2
Ruby
SKOŃCZYLIŚMY SPOTKANIE z doktorem Petersem i na szczęście ojciec zgodził się na wszystkie propozycje lekarza. Mój tata potrafił być piekielnie uparty, kiedy chciał, ale teraz, gdy prawda wyszła na jaw, zachowywał się ulegle i przestał ze mną walczyć o wszystko.
Czy byłam zaskoczona, że wziął nie jedną, nie dwie, ale aż trzy dawki lekarstwa, by mieć nieustającą erekcję?
Ani trochę.
To było bardzo w jego stylu.
Należał do ludzi bardzo impulsywnych i zawsze sobie z tego żartowaliśmy.
Miał imprezową duszę i to ja musiałam być dorosła w naszej relacji.
Już w wieku ośmiu lat przygotowywałam posiłki dla naszej dwójki i ogarniałam rachunki.
Ale zawsze byliśmy w stosunku do siebie otwarci i szczerzy, bolało więc, że mnie okłamał. Rozumiałam jego powody, ale to nie znaczyło, że je popierałam.
Mój ojciec był jedyną osobą w moim życiu, której ufałam.
Od zawsze.
Moja matka to zupełnie inna historia.
Wendy Rose-Dane-Holt-Smith-Slaughter była marką samą w sobie.
Nawet mój krótkoterminowy wynajem mieszkania trwał dłużej niż jej małżeństwa. Więc tak, celowo nazwałam ją wszystkimi jej nazwiskami po mężach - absolutnie.
Wiem, że to małostkowe.
Moja matka była bardzo doświadczoną kobietą, jeśli chodzi o przejmowanie kontroli nad mężczyznami. Na jej nieszczęście po prostu nie wybierała sobie najlepszych.
A przynajmniej nie po tym, jak zniszczyła mojego ojca.
Mój tata to dobry człowiek. Mimo wszystkich złych decyzji i spływających alkoholem nocy w głębi serca był po prostu dobry.
Kochałam go aż do bólu.
Nawet kiedy byłam wściekła, co w pewien sposób stanowiło mój język miłości.
On rozrabiał, a ja go obwiniałam - to była tego rodzaju relacja.
Natomiast moja matka... Nieważne, z ilu warstw ją odarłam - kiedy docierałam do wnętrza, nie znajdowałam tam nic istotnego.
Wendy Rose-Dane-Holt-Smith-Slaughter była piękna, ale samolubna, bezmyślna i wyrachowana.
Wjechałam na drogę prowadzącą do jej przyczepy i zaparkowałam moją zdezelowaną białą hondę, po czym wysiadłam z wozu. Zaburczało mi w brzuchu, ale uniosłam dumnie głowę i podeszłam do drzwi. Kiedy je otworzyłam, zastałam za nimi dokładnie to, czego się spodziewałam.
Przynajmniej jest konsekwentna.
Brudne naczynia i śmieci walały się po blatach i po podłodze.
Silny smród papierosowego dymu i zioła owionął mnie całą.
Na małym stoliku stały butelki po piwie z upchniętymi w nich niedopałkami.
Pokręciłam głową z obrzydzeniem.
- Halo. Jestem.
- Źle się czuję. Weź colę i przynieś mi do pokoju - zawołała moja matka.
Kiedy otworzyłam lodówkę, musiałam zakryć nos i usta, by nie zwymiotować, gdy poczułam smród zepsutego mleka i jeszcze czegoś kwaśnego, co zaatakowało mój zmysł węchu.
Nic się nie zmieniło i nigdy się nie zmieni.
Od czasu rozstania rodziców, gdy miałam cztery lata, mieszkałam z ojcem. A mówiąc o rozstaniu, mam na myśli fatalne, wybuchowe i katastrofalne zakończenie związku, który prawdopodobnie nigdy nie powinien był się rozpocząć. Jednakże cieszę się, że jedna dobra rzecz wydarzyła się w czasie, kiedy byli razem - ja.
I o ile rozstanie było druzgocące dla mojego ojca, to dla mojej matki to był dzień jak co dzień.
Została przyłapana na romansie z najlepszym przyjacielem z dzieciństwa taty - Rikiem Dane'em. Mój młodszy brat, Rico Dane Junior - nie każcie mi nawet wspominać o tym, że powinny być jakieś zasady dotyczące nazywania dziecka Juniorem, podczas gdy Rico Dane Senior był co najwyżej dawcą spermy oraz mistrzem w piwnego ping-ponga w Whiskey Falls - był owocem tego związku, tak samo popieprzonym jak nasza matka.
- Siostra! - rozległ się głos za moimi plecami i zebrałam się w sobie, zanim się odwróciłam w chwili, gdy Rico wpadł przez drzwi.
Był wielkim, kochanym przygłupem.
Rzucił szkołę, ponieważ chciał się zająć hodowlą marihuany na długo przed tym, jak stało się to legalne, i nazwał swoją firmę Kingpin Weed.
To nie zwróci uwagi organów ścigania, co nie?
Biznes nie wypalił, a Rico spędzał całe dnie na haju, nazywając to researchem. Teraz pracował w Daily Market dla Oscara Daily'ego. Przynajmniej udało mu się utrzymać tę pracę.
Czy był gotowy na zostanie ojcem? W żadnym wypadku.
Ale to nigdy nie stawało na przeszkodzie członkom mojej rodziny.
Pozwoliłam mu na to, by uniósł mnie z podłogi i potrząsnął mną, ponieważ naprawdę bardzo go kochałam, chociaż nie zawsze rozumiałam.
To nie jego wina, że jest pokłosiem związku Wendy i Rica "Kretyna" Seniora. Zawsze starałam się stać po stronie brata. Wybawiałam go z kłopotów, kiedy tylko mogłam.
- Hej. Możesz mnie już odstawić. - Roześmiałam się, co nieczęsto mi się zdarzało, ponieważ nie uważałam życia za zbyt zabawne. Ale dla moich młodszych braci, Rica i Zane'a, zawsze byłam miękka.
- To kim teraz jesteś? Prawdziwą doktorką, co, doktor Rose? - spytał, po czym gwizdnął, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
Miał ciemne oczy mojej matki i blond włosy. Ja byłam bardziej podobna do ojca i nigdy mi to nie przeszkadzało. Ale mój brat był uroczy i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
- Jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie doktor Rose, ogolę ci brwi, gdy będziesz spał. - Rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie.
W akademickim świecie, gdzie żyłam z daleka od Magnolia Falls, od którego zawsze chciałam uciec, byłam oficjalnie doktor Rose. Ale tytułowanie mnie "doktorem" w domu mojej matki można porównać do popełnienia przestępstwa. Mama nienawidziła tego, że się kształciłam.
A ja, do diabła, zawsze miałam ciągoty do psychologii. Ciekawiło mnie, co kieruje ludźmi, że podejmują takie, a nie inne decyzje. Może dlatego, że od... właściwie od urodzenia rozwiązywałam problemy innych ludzi z mojego otoczenia.
A przynajmniej takie odnosiłam wrażenie.
Lubiłam uczyć się o tym, co sprawiało, że ludzie postępowali tak, a nie inaczej, interesowały mnie motywy stojące zarówno za pozytywnymi, jak i negatywnymi wyborami oraz skłonności do wybaczania tym, którzy ich skrzywdzili.
Osobiście niewiele miałam do czynienia z wybaczaniem w moim życiu, być może dlatego, że nikt mnie nigdy za nic nie przepraszał. Za sytuację, w jakiej postawiła mnie matka, gdy byłam dzieckiem. Za to, że polegała na mnie w zakresie opieki nad moimi braćmi, podczas gdy sama byłam niewiele starsza od nich.
Nauczyłam się więc wykorzystywać swoje umiejętności i sprawiać, że stawały się użyteczne.
Zdobyłam dyplom z wyróżnieniem na jednej z najbardziej prestiżowych uczelni w Kalifornii i najwyraźniej świat stał teraz przede mną otworem.
Cóż, przynajmniej tak będzie za osiem tygodni, kiedy skończę zajmować się Whiskey Falls, a tata całkiem wyzdrowieje.
Wciąż jednak chciałam się dowiedzieć, jakie drzwi otwiera przede mną ten świat.
Uniwersytet w Zachodniej Kalifornii zaproponował mi stanowisko wykładowcy. Byłabym profesorką prowadzącą dwa osobne kursy wprowadzające do psychologii, co powinno stanowić zwieńczenie całej mojej edukacji. Nie byłam pewna, czy nauczanie jest moją przyszłością. Nie miałam jednak czasu, aby się nad tym zastanowić i przemyśleć wszystkie warianty, ponieważ rozdanie dyplomów odbywało się w sobotę, a w wieczór poprzedzający to wydarzenie mój ojciec przeszedł zawał. Właśnie miał wsiadać do auta i ruszać w drogę na uroczystość, kiedy to się zdarzyło.
Pasowało to do mojego życia, nie ma co.
Nie chciałam z tego rezygnować. Jedyną osobą, dla której byłabym skłonna opuścić rozdanie dyplomów, był mój ojciec - i to właśnie zrobiłam.
Nie było takiej rzeczy, której bym dla niego nie zrobiła.
- Już raz ogoliłaś brwi Zane'owi w gimnazjum. Nie będę cię prowokował, bo wiem, że jesteś do tego zdolna.
- Dokładnie! No to mów, co słychać u Pandy.
Tak, dziewczyna mojego brata od czasów gimnazjum była nazywana Pandą. Kiedyś miała na imię Sally, ale nienawidziła tego tak bardzo, że w wieku piętnastu lat zmieniła je na Pandę i nikt tego nie kwestionował, jedynie ja pozwalałam sobie na złośliwe komentarze.
Otworzył puszkę piwa i pociągnął długi łyk.
- Nie zaciążyła. Wkręcała mnie.
Skinęłam głową. Klasyczny język miłości Rica i Pandy.
Oszukiwać. Kłamać. Pieprzyć się. Powtórz.
- Ale wiesz, że jeśli będziesz używał zabezpieczenia, nie będziesz się musiał tak bardzo martwić za każdym razem, gdy będzie cię wkręcała?
Robiła to już nie pierwszy raz i na pewno nie ostatni. Była uosobieniem toksycznej osoby, a Rico już tak bardzo do tego przywykł, że nie sądziłam, by kiedykolwiek miał ją kopnąć w dupę.
- Czasami się zabezpieczam. Ale czasem chciałbym po prostu zrobić jej dziecko.
- Wiesz, jakie to niegrzeczne tak mówić: "Zrobić jej dziecko"? Jakby była przedmiotem. Albo maszynką do rodzenia dzieci. To naprawdę obraźliwe, Rico. Wiesz, że nie jestem największą fanką Pandy, więc to, że jej bronię, wiele mówi.
- Jasne, teraz będziesz mi robić wykład na temat praw kobiet. Nadal jesteś zła na Pandę za to, że ukradła ci ten granatowy sweter, zanim wyjechałaś do college'u? - Jego szeroki, przygłupawy uśmiech sprawiał, że miałam ochotę jednocześnie go przytulić i zdzielić po gębie.
- Nie. Powody, dla których nie lubię Pandy, to: A. ma idiotyczne imię. I B. podjudzała cię do rzucenia szkoły, kiedy dobrze sobie radziłeś. - Skrzyżowałam ramiona na piersi.
- Kingpin Weed to był jej pomysł i był naprawdę zajebisty. Ale odkąd uprawianie zioła jest legalne, wszyscy to robią.
- Tak, zdecydowanie łatwiej jest dostać pożyczkę na biznes, kiedy sprzedajesz produkt, który jest legalny. To mądrzejsza ścieżka. - Tak, miałam doktorat z sarkazmu i nawet nie próbowałam go ukrywać.
- Nigdy nie byłem taki mądry jak ty, dobrze o tym wiesz.
Nienawidziłam, kiedy tak mówił. Obaj moi bracia rzucali mi tym w twarz za każdym razem, kiedy coś zmalowali i prosili mnie o pomoc. Wkurzało mnie to.
Czy to prawda? Być może.
Czy to ich wina? Nie.
Brakowało im narzędzi potrzebnych do wyrwania się z gównianego życia, w którym się znaleźli.
- Zamierzacie tam stać i ględzić, kiedy ja tu cierpię? - krzyknęła matka z pokoju, a Rico zachichotał.
- Wielki, zły Jimbo przegrał wszystkie pieniądze z ich konta oszczędnościowego, więc aktualnie ze sobą nie rozmawiają.
- Ile stracił?
- Nie wiem. Kilka stówek, chyba. Ale mamcia jest strasznie wkurwiona.
Wzięłam jej napój i poszłam za bratem do zadymionej oazy mojej matki. Rozejrzałam się po pokoju i zauważyłam czerwono-złotą narzutę, na wpół wypełnione popielniczki na komodzie i na stole oraz wielkie, prawie nagie zdjęcie matki w ramce nad łóżkiem. Wyczuwałam tam desperację z domieszką czegoś w stylu: Mam już dość i jestem nieszczęśliwa.
Podeszłam do okna i otworzyłam je, by wpuścić świeże powietrze i dać jej przynajmniej chwilę wytchnienia od tej piekielnej rakotwórczej jaskini.
- Mój Boże, Wendy. Nikt nie powinien tego wdychać - powiedziałam.
- Oczywiście, zwracasz się do mnie Wendy, kiedy wiesz, że jestem zdołowana.
Zawsze była zdołowana - w przeciwnym razie byłaby nieobecna. Nigdy nie dzwoniła do mnie ani nie zaszczycała mnie swoją obecnością, gdy nie była w dołku.
To wszystko, co wiedziałam o tej kobiecie.
- Nazywałam cię Wendy, odkąd byłam dzieckiem. Nie szukaj sobie kolejnego powodu do dołowania się. Wstawaj. Zaczerpnij świeżego powietrza. Napij się mleka albo zjedz coś innego niż gotowiec. Kiepsko wyglądasz.
Miała bladą skórę, nieco poszarzałą. Gdyby nie to, że wiedziałam, iż większość czasu spędza w łóżku w zadymionym pokoju, byłabym w stanie uwierzyć, jeszcze za czasów, gdy byłam psychofanką serii Zmierzch, że jest wampirem. Ta kobieta miała dar wysysania życia z otaczających ją ludzi.
Usiadła i wyciągnęła dłoń po napój. Nie podałam jej go. Zamiast tego złapałam ją za rękę i podniosłam do pionu.
- Dostaniesz colę, jak się wykąpiesz. Idź.
Wskazałam na drzwi łazienki, a matka wpatrywała się we mnie przez chwilę, po czym ruszyła gniewnym krokiem i zatrzasnęła za sobą drzwi.
- Cholera, siostra. Jesteś jedyną osobą, która potrafi zmusić ją do wstania, kiedy jest w takim stanie - powiedział Rico.
Zabrałam mu z ręki piwo i uniosłam brwi.
- Może ty też przestałbyś pić? Nie ma jeszcze południa! Jak twoja praca?
- Oscar lubi się przypierdalać, ale przynajmniej mi płaci.
Odstawiłam szklankę mamy na komodę i krzyknęłam przez drzwi, że czeka tam na nią.
Rico poszedł za mną do kuchni, gdzie wylałam resztki jego piwa do odpływu i schyliłam się do kosza pod zlewem. Zaczęłam upychać do worka wszystkie puste butelki, po czym skierowałam się do lodówki, żeby wyrzucić zepsute jedzenie.
Otworzyły się drzwi przyczepy i do środka wszedł Zane. Był o rok młodszy od Rica i trzy lata ode mnie. Moi bracia byli do siebie podobni, podczas gdy ja nie przypominałam żadnego z nich.
To miało swój sens. Nigdy nie czułam, bym tu pasowała.
Jedyną osobą, do której czułam, że przynależałam, był mój ojciec.
Ale szczerze kochałam braci i tolerowałam matkę, ponieważ oni nie mieli szans wydostać się z jej szponów.
- Hej, czy to nie nasza profesorka? - Zane chwycił mnie w pasie i zakręcił mną dookoła.
Obaj byli potężnymi chłopami. Wysocy, z szerokimi barami, muskularni.
- Odstaw mnie i pomóż mi tu posprzątać. Nie możecie mieszkać w takim chlewie.
Tak. Obaj wciąż mieszkali z matką.
Zane podszedł do zlewu i zaczął zmywać naczynia.
- Ja... eee... liczyłem, że mi w czymś pomożesz.
Zaczyna się.
- Coś narobił? - spytałam, odwracając się przodem do niego.
- Głupi zakład na konia i teraz Sam White ściga mnie, grożąc, że zabierze mi samochód, jeśli nie spłacę go do piątku. - Podrapał się po karku, a ja zacisnęłam z całych sił powieki.
- Ile mu wisisz?
- Trzy stówki.
- Zastawiłeś samochód na głupi koński zakład? - syknęłam, po czym odwróciłam się do lodówki i skarciłam się w duchu, że dobrowolnie wróciłam do domu.
Z powodu ojca, oczywiście.
Ale to właśnie dlatego nienawidziłam tu wracać.
Miałam wrażenie, że jestem wciągana w to bagno.
Nawet mój oddech stawał się cięższy, gdy wracałam do domu.
Czułam się tu jak w pułapce.
Chciałam innego życia i właśnie dlatego wyjechałam.
Kochałam braci - po prostu nie wiedziałam, czy jestem w stanie ocalić ich i samą siebie jednocześnie.
Zane popatrzył na mnie tym smutnym, żałosnym wzrokiem, który przybierał zawsze, gdy coś odwalił.
Wypuściłam długi oddech.
- Przyjdź do baru pod koniec tygodnia, dam ci kasę.
Objął mnie rękami od tyłu, a ja je odepchnęłam.
Dawałam mu przyzwolenie i zdawałam sobie z tego sprawę. Ale nie wiedziałam, jak inaczej mogłabym mu pomóc. Próbowałam znaleźć im obu pracę. Wyciągałam ich z niezliczonych kłopotów. Do znudzenia powtarzałam im, że powinni się wyprowadzić i zmienić swoje życie. Proponowałam, żeby przyjechali do mnie do Kalifornii. Namawiałam do zdania matury.
Ale to nigdy do niczego nie prowadziło.
A jednocześnie byłam świadoma faktu, że definicja głupoty mówi o tym, iż idiotyzmem jest robić w kółko to samo i oczekiwać innych rezultatów.
Więc próbowałam to naprawiać najlepiej, jak potrafiłam.
- Cholera. Ruby zawsze wie, jak wszystko naprawić - powiedział Rico.
Odwróciłam się przodem do nich.
- Ta, jestem Rayem Donovanem tego gównianego show - mruknęłam, po czym związałam worek na śmieci i podeszłam do drzwi, by go wynieść. Zaczerpnęłam świeżego powietrza i odczekałam chwilę, aż miną mi mdłości wywołane zapachem gnijącego jedzenia.
- Kim, do cholery, jest Ray Donovan? - spytał Zane.
- Jest taki program w telewizji. - Pokręciłam głową.
- A, tak, z tym aktorem, Lievem Schreiberem? - Rico machnął ręką, jakby doskonale wiedział, o czym mówiłam. - Jest tym typem od naprawiania, co nie?
- Tak. Ludzie w nieskończoność podejmują złe decyzje, a on prostuje, ile może. Coś jak ja z wami.
- Jesteś Rayem Donovanem naszej rodziny - oświadczył Zane, obejmując mnie za ramię i całując w czubek głowy.
- Szczęściara ze mnie. - Spojrzałam na nich i zaczęłam się nad tym zastanawiać.
Tak to wyglądało, odkąd byłam dzieckiem.
Wyprowadzka niewiele zmieniła.
Wciąż dzwonili.
A ja wciąż odbierałam.
Może taka była moja rola.
Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że mnie to nie męczy.