Porywacz i dama - Stephanie Laurens

-
Proszę czekać
Rozdział drugi

Kareta kołysała, ze stukotem tocząc się po bruku. Angelica leżała na siedzeniu i borykała się ze świadomością tego, co właśnie zaszło. Co aktualnie się działo.

Zaczerpnęła powietrza, przytrzymała je w płucach i zaczęła się szarpać, walcząc zajadle z krępującym ją pledem.

Ani trochę się nie poluzował, łotr mocno zabezpieczył końce. Kareta skręciła za róg i zapowiedź porywacza omal się nie sprawdziła; gwałtownie rzuciwszy się w tył, Angelica ledwo uniknęła upadku z siedzenia.

Rezygnując z planów natychmiastowej ucieczki, z irytacją wypuściła powietrze z płuc, leżała spokojnie i próbowała się zastanowić. Starała się rozeznać w sytuacji, aby zdecydować, co powinna zrobić.

Została uprowadzona przez mężczyznę nad wyraz podobnego do w domniemaniu martwego lairda, tajemniczego arystokraty stojącego za porwaniami jej starszych sióstr. Jako pierwszą uprowadzono Heather, następnie, kilka tygodni po jej ucieczce, porywacze wynieśli Elizę z samego St. Ives House. Angelica usiłowała sobie wyobrazić, co poczuły Heather i Eliza, kiedy pojęły, że są brankami. Czy były to szok, zgroza, przerażenie, strach, czy jakaś kombinacja tychże?

Analizując własne buzujące emocje, znajdowała jedynie gniew, w kilku odcieniach, niekiedy ukierunkowany na siebie samą, oraz różne poziomy niedowierzania, pod tym wszystkim zaś rodzące się poczucie, że została zdradzona. Debenham był jej bohaterem, a tymczasem związał ją jak byle pakunek i wykradł. Na samą tę myśl w Angelice gwałtownie wezbrała złość. Jeśli on rzeczywiście okaże się przywróconym do życia lairdem, wówczas - tak jak mu zapowiedziała - zapłaci za wszystko.

Pojazd znów ociężale skręcił i światło latarni ulicznych zbladło. Angelica znalazła się w ciemności. Odchyliła do tyłu głowę, strząsnęła włosy z twarzy i wyjrzała przez okno. Kareta zwolniła, a potem się zatrzymała, jeszcze przez chwilę kołysząc się na resorach. Kiedy jej oczy przystosowały się do ciemności, Angelica dostrzegła tonącą w mroku ścianę ze starego kamienia.

Debenham powiedział, że jego dom znajduje się niedaleko; uwzględniwszy niewielki dystans pokonany przez karetę, Angelica uznała, że mówił dosłownie, skoro zaś nie oddaliła się zanadto od Cavendish House stojącego kilka kroków od Dover Street, od własnego domu musiało dzielić ją zaledwie kilka minut drogi.

Stangret i chłopiec stajenny pozostali na koźle, rozmawiając cicho. Przysłuchiwała się, ale nie zdołała rozróżnić słów.

Debenham powiedział, że kareta zabierze ją do stajni za jego domem, on sam zaś przyjdzie po nią dopiero, kiedy na przyjęciu zauważą jej zniknięcie.

Udała się do lady Cavendish w towarzystwie matki, Celii, ciotki Louise i kuzynki Henrietty. Biorąc pod uwagę tłok w salonie i charakter tego spotkania, Angelica wątpiła, czy którakolwiek z trzech pań odnotuje jej nieobecność wcześniej niż w chwili, gdy wszystkie będą się szykowały do wyjścia. Dopiero wtedy zaczną jej szukać.

A to znaczyło, że miała przynajmniej godzinę, by postanowić, jak odnosić się do Debenhama po jego powrocie.

Czy powinna się go bać?

Bez względu na to, jak głęboko szukała, nie potrafiła odnaleźć w sobie strachu. Nawet wówczas, gdy zmagali się pod drzewami, Angelica nie czuła obawy. Była zszokowana i wściekła, owszem, ale nie przestraszona. W żadnym momencie jej intuicja, aż do tego wieczoru nieomylna, gdy szło o przestrzeganie jej przed mężczyznami o niepożądanych intencjach, nie wykryła ze strony Debenhama najmniejszego zagrożenia. Wychwyciła coś, co Angelica odczytała jako seksualne zainteresowanie, ale zagrożenia żadnego.

Cofnęła się myślami do chwili, gdy ujrzała go po raz pierwszy, przyglądającego się jej tak wnikliwie... Aż ją skręciło w duchu. Zinterpretowała jego zachowanie jako oznakę, że mu się podoba, podczas gdy on widział w niej jedynie cel.

Oj... Skrzywiła się pod kneblem, policzki jej zapłonęły. Jakież to żenujące.

Rozumiała już, czemu odniósł się do jej śmiałości z taką dezaprobatą. Postrzegał Angelicę jako trzpiotowatą, bezmyślną panienkę z towarzystwa podejmującą niezrozumiałe i głupie ryzyko. Praktycznie rzuciła mu się w ramiona, zapraszając, by się z nią ulotnił.

To nie znaczy, że musiał od razu wykorzystać sytuację.

Niemniej zrobił to, a zatem gdzieś w tym wszystkim tkwił błąd. Angelica zachowała się z tak bezczelną śmiałością wyłącznie dlatego, że żywiła dogłębne przekonanie, iż ma do czynienia ze swym bohaterem. Jednakże Debenham nie mógł być jej bohaterem i porywaczem jednocześnie. To wykluczone. Nie zgadzam się, żeby było mi pisane zakochać się w porywaczu. Nie. Albo on się pomylił, albo ona.

Zdecyduj najpierw, czy powinnaś się go bać. Odtworzyła w myślach jego dotychczasowe wypowiedzi i porównała z wiedzą, jaką zgromadziła w związku z uprowadzeniem Heather i Elizy - w obu przypadkach laird rozkazał swym pachołkom, by otoczyli porwane wyśmienitą opieką.

Debenham zapewnił ją kilkakrotnie, że nie zamierza jej skrzywdzić. Zamknęła oczy i ponownie wsłuchała się w jego słowa, przeanalizowała ton głosu. Mówił z absolutną szczerością. Co więcej, nawet jeśli tak bezpardonowo ją ujarzmił, związał i wyniósł z ogrodu do karety, wątpiła, czy zyskała choć jednego siniaka. Nawet teraz, jakkolwiek nie określiłaby warunków jako komfortowe, nie odczuwała bólu, nie mogła nawet powiedzieć, że cierpi niewygodę.

Nie w sensie fizycznym. Pod względem psychicznym... była poruszona, co rzadko, jeśli w ogóle, jej się przydarzało.

Była zła, skonfundowana... i ciekawa. Podczas gdy to pierwsze i to ostatnie uważano powszechnie za jej uprzykrzone przywary, konfuzji nie zwykła ulegać. W jej świecie, świecie, który organizowała i w którym rządziła, nie było na nią miejsca. Konfuzja oznaczała niewiedzę, Angelica zaś zawsze wiedziała - czego chce, co czuje, jak powinno wyglądać jej życie.

Za jej konfuzję w pełni ponosił winę Debenham.

Nie mógł być jej bohaterem. Usiłowała przekonać samą siebie, że jej intuicja się pomyliła, że czar Lady zawiódł. Że jakimś sposobem wszystkie znaki były spaczone lub fałszywe. Napominała się, że Debenham nie odpowiedział na jej awanse jakąkolwiek zachętą - choć wydawało jej się, że to robił, w istocie jedynie ją zwodził...

Upływały minuty. Angelica leżała w ciemności, spierając się sama ze sobą.

Nie miała pojęcia, ile czasu minęło, nim wreszcie uznała, że to przegrana sprawa.

Jej intuicja trwała przy swoim, wiara w Lady i jej talizman pozostała niewzruszona. Angelica wiedziała dokładnie to samo, co wówczas, gdy postarała się, by zostać przedstawioną Debenhamowi. Nic, co zaszło od tamtej pory, nie wpłynęło na tę wiedzę ani nie zmieniło wyrastającego z niej niepodważalnego przekonania.

Debenham był jej bohaterem.

Co oznaczało, że pomyłką była cała reszta.

W porządku. Zaciskając wargi na kneblu, Angelica zmrużyła oczy i pokiwała głową. Zaczekam więc, dowiem się, o co tu chodzi, a potem to zmienię. Zmieni sytuację, zmieni jego. Uformuje go na nowo, jeśli okaże się to konieczne. Bez względu na wszystko on będzie moim bohaterem.

Zawsze miała nadzieję, że zdobycie bohatera będzie stanowić wyzwanie; najwyraźniej owo życzenie się spełniło.

A zatem żadnego strachu, chyba że odkryję powód, by się bać. Dowiem się, o co chodzi, i ruszę dalej od tego punktu. Ponieważ Lady i ja się nie mylimy, musi istnieć sposób, którego odnalezienie najwyraźniej pozostaje w mojej gestii, a przy tym leży w moim najlepiej pojętym interesie.

Debenham powiedział, że wszystko wyjaśni. Kiedy już to zrobi, Angelica przejmie dowodzenie.

Uzbroiła się w cierpliwość. Czekała.

Czekała jeszcze trochę.

Gdzie on się, u diabła, podziewa?

Miotała już straszliwe przekleństwa, kiedy raptem stangret i chłopiec stajenny zamilkli, po czym kareta się zakołysała, gdy ten drugi zeskoczył z kozła. Angelica okiełznała język i nasłuchiwała, nie zorientowała się jednak, czy Debenham jest na zewnątrz, dopóki nie otworzył drzwi pojazdu. Jak na tak potężnego mężczyznę, poruszał się nader cicho.

Wpatrywała się lodowato w ciemną sylwetkę, prawie że całkowicie wypełniającą otwór drzwiowy.

- Ajyszy-as.

Przez chwilę na nią patrzył, a potem wspiął się do środka.

- Trwało to dłużej, niż zakładałem. Pani rodzina została niemalże do końca przyjęcia, a potem, kiedy wychodziłem, dopadł mnie przyjaciel. - Dźwignął Angelicę z siedzenia.

Nadal owinięta niczym mumia, trzymała język na wodzy i nie stawiała oporu, kiedy manewrował, żeby wynieść ją z pojazdu.

Gdy znaleźli się na zewnątrz, zarzucił ją sobie na ramię.

- Mff! - Wiercąc się wściekle, spiorunowała wzrokiem jego plecy.

Mocniej docisnął sobie jej nogi do torsu.

- Proszę o chwilę cierpliwości. Zaniosę panią do domu i tam rozwiążę.

Rozpoznała ten ton. Miał niższy głos, ale równie dobrze mógłby być jednym z jej braci zwracającym się do kobiety, którą ze zrezygnowaniem chronił.

Ze zrezygnowaniem?

Znów się w niej zagotowało.

Róg pledu opadł jej na tył głowy, Angelica zachowała jednak możliwość rozglądania się na boki. Kiedy Debenham ruszył, dostrzegła stangreta i stajennego, zaledwie cienie w mroku.

Debenham schylił się, wnosząc ją przez furtkę w kamiennym murze do, jak się zdawało, rozległego ogrodu. Angelica rozejrzała się, usiłując wyrobić sobie pojęcie o lokalizacji domu. Jakkolwiek nie uzyskała rozstrzygającej odpowiedzi na swoje pytanie, wszystko, co zobaczyła - warzywnik, niewielki sad, rozmaite zabudowania gospodarcze, brukowany dziedziniec przed tylnym wejściem, po którego obu stronach, nieco powyżej, rozciągały się trawniki i rosły krzewy - świadczyło o tym, że chodzi o jedną z tych wiekowych rezydencji, jakie nadal spotykało się przy najlepszych londyńskich ulicach.

Kilka spostrzeżeń, jakie poczyniła na temat budynku, zdawało się to potwierdzać: okna okalały stare kamienne motywy dekoracyjne, a sam dom, którego masywna bryła odcinała się na tle nocnego nieba, miał ponad trzy kondygnacje.

Angelica ciągle znajdowała się w najwytworniejszych sferach.

Zarówno Heather, jak i Eliza zostały natychmiast wywiezione z Londynu, ale żadnej z nich nie porwał tajemniczy laird we własnej osobie. Angelica nabierała coraz większego przekonania, że szerokie plecy, z których aktualnie zwisała, należą właśnie do tego nieuchwytnego arystokraty.

Nie mogła się doczekać, kiedy Debenham usunie jej knebel.

Wniósł ją do domu tylnymi drzwiami. Ogromne pomieszczenie za nimi było ciepłe, przyjemne i dobrze oświetlone. Zaszurały krzesła, kiedy zaś Debenham wkroczył w obręb światła, z kilku gardeł wyrwały się okrzyki.

- Łaskawe nieba! To ona? - Kobiecy głos i szkocki akcent.

- Sądziłem, że tego wieczoru planuje pan tylko obserwację. - Starszy mężczyzna, również Szkot.

- Pokoje hrabiny są gotowe, milordzie. - O wiele bardziej wytworny osobnik, w ocenie Angeliki niebędący Szkotem. - Pomyślałem, że może zechce pan obejrzeć odnowione wnętrza, toteż zapaliłem tam kandelabry.

- Dobrze. Panna Cynster i ja porozmawiamy właśnie tam.

Porywacz przekazał jakiś przedmiot - laskę? - służącemu, po czym ruszył dalej przez pomieszczenie.

Angelica przelotnie zobaczyła tych troje, zaliczających się, jak przypuszczała, w poczet jego służby - schludnie ubraną pokojówkę, starszego mężczyznę, którego strój wskazywał na funkcję majordomusa, oraz niskiego, nieco pulchnego osobnika, wedle wszelkich oznak osobistego lokaja Debenhama, trzymającego teraz jego laskę. Wszyscy wyglądali na zaskoczonych, ale zadowolonych, jeśli nie wręcz uszczęśliwionych, że ich pracodawca wraca z wieczornego wypadu z opakowaną w pled porwaną damą na ramieniu.

Debenham schylił się, wychodząc przez kolejne drzwi na korytarz. Kiedy jadalnia dla służby została za nimi, Angelica zmarszczyła brwi. Co tu się, u diabła, działo? Porwał ją, a jego służący widzieli w tym powód do zachwytu?

Jeśli przyjdzie jej spróbować ucieczki, oczywiste, że nie będzie mogła liczyć na ich wsparcie.

Debenham pchnął wahadłowe drzwi i szedł dalej przez ogromny westybul. Angelica widziała przepyszną boazerię, imponujące drzwi i łuki w stylu jakobińskim, witrażowe okna, wszystko to było jednak przykurzone i obwieszone girlandami pajęczyn świadczącymi o tym, że dom przez lata stał niezamieszkany. Debenham dotarł do podnóża masywnych schodów i ruszył w górę. Wydawało się, że w ogóle nie odczuwa ciężaru Angeliki, całkiem jakby niósł na ramieniu niewielki, zrolowany dywanik.

Na szerokim podeście skręcił w lewo i wspiął się kolejnym ciągiem schodów. Balustradę wykonano z ciemnego, bogato rzeźbionego drewna; wszystko, co widziała Angelica - stolik na podeście, ozdobny kandelabr obok niego - było doskonałej jakości, ale stare. Dawno niemodne.

Na piętrze porywacz ruszył galerią, po czym zatrzymał się przed jakimiś drzwiami, otworzył je i przekroczył próg. Kiedy się odwrócił, by je zamknąć, Angelica zyskała okazję, żeby szybko omieść wzrokiem pokój. Jeśli to, co zobaczyła w tym domu do tej pory, kazało jej się zastanowić, elegancja i kosztowna wygoda tego pomieszczenia przegnały wszelkie wątpliwości w kwestii bogactwa i pozycji Debenhama.

Oświetlony przez dwa srebrne kandelabry, przestronny pokój pełnił funkcję bawialni damy. Na wprost delikatnie zdobionego, marmurowego kominka ulokował się ładny szezlong, obity jedwabiem barwy złota i kości słoniowej. W wiszącym nad kominkiem ogromnym lustrze w złotej ramie odbijała się jedwabna tapeta barwy kości słoniowej, tłoczona w drobne, złote fleur-de-lis[1]. Przy oknie stało mahoniowe biurko z pięknym krzesłem z wysokim oparciem. Wypolerowaną podłogę pokrywał gigantyczny orientalny dywan w odcieniach złota, brązu i beżu.

Przez otwarte drzwi w ścianie z kominkiem widać było drugi pokój, z potężnym łożem z baldachimem. Angelica przypomniała sobie słowa lokaja. To były apartamenty "hrabiny". Co przypuszczalnie oznaczało, że istnieje, albo kiedyś istniała, jakaś hrabina, a sam dom najprawdopodobniej należy do hrabiego.

Po bokach kominka ustawiono dwa wielkie, wyściełane złotym aksamitem fotele. Debenham podszedł do tego stojącego dalej od drzwi, przygarbił się, zdjął Angelicę z ramienia i ulokował ją na wygodnej poduszce.

Strząsnęła z głowy pled, po czym, nie przejmując się włosami, które kaskadą opadały jej na twarz, spiorunowała wzrokiem swego oprawcę.

Zacisnął wargi.

- Tak, wiem. Przepraszam po stokroć za moje metody, proszę jednak okazać mi trochę wyrozumiałości.

Zakomunikowała swą odpowiedź stosowną miną: nie zostawił jej wielkiego wyboru.

Zawahał się, po czym wolno i ostrożnie odgarnął jej włosy z oczu i twarzy. Opuszkami palców musnął jej czoło i policzki, Angelica zaś walczyła, by zdławić nagły i słodki dreszcz świadomości.

Jeszcze mocniej zacisnąwszy wargi, sięgnął za jej plecy, poluzował pled i zaczął go odwijać. Zmieniała pozycję, na ile było to konieczne, aż wspólnymi siłami ją uwolnili. Debenham odrzucił pled za fotel.

Sztywno wyprostowana, ze związanymi rękami na podołku, patrzyła przed siebie i czekała, aż rozwiąże jej knebel.

Stał między fotelem a kominkiem, patrząc na nią z góry. Wreszcie Angelica podniosła nań wzrok, ostrzegawczo mrużąc oczy.

Jak zwykle niewzruszony, lustrował jej twarz.

- Ten dom - rzekł w końcu - jest bardzo duży i odizolowany. Jeśli zacznie pani krzyczeć, usłyszymy panią wyłącznie ja i moja służba. Jednak, powtórzę, nie mam zamiaru pani skrzywdzić, w żaden sposób. Przywiozłem panią tutaj, ponieważ muszę z panią porozmawiać. Długo i na osobności. Muszę pani wytłumaczyć, o co chodzi. - Patrzył jej w oczy. - Oraz dlaczego potrzebuję pani pomocy.

To ostatnie zdanie zmieniło wszystko. W pięciu słowach przekazał Angelice władzę, przemieniając się z porywacza w suplikanta. Zaglądała mu badawczo w oczy, upewniając się, że wypowiedział to zdanie z rozmysłem, że doskonale pojmował konsekwencje tego rodzaju oświadczenia. Znów wezbrała w niej ciekawość, wraz ze znacząco bardziej dojmującymi impulsami. Debenham czekał na znak; patrząc mu w oczy, skinieniem głowy zasygnalizowała gotowość do tego, by go wysłuchać.

Sięgnął do węzła na jedwabnej chście. Moment później uwolnił Angelicę od knebla. Chciała coś powiedzieć, odkryła jednak, że kompletnie zaschło jej w ustach.

- Chwileczkę.

Wepchnął chustę do kieszeni, rozsupłał węzeł krępującego jej ręce szala, a następnie zostawił ją, żeby do końca się wyswobodziła, sam zaś podszedł do serwantki przy ścianie - damskiej wersji oszklonego barku. Nalał wody do szklaneczki i przyniósł ją Angelice.

- Proszę.

Odłożyła szal na podłokietnik fotela, wzięła oburącz szklaneczkę, uniosła ją do ust... i zastygła. Przyjrzała się przezroczystemu płynowi w kryształowym naczyniu, po czym podniosła wzrok na Debenhama.

Znów zacisnął wargi. Odebrał jej szklaneczkę, jednym haustem wychylił połowę zawartości, a potem wyciągnął szkło w stronę Angeliki.

- Zadowolona?

Słysząc ton jego głosu, miała chęć się uśmiechnąć, zapanowała nad tym jednak, po królewsku skłoniła głowę, przyjęła szklaneczkę, napiła się wody - i nieomal westchnęła.

- Moje stopy. - Wysunęła je, nadal spętane.

Przykucnął, żeby zająć się węzłem.

Angelica nie planowała, że "moje stopy" będą pierwszymi słowami, jakie padną z jej ust, niemniej dzięki temu, że Debenham zajął się uwalnianiem jej z pęt, zyskała dodatkowe sekundy na zebranie myśli. Jeśli potrzebował jej pomocy... Nie umiała sobie wyobrazić, jakim sposobem, ale jeśli temu służyło porwanie, być może Debenham nie odbiegał aż tak drastycznie od jej ideału bohatera.

Wskutek jej wcześniejszych prób wyswobodzenia się węzeł na chuście się zacisnął; podczas gdy Debenham koncentrował się na jego poluzowaniu, Angelica przyglądała się jego twarzy, wreszcie z bliska i w lepszym świetle.

Patrzyła na maskę, nieprzeniknioną osłonę. Kimkolwiek był Debenham, trzymał swoje emocje, samego siebie, w zamknięciu, w pełni ukryte za tą rozpraszająco atrakcyjną tarczą.

Pęta z jej kostek opadły. Debenham podniósł się zwinnie.

- Dziękuję - odparła z łaskawą uprzejmością, która wyraźnie go drażniła. Jeszcze długo nie wybaczy mu sposobu, w jaki ją potraktował.

Ze szklaneczką w dłoni umościła się w wygodnym fotelu.

Przyglądał się jej przez chwilę, po czym zasiadł w drugim fotelu, bez wysiłku przyjmując pozę pełną wdzięku i męskiej elegancji.

Ponownie napiła się wody i wpatrywała się weń ponad krawędzią szklaneczki. Dorastała otoczona potężnymi, eleganckimi, silnymi mężczyznami, lecz Debenham bił ich wszystkich na głowę. Niezaprzeczalnie był najwspanialszym męskim okazem, jaki kiedykolwiek oglądała. Znalazła się pod wrażeniem nie tylko jego twarzy - tak surowo przystojnej, okolonej czarną grzywą, która sugerowała ledwie okiełznaną dzikość - chłodno rzeźbionych płaszczyzn policzków czy fascynujących oczu i ust. Chodziło o niego całego, o wyżej wymienione elementy w połączeniu z ciałem o idealnych proporcjach, długimi nogami mężczyzny nawykłego do jazdy konnej, prawie że niemożliwie szerokimi barkami, które pozostawały wszak w pełnej harmonii z rozległą klatką piersiową i potężnymi bicepsami. Miał wielkie, silne dłonie o krótkich palcach, wiedziała jednak, że potrafi posługiwać się nimi łagodnie. Zdawał się całkowicie świadom swojej siły, przyzwyczajony do tego, by ostrożnie ją stosować.

Gdyby Angelice przyszło wcześniej na myśl określić fizyczny wizerunek swego bohatera, nie zrobiłaby tego tak umiejętnie. Siedział w fotelu i patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy - mroczny Adonis o zmiennych oczach, który był jej pisany.

Równie dobrze mogła zacząć wdrażać swój plan.

- Kim pan właściwie jest? - spytała ostro, patrząc mu w oczy.

W jego spojrzeniu pojawił się mars, odpowiedział jednak.

- Dominic Lachlan Guisachan, ósmy hrabia Glencrae. - Zdumiała się, on zaś lustrował jej twarz. - Mówi pani coś ten tytuł?

- Nie. - Zmarszczyła brwi. - A powinien?

Wolno zaprzeczył ruchem głowy.

- Zastanawiałem się po prostu, czy obił się pani o uszy.

- A Debenham?

- Jeden z moich pomniejszych tytułów.

Mocniej ściągnęła brwi.

- Dlaczego miałby się pan posługiwać tytułem wice hrabiego zamiast hrabiowskim?

- Ponieważ hrabia pochodzi ze szkockich wyżyn w przeciwieństwie do wicehrabiego. - Zrobił krótką przerwę. - Zakładałem, że chcąc panią śledzić, będę musiał prześlizgiwać się po obrzeżach wytwornego towarzystwa, kiedy jednak tydzień temu pokazałem się w Londynie, odkryłem, że nadal uważa się mnie tutaj za Debenhama. Mój nieżyjący już ojciec wycofał się z Londynu czterdzieści lat temu. W towarzystwie zapomniano zarówno jego, jak i jego tytuł. Jego śmierć przeszła tu praktycznie niezauważona. Przy okazji poprzedniego pobytu w Londynie istotnie byłem Debenhamem, nosiłem angielski tytuł, z majątkiem niedaleko Peterborough. Nie widziałem wówczas powodu, by chwalić się szkockimi korzeniami albo tym, że dziedziczę tytuł hrabiowski; i bez tego z trudem opędzałem się od swatek. Przypuszczalnie ze wszystkich tych względów nikt nie odnotował faktu, że zostałem hrabią, mogę zatem krążyć w towarzystwie jako Debenham, dopóki zaś unikam innych szkockich parów, wszystkich tych, którzy mogliby rozpoznać mnie jako Glencrae'a, nikomu nie przyjdzie do głowy powiązać mnie z próbami porwania pani sióstr.

Wpatrywała się w niego intensywnie.

- Dla jasności, pan jest tym lairdem? Tym szkockim arystokratą odpowiedzialnym za owe nieznośne porwania?

- Ku mej zgryzocie, tak.

Nie wyglądał na szczęśliwego z tego powodu, niemniej ujawniając się przed Angelicą, w jej mniemaniu podejmował nadmierne ryzyko.

- Unikać wszystkich szkockich parów... A gdyby któryś z nich pana zobaczył, wspomniał o tym i wieść dotarłaby do mojej rodziny, jak to zwykle bywa w takich przypadkach? Szkocki par pańskiej postury i wyglądu, w pańskim wieku: właśnie kogoś takiego moja rodzina poszukiwała.

- Pomyślnie dla mnie szkoccy parowie przeważnie wolą edynburską socjetę. Jeśli nawet pojawiają się w Londynie, raczej nie obracają się w tych samych kręgach, co Cynsterowie. Ponadto o tej porze roku większość z nich wróciła już do swych posiadłości na letnie polowania. Dzięki czemu ja sam mogłem względnie bezpiecznie zapolować tutaj.

- A co z Breckenridge'em, no i Elizą, i Jeremym? Wszyscy troje pana widzieli, nawet jeśli tylko z pewnej odległości.

- Jako świeżo upieczeni narzeczeni, pani siostra Heather i Breckenridge, podobnie jak Eliza i Jeremy Carling, raczej nie uczestniczą teraz w balach. Uznałem, że mogę podjąć takie ryzyko.

- Ale wszyscy z mojej rodziny poznali opis... - Urwała.

- Właśnie. Bycie wysokim, postawnym brunetem nie wystarczy, żeby wzbudzić podejrzenia, skoro nie mówię ze szkockim akcentem i powszechnie uchodzę za angielskiego wicehrabiego.

- I ta laska. - Angelica zerknęła na jego lewą nogę. - Pański uraz jest prawdziwy czy to tylko wygodna historyjka, uzupełniająca kamuflaż?

Ściśle biorąc, nie westchnął, odniosła jednak wrażenie, jakby to zrobił.

- Nic z tego, co powiedziałem pani dziś wieczorem, nie odbiegało od prawdy. Mój pierwotny uraz był poważny i długotrwały w skutkach, wspierałem się na lasce przez cały wcześniejszy pobyt w Londynie. W ostatnich czterech latach jej nie używałem, ostatnio jednak podrażniłem kolano, musiałem więc znowu zacząć z niej korzystać, przynajmniej w towarzystwie. Tak więc prawdą jest, że nie tańczę. Jednak tak się pomyślnie złożyło, że laska jedynie wzmocniła powszechne przekonanie, iż to tamten dawny Debenham wrócił do miasta. - Urwał na moment. - Nawet pani niczego nie podejrzewała. Kiedy się pani domyśliła?

- Gdy usłyszałam akcent pańskiego stangreta. - Przyglądała mu się przez chwilę. - Mam jedno, bardzo istotne pytanie. Dlaczego nie jest pan martwy?

Zmarszczył brwi.

- Dlaczego ktokolwiek miałby sobie wyobrażać, że nie żyję?

- Przypuszczalnie dlatego, że spadł pan z bardzo wysokiego urwiska, ratując Elizę i Jeremy'ego przed Scrope'em.

Jego czoło się wygładziło.

- Spadłem na występ skalny jakieś sześć metrów niżej. Scrope na niego nie trafił. To on poniósł śmierć, nie ja. - Pogładził się po lewym udzie, bez wątpienia instynktownie; kiedy się zorientował, co robi, jego dłoń znieruchomiała. - To ten upadek odnowił mój dawny uraz. - Znów nasrożył brwi. - Kiedy jednak u podnóża urwiska znaleziono tylko jedno ciało...

- Ciała... czy też, najwyraźniej, ciało zabrali poganiacze, których do tej pory nie udało się wytropić. Dlatego żadna ze znanych nam osób nie wie, że był tylko jeden trup.

- Zatem pani rodzina sądzi, że nie żyję. - Skupił wzrok na jej twarzy. - Z tego powodu nikt pani nie pilnował.

- Martwi nie stwarzają zagrożenia. Oczywiście, moje zniknięcie na nowo wywoła wrzawę. - Napiła się wody. - W końcu też uda się odnaleźć tamtych poganiaczy, a moja rodzina uzmysłowi sobie, że pan nadal jak najbardziej przechadza się wśród żywych.

- I wszyscy zapragną mojej głowy.

- W najlepszym razie. Jednakże nie znają dotąd pańskiej tożsamości. - Odczekała chwilę, a później pochwyciła jego spojrzenie i uniosła brwi. - Dlaczego więc tu jestem? - Rozpostarła ręce, ogarniając gestem otoczenie. - Powiedział pan, że się z tego wytłumaczy.

Patrzył jej w oczy. Zdawało się, że porządkuje myśli.

- Mógłbym wyłuszczyć pani wszystko - rzekł wreszcie - lecz to długo potrwa, a dla naszych celów tej nocy wystarczy, jeśli zaakceptuje pani...

- Nie.

Zamrugał.

- Co proszę?

- Nie. - Zacisnęła szczękę, wytrzymując jego spojrzenie. - Nie, nie pozwolę się zbyć połowicznym wyjaśnieniem. Albo nawet nie! - Wyrzuciła w górę rękę. - Dopiero co porwał mnie pan z przyjęcia, żeby pomówić ze mną "długo i na osobności". Sugeruję, aby wziął się pan do dzieła, i proszę nawet nie myśleć o tym, by skąpić mi szczegółów.

Twarz hrabiego stężała. Angelica nie miała pewności, wydało jej się wszakże, że jego policzki nabrały koloru.

Wytrzymała spojrzenie, niewzruszona w obliczu bijącej od niego nie tak znów subtelnej aury władzy, starej i arystokratycznej, która po raz kolejny przypomniała Angelice, że ten mężczyzna należy do jej sfery i nawykł do rządzenia - właśnie tym od wieków zajmowali się jego przodkowie.

- Jak na dwudziestojednoletnią gąskę, nader apodyktyczna z pani osóbka.

- W rzeczy samej. - Uśmiechnęła się ze sztuczną słodyczą. - Zdaje się też, że powiedział pan, iż potrzebuje mojej pomocy.

Zapadła cisza. Angelica wiedziała, że hrabia potrafi poruszać się zadziwiająco szybko, czego dowiódł na tarasie u lady Cavendish, lecz podobnie jak inni znani jej postawni, silni i inteligentni mężczyźni, posiadł również umiejętność trwania w całkowitym bezruchu, z której często korzystał.

Na nią wszakże ta sztuczka nie działała. Angelica poznała już jego tożsamość, wiedziała, do czego jest zdolny, ale nie zamierzała dać się zastraszyć. Usadowiona wygodnie w fotelu, wytrzymała jego spojrzenie.

- Ośmielę się zasugerować, drogi hrabio - odważnie przerwała ciszę - że ta rozmowa przebiegnie o wiele sprawniej, jeśli zacznie pan od początku.

Po dłuższej chwili wziął głęboki oddech.

- Od początku? W takim razie... Co pani wie o życiu swojej matki w miesiącach poprzedzających jej zamążpójście?

Zamrugała.

- Pańska historia wtedy się zaczyna?

Trzymając gniew mocno na wodzy, Dominic Guisachan, ósmy hrabia Glencrae, przytaknął. Nie wyglądał tej rozmowy z utęsknieniem, w dodatku branka bardzo odbiegała od jego wyobrażeń o rozpieszczonej księżniczce z towarzystwa, toteż z każdą minutą narastało w nim przekonanie, że doświadczenie okaże się dlań wyjątkowo mało przyjemne. Może i Angelica Cynster była rozpieszczona, ale miała też cięty język, szybko myślała i wykazywała się na tyle dużym zmysłem obserwacji oraz wnikliwością, by czuł się nieswojo. Zaczynał podejrzewać, że ta dziewczyna ma kręgosłup ze stali. Powiedziała mu "nie". Nie przypominał sobie, kiedy po raz ostatni ktoś się na to poważył... nie licząc jego matki.

Kiedy wpatrywała się weń bez zrozumienia, nie odpowiadając na jego pytanie, zazgrzytał zębami i sformułował je nieco inaczej.

- Co pani wiadomo o okolicznościach ślubu rodziców?

Pomiędzy idealnymi łukami jej brwi pojawiła się pionowa kreska.

- Uciekli i pobrali się w Gretna Green[2]. - Zamrugała. - To dlatego polecił pan przywieźć tam Heather?

- Tak i nie. - Zbył kwestię machnięciem ręki. - To sprawa znacznie późniejsza. Czy nie zależało pani na początku?

- Owszem. - Machnęła nań władczo w odpowiedzi. - Proszę kontynuować, inaczej spędzimy tu całą noc.

Zapewne spędzą tu całą noc tak czy owak...

- Wie pani, dlaczego rodzice uciekli?

- Tak. Rodzice mamy zaaranżowali dla niej małżeństwo z arystokratą, jakimś starszym hrabią, ale mama zakochała się w papie. Ponieważ jej rodzice woleli hrabiego od czwartego syna księcia i naciskali na mamę, mama i papa uciekli, żeby wziąć ślub nad kowadłem w Gretna Green.

- Wie pani, jak nazywał się hrabia, którego odrzuciła pani matka?

Kreska pomiędzy jej brwiami powróciła. Angelica przyglądała mu się bacznie.

- Powie mi pan zaraz, że to był hrabia Glencrae. Pański ojciec?

Przytaknął.

- I...?

Jej niecierpliwość działała mu na nerwy.

- Jak już chyba wspomniałem, nie spodziewałem się, że porwę panią tego wieczoru, toteż nie przygotowałem zgrabnej dysertacji.

Kiedy nie odpowiedziała, a jedynie twardo patrzyła mu w oczy, przełknął gniew i rozpoczął opowieść.

- Mortimer Guisachan, siódmy hrabia Glencrae, liczył sobie niewiele ponad czterdzieści lat, kiedy poznał Celię Hammond, młodą angielską piękność. Zaledwie dziewiętnastoletnia, urzekła go, niemal na pewno bezwiednie. Mortimer oszalał na jej punkcie. Niczego nie pragnął bardziej, jak pojąć ją za żonę. Zwrócił się do jej rodziców, ci natychmiast się zgodzili i wszystko zmierzało, jak mniemał Mortimer, w kierunku ołtarza. Jako tradycjonalista, Mortimer nie rozmówił się z Celią osobiście, rodzicom dziewczyny pozostawiając poinformowanie jej, jakie spotkało ją szczęście, co zresztą stanowiło w tamtych czasach powszechną praktykę. Tydzień później Mortimer otrzymał od Hammondów wiadomość, że Celia uciekła z lordem Martinem Cynsterem, czwartym synem St. Ivesa'a, i poślubiła go w Gretna Green.

Angelica słuchała w skupieniu. Kiedy na moment umilkł, ponagliła go gestem.

- Musi pani zrozumieć, że Mortimer nie był mężczyzną namiętnym. Nie powiedziałem, że kochał Celię. Jego stosunek do niej był dobroduszny, wręcz ojcowski. W konsekwencji, kiedy zrozumiał, że ona kocha Martina Cynstera, kiedy zobaczył tych dwoje razem po ich powrocie do stolicy, zaakceptował fakt, że Celia odnalazła szczęście, i wycofał się nie tylko z jej życia, ale również z towarzystwa i z Londynu. Zamknął swój dom, ten dom, i osiadł na zamku w Szkocji.

- Na wyżynach?

Przytaknął.

- Dzięki długim rządom mojego dziadka majątek prosperował, a klanowi dobrze się wiodło. Mortimer wrócił do domu, zostawiając Celię i Martina samym sobie. Jednakże jego fiksacja na punkcie Celii nie zanikła. Odkrył, że po prostu musi wiedzieć, jak ona się miewa, co porabia. Z własnego wyboru odizolowany na szkockich wyżynach, zaczął śledzić jej życie. Nakłonił dawnych przyjaciół, żeby opisywali mu jej poczynania, po kilku latach miał już w towarzystwie płatnych obserwatorów, którzy regularnie, przynajmniej raz na tydzień, słali listy na północ, relacjonując mu każdy szczegół życia Celii, a potem również jej dzieci, gdyż obsesja Mortimera rozciągnęła się także na nie.

Tym razem, kiedy urwał, Angelica, wpatrzona w jego twarz, zwyczajnie czekała, aż sam podejmie opowieść.

- Jednakże jako głowa klanu musiał się ożenić i spłodzić dziedzica. Jego młodszego brata nigdy nie przygotowywano do roli lairda, hrabiego, zatem Mortimer pogodził się ze swą powinnością, wyprawił się do Edynburga na jeden sezon i znalazł sobie żonę. Mirabelle Pevensey pochodziła ze szkockich nizin, z wyśmienitej, acz niezbyt majętnej rodziny, była zepsuta ponad wszelkie wyobrażenie i powszechnie uważana za oszałamiającą piękność. Jakkolwiek sporo od niej starszy, Mortimer nadal uchodził za przystojnego mężczyznę. Jego obsesja w związku z utraconą miłością nie stanowiła w tamtym czasie dla nikogo w Edynburgu tajemnicy, lecz Mirabelle postrzegała ją jako wyzwanie, takie, które, gdy mu podoła, przysporzy jej towarzyskiego uznania. Postanowiła podbić Mortimera, wyleczyć go z fiksacji na punkcie dalekiej angielskiej damy i uczynić zeń swego oddanego niewolnika, zdobyć jego miłość i całkowicie zawłaszczyć uwagę. Za sprawą swej niewątpliwej urody była pewna sukcesu. Poślubiła go i radośnie podążyła za nim na wyżyny, przekonana, że jeśli nie po miesiącu, to maksymalnie po roku owinie go sobie wokół palca. Tymczasem odkryła, że nie może rywalizować z Celią ani tym bardziej z jej dziećmi.

Ciągle patrzył Angelice w oczy.

- Mortimer znał każdy najdrobniejszy szczegół życia pani braci: ich oceny w Eton, uprawiane sporty, zmieniające się zainteresowania. Wiedział o każdej chorobie, na jaką zapadli. Jeśli Mirabelle mu nie przypomniała, zapominał o jej urodzinach, nigdy jednak nie zdarzało mu się to w przypadku Celii, Ruperta czy Alasdaira. Założywszy, że to właśnie dzieci tak fascynują Mortimera, jakże bowiem mógłby pozostać oddany Celii, kiedy na wyciągnięcie ręki miał o wiele piękniejszą żonę, Mirabelle zdecydowała się wypełnić swą powinność i urodziła mężowi syna.

- Pana. - Angelica przyglądała mu się spokojnie.

Skinął głową.

- Mnie. Jednakże, niestety dla Mirabelle, choć Mortimer okazał się dobrym, troskliwym ojcem, poświęcającym mi dokładnie tyle uwagi, ile mógłbym sobie życzyć, moje pojawienie się nijak nie wpłynęło na jego obsesję na punkcie Celii i jej potomstwa.

Opuścił wzrok na swą dłoń, na rozczapierzone na udzie palce.

- Domyślam się, że poród był trudny. W konsekwencji, wydawszy mnie na świat, Mirabelle uznała, że wypełniła swój obowiązek, tak wobec mego ojca, jak i klanu. Spodziewała się teraz tego, co uważała za należną jej nagrodę, zawiodła się wszakże. Mogę jedynie zgadywać, lecz chyba myślała, że jeśli zwyczajnie poczeka, w miarę mojego dorastania przywiązanie Mortimera do mnie będzie wzrastało, aż w końcu obejmie także i ją. Dlatego uzbroiła się w cierpliwość i czekała. Jakkolwiek Mortimera nie ciągnęło do życia towarzyskiego, gdyż Celia i jej rodzina w zupełności zaspokajali jego potrzeby w tym zakresie, od początku dawał do zrozumienia, że Mirabelle może korzystać z domu w Edynburgu i dołączyć do tamtejszej socjety. Nigdy tego nie zrobiła, co wszystkich zastanawiało, aż dopiero wiele lat później, kiedy jako młodzieniec zacząłem się obracać w edynburskim towarzystwie, odkryłem, że korespondowała z przyjaciółkami sprzed swego zamążpójścia, chwaląc się im, jak to oderwała Mortimera od fascynacji Celią i jak teraz szalał na jej punkcie. W listach odmalowywała swoje wymarzone życie, nie zaś rzeczywistość. W efekcie, mimo że nikt nie zabraniał jej pojechać do Edynburga, nie mogła tego zrobić; nie bez Mortimera płaszczącego się u jej stóp. I tak oto utknęła na wyżynach, czekając, ciągle czekając, i gorzkniejąc coraz bardziej. Wreszcie uzmysłowiła sobie, że jej strategia nigdy nie przyniesie pożądanego rezultatu. Pani siostry, i pani sama, przyszłyście już wtedy na świat, a Mortimer był wniebowzięty. Nieustannie rozprawiał o waszych wyczynach. Jeśli wcześniej przepadał za Celią, to na punkcie jej córek zupełnie zbzikował.

Spojrzawszy na Angelicę, Dominic odkrył, że przygląda mu się ze zmarszczonymi brwiami.

- Musiał pan nas nienawidzić, całej naszej rodziny.

- Nie. Ani trochę. - Zawahał się, ale prędko pogodził się z faktem, że musi wyznać również i to. - Prawda wygląda tak, że bardzo mi odpowiadało, iż uwagę mojego ojca zaprzątają Cynsterowie. Dzięki temu mogłem robić, co tylko chciałem, a mając wokół siebie klan, nigdy nie narzekałem na brak towarzystwa czy mentorów. Kuzyni i wujowie uczyli mnie jeździć konno, polować, łowić ryby, strzelać... wpajali mi te wszystkie umiejętności, o jakich może marzyć chłopak. Ciotki, prawdziwe i przyszywane, przygotowywały mi smakołyki i opatrywały zadrapania. Za sprawą Celii oraz jej dzieci miałem o wiele bardziej... barwne i satysfakcjonujące dzieciństwo i za to - skłonił głowę - dziękuję pani i pani krewnym.

- Ale pańska matka... - Angelica była szczerze wstrząśnięta. - To musiało być bolesne.

Patrzył jej chwilę w oczy, zanim ponownie się odezwał.

- Mirabelle nie była zanadto macierzyńska, zawsze traktowała mnie wyłącznie jak pionek w grze, a dzieci zauważają takie rzeczy. Nawet jako dziecko jej nie ufałem, ale nie musi mi pani współczuć z tego powodu: miałem wokół siebie cały klan, trudno o lepszą opiekę. - Urwał na moment. - Opiekę właściwego rodzaju, nie psuto mnie. Byłem po prostu jednym z tuzina dzieciaków, którym lato upływało na szaleństwach pod okiem tuzina dorosłych. Tym właśnie jest klan, po to istnieje. Tworzymy jedną wielką rodzinę.

Westchnął ciężko.

- W taki sposób docieramy do kolejnego zdarzenia w historii Mirabelle. Kiedy porzuciła już wszelką nadzieję na zdobycie uwagi mego ojca, usiłowała odzyskać mnie, niejako odbić mnie klanowi. Miałem wtedy dwanaście lat. Liczyła na to, że zrobi ze mnie swoją marionetkę, tak by po śmierci Mortimera, który był wszak znacznie od niej starszy, móc kontrolować klan i jego finanse. Próbowała zatem wciągnąć mnie z powrotem pod swoje skrzydła, przekonała się jednak, że nie jest w stanie. Mirabelle pochodziła z nizin i nie rozumiała, nigdy nawet nie postarała się zrozumieć, jak funkcjonują wyżynne klany. Kiedy raptem spróbowała mnie zawłaszczyć, klan zamknął się wokół mnie. Nikt nie przeciwstawiał się jej otwarcie, lecz ilekroć wracałem do domu ze szkoły, matka nie mogła mnie znaleźć: zawsze gdzieś tam się włóczyłem, tak że nie miała sposobności mnie złapać, zaciągnąć do swej bawialni i kontrolować. Po jakimś czasie zaprzestała tych prób. Ja... my wszyscy założyliśmy, że w końcu pogodziła się z losem. Nigdy nie uczyniła najmniejszego wysiłku, żeby stać się częścią klanu, prawdziwą żoną lairda. Spoglądała na członków klanu z góry, toteż nie miała tam żadnej przyjaciółki, która pomogłaby jej przetrwać wszystkie te lata. Stawała się coraz bardziej zgorzkniała, pełna urazy i zamknięta w sobie.

Zrobił przerwę, żeby zaczerpnąć tchu.

- Potem, kiedy w wieku dwudziestu jeden lat przyjechałem do domu z uniwersytetu, upadłem i poważnie uszkodziłem sobie kolano. Zostałem unieruchomiony na całe tygodnie, niczym więzień, a Mirabelle podjęła jeszcze jedną próbę, tym razem usiłując zwrócić mnie bezpośrednio przeciw ojcu.

Urwał ponownie. Angelica zastanawiała się, czy zdawał sobie sprawę, że jego oczy przybrały odcień, który w pełni uzasadniał porównanie ich do lodu.

- Nie wiem, jak daleko by się posunęła, ponieważ kiedy tylko się zorientowałem, do czego zmierza, natychmiast to uciąłem, korygując jej mylne wyobrażenie, że żywię jakiekolwiek ambicje, aby przejąć tytuł przed śmiercią ojca, śmiercią z przyczyn całkowicie naturalnych. Z początku nie wierzyła, potem wpadła w szał, niewiele jednak mogła zrobić. Przestrzegłem ojca i innych, i to by było na tyle. Kiedy wyzdrowiałem, jak najprędzej wyjechałem do Londynu i następne pięć lat upłynęło mi głównie tutaj. Przy okazji wizyt w domu spędzałem czas z ojcem, z klanem, objeżdżałem nasze ziemie. Wiedziałem już większość rzeczy, które miały mi być potrzebne po objęciu dziedzictwa, nie istniał więc powód ku temu, żebym długo zabawiał na wyżynach.

Po raz kolejny zrobił przerwę, pochylił się do przodu, wspierając przedramiona na udach, i utkwił wzrok w twarzy Angeliki.

- To niezbędne tło, stąd biorą swój początek wydarzenia, w których następstwie znalazłem się obecnie w tarapatach i potrzebuję pani pomocy. W latach mojego pobytu w Londynie pogoda okazała się mało łaskawa, zbierano marne plony i klan popadł w kłopoty. W dwudziestym trzecim ojciec po raz pierwszy od ponad trzydziestu lat przyjechał do Londynu, żeby poprosić mnie o błogosławieństwo dla umowy, którą wypracował, chcąc ocalić klan. Wysłuchałem go i zgodziłem się na jego koncept.

Opuścił wzrok na zwieszone między kolanami dłonie.

- Cały plan obracał się wokół kielicha, od wieków znajdującego się w rękach naszej rodziny. Historia kielicha nie ma związku z bieżącą sytuacją i, poza zaspokojeniem pani niewątpliwej ciekawości, nie wniesie nic do wyjaśnienia, dlaczego posiada on tak wielką wartość dla kliki londyńskich bankierów. - Splótł palce, spoglądając na zegar kominkowy, a później popatrzył Angelice w oczy. - Jeśli zechce pani przyjąć za fakt, że kielich jest bajecznie cenny, możemy uniknąć tej dygresji.

Uważnie zajrzała mu w oczy, po czym skinęła głową.

- O kielichu opowie mi pan później.

Wyprostował się, odchylił na oparcie i znów na nią spojrzał.

- Dobrze, znajdujemy się zatem przy końcu roku dwudziestego trzeciego, mamy kielich, a mój ojciec rozpaczliwie stara się utrzymać interesy klanu na powierzchni. Jakkolwiek hrabia, głowa klanu, jest właścicielem i zarządcą ziem oraz wszelkich przedsięwzięć, zwyczajowo dochody czerpią z nich wszyscy członkowie klanu, kiedy więc w tej sferze źle się dzieje, cały klan podupada. Toteż gra toczyła się o przyszłość wielu osób.

Zrobił krótką przerwę.

- Umowa, którą mój ojciec obmyślił i dla której szukał mojej aprobaty, miała zostać zawarta z grupą londyńskich bankierów. W zamian za kielich zgodzili się przekazać pewną pokaźną sumę, więcej, niż było trzeba, by przywrócić finanse klanu do świetności. Jednakże, jak już wspomniałem, ojciec był człowiekiem głęboko przywiązanym do tradycji. Ze względu na rolę, jaką kielich odegrał w historii naszej rodziny, ojciec nie potrafił zdobyć się na to, by go oddać, podczas gdy ja nie miałem takich oporów. Tak zatem umowa została uzgodniona, podpisana, pieniądze przekazane, moja zaś rola polega na dostarczeniu kielicha bankierom w piątą rocznicę śmierci ojca.

Zaglądał jej w oczy, a potem nagle wstał. Podszedł do serwantki i nalał sobie wody. Angelica skorzystała z okazji, żeby także się napić. Zahipnotyzowała ją ta historia; skoro jej zaschło w ustach, hrabiemu tym bardziej.

- Mój ojciec nie był ani dobrym, ani złym lairdem - przemówił, nie odwracając się. - Był względnie łagodnym człowiekiem, bynajmniej nie świętym, zawsze jednak dbał o dobro klanu. Jako laird nie zrobił nic, na co ktokolwiek mógłby się skarżyć, lecz zarazem nie próbował też aktywnie powiększać klanu, rozbudowywać jego interesów. Gdyby nie zawarł tej umowy, klan pozostałby bez środków do życia. Poświęciłem pięć lat, aby zagwarantować, że klan nigdy więcej nie stanie się równie podatny na ciosy, ale budowałem głównie na spuściźnie mego dziadka.

Opróżnił szklaneczkę, napełnił ją znowu i wrócił do Angeliki.

Podniosła wzrok na jego twarz.

- Kiedy ma pan przekazać kielich?

Opadł na fotel.

- W piątą rocznicę śmierci mego ojca, czyli pierwszego lipca tego roku.

- I...?

Z jego oczu, gdy teraz na nią patrzył, ziało przeraźliwym chłodem.

- W styczniu tego roku kielich zaginął. Znajdował się w zamkowym sejfie, zaglądałem tam co miesiąc. Kombinację znaliśmy tylko ja i mój zarządca, żaden z nas nikomu jej nie zdradził, nie mówiąc już o przenoszeniu kielicha w inne miejsce. - Napił się wody, a potem utkwił niewidzący wzrok w jakimś punkcie za fotelem Angeliki. - Następnego dnia matka poinformowała mnie, że to ona zabrała i ukryła kielich. Nie mam pojęcia, jak otworzyła sejf. Trzymano tam również rodowe klejnoty, zapewne więc w którymś momencie ojciec otwierał go dla niej, ona zaś zapamiętała kombinację.

Angelica nie zazdrościła jego matce - ton głosu hrabiego stał się lodowaty, każde słowo niosło tłumioną groźbę.

- Mirabelle ma własne priorytety. Powiadomiła mnie, że zwróci kielich, abym mógł dopełnić umowy i ocalić klan, pod warunkiem że dam jej to, czego chce.

- Czego zatem chce? - ponagliła go Angelica, gdyż wsparł głowę na oparciu i zamilkł.

Popatrzył na nią.

- Zemsty na pani matce.

- Na mojej matce? - Angelica zmarszczyła brwi. - Dlaczego? I jak?

- Dlaczego? Ponieważ obarcza Celię odpowiedzialnością za wszystkie swoje życiowe niepowodzenia. Oraz ponieważ Celia wygrała: pomimo niezliczonych wysiłków Mirabelle pani matka zachowała władzę nad moim ojcem aż do dnia jego śmierci, nawet jeśli nie miała pojęcia o jego obsesji. - Umilkł na chwilę. - Natomiast co do "jak"... - Napił się wody i popatrzył Angelice w oczy. - Muszę tylko pochwycić dowolną córkę Celii i ją skompromitować.

Angelica zaglądała mu bacznie w oczy, ale nie doszukała się w nich oznak zaburzenia umysłowego. Mówił najzupełniej poważnie.

- Skompromitować, w jaki konkretnie sposób?

Pokiwał głową.

- Zapytałem ją o to. Okazuje się, że mam porwać jedną z dziewcząt, nieważne którą, i zabrać na północ, na zamek, co samo w sobie będzie oznaczało jej kompromitację w oczach towarzystwa, Mirabelle zaś dokona zemsty, gdyż zada przeciwniczce niewypowiedziany ból, rujnując życie jej córki w rewanżu za własne, zrujnowane przez Celię.

Angelica patrzyła mu w oczy, analizowała wyraz twarzy.

- Czy pańska matka postradała zmysły? - spytała wreszcie.

- W tej kwestii, na to wygląda. Poza tym jednak myśli jasno, jest bardzo sprytna. Gdziekolwiek ukryła kielich, nie udało nam się go odnaleźć. Szukaliśmy we wszelkich możliwych miejscach, wielekroć. Niemniej to ogromny, stary zamek, nam zaś... kończy się czas.

- Jeśli matka nie odda panu kielicha, wskutek czego nie będzie pan mógł przekazać go bankierom pierwszego lipca, co się wtedy stanie?

- Umowę sporządzono w taki sposób - odparł cicho po krótkim wahaniu - że zobowiązanie można wypełnić wyłącznie za pomocą kielicha, nie zastąpi go żadna suma pieniędzy. Jeśli pierwszego lipca nie przekażę kielicha, stracimy zamek oraz wszystkie nasze ziemie: dolinę, jezioro, lasy, jak również wszystkie należące do klanu przedsięwzięcia. Klan zostanie wywłaszczony, pozbawiony środków do życia. Dodatkowe zabezpieczenie umowy stanowi cały majątek klanu.

- Dobry Boże, wszystko?!

- Wszystko. - Jego twarz nabrała surowego wyrazu. - W tamtym czasie nie wydawało się to wielkim ryzykiem: miałem kielich, żeby wywiązać się z umowy. - Popatrzył znów na Angelicę. - Teraz go nie mam, dlatego potrzebuję pani pomocy.

Wirowało jej w głowie, musiała przyswoić tak wiele informacji.

- Zakładając, że panu wierzę - a wierzyła, trudno byłoby bowiem spreparować tak fantastyczną historię, zwłaszcza że mężczyzna przed nią z pewnością nie przejawiał skłonności do fantazjowania - jak konkretnie wyobraża pan sobie moją pomoc?

- Nigdy nie zamierzałem i nadal nie mam zamiaru ulegać dyktatowi matki. Początkowo szukałem alternatywy dla zgody na jej żądanie. Jednakże ocalę klan, wyłącznie przekazując kielich... dlatego zacząłem obmyślać sposób, by tylko na pozór dać matce to, czego chce.

- Postanowił pan wywieść ją w pole. Dobrze. Jak?

Zaglądał jej w oczy. Przelotnie rozluźnił zaciśnięte wargi, lecz potem wyraz jego twarzy znów stał się nieprzenikniony.

- Jedyny sposób, jaki przyszedł mi do głowy, to pojmać jedną z córek Celii i zawrzeć z nią układ, zasadniczo zdając się wraz z klanem na jej łaskę. - Ciągle patrzył Angelice w oczy. - Byłem gotów użyć wszelkich dostępnych argumentów, żeby więc odpowiednio przygotować tło pod zawarcie takiego układu, żeby jak najmocniej przechylić szalę na moją korzyść, zaaranżowałem porwanie jednej z pań i przewiezienie jej do mnie do Szkocji. Porwanie musiało być prawdziwe, jak inaczej bowiem zdołałbym dopaść którąś z was na osobności, z dala od rodziny, i przetrzymać na tyle długo, by przekonać ją do moich racji? Raczej nie mogłem się zjawić na Dover Street, prosząc o możliwość wyłuszczenia mojej sprawy. Pani rodzina nigdy by się nie zgodziła, żeby którakolwiek z was pojechała ze mną na północ sama. A "sama" jest w tym wypadku kluczowe. Jakkolwiek w sprawach tyczących Celii matka wydaje się niespełna rozumu, poza tym myśli rozsądnie. Jeśli zobaczy w pobliżu jakiegoś Cynstera lub choćby pokojówkę z domu pani rodziców, zorientuje się, że nie ma mowy o prawdziwej kompromitacji. Dlatego właśnie porwanie musiało być prawdziwe. - Urwał, zajrzawszy jej w oczy. - Najpierw wynająłem Fletchera i Cobbinsa, słyszała pani o nich?

Przytaknęła.

- Porwali Heather.

- I zabrali ją do Gretna Green. Istotnie, wybrałem to miejsce, ponieważ współgrało z historią pani rodziców, jak również dlatego, że mogło się okazać pomocne przy nakłanianiu dowolnej siostry Cynster, którą by tam dowieziono, do tego, by... zaakceptowała układ, jaki zamierzałem jej zaproponować. Kiedy Heather mi się wymknęła, wysłałem Scrope'a po Elizę, lecz ona także uciekła. - Zawahał się. - Sądziłem, że jeśli nie będę osobiście zaangażowany w samo porwanie, wówczas ta z was, która ostatecznie wpadnie w sidła, okaże się bardziej skłonna przynajmniej mnie wysłuchać, a być może nawet przychylić się do mojej propozycji.

Przełknąwszy osobistą reakcję na to, w jaki sposób hrabia dopiero co ją potraktował, nawet jeśli tylko tymczasowo, Angelica musiała się zgodzić z tym rozumowaniem.

- Jedno pytanie. Dlaczego wycofał się pan, kiedy Breckenridge uratował Heather? Dlaczego posunął się pan jeszcze dalej, ryzykując życie, żeby pomóc Elizie i Jeremy'emu uciec przed Scrope'em?

Zwlekał z odpowiedzią. Kiedy nieznacznie uniosła brwi i po prostu czekała, westchnął.

- W chwili porwania o obu pani siostrach było wiadomo, że nie upodobały sobie żadnego dżentelmena. Moje źródła to potwierdziły. W przeciwnym razie, to znaczy gdyby porwana dziewczyna darzyła uczuciem innego, mój plan nie miałby szans powodzenia. Dlatego kiedy takie uczucie się zrodziło... troszczyłem się już tylko o to, żeby danej parze nic się nie stało. - Popatrzył Angelice w oczy. - Skoro tego wieczoru zapolowała pani na mnie, zakładam, że w pani przypadku nie ma na razie mowy o zainteresowaniu konkretnym dżentelmenem.

Przeciwnie, znalazła już sobie obiekt zainteresowania, ale on nie musiał tego wiedzieć.

Bacznie się jej przyglądał.

- Z informacji, jakie zebrałem na temat niedawnych zaręczyn pani sióstr, zaręczyn wynikłych z faktu, że wciąg-nąłem je do moich planów, wnoszę, że moje działania, to znaczy porwanie przez wynajętych przeze mnie ludzi, nie wyrządziły im krzywdy.

Angelica już miała przytaknąć, ale się powstrzymała. Zastanowiła się, nim wreszcie przyznała łaskawie:

- Nie wydaje mi się, żeby moje siostry miały panu za złe swoje przygody i wynikłe z nich zaręczyny, jeśli o to pan pyta.

W jego żywych oczach zamigotała ulga, po czym znów skupił wzrok na Angelice.

- I tak dotarliśmy do chwili bieżącej.

- W istocie. - Patrzyła mu w oczy. - Jaką więc propozycję zamierzał pan złożyć tej siostrze Cynster, która wpadłaby w pańskie sidła?

Czyli jej, jak na to wychodziło.

Nie odrywał od niej wzroku. Spokojnie wytrzymywała spojrzenie i czekała.

- Klan znaczy dla mnie wszystko, jest moim życiem i oddałbym życie za niego, podobnie jak zrobiłby to każdy z moich ludzi. Jedno wszakże stoi ponad klanem, wyznacza granicę, której nie przekroczę nawet w tym wypadku. Zwięźle ujmuje to rodowe motto: "Honor ponad wszystkim". - Umilkł na jedno uderzenie serca. - Zaplanowałem, że poproszę panią o pomoc, o to, by pojechała pani ze mną na wyżyny i odegrała na zamku przedstawienie, które przekona moją matkę, że została pani skompromitowana, i to przedstawienie na tyle wiarygodne, aby Mirabelle poczuła się usatysfakcjonowana i zwróciła kielich. Nie umiem powiedzieć, czego ta farsa będzie od pani wymagać, jak jednak wspomniałem, ta kobieta zdaje się wierzyć, że samo porwanie i wywiezienie na północ załatwi sprawę.

- W odniesieniu do większości młodych dam istotnie tyle by wystarczyło. Jeśli jednak chodzi o mnie, rodzina zatai moje zniknięcie do czasu, aż ustali, co się ze mną stało... a wtedy wynajdzie inną historyjkę, tak bym mimo wszystko uniknęła kompromitacji i towarzyskiego ostracyzmu.

- Pani i ja to wiemy, ale na szczęście nie moja matka. Ona ma bardzo ograniczone pojęcie o angielskiej socjecie, a już w ogóle nie zdaje sobie sprawy, w jaki sposób funkcjonują rody, takie jak Cynsterowie.

- Co zatem pan wnosi do układu? - Lustrowała jego twarz. - Co otrzymam w zamian za tego rodzaju wsparcie?

Odpowiedział na jej spojrzenie.

- Dla równowagi, a także by zagwarantować, że nie zostanie pani w najmniejszym stopniu skompromitowana, jeśli zgodzi się pani mi pomóc, uczynię panią moją hrabiną, dzięki małżeństwu zapewnię pani ochronę mego nazwiska, zastosuję się też do wszelkich, dowolnych warunków, jakie postawi pani w odniesieniu do naszego wspólnego życia.

Mówił powoli i jasno, spokojnym, wyważonym tonem. Angelica nie wątpiła, że usłyszała poprawnie każde słowo.

Oferował jej siebie.

Zaglądał jej w oczy, a potem zacisnął szczęki.

- Zacząłem od pani starszych sióstr, ponieważ wiem, że ma pani dopiero dwadzieścia jeden lat i przypuszczalnie nadal pielęgnuje idealistyczne wyobrażenia o miłości, rycerzu na białym koniu i tak dalej. Z drugiej strony, jako że dotąd nie upodobała sobie pani żadnego dżentelmena, żywię nadzieję, że wywodząc się z takiej rodziny, dostrzeże pani zalety tego, co mogę zaofiarować, co zaoferuję jej jako mojej żonie.

Umilkł i czekał, nie odrywając wzroku od jej twarzy.

Angelica odwzajemniała jego spojrzenie, nie okazując żadnej reakcji - powstrzymywał ją przed tym niespotykany wewnętrzny chaos. Dominująca część jej natury, śmiała i pewna siebie, pragnęła rozpromienić się z zachwytu i z otwartymi ramionami przyjąć propozycję, lecz inna, mniej znajoma, ostrożna część wyłoniła się z ukrycia i głośno zalecała rozwagę.

Ten jeden raz Angelica posłuchała owego zwykle ignorowanego głosu rozsądku.

Bacznie patrzyła hrabiemu w oczy, żywiąc cichą nadzieję, że jej własna twarz wyraża równie mało jak jego rysy. Odpowiadał na jej spojrzenie spokojnie, bez strachu, choć przecież miał pełną świadomość, że całe jego życie zależy od tej chwili, od reakcji Angeliki. Z sióstr Cynster tylko ona mu pozostała, tylko dzięki niej mógł zrealizować swój plan.

Ten plan... był skandaliczny, niemniej miał szanse powodzenia - powiedzie się, jeśli rzecz znajdzie się w jej rękach. Angelica nie musiała długo się zastanawiać, żeby zyskać co do tego przekonanie.

Był zamożnym hrabią, wyjawił jej też dosyć o sobie, by udzielić odpowiedzi na wszystkie pytania istotne w takich przypadkach. Z punktu widzenia wytwornego towarzystwa był dla niej wysoce stosownym kandydatem na męża; tutaj nie musiała wiedzieć nic więcej.

Serce tłukło jej się w piersi, lecz bynajmniej nie z ekscytacji.

Był jej bohaterem. Jego wyznanie nie zachwiało tym przeświadczeniem, przeciwnie, jedynie je wzmocniło. W dodatku właśnie oświadczył się Angelice, pozostawiając jej wolną rękę w kwestii tego, jak będzie wyglądać ich przyszłe życie... Wydawałoby się, że powinna rzucić się na tę ofertę, uchwycić się jej kurczowo, a potem, później, wykorzystać swoją pozycję i zażądać... czego?

Żeby ją kochał?

Zaoferował jej swoje nazwisko, tytuł, pieniądze, domy, jak również swoje ciało i pewien szacunek, ale to wszystko.

Znała mężczyzn tego pokroju, wiedziała, że miłość nie jest czymś, czego można od nich po prostu zażądać. Co więcej, tacy mężczyźni bardzo niechętnie poddają się miłości; hrabia będzie instynktownie strzegł się przed tym uczuciem, stawi opór, jeśli ono nań spadnie, spróbuje osłonić się przed nim na wszelkie dostępne sposoby.

Zarazem był jej bohaterem. Nawet jeśli Angelica jeszcze go nie kochała, jej intuicja oraz przewodnictwo Lady - a przecież wierzyła i jednemu, i drugiemu - dowodziły, że pokocha go, gdy tylko spędzi z nim więcej czasu.

Nie mogła głupio przymknąć oczu na fakt, że oświadczał się jej w rezultacie chłodnej kalkulacji, na podobnej zasadzie, na jakiej jego ojciec poślubił jego matkę. Czy dostrzegał analogię? Zasadniczo rzecz biorąc, proponował Angelice typowe małżeństwo z rozsądku, które dla niego, w tej sytuacji, stanowiło konieczność, dla niej jednak pozostawało wyborem.

W rezultacie musiała się zmierzyć z decyzją o wiele bardziej brzemienną w skutki niż te, przed którymi stawały dotąd kobiety Cynsterów z jej pokolenia, a nawet z pokolenia jej matki.

Jeżeli przyjmie jego propozycję, to oczywiście się w nim zakocha, ale czy on z kolei zakocha się w niej?

Jeżeli przyjmie propozycję, zakocha się w nim, a potem odkryje, że on nie potrafi jej pokochać... co wtedy?

Co się stanie ze szczęśliwym, przepełnionym miłością życiem, jakie zawsze wyobrażała sobie jako swoją przyszłość?

Mogła odrzucić układ. Odmówić mu pomocy. Czyż nie?

- A jeśli odmówię? - spytała cicho, patrząc mu w oczy.

Wyraz jego twarzy się nie zmienił, ale spojrzenie sposępniało. Odpowiedział jej wszakże tym samym spokojnym, wyważonym tonem.

- Jeśli nie zechce mi pani pomóc, w ciągu pół godziny odstawię panią do domu. Rodzina z pewnością na razie ukrywa pani nieobecność, po powrocie zaś opowie pani wszystkim dowolną historyjkę, dzięki której nie poniesie pani trwałej szkody wskutek mojej... ingerencji w pani wieczór.

Mówił prawdę, jak zresztą przypuszczalnie przez cały czas. Jeśli wszakże hrabia odstawi ją do domu, Angelica nigdy więcej go nie zobaczy. Gdyby zaś kiedykolwiek szepnęła rodzinie choć słówko na jego temat, mężczyźni doszliby prawdy i spróbowali wymusić małżeństwo, co byłoby nieskończenie gorsze.

Pragnęła, aby był jej bohaterem, pragnęła jego miłości, a zatem musiał nauczyć się ją kochać. A cel ten osiągnie jedynie wówczas, gdy sama podejmie ryzyko, położy na szali swe serce, zaryzykuje wszystko, ufając, że jej przekonania na temat miłości się sprawdzą.

Ślepa, bezwarunkowa ufność... w miłość.

Chciała wyzwania - oto było.

Czy miała dość odwagi, aby je podjąć? Aby walczyć o jego miłość i wygrać?

Wpatrywała się w te hipnotyzujące oczy. Zamrugała i znów w nich zatonęła.

- Mam... parę pytań.

Zachęcająco uniósł brew.

- Jeśli odmówię i odeśle mnie pan do domu, co zrobi pan potem?

Patrzył jej oczy. Minęło kilka sekund, nim odpowiedział.

- Nie wiem. Nie sięgałem myślami poza ten moment.

Ponieważ rozumiał, podobnie jak i ona, że jej odmowa przekreśli wszystko.

Opróżniła szklaneczkę i odstawiła ją na stolik obok fotela.

- Po pierwsze, chcę od pana obietnicy, że nim dotrzemy na miejsce, powie mi pan o wszelkich istotnych kwestiach, których jeszcze pan nie ujawnił, jak również udzieli odpowiedzi na absolutnie każde pytanie na temat pańskiej matki, zamku i klanu. - Podniosła nań wzrok. - Nie życzę sobie odkryć nagle, że zatrzymał pan dla siebie jakieś informacje, ponieważ pana zdaniem nie były mi potrzebne, nie chciał pan kalać nimi moich uszu czy cokolwiek w tym stylu.

Zacisnął wargi, niemniej ruchem głowy wyraził zgodę.

- Obiecuję. Wszystko powyższe.

- Chcę też przeformułować umowę. Zgadza się pan rozważyć moje warunki?

Jego spojrzenie stało się czujne, bardziej przenikliwe.

- Wie pani niewątpliwie, że, jak to się mówi, trzyma mnie pani na muszce. O cokolwiek pani poprosi, jeśli tylko w mojej mocy będzie spełnić dane życzenie, otrzyma to pani.

- Wobec tego - wysunęła brodę - moje warunki są następujące. Zgodzę się pomóc panu ocalić klan. W szczególności, pojadę z panem na zamek i odegram przedstawienie na tyle przekonujące, żeby matka zwróciła panu kielich, dzięki któremu wywiąże się pan z zawartej przez ojca umowy z bankierami i ocali swój klan oraz włości. - Dostrzegła, że w jego szarozielone oczy wkrada się konfuzja; w jego mniemaniu przystała na wszystko. Zaczerpnęła tchu. - Jednakże co do poślubienia pana, rezerwuję sobie prawo do wstrzymania się z decyzją w tej kwestii, do czasu aż kielich znajdzie się w pańskich rękach.

Ściągnął brwi. Przypatrywał się jej podejrzliwie, z pokaźną dozą dezaprobaty.

- Jeżeli pojedzie pani ze mną na północ - rzekł wreszcie - a nawet jeśli po prostu zostanie tu pani przez resztę nocy, pani rodzina bezwzględnie zażąda, żebyśmy się pobrali.

- Owszem, to bardzo możliwe, zwłaszcza w przypadku mężczyzn. Niemniej mówiliśmy już o tym, jak rodziny takie jak moja potrafią obejść konwenanse, jeśli tylko tak postanowią. - Patrząc mu w oczy, utwierdzała się w przekonaniu, że w tej sprawie obrała właściwą taktykę. - Takie są moje warunki, proszę decydować. Pomogę panu odzyskać kielich i ocalić klan, ale kwestia naszego małżeństwa pozostanie na razie nierozstrzygnięta, pańska propozycja utrzyma się w mocy do czasu, aż zdecyduję, czy ją przyjąć, czy nie.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Fleur-de-lis - kwiat lilii.

[2] Gretna Green - mała wioska w Szkocji tuż przy granicy z Anglią, dokąd uciekały młode pary, by wziąć ślub bez zgody rodziców - przyp. red.

Rozdział pierwszy

1 lipca 1829

Cavendish House, Londyn

- O. Mój. Boże.

Angelica Rosalind Cynster stała na obrzeżach salonu lady Cavendish, mając za plecami gawędzący tłum gości szacownej damy, i wpatrywała się w wysokie okna od strony nieoświetlonego tarasu oraz tonących w mroku ogrodów. Widziała w nich odbicie dżentelmena, który przyglądał się jej z przeciwnego krańca pomieszczenia.

Po raz pierwszy poczuła na sobie to niepokojące spojrzenie jakieś pół godziny wcześniej. Obserwował ją, gdy tańczyła walca, gdy śmiała się i gawędziła, lecz bez względu na to, jak dyskretnie go poszukiwała, uparcie nie chciał się ujawnić. Poirytowana, kiedy muzycy odpoczywali, urządziła rundkę po salonie, przemieszczała się od jednej grupy gości do drugiej, wymieniała powitania i komentarze, sunąc płynnie, aż wreszcie ów mężczyzna znalazł się w jej polu widzenia.

- To on! - wyszeptała z rozwartymi szeroko oczami, ledwie śmiąc w to uwierzyć.

Tym źle skrywanym podekscytowaniem zaintrygowała swoją kuzynkę, Henriettę, stojącą tuż obok. Pokręciła głową, a ktoś z grupki, na skraju której się znajdowały, odciągnął uwagę Henrietty, dzięki czemu Angelica mogła dalej wpatrywać się w najbardziej fascynującego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek spotkała.

Uważała się za ekspertkę w dziedzinie oceny dżentelmenów. Od najmłodszych lat pozostawała świadoma odmienności tychże, a długotrwała obserwacja przyniosła jej dogłębne zrozumienie ich charakterystycznych cech i słabostek. W odniesieniu do dżentelmenów Angelica miała bardzo wysokie wymagania.

Pod względem wyglądu dżentelmen po drugiej stronie pokoju spełniał je wszystkie z nawiązką.

Znała pozostałych sześciu mężczyzn z grupki, w której stał, ale nie jego. Nigdy wcześniej go nie spotkała, nawet przelotnie nie widziała. Gdyby go zobaczyła, od razu wiedziałaby, jak wiedziała to teraz, że to jej jedyny, dżentelmen, na którego czekała.

Zawsze żywiła niezachwiane przekonanie, że rozpozna swego bohatera, mężczyznę jej pisanego, kiedy tylko go ujrzy. Nie spodziewała się, że zobaczy go po raz pierwszy jako odbicie w szkle, zagubionego w tłumie po odległej stronie pokoju, niemniej rezultat był ten sam - wiedziała, że to on.

Talizman, który Lady, szkocka bogini, podarowała dziewczętom Cynsterów, aby pomógł im odnaleźć prawdziwą miłość, trafił od Heather, najstarszej siostry Angeliki, do ich środkowej siostry, Elizy, ta zaś, wróciwszy niedawno do Londynu ze swoim narzeczonym, wręczyła go Angelice, następnej w kolejności. Pradawny i tajemniczy talizman, wisior z różowego kwarcu na starym złotym łańcuchu przeplatanym ametystowymi koralikami, krył się teraz pod koronkową chustą Angeliki, ogniwa i koraliki grzały jej skórę, kryształ wtulał się w dekolt.

Trzy noce temu Angelica, uznawszy, że nastał jej czas, jej kolej, uzbrojona w naszyjnik, intuicję i wrodzoną determinację, rozpoczęła intensywną kampanię w celu znalezienia swego bohatera. Przybyła na wieczorne przyjęcie u lady Cavendish, które zgromadziło wyselekcjonowanych przedstawicieli wyższych sfer, skorych do towarzyskich rozrywek i konwersacji, z zamiarem dokładnego zbadania wszystkich mężczyzn, jakich gospodyni, dama o rozległych znajomościach, zdołała tu zwabić.

Talizman zadziałał w przypadku Heather, zaręczonej teraz z Breckenridge'em, połączył też Elizę i Jeremy'ego Carlinga. Angelica żywiła nadzieję, że jej również pomoże, aczkolwiek nie spodziewała się tak błyskawicznego efektu.

Skoro wszakże wypatrzyła już swego bohatera, nie zamierzała tracić ani minuty.

Nie zorientował się. Ze swego miejsca po drugiej stronie pokoju przypuszczalnie nie miał szans zauważyć, że ona mu się przygląda. Wpatrzona w jego odbicie, pożerała go wzrokiem.

Imponującej postury, górował nad towarzyszącymi mu mężczyznami, przerastając ich o pół głowy, choć żaden nie był niski. Ubrany elegancko, w czarny wieczorowy surdut, nieskazitelnie białą koszulę z halsztukiem i czarne spodnie, od szerokich pleców po długie nogi sprawiał wrażenie zbudowanego w idealnych proporcjach do swego wzrostu.

Włosy, jak się zdawało, miał smoliście czarne, dość długie, ale modnie ułożone, z delikatnie zmierzwionymi lokami. Angelica usiłowała przyjrzeć się jego twarzy, lecz w odbiciu okazało się to trudne - nie widziała detali, a jedynie surowe, ostro zarysowane płaszczyzny. Niemniej jednak szerokie czoło, ostry nos i kwadratowy podbródek nadawały temu mężczyźnie znamiona potomka arystokratycznego rodu; tylko arystokraci mają takie surowe, pełne chłodnego piękna oblicza o wyrazistych rysach.

Serce tłukło jej się w piersi. Z niecierpliwości.

Teraz, kiedy już go znalazła, co dalej?

Gdyby takie zachowanie uchodziło za choć w minimalnym stopniu do przyjęcia, okręciłaby się na pięcie, przemaszerowała przez pokój i przedstawiła się mu - lecz to byłoby zbyt śmiałe, nawet jak na nią. Zarazem jeśli po ponadpółgodzinnej obserwacji on nadal nie próbował podejść do Angeliki, raczej nie zamierzał tego zrobić, w każdym razie nie tutaj, nie tej nocy.

A to było absolutnie nie po jej myśli.

Omiotła wzrokiem pozostałych mężczyzn w luźnym kręgu, w którym stał. Przez cały czas przysłuchiwał się rozmowom, lecz rzadko się do nich włączał, wykorzystując je zaledwie jako przykrywkę dla swego zainteresowania Angelicą.

Kiedy tak się przyglądała, jeden z mężczyzn pozdrowił gestem pozostałych i opuścił grupkę.

Angelica się uśmiechnęła. Bez słowa opuściła Henriettę i wślizgnęła się w tłum w centralnej części salonu.

Złapała Theodore'a Curtisa za rękaw na moment przed tym, nim dołączył do kręgu młodych dam i dżentelmenów. Mężczyzna się odwrócił.

- Angelica! - rzekł z uśmiechem. - Gdzie się chowałaś?

- Tam. - Machnęła ręką ku oknom. - Theo, kim jest ten dżentelmen z grona, które właśnie opuściłeś? Ten bardzo wysoki mężczyzna, pierwszy raz go widzę.

Theo, przyjaciel rodziny, który znał Angelicę aż nazbyt dobrze, aby samemu żywić wobec niej określone zamiary, zaśmiał się cicho.

- Uprzedzałem go, że młode damy wkrótce go zauważą i otoczą wdzięcznym wianuszkiem.

Angelica podjęła jego grę i zrobiła nadąsaną minę.

- Nie drocz się ze mną. Kto to taki?

- Debenham. - Theo wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Wicehrabia Debenham.

- Który jest...? - Gestem zażądała dalszych informacji.

- Kapitalnym facetem. Znam go od lat: w moim wieku, w tym samym czasie przybył do miasta, podobne zainteresowania, wiesz, jak to leci. Ma ziemie niedaleko Peterborough, ale trzymał się z dala od towarzystwa przez... to chyba będą cztery lata. Wyjechał ze względu na sprawy rodzinne i związane z majątkiem, a teraz dopiero co znów zaczął bywać.

- Hm... Nie widzę zatem powodu, dla którego nie miałbyś nas sobie przedstawić.

Nadal szeroko uśmiechnięty Theo wzruszył ramionami.

- Jeśli tego sobie życzysz.

- Owszem. - Angelica ujęła go pod ramię i zwróciła w stronę grupki, w której nadal stał jej bohater, Debenham. - Obiecuję się zrewanżować, kiedy następnym razem będziesz chciał wyprzedzić na starcie konkurentów w wyścigu do jakiejś nowej ślicznotki.

- Trzymam cię za słowo - odparł ze śmiechem Theo. Przytrzymując sobie jej dłoń na ramieniu, poprowadził Angelicę przez tłum.

Kiedy lawirowali między rozmaitymi grupkami, wymieniali uśmiechy i ukłony, zatrzymując się jedynie wtedy, gdy nie dało się tego uniknąć, Angelica przeprowadziła pośpieszną inspekcję swego wyglądu, upewniając się, że suknia z jedwabiu barwy jasnej morskiej zieleni układa się jak należy, a częściowo przesłaniająca dekolt koronkowa chusta nie przekrzywiła się i stosownie skrywa naszyjnik. W pewnej chwili przystanęła, aby bardziej elegancko udrapować w zagięciach łokci jedwabny szal pod kolor sukni, z dodatkiem srebrnych motywów. Przybyła na przyjęcie bez torebki czy wachlarza, o nie zatem nie musiała się troszczyć.

Włosów nie odważyła się dotknąć. Jedwabiste, rudozłote pasma zostały upięte na czubku głowy w skomplikowany węzeł za pomocą niezliczonych szpilek oraz inkrustowanego masą perłową grzebienia; Angelica z doświadczenia wiedziała, że nawet delikatne poruszenie może doprowadzić do tego, że cały ten ogrom runie kaskadą w dół. Jakkolwiek żaden dżentelmen nie zgłaszał nigdy zastrzeżeń co do jej transformacji w odzianą wersję Wenus wyłaniającej się z morskiej piany, nie tak pragnęła zaprezentować się swemu bohaterowi po raz pierwszy.

Wiedział, że Angelica się zbliża - mimo tłoku zdołała przelotnie nań spojrzeć. Nadal na nią patrzył, jednak nawet z bliższej odległości nie potrafiła niczego wyczytać z jego twarzy.

Potem Theo przepchnął się między ostatnimi gośćmi i szerokim gestem zaprezentował Angelicę zebranym w kręgu mężczyznom.

- Hej! Spójrzcie, kogo znalazłem.

- Panna Cynster! - wykrzyknęło kilku z nich, przyjemnie zaskoczonych.

- Urocze, wytworne damy zawsze są mile widziane. - Millingham ukłonił się jej, podobnie jak i wszyscy inni mężczyźni w tej grupie, z jednym wyjątkiem.

Wymieniwszy z pozostałymi powitania, Angelica odwróciła się ku Debenhamowi; dzięki uczynności Theo zajęła miejsce w kręgu u boku wicehrabiego. Podniosła wzrok na jego twarz, pilno jej bowiem było zobaczyć, przyjrzeć się, poznać...

- Debenham, staruszku - odezwał się stojący obok Theo - pozwól, że przedstawię ci pannę Angelicę Cynster. Panno Cynster, wicehrabia Debenham.

Angelica ledwie odnotowała te słowa, schwytana w pułapkę przez dwoje dużych, pięknie rozstawionych, jasnych oczu o ciężkich powiekach i niepokojącej, zielonkawoszarej barwie. Te oczy wprawiły ją w trans, na ich dnie czaiła się bystrość, oceniały Angelicę z chłodnym, trzeźwym cynizmem.

Jej bohater nadal ją obserwował, spokojnie badał i poddawał ocenie, Angelica zaś nie umiała stwierdzić, czy wywarła na nim pożądane wrażenie.

Ta ostatnia myśl przywołała ją z powrotem do rzeczywistości. Z nieznacznym uśmiechem, ciągle patrząc Debenhamowi w oczy, skłoniła głowę.

- Wydaje mi się, że jeszcze się nie spotkaliśmy, milordzie. - Wyciągnęła rękę.

Jego wargi, uformowane w nic niewyrażającą prostą linię, drgnęły zaledwie minimalnie, kiedy uniósł prawą dłoń, która wraz z lewą otulała dotąd srebrną gałkę laski - tego detalu nie dostrzegła z drugiej strony pokoju - i ujął palce Angeliki.

Uścisk okazał się chłodny, lecz nie bezosobowy, zbyt stanowczy, zbyt mocny, aby zbyć go jako zwyczajowe powitanie. W Angelice coś się zachwiało, przekrzywiła się jakaś oś w jej wnętrzu, kiedy, nadal patrząc mu w oczy, chłonęła to niespodziewane doznanie - oraz subtelne, lecz niezaprzeczalne wrażenie, że Debenham ma wątpliwości, czy powinien ją puścić. Czując nagły ucisk w płucach, dygnęła.

Te niepokojące oczy pozostały w nią wpatrzone, kiedy ukłonił się z płynną gracją, której obecność laski niczego nie ujęła.

- Panno Cynster. Niezmiernie miło mi panią poznać.

Jego głos był tak głęboki, że wniknął w Angelicę i zmysłowo owinął się wokół jej kręgosłupa.

W połączeniu z wpływem, jaki wywierały na nią chłodne palce ściskające nadal jej dłoń, za sprawą tego głosu pod jej skórą rozlało się ciepło, w brzuchu rozprzestrzeniał się namiętny żar. Z bliska jej bohater okazał się zmysłową siłą, całkiem jakby emanował jakąś niepohamowaną męską pokusą, ukierunkowaną wyłącznie na Angelicę...

Dobry Boże! Zdławiła impuls, żeby się powachlować. Z chęcią tu, na miejscu, zaniosłaby modły dziękczynne do Lady, wzięła się jednak w karby i wysunęła palce z uścisku Debenhama. Pozwolił jej na to - pozostała wszakże intensywnie świadoma, że to on podjął decyzję. W jej głowie kilka dzwonów zabiło na alarm, ale niech ją licho, jeśli przyzna, choćby tylko przed sobą, że przy nim traci grunt pod nogami. Był jej bohaterem, mogła zatem bez obawy wykonać kolejny krok. Z trudem zaczerpnęła powietrza.

- Jak rozumiem - powiedziała - dopiero niedawno wrócił pan do Londynu.

Mówiąc, zwróciła się ku niemu, separując się od pozostałych i wymuszając na nim podobne zachowanie; tym sposobem, choć nadal stali w obrębie grupki, mogli rozmawiać bardziej prywatnie, pozostawiając tamtych ich własnym rozrywkom. Theo zrozumiał sugestię i wmieszał się, pytając Millinghama o nabyte przezeń niedawno ziemie.

Tymczasem Debenham nadal patrzył na Angelicę spod osłony ciężkich powiek i gęstych, czarnych rzęs.

- Wróciłem tydzień temu - odparł po krótkiej chwili. - Debenham Hall leży wprawdzie dość blisko, w Cambridgeshire, ale przez kilka ostatnich lat interesy trzymały mnie z dala od wytwornego towarzystwa.

Przekrzywiwszy głowę, Angelica otwarcie lustrowała jego twarz, wzrokiem wyrażając pytania - impertynenckie, których nijak nie mogła zadać - tłoczące się jej na końcu języka...

Wygiął usta, nie tyle w uśmiechu, ile w wyrazie zrozumienia.

- Zarządzałem majątkiem. Bardzo poważnie podchodzę do moich obowiązków.

Jakkolwiek wypowiedział te słowa lekkim tonem, przeciągając leniwie zgłoski, Angelica nie wątpiła w ich prawdziwość.

- Czy oznacza to, że teraz pańskie ziemie prosperują na tyle dobrze, iż nie czuje pan już potrzeby stałego ich nadzorowania i tym samym zwrócił się pan znów ku miejskim rozrywkom?

Znów bacznie się jej przyjrzał, jakby te jego dziwne oczy potrafiły przeniknąć przez jej maskę pewności siebie i towarzyskiego wyrafinowania. Diabeł Cynster, kuzyn Angeliki, oraz jego matka, Helena, mieli jasnozielone oczy i także spoglądali bardzo przenikliwie. Oczy Debenhama były jaśniejsze, bardziej zmienne, bliższe szarości z dodatkiem jasnej zieleni, Angelica zaś poszłaby o zakład, że jego spojrzenie sięga jeszcze głębiej.

- Można tak powiedzieć - przyznał w końcu - choć czysta prawda przedstawia się tak, że wróciłem do Londynu w tym samym celu, jaki motywuje większość dżentelmenów w moim wieku, z mojej sfery, do nawiedzania sal balowych wytwornego towarzystwa.

Otworzyła szeroko oczy.

- Szuka pan żony? - Było to absolutnie szokujące pytanie, lecz bezwzględnie musiała poznać odpowiedź.

Jego wargi znów się wygięły, tym razem bardziej zdecydowanie.

- W rzeczy samej. - Patrzył jej w oczy. - Jak mówiłem, to najczęstszy powód powrotu do stolicy i towarzyskich kręgów.

Ze względu na panujący wokół ścisk stali blisko siebie, a ponieważ Debenham był wysoki, Angelica zaś niska, musiała zadzierać głowę, by widzieć jego twarz, podczas gdy on spoglądał w dół. Mimo obecności pozostałych mężczyzn ta ich pozycja nosiła znamiona szczególnej bliskości, prywatności... niemalże intymności.

Jego potężna sylwetka, czysta moc jego ciała, jakkolwiek skryte pod eleganckim wieczorowym przebraniem, oddziaływały na zmysły Angeliki. Jego kuszące ciepło sięgało po nią, zdradliwie ją otulało, nęcąc, by bardziej się zbliżyła.

Im dłużej zaglądała mu w oczy...

- Angelica! Tak mi się zdawało, że zauważyłam cię w tym tłumie.

Angelica zamrugała, odwróciła się i ujrzała Millicent Attenwell uśmiechającą się do niej z drugiego krańca grupki, podczas gdy siostra tejże, Claire, torowała sobie drogę, aby zająć miejsce u wolnego boku Debenhama.

- Słowo daję, choć to już czerwiec, takie wydarzenia nadal gromadzą istne tłumy, czyż nie? - Claire podniosła pytające spojrzenie na Debenhama, a potem uśmiechnęła się nieśmiało. - Chyba jeszcze się nie znamy, sir.

Theo zerknął na Angelicę, po czym przejął pałeczkę. Przedstawił Millicent i Claire, a potem wyświadczył tę samą uprzejmość Julii Quigley i Serenie Mills, które, spostrzegłszy, że siostry Attenwell odkryły nowego, druz gocąco przystojnego dżentelmena, pośpiesznie dołączyły do powiększającego się kręgu.

Jakkolwiek niezadowolona, że im przerwano, Angelica skorzystała z okazji, aby nieco ochłonąć i zebrać myśli, którymi totalnie zawładnęła przystojna twarz Debenhama, jego hipnotyzujące oczy oraz kuszące ciało - co dla niej było nowością. Nigdy wcześniej nie przydarzyło jej się takie zauroczenie. Z całą pewnością nigdy dotąd nie zagubiła się w oczach mężczyzny.

Ten jednak był jej bohaterem, co przypuszczalnie tłumaczyło, dlaczego tak zauważalnie na nią działał. Niemniej fakt, że bez wysiłku pojmał jej zmysły i skradł cały rozsądek, skłonił Angelicę do ostrożności.

Millicent, Claire, Julia i Serena z ożywieniem zawłaszczyły rozmowę, raz po raz strzelając spojrzeniami w stronę Debenhama, w czytelnej nadziei na to, że wciągną go w wymianę zdań, on wszakże, choć uprzejmie poświęcał im uwagę, pozostał niezaangażowany.

Angelica zerknęła z ukosa na jego twarz. W tej samej chwili Debenham opuścił wzrok i ich spojrzenia się spotkały... związały.

Upłynęły dwie sekundy.

Zaczerpnęła tchu i umknęła wzrokiem - ku Julii, opowiadającej właśnie jakąś ekscytującą historię.

Spojrzenie Debenhama jeszcze przez chwilę zamarudziło na jej twarzy, zanim on także popatrzył na Julię... i minimalnie przysunął się do Angeliki.

Serce zabiło jej mocniej.

On także to czuje. Jest równie jak ja zaintrygowany więzią między nami.

Doskonale. A teraz - jak to wykorzystać, jak zyskać sposobność do lepszego zbadania owej więzi?

Niewidoczny skrzypek stroił instrument.

- Wreszcie! - Millicent omal nie podskoczyła z radości. - Znów zaczynają się tańce. - Zwróciła rozświetlone oczy na Debenhama, napraszając się bezwstydnie.

Nim Angelica zdążyła zareagować, Debenham przesunął do przodu laskę i ciężej się na niej oparł.

Millicent pojęła, że nie powinna zmuszać wicehrabiego do tłumaczenia, jakiego rodzaju uraz nie pozwala mu tańczyć; nadal pełna entuzjazmu przeniosła zachęcające spojrzenie na Millinghama.

Który podchwycił sugestię.

Pozostali dżentelmeni stanęli na wysokości zadania, prosząc do tańca damy stojące obok. Pogodzone z faktem, że Debenham nie będzie wirował po pustoszejącym właśnie parkiecie na środku salonu, Claire, Julia i Serena skwapliwie wyraziły zgodę i grupka poszła w rozsypkę.

Tym sposobem Angelica została między Debenhamem a Theo, na wprost Gilesa Ribbenthorpe'a. Theo spojrzał jej w oczy, uśmiechnął się, pozdrowił ją gestem, a potem skinął głową dwóm dżentelmenom i zniknął w tłumie.

Ribbenthorpe, który potrafił czytać sygnały nie gorzej niż każdy inny mężczyzna, mimo wszystko uniósł brew i z uśmiechem zapytał:

- Zatańczy pani, panno Cynster?

- Dziękuję za zaproszenie, panie Ribbenthorpe, chyba jednak odpuszczę sobie tę turę. Jednakowoż lady Cavendish z radością ujrzy pana na parkiecie, natomiast Jennifer Selkirk - Angelica ruchem głowy wskazała młodziutką brunetkę, która stała u boku swej matki, smoka w ludzkiej postaci - przydałby się ratunek. Sugeruję, żeby odegrał pan rolę świętego Jerzego.

Ribbenthorpe odwrócił się, żeby przyjrzeć się paniom Selkirk, a potem się roześmiał, ukłonił i, nadal rozbawiony, odszedł. Angelica z zadowoleniem przyjęła fakt, że zastosował się do jej rady i powiódł Jennifer na parkiet.

Gdy wreszcie została sam na sam z Debenhamem, porzuciła wszelkie pozory zalecanego towarzyskiego dystansu i wymownie spojrzała na jego laskę.

- Stary uraz - odparł po krótkim wahaniu - jeszcze z czasów przed moim pierwszym pobytem w Londynie. Mogę chodzić, ale taniec to już ryzyko, kolano mogłoby się pode mną załamać.

Przyjrzała mu się badawczo.

- Zatem nigdy nie tańczył pan walca? - Uwielbiała walca, ale jeśli był jej bohaterem...

- Nigdy to nie. Przed wypadkiem zdążyłem nauczyć się tańczyć i wziąłem udział w niejednym wiejskim balu, lecz od tamtej pory nie wychodziłem na parkiet.

- Rozumiem. - Postarała się zapomnieć o tym rozczarowaniu i skupiła uwagę na bardziej palących kwestiach. - Skoro zatem nie wiruje pan na parkietach Almacka czy podobnych miejsc, jakie ścieżki przemierza pan w poszukiwaniu narzeczonej? Trudno pana przeoczyć, skoro więc tak ja, jak i Millicent i spółka aż do tego wieczoru nie wiedziałyśmy o pańskim istnieniu, byłabym szczerze zaskoczona, gdyby mi pan oznajmił, że uczestniczył w którymkolwiek z większych wydarzeń towarzyskich minionego tygodnia.

Znów patrzył jej w oczy, jakby oceniał, jaka odpowiedź będzie stosowna.

Zadarła brodę.

- Już wiem. Nawiedzał pan jakąś jaskinię hazardu albo hulał w gronie przyjaciół.

- Niestety, nie. - Uśmiechnął się krzywo. - Jeśli koniecznie musi pani znać odpowiedź, kilka dni poświęciłem odnawianiu niektórych pokoi w moim londyńskim domu, potem zaś, co zapewne zrozumiałe, celem pierwszych towarzyskich wypadów stały się dla mnie kluby. Uwzględniając moją długą nieobecność w mieście, z... zaskoczeniem, ale też przyjemnością odkryłem, że tak wiele osób mnie pamięta. - Zrobił krótką przerwę. - Później nadeszło zaproszenie od lady Cavendish i uznałem, że pora zbadać teren.

- Zatem dopadłam pana na pańskim pierwszym towarzyskim wydarzeniu.

- W istocie. - Usłyszał satysfakcję w jej głosie i lustrował jej twarz. - Dlaczego to taki powód do zadowolenia?

- Ponieważ, mówiąc językiem wytwornego towarzystwa, wyprzedziłam na starcie wszystkie inne młode i nieco starsze damy.

Spoglądał na nią takim wzrokiem, jakby miał ochotę pokręcić głową.

- Jakkolwiek odbieram pani szczerość jako iście orzeźwiającą, czy zawsze jest pani tak bezpośrednia?

- Zasadniczo tak. Tworzenie niepotrzebnych komplikacji wskutek przesadnie drobiazgowego przestrzegania konwenansów nieodmiennie uderza mnie jako strata czasu.

- Doprawdy? Może zatem wyjaśni mi pani, z całą szczerością i rezygnując z przesadnie drobiazgowego przestrzegania konwenansów, dlaczego nakłoniła pani Curtisa, żeby nas sobie przedstawił?

Zrobiła wielkie oczy.

- Polował pan na mnie.

- No i? - spytał, nie odwracając wzroku.

Spodziewała się po nim zaprzeczenia. Za sprawą wyrazu jego oczu, który skojarzył jej się z działającym z rozmysłem i w skupieniu drapieżnikiem, oddech uwiązł Angelice w gardle, odpowiedziała jednak spokojnie:

- No i teraz ja poluję na pana.

- Ach. Rozumiem. To najwidoczniej jakaś nowa figura w tradycyjnym tańcu swatów. - Potoczył wzrokiem wokół, po czym znów spojrzał na Angelicę. - Aczkolwiek wyznam, że nie zauważyłem podobnej śmiałości u innych młodych dam.

Uniosła brwi.

- One to nie ja.

- Najwyraźniej. - Jeszcze przez chwilę zaglądał jej w oczy, nim w końcu rzekł: - Proszę mi więc opowiedzieć o Angelice Cynster.

Zniżył głos, którym, podobnie jak tymi hipnotyzującymi oczami, nęcił ją, wręcz starał się omotać. Angelica uznała, że nie zaszkodzi pozwolić mu wierzyć w skuteczność owej strategii.

- Każdy, kto mnie zna, powie panu, że choć mam dwadzieścia jeden lat, bliżej mi do damy dwudziestopięcioletniej, oraz że powszechnie uważa się mnie za najbardziej pewną siebie, upartą i niezależną ze wszystkich dziewcząt Cynsterów, przy czym żadnej z nas nie opisano by jako omdlewającej mimozy.

- Wygląda na to, że istne z pani utrapienie.

Wyzywająco uniosła brew, nie zaprzeczając.

Muzycy zaczęli grać kolejnego walca.

- Jeśli miałaby pani ochotę zatańczyć - rzekł po krótkim wahaniu - proszę nie czuć się zobowiązaną...

- Nie mam ochoty. - Rozejrzała się. Uwaga wszystkich, którzy akurat nie tańczyli, skupiała się na parkiecie, na wirujących na nim parach. - Prawdę mówiąc... - Pochwyciła jego spojrzenie. - Trochę tu gorąco. Może wyjdziemy na taras odetchnąć świeżym powietrzem?

Zawahał się i Angelica ponownie odniosła wrażenie, że miał ochotę potrząsnąć głową, bynajmniej nie z aprobatą. Mimo to...

- Jeśli tego pani sobie życzy, proszę bardzo. - Z wdziękiem zaofiarował jej ramię.

Położyła dłoń na jego rękawie, poczuła skryte pod materiałem stalowe mięśnie i uśmiechnęła się z zachwytem, w równym stopniu do siebie, jak do niego. Polowanie na bohatera rozwijało się pomyślnie.

Z laską w drugiej dłoni Debenham elegancko powiódł ją ku otwartym szklanym drzwiom, prowadzącym na taras i do ogrodów poniżej. Przestąpiwszy próg, Angelica stanęła na kamiennych płytach i głęboko odetchnęła niemalże balsamicznym nocnym powietrzem. Powiew wiatru musnął jej kark i szyję.

Ogrody lady Cavendish były stare, pełne potężnych, wiekowych drzew, których gęste korony rzucały cień na stopnie przy obu końcach długiego tarasu, pogłębiając mrok nocy. Rozejrzawszy się, Angelica odnotowała, że kilka innych par przechadza się w bladym blasku połówki księżyca, a następnie posterowała Debenhamem w przeciwnym kierunku.

Zauważył to. Choć się podporządkował, kiedy podniosła wzrok i zajrzała mu w oczy, pomimo mroku wyczuła jego dezaprobatę, podkreśloną przez zaciśnięte wargi.

- O co chodzi? - spytała, wpatrując się w niego.

- Czy zawsze jest pani taka... z braku lepszego określenia, śmiała?

Spróbowała zrobić obrażoną minę, lecz jej się to nie udało. Pełen dezaprobaty czy nie, Debenham uległ jej sugestii, sunęli więc powoli tarasem, który rozciągał się na całą długość salonu.

- Zdaję sobie sprawę, że dżentelmeni lubią przewodzić, ale jestem z natury niecierpliwa, a przy tym bezpośrednia. Chcę lepiej pana poznać, pan chce poznać mnie, co wymaga pewnej prywatności, a zatem - omiotła gestem pustą połać tarasu przed nimi - oto jesteśmy tutaj.

- Dopiero co nas sobie przedstawiono, a pani już zaaranżowała prywatne interludium - rzekł raczej z rezyg-nacją niż wyrzutem.

- Nie widzę sensu w traceniu czasu, a poza tym - wymownie spojrzała ku wielkim oknom - proszę mi wierzyć, nie robimy nic niedozwolonego. Doskonale nas widać z salonu.

- Z salonu, gdzie wszyscy są aktualnie zwróceni w stronę parkietu. - Pokręcił głową. - Istna z pani lisica. - Podniósł wzrok na jej włosy. - O czym świadczą też te pani rude loki. Współczuję pani braciom. Ma pani dwóch, jak mi się zdaje?

- Owszem. Ruperta i Alasdaira, albo też Gabriela i Lucyfera, w zależności od tego, czy nasza mama lub ciotki znajdują się w zasięgu słuchu.

- Dziwię się, że żaden z nich nie czai się gdzieś tu w cieniu, gotów wkroczyć, by panią okiełznać.

- Zapewniam pana, że gdyby tutaj byli, na pewno by spróbowali, na szczęście jednak mają ostatnio lepsze zajęcia: poświęcać uwagę żonom, rozpieszczać dzieci.

- Niemniej wygląda mi pani na typ zapalczywej niewiasty, której trzeba nieustannie pilnować.

- Choć może wyda się to panu dziwne, niewielu by się z panem zgodziło. Uważa się mnie powszechnie za osobę wyjątkowo rozsądną i na wskroś praktyczną, z pewnością nie typ kobiety, którą jakikolwiek przewidujący dżentelmen spróbowałby wykorzystać.

- Ach, to dlatego najwyraźniej nikt tu pani nie pilnuje.

- W rzeczy samej. To efekt tego, że jestem postrzegana jako starsza, niżby na to wskazywał mój wiek.

Obejrzał się na fragment tarasu za ich plecami. Angelica zrobiła to samo i odnotowała, że dwie inne pary nadal przechadzają się w pobliżu drzwi.

- Mówiła pani, że chce porozmawiać - odezwał się, kiedy znów na niego spojrzała. - O czym?

Przyglądała się jego twarzy, tym wielce wymownym rysom, czystym, wyrazistym liniom, które jednoznacznie wskazywały, że Debenham należy do jej sfery.

- Kłopocze mnie, że nie potrafię pana nigdzie umiejscowić, że nie przypominam sobie, bym widziała pana kiedykolwiek wcześniej. Kiedy był pan w Londynie po raz ostatni? Theo sądzi, że cztery lata temu.

- Pięć. Po raz pierwszy przybyłem do miasta w roku dwudziestym, a ostatni raz gościłem na tutejszych salach balowych w lipcu dwudziestego czwartego. Od tamtej pory zdarzało mi się zaglądać do Londynu w interesach, ale nie miałem czasu na życie towarzyskie.

- No tak, to wszystko wyjaśnia: zostałam wprowadzona do towarzystwa dopiero w dwudziestym piątym. Może jednak pamięta pan moje siostry?

Przytaknął.

- Owszem, pamiętam je, ale w tamtych dniach nie interesowały mnie młode damy. Spędzałem więcej czasu na unikaniu ich niż na gawędzeniu z nimi, przy czym nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek rozmawiał z pani siostrami. Nie zostaliśmy sobie przedstawieni.

- Hm... Zatem powrót na sale balowe w poszukiwaniu młodych dam stanowi dla pana całkiem nowe wyzwanie.

- Można tak to ująć. Ale proszę opowiedzieć mi o sobie.

Dotarli do końca tarasu. Przystanąwszy u szczytu schodów, które prowadziły w dół na żwirową ścieżkę, Angelica popatrzyła w mrok ogrodu. Padające z okien salonu światło tutaj nie sięgało. Miejsce, gdzie się znajdowali, otulały gęste cienie rzucane przez pobliskie drzewa.

Cofnęła dłoń z ramienia Debenhama, stanęła twarzą do niego, a plecami do ogrodu, popatrzyła mu w oczy i uniosła brew.

- Co chce pan wiedzieć?

- Widać, że dobrze się pani odnajduje w tym środowisku. Spędza pani cały rok w Londynie?

Uśmiechnęła się, spoglądając na jego skrytą w cieniu twarz.

- Jako członek rodu Cynsterów przez całe życie przynależałam do towarzystwa, nic dziwnego więc, że w tych kręgach czuję się swobodnie. Zarazem jednak goszczę w mieście tylko w sezonie, niekiedy też przez miesiąc w małym sezonie. Resztę czasu spędzam na wsi albo w Somerset, gdzie się urodziłam, albo odwiedzając rodzinę i przyjaciół.

- Woli pani miasto czy wieś?

Zastanowiła się.

Debenham obejrzał się na taras za ich plecami.

Leniwie podążywszy za jego wzrokiem, odnotowała, że ostatnia z przechadzających się par wraca do środka.

Później Debenham znów na nią spojrzał, toteż na powrót skupiła się na nim.

- Niełatwo odpowiedzieć, co wolę. Lubię przebywać w mieście, korzystać ze wszystkich dostępnych tu rozrywek, ale jeśli na wsi miałabym inne pochłaniające mój czas i energię zajęcia, inne satysfakcjonujące wyzwania, wówczas, jak przypuszczam, wcale nie ciągnęłoby mnie do Londynu.

Przez długą chwilę zaglądał jej w oczy, a później opuścił wzrok i oparł laskę o balustradę.

- Muszę przyznać - rzekł, prostując się i znów spoglądając na Angelicę - że z ulgą to słyszę.

- Z ulgą? - Zaciekawiło ją to, toteż spytała: - Dlaczego?

Patrzyli sobie w oczy. W jakiś dziwny, nieoczekiwany sposób czas się zatrzymał, rozrzedził, rozciągnął. W Angelice powoli, stopniowo narosło skonfundowanie; wyraziła je spojrzeniem.

- Stokrotnie panią przepraszam - rzekł głosem tak cichym, że jego słowa zdały się nieomal pieszczotą.

Zmarszczyła brwi.

- Za co?

- Za to.

Dłonią zasłonił Angelice usta, wolnym ramieniem opasał ją w talii i dźwignął. Dociskając ją do siebie, zszedł szybko po schodach i pogrążył się w mroku ogrodu.

Za sprawą szoku, pełnego i absolutnego, trwała nieruchomo, kiedy niósł ją w cień drzew.

Potem wybuchła.

Krzyczała pod jego dłonią, wiła się i walczyła, aby się uwolnić, lecz jego ciało okazało się twarde jak skała, a trzymające ją w potrzasku ramię było tak niewzruszone, że równie dobrze mogłoby zostać wykute z żelaza. Uzmysłowiwszy sobie bezcelowość tych wysiłków, Angelica znienacka zwiotczała, osuwając się w objęcia Debenhama.

Zatrzymał się przy niewielkiej połaci trawnika, osłoniętej od strony domu przez gęste krzaki i opuścił Angelicę, tak że jej stopy dotknęły żwiru. Trwała w udawanym omdleniu, czekając na właściwy moment.

Raptem ją uwolnił, oderwał dłoń od jej twarzy, zarazem jednak obrócił ją wokół własnej osi, aż się zachwiała, zataczając się. Z szeroko otwartymi oczami rozpostarła ramiona i wywijała nimi dziko, by złapać równowagę. Przeczesując wzrokiem ciemność - gdzie on się podział? - odzyskała stabilność, wyprostowała się i zaczerpnęła tchu, żeby wrzasnąć...

Jedwabna chusta śmignęła nad jej głową, wsunęła się między wargi i mocno zacisnęła; wrzask Angeliki został zredukowany do zduszonego pisku. Czuła, jak Debenham wiąże supeł z tyłu jej głowy. Wyrwała się i odwróciła, chcąc stanąć twarzą do niego, zarazem sięgając w górę, aby zerwać knebel.

Jednakże Debenham przemieścił się wraz z nią, chwycił od tyłu jej ręce i przeciągnął za plecy. Bezpardonowo uwięził w dłoni jej nadgarstki, trzymając je nisko w dole, tak że miała wyprostowane ramiona. Przystąpił bliżej. Chciała właśnie paść na ziemię, kiedy wolną ręką przytrzymał ją za ramię.

- Proszę uważać, jeśli pani upadnie, wykręci pani sobie ręce.

Spięła się, żeby znów podjąć walkę.

- Spokojnie. Choć może na to nie wygląda, nie zamierzam pani skrzywdzić.

Odpowiedziała tyradą, wytłumioną przez knebel. Wściekła, wiła się, szarpała, wyrywała, ale sprawa była beznadziejna. Próbowała go kopnąć, lecz na to znajdował się za blisko, Angelica zaś miała na nogach balowe pantofelki. Przy jego wzroście nie mogła go nawet uderzyć w twarz tyłem głowy.

W trakcie tych zmagań Debenham stał jak skała, trzymając ją niewzruszenie.

Zdyszana, z włosami w nieładzie, czując, że zaczynają ją boleć mięśnie ramion, uspokoiła się.

Nachylił ku niej głowę.

- Powtarzam: nie zamierzam pani skrzywdzić. - Jego głos nadpłynął z ciemności, z góry i nieco z boku. - Wszystko wyjaśnię, ale nie tutaj, nie teraz. Zapewniam, że potrzebna mi pani cała i zdrowa. Jestem ostatnią osobą, która by panią zraniła albo dopuściła, żeby zrobił to ktoś inny.

Miał być moim bohaterem! Angelica odetchnęła głęboko, jej piersi dramatycznie się uniosły. Podczas gdy jedna część niej, ta wściekła, zdradzona, gotowa go zamordować lub przynajmniej wydrapać mu oczy, ani myślała wierzyć choć jednemu jego słowu, inna, bardziej pragmatyczna i praktyczna, wsłuchiwała się nie tyle w samą treść wypowiedzi, ile w ton jego głosu, i sugerowała, że Angelica powinna przynajmniej dać temu mężczyźnie szansę się wytłumaczyć.

Mówił z pełnym przekonaniem.

Kiedy stała i czekała, podjął tym samym stanowczym, odrobinę dyktatorskim tonem:

- Muszę porozmawiać z panią na spokojnie, wyłuszczyć wszystkie szczegóły. Zaraz wyniosę panią z tego ogrodu i umieszczę w mojej karecie. Nie, tam jeszcze pani nie uwolnię, polecę zawieźć panią do mego domu. Wtedy porozmawiamy.

- Y-oem-ie-an-uśi?

Na moment zapadła cisza.

- Czy potem panią puszczę?

Przytaknęła.

Zawahał się krótko.

- Prawdę mówiąc, to zależy od pani.

Usiłowała spojrzeć mu w twarz. Groźnie nasrożyła brwi w tym kierunku.

- O-o-a-nayć?

- Wkrótce wszystkiego się pani dowie.

Odsunął się od niej i zaraz poczuła, że odplątuje szal, owinięty wokół jej łokci. Zabrał go.

Moment później pętla z miękkiego materiału opasała jej nadgarstki. Łotr krępował ręce Angeliki jej własnym szalem! Nijak nie była w stanie powstrzymać go przed mocnym zaciśnięciem pęt.

Nim miała szansę choćby napiąć mięśnie, żeby mu się wyrwać i popędzić z powrotem na przyjęcie, pochylił się i uniósł ją w ramionach.

Pisnęła krótko, zaczęła się wykręcać, zaraz jednak uzmysłowiła sobie, że palce jednej jego ręki znajdują się niebezpiecznie blisko jej biustu, drugiej zaś palą jej udo przez jedwab sukni, toteż najlepiej zrobi, jeśli zarzuci próby zmiany pozycji. Poddała się, wyciszyła. I postarała się zebrać myśli.

Ścieżka wiodła przez niewielką połać otwartego terenu; w skąpym świetle Angelica spostrzegła, że on zerka na jej twarz.

Zwęziła oczy, mając nadzieję, że Debenham odczuje siłę jej piorunującego spojrzenia.

Jeśli tak się stało, nie dał tego po sobie poznać.

- Moja kareta stoi w zaułku.

Patrząc przed siebie, schylił się, by przejść pod niską gałęzią. Niósł Angelicę z taką łatwością, jakby dźwigał w ramionach kilkuletnie dziecko.

- I żebyśmy dobrze się zrozumieli, nie planowałem porywać pani dzisiaj, na tym przyjęciu zamierzałem jedynie przeprowadzić rekonesans. - Znów na nią spojrzał. - Jednak tak idealnie stworzyła pani okazję, że cóż innego mogłem zrobić? Nie skorzystać z niej, pozwolić pani odejść, a potem modlić się, by los podarował mi kolejną szansę kiedy indziej?

Zatem to ona ponosiła winę za to porwanie?

Wystąpił spomiędzy drzew, blady blask księżyca musnął jego twarz.

- Aaci. An. A. O - wycedziła przez knebel, zwężając oczy w szparki.

Przez chwilę się jej przyglądał, a potem uniósł brwi i spojrzał przed siebie.

- Istotnie. Przypuszczam, że zapłacę.

Ścieżka kończyła się przy drewnianej furtce w okalającym ogród wysokim kamiennym murze. Debenham przemieścił Angelicę w ramionach, żeby odsunąć rygiel i otworzyć furtkę, a potem wyniósł ją do zaułka.

W mroku czekała kareta. Angelica zauważyła stangreta na koźle i chłopca stajennego, który właśnie zeskakiwał na ziemię. Ten drugi pośpieszył otworzyć drzwi.

Związana i zakneblowana, w obecności trzech potężnych mężczyzn, nawet nie próbowała się wyrywać czy stawiać oporu, kiedy Debenham, ten łotr, dźwignął ją do wnętrza pojazdu. Postawił ją na nogach, zamienił dwa słowa ze stajennym i wspiął się w ślad za Angelicą - przez co praktycznie nie pozostawił jej przestrzeni na wykonanie jakiegokolwiek ruchu.

Wsparł potężną dłoń na ramieniu Angeliki i napierał na nią tak długo, aż usiadła na obitym skórą siedzeniu. Wciągnęła nosem powietrze. W karecie unosiła się woń stęchlizny. Czyżby ją wynajęto? Spojrzała na Debenhama, kiedy zajął miejsce naprzeciw niej; nogi miał tak długie, że kolanami osaczył jej kolana.

Chwycił jej stopy i uniósł tak, że odchyliła się na oparcie. Ignorując gniewny kwik Angeliki, sprawnie spętał jej kostki... chustą stajennego?

- Mmuch! - Spróbowała go kopnąć, ale na próżno.

- Spokojnie. - Wygładził jej spódnice i wstał, a stopy Angeliki ześlizgnęły się na podłogę. - Jeśli mi pani pozwoli, rozwiążę jej nadgarstki i skrępuję je z przodu. W przeciwnym razie będzie pani dość niewygodnie, dopóki nie znajdziemy się u mnie w domu.

Spiorunowała go wzrokiem, lecz, jak poprzednio, z mniej niż mizernym efektem. Nadal usiłowała ogarnąć to, co się działo, jakby jej rozum nie nadążał jeszcze za wydarzeniami. Nie potrafiła wykoncypować, do czego on zmierza; przecież miał być jej bohaterem.

Kiedy po prostu stał, spoglądając na nią wyczekująco, wydała z siebie pełen odrazy pomruk, który obiecywał, że Debenham drogo za wszystko zapłaci, po czym obróciła się na siedzeniu, nadstawiając ku niemu skrępowane na plecach dłonie.

Pochylił się nad nią. Spięła się, czekała, ale nie dał jej cienia szansy na uwolnienie ręki i zdarcie z twarzy knebla; był na tyle postawny, miał na tyle długie ramiona, by sięgnąć wokół Angeliki. Przemieścił jej ręce do przodu i ponownie spętał, mocniej, więżąc jej palce w zwojach szala.

Do licha! Jak się wydostanie z tego ambarasu?

Przy założeniu, że w ogóle chciała się wydostać...

Ta zbłąkana myśl uderzyła w nią z tak niepokojącą siłą, że Angelica na moment zgubiła wątek.

Tymczasem ów łotr zdjął pled z półki nad jej głową, strzepnął go, troskliwie otulił nim plecy Angeliki... a potem uniósł jej kolana w górę i w bok, aż w rezultacie leżała wzdłuż na siedzeniu.

Pisnęła, później zaś nadaremnie walczyła, kiedy bezpardonowo zawijał ją w pled, po czym ułożył na boku, starannie skrępowaną, unieruchomioną, z ramionami w dole i wyprostowanymi nogami.

- O-an-yabia?

Bezradna w tej haniebnej pozycji, posłała mu mordercze spojrzenie.

Górował nad nią, stojąc z pochyloną głową, gdyż było tu dlań za nisko. Przez chwilę jej się przyglądał, aż wreszcie przemówił spokojnie tym niskim, wywołującym grzeszne myśli głosem:

- Jeśli ma pani choć odrobinę instynktu samozachowawczego, pozostanie pani w tej pozycji. Kiedy za moment kareta ruszy, wiercąc się, wyląduje pani na podłodze. Pojedzie pani do stajni za moim domem, to niedaleko stąd. Dołączę do pani najszybciej jak zdołam.

Zostawiał ją?!

- E-an-ie?

- Z powrotem na przyjęcie. Opuszczę je, kiedy pani zniknięcie zostanie zauważone, a dostatecznie wiele osób odnotuje, że sam nadal jestem obecny. - Jeszcze przez kilka sekund na nią patrzył, nim w końcu skierował się do wyjścia. - Proszę mi zaufać - dodał. - Nic pani nie grozi.

Wysiadł z karety i zamknął drzwi.

Nadstawiła uszu, kiedy rozmawiał ze stangretem. Nie dosłyszała, jakich udzielił instrukcji - ten jego przeklęty jedwabisty głos był zbyt cichy - ale dotarła do niej odpowiedź stangreta.

- Taa je, m'lordzie.

Zamarła. "Tak jest, milordzie". Tyle że nie tak to brzmiało.

Stangret był Szkotem. I to nie z cywilizowanych regionów Szkocji, na przykład z Edynburga, lecz z jej dzikich pustkowi.

Przypadek?

Dreszcz przebiegł jej po karku.

Kareta drgnęła i ruszyła bez pośpiechu. Jako że jej myśli gnały szaleńczo w co najmniej dziesięciu kierunkach jednocześnie, Angelica ledwie odnotowała fakt, że skręcili z zaułka w większą ulicę.

Potężny brunet, arystokrata. "Twarz jak wykuta w skale i oczy jak lód".

Ale to niemożliwe. Laird nie żył. Spadł z urwiska, prosto w ramiona śmierci. Dotąd nie znaleziono jego ciała, lecz...

Poza tym Debenhama znano w towarzystwie. Nie był Szkotem... aczkolwiek Angelica znała kilku Szkotów, którzy mówili doskonałą, pozbawioną akcentu angielszczyzną.

Debenham, o czym wszyscy wiedzieli, cierpiał na poważny uraz kolana. Nikt nie wspomniał o tym, by laird wspierał się na lasce... ale Debenham zostawił laskę na tarasie, Angelica zaś nie odnotowała, by utykał, gdy niósł ją do karety.

A jego oczy... Nie określiłaby ich jako zimne, nie były takie, kiedy z nią rozmawiał, potrafiła sobie wszakże wyobrazić, że mogą zionąć chłodem, jeśli on sobie tego zażyczy...

Z trudem zaczerpnęła tchu. Ledwie mogła uwierzyć w to, co głośno kołatało się w jej głowie.

Została porwana, przypuszczalnie przez lairda.

Z całą pewnością przez swego bohatera.