Porwanie to dopiero początek - Paweł Janiszewski

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Książka powstała na "zlecenie" pewnego przesympatycznego chłopca Mikołaja.

Z założenia miała być pełna zwrotów akcji i opowiadać o jego przygodach niekoniecznie prawdziwych lecz niekoniecznie nieprawdziwych.

Generalnie poza Mikołajem wszystkie postacie umieszczone w książce są fikcyjne... ale czy aby na pewno?

Zleceniodawca chciał, żeby książka była ciekawa, pełna zwrotów akcji i przede wszystkim zaskakująca od samego początku do samego końca, w związku z tym na potrzebę książki powstał nowy fikcyjny gatunek literacki :

kryminał science fiction LIGHT

A prościej :

Fantastyczne Przygody Mikołaja

A w jakim stopniu mi się to udało, przekonajcie się sami...

Bowiem...

"Porwanie to dopiero początek"...

Wszystkie postaci i wydarzenia przedstawione w książce są fikcyjne a ich ewentualna zbieżność jest jedynie przypadkowa

3

Po paru godzinach w ciemnym lochu (czy to był właśnie loch?) moje przerażenie jeszcze się zwiększyło. Brudna szmata w ustach przeszkadzała i wzbierało mi się na wymioty. Było mi niedobrze i bolała mnie głowa. Strach. Ból. Przerażenie. Nie opuszczały mnie te uczucia. Jednak wiara, że Mikołaj mi pomoże pozwalała zachować resztki zdrowych zmysłów. Pot spływał mi po czole i policzkach.

W końcu podszedł do mnie jeden z porywaczy i powiedział :

- Nie rycz Wiktoria, jeśli twój piesek Miko cię tak uwielbia jak wie o tym cała szkoła, to wkrótce dostanę to czego oczekuję. Ten kundel da mi wszystkie swoje pieniądze ze swojego wielkiego słoika. Będę bogaty cha! cha! cha!... I kupię sobie co będę tylko chciał. A ty wstrętna dziewucho popamiętasz, że ze mną się nie zaczyna. Ani ze mną, ani z moją Szefową.

Po usłyszeniu tego wszystkiego wiedziałam, że oprócz porywacza jest te jego szefowa. I że ona rządzi w tym układzie. O ile oczywiście nie był to blef porywacza. Porywacz był w białej masce z uśmiechem świnki morskiej. Nazwałam go Biały. Nie mogłam nazwać go Pikaczu ponieważ tak nazywała się świnka mojego przyjaciela Mikiego. Miał też drugą uroczą świnkę Ambronia. Myśl o Mikołaju i jego świnkach spowodowała, że trochę się uspokoiłam. Pokazałam Białemu na moje usta błagalnie, żeby wyjął mi tą parszywą szmatę ust. Nie zgodził się, tylko raz jeszcze zarechotał. Zbladłam. Nagle wpadłam na jeszcze jeden pomysł. Zaczęłam udawać, że się duszę i biały porywacz musiał ustąpić. Zdjął mi szmatę. Mogłam w końcu spokojnie oddychać. Podziękowałam Białemu lekkim skinieniem głowy, bo miałam przeczucie, że to nie on tutaj rządzi. Wspominał o swojej szefowej. Czy to blef? Nagle otworzyły się drzwi i weszła dziewczyna w czarnej masce. Tak, to ona. Szefowa Białego. Miałam nazwać ją Ambrion lecz wydawało mi się, że ona jest zła do szpiku kości... a Ambrion, druga świnka morska Mikiego była taka słodka.

Czarna popatrzyła wściekła na Wiktorię i wrzasnęła na Białego.

- Ty imbecylu, dlaczego wyjąłeś szmatę z ust tej wywłoki. Zaraz obu was ukarzę - wrzeszczała Czarna.

Zamarłam. Biały mówił jednak prawdę. To ona tutaj rządziła. To była Czarna.

6

Z moimi kumplami byłem umówiony zaraz o 12.00 w naszej stałej miejscówce. Plackarnia koło naszej szkoły była dla nas idealnym miejscem. Pizzeria była co prawda sieciówką, ale dość kameralną i przede wszystkim czystą.

Co najważniejsze była bardzo bliska naszej szkoły i o każdej porze można było tam tanio i smacznie zjeść. Przybyłem pierwszy i usiadłem w samej głębi drugiej salki przy samym oknie. Czekałem na kolegów. Za chwilę miał przybyć Kuba i Mateusz. To ich poprosiłem o pomoc. Czas odgrywał wielką rolę. Nie mogliśmy już na nic czekać. Jednak by zacząć szybko działać trzeba było dokonać szybkiej i chłodnej analizy. I do tego właśnie potrzebowałem pomocy przyjaciół. Podeszła do mnie śliczna kelnerka Kasia i uśmiechnęła się promieniście.

- Cześć Mikołaj. Miło cię znowu widzieć. Czy podać ci to, co zawsze? - zapytała Kasia.

- Tak Kasiu. Poproszę potrójny zestaw, bo zaraz przyjdą moi ludzie - odparłem ładnej kelnerce.

Kasia uśmiechnęła się zalotnie i zapisała moje zamówienie.

- Zaraz wszystko będzie gotowe - powiedziała Kasia

i odeszła na zaplecze restauracji. Mati przyszedł 10minut po mnie, nerwowo się rozglądając. Z rogu swojego stolika machnąłem mu na przywitanie i wskazałem wolne miejsce.

- Siadaj Mati, dzięki za szybkie przybycie - powiedziałem.

- Żartujesz? Zasapał Mati, przecież wiesz że zawsze możesz na mnie liczyć... i ty i Wiktoria... zawsze i we wszystkim - odparł zasapany Mateusz.

- Wiem, wiem Mati - powiedziałem.

Zamówiłem nam sok malinowy z cytryną i po belwicie czekoladowej na osłodzenie całej sytuacji.

Mati uśmiechnął się.

- Dzięki, że pomyślałeś Miko. Nie jadłem nawet śniadania.

Mati to dobry chłopak i dobry przyjaciel. Typ naukowca. Niewysoki, rozczochrany, w okularach, wiecznie czytający i wiecznie analizujący wszystko i wszystkich. Idealny przyjaciel. Czekaliśmy jeszcze na Kubę, ale ten niestety się spóźniał. Kasia przyniosła nasze zamówienie i znów się do mnie promiennie uśmiechnęła. Mati oczywiście nie omieszkał tego skomentować.

- Wiesz Miko- co ty robisz tym wszystkim laskom, że lgną do Ciebie jak Puchatek do miodu.

Uśmiechnąłem się.

- To mój urok osobisty Mati, tak już niestety mam.

- Szkoda, że ja tak nie mam - westchnął cicho Mati.

13

Mikołaj i Mati po wejściu Kuby do budynku szkoły szybko zeskoczyli z drzewa. Podbiegli pod wejście szkoły i chwilę na kogoś czekali, żeby móc zrealizować swój plan. Wkrótce pod szkołę podjechała policja i z radiowozu wysiadł komisarz Robert Kania i i jego dwóch ludzi.

- Dobrze się spisaliście chłopcy - powiedział komisarz.

- Brawo Mikołaj -raz jeszcze powtórzył Kania

Policjanci i Miko z Matim szybko weszli do szkoły i skierowali się do patio na 1 piętrze, dalej pobiegli korytarzem i w końcu dotarli do świetlicy nr 23. Drzwi były niestety zamknięte.

- Otwierać! Policja! - krzyknął komisarz Kania, lecz nikt im nie otworzył.

- Otwierać liczę do trzech! - wrzasnął ponownie komisarz.

I wtem ze świetlicy rozległ się płacz dziecka. To płakał Kuba a drzwi otworzyła przestraszona pani Małgosia.

- O co chodzi? - powiedziała wychowawczyni.

- Proszę pokazać ręce... i pani, i chłopak - odrzekł komisarz

i wskazał ruchem na Kubę. Gdy Pani Małgosia i Kuba pokazali swoje dłonie, Robert Kania wyciągnął jakieś urządzenie i włączył skaner. Nagle dłonie wychowawczyni i Kuby zrobiły się całe niebieskie. To znak, że mieli do czynienia z pieniędzmi, które zostawił Mikołaj.

- Gdzie jest Wiktoria? Gdzie są pieniądze? - odrzekł już spokojnie komisarz.

- Nie wiemy gdzie jest Wiktoria - odpowiedziała pani Małgosia. Kuba pokiwał twierdząco - a pieniądze są w szufladzie w biurku - bąknęła pod nosem wychowawczyni.

Po przyniesieniu pieniędzy komisarz dla formalności przeskanował je. Zaświeciły się również na niebiesko.

- Mikołaj - pieniądze po zabezpieczeniu przez techników i zrobieniu sprawozdania jutro będą do odbioru na komendzie.. natomiast wy:

tu Kania zwrócił się do Kuby i pani Małgosi -

- jesteście aresztowani!

14

Po oswobodzeniu rąk i nóg mogłam w końcu rozprostować kości. Tyle godzin siedziałam nieruchomo, że pozornie łatwa czynność była dość trudna do wykonania. Zaczęłam gorączkowo szukać wyjścia. Drzwi tak jak podejrzewałam były zamknięte, a na niewielkich oknach były kraty.

- To musi być jakaś piwnica szkolna - pomyślałam.

Nie wiedziałam co robić, jednak wzięłam się w garść i raz jeszcze niemalże po omacku przeszukałam całe pomieszczenie. Już traciłam nadzieję na ucieczkę z tej parszywej nory i że tylko rozwścieczę swoich porywaczy zwłaszcza czarną porywaczkę gdy wzrok mój utkwił na dziwnym kwadracie na podłodze.

Podeszłam dalej... zobaczyłam właz. Zaczęłam go szarpać z każdej strony i po stu chyba próbach udało mi się otworzyć zardzewiałą klapę. Drzwiczki były bardzo zniszczone i nad podziw ciężkie, jednak po włożeniu całej energii która mi została udało mi się je otworzyć. Oczom moim pojawiła się czarna dziura, pusta i straszna. Gdy wzrok przyzwyczaił się do egipskich ciemności zobaczyłam metalowe schody. Bałam się, ale musiałam zaryzykować. Zaczęłam schodzić do podziemi.

- Miko, trzymaj kciuki, wierzę że wkrótce mnie odnajdziesz. - wyszeptałam.

Zamknęłam klapę, żeby porywacze nie wiedzieli co się ze mną stało. Zaczęłam schodzić w dół. Naliczyłam 10, 20, 30 schodków aż w końcu zobaczyłam podziemny tunel i dwie drogi. Mogłam iść w lewo albo w prawo. Którą drogę mam wybrać? Spytałam samą siebie? Co teraz mam robić?

15

W kieszeni nagle zawibrowała mi komórka spojrzałem i nie mogłem uwierzyć. Dostałem smsa od mojej przyjaciółki.

Wiki napisała :

"jestem pomiędzy plackami a dołem, tik tok, tik tok".

Tylko co to mogło oznaczać?

Po naradzie z Matim, który słusznie zasugerował mi, że Wiki wybrała zaszyfrowaną wiadomość, żeby porywacze nie mogli się dowiedzieć że wpadłem na trop gdzie jest Wiki, w końcu mnie olśniło.

Uśmiechnąłem się do Mateusza.

- Mati, wiem gdzie jest Wiktoria - odparłem do przyjaciela.

Mati ucieszył się.

- Chodźmy szybko na komisariat - odparłem.

Na komisariacie zastaliśmy komisarza Kanię bardzo ale to bardzo wkurzonego. Robert Kania poinformował nas że z braku dowodów musiał wypuścić zarówno Kubę jak i panią Małgosię. Wyjaśnił, że pani Małgosia pokazała mu smsa, który porywacze wysłali do niej, że porwą jej dzieci jeśli ona nie odbierze za nich pieniędzy. Pani Małgosia poprosiła Kubę, żeby odebrał za nią moją kasę i przyniósł jej do świetlicy nr 23. I tak zagadka się rozwiązała. Okazało się że to nie pani Małgosia ani Kuba byli porywaczami, tylko raczej marionetkami w rękach Czarnej Porywaczki i Białego Porywacza. Komisarz podziękował nam za pomoc i oddał mi pieniądze. Pokazałem mu jednak smsa od Wiktorii i rozszyfrowałem gdzie moim zdaniem przebywa teraz Wiki. Moim zdaniem pomiędzy plackami czyli plackarnią a dołem czyli dołem wąwozu jest......nasza szkoła. Tak, właśnie tak! Okazało się, że wczoraj tak blisko byliśmy Wiktorii... lecz teraz po tym jak minęła cała doba nie było już czasu do stracenia. Ja, Mati i komisarz wsiedliśmy do policyjnej toyoty rav 4 i szybko na sygnale ruszyliśmy do szkoły. Wkrótce wtajemniczony dyrektor polecił ogłosić przez megafon, żeby porywacze się poddali i wypuścili Wiktorię. Niestety nikt nie wyszedł z ukrycia. Zaczęliśmy wszyscy gorączkowo szukać Wiktorii.

I wtem usłyszałem jak znów wibruje mi telefon.

Smsa od Wiktorii brzmiał:

"Miko jestem zdołowana".

Zamarłem. Co to miało znaczyć? Czy Wiki traciła już nadzieję.

- Wiki idę po Ciebie! - pomyślałem krzepiąco.

Odpisałem jej również sms szyfrem :

"jestem już z niebieskim między plackiem a dołem"

co miało znaczyć że szukam jej z policją w szkole. Ale teraz musiałem się skupić co oznacza sms od Wiki.

"Miko jestem zdołowana".

Co to mogło znaczyć?

19

"Miko jestem zdołowana"

po raz kolejny przeczytałem smsa od Wiktorii.

I w końcu mnie olśniło. Zadzwoniłem do Matiego i wyjaśniłem o co mi chodzi.

- Jesteś genialny - odparł Mati. Na pewno o to chodzi Wiki.

- Chyba tak - odparłem i pobiegliśmy do komisariatu. Wtajemniczyłem Kanię, że tym razem chodzi o tajemnicze podziemia i że pewnie tam jest teraz Wiki. Komisarz odparł, że jak był dzieckiem słyszał legendę, że podobno są w Lublinie takie podziemia, ale nigdy tego nie weryfikował i nie znał szczegółów. Podziękował nam oczywiście i odparł, że da nam wsparcie, ale najpierw jego ludzie muszą skończyć szukać w szkole - takie są procedury. Posmutnieliśmy, ale tylko na chwilę. Uzgodniliśmy, że ja razem z Matim udam się do naszej biblioteki i tam spytamy naszej bibliotekarki czy zna te legendy, a komisarz pójdzie za nami jak skończy przeszukiwać szkołę. Byliśmy umówieni. Nic złego nie mogło się stać. Jednak pośpiech był wskazany. To już druga doba jak szukamy Wiki. Po wejściu do biblioteki dopadliśmy do pani Basi, która całe życie pracowała w naszej bibliotece i wskazała nam bardzo cenny trop. Okazało się, że legenda głosi, że są podziemne trasy łączące dzielnice Lublina tj. Czuby i Czechów i Stare miasto, które zbudowała kiedyś jakaś lubelska firma i miały to być lubelskie atrakcje ale firma zbankrutowała i nikt potem nie dokończył tej inwestycji. Ustaliliśmy z Matim, że pojedziemy autobusem na Stare Miasto i tam poszukamy rozwiązania koło lubelskiego zamku, gdzie podobno rzekoma firma rozpoczęła kiedyś inwestycje. Po wielu godzinach szukania udało nam się w końcu znaleźć tajemnicze przejście, którego pilnował stary Cygan. Musieliśmy mu zapłacić 20zł żeby opowiedział nam legendę i dał replikę do tajemniczego przejścia. Tak się też stało. Stary Cygan jak dowiedział się dlaczego chcemy tam iść i że nie chodzi nam o zwykłą ciekawość tylko chcemy ratować swoją koleżankę, wzruszył się okropnie. Oddał nam nasze pieniądze i powiedział, że będzie za nas trzymał kciuki. Okazało się, że drzwi były ukryte za wielkim drzewem i dopiero po odsunięciu gałęzi i użycia repliki klucza udało nam się tam wejść. Zadzwoniłem jeszcze do Kani żeby powiedzieć mu szczegóły żeby wiedział gdzie nas ma szukać i otworzyliśmy tajemnicze wrota.

Było ciemno i kiedy nasz wzrok przyzwyczaił się do ciemności zobaczyliśmy metalowe schody o trzydziestu stopniach. Weszliśmy do ciemnego wąskiego korytarza, który z każdym metrem zaczął się rozjaśniać, aż w końcu dotarliśmy do oświetlonej tablicy.

W lewo Czuby i w prawo Czechów. Gdzie mamy iść?

Wiki powinna nadejść z Czubów, lecz to podobno była łatwiejsza droga. Poprosiłem więc Matiego, że musimy się niestety rozdzielić i że on pójdzie łatwiejszą drogą do Czubów a ja trudniejszą na Czechów. W końcu byłem sportowcem. Tak też zrobiliśmy.

20

Po pysznym obiedzie Czarna i Biały musieli zobaczyć co się dzieje z Wiktorią. Przedtem jednak kupili w sklepiku szkolnym wodę niegazowaną Cisowianka i drożdżówkę z jagodami. Doskonale zdawali sobie sprawę, że Wiki od wczoraj nie jadła i nie piła. Schodząc ostrożnie na dół cały czas uważali, żeby nie natknąć się na szukających Wiki policjantów. Zdecydowali, że najpierw nakarmią Wiktorię, a potem późnym wieczorem wyślą smsa do pani Małgos, i żeby przyniosła im do jakiejś skrytki kasę - całe 3 tysiące złotych Oczywiście skrytka musiała być poza szkołą żeby niczego nie zwietrzyła policja. Czarna i Biały nie spodziewali się, że od wczoraj pani Małgosia współpracowała z policją i że komisarz Siatkowski od dawna już wiedział o okupie i porwaniu, a wszystko to dzięki Mikiemu i Mateuszowi. Chodząc ostrożnie do szkolnej piwnicy pokonali kilka krętych korytarzy aż w końcu trafili do drzwi gdzie przetrzymywali Wiktorię. Otworzyli ostrożnie drzwi starym pordzewiałym kluczem który "pożyczyli" kilka dni temu od niczego nie spodziewającego się szkolnego woźnego. Otworzyli ostrożnie drzwi i weszli do środka. Kiedy zamykali drzwi od wewnątrz stało się to czego nikt się nie spodziewał. Stary pordzewiały klucz złamał się od nasady i nie dało się ponownie otworzyć drzwi. Porywacze przez własną chciwość i głupotę sami przez siebie zostali porwani.

- O kurczę zostaliśmy uwięzieni w naszym więzieniu - szepnęła Czarna.

Po raz pierwszy na jej twarzy pojawił się niepokój.

- Boję się Czarna - rzekł Biały - w jego głosie słychać było nie niepokój lecz przerażenie. Porywacze chcieli zapalić światło, lecz w tym momencie przepaliła się żarówka.

- Jakieś fatum, czy co - rzekła Czarna.

Porywacze gorączkowo szukali alternatywnego wyjścia, lecz zobaczyli tylko małe zakratowane okna.

- Chcę do mamy - odrzekł Biały.

Z paniki porywaczy przegapili klapę na podłodze, którą udało się wydostać Wiktorii. Zrezygnowani zaczęli szukać Wiki, lecz krzesło na którym zostawili ją związaną było puste! Wiktoria zniknęła! Starając się rozjaśnić pomieszczenie, Czarna zaczęła szukać po kieszeniach komórki, żeby sobie przyświecić, lecz kolejnym pechem było to, że telefon jej się rozładował, a Czarny zostawił swojego smartfona przez pomyłkę podczas ich obiadu na stołówce.

- Kurczę jesteśmy w potrzasku - powiedziała Czarna.

Wtem Biały zobaczył na jednej z półek stare pudełko z zapałkami. Ucieszyli się okropnie! Biały zapalił jedną z zapałek, lecz światło było mizerne, podniósł więc z półki starą gazetę i zapalił żeby mogli dokładnie przeszukać swoje więzienie, lecz stało się coś niezwykłego. Jedna z kartek gazety spadła na jedną z półek ogień buchną całą mocą i cały regał zaczął się palić.

- Pomocy, ratunku - krzyknęli porywacze.

Niestety nikt ich nie słyszał.

21

Po rozdzieleniu w lubelskich podziemiach Mateusz poszedł korytarzem ze Starego Miasta na Czuby. Ten korytarz zgodnie z legendą miał być łatwiejszą drogą i tak było w istocie.

Mati podśpiewywał sobie pod nosem piosenkę :

"miłość, miłość w Zakopanem, polewamy się szampanem"

żeby dodać sobie otuchy.

Przeszedł chyba kilka kilometrów, aż zmęczył się okropnie. Musiał odpocząć. Chociaż chwilę. Wyjął z plecaka Cisowiankę niegazowaną oraz belwitę czekoladową, którą wcześniej przygotował dla niego Mikołaj.

- Prawdziwy kumpel - rzekł cicho Mati.

Mati tak sobie odpoczywał w kącie, że niechcący usnął. Po 2 dniach zmęczenia i ciągłego strasu zmęczony był przecież okropnie. Ostatnie dni były przecież tak pełne emocji. Mati zaraz zaczął śnić. Śniły mu się loty balonem nad Nałęczowem i on też tam był i leciał. Mati śnił, że leciał czerwonym dużym balonem i wszyscy mu machali. Mati uśmiechnął się przez sen... Nagle trącił go w ramię ktoś, kogo tu się nie spodziewał i powiedział.

- Siema Mati, dobrze że jesteś - odparła jakaś tajemnicza postać.

Mateusz otworzył oczy w przerażeniu i zobaczył Harrego Błyskawicę, z którym zaczął rozmawiać. Mati w końcu przegadał z Harrym parę godzin i wszystko mu opowiedział. Harry Błyskawica zdradził Matiemu kilka cennych wskazówek i rad jak podrywać dziewczyny, oraz kilka podstawowych zajęć. Mati był bardzo zadowolony i dumny. Żeby niczego nie zapomnieć, zaczął szukać w swoim plecaku notatnika i pióra. Jednak nie mógł nigdzie go znaleźć. Wkurzył się okropnie i ... w końcu się obudził. Po Harrym Błyskawicy nie było ani śladu. Mati z niedowierzeniem spojrzał w pusty korytarz.

Czy to był sen?

Czy to tylko sen?

22

Po rozdzieleniu z Mateuszem poszedłem dalej sam. Wiedziałem że to trochę ryzykowne ale musiałem tak zadecydować. Przyjacielowi oddałem łatwiejszą trasę, bo jak głosi legenda trasa podziemna między Starym Miastem a Czubami była tą łatwiejsza. Miałem zresztą nadzieję, że tą właśnie trasą pójdzie Wiktoria i że wkrótce będzie bezpieczna i ona, i Mateusz, i że policja także pójdzie ich śladem. Liczyłem na komisarza Kanię, bo to był dobry człowiek. Kolega zresztą moim rodziców. Kiedyś jeszcze zanim został komisarzem to był naszym dzielnicowym ale byłem wtedy za mały i tego nie pamiętam. Moja trasa miała być trudna, pełna wyzwań i niespodzianek. Musiałem ja ją przejść, gdyż bezpieczeństwo moich przyjaciół było dla mnie rzeczą nadrzędną. Czy się bałem? Tak, oczywiście, tylko głupiec się nie boi, ale w oczach miałem biedną Wiki, która jest już dwie doby bez jedzenia i picia... i tyle już przeszła.

Mati jak zawsze okazał się dobrym przyjacielem, a Kuba....no cóż Kuba....zawiodłem się na nim.

Wg hipotezy Matiego to Kuba jest porywaczem. Ja tak nie sądzę... chociaż?

Choć wg policji porywaczy było dwóch. Sam nie wiem, czy Kuba byłby do tego zdolny. On może nie, ale Weronika... Cóż Kuba był pod jej wpływem już tyle czasu... zresztą ja też kiedyś byłem... ale to stara historia... Teraz musiałem skupić się na znalezieniu Wiktorii i bezpiecznym przebyciu całej trasy na Czechów. Pierwsze korytarze nie były trudne. Było dużo prostych dość nieźle oświetlonych i zachowanych w dobrym stanie lecz coraz więcej było zakrętów i były coraz częstsze. Zwrócił moją uwagę również fakt, że korytarz zaczął się zacieśniać i między sufitem a podłogą była coraz mniejsza odległość. Po kilkunastu metrach czekała mnie spora przeszkoda. Korytarz stał się wąskim tunelem, którym nie dało się już przejść...trzeba było się czołgać... Nie poddałem się, tylko poszedłem, a raczej poczołgałem dalej... Pomogła tu moja wysportowana forma i szczupła sylwetka, lecz niestety zaklinował mi się plecak, pozostałem bez wody i bez ulubionej Belwity czekoladowej. Po kilkudziesięciu metrach, przejście których zajęło mi ponad godzinę, korytarz znów wrócił do pierwotnej formy. Mogłem trochę odpocząć, choć brak wody nie pomagał. Poszedłem dalej. W końcu natrafiłem na kolejną przeszkodę. Okazało się, że jest głęboka wyrwa w podłodze, a może raczej przepaść i musiałem wziąć spory rozbieg. Wiedziałem, że muszę przeskoczyć, bo inaczej... bo inaczej... ryzyko było wielkie... Złapałem głęboki oddech i rozpędziłem się niczym super bohater Flesh. Wtem na samym końcu skarpy ziemia usunęła się, przez co odbicie było słabsze niż planowałem. Siła rozpędu spowodowała to, że skok był długi, właściwie dłuższy niż potrzeba, jednak przez złe odbicie kąt był niewłaściwy i jak lądowałem, to drugi brzeg korytarza wydawał się wciąż zbyt daleko. W końcu upadłem na krawędzi, w ostatniej chwili łapiąc się rękami. Podciągnąłem się, lecz nogi wciąż wisiały nad przepaścią.

- Dasz radę Mikołaj - powiedziałem sam do siebie.

- Dasz radę chłopie.

Podciągnąłem ręce, cały ciężar ciała by wydobyć się z przepaści, pomogło tu na pewno codziennie ćwiczenie pompek lecz w końcu udało się wydostać na powierzchnię. Byłem uratowany. Uśmiechnąłem się szeroko. Lecz musiałem chwilę odpocząć. Po kwadransie znów pobiegłem korytarzem i trafiłem do dziwnej bramki. Była to nowoczesna metalowa brama swoim obwodem oplatająca cały korytarz od podłogi po ściany i sufit, nie dało się jej ominąć- mogłem albo przez nią przejść, albo zawrócić. Przeszedłem przez bramę i wtem stała się rzecz, której nigdy bym się nie spodziewał.