Rozdział I
Dzień pierwszy, rano
Była dopiero siódma trzydzieści, a termometr wskazywał już dwadzieścia sześć stopni Celsjusza. Zaczynał się kolejny piekielny dzień. Seweryn stanął przy oknie i rozpiął koszulę, którą przed chwilą włożył. Miał nadzieję, że pod materiał wpłynie trochę chłodniejszego powietrza, przynosząc ulgę jego rozpalonej skórze. Niestety z otwartego okna biło cuchnące asfaltem gorąco.
Wysoka temperatura rozleniwiała, skłaniała do wygodnego ułożenia się na kanapie ze szklanką czegoś zimnego w dłoni. Dobrze byłoby ułożyć teraz głowę na miękkim oparciu, przymknąć oczy i drzemać, a przede wszystkim nie myśleć. Szkoda, że nie można zniknąć z tego pokrytego kurzem i zalanego słońcem miasta, z dusznego i ciasnego domu, przenieść się tam, gdzie nie ma upału, gdzie żyje się spokojnie, bez kłamstwa i zdrady. Można byłoby wrócić, gdy temperatura się obniży, a ludzie staną się lepsi.
Wyszedł z sypialni. W korytarzu pojawiła się Łucja, niosła pod pachą pluszowego psa, w dłoni trzymała łyżkę, z której skapywała kasza manna. Z piskiem podbiegła do niego, wziął ją na ręce. Poczuł, jak brudna łyżka wsuwa się pod kołnierzyk jego koszuli. Wzdrygnął się i odruchowo odsunął od siebie córkę. Gdy jej ramiona wyciągnęły się w jego stronę, przytulił ją ponownie. Roześmiała się głośno. Tylko dzieci potrafią tak szczerze cieszyć się chwilą. Też by chciał się radować bliskością z córką i nie myśleć o tym, co było i co będzie.
Wszedł do kuchni, niosąc Łucję na ręku. Marta zalewała właśnie kawę, a Tymek siedział w foteliku i machał grzechotką. Sielanka, tak było co rano.
- Sewciu, uważaj trochę, przecież Łucja całego cię wymazała kaszką.
Urwał kawałek papierowego ręcznika i wytarł szyję. Teraz córka usiłowała włożyć mu łyżkę do ust. Posadził ją na taborecie i przysunął talerz z resztką manny. Chciał wyjść z kuchni, ale Marta go zatrzymała.
- Potem się przebierzesz, teraz jedz.
Wrócił do stołu. Chrupiące tosty, domowy dżem ze śliwek, twarożek ze szczypiorkiem - same przysmaki. Nie wiedział, po co sięgnąć w pierwszej kolejności.
Marta postawiła przed nim filiżankę z kawą.
- Myślałam, czy nie pojechać z dziećmi nad jezioro. W mieście jest upał nie do wytrzymania. Przyjechałbyś do nas w sobotę. Co ty na to?
- Wolałbym, żebyśmy wszyscy razem pojechali w sobotę albo w piątek po południu.
Spojrzał na żonę proszącym wzrokiem. Uśmiechnęła się.
- Jak chcesz, właściwie to już za trzy dni. Nie miałbyś nic przeciwko temu, żeby Zuza pojechała z nami? Zajęłaby się Łucją i Tymkiem.
Zuza była siostrą Marty, zbuntowaną siedemnastolatką. Spędzała u nich sporo czasu, rzekomo pomagała w opiece nad dziećmi, a tak naprawdę godzinami snuła się po domu ze smartfonem w dłoni. Lubił ją, ale lubienie ma swoje granice. Gdyby widywał Zuzę raz na tydzień, zapewne cieszyłby się z jej towarzystwa. Ona jednak przesiadywała u nich codziennie. Nad jeziorem, w małym domku, jej obecność może się stać jeszcze bardziej męcząca.
- Okej. Niech z nami jedzie.
Zgodził się, ale jego przyzwolenie nic nie znaczyło, bo i tak nigdzie nie pojadą. On już o tym wiedział, Marta jeszcze nie. Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Nie był w stanie patrzeć jej prosto w oczy, nachylił się więc do syna. Wyjął go z fotelika, posadził sobie na kolanach i zaczął karmić twarożkiem.
Dzień pierwszy, wieczór
Drzwi do "Krypty" były otwarte. Z wnętrza dobywał się gwar rozmów i piwniczne powietrze. Seweryn schodził powoli po kamiennych schodach. Ponad pięćset lat temu tę trasę pokonywali panowie w habitach, aby w podziemiach kościoła paść na kolana i pogrążyć się w modlitwie przy zgromadzonych tam relikwiach. Na szczęście dzisiaj na dole czekały na gości inne rozrywki: jazz i alkohol. A może w średniowieczu braciszkowie również zapewniali ukojenie swoim umartwionym ciałom, popijając w krypcie wino i przygrywając na fujarkach?
Za Sewerynem podążały dwie kobiety, Marta i Ramira. To był jego pomysł, żeby poszli posłuchać jazzu. Obiecywał sobie, że będzie wyglądał jak zrelaksowany, dobrze bawiący się młody mężczyzna, nawet Marta się nie zorientuje, że dzisiaj tkwi w nim demon.
Stanęli w surowym wnętrzu kościelnych podziemi. Kręciło mu się w głowie, chyba od papierosów, bo wypalił dzisiaj kilka po ośmiu latach przerwy. Ramira klepnęła go w ramię i wskazała najbliższy wolny stolik. On jednak ruszył na koniec lokalu pod samą scenę. Specjalnie wybrał to miejsce, tu będzie zbyt głośno na rozmowę, a więc będą się przede wszystkim do siebie uśmiechać. Podszedł do baru. Nie spieszył się, chwilę gawędził z barmanem o pogodzie. Gdy wracał do stolika z drinkami, muzycy zaczynali grać. Zajął miejsce naprzeciw dziewczyn, patrzył na nie i myślał, że nadal są to dwie najpiękniejsze kobiety w całym Elblągu.
Ramira była żoną jego brata Roberta, w połowie Argentynką, w połowie Polką. Po matce odziedziczyła egzotyczne rysy i śniadą karnację, po ojcu gibkość ciała i bystre spojrzenie. Choć ubrana skromnie, w czarne spodnie i czarną koszulkę na ramiączkach, w nikłym blasku świec wyglądała zmysłowo. Marta nie miała tak wyrazistej urody, na pierwszy rzut oka prezentowała się bardzo zwyczajnie, jak dziewczyna z sąsiedztwa, której się zwykle nie zauważa. Wystarczyło jednak dłużej na nią popatrzeć, a zaczynała błyszczeć, jej uśmiech okazywał się uroczy, a ruchy dziewczęce. Twarz miała pospolitą, wąskie usta, cienki nos i pełne policzki. Wyjątkowa uroda wydawała się kryć w dużych błękitnych oczach. Gdyby nie te tęczówki, nie zwróciłby na nią uwagi sześć lat temu, gdy sprzedawała jemu i Robertowi frytki w Krynicy Morskiej.
Był prawdziwym szczęściarzem, że na nią trafił. Tak właśnie myślał, choć jego rodzina uważała inaczej, zwłaszcza ojciec nie mógł przeżyć tego, że synowa była tylko po maturze, a jej rodzice unikali uczciwej pracy. Robert też mu radził wstrzymać się z małżeństwem, bo nie należy się żenić z kobietami, które są tylko ładne. Żona powinna mieć jeszcze ciekawy charakter, dobrą profesję, coś do powiedzenia albo chociaż pieniądze. Jako przykład wskazywał na Ramirę, wówczas mistrzynię świata w tańcach latynoamerykańskich. Mama odnosiła się do Marty z chłodną uprzejmością, czego więcej wymagać od teściowej, właściwie powinien być zadowolony. Wiedział jednak, że przed przyjaciółkami chwaliła się wyłącznie Ramirą. Pokazywała im okładki argentyńskich, japońskich i brytyjskich pism, na których utalentowana synowa prężyła swe ciało w pięknej sukni z piórami.
Dwa lata po ślubie Marta urodziła Łucję, wtedy stosunek do niej trochę się zmienił. Ojciec już nie narzekał, nie wytykał Sewerynowi nieciekawych teściów, a mama chętniej rozmawiała z synową i nawet ją chwaliła. Jego brat też zauważył, że Marta to był dobry wybór.
Małżeństwo Seweryna kwitło, a Roberta przeciwnie, po dwunastu latach zdawało się przechodzić kryzys. Niby wszystko było dobrze, ale Ramira coraz więcej czasu spędzała poza domem. Częściej wyjeżdżała na turnieje i zgrupowania, już nie tylko jako tancerka, ale też jako instruktorka. Robert nie nudził się bez żony, chętnie odwiedzał elbląskie i trójmiejskie kluby nocne. Ubiegłego lata miał wypadek samochodowy na trasie do Jegłownika, jego bmw wypadło z drogi. Jemu nic się nie stało, ale dość mocno ucierpiała jego siedemnastoletnia towarzyszka.
Muzyka ucichła, trębacz zapowiedział krótką przerwę i skierował się do wyjścia, za nim ruszyło kilkanaście osób, Seweryn również się podniósł.
- Przewietrzę się - oznajmił.
Marta machnęła ręką, dając znać, żeby sobie poszedł i dał im pogadać. Zaczął się przepychać między rozbawionymi ludźmi, przy barze zatrzymało się kilka osób, skutecznie blokując przejście. Czekając, aż zrobi się luźniej, odwrócił się i spojrzał na Martę i Ramirę. Siedziały pochylone ku sobie, niemal dotykały się czołami. Rozmawiały.
Przed "Kryptą" stali dyskutujący namiętnie goście lokalu. Seweryn minął ich i ruszył wolnym krokiem przed siebie. Ktoś, kto by go obserwował, mógłby pomyśleć, że nie zmierza do żadnego konkretnego celu, on jednak szedł na ważne spotkanie. Wkrótce dotarł do rzeki i wszedł na most przy przystani. Oparł się o barierkę i zapalił papierosa. Wpatrywał się w ciemne kształty jachtów stojących nieruchomo wzdłuż bulwaru. W czarnej wodzie odbijało się światło lamp ze zwodzonych mostów i nadrzecznej promenady. Iluminacja godna europejskiego miasta portowego, chociaż nocą kawałek Elbląga przypominał Rotterdam. Bulwar był pusty, ale za to na moście południowym zatrzymała się grupka mocno rozbawionych osób. To stamtąd dobiegały pokrzykiwania i dziewczęce śmiechy. W oddali migały światła pojazdów przejeżdżających przez most samochodowy, po drugiej stronie rzeki zaczął ujadać pies. Seweryn czekał. Na szczęście od wody wiało lekkim chłodem. Papieros skrócił się już o połowę, za kilka minut powinien wrócić do Marty i Ramiry, bo zaczną się niepokoić, a nawet go szukać.
Od Wyspy Spichrzów ktoś się zbliżał. Niska, męska sylwetka, Seweryn rozpoznał Maksa Kubiaka, któremu w akademiku koledzy z marketingu i zarządzania nadali ksywkę Szczurek. Maks stanął obok niego. Nie witając się, zapytał:
- Co masz dla mnie?
Seweryn nie odpowiedział od razu. Zastanawiał się, czy się nie wycofać. Przypomniał sobie oczy Marty, pełne pokory, spokojne i zarazem chłodne, zwrócone gdzieś w dal. Nie patrzyła na niego tak jak kiedyś, często mijała go wzrokiem, jak gdyby był mało znaczącym przedmiotem.
Wypuścił dym nosem, a potem powiedział:
- Dam ci zarobić.
- Ekstra, ile płacisz i za co?
- Sto tysięcy za porwanie mojego syna.
Maks parsknął śmiechem.
- Dobry żart.
Sewerynowi przemknęło przez głowę, że to ostatni moment, żeby zrezygnować z diabelskiego pomysłu. Wystarczy, że kiwnie głową, przyznając, iż to tylko żart.
Rzucił niedopałek i zgasił go butem.
- Ja mówię serio, porwiesz mojego syna.
- Po jakiego chuja?
- A po co się porywa dzieci?
- No zwykle dla przyjemności albo dla okupu.
- Ty porwiesz Tymka dla kasy.
- A ty zapłacisz okup? Nie kumam...
- Nie ja, mój brat, on zapłaci.
Maks oparł się łokciami o barierkę i splunął do wody.
- Mamy więc skroić twojego brata. Ciekawie się zapowiada.
Przez cały tydzień Seweryn dużo myślał o tym, co wyjawił mu Maks podczas ostatniego spotkania. To było sprytne - żądać okupu za porwanie, którego się nie dokonało, którego w ogóle nie było. Maks i jego dziewczyna wynajdywali średniozamożne rodziny z dziećmi i rozpracowywali je, co nie było specjalnie trudne przy dzisiejszym upublicznianiu informacji w mediach społecznościowych. Nie czekali długo na nadarzającą się okazję. Wystarczyło, że nastoletnie dziecko poszło do kolegi albo na pizzę, wtedy dziewczyna Szczurka dzwoniła do owego nastolatka i udając przedstawiciela operatora, prosiła o wyłączenie telefonu na dwie godziny. Potem do akcji wkraczał Maks, dzwonił do rodziców i informował, że ma ich dzieciaka, żądał niewielkiej kwoty płatnej zaraz, dosłownie za godzinę. Obiecywał, że uwolni córkę lub syna natychmiast po otrzymaniu kasy. Przerażeni rodzice dzwonili do dziecka, ale ono miało wyłączony telefon. Niemal wszyscy płacili, zostawiali pięć, dziesięć tysięcy złotych w umówionym miejscu. Niczego nieświadome dziecko wracało po jakimś czasie do domu, a rodzice szybko się orientowali, że żadnego porwania nie było. Maks żartem zapytał, czy Seweryn nie zna jakiejś rodziny z dziećmi, której nie lubi. Znalazł jedną, swoją własną.
- Mam go tak dosłownie porwać, to znaczy zabrać? - zapytał niemal szeptem Szczurek.
- Tak.
- A nie lepiej, żebyś ty go gdzieś ukrył, a ja zgłoszę się do twojego brata po okup?
- Nie, to ma wyglądać na prawdziwe porwanie. Ty uprowadzisz Tymka, a po kasę zwrócisz się do mnie i mojej żony.
- A ty pożyczysz pieniądze od brata?
- Tak.
- Przecież to, kurwa, nie ma sensu. I tak będziesz musiał mu kiedyś oddać tę forsę.
- Nie, nie będę musiał, nie będzie chciał zwrotu. Robert uwielbia mojego Tymka, zapłaci i powie, że nie mamy u niego żadnego długu.
Gdy zapalał kolejną fajkę, ręce mu się trzęsły. Był zły, że nie panuje nad swoim ciałem. Marta na pewno zauważy, że coś złego się z nim dzieje, skoro wrócił do nałogu.
- Jeżeli twój brat jest tak hojny, to po prostu zaciągnij u niego bezzwrotną pożyczkę. Po co to całe porwanie? Nie rozumiem.
Seweryn zachichotał i zaraz ucichł, bo na most weszła para przytulonych do siebie młodych ludzi. Wolał nie zwracać uwagi na siebie i Maksa.
- Robert nie jest hojny. Jest przemądrzałym dupkiem z wielką kasą. Gdybym poszedł do niego po pieniądze, to by mnie wyśmiał.
- A jeśli nie zapłaci okupu? Chyba musimy się przygotować na taką ewentualność?
- Gdyby się wahał, to nasza matka go przekona, że powinien zapłacić.
- Sto tysięcy dla mnie, a dla ciebie?
- Dla mnie dwieście, czyli zażądasz trzystu tysięcy okupu. Tylko pamiętaj, że mój syn nie może na tym ucierpieć. Twoja dziewczyna lubi dzieciaki?
- Lubi, nie martw się, będzie go niańczyć jak swojego. Mały nawet nie zauważy, że nie jest z matką.
Przez kilka minut omawiali szczegóły, a na koniec przypieczętowali swój plan uściskiem dłoni. Szczurek się uśmiechnął. W świetle lampy szpara między jego zębami była dobrze widoczna i nadawała twarzy sympatyczny wyraz. Wyglądał jak zabawny koleś, a nie jak niebezpieczny porywacz czy przebiegły oszust.