Poskromić Rivera - Laura Pavlov

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (35,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

Ri­ver

WSZE­DŁEM DO WHI­SKEY FALLS, a Ro­meo pod­niósł rękę i po­ma­chał do mnie. Kilka ty­go­dni temu mój przy­ja­ciel wy­grał bar­dzo ważną walkę i wszy­scy od­czu­wa­li­śmy ulgę, że ma to już za sobą. Wy­dał ofi­cjalne oświad­cze­nie, że prze­cho­dzi na bok­ser­ską eme­ry­turę i te­raz bę­dzie sku­piał całą ener­gię na si­łowni, któ­rej jest wła­ści­cie­lem, na domu, który wła­śnie ku­pił, i oczy­wi­ście na swo­jej dziew­czy­nie, Demi, która te­raz była jedną z nas.

Obok niego sie­dział mój brat, King­ston, a Hayes i Nash zaj­mo­wali miej­sca po dru­giej stro­nie stołu. Całą piątką przy­jaź­ni­li­śmy się od cza­sów dzie­ciń­stwa i by­li­śmy ze sobą na­prawdę bli­sko. Ro­zej­rza­łem się po sali i za­uwa­ży­łem Demi, która stała przy ba­rze i roz­ma­wiała z Ruby.

Pod­sze­dłem do niej i po­chy­li­łem się, by cmok­nąć ją w po­li­czek, a ona uśmiech­nęła się do mnie.

- Cześć, Ri­ver. Do­brze, że już je­steś. Wszy­scy są głodni.

Mój wzrok spo­czął na Ruby.

Ciemne włosy spły­wały jej na ra­miona.

Czer­wone usta.

Ko­cie oczy, które dziś były bar­dziej zie­lone niż nie­bie­skie czy złote.

Miała na so­bie czarny ob­ci­sły T-shirt z ja­kie­goś kon­certu. Ko­szulka cia­sno opi­nała jej ster­czące piersi, a mnie na ten wi­dok za­schło w ustach.

Było w niej coś ta­kiego...

Była córką Lio­nela, co zna­czyło, że była poza za­się­giem, nie wspo­mi­na­jąc już o fak­cie, iż zda­wała się mnie nie­na­wi­dzić, ale prze­cież męż­czy­zna może do­ce­niać ko­biece piękno, nic z tym nie ro­biąc.

- Za­trzy­mali mnie w ro­bo­cie - wy­ja­śni­łem, po czym skie­ro­wa­łem uwagę na Ruby, która stała za ba­rem. - Wi­taj, Zła Kró­lowo. Po­pro­szę piwo.

Unio­sła brew.

- Bar­dzo ory­gi­nal­nie. Mam na­dzieję, że nie wy­pa­rują ci po tym ostat­nie szare ko­mórki.

Się­gnęła po ku­fel i chwy­ciła za na­le­wak, a Demi za­kryła usta dło­nią, tłu­miąc chi­chot.

- Naj­pierw uwa­żasz, że nie znam się na swo­jej pracy, a te­raz przej­mu­jesz się mo­imi sza­rymi ko­mór­kami. Naj­wy­raź­niej się o mnie mar­twisz. Może je­steś mil­sza, niż chcesz to po­ka­zać. - Uśmiech­ną­łem się ką­tem ust, gdy po­sta­wiła przede mną ku­fel i po­pa­trzyła na mnie.

- Ro­meo mnie wzywa. - Demi prze­rzu­ciła spoj­rze­niem po­mię­dzy nami, jakby wy­czu­wa­jąc na­ra­sta­jące na­pię­cie. - Za­mów so­bie coś do je­dze­nia u Ruby, ja już zło­ży­łam za­mó­wie­nia dla ca­łej reszty.

Ski­ną­łem głową, a kiedy ode­szła, sku­pi­łem uwagę na tej ma­łej zło­śnicy po dru­giej stro­nie baru.

Prze­su­nęła ję­zy­kiem po dol­nej war­dze i unio­sła brwi.

- Nie myl mo­jej tro­ski zwią­za­nej z tym, że po­ma­gasz mo­jemu ojcu, z czym­kol­wiek in­nym.

Po­tak­ną­łem. Szlag. Po­tra­fiła do­wa­lić, a mnie się to cho­ler­nie po­do­bało.

- Cóż za wście­kła Zła Kró­lowa. Uwierz, nie po­trze­buję two­jej tro­ski. Po­tra­fię sam o sie­bie za­dbać.

- Nie wąt­pi­łam w to ani przez chwilę. I to mnie wła­śnie mar­twi. W tej spra­wie re­pre­zen­to­wa­łeś sie­bie czy mo­jego ojca?

No te­raz to już mnie po­rząd­nie zgrzała. Można o mnie po­wie­dzieć wiele, ale nie by­łem gów­nia­nym przy­ja­cie­lem. By­łem lo­jalny do szpiku ko­ści, a za Lio­nela, jako jedną z nie­wielu osób, był­bym go­tów sko­czyć w ogień.

Wzią­łem łyk piwa, po czym na­chy­li­łem się nad ba­rem i zna­la­złem się bar­dzo bli­sko jej twa­rzy.

- Twój oj­ciec jest moim przy­ja­cie­lem. Od sa­mego po­czątku do­ra­dza­łem mu, że po­wi­nien po pro­stu opła­cić te je­bane ra­chunki za le­cze­nie Jenny, wtedy do ni­czego by nie do­szło. Za­pła­cił wię­cej, niż było po­trzeba, bo jest upar­tym dup­kiem. I tak do two­jej wia­do­mo­ści: osku­ba­łaby go na dużo wię­cej, gdy­bym nie prze­mó­wił jej do roz­sądku i nie prze­ko­nał, żeby od­pu­ściła. Więc uwa­żaj, na kogo zrzu­casz winę.

Na­wet się nie skrzy­wiła.

- Piękny praw­ni­czy beł­kot, ale w prze­ci­wień­stwie do mo­jego ojca ja ci nie ufam.

- Słusz­nie. To zna­czy, że je­steś tak by­stra, jak przed­sta­wia cię twój oj­ciec. - Przy­su­ną­łem się jesz­cze bli­żej, te czer­wone usta mnie ku­siły. Ni­gdy wcze­śniej nie czu­łem ta­kiego przy­cią­ga­nia do ko­biety.

A może była po pro­stu pie­kiel­nie sek­sowna, a ja nie mo­głem prze­stać o niej my­śleć od czasu tam­tego spo­tka­nia w szpi­talu.

Od­su­nęła się z ustami za­ci­śnię­tymi w wą­ską li­nię, kom­plet­nie nie­po­ru­szona. Wy­lu­zo­wana jak pie­przony kot.

- Nie do­ra­biaj so­bie ide­olo­gii. Znam się na lu­dziach.

Ro­ze­śmia­łem się.

- Tra­fiła kosa na ka­mień.

- Nie. Trzeba mieć do czy­nie­nia z wie­loma, by po­znać się na tym jed­nym.

- W po­rządku. Więc co po­wiesz na to, aby zmie­nić na­sta­wie­nie i zro­zu­mieć, że nie je­stem twoim wro­giem? Twój tata jest dla mnie kimś waż­nym i zro­bię, co bę­dzie trzeba, żeby mu po­móc. Za­wsze.

Za­ło­żyła włosy za ucho.

- Po­ży­jemy, zo­ba­czymy. Co chcesz zjeść?

- Bur­gera. Me­dium.

- Do­bra. Mo­żesz już iść.

Od­wró­ciła się, a ja znów się ro­ze­śmia­łem. Wzią­łem swoje piwo i po­sze­dłem do sto­lika.

- Było grubo - za­uwa­żył Ro­meo, zer­ka­jąc to na mnie, to na Ruby sto­jącą za ba­rem.

- Mó­wi­łam wam, że mię­dzy nimi jest wy­czu­walne na­pię­cie. - Demi łyk­nęła wina i uśmiech­nęła się do mnie.

- Uważa, że za­wa­li­łem sprawę jej ojca. Jest wście­kła, że okła­mał ją w spra­wie przy­czyny za­wału. To nie ma ze mną nic wspól­nego. Jest po pro­stu zło­śnicą, i już - po­wie­dzia­łem i wzią­łem ko­lejny łyk piwa.

- Ale, kurwa, ko­cica z niej. - King­ston po­ru­szył brwiami. Ten ko­leś miał za­wsze tylko jedno w gło­wie, ale z ja­kichś przy­czyn, sły­sząc, jak wy­po­wiada się na te­mat Ruby, za­go­to­wało się we mnie.

- Do kurwy nę­dzy, to córka Lio­nela! Trzy­maj fiuta w ga­ciach! - Słowa wy­szły z mo­ich ust, za­nim zdą­ży­łem się nad nimi za­sta­no­wić.

Hayes gwizd­nął, a Nash wy­buch­nął śmie­chem.

- Zlu­zuj, bra­cie. Stwier­dzam tylko oczy­wi­stość. Nie mu­sisz zna­czyć te­renu - po­wie­dział King­ston z sze­ro­kim, głup­ko­wa­tym uśmie­chem na twa­rzy.

Przy­się­gam, że je­dy­nym po­do­bień­stwem mię­dzy nami było to, że mie­li­śmy wspól­nych ro­dzi­ców. Ten ko­leś był, kurwa, cho­dzą­cym oka­zem bez­tro­ski.

- Nikt nie zna­czy żad­nego te­renu. Mó­wię tylko... tro­chę, kurwa, sza­cunku, pa­rówo.

- Wiesz co, to bę­dzie chyba moja ulu­biona ksywa. Je­stem wiel­kim fa­nem obu.

- Obu? - Demi nie zro­zu­miała.

- Se­rio o to py­tasz, skar­bie? Spodoba mu się to. - Ro­meo ob­jął jej ra­mię i po­ca­ło­wał w po­li­czek.

- No cóż, mam nie­sa­mo­wi­tego ku­tasa i je­stem z niego dumny. I... lu­bię hot dogi, w któ­rych prze­cież są pa­rówki. Uwa­żam, że po­winny na­le­żeć do osob­nej grupy żyw­no­ści.

Na­stą­pił wy­buch śmie­chu, a ja prze­wró­ci­łem oczami. Do na­szego sto­lika po­de­szła Ruby z ta­le­rzami ba­lan­su­ją­cymi na jej wy­cią­gnię­tym przed­ra­mie­niu. Po­sta­wiła je­dze­nie przed nami i wszy­scy jej po­dzię­ko­wali.

- Lu­bisz pa­rówki, Ruby? - za­gad­nął ją King­ston, a ja za­ci­sną­łem po­wieki, bo to było jak pa­trze­nie na star­cie ko­ciaka ze skor­pio­nem.

- Lu­bię ci­szę. - Po­pa­trzyła na niego z góry, a on za­tarł z ra­do­ścią dło­nie, bo ten de­bil ni­gdy nie po­tra­fił roz­po­znać, kiedy ko­goś wku­rzył.

- Ze mną ni­gdy nie by­ła­byś ci­cho. - Po­ru­szył brwiami.

Demi pa­trzyła to na King­stona, to na Ruby, praw­do­po­dob­nie za­sta­na­wia­jąc się, czy prze­giął pałkę, jak to czę­sto by­wało w przy­padku mo­jego brata.

- To może być prawda. - Ruby bar­dzo nie­znacz­nie wy­gięła w górę ką­ciki ust, na­chy­la­jąc się do niego. Wąt­pi­łem, by ktoś jesz­cze to za­uwa­żył, ale dla mnie ta ko­bieta była fa­scy­nu­jąca, więc ta­kie szcze­góły nie umy­kały mo­jej uwa­dze. - Bo mó­wi­ła­bym ci, że­byś się ode mnie od­pier­do­lił.

- Celny strzał - od­parł King­ston, kła­dąc so­bie obie ręce na sercu. - Tylko się na­pie­przam. Miło, że za­ję­łaś się ba­rem za ojca. By­łem dzi­siaj u niego.

- Tak? Dzię­kuję. Nie­długo zo­sta­nie prze­nie­siony na inne pię­tro, na od­dział re­ha­bi­li­ta­cji. Ale długa droga przed nim, więc do­ce­niam, że się o niego trosz­czy­cie.

Jej wzrok zła­god­niał, a mnie ści­snęło w je­ba­nej piersi, co cho­ler­nie mnie wy­stra­szyło. Ni­gdy nie wi­dzia­łem ła­god­nej strony Ruby i oka­zało się, że taka też mi się po­do­bała. Prze­nio­sła na mnie wzrok, który znów stał się hardy, ale do­strze­ga­łem w nim prze­błysk hu­moru.

- Na­wet je­śli chu­jowo mu do­ra­dza­łeś.

- Wiesz co, jak na po­sia­daczkę dok­to­ratu z psy­cho­lo­gii można by­łoby się spo­dzie­wać, że stać cię na coś lep­szego. Je­śli twoje je­dyne za­rzuty w sto­sunku do mnie do­ty­czą mo­ich kiep­skich po­rad praw­nych, mogę się uwa­żać za wy­gra­nego. Mam to w du­pie, bo wiem, że je­stem do­brym praw­ni­kiem.

To nie była do końca prawda, ale wo­la­łem, żeby lu­dzie my­śleli, że nie ru­sza mnie, kiedy mnie ob­ra­żali. W rze­czy­wi­sto­ści przej­mo­wa­łem się tym bar­dziej, niż kto­kol­wiek są­dził.

- Skąd, u dia­bła, wiesz, że mam dok­to­rat z psy­cho­lo­gii?

Wzrok wszyst­kich prze­ska­ki­wał te­raz mię­dzy nami jak pi­łeczki ping­pon­gowe.

Wło­ży­łem so­bie do ust sma­żoną ku­leczkę ziem­nia­czaną i jęk­ną­łem, bo to była naj­lep­sza prze­ką­ska w mie­ście. Po­pa­trzy­łem na Ruby, gdy usia­dła i wpa­try­wała się we mnie za­bój­czym wzro­kiem, cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

- Pa­mię­tasz, że je­stem praw­ni­kiem? Mam swoje spo­soby. Na­wet je­śli nie je­stem naj­lep­szy w swoim fa­chu, co nie?

By­li­śmy bli­sko z Lio­ne­lem, więc mi po­wie­dział. Ale nie przy­znał­bym się jej do tego.

Demi miała sze­roko otwarte oczy, a na twa­rzy Ro­mea go­ścił głup­ko­waty uśmiech, jakby cała ta sy­tu­acja go ba­wiła.

- Może jed­nak sku­pił­byś się na trzy­ma­niu mo­jego ojca z dala od kło­po­tów i od­pier­do­lił się ode mnie, co? - syk­nęła Ruby lo­do­wa­tym to­nem, a po­tem od­wró­ciła się i ode­szła.

- Na­prawdę ro­bi­łeś re­se­arch na jej te­mat? - spy­tała Demi, gdy Zła Kró­lowa wró­ciła na swoje miej­sce za ba­rem.

- Ja­sne, że nie. Lio­nel mi po­wie­dział. Ale lu­bię jej do­gry­zać. - Wrzu­ci­łem so­bie do ust ko­lejną ku­leczkę ziem­nia­czaną.

- Mu­szę przy­znać, że King pierw­szy raz w ży­ciu miał ra­cję - oświad­czył Nash, uno­sząc rękę i śmie­jąc się, gdy mój brat prych­nął z uda­wa­nym obu­rze­niem. - Cho­dzi mi o to, że mia­łeś ra­cję, że Ri­ver zna­czy te­ren. Lu­bisz tę dziew­czynę.

- Nie­chęt­nie to przy­znaję, ale zga­dzam się - wtrą­cił się Hayes.

- Co wy so­bie, kurwa, jaja ze mnie ro­bi­cie? To zro­zu­mie­li­ście z tej wy­miany zdań? Lu­bię ją tak samo jak dźga­nie się w oko ostrym ki­jem.

- Chcesz po­wie­dzieć, że nie uwa­żasz, że jest atrak­cyjna? - spy­tała Demi, uno­sząc brew, jakby rzu­cała mi wy­zwa­nie.

- Och, moja słodka, na­iwna Fa­solko - ode­zwa­łem się, zwra­ca­jąc się do niej jej ksywką. - Tego nie po­wie­dzia­łem. Kurwa, każdy, kto ma oczy, wi­dzi, że jest po pro­stu za­je­bi­sta. Ale to nie zna­czy, że nie mogę nie cier­pieć atrak­cyj­nej ko­biety.

- Czyli mam ro­zu­mieć, że jej nie cier­pisz? - prych­nął Ro­meo. - Je­steś tego pe­wien, bra­cie? Bo cały czas się na nią oglą­dasz.

- Wła­śnie. My­ślę, że po­doba ci się to, że cię nie­na­wi­dzi - do­dał King­ston, bo prze­cież nie mo­gło być tak, żeby ten ku­tas nie do­rzu­cił swo­ich trzech gro­szy.

- No nie wiem, Ri­ver. Nie tak dawno oglą­da­li­śmy upa­dek Ro­mea. Może te­raz twoja ko­lej. - Hayes aż się wy­pro­sto­wał, dumny z sie­bie, że wpadł na taką głę­boką myśl, a ja po­ka­za­łem mu środ­kowy pa­lec.

- Od­pier­dol­cie się ode mnie. Ten fa­cet stał się miękką cipą już w chwili, gdy do­stał tę dy­niową płynną ma­gię, którą na­sza dziew­czyna wlewa do swo­ich kub­ków w Ma­gno­lia Be­ans. - Ro­ze­śmia­łem się na wspo­mnie­nie tego, jak Ro­meo za­prze­czał, że od sa­mego po­czątku sza­lał na punk­cie Demi.

- Nie wiem, bra­cie. Tro­chę za mocno się bro­nisz - ro­ze­śmiał się Ro­meo.

- Hej. A może to twój ję­zyk mi­ło­ści? - za­sta­no­wiła się Demi.

- Nie po­sia­dam ję­zyka mi­ło­ści. - Wzią­łem duży gryz bur­gera.

- A czym tak w ogóle jest ję­zyk mi­ło­ści? - spy­tał ją King­ston.

- To spo­sób, w jaki re­agu­jesz na mi­łość. Może po­doba ci się fakt, że ona cię nie­na­wi­dzi, ale w taki dziwny, pe­łen na­pię­cia spo­sób, któ­rego nie da się prze­oczyć - orze­kła z za­do­wo­le­niem, a Ro­meo spoj­rzał na nią, jakby wła­śnie wy­na­la­zła le­kar­stwo na śmier­telną cho­robę.

King­ston po­ki­wał głową, pa­trząc na nią z dumą.

Co za oszo­łomy z tych skur­wieli!

- To naj­bar­dziej po­je­bana rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek sły­sza­łem. Nie zno­szę więk­szo­ści lu­dzi. Lu­bię za­li­czać. I to­le­ruję was. To mój ję­zyk mi­ło­ści. - Się­gną­łem po piwo.

- Na­resz­cie wiem, skąd się to wzięło - stwier­dził Nash. - Cu­tler na­wi­jał ostat­nio bez prze­rwy ja­kieś bzdety o swoim ję­zyku mi­ło­ści.

- Dla cie­bie Mię­śniak - po­pra­wi­łem go, po­nie­waż syn Na­sha, Cu­tler, był jed­nym z nas.

We czwórkę by­li­śmy jego oj­cami chrzest­nymi, a Demi za­ko­chała się w nim tak samo jak my. Był za­je­bi­ście od­je­chany, a my wszy­scy sza­le­li­śmy na jego punk­cie. Nie­dawno zmie­nił so­bie imię na Mię­śniak i wszy­scy to usza­no­wa­li­śmy, na­wet je­śli iry­to­wało to Na­sha.

Znów roz­le­gły się śmie­chy.

- Tak - po­wie­działa Demi. - Ję­zy­kiem mi­ło­ści Mię­śniaka jest fi­zyczny do­tyk. Uwiel­bia się przy­tu­lać i trzy­mać za rękę. Ma mięk­kie serce.

- Zu­peł­nie jak jego ta­tuś. - King­ston od­rzu­cił głowę do tyłu, śmie­jąc się i kle­piąc Na­sha po ra­mie­niu.

Nash po­ka­zał mu środ­kowy pa­lec, a ja obej­rza­łem się, gdy otwo­rzyły się drzwi i do środka we­szła grupka chło­pa­ków.

Roz­po­zna­łem jed­nego z nich, Zane'a, brata Ruby. Był po­pier­do­lony. Za­wsze tu przy­cho­dził i na­cią­gał Lio­nela na dar­mowe drinki.

Było wśród nich też kilku in­nych lo­kal­nych go­ści i za­uwa­ży­łem zmianę w za­cho­wa­niu Sama White'a, gdy wstał i pod­szedł do grupki.

Już od naj­młod­szych lat umia­łem wy­czu­wać at­mos­ferę pa­nu­jącą w po­miesz­cze­niu.

Po­tra­fi­łem roz­po­znać, kiedy sprawy miały się wy­mknąć spod kon­troli, i przy­go­to­wać się na to. Raz zda­rzyło mi się być po nie­wła­ści­wej stro­nie i ni­gdy wię­cej na to nie po­zwo­li­łem.

A te­raz zde­cy­do­wa­nie było coś nie tak.

Ro­meo po­pa­trzył mi w oczy. King­ston, Hayes i Nash też to za­uwa­żyli i prze­stali jeść. Demi po­zo­sta­wała nie­świa­doma i kon­ty­nu­owała swoją opo­wieść o tym, jaki słodki i czuły jest Cu­tler, ale ża­den z nas już jej nie słu­chał.

W końcu obej­rzała się przez ra­mię i szep­nęła coś do Ro­mea.

Sam pod­szedł bli­sko do Zane'a i po­cią­gnął go za fraki w górę, gdy tam­ten pró­bo­wał usiąść przy sto­liku; ze­sko­czy­łem ze swo­jego stołka i ru­szy­łem w ich kie­runku, a moi chłopcy za mną.

Ką­tem oka za­uwa­ży­łem ja­kieś po­ru­sze­nie.

Pier­do­lona Ruby Rose wy­sko­czyła zza baru jak pie­przony ninja. Na­wet nie mru­gnęła okiem, lą­du­jąc na ziemi swo­imi mar­ten­sami.

- Na­wet o tym, kurwa, nie myśl - syk­nęła na Sama, który od­wró­cił się po­woli w jej stronę.

By­łem już w ak­cji. Nie było szans, żeby do cze­go­kol­wiek do­szło na mo­jej war­cie.

W końcu to córka Lio­nela.

Mu­sia­łem się upew­nić, że nic jej się nie sta­nie.

Przy­naj­mniej tyle mo­głem zro­bić, skoro wró­ciła do domu, by za­jąć się ba­rem.

Ale ona unio­sła dłoń i od­wró­ciła się do mnie.

- Zajmę się tym. Wra­caj do sto­lika.

W ba­rze za­le­gła taka ci­sza, że można było usły­szeć spa­da­jącą igłę, a ja za­trzy­ma­łem się w pół kroku. Gdyby Sam cho­ciaż kich­nął, rzu­cił­bym się na niego. Był nie­złym po­pier­do­leń­cem, re­ki­nem po­życz­ko­wym, któ­remu się wy­da­wało, że jest twar­dzie­lem.

Nie był.

Za­stra­szał sła­be­uszy po­kroju Zane'a, ale po­tra­fił tylko szcze­kać, a nie gryźć.

Ruby się­gnęła do tyl­nej kie­szeni i pla­snęła w jego dłoń czymś, co wy­glą­dało jak plik bank­no­tów.

- Ko­niec przed­sta­wie­nia. Idź do­koń­czyć piwo i trzy­maj się z da­leka od mo­jego brata.

Sam spoj­rzał na swoją dłoń i szybko do­tarło do niego, że do­stał to, czego chciał, więc ski­nął uprzej­mie głową.

- Je­steś zbyt ład­niutka, żeby sprzą­tać ba­ła­gan po swoim bra­ciszku, Ruby - po­wie­dział, a moje dło­nie bez­wied­nie za­ci­snęły się w pię­ści.

- A ty je­steś zbyt głupi, żeby za­uwa­żyć, że mam w du­pie, co o mnie my­ślisz. Wra­caj do swo­jego piwa, Sam.

O kurwa.

Ruby Rose była więk­szą twar­dzielką, niż są­dzi­łem.

Może jed­nak rze­czy­wi­ście zna­czy­łem swój te­ren.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

Ruby

SKOŃ­CZY­LI­ŚMY SPO­TKA­NIE z dok­to­rem Pe­ter­sem i na szczę­ście oj­ciec zgo­dził się na wszyst­kie pro­po­zy­cje le­ka­rza. Mój tata po­tra­fił być pie­kiel­nie uparty, kiedy chciał, ale te­raz, gdy prawda wy­szła na jaw, za­cho­wy­wał się ule­gle i prze­stał ze mną wal­czyć o wszystko.

Czy by­łam za­sko­czona, że wziął nie jedną, nie dwie, ale aż trzy dawki le­kar­stwa, by mieć nie­usta­jącą erek­cję?

Ani tro­chę.

To było bar­dzo w jego stylu.

Na­le­żał do lu­dzi bar­dzo im­pul­syw­nych i za­wsze so­bie z tego żar­to­wa­li­śmy.

Miał im­pre­zową du­szę i to ja mu­sia­łam być do­ro­sła w na­szej re­la­cji.

Już w wieku ośmiu lat przy­go­to­wy­wa­łam po­siłki dla na­szej dwójki i ogar­nia­łam ra­chunki.

Ale za­wsze by­li­śmy w sto­sunku do sie­bie otwarci i szcze­rzy, bo­lało więc, że mnie okła­mał. Ro­zu­mia­łam jego po­wody, ale to nie zna­czyło, że je po­pie­ra­łam.

Mój oj­ciec był je­dyną osobą w moim ży­ciu, któ­rej ufa­łam.

Od za­wsze.

Moja matka to zu­peł­nie inna hi­sto­ria.

Wendy Rose-Dane-Holt-Smith-Slau­gh­ter była marką samą w so­bie.

Na­wet mój krót­ko­ter­mi­nowy wy­na­jem miesz­ka­nia trwał dłu­żej niż jej mał­żeń­stwa. Więc tak, ce­lowo na­zwa­łam ją wszyst­kimi jej na­zwi­skami po mę­żach - ab­so­lut­nie.

Wiem, że to ma­łost­kowe.

Moja matka była bar­dzo do­świad­czoną ko­bietą, je­śli cho­dzi o przej­mo­wa­nie kon­troli nad męż­czy­znami. Na jej nie­szczę­ście po pro­stu nie wy­bie­rała so­bie naj­lep­szych.

A przy­naj­mniej nie po tym, jak znisz­czyła mo­jego ojca.

Mój tata to do­bry czło­wiek. Mimo wszyst­kich złych de­cy­zji i spły­wa­ją­cych al­ko­ho­lem nocy w głębi serca był po pro­stu do­bry.

Ko­cha­łam go aż do bólu.

Na­wet kiedy by­łam wście­kła, co w pe­wien spo­sób sta­no­wiło mój ję­zyk mi­ło­ści.

On roz­ra­biał, a ja go ob­wi­nia­łam - to była tego ro­dzaju re­la­cja.

Na­to­miast moja matka... Nie­ważne, z ilu warstw ją odar­łam - kiedy do­cie­ra­łam do wnę­trza, nie znaj­do­wa­łam tam nic istot­nego.

Wendy Rose-Dane-Holt-Smith-Slau­gh­ter była piękna, ale sa­mo­lubna, bez­myślna i wy­ra­cho­wana.

Wje­cha­łam na drogę pro­wa­dzącą do jej przy­czepy i za­par­ko­wa­łam moją zde­ze­lo­waną białą hondę, po czym wy­sia­dłam z wozu. Za­bur­czało mi w brzu­chu, ale unio­słam dum­nie głowę i po­de­szłam do drzwi. Kiedy je otwo­rzy­łam, za­sta­łam za nimi do­kład­nie to, czego się spo­dzie­wa­łam.

Przy­naj­mniej jest kon­se­kwentna.

Brudne na­czy­nia i śmieci wa­lały się po bla­tach i po pod­ło­dze.

Silny smród pa­pie­ro­so­wego dymu i zioła owio­nął mnie całą.

Na ma­łym sto­liku stały bu­telki po pi­wie z upchnię­tymi w nich nie­do­pał­kami.

Po­krę­ci­łam głową z obrzy­dze­niem.

- Halo. Je­stem.

- Źle się czuję. Weź colę i przy­nieś mi do po­koju - za­wo­łała moja matka.

Kiedy otwo­rzy­łam lo­dówkę, mu­sia­łam za­kryć nos i usta, by nie zwy­mio­to­wać, gdy po­czu­łam smród ze­psu­tego mleka i jesz­cze cze­goś kwa­śnego, co za­ata­ko­wało mój zmysł wę­chu.

Nic się nie zmie­niło i ni­gdy się nie zmieni.

Od czasu roz­sta­nia ro­dzi­ców, gdy mia­łam cztery lata, miesz­ka­łam z oj­cem. A mó­wiąc o roz­sta­niu, mam na my­śli fa­talne, wy­bu­chowe i ka­ta­stro­falne za­koń­cze­nie związku, który praw­do­po­dob­nie ni­gdy nie po­wi­nien był się roz­po­cząć. Jed­nakże cie­szę się, że jedna do­bra rzecz wy­da­rzyła się w cza­sie, kiedy byli ra­zem - ja.

I o ile roz­sta­nie było dru­zgo­cące dla mo­jego ojca, to dla mo­jej matki to był dzień jak co dzień.

Zo­stała przy­ła­pana na ro­man­sie z naj­lep­szym przy­ja­cie­lem z dzie­ciń­stwa taty - Ri­kiem Dane'em. Mój młod­szy brat, Rico Dane Ju­nior - nie każ­cie mi na­wet wspo­mi­nać o tym, że po­winny być ja­kieś za­sady do­ty­czące na­zy­wa­nia dziecka Ju­nio­rem, pod­czas gdy Rico Dane Se­nior był co naj­wy­żej dawcą spermy oraz mi­strzem w piw­nego ping-ponga w Whi­skey Falls - był owo­cem tego związku, tak samo po­pie­przo­nym jak na­sza matka.

- Sio­stra! - roz­legł się głos za mo­imi ple­cami i ze­bra­łam się w so­bie, za­nim się od­wró­ci­łam w chwili, gdy Rico wpadł przez drzwi.

Był wiel­kim, ko­cha­nym przy­głu­pem.

Rzu­cił szkołę, po­nie­waż chciał się za­jąć ho­dowlą ma­ri­hu­any na długo przed tym, jak stało się to le­galne, i na­zwał swoją firmę King­pin Weed.

To nie zwróci uwagi or­ga­nów ści­ga­nia, co nie?

Biz­nes nie wy­pa­lił, a Rico spę­dzał całe dnie na haju, na­zy­wa­jąc to re­se­ar­chem. Te­raz pra­co­wał w Da­ily Mar­ket dla Oscara Da­ily'ego. Przy­naj­mniej udało mu się utrzy­mać tę pracę.

Czy był go­towy na zo­sta­nie oj­cem? W żad­nym wy­padku.

Ale to ni­gdy nie sta­wało na prze­szko­dzie człon­kom mo­jej ro­dziny.

Po­zwo­li­łam mu na to, by uniósł mnie z pod­łogi i po­trzą­snął mną, po­nie­waż na­prawdę bar­dzo go ko­cha­łam, cho­ciaż nie za­wsze ro­zu­mia­łam.

To nie jego wina, że jest po­kło­siem związku Wendy i Rica "Kre­tyna" Se­niora. Za­wsze sta­ra­łam się stać po stro­nie brata. Wy­ba­wia­łam go z kło­po­tów, kiedy tylko mo­głam.

- Hej. Mo­żesz mnie już od­sta­wić. - Ro­ze­śmia­łam się, co nie­czę­sto mi się zda­rzało, po­nie­waż nie uwa­ża­łam ży­cia za zbyt za­bawne. Ale dla mo­ich młod­szych braci, Rica i Zane'a, za­wsze by­łam miękka.

- To kim te­raz je­steś? Praw­dziwą dok­torką, co, dok­tor Rose? - spy­tał, po czym gwizd­nął, a na jego twa­rzy po­ja­wił się sze­roki uśmiech.

Miał ciemne oczy mo­jej matki i blond włosy. Ja by­łam bar­dziej po­dobna do ojca i ni­gdy mi to nie prze­szka­dzało. Ale mój brat był uro­czy i do­sko­nale zda­wał so­bie z tego sprawę.

- Je­śli jesz­cze raz na­zwiesz mnie dok­tor Rose, ogolę ci brwi, gdy bę­dziesz spał. - Rzu­ci­łam mu ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

W aka­de­mic­kim świe­cie, gdzie ży­łam z da­leka od Ma­gno­lia Falls, od któ­rego za­wsze chcia­łam uciec, by­łam ofi­cjal­nie dok­tor Rose. Ale ty­tu­ło­wa­nie mnie "dok­to­rem" w domu mo­jej matki można po­rów­nać do po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa. Mama nie­na­wi­dziła tego, że się kształ­ci­łam.

A ja, do dia­bła, za­wsze mia­łam cią­goty do psy­cho­lo­gii. Cie­ka­wiło mnie, co kie­ruje ludźmi, że po­dej­mują ta­kie, a nie inne de­cy­zje. Może dla­tego, że od... wła­ści­wie od uro­dze­nia roz­wią­zy­wa­łam pro­blemy in­nych lu­dzi z mo­jego oto­cze­nia.

A przy­naj­mniej ta­kie od­no­si­łam wra­że­nie.

Lu­bi­łam uczyć się o tym, co spra­wiało, że lu­dzie po­stę­po­wali tak, a nie ina­czej, in­te­re­so­wały mnie mo­tywy sto­jące za­równo za po­zy­tyw­nymi, jak i ne­ga­tyw­nymi wy­bo­rami oraz skłon­no­ści do wy­ba­cza­nia tym, któ­rzy ich skrzyw­dzili.

Oso­bi­ście nie­wiele mia­łam do czy­nie­nia z wy­ba­cza­niem w moim ży­ciu, być może dla­tego, że nikt mnie ni­gdy za nic nie prze­pra­szał. Za sy­tu­ację, w ja­kiej po­sta­wiła mnie matka, gdy by­łam dziec­kiem. Za to, że po­le­gała na mnie w za­kre­sie opieki nad mo­imi braćmi, pod­czas gdy sama by­łam nie­wiele star­sza od nich.

Na­uczy­łam się więc wy­ko­rzy­sty­wać swoje umie­jęt­no­ści i spra­wiać, że sta­wały się uży­teczne.

Zdo­by­łam dy­plom z wy­róż­nie­niem na jed­nej z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych uczelni w Ka­li­for­nii i naj­wy­raź­niej świat stał te­raz przede mną otwo­rem.

Cóż, przy­naj­mniej tak bę­dzie za osiem ty­go­dni, kiedy skoń­czę zaj­mo­wać się Whi­skey Falls, a tata cał­kiem wy­zdro­wieje.

Wciąż jed­nak chcia­łam się do­wie­dzieć, ja­kie drzwi otwiera przede mną ten świat.

Uni­wer­sy­tet w Za­chod­niej Ka­li­for­nii za­pro­po­no­wał mi sta­no­wi­sko wy­kła­dowcy. By­ła­bym pro­fe­sorką pro­wa­dzącą dwa osobne kursy wpro­wa­dza­jące do psy­cho­lo­gii, co po­winno sta­no­wić zwień­cze­nie ca­łej mo­jej edu­ka­cji. Nie by­łam pewna, czy na­ucza­nie jest moją przy­szło­ścią. Nie mia­łam jed­nak czasu, aby się nad tym za­sta­no­wić i prze­my­śleć wszyst­kie wa­rianty, po­nie­waż roz­da­nie dy­plo­mów od­by­wało się w so­botę, a w wie­czór po­prze­dza­jący to wy­da­rze­nie mój oj­ciec prze­szedł za­wał. Wła­śnie miał wsia­dać do auta i ru­szać w drogę na uro­czy­stość, kiedy to się zda­rzyło.

Pa­so­wało to do mo­jego ży­cia, nie ma co.

Nie chcia­łam z tego re­zy­gno­wać. Je­dyną osobą, dla któ­rej by­ła­bym skłonna opu­ścić roz­da­nie dy­plo­mów, był mój oj­ciec - i to wła­śnie zro­bi­łam.

Nie było ta­kiej rze­czy, któ­rej bym dla niego nie zro­biła.

- Już raz ogo­li­łaś brwi Zane'owi w gim­na­zjum. Nie będę cię pro­wo­ko­wał, bo wiem, że je­steś do tego zdolna.

- Do­kład­nie! No to mów, co sły­chać u Pandy.

Tak, dziew­czyna mo­jego brata od cza­sów gim­na­zjum była na­zy­wana Pandą. Kie­dyś miała na imię Sally, ale nie­na­wi­dziła tego tak bar­dzo, że w wieku pięt­na­stu lat zmie­niła je na Pandę i nikt tego nie kwe­stio­no­wał, je­dy­nie ja po­zwa­la­łam so­bie na zło­śliwe ko­men­ta­rze.

Otwo­rzył puszkę piwa i po­cią­gnął długi łyk.

- Nie za­cią­żyła. Wkrę­cała mnie.

Ski­nę­łam głową. Kla­syczny ję­zyk mi­ło­ści Rica i Pandy.

Oszu­ki­wać. Kła­mać. Pie­przyć się. Po­wtórz.

- Ale wiesz, że je­śli bę­dziesz uży­wał za­bez­pie­cze­nia, nie bę­dziesz się mu­siał tak bar­dzo mar­twić za każ­dym ra­zem, gdy bę­dzie cię wkrę­cała?

Ro­biła to już nie pierw­szy raz i na pewno nie ostatni. Była uoso­bie­niem tok­sycz­nej osoby, a Rico już tak bar­dzo do tego przy­wykł, że nie są­dzi­łam, by kie­dy­kol­wiek miał ją kop­nąć w dupę.

- Cza­sami się za­bez­pie­czam. Ale cza­sem chciał­bym po pro­stu zro­bić jej dziecko.

- Wiesz, ja­kie to nie­grzeczne tak mó­wić: "Zro­bić jej dziecko"? Jakby była przed­mio­tem. Albo ma­szynką do ro­dze­nia dzieci. To na­prawdę ob­raź­liwe, Rico. Wiesz, że nie je­stem naj­więk­szą fanką Pandy, więc to, że jej bro­nię, wiele mówi.

- Ja­sne, te­raz bę­dziesz mi ro­bić wy­kład na te­mat praw ko­biet. Na­dal je­steś zła na Pandę za to, że ukra­dła ci ten gra­na­towy swe­ter, za­nim wy­je­cha­łaś do col­lege'u? - Jego sze­roki, przy­głu­pawy uśmiech spra­wiał, że mia­łam ochotę jed­no­cze­śnie go przy­tu­lić i zdzie­lić po gę­bie.

- Nie. Po­wody, dla któ­rych nie lu­bię Pandy, to: A. ma idio­tyczne imię. I B. pod­ju­dzała cię do rzu­ce­nia szkoły, kiedy do­brze so­bie ra­dzi­łeś. - Skrzy­żo­wa­łam ra­miona na piersi.

- King­pin Weed to był jej po­mysł i był na­prawdę za­je­bi­sty. Ale od­kąd upra­wia­nie zioła jest le­galne, wszy­scy to ro­bią.

- Tak, zde­cy­do­wa­nie ła­twiej jest do­stać po­życzkę na biz­nes, kiedy sprze­da­jesz pro­dukt, który jest le­galny. To mą­drzej­sza ścieżka. - Tak, mia­łam dok­to­rat z sar­ka­zmu i na­wet nie pró­bo­wa­łam go ukry­wać.

- Ni­gdy nie by­łem taki mą­dry jak ty, do­brze o tym wiesz.

Nie­na­wi­dzi­łam, kiedy tak mó­wił. Obaj moi bra­cia rzu­cali mi tym w twarz za każ­dym ra­zem, kiedy coś zma­lo­wali i pro­sili mnie o po­moc. Wku­rzało mnie to.

Czy to prawda? Być może.

Czy to ich wina? Nie.

Bra­ko­wało im na­rzę­dzi po­trzeb­nych do wy­rwa­nia się z gów­nia­nego ży­cia, w któ­rym się zna­leźli.

- Za­mier­za­cie tam stać i glę­dzić, kiedy ja tu cier­pię? - krzyk­nęła matka z po­koju, a Rico za­chi­cho­tał.

- Wielki, zły Jimbo prze­grał wszyst­kie pie­nią­dze z ich konta oszczęd­no­ścio­wego, więc ak­tu­al­nie ze sobą nie roz­ma­wiają.

- Ile stra­cił?

- Nie wiem. Kilka stó­wek, chyba. Ale mam­cia jest strasz­nie wkur­wiona.

Wzię­łam jej na­pój i po­szłam za bra­tem do za­dy­mio­nej oazy mo­jej matki. Ro­zej­rza­łam się po po­koju i za­uwa­ży­łam czer­wono-złotą na­rzutę, na wpół wy­peł­nione po­piel­niczki na ko­mo­dzie i na stole oraz wiel­kie, pra­wie na­gie zdję­cie matki w ramce nad łóż­kiem. Wy­czu­wa­łam tam de­spe­ra­cję z do­mieszką cze­goś w stylu: Mam już dość i je­stem nie­szczę­śliwa.

Po­de­szłam do okna i otwo­rzy­łam je, by wpu­ścić świeże po­wie­trze i dać jej przy­naj­mniej chwilę wy­tchnie­nia od tej pie­kiel­nej ra­ko­twór­czej ja­skini.

- Mój Boże, Wendy. Nikt nie po­wi­nien tego wdy­chać - po­wie­dzia­łam.

- Oczy­wi­ście, zwra­casz się do mnie Wendy, kiedy wiesz, że je­stem zdo­ło­wana.

Za­wsze była zdo­ło­wana - w prze­ciw­nym ra­zie by­łaby nie­obecna. Ni­gdy nie dzwo­niła do mnie ani nie za­szczy­cała mnie swoją obec­no­ścią, gdy nie była w dołku.

To wszystko, co wie­dzia­łam o tej ko­bie­cie.

- Na­zy­wa­łam cię Wendy, od­kąd by­łam dziec­kiem. Nie szu­kaj so­bie ko­lej­nego po­wodu do do­ło­wa­nia się. Wsta­waj. Za­czerp­nij świe­żego po­wie­trza. Na­pij się mleka albo zjedz coś in­nego niż go­to­wiec. Kiep­sko wy­glą­dasz.

Miała bladą skórę, nieco po­sza­rzałą. Gdyby nie to, że wie­dzia­łam, iż więk­szość czasu spę­dza w łóżku w za­dy­mio­nym po­koju, by­ła­bym w sta­nie uwie­rzyć, jesz­cze za cza­sów, gdy by­łam psy­cho­fanką se­rii Zmierzch, że jest wam­pi­rem. Ta ko­bieta miała dar wy­sy­sa­nia ży­cia z ota­cza­ją­cych ją lu­dzi.

Usia­dła i wy­cią­gnęła dłoń po na­pój. Nie po­da­łam jej go. Za­miast tego zła­pa­łam ją za rękę i pod­nio­słam do pionu.

- Do­sta­niesz colę, jak się wy­ką­piesz. Idź.

Wska­za­łam na drzwi ła­zienki, a matka wpa­try­wała się we mnie przez chwilę, po czym ru­szyła gniew­nym kro­kiem i za­trza­snęła za sobą drzwi.

- Cho­lera, sio­stra. Je­steś je­dyną osobą, która po­trafi zmu­sić ją do wsta­nia, kiedy jest w ta­kim sta­nie - po­wie­dział Rico.

Za­bra­łam mu z ręki piwo i unio­słam brwi.

- Może ty też prze­stał­byś pić? Nie ma jesz­cze po­łu­dnia! Jak twoja praca?

- Oscar lubi się przy­pier­da­lać, ale przy­naj­mniej mi płaci.

Od­sta­wi­łam szklankę mamy na ko­modę i krzyk­nę­łam przez drzwi, że czeka tam na nią.

Rico po­szedł za mną do kuchni, gdzie wy­la­łam resztki jego piwa do od­pływu i schy­li­łam się do ko­sza pod zle­wem. Za­czę­łam upy­chać do worka wszyst­kie pu­ste bu­telki, po czym skie­ro­wa­łam się do lo­dówki, żeby wy­rzu­cić ze­psute je­dze­nie.

Otwo­rzyły się drzwi przy­czepy i do środka wszedł Zane. Był o rok młod­szy od Rica i trzy lata ode mnie. Moi bra­cia byli do sie­bie po­dobni, pod­czas gdy ja nie przy­po­mi­na­łam żad­nego z nich.

To miało swój sens. Ni­gdy nie czu­łam, bym tu pa­so­wała.

Je­dyną osobą, do któ­rej czu­łam, że przy­na­le­ża­łam, był mój oj­ciec.

Ale szcze­rze ko­cha­łam braci i to­le­ro­wa­łam matkę, po­nie­waż oni nie mieli szans wy­do­stać się z jej szpo­nów.

- Hej, czy to nie na­sza pro­fe­sorka? - Zane chwy­cił mnie w pa­sie i za­krę­cił mną do­okoła.

Obaj byli po­tęż­nymi chło­pami. Wy­socy, z sze­ro­kimi ba­rami, mu­sku­larni.

- Od­staw mnie i po­móż mi tu po­sprzą­tać. Nie mo­że­cie miesz­kać w ta­kim chle­wie.

Tak. Obaj wciąż miesz­kali z matką.

Zane pod­szedł do zlewu i za­czął zmy­wać na­czy­nia.

- Ja... eee... li­czy­łem, że mi w czymś po­mo­żesz.

Za­czyna się.

- Coś na­ro­bił? - spy­ta­łam, od­wra­ca­jąc się przo­dem do niego.

- Głupi za­kład na ko­nia i te­raz Sam White ściga mnie, gro­żąc, że za­bie­rze mi sa­mo­chód, je­śli nie spłacę go do piątku. - Po­dra­pał się po karku, a ja za­ci­snę­łam z ca­łych sił po­wieki.

- Ile mu wi­sisz?

- Trzy stówki.

- Za­sta­wi­łeś sa­mo­chód na głupi koń­ski za­kład? - syk­nę­łam, po czym od­wró­ci­łam się do lo­dówki i skar­ci­łam się w du­chu, że do­bro­wol­nie wró­ci­łam do domu.

Z po­wodu ojca, oczy­wi­ście.

Ale to wła­śnie dla­tego nie­na­wi­dzi­łam tu wra­cać.

Mia­łam wra­że­nie, że je­stem wcią­gana w to ba­gno.

Na­wet mój od­dech sta­wał się cięż­szy, gdy wra­ca­łam do domu.

Czu­łam się tu jak w pu­łapce.

Chcia­łam in­nego ży­cia i wła­śnie dla­tego wy­je­cha­łam.

Ko­cha­łam braci - po pro­stu nie wie­dzia­łam, czy je­stem w sta­nie oca­lić ich i samą sie­bie jed­no­cze­śnie.

Zane po­pa­trzył na mnie tym smut­nym, ża­ło­snym wzro­kiem, który przy­bie­rał za­wsze, gdy coś od­wa­lił.

Wy­pu­ści­łam długi od­dech.

- Przyjdź do baru pod ko­niec ty­go­dnia, dam ci kasę.

Ob­jął mnie rę­kami od tyłu, a ja je ode­pchnę­łam.

Da­wa­łam mu przy­zwo­le­nie i zda­wa­łam so­bie z tego sprawę. Ale nie wie­dzia­łam, jak ina­czej mo­gła­bym mu po­móc. Pró­bo­wa­łam zna­leźć im obu pracę. Wy­cią­ga­łam ich z nie­zli­czo­nych kło­po­tów. Do znu­dze­nia po­wta­rza­łam im, że po­winni się wy­pro­wa­dzić i zmie­nić swoje ży­cie. Pro­po­no­wa­łam, żeby przy­je­chali do mnie do Ka­li­for­nii. Na­ma­wia­łam do zda­nia ma­tury.

Ale to ni­gdy do ni­czego nie pro­wa­dziło.

A jed­no­cze­śnie by­łam świa­doma faktu, że de­fi­ni­cja głu­poty mówi o tym, iż idio­ty­zmem jest ro­bić w kółko to samo i ocze­ki­wać in­nych re­zul­ta­tów.

Więc pró­bo­wa­łam to na­pra­wiać naj­le­piej, jak po­tra­fi­łam.

- Cho­lera. Ruby za­wsze wie, jak wszystko na­pra­wić - po­wie­dział Rico.

Od­wró­ci­łam się przo­dem do nich.

- Ta, je­stem Rayem Do­no­va­nem tego gów­nia­nego show - mruk­nę­łam, po czym zwią­za­łam wo­rek na śmieci i po­de­szłam do drzwi, by go wy­nieść. Za­czerp­nę­łam świe­żego po­wie­trza i od­cze­ka­łam chwilę, aż miną mi mdło­ści wy­wo­łane za­pa­chem gni­ją­cego je­dze­nia.

- Kim, do cho­lery, jest Ray Do­no­van? - spy­tał Zane.

- Jest taki pro­gram w te­le­wi­zji. - Po­krę­ci­łam głową.

- A, tak, z tym ak­to­rem, Lie­vem Schre­ibe­rem? - Rico mach­nął ręką, jakby do­sko­nale wie­dział, o czym mó­wi­łam. - Jest tym ty­pem od na­pra­wia­nia, co nie?

- Tak. Lu­dzie w nie­skoń­czo­ność po­dej­mują złe de­cy­zje, a on pro­stuje, ile może. Coś jak ja z wami.

- Je­steś Rayem Do­no­va­nem na­szej ro­dziny - oświad­czył Zane, obej­mu­jąc mnie za ra­mię i ca­łu­jąc w czu­bek głowy.

- Szczę­ściara ze mnie. - Spoj­rza­łam na nich i za­czę­łam się nad tym za­sta­na­wiać.

Tak to wy­glą­dało, od­kąd by­łam dziec­kiem.

Wy­pro­wadzka nie­wiele zmie­niła.

Wciąż dzwo­nili.

A ja wciąż od­bie­ra­łam.

Może taka była moja rola.

Ale skła­ma­ła­bym, gdy­bym po­wie­działa, że mnie to nie mę­czy.

1

Ri­ver

ZA­PAR­KO­WA­ŁEM PRZED SZPI­TA­LEM i wy­sia­dłem z sa­mo­chodu. Nie mo­głem zro­zu­mieć, co ten sta­ru­szek so­bie my­ślał, pa­ku­jąc się tu na dia­bli wie­dzą jak długo. Al­ko­hol i pi­gułki przy jego ner­wo­wym uspo­so­bie­niu wy­koń­czy­łyby prze­cięt­nego trzy­dzie­sto­latka, a co do­piero pięć­dzie­się­cio­let­niego męż­czy­znę w nie­zbyt do­brej for­mie. Nie wąt­pi­łem w to, że jego córka była tym wszyst­kim prze­ra­żona, wziąw­szy pod uwagę, że wszyst­kie pro­blemy jej ojca wy­ni­kały z nad­mier­nego po­pędu sek­su­al­nego.

Nie­na­wi­dzi­łem szpi­tali, ale Lio­nel był moim przy­ja­cie­lem, więc mu­sia­łem przy nim być. W su­mie, je­śli mam być szczery, to Lio­nel Rose był dla mnie kimś wię­cej niż przy­ja­cie­lem. Był wła­ści­cie­lem baru Whi­skey Falls i przez lata bar­dzo się do sie­bie zbli­ży­li­śmy. Uwa­ża­łem go za członka ro­dziny.

Ostat­nio prze­szedł za­wał i wszy­scy by­li­śmy zroz­pa­czeni tą no­winą.

Wsia­dłem do windy ja­dą­cej do góry i nie umknęło mo­jej uwa­dze, że dwie pie­lę­gniarki, które je­chały ze mną, zmie­rzyły mnie wzro­kiem z góry do dołu, gdy wy­sia­da­łem. Drzwi się za­mknęły, a ja ru­szy­łem ko­ry­ta­rzem w stronę od­po­wied­niej sali.

Gdy zbli­ży­łem się do jego łóżka, mój przy­ja­ciel uniósł dłoń, a ką­ciki jego ust wy­krzy­wiły się nie­znacz­nie, gdy nie­zdar­nie go przy­tu­la­łem przed za­ję­ciem miej­sca obok niego.

Mo­ni­tory pisz­czały nie­ustan­nie i moja iry­ta­cja ro­sła, gdy usi­ło­wa­łem je igno­ro­wać.

Słaby za­pach je­dze­nia z ka­fe­te­rii wy­mie­szany z sil­nymi an­ty­sep­ty­kami spra­wił, że mnie ze­mdliło.

Szpi­tale były chyba naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nymi przeze mnie miej­scami, co wiele o nich mó­wiło, po­nie­waż w swoim ży­ciu prze­by­wa­łem już w wielu pie­kiel­nych krę­gach.

Z tego, co wiem, spę­dzi­łem w szpi­talu sześć mie­sięcy za­raz po uro­dze­niu, cho­ciaż z oczy­wi­stych wzglę­dów nie mogę tego pa­mię­tać. Jed­nak z ja­kichś przy­czyn szpi­tale ko­ja­rzą mi się z mrocz­nymi miej­scami.

Do dia­bła, może wszy­scy tak mają?

A może pod­świa­do­mie pa­mię­ta­łem te pierw­sze mie­siące mo­jego ży­cia i fakt, że póź­niej, w dniu, w któ­rym znów po­ja­wi­łem się w szpi­talu, mia­łem ro­dzi­ców, a gdy go opusz­cza­łem - już nie.

Do­reen też tu te­raz była i prze­ka­zała mi naj­now­sze in­for­ma­cje na te­mat stanu Lio­nela, pod­czas gdy on pró­bo­wał nie udła­wić się lun­chem. Do­reen była bar­manką w Whi­skey Falls i jego przy­ja­ciółką od wielu lat.

- Prze­stań się za­cho­wy­wać jak uparty osioł i zjedz cho­ciaż ten mus jabł­kowy - po­wie­działa Do­reen. - Ruby się wściek­nie, kiedy wróci i zo­ba­czy, że nic nie zja­dłeś.

Ruby była je­dy­nym dziec­kiem Lio­nela.

Jego dumą i ra­do­ścią.

Cho­ciaż za­wsze była nieco nie­po­korna. Nie wi­dzia­łem jej od lat. Lio­nel mó­wił mi, że miał wziąć udział w uro­czy­stym roz­da­niu dy­plo­mów na jej naj­now­szych stu­diach, dziew­czyna była czymś w ro­dzaju wiecz­nej stu­dentki. Lio­nel czę­sto się nią chwa­lił, więc wie­dzia­łem, że robi dok­to­rat z psy­cho­lo­gii. Ale oczy­wi­ście, kiedy tylko wczo­raj usły­szała o ojcu, na­tych­miast przy­je­chała.

- Po­wiedz Ri­ve­rowi, co po­wie­dzie­li­śmy wczo­raj Ruby, że­by­śmy się trzy­mali wspól­nej wer­sji.

Lio­nel beł­ko­tał, a ja ze wszyst­kich sił sta­ra­łem się nie oka­zy­wać po so­bie za­nie­po­ko­je­nia. Prawa strona jego twa­rzy była spa­ra­li­żo­wana, przez co mó­wił z tru­dem.

Le­karz jed­nak po­wie­dział, że Lio­nel tra­fił do szpi­tala na czas i spo­dziewa się peł­nego po­wrotu do zdro­wia, cho­ciaż chwilę to zaj­mie. Przy­naj­mniej tyle do­brego.

- O ja­kiej wspól­nej wer­sji mó­wimy? - Wy­pro­sto­wa­łem się i unio­słem brew.

Do­reen wes­tchnęła.

- Lio­nel nie chce, żeby Ruby wie­działa, że przyj­mo­wał te... sty­mu­lanty. - Od­chrząk­nęła i uśmiech­nęła się ką­tem ust. - Wo­lałby za­trzy­mać dla sie­bie fakt, że pró­buje na­dą­żyć za sek­su­al­nymi po­trze­bami dużo młod­szej part­nerki.

Wła­śnie. Lio­nel przez kilka ostat­nich dni po­dwa­jał swoją dawkę le­ków na za­bu­rze­nia erek­cji, bo ten fa­cet na­prawdę po­tra­fił być skur­czy­by­kiem, kiedy tylko chciał.

- Co jej po­wie­dzie­li­ście?

Lio­nel spoj­rzał na Do­reen, cze­ka­jąc, aż mnie wta­jem­ni­czy.

- Coś w stylu, że miał za­wał z po­wodu stresu zwią­za­nego z tą całą sprawą są­dową z Jenną Tate.

- Co? Prze­cież za­mknę­li­śmy ten te­mat kilka ty­go­dni temu. - Pa­trzy­łem na nich sze­roko otwar­tymi oczami.

Wrę­czyła mi za­pi­saną kartkę.

- Ka­zał mi na­pi­sać ten sce­na­riusz, że­bym prze­czy­tała go jej wczo­raj wie­czo­rem.

Zer­k­ną­łem na na­ba­zgrane słowa i prze­wró­ci­łem oczami.

- Więc ge­ne­ral­nie rzecz uj­mu­jąc, to mnie ob­wi­ni­łeś o swój za­wał? To po­pier­do­lone, Lio­nel. Na­wet jak na cie­bie.

- Nie ob­wi­niam cię - wy­beł­ko­tał.

Po­now­nie spoj­rza­łem na kartkę i od­czy­ta­łem kilka li­ni­jek.

- "Ri­ver był jego ad­wo­ka­tem, ale nie­stety nie udało mu się wy­grać tej sprawy, a stres z nią zwią­zany oka­zał się zbyt duży dla two­jego ojca" - prze­czy­ta­łem, imi­tu­jąc głos Do­reen, która była ko­bietą w śred­nim wieku, ku­rzącą jak ko­min przez więk­szą część swo­jego ży­cia, i która te­raz pa­trzyła na mnie, a ką­ciki jej ust uno­siły się z roz­ba­wie­nia. - Zrzu­ci­łeś całą winę na mnie.

- A co mie­li­śmy jej po­wie­dzieć? Że jej oj­ciec nie jest w sta­nie spro­stać swo­jej naj­now­szej przy­ja­ciółce, więc po­troił dawkę le­ków? - Do­reen splo­tła ra­miona na piersi.

- Ja pier­dolę. My­śla­łem, że wzią­łeś po­dwójną dawkę. A ty ją po­tro­iłeś?! Coś ty so­bie my­ślał, Lio­nel? - syk­ną­łem. Wkur­wiało mnie to, bo ko­cha­łem tego dupka, na­wet je­śli się do tego nie przy­zna­wa­łem. A mie­sza­nie le­karstw na sfla­cza­łego ku­tasa z al­ko­ho­lem przy jego pro­ble­mach z ser­cem było go­to­wym prze­pi­sem na ka­ta­strofę. - I tak, wła­śnie to mie­li­ście jej po­wie­dzieć. Bo taka jest, kurwa, prawda. A tym­cza­sem po­sta­no­wi­łeś wsa­dzić mnie na minę. Ale luz, je­śli Ruby jest taka mą­dra, jak my­ślisz, wąt­pię, żeby ku­piła ten stek bzdur. Lu­dzie nie mie­wają za­wa­łów, po­nie­waż ktoś ich po­zywa za wy­pa­dek w miej­scu pracy. Nie gro­ziło ci pier­do­lone wię­zie­nie, do kurwy nę­dzy!

- Hej. Gra­łam Ju­lię w szkol­nym przed­sta­wie­niu. Je­stem ge­nialną ak­torką. Uwierz mi, że to ku­piła - sprze­ci­wiła się Do­reen.

Opar­łem się na krze­śle i po­krę­ci­łem głową. Re­pre­zen­to­wa­łem Lio­nela w tej ab­sur­dal­nej spra­wie, cho­ciaż kom­plet­nie nie miał ra­cji i po­wi­nien był po pro­stu za­pła­cić Jen­nie za le­cze­nie, kiedy zda­rzył się tam­ten wy­pa­dek. Ale ten chy­try skur­wiel chciał przy­osz­czę­dzić, co w efek­cie kosz­to­wało go trzy razy wię­cej, niż po­winno.

- Słu­chaj, weź się w końcu w garść ra­zem ze swoją ob­wi­słą fu­jarą i prze­stań się uga­niać za la­skami o po­łowę młod­szymi od sie­bie, to może uda ci się na­dą­żyć. My­śla­łeś kie­dyś o tym?

Lio­nel wzru­szył ra­mio­nami, a prawy ką­cik jego ust opadł.

- Stella jest za­je­bi­sta.

- A ty je­steś upar­tym osłem. Pod­trzy­mam twoją idio­tyczną gierkę, ale nie są­dzę, żeby Do­reen była aż tak do­brą ak­torką. Je­śli jed­nak Ruby rze­czy­wi­ście ku­piła to gówno, to też nie jest aż tak by­stra, za jaką ją masz.

- Ach... wi­dzę, że po­ja­wił się cały gang - ode­zwał się głos za mo­imi ple­cami, więc obej­rza­łem się przez ra­mię.

Pie­przona Ruby Rose do­ro­sła, od­kąd wi­dzia­łem ją po raz ostatni.

Miała dłu­gie, ciemne włosy, które spły­wały fa­lami na jej plecy, czer­wone, pełne usta i orze­chowe oczy, które w świe­tle za­cho­dzą­cego słońca wpa­da­ją­cego przez okno i oświe­tla­ją­cego jej piękną twarz wy­glą­dały bar­dziej na złote.

O ja cię pier­dolę.

Córka Lio­nela była pie­kiel­nie go­rącą la­ską.

Z całą pew­no­ścią tak nie wy­glą­dała, kiedy wi­dzia­łem ją po raz ostatni. Oczy­wi­ście mi­nęło sporo czasu i nie była już na­sto­latką.

Tylko cho­ler­nie sek­sowną ko­bietą, zde­cy­do­wa­nie wartą grze­chu.

Unio­słem brew, po­nie­waż wpa­try­wała się we mnie tak, jakby sama moja obec­ność jej uwła­czała.

- Kopę lat, Ruby.

Mi­nęły lata od na­szego ostat­niego spo­tka­nia. Przez więk­szość czasu to Lio­nel jeź­dził do niej w od­wie­dziny, a kiedy ona wra­cała do domu, ni­gdy nie zo­sta­wała długo, we­dług jego słów. Była żona Lio­nela i matka Ruby, Wendy, była wy­jąt­kową mendą, więc z tego, co wie­dzia­łem, Ruby ra­czej uni­kała Ma­gno­lia Falls.

- Ach, cóż za spo­strze­gaw­czość - syk­nęła, a w jej gło­sie kryła się czy­sta nie­na­wiść.

O co jej, kurwa, cho­dziło? Pra­wie mnie nie znała.

- Czy to ta twoja bły­sko­tli­wość, dzięki któ­rej udało ci się stwier­dzić, że dawno się nie wi­dzie­li­śmy, czyni cię ta­kim ge­nial­nym praw­ni­kiem?

- Ruby - ode­zwał się Lio­nel gło­sem o wiele ła­god­niej­szym, gdy zwra­cał się do córki niż do ko­go­kol­wiek in­nego.

Unio­sła pa­lec, żeby go uci­szyć.

- Nie. Żad­nej "Ruby", naj­droż­szy ta­tu­siu. Tobą zajmę się za chwilę.

Do­reen za­chi­cho­tała, a Ruby rzu­ciła jej ostre spoj­rze­nie. Za­dziorna córka Lio­nela była drob­nej po­stury, ale wład­czego uspo­so­bie­nia. Ja mie­rzy­łem metr osiem­dzie­siąt osiem, a ona nie mo­gła mieć wię­cej niż ja­kiś metr sześć­dzie­siąt dwa, ale czarne woj­skowe buty do­da­wały jej kilka cen­ty­me­trów. Ciemne ob­ci­słe dżinsy pod­kre­ślały jej krą­gło­ści, a ja całą siłę woli po­świę­ca­łem, by nie zmie­rzyć jej wzro­kiem od stóp do głów. Czarny, skó­rzany płaszcz pa­so­wał jej jak pięść do nosa, bio­rąc pod uwagę, że był ko­niec maja, świe­ciło słońce, ptaszki na­pier­da­lały świer­go­tem, a całe Ma­gno­lia Falls o tej po­rze roku rzy­gało wręcz tę­czą i jed­no­roż­cami.

Ta dziew­czyna wy­gląda, jakby wła­śnie wró­ciła z od­mę­tów pie­kieł.

Roz­po­zna­wa­łem ten ro­dzaj gniewu, po­nie­waż we mnie pa­no­szył się taki sam.

- Do­reen, my­śla­łam, że je­steś naj­star­szą i naj­lep­szą przy­ja­ciółką mo­jego ojca, a to, że wy­brał cię na moją matkę chrzestną za­raz po moim uro­dze­niu, zna­czyło, że po­win­naś wy­ka­zy­wać się w sto­sunku do mnie pewną lo­jal­no­ścią. - Skrzy­żo­wała ra­miona na piersi.

Jezu. Była wkur­wiona na cały świat.

Ja z re­guły sku­pia­łem swój gniew na jed­nym celu na­raz.

Się­gną­łem do to­rebki z cząst­kami ja­błek le­żą­cej na tacy Lio­nela, wzią­łem so­bie je­den ka­wa­łek i wsu­ną­łem do ust, roz­ko­szu­jąc się tą sceną.

- Wiesz, że cię ko­cham, skar­bie. I za­wsze je­stem lo­jalna w sto­sunku do cie­bie i do two­jego ojca.

Do­reen prze­rzu­ciła wzro­kiem po­mię­dzy Ruby i Lio­ne­lem, a ja się­gną­łem po na­stępny ka­wa­łek jabłka, czym ścią­gną­łem ko­lejne spoj­rze­nie Kró­lo­wej Ciem­no­ści.

- Czyżby? - Ruby zbli­żyła się do łóżka Lio­nela i usia­dła na jego brzegu, spo­glą­da­jąc na nas wszyst­kich. - Cóż, w ta­kim ra­zie znamy chyba różne de­fi­ni­cje lo­jal­no­ści. Okła­my­wa­nie mnie w sy­tu­acji, gdy nie­mal na ko­la­nach bła­ga­li­ście, że­bym przy­je­chała za­jąć się ba­rem... no nie wiem. Wy­daje się to tro­chę ob­łudne, nie są­dzi­cie?

O, szlag. Do­bra była.

Pewna sie­bie, pro­tek­cjo­nalna i prze­ra­ża­jąca za­ra­zem.

Się­gną­łem po ko­lejną cząstkę jabłka, a Ruby za­re­ago­wała tak bły­ska­wicz­nie, że zbiła mnie z tropu. Klep­nęła mnie w dłoń, przez co jabłko spa­dło mi na pod­łogę.

- Prze­stań ob­że­rać się tymi pie­przo­nymi jabł­kami. Może sku­pił­byś się na pra­wie i za­jął swoją ro­botą?

Prze­gięła. Ze­rwa­łem się na równe nogi i w ciągu kilku se­kund gó­ro­wa­łem już nad nią.

- Bar­dzo do­brze wy­wią­zuję się ze swo­jej pracy. Nie po­trze­buję two­jego uzna­nia. Ale od­pusz­czę ci te do­cinki, bo wiem, że ko­chasz ojca i naj­wy­raź­niej prze­cho­dzisz ja­kieś za­ła­ma­nie, przez co ob­wi­niasz każ­dego, kto ci się na­pa­to­czy.

Spo­dzie­wa­łem się, że spo­kor­nieje, ale ona tylko uśmiech­nęła się szy­der­czo. Jakby cie­szyła się z rzu­co­nego jej wy­zwa­nia.

Rów­nież wstała i unio­sła pod­bró­dek, w jej zło­tych oczach za­mi­go­tały nie­bie­skie i zie­lone iskierki.

Kurwa, była na­prawdę Kró­lową Zła i skła­mał­bym, gdy­bym po­wie­dział, że mnie to nie pod­nie­cało.

- Sta­łam pod drzwiami i pod­słu­cha­łam, jak się uma­wia­li­ście na kre­tyń­ski plan okła­my­wa­nia mnie. Nie wy­daje mi się to zgodne z li­terą prawa, ale może tak pro­wa­dzisz wszyst­kie swoje sprawy, co? Skoń­czyło się na tym, że mój oj­ciec mu­siał za­pła­cić Jen­nie Tate wię­cej, niż było to ko­nieczne. A może grasz na dwa fronty? Może stara, na­pa­lona Jenna wci­ska ci ła­pówy w te brudne łap­ska?

- Uuu... Nie wiem, czy je­stem bar­dziej ura­żony fak­tem, że umniej­szasz mo­jemu kom­pa­sowi mo­ral­nemu, czy tym, że są­dzisz, że mu­szę dać się prze­ku­pić, żeby za­li­czyć? Naj­wy­raź­niej nie do­ce­niasz mo­ich moż­li­wo­ści.

- Ruby - ode­zwał się Lio­nel, się­ga­jąc po jej dłoń, a ona spoj­rzała na ojca z unie­sioną brwią. - To ja po­pro­si­łem ich, żeby skła­mali. Nie chcia­łem na­ro­bić so­bie wstydu.

- Se­rio, tato? My­śla­łeś, że ku­pię tę idio­tyczną ba­jeczkę o two­ich kło­po­tach z pra­wem? Już kilka ty­go­dni temu zaj­rza­łam w akta, żeby spraw­dzić, ile jej za­pła­ci­łeś. Jedno z nas musi dbać o to, że­byś utrzy­mał się na po­wierzchni. - Wy­pu­ściła długi od­dech i za­ci­snęła po­wieki. - Wczo­raj w dro­dze do domu roz­ma­wia­łam w sa­mo­cho­dzie z dok­to­rem Pe­ter­sem. Wiem o le­kach. Nie spo­dzie­wa­łam się tego po to­bie. I po to­bie też, Do­reen.

- Prze­pra­szam. Był zde­spe­ro­wany. - Do­reen wzru­szyła ra­mio­nami, w jej oczach za­szkliły się łzy, a mnie zro­biło się jej na­wet tro­chę żal, kiedy za­częła krę­cić głową i ma­sko­wać emo­cje kasz­lem.

- Da­ruj so­bie. - Ruby gwał­tow­nie wy­cią­gnęła rękę i niech mnie szlag, je­śli Do­reen na­tych­miast nie prze­stała spa­zma­tycz­nie ła­pać po­wie­trza. Wi­docz­nie jej zdol­no­ści ak­tor­skie nie były tak świetne, jak twier­dziła, po­nie­waż Ruby zde­cy­do­wa­nie tego nie ku­po­wała. - Ro­zu­miem. Po­trafi być bar­dzo prze­ko­nu­jący, kiedy się go za­pę­dzi w kozi róg.

- Dzię­kuję - mruk­nęła Do­reen, po czym po­de­szła i wzięła ją w ob­ję­cia. - Tę­sk­ni­łam za tobą.

- Pew­nie - od­parła Ruby, wy­su­wa­jąc się z jej ra­mion kom­plet­nie nie­wzru­szona. - W każ­dym ra­zie ko­niec z kłam­stwami. Je­śli jesz­cze raz mnie okła­miesz, nie będę pro­wa­dziła za cie­bie Whi­skey Falls w cza­sie two­jej re­kon­wa­le­scen­cji. Sły­szysz mnie? - Wpa­try­wała się w ojca. - Za­wsze mie­li­śmy być ze sobą szcze­rzy.

- Sły­szę. I prze­pra­szam, że nie przy­je­cha­łem na roz­da­nie dy­plo­mów. - Sły­sza­łem roz­cza­ro­wa­nie w jego gło­sie. Ruby była naj­waż­niej­szą osobą w jego ży­ciu i wszy­scy w Ma­gno­lia Falls o tym wie­dzieli.

- Nie ma sprawy. Wiesz, że mi nie za­leży na ta­kich rze­czach. - Za­wi­bro­wał jej te­le­fon i gdy na niego zer­k­nęła, z jej ust wy­do­był się jęk. - Je­stem w domu od nie­ca­łej doby i kto by po­my­ślał... Mama wła­śnie po­kłó­ciła się z Jimbo. Szok. A Rico twier­dzi, że jego dziew­czyna jest w ciąży.

Jimbo Slau­gh­ter był mę­żem matki Ruby. Brała ślub już tyle razy, że trudno było za nią na­dą­żyć. Ale miała dwóch sy­nów, Zane'a i Rica, któ­rzy czę­sto prze­sia­dy­wali w ba­rze i wy­cie­rali so­bie gębę Ruby, żeby do­stać dar­mowe drinki od Lio­nela.

- Przy­kro mi, że mu­sisz się z tym mie­rzyć - wy­beł­ko­tał Lio­nel, a wzrok Ruby zła­god­niał po raz pierw­szy, od­kąd wpa­ro­wała do tej sali.

- Nie przej­muj się tym. Mam to pod kon­trolą. Te­raz ty je­steś moim prio­ry­te­tem. Roz­ma­wia­łam z dok­to­rem Pe­ter­sem i po­wie­dział, że wspo­mi­nał ci o pro­gra­mie re­ha­bi­li­ta­cyj­nym. Masz przed sobą długą drogę i nie wy­mi­gasz się od tego. Zajmę się ba­rem, a ty bę­dziesz pra­co­wał nad tym, żeby wró­cić do ży­wych. Zro­zu­miano?

Lio­nel się­gnął po jej dłoń i tym ra­zem po­zwo­liła mu ją ująć.

- Dzię­kuję. Ko­cham cię, Ru­bes.

Wes­tchnęła.

- Ja cie­bie też.

Tym ra­zem jej uśmiech był szczery.

Zła Kró­lowa miała swój słaby punkt, był nim jej oj­ciec.