Teodor Massignac siedział przy kasie. On to, jeśli zachodziła jakaś
wątpliwość rozstrzygał ją. On sprawdzał bilety, on wskazywał drogę,
rzucając kiedy niekiedy słówko uprzejme, aby po chwili wydać
stanowczy rozkaz. A wszystko to czynił ze swoim wiecznym uśmiechem
i impertynencką trochę nonszalancyą. Na twarzy jego nie było ni
śladu zakłopotania. Nie psuły mu dobrego humoru ani wrogie nieraz
uwagi wchodzących widzów, ani ich podejrzliwe spojrzenia, ani mniej
lub więcej dyskretna kontrola policyantów, pilnujących każdego jego
kroku... Był nawet na tyle bezczelnym, że u wejścia kazał rozlepić wielkie
jaskrawe afisze, na których widniała poważna, piękna głowa Noela
Dorgeroux... Oburzony do żywego widokiem tych afiszów, zbliżyłem się do niego
na godzinę przed rozpoczęciem widowiska i wykrztusiłem drwiącym
głosem: - Zdjąć te afisze... Ja zabraniam... Wszystko inne niech będzie... Ale
na taką bezczelność nie pozwolę!... Udał niesłychane zdumienie: - Bezczelność?... Pan nazywa to bezczelnością, że ja chciałem uczcić
pamięć wuja pańskiego, że zapragnąłem pokazać oczom ludzkim portret
genialnego wynalazcy, którego odkrycie wywoła przewrót w świecie?
Ależ ja w ten sposób zamierzałem złożyć należny mu hołd!... Wyprowadzany z równowagi, mruczałem: - Zabraniam... zabraniam... Nie zgodzę się na popełnienie tej jeszcze
podłości!... - Ależ owszem, owszem - roześmiał się Massignac - zgodzi się pan
tak jak na wszystko inne!... To tylko cząstka całości, mój drogi
panie!... To mała pigułka, którą musisz przełknąć... Wiem, że jedno
słowo z twoich ust może mnie zgubić, ale pan tego słowa nie
wypowiesz, bo wówczas wynalazek Noela Dorgeroux byłby nazawsze dla
ludzkości stracony!... Wszak ja jedynie jestem posiadaczem jego
tajemnicy... Velmot jest tylko maryonetką, narzędziem!... I Beranżera
także... Skoro Teodor Massignac znajdzie się pod kluczem, żegnajcie
czarodziejskie wizye, które wsławić macie nazwisko Noela
Dorgeroux!... Żegnaj sławo!... Żegnaj nieśmiertelności!... Czyżbyś pan
sobie tego życzył? Nie czekając na odpowiedź dorzucił: - A zresztą jeszcze jedna rzecz... młodzieńcze, wiem ja coś o tobie...
Kochasz Beranżerę!... O nie zapieraj się!... Kochasz!... Jeśli mnie
zadenuncyujesz - zgubisz zarazem i ją... Cóż, czy mylę się?... Ojciec
i córka - to jak dwie głowy w jednej czapce... Trudno uciąć jedną -
nie tykając drugiej... Zaczynamy rozumieć się, prawda? Tem lepiej.
Wszystko będzie dobrze! będziecie mieli dużo dzieci, a Beranżera
dostanie ładny posag! Tak Wiktorynie! Spoglądał na mnie przez chwilę z szyderstwem. Zacisnąwszy pięści,
wyrzekłem z wściekłością: - Nędzniku!... Łotrze!... Ludzie zbliżali się do nas. Obrócił się do mnie plecami, przyczem
szepnął: - Cicho Wiktorynie! Nie obrażaj teścia!... Całą siłą woli zapanowałem nad sobą. To nikczemne indywiduum miało
racyę. Potężne motywy zmuszały mnie do milczenia, tak że Teodor
Massignac mógł doprowadzić swe dzieło do końca, nie obawiając się
przeszkody z mej strony. Noel Dorgeroux i Beranżera bronili go!... Tymczasem amfiteatr napełniał się. Długim szeregiem nadjeżdżały
automobile jeden za drugim, przywożąc uprzywilejowanych, którzy
mieli dość pieniędzy, aby sobie kupić miejsce za dwadzieścia
ludwików. Finansiści, milionerzy, sławne gwiazdy teatrów, naczelni
dyrektorzy pism, najsłynniejsi literaci i artyści, potentaci
handlu, sekretarze wielkich syndykatów robotniczych - wszyscy oni
spieszyli gnani gorączkową ciekawością, na to niezwykłe widowisko.
Żaden program nie ogłaszał szczegółów. Nikt też nie wiedział z
pewnością, czy tajemniczy wynalazek Noela Dorgeroux został istotnie
w należyty sposób zużytkowany. Zwłaszcza, że krążyły
przypuszczenia, iż Teodor Massignac, chcąc wyłudzić pieniądze,
dopuścił się mistyfikacyi. Wszakże na biletach i afiszach widniały
te mało zachęcające słowa: "W razie niepomyślnej niepogody bilety ważne są na dzień następny.
Jeżeli z jakiejkolwiek innej przyczyny przedstawienie nie odbędzie
się dyrekcya pieniędzy nie zwraca." Wszystko było już gotowe. Teodor Massignac urządził wszystko i
wykończył przy pomocy architektów i tapicerów według planów
wypracowanych przez Noela Dorgeroux. O godzinie pół do szóstej
wszystkie miejsca były już zajęte. Policya nakazała zamknąć drzwi
wejściowe. Tłum zaczynał się niecierpliwić. Dawało się odczuwać masowe
zdenerwowanie. - Jeżeli to się nie uda - rzekł jeden z moich sąsiadów - to będzie
awantura! - Tak - odparł jeden z dziennikarzy, dobry mój znajomy - będziemy
się awanturować. Ale nietylko w tem leży niebezpieczeństwo dla
czcigodnego Massignaca. On ryzykuje o wiele więcej. - Mianowicie? - zapytałem. - Może dostać się do więzienia! Ratowała go dotychczas ciekawość
powszechna!... Jeśli ta nie będzie zaspokojona - to źle! Rozkaz
aresztowania już podpisany! Zadrżałem. Massignac aresztowany! - cóż za niebezpieczeństwo dla
Beranżery. - Bądź pan przekonany - ciągnął dalej dziennikarz - że Massignac
wie doskonale, jaki miecz Damoklesa wisi nad nim!... Robi on
wprawdzie niesłychanie pewną minę, ja jednak przeświadczony jestem,
że w głębi duszy dygoce cały... Silniejszy pomruk przebiegł przez zgromadzony tłum. Na dole Teodor Massignac pewnym krokiem wkroczył do orkiestronu,
prowadząc za sobą dwunastu wysokich, dobrze zbudowanych drabów,
zaangażowanych jako funkcyonaryuszy amfiteatru.. Wskazał im dwie
ławki specyalnie dla nich przeznaczone i z najnaturalniejszą miną w
świecie wydawał rozporządzenia. A mimika jego tak dobitnie
wskazywała, co czynić mają w razie, gdyby ktoś zamierzał zbliżyć
się do muru, że wśród publiczności ozwały się krzyki protestu. Massignac obrócił się w stronę widzów, bynajmniej nie zmieszany i
z taką miną wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: - Czego chcecie? Muszę przedsięwziąć środki ostrożności... Czy mi
nie wolno?... Tłum na chwilę uspokoił się, aby po upływie minuty
znowu wybuchnąć z tym większym hałasem: - Podnieść kurtynę!... kurtynę!... wołano. Massignac spojrzał na zegarek, wstał zwolna, spokojnie, zbliżył
się do muru i nacisnął guzik elektryczny. Żelazna kurtyna opadła -
odsłaniając w pełnem świetle niezwykły ekran. Dreszcz przebiegł
przez widownię... Każdy drżał ze wzruszenia na myśl, że będzie mu
danem asystować przy niezwykłem, tajemniczem widowisku, o którem
tyle dziwacznych, sensacyjnych krążyło wersyi. Ja sam w tej chwili uroczystej zapomniałem o wszystkich fazach
dramatu, o mej nienawiści do Massignaca, nawet o miłości do
Beranżery - cała myśl moja skupiła się wokół genialnego wynalazku
mego wuja. Czyż cudowne wizye raz jeszcze pojawią się, aby uczynić
nieśmiertelnem imię Noela Dorgeroux? Czy słusznie postąpiłem
rezygnując z zemsty na zbrodniarzu za cenę sławy, za cenę
nieśmiertelności dla wielkiego wynalazcy? Wszakże ukrywając przed
sprawiedliwością ohydną zbrodnię - stawałem się niejako jej
wspólnikiem... Zapanowała cisza niezamącona żadnym szelestem.
Wszystkie twarze nacechowane były najwyższem natężeniem nerwów.
Spojrzenia wbiły się w szary mur. Wola tysięcy widzów jednoczyła się z wolą Massignaca, którzy
stojąc z pochyloną naprzód głową, badał wzrokiem nieprzenikniony
mur. To on był tym, którzy pierwszy zobaczył światło. Krzyk wydarł mu
się z piersi, a ręce frenetycznie uderzyły powietrze. Prawie w
tejże samej chwili chór krzyków zabrzmiał wśród publiczności. Tłum zobaczył: Troje Oczu!... Troje Oczu zakreśliło na ekranie regularny trójkąt. I nagle te
oczy bez powiek, złożone z linii suchych symetrycznych napełniły
się wyrazem, które je uczynił tak wymownemi, jak oczy człowieka. Wyraz twardy, dumny z błyskami złośliwości. I zrozumieliśmy, że to
jest spojrzenie jakiejś istoty - tym wzrokiem spoglądającej w życie
istoty, która miała się nam dać poznać w życiu realnem... Tłum nie mógł się otrząsnąć ze zdumienia. Tłum czekał... I wizya ukazała się jego oczom... Nagle ta cała gromada ludzka -
zobaczyła drugą gromadę równie gęsto zbitą, której poruszenia
mieszały się z jej własnemi... Prawie że słyszała szelest kroków i
gwar tego drugiego tłumu odzianego w suknie, świadczące, że ci
ludzie - są dziećmi trzynastego lub czternastego wieku. Postacie w mniszych sutannach czuwały nad pracami robotników,
wydając rozkazy i nie uchylając się niekiedy od popychania worków
naładowanych lub ociosywania kamieni. Kobiety z ludu sunęły z
dzbanami wina, nalewając je do kubków zmęczonym pracownikom. Dwaj
śpiewacy śpiewali jakąś pieśń, wtórując sobie na gitarze. Trupa
akrobatów w dziwacznych, jaskrawych kostyumach przygotowywała się
właśnie do wykonania swych produkcyi, kiedy nagle obraz się
zmienił... Był to ten sam gmach zresztą, ale w stadyum daleko późniejszem.
Wyraźnie już można było rozróżnić kształty świątyni gotyckiej.
Ludzie, którzy pracowali nad jej wykończeniem, murarze,
kamieniarze, rzeźbiarze, mnisi mieli już stroje zgoła odmienne. Dwa
wieki upłynęły... Obrazy zmieniały się jeden za drugim w taki sposób, że trudno było
określić, kiedy się zaczyna a kiedy kończy wizya... I tak jak w
kinematografie serya obrazów reprodukuje rozwój rośliny - tak samo
w oczach naszych budowała się, wznosiła wspaniała katedra. Nadeszła
wreszcie chwila, kiedy wystrzeliła ku niebu w całem swym
nieskazitelnem pięknie i wspaniałości. Była to katedra w Reims, ze
swymi trzema portalami, z lasem posągów, ze strzelistemi wieżycami,
okolonemi szeregami małych wieżyczek z misterną koronką rzeźby -
katedra w Reims, arcydzieło architektury, taka jak ją widywano
przez całe wieki, nim ją zburzyła inwazya niemiecka. Tłum patrzył z zapartym oddechem w piersi, przejęty mistycznym
dreszczem. Wszyscy rozumieli i odczuwali, że są świadkami czegoś
niezwykłego, nadziemskiego, że to co widzą, nie pozostaje w żadnym
związku z fotografowanymi obrazami budującego się gmachu...
Niezrozumiały cud jakiś przenosił ich nagle w wieki minione,
stawiając im przed oczy rzeczywisty obraz budującej się w
średniowieczu świątyni. Tu nie miało się do czynienia ze sztucznie
wywołanymi obrazami - to przeszłość sama wynurzała się z otchłani
wieków, zwyciężając niepokonaną dotychczas zaporę Czasu! Katedra w Reims przed naszemi oczyma żyła, oddychała - przez setki
lat, nie tracąc nic ze swej piękności. Zaklęta w kształt kamienny
śpiewała hymn na cześć Boga, królując ponad morzem domostw, które z
biegiem czasu zmieniały swój wygląd, konstrukcyę, architekturę... Niejednokrotnie postacie ludzkie opierały się o poręcz którejś z
zawieszonych w powietrzu galeryi, a według szat tych ludzi - można
się było oryentować w biegu wieków. Przesunęli się przed nami
obywatele z czasów przedrewolucyjnych, potem żołnierze napoleońscy
z epoki Cesarstwa, później dzieci 19-go wieku, turyści, pątnicy i
robotnicy, zajęci przy robotach nad odnowieniem katedry. Ostatnie zjawisko ukazało nam grupę oficerów francuskich w
mundurach polowych. Zgromadzili się oni w pośpiechu na szczycie
wieży, przykładając do oczu lornety... Tu i ówdzie ponad miastem i
okolicznymi wsiami snuły się małe okrągłe obłoczki, świadczące o
wybuchu pocisków działowych. Milczenie tłumu stawało się wprost zatrważające. W spojrzeniach
malowało się osłupienie i niepokój najwyższy. Wszyscy już wiedzieli, przeczuwali, co się stanie... Pierwszy pocisk ugodził w północną część katedry. Uszkodzenia nie
mogliśmy skonstatować, bo świątynia zwrócona była ku nam od
zachodu. Ale błysnęło światło, jak błyskawica poprzedzająca burzę i
słup dymu czarnego wzbił się w powietrze, wystrzelił ku niebu o
czystym, jasnym błękicie bez chmur. I zaraz potem padły jeszcze trzy pociski, powodując trzy
eksplozye... Czarne gęste obłoki dymne zawirowały... Padł piąty pocisk
- trafił w środek dachu. Buchnął płomień, katedra w Reims paliła
się... Wśród tłumu ozwało się kilka krzyków urwanych... dał się słyszeć
jakiś spazmatyczny szloch kobiecy... Szósty pocisk ugodził statuę
świętej o przecudnem, pełnem słodyczy i nadziemskiej dobroci
obliczu... Arcydzieło natchnienia, piękności i wdzięku spowiło się w
krwawe kotary płomieni i czarne zasłony dymu... Potem... ujrzeliśmy
zamiast posągu i misternie cyzelowanej niszy ziejący grozą
zniszczenia obraz... W tej chwili uczułem, jak dokoła budzi się poryw gniewu i
nienawiści... Zniszczenie posągu świętej wzburzyło tłum, a wizye
następne potęgowały jeszcze wzburzenie... Katedra oddaliła się od
nas, zmalała, a na pierwszy plan wystąpił pagórek ogrodzony drutami
kolczastymi, usiany zwłokami ludzi i trupami koni, pocięty rowami.
Szczyt pagórka umocniony był bastyonami i cementowemi
fortyfikacyami. Długi szereg armat, wielkich groźnych potworów -
kierował swe mordercze paszcze w stronę miasta... żołnierze w
niemieckich mundurach uwijali się wokół nich. To była baterya bombardująca katedrę Reims. W środku widniała grupa generałów z lornetami w ręku. Przy każdym
wystrzale przykładali oni szkła do oczu, poczem kiwali głowami z
wyrazem oczywistego zadowolenia na twarzy. Nagle wśród nich powstał jakiś wielki ruch. Wszyscy ustawili się w
szeregu, sztywni, wyprostowani jak automaty - podczas gdy żołnierze
nie przerywali obsługi armat. Ukazał się automobil, eskortowany przez oddział kawalerzystów.
Automobil zatrzymał się na platformie. Wysiadł mężczyzna w
pikelhaubie, owinięty szeroką peleryną, trzymający rękę na
rękojeści szabli. Bardzo szybko szedł ku nam, aby wkrótce znaleźć się na pierwszym
planie. Poznaliśmy go... Wszak prawie każdy z nas widział jego portrety w
starych czasopismach lub podręcznikach historyi... To był "kaiser"
Wilhelm!... Podał rękę jednemu z generałów. Inni oddawali mu sztywny ukłon
wojskowy, poczem rozsunąwszy się uformowali półkole wokół Wilhelma
i tego generała, któremu on podał rękę... Potoczyła się rozmowa.
Generał po kilku wyjaśnieniach i wymownych gestach w kierunku
bombardowania miasta. Następnie kazał przynieść lunetę, do której
"kaiser" przyłożył oko. Jedna z armat była gotowa do strzału. Rozkaz wydano. Dwa obrazy przesunęły się przed nami: zobaczyliśmy rzeźbioną
kamienną balustradę, walącą się w gruzy i w chwilę później Wilhelma
Hohenzollerna prostującego się z miną dumną i tryumfującą!... Widział! Widział!... i twarz jego zajaśniała wyrazem intenzywnej
radości. Zaczął mówić z zadowoleniem. Jego grube wargi, podkręcone
wąsy, policzki porysowane zmarszczkami - wszystko to poruszało się
jednocześnie... Drugie działo czekało już gotowe... "Kaiser" przestał mówić i
spojrzał w stronę miasta, obracając w ten sposób głowę, żeśmy mogli
zaobserwować wyraz jego oczu. Było to spojrzenie twarde, złe, pełne
pychy i złośliwości... spojrzenie to samo, co u trojga oczu,
poprzedzających pojawienie się wizyi... Rozjaśniły się te oczy.
Ożywił je błysk złej uciechy. Te oczy widziały to, co i my w tej
chwili! morze płomieni i zdruzgotane mury świątyni!... I wtedy cesarz niemiecki wybuchnął śmiechem!... Zgiął się w pół ze
śmiechu i brał się za boki otoczony świtą wtórujących jego
chichotowi generałów. Śmiał się!... śmiał się!... Cieszyło go to, że słynna na cały świat
katedra w Reims płonie! Że starodawna Bazylika, w której królowie
Francyi przyjmowali błogosławieństwo z rąk kapłana stała się pastwą
zniszczenia! Niemieckie działa druzgotały piękno i tradycyę wieków!... I on to zdziałał Wilhelm Hohenzollern, cesarz niemiecki, król
pruski, który pragnął zostać panem świata!... Tłum uniesiony gniewem zapomniał, że to co widzi - należy już do
niepowrotnej przeszłości!... Zahuczał orkan krzyków, zacisnęły się
groźnie pięści, zafalowało gwałtownie morze głów ludzkich... Woźni musieli z wytężeniem całej siły stawiać opór publiczności,
która jak oszalała cisnęła się przez orkestrion w stronę muru... Teodor Massignac odgrodzony od widowni żelaznemi kratami, wstał,
nachylił się i nacisnął guzik elektryczny. Żelazna kurtyna wzniosła
się do góry...