ROZDZIAŁ 2. NIEODBEZPIECZONA
Szum... dźwięk stalowych kół przesuwających się po tak samo stalowych szynach.
Klik-klak.
Bardzo rzadko mi się to zdarzało.
Klik-klak.
Przez specyfikę mojej pracy - prawie w ogóle. Byłem żołnierzem. Byłem dowódcą. Zawsze gotowym. To był pierwszy raz od dawna, gdy doprowadziłem się do takiego stanu.
Klik-klak.
Przeskok pomiędzy segmentami torów kolejowych. Cichy świst powietrza rozdzieranego przez pędzący z zawrotną prędkością pociąg. Suchość w gardle...
Tyle udało mi się poczuć przez zamknięte oczy. Powolnie zebrałem swoje myśli. Podniosłem powieki i poczułem pulsowanie oczodołów. Głowę rozsadzał mi niemiłosierny ból połączony z uczuciem, jakby mózg wydostawał mi się w rozpaczy przez uszy. Kurewsko mocny kac, i to jeden z tych potężniejszych wariantów.
Siedziałem przy oknie w obskurnym, wyglądającym jak chlew i ciasnym przedziale. Stara farba odchodziła płatami z przesuwnych drzwi, krusząc się na brudną, niesprzątaną od wieków podłogę. Wraz ze mną znajdowała się tutaj siedząca naprzeciwko kobieta z mechanicznym ramieniem, zaczynającym się w okolicach łokcia, i grubszy facet, który zaczytał się w czymś na sufitowym ekranie pomiędzy naszymi głowami. Brudne, pożółkłe ściany wykonane z plastiku oddzielały nas od reszty jadących ludzi, a słabe światło dawało choć trochę odpocząć moim zmęczonym, obolałym oczom.
Gdzie ja, do cholery, jestem? Jak się tu znalazłem? I dokąd jedzie ten pociąg?
Pytania instynktownie przewaliły się przez myśli, ale nie miałem teraz na to siły. Odgoniłem to od siebie i wlepiłem wzrok za okno. Na zewnątrz lało, a burzowe, ciemne chmury rozchodziły się aż po horyzont i w oddali dźgały grunt potężnymi błyskawicami. Przemierzaliśmy jakieś mniej zurbanizowane tereny i nie znajdowało się tutaj nic, poza trawiastymi równinami i kilkoma niewielkimi pagórkami. W zamyśleniu zapatrzyłem się na krople deszczu sunące po zewnętrznej stronie szyby, pędzące w wyścigu o to, która z nich jako pierwsza dotknie krawędzi. Zlepiały się po drodze w większe formacje, zbaczając - to w górę, to w dół - z obranego wcześniej kursu. Zahipnotyzowały mnie swoim spokojem. Udało mi się na kolejny moment przysnąć.
Z płytkiego snu zbudziło mnie uczucie nadchodzącej rewolucji żołądkowej. Wyprostowałem się w niewygodnym fotelu i przyciągnąłem kolana do torsu, wkładając je pomiędzy ramiona, jakby miało mi to w jakiś nieokreślony bliżej sposób pomóc. Wnętrzności zaczęły wirować przy akompaniamencie dobiegającego z głośników komunikatu w nieznanym mi dialekcie. Żołądek podchodził mi do gardła dokładnie tak samo, jak pociąg zbliżał się nieubłaganie do kolejnej stacji, co można było poznać po delikatnym, stopniowym hamowaniu i zabudowaniach przemijających za oknem.
Ślinotok. Nie możesz tego zrobić tutaj. Nie w przedziale. Nie przy ludziach, nieważne, że ich nie znasz. Powtarzałem sobie to w głowie jak mantrę. Podniosłem się, przełknąłem głośno ślinę i zerwałem do wyjścia. Drzwi z sykiem otworzyły się, wypuszczając mnie na tak samo zniszczony i zaniedbany korytarz. Poszukałem symboli oznaczających toaletę i zgodnie z nimi udałem się ku końcowi wagonu. Po kilku krokach dotarłem pod wąskie drzwi i szarpnąłem gwałtownie za klasyczną klamkę.
Zamknięte. Cholera, i co teraz?
Miałem coraz więcej śliny w ustach, a każde jej przełknięcie było jak przyśpieszanie swojego własnego wyroku. Pociąg zatrzymał się i drzwi wyjściowe stanęły przede mną otworem, więc - niewiele myśląc i najszybciej jak się dało - wyskoczyłem na peron. Buty odbiły się od jego betonowej powierzchni ze stukotem. Kilka metrów szybkiego, nerwowego marszu po deszczu i znalazłem się w poczekalni. Szybki rzut oka po wnętrzu. Drzwi po lewej. Wszedłem do toalety i od razu skierowałem się do wolnej kabiny. Padłem na kolana.
Pierwszy żołądkowy wyrzut rozbryzgnął się o muszlę, brudząc jej krawędzie i deskę. Odbijając się od niej, wypadł na poszarzałe kafelki. Drugi był już o wiele celniejszy i wpadł prosto w wodę stojącą na dnie sedesu. Odbiło mi się soczyście alkoholem i resztkami wczorajszego jedzenia.
Co za ulga.
Wyplułem jeszcze kilka razy mieszankę śliny i rzygowin z ust. Posmak kwasu żołądkowego zdominował moje kubki smakowe, ale rosnące uczucie kaca i odwodnienia z nim związanego oderwało moją uwagę od tego. Podniosłem się z kolan i zauważyłem, że brązowy, wykonany z wełny, długi płaszcz, który miałem na sobie, również oberwał wymiocinami. Poprawiłem go nieznacznie i wyszedłem z kabiny z zamiarem obmycia i jego, i twarzy w umywalce.
Całkiem mocny cios metalowym przedmiotem spadł na moją i tak obolałą i pulsującą czaszkę, a towarzyszył mu głuchy zgrzyt. Zatoczyłem się lekko i odruchowo dotknąłem uderzonego miejsca. Drugą ręką oparłem się o kolano. Domyśliłem się, że mam kłopoty. W pośpiechu sięgnąłem do broni trzymanej w skórzanej kaburze podwieszonej pod pachą, ale nic tam nie znalazłem. Nie było jej tam. Co, do...
- Tego szukasz, Miner?
Moje imię. Tak się nazywam.
Podniosłem wzrok. Naprzeciwko mnie stała kobieta z pociągu, ta z mechaniczną ręką, trzymając w niej wycelowaną we mnie moją własną omegę. Prawdopodobnie zabrała mi ją, gdy przysnąłem. Gratulacje, Harrison. Teraz znalazłeś się w małym potrzasku.
Wyprostowałem się, krzywiąc twarz.
- Zabolało, co? - zapytała z uśmieszkiem na twarzy. Podeszła bliżej, przytykając lufę do mojego czoła i lekko je trąciła. - Teraz mamy okazję, by pogadać w cztery oczy.
- Może najpierw jakaś kawa albo drink?
Westchnęła.
- Nie mam zbyt dużo czasu, a ty masz go jeszcze mniej...
Przestałem zwracać uwagę na to, co mówiła i skupiłem się na opracowaniu jakiegokolwiek planu wyjścia z tej sytuacji. Miałem kaca, oberwałem i tyle co zwymiotowałem zawartość żołądka, zatem nie było to najłatwiejsze zadanie. Najtrudniejsze w tym wszystkim było naprowadzenie myśli na właściwy tor. Zebrałem się w sobie i - udając, że ocieram oczy - rozejrzałem się. Pusta łazienka kolejowej poczekalni. Trzy kabiny, tyle samo umywalek po przeciwnej stronie, a nad nimi długie, rozciągające się na całą szerokość ściany lustro, a w nim nasze odbicie. Ja, stojący naprzeciwko niej, a pomiędzy nami nieodbezpieczona omega. Tak, NIEODBEZPIECZONA. W normalnych okolicznościach, nawet bez kaca, nie miałbym szans w starciu z jej mechanicznym ramieniem. Widziałem już takie zabawki w akcji i zazwyczaj okazywały się tak szybkie, że nie było nawet mowy o próbie rozbrojenia lub uniku. Ale teraz, gdy wiedziałem, że naciśnięcie spustu nic jej nie da...
Uskok w lewo.
Pociągnęła za spust i nic się nie stało, poza jedynie charakterystycznym kliknięciem, które wydaje z siebie broń za każdym razem, gdy ktoś próbuje z niej strzelać przy włączonym zabezpieczeniu. Lewą dłonią chwyciłem jej zimny nadgarstek, a prawą wyprowadziłem cios podbródkowy, który był na tyle silny, by jej błędnik oszalał. Usłyszałem, jak zęby kobiety uderzają o siebie przy spotkaniu z moją pięścią i - korzystając z przewagi - wyrwałem pistolet z jej ręki. Było to, o dziwo, całkiem proste. Wycelowałem, odbezpieczyłem szybkim ruchem kciuka i czekałem.
- To co mówiłaś? - zapytałem ironicznym tonem. Spojrzała na mnie z pogardą.
W żadnym scenariuszu, który przewałkowałem na szybko w głowie, nie spodziewałem się tego, że ruszy na mnie pełną szarżą. Odepchnęła się od podłogi i wyskoczyła na mnie z całą prędkością. Broń była już wycelowana i gotowa.
Bam.
Wystrzał odbił się echem od zielonkawych ścian. Głowa zapulsowała mocniej. Kula przebiła jej ciało i utknęła w ścianie po prawej stronie drzwi, ona natomiast - z dziurą w piersi - padła bezwładnie metr ode mnie, twarzą w dół. Jeden celny strzał zrobił z niej nieboszczyka. A dopiero co próbowała wydusić ze mnie informacje o... No właśnie, o czym? Czego ona mogła chcieć? Kim była? I co to za miejsce? W dalszym ciągu nie wiedziałem nic o tym, co tutaj robię, a ilość pytań ciągle rosła.
Nie teraz. To nie czas na szukanie odpowiedzi.
Zgodnie z tym, co przewidziałem, nie była sama. Koleś jadący z nami w przedziale był jej wspólnikiem i właśnie przetoczył swoje cielsko przez drzwi do łazienki. Był w lekkim szoku, gdy zobaczył trupa swojej koleżanki i mnie stojącego nad nią. Wycelowałem w niego. Obserwowałem uważnie każdy jego ruch, nawet najmniejsze napięcie mięśni twarzy, każde drgnięcie palca. Pot zaczął pojawiać się na jego czole. Zrobił się czerwony. Lekko poruszyła się jego prawa dłoń. Dobrze wiedziałem, co chce zrobić.
- Nie radzę.
Nie posłuchał.
Szarpnął za marynarkę, próbując złapać swój pistolet. Kolejny strzał rozdarł wnętrze, echem docierając do moich bębenków usznych, ściskając je swoją mocą. Koleś padł obok swojej towarzyszki, a ja po raz kolejny złapałem się za pulsującą głowę. Odchyliłem wełniany płaszcz i schowałem omegę do kabury po pachą. Odwróciłem się w stronę umywalki. Odkręciłem kran i obmyłem twarz dwoma szybkimi chluśnięciami wody. Wyczyściłem także ubranie z wymiocin i zanim zakręciłem strumień, zaczerpnąłem jeszcze z niego trzy duże łyki. Czas się zabrać do roboty.
Chwyciłem najpierw ciało faceta i przeciągnąłem je do ostatniej kabiny. Przeszukałem kieszenie, wyjąłem portfel i położyłem na plastodrewnianym blacie obok. Martwą kobietę również obmacałem i - wyjąwszy z jej kieszeni niewielką saszetkę z dokumentami - ułożyłem na ciele mężczyzny, starając się, by jej nogi nie były bardzo widoczne od spodu. Gdy udało mi się upchnąć ich ciała w dziwnym objęciu na muszli klozetowej, zatrzasnąłem kabinę tak, by nie otworzyła się zbyt łatwo przy pierwszym lepszym pchnięciu. Chwyciłem odebrane im fanty i wyszedłem w poszukiwaniu jakiegokolwiek spokojniejszego miejsca.
W poczekalni oprócz ławek nie było nic, dlatego od razu skierowałem się na zewnątrz. Pociąg już dawno odjechał i doszczętnie opustoszała teraz stacja mogła być dla mnie całkiem dobrym miejscem na przeczekanie burzy, która była silniejsza z każdą mijającą minutą. Błyskawice oślepiały swoim rozmachem, a grzmoty następujące krótko po nich wierciły dziury w mojej skacowanej głowie.
Ach, ten pieprzony kac! Muszę się go pozbyć!
Właściwie to mógłbym tu zostać do rana, gdyby nie trupy, które przed momentem poupychałem w kabinie. Na szczęście stacja nie była wyposażona w kamery monitoringu, alarmy czy systemy wykrywania broni. W innym wypadku już miałbym lokalną policję na głowie. Szybki rzut oka na zalaną rzęsistym deszczem okolicę. Czysto, można ruszać dalej, z tym, że sam nie wiedziałem, dokąd chciałbym pójść. Ulicą w lewo? Nie byłem przekonany co do tego kierunku. Widziałem tamten fragment miasta przez okno pociągu i nie czekało mnie tam nic, poza zrujnowanymi budynkami mieszkalnymi i niedziałającymi, jak przypuszczałem, fabrykami. Za następny punkt wycieczki obrałem przeciwny kierunek i zacząłem iść ulicą w dół, a schodząc z peronu, postawiłem kołnierz płaszcza, by choć trochę ochronić się przed silnym wiatrem i spadającymi na moją głowę oraz kark kroplami deszczu. Po przejściu pięciuset metrów wyszedłem zza rogu budynku i dostrzegłem neonową czerwień jakiegoś niewielkiego, zapuszczonego lokalu. Kontrastował z szarym tłem ponuro wyglądającego osiedla potężnych bloków. Molochem, który odstraszał już samym ogromem i wyglądem. Nie wiedziałem, co to za miejsce, ani jak się tu znalazłem. Ale zanim mogłem odpowiedzieć sobie na te pytania, musiałem wygrać najpierw walkę z dręczącym mnie bólem głowy.
Wewnątrz było podobnie ponuro jak na dworze, ale przynajmniej ciepło i sucho. Słabe, żarówkowe oświetlenie, obdrapane, małe stoliki pokryte staromodnymi ceratami, podłoga wyłożona dużymi, pociemniałymi od chodzenia kafelkami, które kiedyś, jakieś trzydzieści lat temu, były białe. Obite neonowymi jarzeniówkami okna rzucały ostry, czerwony blask na tę część ulicy. Kilku siedzących na sali klientów wyglądało na robotników lokalnych fabryk. Zmierzyli mnie złowrogo, gdy wchodziłem przez drzwi frontowe. Nie wyglądałem jak oni. Nawet ich nie przypominałem. Po sekundzie wrócili do swoich zajęć. Minąłem bar umiejscowiony pośrodku lokalu i znalazłem najbardziej zacienione miejsce. Opadłem na skórzaną, wysłużoną kanapę i wyciągnąłem z kieszeni płaszcza fanty zabrane napastnikom ze stacji kolejowej. W portfelu znalazłem pieniądze w ogólnej walucie Sojuszu Ziemskiego, która honorowana była wszędzie, bez jakiegokolwiek wyjątku. Znalazłem tam jeszcze lekko wysunięte ze swojego miejsca potwierdzenie tożsamości w postaci karty. Facet nazywał się Flowers. Był detektywem i zgodnie z logo, jakie widniało na przodzie karty, należał do policji Tritown. Na dokumencie jego towarzyszki z mechanicznym ramieniem było wydrukowane imię Creese, a w rogu karty znalazłem to samo oznaczenie. Nie było najmniejszych wątpliwości, że były to podróbki.
Usłyszałem nad swoją głową głos. To stojący z dzbankiem kawy barman mówił coś w niezrozumiałym języku. Instynktownie odpowiedziałem mu obojętnym ruchem ramion.
- Pan nietutejszy? - zapytał w końcu w ziemskim języku, z wyraźnym, wschodnim akcentem. - Coś podać?
- Coś na... - Potarłem oczy i ułożyłem splecione dłonie na karku.
- Ciężka noc, prawda? - przerwał mi. - Mam coś w swoim menu specjalnie na takie ciężkie noce. Zaraz coś wykombinuję. - Barman zaczął się odwracać.
- Proszę zostawić. - Chwyciłem za szklany dzbanek pełen czarnej kawy.
Mężczyzna rozluźnił chwyt i oddał mi naczynie. Odszedł. Ja za to nie omieszkałem zaczerpnąć kilka łyków wprost z dzbanka. Smakowała paskudnie, dokładnie tak samo jak ta serwowana z potężnych kontenerów na linii frontu, a po raz ostatni miałem okazję pić taką kawę podczas walk o Evercity.
Po kilku minutach stanęła przede mną całkiem spora misa zupy. Barman doniósł także sztućce oraz kubek na kawę. Aromat ostrych przypraw, którymi doprawiony był ciemny płyn, unosił się wraz z gorącą parą. Ślinka pociekła mi na sam zapach. Zanim chwyciłem za łyżkę, dałem barmanowi banknot o nominale stu dolarów. Wytrzeszczył oczy.
- Proszę zatrzymać resztę. Mogę prosić o przysługę? - powiedziałem.
- Co mógłbym dla pana zrobić? - zapytał, wkładając zgięty banknot do kieszeni białego fartucha na piersi.
- Co to za miejsce? Chodzi mi o miasto. - Chwyciłem dzbanek i nalałem sobie kawy do pełna. Barman uważnie obserwował moje ruchy.
- Fabijonišk?s II. Największe osiedle w aglomeracji wileńskiej.
Aglomeracja wileńska? Wilno. Ziemia. Co, do kurwy, robię na Ziemi? Jak się tu znalazłem? I dlaczego ludzie podający się za detektywów pracujących dla policji w Tritown na Limei ścigają mnie kilka lat świetlnych od ich terenu działania?
Co się stało?
Pamiętam, że ostatni raz byłem... no właśnie, gdzie? Wytężyłem ostatnie szare komórki i przypomniałem sobie o Robbie Drevinskim. Staliśmy pod daszkiem na zewnątrz jakiegoś lokalu, ale nie mogłem potwierdzić, gdzie to było konkretnie ani kiedy, ani co tam robiłem.
Spojrzałem ponownie na barmana.
- Jeszcze jedno. Proszę zadbać, by nikt mi nie przeszkadzał.
Wyłożyłem na ladę kolejny studolarowy papierek i przesunąłem go w jego stronę. Chwycił i włożył tam, gdzie schował poprzedni. Z zadowoleniem na twarzy wrócił do swoich obowiązków. Ja postanowiłem przegnać moje złe samopoczucie raz na zawsze.