nigdy nie będą pasować idealnie. Może to bardziej barwy; nawet zupełnie różne da się zmieszać tak, by powstało coś pięknego. Sęk w tym, "jak" to zrobisz, jak namalujesz. Jak się z tą drugą "barwą" dogadasz. Tak samo jak ja i Fau, przecież wiesz, że nie pałaliśmy do siebie miłością od początku. - Tymek uniósł znacząco brwi. - Dobra, kto nie pałał, ten nie pałał. - Irysowski się zaśmiał. - Ale chodzi mi o to, by pozwolić sobie i tej drugiej osobie na błędy. Jak coś jest idealne, jak już to osiągniemy, to często nie ma wtedy chęci walki o to i osiadamy na laurach. A tak mamy wciąż dokąd iść, co "malować", żeby znaleźć dobre połączenie naszych farb. Czaisz? - Położył nacisk na przymiotnik na końcu swojej wypowiedzi i odchylił się nieco na krześle, by te słowa wybrzmiały w nim samym. Bądź co bądź słuchanie samego siebie też niekiedy dużo daje i może człowieka zaskoczyć.
- Weź, bo się rozkleję, zawsze się rozklejam, jak ktoś za dużo mówi po polsku. - Zaśmiał się. - Przez związek z Fau robisz się strasznie poetycki, stary. Zobaczę, jak to wyjdzie z panną Czekoladką! Ewentualnie skorzystam z propozycji Mariusza i pójdę do seminarium! - Machnął ręką. - W takim razie widzimy się na twoim kawalerskim i tam dopiero będzie cyrk. - Zasalutował mu i na chwilę ściszył głos. - Nie rób głupot, ja też się postaram. Trzymaj się, Irys, dzwoń z Toronto, ale o ludzkich porach. Ludzkich dla mnie, żeby nie było, ty i tak nigdy nie śpisz. - Chwilę po tych słowach rozmowa została zakończona.
Irysowski usiadł wygodniej na krześle, bębniąc palcami w blat stołu. Ludzie to barwy. Gdy mówił te słowa, pomyślał o zauroczonym Rozalią Tymku sprzed trzech lat. O sobie samym sprzed niemalże sześciu, gdy siedział w internacie Żółtego Liceum, rysując dziewczynę, której imienia nie znał. Ludzie to barwy. I każdy z nas widzi je inaczej, dopasowuje według swojej estetyki. Nie ma połączenia idealnego. Ale jest piękne. Jest dobre. I wiedział, że Faustyna była dla niego po prostu dobra i piękna, a to być może gdzieś w boskich planach stawiało ją na piedestale Józkowego ideału. Bądź co bądź ideału, który przyprawił go o zapalenie płuc w pierwsze sercowskie ferie. Uśmiechnął się delikatnie, otwierając podręcznik do psychiatrii, i westchnął głęboko. Tak, zdecydowanie gdzieś tam, na niebie jego serca była ideałem. A może to po prostu efekt czystej ekspozycji?
***
- Bierz bezę z malinami i nawet ze mną nie dyskutuj! - Faustyna przytrzymała telefon przy uchu ramieniem i zapukała do drzwi mieszkania na Targowej, przekładając papierową torebkę z jednej dłoni do drugiej. - Z malinami, Piotrek, to te różowe. No tak. Już jestem na górze, więc, błagam cię, nie wywal jej i wnieś mi ją w całości. Co? Nie. - Zapukała jeszcze raz. - On jest na WUM-ie, na pewno jeszcze nie wrócił, spytam Miśka. O! Czekaj! Oddzwonię. - Rozłączyła się i uśmiechnęła do Michała Irysowskiego, który otworzył jej drzwi w dresie, ziewając przy tym przeciągle. Przetarł zmęczone oczy, po czym zamrugał szybko. - Cześć, Misiek! - Przywitała się z bratem narzeczonego całusem w policzek, a ten tylko popatrzył na nią niemrawo, jakby dopiero co wstał. - Jest Józek? - zapytała cicho, a grafik ziewnął przeciągle, odchylając się do wnętrza mieszkania, jak gdyby sam musiał upewnić się w kwestii nieobecności brata.
- Będzie za jakieś, eee, dwadzieścia minut? Chyba. - Zerknął na zegarek, odsuwając się od drzwi, by wpuścić dziewczynę do środka. - Znowu coś odwalił czy co? - Podążył za Świt, która odłożyła papierowe torby w kuchni i wyciągnęła z nich jakieś pudełka.
- O nie, nie, tym razem to my odwalamy. I to taką imprezę pożegnalną, że aż żal wyjeżdżać. - Obróciła się z naręczem babeczek, które położyła na stole, wygładzając serwetkę pod nimi. - Talerzyki dalej macie w szafce na prawo?
- Chyba że Sara któreś zbiła - powiedział niezbyt subtelnie, na co z głębi mieszkania rozległo się głośne "Michał!".
A Michał tylko się uśmiechnął; uwielbiał, gdy Faustyna przychodziła do ich domu. Zawsze przynosiła ze sobą coś dobrego i ten słodki, odurzający wręcz zapach kwiatów. Niekiedy udawało mu się przypadkiem podpatrzeć, jak siedziała z Józefem na kanapie w salonie, oglądając jakiś film; młodszy Irysowski tylko przelotnie zerkał wtedy na ekran, wpatrzony bardziej w nią niż w to, co wspólnie oglądali. Czasami też Michał był świadkiem tego, jak Świt czytała na głos wiersze, podczas gdy jego młodszy brat malował; zapach farby i głos dziewczyny roznosiły się wtedy po całym domu w tak pięknej harmonii, że grafik bał się choćby drgnąć, byleby nie naruszyć tego cudnego stanu. I czasem też słyszał ich kłótnie, pełne wyrzutów i żalu, trzaskające drzwiami i podszyte łzami, które potem - jak słabe nitki - rozpruwały ciche przeprosiny i długie rozmowy pod przykryciem warszawskiej nocy. Co jak co, ale przyszli Irysowscy umieli drzeć ze sobą koty jak nikt inny. Nigdy jednak (a było to od czasu pamiętnej, trzymiesięcznej Ciszy) nie kończyli dnia bez "przepraszam" wyszeptanego w te drugie usta, z pocałunkiem jak kropką na końcu. Bo przebaczenie jest sercem Miłości. A nie da się żyć bez serca.
- Fau? - zagadnął, przysuwając wózek do stołu i opierając się na blacie. - Powiedz mi szczerze... - Popatrzył na przyszłą bratową i uśmiechnął się. - Bierzecie ten ślub w sierpniu czy zamierzacie coś jeszcze odpierdzielić?
- Czekaj, sprawdzę w kalendarzu przeznaczonym na nasze dramaty. - Przewróciła oczami ze śmiechem, po czym ułożyła kolejną partię ciastek na talerzyku. - Widzisz, to już chyba ten moment, kiedy wiesz, że chcesz złożyć przysięgę. Ba! kiedy już nie możesz się tego doczekać. - Uśmiechnęła się, a przez jej policzki przemknął rumieniec.
- Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić - powiedział, słysząc, że Piotrek wszedł z bezą. - Dla mnie wciąż jesteście dzieciakami z liceum, których nieudolny romans sobie obserwowałem. I trochę się z was naśmiewałem. Ale to z miłości. - Puścił jej oczko i odwrócił się w stronę Piotra. - Witam przyjaciela mojego rodzonego głąba!
- Witam brata miłości połowy Sercowa. - Piotrek położył pudełko przed Faustyną, po czym uścisnął dłoń Michała. - Wiolka zaraz będzie z szampanem, uznała, że to jedna z życiowych decyzji, więc trochę jej to zajmie. Doktorek już jest? - Rozejrzał się.
- Nie, dlatego go obgadujemy - rzuciła Faustyna, wyjmując bezę na patenę. - Piękna, matko, ten zapach... Gdyby zjawiska pogodowe były wyrobami cukierniczymi, to śnieg byłby bezą. - Przymknęła oczy, czując przyjemny, słodki aromat. Michał i Piotrek uśmiechnęli się tylko. Jak dobrze, że z upływem lat nie straciłaś swojej wiosennej duszy, Faustyno Świt.
Po chwili do mieszkania na rogu Targowej wbiegła Wiola Ritaś, pospiesznie otrzepując płaszcz z przelotnego deszczu, jaki lunął nad Pragą Północ. Sercowscy przyjaciele zajęli się więc przygotowaniem stołu, a Michał, by im nie przeszkadzać, zadeklarował się, że pójdzie robić projekt w towarzystwie Sary w zaciszu swojego pokoju. Wiola i Faustyna zapaliły lampki, które wisiały przy oknach (Sara miała słabość do różnokolorowych światełek), a Piotrek nastroił Józkową gitarę, którą przyniósł z pokoju przyszłego lekarza. Gdy usłyszeli dźwięk przekręcanego w drzwiach klucza, zgasili wszystkie światła i w ciszy usiedli na kanapie, próbując się nie śmiać. W korytarzu zapaliło się światło i słychać było szelest ubrań. Wiola zachichotała jak dziecko, na co Piotrek szturchnął ją w bok. Cicho, zepsujecie, szepnęła Fau, choć sama miała ochotę się roześmiać. Dorosłe dzieci.
- Boże, przeszedłem jakieś dziesięć metrów od samochodu do bramy, a czuję, jakby ktoś wylał na mnie wiadro wody. - Głos Józefa rozniósł się po korytarzu, a odgłos kroków zbliżył się wraz ze źródłem tego dźwięku w stronę kuchni. - Michał? Czemu pogasiłeś wszystkie światła? - Młodszy Irysowski położył dłoń na włączniku, po czym rozejrzał się i kichnął. - Przyszły rachunki? Michał, żyjesz? - Odchylił się w stronę pokoju brata, po czym dało się słyszeć przeciągłe westchnięcie. - No cóż, miałem robić jakąś figurkę dla sióstr z hospicjum, ale jeśli mam ci zrobić krzyż na nagrobek, to... - Zapalił światło i aż cofnął się nieco z zaskoczenia. - O Jezu.
- Tylko nie padnij na zawał, doktorku. - Piotrek puścił mu oczko, a Wiola i Fau zdusiły śmiech. Trójka przyjaciół Irysowskiego siedziała na kanapie w jego salonie, wpatrując się w niego z uśmiechem. Na stole w kuchni stała pokaźna beza z malinami i pachnące czekoladą ciasteczka, babeczki i małe kanapeczki, a w lodówce - w dość chłodnej atmosferze w towarzystwie parówek i innych losowych produktów spożywczych - wylegiwał się szampan.
- Tururu, niespodzianka! - Ritaś podniosła się i oparła na krześle, patrząc na oniemiałego studenta medycyny. O co tu chodzi?, zapytał ją spojrzeniem. Domyśl się, błysnęły jej jasne oczy.
- Czekajcie, chwila, co? - Czarnowłosy potarł dłonią kark, nie rozumiejąc, co się dzieje wokół niego. - Przegapiłem własne urodziny czy coś? W sumie pogoda jak w marcu, więc niezbyt sobie ufam w kwestii ogarniania czasu i przestrzeni. - Uśmiechnął się, gdy Faustyna podeszła do niego, kładąc dłonie na jego przemoczonej koszuli.
- Jest październik. I skoro jutro wyjeżdżasz siedem tysięcy kilometrów stąd, to uznaliśmy, że trzeba cię solidnie i wystawnie pożegnać. - Rozpogodziła się, przeczesując mu palcami zmierzwione wiatrem włosy. Krople deszczu osiadły na jej skórze jak jesienne piegi
- Przez wystawnie rozumiem bezę z malinami, żeby nie było, że jesteśmy jakimiś burżujami. - Roześmiali się oboje, a Piotrek i Wiola wymienili uśmiechy.
- A przez "solidnie" mieliśmy na myśli, żeby cię porządnie upić, ale mogą cię wtedy nie wpuścić do samolotu. Chociaż... w sumie czemu nie, zróbmy to - uznał Piotrek, sięgając po szampana, którego otworzył, prawie rozwalając korkiem jedną z lampek. - To co, moi drodzy? Za naszego doktora? - Wlał wszystkim trunku do kieliszków (choć Józek zarzekł się, że nie pije, żeby poodwozić ich do domów) i popatrzył na uśmiechniętych przyjaciół. Józef objął Faustynę, a ona położyła głowę na jego ramieniu, oddychając powoli.
- Za naszego doktora!
ROZDZIAŁ 5MIŁOŚCI SIĘ NIGDY NIE ŻEGNA
Ja nie zapomnę - serce mojeniewiele w sobie imion chowa,lecz ciebie każdy ciemny lasi każdy ostęp dziki, mrocznyi każdy górski szczyt obłocznyprzywdzieje znów przed oczy moje...(Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Pożegnanie)
Mieszkanie na ulicy Targowej pachniało czekoladą i malinami. Zupełnie tak, jakby Wedel i Leśmian umówili się na wspólną imprezę z obfitym (i słodkim!) poczęstunkiem. Józek dał się przekonać przyjaciołom do zagrania jakiejś piosenki na gitarze (co Michał sobie nagrał z ukrycia), a Piotrek poczuł się w obowiązku, by wygłosić mowę wcale-nie-pożegnalną, podczas której sam prawie się popłakał. Babeczki Faustyny maczane w mleku i kawie smakowały lepiej niż najdroższe ciastka, a Wiola odszukała w galerii zdjęcia grupowe z drugiej klasy Żółtego Liceum. Wzruszeni przyjaciele siedzieli więc nad jej telefonem, śmiejąc się do łez z filmików z internatu, zdjęć zrobionych ukradkiem na lekcji czy screenów z rozmów na klasowej konwersacji. I wszystko było po prostu dobre.
Nawet Michał Irysowski wrócił do nich na chwilę, nie przepuszczając okazji do opowiedzenia jakichś żenujących sytuacji z Józkowego "bycia" w Sercowie ("Nawet nie wiecie, jak się śmiałem, gdy ten tutaj wrócił do domu w styczniu z zapaleniem płuc i powiedział mi "Michał, chyba umrę", a ja mu na to "Z miłości?". "No właśnie, cholera, tak". Bezcenne!"). Dali też Józkowi stos cennych rad, co robić i czego nie robić w Toronto. "To miniaturka świata", mówił Wilk, na wpół leżąc na podłodze i czytając jakiś artykuł o różnorodności etnicznej w kanadyjskim mieście. "Tak że możesz mówić, że zwiedziłeś cały świat!", dodawała Wiola, poprawiając blond loki i upijając kolejny łyk szampana. I choć nie była to impreza z kategorii tych, na które Józek chodził, mając szesnaście lat, to właśnie tę zapamiętał.
Gdy z bezy zostały już jedynie okruszki, a na dnie filiżanek zaschnięte smugi kawy i ślady szminek na brzegach kubków dziewcząt, Wiola i Piotrek postanowili rozjechać się do domów. Józek zarzekał się, że ich odwiezie, a Fau obiecała na niego poczekać, siadając przy kuchennym stole i patrząc na tykający zegar. Wodziła palcami po kubku z resztkami herbaty i oddychała spokojnie, czując ten przyjemny, charakterystyczny dla tego domu zapach: farb i czegoś, co miał w sobie szpitalny korytarz. Zupełnie tak, jakby Józef Irysowski chciał udowodnić, że sztuka leczy. Zanurzała się w tym zapachu jak w ulotnych ramionach, opierając policzek na wolnej dłoni. Nawet gdy nie było tu któregoś z braci Irysowskich, to czuć było, że to ich dom.
Dom. Tak piękny, choć krótki wyraz. Pozornie proste słówko, kryjące w sobie ogrom emocji, przeżyć, planów i wspomnień. Chciała, by ich dom był tym małym słowem zbudowanym na fundamencie większego wyrazu - Miłości. Znali ją przecież nie tylko od tej podniosłej, słodkiej strony, lecz i tej surowej, ciężkiej i trudnej. I taką kochali; takich też siebie kochali, spędzając ze sobą kolejne lata - Dziewczyna Pachnąca Kwiatami i Chłopak z Farbą na Dłoniach.
Kto miłość zna? [...]Kto, pokorniejszy od przydrożnych ziół, Pod stopy padał czołem w pyl, a czuł, Że się najwyżej wznosi, kiedy klęka?(Leopold Staff, Kto miłość zna?)
I Staff pogratulowałby im i samemu sobie takiego spojrzenia na Miłość. Wszystkie lata, zarówno w Żółtym Liceum, jak i na uniwersytetach, nauczyły przyjaciół z Sercowa pokory w swoim uczuciu. Bywały dni, gdy krzyczeli na siebie do zdarcia gardeł, by potem schować twarz w dłoniach i wspólnie uklęknąć przed lipową kapliczką nad sercowską rzeką. Zdawało się czasem, że zbyt dosłownie wzięli Piotrowe: "Wszystkie troski przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was". Lecz czy Bogu to przeszkadzało? W żadnym wypadku. Sam przecież wziął ich krzyż jeszcze przed nimi.
Józek, który po jakimś czasie wrócił do domu, stanął w progu, opierając się o futrynę, i popatrzył na Faustynę z troską, jak gdyby chciał odczytać jej myśli. Martwiła się i widział to; Zmartwienie, jak zawodowy makijażysta, przypudrowało jej policzki bladością, a oczy podszyło szarymi smugami ni to zmęczenia, ni cieniami łez. A on wolał jej naturalne piękno bez tego makijażu smutku. Uchwyciła jego spojrzenie i uśmiechnęła się przelotnie, puszczając kubek; podszedł do niej i ukucnął przy dziewczynie, spoglądając na nią w oczekiwaniu. Po tylu latach wiedział, że czasami łatwiej jej było coś przemilczeć i przeżyć to tylko w duszy, niż o tym powiedzieć; lecz ten wewnętrzny ból był mu bardzo dobrze znany i odkrywał go jak znawca, nie przegapiając żadnego szczegółu. Można powiedzieć, że był koneserem jej duszy i znał swój fach jak nikt.
- To tylko pół roku, kochanie - szepnął ostrożnie, choć Michał już dał sobie spokój z podsłuchiwaniem ich. Delikatnie uniósł jej głowę, by dostrzec lepiej jej oczy, i uklęknął na piętach. - Ja cały czas tutaj będę. - Pochylił się i ucałował jej palce, a także wierzch dłoni. Zadrżała lekko pod ciepłem jego warg i przechyliła się w jego stronę. Zatopiona w świetle znad zlewu kuchnia zdawała się wręcz uromantyczniać swoją obecnością tę chwilę; srebrzyste garnki były jak księżycowa poświata, a talerze bieliły się jak gwiazdy. Posępna, wysoka lodówka dawała cień niczym wiekowe drzewo, a stół wydawał się być ołtarzem, na którym Faustyna Świt złożyła swoje łzy.
- Dręczysz mi serce tymi pocałunkami, Irysowski - powiedziała, kładąc dłoń na jego policzku i przesuwając kciukiem po jego skórze. Pół roku. Pół roku bez tych kochanych oczu! Łzy zaszkliły się w kącikach i jedna z nich kapnęła na ziemię jak perła z rozerwanego naszyjnika. Powoli się uspokajała, gdy była sama, zdawało się jej, że potrafi poradzić sobie z tą sytuacją, jednak gdy tylko Józef był przy niej, myśl o Toronto ponownie sprawiała jej ból.
- Mogę "niepokoić" nimi twoje usta, Świt - powiedział wolno, patrząc jej w oczy, po czym uśmiechnął się; puścił jej oczko i podniósł się, biorąc dziewczynę w ramiona. - Wrócę na święta, obiecuję. A do nich już tylko dwa miesiące. To mniej niż cały rok, gdy za tobą ganiałem. - Uśmiechnął się, kołysząc się z nią lekko. Czuł się tak dobrze ze świadomością tego, że była przy nim. Ta dziewczyna w za dużych okularach i żółtej spódnicy, która nie chciała być jego przyjaciółką.
- Wtedy nie planowaliśmy ślubu - szepnęła, wtulając się w jego pierś i przymykając oczy. Zapach deszczu zakręcił jej w nosie i kichnęła, na co on pogładził ją po plecach.
- Kto nie planował, ten nie planował. Tymek łeb mi prawie urwał za to, co gadałem w internacie. Ile się ten biedak nasłuchał, niech mu niebo policzy! - Ucałował ją w czubek głowy. - Fau? Pamiętasz, jak uciekł ci ostatni pociąg do Sercowa? Nie żebym nie wiedział, że były inne środki transportu. - Uniosła głowę, patrząc w jego ciemne oczy, i skinęła na znak, że pamięta. - Myślisz, że moglibyśmy powtórzyć ten "wypadek", mimo że mieszkasz jakieś piętnaście minut stąd? - Ściszył głos, a ona poczuła przyjemne ciarki na plecach.
- Myślę, że powinniśmy powtórzyć ten wypadek. - Pociągnęła go lekko za koszulę, całując mocno jego usta. Odwzajemnił pocałunek, odgarniając jej miedziane loki na plecy i wplatając chłodne palce w te miękkie pasma. - Józek! - Pisnęła, gdy podniósł ją tak, by posadzić dziewczynę na kuchennym blacie. Oparła czoło o jego głowę i poczuła oddech chłopaka na swoich wargach. - Jesteś niemożliwy! - Zaśmiała się, gdy skradł z jej ust kolejny pocałunek. Na jego kosmykach jeszcze tkwił warszawski deszcz, który od kilku godzin oblewał stolicę oraz Józka, gdy ten ponownie wyszedł z domu, by odwieźć Wiolę i Piotrka. Łzy stołecznych aniołów. Osiadły one na palcach studentki filologii jak kolejne pierścionki w asyście tego z zielonym oczkiem. Jakby zaręczyła się z całym niebem. A on jak gdyby uczynił parafrazę z Psalmu 91 i "aniołom kazał, aby strzegli jego ukochanej".
- Może pani powtórzyć, bo chyba nie usłyszałem jakiejś głoski? - Przekomarzał się z nią, czule muskając jej wargi. Choć te pocałunki były delikatne niczym płatki kwiatów, czuła jak jej klatkę piersiową wypełnia przyjemne uczucie ciepła, podobne do chwili, gdy siedzi się z dłońmi wyciągniętymi w kierunku ogniska. Zadrżała, gdy poczuła jego dłoń na swojej szyi i oddała pocałunek z subtelnością morskiej bryzy, która osiada na spękanych muszlach. Wargi Józefa Irysowskiego były właśnie taką muszelką znalezioną pośród tak wielu innych; dzięki nim słyszała przyjemny szum głosek przy słowach "kocham cię".
- N-i-e-m-o-ż-l-i-w-y - odparła w jego usta, uśmiechając się przez chwilę, nim skrył ten przelotny gest w swoich wargach, tak jak chmury zagarniają słońce. - Kocham cię - szepnęła, patrząc na niego wiosennymi oczami, w których szkliły się łzy. Zerknął na nią tak, jakby chciał zatrzymać to spojrzenie, po czym uśmiechnął się czule. - Kocham cię, Józefie Irysowski - powtórzyła tak cicho, że tylko on mógł to usłyszeć. Szum. - Wygrałam tę rundę żenujących flirtów? - Kilka łez kapnęło na uniesione w radości usta. Przyszły lekarz wziął ją w ramiona, trzymając mocno nad ziemią.
- Nie ma mowy, Świt. - Popatrzył na nią przez chwilę, nie dodając nic więcej. Sekundy, gdy trzymał ją w objęciu w swojej kuchni pachnącej czekoladą i malinami, były tak długie i piękne, że mógłby nazwać je małym miodowym miesiącem. - Przegrasz nawet pod samym kościołem w dniu ślubu, nie ma innej opcji. - Pstryknęła go w nos, a on ucałował ją w czoło, po czym przeszedł w kierunku swojego pokoju, próbując się nie wywrócić.
- Pierwszy się rozpłaczesz, zobaczysz - odparła dumnie, zaplatając palce na jego karku. Przewrócił oczami, sadzając ją na swoim łóżku i opierając dłonie na materacu. - Co to będą za łzy, doktorze Irysowski! - Roześmiała się, gdy przechylił się w jej stronę, delikatnie całując jej drżące usta. Opadła na miękką kołdrę, a on odgarnął jej włosy, czując dziwne, ale przyjemne gorąco rozpływające się w piersi. Była tak blisko - okryta ciemnością jego pokoju i znikomym, bladym światłem z ulicy - że na samą myśl o tym przechodziły go ciarki. Położyła dłoń na jego policzku i wpatrzyła się w niego długo i czule, po czym po jej ustach przemknął tajemniczy uśmiech. Warszawa, to rozkrzyczane i pełne blasku miasto, zdawała się ucichnąć i zgasnąć przy tym wszystkim, co rozgrywało się w małym mieszkaniu na Targowej. Uliczne latarnie nie dosięgały okien tego pokoju; przyszli Irysowscy byli więc całkowicie zanurzeni w bladej poświacie lampki nad szkicownikiem. Otaczające ich płótna i sztalugi sprawiały wrażenie, jakby wtargnęli do galerii sztuki. Ci, którzy sami byli sztuką prosto z nieba.
- Co to będą za łzy... - szepnął z czułością, po czym położył się przy niej, a ona przekręciła się w jego stronę, kładąc dłoń na jego dłoni. Lubił te momenty między nimi, gdy czuł już tę wręcz boską ekscytację, gorące uczucie napięcia, a przy tym pozostawał jak gdyby "w drodze" do ich spełnienia. Bo większą mi rozkoszą podróż niż przybycie, jak by to napisał Staff. - Wiesz co? Myślę, że oboje będziemy płakać - dodał cicho, gdy poczuł, że delikatnie gładzi go po dłoni. Uśmiechnęła się na te słowa, a za oknami znów rozpadał się deszcz; jak perlisty śmiech z samego nieba. Miłość musi być tak wielką radością, odkąd Jezus zwyciężył nią Śmierć, prawda? - I to jedyne łzy w życiu, na które czekam. Dwunasty sierpnia i łzy, do których już tęsknię... - szepnął z czułością.
Nic nie odpowiedziała. Do głowy przyszła jej myśl Jane Austen, którą Józef zacytował przy kolegach w drugiej klasie (choć o tym wtedy nie wiedziała). Chcę tylko, by spoglądała na mnie życzliwiej, uśmiechała się i rumieniła przy mnie, by zawsze zajmowała mi krzesło obok siebie oraz rozpromieniała się, kiedy na nim usiądę i zacznę rozmowę. By myślała tak jak ja, interesowała się wszystkim, co do mnie należy i co mi sprawia przyjemność, próbowała mnie zatrzymać dłużej w Mansfield, a po moim wyjeździe czuła, że już nigdy nie będzie szczęśliwa. Niczego więcej nie pragnę.
I ona niczego więcej nie pragnęła; tylko jego życzliwego spojrzenia, uśmiechu i chwil, gdy siadali razem do posiłku czy nauki. Rozmów z nim o wszystkim i o niczym, wspólnych spacerów i podróży, i po prostu szczęścia - zarówno jego, jak i swojego. Pogładził ją po policzku, patrząc w jej jasne oczy, po czym uniósł się na łokciu poparzonej niegdyś ręki i ucałował ją w czoło. Zamknęła oczy, wypuszczając powoli powietrze, a ten ciepły powiew osiadł na jego klatce piersiowej, jakby chciał być oddechem dla jego serca.
- Wiesz, co mi się teraz przypomniało? - Uśmiechnął się, patrząc w sufit. Rudowłosa poruszyła głową na jego piersi, wtulając się w jego ramiona. - Kiedy przyjechałaś do mnie w lutym, po tej styczniowej... awanturze nad rzeką. - Uśmiechnęli się oboje, jakby ktoś opowiedział im dobry żart. - I zasnęłaś... Pamiętam, że przyszedłem i pocałowałem cię w czoło. I powiedziałem sobie: "to wszystko, co możesz jej oddać". A teraz... - Przełknął ślinę, obejmując ją delikatnie. - Ta szkolna złośnica kradnie mi nazwisko. - Ostrożnie uniósł jej głowę, by dostrzec oczy studentki.
- Oj, to kradzież za przyzwoleniem. Dobrowolna danina. - Zaśmiała się, całując go czule i długo. Nie wiedzieli, ile pocałunków zagarnęła ta Noc; być może było ich tyle, by wypełnić te sto pięćdziesiąt dni. Warszawska ciemność ukryła w sobie wszystkie te słodkie gesty i słowa, jakie padły w zaciszu mieszkania na Targowej, i nikomu nigdy nie wygadała (a wiadomo, jak głośna była stolica). Rudowłosa uniosła się lekko, opierając na piersi chłopaka, i wodziła palcem po jego dłoni. Patrzył to na nią, to na niebo za oknem, jakby upewniając się, że nie będzie zazdrosne o zabranie mu jednej z Gwiazd. Jednego z aniołów. - Ale teraz ty też powinieneś zasnąć. - Ucałowała go w czoło, robiąc na nim znak krzyża, po czym przymknęła oczy.
- Z tobą tutaj? Awykonalne, przykro mi, pani profesor. - Czuł słodki zapach jej włosów i delikatny uścisk dłoni. Lubił te momenty, gdy leżała przy nim; nawet jeśli robili absolutnie zwyczajne rzeczy, jak przeglądanie menu pizzerii, żeby zamówić sobie obiad, albo oglądali jakiś serial (Faustyna uwielbiała spojlerować mu Przyjaciół, czego nigdy jej nie wyrzucał i zawsze był zaskoczony kolejnymi wątkami). - Trochę mi głupio, że zostajesz tutaj z wszystkimi przygotowaniami, a ja mogę tylko pisać maile i dzwonić po ludziach - dodał cicho, okrywając ją szczelniej.
- To bardzo dobrze, nienawidzę pisać maili, to ogromnie stresujące! - uznała, przygryzając usta. - Poprawiam je milion razy, a potem i tak mam wrażenie, że są masakrycznie niepoprawne. - Zawsze, gdy używała wielkich słów, miał ochotę się śmiać. Mała dziewczynka z licencjatem z filologii polskiej.
- Może my też jesteśmy masakrycznie niepoprawni, hm? - Przelotnie pocałował ją w policzek.
- Masakrycznie niepoprawni i z milionem poprawek. Ale to dobrze. Idealność jest nudna.
- Nie wiedziałem, że cię nudzę. - Zaśmiał się, gdy rzuciła w niego poduszką. - Halo, ile mamy lat? - Uniósł się, biorąc ją w ramiona i kładąc blisko siebie.
- Oj, biedny doktor Irysowski już nawet swojego wieku zapomniał. - Wydęła usta, jakby było jej przykro, po czym się roześmiała, wędrując palcami po jego piersi. Wodził wzrokiem za opuszkami jej palców, aż obrysowała nimi jego usta, na których złożyła pocałunek. - Staruszek - szepnęła ze śmiechem.
- Młodość nie wieczność, Świt - odparł w jej usta. - Ale na szczęście znam inne wieczności. - Splótł rękę z jej palcami, czując pierścionek zaręczynowy przy swojej dłoni. Uśmiechnęła się, przesuwając się tak, by było mu wygodniej, i wtuliła się w jego ramię.
- Ja znam jedynie wiecznie zmęczonego Józefa Irysowskiego i czas ukrócić tę wieczność. - Zrobiła mu na czole znak krzyża i zamknęła oczy. Czuł, jakby dotknęła jego myśli; zanurzyła w nich palce i sięgnęła do nich. Jak gdyby chciała je przytrzymać w swych dłoniach i faktycznie być w jego myślach.
Józek przez chwilę jeszcze patrzył na nią z uśmiechem, po czym okrył ją kawałkiem kołdry i odetchnął głęboko. Złodziejka nazwiska. Cichutko prychnął ze śmiechem, po czym zerknął w górę. Jak dobrze, że mogę oddać ci wszystko, moje słodkie kochanie.
***
Ostatnie dni Października były strasznie płaczliwe i sentymentalne, rozwodzące się nad wszystkim z zapalczywością zawodowej płaczki. Było to dziwne dla Piotra Wilka, który w zasadzie nigdy nie zastanawiał się nad "duszami" miesięcy. Rzadko też był w nastroju płaczliwym i sentymentalnym. Nie było na to miejsca na zawodach czy w czasie nauki na AWF-ie. Piotrek, który nigdy nie był zbyt artystyczną duszą, raczej nie zagłębiał się nadmiernie w uczucia; jeśli coś czuł, to czuł i - jak to mówią - szkoda strzępić ryja.
Teraz jednak coś było nie tak. Może to przez ten cholerny Październik, który dawał się we znaki niczym ból w krzyżu po zbyt wyczynowych ćwiczeniach, Piotrek czuł się źle. Ale nie źle tak po prostu, tylko... No właśnie. Nie miał pojęcia, jak to określić. Czuł, że czegoś mu brakuje albo będzie brakować. Kogoś.
Ściągnął troczki uczelnianej bluzy i wysiadł z pociągu podmiejskiego tuż przy lotnisku Chopina. Szum i gwar sprawiły, że ściągnął słuchawki i schował je do kieszeni, kierując się w stronę wielkiego parkingu przed budynkiem hali głównej.
Piotr Wilk nie lubił pożegnań. W ogóle był typem człowieka, który nie lubił, gdy coś się kończyło, bo wiedział, że wtedy nastąpi zmiana i nowość, której się obawiał. Gdyby miał opisać swój największy lęk, to nie byłby on pełzającym pająkiem, mroczną ciemnością czy wyimaginowanym duchem, a zmianą. Bo ona mogła nieść w sobie zarówno dobro, jak i zło. Pustkę. I taką pustką był tamten dzień października, gdy Józef Irysowski opuszczał Warszawę.
Kierując się do miejsca, gdzie mieli się wszyscy spotkać, dostrzegł Faustynę i Józefa, siedzących na jakiejś samotnej ławce i pijących kawę z papierowych kubków. Dziewczyna siedziała z głową opartą na ramieniu chłopaka, a on wolną ręką trzymał jej dłoń. Piotr z zaskoczeniem dostrzegł na ich twarzach brak tego niemalże wiecznego uśmiechu; bowiem tak samo, jak rzadko rozwodził się nad uczuciami, tak i rzadko widział przyszłych Irysowskich smutnych. Dziwne to było, takie niecodzienne; zawiesił więc na nich spojrzenie, jak gdyby czekał, czy się poruszą, czy nie będą tylko jakimś obrazem wytworzonym w jego głowie.
- Czuję, że jak on wsiądzie do samolotu, to ona się poryczy. - Usłyszał obok siebie głos Wioli. Blondynka zerknęła na niego, po czym przywitała go całusem w policzek. To dziwne uczucie - całus Wioli Ritaś, za którym tak tęsknił na pierwszym roku studiów. A teraz? Teraz była znów jego, a on jej i myśl ta, choć należała do kategorii tych sentymentalnych, koiła go i była przyjemna. Tak samo jak te całusy. - Kupiłam w Biedrze pięć paczek chusteczek, dwie czekolady i zieloną herbatę, więc za moment chyba to wykorzystam.
- Biedronka chyba nie pasuje do tragizmu tej sytuacji. - Wbił ręce w kieszenie i zakołysał się na piętach, patrząc na przyjaciół z Sercowa. - Bądź co bądź oboje nieba by sobie przychylili, więc trudno żyć bez swojego kawałka tego nieba. Gapienie się w ziemię jest nudne, można się nabawić garba. - Uśmiechnął się, gdy dziewczyna ścisnęła jego rękę. - I drugiego podbródka. - Zaśmiał się ponownie, chcąc rozładować sytuację.
W tym czasie Faustyna odstawiła kubek z kawą i popatrzyła na Józka, który wbijał spojrzenie w przestrzeń. Choć rzadko widziała go płaczącego lub ze szklącymi się oczami, teraz mogła dostrzec potok łez, który skrywał się w kącikach jego oczu. Wytarł je szybko wierzchem dłoni i pociągnął nosem, a ona położyła dłoń na jego ramieniu. Odetchnął głęboko i zwrócił się w jej stronę, przelotnie patrząc na medalik, jaki miała na piersi. Miłość.
Niewiele myśląc, sięgnął do swojego karku, rozwiązując rzemyk krzyżyka, jaki dziewczyna podarowała mu w zaciszu mieszkania Matyldy; ten pierwszy, częstochowski spłonął przecież w pożarze Żółtego Liceum. Powoli zdjął go z szyi, a Świt pojęła w czym rzecz i odpięła swój srebrny medalik. Przez chwilę przytrzymała go w dłoniach i przesunęła palcem po wizerunku Maryi.
- Miłości się nigdy nie żegna... - szepnęła, uśmiechając się mimowolnie, po czym włożyła swój medalik w jego dłonie. - Tylko zabiera ze sobą - dodała, gdy podał jej swój krzyżyk. Zawiesili je sobie na szyjach i popatrzyli na siebie, przytrzymując krzyż i medalik w dłoniach. Potok łez spłynął po policzku Chłopaka z Farbą na Dłoniach. - Och, Józiu... - Głos jej zadrżał, gdy chwycił jej dłonie. - Nie zrób nic głupiego na oczach Mamy. - Puściła mu oczko i skinęła na medalik.
- Powiedziała córeczka Tatusia - prychnął z uśmiechem i wytarł łzy, biorąc ją w ramiona. Kubek z resztką kawy przewrócił się i kawowe krople spadły na bruk jak łezki. - Kocham cię, Tysiu - szepnął, tkwiąc z nią w uścisku. - Kocham cię do szaleństwa - dodał, zamykając oczy, żeby to lotnisko i perspektywa wylotu choć na chwilę zniknęły.
- Wariatów chyba nie wpuszczają na pokład samolotu - rzekła cicho i uśmiechnęła się. - Ale musisz lecieć. I to dosłownie. - Odsunęła się i poprawiła mu płaszcz. Ten delikatny dotyk, tak samo intymny jak wiązanie krawata sprawił, że przyjemne ciepło rozlało się po jego sercu. Przez chwilę miał wrażenie, jakby to było gorące Lato, a Zima miałaby nigdy nie nadejść. I to Lato, a może i Wiosnę chciał zabrać ze sobą. - A ja tu będę czekać. - Uśmiechnęła się. - Będę - powtórzyła, zaciskając dłonie na krawędziach jego płaszcza, po czym ucałowała jego wargi. Ich zroszone łzami usta były chłodne jak październikowe niebo; trwała Jesień, a chłopak, który był Wrześniem, odchodził tak jak on.
- No, doktorku, bo ci limuzyna odleci. - Piotrek i Wiola poczuli się w obowiązku jednak do nich podejść. Wilk oparł się na walizce Irysowskiego i spojrzał na przyjaciół z uśmiechem, który miał załagodzić ich łzy. - Nie mażcie się, jeszcze będziecie do nas dzwonić, jak ten tu zbije jakiś talerz przy karmieniu waszych dzieci, a ta pani będzie niewyspana i wściekła na każdego, kto choćby oddycha. - Zmierzwił przyjaciółce włosy, na co ta szturchnęła go lekko.
- Myślisz o naszych dzieciach szybciej niż my - rzucił z uśmiechem Józef, podnosząc się i zerkając na zegarek.
- Zbiera na wyprawkę chrzestnego - włączyła się Wiola, przytulając Faustynę. - Jako naczelna swatka tego związku umieram razem z wami, ale też liczę, że ta telenowela dramatów ominie Toronto. - Uniosła brwi, patrząc na Józefa, a ten położył dłoń na sercu i pokiwał głową. - Oraz Dewajtis. - Świt wymierzyła jej kuksańca. - Wiedźma - syknęła ze śmiechem, dostrzegając, że wymienili się dewocjonaliami; poczuła ciepło w sercu. - Zajmiemy się tu twoją żoną... Wróć! Przyszłą żoną. - Puściła lekarzowi oczko, a ten tylko oparł ręce na biodrach, kręcąc ze śmiechem głową. - Nie bój nic, jeszcze się stęsknisz. - Uściskała go mocno, po czym szepnęła mu do ucha: - Tylko nie oddawaj tej tęsknoty w ramiona żadnych Kanadyjek, bo osobiście cię zatłukę. No! - Odsunęła się z uśmiechem jak gdyby nigdy nic. - Wracaj szybko, wysypiaj się i nie zgub w tym mieście.
- Oczywiście, pani adwokat. - Zasalutował jej, a wiatr przeczesał jego czarne włosy. - Trzymajcie się. Najlepiej siebie nawzajem. - Uściskał Piotrka, po czym popatrzył na przyjaciół z czułością i październikowym (a może sercowskim) sentymentem. - Żegnajcie. - Uśmiechnął się, po czym chwycił walizkę i odszedł w kierunku głównej hali. Faustyna przez chwilę patrzyła za nim, po czym zacisnęła usta w wąską linię, a kaskada łez spłynęła po jej policzkach. Odetchnęła kilka razy zbyt szybko, po czym zdjęła płaszcz i niewiele myśląc pobiegła w stronę chłopaka.
"Wierz mi, że chciałabym umrzeć" -powiedziała w chwili naszego rozstania.(Safona)
Usłyszał kroki za sobą i odwrócił się, puszczając rączkę walizki. Gdy rudowłosa podbiegła do niego, podniósł ją i przytrzymał nad ziemią, a ona oplotła nogami jego biodra. Położyła dłonie na jego jeszcze mokrych policzkach i zaniosła się płaczem, opierając swoje czoło o jego. Przymknął oczy, szepcząc kojące "cichutko" w jej usta, po czym ostatni raz ucałował jej wargi. Wiatr zawstydził się widać tym, że jako jedyny ogląda tę scenę, i rozwiał ich włosy, by inni mogli zobaczyć, jak wyglądają pożegnania. Jak smakują odejścia. W takich momentach w filmach pada deszcz i całe niebo płacze nad rozstaniem ukochanych, lecz tym razem zdawało się wiedzieć, że to nie rozstanie, a chwilowa nieobecność. Nie było więc czasu na łzy aniołów.
- N-nigdy n-nie m-mów że-żegnaj - powiedziała, patrząc na niego z rozpaczą. Jej pastelowa sukienka zawirowała na wietrze jak płatki kwiatów, chylące się przed wichurą. - Nigdy. - Postawił ją na ziemi, a ona przesunęła palcami po jego policzkach. - Do zobaczenia - dodała cicho, mimowolnie się uśmiechając. - Tylko chwilowe "do zobaczenia", proszę cię... - powtórzyła dla wzmocnienia efektu, a on zdjął jej dłoń ze swojego policzka i ucałował drżące, blade palce.
- Dbaj o siebie, kochanie - wyszeptał z troską. - Chcę cię znów zobaczyć za te kilka miesięcy, jasne? To nie rzeka, ale przysiąg należy dotrzymywać. - Popatrzył na nią z czułością. - W takim razie do zobaczenia. - Ucałował ją w czoło, po czym delikatnie i z bólem puścił jej dłoń. Ostatni dotyk palców przerwało wycie wiatru i warkot samolotów na pasie startowym. - Do zobaczenia... - powtórzył, bo przecież miłości się nigdy nie żegna. Ją ma się zawsze przed oczami.
ROZDZIAŁ 6LITEWSKIE KORZENIE I DZBANOWE OPOWIEŚCI
Ach! myśl zabójcza sprawia mi katusze,Żem nie jest myślą, lecz z gliny i wody;Na czas dogodny z bólem czekać muszę,By mi usunął długich mil przeszkody.(William Szekspir, Sonety)
Pierwszy dzień praktyk zaczął się dla Faustyny od zapachu gorzkiej kawy i stłuczonej przez Wiolę szklanki (za szkłem poleciała seria przekleństw w kierunku biednego, Bogu ducha winnego naczynia). Rudowłosa podniosła się niemrawo, czując, jakby całe jej ciało pozostało w dziwnym odrętwieniu; przeciągnęła się i postawiła bose stopy na chłodnej podłodze. Jej spojrzenie padło na ścianę z namalowaną przez Józka Kordią; chłód rzeki zdawał się emanować bryzą ku łóżku dziewczyny. Wciągnęła w płuca to "chłodne, sercowskie" powietrze i przeszła w kierunku szafy, otwierając ją ostrożnie. Skrzypnięcie drzwi obudziło Van Gogha, który uniósł swoje jedno ucho i otworzył oko. Czy coś się dzieje? Nie, chyba nie. Kwiatowa Pani otwiera pudełko. O, coś wyjmuje. Co to? A, jakiś materiał. Nuda. Piesek położył pysk na łapkach i wrócił do spania, a Faustyna przyjrzała się wyjętym z szafy ubraniom.
Do szkoły, gdzie miała odbyć praktyki, wypadało ubrać się bardziej elegancko. Placówka miała swój dress code i była w tym nieco podobna do Żółtego Liceum; to także była szkoła katolicka, i to ta, do której chodzili Maksymilian i Rozalia. Świt cieszyła się, że będzie mogła poznać młodych ludzi, którzy przeżywali to samo co ona; wyciągnęła więc bladożółtą koszulę i czarną spódnicę z wyhaftowanymi przez siebie słonecznikami, po czym spięła z tyłu głowy kilka kosmyków, resztę włosów puszczając na plecy.
Jej blada twarz zdawała się niknąć pod kaskadą ognistych włosów, tak jak bladnie księżyc w obliczu ognia na ziemi; wtedy niebo zdaje się nieistotne. Uśmiechnęła się sama do siebie, chcąc pod piegami ukryć oznaki zmęczenia, po czym sięgnęła po dziennik praktyk, który musiała oddać nauczycielowi opiekunowi, i przeszła w kierunku kuchni, gdzie Ritaś przeglądała jakieś akta z zieloną obwódką na teczce. Sprawy cywilne, pomyślała Fau, która nolens volens6 nauczyła się jakichś prawniczych smaczków przez mieszkanie z Wiolą.
- Nie wiem, czy powinnaś pić kawę nad... - zerknęła na okładkę teczki - sprawą zadłużenia Toi Toi Polska. - Blondynka parsknęła, gdy przyjaciółka wymówiła francuską nazwę z udawanym akcentem. - I tak już mają, mówiąc kolokwialnie, przesrane, więc nie dokładaj im. - Nalała sobie wrzątku i sięgnęła po białą herbatę i miód, odczekując chwilę, by płynne złoto nie straciło w ukropie swoich właściwości. - Piłaś kiedyś białą herbatę z miodem? Czy to nie urocze połączenie? Przypomina mi takie ciepłe promienie słońca przebijające się przez tabuny śniegu w Zimie...
- Oho, to ten moment, kiedy Faustyna Irysowska próbuje używać brzydkich słów, ale jej polonistyczny mózg to wypiera, więc przechodzi na poezję - przedrzeźniała ją studentka prawa. - Ale fakt, mają przesrane. Weź zrób mi też taką zimową herbatkę. - Usiadła wygodniej i zerknęła przelotnie na przyjaciółkę. - Idziesz na randkę czy co?
- Na praktyki. - Oparła się o blat i wypiła łyk parzącej się herbaty. Napój miał jeszcze słaby smak, na co dziewczyna skrzywiła się nieco. - Ale to szkoła katolicka, wiesz, jak u nas. Kusić to cię tam może diabeł, ale nie za krótka spódnica. - Zaśmiały się obie, po czym Świt usiadła przy stole, smarując kanapkę dżemem. - I przypominam ci, że posiadam jeszcze własne nazwisko.
- Ja tam bym wolała cię już z tym, hm, jak to powiedzieć... bardziej gorącym. - Zamknęła akta. - Jak sam doktor Irysowski - powiedziała wolno, po czym kuchnię znów obiegł śmiech studentek. - Myślisz, że będzie zazdrosny, jak ci tam jakiegoś praktykanta jeszcze dadzą? - Przeczesała włosy i ziewnęła. - Bo, nie żeby coś, ale zazdrosny też jest gorący, if you know, what I mean. No i jedz warzywka, one mają żelazo, a nie! - Zabrała jej słoik z dżemem malinowym.
- Gorąco to chyba jest tobie i to z przegrzania, Wioluś. - Dotknęła jej czoła, jakby sprawdzała gorączkę. - Uhu, parzy. - Podmuchała na rękę ze śmiechem, po czym odebrała jej słoik. - Błagam cię, bez insynuacji. Idę do piętnastolatków, w porywach do szesnastolatków. To dzieciaki, nie mają powodów do zazdrości, a jeśli już, to między sobą. Aczkolwiek... - Wstała, wyciągając leki z szafki. - Zazdrosny Józef jest w mojej topce Józefów. - Odchyliła się z uśmiechem, wyjmując odpowiednie ampułki. Wiola Ritaś wywróciła oczami i zaśmiała się.
Ich posiłki zwykle przebiegały w formie przeplatanki żarcików, smaku kawy i herbaty, a także próby zjedzenia czegokolwiek bez udławienia się tym przy kolejnej salwie śmiechu. Lubiły spędzać ze sobą czas i - gdy świat dorosłych zostawał za drzwiami - wracać do chwil nastoletniej sielanki i żartów, które być może były dla nich zbyt infantylne.
Dorastały, to prawda, ale ich dusze wciąż miały w sobie coś z tych dziecięcych - umiłowanie zabawy, piękna i poczucia bezpieczeństwa. Lubiły siedzieć pod kocami w sobotnie wieczory i słuchać Rubika z kubkami czekolady albo uczyć się w zaciszu Biblioteki Narodowej, by zaraz potem iść na gofry na Piwną. Czasami w wolne popołudnia włączały na cały regulator Mamma Mię i tańczyły w salonie, przyprawiając Cezara i Van Gogha o taki stos nerwów, że jamnik w końcu nie wytrzymywał i dołączał do nich, merdając wesoło ogonkiem. A mimo to każda z nich była już panią, która swoje przeżyła i szła przez życie dalej. Czasem się potykając, czasami przeskakując kałuże lub się w nie wywracając, ale jednak szły.
Faustyna potarła zgrabiałe dłonie i uspokoiła oddech; jej serce miało tendencję do nieuzasadnionego zwalniania i przyspieszania swojego bicia, jakby było wiecznie zdenerwowane lub przestraszone. Położyła dłoń na klatce piersiowej, jak gdyby chciała je zapewnić, że wszystko jest w porządku, po czym wzięła kilka głębszych oddechów. Zerknęła na zegarek i wypiła kilka łyków białej herbaty z promieniami słońca (tfu! miodem), po czym sięgnęła po jedzenie dla Cezara i ukucnęła przy klatce króliczka. Sędziwe zwierzątko jadło jej z ręki, a jego ogonek podrygiwał radośnie. Świt pogłaskała go po pleckach, po czym otrzepała dłonie i podniosła się, kierując w stronę korytarza, by założyć płaszcz.
- Wracasz na obiad? - zagadnęła Wiola, wychylając się z kuchni.
- Czy to było bardzo niesubtelne: "Zrobisz obiad?"? - odparła rudowłosa, przewiązując szyję apaszką. Przyszła adwokat oparła się o futrynę, przyglądając się swojej przyjaciółce. Lubiła patrzeć na styl ubierania się Faustyny: zawsze tak promienny, z klasą i wprowadzający uczucie ciepła. - Jeśli chcesz zaprosić Piotrka, to po prostu mi powiedz, pójdę zjeść z Michałem albo na uczelni. - Puściła jej oczko, odgarniając włosy.
- Nie rób ze mnie dzieciaka, który wstydzi się być z chłopakiem przy psiapsi, no weź! - Blondynka udała naburmuszoną. - Dobra, trochę się wstydzę. - Zaśmiała się. - Ale miałam w planach zrobić ryż z sosem słodko-kwaśnym, więc jeśli nie boisz się tego zjeść, to jakoś o piętnastej będzie Wilk.
- W takim razie i ja wpadnę głodna jak wilk. - Ucałowała ją w policzek i zaśmiały się cicho, by nie spłoszyć Cezara.
Faustyna wyszła na mglistą, podeszczową ulicę Powiśla, kierując się w stronę metra. Lubiła te spokojne, senne uliczki ciągnące się od Wybrzeża Kościuszkowskiego po Nowy Świat i Karową. Choć znała też inne dzielnice Warszawy, to właśnie Powiśle najbardziej przypominało jej Sercowo - zapach domu Matyldy, spokój w ogrodach BUW-u czy dzwony z kościoła na Tamce przywoływały wspomnienia z rodzinnego miasteczka. I choć nazwy ulic nie były tak samo bajkowe jak w mazowieckiej idylli, Świt sama wymyślała im historie jak wyciągnięte z książek Andersena.
Bo przecież na Zajęczej mógł mieszkać przemiły hodowca zajęcy lub starsza pani z klatkami pełnymi puchatych stworzeń. Na Cichej można było wsłuchiwać się w Ciszę i spotkać ją siedzącą przy przejściach dla pieszych lub pukającą w okna kamienic. Czy po Książęcej chodzili książęta? Możliwe! Może gdyby jakaś księżniczka się tam przeszła, napotkałaby któregoś z nich. Na Sowiej słychać było pohukiwanie, a przez Wiślaną pluskały strumyczki wody po deszczu, podobne do odnóg Wisły rwącej się w ramiona Bałtyku. Takie było Powiśle w oczach Faustyny Świt i może Bolesław Prus ze swoim "lalkowym" opisem poczułby się urażony, ale cóż! Każdy pisze własną bajkę.
Myśląc o tym, rudowłosa studentka wjechała na Bielany, kierując się w stronę Lasku Bielańskiego. Choć Faustyna Świt kochała lasy, a od listopadowego incydentu minęło kilka lat, wciąż pozostawał w niej jakiś cień lęku, gdy przechodziła obok murku i drogi w głąb pasma drzew. Gdy padał deszcz, kuliła się pod parasolką i prosiła, by ktoś wracał z nią przez uniwersyteckie ciemności. Nie pytali dlaczego. Profesor Słonecznik wędrował z nią czasami bielańskim chodnikiem pod pozorem rozmów o liryce europejskiej; jednak tak naprawdę bał się o swoją studentkę. Poezja wydawała się dziwną, acz skuteczną tarczą w drodze przez te wspomnienia; zwracała serce ku sobie i odwodziła je od smętnych myśli.
Teraz zaś było spokojnie - zwyczajny, październikowy dzień. Plucha na chodniku stanowiła tylko wspomnienie ubiegłej nocy, a wiatr przemykał pomiędzy nagimi drzewami, jakby chciał je w siebie przystroić. Sercowianka uśmiechnęła się do kilku licealistów, którzy szli leśną drogą, po czym przyspieszyła kroku. Z oddali dobiegł ją znajomy głos; rozpromieniła się, przyciskając notatnik do serca. Są takie głosy, które można by nazwać statkami. Serce garnie się do nich jak latarnia, jak wytęskniony, pusty port, który chciałby, by ta cudna melodia czy też przyjemne spojrzenie w nim zacumowało. Inne zaś są niczym pirackie łajby - piskliwe i drażniące, pędzące do serca jak morskie bałwany, zatapiające piękne dźwięki i za nic mające światło ludzkiej duszy. Głosy przyjaciół należały do tych małych łódeczek, na które serce Faustyny zawsze czekało. Dla których świeciło (tfu, biło!).
- Łaził za mną, łaził, ciągle tylko: "Natuś i Natuś, chodź na spacer, chodź do kina". A ja go, Boże drogi, nie znoszę, nudziarz i frajer! I mówię mu: "Księga Izajasza, rozdział czterdziesty piąty, werset dziewiąty, słowo dziewiąte", a on nic. No dzban jak ta lala! A to bardzo dobry pocisk, wręcz inteligentny i dla ludzi myślących, czyli nie dla niego. - Słysząc ten wywód, Fau przyspieszyła kroku, widząc już dokładnie sylwetkę płowowłosej dziewczyny idącej przez lasek z chłopakiem o kasztanowych włosach.
- A kto cię ten "pocisk" nauczył wystrzeliwać, co, Gwiezdny Pyłku? - Faustyna minęła ją jak gdyby nigdy nic, a jej miedziane włosy zafalowały na wietrze, gdy obróciła się w stronę dziewczyny. Natalia Pyłek, bo to ona była autorką "dzbanowej" opowieści, pisnęła cicho i prawie wypuściła ramię plecaka, które kurczowo trzymała. Jej kolega zerknął na nią przelotnie, jak gdyby chciał się upewnić, że jego towarzyszka nie zemdleje z wrażenia.
- O matko sercowska! - wyrwało się jej powiedzonko przyszłych Irysowskich. - Fau? - Rzuciła plecak na ziemię i podbiegła do studentki, przytulając ją mocno. - Tyle cię nie widziałam, chyba miesiąc, jeśli dalej jestem tak dobra z matmy! Myślałam, że już nie będziesz na tym kampusie i że cię poślą gdzieś do jakiejś szkoły! - Objęła ją najciaśniej, jak mogła, wtulając twarz w granatowy płaszcz filolożki. Świt uśmiechnęła się ciepło, po czym spojrzała na dziewczynę z troską, delikatnie głaszcząc ją po głowie. Jasne kosmyki przeleciały jej przez palce.
Przez te lata także i Natalka Pyłek dorosła i stała się Natalią. Po białaczce nie zostało śladu; zniknęła bladość skóry i odrosły płowe włosy, a podarowana dziewczynce peruka spoczęła na strychu. Jedynie humor pozostał ten sam; dziewczyna uwielbiała docinać Józkowi i żartowała sobie z niego z Faustyną. O dawnej chorobie mówiła rzadko, a w szkole w ogóle o niej nie wspominała; jedynie na Pocieszną zaglądała co piątek, by z Olafem poczytać bajki dzieciakom z oddziału, na którym sama kiedyś leżała. No i dla ciastek siostry Pii, ale do tego nie chciała się przyznać. Czuła się w obowiązku, by tam przychodzić, by w jakiś sposób dawać świadectwo o tym, że to faktycznie miejsce pocieszenia. Choć nie miała już swoich dwunastu lat i była o kilka pór roku starsza, to dalej chciało jej się płakać na widok czerwonych misiów żelków, wciąż nie znosiła języka polskiego i z jakiegoś powodu lubiła słuchać bajek.
- Posłali i to nie do byle jakiej! Mam praktyki w liceum naprzeciwko UKSW, więc chyba jesteś na mnie skazana na szkolnych korytarzach. - Puściła jej oczko. - Nie przedstawisz mnie swojemu koledze? - Zerknęła na chłopaka, który podniósł plecak Pyłek i wyglądał na zakłopotanego. - Faustyna Świt. - Wyciągnęła do niego rękę i poczuła, że jego dłoń zadrżała. - Spokojnie, nie będę was męczyć z polskiego, gimnazjum już za mną. - Zaśmiała się, a i on się uśmiechnął. - Ale wy moglibyście skosić rabatkę przy waszej kapliczce, bo zaraz trawa zastąpi Maryi włosy - dodała, na co Pyłek wywróciła oczami.
- Po pierwsze - zwróciła się do kolegi - nie wierz jej. To Faustyna Irysowska. - Pokazała studentce język. - Po drugie, ma obsesję na punkcie kapliczek. A po trzecie, Fau, to jest Grzesiek Barwiński, mój przyjaciel z klasy. Grzesiu, to jest Faustyna, prawie żona mojego przyjaciela. Nie ciebie, oczywiście, nie rób sobie nadziei. No i moja przyjaciółka. - Uśmiechnęła się. - Która może jednak się zgodzi i będzie teraz naszą panią od polskiego, co nie? Nie oblejesz nas? No weź, tak po znajomości, Fau. Bo powiem Józkowi, jak się z nim spotkam! - Zaśmiały się obie, zmierzając w stronę placówki. Wasze spotkanie będzie musiało poczekać, pomyślała Świt, jednak nic nie powiedziała, bo znalazły się przed szkołą.
Katolickie Liceum Ogólnokształcące imienia Błogosławionego Księdza Romana Archutowskiego połączone z gimnazjum imienia Księdza Jerzego Popiełuszki mieściło się w parterowym, bladym budynku o jasnych ścianach i płaskim dachu, łudząco przypominającym Żółte Liceum. Po prawej stronie znajdowała się przybudówka, będąca budynkiem internatu, i ogródek kwiatowy u stóp drewnianej Maryi (faktycznie wypadało skosić tę trawę). Od lewej strony prowadziła wąska, brukowana dróżka, sięgająca aż Dobrego Miejsca. Przez okna słychać było szkolny gwar; uczniowie przygotowywali się na poranną modlitwę z dyrektorem, a nauczyciele parzyli kawę i szykowali czekolady dla tych, którzy mieli w nadchodzącym tygodniu urodziny. Gimnazjaliści grali jeszcze w ping-ponga przed wejściem, a kilku starszych chłopaków próbowało zapalić przy skręcie do internatu. Natalka rozpięła kurtkę i pogoniła Grześka, żeby znalazł ich szafkę, po czym stanęła przed wejściem do szkoły, patrząc na tablicę z nazwą liceum i gimnazjum. Ścisnęła Fau za rękę i uśmiechnęła się do studentki.
- Tak się czułaś, wchodząc codziennie do Żółtego Liceum? - zapytała cicho i spokojnie, tak niepodobnym do swojego tonem. - To wypada przy nim nieco blado, patrząc na ściany, ale i tak... Czuję się tu tak dobrze. Nawet jako, jak to mówią, gimbus - wyznała.
- To było podobne uczucie - odparła z uśmiechem, przywołując w pamięci żółty mundurek i poniedziałkowe, poranne apele. No i był jeszcze on; w żółtej koszuli, lekko wygniecionej przy mankietach, z czarnymi włosami przeczesanymi wiatrem i uśmiechem, za który oddałaby wszystkie radostki tego świata. Ze skórzaną torbą przewieszoną przez ramię i z farbą na dłoniach. Boże, jak tęskniła za tą farbą na dłoniach; za złożonymi na palcach pocałunkami, za skórą pachnącą tak, jakby dotknęła najwspanialszego dzieła sztuki. Pomyślała, że Bóg musiał ją szalenie kochać, skoro pozwolił jej całować sztukę, trzymać ją w ramionach, dotykać i cieszyć się nią każdego dnia. Choć teraz jedynie w myśli.
- Jestem jej... przyjacielem. Szmat czasu, dopiero się tu przeniosłem, ale dobrze, że jest ktoś znajomy. Więc proszę cię, żebyś nie gniewał się na moją przyjaciółkę, ona już tak ma, lubi się czasem zamyślić i przez to kompletnie traci głowę. - Ten ktoś mówił tak pewnie, jakby faktycznie znali się całe lata. - Marzycielka, musisz jej to wybaczyć.
- Chodź, bo się zaraz obie spóźnimy! - Przerwała swoje rozmyślania, gdy zegarek na nadgarstku Natalki zapikał, wybijając godzinę ósmą.
- E tam, dzisiaj mogę się spóźniać! - Płowowłosa machnęła ręką, po czym przywitała się skinieniem głowy z panem od matematyki. - Ale w tygodniu, w którym mam urodziny, to nie! Przegapić czekoladę od pana Kowalczyka to, bryy, gorzkie życie! - Zaśmiała się, mijając kilku licealistów. Grzesiek krzyknął coś do niej z korytarza pełnego szafek, na co Pyłek wywróciła oczami.
- Już tęskni? - zapytała ze śmiechem Faustyna, widząc, jak jej mała przyjaciółka rumieni się nieznacznie.
- Za mną? Oczywiście! Kto by nie tęsknił - prychnęła z dumą, po czym ziewnęła, wodząc oczami po szkole. - Uważaj, bo licealiści są teraz nie w humorze. Maturalnej zapowiedzieli sprawdzian z matmy, a druga A ma do napisania trzy rozprawki. Trzy! Przecież to już jak jakaś miniksiążka! - Westchnęła. - Ja nie wiem, serio, Fau, dlaczego ty tak lubisz ten język... Józka to rozumiem, chciałabym poznawać ludzi od środka, ale polski?
- Polski to też poznawanie ludzi od środka - oznajmiła spokojnie studentka, rozglądając się łagodnie po jasnych korytarzach, tak podobnych do tych sercowskich. - To, jak mówisz, wiele o tobie... no właśnie, mówi. Niektórych pamięta się już po samym sposobie przedstawienia się. Po tembrze głosu, jego barwie, dobranych słowach.
- Dlatego Józek na ciebie poleciał? - Szturchnęła ją lekko, na co Świt wywróciła oczami.
- Dlatego ja mówię ci, żebyś leciała na lekcje. No, zaraz dzwonek, ty wścibska słodziaro! - Zmierzwiła jej włosy i popatrzyła, jak dziewczynka podbiegła do szafki, wrzucając tam szybko wierzchnie okrycie. Grzesiek uśmiechnął się do niej z troską, po czym podał jej plecak i wskazał jakąś salę. Cóż, pomyślała Fau, każdy potrzebuje opiekuna. W szkole też. A może właśnie - szczególnie w szkole.
***
Józef wysiadł z samolotu wprost na oblane deszczem lotnisko. Półkolisty budynek Toronto-Lester B. Pearson przypominał mu stronicę książki przewróconej delikatnymi palcami. Osiadające na dachu krople rozmywały wszystkie wyrazy-wspomnienia, które podróżni przywieźli ze sobą i czyniły z nich swego rodzaju tabula rasa7 na rzecz rzeczywistości prowincji Ontario; na rzecz nowego rozdziału na stronie pachnącej klonem i wybrzeżem Wyspy Księcia Edwarda. Lotnisko (a w zasadzie port lotniczy) mieściło się w większości w miasteczku Mississauga, gdzie także znajdował się jeden z trzech kampusów torontońskiego uniwersytetu. Irysowski wciągnął w płuca zimne, jesienne powietrze i zacisnął dłoń na rączce walizki, rozglądając się po nowym miejscu.
Sprawdził na mapie, że powinien iść na autobus linii 300A, aby dostać się do The Annex, dzielnicy graniczącej z kampusem uniwersytetu; powoli ruszył w tamtą stronę, będąc nieco przytłoczonym przez kanadyjski deszcz i chłodne, ostre powietrze. Rozmowy po angielsku, zapach gorzkiej herbaty, zimna plucha lecąca z nieba - wirowało mu w głowie, jednak starał się uspokoić zarówno myśli, jak i serce. Kardiochirurg. Przytrzymał dłoń na medaliku i schował go pod koszulę, po czym skierował się w stronę przystanku autobusowego.
Czuł się nieco obco i niezręcznie, lecz powtarzał sobie, że to z czasem minie. Liczył na to, że spotka innych studentów z Polski i będzie mógł usłyszeć choć kilka zdań w ojczystym języku; poza tym czekał na rozmowę z Faustyną, gdy tylko dotrze na odpowiedni kampus. Co - choć Józek posiadał harcerskie umiejętności ogarnięcia się w terenie - było trudne w obcym mieście, kraju, ba! na zupełnie nieznanym kontynencie.
Pocieszał go jednak fakt, że rzeczywistość wokół niego była piękna. Po prostu piękna i jakaś taka bajkowa. The Annex, przeurocza dzielnica zwana "dodatkiem" do Toronto, przypominała wycinek z bajki o Jasiu i Małgosi; domki przy ulicach wyglądały jak chatki z piernika i miały delikatne, białe wzorki tak podobne do lukru. W dodatku przedmieścia Toronto były zdecydowanie cichsze i nawet w deszczu wyglądały jak fragment romantycznego obrazu. Irysowski uśmiechnął się; och, Fau, pomyślał, czułabyś się tu jak w bajce. Na Bloor Street natknął się na sklep U uczciwego Eda, którego dach przypominał namiot cyrkowy; patrzące z wnętrza pluszowe misie można było w strugach deszczu pomylić z prawdziwymi, tresowanymi niedźwiedziami. To wszystko koiło go i uspokajało, jak gdyby Kanada przysięgła polskiej ziemi dbać o jej syna. A jemu tak bardzo brakowało kiedyś matki.
Początkowo miał zostać zakwaterowany w akademiku Pitman Hall na 160 Mutual Street, jednak WUM podjął decyzję o rozlokowaniu swoich studentów w domach zaprzyjaźnionych z programem rodzin i podopiecznych torontońskiej uczelni. Udał się więc na ulicę Świętego Grzegorza, powtarzając w głowie wszystkie grzecznościowe formułki z angielskiego small talku. Oddychaj, polecał swojemu rozedrganemu sercu, które biło jak oszalałe. Spokojnie. To tylko kilka miesięcy.
Przeszedł obok paru domków szeregowych, przypominających wspomniane już chatki z piernika, i zatrzymał się przy domu z numerem siedemdziesiąt trzy. Smukła, zadbana i ładna budowla dodała mu pewnego spokoju; powoli wszedł na nieco śliskie schodki i zastukał w ciężkie, drewniane drzwi. Z jasnych parapetów patrzyły na niego pelargonie i jeden mały kaktus w doniczce przyozdobionej uśmiechem. Firanki przesłaniały to, co skrywał w sobie dom, lecz okna na piętrze były otwarte jak czujne oczy strażnika. Po prawej stronie stał wiekowy dąb i kilka tui, niczym małe ogrodowe krasnale. Bajka. Mimo deszczu to miejsce miało w sobie coś arkadyjskiego, jak gdyby wyrwanego z ilustracji w książeczce dla dzieci. Poczuł się więc od razu spokojnie, biorąc głęboki wdech i odliczając sekundy do otwarcia drzwi.
- Idę, idę. - Usłyszał za drzwiami nieco przygaszony, starszy głos i stukanie o podłogę. Odsunął się w momencie, gdy drzwi otworzyły się zamaszyście i w progu stanął siwy mężczyzna o ciemnych oczach i surowym wyrazie twarzy. - Co mi tu, znowu jakieś ulotki wciskacie? - zagaił po angielsku, unosząc brwi. Irysowski poczuł, jak ciarki przebiegają mu po plecach. Wydawało mu się, że nagle zapomniał wszystkich słówek.
- Nie, ja... Przysłali mnie do pana z uniwersytetu... z Polski - tłumaczył i choć znał angielski, z nerwów nieco się plątał. Małe tuje zdawały się posyłać mu z wiatrem łagodne, zielone spojrzenia, a dom pochylał się nad nim jak troskliwy ojciec. Wszystko dobrze, Józiu.
- O, z Polski! - Ku jego zdziwieniu mężczyzna przeszedł na polszczyznę, choć w jego głosie dało się wyczuć jakiś inny, może wschodni, nadbałtycki akcent. Fau by to rozpoznała, pomyślał. - Chodź, chłopcze, chodź, nie poznałem cię. Pokazywali mi, że jakiegoś lekarza przyślą, to mówię im: "Może mi reumatyzm wyleczy do końca, jak te stare dziady z kliniki nie umieją", ale ty młody jesteś, pewnie jeszcze się uczysz, co? Rezydent? Nie, rezydenci to starsi chyba... - Uśmiechnął się i wyraz jego twarzy zmienił się całkowicie. W tamtym momencie Józef mógłby spokojnie przyznać mu order za najszczerszy uśmiech, jaki widział tego dnia. - Wybacz mi mój pokrętny polski, ale w waszym kraju nie byłem lata, całe lata... - Stukał laską o drewnianą podłogę, prowadząc chłopaka za sobą. - I tak człowiek zapomina najprostszych słów...
Idąc za staruszkiem, Józef podziwiał wystrój jego domu; na ścianach znajdowały się fotografie i obrazy w miniaturach, skupione głównie na ciemnych barwach. Nokturny, pejzaże górskie, ciemne jeziora i spienione fale, zagubione wśród drzew anioły; mężczyzna musiał lubować się w mroczniejszych klimatach sztuki malarskiej. Jedynie zdjęcia były jak gdyby promykami słońca w tej posępnej galerii; znajdujący się na nich ludzie byli uśmiechnięci, a klisze złapały ich radość i spokój. Czarnowłosy uśmiechnął się z ulgą, widząc przełamanie tego kontrastu; widać to ludzie byli dla tego pana tym, co daje jasność, co oświeca i wprowadza pokój w życie. Ciemne płótna sztuki to tylko tło dla tej prawdziwej sztuki przez duże S, jaką jest życie. Uśmiechnął się.
Staruszek zatrzymał się w salonie, gdzie na stole rozłożone były gazety i dwie książki pełne zakładek. Pod ścianami piętrzyły się regały z opasłymi tomami, a dwa z nich rozdzielał mały kominek, w którym tliły się płomienie. Jedno okno było odsłonięte i słońce zaglądało przez nie do środka, drugie zaś, zasłonięte, rzucało cień na najbliższy regał. Naprzeciw kominka wisiało zdjęcie ślubne i wielki krzyż; na jego widok Józef poczuł, jakby cały ciężar spadł z jego ramion. Dobrze, że Ty tu jesteś, zwrócił się do niego z ulgą.
- Siadaj, chłopcze, siadaj. - Mężczyzna wskazał mu fotel naprzeciw tego, na którym sam usiadł, i oparł dłonie na lasce. - I wybacz mi, że jak gbur nie przedstawiłem się. Linas Dahila. Podczas wojny ktoś źle zapisał nazwisko i zamiast "Dahlia" mam taki kwiatek. - Podał mu rękę o nieco pomarszczonej skórze, a student ją uścisnął. Ciemne oczy mężczyzny rozbłysły z nadzieją, gdy poczuł w swojej dłoni tę silną, Józkową rękę.
- Józef Irysowski - rzekł łagodnie, przypatrując się mężczyźnie. - Jeśli mogę spytać, skąd zna pan język polski? Szczerze mówiąc, myślałem, że będę kaleczył przy panu angielski. - Uśmiechnął się, nieco spłoszony.
- O, to, to, lubię szczerych ludzi, mój drogi. - Staruszek uderzył dłonią w kolano. - Skąd ja ci znam, hm... Urodziłem się na Litwie i moja matka, Polka jakich mało, wpoiła mi te wasze syczące i drażniące głoski. - Zaśmiali się obaj. - A pilnowała, pilnowała, żeby czysto mówić. To jak mnie zapytali: "Li, chcesz może studenta z Polski przyjąć na parę miesięcy?", to mówię im: "Dawajcie mi chłopaka, niech wśród swoich będzie". - Na te słowa czarnowłosy delikatnie się rozpromienił. - Litwa blisko, dobrzy ludzie tam, a i wy dobrzy, to swój swemu by nie pomógł? - rzekł ciepło. - A na tych kampusach, moje dziecko, to szkoda gadać, do domu byś jako inny człowiek wrócił! - Machnął ręką. - Pewnie by się matka łzami zalała. - Na myśl o płaczącej Konstancji Józka zakłuło serce. - Zaraz ci pokażę, gdzie będziesz spać i odpoczniesz sobie po tym locie. Powiedz mi jedynie, umiesz ty gotować? - zaciekawił się, wstając powoli. Józek przytrzymał go pod rękę, na co starszy pan poczuł się pewniej.
- Kaczki w winie to nie moja specjalność, ale proste dania jak najbardziej - odparł ku uciesze mężczyzny, idąc z nim w kierunku schodów.
- Wspaniale! - Klasnął w dłonie. - Bo powiem ci szczerze, że kaczek w winie nie jadam. - Zatrzymał się na chwilę i poklepał go po ramieniu. - Chodźmy na górę, bo, będę z tobą szczery, Jouzas, szybki to ja nie jestem. - Roześmiał się, zwracając się do chłopaka litewskim odpowiednikiem jego imienia. Irysowski pokiwał głową i wszedł ze staruszkiem na piętro, uspokajając swe serce, które biło zgodnym rytmem wraz z kolejnymi skrzypnięciami podłogi.
Na górze domu znajdowało się kilka pokoi; Linas otworzył jeden z nich i pchnął drzwi laską, wskazując Józkowi, żeby tam wszedł. Było to pomieszczenie na końcu korytarza, najbardziej oddalone od schodów i wyglądające na spokojne i zaciszne. W środku znajdowało się łóżko i biurko przy oknie z widokiem na The Annex; rozłożyste drzewa piętrzyły się pod parapetem, a gdzieś w oddali widać było wieżowce Toronto. Szafa, przypominająca nieco tę narnijską, patrzyła swymi przetartymi gałkami na beżowe ściany, pokryte w niektórych miejscach małymi płótnami z reprodukcjami dzieł van Gogha. Gdy tylko Józef dostrzegł te miniatury, przypomniał mu się pocieszny pies Matyldy, drepczący za nim, ilekroć ten zjawiał się w mieszkaniu na Dobrej. Przesunął palcami po płótnie z Nocą gwiaździstą i uśmiechnął się. Noc.
- Noc... - Linas jak gdyby czytał w jego myślach, stając tuż obok chłopaka i opierając dłonie na ramce. - Może w twoich rodzinnych stronach teraz ktoś kładzie się do snu. Widzisz, my w domu, gdy byłem jeszcze na Litwie, modliliśmy się rankiem za tych, co idą spać, a wieczorem za ludzi, którzy wstają. Nie wiem, czy wierzysz, czy masz tam swojego Boga, ale wspomnij tych, dla których zaczyna się noc. W Polsce są sześć godzin do przodu z życiem. - Poklepał go po ramieniu. - Ludziom potrzeba spokojnych nocy... - szepnął z uśmiechem. - Dużo spokojnych nocy - wymruczał, po czym klasnął w dłonie. - No, mój drogi, zostawiam cię i idę oglądać Młodych muszkieterów, bo nie wiem, kiedy w końcu syn d'Artagnana zakocha się w Jacqueline! - Machnął ręką i roześmiał się, a stukanie laski stało się coraz cichsze wraz z jego krokami.
Józef odstawił walizkę pod ścianę, po czym usiadł na łóżku, patrząc w okno. Noc. Opadł na materac, zamykając oczy, po czym wytarł dłońmi twarz, oddychając powoli. Noc. Przytrzymał w dłoni medalik Faustyny, po czym ucałował maleńkie srebro i poczuł łzy pod powiekami.
Potrzebujesz wielu spokojnych nocy, moje słodkie kochanie.
ROZDZIAŁ 7CO SIĘ STAŁO Z NASZĄ KLASĄ?
Te róże w naszym ogrodzieprzypominają zapach twego oddechu,nie zrywam ich.Jeśli zniknie blask i zwiędną,co ze mną się stanie?(Panajotis Tsutakos, Żeby istnieć)
- Praktyki potrwają pewnie około czterech, może sześciu tygodni, chyba że zechce pani z nami zostać na dłużej. Na początku będzie się pani przysłuchiwała, potem dam pani do poprowadzenia szesnaście jednostek o literaturze i tyle samo językoznawczych. Różne klasy, ale najbardziej chciałabym skupić pani uwagę na klasie humanistycznej, tej przedmaturalnej. Pokażę pani naszą bibliotekę, sale przedmiotowe... Będę bardzo wdzięczna, jeśli zaangażuje się pani w nasze koło literackie, na pewno da to pani bliższy kontakt z uczniami i poznanie ich potrzeb. Dodatkowo pomoże to pani z tym punktem... o, tu jest! "Organizacja imprezy szkolnej", a także ten podpunkt z lekcjami wychowawczymi. Czy wszystko jest dla pani jasne? Widzę, że tak. Bez takiego uśmiechu, jak pani ma, to nawet nie warto iść na studia pedagogiczne, więc z czystym sercem oddaję pani moje dzieciaki. I może przejdziemy na "ty", bo poloniści osłabliby słysząc, ile razy użyłam zwrotu "pani" w tym monologu!
Faustyna od piętnastu minut siedziała w pokoju nauczycielskim, przysłuchując się słowom pięćdziesięcioletniej kobiety w granatowej sukience i białym swetrze. Elegancka nauczycielka (w żadnym wypadku nie wyglądająca na swój wiek) przedstawiała jej plany praktyk i poszczególnych akcji związanych z ich zaliczeniem. Świt uśmiechała się co jakiś czas, zapisując jej uwagi kolorowymi cienkopisami. Nie spóźniać się na lekcje. Zbudować autorytet. Przygotować materiały do omówienia lektury. Kupić długopis do sprawdzania wypracowań. Praktyki w liceum były zupełnie inne od tych w podstawówce. Tam wystarczył uśmiech i ciepłe słowo, by wzbudzić w dzieciach zaufanie. Poudawała z chłopcami kowboja, a potem przepytała ich z części mowy na piątki. Dziewczynki nauczyła, jak zrobić ciasto-chlebek z bananami, i przy jego okruszkach wkuwały proste wiersze. Nawet dała się im namówić na bal karnawałowy, gdzie przebrała się za księżniczkę, próbując nie wywrócić się w przydługiej sukni i jednocześnie rozdzielić dwójkę chłopców, którzy tłukli się mieczami. I było po prostu dobrze.
Jednak liceum - och, to był twardy orzech do zgryzienia! Pamiętając siebie z tamtego okresu, Faustyna obawiała się złamanych serc, ukrywanych łez i ciszy nad wrzeszczącymi duszami. Choć może raczej nie tyle "obawiała", bo wszystko to było tak ludzkie, ile nie wiedziała, czy sobie z nimi poradzi. Bądź co bądź sama niedawno skończyła szkołę na tym poziomie i dobrze wiedziała - mówiąc kolokwialnie - z czym to się je. W dodatku ta szkoła, tak łudząco przypominająca Żółte Liceum, przywoływała jej licealne wspomnienia: pierwsze pocałunki, kłótnie na korytarzach i ciszę piątkowej Mszy. Tu było prawie tak samo, z tą jedną różnicą, że nie dało się zastąpić nikim siostry Jagody, pana Kowalskiego od matematyki czy księdza Mariusza. Nikt nie zawieszał obrazów słoneczników jak pan Wiesio i Henio, woźni, a ławki były jakoś tak dziwnie puste bez białowłosej Asi.
No właśnie - Aśka. Do uszu Faustyny już jakiś czas temu dobiegły informacje, że Jackowska miała zostać zwolniona z aresztu na pół roku przed planowanym końcem wyroku. Jej ojciec mówił o córce sporadycznie i niezbyt wylewnie, co tylko podsycało ciekawość (szczególnie Wioli, która była straszliwą plotkarą), ale niedawno wspomniał coś o tym, że Asia miała wrócić do domu. Faustynę, która nie widziała się z nią od lat, ta myśl cieszyła o wiele bardziej niż wszystkich zainteresowanych. Była ciekawa tego, jak zmieniła się jej dawna przyjaciółka, a poza tym pragnęła w jakiś sposób odnowić kontakt z Asią. Mimo wszystko, mimo tego, co stało się podczas studniówki, Świt zależało na Jackowskiej i czuła, że gdyby porozmawiały i wyjaśniły to, co zostało niedopowiedziane, pomiędzy nimi nie byłoby tego "przeciągu" niedomkniętych spraw. A wiadomo, że od przeciągu tak łatwo się pochorować.
- Przepraszam, czy znajdę tu profesora Krzykalskiego? Och, sorry, znaczy, no, uch. - Z tych Asiowych wspomnień wyciągnął Faustynę dość posępny, męski głos; odwróciła się w stronę, skąd dobiegał, i dostrzegła chłopaka w skórzanej kurtce, który stanął w progu. Brązowowłosy nie uśmiechnął się na powitanie jak większość znanych jej ludzi, a jego niebieskie oczy nie błysnęły pod pojedynczymi kosmykami, które opadły mu na czoło. Jego twarz nie wyrażała absolutnie żadnych emocji - ot, pomylił sale, co przecież w sercu Faustyny Świt urosłoby do rangi tragedii na miarę tej greckiej i wstydu na zarumienionych policzkach, a jego najwidoczniej zupełnie nie obchodziło. - Chyba się zgubiłem - rzucił znudzony.
- Pan z UW? - Nauczycielka poprawiła okulary, po czym przyjrzała mu się z uwagą, a następnie zwróciła się do Fau. - Skarbeńku, wybacz mi, mamy tu urwanie głowy z tymi praktykami. Idź do sali numer jeden, to taka na końcu korytarza przy wielkim oknie. Znajdziesz na pewno. Pytaj o drugą A i panią Anastazję Lukrowską.
- Musi być przesłodką kobietą - zażartowała Świt, uśmiechając się delikatnie i wstając, po czym wyminęła chłopaka w drzwiach. - Dobrego dnia! - zwróciła się do nauczycielki, a ta uśmiechnęła się promiennie, składając dłonie jak do modlitwy. Szatyn popatrzył na wychodzącą Świt, jednak nie pociągnęło to za sobą jakichś głębszych myśli na jej temat, a jedynie pewne pobieżne pierwsze wrażenie.
Witold Niecierpek, bo on był owym studentem bez pamięci do sal, w ogóle mało myślał o innych ludziach. Można by rzec, że obchodzili go jedynie ci, którzy nie mieli już nic do gadania; martwi królowie, waleczni wodzowie, władcy, o których nikt nie pamiętał. Zagłębiał się w ich życie, gdy miał dość własnego, i żaden nigdy nie powiedział mu złego słowa na to "buszowanie w biografiach". Ludzie, którzy go otaczali, byli inni - krzykliwi, pełni nerwów, zabiegani, skupieni na sobie. Obrażali się za każdy przytyk w ich kierunku, nawet jeśli tylko rzucony w żartach. Gdy oni ciągle gdzieś biegli, on spacerował sobie po miejscach, które pamiętały wojnę bolszewicką, powstanie warszawskie czy czasy polskich królów i po prostu zapominał. Groteska, student historii ze słabą pamięcią. Jednak on wolał żyć tym, co było, niż skupiać się na tym, co trwało. Może z wygody, może ze strachu, sam nie wiedział. Dlatego też dziwny był dla niego ten uśmiech nowo poznanej dziewczyny (kto się tak szeroko uśmiecha do innych?) i te jasne kolory, które pomknęły za nią jak mgiełka z promieni słonecznych. Pszczółka, pomyślał tylko, zanim pan Krzykalski wyszedł do niego z opasłą teczką notatek.
W tym czasie Faustyna zatrzymała się przed salą numer jeden i przyjrzała uczniom, którzy czekali na polonistkę. Jakaś blondynka z aparatem na zębach, która uśmiechała się do ciemnowłosego chłopaka. Bliźniacy o jasnych, niemalże białych włosach i krótko obcięta dziewczyna o rudawych końcówkach. Dwóch chłopców w czarnych bluzach, pochylających się nad ukrytym w rękawie telefonem, i trzeci, w nieco rozpiętej koszuli, który kucał przed nimi, poruszając głową w rytm muzyki. Świt uśmiechnęła się, przywołując w pamięci swoją własną klasę - wiecznie zasłuchanego Tymka Piaska, rozgadanego Witka Piotrkowskiego, Beatę i Marysię, klasowe papużki nierozłączki, i Wiolę, na której widok serca chłopców biły szybciej. Pamiętała Piotrka Wilka, który wiecznie chodził w bluzach i nerwowo rozprostowywał palce na matematyce, jakby szykował się do rzutu piłką. Przed nim w ławce Aśka, próbująca pisać coś na telefonie, schowanym pod czarną spódnicą, której nie chciała zamienić na żółtą, mundurkową, i Józef, szkicujący coś na marginesach podręczników czy dyskutujący z każdym z nauczycieli. Pachnąca kawą sala od polskiego i pani Smokowska denerwująca się na spóźnialskich albo wyświechtane kartki Pisma Świętego w dłoniach księdza Mariusza. Pan Kowalski czytający na matematyce dzieła papieża podczas pisania przez klasę kolejnych kartkówek i szkolna schola przekrzykująca się tekstami z pieśni liturgicznych. Ciepło tych wspomnień rozlało się po sercu studentki, gdy ktoś przekręcił klucz w drzwiach.
- Dzień dobry, robaczki! - Pani Lukrowska, nieco krągła kobieta o przyjemnej twarzy jak z reklamy pasty do zębów, przywitała się ze znudzonymi licealistami. - Wchodzimy, wchodzimy, dzisiaj mamy gościa, więc uwińcie się bez afer, kto gdzie siedzi i od kogo ściąga. - Zaśmiała się, po czym spojrzała na Faustynę. - Pani to pewnie Faustyna Świt z czwartego roku filologii tu u nas na UKSW, prawda? - Uśmiechnęła się, gdy studentka podała jej dłoń. - Zapraszam, przedstawię panią i wskażę miejsce, jak ta... Maciej, czy mógłbyś rozsiąść się z Bartkiem? Dziękuję. Przepraszam, ale druga A to szaleństwo. - Machnęła ręką. - Oliwia, rany boskie, wylejesz kawę na zeszyt! Od czego była przerwa? Poza tym, czy to jest kubek z pokoju nauczycielskiego? Oliwia! Zapraszam! - Weszła, ciągnąc studentkę za rękę.
Uczniowie uciszyli się i usiedli w ławkach, wyciągając podręczniki i ukradkiem przyglądając się Faustynie, która rozmawiała przy biurku z panią Lukrowską. Kilku chłopców wymieniło ze sobą spojrzenia, a dziewczyny uniosły dumnie głowy, mierząc Świt wzrokiem pełnym nieufności. Posłała im przelotny uśmiech, słuchając kobiety, która zdradziła jej, że chciałaby zacząć omawianie epoki romantyzmu. Rudowłosa skinęła głową, po czym odsunęła się, by klasa mogła zobaczyć swoją nauczycielkę. Pani Lukrowska uśmiechnęła się szeroko i rozłożyła ręce, jak gdyby witała gości w soplicowskiej bramie.
- Moi kochani! - Uczniowie zwrócili ku niej głowy, przerywając swoje ciche rozmowy. - Widzę jesienne znudzenie i chandrę, jaka zapanowała w naszej klasie. Mam więc dla was iście słoneczne - w tym momencie zerknęła na koszulę Świt i rozpromieniła się - urozmaicenie naszych zajęć. Przedstawiam wam panią Faustynę Świt, która będzie praktykantką na naszych lekcjach. Przyjmijcie ją ciepło i uważajcie, bo może to ona będzie was szykować do matury, jak ja wyjadę na wakacje. Mówiłam wam przecież rok temu, że kocham Malediwy i Dominikanę! - Zaśmiała się, a z nią kilka osób. - Faustynko, kochana, usiądź tam, o, za Oliwią i Michałem, a wy, moi drodzy, otwórzcie zeszyty i zapiszcie temat "Wprowadzenie do epoki romantyzmu...". Przyniosłam wam książkę z żartami z dziewiętnastego wieku, więc jak będziecie cicho, to może się pośmiejemy, no! Mam zaznaczonych kilka naprawdę dobrych. Ale, ale... Nie słyszę otwierania zeszytów!
Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Goethe, Krasiński i angielscy poeci - to wszystko wirowało teraz przed oczami Świt, która oparła brodę na dłoni i słuchała ciepłego, przyjemnego głosu polonistki, przypominając sobie swoje własne lekcje języka polskiego. Co się na nich działo, to pozostanie tajemnicą Żółtego Liceum, jednak dobrze było wspominać dyskusje o czwartej części Dziadów, rozkosz nad opisami z Pana Tadeusza czy skrywane łzy nad śmiercią Wertera (który w opinii chłopców nadal pozostawał "romantyczną ciotą"). Romantyzm jako epoka miał w sobie coś takiego, że wydobywał z człowieka to, co najgłębsze - namiętności i upiory.
- Piękno bywa ulotne, może dlatego Mickiewicz porównuje ją do "marności w pięknie". - Wszyscy spojrzeli na Józka. Chłopak zamknął dramat i położył na nim dłoń. - Ta kobieta... jest piękna z zewnątrz, ale duszę ma okrutną. Pozostaje jednak w tym swoim pięknie, bo jest powierzchowne, najłatwiej widoczne. I Gustaw chce, by takie piękno rozsiewała. By podarowała mu je poprzez pocałunki. - Damska część klasy cicho westchnęła. - Do jej okrutnej duszy trudniej się dostać, to wymaga poznania. Nie wiem, czy dobrze odczytałem, nie jestem dobry w poezji. - Zawstydził się swojej nagłej śmiałości, lecz przykrył to szerokim uśmiechem.
Nie jestem dobry w poezji, Boże, jak bardzo się mylił. Na wspomnienie tych pierwszych, jesiennych miesięcy w sercu Faustyny zagościło ogromne ciepło. Choć nie pałała wtedy do Józka choćby ułamkiem tak wielkiej miłości jak teraz, lubiła wspominać swoje pierwsze przebłyski zauroczenia; słuchała go, gdy mówił, zerkała ku niemu, kiedy dyskutował z kolegami czy księdzem Mariuszem. Imponował jej i choć wtedy nie chciała się do tego przyznać, był w jakiś sposób jej autorytetem. Wzorem, któremu skradła pocałunki.
Uczyli się obok siebie, a potem samych siebie i być może romantyzm miał w tym swój udział. Jest w nim przecież miejsce na uczucia - w nich też się takie znalazło. Czasami burzliwe jak Burza z sonetów krymskich Mickiewicza, a innym razem spokojne i łagodne jak "powodzie kwiatowe" i "przestwór oceanu". I czasami człowiek nie wie, tak jak i oni nie wiedzieli, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie.
- Romantyzm kwestionuje rozum i jego potęgę. Dla niego najważniejsze są uczucia i wiara, zarówno w Boga, jak i w miłość czy człowieka. - Pani Anastazja przechadzała się po klasie, obracając kredę między palcami. - Możemy to porównać do zakochanych ludzi. Powiedzcie mi, kto z was nie zrobił głupoty z miłości, hm? - Kilka zgaszonych uśmiechów. - Komu ona nie odebrała na chwilę rozumu, kto stracił myśli dla tej koleżanki z klasy matematycznej... - Jakiś chłopak pod ścianą odwrócił wzrok. - Albo kolegi, który na przerwie obiadowej siedzi w bibliotece. - Blondynka nazywana "Oliwią" spuściła głowę i zajęła się kartkowaniem zeszytu. - Romantyzm tym właśnie był. Traceniem głowy dla serca. A pierwszy ją u nas w Polsce stracił Mickiewicz, choć ja wolę Malczewskiego, ale nic to! Zapisujemy umowną datę graniczną - tysiąc osiemset dwudziesty drugi. Wydanie Ballad i romansów... O! "Zdaje mi się, że widzę", że Michał nie otworzył zeszytu! No, miejcie choć trochę miłości dla naszego wieszcza. Czas na Ballady i romanse. Idziemy nad Świteź. Aż mi chłodno na samą myśl.