Wagon pocztowy
Dzień był upalny. Na odkrytym basenie opalały się tłumy ludzi. Borewicz szedł nieśpiesznie, rozglądając się wokoło. Spojrzał za siebie. Pod prysznicem w strugach wody stały dwie dziewczyny. Jedna nich odchyliła głowę tak, że w ostrych promieniach słońca wyglądały jak reklama coca-coli.
Borewicz skierował się w stronę wysokiej wieży do skoków. Zręcznie wspiął się na górę i stanął na krawędzi pomostu. Odbił się mocno z przysiadu i wyrzucając przed siebie ramiona, skoczył. Po chwili wypłynął. Szybkim ruchem wspiął się na krawędź basenu. Wytarł oczy i ruszył w kierunku trawnika zastawionego leżakami. Podniósł kolorowy ręcznik frotté i z przyjemnością wyciągnął się na leżaku. Przy sąsiednim leżaku stała duża torba z napisem LOT. Sławek przymknął oczy.
W przejściu między szatnią a bufetem przez automat telefoniczny rozmawiała zgrabna szatynka w czerwonym bikini, stewardesa, z którą niedawno wracał z Krakowa.
- W przyszłym miesiącu byłoby już sakramencko gorąco. A teraz... - nie dokończyła pełna zachwytu. - No i mam człowieka. Dwa wieczory biorę na siebie. Do jutra. Odłożyła słuchawkę i wróciła na leżak.
Stanęła nad leżącym Sławkiem, zasłaniając słońce. Borewicz otworzył oczy.
- Przełożyli mi lot. Jutro jem kolację z pewnym milionerem w Bangkoku. Wiem - dodała znacząco - że mu się podobam.
- No to jest głupi - powiedział Sławek, nie podnosząc głowy.
- Dlaczego? - zapytała napastliwie.
- Bo jeśli chłop dopuszcza do tego - przekręcił się na wznak, by spojrzeć na stojącą nad nim Małgosię Czarnecką - że taka baba jak ty wie, że on się w niej kocha, to jest dupa, a nie podrywacz. Przecież ty i tak jesteś chodzącym trzecim stopniem samouwielbienia i trzeba się raczej trzymać w przekonaniu, że masz pryszcz na nosie.
- A ty jesteś głupi gliniarz. Milionerzy nie muszą stosować sztuczek nędznych warszawskich podrywaczy. I nawet nie jest stary, nie ma brzucha i nie jest łysy.
- Jak wrócisz, to ja też zabiorę cię na kolację do milionera. Tu na miejscu. Też nie ma brzucha, nie jest łysy i nie jest stary. Chodziliśmy razem na prawo. Ma willę, konie pod wierzch, kryty basen, kort tenisowy i saunę.
- I pewnie wizytę zaczniemy od tej sauny.
- Nie.
- O - zdziwiła się. - A to dlaczego?
- Bo jest ciasno, twardo i gorąco - wyjaśnił rzeczowo.
- A milioner co wytwarza z plastiku? Obcasy czy długopisy?
- Ma dwa fakultety i wymyślił parę mądrych rzeczy, z których kraj ma duże pieniądze i to w dolarach.
- Żonaty? - zainteresowała się.
- Tak. I nawet bardzo lubi swoją żonę.
Małgosia machnęła lekceważąco ręką.
- To do gazu.
Odwróciła się w stronę żywopłotu i zaczęła się przebierać.
- Idziemy? - zapytał Sławek.
- Tak - powiedziała zdecydowanie. - Tu mnie zaprosisz na piwo, a potem obiecałeś zaprosić mnie na obiad.
Sławek westchnął. Podniósł się i wciągnął na plecy podkoszulek. Stwierdził niezwykle serio.
- Zdaje się, że ciągle robię lekkomyślne obietnice. No to co: ślimaki, bażant pod beszamelem i białe wino. Przed Bangkokiem... niżej zejść nie mogę - zabrzmiało to przesadnie poważnie.
Małgosia zainteresowała się.
- Oblatany widzę jesteś - powiedziała z uznaniem. - To w konsumach milicyjnych tak jadacie?
- Tak, i to na co dzień - potwierdził. - Z tym, że na przystawkę radziecki kawior.
- A deser? - zapytała.
Sławek uśmiechnął się rozmarzony.
- Jadłem kiedyś deser. Jak bawiłem się jeszcze w handel zagraniczny, konsul zabrał mnie w Londynie na lunch.
- Wyobraź sobie - Sławek aż uniósł się na łokciu - na głębokim talerzu gorące konfitury z wiśni. W tym dwa grube plastry świeżego ananasa, na tym porcja lodów z kremem i to wszystko w momencie podania, oblane gorącą czekoladą.
Małgosia słuchała bez słowa, głęboko nad czymś zamyślona. Po chwili zapytała z udawanym niepokojem.
- Ty, czy ty w ogóle jesteś chłop?
- Zapamiętaj. Każdy mężczyzna lubi słodycze. Ale tylko prawdziwi mają odwagę się do tego przyznać - uśmiechnął się rozbawiony.
Małgosia zarzuciła na ramię torbę.
- Może kiedyś sprawdzę - powiedziała z obiecującym wiele namysłem.
- To może dziś jeszcze, przed tym Bangkokiem. Żebyś miała co wspominać przy kolacji z milionerem.
- Taki pewny jesteś siebie.
- Na ciebie też trochę liczę. Czy znowu coś lekkomyślnie wymyśliłem?
- Głupi glina - parsknęła ze śmiechem, wstając z leżaka.
Z głośnika nad szatnią sączyła się zniekształcona pogłosem smętna melodia. Sławek z Małgosią stali przy bufecie i pili z butelek piwo. Sławek obejrzał butelkę, wstawił ją do kosza i oboje skierowali się do wyjścia.
***
Pociąg stał na niewielkiej stacji. Zaciekawieni pasażerowie wyglądali przez pootwierane okna wagonów. Zaczynali się niepokoić. Niektórzy wychodzili na peron.
- Upał też widocznie jest już klęską żywiołową dla kolei - zgryźliwie skomentował starszy mężczyzna, wychylając się mocniej.
W przedziale wagonu sypialnego ktoś odsłonił roletę. Ukrywając negliż, pasażerowie wyglądali w stronę lokomotywy. Na peronie stali skonfundowani czymś pracownicy kolei.
Pod drzwi wagonu pocztowego podjechał wózek. Pracownicy poczty zaglądali przez okna do środka. Jeden walił z całej siły pięścią w ścianę ambulansu.
Z budynku stacyjnego, pośpiesznie dopinając ciasnawy mundur, wyszedł zawiadowca. Tuż obok dreptał kierownik pociągu. Nerwowo wyłamywał palce. Zawiadowca starał się uspokoić kolejarza.
- Niech pan się zastanowi - perswadował pobłażliwie. - Napad na wagon pocztowy? Panie Wasilewski, a może i na hrankard. I zrabowali wam te truskawki, co je codziennie wozicie do Wiednia.
Przeskoczyli przez tory i podeszli do wagonu pocztowego. Zebrał się tu już spory tłum pasażerów i kolejarzy. Niektórzy usiłowali zaglądać przez okna. Inni, manewrując wózkiem pocztowym, próbowali znaleźć dogodniejsze miejsce, aby zajrzeć do środka. Kiedy zawiadowca z kierownikiem pociągu podeszli bliżej, kolejarze rozstąpili się z szacunkiem. Zawiadowca rozejrzał się, wspiął na wózek stojący przy oknie i zajrzał do środka. Przez zakurzone szyby niewiele było widać. Mężczyzna przesunął czapkę na tył głowy i przysłonił oczy ręką. Przy stole siedziało dwóch ludzi. Głowy mieli oparte bezwładnie na blacie. Usta rozgniecione siłą bezwładu zniekształcały rysy. Oczy półprzymknięte powiekami robiły wrażenie martwych. Ręce jednego z pocztowców zwisały ku ziemi.
Tuż za nimi leżał rozciągnięty na podłodze mężczyzna ubrany w mundur pracownika poczty. Wysoki worek zasłaniał mu twarz. Obok leżała butelka po piwie.
- Popili się, do kurwy nędzy? - zastanowił się zawiadowca, zeskakując z wózka. - Próbowaliście otwierać?
- Od wnętrza zamknięte na sztabę.
- Zgodnie z regulaminem - wtrącił ktoś.
- Panie zawiadowco - odezwał się maszynista. - Mamy już 20 minut spóźnienia. Zawiadomcie Kaliską i puszczaj pan pociąg. I tak już do Łodzi nie dojadę według rozkładu.
- Przecież nie odprawię pociągu z trzema trupami w środku - zaoponował zawiadowca.
- Wyważyć kraty w oknie.
- Tylko milicja może wchodzić na miejsce przestępstwa - wtrącił się funkcjonariusz SOK. - Trzeba zabezpieczyć ślady. Tu chodzi o mienie państwowe i dobro śledztwa.
- A jak oni jeszcze żyją? W dupie mam rozkład jazdy i zabezpieczanie śladów. Wyważać okna i ratować ludzi - zarządził kierownik pociągu. - To ważniejsze niż zasrany złodziej razem z waszymi śladami. Odczepić wagon. Na bocznicę i puścimy pociąg bez poczty.
- Trzeba sprawdzić, czy boczne drzwi są może otwarte - rzucił któryś z bagażowych.
Ktoś wszedł między wagony i zaczął rozpinać łączenia. Konduktor skierował się do sąsiedniego wagonu.
- Otwarte - krzyknął zdziwiony.
W tym momencie między dyskutującymi przecisnęła się elegancka kobieta po pięćdziesiątce. Poprawiła okulary.
- Czy coś się stało? Jestem lekarzem.
- Tak, pani doktor - ucieszył się zawiadowca - mamy chyba morderstwo.
Zaskoczona spojrzała na kolejarza i bez słowa, opierając się o jego ramię, zręcznie wspięła się na wózek. Zajrzała przez okno.
- No to macie trzy żywe trupy. Ten leżący na podłodze żyje na pewno, a i ci dwaj przy stole chyba także. Na co czekacie? Pogotowie i otwierajcie drzwi - zeskoczyła z wózka.
- Tędy, bokiem, pani doktor - wskazał kolejarz. Lekarka szybkim krokiem podeszła do końca wagonu. Jeden z kolejarzy podał jej rękę, aby mogła wygodnie wejść po schodkach.
- Sama wejdę. Pogotowie zawiadomione?
- Tak. Podobno już jadą.
- To niech się pan upewni. Z nimi ostatnio nic nie wiadomo. To nie wygląda najlepiej.
Energicznie pchnęła drzwi i weszła do środka. Tuż za nią stanął zawiadowca.
- Niech pan dalej nie wchodzi.
Podeszła do leżącego. Wzięła go za puls.
- Żyje, tętno normalne - odchyliła powiekę.
Kolejno zbadała dwu pozostałych.
Podeszła do stołu, na którym stały trzy butelki po piwie. Przyjrzała im się dokładnie. Jeszcze jedna leżała na podłodze.
Z daleka narastał jęk syreny.
- Bierzcie ich - machnęła ręką do kolejarzy - ale na wszelki wypadek niczego nie ruszać.
Kiedy wynoszono ostatniego z pocztowców, na peronie zjawili się milicjanci w towarzystwie dwóch sokistów. Na peron wjeżdżała karetka pogotowia.
- Panie zawiadowco - zwrócił się do kolejarza sierżant - proszę wagon zaplombować i na razie niech nikt tam nie wchodzi.
Na peronie rozłożono koce i na nich ułożono nieprzytomnych pocztowców. Lekarka uklękła obok i zaczęła dokładniejsze badanie. Najpierw puls, a potem stetoskopem słuchała pracy serca.
- Czy grozi im jakieś niebezpieczeństwo? - nachylił się nad nią zawiadowca.
Kobieta, nie przerywając badania, zaprzeczyła ruchem głowy.
- Nie, ale to nie robi wrażenia zatrucia alkoholowego. Wygląda mi to na działanie jakiegoś środka usypiającego.
- Jak długo mogą być nieprzytomni?
- Trudno powiedzieć. W każdym razie jak najszybciej muszą trafić do szpitala.
W tym momencie rozległ się dźwięk syren. Radiowóz, a za nim dwie karetki wjechały na stację. Na peron wysiadła większość pasażerów. Samochody przebijały się z trudem przez rozgorączkowany, plotkujący tłum. Liczba zamordowanych urosła już do pięciu, łącznie z maszynistą i zgwałconą konduktorką.
- Chciałbym nazwiska tych ludzi - zwrócił się do zawiadowcy milicjant.
- Dwóch będą w dokumentach wagonu - zastanowił się zawiadowca. - Dwóch? - powtórzył. - Ale co tam robił ten trzeci? Załogę wagonu stanowi tylko dwóch pocztowców. Kim jest ten trzeci?
- A wiecie, który jest "ten trzeci"? - zapytała lekarka, akcentując ostatnie słowa.
Zmieszany zawiadowca milczał przez chwilę.
- Trzeba natychmiast ustalić, czy nie zginęło coś z wagonu. Coś tu, kurwa, jest nie w porządku.
- Z tym poczekamy, aż przyjadą od nas - powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu milicjant.
***
Biały polonez pędził szosą, wyprzedzając wlokące się jedna za drugą furmanki. Prowadziła sierżant Olszańska. Obok siedział Borewicz. Kiedy furmanki zaczęły jechać też z naprzeciwka, uniemożliwiając wyprzedzanie, Ewa wykonała energiczny manewr w prawo i zjechała na pobocze, wzbijając tumany kurzu. Samochód na moment ostro przechylił się na bok, a koła zabuksowały na miękkim podłożu. Na chwilę ustawiło ich skosem. Ewa była jednak wytrawnym kierowcą. Wystarczyło parę metrów. Wyprowadziła samochód z powrotem na asfalt. Borewicz złapał się odruchowo ręką za uchwyt nad oknem.
- Dopilnuj, żeby w szpitalu umieścili każdego w osobnym pokoju - wydawał polecenia przez radiotelefon. - Dopóki ich nie przesłucham, nie mogą się kontaktować. Za ile będą wyniki przeszukania ambulansu? Odbiór.
- Już ci podaję - głos oficera ze stanowiska dowodzenia był lekko zniekształcony. - Zginęły dwa listy wartościowe. Jeden 250 tys. i drugi 160 oraz jeden list dworcowy z Politechniki Warszawskiej do jakichś zakładów na Śląsku.
Polonez, nie wyhamowując, przeleciał wąskimi uliczkami Sochaczewa.
Sławek wsunął słuchawkę w zaciski. Spojrzał na licznik. Strzałka wskazywała 120.
- Kotek, ja jadę do szpitala na przesłuchanie, nie na ostry dyżur.
Odpiął klamrę i przepasał się pasem bezpieczeństwa. Ewa roześmiała się.
- Starzejesz się. Jeszcze trochę, a kupisz sobie kapelusz i będziesz siadał z tyłu jak porucznik Zubek.