### 1907
O mechaniku Feliksie Pfeiferze z Bogdanówki Hałyna dowiedziała się z wiekowej gazety, którą znalazła wśród starych rzeczy w babcinej skrzyni. Z tej gazety babcia zrobiła kiedyś wykrój, na wewnętrznej stronie którego Hałyna przeczytała ogłoszenie o tym, że od Feliksa Pfeifera 22 listopada odeszła żona, która tego dnia skończyła dwadzieścia dwa lata, a sam mechanik postanowił szukać jej poprzez gazetę, a także z pomocą policji. Bronisława, żona Feliksa, była średniego wzrostu. Szatynka. Z brodawką na twarzy. Ubrana była w sukienkę kremowego koloru - a na głowie miała biały kapelusik. Hałyna wyobraziła sobie wtedy i nawet narysowała na kartce rysy twarzy tego rozgniewanego, czy może przeciwnie, wątpiącego w siebie, całkiem jeszcze młodego junaka z wąsami i bokobrodami, z lekka kędzierzawymi i starannie upomadowanymi włosami, z wąskimi ustami, z brązowymi oczami i równym rzymskim nosem. Powinien być chuderlawy, ledwie zauważalnie zgarbiony, a wyróżniać się przede wszystkim spoconymi rękami, zbyt grubymi i masywnymi w stosunku do jego postury, z tłustymi serdelkowatymi palcami zwężającymi się ku dołowi. Po uściśnięciu jego dłoni miało się ochotę wytrzeć swoją własną.
I budzi się on rano 22 listopada, w dzień dwudziestych drugich urodzin swojej żony, wyciąga ze schowka zawczasu kupiony prezent i zauważa, że żona zniknęła. Nie żeby bez śladu: na stoliku z odłamaną nóżką, który stoi po jej stronie łóżka, został gorset i spódnica z wypaloną dziurą z przodu. Bronisława nie zdążyła na czas zdjąć żelazka ze spódnicy, bo on niepostrzeżenie zaszedł ją od tyłu, żeby ją pocałować. Jednak kiedy się zbliżył, zapachniało od niej tak apetycznie, że nie mógł się powstrzymać, wepchnął jej rękę pod spódnicę i przesunął palcami po łonie. Poczuwszy na palcach wilgoć, rozpiął spodnie i wszedł do środka, siłą przechyliwszy Bronisławę do przodu.
Poczuwszy w sobie suchą twardość, wypięła pupę, żeby mniej ją bolało i zrezygnowana patrzyła, jak pod żelazkiem rozrasta się czarna plama.
- Zdejmij żelazko - dysząc wyszeptał jej z tyłu mężczyzna. - Ja prawie już, jeszcze troszkę - znalazł pod bluzką jej piersi i mocno ścisnął je w dłoniach.
I wtedy Bronisława szarpnęła się do przodu, żelazko upadło na podłogę, członek się z niej wyśliznął, a Feliks zachwiał się, patrząc na żonę zdziwionym wzrokiem. Wtedy ona przewróciła go na ziemię i siadła na nim. Położyła ręce mężczyzny na własne piersi i zaczęła kołysać się w tym rytmie, jaki w sobie czuła, zamiast podporządkowywać się rytmowi mężczyzny. Po kilku chwilach ogarnęło ją słodkie drżenie, zajęczała i się podniosła. Feliks ze sterczącym członkiem został, leżąc na podłodze. Bronisława zajęła się żelazkiem. Po kilku chwilach znowu poczuła w sobie z tyłu mężczyznę, lecz tym razem poruszał się już ostrożniej, głaszcząc jej brzuch. Skończyli razem - pierwszy raz po kilku latach wspólnego życia.
Feliks lubił kochać się z żoną w najbardziej nieodpowiednich chwilach. Najpierw ona jeszcze próbowała się opierać, bo jej samej nie podobały się takie nagłe, szybkie, a czasami i bolesne pieszczoty. Nie zdążyła jeszcze niczego poczuć, a mąż już kończył swoją sprawę, cmokał ją w szyję i wychodził, pogwizdując z zadowoleniem. W niej w środku kipiała złość i robiło się ohydnie od tego, że po jej udach ścieka jego nasienie. Czuła w tym jakąś niestosowność i od czasu do czasu próbowała robić wszystko inaczej. Kiedy kładli się spać, Bronisława obnażała piersi i przyciskała się brzuchem do męża, jednak on, zmęczony po pracy, tylko burczał niezadowolony i przewracał się na drugi bok. A potem rano, kiedy ona jeszcze spała, wdzierał się w nią niespodziewanie i po kilku krótkich ruchach było już po wszystkim. Feliks dumny był z tego, że tak często kocha się z żoną i nie mógł się doczekać, kiedy ona wreszcie zajdzie w ciążę, żeby dziecko potwierdziło jego męskość. A Bronisławie wcale się nie chciało zachodzić w ciążę, przynajmniej póki ona sama nie odczuje po tej miłości czegoś innego oprócz rozczarowania i wstrętu. I jeszcze chciała pojechać gdzieś w podróż, zobaczyć Wenecję, Paryż, Wiedeń, Egipt, Indie, Persję. Czasem z Feliksem rozmawiali o podróżach, ale rozumieli pod tym całkiem różne rzeczy. On cieszył się ze swojego prawa do ulgowego przejazdu koleją i planował podróż z żoną w niedzielę do Brzuchowic, żeby pospacerować po lesie, a ona chciała gdzieś do egzotycznych nieznanych krajów - na długo, być może nawet na zawsze.
Rano 22 listopada mechanik Feliks Pfeifer nagle wyraźnie sobie uświadomił, że żona go zostawiła, chociaż żadnych poważnych dowodów na to na razie nie miał. Całkiem możliwe, że po prostu zatrzymała się w piekarni czy nawet zaczaiła w kuchni, przygotowując mu śniadanie. Jednak mimo braku dowodów Feliks był przekonany o prawdziwości swojego przypuszczenia.
Najpierw w ogóle nie może dojść do siebie, a potem usiłuje odtworzyć normalny poranny rytuał: umyć się, ubrać, zjeść śniadanie, zanim wyjdzie z domu. Jednak pozbierać się nie jest łatwo. Maszynista snuje się po domu w poszukiwaniu zwyczajnych rzeczy: świeżej koszuli, kawy, dzbanka do niej, masła, cukru, zapałek. Zdążył się już przyzwyczaić, że to wszystko szykuje dla niego Bronisława, która budzi się wcześniej, nakrywa stół do śniadania i koło miednicy z ciepłą wodą kładzie jak należy wszystko, czego potrzeba do porannej toalety. I oto okazuje się, że chleb sczerstwiał, masło pokryło się pleśnią, ser się skończył, kawa zwietrzała, a wszystkie ubrania są beznadziejnie brudne. Feliks bierze do rąk dzbanek do kawy, zagląda do środka i widzi skamieniałe wczorajsze fusy. Złości go, że Bronisława nie umyła dzbanka wczoraj. Stawia go na stole, a ze stołu na podłogę sypią się okruchy. Feliks podchodzi do okna, przez kilka sekund obserwuje mężczyznę, który pospiesznie przebiega przez ulicę, przytrzymując kapelusz na głowie i oglądając się, czy z tyłu nie jedzie bryczka. Mężczyzna znika za rogiem. Feliks odwraca się do zastawionego brudnymi naczyniami stołu i zdecydowanym ruchem zmiata z niego wszystko, przestępuje przez pobite talerze, obciąga na sobie niewyczyszczone z brudu wczorajsze ubranie i wybiega na ulicę. Najpierw nogi niosą go zwykłą trasą, na dworzec, gdzie pracuje. Jednak nie doszedłszy do budynku stacji, nagle zawraca i biegnie w przeciwnym kierunku.
- Moje uszanowanie, panie Feliksie, dobrego dnia - woła za nim dozorca, który już drugi raz tego ranka zamiata przydworcowy plac, jednak Feliks się nie ogląda i nie zatrzymuje, żeby zapalić z nim papierosa, jak miał to w zwyczaju.
Tak samo jak mężczyzna, którego niedawno obserwował z okna, Feliks przytrzymuje kapelusz na głowie i szybkimi zdecydowanymi krokami przechodzi przez ulicę. Nie rozgląda się na boki, sunie na wprost, nie wymija przechodniów, poruszając się z zastygłym skupionym wyrazem twarzy. Przestraszone dziewczęta ustępują mu z drogi, starsze panie z przyganą zerkają, kiedy potrąca je łokciami, jednak Feliks niczego nie zauważa. Zeskakuje ze stopnia tramwaju konnego jeszcze w ruchu, przebiega przez ulicę, nie zważając na nic i o mało co nie trafia pod kopyta tramwajowych szkap, które przestraszone przyspieszają i szarpią w bok. Woźnica, a wraz z nim także konduktor jednocześnie gwiżdżą. Z okna wagonu wychyla się starsza pasażerka, coś krzyczy za Feliksem. Feliks słyszy tylko fragmenty zdania "a niechby go" i "całkiem pogłupieli", a sam biegnie dalej, skręca i już niebawem widzi przed sobą gmach Poczty Głównej.
Rozgląda się po przestronnym westybulu, pośrodku którego zastygł we wspaniałej pozie poważny strażnik w wysokiej czapce austriackiego woźnego z żółto-czarnym bączkiem z wyszytymi na nim inicjałami panującego i z odznaką - krzyżem za wieloletnią służbę w cesarsko-królewskim wojsku na długim mundurowym surducie z dwoma rzędami wyczyszczonych na glanc guzików i wąsami na sztorc. Strażnik ogląda Feliksa od stóp do głów i przestępuje z nogi na nogę, jakby się dziwił, gdzie tak się spieszy ten rozczochrany mężczyzna. Feliks na chwilę się zatrzymuje, łapie oddech i wtedy wchodzi przez solidne drewniane drzwi po prawej i ustawia się w kolejce. Przed nim rozgląda się na wszystkie strony gimnazjalista w nowiutkim mundurze ze sklepu Zajdlecka, który mieści się w pobliżu bramy przejściowej na placu Świętego Ducha, gdzie jako sprzedawczyni pracuje maleńka apetyczna brunetka z dołkiem w podbródku, do której swego czasu Feliks wzdychał bez wzajemności. Gimnazjalista chciałby, żeby wszyscy zobaczyli jego wysoką czapkę z otokiem z falistej mory i wyszytym na nim złotymi nićmi emblematem gimnazjum "G IV", żeby zauważyli jego rękawiczki glacé, które jeszcze pachną, jak wszystkie nowe rzeczy; więc rozgląda się na wszystkie strony, poprawia czapkę, w której wyraźnie jest mu za gorąco, a potem wyciąga z torby gazetę i głośno szeleści jej stronicami. Feliks zagląda mu przez ramię do gazety i machinalnie przebiega wzrokiem po stronicy ogłoszeń. "Przystojny kawaler na stanowisku pragnie za pomocą korespondencji poznać moralną, młodą, zgrabną i z ładną buzią pannę. Nie chodzi o posag. Wymiana zdjęć konieczna. Oferty na redakcję "Niedzieli" pod "Samotny"". A pod nim jeszcze jeden anons: "Poślubię ładną, młodą i gospodarną pannę. Posag niekonieczny. List i zdjęcie proszę słać do redakcji".
Uwagę Feliksa przyciąga najdłuższe ogłoszenie. Zamieściła je kobieta, która zgubiła warkocz "wartości 12 koron", kiedy przechodziła ulicami Akademicką, Halicką, Kilińskiego, a potem Króla Ludwika. Feliks pierwszy raz tego ranka mimowolnie się uśmiecha i wyobraża sobie nieurodziwą i roztrzepaną Salcię G., mandantkę, która wykosztowała się na warkocz, ale i tak nie zdołała się nim pochwalić przed kawalerami. A potem w rozpaczy wydała jeszcze niemałą sumę, żeby zamieścić ogłoszenie w porannej gazecie. Feliks przypomina sobie gęste włosy swojej żony - włosy barwy kawowej pianki, tylko odrobinkę jaśniejsze od koloru samej kawy, kiedy pianka opadnie. Kilka pasemek zawsze wystawało spod białego kapelusika. Myśli o kremowego koloru sukience Bronisławy, usiłuje przypomnieć sobie, ile haftek przychodziło mu rozpinać w tej sukience, zanim zdjął ją wieczorem i jak z każdą haftką wzrastało pragnienie, by wreszcie dotknąć ciepłego i pachnącego ciała żony. Na jakąś chwilę Feliks zapomina się, pogrąża w marzeniach, a potem przypomina sobie, po co tu przyszedł i znowu posępnieje. Kiedy przychodzi jego kolej, uważnie ślini ołówek, kreśląc litery ogłoszenia i starannie obmyśla każde słowo, bo zapłacić za nie trzeba będzie co najmniej dziesięć krajcarów. Przez chwilę się zastanawia, jak opisać kolor jej włosów, bo "pianka z kawy" to aż trzy słowa, poza tym nie wiadomo, czy zrozumieją takie porównanie - więc pisze po prostu "szatynka". O warkoczu żony postanawia nie wspominać.
### 1969-2008
Hałyna urodziła się godzinę przed północą 18 sierpnia 1969 roku. Tego samego dnia, a dokładnie to tej samej nocy, tylko dwadzieścia jeden lat wcześniej, w kijowskim więziennym szpitalu sporządzono akt zgonu jej dziadka, ukraińskiego pułkownika, dowódcy pułku Strzelców Siczowych, skazanego na pięć lat więzienia w Paryżu, pozbawionego austriackiego obywatelstwa w Wiedniu, łasego na młodych marynarzy i urodziwe kobiety klienta paryskich burdeli, szpiega angielskiego i francuskiego wywiadu, sympatyka OUN, arcyksięcia Wilhelma von Habsburga.
Dla Hałyny był dziadkiem Wilhelmem, rzadziej - Wilusiem. Właściwie Wilusiem nazywano go w dzieciństwie, a później - już w głębokiej starości. Wilhelm, najmłodszy syn Karola Stefana von Habsburga, urodził się 10 lutego 1895 roku, pół roku przed tym, jak Sigmundowi Freudowi przyśnił się słynny sen o zastrzyku Irmy. Za sprawą tego snu Freud doszedł do wniosku, że każde marzenie senne jest realizacją jakiegoś pragnienia. Najpierw wywołał tym skandal i niedowierzanie w środowisku naukowym, i dopiero później, właśnie dzięki temu odkryciu, stał się uczonym światowej sławy.
"Pierwsze wrażenie, jakie sobie przypominam z dziecięcych lat - to morze. Dużo wody" - napisał dziadzio Wilhelm w autobiografii, której język Hałyna rozumiała tylko częściowo, tak wiele było w niej zniekształconych polskich i niemieckich słów. Na przykład nie od razu pojęła, że "marynarką" dziadzio nazywał nie część ubrania, a morską flotę, że "reparacja" oznaczała operację, a "belfer" nauczyciela, zegarek zaś u dziadziusia nazywał się "kurant". Kurant dziadziusia zawsze pokazywał o godzinę wcześniej niż zegarek Hałyny. Wilhelm i babcia Sofia nigdy nie przeszli na wprowadzony przez władzę radziecką czas. I kiedy umawiali się z kimś na jakąś godzinę, to zawsze się upewniali, czy chodzi właśnie o czas "moskiewski".
Napisać wspomnienia dziadzio postanowił tak samo nagle i niespodziewanie, jak postanawiał niemal wszystko w swoim życiu. Kiedyś w zimie Hałyna zachorowała na wietrzną ospę i przez kilka tygodni nie chodziła do szkoły. Wilhelm siedział przy jej łóżku, starannie smarował czerwone pryszcze zieloną maścią i opowiadał historie z przeszłości, żeby odciągnąć jej myśli od tego, jak swędzi ją skóra.
- Dziadziu, oszukujesz mnie, to wszystko nie może być prawdą - wyśmiewała go Hałyna. - Przeczytałeś jakąś przygodową książkę i teraz mi ją opowiadasz.
Właśnie wtedy Wilhelm uznał, że jego biografia to przygodowa książka, którą on sam napisze.
Uroczyste przygotowania do pracy nad memuarami trwały w przybliżeniu miesiąc. Wilhelm długo urządzał gabinet. To był dawny gabinet ojca babci Sofii, w którym ten odpoczywał po pracy. Stał tu nakryty zielonym suknem stół, liczne szuflady były zamykane na klucz, i prawie wszystkie klucze jeszcze były na swoim miejscu.
Zanim zacznie pracę nad wspomnieniami, Wilhelm chciał znaleźć najwygodniejszą poduszkę na krzesło, ale żadna mu nie pasowała, więc nadaremnie sprawdziwszy wiele wariantów, oddał krzesło do naprawy, żeby całkowicie zmienić jego obicie. Jednak dalej nie był zadowolony i spróbował usadowić się w jednym z głębokich skórzanych foteli, które miały dość szerokie szczeliny między bokami a siedzeniem i stamtąd Sofia jako dziecko wyciągała różne drobne przedmioty: monety, pilniki, łyżeczki, grzebienie.
Wilhelm wymienił w gabinecie zasłony, żeby stworzyć jak najbardziej zaciszny nastrój, długo wybierał papier, pióra, ołówki. Wszystko to pokazywał Hałynie, radził się jej. Dała mu na notatki kilka swoich grubych zeszytów w kratkę. Wilhelm oznajmił, że w zeszytach w okładkach ze sztucznej skóry w depresyjnym kolorze on z pewnością niczego ważnego nie napisze. Hałyna zaproponowała, żeby okleić zeszyty papierem i pomalować. Tak też zrobili. Wreszcie Wilhelm ogłosił, że następnego dnia zaczyna pracę nad memuarami.
Następnego dnia, tuż po śniadaniu, powiedział:
- Teraz proszę mi nie przeszkadzać. Będę pisał. - Dumnie poprawił szlafrok i zniknął w gabinecie.
Przyciągnął tam starą babciną maszynę do pisania i starał się teraz szybko nauczyć na niej pisać. Z gabinetu przez pierwszych kilka minut dobiegał stukot klawiszy, a potem dziadziuś czymś mocno walnął - być może krzesłem - i krzyknął:
- Verdammt noch mal!
Być może to oznaczało, że zaklinowała się jakaś litera albo że zrobił literówkę. Mniej więcej po godzinie wyszedł z gabinetu trochę zdenerwowany i zapytał babcię, czy nie ma czegoś smacznego, bo pisanie mu nie idzie. Babcia przygotowała mu herbatę, kanapkę z konfiturą i ser ze śmietaną - jego ulubiony deser. Wilhelm znikł za drzwiami. Minęła jeszcze godzina i wyszedł znowu. Tym razem nastawiony bardziej zdecydowanie:
- Co można napisać w szlafroku? - rzucił już na progu i zdecydowanie otworzył drzwi szafy z ubraniami. - Jakie ubranie, takie pisanie. Muszę doprowadzić się do porządku.
Potem zaczęło się długie przebieranie, mycie, golenie, czesanie, manikiur - dziadzio zawsze bardzo starannie robił sobie manikiur, strasznie go denerwowały połamane, poobgryzane, brudne paznokcie czy zrogowaciała skórka przy nich. Manikiur zajmował dość dużo czasu i tym razem przeciągnął się do obiadu. Za to obiad odbył się w uroczystym paradnym ubraniu, dziadzio nawet znalazł w szufladzie, oczyścił z kurzu i założył na rękę swój szwajcarski kurant, którego nie nosił już od wielu lat i który cudem ocalał podczas pobytu w więzieniu. Po obiedzie dziadzio westchnął zadowolony i powiedział:
- No to teraz można troszkę odpocząć!
I poszedł do gabinetu na poobiednią drzemkę. Po niej pił kawę, grał z Hałyną w szachy, czytał i tego dnia nie wspominał już o pisaniu. Następnego ranka wszystko się powtórzyło. W czasie choroby Hałyny udało mu się jednak napisać parę stroniczek. Z każdą z nich wybiegał z gabinetu, radosny jak dziecko i podniecony, zaciągał pasek szlafroka i od razu czytał Hałynie to, co właśnie stworzył. Co prawda do każdego przeczytanego zdania dołączał jeszcze własną długą opowieść, bez której z trudem można by było zrozumieć to, co napisał. Opowiadał Wilhelm znacznie ciekawiej, niż opisywał. Napisanie jakiegokolwiek zdania przychodziło mu z wielkim trudem, długo się męczył, by sformułować najprostszą myśl, dobierał słowa, dużo poprawiał i skreślał, a mimo to tekst wychodził poplątany i nie zawsze było jasne, co właściwie Wilhelm chce powiedzieć. Tłumaczył to brakiem wykształcenia gimnazjalnego, bo uczył się wedle programu szkoły realnej, a nie gimnazjum. Domowi nauczyciele w jego dzieciństwie chcieli przede wszystkim zrobić dobre wrażenie i na rodzicach dzieci, i na samych dzieciach, a pilnowanie, jak uczniowie opanowali materiał, to już była sprawa drugorzędna. Więc dzieci opanowywały to, co przychodziło im najłatwiej. A Willemu łatwiej przychodziło mówienie niż pisanie. Na przykład pisanie wypracowania i jego przedstawienie wyglądało tak. Przez całą lekcję opowiadał nauczycielce o swoich letnich wakacjach, przedstawiając najdrobniejsze szczegóły swojej podróży z rodzicami do Paryża, opisując maślany smak świeżych croissantów, śpiewną intonację paryskich kelnerek i pokojówek w hotelach, kurz na ulicach, damskie suknie w teatrze, przygody w drodze tam i z powrotem. Nauczycielka słuchała go, wstrzymując oddech. Potem mówiła:
- Wspaniale, Willi! A teraz zapisz to wszystko.
Po kilku chwilach, uśmiechając się z zadowoleniem, podawał jej kartkę i mówił:
- Gotowe!
- Jak to? Już? Tak szybko? - dziwiła się nauczycielka, rozkładała kartkę i czytała: "Spędziłem wakacje w Paryżu. Tam było dobrze".
- I to wszystko? - znów się dziwiła.
- Tak, resztę pani opowiedziałem. - Szeroko uśmiechał się zadowolony z siebie Willi.
Pisanie nigdy nie przychodziło Wilhelmowi łatwo. Zaczęło się od lekcji kaligrafii w dzieciństwie, których szczerze nienawidził i unikał na wszystkie możliwe sposoby, a potem tak samo nie chciał pisać wypracowań - nudziło go tracenie czasu na coś, co i tak potrafił sobie wyobrazić. Ta niemożność skupienia się na dłużej rodziła też chaotyczność i fragmentaryczność jego ustnych opowieści. Pewne epizody wspominał często i szczegółowo, innych w ogóle unikał. Dlatego Hałynie pozostały dość fragmentaryczne wyobrażenia o życiowych przygodach dziadka - tak bywa po obejrzeniu starych nieopisanych dokumentalnych filmów, kiedy taśma stale się zrywa, a wraz z nią kawałkują się też wrażenia, łącząc się ze sobą w najbardziej niespodziewanych miejscach. Słuchając tych opowieści, zaczęła rysować. Najpierw po prostu twarze, starając się sobie wyobrazić, jak wyglądali wszyscy ci ludzie z dziadziusiowych opowiadań, a potem poszczególne scenki: jak to dziadek, jeszcze jako mały chłopiec, nudzi się na dworskiej ceremonii w Wiedniu, jak ucieka z rodzinnego zamku w polskim mieście Żywiec w góry do Hucułów, jak oddaje honory swoim żołnierzom z ukraińskiego batalionu Strzelców Siczowych, jak spotyka się z metropolitą Szeptyckim we Lwowie, jak przymierza nowe ubrania w Paryżu. Scenki w jej zeszytach przypominały komiks, z tą tylko różnicą, że historia, jaką one opowiadały, nie miała chronologicznego następstwa zdarzeń. Po wydarzeniach drugiej wojny światowej mogły tam być przedstawione sceny z pierwszej lub z międzywojnia, dalej pojawiały się epizody radzieckiego Lwowa, a potem - z lat trzydziestych, kiedy Wilhelm mieszkał w Paryżu. Ten komiks przypominał opowieści dziadka i jego samego - wcielenie chaosu, nieprzewidywalności, burzliwości i niepowstrzymanego temperamentu. W dodatku w jego życiu wydarzenia następowały z bardzo nierównomierną intensywnością: w okresie między 1914 a 1921 rokiem kilkudziesięciokrotnie więcej i o wiele ważniejszych rzeczy niż przez następnych dwadzieścia lat, potem znowu był krótki rozbłysk intensywnego życia, a następnie - letarg czasu radzieckiego.
Dziadkowi bardzo się podobało, jak Hałyna rysowała. Patrząc na rysunki, przypominał sobie nowe szczegóły, a ona od razu je utrwalała, czasem tylko intuicyjnie się domyślając, jak mogło wyglądać to czy tamto. Już w dzieciństwie Hałyna zapełniła swoim komiksem kilka grubych zeszytów, które bardzo ceniła i od czasu do czasu dorysowywała w nich różne epizody, które wyłaniały się w jej pamięci z dziadkowych opowiadań. Właśnie te komiksy po wielu latach zabierze ze sobą do Wiednia, żeby pokazać klientowi jako pomysł przyszłego zaaranżowania wnętrza jego knajpy. Ten od razu się zachwyci i już po godzinie od spotkania przyśle Hałynie pocztą elektroniczną umowę z taką kwotą honorarium, z której trudno było zrezygnować. I nie zrezygnowała.
Na pierwszej stronie komiksów Hałyny był narysowany zegarek produkcji firmy Omega model Seamasters - taki sam Hałyna potem widziała w kinie na ręce Jamesa Bonda. W filmie o Bondzie pierwszy raz usłyszała hasło "Świat to za mało", którego dziadek użył jako motta na pierwszej stronie swoich wspomnień, ale nie dlatego, że lubił filmy o Jamesie Bondzie, a dlatego, że to było jedno z rodzinnych zawołań Habsburgów.
### 1895-1912
Zamek
Swój polski projekt Karol Stefan realizował kompleksowo. Zaczął od stworzenia domu dla swego marzenia. Przejęty w spadku po dziadku majątek w Żywcu miał czterdzieści tysięcy hektarów lasu i dwa zamki. Stary zamek zbudował jeden z wcześniejszych polskich właścicieli i ta budowla wydawała się zbyt nieporęczna i staromodna nawet dziadkowi Stefana, więc wzniósł on nowy pałac. Karol Stefan von Habsburg będzie go udoskonalał przez ponad piętnaście lat. W tym czasie zbuduje nowe skrzydło pod nowoczesnym szklanym dachem, gdzie znajdą się sypialnie oraz pokoje dla gości, a w pobliżu umieści pawilon z ogromną salą balową, wyłożoną taflami luster. Kolekcja srebra, którą zgromadził w swym zamku Karol Stefan, ważyła ponad pięćset kilogramów.
W pobliżu pałacu wzniesiona zostanie kaplica, w której na mocy specjalnego listu papieskiego trzy razy dziennie wolno będzie odprawiać nabożeństwa dla rodziny arcyksięcia. Kaplicę Maria Teresa zamówiła najpierw w stylu gotyckim, lecz potem wydała się jej zbyt posępna i kazała zmienić styl na renesansowy.
Urządzenie wnętrz pałacu i reszty pomieszczeń majątku było dla Stefana zasadniczą sprawą. Wynajął w tym celu najbardziej znanych ówczesnych artystów Galicji, z których pracy nie zawsze był zadowolony. Na przykład pierwszą wersję mebli do pokoju córki Eleonory nazwał konstrukcją z kości histerycznych trupów. I chociaż samej Eleonorze meble bardzo się podobały, Stefan wymógł, żeby wszystko przerobiono. Rozgniewana Eleonora zamalowała tapety w kilku pokojach na czarno. Tapety też wymieniono.
Ogrodnikami w Żywcu zawsze byli Włosi. Bo i Karol Stefan, i Maria Teresa byli przekonani, że poza Włochami nikt nie potrafi dobrze opiekować się ogrodem.
Każde dziecko Stefana miało w zamku własne apartamenty, które składały się z trzech pokoi: sypialni, pokoju do nauki i pokoju dziennego. Dodatkowo urządzono jeszcze specjalne pokoje do zabawy. W pokoju malarskim pozwalano malować umoczonymi w farbie palcami wprost na ścianach. Co jakiś czas wymieniano tam tapety na białe, pocieniowane tylko ledwie widocznymi szarymi smużkami. W pałacu był jeszcze dom dla lalek wielkości człowieka, z lalkami wielkości siedmioletnich dzieci. W ulubionym pokoju Wilhelma można było bawić się miniaturową koleją. Podczas każdej podróży tą kolejką musiał koniecznie zdarzyć się wypadek, dwa pociągi zderzały się i wypadały z torów. Być może właśnie ten pokój przekonał Wilhelma, że rozbijanie zabawek jest ciekawsze niż zwykła zabawa nimi. Nie karano go za zniszczone zabawki, ojciec widział w tym pociąg do poznawania, więc tylko się śmiał, kiedy w nocy Willi obsikał maleńką mechaniczną zabawkę - metalową pozytywkę, która potrafiła grać kilka melodii. Podarował mu ją ktoś z krewnych, zapakowując mały prezent w wielkie pudło. Willi strasznie się ucieszył, otrzymawszy taki gigantyczny prezent. Rzucił się zawzięcie do rozpakowywania. Zrywał jedną warstwę papieru po drugiej, rozwiązywał i przecinał liczne sznurki, szarpał się z tym co najmniej pół godziny, zanim wyciągnął maleńką mechaniczną zabawkę. Wyraz rozczarowania na jego twarzy zmusił wszystkich obecnych do śmiechu. Ale samemu Williemu do śmiechu nie było. Wybiegł z pokoju ze łzami w oczach. Gdyby skrzynkę dali mu w zwyczajnym pudełku, najprawdopodobniej by się ucieszył, bo lubił takie zabawki - lecz śmiech, jaki rozległ się po tym, jak rozpakował zabawkę, brzmiał w jego uszach za każdym razem, kiedy tylko dotykał pozytywki. Nie zostawało więc nic innego, jak po prostu ją popsuć. Kiedy pod strumieniem moczu żałośnie pisnęła, a potem zardzewiała i ucichła na wieki, Willi poczuł ulgę.
Uściślenia do uściśleń
Jednak niszczył nie tylko te zabawki, które budziły w nim nieprzyjemne wspomnienia. Czasami rozbierał na najdrobniejsze części nawet swoje ulubione, przekonany, że tak samo łatwo złoży je znowu. I chociaż nigdy mu się to nie udało, szybko zapominał o swoich łzach wylanych nad pozostałymi częściami i wkrótce z nowym zapałem zabierał się do rozbierania na części czegoś nowego. Służba często rozdawała we wsi zabawki, zniszczone do imentu lub tylko w połowie.
Pewnego razu Willi dobrał się nawet do ojcowskiej kolekcji złotych mechanicznych zabawek i popsuł mechanizm wielkiego zegara skonstruowanego jeszcze w XVII stuleciu. Wtedy już dobrze oberwał, co na jakiś czas go powstrzymało, ale nie na długo. Już po miesiącu Willi postanowił sprawdzić, jak mocne są kapelusze gości, którzy przyjechali na bal. Do jednych nalewał wody i czekał, aż zacznie przeciekać przez denko, w innych usiłował zniszczyć denko pięścią czy oderwać rondo; cylindry kładł pod prasę i patrzył, czy zrobią się faliste. Przy tym odkrył, że denka w naprawdę dobrej jakości kapeluszach były zrobione z jakiegoś bardzo mocnego i giętkiego materiału - być może nawet z blachy - ale takie były zdecydowanie nie we wszystkich. Więc po przeprowadzeniu eksperymentu pewne nakrycia głowy nie nadawały się już do noszenia. Kiedy goście to odkryli, Willi znowu oberwał od ojca.
Bracia i siostry Williego często nie chcieli się z nim bawić ze względu na dokuczliwe rytuały, którymi opatrywał każdy swój krok. Nikt nie był zainteresowany liczeniem, ile okien mijasz w ciągu dnia czy zapamiętywaniem, ile razy w ciągu dnia przechodzisz koło tego czy tamtego okna, drzwi, szafy, obrazu czy fortepianu. Mały Willi przesuwał się przez pokoje w osobliwy sposób: jeśli podłoga była wyłożona ceramicznymi płytkami, uważał, żeby jego noga zawsze zatrzymywała się pośrodku kwadratu, jeśli była drewniana - to za każdym razem przestępował poprzez jednakową liczbę desek. Zabraniał sobie przechodzić przez próg prawą nogą, lecz jeśli ta zasada kolidowała z innymi zakazami, to na długo zastygał przed wejściem do kolejnego pokoju, usiłując zdecydować, co teraz zrobić i która reguła jest ważniejsza. Tym mógł doprowadzić do szału każdego. Oddychał też wedle szczególnego systemu: rano i przed południem jeden długi dech rozbijał na trzy krótkie, z przerwami, wydechy, na które powietrza miało wystarczyć z długiego wdechu, a wieczorem - odwrotnie. Kiedy o coś go pytano, to najpierw bardzo powoli musiał wypuścić powietrze i tak samo powoli go nabrać i dopiero wtedy odpowiadał. Takie ćwiczenia pomogły mu dość szybko nauczyć się pływać i nurkować.
Jedynym z wszystkich dzieci, które lubiło się bawić się z Willim, była jego siostra Eleonora. Właśnie nauczywszy się pisać, Willi i Eleonora wymyślili zabawę. W niej wymyślali jedno dla drugiego zasady, ograniczenia, przywileje i prawa, które należało respektować albo kasować je następnymi "dekretami". Ponieważ pisać jeszcze było mu trudno, Willi uzurpował sobie ustną władzę, a Eleonorze przekazywał pisemną. W rzeczywistości Eleonora raczej zapisywała to, co jej podyktowano, co przychodziło do głowy Willemu, który miał bogatszą wyobraźnię, szybciej i sprawniej stwarzał nowe prawa i reguły, wedle których żyła i funkcjonowała ich mini wspólnota.
Eleonora była zmuszona pisać "akty ustawodawcze", które określały reguły, przywileje i prawa. Dokumenty sporządzali na specjalnym grubym papierze i na każdym akcie stawiali ukradzioną ojcu pieczątkę.
Akty ustawodawcze dawały prawo "jeść do woli piankę z konfitur pomiędzy godziną 15.00 i 16.00 potajemnie w kuchni", "nie słuchać się guwernantek przed snem", "nosić letnie skarpetki różnego koloru", "nakładać zaklęcie dwudniowego milczenia na brata czy na siostrę, którzy naruszyli jeden z ustawodawczych aktów", "śledzić w parku kogo się ma ochotę", "dłubać w nosie podczas oficjalnych przyjęć, stojąc za plecami rodziców" czy nawet "pluć do kawy gościom potajemnie w kuchni" i tak dalej. Willi i Eleonora długo spierali się o każdą z reguł, wychwytywali sprzeczności i wnosili nowe poprawki, poprawki do poprawek, dodawali wyjątki. Jednym słowem, prowadzili rutynową działalność prawodawczą, jak większość ich starszych krewnych, którzy już mieli w rękach rzeczywistą dorosłą, a nie wyobrażoną dziecięcą władzę.
Sekretne życie pałacu
Willi lubił obserwować sekretne życie pałacu, które nie toczyło się w wyczyszczonych na błysk i dość nudnych pokojach paradnych i nawet nie w pomieszczeniach mieszkalnych rodziny, lecz tam, gdzie pracowała służba. Praczki wydawały mu się potężnymi olbrzymkami: z łatwością przechylały gigantyczne balie, z których wypływała para, napełniając pomieszczenie tajemniczą mgłą i wilgocią, żwawo tarły bieliznę o ciężkie tary i przy tym wesoło rechotały i bezustannie gadały - wystarczało im sił i na to, i na to. Przez dłuższy czas Willi był przekonany, że właśnie takie praczki uwieczniono w marmurze, żeby podtrzymywały balkony. Tak samo wszechmocne i potężne wydawały mu się prasowaczki, które wybiegały na dwór z żeliwnymi żelazkami i machały nimi, żeby rozdmuchać węgle w środku, a z okrągłych otworów żelazek na wszystkie strony sypały się iskry, jak ze świeczek na bożonarodzeniowej choince.
Kucharki i ich pomocnice były prawdziwymi czarownicami, które pracowały w kuchni jak harmonijny mechanizm. A nieprawdopodobną liczbę zadań, które wykonywały każdego dnia, można było ocenić tylko od wewnątrz, patrząc, jak wszystkie się poruszają, maksymalnie skupione na pracy, gdzie jakikolwiek niewłaściwy ruch mógł zepsuć całą potrawę, jakikolwiek niewłaściwy gest - wytrącić z rąk talerz, a jakiekolwiek zdjęcie z ognia nie w porę groziło katastrofą niedogotowania bądź przypalenia. Zakradłszy się potajemnie do kuchni, Willi chował się w najdalszym kącie nie tylko dlatego, że gdyby odkryto jego obecność, niechybnie odprowadzono by go do dziecięcego pokoju, ale także ze strachu, by komuś nie przeszkodzić, nie znaleźć się na jego drodze, nie zburzyć tej harmonii, która wydawała mu się bardziej doskonała niż mechaniczna harmonia części, które wyrywał z zabawek. Przezwyciężał samego siebie i hamował jęk wstrętu, kiedy na odległość wyciągniętej ręki widział przed sobą talerz z wyszczerzonym świńskim łbem czy z nieapetycznymi szarymi wnętrznościami. Tak samo powstrzymywał się przed pokusą włożenia palca w piankę konfitury, do której łatwo mógłby dosięgnąć, a to, jak wiadomo, najsmaczniejsza ze słodyczy na świecie, bo jej życie jest krótkie, wysycha i zmienia się w kawałki cukru, wtedy jest jak konfitura, z której ją zdejmują i która nie przypomina jej puszystego smaku.
W pałacu była polska niania, która odnosiła się do wszystkich dzieci Stefana jak do swoich własnych. A dokładniej, jak mogłaby odnosić się do swoich własnych, gdyby je miała. Nadzwyczaj malutka, z drobnymi rysami okrągłej twarzy i dość dużym garbem, z zadartym nosem i czerwonymi policzkami, z gładziutko zaczesanymi do tyłu włosami, niania cierpiała na jakąś rzadką chorobę stawów i od czasu do czasu zaczynały ją nie do wytrzymania boleć plecy i nogi, tak że nie pomagały żadne leki. Napady bólu były tak silne, że niania traciła przytomność i się przewracała. Właśnie po jednym takim upadku mocno potłukła sobie plecy, a potem pojawił się garb.
Karol Stefan zamówił dla niani u jakiegoś wiedeńskiego ortopedy żelazny gorset, który poprawiał jej chodzenie. Willi czasem pomagał niani zejść po schodach, kiedy atak bólu dopadał ją niespodziewanie. Ona jednak uparcie odrzucała propozycję Karola Stefana, by przejść do jakiejś lżejszej pracy czy po prostu zamieszkać na wsi z niewielką emeryturą, którą Habsburgowie gotowi byli jej płacić do końca życia.
Niania bardzo kochała swoich wychowanków. Przy czym lubiła wszystkich jednakowo - w odróżnieniu od matki, która wyróżniała najmłodszego syna i niekiedy było to tak widoczne, że inne dzieci robiły Wilhelmowi drobne przykrości. Mały Albrecht w dzieciństwie włożył kiedyś Wilhelmowi brudną żabę pod poduszkę, a innym razem - węża, który potem okazał się żmiją z zaschniętą białą plamą na łbie, przez którą Albrecht sądził, że podrzuca węża. Na szczęście nic się nie stało, lecz odtąd Albrecht zawsze czuł się wobec Wilhelma jakoś podświadomie winny. Możliwe, że przez to poczucie winy potem, wbrew woli ojca, całymi latami będzie wypłacał Wilhelmowi dywidendy z rodzinnego browaru. Niania uważała, że Maria Teresa w ogóle nie zna się na wychowaniu dzieci i zupełnie ignorowała wszystkie wydane przez nią zakazy jedzenia słodyczy, picia wody z rzeki, przyjaźnienia się z wiejskimi dziećmi, a szczególnie - polecenie nakładania dzieciom codziennie białych pończoch.
- Nakaz biegania po lesie w białych pończochach to znęcanie się - mruczała sobie pod nosem. - Nie tylko nad dziećmi, ale i nad praczkami - one to też ludzie. Niech dzieci biegają bose, jeszcze nachodzą się w bieli.
Za każdym razem, kiedy Maria Teresa widziała, jak sześcioro jej dzieci, po uszy umazanych błotem, bawi się w jakiejś kałuży razem z dziećmi ze wsi czy z dziećmi służby, robiło się jej niedobrze. Była przekonana, że dzieci należy trzymać w czystości i w estetycznie wyszukanych wnętrzach, żeby rozwijało się w nich poczucie piękna. Jednak Stefan miał na wychowanie dużo bardziej demokratyczne poglądy, a do tego bardzo cenił nianię za jej oddanie dzieciom i za to, że uczyły się od niej żywego języka polskiego, więc nawet słyszeć nie chciał o jakimkolwiek ograniczaniu jej pełnomocnictw.
Niania mieszkała w maleńkim pokoiku obok sypialni dzieci. Każdej nocy po kilka razy wstawała i nasłuchiwała pod drzwiami, czy wszystko jest w porządku. Kiedy dzieci były jeszcze małe, to zakradała się, żeby poprawić kołdrę czy wyłączyć nocną lampkę.
Czasami do niani przychodziły w gości jej wiejskie przyjaciółki. Było ich kilka. Zazwyczaj zbierały się w pokoiku niani, która kilka dni przed tym zaczynała przygotowywać różne potrawy, żeby ucieszyć chłopki rzadkimi w ich codziennym życiu smakołykami. Dowiedziawszy się, że do niani przyjdą przyjaciółki, Stefan zawsze posyłał im butelkę wina czy nalewki. Pewnego razu nawet sam zszedł do pokoiku niani, żeby przynieść butelkę. Wszedł do na wpół ciemnego pokoju, gdzie paliło się tylko kilka świeczek i zobaczył, jak cztery kobiety siedzą wokół zastawionego jedzeniem stołu i płaczą. Zdziwił się i ostrożnie zapytał, co się stało.
- Nic - odpowiedziała mu niania i westchnęła. - Po prostu zachciało się nam popłakać. Dawno nie płakałyśmy razem.
Chłopki zawsze znajdowały powód do płaczu, często któraś z nich przychodziła do niani opuchnięta, z sińcami na twarzy, kiedy pobił ją po pijanemu mąż, i nawet zostawała na noc, bojąc się, że pobije ją na śmierć. Prawie każdej zimy u którejś przeziębiało się i umierało dziecko. Zdarzały się im poronienia, zapalenia, choroby, ciężko pracowały w polu i w domu, żyły w ciągłym strachu przed niepogodą, nieurodzajem, karą Bożą, mężem. Przyczyn do płaczu było tak wiele, że brakowało czasu, żeby wykorzystać każdą z nich osobno. Więc czasami zbierały się na wolnym od strachu terytorium w pokoju niani i płakały od razu z powodu wszystkiego i na zapas. Wtedy było im trochę lżej.
Pociągiem do Wieliczki
Po pałacu Stefan zabrał się za modernizowanie zgodnie z ostatnim krzykiem technicznej mody przejętego po dziadku browaru. Tego samego, który będzie produkować znakomite polskie piwo i wciąż jeszcze częściowo należeć do Habsburgów nawet wtedy, kiedy po imperium austro-węgierskim pozostaną tylko wzmianki w podręcznikach historii. Karol Stefan doprowadził do browaru prąd elektryczny i nawet zbudował wąskotorówkę, żeby dowozić drewno. Ta kolej od małego pociągała Williego, który mógł godzinami stać i patrzeć, jak poruszają się kółka i tłoki pociągu, kiedy rusza czy się zatrzymuje. Willi bardzo lubił wszystkie zapachy, jakie towarzyszyły pociągowi podczas ruchu, nawet smród rozgrzanego oleju maszynowego czy mazutu. Bohaterami jego snów często stawali się umazani na czarno maszyniści, a pewnego razu postanowił spróbować smaku sopli pod parowozem, który przestał koło browaru całą noc. By ułamać te sople, Willi wszedł pod pociąg. Nie mógł oprzeć się pokusie, chociaż okropnie się bał, że pociąg ruszy i go przejedzie. Niania, która spacerowała z nim tego dnia, akurat odeszła, by porozmawiać z ochroniarzem i zorientowała się dopiero wtedy, kiedy cały wymazany mazutem, ale szczęśliwy Willi wyciągał do niej sopel, proponując, by skosztowała. Mało nie zemdlała, uświadomiwszy sobie te straszne rzeczy, jakie mogły się zdarzyć z młodym arcyksięciem pod pociągiem. Potem już niania nie odstępowała go ani na krok, nawet starała się, dopóki byli na dworze, nie wypuszczać jego ręki ze swojej. Od tamtej pory Williemu nie pozwalano już zbliżać się do stacji kolejowej. To jeszcze bardziej rozpalało jego ciekawość i nie mógł się doczekać wyjazdu z braćmi i siostrami do Wieliczki pod Krakowem, gdzie była znana kopalnia soli. Tę podróż już dawno obiecał dzieciom ojciec.
Tego ranka, kiedy wreszcie miała się odbyć wymarzona wycieczka, Willi obudził się, zanim się rozwidniło i już nie mógł zasnąć z podniecenia. Kilka razy wchodził na parapet pokoju dziecięcego i starał się zobaczyć bodaj cokolwiek za pokrytym szronem oknem. Ale tam było ciemno. W końcu z daleka dobiegł go znajomy odgłos lokomotywy. Być może przyszedł maszynista i zaczął przygotowywać się do jazdy. Pierwszej jazdy Williego nową koleją!
Z korytarza dobiegły kroki. To w swoim pokoju, który był przy dziecięcym, podniosła się niania. Teraz założy nakrochmalony fartuch, a potem wejdzie do nich. I kiedy będą odprawiać zwyczajny poranny rytuał: modlitwa, zaprawa, oblewanie się zimną wodą, ubieranie, śniadanie - od niewielkiego budynku stacji do pociągu rozwiną czerwony chodnik. Tak robią zawsze, kiedy rodzina arcyksięcia wyrusza w drogę. Wzdłuż dróżki ustawi się służba w paradnych liberiach i będzie cierpliwie czekać, aż dzieci z nianią i kilkoma guwernantkami wsiądą do pociągu. Willi aż podskakuje ze zniecierpliwienia i podczas śniadania prawie nic nie je. Przed jego oczami już obracają się koła, które daremnie będzie starał się zobaczyć z okna wagonu. Głód dogoni go w drodze, kiedy odjadą już dość daleko od domu. I wtedy niania, jakby czytając w jego myślach, rozwinie wzięte z domu kanapki, które oni popiją smaczną herbatą. Willi z zachwytem będzie patrzył, jak na korytarzu wagonu służąca nalewa do filiżanek gorącą wodę z wielkiego błyszczącego samowara, a pod samowarem wesoło potrzaskują w ogniu polana.
Przed samym przyjazdem Willi zasnął. Obudził się, gdy pociąg się zatrzymał i parowóz głośno wypuścił dym. Chłopiec wyjrzał przez okno i zobaczył, że stoją na bocznym torze. To znaczyło, że przyjechali incognito. Willi się ucieszył, bo teraz nie będzie trzeba marnować czasu na nudne oficjalne ceremonie. Na tym torze zatrzymywał się czasami pociąg cesarza, kiedy ten przyjeżdżał do kopalni soli na uroczyste przyjęcia, ale chciał uniknąć oficjalnego powitania. Przed dworcowym wyjściem czekały już na nich konne powozy, w których dojechali do kopalni. Mały Willi przez całą drogę wyglądał przez okno, bo nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie znajdzie się pod ziemią.
W westybulu kopalni poproszono ich o zdjęcie wierzchnich ubrań i czapek, wydano im natomiast długie białe płaszcze i ochronne kaski na głowy, co wywołało szczególny zachwyt Williego. Następnie wszyscy - niania, dzieci, guwernantki i przewodnik - zjechali specjalną windą z napędem hydraulicznym na pierwszy poziom, mniej więcej sto metrów pod ziemię. Willi pierwszy raz był w takiej windzie. Mechanizm strasznie skrzypiał i od czasu do czasu winda na chwilę się zatrzymywała. Serce Williego zamierało. Starał się nie myśleć o tym, że winda może utknąć tutaj, w podziemiu, na zawsze.
W końcu winda zatrzymała się ostatecznie i drzwi bezszelestnie się otworzyły. Willi odetchnął z ulgą i wyszedł razem ze wszystkimi. Podniósł trochę wyżej niezbyt mocną lampę, którą mu dano razem z płaszczem i kaskiem, a która pachniała spaloną naftą. Jakkolwiek chciał rozejrzeć się dookoła, słabe światło wydobywało z ciemności tylko twarze i sylwetki jego braci i sióstr. Dlatego przewodnik kazał im iść za sobą, nie wypuszczając sznurka, którego końce trzymał on i niania - ona szła ostatnia. Dość długo posuwali się strasznym ciemnym tunelem, który skończył się nieoczekiwanie potężnym wybuchem światła. Eleonora aż jęknęła z zaskoczenia. Przed nimi nagle otworzyła się ogromna sala balowa, której wspaniałość zapierała dech.
Wszystko tutaj było wykonane z oślepiająco białej soli i mistrzowsko oświetlone: masywne kandelabry i lustra, ławki, kolumny, sklepienia, a nawet rzeźby. W jednym z rogów stał tron, nad którym znajdowało się wyobrażenie austriackiego orła - na tym tronie siadywał cesarz Franciszek Józef, kiedy bywał tu na balach. Willi jak zaczarowany wypuścił sznurek i podszedł do tronu. Ostrożnie siadł na nim i zamknął oczy. W uszach zabrzmiała mu muzyka dobrze wyszkolonej orkiestry wojskowej, a ubrani w dziwaczne hełmy i białe płaszcze ludzie z latarniami w rękach poruszali się w takt tej muzyki parami, jakby w sali balowej. Wyobraził sobie siebie jako starego cesarza, który odpoczywa na solnym tronie od ciężaru codziennych spraw i zrobiło mu się ciepło i zacisznie. Aż nagle przeraźliwy krzyk angielskiej guwernantki miss Ryan zmusił go do ponownego otwarcia oczu. Okazało się, że zasnął na tronie, a jego nieobecność zauważono nie od razu, a już po tym, jak przeszli przez kilka następnych sal. Miss Ryan tak się przestraszyła, że Willi zamarznie na tronie z soli, że kazała zakończyć wycieczkę. I oto zamiast iść oglądać kaplicę i inne poziomy kopalni, poszli do niewielkiej restauracyjki, gdzie pili herbatę i jedli kanapki. Kiedy w końcu wszyscy weszli do hydraulicznej windy, żeby tak samo powoli, co jakiś czas z grozą się zatrzymując, wyjechać na powierzchnię, Willi poczuł, że zaraz padnie ze zmęczenia. Już w powozie w drodze na stację zasnął i przespał w pociągu całą powrotną podróż do Żywca. Śniło mu się, że dalej siedzi na solnym tronie, wokół jego zastygłej postaci w białośnieżnym płaszczu i hełmie sporządzono ołtarz. Matka i siostry przychodzą do tego ołtarza, modlą się i gorzko płaczą. Wróciwszy do pałacu, Willi następnego dnia razem z Eleonorą wydał nowy dekret, który zabraniał dzieciom spać na mrozie.
Nauka w pięciu językach i wino o dziesiątej rano
Wszystkie dzieci Karola Stefana dobrze znały polski, wszystkie nauczyły się go w Galicji, jednak Wilhelm był jedynym, który obrał sobie tożsamość nie polską, ale ukraińską, i to wcześniej czy później musiało doprowadzić do konfliktu w rodzinie. Można było spokojnie i bezboleśnie łączyć tożsamość włoską i austriacką, a na dodatek do nich jeszcze polską - nikomu to niczym nie groziło w wielonarodowej arystokratycznej rodzinie, ale łączenie tożsamości ukraińskiej z polską już się nie udawało. Trzeba było dokonać wyboru. Stefan wybrał Polskę, Wilhelm - Ukrainę... Ale o tym - później.
Od małego cesarskie dzieci mówiły codziennie pięcioma językami. Od szóstego roku życia do języków obcych dochodziły inne przedmioty. Do dwunastego roku życia nauka odbywała się w domu.
- Pamiętam jak dziś - opowiadał Wilhelm. - Polski wykładał pan Teodorowicz, matematykę i węgierski - oficer marynarki kapitan Kohanyi, muzykę hrabia Drost, a angielski miss Nelly Ryan. Było ośmiu stałych nauczycieli, a reszta od czasu do czasu się zmieniała.
Nauczycieli zazwyczaj nikt nie sprawdzał i oni sami układali programy zajęć z dziećmi. Stefan uważał, że najważniejsze to wykształcić w dziecku silną osobowość i indywidualność, więc kiedy nauczyciele usiłowali naciskać na dzieci i zmuszać je do uczenia się czegoś nudnego i niepotrzebnego, to on dowiadywał się o tym nawet nie przeprowadzając kontroli. Dzieci skarżyły się na takiego nauczyciela. Uważał też, że nauczyciele nie powinni mieć arystokratycznego pochodzenia, gdyż wpływ na dzieci tych, którzy wyszli z ludu, jest znacznie zdrowszy niż rujnująca atmosfera przy dworze. Maria Teresa była ostrożniejsza i czasami bez uprzedzenia przychodziła na tę czy inną lekcję, przez co niejeden nauczyciel stracił posadę. Rozgryzłszy tę jej metodę, dzieci zaczęły uprzedzać swych ulubionych nauczycieli o wizytach matki - omawianych zazwyczaj ze Stefanem przy śniadaniu.
Tak dzieciom udawało się dość długo chronić ulubioną nauczycielkę francuskiego, która wynalazła całkiem nietypową metodę zainteresowania dzieci nauką języka obcego: czytała im nieprzyzwoite francuskie opowiadania, a czasami nawet pokazywała rysunki. Chłopcy byli zachwyceni. Brat Wilhelma Albrecht nawet pewnego razu spróbował uwieść nauczycielkę. Długo przygotowywał się do tego, zlewając do podprowadzonej z kuchni kryształowej karafki do koniaku po trochu różnych alkoholowych napojów, które podawano gościom na przyjęciach. Wszystkie trunki, które udało mu się dopaść, zlewał razem, dbając tylko o to, żeby napełnić swą karafkę. Tak stworzył jakąś nieprawdopodobną mieszaninę i zaprosił mademoiselle do swego dziecięcego pokoju zabaw na dodatkową lekcję. Lekcję przewidująco wyznaczył na wieczór, kiedy rodzice wydawali przyjęcie. Wtedy dzieci były wszystkim nie w głowie.
Dla odwagi Albrecht sam łyknął z flaszki i od razu zakręciło mu się w głowie. Przyszła mademoisselle. Zaproponował jej, by się napiła. Zgodziła się. Po pierwszym łyku jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, jednak chłopiec zapewnił ją, że to szczególnie wyszukany koniak, który "pożyczył" od ojca i którym ten częstuje tylko wyjątkowych gości. Mademoiselle przeszła na francuski i zaczęła pytać, czy to prawda, że w wiedeńskim Hofburgu jest specjalny pokój z truciznami, którymi Habsburgowie posługują się już od trzystu lat i które są lepsze nawet od trucizny Medyceuszy, bo śladów zbrodni nie można wykryć. Dalej rozmowa toczyła się w podobnym stylu. Nie minęła godzina, jak mieszanina trunków zmorzyła oboje i obudzili się dopiero nad ranem z ciężkimi głowami, nie od razu potrafiąc sobie przypomnieć, co tutaj robią. Na szczęście wszyscy w pałacu jeszcze spali, więc po cichutku rozeszli się do swoich pokojów.
Siostry Williego i Albrechta najpierw wstydziły się na lekcjach francuskiego, ale stopniowo one też nabrały ciekawości. Maria Teresa nabrała podejrzeń dopiero wtedy, kiedy pięcioletni Willi zaczął nagle wypytywać ją o znaczenie różnych nie bardzo przyzwoitych słów. Kiedy jego leksykon poszerzył się o pytanie, co to jest "francuski pocałunek", Maria Teresa przybyła na lekcję bez zapowiedzi i nie weszła od razu do pokoju, ale postała chwilę pod drzwiami, podsłuchując. Potem zawołała Stefana, ponieważ przypuszczała, że jej nie uwierzy, kiedy opowie mu coś takiego o ulubionej nauczycielce ich dzieci. Stefan naprawdę bardzo nie chciał zwalniać sympatycznej Francuzeczki, która podobała mu się nie tylko jako nauczycielka, ale Maria Teresa była nieubłagana. Dzieci ze łzami w oczach odprowadzały ulubioną guwernantkę. Na jej miejsce przyjęto starego nudnego nauczyciela, którego wszyscy solidarnie nienawidzili, szczególnie za te długie kawałki ze sztuk Moliera, których teraz musieli uczyć się na pamięć.
Porządek dziecięcego dnia w Żywcu rozpisany był co do minuty.
Pobudka: 6.00. Zgodnie z legendą, że cesarz Franciszek Józef zawsze bardzo wcześnie wstawał i przez niemal siedemdziesięcioletnie swoje panowanie nauczył tego całe cesarstwo. Po pobudce - poranny rozruch, jeszcze w nocnych koszulach, gimnastyka i ćwiczenia oddechowe przy otwartym oknie, dalej - oblewanie się zimną wodą i płukanie nosa (wciąganie zimnej wody przez nozdrza - ten zwyczaj Wilhelmowi został na całe życie i to często ratowało go od przeziębień).
Msza święta: 7.00.
Śniadanie: 7.30 (dorośli jedli jeszcze wcześniej - w zimie o 6.30, w lecie - o 7.00). Na śniadanie była kawa, herbata i bułeczki z masłem.
Pierwsza lekcja: 8.00.
Kanapka i szklanka wina: 10.00.
Spacer z konwersacją w obcym języku: 11.00.
Obiad: o 12.00, też z winem. W lecie jadali na przestronnej werandzie, otoczonej wielkimi kwitnącymi krzewami, w zimie - w ogrodzie zimowym, obok którego była szklarnia z kwiatami, a nad kwiatami fruwały błękitne i zielone papużki faliste. Potem tenis lub jazda na łyżwach. Porządek był nienaruszalny i każde odstępstwo od zasad stawało się prawdziwą sensacją. Przeważnie inicjatorem takich zmian był spontaniczny Karol Stefan. Wszyscy inni za próbę naruszenia porządku mogli zostać surowo ukarani.
Wilhelm opowiedział Hałynie zabawną historię o tym, jak pewnego razu tenis przeniesiono na 11.30. Stało się to przypadkiem. Tego dnia akurat zaczęła u nich pracować nowa angielska guwernantka, miss Nelly Ryan. Przyszła przedstawić się Stefanowi i w tej samej chwili do ojca podbiegła Eleonora, by radośnie poinformować, że panna Ryan umie grać w tenisa, a potem spytała, czy zagrają wszyscy razem jeszcze dzisiaj. Stefan nieostrożnie odpowiedział: "Tak, oczywiście, proszę przynieść rakiety!" - i zignorował zdziwione spojrzenia służby, która nie wiedziała, jak ma się zachować w takiej niestandardowej sytuacji. Spoglądali tylko ze złością na miss Ryan, uważając ją za winną wszystkiego. Przestraszona guwernantka pobiegła do swojego pokoju i ledwie zdołała znaleźć w nierozpakowanych walizach strój do tenisa. Zagrali trzy sety, kiedy usłyszeli, jak trzykrotnie zabrzmiał gong, powiadamiając, że pora na obiad, a majordomus wyszedł na kort tenisowy, ubrany w liberię i w białe rękawiczki. Zdziwiony Stefan zapytał, która jest godzina, potem tylko zaśmiał się i zażartował, że to urodziwa angielska miss tak zakręciła mu w głowie, że zapomniał o wszystkim, nawet o obiedzie.
Herbata z ciasteczkami: 15.30.
Lekcje: 15.45.
Kolacja: 19.00. Po kolacji dzieci ustawiały się w długiej kolejce i jedno po drugim podchodziły do rodziców, żeby ucałować im ręce i pożegnać się na noc. Ta męcząca procedura trwała dość długo. Bo trzeba było sumiennie pilnować tego, żeby młodsze dzieci ustawiły się za starszymi i mijały się zawsze z lewej strony. Jeśli Maria Teresa lub Karol Stefan spóźniali się na wieczerzę, bez nich jeść nie zaczynano. Czasami czekano po pół godziny i dłużej.
Później Hałyna wybierze się z Olesiem do dziecięcego muzeum w cesarskim pałacu Schönbrunn w Wiedniu, gdzie będzie mógł pobawić się zabawkami dzieci z cesarskiej rodziny, poszperać w ich książkach i atlasach, zobaczyć, jak wyglądały różne codzienne detale, a także przeczytać ten rozkład dnia.
- Dobrze, że nie muszę wstawać o szóstej - podsumował tę wycieczkę Oleś. - Myślałem, że moja szkoła jest najgorsza na świecie, a okazuje się, że bywa jeszcze gorzej: kiedy masz wszystkich nauczycieli w domu i nie ma się gdzie przed nimi ukryć. I wina też nie chciałbym pić codziennie, w dodatku jeszcze tak wcześnie: jest kwaśne.
Dzieci Karola Stefana faktycznie nie miały ferii. Tylko czerwiec i lipiec były wolne od wszystkich zajęć, oprócz języków obcych, a jeszcze kilka dodatkowych dni wolnych przypadało na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Już w wieku pięciu lat wszystkie dzieci umiały czytać, pisać i rozmawiać w pięciu językach.
Piechotą do gimnazjum
Nikt z dzieci Stefana nie znał ani greki, ani łaciny, bo nie uczyły się one według programu gimnazjum. Ten fakt bardzo zaskoczy później ordynansa Wilhelma - chłopskiego syna - Iwana, Ukraińca. Wedle ówczesnych wiejskich galicyjskich standardów rodzina Iwana była prawie bogata. Ojciec miał kawałek pola, które chciał podzielić między dwóch synów. Iwan był starszy, więc miał przejąć gospodarstwo. Jak większość ówczesnych ukraińskich chłopów ojciec uważał, że jeśli jego dziadek, ojciec i on sam byli chłopami, to i dzieci powinny też pracować na roli. Jednak Iwan zaciekle chciał się uczyć. Co więcej, pragnął po skończeniu wiejskiej szkoły kontynuować naukę w gimnazjum. Jeszcze kiedy syn chodził do wiejskiej szkoły, ojciec jakoś to znosił, chociaż nauka odrywała małego od roboty. Ale o gimnazjum nie chciał nawet słyszeć.
Kiedy przyszedł czas zapisywania się do gimnazjum, Iwan sam się dowiedział, do której szkoły najlepiej mu pójść, jak przygotować się do wstąpienia, gdzie i kiedy się zjawić, gdzie najmniej biją, gdzie uczą po ukraińsku, gdzie są najlepsi nauczyciele. I obmyślił szczegółowy plan, jak przekonać ojca, żeby jednak zapisał go do gimnazjum. Ten plan długo utrzymywał w tajemnicy i przez całe lato był taki posłuszny, że ojciec prawie się już uspokoił, uwierzywszy, że synowi przeszedł głupi pomysł z nauką. Tego lata Iwanowi co noc się śniło, jak stoi wraz z innymi gimnazjalistami, ubrany w dopasowaną bluzę ze stójką zapinaną na haftki, czerwonymi lamówkami, z szerokimi złotymi paskami i z wyszytym złotem emblematem gimnazjum na wysokiej czapce z otokiem z mory. Śniło mu się, jak przed świtem zbierają się z chłopcami przed drzwiami zamkniętego jeszcze budynku, koło pierwszego północnego okna, stałego miejsca zbiórek uczniów klasy 1A, które wyznaczył im szkolny dozorca - repetent. Koło tego okna opowiadają sobie wakacyjne przygody, zanim tercjan - szkolny woźny - otworzy bramę i wpuści ich do przestronnego westybulu. A tam na uczniów ze wszystkich stron patrzyli surowo greccy bogowie na wysokich postumentach, lśniąc swoimi ambrozyjskimi lokami.
Pierwszym problemem, który musiał Iwan rozwiązać, był transport. Jakoś trzeba było dostać się do miasta w dzień zapisów do szkoły. Można to było zrobić, korzystając z wozu ojca, bo tego dnia rodzice wybierali się na targ. Iwan wiedział, że namówić ojca, żeby go wziął ze sobą, nie będzie łatwo, ale szykował się skrupulatnie do wyjazdu, ani słowa nie mówiąc o swoich planach.
Kilka dni wcześniej Iwan wieczorem zaczął starannie myć nogi, żeby pozbyć się "rzepy", bo do tej pory chodził tylko boso, a własnych butów nie miał. Kiedy nastał wymarzony dzień, chłopiec obudził się przed świtem i jeszcze przed śniadaniem pognał krowy "na rosę", żeby wrócić do domu, zanim rodzice zaczną zbierać się na rynek. Potem zjadł, przygotował niedzielne ubranie, umył uszy i szyję. I dopiero wtedy powiedział ojcu, że pojedzie z nimi do miasta zapisać się do szkoły.
- Do jakiej jeszcze szkoły? Po co szkoła? Zaraz ci dam szkołę! Siedź w domu i nie podskakuj - ostrzegawczo zareagował ojciec.
Jednak chłopiec był przygotowany na taką odpowiedź. Jak mógł najgłośniej, rozkrzyczał się i rozszlochał - tak by sąsiedzi usłyszeli, że w domu jest kłótnia. Ojciec się rozgniewał, syn dostał kuksańca, polały się łzy, rozległy ojcowskie przekleństwa. Matka milczała - być może w duchu nie miała nic przeciw, żeby syn uczył się na duchownego. Zobaczywszy, że matka nie wspiera ojca, Iwan zaczął krzyczeć jeszcze głośniej. Sąsiedzi nie wytrzymali i przybiegli na ten hałas, i zaczęli przekonywać ojca, żeby zapisał małego do gimnazjum. Jednak ojciec nie ustępował.
W końcu zaprzągł konie i pojechał. A Iwan z płaczem pobiegł za wozem przez całą wieś, a potem drogą, obok ludzi, który pracowali w polu. Wszyscy, jak na komendę, prostowali plecy, patrzyli na dziwaczne widowisko i w milczeniu kiwali głowami. Twarz ojca nabiegła krwią, gotów był schować się pod ziemię ze wstydu, jednak mimo wszystko uparł się, by nie przerywać "pedagogiki", jak lubił nazywać regularne kuksańce dla obu synów "za nieprzyzwoitość" czy po prostu ot tak, "żeby się nie rozbisurmaniali".
Tak dotarli do miasta. Przy kościele z bramy wyszedł duchowny, który znał Iwana jeszcze z wiejskiej szkoły. Iwan, który przycichł już zmęczony biegnięciem za wozem, znów głośno zapłakał i zaczął rozmazywać po twarzy brudne łzy. Duchowny zainteresował się, zapytał, co się stało. Ojciec i syn opowiedzieli - każdy swoją - wersję wydarzeń. Ojcu trzęsły się ręce, ze złości ledwie mógł złożyć do kupy dwa słowa. Jednak Iwan przeciwnie, mówił długimi, prawidłowo zbudowanymi i z góry przygotowanymi zdaniami, starając się przeciągnąć duchownego na swoją stronę.
Duchowny trochę pomyślał, przypomniał sobie, że Iwan naprawdę był sumiennym i zdolnym uczniem, a także i to, że ojciec Iwana nie ma tak dużo pola, żeby mógł zabezpieczyć obu swoich synów, i że wcale by nie było nic złego w tym, gdyby jeden z nich wyuczył się na duchownego czy na wiejskiego nauczyciela, potem podrapał się po głowie, poprawił pasek na sutannie i powiedział, że sam zapisze chłopca do szkoły.
Ojciec tak ścisnął w ręce czapkę, że aż zbielały mu kostki palców, ze złością spojrzał na syna, ale wystąpić przeciw autorytetowi duchownego nie miał odwagi. Więc pożegnawszy się wyduszonym przez zęby "Niech będzie pochwalony" i już milcząc, zdzielił po grzbiecie konia. Ten z zaskoczenia szarpnął wozem. Tak Iwan znalazł się w gimnazjum, do którego musiał każdego dnia chodzić po dziewięć kilometrów piechotą, nawet w zimie.
Ulubionym przedmiotem Iwana stała się łacina. Lubił siedzieć po obiedzie na przypiecku, gryźć marchew, gruszkę czy nawet zwykłego suchara i powtarzać odmianę łacińskich czasowników. Dla matki to brzmiało jak kazanie w cerkwi: niezrozumiale i uroczyście. A sam Iwan czuł się dopuszczony do tajemnej, niedostępnej dla postronnych wiedzy.
Kiedy starsi zastawali go na próżnowaniu, bo tym wedle nich było przesiadywanie nad książkami, zawsze pytali surowym głosem, czemu mały nie jest przy robocie. "Sic fata tulere" - odpowiadał Iwan swoim ulubionym wyrażeniem i natychmiast przekładał - "Tak ułożył się los". Jednak to nie pomagało - ojciec chwytał za pasek i ganiał zarozumiałego gimnazjalistę po domu.
Potem Iwan lubił opowiadać zdarzenie z życia szkolnego, kiedy na przerwie przed lekcją łaciny z kolegą z klasy zaczął jeść drugie śniadanie. Matka dała Iwanowi zawinięty w ściereczkę ser i chłopiec namiętnie go jadł, odłamując po kawałeczku. Jego przyjacielowi matka spakowała chleb z kawałkami zarżniętej dwa dni wcześniej kury. Od czasu do czasu chłopcy wzajemnie się częstowali. Kolega Iwana szybciej od niego zjadł śniadanie i wyszedł na dwór, a Iwan właśnie starannie wydłubywał ze ściereczki ostatnie okruchy sera, kiedy nadszedł profesor łaciny. Zobaczył Iwana i zażartował:
- Iwanus caseum amat.
Ale Iwan odpowiedział mu całkiem poważnie:
- Iwanus Latinam amat.
Iwan, prawie rówieśnik Wilhelma, dobrze znał grekę i łacinę, więc kiedy bywał niezadowolony z zachowania pana, burczał sobie pod nosem: "Si duo faciunt idem, non est idem". Wilhelm nie wiedział, co to znaczy i czuł się winny.
- Nas, dzieci, trzymano w domu krótko, ale wychowywano równocześnie bardzo swobodnie. Do tradycji rodziny panującej nie przywiązywano wagi - opowiadał Wilhelm. - Był u nas zwyczaj, że każdy mężczyzna musiał się uczyć jakiegoś rzemiosła: obaj moi starsi bracia znali stolarstwo i wypalanie ozdób w drewnie, a ja znam blacharstwo artystyczne. Tego uczyliśmy się wieczorami od wczesnej młodości, zanim wstąpiliśmy do akademii wojskowej.
Pociągiem do Worochty
Willi lubił chodzenie na pastwisko z wiejskimi dziećmi i przysłuchiwanie się ich opowieściom o strasznych wiedźmach, czarownikach, wilkołakach i zjawach. W Żywcu dzieci mówiły przeważnie po polsku, a o Ukraińcach Wilhelm po raz pierwszy usłyszał od Olgierda Czartoryskiego, męża starszej siostry Metchildy. Jak wielu polskich magnatów, nazywał on Ukraińców Rusinami i uważał ich za "rabusiów, chamów i bydło". Ale Wilhelm nie przestraszył się znieważającego tonu tych opowieści, a przeciwnie, zainteresował się i podobnie jak jego przyszły ordynans opracował własny plan.
Pewnego letniego upalnego dnia, przebrawszy się w pożyczony od wiejskiego chłopca szkolny mundurek, Wilhelm uciekł na dworzec i wsiadł do pociągu do Worochty. Właśnie tam, jak opowiadał wujek Olgierd, mieszkali tajemniczy Huculi, którzy mówili podobną, ale jednak inną niż miejscowi mową i potrafili rzucać czary. Wilhelm pisał o tym tak:
"Było to jeszcze latem i było bardzo gorąco. Jechałem przez Lwów i Stanisławów incognito, w wagonie drugiej klasy. Wrażenia z huculskich gór miałem wspaniałe. Wysiadłszy z pociągu na dworcu w Worochcie, poszedłem do wsi. Po drodze spotkałem huculskiego chłopa lat około 40 i zapytałem go po polsku, czy ma dla mnie mieszkanie na kilka dni. Odpowiedział, że ma. I zamieszkałem u niego. Chodziłem po górach, jeździłem konno i furmankami, byłem w Żabiu - wciąż szukając ukraińskich rabusiów. Ale na próżno. To mnie rozczarowywało. W mojej duszy pojawiła się wielka niechęć do moich informatorów, którym tak bardzo wierzyłem. Wtedy zupełnie się zmieniłem i do Żywca wróciłem już inny, niż z niego wyjeżdżałem".
Póki młody Willi wzbogacał się o nowe wrażenia, w całym cesarstwie podniesiono na nogi żandarmów dla poszukiwania arcyksięcia. Jednak poszukiwania nie dały rezultatu, bo Wilhelm wrócił do domu sam i na całe życie pokłócił się ze swoim szwagrem Czartoryskim z powodu jego antyukraińskich uprzedzeń.
Dopiero później Willi dowiedział się, że bogaty Hucuł, u którego się wtedy zatrzymał, był ojcem znanego działacza ukraińskiej radykalnej partii, Petra Szekeryka. Po wielu latach, uciekając przed rumuńskimi wojskowymi, którzy usiłowali go schwytać w pożodze wojny domowej w Galicji, Wilhelm raz jeszcze odwiedzi tę gościnną wieś.
Świąteczne życie pałacu
Czasami Karol Stefan zapraszał na polowania polskich arystokratów, którzy mieszkali niedaleko od Krakowa. Goście przyjeżdżali zazwyczaj na kilka dni, w dzień polowali, a wieczorem słuchali muzyki w salonach białym i złotym, które ich gospodarz ozdobił szczególnie starannie, częstowali się, tańczyli. Na wieczornych koncertach fortepianowych zazwyczaj występował sam Karol Stefan. W swoim repertuarze miał wiele utworów Szopena. Dość często zapraszano na występy znanych muzyków. Wilhelmowi szczególnie utkwiło w pamięci, jak do Żywca przyjechał znakomity czeski skrzypek i kompozytor Jan Kubelik. A dokładniej, zapamiętał nie tyle sam koncert, bo już na jego początku zasnął, a w połowie w ogóle poszedł spać, co obiad ze skrzypkiem, który pozostawił po sobie wielkie wrażenie. Jak się okazało, Kubelik nigdy nie używał noża i jedzenie na talerzu kroiła dla niego akompaniatorka, która zawsze siedziała obok wirtuoza, skrzypek opowiadał, że od dzieciństwa bardzo bał się nieszczęśliwych wypadków i dlatego nie bierze do rąk noży i innych niebezpiecznych przedmiotów. Wilhelm uważnie przyjrzał się jego rękom i był wstrząśnięty tym, jak bardzo są one małe - a skóra na nich cienka, niemal przezroczysta.
Sezon myśliwski w Żywcu przypadał na początek jesieni. Między polowaniami urządzano pikniki i wyprawy w góry. Nawet jeśli w wyjeździe brała udział tylko rodzina cesarska bez gości, to i tak zmieniało się to w solidną ceremonię, która stawała się wydarzeniem dla mieszkańców okolicznych wsi.
Trzy czy cztery karety, zaprzężone w konie, wyjeżdżały z pałacu wcześnie rano. Woźnice i lokaje ubrani byli w błyszczące liberie, cała procesja ruszała na miejsce spotkania, gdzie już wcześniej wysłano służbę, która miała przygotować dobre miejsce do polowania czy na piknik. Jedzenie podczas takich spacerów smakowało szczególnie dobrze. Służba gotowała wspaniałe zupy na ognisku, smażyła kiełbasę, piekła w popiele kartofle, szykowała przywiezione z domu zimne potrawy. Dzieci zawsze bardzo się cieszyły, kiedy wyjeżdżały do lasu czy w góry, bo takie okazje wraz ze zbliżaniem się zimy trafiały się dużo rzadziej. W Żywcu w porównaniu z wybrzeżem Adriatyku, gdzie rodzina spędzała całe lato, była po prostu nieprawdopodobna liczba deszczowych i pochmurnych dni, nic więc dziwnego, że dzieci nie mogły doczekać się chwili, kiedy znowu pojadą na Lošinj.
W deszcz praktycznie nie można było wyjść z pałacu: często zdarzały się burze, w lasach padały drzewa, rzeki występowały z brzegów, zatapiały plony. A Willi z braćmi i siostrami dostawał w deszczowe dni nowe zabawki, żeby tak bardzo się nie nudzić bez spacerów.
W takim czasie Karol Stefan często urządzał kostiumowe bale z zaproszonymi gośćmi bądź tylko dla rodziny. Wszyscy wymyślali sobie śmieszne kostiumy i tańczyli do późna przy szopenowskich walcach.
Czasami takie przyjęcia miały tematy, na przykład "tańce szwedzkie" czy "czarno-białe przyjęcie", a czasami po prostu trzeba było wykazać się fantazją. Karol Stefan bardzo uważnie podchodził do kostiumów, jakie wybierali sobie członkowie jego rodziny. Przed rozpoczęciem balu ustawiał wszystkich i uważnie oglądał każde przebranie. Dzieciom drżały kolana ze zdenerwowania. Bo zasłużyć na ojcowską pochwałę nie było łatwo. Kiedy widział najmniejszy błąd kostiumu - krytykował bezlitośnie, jednak wobec obcych zazwyczaj był pobłażliwszy.
Kiedyś jedna zaproszona panienka ubrała się w kostium polskiej panny młodej. Miała nieprawdopodobnie ładną suknię, z mnóstwem falban i halek, ale nosić tej sukni, jak i specjalnych butów, dama najwyraźniej nie umiała. Z początku nie miała odwagi ruszyć się z miejsca, lecz Karol Stefan, któremu kostium bardzo się spodobał, zaprosił ją do tańca i nie mogła odmówić. W trakcie tańca panienka pośliznęła się na wyfroterowanej do błysku podłodze sali i upadła, a liczne falbany i spódnice nakryły ją z głową. Karol Stefan ani słowem nie skomentował zdarzenia, tylko grzecznie pomógł damie się podnieść i kontynuowali taniec. Gdyby coś takiego zdarzyło się z którąś z jego córek, biedaczka musiałaby wysłuchać długiej tyrady o tym, że nie przygotowała się jak należy do balu.
Tak mijały październik i listopad, potem spadł śnieg i wtedy znowu zaczynała się wesoła pora. Mały potoczek w parku zamarzał. I dzieci godzinami ślizgały się na łyżwach, zjeżdżały z górek na saneczkach i nartach.
Boże Narodzenie
Boże Narodzenie spędzano zawsze w Żywcu i to była nie mniej uroczysta ceremonia niż na dworze w Wiedniu. Przygotowania zaczynały się dużo wcześniej i już od listopada Maria Teresa oraz wszystkie damy dworu były zabiegane i zmęczone. Dzieci arcyksięcia pisały swoje pragnienia w listach, damy dworu układały listy prezentów. Potem Maria Teresa z kilkoma z nich jechała do Wiednia na zakupy, trzeba było pamiętać o prezentach nie tylko dla własnych dzieci, sług i ich rodzin, ale i dla licznych rodzin biedaków z Żywca.
Kilka dni przed świętami drzwi do Białego Salonu, największej sali w pałacu, zamykano na klucz. I zaczynały się przygotowania, w których brali udział wszyscy: nawet dzieci miały obowiązek pakowania do koszyczków prezentów dla sług i dla biednych, a także zawijania w srebrną pozłotkę słodyczy i innych smakołyków. Willi bardzo lubił taką pracę, bo wtedy można było do woli "popróbować" czegoś smacznego. Jednak w ostatni dzień, kiedy pod choinkę kładziono prezenty dla samych dzieci, nie wpuszczano ich już do Białego Salonu. Wtedy po kolei zaglądali przez dziurkę od klucza, ale zawsze na próżno, bo oprócz lśnienia choinkowych ozdób nie udawało się tam zobaczyć niczego. W Wigilię wszyscy zbierali się w kaplicy koło zamku na nabożeństwo. Po mszy, która zaczynała się o piątej i trwała trochę ponad godzinę, siadali do świątecznej wieczerzy, która składała się z tradycyjnych polskich wigilijnych dań: zimnego postnego barszczu z uszkami i czosnkiem, smażonego karpia, śledzi, postnych pierogów z kapustą i grochem, postnych gołąbków, naleśników, kutii. Willi nie lubił prawie niczego z tych potraw oprócz barszczu i kutii. A tymi to na cały rok próbował się najeść i często potem aż do rana bolał go żołądek.
Do przykrycia stołu służył w Wigilię obrus z szarego płótna, który wyszywały chłopki. Pod obrus obowiązkowo kładziono siano, a po kolacji składano tam też łyżki, widelce i noże, przewiązane wstążką. Potraw, zgodnie z tradycją, miało być dwanaście, ale zazwyczaj było znacznie więcej. Zaczynali wieczerzę zawsze od opłatka, którym dzieliła się cała rodzina. Willi nie lubił również opłatka, więc zawsze, kiedy musiał go jeść w kościele, popijając winem, łykał tylko wino, a opłatek usiłował przechować pod policzkiem, żeby go potem niepostrzeżenie wypluć. Jednak przeważnie od wina i śliny opłatek zmieniał się w kaszę, która przylepiała się do policzka i w ustach długo jeszcze czuł kwas.
Po kolacji wszyscy zbierali się przy schodach i uroczystą procesją przechodzili do świątecznie udekorowanej największej w pałacu sali - Białego Salonu, pośrodku którego stała wielka, ozdobiona zabawkami i świeczkami choinka, a pod choinką i na stołach pod ścianami leżały prezenty. Do każdego prezentu przyczepiano kartkę z imieniem obdarowanego. Willi bardzo lubił ceremonię obdarowywania, podczas której starał się stać jak najbliżej matki.
Prezenty dla własnych dzieci Maria Teresa wybierała szczególnie starannie i to zawsze były nie tylko drogie i ładne, ale i w przemyślany sposób wybrane rzeczy. Pewnego razu maleńki Leon zamówił sobie na Boże Narodzenie kucyka pony - i rzeczywiście tłusty pony na oczach wszystkich wkroczył przez szeroko otwarte drzwi Białego Salonu. Na grzywie pony miał złotą wstążkę z karteczką, na której był napis "Dla Lea". W ślad za pony wjechała mini kareta, podpisana "dla Renaty", a na tylnym siedzeniu leżał duży pakunek "dla Eleonory" i maleńki "dla Mechtyldy". W wielkim pakunku było nowe lisie futro, a w maleńkim - pierścionek z diamentem. Na dodatek do zamówionych prezentów dzieci zawsze dostawały książki.
Po tym jak rozpakowano najważniejsze i najdroższe podarunki, przychodziła kolej na służbę, która pracowała w pałacu. Maria Teresa po kolei wypowiadała imiona sług, ustawionych w szeregu pod ścianą, i wywołany podchodził do niej, całował w rękę i odbierał swój prezent. Ze zdenerwowania sługom drżały ręce. Dalej święto dochodziło do dzieci biedaków z okolicznych wsi. Tym dzieciom dawano nie zabawki, a ubrania, buty i inne potrzebne rzeczy. Dla dzieci służby i biedaków zawsze urządzano świąteczne bożonarodzeniowe przyjęcie ze słodyczami i kakao. Kiedy przychodziła pora rozbierania choinki, dzieci brały w tym aktywny udział, krzątając się, zdejmowały zabawki i świeczki. Pewnego razu w rękach Karola Stefana nawet zapalił się czubek na choinkę. Rozbierając drzewko, dzieci się cieszyły, bo to znaczyło, że wkrótce przyjdzie wiosna, a potem też wyjazd na wyspę Lošinj. Tylko Willi nie lubił rozbierać choinki. Jako całkiem mały bardzo płakał, kiedy widział, jak zdejmują zabawki, a potem palą takie piękne jeszcze wczoraj drzewko. Potem, kiedy trochę podrósł, kategorycznie ogłosił:
- Nie mogę wykonywać takiej smutnej pracy!