Major opóźnia akcję
Echo kroków niosło się pustym korytarzem. Przed strażnikiem szedł młody, dwudziestokilkuletni mężczyzna. Widać było, że spędził w więzieniu jakiś czas. Był blady. Zmęczony. Kędzierzawe włosy opadające prawie do ramion i wielodniowy zarost sprawiały, że wyglądał niechlujnie. Jeszcze chwila, a znajdzie się na wolności. Szczęk zamka. Drugi strażnik otworzył kratę, droga do wolności stała otworem.
- Dowód - Kozicki Tomasz, zegarek na rękę z metalu białego, portfel, bilet do Warszawy, książeczka oszczędnościowa - kładł na biurku strażnik. - Pokwituj.
- Teraz to już nie ty, ale pan pokwituje - odpowiedział arogancko Kozicki.
- Kwituj, kwituj - nie dał się zbić z tropu strażnik - zamiast panować, radzę się ogolić.
- Za radę dziękuję - odparł z kpiną mężczyzna. - Do widzenia.
- Tu radzę nie używać tego zwrotu, proszę pana - zaakcentował drwiąco strażnik. - To zła wróżba.
- Będę uważał - Kozicki machnął ręką na pożegnanie. Ruszył korytarzem, na końcu którego znajdowała się krata.
***
Był poranek, na ulicy pojawili się pierwsi przechodnie. Masywna żelazna brama więzienia lekko się uchyliła. Stanął w niej Kozicki. Głęboko wciągnął powietrze. Przymrużył oczy, oślepiony ostrym zimowym słońcem. Niepewnie zrobił krok naprzód. Żelazna brama zamknęła się z łomotem. Nie był ubrany odpowiednio na tę porę roku. Lichy płaszczyk pamiętał lepsze czasy. Mężczyzna trzymał w rękach zawiniątko. Rozejrzał się. Odetchnął pełną piersią i pewnym krokiem pomaszerował naprzód, radośnie pogwizdując.
Tuż za rogiem obejrzał się za siebie i wyjął paczkę papierosów. Delikatnie wyjął jednego, który różnił się grubością i kształtem od reszty. Przerwał bibułkę. Drobnymi literkami na wewnętrznej stronie ktoś napisał: "Cynk w pośredniaku".
Mężczyzna uśmiechnął się do siebie, strzepnął okruchy tytoniu. Rozejrzał się uważnie wokół. Na widok zbliżającego się patrolu milicyjnego przedarł bibułkę na cztery części i starając się nie zwracać niczyjej uwagi, połknął.
***
Kiedy na Dworcu Centralnym Kozicki wjechał ruchomymi schodami, z ciekawością rozejrzał się po hali. Kilkakrotnie ostrożnie się obejrzał i ruszył do wyjścia.
Automatyczne drzwi go zaskoczyły. Kiedy same się za nim zamknęły, zrobił krok do tyłu, jakby chciał wejść z powrotem. Tak spodobała mu się zabawa, że powtórzył tę czynność dwa razy. Takie urządzenia były dla niego nowością.
***
Szyba w zakładzie fryzjerskim była częściowo zaparowana. Na ścianach wisiało kilka plakatów modelek prezentujących najmodniejsze fryzury.
Na fotelu odchylony w tył siedział Kozicki. Pogwizdywał. Twarz miał namydloną. Fryzjerka o skórzany pas ostrzyła brzytwę. Była to niebrzydka dziewczyna o pełnych kształtach. Kiedy nachyliła się nad nim, przesunął lustro, aby lepiej widzieć jej głęboki dekolt. Uśmiechnął się. Fryzjerka odwzajemniła uśmiech i pacnęła pianą w swoje odbicie w lustrze. Wzięła mężczyznę delikatnie za nos i odchyliła, zaczynając golenie.
- Dawno się pan chyba nie golił - zagadnęła sympatycznie, jakby z troską w głosie.
- No, brzytwą... Dosyć dawno.
***
Mieszkanie Marty było skromnie urządzone. Pośrodku stało duże łóżko, obok stolik nocny i lampa, naprzeciwko biblioteczka. Na ścianach, podobnie jak w salonie fryzjerskim wisiało kilka plakatów.
Był wczesny ranek. Jeszcze nie wstali z łóżka.
- Dopóki sobie czegoś nie znajdziesz, możesz zostać - zagadnęła Marta.
Kozicki, już ogolony i ostrzyżony, usiadł na łóżku. Wyglądał całkiem nieźle. Rozejrzał się po mieszkaniu. Przeciągnął się. Chwilę nad czymś się zastanawiał.
- Nie przełączaj tylko na prysznic - poprosiła. - Psika bokiem.
Wstała. Miała zgrabną sylwetkę i ładne piersi. Mężczyzna patrzył na nią z pożądaniem.
- A może znalazłabyś dla mnie jeszcze piętnaście minut?
- Znajdę, ale pół godziny - roześmiała się i wskoczyła do łóżka.
***
W pośredniaku kilka osób stało przed tablicą ogłoszeń. Nagle drzwi otworzyły się szeroko i pewnym krokiem wmaszerował Kozicki. Ledwie rzucił okiem na tablicę i podszedł do okienka.
- Jak zdróweczko, panie kierowniku? - zagadnął nonszalancko.
- Znowu pan? - odparł urzędnik z niechęcią. - Od wczoraj nic się nie zmieniło.
- Kto nie pracuje, ten nie...
- Kwalifikacje? - przerwał urzędnik.
- Dyrektorskie. Niżej nie mogę przyjąć. Może być etat wiceministra.
- Zakład oczyszczania miasta, roboty drogowe, rozładunek wagonów - wyliczał beznamiętnie urzędnik.
Mężczyzna westchnął ostentacyjnie i nie odchodząc od okienka, rozejrzał się, jakby chciał przedłużyć rozmowę.
- Nie... W Polsce nie ma szacunku dla ambitnych ludzi.
Odszedł od okienka. Rozejrzał się i skierował do drzwi. Stanął jednak i powoli wyjął paczkę papierosów. Nie spieszył się, aby wyjść z pośredniaka. Wyciągnął papierosa, przez chwilę obracał go w palcach. Nagle ktoś usłużnie podsunął mu ogień.
Kozicki obejrzał się. Z wahaniem przypalił papierosa. Przyglądał się mężczyźnie. Dobrze ubrany, w modnym, białym kożuchu, nie wyglądał na bezrobotnego.
- Może by się coś znalazło - zagadnął ściszonym głosem nieznajomy.
***
Siedzieli przy niewielkim stoliku w kawiarni na stacji benzynowej. Rozmawiali półgłosem, obserwując samochody podjeżdżające po paliwo. Za kontuarem kręciła się postawna kobieta w średnim wieku, elegancka brunetka. Od czasu do czasu zerkała z zainteresowaniem na rozmawiających.
Kozicki posłodził kawę. Zamieszał wolno, starannie rozpuszczając cukier.
- Niżej pięciu tysięcy nie wchodzi w rachubę - powiedział stanowczo.
- Może być i więcej - odrzekł spokojnie starszy. - Co pan robił przedtem?
- Przedtem to przestałem chodzić do kościoła, bo nie lubię się spowiadać, panie Kreczet - odparł niegrzecznie Kozicki.
- A potem?
- Potem to mnie spowiadali.
- Za co?
-Za niewinność - to było mienie społeczne. Nieciekawa sprawa. Swoje odsiedziałem.
- Może być ciekawa. Niech pan opowie. Jak się dogadamy, to nie będzie pan żałował.
- Na razie szukam kogoś - zaczął Kozicki. - Trzeci tydzień szukam. A jak go znajdę, to będzie po kłopotach.
- I nie ma go - zakpił Kreczet, udając współczucie.
- Zniknął.
- Kto to jest?
Kozicki sięgnął po paczkę Marlboro leżącą na stole. Przypalił. Zaciągnął się. Widać było, że sprawia mu to wielką przyjemność.
- To jest Lulek - powiedział w końcu.
- Lulka trudno znaleźć - powiedział ostrożne Kreczet. - A jak ciebie nazywają?
- Tom.
- Nigdy Lulek nic o tobie nie mówił.
- A pytał pan o mnie?
- Jak trzeba będzie, to się zapytam. Nie słyszał pan o tej sprawie. W Expressie nawet pisali...
- Wtedy kiblowałem - przerwał Tom.
- Dobre. Masz prawo jazdy?
- No.
- Czwarty raz jesteś w pośredniaku...
- Lubię spacerować.
- Może być robota.
- Gdzie, ile, za co? - zapytał rzeczowo Tom.
- Spokojnie. Najpierw mi opowiesz o sobie.
- Miło było. Lubię w pracy zaufanie. Ukłony dla małżonki - podniósł się ostentacyjnie.
- Siadaj. Robota jest dobra.
- Nie chcę kiblować.
- Pewna i czysta - uspokoił go Kreczet. - Zastanów się do jutra.
Kozicki zapiął jesionkę.
- Do jutra zabraknie mi szmalu, żeby tu przyjechać.
Mężczyzna popatrzył uważnie. Wyjął z kieszeni zwitek banknotów. Powoli położył na stoliku 100 złotych. Kozicki uśmiechnął się bezczelnie.
- Zupełnie zapomniałem. Nie jeżdżę tramwajami, tylko gablotą.
Mężczyzna zapiął kożuch i schował papierosy.
- A ja zapomniałem ci powiedzieć, że nie jestem z Caritasu - odpowiedział.
***
Następnego dnia w kawiarni na stacji benzynowej było pusto. Ktoś delikatnie rozsunął żaluzje. Przez okno obserwował Toma idącego pośpiesznie do lokalu.
***
Do stolika, przy którym siedzieli Kreczet i Tom, podeszła kelnerka. Wysoka, zgrabna zadbana kobieta w średnim wieku. Spojrzała z zainteresowaniem na Toma. Uśmiechnęła się lekko.
- Miłych znajomych ma pan, prezesie. To co zwykle? - zapytała.
Spojrzała na Toma.
- A pan?
- Kawę - odpowiedział za niego Kreczet. - On będzie dzisiaj jeździł. I nigdy ani kropli alkoholu.
Położył na stoliku kluczyki. Kelnerka jeszcze spojrzała na Toma z zainteresowaniem i odeszła. Tom popatrzył za nią. Kobieta, podchodząc do baru, obejrzała się i weszła na zaplecze. Po chwili wziął do ręki kluczyki.
- Mercedes? - zapytał ze znawstwem.
- Lubię takich jak ty - mężczyzna kiwnął głową z zadowoleniem. - Masz pozdrowienia od Lulka.
Na twarzy Toma pojawiło się zaskoczenie, ale momentalnie się opanował.
- Wyszedł? - zapytał zdziwiony. - Kiedy?
W napięciu obserwował rozmówcę.
- Gryps. Zarekomendował cię.
- Dobrzy jesteście - uśmiechnął się. - Lubię z takimi pracować. Czuję się bezpieczniej.
- Wyjedziesz na dwa dni wyjedziesz - Kreczet zmienił ton rozmowy na bardziej konkretny. - Rozwieziesz towar. Paski do zegarków, wkłady do długopisów. Dwa województwa. Sklepy galanteryjne i komisy.
- Czy i damska bielizna wchodzi w rachubę? Dziękuję za dobre słowo. Nie czuję powołania do komiwojażerstwa - Tom zdecydowanym ruchem odsunął kluczyki. -Pójdę już.
- Ostry jesteś, ale głupi. Paski są dla picu. W bagażniku masz prawdziwy towar.
- Co?
- Pudełka. Małe, starannie zapakowane.
- A dalej?
- Nie twoja sprawa.
- Stosunki między chlebodawcą a podwładnym muszą się układać na płaszczyźnie szczerości i wzajemnego zaufania - stwierdził prawie z patosem Tom.
- To są pudełka. Dostarczysz je tam, gdzie trzeba. Odbierzesz należność. Oddasz mi pieniądze. I wszystko.
- Jeszcze nie.
- Piątka miesięcznie. Wystarczy?
Kreczet sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego z siebie.
- Mam brata - odpowiedział powoli Tom. - Jest hydraulikiem. Razem z fuchami ma osiem. Ledwie skończył siedem klas. A ja nawet studiowałem.