Rozdział 1
Rzecz dzieje się w 2033 roku. Wskutek nagłej choroby, media rozpisywały się na temat wylewu, zmarł papież. Jak zwykle zbiera się konklawe. Obrady trwają zaskakująco długo, mimo że specjaliści, którzy w tym czasie okupują praktycznie wszystkie telewizje, nie są w stanie wskazać istotnych różnic programowych między kandydatami.
Według jednych największe szanse na wybór miał kardynał z Afryki, Peter Turkson, kiedyś bliski współpracownik Franciszka. "Jednym z nazwisk wymienianych w tym kontekście jest kardynał Peter Turkson, który był na czele działań Franciszka na rzecz ochrony środowiska" - komentował dla CNN znany watykanista z USA, Pedro Pomodoro. Wskazywał on na główne przewagi potencjalnego papieża z Afryki: po pierwsze to kontynent, na którym mieszka aż 20 procent katolików. Stamtąd pochodzi też coraz więcej księży, którzy docierają do Europy. Kardynał był wielkim zwolennikiem walki przeciw zmianom klimatycznym, niektórzy, dodał watykanista, właśnie w nim upatrywali prawdziwego autora encykliki Laudato si'. Szczególną uwagę komentatorów zwrócił na siebie kazaniem wygłoszonym tuż po śmierci papieża, w którym to stwierdził, że prawdziwym zadaniem ludzkości jest przywrócenie Ziemi jej dziewiczego, nienaruszonego charakteru. "Ludzkość musi wrócić do czasów, kiedy nie było ludzkości. Musimy wziąć na siebie zadanie usunięcia z Ziemi śladów człowieka, bo tam, gdzie jest człowiek, tam pozostają po nim skażenia. Pochodzę z Afryki i wiem, co mówię". Kardynał był też wielkim orędownikiem otwartych granic - każda granica przypomina obóz koncentracyjny - miał mówić najbliższym. Jednak najważniejszym punktem jego programu było wzywanie białych do pokuty za niewolnictwo. "Nadszedł czas, żeby państwa Zachodu zapłaciły za niewolnictwo. Papież Leon w swojej pierwszej encyklice ogłosił, że przeprasza w imieniu Kościoła za niewolnictwo. Jednak za przeprosinami powinny pójść odszkodowania. Kościół ma dużo niepotrzebnych nieruchomości, wiele budynków kościelnych jest pustych. Proponuję sprzedaż jednej trzeciej nieruchomości należących do Kościoła i powołanie w ten sposób specjalnego funduszu odszkodowawczego dla Czarnych, potomków niewolników".
Drugi obóz stawiał na kandydata z Azji, kardynała Zen Ho Zen. Był on wielkim zwolennikiem modelu chińskiego, który to powinien zostać wprowadzony w Kościele. "Synodalność to chińskość" - dowodził w głośnym wywiadzie w "Corriere della Sera". "Dobro wspólne, nikt nie rozumie tego pojęcia lepiej niż Chińczycy. Tylko my wiemy, że osiągnięcie dobra wymaga rezygnacji z egoizmu i indywidualizmu". Wprawdzie byli też watykaniści, którzy twierdzili, że kardynał został wcześniej mianowany biskupem de facto przez Komunistyczną Partię Chin i trudno uznać, że w ogóle wierzy w osobowego Boga. Złośliwe media przypomniały jedną z jego wypowiedzi, kiedy to twierdził, że "kwestia istnienia Boga jest dla mnie jako chińskiego katolika, całkowicie abstrakcyjna i niepotrzebna. My, ludzie Azji, nigdy nie zastanawiamy się, czy Bóg istnieje czy nie, ale skupiamy się na tym, żeby pomagać innym i angażować się we wspólnotę i budowanie jej dobrobytu. Chrystus jest dla mnie siłą i energią, dzięki której mogę pracować na rzecz polepszenia ludzkiego losu. Teoretyczne rozmowy na temat Boga i jego istnienia to rzecz przeszłości, sprawa dla Zachodu. Musimy wyżywić miliardy ludzi - a czy istnienie Boga w tym pomoże? Bóg nie rozwiąże naszych problemów".
Wreszcie trzeci obóz skupiał się na poparciu amerykańskiego kardynała Toma Elroya, arcybiskupa Waszyngtonu, którego silną stroną było bezwarunkowe zaangażowanie na rzecz ruchu LGBTQIA. "Nie ma zgody na żadną dyskryminację ludzi mających inną niż heteronormatywną orientację seksualną. Tego uczył nas Chrystus". Kardynał znany był z dość zaskakujących wypowiedzi wspierających odwiedziny w katolickich szkołach znanych transwestytów i dragqueenów. Jako jeden z nielicznych hierarchów uczestniczył też regularnie w Paradach Równości. Nic dziwnego, że takich trzech kandydatów sprawiało, iż kolegium długo nie mogło podjąć decyzji. Raz górę brał jeden, raz drugi, a raz szala przechylała się na korzyść trzeciego. Dlatego tak wielkim zaskoczeniem stał się ostateczny wybór kogoś spoza grona głównych kandydatów, a mianowicie kardynała Michelego Ghislieriego de Castro, powszechnie szanowanego zwolennika, jak sądzono, umiarkowanej synodalności.
Trudno opisać jego narodowość. Urodził się w Stanach Zjednoczonych, na Florydzie, studia skończył w Rzymie, potem wyjechał do Peru, by po kilku latach, będąc znowu w Rzymie, zostać wysłanym do Polski. Tam przebywał kilka lat i co dosyć dziwne, napisał książkę o duchowości Świętej Tereski od Dzieciątka Jezus. Dlaczego akurat o niej? "W Polsce przede mną w okresie po I wojnie światowej nuncjuszem był późniejszy Pius XI. A to właśnie o nim i jego pracy dyplomatycznej pisałem pracę doktorską. Kiedy już zamieszkałem w Warszawie, uderzyło mnie, jak wielkie znaczenie miała dla tego papieża święta z Lisieux". Rzecz nie wzbudziła podejrzeń, a w kręgach najbardziej doświadczonych watykanistów pojawiła się nawet osobliwa teoria, że opowieści o Świętej Teresce, a nie o walce z klimatem, migracji i genderyzmie, były formą świadomej strategii wyborczej, tak żeby ściągnąć na siebie uwagę trochę zmęczonych ciągłym aktywizmem purpuratów.
Prawdą jest, co zauważono dopiero później, że na temat Ghislieriego de Castro niewiele było wiadomo. Poza wspomnianą książką sprzed wielu lat i opublikowanych w jednym z uniwersyteckich wydawnictw wykładów na temat Listu do Rzymian niczego więcej nie napisał. Co więcej, na rok przed konklawe ciężko zachorował na serce i w ogóle zaprzestał działalności publicznej. Ponoć to właśnie wiedza na temat stanu jego zdrowia - przeszedł trzy zawały serca, a przy trzecim doszło do śmierci klinicznej - sprawiła, że właśnie na niego skierował się wzrok kardynałów. "Kogoś trzeba wybrać, a dlaczego właściwie Ghislieri de Castro ma być gorszy od trzech pozostałych" - pisała La Nouva Boussola Italiana. Analiza ukazała się w przededniu wyboru i pokazała, że dziennikarze portalu trafnie przewidzieli, co się stanie. Miał to być typowy papież przejściowy - 74-letni, ciężko schorowany, znajdujący się praktycznie na łożu śmierci hierarcha wydawał się kandydatem idealnym. Pozwalał wrócić do rozgrywki za kilka miesięcy - bo tyle życia mu dawano. Łączył w sobie zresztą, choć w nie do końca określony sposób, zalety wszystkich trzech głównych graczy.
Przez lata współpracował ściśle z Leonem, organizując doroczne spotkania poświęcone wielkiemu sadzeniu drzewek na Saharze. Kilka razy wyprawił się też z papieżem na włoską wyspę Lampedusa, gdzie wspólnie odwiedzili symboliczną Bramę Europy. Od lat w przepełnionych łodziach przybywają tam migranci z Afryki, szukający w Europie lepszego i bezpieczniejszego życia. To kardynał de Castro przygotował tekst słynnego kazania papieża, następnie opublikowanego przez Parlament Europejski, w którym padły pamiętne słowa o konieczności otwarcia granic dla masowej migracji. "Ewangelia rozbrzmiewa tam, gdzie spotykają się ludy, gdzie ludzie przyjmują się nawzajem, gdzie splatają się ich dzieje, a różne kultury podejmują dialog. Milknie ona natomiast tam, gdzie każdy czyni z siebie wyspę, gdzie unika się kontaktu i przerywa wzajemną wymianę. Europo, otwórz się na dar migracji. Otwórz swoje serce. Stać cię na to. Poradzisz sobie. Nie zamykaj się w egoizmie i strachu".
Ponoć to on, a nie papież wpadł na pomysł, żeby ustanowić przyznawany regularnie na wyspie Medal Dobrego Samarytanina dla każdego, kto przyczynia się do otwarcia granic europejskich. Pierwszym laureatem papieskiej nagrody został przed laty Aleksy Borosz, znany filantrop i to kardynałowi de Castro powierzono wygłoszenie laudacji.
Nie było do końca jasne, jakie jest jego stanowisko w sprawie odszkodowań dla potomków niewolników, chociaż można uznać, że w pewien, charakterystyczny dla watykańskich dyplomatów sposób był zwolennikiem takiego posunięcia: "Ekspiacja musi kosztować" - mówił. De Castro był także wiele razy w Pekinie, podkreślając po spotkaniach z przedstawicielami komunistycznego rządu potrzebę inkulturacji i wzajemnego zrozumienia. Być może najmniej entuzjazmu okazywał w stosunku do osób nieheteronormatywnych, ale to nie budziło wielkiego niepokoju kardynałów. Nigdy przecież nie skrytykował zwolenników otwarcia się Kościoła na ludzi LGBT, a podczas pobytu w USA spotkał się i nagrał piosenkę ze słynnym ojcem Jamesem Maritainem, wielkim rzecznikiem mniejszości seksualnych. Trzeba jednak dodać, co mogło być sygnałem alarmowym, że podobnie jak zmarły papież przeciwstawiał się aborcji.
Wszystko razem - presja czasu, wyrównany układ sił trzech kandydatów, perspektywa krótkiego pontyfikatu, wreszcie koncyliacyjna osoba kardynała Ghisleriego de Castro - doprowadziło tego czerwcowego dnia do jego wyboru.
Ledwo z komina Sykstyny ukazał się biały dym, najlepiej jak zawsze poinformowana Boussola donosiła, że nowo wybrany papież, nie podając jego prawdziwego nazwiska, przybierze trzy imiona - Jana, Pawła i Franciszka. W ten sposób, twierdził historyk Kościoła Alfonso di Paulo, nowy papież wskazuje na potrzebę hermeneutyki ciągłości i na to, że dla Kościoła nie ma innej drogi niż ta, którą wyznaczył, otwierając Sobór, Jan XXIII, kontynuował Paweł VI i obaj Janowie Pawłowie, a szczególnie ten drugi i rozwinął Franciszek. Profesor użył w tym kontekście nowego pojęcia radykalnej ciągłości, polegającej na tym, że "sama ciągłość osiągana jest przez nieciągłość i jedność przez zaprzeczenie. Zerwanie przestaje być zatem problemem, a staje się wyzwaniem. Ciągłość nie wynika z treści przekazu, ale z osoby dokonującej interpretacji. Ciągłość nie ma charakteru obiektywnego, ale subiektywny". "Żyjemy w świecie dramatycznego przezwyciężenia sprzeczności, osiągania jedności przez znoszenie pozornych przeciwieństw. Gwarantem tej jedności jest osoba papieża - od chwili wyboru dysponuje on nadprzyrodzoną mocą ustanawiania sensu nawet tam, gdzie oczy profanów dostrzegają bezsens". Według profesora kluczem jest przylgnięcie do nowego Wikariusza Chrystusa, bo to on sam przez swoje słowa i czyny ustanawia ciągłość, nawet jeśli komuś coś się może wydawać nieciągłe. "Jestem pewien - dowodził wybitny historyk. - Że nowemu papieżowi uda się zbudować Kościół przyszłości, Kościół zjednoczonej ludzkości".
Na Placu Świętego Piotra gromadził się tłum. Atmosfera była radosna. Słońce, mimo że miało się ku wieczorowi, paliło niemiłosiernie. Chmur nigdzie nie sposób było dostrzec. Żar lał się z nieba i sprawiał, że kto żyw rozglądał się za korzystającymi z okazji sprzedawcami wody. Upał zdawał się nie przeszkadzać. Pierwszy raz zobaczyć nowego papieża - nie jest to częste przeżycie. Ludzie stali zatem i cieszyli się. Zaraz się zacznie, wiedzieli. Nie zaprzątali sobie głowy żadnymi pytaniami - przyszli wyrazić radość. Na ekranach smartfonów pojawiają się kolejne analizy.
Plac wypełniał się szybko. Niektórzy nawet wchodzą na cokół, na którym stoi obelisk sprowadzony do Rzymu przez cesarza Kaligulę. Kto wie, że to ten cesarz chciał ustanowić w Jerozolimie swój kult? Gdyby nie roztropność i odwaga Petroniusza, ówczesnego prefekta Syrii, który to, puszczając mimo uszu rozkazy oszalałego cesarza naraził się na śmierć, wojna żydowska wybuchłaby kilka lat po śmierci Jezusa. Obelisk od tamtej pory, kiedy do Rzymu sprowadził go Kaligula, widział wszystko. I śmierć Piotra, i gniew Nerona, i powstanie chrześcijańskiej nekropolii, i wzniesienie bazyliki na grobie męczennika przez Sylwestra i Konstantyna, i wszystkie następne pontyfikaty - przez wszystkie te wieki tylko raz, za czasów Sykstusa, przesunął się o kilkadziesiąt metrów. Teraz stał obojętnie oblepiony podnieconym tłumem.
Ceremonia nie chciała się zacząć. Słońce powoli przestawało palić. Gdyby nie atrakcja, jaką jest widok nowego papieża, wszyscy siedzieliby już przy zimnym białym winie i odpoczywali po męczącym dniu. A tak czekali. Prawie nikt się nie modli. Niewielka tylko grupa pobożnych chrześcijan coś mamrocze pod nosem. Z braku laku to na nich skupia się uwaga reszty tłumu. Wielu podchodzi i robi sobie na tle modlących się - klęczą ze złożonymi dłońmi - selfie. Nic więcej się nie dzieje i nic się nie chce stać. Pojawia się zniecierpliwienie. Nie wiadomo, o co chodzi. Dlaczego nowego papieża nie ma na balkonie. Minuty mijają, a radosne podniecenie zostaje zastąpione przez niepokój. Coraz częściej oczy publiczności padają na ekrany smartfonów. Nie pojawia się na nich nic, co pozwoliłoby wyjaśnić, dlaczego nowego papieża wciąż nie ma tam, gdzie być powinien.
Wreszcie. Ostatnie promienie topią w czerwieni kopułę bazyliki. Biała postać pojawia się w loggii. Widzą go, jak wychodzi za kardynałem kamerlingiem. Czekają w podnieceniu, kiedy padnie imię nowo wybranego i kiedy zostanie wypowiedziana ta sama formułka. Sancta Romana Ecclesia - dziwne słowa uderzające w uszy tych, którzy słyszeli jedynie o Kościele synodalnym, otwartym i różnorodnym. Sancta Romana Ecclesia - dziwne to zwierzę. Ale dziś to co innego, raz na pontyfikat można je usłyszeć i przyjąć. Łacina, na co dzień wyrzucona na śmietnik historii i przykryta pateną dziejów, tu pasuje jak ulał. Niech wreszcie padnie imię.
Oto i on. Zachowuje się dziwnie. Mówi drżącym głosem. Nieśmiało i nieporadnie. Czyżby popsuł się sprzęt nagłaśniający? I to imię, które wypowiada kardynał kamerling, jest tak dziwne, że przez tłum przechodzi dreszcz. Najwyraźniej sam kardynał jest zaskoczony, może wręcz wzburzony. Głos mu się łamie, jakby się wahał i nie dowierzał. Pada imię Pius. Co to może znaczyć? Ani Jan, ani Paweł, ani Benedykt, Franciszek czy Leon? La Nouva Boussola nigdy się nie myliła. Pius? Przecież to powrót do mrocznych czasów Kościoła - przynajmniej niektórzy to rozumieją. Pius - to ten, który milczał w obliczu Holocaustu. Pius - to ten, który nie stanął na wysokości zadania. Nie potępił wyraźnie Hitlera, nie wyłączył go z Kościoła. Pius - symbol niemocy, obojętności, chłodu. Zaprzeczenie całego późniejszego rozwoju i jego pięknego owocu, Kościoła Zielonych Świątek, Kościoła wiosny, Ducha Asyżu, Kościoła, który nikogo nie wyklucza. Będą z tego kłopoty.
Przemówienie Piusa jest krótkie, właściwie to nie przemówienie, ale... wezwanie do modlitwy pokutnej. "Zostałem wybrany, by przypomnieć światu o sądzie, o karze i o pokucie. Zbliża się czas próby. Wykorzystajmy go należycie. A przede wszystkim wróćmy do świętej Tradycji. Duch Święty nie zapomniał o swoim ludzie". Słowa przypominają salwy z karabinu.
Potem, niczym grom z czystego nieba: "Nasz Pan wyraźnie nauczał: "A jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. (...) Albowiem jak błyskawica zabłyśnie na wschodzie, a świeci aż na zachodzie, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Gdzie jest padlina, tam się i sępy zgromadzą. (...) Wówczas ukaże się na niebie znak Syna Człowieczego i wtedy będą narzekać wszystkie narody ziemi; i ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach niebieskich z wielką mocą i chwałą. Pośle On swoich aniołów z trąbą o głosie potężnym, i zgromadzą Jego wybranych z czterech stron świata, od jednego krańca nieba aż do drugiego"". Tu Pius przerwał na chwilę, rozejrzał się dookoła i nagle zakrzyknął: "Bracia, ten czas nadchodzi, teraz już jest. Nie mylił się nasz Zbawiciel. Znak Syna Człowieczego już się ukazuje na nieboskłonie. O, jak prawdziwe są to słowa proroctwa. My też jemy i pijemy, żenimy się i za mąż wydajemy i czeka nas ten sam los co pokolenia Noego". Zaczerpnął tchu. "Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi".
Tego było już za dużo. O co tu chodziło? Czyżby papież miał im za złe, że przyjechali do Rzymu jeść, pić i się wyżywać? Jak to możliwe, że nie chciał być maskotką, ale postanowił zostać prorokiem? Miało być przyjemne przedstawienie, zapewniające niezapomniane wrażenia, a tu taki pasztet? Tego nie miało w ofercie żadne z biur turystycznych i o tym nie wspominało żadne biuro pielgrzymkowe.
Na placu zaległa cisza jak makiem zasiał. Przerażenie, zaskoczenie, niedowierzanie. Kto mógł tak mówić? Kto mógł zakłócać radosny czas oczekiwania? Wytatuowane ciała kobiet przeciągały się i perliły w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Wiele przyszło prosto z zakupów, ściągnięte na plac informacją o wydarzeniu. Mężczyźni z niedowierzaniem potrząsali głowami. On nie ustawał. Ledwo skończył cytować Ewangelię, zaczyna odmawiać psalmy pokutne. Jego głos powoli robi się stanowczy. Czuć w nim determinację i moc. Zaczyna od psalmu szóstego.
"Panie! Nie w zapalczywości Twej strofuj mię - ani w gniewie Twoim karz mię.
Zmiłuj się nade mną, Panie, bom chory jest; - uzdrów mię, Panie, bo udręczone są kości moje.
I dusza moja strwożona jest bardzo; ale Ty, Panie, pókiż?
Nawróć się! a wyrwij duszę moją; zbaw mię dla miłosierdzia Twego.
Albowiem w śmierci nie masz, kto by na Cię pamiętał, - a w piekle, któż Cię chwalić będzie?".
Przerywa na chwilę i się rozgląda. W przerażającej ciszy, która nagle spada na plac jak jastrząb na swą ofiarę, słychać nawet ciche kaszlnięcia. Teraz nagle Pius wypowiada po łacinie modlitwę do Świętego Michała Archanioła.
"Co tu się odpier...?" - Nagle ciszę przerywa głośne wołanie znanego rapera. Nowy papież wyraźnie nie trafia w nastroje. Zamiast fiesty jest coś na wzór pogrzebu. Mimo czerwcowych upałów przez plac przechodzi chłód. "O co mu chodzi?" - pytają. Czy to było naprawdę? Noe, potop, zagłada - o co w tym chodzi? Okno się zamyka, biała postać znika. Ludzie nie wiedzą, co myśleć. Atmosfera wyraźnie się zwarzyła. Gęsta, ciemna noc spływa na Rzym. Ten, rozświetlony i krzykliwy, zastygł w zdumieniu.
Rozdział 2
Ledwo Pius skończył przemówienie, portale rozgrzewają się do czerwoności. Papież Savonarola - tak swoją relację tytułuje "Corriere della Sera". Nie tylko ona. Nawiązania do Savonaroli są wszędzie. Gazety cytują oburzonych turystów. "Coś takiego - mówi jedna z nich. - Popsuł mi cały wieczór. Przyszłam tu szukać nadziei i zostałam przestraszona. Nigdy więcej. Czy nikt tego nie kontroluje? Nawet kolacja nie smakowała mi, tak jak powinna. Wino jakieś kwaśne, makaron rozgotowany, a bruschetta spalona". Ta jedna wypowiedź oddaje nastrój ogólny. Gazeta dociera też do innej, zapłakanej kobiety. "Przyszłam tu z dziećmi, żeby natchnąć je nadzieją i pokazać, że mają przyszłość. I co usłyszałam? Że świat czekają sąd i kres. Chłopiec ma dziesięć lat, córka osiem, pytali, dlaczego ten pan mówi takie dziwne rzeczy. To odcisnęło się na nich, jestem pewna. Będzie to straszna trauma. Musiałam zmienić plany na jutro i postanowiłam pójść do psychologa".
Niepokój i niedowierzanie - takie było przesłanie nie tylko mediów świeckich. Niemniej ostra była reakcja wielu portali katolickich. "Brak mi słów, by wyrazić, jak bardzo nie znoszę modlitwy do Świętego Michała Archanioła publicznie odmawianej po mszy, co właśnie zrobił nowy papież" - powiedział ojciec Peter Zac, redaktor naczelny "Ameryki" i główna gwiazda podcastu Jesuitical. - "Strasznie mi to przeszkadza. Całość zgrzyta, nie pasuje. Okropna jest ta treść, nie do zniesienia. Jest w niej coś paranoicznego, a jedyne, czego uczy, to cynizm. Zamiast zajmować się ewangelizowaniem świata, mówi się nam, żeby podejmować walkę z ukrytymi mocami. To pożywka dla wszystkich możliwych teorii spiskowych. Po pierwsze, kim jest ten Święty Michał Archanioł? Przecież to postać wprost z hebrajskiej mitologii. Wódz niebieskich zastępów - te słowa to tragedia, wskazują na całkowity regres religijności, od dojrzałości do fazy infantylnej. Ma on nam pomagać w walce z niegodziwością i zasadzkami złego ducha. Czyli istnieje zły duch, który się na nas zasadza? Kim on jest u licha? Gdzie tu jest pozytywne podejście do człowieka? "Oby go Bóg pogromić raczył" - co za barbarzyńskie wezwanie. Jedyne, czego uczy, to przemocy. Typowy patriarchalny kult siły. Bóg - potężny wojownik, pogromca, zwycięzca, gromiciel, macho. Jak pogański Zeus, a nie słaby Bóg na krzyżu. Najgorsze, że w tej modlitwie można usłyszeć, że złe duchy krążą po świecie i czyhają na nasze dusze - dawno przezwyciężony, mitologiczny obraz, którego żaden współczesny, poważny człowiek nie może przyjąć za swój. Wszędzie czają się złe duchy, wszędzie ukrywa się zło - jakie przesłanie niesie ta modlitwa? Buduje nieufność, sprawia, że to, co ziemskie, jawi się jako niebezpieczeństwo. Dosyć tego. Horrendalna treść zrodzona w głowie Leona XIII i narzucona pod koniec XIX wieku chrześcijanom. A teraz Pius do tego wraca? Katastrofa".
Słowo "Savonarola" niosło się i rozlewało wszędzie. Media roiły się od wypowiedzi historyków kultury, egzegetów, znawców dziejów Florencji, którzy przypominali postać sławnego, acz nieco przerażającego bohatera miasta Medyceuszów z XV wieku. Największą popularność szybko zdobył wywiad, jakiego jednemu z portali udzieliła profesor Izabella Felicita, znana psychoterapeutka, autorka takich bestsellerów jak Freud na każdy dzień i Heroizm ego. Zwróciła ona uwagę na to, że słowa papieża mogą mieć bardzo negatywny wpływ na emocjonalność dzieci i młodzieży. "Straszenie końcem świata i opowieści o piekle? To się w głowie nie mieści. To toksyczny przekaz. Cała nasza kultura oparta jest na eliminacji lęku i budowaniu dobrego samopoczucia. Chcemy być szczęśliwi, chcemy mieć poczucie spełnienia. Nie dajmy sobie odebrać godności wymysłami rodem ze średniowiecza. Nie potrzebujemy religii, która nie zapewnia nam satysfakcji i spełnienia. Jeśli Bóg istnieje, to po to, by nam pomagać i współczuć, a nie karać i osądzać. Mogę tolerować krzyż, tylko jeśli jest on symbolem solidarności słabego Boga z nami. Krzyż jako znak odkupienia, zadośćuczynienia, zapłaty za grzech - przecież to prowadzi do wizji okrutnego, sprawiedliwego Boga. To nie my przebłagujemy Boga, ale On musi zasłużyć na nasze przebłaganie - tego symbolem stał się w naszej kulturze Syn. W imieniu Ojca zwraca się on do nas o przebaczenie za to, co zrobił, tworząc niedoskonały świat. I tym samym wzywa nas do ulepszenia świata. To, co mówił Pius, to koszmar! Nie wolno wypuszczać dżina pokuty z butelki. Szczerze mówiąc, w sporze Savonaroli z papieżem Borgią wolałam tego drugiego".
W podobnym duchu wypowiadali się inni. Najbardziej znany angielski pisarz, John Walker Ethanassie, nie pozostawiał na Piusie suchej nitki. W obszernym wpisie przedstawił prawdziwie miażdżącą ocenę pierwszego wystąpienia. "Pius to powrót do mrocznej epoki, kiedy to ludzie godzili się poddać autorytetowi Kościoła i kapłanów. Do czasów ciemnoty, podległości, wyzysku i uzurpacji. Wtedy wbijano ludziom do głów, że cokolwiek by się stało, cokolwiek Bóg by zrobił, wszystko, co Bóg robi, jest dobre - i koniec. Dziecko umiera na białaczkę - Bóg ma prawo je zabrać. Zabił wszystkich w Wielkim Potopie - bo byli zepsuci. Wypalił siarką dzieci i kalekich w Sodomie - słusznie zrobił. Wyroków boskich się nie kwestionuje - ty, człowieku, dziękuj, że żyjesz, przepraszaj, adoruj i błagaj najlepiej na kolanach. Jak można teraz przypominać o Noem? Dlaczego zbudował on arkę tylko dla siebie i swojej rodziny? A co z pozostałymi? Dlaczego ich nie ostrzegł? I jak Bóg mógł zesłać na ludzkość karę, także na niewinnych? Nie da się tego pogodzić z naszym pojmowaniem ludzkiej nieskończonej godności.
Wydawało mi się, że Kościół już się nawrócił, że porzucił dawną wizję, kiedy to człowiek drżał ze strachu przed Bożym sądem. Całe kazanie papieskie było oparte na przekonaniu, że Bóg rządzi światem, historią i nami. Niedorzeczne. Nie do przyjęcia! Ale już mniejsza z tym, że to absurdalne. Spróbujmy na chwilę przyjąć ten sposób myślenia i uznać, że jest jakiś Bóg i że dodatkowo nas stworzył jako istoty moralne. Jakim prawem miałby teraz zakończyć dzieje? Teraz, kiedy żyjemy średnio najdłużej, kiedy ograniczyliśmy wojny, kiedy systematycznie eliminujemy cierpienie i nawet coraz więcej z nas umiera dobrowolnie, nie broniąc się przed śmiercią? Jesteśmy w najpiękniejszej epoce dziejów ludzkości. Oswoiliśmy śmierć, a być może nasz gatunek kiedyś całkiem ją pokona. I teraz właśnie ten ich Stwórca miałby przewrócić stolik i zarządzić koniec? To papież nie na te czasy" - zakończył mocno Ethanassie.
Wszyscy komentatorzy, reprezentujący różne opcje polityczne i odcienie ideologiczne, byli wstrząśnięci i poruszeni. W ciągu kilkunastu godzin, jakie minęły od przywitania z loży bazyliki, większość nabrała przekonania, że kardynałowie, wybierając Piusa, popełnili straszny błąd. Rzymski Savanarola minął się z epoką - to było przekonanie powszechne. Nie było tylko jasności, jak ten błąd naprawić. Czy decyzję konklawe można cofnąć? Czy nie da się tego odwrócić?
Odpowiedzi na to pytanie próbowali udzielić różni kanoniści. Sięgając do starych bulli, dowodzili, że jeśli papież przed swoim wyborem zataił herezję, to jego wybór jest nieważny. Szczególnym echem, o dziwo, odbiły się słowa przewodniczącego polskiego Trybunału Konstytucyjnego, Romana Żurka, z którym wywiad zamieściła włoska gazeta "Avvenire". Polski prawnik na podstawie bulli Pawła IV Cum ex apostolatus officio z 1559 roku wywodził, że decyzja kardynałów jest i była nieważna. Papież Paweł wyraźnie wskazywał na to, że heretyk z samej zasady nie może być wybrany na papieża, a jeśli zataiłby on swoją herezję przed kardynałami, akt taki jest nieważny z samej mocy prawa - dowodził polski znawca. - Heretyk nie jest w ogóle katolikiem, jest poza Kościołem i dlatego tym bardziej nie może zostać wybrany na papieża. A skoro kardynał Michele Ghislieri de Castro zataił swoje heretyckie przekonania o Bogu jako sędzim i zbliżającym się sądzie, skoro nigdy wcześniej nie ujawnił się ze swoją wiarą w ekspiacyjny charakter śmierci krzyżowej i nie podważał oficjalnej doktryny Kościoła na temat nieskończonej godności człowieka, to jego wybór nie spełniał formalnych kryteriów. "Proszę mi wskazać chociaż jedną wypowiedź Piusa sprzed konklawe, w której mówiłby to, co teraz. Nie ma ani jednej! W całości reprezentował współczesną naukę Kościoła. To znaczy, że ukrył przed kardynałami swoje prawdziwe poglądy. To był podstęp. Należy zatem zwołać kolejne konklawe, ogłosić nieważność wyboru Piusa i powołać nowego papieża, który będzie wiernie bronił godności człowieka". Słowa te z uznaniem zostały przyjęte przez ogół włoskich i światowych autorytetów. Jednak łatwiej było na gorąco skomentować fatalne wystąpienie papieża, trudniej było znaleźć praktyczny sposób przezwyciężenia kryzysu.
Wszyscy z narastającym niepokojem oczekiwali tego, co się jeszcze wydarzy. Byli wprawdzie i tacy, którzy próbowali robić dobrą minę do złej gry. Twierdzili, że to pierwsze wystąpienie mogło być skutkiem nieporozumienia, błędu, gorszego dnia. Taki sposób rozumowania prezentowała Giulia Meloni, burmistrz Rzymu. "Niemożliwe, żeby papież mówił to na poważnie - dowodziła. - Byłoby to przecież bezpośrednie uderzenie w interesy Wiecznego Miasta. Taka strategia narracyjna mogłaby pociągać za sobą znaczący spadek liczby turystów, a więc wpływów do kasy miejskiej. Nie podejrzewam Ojca Świętego o takie zamiary. Trzeba pamiętać towarzyszące wyborowi emocje. Zwracam też uwagę, że tego dnia padł czerwcowy rekord ciepła w Rzymie - 43 stopnie Celsjusza. Pius to człowiek po ciężkiej chorobie, w wieku mocno dojrzałym - my jako władze miasta ostrzegaliśmy, żeby tego dnia starsi ludzie pozostali w domach i odpowiednio się nawadniali. Obawiam się, że moje przestrogi nie zostały wysłuchane. Dlatego nie powinniśmy przykładać nadmiernej wagi do tej jednej, zgadzam się, wysoce niefortunnej wypowiedzi".
Wypowiedź pani Meloni wprowadziła w szeregi krytyków zamieszanie. Do części dotarło najwyraźniej, że być może się pomylili. "Nie można na podstawie jednej i do tego bardzo szczególnej wypowiedzi przewidywać, jaki będzie ten pontyfikat". Profesor di Paulo był głosem tych, którzy poczuli w związku z wypowiedzią pani burmistrz coś na podobieństwo wyrzutów sumienia. Faktycznie, czy 43-stopniowy upał połączony z długim dniem głosowań, skądinąd po dziesięciu wyczerpujących dniach obrad, nie tłumaczył zachowania Piusa? Należało mu okazać współczucie, a nie potępiać. Solidaryzować się z nim, a nie odrzucać. Stopniowo w grupie tej narastało przekonanie, że kardynał Ghislieri de Castro pójdzie po rozum do głowy, zrozumie pomyłkę, wycofa się z wezwań do pokuty. Na pewno po pierwszej przespanej nocy, kiedy upały nieco zelżeją, a on odzyska spokój ducha, zrozumie swój błąd. Dotrze do niego, że to, co zrobił, było jedynie niepotrzebnym wybrykiem. Nawet jeśli wprost za to, co mówił, nie przeprosi, całkowicie zmieni ton i zacznie się zachowywać, jak należy. Szybko jednak ta optymistyczna interpretacja wydarzeń ustąpiła miejsca lękowi. Coraz więcej źródeł zaczęło przekazywać niepokojącą, przerażającą wręcz informację: Pius miał widzenie. "Od papieża mistyka uchroń nas, Panie" - miał skomentować te wieści jako pierwszy kardynał kamerling. Jedno bowiem było pewne: kto jak kto, ale Bóg na pewno nie mógł się w Rzymie objawić.
Rozdział 3
Na temat papieskiego widzenia plotki zaczęły krążyć z szybkością błyskawicy. Jedni mówili, że był to zawrót głowy, halucynacja, inni, przeciwnie, dowodzili, że to chwilowy atak pomroczności. Żeby zrozumieć, co się stało, opieram się na zeznaniach najbliższych zwolenników Piusa i na jego własnych oświadczeniach, które składał w ciągu tych krótkich dni swojego nieszczęsnego pontyfikatu.
Otóż trzeba zacząć od tego, że kardynał Ghislieri de Castro nigdy wcześniej nie miewał żadnych wizji czy halucynacji. Twierdził, że nawet nigdy nic mu się nie śniło. Dlatego wizja, której dostąpił, była dla niego niczym grom z jasnego nieba.
Gdy wyszedł już z Kaplicy Sykstyńskiej do kaplicy, by przetrawić to, co się wydarzyło, a mianowicie fakt, że kardynałowie wskazali na niego jako na następnego papieża, nagle poczuł się dziwnie nieswojo. Nie był to zwykły strach przed odpowiedzialnością, nie był to lęk wynikający z całkowicie nowej sytuacji, w której się znalazł. Klęcząc przed krucyfiksem, poczuł, że nie jest sam, że patrząca na niego z krzyża figura żyje i że znalazł się w obliczu Chrystusa. "Czułem to tak wyraźnie, jak to, że teraz rozmawiamy - tłumaczył Pius jednemu z zaufanych współpracowników. - Nie było to złudzenie, iluzja, zamroczenie. Tam z krzyża patrzył na mnie Jezus i dlatego nie miałem innego wyjścia, tylko poruszony niewidoczną mocą, upadłem na ziemię do Jego stóp i leżałem. Ogarnęła mnie fala nieokiełznanej radości i jednocześnie potrzebowałem za wszelką cenę uniżyć się, oddać cześć. Znalazłem się nagle wobec nieskończonej świętości. Tak mówię teraz o tym, ale to jest jedynie ludzki bełkot niezdolny oddać to, co naprawdę miało miejsce. Leżałem tam szczęśliwy i nie śmiałem nawet podnieść oczu w górę, ku Panu, bo tak mocno czułem, że jestem niegodny. Przejrzałem całe swoje dotychczasowe życie i w mgnieniu oka zrozumiałem, że wszystko to, czym jestem, czym się stałem, jest tak przeraźliwie niczym wobec tego bijącego serca Boga Człowieka. Jedyne, co chciałem, to przypaść do Jego ran, ale nie mogłem zrobić ruchu, bo przecież nie wolno mi było tego zrobić. Świętość i miłość Pana przyciągały mnie i odpychały zarazem. Chciałem spłonąć w Jego bliskości i nie śmiałem nawet drgnąć. Brzemię ciemności i grzeszności nie pozwalało mi się podnieść, piękno i świętość wzywały, by podejść. Szeptałem tylko: non sum dignus, nie wiem, dlaczego akurat te słowa, a nie inne i dlaczego po łacinie. Właściwie nie tyle je mówiłem, ile one mówiły się przeze mnie.
Ogarnęła mnie fala szczęścia, jakiego nigdy wcześniej nie zaznałem. Tak, wiedziałem, że tu jest przede mną On, żywy Bóg, Jezus Chrystus. Szeptałem czy krzyczałem - nie wiem do końca. Czas stracił znaczenie, słowa stały się płaskie, tak jakbym dotknął wieczności. I wtedy usłyszałem wyraźnie: "Oziębła miłość Kościoła. Syn Człowieczy nie znajduje już wiary na ziemi. Czas się wypełnia. Bądź moim sługą. Daję ludziom ostatnią szansę na nawrócenie i pokutę, bo Antychryst już jest wśród nich. Wróć do starej mądrości, przejrzyj na oczy. To, co ziemskie, godne jest pogardy, to, co wieczne, będzie nagrodą. Nie zwlekaj, nie ociągaj się. Zbliża się wielki dzień gniewu Pana na bezbożnych, ratuj, kogo się tylko da". Wtedy, pamiętam, zdobyłem się na to, by zapytać: "Ale jak mam to zrobić? Dlaczego ja?". Usłyszałem: "Nie do ciebie należy wiedzieć. Po prostu idź i przywróć świętą Tradycję Kościoła Rzymu. Przywróć czystą ofiarę mszy jak za dawnych czasów, pierwszej i niegasnącej miłości. Dałem się ludziom na żertwę, a oni zamienili ofiarę bezkrwawą w celebrację samych siebie. W ich imieniu zapłaciłem dług, poniosłem należną im karę, odwróciłem gniew, a oni zapominając o cenie krwi, urządzili się w świecie, jakby był ich. Dlatego Antychryst już się zbliża. Ogłoś pokutę. W chwili zwątpienia i słabości pamiętaj, by zwracać się do mnie zawsze za pośrednictwem mojej Matki, jej prośby i błagania zawsze będą wysłuchane".
Na tym się skończyło. Pan odszedł. Zostałem w kaplicy sam. Nic się nie zmieniło. Nic nie drgnęło. Wiedziałem jednak, że teraz Go nie ma, a przedtem był. Zapadły we mnie tak wielka cisza i spokój, jakich nigdy nie doświadczyłem i o których nigdy nie słyszałem. Niezwykłe uczucie. Zostałem całkowicie wewnętrznie opustoszony, opróżniony, przepalony i odwrócony. Nieprawdopodobnie wielka siła przekierowała mnie ku Niemu. Wyrwała mnie z krzątaniny świata, z tego tu czasu, z tych spraw i trosk. Wszedłem do kaplicy z myślą, że będę kontynuować to, co robił mój poprzednik. Teraz wiedziałem, że to błąd. Musi nastąpić całkowita zmiana kierunku.
Nie mogłem oponować. Nie mogłem się sprzeciwić. To nie była prośba. To nawet nie był rozkaz, który sprawia, że można go przyjąć albo nie. Moc, która tkwiła w tych słowach, sprawiła, że nie miałem wyjścia. Nie mogłem się zastanawiać i rozważać, jak to zrobić. Byłem wolny i całkowicie zniewolony. Nie miałem innego wyjścia, niż chcieć tego, co On mi kazał i byłem przez samo to najbardziej wolny na świecie. Zdałem sobie sprawę, że głośno oddycham i płaczę. Powoli wracała zwykła świadomość.
Potrzebowałem czasu, żeby to przetrawić. Nie mogłem wyjść do ludzi, jak wcześniej planowałem. Wracały słowa, wracały wezwania. Musiałem je już teraz sam przemyśleć. O, niewypowiedziana słodyczy. Przywoływałem w pamięci każde słowo. "Przywróć Tradycję" - powiedział. Pierwsza moja myśl była prosta - wybiorę imię Pius. Ostatniego z papieży, którzy byli strażnikami wiary. Tak, już samo to imię jest Tradycją. Potem przypomniały mi się modlitwy pokutne - uznałem, że to będzie najlepsze. Nie ma dla mnie nic niemożliwego. Skoro Bóg ze mną, to któż przeciwko mnie? Przypomniałem sobie tyle razy powtarzane słowa apostoła: "Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane: Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź. Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym".
Słyszałem siebie, który to mówi. Więcej, wykrzykiwałem te słowa i czułem strumień łez. Nikt i nic mnie nie oddzieli. Nikt i nic mi Go nie odbierze. Czym był cały świat ze swoimi mocami, z mediami, polityką, układami, intrygami, kardynałami, siłami, interesami, wobec tych słów? O, miłości Chrystusowa, nigdy nie wiedziałem, co znaczą te słowa. Przywarłem do krzyża i zrozumiałem, że tylko ta śmierć, ta ofiara chronią mnie i wszystkich niczym tarcza przed gniewem. W uszach brzmiał wyrzut, że zapomniałem o cenie krwi. Zapomnieliśmy wszyscy o cenie wykupu. Miłość Boża tak, ale bez zatarcia naszego nędznego stanu. Byłem wykupionym niewolnikiem, za którego Pan zapłacił straszliwą cenę. A co ja z tym zrobiłem? Wcześniej byłem jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Miłości używałem jak sloganu. Posługiwałem się nią do budowy tego świata, naszego świata, ludzkiego świata. Piorun uderzył we mnie. O, miłości Chrystusowa, która wyrwałaś mnie z tego świata i rzuciłaś w ramiona jedynego dobrego Pasterza.
Idąc za słowami Pana, pomodliłem się, odmawiając antyfonę. O Matko Najświętsza, mówiłem, ty, która gromisz każdą herezję, bądź przy mnie w tym najtrudniejszym momencie mojego życia. Nie daj mi upaść i wspieraj mnie w misji, którą Syn twój mi powierzył. O Pani, wołałem, która wysłuchujesz najgorszego nędznika i płaczesz z grzesznikami, bądź i ze mną".
Jak łatwo było przewidzieć, słowa te bardzo szybko zaczęły żyć własnym życiem. Dlatego niektórzy mówili o zwidach anielskich, inni twierdzili, że Pius doznał zachwycenia. W każdym razie powyższy opis, oparty na kilku autentycznych źródłach, najpewniej przekazuje to, co faktycznie wydarzyło się zaraz po wyborze kardynała Ghislieriego de Castro na papieża, w miejscu nazywanym umownie Pokojem Łez, Stanza delle Lacrime.
Rozdział 4
Trudno opisać wstrząs, jaki wywołały pierwsze papieskie przemówienie i krążące niemal od razu po nim plotki. Kardynałowie nigdy czegoś podobnego nie słyszeli. Ghislieri de Castro był jednym z nich. Nie zdradzał skłonności do mistycznych uniesień. Był jednym z wielu sprawdzonych biurokratów, zarządców chrześcijańskiej masy upadłościowej. Co to znaczy "widzenie"? Kto mu się objawił? Chrystus z krzyża? Matka Boża? Niemożliwe. Równie dobrze mogliby w Rzymie wylądować Marsjanie. Ba, nawet pojawienie się przybyszów spoza naszej galaktyki nie wywołałoby takiego szoku. Ledwo Pius skończył swoje pierwsze wystąpienie, wśród kardynałów zapanowało przerażenie. Dopiero teraz dotarło do nich, jakiego potwora uwolnili. Trzej główni dotychczasowi kandydaci natychmiast zawarli porozumienie. Zgodzili się, że popełnili błąd.
Już stojąc za nim w loggii, czuli, że ściągnęli na siebie nieszczęście. Wtedy nie dotarła do nich jeszcze wiadomość o widzeniu i jego treści. Gryźli wargi, przestępowali z nogi na nogę, kręcili głowami i zastanawiali się jak mogli się tak bardzo pomylić. Ghislieri de Castro grał do tej pory w grę. Mówił to, co mówić trzeba i milczał, gdy był do tego czas. Zawsze wiernie powtarzał najważniejsze frazy Kościoła Nowego Adwentu. Usta miał pełne zachwytów nad godnością człowieka, wolnością religii, postępem.
Teraz zachowuje się inaczej. Jakby zwariował. Jakby nie należał do ich grona - stróżów broniących ludzkość przed wtargnięciem Bożego Słowa. Przypominają sobie różne jego wypowiedzi, przegrzebują internet, szukają śladu, który by go zdradził. Niczego nie są w stanie znaleźć. Żadnego gestu czy słowa, które wskazywałyby na nierównowagę, podatność na religijne uniesienia, na apokaliptyczne nastroje, eschatologiczne ciągoty. Media wskazywały na podstawowe fakty. To przecież on współpracował przy ostatniej encyklice Leona Magnifica progressio. On ukuł wyrażenie "nieskończona godność bezbrzeżnego ludzkiego człowieczeństwa" i to on stał na czele komitetu do spraw rozwoju integralnego człowieczeństwa. Tak samo był specjalnym wysłannikiem Leona na spotkanie z rektorem Uniwersytetu Al Azhar z okazji dziesiątej rocznicy podpisania słynnej deklaracji przez Franciszka. To przyszły Pius przygotował razem z rektorem osobny dokument, który rozwijał myśli zawarte w deklaracji z Abu Zabi. "Bóg podziwia niezgłębioną godność człowieka, która objawia się w wielości religii. Żadna nie może rościć sobie prawa do wyłączności i prawdy, bo Bóg jest zawsze większy, a człowiek jest jeszcze większy". Kardynał de Castro był także przez kilka lat wykładowcą na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, gdzie zajmował się interpretacją Listu do Rzymian Świętego Pawła. W serii wykładów bronił tezy o bezwarunkowej nieodwoływalności Przymierza między Żydami a Bogiem, za co rabini z Jerozolimy przyznali mu złoty medal.
Skąd wzięło się zatem to dzisiejsze widzenie? Kardynałowie zachodzili w głowę, jak do tego doszło. Kto go im naraił - dopytywali. "Będzie z tego bieda" - stwierdził arcybiskup z Krakowa, Grzegorz Dużykot, bliski współpracownik poprzednika Piusa. "Nigdy nie przejdą mi przez usta słowa "Pius XIII"" - to komentarz przewodniczącego Dykasterii Doktryny Wiary, słynnego kardynała Victora Manuela Ilicza, autora niedawno wydanego bestsellera Heroizm niewiary, sens męskiego pocałunku. W dziele tym kardynał Ilicz dzielił pocałunki na pięć osobnych kategorii i badał związek między kształtem warg a podnieceniem seksualnym, starając się ustalić odpowiednie zależności.
Pius jeszcze nie skończył przemawiać, a wśród kardynałów zaczął się już tlić bunt. "Niedoczekanie, żebym miał się pogodzić z zaprzepaszczeniem wielkich osiągnięć Soboru - perorował do swoich popleczników Ilicz. - Wszystko to jedna wielka maskarada. Zbyt dobrze go znam, żeby uwierzyć w wersję o nagłym widzeniu. To do niego niepodobne" - dodawał rozeźlony. W ten sposób zabezpieczał się także przed zarzutami "wielkiej trójcy", jak nazywano trójkę: Elroy, Zen Ho Zen i Turksen.
"Uznajmy, że to był falstart - uspokajał sekretarz stanu, kardynał Pietro Andrea. - Wpadki się zdarzają. Prześpi się i odzyska rozum. Mało mamy problemów na świecie, a tu jeszcze papież wieszczący apokalipsę. To jak zły sen. Niemożliwe".
Ta opinia znawcy polityki i natury ludzkiej częściowo uspokoiła kardynałów. Tym bardziej że w ich oczach wielebny Andrea uchodził za nie lada spryciarza i ostatnią rzeczą, jaką mogliby mu przypisać, był jakikolwiek mistycyzm. Podniosło ich na duchu to, że to właśnie on zgłosił kandydaturę Ghislieriego de Castro i podczas konklawe mocno za nim lobbował. Zbyt szczwanym był lisem, żeby nie sprawdził wcześniej, na kogo stawia, myśleli. Chociaż to, co usłyszeli i zobaczyli, napawało ich najwyższym możliwym niepokojem, to jednak byli przekonani, że Andrea ma rację i Pius otrzeźwieje. Kardynał Zuppero Zuppi, szef episkopatu Włoch, zaczął nawet mówić, że Ghislieri de Castro celowo to tak rozegrał i że to pułapka. "Stary spryciarz - zwierzył się kardynał. - Udaje teraz szaleńca, żeby potem przejąć inicjatywę. Chce sprawdzić, na kogo może liczyć. Dla mnie OK. Przeskoczę każdą poprzeczkę posłuszeństwa".