Poskromienie złośnicy. Dziewczyna jak ocet - Anne Tyler

Reflow text when sidebars are open.
Kate Battista pracowała w ogrodzie, kiedy w kuchni zabrzęczał telefon. Wyprostowała się, nasłuchując. W domu była jej siostra, ale niewykluczone, że jeszcze spała. Jeden sygnał, drugi... W końcu usłyszała głos siostry, tyle że nagrany na automatycznej sekretarce.
- Hejka, to my! Zdaje się, że nas nie ma, więc zostaw...
Odrzuciwszy włosy z ramion, parsknęła z irytacją i ruszyła szybkim krokiem w stronę tylnego wejścia. Zanim pociągnęła za klamkę drzwi z moskitierą, wytarła dłonie o dżinsy.
- Kate - mówił tymczasem jej ojciec. - Odbierz telefon!
Podniosła słuchawkę.
- Co jest? - rzuciła.
- Zapomniałem zabrać lancz.
Omiotła wzrokiem blat przy lodówce. Lancz taty leżał dokładnie tam, gdzie go zostawiła poprzedniego wieczoru, zapakowany w przezroczystą torbę. Jej zawartość była doskonale widoczna: plastikowy pojemnik na kanapki i jabłko.
- Ech... - westchnęła.
- Możesz mi go podrzucić? - zapytał ojciec.
- Kiedy, teraz?
- Aha.
- Jezu, ojcze! Czy ja wyglądam jak kurier pocztowy?
- A masz coś lepszego do roboty? - nie dawał za wygraną.
- Jest niedziela, pielę ciemierniki!
- Och, Kate, daj spokój. Wskakuj w samochód, to ci zajmie dosłownie minutkę. Bądź grzeczną dziewczynką...
- A niech to! - Trzasnęła słuchawką i zabrała torbę z blatu.
Było w tej rozmowie coś dziwnego, a w zasadzie kilka dziwnych rzeczy. Po pierwsze, że w ogóle do niej doszło. Ojciec Kate nie ufał telefonom. Ponieważ w swoim laboratorium nie miał aparatu, musiał korzystać z telefonu komórkowego, jednakże nosił go przy sobie tylko dlatego, że nalegały na to jego córki. Tuż po zakupie przez kilka dni instalował ochoczo mnóstwo aplikacji - głównie kalkulatory naukowe - ale po krótkotrwałym entuzjazmie stracił zainteresowanie urządzeniem i obecnie unikał go jak ognia.
Po drugie, doktor Battista zapominał lanczu średnio dwa razy w tygodniu, ale dotychczas nigdy się tym zbytnio nie przejmował, a to dlatego, że prawie nie jadał. Czasem po powrocie z pracy Kate znajdowała w kuchni nietkniętą torbę, a mimo to musiała go wołać kilka razy, nim w końcu raczył zejść na kolację. Zawsze miał coś lepszego do roboty - a to jakieś czasopismo do przeczytania, a to notatki do przejrzenia. Gdyby mieszkał sam, umarłby z głodu.
Zresztą, jeśli dopadł go głód, mógł po prostu coś sobie kupić. Laboratorium znajdowało się w pobliżu kampusu Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa, gdzie roiło się od sklepów z kanapkami i artykułami spożywczymi. Nie mówiąc o tym, że nawet nie było jeszcze południa.
Na szczęście tego dnia zza chmur wyszło słońce. I chociaż wiał też chłodny wiatr, był to pierwszy pogodny dzień po długiej i ostrej zimie. "Właściwie przyda mi się wymówka, żeby na chwilę wyskoczyć z domu" - pomyślała Kate. Zamierzała pójść do laboratorium pieszo, zamiast jechać samochodem. Niech sobie tato czeka. (Sam nigdy nie korzystał z auta, chyba że musiał przewieźć jakiś ciężki sprzęt. Trzeba przyznać, że miał końskie zdrowie).
Wychodząc, Kate trzasnęła drzwiami, rozdrażniona, że Bunny znowu śpi do późna. Rośliny okrywowe rosnące wzdłuż chodnika wyglądały niechlujnie, więc zanotowała w pamięci, żeby się tym zająć, kiedy upora się z pielęgnacją ciemierników.
Machając zawiązaną na supeł torbą, minęła domy Mintzów i Gordonów - dwie okazałe, ceglane budowle w stylu kolonialnym, z charakterystycznym centralnym holem, ale lepiej utrzymane od domu Battistów - i skręciła za róg. Jej oczom ukazała się pani Gordon. Klęczała wśród azalii, rozsypując ściółkę wokół korzeni krzewów.
- Dzień dobry, Kate! - przywitała się śpiewnym głosem sąsiadka.
- Dzień dobry.
- Wygląda na to, że wiosna w końcu zawitała w nasze strony!
- Ano.
Kate nie zwalniała, a wiatr szarpał połami jej kurtki z koźlej skóry. Dwie dziewczyny, zapewne studentki z Uniwersytetu Hopkinsa, wlokły się przed nią iście żółwim tempem.
- Byłam pewna, że w końcu o to zapyta - mówiła jedna z nich - ale on ciągle odchrząkiwał, no wiesz, tak jak tylko oni potrafią. I ostatecznie nie zapytał.
- Uwielbiam nieśmiałych facetów - odparła druga.
Kate wyprzedziła je i szła dalej.
Na następnym skrzyżowaniu skręciła w lewo, zmierzając w stronę bardziej różnorodnej dzielnicy kamienic, kafejek i posiadłości przerobionych na biura. Zakończyła swój spacer przed kolejnym budynkiem w stylu kolonialnym - z mniejszym ogrodem od tego przed domem Battistów, ale za to z dużym, wspaniałym portykiem. Na siedmiu czy ośmiu szyldach przy drzwiach widniały nazwy kilku nietypowych organizacji i mało znanych pisemek. Nie było jednak wśród nich nazwiska Louisa Battisty. Przez lata przenoszono jego laboratorium tyle razy, że gdy w końcu wylądował w tej ustronnej okolicy w pobliżu Uniwersytetu Hopkinsa - kilometry od miejskiego kompleksu szpitalnego - uznał, iż staranie się o szyld to zwykła strata czasu.
Na ścianie holu wisiały skrzynki pocztowe, a pod nimi stała rozklekotana ławka, zawalona stosem ulotek i menu restauracji z jedzeniem na wynos. Kate minęła kilka biur, ale tylko jedne drzwi były otwarte - organizacji Chrześcijanie dla Buddy. W środku dostrzegła trzy kobiety stojące wokół stołu, przy którym siedziała czwarta i wycierała oczy chusteczką. (Tam zawsze coś się działo). Kate otworzyła kolejne drzwi, te na końcu korytarza, i zeszła po stromych schodach na dół. Zatrzymała się, by wstukać kod do elektronicznego zamka: 1957 - rok, w którym Ernst Witebsky zdefiniował kryteria chorób autoimmunologicznych.
W ciasnym pokoju było niewiele mebli: dwa składane metalowe krzesła i kwadratowy stolik. Stała na nim torba z brązowego papieru, zapewne drugi lancz ojca. Kate położyła obok niego ten pierwszy, po czym podeszła do kolejnych drzwi i zapukała energicznie. Już po chwili pojawiła się w nich głowa jej ojca - o aksamitnie łysej skórze, z twarzą o oliwkowej cerze, z czarną bródką i w okrągłych okularach bez oprawek.
- Och, to ty, Kate - powiedział. - Może wejdziesz?
- Raczej nie. - Jej nos nie mógł się przyzwyczaić do ledwo wyczuwalnej, ale drażniącej woni samego laboratorium i zapachu suchego papieru w pomieszczeniu, w którym ojciec trzymał swoje myszy. - Lancz leży na stole. To na razie!
- Zaczekaj.
Odwrócił się do kogoś, kto stał za jego plecami.
- Pioder? Chodź się przywitać z moją córką.
- Muszę już iść - wymawiała się Kate.
- Chyba jeszcze nie miałaś okazji poznać mojego asystenta - powiedział ojciec.
- Może innym razem.
Wtedy jednak drzwi otworzyły się szerzej i obok ojca stanął masywny, muskularny mężczyzna o prostych, jasnych włosach. Jego fartuch był tak brudny, że kolorem pasował do bladoszarego kombinezonu roboczego doktora Battisty.
- Łoł... - wykrztusił na jej widok, a przynajmniej tak to zabrzmiało. Wpatrywał się w Kate z zachwytem - częsta reakcja u facetów, którzy widzieli ją po raz pierwszy w życiu. A wszystko przez tych kilka martwych komórek - burzę kruczoczarnych włosów sięgających za pas.
- To jest Pioder Czerbakow - oznajmił ojciec.
- Piotr - poprawił go natychmiast mężczyzna, nie zostawiając ani odrobiny przestrzeni między ostrym "t" i drgającym długim "r". - Szczerbakow. - Zlepek spółgłosek niemalże eksplodował w jego ustach.
- Pioderze, to moja córka, Kate.
- Cześć! - przywitała się Kate. - I na razie! - rzuciła do ojca.
- Miałem nadzieję, że zostaniesz chociaż chwilę.
- Po co?
- Noo, żeby zabrać pudełko na kanapki, kiedy zjem lancz.
- Noo, a nie możesz go przynieść po pracy?
Oboje spojrzeli na Piotra, zaskoczeni jego radosnym pohukiwaniem.
- Ależ niewyparzona buzia! - powiedział rozpromieniony mężczyzna. - Zupełnie jak dziewczyny z mego kraju.
- Zupełnie jak k o b i e t y - burknęła z wyrzutem Kate.
- Tak, one też. Wszystkie babki i ciotki.
Postanowiła dać za wygraną.
- Ojcze - powiedziała - czy możesz poprosić Bunny, żeby nie zostawiała bałaganu po imprezach ze znajomymi? Widziałeś, jak rano wyglądał salon?
- Aha... - mruknął doktor Battista, po czym poszedł do laboratorium. Wrócił z wysokim stołkiem na kółkach, który przysunął do stolika. - Usiądź - poprosił córkę.
- Mam mnóstwo pracy w ogrodzie.
- Proszę, Kate - nalegał. - Nigdy nie dotrzymujesz mi towarzystwa.
Zamrugała z niedowierzaniem. - Tobie? T o w a r z y s t w a?
- Siadaj, siadaj. Możesz się poczęstować moją kanapką.
- Nie jestem głodna. - Przycupnęła niezdarnie na stołku, nie spuszczając oczu z ojca.
- Pioder, ty też usiądź. Możesz zjeść tę kanapkę, jeśli masz ochotę. Kate ją przygotowała. Masło orzechowe z miodem na pełnoziarnistym pieczywie.
- Przecież pan wie, że nie jadam masła orzechowego - zauważył ostrym tonem Piotr. Usiadł na składanym krześle naprzeciwko Kate. Było znacznie niższe od stołka, więc Kate zauważyła, że włosy na czubku jego głowy zaczynają rzednąć. - W moim kraju orzeszki ziemne to jedzenie dla świniów.
- Ha, ha! - wybuchnął doktor Battista. - Ten nasz Pioder to ma poczucie humoru, co?
[...]
Patronat
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
50-010 Wrocław, ul. Podwale 62
tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66
e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej