Porwany. 82 dni w rękach piratów - Piotr Budzynowski, Łukasz Pilip


Reflow text when sidebars are open.
"Tym, którzy nie wrócili z morza"
Iwonie i Kasi
Chciałem przypomnieć sobie smak wody. Marzyłem o tym, że przepłuczę wyschnięte gardło i spierzchnięte wargi. Gdyby nikt nie patrzył, zwilżyłbym sobie jeszcze lepiące się czoło, ramiona, pachy. Ale na razie miałem tylko odpadki. Breję w kolorze gliny, mieszaninę wody i paliwa. Unosił się w niej rudy osad. "Pewnie rozwali mi nerki" - myślałem, potrząsając butelką. Ale piłem. Kilka łyków na dobę. Żeby przeżyć.
Dokuczał mi smród własnego ciała. Pot przeżarł ubranie, a następnie koce. Jednak gdybym bez pytania wstał i poszedł się umyć, już bym nie wrócił. Za nieposłuszeństwo należała się kara. Bicie, głodówka, śmierć.
Piraci nikogo nie wyróżniali. Byłem kapitanem, ale kazali mi jak reszcie spać na podłodze. Moje legowisko miało dwa metry długości, sześćdziesiąt centymetrów szerokości. Z jednej strony ścianka, w połowie której zaczynały się okna, z drugiej - czerwone metalowe szafki od urządzeń nawigacyjnych. Wzdłuż nich, tuż nad moją głową, biegła poręcz. Musiałem uważać, żeby w nią nie grzmotnąć. Na podłodze leżały koce, przynajmniej nie odgniatałem sobie ciała. Ale i tak każdego ranka czułem się jak bokser po dwunastorundowej walce.
Kolejne dni i godziny na podłodze obciążały bardziej mózg niż ciało. No bo o czym możesz myśleć zwinięty na ziemi jak szmata? Bałem się, przeraźliwie się bałem, że już nigdy nie zobaczę córki. Że już jej nie poopowiadam o przygodach w portach. Że nie odprowadzę żony do pracy. Że po moim powrocie z morza nie usiądziemy w kuchni, jak to mieliśmy w zwyczaju, i nie będziemy świętować powrotu z rejsu.
Zastanawiałem się tylko, jak zginę.
Widziałem ląd. Był blisko, wystarczyło zbiec z najwyższego piętra statku, dać susa nad burtą, rzucić się do wody. Tylko co potem? Nawet nie dopłynąłbym do plaży. Piraci waliliby do mnie, aż ocean zabarwiłby się od mojej krwi. Widziałem ich w akcji, niektórzy naprawdę potrafili przymierzyć z karabinku. Wyrzucali do wody śmieci ze statku, a potem urządzali zawody w strzelaniu. Kto przedziurawił dryfujący przedmiot, wygrywał.
Gdyby zobaczyli mnie w wodzie, złapaliby za kałachy. Zostałbym rozpruty jak sufit, na który gapiłem się co dzień. Tak, w sufit też lubili walić. Zwłaszcza kiedy się upili.
Więc ucieczka nie miała najmniejszej szansy powodzenia. Musiałem czekać, ale czasu było coraz mniej. Prawie nie było go wcale. Do jutra armator miał zdecydować, czy zapłaci okup w wysokości, jakiej żądali porywacze. Jeśli będzie zwlekał, trafimy na ląd. A stamtąd nikt już nie wraca.
Wyobrażałem sobie, co będzie, gdy kompania zaakceptuje żądania somalijskich piratów. W przeciągu tygodnia uruchomiłbym silniki, podniósł kotwicę i ruszył do domu. Przecież tak było z japońskim statkiem "Izumi", który stał niedaleko nas. Jeszcze kilka dni temu przypominał mrowisko. Po pokładzie miotała się banda piratów. Pilnowali dwudziestoosobowej załogi. Samych Filipińczyków.
Aż nagle pojawił się nad nimi samolot. Wykręcił kilka kółek, ktoś wypchnął z niego pakunek z forsą. Bojka oznaczyła miejsce zrzutu. Widziałem, jak ulatnia się z niej gęsty, pomarańczowy dym. Somalijczycy natychmiast wskoczyli do motorówek. Wyłowili zdobycz. Wrócili na "Izumi" pewnie po to, żeby przeliczyć banknoty. Zmyli się już po kilku godzinach. - Ludzie - piekliłem się, patrząc na marynarzy - dlaczego nie ruszacie!? Gdybym miał taką okazję, maszynownia dawno by huczała!
Ale do wieczora Japończyk nie podniósł kotwicy. Okazało się, że ugrzązł z powodu awarii silnika. Załoga naprawiła ją zapewne dopiero w nocy. Gdy obudziłem się następnego dnia, statek zniknął.
"Szczęśliwcy" - zanotowałem w dzienniku.
Pobudka! Piąta rano. Jeszcze ciemno. Za godzinę wynurzy się słońce. Wreszcie przespałem kilka godzin. Nie zbudziła mnie nawet nocna impreza naćpanych porywaczy, którzy na cały regulator puszczali z telefonów arabską muzykę.
Zostać zakładnikiem to jak wpaść w sidła. Czekasz, aż przyjdzie kłusownik. Boisz się go tak bardzo, że zaczynasz się szarpać. Ale z każdym ruchem pętla zaciska się na szyi. Więc uczysz się, jak nie robić zbędnych ruchów. Planujesz nawet otwarcie oczu.
Tego dnia nikt nie zwracał na mnie uwagi. Leżałem i gapiłem się w sufit. Wyobrażałem sobie, jak całuję żonę, ściskam córkę, jem coś innego niż niedogotowany ryż, zasypiam bez strachu przed egzekucją.
- Twój armator to oszust! - usłyszałem nagle głośny krzyk.
Usiadłem z wrażenia, omijając głową metalową poręcz. Nade mną pochylał się Ali, negocjator piratów, najważniejsza postać tej bandy. Jako jeden z nielicznych nie nosił karabinku. No i mówił po angielsku. Kursował między wszystkimi statkami, które stały z nami na kotwicy. Jego znak szczególny: kieszenie wypchane komórkami. Każda do targowania się z inną firmą.
Oszołomił mnie tym jednym zdaniem. Co się stało? Czyżby kompania sobie nas odpuściła? Tak jak armator jednego z porwanych statków, który stał obok nas? Słyszałem plotki, że jego właściciel, chyba chiński, wypiął się na Somalijczyków i przerwał negocjacje. Ale tym samym pozostawił załogę na pastwę piratów.
Wkurzony Ali nie wyjaśnił mi, co się właściwie stało. Spakował się do motorówki i uciekł bez słowa. Lubił to robić: nastraszyć, namącić w głowie, ulotnić się. Tym razem jednak nie wyglądało to na sztuczkę.
Po kilku dniach jeden z Somalijczyków nie wytrzymał przeciągających się negocjacji. Doskoczył do mnie. Zaczął wymachiwać mi przed twarzą lufą karabinku. Miał przekrwione oczy i kipiał ze złości. Dukał coś po angielsku.
Z jego bełkotu zrozumiałem jedno: jutro zginiemy.
Chciałem odpowiedzieć, ale język mi zdrętwiał, w gardle zaschło, a słowa wyparowały. Pirat krzyczał jeszcze przez chwilę, w końcu odpuścił. Oprzytomniałem dopiero wtedy, gdy odszedł. Ze strachu wtuliłem się w brudne koce, owinąłem się nimi jak bezdomny pies. Byłem nim od trzydziestu dwóch dni, czyli od chwili, gdy na moim statku zjawili się piraci. Przynieś. Wstań. Posprzątaj. Kładź się. Nie sraj. Nie pij. Nie gap się. Co się ociągasz? Jazda!
Z maszynowni wrócił jeden z moich marynarzy. Nawet nie drgnąłem. Całe szczęście o nic nie pytał. Ale nawet gdyby to zrobił, nie powiedziałbym, co jutro nas czeka. Wolałem oszczędzić załodze tego paraliżującego strachu. Musiałem go jednak przezwyciężyć, żeby zrealizować własny plan. Strategię obmyślałem już od kilku dni. Nie mogła przynieść nam wolności. Można by ją uznać za zemstę. Albo po prostu za samobójstwo.
A więc tak:
O świcie wygrzebuję się z posłania. Jak najwcześniej, kiedy piraci są jeszcze półprzytomni po nocnym piciu. Potem rozglądam się po mostku. Szukam broni. Somalijczycy nie pilnowali jej zbyt skrupulatnie. Czasami rzucali ją gdzie popadnie, zwykle na szafki. Magazynki upychali w szufladach, w których wcześniej trzymałem mapy nawigacyjne. Następnie wstanę i - żeby zaimponować piratom - rzucę do nich jakieś somalijskie słowo. Zdążyłem już się kilku nauczyć. Może musqul? To znaczy, że chcę do kibla. Gdy usłyszą swój język, rozluźnią się, nie sięgną po broń. Więc ruszę w stronę toalety, a po drodze chwycę za karabinek. I natychmiast pociągnę za spust. Będę celował we wszystkich, którzy mnie torturowali. Okładali kablami. Głodzili. Albo będę pruć na ślepo. Aż skończą się naboje. Ilu zdążę zabić? Trzech, może czterech. Pewnie nie zdążę ich zliczyć, bo sami odpowiedzą ogniem.
Żeby tylko zastrzelili mnie od razu. Nie zniosę kolejnych tortur. Jeśli mam umrzeć, to śmiercią nagłą i gwałtowną. Potem pewnie skończę jak śmieć. Piraci nie przejmują się trupami. Wyrzucają je do oceanu.
Miałem nadzieję, że im wystarczę. Że nie wybiją reszty załogi. Moje ciało mogło zostać przy brzegach tej przeklętej Somalii, ale pozostali marynarze muszą żyć. Przecież niczym nie zawinili.
Kiedy zapadła noc, chciałem tylko usłyszeć głosy mojej żony i córki. Jak mówią: "Nie miałeś wyjścia. Wybaczamy ci".
Rozbrzmiał telefon. To ktoś z agencji, która zajmowała się zatrudnianiem załóg na statki. Usłyszałem od niego propozycję: mam przeprowadzić frachtowiec z brazylijskiego portu Vila do Conde do Genui we Włoszech. Ładunek? Odlewy aluminiowe i jachty, które trzeba było załadować na Morzu Śródziemnym.
A więc nic trudnego.
Potem, jeślibym chciał, mogłem płynąć dalej. I tu był haczyk: trasę kolejnego rejsu miałem poznać dopiero wtedy, gdy dopłyniemy do Europy.
Zgodziłem się, ale zaraz potem uświadomiłem sobie, że zbliża się Boże Narodzenie. Że znów nie będę świętował go z rodziną. Niby wszyscy się do tego przyzwyczailiśmy, jednak z każdym rejsem coraz trudniej było mi się rozstawać z najbliższymi.
Wyjeżdżałem z domu w listopadowy poranek. Za oknem ciemność. Uśmiechnąłem się na widok bagaży przy drzwiach. Kiedyś, gdy chciałem jeszcze zostać "rybolem" i pływać na najlepsze łowiska, podróżowałem wyłącznie z workiem marynarskim. Przypominał pokrowiec na śpiwór. Ledwo udawało mi się wcisnąć w niego moje klamoty. Ale miał pewną zaletę - mogłem go upchnąć w każdy kąt ciasnej kabiny.
Kiedy rozstałem się z rybołówstwem, zamieniłem worek na walizkę. Na pierwszą wydałem kupę pieniędzy. Nie nacieszyłem się nią długo. Zgubiły ją linie lotnicze KLM. Walczyłem, żeby odzyskać bagaż, ale sprawa ciągnęła się tak długo, że uległa przedawnieniu.
W ten sposób nauczyłem się, że najlepsza walizka to ta najtańsza. Cieszyłem się, gdy nieuszkodzona wracała ze mną z rejsu do domu. Dziś wyjeżdżałem z podobną. Była czarna. Miałem jeszcze malutką torbę jako bagaż podręczny. Trzymałem ją zawsze przy sobie. Znajdowały się tam najważniejsze dokumenty.
Zanim dźwignąłem bagaże, poczochrałem jeszcze w drzwiach Tafika, moje ukochane psisko rasy australian silky terrier. Potem pospieszyłem na podwórko, gdzie czekał srebrny fiat stilo. Musiałem dojechać nim ze Świnoujścia do niemieckiej Bremy. To tam mieściła się siedziba armatora z kompanii Beluga Group.
Jechała ze mną moja żona Iwona i kumpel Jurek. Zwykle tylko Iwona odwoziła mnie do portów, jednak tym razem wracałaby po ciemku, a nie przepadała za nocną jazdą. Dlatego poprosiliśmy o pomoc kolegę.
Do Bremy prowadziłem ja, ale od początku coś mi nie grało. Pierwszy raz odczułem to jeszcze w Świnoujściu, na promie. Mieszkańcy miasta wiedzieli, jak na nim parkować, żeby dla każdego starczyło miejsca. Samochody stały więc gęsto, lusterko w lusterko, kierowcy nie ruszali się zza kierownicy. Wszyscy miejscowi mieli zaciągnięte ręczne hamulce. A turyści? Podczas dobijania do brzegu tylko ich samochody leciały do przodu.
Zaparkowałem na pokładzie jako pierwszy. Za nami dostawczak na szczecińskich blachach. W środku facet przed trzydziestką. Oczywiście nie zaciągnął hamulca. Wpadł w nasz zderzak. "Jasna cholera - pomyślałem - tyle lat korzystam z tej przeprawy, nikt mnie jeszcze nie zarysował, a akurat dziś musiałem mieć stłuczkę... Znak czy co?".
Po zjechaniu z promu szczęśliwie okazało się, że na moim aucie nie ma nawet ryski.
- Następnym razem proszę pamiętać o ręcznym - rzuciłem do kierowcy dostawczaka i prędko odjechałem.
Zaraz kolejny problem. Nigdy nie załatwiałem spraw podczas podróży, ale tym razem musiałem podpisać papiery od polskiej agencji załogowej, która pośredniczyła w moich rejsach od 1998 roku. Bo tak naprawdę zatrudniała mnie zagraniczna agencja z Cypru. Polska firma tylko z nią współpracowała. Jej rolą było szukanie nowych kontraktów, załatwianie dokumentów, sprawdzanie ich ważności, organizowanie dojazdu i powrotu ze statku.
Gdy wyszliśmy z agencji, musieliśmy jeszcze skoczyć do notariusza. Dopiero stamtąd wyjechaliśmy w stronę Niemiec. Wybijała czternasta.
Po drodze kilka przystanków, żarty, planowanie remontu mieszkania po powrocie z morza. Ale też rozmowy o Kasi, mojej córce. Niedawno wyprowadziła się do Poznania, zaczęła tam studia. Trochę się o nią martwiłem.
- Powiedz jej ode mnie - poprosiłem żonę - żeby nie dała się na tej architekturze.
O dwudziestej drugiej dojechaliśmy na miejsce. Przyszedł czas na pożegnanie. Nie znosiliśmy go z Iwonką. Im byliśmy starsi, tym bolało bardziej.
Przenocowałem w pensjonacie, a rankiem zameldowałem się na briefingu w biurze kompanii. Rzuciłem okiem na dokumentację rejsu. Nic niepokojącego. Potem jak zwykle skonsultowałem się z przedstawicielami działów administracyjnego, maszynowego, nawigacyjnego, charteringowego i security odpowiedzialnego za bezpieczeństwo. Pogadaliśmy o portach, załadunkach, załodze.
Wieczorem znów pensjonat. Krzątając się po pokoju, myślałem o córce. Kasia marzyła o architekturze od siódmego roku życia. Teraz spełniała swoje marzenia, a ja bardzo chciałem być przy niej. Rozmawiać codziennie, jak było na zajęciach, czy dogaduje się z kolegami, wykładowcami i czy zaaklimatyzowała się w Poznaniu. Tylko jak to zrobić, skoro z samego rana wylatywałem do Brazylii?
Przesiadka w Rio de Janeiro, potem lądowanie niedaleko portu Vila do Conde w północnej części kraju. Nowe zakątki świata nie robiły już na mnie wrażenia. Teraz schodziłem na ląd tylko po to, żeby kupić coś dla rodziny. Marynarze często biegali po luksusowych sklepach i udawali bogaczy. Ale mnie zawsze to krępowało, nie znosiłem szpanu. Wolałem skupować figurki słoni. W domu zebraliśmy ich całą kolekcję: z drewna, metalu, kamieni. Niektóre z ciosami, inne bez. Miały trąby opuszczone i zadarte, choć podobno tylko te z zadartymi przynoszą szczęście.
Czemu słonie? Urzekały mnie ich oczy. Szczere. Ludzkie. Te z figurek też często wyglądały jak prawdziwe. Poza tym przywoziłem z rejsów breloczki do kluczy, magnesy na lodówkę, przyprawy. Raz zaszalałem i kupiłem obraz składający się z czterech części. Każda ważyła dziesięć kilo, symbolizowała inną porę roku. Targałem je z Wietnamu. Zawisły w naszej sypialni.
W Brazylii nie było możliwości szperania po sklepach, chociaż mój statek miał przypłynąć dopiero za dwa dni. Miejscowi ostrzegali przed bandyterką, która polowała na turystów. Rzadko więc opuszczałem hotel. Bałem się napaści. A jeśli już musiałem wyjść po jedzenie, wkładałem do kieszeni same klepaki.
Statek zjawił się o czasie. Nazywał się "Beluga Nomination" i choć należał do niemieckiej kompanii, pływał pod flagą wyspiarskiego kraju - Antigui i Barbudy. Zwodowano go w 2006 roku. Był stosunkowo niewielki, długi na sto trzydzieści dwa metry, szeroki na szesnaście. Z dwoma dźwigami na pokładzie z lewej burty. Po obu stronach kadłuba zdobiły go potężne napisy "Beluga Projects". Na rufie białą farbą wymalowano jego nazwę. Od góry burty były niebieskie, niemal granatowe. Od dołu - krwiście czerwone.
Sądziłem, że agent kompanii natychmiast przewiezie mnie z hotelu do portu. Ale odmówił. Było już ciemno, więc musielibyśmy przedzierać się po zmroku przez dżunglę.
- Drogi są zalane - tłumaczył. - Lepiej będzie wyruszyć rano.
Kłamał. W rzeczywistości bał się zbirów, którzy rozkładali kolczatki na trasie przejazdu turystów. Nocą nie dało się ich zauważyć.
Agent zjawił się zgodnie z obietnicą o dziewiątej rano. Ruszyliśmy do portu. "Beluga" czekała na nas, a na niej rosyjski kapitan, którego miałem zmienić. Już kiedyś, w Hamburgu, obejmowałem po nim statek. Wtedy zostawił po sobie potworny burdel w kabinie. Ledwo go odgruzowałem. Teraz było podobnie. Sufit? Osmolony od papierochów. Ale wystarczyło przeciągnąć po nim szmatką i już czyściej. Dywan? Utytłany. Podczas rejsu na pewno ani razu go nie odkurzał. Stolik przy narożniku? Zdemontowany, nie wiadomo dlaczego. Papiery? Gorzej być nie mogło. Walały się po całym pomieszczeniu. Rosjanin drukował maile, gromadził przestarzałą dokumentację, miał nawet nieważne certyfikaty z 2004 roku.
- Jakim cudem ten człowiek został kapitanem?! - irytowałem się.
Sprzątanie kabiny na "Beludze" zacząłem od łazienki. W japonkach wpadłem pod prysznic. Wszystko zalałem chemikaliami. Potem sypialnia. Cenię porządek, bo pomaga mi się skupić. A poza tym w portach mogła zjawić się inspekcja albo audyt kompanii. Jeśli urzędnicy zobaczyliby burdel, problemy gotowe. Dlatego podczas każdego rejsu sprawdzałem raz w miesiącu stan całego statku. Co tydzień, zgodnie z przepisami, kontrolowałem jeszcze czystość kabin. Wiedziałem, że najlepiej robić to w sobotę, szczególnie podczas deszczu, bo wtedy marynarze raczej nie mogli pracować na pokładzie. Łapali więc za szmaty, miotły i sprzątali swoje pomieszczenia.
Ach, jeszcze mail do córki! Poskarżyłem się w nim na brud. Kasia odpowiedziała i śmiała się, że będę potrzebować dwóch tygodni na zaprowadzenie porządku po moim poprzedniku.
Załogę poznałem na kawie. Poza mną - jedenastu marynarzy. Dwóch Ukraińców, siedmiu Filipińczyków, Rosjanin, Estończyk. Było tyle roboty, że dłuższe rozmowy i zebrania musiały poczekać. Przede wszystkim skupiliśmy się na załadowaniu aluminium, które miało płynąć z nami do Rotterdamu. Potem zrobiłem jeszcze standardowy obchód. Zweryfikowałem dokumentację, stan techniczny jednostki. Radary działały? Trap, po którym wchodziło się na statek, nieuszkodzony? Mapy elektroniczne bez szwanku? Ster też? Skontrolowałem jeszcze inne drobiazgi. Choćby to, czy nie przetarły się cumy. Albo czy nie wywaliło żadnego bezpiecznika w urządzeniach nawigacyjnych. Oczywiście i tak okazało się, że nie wszystko jest w porządku.
Rosyjski kapitan nawet nie zająknął się o awarii steru. Doskonale wiedział, że w porcie nie mogłem go sprawdzić. Trzeba było wypłynąć.
19 listopada, po niecałych dwóch dniach załadunku, zwinęliśmy się z Vila do Conde. Najpierw przeprawa przez rzekę Pará. Uruchomiliśmy elektroniczną mapę. Skręt w prawo. W lewo. Nie było co narzekać, statek pracował idealnie. W takim razie przed wyjściem na Atlantyk nastawiłem autopilota. I wtedy niemal wpakowaliśmy się na łachę. Wszystko przez ster. Nie trzymał kursu, odbijał w przeciwną stronę. Na szczęście uratował mnie refleks. Przełączyłem się na sterowanie ręczne, skręciłem. Ominąłem płyciznę w ostatniej chwili, ale byłem wściekły.
Skoczyłem do maszynowni:
- Co tu się dzieje?! Dlaczego ster nie działa?
- Jak to? Przecież działał... - zmieszał się mechanik.
Dla pewności zrobiłem jeszcze jedną próbę. Lewo, prawo, a "Beluga" wciąż wariowała. Od razu zaraportowałem usterkę. Kompania obiecała naprawę w Europie. Za jakieś czternaście dni.
Kiedy płynęliśmy przez Atlantyk, miałem więcej czasu, żeby poznać moich marynarzy. Choć wkrótce okazało się, jak bardzo powierzchownie. Teraz już wiem, że najwięcej dowiadujesz się o człowieku, gdy grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Wtedy jednak nie miałem jeszcze pojęcia, co nas czeka.
A więc Jurij, pierwszy oficer. Ukrainiec. Najstarszy na pokładzie - sześćdziesiąt sześć lat. Odpowiadał za załadunek i wyładunek statku. Organizował pracę działu pokładowego. W naszej dwunastce sprawiał wrażenie najbardziej opanowanego. Zawsze spacerował w okularach "pilotkach". Żonaty. Podobno miał córkę.
Artem, drugi oficer, też Ukrainiec, czterdzieści jeden lat. Planował trasę rejsu i przygotowanie nawigacyjne podróży statku. Milczek.
Pierwszy mechanik. Szkoda, że nie zapamiętałem jego imienia. Pochodził z Estonii. Narzekał na zdrowie. Sapał przy każdym kroku, bo ważył około stu pięćdziesięciu kilo. Spokojny. Odpowiadał za serce statku, czyli maszynę. Wkrótce miał zejść na ląd. Kontrakt wygasał mu w którymś z europejskich portów. Tam miał go zastąpić inny marynarz.
Michaił, drugi mechanik. Rosjanin, czterdzieści lat. Pracował w maszynowni. Dbał o "Belugę" podczas manewrów. Kontrolował, czy w silniku nie szalała nadmierna temperatura i ciśnienie. Zawsze miał coś do roboty. Jego zmiana? Od ósmej do siedemnastej. Flegmatyk. Sam przyznał, że zanim coś zrobi, musi się dwa razy zastanowić. Nazywaliśmy go zdrobniale Miszą. Posturą przypominał niedźwiedzia. Miał szerokie bary i silne, owłosione ręce. Znak rozpoznawczy? Czarne, gęste brwi, które się niemal spotykały. Żonaty. Prawdopodobnie jedno dziecko.
Pozostali członkowie załogi pochodzili z Filipin.
Joshua był bosmanem. Miał czterdzieści trzy lata. Cholernie cieszyłem się z jego obecności. Typ fachowca. Był pośrednikiem między mną a załogą. Przydzielał jej obowiązki, nadzorował pracę marynarzy. Dogadywaliśmy się, chociaż jego angielski był specyficzny. Gdyby nie lata przepływane z rodakami Joshui, niewiele bym rozumiał. "F" zamieniali na "p". Pięćdziesiąt pięć wymawiali więc jako "pypti pajp".
Bosman zawsze spacerował po pokładzie w sombrero. Miał szeroki nos i wysoko osadzone, cieniutkie brwi. Wyglądał na wiecznie zadowolonego - nawet jeśli się nie uśmiechał, kąciki jego ust i tak wędrowały ku górze. Kiedyś zwierzył mi się, że poślubił młodszą od siebie kobietę i że od dawna starają się o dziecko. Bardzo im kibicowałem.
Trzydziestoletni Luis pełnił funkcję starszego marynarza. Miał też patent operatora dźwigu, a to kluczowa funkcja podczas załadunków i wyładunków. Mało gadał z załogą. Trochę od niej odstawał. W dodatku sprawiał wrażenie cwaniaczka.
Leon, marynarz, miał zaledwie dwadzieścia cztery lata. Sprzątał i konserwował urządzenia pokładowe. Na statek dostał się prosto z centrum szkolenia marynarzy. Musiał jeszcze pływać kilka lat, żeby spłacić dług, który zaciągnął na ukończenie szkoły. Był trochę zagubiony, trzymał się w cieniu. Ale robił wszystko, o co go prosiłem. Kumplował się z Luisem.
Hector, marynarz, czterdziestotrzylatek. Sumienny jak bosman. Bystrzak. Raczej stronił od towarzystwa.
Alvin, motorzysta, trzydzieści dwa lata. Odpowiadał za porządek w maszynowni. Raczej nie integrował się z resztą załogi.
Rafael, też motorzysta, dwadzieścia cztery lata. Był nieco roztrzepany. Tuż przed rejsem wziął ślub, kupił z żoną działkę, planowali, że wyprowadzą się od jej rodziców. Czasem wpadał wieczorem na moją wachtę, żeby zadzwonić do kogoś przez telefon satelitarny. Otwierał się wtedy przede mną. Mówił, że pływa, aby zarobić na porządne auto i dom. Bardziej niż pieniądze martwiła go jednak żona. Nie zawsze odbierała, gdy do niej dzwonił. A ja - przez wiele lat słuchając podobnych opowieści marynarzy - miałem dla niego jedną odpowiedź: "Będzie lepiej, jeśli zaufasz".
Vincent, kuk, czterdzieści jeden lat. Przechwalał się kulinarnymi sztuczkami, a nie dogotowywał ziemniaków i warzyw. Pichcił tłusto. Mięso rąbał tasakiem i ciach na patelnię. W tajemnicy mianowałem go "tłuczkiem", bo co dzień od siódmej do dziewiątej rano rozbijał kotlety. Budził tym marynarzy, którzy w końcu przestali nastawiać budziki. Na szczęście nie popełniał błędu wielu kucharzy, czyli nie przynosił mi na mostek "lepszego" jedzenia. Bo miałem zasadę - kapitan powinien jeść to, co załoga.
Dni spędzałem na rutynowej pracy. Pełniłem wachtę nawigacyjną od ósmej rano do południa albo od dwudziestej do północy, bo brakowało nam trzeciego oficera. Wraz z pierwszym oficerem planowałem i rozdzielałem załodze pracę. Kontrolowałem, ale też uaktualniałem dokumentację statkową. Na przykład podczas wachty co godzinę wpisywałem do dziennika pozycję statku, jego kurs, warunki pogodowe czy stan morza.
Najwięcej czasu spędzałem na mostku. To jeden z najwyższych punktów każdej jednostki. Na "Beludze" wznosił się w okolicach rufy. Nazywaliśmy go strychem. Miał kilkanaście metrów szerokości i kilka długości. Pełno w nim było okien, z których rozciągał się widok na cały pokład. Żeby jeszcze bardziej poprawić widoczność, z jego boków wyrastały dwa skrzydła przypominające balkony. We wnętrzu pomieszczenia roiło się od elektroniki: urządzeń nawigacyjnych i komputerów. Była też toaleta, bufet, gdzie parzyliśmy kawę, ławeczka do ćwiczeń, hantle, a nawet rower stacjonarny dla poprawy kondycji.
Przepłynięcie trasy z Brazylii do Holandii zajęło nam dwa tygodnie. Szybki rozładunek aluminium w Rotterdamie i kurs na Morze Śródziemne. W jednym z portów po drodze zszedł estoński mechanik. Jego miejsce zajął Rosjanin - pięćdziesięcioośmioletni Fiodor. Więc teraz było na pokładzie dwóch Rosjan. Mechanik przechwalał się, że kiedyś służył w KGB, czym tylko wszystkich rozśmieszał. Oprócz Artema, drugiego oficera, Ukraińca.
Nieźle się żarli. Efekt był taki, że pewnego dnia Artem zjawił się na mostku z podbitym okiem. Miał mnie wtedy zmienić na wachcie.
- Co się stało? - zagadnąłem.
- Uderzyłem się.
- Poważnie? Słyszałem coś innego.
- Jest w porządku, kapitanie.
I tak już wszyscy wiedzieliśmy. Ukrainiec potłukł się z rosyjskim mechanikiem. Poszło o politykę.
Ale ich kłótnia to nic w porównaniu z wiadomością, którą przysłała nam kompania.
Po Genui szykował się nowy czarter, na który się zgodziłem. Aż do Masan w Korei Południowej. Żeby tam dotrzeć, należało minąć Somalię. A przed nią trząsł się cały pływający świat.
Jej wody to "High Risk Area", czyli strefa wysokiego ryzyka. Zaczynała się tuż przy wyjściu z Morza Czerwonego i rozciągała w stronę Zatoki Adeńskiej. Od północy kończyła się przy Zatoce Omańskiej. Od południa przecinała ją granica między Kenią a Tanzanią. Najdalej sięgała jednak na wschód, niemal do Indii. Rejs nią oznaczał nie tylko stres. Również dodatkowe pieniądze. A konkretnie - podwojenie podstawowej wypłaty za każdy dzień pobytu w strefie. Przeciętny marynarz za dniówkę na morzu, bez nadgodzin i bonusów, mógł zgarnąć mniej więcej sto trzydzieści dolarów. Dwa razy tyle oznaczało dla Filipińczyków, najmniej zarabiających na "Beludze", kupę szmalu. Nie powiem, każdy z nas potrzebował zastrzyku gotówki. Ja, na przykład, przed wypłynięciem otworzyłem z żoną drugi salon fryzjersko-kosmetyczny. Oba prowadziła Iwona. I oba generowały na razie spore koszty. Ale to nie znaczy, że na wieść o tym, dokąd płyniemy, ogarnęła mnie euforia. Przeciwnie, poczułem głęboki niepokój.
Somalia kojarzy się marynarzom z jednym - piratami. W 2009 roku liczba ich ataków się podwoiła, choć tylko czterdzieści siedem z dwustu czternastu prób skończyło się porwaniem statku.
Tylko?
Statki, które kursowały z Europy do Azji, właściwie nie miały wyjścia. Musiały sunąć wzdłuż linii brzegowej Somalii i narażać się na piracką napaść. Owszem, mogły zmieniać trasy rejsów, przecinać bezpieczniejsze wody. Ale wiązało się to z koniecznością opłynięcia Afryki, a co za tym idzie - stratą pieniędzy i czasu. Dlatego kompanie ryzykowały, a marynarze modlili się, żeby nie stać się zakładnikami. Uczyli się nawet, jak przygotować statek na atak. I jak się bronić. Płynąc Zatoką Adeńską, należało m.in. rozciągnąć drut kolczasty przy zejściach pod pokład czy wzdłuż burt, zamknąć wszystkie pomieszczenia i ładownie, oczyścić pokład z przedmiotów, które pomogłyby piratom dostać się do zaryglowanych pomieszczeń załogi.
Potem marynarze mieli zakaz prac na pokładzie. Musieli sprawdzić, a następnie przygotować sprzęt ratunkowy i przeciwpożarowy. Zapoznawali się procedurą ewakuacji, sygnałem oznaczającym atak. Trzeba było jeszcze wybrać miejsce na cytadelę - pomieszczenie, w którym mogliby się zamknąć i czekać na pomoc wojska. Najczęściej organizowano je w maszynowni. Obowiązywały w nim trzy zasady: musiała się tam ukryć cała załoga, marynarze powinni byli zapewnić sobie łączność zewnętrzną (na wypadek gdyby chciała skontaktować się z nimi marynarka wojenna), a kontrolę nad statkiem należało przekazać z mostka do maszyny głównej pod pokładem. Oczywiście do cytadeli trzeba było jeszcze znieść jedzenie, wodę, krótkofalówki, leki.
Wiele statków, żeby chronić się przed Somalijczykami, pływało w konwojach, blisko siebie, z niemal jednakową prędkością. Konwoje eskortowały wojenne okręty i helikoptery. Kiedy niebezpieczeństwo pirackiego ataku nieco malało, a statki wpływały na bezpieczniejsze wody, konwój się rozpraszał. Co potem? Trzeba było liczyć na szczęście. A jeśli doszło do napaści - na pomoc okrętów państw członkowskich NATO i Unii Europejskiej. Bo obie organizacje prowadziły na tutejszych wodach misje wojskowe. Tępiły piratów. Tylko że jednostki handlowe, takie jak "Beluga", nie wiedziały, gdzie akurat znajduje się marynarka wojenna.
Nasz statek w krótkim czasie odwiedził kilka portów Morza Śródziemnego. W jednym z nich czekał na nas facet z serwisu kompanii. Walczył z niesprawnym sterem. Kombinował, sapał, stękał, ale w końcu rozłożył ręce.
- To problem mechaniczny, nie elektryczny. Nie pomogę - zawyrokował. W takim razie usterka musiała czekać na naprawę aż do Korei.
Do Grecji płynęliśmy bez ładunku. Należało więc dociążyć "Belugę", żeby mniej kiwała się na falach. W Wolos zabraliśmy części silników dla dużych statków. Każda - kilkadziesiąt ton. Załadunek trwał trzy dni. Potem rejs na Morze Czarne, krótkie postoje w Noworosyjsku i Konstancy. Stamtąd musieliśmy wracać na Sycylię, gdzie czekały luksusowe jachty, które mieliśmy wciągnąć na pokład.
Do sycylijskiego portu wpłynęliśmy w Wigilię. Na miejscu czekało na nas kilku mężczyzn. Wyglądali jak członkowie mafii: czarne garnitury i okulary, wypasione bryki. Wręczyli mi kluczyki do jachtów, jeden był wart dwadzieścia pięć milionów dolarów. Spieszyli się. Ponaglali załogę, bo chcieli zdążyć na kolację. Bosman wziął to sobie do serca - mocowania łodzi przyspawał szybciej niż zwykle. Potem razem z kolegami narzekał, że od klientów nie dostał nawet butelki wina w podziękowaniu.
Po załadunku odpoczynek. Cieszyłem się, że kompania dbała o to, jak spędzamy święta. Pływałem z wieloma firmami, ale tylko Beluga przysłała nam żywą choinkę. Postawiłem ją w mesie, gdzie zorganizowaliśmy wigilijną kolację. Przy stole katolicyzm, protestantyzm i prawosławie. Opłatka brak. Na statkach ten zwyczaj nie obowiązywał. Kuk nie gotował też niczego specjalnego. Nadrabiali za to Filipińczycy. Zajadali się lechonem, czyli prosiakiem, którego wcześniej upiekli na ruszcie.
W takich chwilach tęsknota ściska gardło. Przecież siedzisz z obcymi ludźmi i chociaż ich lubisz, nie zastąpią ci rodziny. A ja miałem swoje bożonarodzeniowe tradycje. Zawsze jeździłem z córką do lasu po żywą choinkę, potem stroiliśmy ją i zasiadaliśmy do stołu. Grały nam tylko polskie kolędy. Uwielbiałem te tradycyjne w wykonaniu zespołów Śląsk czy Mazowsze. Kojarzyły mi się z rodzinnymi stronami. Z Częstochową, w której się wychowałem.
Wiele bym dał, żeby tego dnia przełamać się opłatkiem z bliskimi. Jak wspaniale smakowałby w domu smażony karp! Albo sałatka warzywna, sernik wiedeński, zupa grzybowa - sam zbierałem na nią borowiki. Ale teraz mogłem się tylko oblizać. Tym bardziej że na kolację wpakował się niechciany gość: Somalia. Strach przed nią wypełniał mi głowę. Nie, nie zwierzałem się z tego lęku ani załodze, ani rodzinie. Po co ich martwić? Kiepsko mi to jednak wychodziło. Rozszyfrowała mnie córka. Zapytała przez telefon, czy nie boję się porwania.
- Najwyżej dostanę odszkodowanie - zażartowałem bez namysłu. Po chwili zrozumiałem, że palnąłem głupstwo.
Kasi tyle wystarczyło. Wyczuła lęk w moim głosie.
Martwiła się też żona. Niby w rozmowie pocieszała, że spokojnie, że będzie dobrze, że mnóstwo statków przepływa, to i nasz przepłynie. A tak naprawdę nie chciała słyszeć o Somalii. Przecież tyle razy powtarzała mi: "Jeśli dostaniesz ją w kontrakcie, nie patrz na konsekwencje. Złaź".
Musieliśmy ruszać. W Genui załadowaliśmy kolejny jacht, nieco tańszy od poprzedniego. Mieliśmy przetransportować go na Seszele. Następne łodzie odebraliśmy na Majorce. Łącznie zgromadziliśmy ich dziewięć. I choć kosztowały łącznie co najmniej kilkadziesiąt milionów dolarów, nie były najdroższymi rzeczami na pokładzie. Wszystko dlatego, że transportowaliśmy jeszcze niepozorne światłowody. Jedna ich kolia przebijała cenę jachtu.
Ostatnim przystankiem "Belugi" na Morzu Śródziemnym była Malta. Zatankowaliśmy do pełna, bo przy średnich obrotach statek spalał jakieś dziesięć ton paliwa dziennie. Zapasy miały nam starczyć aż do Indii. Teraz mogliśmy wpłynąć do Kanału Sueskiego. A w nim, jak zwykle, cyrk. Żeby go pokonać, musieliśmy skorzystać z pomocy pilotów, którzy uważali się za bogów i za każdym razem żądali łapówek. Nie dałeś? W takim razie do burty dobijała inspekcja sanitarna albo portowa. A wtedy mogłeś zapomnieć o ruszeniu z miejsca.
Po latach pływania już nic mnie nie zaskakiwało. Dlatego wcześniej zaopatrzyłem się w dwieście pięćdziesiąt litrów whisky, kilka kartonów wódki i papierosów Marlboro. Już przy samym wejściu do Kanału miałem się rozstać z częścią z nich. Pilot, który miał przeprawić nas przez pierwszy odcinek, nie zamierzał nawet wejść na pokład. Tkwił w motorówce i czekał, aż ruszą negocjacje. Pięć kartonów fajek? A w życiu. Osiem? Malutko. Dziesięć? Zgoda. Gdy już wlazł do nas, oznajmił, że i tak niebawem przypłynie inspekcja. Rzeczywiście, lada moment zjawiła się kolejna łódka.
- Daj mi jeszcze pięć pudeł. Przekażę je kontrolerowi i nawet nie postawi stopy na statku - obiecywał pilot.
Niech będzie. Załoga wyciągnęła kolejne kartony. Ale nie uratowały nam tyłka. Facet z inspekcji sanitarnej i tak wparował na pokład. W ufajdanych sandałach, z brudnymi rękami ruszył prosto do magazynu prowiantowego. Jak do marketu. Rozejrzał się po półkach, wybrał, co chciał.
- A gdzie fajki?
Ja w szoku: to niczego nie dostał? Zacząłem więc tłumaczyć, że pilot musiał zgarnąć wszystko dla siebie. Że niczym się nie podzielił. I że wszystkich nas okłamał. Ale gość irytował się coraz bardziej. Nie obchodził go zachłanny inspektor.
- Dawać papierochy - rozkazał.
No i po chwili był bogatszy o pięć kartonów. Trudno się potem dziwić, że my, pływający, przechrzciliśmy Kanał Sueski na Kanał Marlboro.
Pokonanie Kanału zajęło nam, jak zwykle, niecały dzień. To był dobry czas, żeby przygotować się na Somalię. Przyglądałem się więc swoim marynarzom. Zero strachu. Owszem, słyszeli o piratach, coś o nich przebąkiwali. Ale żeby przejmować się porwaniem? Bez przesady. Może ratowali się myślą, że wzdłuż wybrzeży Somali przepływa jednak cały świat. Dlaczego więc właśnie im miałoby się nie udać?
Przypominałem sobie kursy antypirackie, w których uczestniczyłem. Dział bezpieczeństwa Belugi powtarzał na nich jak mantrę, żeby cytadelę, czyli schron, zorganizować pod pokładem. Najlepiej w maszynce sterowej znajdującej się wewnątrz maszynowni, a więc w samym sercu statku. Tam marynarze mogliby bezpiecznie czekać na pomoc wojska. Moim zdaniem maszynka była słabym miejscem na schronienie - pozwalała sterować statkiem, ale nie miała wyjścia ewakuacyjnego prowadzącego na pokład. W razie pożaru wszyscy byśmy się zwęglili.
Wybrałem więc maszynownię, bez wskazania konkretnego pomieszczenia. Starannie ją przygotowaliśmy. Znieśliśmy do niej beczki, które miały zastąpić toaletę. Zgromadziliśmy w niej niemal wszystkie gaśnice ze statku. Do tego aparaty tlenowe, jedzenie, wodę, leki, koce. A dokumenty? Nie można było o nich zapomnieć. W razie ataku nasza tożsamość musiała wyparować. Papiery załogi trzymałem w swojej kabinie, teraz osobiście zniosłem je do cytadeli. Z korytarzy zdjęliśmy schematy statku, żeby piraci nie mogli poznać jego rozkładu. W razie porwania miał się stać dla nich labiryntem. Im później trafiliby na maszynownię, tym więcej czasu zyskałyby służby ratunkowe. Poza tym schowałem w cytadeli krótkofalówkę, żeby mieć łączność z wojskiem, i boję zwaną radiopławą. Boja - w razie zatonięcia statku - nadawała sygnał do satelity. Dzięki temu łatwiej namierzyć rozbitków.
Najbardziej martwiła mnie sama "Beluga". Nie ułatwiała obrony. Do kontenerowców jej daleko. Te osiągały prędkość ponad dwudziestu węzłów. Ona - maksymalnie czternaście. Nie transportowała drobnicy, tylko większe gabaryty. Płynęła ślamazarnie, choć bezpiecznie. Dla piratów była łatwym kąskiem. Ich motorówki śmigały prawie dwa razy szybciej.
Kolejny minus - nasz statek miał niską wolną burtę. Mierzy się ją od lustra wody do linii pokładu. Ta "Belugi" liczyła tylko dwa metry. Wystarczyło lekkie falowanie i obniżała się jeszcze o pięćdziesiąt centymetrów. Dlatego nie stanowiła zapory dla piratów. Skoro potrzebowaliśmy kolejnych zabezpieczeń, zaryglowaliśmy wszystkie drzwi na pokład. Część z nich pospawaliśmy. Po obu stronach rufy ustawiliśmy dwa manekiny. Były ubrane w mundury niemieckiej armii. Miały stwarzać pozory, że jesteśmy chronieni. Marynarze wyjęli też z magazynu podwójny drut kolczasty z żyletkami i rozciągnęli go wzdłuż podłogi. Ale z rozciągnięciem go wzdłuż burt musieli poczekać, bo inaczej piloci kanałowi nie dostaliby się na nasz pokład.
Żyletki nieco onieśmieliły moich marynarzy. Pierwszy raz wydali mi się spłoszeni. Widocznie dopiero teraz dotarło do nich, dokąd płyniemy.
Z Kanału Sueskiego wpadliśmy do basenu Morza Czerwonego. Spokojny rejs wykorzystaliśmy na odrutowanie "Belugi". Na całej jej długości rozciągnęliśmy żyletki. Szczególnie przy rufie - tamtędy najczęściej piraci dostawali się na pokład. Wybierali ją z dwóch powodów. Z mostka słabo widać tył statku. No i nie tworzyły się tam fale.
Okazało się, że zakładanie drutów nie jest takie proste. Splątały się. Musieliśmy uważać, żeby nie poharatać sobie rąk. Trud się jednak opłacił - stwierdziłem, że tacy najeżeni przypominamy wojenną jednostkę. Starszy mechanik Fiodor wydawał się rozluźniony. Przypominał kolegom, że przeszedł szkolenie wojskowe, więc piraci to dla niego pikuś. Reszta załogi podenerwowana. Ja jeszcze bardziej.
Pocieszałem się tym, że wody Rogu Afryki, czyli Półwyspu Somalijskiego, patrolowały okręty antypirackich misji - "Atalanty" zorganizowanej przez Unię Europejską i NATO-wskiej operacji "Ocean Shield".
Próbowałem być na bieżąco z informacjami o aktywności piratów. Czytałem głównie biuletyn przygotowywany przez UKMTO, czyli Służbę Pomocniczą Marynarki Angielskiej. To ona patrolowała rejon Somalii, gromadziła informacje o atakach czy podejrzanych jednostkach. Współpraca z nią wyglądała tak: statki regularnie wysyłały jej swoją pozycję, prędkość, kurs. Jeśli zbliżyła się do nich nieznana łódź, zgłaszały "podejrzany obiekt" albo "podejrzane podejście".
UKMTO z kolei podrzucało aktualizowaną na bieżąco listę ze zdjęciami i nazwami porwanych jednostek. Ale też co dzień o ósmej rano rozsyłało mailowy raport: tu działali piraci, tam wykryto ich zagęszczenie. No, chyba że dochodziło do uprowadzenia. Wtedy wiadomość o nim dostawaliśmy natychmiast.
Niemal po każdym biuletynie UKMTO rozkładałem mapę. Nanosiłem na nią kropki oznaczające atak lub porwanie. Czasami trzy jednego dnia.
Oczywiście poinformowałem naszą kompanię, gdzie zorganizowaliśmy cytadelę. Wysłałem też rozpiskę wszystkich przygotowań do MSCHOA - Centrum Bezpieczeństwa Morskiego dotyczącego Rogu Afryki. Załączyłem formularz z prośbą o dołączenie do jakiegoś konwoju. W nim: wymiary jednostki, ładunek, maksymalna prędkość, telefon na statek i do kompanii.
Dzięki temu dostaliśmy ochronę. Więcej zrobić nie mogłem.
Nigdy nie upajałem się pozycją kapitana. Dla mnie dowódca to autorytet i wiedza, a nie dyktator, który zmusza podwładnych do wykonywania poleceń. Zastanawiałem się, skąd się wzięło we mnie to przekonanie.
Chyba z dzieciństwa. Wychowywałem się z trojgiem rodzeństwa w Częstochowie. Nas i resztę dzieciaków z osiedla łączyły dwie rzeczy: byliśmy tak samo biedni i uwielbialiśmy ganiać za piłką. W mojej klatce schodowej mogliśmy uzbierać nawet trzy pełne drużyny piłkarskie złożone z chłopaków i dziewczyn. Byłem jednym z najmłodszych. A mimo to zawsze stawałem na najważniejszej pozycji - środkowej. Przechodziły przeze mnie wszystkie piłki, które potem rozdzielałem. Nawet gdy jakiś czas później dołączyłem do amatorskiej drużyny, to znów na środku. I to z tego miejsca zaczynaliśmy bramkowe akcje: podanie do mnie, ja na skrzydło, wrzutka do kotłowaniny w polu karnym i bach głową gola. Trzy kontakty. Jak u Górskiego.
Ojciec powtarzał mi: "Piotrek, zawsze trzeba coś robić". Dlatego bardziej niż organizowanie zabawy dzieciakom z podwórka pociągało mnie grzebanie w piwnicy. Zbudowałem tam warsztat. Inspiracje do majsterkowania czerpałem oczywiście od Adama Słodowego, jego książek i programu "Zrób to sam". Dzięki niemu z kolegą Piotrkiem skonstruowaliśmy niemal całego gokarta. Zabrakło nam tylko akumulatora. Postanowiliśmy buchnąć go z samochodu ciężarowego Lublin-51 z osiedla obok. Co dzień po szkole podjeżdżaliśmy wózkiem i się czailiśmy. Jednak po tygodniu krążenia uleciała z nas odwaga.
Dokończyłem za to replikę pistoletu maszynowego Sten. Na wzór oryginału miał oczywiście magazynek z boku. Muszkę wykonałem z obejmy od siodełka rowerowego. Lufę zastąpiła znaleziona na podwórku rurka. Szerszą część magazynka wykonałem z wałka do ciasta. Dla większego realizmu owinąłem go blachą perforowaną. Kolbę zaś tworzyła kotwa piorunochronu, która przypominała gwóźdź w ścianie. Całość pokryłem czarną farbą. Z tak odwzorowanym pistoletem wybiegłem na podwórko. Podzieliliśmy się na Niemców oraz Polaków i zaczęliśmy wojnę. Pech chciał, że napatoczyła się na nas milicja na motocyklu z koszem. Wyciągnęli mnie z grupy. Kazali pokazać pistolet i gadać, gdzie mieszkam. Całe szczęście szybko odpuścili.
Ojciec przyglądał się z okna całemu zajściu. Po powrocie do domu pochwalił mnie: "Ładny sten. Gdy go przewiesiłeś przez ramię, wyglądał jak prawdziwy".
Konwój zaczął się formować w Zatoce Adeńskiej, tuż przy ujściu z Morza Czerwonego. Dopłynęliśmy na miejsce jako jedni z pierwszych.
- Od dziś koniec prac na pokładzie. Możecie poruszać się jedynie po mostku. A jeśli nie musicie na nim być, siedźcie w swoich kabinach - obwieściłem.
W stronę wód zagrożonych atakami piratów wyruszyliśmy 17 stycznia. Razem z nami kilkanaście jednostek w trzech rzędach. Poszczególne statki dzielił tylko kilometr, dzięki czemu widzieliśmy się i było nam raźniej.
Każda jednostka w konwoju miała przydzielony numer. Co pół godziny odzywało się do nas wojsko. Trzeba było raportować, czy wszystko w porządku. Wystarczyło, że zauważyliśmy rybaków, i musieliśmy natychmiast zawiadomić o tym okręty z obstawy. Tylko że ich nie widzieliśmy. Helikopterów też. Nasza "Beluga" sunęła w rzędzie środkowym, w miejscu dla najbardziej bezbronnych. Chowaliśmy się za chińskim statkiem. Po bokach mieliśmy inne, z wyższą wolną burtą.
Płynęliśmy tak niecałe dwa dni. Następnie odłączyliśmy się od konwoju, bo niemal wszyscy kierowali się na wschód, ku Malezji, a my zamierzaliśmy odbić na niebezpieczne południe, w stronę Seszeli.
Zatoka Adeńska, przez którą właśnie przedzieraliśmy się już sami, była szeroka średnio na czterysta osiemdziesiąt kilometrów. Długa na niemal tysiąc pięćset. Pełno w niej życia. Sardynki, tuńczyki, makrele, rekiny, żółwie, nawet wieloryby. Jeśli wpadało się do niej z Morza Czerwonego, po lewej stronie rozciągał się Jemen. Po prawej - Somalia. Gdyby spojrzeć na nią z góry, wyglądała niczym cyfra siedem. Leżała oczywiście na Półwyspie Somalijskim, zwanym też Rogiem Afryki. To dlatego, że właśnie tam znajdował się wschodni kraniec kontynentu. Terytorium półwyspu Somalia dzieliła z Dżibuti, Erytreą i Etiopią.
Starałem się trzymać z daleka od wybrzeży Afryki. Zanim obraliśmy kurs na południe, celowo kierowałem się jeszcze na północny wschód. Nieważne, że potem będziemy nadrabiać drogi. Ważne, byśmy oddalili się od siedzib piratów.
Wieczorem naskrobałem mail do córki: "Oby te łódki, które pływają dookoła, należały do rybaków". "Też na to liczę - odpowiedziała Kasia. - Napisz, jak będziesz na miejscu. Buziaki".
Zasnąłem.
Obudził mnie krzyk: - Na mostek! Szybko!
Zerwałem się z łóżka. Popędziłem na górę, skąd padła komenda.
Bieg utrudniała ciemność, bo po zmroku nie zapalaliśmy ani jednego światła. Celowo zaciemnialiśmy statek. Wystawialiśmy jeszcze dodatkową wachtę. Już nie jedna, tylko dwie osoby patrolowały wody przez lornetkę. Wśród nich był Artem, zazwyczaj milczący drugi oficer. To on chwilę przed świtem zauważył punkt na radarze. I złapał za telefon.
Gdy wpadłem na strych, natychmiast rzuciłem się do ekranu radaru: my płynęliśmy, kropka wciąż stała w miejscu.
Odetchnąłem z ulgą. Cokolwiek to było, nie ścigało nas.
- Tym razem się udało - wycedziłem.
Kolejnej nocy to ja miałem wachtę. Obserwowałem z niepokojem niebo. Tylko parę chmurek, które nie były w stanie osłonić nas przed światłem księżyca w pełni. Skierowałem lornetkę na wodę. W pewnym momencie coś dostrzegłem. Czarny punkt tańczył na falach. Wraz z malejącą odległością nabierał kształtów. To kuter. Konstrukcja typowo afrykańska: wysoki dziób, szeroki pokład.
Poczułem dreszcze, bo łódź ciągnęła za sobą dwa skiffy, czyli motorówki. Prawdopodobnie pełniła więc funkcję statku matki, bazy wypadowej, która na wodzie dawała piratom schronienie.
Pierwsza myśl: namierzyli nas?
Druga: zaczną pościg?
Trzecia: a jeśli nie, to czy przekazali innym naszą pozycję?
Czwarta: uciekać!
Mieliśmy szczęście. Kiedy kuter zaczął nas mijać, chmury przysłoniły księżyc. Przemknęliśmy niezauważeni.
Zaczerpnąłem głęboko powietrza. O wszystkim zaraportowałem służbom bezpieczeństwa. Zero odpowiedzi. Do trzech razy sztuka - pomyślałem na swoje nieszczęście.
- Szybko na strych! - darł się Artem przez rozgłośnię.
Była sobota. Właśnie odkurzałem kabinę. Rzuciłem rurę i wybiegłem. Nie mogłem złapać oddechu, choć pokonałem tylko kilka schodków. Na mostku dwóch oficerów i starszy marynarz. Artem w panice. Pokazywał prawą stronę rufy i zbliżającego się do niej skiffa.
Chwyciłem lornetkę. Morze sfalowane. W majaczącej na szczytach bałwanów biało-niebieskiej motorówce siedziało czterech facetów. Jeden sterował. Dwóch innych leżało z przodu i dociążało dziób. Ostatniego ledwo dojrzałem. Żadni rybacy. Obok nich walały się kałachy, drabina i ręczne granatniki.
Alarm!
Momentalnie zrezygnowałem z autopilota. Przeszedłem na ręczne sterowanie. Zacząłem płynąć zygzakiem, żeby wywołać większą falę i utrudnić wtargnięcie na pokład. Manewr był jednak mało skuteczny. Wszystko przez zepsuty ster. Zadzwoniłem do maszynowni:
- Żadnych ograniczeń silnika! Pełna moc!
Statek wskoczył z dwunastu węzłów na czternaście.
- To nie jest próbny alarm! - krzyczałem do mikrofonu. - Wszyscy do cytadeli!
Trrrrrt! Pierwsza seria z karabinków uderzyła prosto w mostek. Kule grzęzły w metalowych ścianach. Tłukły się szyby. Artem lamentował. Raz był na prawym skrzydle, raz na lewym. W pewnej chwili dostrzegł ciężarki do ćwiczenia bicepsów.
I już miał się nimi zamachnąć, ale krzyknąłem:
- Kucaj, do jasnej cholery!
Bo oficer to kawał chłopa. Wychyliłby się i dostał.
Innego marynarza, najniższego stopniem, wygoniłem do cytadeli. Zostałem z dwoma oficerami. Co kilka sekund huczały karabinki. Musiałem wezwać pomoc. Ale jak? Trzeba było sterować. Poza tym radiostacja znajdowała się po prawej stronie mostka, a to właśnie tam celowali piraci. Chwyciłem więc telefon satelitarny. Wszystkie numery alarmowe miałem przed sobą. Wypisałem je wcześniej wielkimi cyframi. O 13:38 czasu środkowoeuropejskiego dodzwoniłem się do UKMTO.
- Tu "Beluga Nomination". Ogłaszam alarm. Zaatakowali nas piraci.
- Proszę podać pozycję statku i nie panikować. Może to rybacy - uspokajała kobieta, która odebrała zgłoszenie.
- Po co wam pozycja!? Monitorujecie ocean, wiecie, gdzie jesteśmy!
Kolejne strzały.
- Jaki macie ładunek? Prędkość? Ile osób liczy załoga?
- Ratujcie nas!
Krzyczałem to do telefonu, to do pierwszego oficera Jurija, który stał za sterem. Kazałem mu wychylać go w lewo, w prawo, ważne, żeby wciąż płynąć zygzakiem. Ale przeklęty ster nadal wracał do pozycji zerowej. Ja z kolei nie wytrzymałem, gdy operatorka zapytała, dokąd zmierzamy. Przecież znała nasz kurs! Podawałem go wcześniej. Z nerwów oddałem telefon oficerowi.
Rzuciłem się do steru. Ukrainiec trząsł się, odpowiadał na te same pytania, na które chwilę wcześniej odpowiadałem ja. W końcu się rozłączył. Dalsza rozmowa nie miała sensu. Przekazał mi, co usłyszał na koniec: płyńcie z maksymalną prędkością w stronę Seszeli.
I tyle? A wojsko?
Dopiero teraz uprzytomniłem sobie, że przecież Jurij ma sześćdziesiąt sześć lat i jego serce może nie wytrzymać napięcia. Wysłałem go do cytadeli, kazałem przeliczyć załogę. Miałem nadzieję, że wszyscy już tam dotarli. Na strychu zostałem tylko ja i Artem. Drugi oficer na szczęście oprzytomniał. Znów zaczął reagować na moje polecenia. Szamotaliśmy się ze sterem, ale manewry utrudniała usterka i ciężar załadowanej "Belugi".
Nadusiłem przycisk alarmowego systemu ochrony statku. Tym sposobem informację o ataku i naszej pozycji (01°45'N 56°35'E) dostał niemiecki armator, a także państwo bandery, pod którego flagą pływaliśmy, czyli Antigua i Barbuda. Myślałem: jeśli zauważyli alarm i spojrzeli na mapę, musieli się domyślić, że chodzi o piratów.
Ukryłem się za ścianą i ukradkiem obserwowałem napastników, którzy próbowali przykleić się do burty. Kilka razy starali się zarzucić na nią drabinę. Nie trafiali. Fale i nasze manewry skutecznie odpychały ich skiffa. Rozkazałem drugiemu oficerowi wcisnąć Distress. To kolejny system alarmowy. Wystarczyło przytrzymać jego klawisz przez pięć sekund, żeby do służb ratunkowych dotarła informacja o naszej pozycji. Artem podbiegł do konsoli. Uderzył w przycisk. Jednocześnie kątem oka dostrzegłem drabinę. Tym razem jej haki solidnie zaczepiły się o burtę.
Już po chwili pierwszy pirat wspinał się na "Belugę". Miał do pokonania jakieś dwa metry w górę. Potem chwycił się burty i podciągnął. Przed twarzą wyrósł mu drut kolczasty. Ale nawet się nie zawahał. Wskoczył w żyletki. Artem znów wpadł w panikę.
- Do cytadeli! - nakazałem mu.
Zostałem sam. Jeszcze raz zadzwoniłem do maszynowni. Poprosiłem mechanika, żeby odciął sterowanie z mostka. Inaczej piraci za chwilę przejęliby kontrolę nad statkiem, a my nie moglibyśmy manewrować spod pokładu.
Wychyliłem się ponownie. Z motorówki frunął właśnie karabinek. Przekoziołkował po pokładzie. Pirat, który jako pierwszy przeskoczył na "Belugę", podniósł broń i puścił serię w moją stronę. Natychmiast zanurkowałem pod konsolę.
Przegraliśmy.
Chwyciłem dziennik pokładowy i skulony popędziłem klatką schodową do cytadeli. Po drodze zatrzaskiwałem wszystkie drzwi. Wiedziałem, że Somalijczycy będą przeczesywać jednostkę od góry do dołu. Każda minuta opóźnienia ich działań dawała wojsku więcej czasu na dotarcie do nas.
Piętro niżej zahaczyłem o swoją kabinę. Zabrałem przygotowane wcześniej dokumenty statku i załogi. Na kolejnym poziomie zauważyłem drzwi do pokładu oficerskiego. Jakim cudem były otwarte? Zamknąłem je na klucz i poleciałem dalej. Wyhamowałem, bo na górze coś łupnęło.
- Ratunku! Pomóżcie!
Jasna cholera, znałem ten głos. To Artem. Widocznie zatrzasnąłem faceta w jego własnej kabinie. Musiałem po niego wrócić!
- Kazałem ci dołączyć do załogi. Dlaczego nie posłuchałeś!? - warknąłem, gmerając nerwowo przy zamku.
Drugi oficer wylazł i wzruszył ramionami.
- Nie wiem, co we mnie wstąpiło.
Byłem wściekły, ale nie miałem czasu, żeby go opieprzyć. Ruszyliśmy biegiem do cytadeli. Minęliśmy mesę, w połowie klatki schodowej trafiliśmy na pierwsze drzwi do maszynowni. Zatrzasnęliśmy je za sobą. Drugie, metalowe, były mocniejsze. Otworzył je nam Alvin, motorzysta. Był przerażony, dygotał i on, i belka w jego rękach.
Zziajani wpadliśmy do pomieszczenia.
- Wszyscy są? - zapytałem Jurija, pierwszego oficera.
- Tak.
- To zamykamy i czekamy na pomoc.
Bosman Joshua, ten od sombrero, czekał już z kluczem w ręku. Razem z Alvinem i kimś jeszcze zaczął ryglować drzwi, montować dodatkową osłonę, przykręcać śruby. Tylko jednego nie wiedzieliśmy: od floty okrętów, które mogłyby nam pomóc, dzieliło nas ponad tysiąc mil morskich, prawie dwa tysiące kilometrów. Jedyna jednostka, która była bliżej i dałaby radę szybko przypłynąć, zajmowała się eskortowaniem statku z pomocą humanitarną. Dla Somalii.
Myśmy znali statek, napastnicy - nie. Zakładałem, że zanim znajdą cytadelę, upłynie kilka godzin. Wtedy zacznie zachodzić słońce, bo w tych rejonach ściemniało się już o osiemnastej. A noc to przeciwnik piratów. Raczej nie oszaleli na tyle, żeby kręcić się po statku w ciemności. Nie wiedzieli przecież, czy nie zaczailiśmy się na nich w którymś z korytarzy.
Joshua, Alvin i jeszcze jeden z filipińskich marynarzy kończyli zabezpieczać drzwi. Fiodor, szef mechaników, dłubał przy maszynie. Zmniejszył jej wydajność o kilkanaście procent. Statek wyhamował do dwunastu i pół węzła, ale Fiodorowi wciąż latały dłonie. Bałem się jego pomyłki: gdyby do niej doszło, nie przejęlibyśmy całkowitej kontroli nad "Belugą". To z kolei pozwoliłoby piratom zatrzymać ją jednym przyciskiem z mostka.
A przecież statek musiał płynąć. Po pierwsze dlatego, że jeden z Somalijczyków nie wszedł na pokład, tylko zawrócił po posiłki. Lepiej, żeby do nas nie dotarły. Po drugie, miałem plan ratunkowy - chciałem mimo wszystko dopłynąć na Seszele.
Nikomu jeszcze o tym nie mówiłem. Od celu dzieliło nas ponad trzysta pięćdziesiąt mil morskich. To około trzydziestu godzin drogi. Wystarczyłoby jednak dopłynąć na odległość kilkudziesięciu mil od brzegu którejś z seszelskich wysp. Tam rozciągała się rafa, patrolowała ją straż przybrzeżna. Chciałem wpakować "Belugę" w korale i czekać na pomoc. Żeby nie zboczyć z trasy, używałem jedynego urządzenia nawigacyjnego, które mieliśmy w maszynowni - żyrokompasu.
Z minuty na minutę Alvin bladł. Stał się moim cieniem - tam gdzie ja, tam i on. Gdy po raz kolejny poczułem jego oddech na szyi, warknąłem:
- Myślisz, że za moimi plecami jest bezpieczniej?!
Jurij, pierwszy oficer, też czuł się chyba bezradny. Na pytanie, co dalej, rozłożył ręce i zamilkł. Drugiemu oficerowi plątał się ze strachu język. Trudno było się im dziwić.
Ja też byłem spięty. Ale zdawałem sobie sprawę, że przez stres robię błędy. W ciągu kilkudziesięciu minut popełniłem dwa. Powinienem był osobiście wysłać sygnał bezpieczeństwa - teraz nie miałem pewności, czy Artem wykonał moje polecenie. No i gdy uciekałem z mostka, nie zatrzasnąłem za sobą wszystkich drzwi. "Dowódca - obwiniałem się - nie powinien się mylić".
Całe szczęście w maszynowni mogliśmy czuć się w miarę bezpiecznie, przynajmniej przez jakiś czas.
Po dwudziestu minutach zauważyłem, że piraci włamali się na mostek, bo pod pokładem rozświetlały się wszystkie przyciski, które naciskali. Ale nici z ich wysiłku. Statek nadal płynął. Fiodor zbierał pochwały. Udało mu się skutecznie odciąć mostek.
Cieszyliśmy się przez czterdzieści minut. A potem...
"Beluga" nagle głośno zasapała. Zaczęła gwałtownie wyhamowywać. Rozejrzeliśmy się po sobie. Stało się coś, czego nie wzięliśmy pod uwagę. Piraci znaleźli na mostku awaryjny przycisk stop. To nie mógł być przypadek. Wiedzieli, jak go użyć. Dusili guzik przez pół minuty. Dopiero wtedy odcięli dopływ paliwa do silników statku.
Trrrrrrrrt!
Strzelali. Pewnie na wiwat, żeby uczcić sukces. Mieli "Belugę" pod kontrolą. Co teraz? Zdawałem sobie sprawę, że jeśli nas wytropią, ukarzą przede wszystkim tego, który najwięcej kombinował i przeszkadzał im w opanowaniu statku. Czyli mnie.
Piekielnie się bałem. Głównie tortur i bólu. Ale mimo to zachowywałem spokój, przynajmniej na zewnątrz. Za to Fiodor panikował. Chyba dotarło do niego, że zawiódł. Alarmowy stop nie powinien był działać. Prawdopodobnie zamiast niego mechanik wyłączył telegraf maszynowy. Razem z Miszą, drugim mechanikiem, starał się jeszcze naprawić błąd, uruchomić silnik.
Było coraz mniej czasu. Słyszałem strzały, padały coraz bliżej. Piraci odstrzeliwali zamki w kolejnych drzwiach. Zapewne przeszukiwali każde pomieszczenie. Jeszcze trochę, pomyślałem, i nas namierzą.
Zajęło im to kolejne trzy godziny. Aż w okolicach siedemnastej trafili na maszynownię. Przed nimi wyrosły pierwsze drzwi. Zaczęli w nie czymś walić. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że szybko się z nimi uporają. Ale wtedy napotkają kolejne drzwi, tym razem ze stalowej blachy o grubości około ośmiu milimetrów. Te nie poddadzą się tak łatwo. Poza tym mogliśmy je jeszcze wzmocnić.
- Może dospawamy do nich blachę? - rzuciłem w akcie desperacji.
- Odpada - wtrącił Fiodor. - Przy spawaniu zużyjemy za dużo tlenu.
Reszta mu przytaknęła. Więc złapaliśmy, co było pod ręką: łańcuchy, śruby, płyty. Kiedy usiłowaliśmy przymocować je do drzwi, padł strzał. To piraci przedarli się przez pierwszą przeszkodę. Usłyszeli naszą szamotaninę. Pociągnęli za spust.
Rama drzwi jednak ani drgnęła.
Ubrania lepiły mi się do ciała, ale jednocześnie było mi przeraźliwie zimno. Założyłem luźny sweter w paski, prezent od córki. Kasia kupiła go na targowisku w Szczecinie. Lubiliśmy się tam razem szwendać i przerzucać góry ubrań.
Nagle uaktywnił się bosman Joshua. Powiedział, że w czasie ataku piraci podziurawili komin. Jego część biegła również przez cytadelę. Dzięki temu przez otwory po kulach mogliśmy monitorować ocean. Wystarczyło się tylko wsunąć do komina.
- Biorę to na siebie - zadeklarował Filipińczyk.
- Dobrze, ale uważaj - odrzekłem. Pamiętałem, że Joshua zostawił na lądzie żonę, a wypłynął z marzeniem o dziecku.
Wkrótce do bosmana dołączył Artem. Być może chciał się zrehabilitować za zbłądzenie podczas ucieczki do cytadeli. W tym samym czasie mechanicy głowili się, jak zrestartować silnik. Bo włączenie przycisku awaryjnego doprowadziło do zablokowania zaworu hydraulicznego. Żeby go odblokować, trzeba było jednak pójść na mostek.
Fiodor wpadł na inne rozwiązanie. Z Miszą, drugim mechanikiem, odłączyli zawór, zaślepili wylew monetą i pogmerali w połączeniu rur. Uruchomili maszynę! To pierwszy cud. Za chwilę kolejny. Warujący przy kominie Joshua dostrzegł, mimo szarówki na zewnątrz, motorówkę. A w niej sześciu piratów. To ginęła za grzbietami fal, to ponownie wyskakiwała.
Ale nieoczekiwanie stanęła.
Napastnicy zaczęli potrząsać silnikiem. Nic z tego. Prawdopodobnie się kłócili, bo wymachiwali wściekle rękami. Tym żwawiej, im bardziej ich znosiło. Wreszcie zniknęli za horyzontem.
Tak samo zareagowali zdobywcy "Belugi", którzy znowu stracili przewagę. Z bezsilności pruli z karabinków w drzwi. Kule jednak nie rozrywały blach. W dodatku zachodziło słońce, a korytarz nie miał okien. Wyłączyliśmy prąd, zostawiając światło jedynie w cytadeli.
Łomot ucichł. Somalijczyków pokonała ciemność.
Dla bezpieczeństwa wystawiliśmy czujkę przy drzwiach. Po raz kolejny pierwszy zgłosił się Joshua.
Podzieliłem załogę. Część umieściłem w maszynce sterowej, część w maszynowni. Kładliśmy się, gdzie popadło. Nie potrafiłem zasnąć. Ciągle czuwałem. Byłem pewny, że w każdej chwili może zjawić się pomoc.
A jeśli nie?
Przecież w zemście za sztuczki z uruchomieniem statku piraci mogli kogoś zabić. Postanowiłem więc jeszcze lepiej wzmocnić drzwi. Około północy zleciłem bosmanowi i któremuś z mechaników przytwierdzenie kolejnej blachy. Zamontowali ją łańcuchami. Oby to wystarczyło.
Od rana doskwierała mi duchota w pomieszczeniu, a głowę wypełniało dudnienie w drzwi. Zastanawiałem się, czy śruby i blacha wytrzymają.
Uspokajało mnie to, że piraci mieli naprawdę trudne zadanie. Korytarz prowadzący do cytadeli był niski i wąski jak kiszka. Musieli się w nim nieco schylać. A już na pewno nie mogli się tam porządnie zamachnąć łomem. Nie mogli też użyć granatnika. Eksplozja by ich pozabijała.
Nie potrafiłem ustalić, co robią. Zagłuszali ich swoim gderaniem Filipińczycy. Zrugałem marynarzy, że używają swojego języka. Chciałem wiedzieć, o czym mówią. Poza tym obawiałem się, że piraci usłyszą ich rozmowy. Nie pomyliłem się. Po chwili zza drzwi dobiegły strzały. Napastnicy z jeszcze większym impetem zaczęli wyważać drzwi. W końcu udało im się wyrwać klamkę. W otworze pojawiła się lufa karabinku. Huknęło w całej maszynowni.
- Matko, są już w środku! - jęknął Rafael, motorzysta.
Marynarze wpadli w popłoch.
- Musimy zatrzymać statek, natychmiast! - krzyknął Fiodor. - Inaczej bojler i maszyna wylecą w powietrze!
Zacząłem go przekonywać, że wyłączenie silnika to ostateczność. Że wtedy będziemy zdani na łaskę piratów.
- Aaaaa! - usłyszałem nagły wrzask Jurija.
W zamieszaniu nikt nie zauważył, jak się wymknął. Podkradł się pod drzwi, a wtedy piraci znów wsunęli karabinek w otwór zamka i strzelili. Kula odbiła się od ściany. Rykoszet rozerwał przedramię oficera. Zawył z bólu, po czym resztkami sił uciekł w naszą stronę.
- Po cholerę tam lazłeś? - wściekłem się.
- Chciałem sprawdzić, czy śruby wytrzymają - odrzekł Jurij.
Poprosiłem o morfinę. Powinna być w apteczce, którą w trakcie przygotowań miał tu znieść Artem.
Ale apteczki brak. Artem zapomniał. Całe szczęście, że włożyłem do kieszeni opakowanie ketonalu. Podałem pierwszemu oficerowi dwie tabletki. Z rany jednak wciąż ciekła krew. Zdezynfekowałem ją spirytusem, ścisnąłem i obwiązałem bandażem.
W tym czasie najstarszy z marynarzy padł z wycieńczenia. Nie mogłem wiele zrobić. Co jakiś czas sprawdzałem tylko, czy wciąż oddycha.
Dalsze przebywanie w maszynowni było coraz bardziej niebezpieczne.
- Ewakuacja - zarządziłem. - Wszyscy do maszynki sterowej.
Załoga rzuciła się do niej. Dla mnie zostało tylko miejsce przy drzwiach - najbardziej niebezpieczne. Coraz trudniej było mi dowodzić. Filipińczycy lekceważyli moje polecenia. Mimo upomnień ciągle paplali. Dwudziestoczteroletni Leon wyciągnął nawet telefon, z Luisem i Alvinem robili sobie selfie. Pomyślałem, że to jak dokumentowanie własnego pogrzebu.
Ale nie mogłem się nimi zajmować. Musiałem uspokajać Fiodora, który płakał i robił wszystko, żeby znaleźć się jak najdalej od wejścia do maszynki. Wciąż powtarzał, że lada moment zabraknie tlenu albo że wylecimy w powietrze. Że musimy zatrzymać silniki. W końcu mu uwierzyłem. Rozkazałem:
- Maszyna stop!
I tak, między pierwszą a drugą w nocy, zaczęliśmy dryfować. Przez dziury w kominie dostrzegliśmy, że Somalijczycy wleźli na strych, skąd błyskali latarkami. Dawali zwycięskie sygnały statkowi matce.
Kilka pięter pod nimi cisnęliśmy się w pomieszczeniu sześć na dziewięć metrów. Jurij spał. Krew przestała płynąć z rany, więc delikatnie poluzowałem mu opaskę.
Zarządziłem naradę. Uważałem, że za jakiś czas trzeba ponownie zrestartować statek. Postój oznaczał śmierć. Musimy płynąć na Seszele - to nasza szansa na ratunek. Kto jest za? Cisza. Nikt nie drgnął. No, może poza Alvinem, który wciąż trząsł się za moimi plecami. W takim razie zdecydowałem sam: rano znów spróbujemy ruszyć. Zdenerwowanie załogi momentalnie minęło. Ktoś podjął za nią decyzję. Część marynarzy poszła nawet spać, część wciąż czuwała.
Ale już o siódmej rano wszyscy zerwali się na równe nogi. Narastało walenie w drzwi. Chciałem wymknąć się z maszynki, bo nie było stąd wyjścia ewakuacyjnego. Na samą myśl o pożarze cierpła mi skóra.
Przyłożyłem ucho do ściany i nasłuchiwałem. Ciszę przerywały miarowe uderzenia, prawdopodobnie łomem. "Kolejna podpucha?" - zastanawiałem się. Przecież jeden pirat mógł udawać rozbijanie drzwi, podczas gdy dwaj pozostali wparowaliby do maszynowni drugim wejściem - włazem z pokładu.
Jego klapa znajdowała się na lewej stronie rufy. Przyspawaliśmy ją i zabezpieczyliśmy łańcuchem o wytrzymałości trzech i pół tony. Stwierdziliśmy, że to jedyne miejsce, o które nie musimy się martwić.
Pozostawało uruchomić silnik. Żeby jednak to zrobić, należało pójść do maszynowni. A nie mieliśmy pewności, czy piraci się do niej nie dostali. Dlatego wpierw postanowiliśmy uchylić drzwi i przez szparę rozejrzeć się po pomieszczeniu.
Zgłosiłem się na ochotnika. Na wszelki wypadek wybrałem dwie osoby, które w razie czego miały awaryjnie zamknąć drzwi. Otworzyłem je cichuteńko. Czułem, jak dudni mi serce. Przymrużyłem oczy, przyjrzałem się, ale nikogo nie dostrzegłem. Dla pewności zerknęli przez szczelinę Artem i Joshua. Pusto. Bosman zaproponował, że wyjdzie i obejrzy główne drzwi.
- Ale jeśli kogokolwiek zobaczysz, uciekaj. Będę czekał na ciebie przy wejściu do maszynki - rzuciłem.
Joshua skradał się jak kot. Rzut oka na zabezpieczenia i ulga. Blachy nienaruszone. Zauważył jedynie powiększony otwór, który dzień wcześniej wyrżnęli piraci. Wrócił do nas i wszyscy wylaliśmy się z ulgą do maszyny. Właz? Nie było sensu sprawdzać. Bosman zerknął jeszcze przez dziury w kominie. Na zewnątrz nic się nie działo.
Wybiła trzynasta. Fiodor nagle się ożywił. Oświadczył, że potrzebuje chwili na uruchomienie statku.
Po pięciu minutach już płynęliśmy. Mimo warkotu silnika słyszeliśmy krzyki piratów. Z coraz większą determinacją napierali na drzwi. Przez dziurę w nich próbowali co chwilę ustrzelić kogoś z załogi. Całe szczęście wciąż pudłowali. Ale skoro strzelanie na oślep nie zadziałało, wpadli na inny pomysł. Prawdopodobnie poszli do szalupy ratunkowej na pokładzie "Belugi". Opróżnili bak i wrócili z benzyną. Oblali nią korytarz prowadzący do nas i mieszczącej się obok mesy. Zrozumieliśmy to dopiero wtedy, gdy cała nasza dwunastka poczuła drapanie w gardle.
Płomienie rozprzestrzeniały się ekspresowo, mimo że wykładziny miały certyfikaty przeciwpożarowe. Fiodor usłyszał, jak coś pęka. Wskoczył na pulpit maszyny.
- Gorący! - macał w amoku sufit. - Matko, gorący! Nie wyjdziemy stąd!
- Uspokój się - nalegałem. - Piraci wzniecili ogień po swojej stronie. Nie mogą stać za drzwiami.
Kazałem załodze biec po wąż pożarniczy. Marynarze przekazali go Miszy. Mechanik, który raczej słynął z flegmatyczności, teraz energicznie wspiął się na agregat. Z poziomu niżej celował wężem do dziury, przez którą wcześniej piraci wciskali lufę karabinu. Trafił. Pożar ugaszony.
Ale Somalijczycy wrócili i tym razem wlali benzynę do wnętrza maszynowni. Przez szparę przecisnęli jeszcze płonącą szmatę. Buchnęły płomienie. Byliśmy jednak przygotowani. W cytadeli zgromadziliśmy niemal wszystkie gaśnice ze statku. Po kilku minutach zdusiliśmy ogień.
Po pożarze skurczył się nam zapas wody. A ta, której użyliśmy do gaszenia, kapała na agregaty i rozgrzany silnik. Zalanie urządzeń oznaczałoby katastrofę, dlatego w pośpiechu przykryliśmy je dywanikami z gumy. Na nic więcej nie mieliśmy siły.
Pomoc wojska wydawała mi się coraz mniej realna. Wolałem o tym głośno nie mówić. Wyczułem, że i tak marynarze byli coraz bardziej zdołowani. Próbowałem ich pocieszyć, opowiadając jakieś bzdury. Co jakiś czas odzywałem się jeszcze przez krótkofalówkę, żeby mieli wrażenie, że z kimś rozmawiam. Oczywiście gadałem sam do siebie. Wiedziałem przecież, że sygnał z mostka ma zasięg co najwyżej dziesięciu kilometrów. Spod pokładu był jeszcze krótszy.
Zadarłem więc głowę i nasłuchiwałem. Z góry docierały odgłosy bieganiny. Jedna osoba raczej nie robiłaby tyle hałasu. Dwie, trzy, pięć? Może. Na pewno Somalijczycy ciągali coś po pokładzie. Walili młotem lub łomem. Zamierali na chwilę. I znowu tłukli. Czasami strzelali. "Co się tam, do cholery, wyprawia?" - szepnąłem do siebie.
Zrozumiał to Jurij, pierwszy oficer.
- Chcą nas znowu podpalić - wysyczał.
Ale ani on, ani reszta załogi nie zamierzali wychodzić. Maszynownia wciąż była dla nas najbezpieczniejszym miejscem. Zanim się do niej wlazło, lepiej było wziąć do serca ostrzeżenie na drzwiach: "Osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony". W środku obowiązywał zakaz palenia. Do tego trzeba było nosić słuchawki, buty ochronne i okulary.
W tym labiryncie z dwoma pokładami należało uważać. Górny pokład w gruncie rzeczy tworzył pomost dookoła wyższej części silnika. Stojąc na nim, mechanicy wymieniali tłoki czy wtryskiwacze. Na dolny pokład prowadziły wąskie schody. Nie dało się na nich wyminąć, mieściły jedną osobę. Były też bardzo strome. Ściany - bialutkie, chociaż pokryte siecią przewodów i rur. Do tego butle, zawory, skrzynki z lampkami, zegarami i przyciskami. Jak na statku kosmicznym. Oczywiście na dole znajdował się jeszcze główny silnik, agregaty, pompy pożarnicze i paliwowe. Dalej natomiast, w stronę dziobu, mieściła się ładownia. Żeby tam dotrzeć, należało przejść przez gródź wodoszczelną.
Wszyscy znaliśmy rozkład maszyny tak dobrze, że mogliśmy łazić po niej z zamkniętymi oczami. Nie mieliśmy jednak odzieży ochronnej. Ale kto by myślał o takich pierdołach podczas ucieczki?
- Kapitanie, padł wskaźnik żyrokompasu! - szeptał jeden z marynarzy, potrząsając mną.
Zerwałem się natychmiast. Awaria żyroskopu oznaczała tylko jedno: płynęliśmy na ślepo. W jednej chwili Seszele, mój awaryjny plan i jedyny ratunek, oddaliły się na niewyobrażalny dystans. W dodatku ciągle miałem wrażenie, że bardziej niż piratów baliśmy się kolejnego pożaru.
Zawołałem Fiodora, szefa mechaników.
- Zatrzymaj statek - nakazałem. - To koniec.
Przez utratę żyroskopu rozważałem zmianę kryjówki. Próbowałem wymyślić, którędy uciekniemy. Włazem? Bez sensu. Był zaspawany. Poza tym próba otwarcia go skończyłaby się śmiercią. Najpewniej od kuli w łeb. Bo właśnie tam rozlegały się teraz uderzenia.
Narada.
Drugi oficer z drugim mechanikiem spuścili głowy. Telepali się na samą myśl o bandzie atakującej nas z góry.
Pierwszy oficer wziął wdech i wyrecytował, że z maszynki nie wylezie.
- Tu - dodał - mamy podłogę wyłożoną solidną blachą. Jeśli ktoś zajdzie nas od dołu i strzeli w sufit, kule ugrzęzną w metalu. Mam rację?
Przytaknąłem. Zaraz jednak przypomniałem sobie, że pomieszczenie nie miało wyjścia ewakuacyjnego.
- A warsztat? - zaproponował pierwszy mechanik.
Wszystkich by pomieścił. Jeśli spojrzeć w stronę dziobu, znajdował się na lewej burcie. Miał dziesięć metrów długości, prawie tyle samo szerokości. No i najważniejsze - była w nim wentylacja. A także wyjście na pokład główny.
Zgoda.
Przenieśliśmy się tam dopiero w nocy. Czekaliśmy na moment tuż przed świtem. Na wszelki wypadek zgasiliśmy światło. Do pokonania: piętnaście metrów i schody w górę. Żeby mniej hałasować, ustawiliśmy się na całej długości. Z rąk do rąk przerzucaliśmy koce, jedzenie, wodę. Gdy skończyliśmy, mogliśmy wreszcie czmychnąć do warsztatu. Nie, nie kluczyliśmy w ciemnościach. Szliśmy pewnie, jeden za drugim. A z drzwi maszynki, gdzie przed chwilą siedzieliśmy, wyrwaliśmy klamkę. To była podpucha. Ci, którzy chcieli nas dopaść, mieli pomyśleć, że nasza dwunastka nadal tam przebywa.
Po przenosinach czuliśmy się skołowani. Właściwie nie spaliśmy od dwóch dni. W dodatku musieliśmy jeszcze zabezpieczyć warsztat. Do prac wyrywał się bosman. Od początku ataku był wszędzie, ciągle pomagał. Tym razem zaangażował mechanika, z którym zamocowali blachę na drzwiach. Wiedzieli, że to zwykła prowizorka. Wystarczyło kilka machnięć młotem i po zawiasach. A jednak dzięki temu zabezpieczeniu nabraliśmy pewności siebie.
Wreszcie mogliśmy odpocząć. Jedni rozlokowali się za tokarką, drudzy za siatkami, trzeci na ziemi. Ja wcisnąłem się jak szczur za klimatyzator. Ze zmęczenia widziałem jak przez mgłę. Próbowałem zasnąć. Ale skądś dochodziły mnie szepty. Minimalnie otworzyłem oczy - tak, żeby wszyscy myśleli, że śpię. Zauważyłem dwóch mechaników - jedynych Rosjan w załodze. Dziwne, pomyślałem, wcześniej ze sobą nie gadali. Choć znałem rosyjski, wychwyciłem tylko dwa zdania: "Wystrzelają nas" i "Trzeba się poddać".
Piątek. Kasię, córkę kapitana, dręczyły złe przeczucia. Od samego początku ten rejs jej się nie podobał. Te zmiany trasy, ten mail od ojca, w którym pisał o nieznanych łódkach. Dręczyło ją pytanie: dopłyną czy nie? Nie zapominała jednak o studiach. Była starościną roku. Lada moment czekała ją pierwsza sesja. I to na poznańskiej architekturze, wymarzonym kierunku. Tego dnia - żeby na chwilę oderwać się od myślenia o egzaminach - zaprosiła do siebie kumpla. Siedzieli w mieszkaniu, które Kasia wynajmowała ze znajomymi. Niewiele mówiła o rejsie ojca. Tylko dwa zdania: "Kurde, nie odzywa się. Coś za długo".
W sobotę niepokój urósł jeszcze bardziej. Minął tydzień, odkąd dostała ostatnią wiadomość od taty. Niedobrze, pomyślała, przecież zawsze kontaktował się co dwa, trzy dni.
Iwona Budzynowska była w tym czasie kilkaset kilometrów od córki. Właśnie krzątała się po swoim mieszkaniu w Świnoujściu. Szykowała się na imprezę, bo wieczorem jej kolega wyprawiał urodziny. Tam żartowała ze znajomymi: "Ludzie tyle gadają o porwaniach, a mój Piotr pewnie już na Seszelach".
Po kilku godzinach wróciła do domu. W przeciwieństwie do Kasi niczego nie przeczuwała.
Niedziela? Cisza.
W poniedziałek zwlekła się z łóżka przed szóstą rano. Ubrała się i jak zwykle poszła na spacer z psem Tafikiem. Jak zwykle też nie zabrała komórki. Po powrocie do domu zauważyła mnóstwo nieodebranych połączeń. Najwięcej od polskiej agencji załogowej, która przygotowywała jej męża do rejsu. Pierwsza myśl: zachorował. Pewnie zawał.
Ze strachu nie oddzwoniła. O siódmej trzydzieści kolejne połączenie. Dobijał się do niej szef agencji - Wojciech.
Zła wiadomość, powiedział, statek został porwany przez somalijskich piratów. Niech się pani nie denerwuje. Będzie dobrze. Dalsze informacje przekażę później, bo naprawdę sam niewiele wiem.
Ale jacy piraci? Jaka Somalia? Do Iwony nie docierały takie słowa. Wybuchła śmiechem.
- To niemożliwe. Piotr wróci.
Rozłączyli się. Budzynowska usiadła. Dopiero gdy ochłonęła, sama zadzwoniła do Wojciecha.
- No ale jest pan pewny?
Usłyszała, że tak, i zakończyła rozmowę.
Zanim mąż wypłynął, kazał jej wykupić wakacje w Egipcie. Miała tam wkrótce polecieć z koleżankami, żeby odetchnąć od salonów. Zastanawiała się teraz, jak odwołać wyjazd. Przekaże firmie, że piraci schwytali męża? Bzdura. Nikt nie uwierzy.
Oprzytomniała dopiero po półtorej godziny. Nie rozumiała, dlaczego w pierwszej chwili zastanawiała się nad taką pierdołą jak wycieczka. Zaczęła natychmiast obdzwaniać rodzinę. A że nie miała pojęcia, co powiedzieć, mówiła tylko:
"Piotra porwano. Przebywa w Somalii".
Myliła się. W tym czasie jej mąż siedział w cytadeli.
Teraz najgorsze. Telefon do córki.
Kasia spacerowała po wydziale. Przed chwilą zaliczała malarstwo. Zdobyła pierwszą ocenę w sesji. Dziś już nawet nie pamięta jaką. Mama złapała ją, gdy wychodziła z dziekanatu. Nie odebrała, bo była zajęta. Oddzwoniła po kilku minutach, w drodze na tramwaj. Natychmiast pochwaliła się zaliczeniem przedmiotu. Opowiedziała coś o kolejnych egzaminach. Usłyszała jednak przybity głos matki. Pomyślała, że pewnie coś stało się z babcią, która chorowała. Albo z ojcem. Może poślizgnął się na pokładzie i złamał nogę?
- Powiedziałaś już wszystko, co chciałaś, Kasiu?
- No tak.
- Rano miałam kilkadziesiąt telefonów z agencji. Jej szef przekazał mi, że tata został porwany. Wojsko planuje go odbić.
Kasia osunęła się na ławkę przed wydziałem. Zaczęła płakać, a koleżanka, która stała obok, ściągnęła jej z ramienia ogromną teczkę. Chwilę później w okolicach wydziału pojawił się akurat znajomy Kasi. Pojechała z nim nad Maltę, sztuczne jezioro niedaleko centrum Poznania.
Tam kolega wspomniał, że Somalia jest ogarnięta wojną. Że kontrolują ją klany. Ich walki o władzę nie da się zatrzymać. Bo w państwie brakuje sądów, policji, wojska.
Kasi zrobiło się słabo.