Gdybym siedziała na swoim miejscu i nie
trzymała się zgubnych nałogów, niczego, zajęta brydżem,
w ogóle bym nie zauważyła. Korzystając z chwili, kiedy
Ania rozgrywała, ja zaś leżałam na stole pewna wygrania
robra, oddaliłam się na moment, żeby wziąć papierosy.
Znalazłszy się w samym środku domu, doznałam
wrażenia, że coś mi w ogrodzie mignęło. Zatrzymałam się,
spojrzałam uważniej.
I osłupiałam. Za tarasowymi drzwiami pojawiły się
czarne postacie w workach na łbach, z dziurami na oczy,
z bronią palną w rączkach, skierowaną najwyraźniej ku
wnętrzu mojego domu. Napad, niech ja pierzem
porosnę! Zwariowali, mam szyby antywłamaniowe... Ale
popękają, cholera, jeszcze mi teraz armii szklarzy
brakuje...
Jakieś takie wydało mi się to dosyć szokujące.
- Hej, bandziory się tu wdzierają - powiadomiłam
dwa siedzące przy różnych stołach towarzystwa głosem,
zdaje się, zdumionym, z domieszką lekkiego niesmaku.
- Czy drzwi są zamknięte?
- Które? - spytała cierpko Małgosia, moja
siostrzenica, siedząca przy stole jadalnym.
Znajdowałam się dokładnie pośrodku, słyszeli
i widzieli mnie wszyscy mniej więcej jednakowo, drzwi
udzieliły odpowiedzi samodzielnie.
- O... to i dobrze, że nie, nie zaczną strzelać po
oknach...
- Jakie bandziory? - zdążyła się jeszcze zdziwić Klara.
- Ostatnie atu poproszę - rzekła grzecznie Ania,
popukując palcem w stół.
Klara odpowiedź uzyskała wizualnie. Do
salonu wpadły dwa czarne, zamaskowane potwory, trzeci
zamajaczył mi w przedpokoju przy drzwiach wejściowych,
za oknem mignęły jeszcze ze dwie sztuki, a może jedna,
ale bardzo ruchliwa. Rany boskie, otoczyli cały dom,
kogoś chyba pogięło, na plaster im takie oblężenie?! Co ja,
u diabła, mam aż tak cennego...?!!!
Pomyślałam o ogólnym pilocie alarmowym, który
leżał przy moim tapczanie, spojrzałam na Małgosię.
Chyba również o nim pomyślała.
- Do sypialni już też jeden poleciał - powiedziała
beznadziejnie i nie ruszyła się z krzesła.
- Mnie się to chyba śni - oznajmiła Martusia,
wpatrzona w scenę szeroko otwartymi oczami.
- Na plecach mają napisane, że policja - zauważył
Witek beznamiętnie, obejrzawszy się za tym na
schodach. - No i popatrz, wygrały!
Zgrupowani byliśmy wszyscy wokół dwóch stołów,
razem siedem osób, z których cztery grały w brydża
w holu, a trzy załatwiały różne sprawy przy stole
jadalnym. Zastanowiłam się, co powinnam zrobić, bez
względu na rozwój sytuacji nie miałam zamiaru tkwić
na stojąco pośrodku domu jak zmurszały słup,
stanowczo wolałam gdzieś usiąść. Uczyniłam kilka kroków
i usiadłam przy jadalnym stole, odruchowo wybierając
swoje stałe miejsce, gdzie akurat leżały moje papierosy.
Po które przecież szłam.
Zamaskowańcy już się wdarli wszędzie.
- Policja, nie ruszać się! - zaryczał któryś groźnie
i chrapliwie.
No i na plaster mu głupi i spóźniony okrzyk,
skoro ja już siedziałam, a nikt poza tym nawet nie drgnął?
A co by było, gdyby, na przykład, ktoś kichnął? Albo
zemdlał...?
Nikt nie kichał i nie mdlał, krótko to trwało, ledwo
chwilę, do salonu energicznie wkroczyło jakichś dwóch
normalnych, w odzieży powszechnie używanej,
z twarzami bez zasłon, bez dzikich błysków w oku i nawet
dość przystojnych. Prawie równocześnie pojawiło się
obok nich dwóch czarnych, jeden z głębi domu, drugi
zszedł ze schodów.
- Pusto - zameldował jeden.
- Czysto - poparł go drugi.
Wielkie mi odkrycie. A czego się spodziewali?
Karaluchów?
Panowie w garniturach identycznym gestem błysnęli
nagle tym czymś, co na ogół uważa się za odznaki
policyjne, i pogląd ogólny poparli słowem.
- Policja - rzekł ostro jeden, potwierdzając rykliwy
komunikat. - Proszę, żeby wszyscy...
Więcej nie zdążył. W Klarę wstąpiło nagle złe, które
dyplomatycznie drzemało w jej charakterze i ujawniało
się rzadko, a za to porządnie, z tym że na ogół
w chwilach nieoczekiwanych. Nie wstając z krzesła i nie bacząc
na warkliwy rozkaz, z gwałtownym szurnięciem
odsunęła się od stołu.
- Zaraz! Tak machać czymkolwiek każdy potrafi.
Jeżeli panowie się nie podszywają, proszę pokazać
legitymacje w sposób wyraźny i przyzwoity, żądam tego! Chcę
je móc odczytać i mam do tego prawo!
Niemal wprawiła nas w podziw. Tamci przy stole
brydżowym zaniedbali karty i zainteresowali się
wreszcie sytuacją. Sekunda wahania panów dała się zauważyć,
ale obaj spełnili życzenie rozgniewanej magnatki. Wyjęli
dokumenty ponownie, podetknęli jej pod nos,
pozwolili odpracować lekturę. Kiwnęła głową.
- Zgadza się - stwierdziła z godnością i złe zniknęło
w kącie równie nagle, jak z niego wyskoczyło.
Wszystko razem zaczęło mnie rzetelnie ciekawić.
Jednak nie napad, tylko wręcz przeciwnie, ludzka rzecz,
ale dlaczego wkraczają z taką paradą?
- Proszę, żeby wszyscy zgromadzili się w jednym
miejscu - zażądał ten, który odezwał się pierwszy. -
Proszę przejść tutaj, do tego jednego stołu.
Gdybym miała w domu materiały wybuchowe,
kradzione diamenty, wytwórnię fałszywych banknotów,
magazyn narkotyków albo zgoła parę trupów
w nieświeżym stanie, zapomniałabym o tym, tak głęboko
ogarnęło mnie namiętne pragnienie wyjaśnienia dziwowiska.
Na ile znałam swoich gości, a znałam ich całkiem
nieźle, nikt z nich nie zasługiwał na tak potężne zaszczyty.
Szczególnie Ania...
- Chodźcie, chodźcie - zachęciłam gorliwie,
wiedziona niecierpliwością.
Przeszli. Usiedli. Ania pierwsza, a Paweł i Witek za nią.
Mój stół, mimo iż dość wąski, w stanie złożonym
wystarczał w zupełności na sześć osób. Akurat został
rozłożony i rozciągnięty na całą długość, bo tuż przedtem
porozkładane na nim były rozmaite papiery, przeważnie
służbowe, przeglądane, podpisywane i porządkowane,
teraz już pochowane w teczkach. Rozciągnięty,
mieścił wokół siebie dziesięć osób swobodnie, a dwanaście
w lekkiej ciasnocie, siedem natomiast mogło tarzać się
w luksusie. Tyle że musiał stać nieco skosem, bo inaczej
brakowało możliwości przechodzenia dookoła, z czego
wynikło, że siedziałam niejako w kącie.
Obok mnie, po zewnętrznej, siedziała Małgosia, za
nią Klara, dalej Martusia, potem Witek, Paweł i Ania.
Przenosiny poleciały szybko, łatwo i przyjemnie,
najsurowsza władza nie mogła mieć zastrzeżeń.
- Gdzie jest Joanna Chmielewska? - spytał twardo
i zimno ten, który już zaczął pogawędkę.
- Tu - przyznałam się natychmiast, zainteresowana
jeszcze bardziej, o ile to w ogóle było możliwe.
- Gdzie?
- Przecież patrzy pan na mnie. Jestem niewidzialna?
Tu siedzę. To ja.
- Bzdura - rzekł złym głosem ten drugi.
Teraz, zdaje się, ogólne zainteresowanie wręcz
eksplodowało. Pierwszy gliniarz obejrzał się na czarnych
zamazańców, wzrokiem zapewne, bo bez słów, zadał im
jakieś pytanie, pokręcili głowami. Miał wątpliwości, czy
nie ma tam gdzieś drugiej mnie...?
- Ma pani może jakiś dowód tożsamości?
Z fotografią, jeśli łaska.
Ponownie wzruszyłam ramionami, rozejrzałam się za
torebką i zamarłam.
Nie miałam żadnego dowodu tożsamości.
Uświadomiłam sobie nagle, że wszystkie, ale to absolutnie
wszystkie dokumenty świadczą, że nazywam się zupełnie
inaczej. Wszędzie wraz ze zdjęciem widnieje moje
prawdziwe nazwisko, a nie pseudonim literacki. Nie dość na
tym, opiewają na nie wszelkie umowy, korespondencja
bankowa, rachunki, nawet cholerne podatki płacę jako
ja, a nie jako Chmielewska, co jest już kompletnym
idiotyzmem, bo jako ja nic nie zarabiam. Potworne. Jak
ja im mam udowodnić...?
A właściwie dlaczego mam im cokolwiek
udowadniać? Istnieje jakiś przymus bycia Joanną Chmielewską?
Nosem mi już ta baba wyłazi!
- Cicho bądźcie! - rozzłościłam się znienacka,
chociaż nikt nie odzywał się ani słowem. - O co tu chodzi,
proszę panów? A jeśli nie jestem Joanną Chmielewską,
to co? To karalne?
- Wprowadzanie organów ścigania w błąd jest
karalne, owszem - powiadomił mnie zimno ten pierwszy. -
Ale nie marnujmy czasu. Wiemy, że w tym domu
znajduje się Joanna Chmielewska. Gdzie została ukryta?
- To się w głowie mąci - powiedział nagle Witek. -
Nie jadę sobą!
Odwrócił się i otworzył podręczną lodówkę, którą
miał za plecami.
Efekt był piorunujący. Obaj cywilni panowie
miotnęli się jakoś dziwnie, w ich dłoniach pojawiły się
nagle spluwy, lufy czarnych postaci podskoczyły w górę,
zgodny ruch ku lodówce sprawił wrażenie, jakby ruszył
cały dom. Drogę do celu przegradzał jednakże stół oraz
siedzące przy nim Martusia i Klara. Małgosia, siedząca
bliżej mnie, nie przegradzała, za to największą
przeszkodę stanowił Witek w otwartych drzwiczkach urządzenia.
On jeden, zaglądając do wnętrza, niczego nie
zauważył, wyjął małpkę whisky, zatrzasnął drzwiczki, sięgnął
do bufetu po szklankę, wszystko akurat miał pod ręką,
i odkręcił kapselek. Dopiero nalewając, podniósł głowę
i rozejrzał się po zamarłym zgromadzeniu.
- Co się stało? - spytał podejrzliwie. - Nie jeżdżę już
dzisiaj, mogę sobie chyba pozwolić?
Martusia gwałtownie złapała dech.
- Oni myśleli, że ona tam siedzi - powiedziała
szybko. - Możesz sięgnąć po piwo dla mnie?
Witek ponownie otworzył lodówkę i wyciągnął
puszkę piwa.
Atmosferze jakby nieco ulżyło, teraz wszyscy
zaczęli mówić równocześnie, z czego wynikło coś w rodzaju
sceny zbiorowej w kulminacyjnym momencie opery.
Co prawda nikt nie śpiewał, ale tak samo niczego nie
dawało się zrozumieć. Przebiła się wreszcie przez tę
nawałnicę Małgosia, która miała pewną wprawę, bo przez
kilka lat zmuszona była porozumiewać się z osobą
prawie całkowicie głuchą.
- Dwóch świadków! - darła się konsekwentnie,
waląc pięścią w stół. - Dwóch świadków! Dwóch
świadków! Dwóch świadków!
- Co dwóch świadków...?
- Dwóch świadków potrzeba dla stwierdzenia
tożsamości!
- Dokumenty wszystkich poproszę! - zażądał
wściekle i przenikliwie pierwszy gliniarz. - Natychmiast
proszę pokazać dokumenty!
- Szczególnie ja mógłbym być Joanną Chmielewską
- zauważył kąśliwie Witek, grzebiąc w kieszeni.
Spodobało mi się to wszystko nadzwyczajnie i z wielką uciechą czekałam, aż przyjdzie kolej na Anię. Na razie
ten drugi, bardziej milczący, przeglądał małe kartoniki,
mamrocząc pod nosem, złym wzrokiem spojrzał na mnie,
poczułam się zdopingowana. Dostrzegłam torebkę,
wyciągnęłam ją z kąta, znalazłam dowód, podałam mu.
Zebrał wszystko do kupy i oddalił się do pracowni, zapewne
w celu podyktowania danych odpowiedniej komórce,
sprawdzającej na poczekaniu, notowani jesteśmy czy nie.
Rzecz jasna, w okropnej tajemnicy przed podejrzanymi.
- Czy oni nam to oddadzą? - zaniepokoiła się
Martusia, spoglądając w stronę pracowni. - Ja muszę wracać
do Krakowa jutro rano!
- Bez dowodu stąd nie wyjdę! - oznajmiła stanowczo
Klara. - On mi jest potrzebny, ja pracuję!
- Wszyscy pracują - przypomniał Witek i sięgnął do
lodówki po następną małpkę. - Do kuchni można wejść
czy zaczną do mnie strzelać? Jak myślicie? Tam jest lód
w zamrażalniku, wziąłbym trochę.
- Ja wiedziałem, że u ciebie jest zazwyczaj
rozrywkowo, ale nie sądziłem, że aż tak - zauważył równocześnie
z wielkim uznaniem Paweł.
- Po lód pan może - zezwolił Witkowi gliniarz.
Zważywszy, iż cały czas usiłowałam sobie przypomnieć
jakieś przestępstwo, które być może bezwiednie
popełniłam, i nie znalazłam w życiorysie żadnego, a te, które
znalazłam, od wieków uległy przedawnieniu, przyglądałam
się temu wszystkiemu bez najmniejszego niepokoju, za
to z rosnącym zaciekawieniem. Powoli zaczynałam
wierzyć w wypisane na ich plecach wielkie słowo POLICJA,
ale wciąż miałam resztkę wątpliwości. Każdy może sobie
umieścić na plecach dowolny napis, jako kamuflaż, chyba
że akurat POLICJA, w razie czego, podwyższa wymiar
kary, lepsze zatem byłoby, na przykład, EKOLOGIA.
Albo RĘCE PRECZ! i już wszystko jedno od czego...
Wrócił z pracowni ten małomówny z naszymi
dowodami w ręku, położył je na stole i pokręcił głową.
Rozmowniejszy zdążył westchnąć, najwidoczniej fakt,
że nikt nie był sądownie karany, bardzo go rozczarował,
bardziej milczący kiwnął na niego, przez krótką
chwilę szeptali do siebie pod drzwiami do kotłowni i mimo
niewątpliwej wprawy w ukrywaniu uczuć nie zdołali ich
ukryć w pełni. Oczy im same pobiegły ku Ani.
- Jednakże - zwrócił się do niej niepewnie
rozmowniejszy - ze względów formalnych... Pani rozumie...
Ania najwyraźniej w świecie bawiła się świetnie, ale
łagodną powagę zachowała w pełnym zakresie.
- Rozumiem. Proszę kontynuować. Byłoby
wskazane wyjaśnić meritum sprawy. Moja obecność nie ma
znaczenia, znajduję się tu całkowicie prywatnie.
Obaj złapali dech, starając się uczynić to nieznacznie,
rozmowniejszy sprężył się w sobie.
- Już wyjaśniam - rzekł sucho. - Otóż właśnie
pisarka Joanna Chmielewska...
W tym momencie obok niego przepchnął się
zmierzający ku swojemu miejscu Witek z kupką lodu na
kocim styropianowym talerzyku. Zdążyło mi błysnąć, że nie
mógł wziąć z szafki normalnej miseczki, bo zapewne nie
puścili go dalej niż do zamrażalnika, ale nawet nie
zdołałam ubrać myśli w słowa, bo gliniarz kończył zdanie:
- ...została porwana.
Otumanił wszystkich. Witkowi ręka drgnęła i dwa
kawałki lodu ześlizgnęły się z talerzyka dokładnie
siedzącej przed nim Martusi za gors, nie miała wielkiego
dekoltu, ale trafiły bezbłędnie. Wydała z siebie
straszny krzyk, radykalnie przerywając ową zapadłą z nagła
okropną ciszę.
Straszliwe zamieszanie wybuchło własnym
rozpędem. Witek zgarniał z bufetu kawałki lodu, które
Martusia, zrywając się z krzesła, wytrąciła mu z ręki razem
z talerzykiem, Klara w wybuchach gniewu zaprzeczała
prawdziwości kretyńskiej informacji o mnie,
Małgosia ostrzegała gwałtownie przed poślizgnięciem się na
przeoczonej na podłodze poduszeczce lodu, bo
Martusia wykonywała pląs w miejscu, starając się wytrząsnąć
z siebie zimne draństwo dołem, Paweł usiłował się
zerwać z wielkim pragnieniem kojenia jej uczuć, ale nie
mógł wydostać się zza stołu, czarnym przedstawicielom
władzy wykonawczej lufy jakoś dziwnie podskakiwały
w rękach. Akcja oficjalna uległa niejako lekkiemu
przystopowaniu.
Siedziałam ciągle na swoim miejscu, nie próbując się
ruszyć, głównie dlatego, że stojący skosem stół, na
którego drugim końcu szalała Martusia z lodem i Witkiem,
przesunął się w moim kierunku i całkiem nieźle uwięził
mnie w rogu ozdobnych półek kredensowych. Gdyby
nie oparcie krzesła, środkowa, wystająca półeczka
zaczęłaby mi się wbijać w plecy.
- Jedno, czego na pewno nie muszą, to zakuwać mnie
teraz w kajdany, bo i tak się stąd nie wydostanę -
wymamrotałam smętnie do siebie, ale gliniarz usłyszał. Stał
najbliżej i zmobilizował już całą służbową równowagę.
- Kajdany może nie wejdą w rachubę, ale bez
wyjaśnienia sprawy ja z pewnością stąd nie wyjdę - oznajmił
zimno. - Joanna Chmielewska musi się tu znajdować.
Ocknęłam się nagle.
- Zaraz. Powiedział pan, o ile się nie przesłyszałam,
że Joanna Chmielewska została porwana.
Chmielewskich w tym kraju jak mrówków, niewiele mniej niż
Wiśniewskich...
- Joanna Chmielewska, pisarka. Taka jest, zdaje się,
jedna.
- Możliwe. Jeśli okaże się, że istnieje jeszcze jakaś
druga, media oszaleją z radości. Co do obecności w tym
domu jednej Joanny Chmielewskiej, pisarki, może się
pan pozbyć wszelkich wątpliwości. Gdzie się pan nie
obróci, na nią się pan nadzieje, tylko tak się składa,
że ta cała Chmielewska to akurat ja i nic kompletnie
o tym nie wiem, żeby mnie kto porywał. Piąty raz
mówię, siedzę tu, widać mnie, mam nadzieję, i jeśli jestem
porwana, to chyba tylko na drobne kawałki, ale o tym
też nic nie wiem. Mnie się wydaje, że jestem w całości.
Na razie. Bo może mnie przerżną na połowę, jeśli będą
dalej popychać ten stół.
Coś uczyniło na nim wrażenie, albo moje exposé,
albo ruchomy stół. Ania, też nieco zagrożona, delikatnie
usiłowała mebel przytrzymywać, pan śledczy wspomógł
nas w odepchnięciu go nieco ku Martusi, która
wreszcie pozbyła się lodu z okolic żołądka i zakończyła dzikie
harce. Klara na nowo spuściła ze smyczy charakter, co
wyglądało trochę tak, jakby pozazdrościła mi głównej
roli w przedstawieniu i postanowiła sama zająć pierwsze
miejsce.
- Jestem tłumaczem, redaktorem i wydawcą.
I agentem - oznajmiła z lodowatym naciskiem. - I każdy autor
mnie interesuje. Co to wszystko ma znaczyć? W jakim
sensie została porwana? Przez kogo? To jej dom, u niej
jesteśmy, jeśli będzie chciała, wyrzuci nas za drzwi, jak
to porwanie należy rozumieć?
Niepojęta pomyłka nadal bardzo mi się podobała
i wcale nie chciałam jej tak szybko prostować, ale nie
zdążyłam się odezwać, bo gliniarz wykrzesał z siebie
energię.
- Jeśli pani to rzeczywiście pani, w co powoli
zaczynam wierzyć... Chwileczkę - zwrócił się do Ani. - Pani
sędzia też to zaświadcza?
- Owszem - odparła Ania grzecznie, jedną ręką
wspierając się o półeczkę kredensu, a drugą trzymając
stół. - Gotowa jestem z całą odpowiedzialnością
zaświadczyć, że tu siedzi pisarka, posługująca się
pseudonimem Joanna Chmielewska. Znam ją osobiście.
- No tak... To jednak pani...
Zniecierpliwił mnie wreszcie, chociaż może bardziej
zniecierpliwił mnie ruchomy mebel.
- I zupełnie nie wiem, dlaczego tak to panów
martwi. Naprawdę mieliście nadzieję, że ktoś mnie porwał
i wreszcie będzie ze mną spokój?
- Odwrotnie, że cię znajdą i dostaną awans -
zapewniła zgryźliwie Małgosia i sięgnęła po papierosy.
- No to już przecież znaleźli - zauważył Witek. -
Nagrodę mają jak w banku, dziesięć procent okupu...
- A co, myślisz, że porywacze zażądali okupu?
- A na jaką cholerę byś im była inaczej?
- No, nie dla ozdoby, to pewne... Psnij trochę ten
stół... Ciekawe, ile chcieli?
- No właśnie, ile? - nacisnęła Klara.
- Co wy, żaden szmal, chcieli ją zmusić do występów
w telewizji...!
Pomysł chwycił. Teraz już wszyscy mieli coś do
powiedzenia, glinami nikt się nie przejmował. Przez
rozrywkowe supozycje twardo i surowo przedarła się Klara,
uparcie trwająca przy swoim.
- Ja chcę wiedzieć na pewno, czego oni chcieli! Dla
mnie to ważne zawodowo!
- Bo co? Cenę autora chcesz znać...?
- No ile...? - zaciekawiło się wreszcie kilka osób
razem, przy czym pytanie wyrwało się nawet Ani.
Przez nią zapewne pan śledczy się złamał. Cały
dowcip polegał na tym, że była nie tylko prawnikiem, ale
także przez wiele lat sędzią Sądu Najwyższego i dopiero
całkiem niedawno przeszła na emeryturę. Sąd Najwyższy
to nie jest instytucja, którą władza wykonawcza
mogłaby lekceważyć.
- Pieniędzy. Pół miliona.
- Czego? Złotych polskich?
- Euro.
- Zwariowali.
- A jak nie, to co jej zrobią? - zainteresował się
Witek, któremu kolejne małpki zdecydowanie poprawiały
samopoczucie. Paweł patrzył na niego z lekką zawiścią,
bo też był samochodem, a w dodatku zobowiązał się
służyć za kierowcę Ani, która mieszkała po drodze do
jego domu.
- Odetną po kolei uszy, nos, palce...
Nie dotarło do mnie dokładnie, wzgardziłam
groźbą.
- Nie płacę. Niech odcinają.
- W końcu panią zabiją.
- Niech zabijają. Mnie to nie szkodzi.
- Ty już do reszty zwariowałaś! - zaprotestowała
z oburzeniem Małgosia. - Gdzie jest wino? Przed
chwilą tu było... Odsuńcie, do cholery, ten stół! To
w ogóle wygłup denny, kretyński dowcip jakichś gówniarzy.
I policja w coś podobnego uwierzyła?!
Udało mi się sięgnąć za plecy i wyciągnąć butelkę.
- Paweł, otwórz!
- W tym kraju każdy wygłup jest możliwy - pouczył
nas Witek, grzechocząc lodem w szklance. - Ja bym
nawet podejrzewał, że ci tutaj to wcale nie policja, tylko
mafia, gdyby nie przyjechali takim tłumem i w biały
dzień. Bandziory załatwiają te rzeczy kameralniej.
- Zaraz, czekajcie, ale jeżeli mnie porwali i odnaleźli,
to teraz co? Porwaną i odnalezioną ofiarę na ogół
odstawiają z powrotem do domu, a co ze mną? - Nie
omieszkałam popatrzeć na obu gliniarzy wzrokiem wyjątkowo
złośliwego bazyliszka. - Jestem w domu. Czy zamierzają
panowie gdzieś mnie odstawić? Niby gdzie?
Wyglądało na to, że równie kłopotliwego pytania nie
usłyszeli jeszcze nigdy w życiu. Na ich miejscu odpowiedź
znalazłabym natychmiast, do szpitala dla umysłowo
chorych, ale im to najwidoczniej nie przyszło do głowy.
Zaciekawili się wszyscy. Coś tu nie grało potężnie,
jakiś imponujący idiotyzm nastąpił i zaczynało być
śmiesznie nie do zniesienia. Na dobrą sprawę,
stwierdziwszy osobliwą pomyłkę, panowie śledczy powinni
doznać ulgi, przeprosić i czym prędzej iść do diabła,
zręcznie unikając udzielania wyjaśnień, tymczasem nie,
mało im było, chcieli czegoś więcej. Ciekawe czego?
Na nowo zaintrygowało mnie to całe
przedstawienie i postanowiłam wrócić do normalności. Może nie
w pełni, ale chociaż trochę. Paweł znalazł korkociąg
i przystąpił do pracy.
- Moment, panowie, chwileczkę, pogadajmy
poważnie. Mój siostrzeniec ma rację, jakieś wariactwo się
przytrafiło, siedzę w domu, nikt mnie nie porywał, pół
miliona odpada w przedbiegach, pomyłka ewidentna,
więc czy ta wasza brygada antyterrorystyczna jest ciągle
potrzebna? Niech ci panowie przestaną celować
z pepeszy czy co to tam jest, kałachy, erkaemy, nie znam się na
wynalazkach strzelniczych, ale niech przestaną celować
w moje wazony, bo i tak mam ich za mało. Chcę
herbaty, możliwe, że i wina, wszyscy się czegoś napiją, a oni
co? Tak będą stali i patrzyli nam w zęby? Czy robimy
ogólną libację?
- A w ogóle, tak między nami mówiąc, do
kieliszków się nie dostanę - zauważył z delikatnym wyrzutem
Paweł.
Jednakże była to prawdziwa policja, nie jakaś mafia.
Oprzytomnieli, czarni zamaskowańcy znikli z mojego
terenu, jakby ich wcale nie było, jeden się nawet ukłonił
w trakcie znikania. Dwaj w garniturach jeszcze zostali.
Wahanie widać w nich było tak wyraźnie, że Ania
z dobrego serca zdecydowała się wkroczyć.
- Myślę, że jakieś wyjaśnienie powinno tu paść -
rzekła bardzo łagodnie i spokojnie i znów odepchnęła
odrobinę stół, bo nadal zjeżdżał w naszą stronę. - Nie
poszukiwali panowie przestępcy, tylko, jak rozumiem,
ofiary. Pomyłka nie ulega wątpliwości, ale skądś się
wzięła, a cała akcja przebiegła trochę zbyt gwałtownie.
Osobiście oczekiwałabym co najmniej przeprosin.
Obu ulżyło, rozmowniejszemu bardziej. Obaj stali
wciąż w tym samym miejscu, po dwóch stronach regału
z muszlami, co wyglądało tak, jakby pilnowali moich
zbiorów.
- To oczywiste. Przepraszamy najmocniej.
Zostaliśmy wprowadzeni w błąd, wpłynęło anonimowe
doniesienie, że porwana Joanna Chmielewska, znana pisarka,
znajduje się w tym domu. Pewne elementy
dotychczasowego dochodzenia wskazywały na konieczność bardzo
energicznego wkroczenia. Anonimowy informator
podał dokładny adres...
- No i zgadza się - mruknął Witek. - Prawdę
powiedział. Znajduje się.
- Na początku musiało chyba wpłynąć doniesienie,
że w ogóle została porwana? - zauważyłam krytycznie.
- Istotnie. Wpłynęło. Co do pozostałych szczegółów,
niestety, nie możemy ich ujawnić...
- W takim razie kogo porwano? - wystrzeliła
rozbłysła nagłym blaskiem Martusia. - Nie Joannę, to pewne,
to dlaczego panowie tak...? Coś się stało, nie? Joanna,
zrób coś! Pani Aniu...! Co to wszystko znaczy?
Efekt jej wystąpienia okazał się bardziej wstrząsający,
niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Tyle że objawił się
stopniowo i z lekkim opóźnieniem...
*
Różyczka Ziomczak wcale nie miała na imię
Różyczka, tylko Rozalia. W chwili chrztu dziecka jej
praprababcia cieszyła się przeżyciem dziewięćdziesięciu sześciu
wiosen, przetrwała dwie wojny, kawałek rewolucji,
kilka powstań, dwie okupacje i cały ustrój komunizmem
upiększony, przeżyła licznych potomków i zanosiło się
na to, że przeżyje także koniec świata. Rodzina
jednakże nie traciła resztek optymizmu i w przetrwanie końca
świata powątpiewała.
Praprababcia była wściekle bogata. Z domu i po
mężu, ale głównie po mężu, spoglądającym na ten
padół już od dawna z góry. Swoje mienie uchroniła od
kataklizmów, zabezpieczyła rozmaicie i wciąż jeszcze nim
dysponowała, z niejakimi trudnościami, bo ustrój
panował wówczas jednostce nieprzychylny, ale jednak
dysponowała. No i uparła się, że całość odziedziczy jedyna
w owym momencie praprawnuczka pod warunkiem, że
wraz z majątkiem odziedziczy także imię. Właśnie
Rozalia.
Nikt nie upadł na głowę do tego stopnia, żeby dla
głupiego imienia wyrzekać się milionów. No i Rozalia
została Rozalią, opłaciło się jej, w dwa lata później zaś
zadowolona praprababcia wreszcie umarła, o testament
zadbawszy uczciwie. W mgnieniu oka Rozalię
przerobiono na Różyczkę i Różyczka utrzymała się już na
stanowisku.
Fakt, iż jest bogata, usiłowano przed nią ukrywać,
czyniono to jednak raczej nieudolnie i Różyczka
wyrosła w przekonaniu, że z jakichś przyczyn stanowi pępek
świata. Na dobrą sprawę wszystko jej wolno i jeśli
czegoś chce, z pewnością dostanie to bez żadnych własnych
wysiłków. Rezultaty wyszły opłakanie, szkoły średniej
nie skończyła, głupia była jak próchno, a lenistwo
rozszalało się w niej niczym dżungla po deszczu.
Błotnista dżungla, pełna pijawek. Zważywszy jednak ogrom
posagu, rychło znalazł się przedsiębiorczy młodzieniec,
który chętnie i z zapałem wziął sobie na kark zarówno
kwiatuszek, jak i jego opakowanie, z tym że do
opakowania skrzył się znacznie większym zapałem niż do
kwiatuszka. Co, rzecz jasna, zręcznie ukrywał.
Niczym prawdziwy róży kwiat Różyczka lśniła
zdrową urodą odpustowego obrazu, bujne złote włosy,
niebieskie oczka, niespecjalnie kojarzące się z głębią duszy,
lekko pucołowate policzki o rumieńcach konkursowego
jabłuszka, malinowe usteczka, krew z mlekiem, można
powiedzieć, ciałka obfitość nieco nadmierna.
Opalenizna jej nie chwytała i nawet piegi nigdzie się nie
pokazywały.
- Kobieta bez piegów jest jak niebo bez gwiazd -
rzekł kiedyś przy niej wątpliwy wielbiciel, ona zaś
poczytała to za komplement.
Jednym prawdziwą różę przerastała bezapelacyjnie,
mianowicie ilością kolców. Żaden kaktus nie mógłby
poszczycić się podobnym bogactwem, nie wspominając
o kwiecie. Koniecznie chciała być błyskotliwa, co
przejawiało się tysiącem najgłupszych w świecie złośliwości,
dokuczliwości i nietaktów, zęby cierpły, kiedy Różyczka
brylowała w towarzystwie. Do najwspanialszych
dowcipów, jej zdaniem, należały takie rzeczy, jak
wysuwanie krzesła spod kogoś, kto siada, podstawianie nogi
śpieszącej się osobie, wrzucanie biesiadnikowi galaretki
względnie lodów za kołnierz oraz ukradkowe wyciąganie
z wenflonu rurki od kroplówki człowiekowi choremu.
Do stałego jej repertuaru należały wygłaszane na
powitanie słowa: "Zestarzałaś się, hi, hi!". Albo "zestarzałeś",
płeć obojętna. Niekiedy dodawała "okropnie wyglądasz",
razem z tym swoim "hihi", co szczególnie cieszyło na
przykład prezenterkę mającą za chwilę wystąpić na wizji.
Ewentualnie pannę młodą idącą właśnie do ślubu.
Kochali też ją wszyscy, z mężem na czele, coraz
goręcej.
Mąż, Rafał Ziomczak, zajmował się pomnażaniem
mienia, które żoneczka trwoniła w imponującym
tempie. Dysponowali nim pospołu, dzięki czemu
wielokrotnie nieszczęsny Rafał znienacka dowiadywał się, że na
koncie bieżącym widnieje potężny debet zamiast równie
potężnego kredytu i wobec wspólników w interesach
wychodził na niepoważnego idiotę, Różyczka bowiem
postanawiała akurat samodzielnie zrobić jakiś kokosowy
interes i postanowienie realizowała w podziwu godnym
tempie. Prawdziwe brylanty z carskiej korony za dwa
miliony złotych kupiła wprawdzie tylko raz, bo jeden
kolczyk upadł jej na kamienną posadzkę i rozleciał się
w drobny mak, co wzbudziło w niej niewiarę
w geologię, ale innych sztuk dokonywała nadal, i Rafał po
sześciu latach ciężkich zmagań stracił cierpliwość.
Symulację wielkich uczuć do Różyczki posunął
jednakże do takich szczytów perfekcji, że nie mógł teraz
obsobaczyć jej rzetelnie, jawnie i uczciwie. Zgrzytnął
zębami, jednego złego słowa nie powiedział,
przeprowadził tylko podział majątku, szlachetnie pozostawiając
żonie prawie całą sumę, jaka z jej posagu ocalała. Mogła
roztrwonić ją teraz w ciągu trzech dni, gdyby przyszła jej
na to ochota, do jego kont jednakże nie miała już
dostępu. Nie czynił tego w tajemnicy, przeciwnie, bardzo
gorliwie wyjaśnił Różyczce, że to na wszelki wypadek, w razie
gdyby go wsadzili, gdyby się w ogóle potknął albo co,
ona będzie chroniona, grosza jednego nikt jej nie zabierze
i Różyczka, o dziwo, tak to właśnie zrozumiała. Bardzo
była zadowolona i pochwaliła się przyjaciółkom.
Dzieci, chwalić Boga, nie mieli.
Wszystkiego tego policja dowiedziała się z lekkim
opóźnieniem, dopiero po znalezieniu zwłok.
O zwłokach zawiadomił anonimowy informator,
dzwoniący z automatu na pierwszej stacji
benzynowej na autostradzie za Jankami, w kierunku Katowic.
Dzwonił zaraz po wschodzie słońca, ledwo się
rozwidniło, oznajmił, że TIR-y lecą, bo to poniedziałek, a zwłoki
chyba świeże, rozjechane i płci żeńskiej. Kto chce, może
je sobie zabrać.
Radiowóz chciał. Nie tyle może zabrać, ile obejrzeć
na własne oczy. Zabrała je karetka, tożsamość istotnie
przejechanej ofiary ustalono bez trudu, bo miała przy
sobie torebkę z dokumentami, i była to pani Rozalia
Ziomczak. Rychło skojarzono dwie sprawy,
stwierdzając, że pan Ziomczak niecałe dwa dni wcześniej zgłaszał
prawdopodobne zaginięcie żony, zaraz potem zaś
zaginięcie zamienił na porwanie i uciekł.
Kolejnym błyskawicznym odkryciem okazał się fakt,
że pan Ziomczak wcale nie uciekł, tylko, zrozpaczony
i wściekły, pojechał do Poznania, gdzie umówiony był
z poważnym kontrahentem niemieckim
i zlekceważenie kontrahenta byłoby dla niego klęską życiową, dla
kraju natomiast jeszcze gorzej, kolejną kompromitacją
natury gospodarczej. Firma pana Ziomczaka obracała
delikatnymi narzędziami szlifierskimi i działała
dwukierunkowo na linii Amsterdam - Moskwa,
z Niemcami po drodze. Pojechał do tego Poznania wprawdzie
samochodem, ale żony przejechać nie mógł, bo primo, nie
jeździł TIR-em, tylko osobowym mercedesem,
secundo, jechał w innym czasie, a tertio w innym kierunku.
Wyliczony został do ostatniej sekundy i jedyne, co mu
z całą pewnością można było zarzucić, to to, że w obie
strony, do Poznania i z powrotem do Warszawy, bardzo
silnie przekroczył dozwoloną prędkość. Mimo wszystko
nie został ukarany, zaistniały okoliczności łagodzące.
Pani Rozalia Ziomczak w momencie tracenia życia
pod kołami TIR-a była potwornie pijana i nic więcej.
Nikt jej nigdzie nie przyłożył, najsłabsze ślady więzów
się na niej nie odcisnęły, nie została uduszona ani
nawet podrapana i żadna trucizna w jej żyłach nie krążyła.
Miała natomiast trzy i osiem dziesiątych promila
alkoholu we krwi i malutki nowotworek, wykryty dopiero
przy sekcji, wyjątkowo złośliwy.
Nikt nigdy nie zdołał pojąć, jakim sposobem pani
Ziomczak znalazła się przed bladym świtem na owej
autostradzie, samotnie i na piechotę, bo sam fakt
przejechania jej oraz ucieczka sprawcy nie budziły zbyt
wielkich emocji. Ludzka rzecz, do północy ich trzymają na
smyczy przepisów, po północy każdy rusza w nerwach
i leci, a żywy stwór, pojawiający się nagle przed maską
w świetle wyłącznie reflektorów, po prostu musi zostać
przejechany. I kryształ, nie charakter, trzeba mieć, żeby
nie zwiać z poświstem.
Z akt podwójnej sprawy wynikło, co następuje:
Ślady opon, zdjęte z pani Ziomczak, nosiły
znamiona białoruskie, co jeszcze o niczym nie świadczyło,
każdy bowiem może jeździć na białoruskich oponach, jeśli
tak mu się spodoba, nawet jakiś z RPA. Białoruskich
TIR-ów od północy do wschodu słońca leciało tamtędy
dwadzieścia sześć i nawet nie szukano ich z przesadną
gorliwością.
Pan Ziomczak zaginięcie żony zamienił na
porwanie pod wpływem bardzo jasnego komunikatu, który
do niego dotarł w czwartek pod wieczór. Wróciwszy do
domu, zastał za furtką paczuszkę, najwidoczniej
wsuniętą w głąb posiadłości za pomocą długiego patyka,
w paczuszce zaś obcy mu telefon komórkowy
i korespondencję. Wycięte z kilku różnych czasopism litery głosiły:
MAmy TWOJA żONe DWA MILIONY BEdzie telefon JEżeLI zawiadomisz GLIny ŻYWEJ jEJ NIE ZoBAczysz.
Przepowiednia poniekąd się spełniła, ponieważ pan
Ziomczak gliny zawiadomił.
Wahał się trochę, bo dwoma milionami swobodnie
dysponował, nie wszystko Różyczka zdołała przepuścić,
mógł ostatecznie pertraktować, tylko kiedy? Musiał
jechać do tego Poznania, skupić się na biznesie, omamić
kontrahenta, jak miał równocześnie pilnować telefonu
i spełniać życzenia porywaczy? W dodatku żona dzwoniła
do niego osobiście i nagrała się na sekretarkę, wesolutka
jak wiosenny szczypiorek, komunikując, że jest porwana,
więc niech za nią zapłaci, ale nie musi się śpieszyć, bo to
porwanie bardzo jej się podoba. Szalenie rozrywkowe.
Na tym komunikat się urwał.
O policji porywacze zawsze ględzą, a zarówno gróźb,
jak i obietnic nie zawsze dotrzymują, przygnieciony
okolicznościami pan Ziomczak zdecydował się zatem
uwierzyć władzy wykonawczej. Pojechał w piątek rano,
ufnie zostawiwszy losy małżonki i dwa miliony gotówką
w fachowych rękach, i kiedy wrócił wczesnym rankiem
w niedzielę, dowiedział się, że owszem, telefon był.
Dostarczona mu komórka odezwała się zaledwie przed
półgodziną, tajemniczy głos rzekł grobowo: "Sam chciałeś",
i na tym koniec.
Resztę czasu aż do poniedziałkowego odkrycia pan
Ziomczak spędził w towarzystwie świadków
najdoskonalej wiarygodnych i ani przez chwilę nie był sam.
Komórka, jak stwierdzono, należała do
roztargnionej bibliotekarki, która nawet nie była pewna, czy ją
postradała całkowicie czy też tylko gdzieś zawieruszyła.
W ogóle jeszcze nie była do niej przyzwyczajona,
w miejscu pracy, rzecz jasna, i tak musiała ją wyłączać,
poza tym kładła byle gdzie, nie zawsze chowając do
torby, a teraz cieszy się bardzo, że nikt z niej nie dzwonił do
Argentyny. Złapano ją zresztą dopiero w poniedziałek,
bo od piątkowego poranka siedziała w Pradze czeskiej
i z wypiekami na twarzy grzebała w starych
dokumentach historycznych, na krótko i nie całkiem legalnie jej
udostępnionych, o czym nikt z rodziny i znajomych nie
wiedział. W poniedziałek dokumenty zabrano, zatem
wróciła. Jakikolwiek jej związek z porwaniem
wykluczono kategorycznie.
Pan Ziomczak, główny spadkobierca małżonki, był
ewidentnie pierwszym podejrzanym, ale jego wielką
miłość do czarującej Różyczki potwierdzili absolutnie
wszyscy świadkowie bardzo zgodnie, równie zgodnie
dziwiąc się, co on, na litość boską, w niej widział i jakim
cudem mógł z nią wytrzymywać. O romansach na boku
w ogóle nie było mowy. Rozpaczał teraz należycie i z tej
rozpaczy rzucił się w wir interesów.
Dochodzenie prowadzono starannie, bo w końcu
zwłoki porwanej ofiary to nie żadne śmichy-chichy,
w dodatku jej doskonały stan ogólny, poza oczywiście
świeżymi promilami i wylęgającym się nowotworem,
wydawał się nie do pojęcia, ale rezultatów pożądanych
nie udało się osiągnąć. W sprawie Różyczki. Bo
w innych sprawach...
Ludzie jednak mają gęby, a te gęby wykazują
zazwyczaj nieprzepartą ochotę do kłapania...
*
Wszystko o pani Ziomczak powiedziała nam Ania
zbuntowana, zaniepokojona i nieco zdenerwowana,
kiedy wreszcie władze poszły już ostatecznie i definitywnie.
Nastąpiło to nie tak od razu, wtrąciły się bowiem
elementy zewnętrzne.
Najpierw udało mi się wydostać zza stołu, Ania
skorzystała z okazji i poszła za moim przykładem. Władze
przedstawiły się nam, nadkomisarz Bielak
i podinspektor Łącki, wydawali się trochę niepewni i jakby
zakłopotani, przeprosili, wymamrotali, że głupia pomyłka,
ruszyli do wyjścia...
Zadzwonił telefon.
Po dźwięku rozpoznałam, że oficjalny, odruchowo
podniosłam słuchawkę, bo znajdowałam się jeszcze
blisko.
- Tak, słucham?
- Pół melona łaskawa pani ma gotowe? - spytał głos
wysoce niesympatyczny i jakoś mało wytworny. Trochę
warkliwy.
- Proszę? - zdziwiłam się, bo żadne skojarzenie nie
zdążyło do mnie dotrzeć.
- Szmal, głupia zdziro... znaczy się szanowna pani.
Euro. Pół melona!
Teraz skojarzenie dotarło, ale pojęcia nie miałam, co
z tym fantem zrobić, wobec czego postąpiłam jak
prawdziwa, normalna kobieta. Co mi się doprawdy rzadko
w życiu zdarzało.
- Pomyłka - oznajmiłam godnie i odłożyłam
słuchawkę.
Panowie policjanci cofnęli się z przedpokoju i przez
chwilę trwali w bezruchu znów po dwóch stronach
regału z muszlami, niczym rzeźby ozdobne. Po czym ich
ruszyło.
- Porywacz...?!
- Skoro dopytywał się o pół miliona euro...
- Niech się pani nie rozłącza! Niech pani rozmawia
jak najdłużej! Ma pani głośnomówiący?
Właściwy prztyk umiałam włączyć tylko
w pracowni, w mgnieniu oka przeniosło się tam całe towarzystwo.
Wydarzenie wydało się nam zbyt piękne, żeby tak od
razu się od niego odczepić i nawet nie skomentować.
Hipotetyczny porywacz nie zwlekał, zadzwonił.
- Słuchaj kurwo i nie odkładaj słuchawki! -
zagrzmiało po całym budynku, bo u mnie głośność
z telefonu działała wyjątkowo solidnie.
No dobrze. Miałam z nim długo pogawędzić. Jako
osobie porwanej, z perspektywą poodcinania wszystkich
wystających szczegółów anatomicznych, wycenionej
w dodatku na pół miliona euro, należała mi się
odrobina rozrywki. Postanowiłam na razie być grzeczna.
- Ja nie odkładam, to się samo tak robi. Tu jest coś
nie tego w instalacji.
- Zamknij dziób... - Jakiś przydźwięk dał się
słyszeć, jakby z tamtej strony mamrotał ktoś obok.
Porywacz chrząknął. - Szanowna pani... Pół melona masz
gotowe?
- Nie mam. Miałam, ale cały mi wyszedł do sałatki.
Takiej owocowej, zdrowotnej. Mam bakłażana.
- Głupia czy jaka...? - zatroskał się porywacz i znów
dały się słyszeć mamroty. - No dobra, bez jaj...
- Do sałatki owocowej jajek się nie używa -
pouczyłam go sucho.
Przez chwilę z tamtej strony panowało milczenie,
mącone szeptami, i sama byłam ciekawa, co z tego
wyniknie. Porywacz się wyraźnie zmobilizował.
- Za. Godzinę. Masz. Mieć. Szmal! - wyszczekał
wreszcie zrozumiale. - Potem. Się...
- A jak nie, to co?
Głos jakby się zachłysnął.
- To córunia kochana... tego... Nie dostałaś kawałka
córci?
- Jakiego kawałka?
- Uszka córci, uszka. Nie dostałaś?
- Od tego się zaczyna, kochaneczku, że w ogóle nie
mam córci. I nigdy w życiu nie miałam. Nie ciekawią
mnie żadne kawałki.
- Czy ty jesteś...
Nie dowiedziałam się czym, względnie kim jestem,
bo skierowane ku mnie gesty stały się jednoznaczne.
Odłożyłam słuchawkę na aparat. Wszystkie osoby,
słuchające z zapartym tchem, złapały powietrze.
- Rany boskie...! - jęknęła Małgosia.
- Połapią się, że zmyłka - wyprorokował
ostrzegawczo Witek.
- Ale to jest naprawdę telefon Joanny
Chmielewskiej - zwróciła mu uwagę Ania. - Numer się zgadza,
adres też.
- Ale Chmielewskiej nie ma, bo on uważa, że ją
porwał. To z kim rozmawia?
- Prawdopodobnie myśli, że z jej matką...
- Jako matka nie wypadła chyba najlepiej?
- No, raczej nie... Ciekawe co teraz zrobi?
- Spróbuje ściągnąć do telefonu kogoś innego
z rodziny - zawyrokowałam bez namysłu. -
Normalnego, bo teraz raczej myśli, że rozmawiał z wariatką. Nie
wiem, skąd go weźmie, tego normalnego. I co teraz?
To było do panów śledczych, dla których zapewne
tego rodzaju sytuacja wielkiej nowości nie stanowiła.
Odpowiedzi wprost nie udzielili, jeden trzymał
komórkę przy uchu, drugi nagle poprosił mnie o chwilę
rozmowy w cztery oczy. Ten rozmowniejszy, nadkomisarz
Bielak.
- Gdzie tu można...?
- Proszę bardzo, w sypialni.
W sypialni było gdzie usiąść i mogliśmy nawet
przymknąć drzwi.
- Duże towarzystwo zgromadziło się u pani, jak
widzę. Czy to jakaś uroczystość?
- Nie. Przypadek. Przewidziany był brydż w pięć
osób... Pan gra w brydża?
- Gram.
- No to pan zrozumie. Wyjaśniam resztę. Martusia
przyjechała znienacka, służbowo, pozwoliłam jej, jak
zwykle, zanocować, jutro wraca do Krakowa, a Klara wpadła
na chwilę, też służbowo, z papierami... no, różnymi.
Niedawno wróciła z Włoch, dwa lata jej nie było. Małgosia
była pierwsza wychodząca, skorzystała z Klary, żeby
zrobić porządek w starych dokumentach, lepiej ode mnie
wie, gdzie co mam. Stąd przypadkowe zbiegowisko.
Nie musiałam go tak od razu informować, że Klara
od dawna grawitowała w kierunku Pawła, który stawiał
opór, bo ona sama nie przyznałaby się do tego nawet
pod toporem katowskim. Byłam pewna, że specjalnie
wybrała odpowiedni moment, jej służbowe papiery
wcale nie były strasznie pilne, a i tak przedawnione, ale
mężczyźni na takich rzeczach się nie znają, więc na co
mu ta wiedza.
Bielak z wyraźną lubością poprawił się w bardzo
wygodnym fotelu i dyskretnie rozejrzał, kontemplując
śmietnik na niskim stole, jak na sypialnię dość dziwny.
- Myślałem, że może pani skądś wróciła i wszyscy
panią witają...?
Aż mnie otrząsnęło.
- Źle pan myślał i mówię to ze zgrozą. Z całej siły
staram się zewsząd wracać w tajemnicy, żeby mieć
chociaż ze trzy dni świętego spokoju i odpocząć, i ciągle mi
się to nie udaje. Ale to wszystko osoby zaprzyjaźnione.
Nie zrobiliby mi takiego świństwa, żeby stać w drzwiach
z fanfarami. Wyjątkowo tak wypadło.
- Czy to znaczy, że wczoraj i przedwczoraj była pani
w domu?
- Z drobnymi przerwami, fryzjer, ogród... Poza tym
w domu.
- Ktoś to może poświadczyć?
Dopiero teraz zastanowiłam się, o co mu chodzi,
i popatrzyłam na niego ze śmiertelnym zdumieniem.
Także lekkim niepokojem, bo może zwariował...?
- Rany boskie, podejrzewa mnie pan, że sama siebie
porwałam...?! Znikłam i nie chcę się do tego przyznać?
Ależ proszę bardzo, już odpowiadam! Ilu świadków pan
sobie życzy? W sklepie byłam, znają mnie, ludzie od
ogrodnika byli, fryzjerka...
Uwierzył mi. Chyba uwierzył... Raczej był zdania,
że ukrywałam się przed światem. Symulowałam
porwanie...? Jaki, na litość boską, mogłoby to mieć sens?!
Razem się zbiegło, wróciliśmy do pracowni i telefon
znów się odezwał. Zdjęłam z aparatu słuchawkę.
- Gówno mnie obchodzi, pomyłka czy nie
pomyłka - zagrzmiał inny głos, też nie bardzo przyjemny. -
Za Chmielewską ma być pięćset patoli albo baba wróci
w kawałkach, niech płaci ten, komu na niej zależy.
Dawaj mi tu jej synka do telefonu, ja wiem, że on tam
waruje w kącie!
Pojęcia nie mając, jak zareagować, wymachiwane ku
mnie instrukcje wydały mi się kompletnie
niezrozumiałe, podjęłam sabotaż pierwotny.
- Co? Nic nie słyszę. Znów mi tu czka i skrzeczy!
- Wnusia swojego dawaj, ty raszplo stara!
- Rara tara słyszę, nic nie rozumiem - oznajmiłam
stanowczo i przerwałam połączenie. Popatrzyłam na
panów śledczych. - Co z tym synem czy wnusiem...?
- Pani przecież ma syna?
- Dwóch. Obaj chwilowo niedostępni.
Panowie śledczy też stali się chwilowo niedostępni,
odseparowali się nieco i odbywali kolejną poufną,
pospieszną konferencję. Udział w konwersacji
z porywaczem teraz już brali wszyscy, nie symulując żadnej
głuchoty. W pracowni zrobiło się trochę ciasno.
Doznałam wrażenia, że dzieje się u mnie coś nie do
opanowania i nie do pojęcia. Do reszty zaczęło mi się
wydawać, że istnieję w dwóch osobach i trochę mnie
nawet dziwiło, że ta druga osoba, porwana, tak mało
mnie obchodzi. Nie troszczyłam się o nią zbytnio, bez
względu na źródło głupiego błędu bardziej intrygujące
wydawały mi się śledcze sposoby jej uwalniania, przy
czym stosunek do sprawy, nasz i policji, jakoś nie
wyglądał zbieżnie.
- Dwóch kretynów, jeden gorszy niż drugi -
zaopiniowała Małgosia. - Chociaż sama nie wiem, który
którego przebija. I z takimi te gliny nie mogą sobie dać
rady? Nie wierzę!
- Czy oni rzeczywiście odcięli ci ucho? - zatroskała
się niepewnie Martusia. - Bo daję słowo, już się
zaczynam gubić!
- Mnie nie, ale tej złapanej babie możliwe...
- Małgosia ma rację, to jest mistyfikacja -
powiedziała Klara stanowczo. - Żadnej złapanej baby nie mają,
próbują, czy im się nie uda kogoś zastraszyć, bo może
Joanny nie ma i wszyscy uwierzą, że jest porwana. Liczą
na naszą głupotę, bo co im szkodzi.
- Ale ona przecież jest - zauważył Paweł, który starał
się mało mówić i tylko usilnie chłonął w siebie
atmosferę niezwykłej rozrywki.
- Ale oni nie wiedzą, że jest, i mają nadzieję, że
nie ma.
- Nadzieję mogą sobie mieć, ale żadnej złapanej baby
nie mają.
Panowie śledczy przerwali nagle poufną konferencję
i na nowo z energią włączyli się do akcji.
- Niestety, mają - rzekł cierpko Bielak.
- Co mają?
- Tę złapaną babę.
- I naprawdę odcięli jej ucho? Kawałek czy całe?
- Naprawdę. Kawałek. Dość niedbale. I przysłali
rodzinie. Ucho zostało rozpoznane przez kolczyk jako jej,
ale i tak laboratorium robi badania.
- Skąd wiadomo, że jej?
- Słyszysz przecież, przez kolczyk. Nie noszę
kolczyków!
Nadkomisarz zawahał się. Znienacka wystąpił
wreszcie ten drugi, do tej pory uparcie milczący.
Podinspektor Łącki.
- Obawiam się, że w tym wypadku musimy
skorzystać z pomocy społeczeństwa - rzekł i złożył Ani ukłon
zgoła wersalski. - Pani obecność powoduje...
- Ale ja już nie pracuję - przerwała mu Ania
ostrzegawczo.
- Nie szkodzi. Jeśli można prosić...
Też wybrali sypialnię, miała wyjątkowe powodzenie,
prawie jak kotłownia. Zostaliśmy sami z Bielakiem,
który poszedł tak daleko w łamaniu prawa, że zgodził się
wypić kawę i do tego picia przystąpił nawet dość
chciwie, najwidoczniej o skłonności trucicielskie nikogo
z nas nie posądzając. Niezwykły idiotyzm, który wręcz
strzelał z pomyłki porywaczy, zaczął mnie w końcu
poważnie intrygować i jakiś fragment mojego umysłu
wziął się do roboty. No, niewielki fragment.
W każdym razie coś mi zaczęło majaczyć i na chwilę straciłam
z oczu otaczający mnie realny świat.
Chwila musiała trochę potrwać, ponieważ
w momencie powrotu świata okazało się, że działa już Witek.
Małpki whisky widocznie się skończyły, bo pod ręką
miał normalną butelkę i w ciepłochronnym... a może
ciepłoodpornym?... szklanym termosiku grzechotały
kostki lodu. Barek podręczny był urządzony na
półkach z encyklopedią i książkami telefonicznymi, Witek
wspierał się o nie plecami, a bystrość umysłu i wigor
wyraźnie mu rosły. Maltretował Bielaka.
- Ale, ale, zaraz! Pytałem już, może tak trochę na
uboczu, ale władza przy pytaniach traci słuch. Skąd oni
dzwonili? Głowę daję, że już wiecie, a mnie ta technika
ciekawi.
Bielak zastanawiał się przez chwilę, walczył zapewne
ze swoim stosunkiem do tajemnicy służbowej, po czym
wzruszył ramionami.
- No, tyle mogę powiedzieć. Dzwonili z komórki,
lokalizacja Arkadia, komórka należy do faceta, który
od dwóch tygodni siedzi w Danii, więc nie mógł
dzwonić z Arkadii. Kupił ją mamusi. Mamusia miewa
zawirowania pamięci, początki altzheimera, chciał
ją trochę kontrolować, ale zgubiła komórkę dwa dni
temu, nie wie gdzie i nawet nie jest pewna, czy jej ktoś
nie ukradł.
- I nie udało wam się go namierzyć? - zgorszyła się
Małgosia, która zdołała wreszcie usiąść spokojnie przy
stole obok Klary. W pracowni też znajdował się stół, tyle
że nieco inny. Oraz całe oprzyrządowanie techniczne.
Bielak wzruszył ramionami.
- Namierzyć tak, ale nie złapać. Tam gęsto.
- Ale jeśli znów z tej komórki zadzwonią -
kontynuował bezlitośnie Witek - skoro już o niej wiecie, da
się zlokalizować przy dłuższej rozmowie. Mam na myśli,
przy dłuższej rozmowie da się dopaść rozmówcy.
Zgadza się?
- Owszem. Ale trudno mieć nadzieję, że oni okażą
się aż takimi głąbami. Teraz, za godzinę, mogą
zadzwonić z byle jakiego automatu na dworcu, na lotnisku...
Gdzieś, gdzie też się plącze tłum ludzi, nikt nie zwróci
uwagi i nie zapamięta.
- Ale mogą również pożałować komórki - wyrwał
się Paweł w natchnieniu - nie pozbyć się jej i odebrać,
jeśli zadzwoni. Odruchowo. Czy to coś da?
- To nie jest wykluczone. Lokalizacja, rozmowa też
musi dłuższą chwilę potrwać, w tle mogą się rozlegać
jakieś charakterystyczne odgłosy, uda się może namierzyć
nowe miejsce, jeśli się przemieścili...
- To dzwonimy, co nam szkodzi? Można zadzwonić
jako obca baba, sąsiadka, byle kto, przypadkowa osoba,
która się pomyliła...
- Jeśli będzie sygnał, chyba jej nie zniszczyli...?
- A może ktoś przypadkowy usłyszy dźwięki,
odbierze i powie, gdzie jest?
- Zadzwońmy teraz, co? - zaproponowała
zachęcająco Martusia.
- I z czyjej komórki? - spytał zgryźliwie Witek.
- Możemy z mojej!
- Zwariowałaś? Przecież cię zaraz namierzą.
- Kto mnie namierzy?
- Policja!
- No to co? Ja jestem z Krakowa, niech sobie
namierzają!
- Opanuj się, tylko im roboty dowalisz - zgromiła
ją Małgosia.
Ciąg dalszy w wersji pełnej