Przerwany urlop
Nad jeziorem zachodziło słońce. Gładką powierzchnią wody nie poruszał nawet najmniejszy wiatr. Jedynie kolory mieniące się na wodzie dodawały ruchu nieruchomemu krajobrazowi. Nagle w ciszę wdarł się głos kukułki, a potem ostry dźwięk silnika motorówki. Spokojną taflę wody rozbiła para nart wodnych. Dziewczyna świetnie manewrowała podczas zakrętów łodzi.
Borewicz uwolnił się z objęć przystojnej brunetki i wstał z koca. Wciągnął szybko spodnie. Ze złością spoglądał na hałasującą motorówkę.
- Strefa ciszy, psia krew! - krzyknął z oburzeniem.
- To ci filmowcy. Mówiłam, że coś tu kręcą. Widziałam Stalińską - powiedziała niemal z dumą dziewczyna.
Borewicz obejrzał się z uśmiechem, już spokojny. Jego towarzyszka, wkładając podkoszulek, spoglądała zalotnie spod rzęs.
- Przyjdziesz na wieczorek zapoznawczy?
Borewicz wsiadł do roweru wodnego, nie odpowiadał. Dziewczyna zwinęła koc i podeszła do brzegu.
- Czy ty troszkę nie przesadzasz? - zapytał z przekąsem.
Zerknęła na niego z zaciekawieniem.
- Nie, dlaczego?
***
Po zakolu rzeki płynęła łódź z baldachimem. Kobieta siedząca w łodzi była ubrana w staroświecką suknię epoki zakrywającą sylwetkę aż do ziemi, w ręku trzymała parasolkę. Słońce prześwietlało tiulowe koronki.
- Czy ty słuchasz, co ja mówię? - krzyknął w jej stronę reżyser.
Kobieta spojrzała na brzeg.
- Mam dosyć - poskarżyła się. - Jestem cała przemoczona.
Łódka przybiła do pomostu.
- To co, jestem wolna? - zapytała.
Reżyser spojrzał na nią z lekkim uśmiechem, ukrywając zniecierpliwienie.
- Trzeba mieć do ciebie anielską cierpliwość - powiedział. - Tak, zrób sobie przerwę.
- To idę się wykąpać.
Po chwili kobieta zdjęła strój. Najpierw perukę, następnie suknię. Pod peruką miała krótko ostrzyżone włosy. Została w kostiumie kąpielowym. Podeszła do brzegu, aby sprawdzić, czy woda jest ciepła. W tym samym czasie do pomostu podpłynął Borewicz. Spojrzał z uśmiechem na gwiazdę.
- Proszę uważać. Woda jest zimna - ostrzegł ją.
- Rzeczywiście, okropnie... - wstrząsnęła się, dotykając tafli stopami. - Nie boi się pan tak daleko wypływać?
Borewicz uśmiechnął się szerzej.
- To sprawa treningu.
- Albo braku wyobraźni - wypaliła bez zastanowienia.
- Do wszystkiego można się w życiu przyzwyczaić - ton Borewicza był dwuznaczny.
- Ma pan na myśli pływanie czy życie?
- I tu, i tam są zwolennicy płytkiej i głębokiej wody. Ale najlepiej zaczynać od strzałki.
- Od czego? - spytała kobieta, udając naiwność.
- Od strzałki - Borewicz z miną pedagoga wyciągnął ręce przed siebie. - Kładzie się pani... o tak na wodzie, nogi wyprostowane, kopią, ręce do przodu. Pokazać?
Stalińska uśmiechnęła się lekko.
- Tak. Z chęcią popatrzę.
Borewicz rzucił się na wodę. Popłynął popisową strzałką, wybijając stopami strugi wody. Zatrzymał się.
- Proszę, niech pani spróbuje - gestem zaprosił ją do wody.
Aktorka stanęła na brzegu pomostu. Starała się wyglądać na nieśmiałą, przestraszoną.
- Nie wiem, czy potrafię - krygowała się.
Borewicz spojrzał na nią poważnie.
- Ważna jest sprawa brania powietrza.
Stalińska zdjęła sztuczne rzęsy i nieudolnie przymierzyła się do strzałki. Uśmiechnęła się lekko zakłopotana, udając, że chce zrezygnować.
- Chyba bym się bała.
- Troszkę odwagi. Będę w pobliżu.
Zrobiła krok do przodu. Uniosła wolno ręce. Nagle wskoczyła ostro do wody i popłynęła motylkiem szybko do przodu.
Spojrzał ze zdumieniem i powoli za nią ruszył. Aktorka zawróciła i dopłynęła do Borewicza, który wyraźnie się zmęczył. Z trudem łapał powietrze. Kobieta uśmiechnęła się lekko.
- Ważna jest sprawa brania powietrza.
Wyciągnęła rękę.
- Stalińska.
Borewicz podał jej rękę lekko zmieszany.
- Borewicz.
- No to dalej... strzałką? - uśmiechnęła się przekornie.
- Tak, jasne - odpowiedział Borewicz już całkiem swobodnie.
Popłynęli spokojnie razem. Wokół nich pieniła się woda.
Niedaleko przepływała dziewczyna na nartach wodnych, wzbijając falę, która z łomotem uderzała o pomost.
Borewicz i Stalińska wyszli z wody.
- No to co pan właściwie robi?
- Widzi pani, pracuję w takim resorcie, w którym pani środowisko lubi mieć przyjaciół, ale niechętnie się z nimi pokazuje. Jestem gliniarz. Milicjant.
Kobieta pokręciła głową z niedowierzaniem.
- A to mnie pan zaskoczył.
- Że nie robię wrażenia faceta, który nie odróżnia kaloryfera od akordeonu?
- Stare dowcipy - aktorka machnęła lekceważąco ręką.
Sięgnęła po ręcznik i wytarła mokre włosy.
- Pani Stalińska proszona na plan! - usłyszeli nagle głos z megafonu.
Aktorka oddała Sławkowi ręcznik.
- Muszę lecieć. Podobno macie dziś wieczorek zapoznawczy. Jestem zaproszona?
Borewicz zakrztusił się ze śmiechu.
- No... ciekawa propozycja. Gwiazda w ramionach milicjanta.
- Niech pan nie przesadza. Mieszkam w domku numer dziewięć. Już idę! - krzyknęła w stronę ekipy filmowej i szybko ruszyła pomostem.
***
Na tarasie ośrodka wypoczynkowego panowała cisza. Przy stolikach siedziało kilka osób. Stalińska w długiej sukni z parasolką w ręku podeszła do Borewicza.
- Przyszłam się z panem pokazać - uśmiechnęła się zaczepnie.
Borewicz wstał od stolika i poczekał, aż aktorka usiądzie.
- Ja naprawdę nie mam kompleksów - powiedział - ale jeśli mi to coś ułatwi, to zaraz mogę jej mieć.
- Napiłabym się wina - odpowiedziała Stalińska.
- Zapraszam. Mam butelkę oryginalnego francuskiego.
- Z milicyjnej kantyny? Nieźle - skomentowała uszczypliwie.
- Nie. Prezent. Ale z Moskwy.
- No to pana ratuje. Na kiedy jestem zaproszona?
Borewicz popatrzył na nią z niedowierzaniem.
- Natychmiast - rzucił. - Albo zaraz po zdjęciach - spojrzał na jej strój.
Do Borewicza podeszła recepcjonistka.
- Pan Borewicz? - upewniła się.
Porucznik uniósł zdziwiony brwi. Obok recepcjonistki stał listonosz.
- Tak - potwierdził.
- Depesza do pana.
Borewicz wziął depeszę. Pokwitował i dał listonoszowi napiwek. Stalińska spojrzała na niego z ironią.
- Funkcjonariusz milicji ludowej daje napiwki? Nie kształtujemy nowej socjalistycznej moralności człowieka pracy?
Borewicz rozerwał depeszę.
- Będziemy się szczypać? - zapytał niezadowolony.
Stalińska pokiwała głową z uśmiechem.
- Trochę mnie korci - przyznała.
- Pozwoli pani? - wskazał na depeszę.
Szybko przebiegł wzrokiem kartkę.
- Niech to szlag trafi - zaklął.
Stalińska przyjrzała się minie Borewicza.
- Zgadnę?
- No...?
- Rozkaz przerwania urlopu i polecenie stawienia się do zadań służbowych.
- Zgadza się - westchnął. - Nie dość, że urlop we wrześniu, to mi go zabierają.
Aktorka wyprostowała się jak struna.
- Dokonano zaboru mienia społecznego. Porzuca pan słońce, wodę i dziewczynę, goni pan łobuza, lekka rana, w nagrodę następna gwiazdka, szef ściska dłoń, kieliszek koniaku, naturalnie radzieckiego i wyjazd do sanatorium MSW. Tak?
Borewicz uśmiechnął się.
- Mój szef woli czystą - to po pierwsze, nie ma zaboru mienia, tylko współpracownica poszła do szpitala - to po drugie, a szef ma stan przedzawałowy - to trzecie. I jutro rano mam być w robocie.
- Po asa bezpieczeństwa przyleci helikopter? - zapytała ironicznie.
- Powiedziałem wyraźnie: jestem szeregowy gliniarz. Czeka mnie pociąg. I to zaraz.
Stalińska wstała i rozłożyła parasolkę.
- A ja myślałam, że będę podrywana.
- Myślę, że gwiazda polskiego filmu wymaga więcej niż godziny i kwadransa.
- I słusznie pan uważa. Podrzucę pana na stację.
- A telefon pani w Warszawie dostanę?
- Niech się pan postara. Przy pana możliwościach...
***
Do molo w Sopocie podjechał ferrari. Z samochodu wysiadł Moderski w płaszczu Burberry. Na szyi miał fantazyjnie zawiązaną apaszkę. Wokół fruwały mewy. Na molo było pusto. Niebo zachmurzone.
Mężczyzna skierował się w stronę pięknej kobiety stojącej przy balustradzie. Obejrzał się niespokojnie kilka razy. Kobieta zauważyła go. Czekała z poważną miną, aż do niej podejdzie. Popatrzyli na siebie bez słowa.
Wreszcie Moderski zapytał z wahaniem.
- Ania?
Kobieta milczała.
- Niewiele się zmieniłaś.
- Nie pocałujesz mnie? - odezwała się cicho.
Moderski niezgrabnie ją objął i ucałował w policzek.
- Dlaczego nie chciałeś przyjść do mnie? Jak mnie w ogóle znalazłeś? Bo dzwoniłeś z Warszawy - dodała zaniepokojona.
- W książce telefonicznej - wyjaśnił. - Nie wyszłaś za mąż?
Ania uśmiechnęła się ze smutkiem.
- Rozeszłam się i wróciłam do naszego nazwiska.
- Masz dzieci?
- Córkę. Ma pięć lat.
- Chciałbym ją kiedyś zobaczyć - poprosił niepewnie Moderski.
- Dlaczego kiedyś? - zdziwiła się. - I co- stajesz się rodzinny? Ty, który przez piętnaście lat nie dałeś znaku życia? Przez pierwsze dwa lata mama szalała z rozpaczy. Potem, jak się okazało, że żyjesz, ojciec cię znienawidził. Mama, umierając, powiedziała: "To ja już go nie zobaczę". A ukochany synek nie raczył nawet przysłać paru kwiatków na pogrzeb.
Moderski jej nie słuchał. Rozglądał się niespokojnie, chociaż na plaży nie było żywego ducha.
- Aniu. To wszystko nie jest takie proste - wziął ją za ręce. - Wiem, że nie jestem w porządku. Pomogę ci finansowo. Mam teraz z czego.
- Dziękuję. Obejdzie się - wzruszyła ramionami.
- Ty też masz mi za złe? - spojrzał jej prosto w oczy.
Ania popatrzyła pół drwiąco, pół smutno.
- Miałam. Teraz już nie - odwróciła twarz.