Grób numer 459
Jon
- Na dziś wymyśliłem dla Państwa temat dość nietypowy. Myślę, że nawet trochę nim Państwa zdziwię. Dotyczy tematyki "Blisko domu", ale będzie nim... kompost. Chciałbym porozmawiać z Państwem o kompoście w ogrodzie. Trochę się przygotowałem, a poza tym mam nadzieję, że ci z Państwa, którzy są już doświadczonymi ogrodnikami, pomogą mi w udzielaniu rad tym, którzy dopiero debiutują. Zapraszam do wymiany doświadczeń.
Ogród jest wspaniałą rzeczą, o czym wszyscy wiemy. Jednak dlaczego kompost, zapytacie Państwo. Odpowiadam: kompost jest spokojnym, ekologicznym, domowym cmentarzykiem ogrodu. Zapewnia równowagę. Sprawia, że przekwitłe rośliny, zamiast lądować na śmietniku, otrzymują szansę na ponowne narodziny. A ogród kwitnie dzięki naturalnemu nawożeniu bez stosowania sztucznych, toksycznych mieszanek ze sklepu ogrodniczego.
Proszę dzwonić do mnie. Nie tylko w sprawach ogrodu i kompostu. Powiedzmy, we wszystkich sprawach z nimi związanymi. Czekam na wasze telefony, zamieniając się w skrzynkę kontaktową dla wszystkich chętnych do odkrycia tajemnic kwitnienia drzew, kwiatów, owoców, warzyw albo nawet przepowiadania pogody. Cieszę się na każde interesujące pytanie!
Jestem uspokojony po pierwszych telefonach, proszę Państwa. Temat kompostu zainteresował wielu z Was i są już pierwsze pytania, w tym podstawowe: jak to się robi?
Natychmiast służę odpowiedzią, ponieważ, jak wspomniałem, przygotowałem się do tematu. Proszę Państwa, kompost powstanie, gdy wykopiemy dół pilnując, by był względnie szczelny i aby nic nie wyciekało na zewnątrz, to znaczy nie przesiąkało w ziemię dookoła. Nad kompostem należy mieć pełną kontrolę. Dalej sprawa jest prosta: jeśli wrzucimy do kompostu rzeczy martwe i poczekamy, aż się przetrawią i przemieszają, uzyskamy gwarantowaną pożywkę dla nowych roślin.
Kompost powinien stać w miejscu zacienionym, najlepiej pod drzewem. Nie należy go jednak przykrywać ani przesadnie uszczelniać. Kompost potrzebuje powietrza, by nie wyginęły w nim bakterie, niezbędne do przetrawiania zawartości. Bakterie te wytworzą pożyteczne nawozy i pożywki.
Jeżeli jednak zaniedbamy hodowlę bakterii, rozmnożą się w sposób niekontrolowany i powstanie nie kompost, lecz nieużyteczna i kłopotliwa masa zanieczyszczeń. Będzie ją trzeba wyrzucić, wraz ze zdziczałymi bakteriami i wszystkim, na czym się rozsiadły. To już duży kłopot oraz - wiecie Państwo, że jestem dość wrażliwy na tym punkcie - potworny zapach... Jeśli jeszcze doliczyć zniszczenie ziemi, niepotrzebne kopanie dołu i inne starania, okaże się, jak wiele pracy poszło na marne. Nie zapominajmy więc o następującym zestawieniu elementów: cień, powietrze, odpowiedni otwór, kontrolowana ilość bakterii. Wtedy wszystko się uda: kompost przetrawi prawie wszystko, co do niego wrzucimy. Wyliczmy dla porządku: resztki jedzenia, odpadki roślinne i zwierzęce, liście, trawę, stare papiery, bawełnę, wiskozę, len, jedwab, węgiel, kwasy roślinne, tłuszcze roślinne, cukry, białka, aminokwasy, łatwo rozkładające się metale, witaminy.... Wszystko - tylko w odpowiednich proporcjach.
Pamiętajmy: w niepozornym, wykopanym przez nas dole zatętni prawdziwe życie.
- Jon, czytasz dzisiaj wiadomości. Jean jest chora.
- Dlaczego ja? Przecież wiesz, że pracuję nad drugą częścią programu o kompoście! Muszę jeszcze posklejać kilka wypowiedzi i ustalić muzykę z operatorem.
- Nie wściekaj się! Szef powiedział, że masz to zrobić i koniec. Ja tu nie jestem od dyskusji, jeśli chcesz się z nim kłócić, idź sam.
- Dobra, dobra... Daj tę cholerną kartkę.
Drodzy państwo, mhhm, mhmm, przepraszam, czas na nasze dzisiejsze wiadomości o szesnastej pięć. Jean jest nieobecna, spróbuję ją zastąpić, liczę na to, że wykażecie państwo wyrozumiałość, liczne o tej porze roku zgniłe pomidory zamiast w okno mojego redakcyjnego pokoju wrzućcie proszę do kompostu, o którym rozmawialiśmy dwa dni temu. Tak, tak, kolega zza szyby pokazuje mi właśnie, że oddalam się od tematu, przepraszam, może drugi raz nie powierzą mi tak trudnego zadania. Więc zaczynamy:
"Dwudziestosześcioletni Lukas Tjerg z miejscowości Grudde wyłowił wczoraj na wędkę plastikową torebkę, w której znajdowały się dwa kilogramy wyrobów ze złota. Uczciwy wędkarz oddał swoją zdobycz na najbliższym posterunku policji, której zadaniem będzie ustalenie właściciela. Wędkę, która utrzymała tak grubą rybę, wyprodukowała firma Wirrington".
"Dziś o godzinie dziesiątej rozpoczęło się zebranie rady miejskiej z udziałem przedstawicieli ważniejszych firm naszego okręgu. Radzić będą nad utworzeniem nowych miejsc nauki zawodu. Przypominamy, że pomimo stosunkowo niskiej stopy bezrobocia w naszym mieście bez pracy pozostaje cztery tysiące siedemset ludzi".
"Na placu Gandhiego doszło do kolizji, w której kolejka miejska wjechała na samochód prowadzony przez siedemdziesięcioletnią gospodynię domową. Ucierpiał głównie pies, którego pani wiozła do fryzjera, oraz jadący do pracy pasażerowie kolejki, zmuszeni do piętnastominutowego oczekiwania na policję. Winnego dotychczas nie ustalono".
"Trwa akcja wysyłania paczek do Hindu-khuiu, indonezyjskiego miasteczka, które padło ofiarą trzęsienia ziemi".
*
Karina protekcjonalnie poklepała rzeźbę stojącą u szczytu grobu.
- I kto postawił mu taki piękny nagrobek? - zapytała. - Koledzy z radia czy wdzięczni słuchacze?
- Siostra.
- Miał siostrę?
- Tak. Starszą od niego o osiem lat. Praktycznie zastępowała mu rodziców.
- Znasz ją?
- Przychodzi tu bardzo często. Możliwe, że widziałaś ją wiele razy.
- Dlaczego zastępowała mu rodziców? Byli sierotami?
- Nie, na pogrzebie byli oboje, i matka, i ojciec, ale teraz sporadycznie przychodzi tylko matka. Jest już bardzo stara, a ojca nie było tu od lat.
- Ale siostra przychodzi.
- Tak. Zawsze sama.
*
- Podać ci kawę, Evelyn?
- Nie, dziękuję. Masz dziś wolne popołudnie?
- Owszem.
- Słyszałam cię wczoraj we wiadomościach.
Jon zaśmiał się gardłowo. Zasłonił usta ręką, aby kropelki kawy przypadkiem nie zabrudziły mu jedwabnego krawata.
- Poruta, co? Wiem o tym. Wiadomości nie są moją specjalnością. Robiłem to na stażu, ale potem... Nie rozumiem, jak jeszcze mogą mnie o to prosić. Nie nadaję się do odczytywania czyichś słów.
- Wcale nie zastanawiasz się nad tym, co czytasz.
- Nie. Za to bardzo zastanawiam się nad tym, co i jak mówię od siebie. I w tym, jak się zapewne domyślasz, tkwi tajemnica mojego sukcesu. Ale wiadomości...
- Wiesz, że tam w Indonezji zginęło jak dotąd piętnaście tysięcy ludzi?
- W jednym miasteczku? Chyba żartujesz.
- Zaczęło się od jednego miasteczka, tego Hindu-khuiu, o którym z taką obojętnością wspomniałeś. Trzęsienie ziemi powtórzyło się następnej nocy i objęło szeroki teren na północy kraju. Ponad sto tysięcy ludzi straciło dach nad głową.
- To... rzeczywiście tragiczne.
- A wszystko niecałe pięć lat po erupcji wulkanu. Cud, że teraz nie odezwał się ponownie.
- Cud, cud. Ale dlateczego oni tam żyją? Co chwila coś tam się dzieje: trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, powodzie. Ginie ich połowa, a ci, co zostają, zamiast uciekać, gdzie pieprz rośnie, odbudowują swoje bambusowe chatynki i pilnie rozmnażają się dalej. Pomimo że ta ukochana Ziemia ich z siebie spłukuje, wypala, wysusza, wytrząsa, a już na pewno nie karmi!
- Pewnie dlatego, że innej nie mają.
Evelyn zamknęła trzymany na kolanach egzemplarz "Science". Przed wejściem Jona przewertowała szybko artykuł o znalezieniu wody w Kuanali Tuot, jednym z kolejnych miejsc na świecie, o którym wiedziała, że nie jest szczęśliwe.
- Jon, nasz szpital dołączył się do akcji pomocy Indonezji. Wysyłamy leki, środki opatrunkowe, koce i odżywki. Przyrzeknij mi, że przyślesz do nas kogoś z radia, by zrobił dłuższą audycję, która zachęci ludzi do współpracy.
- Ja się tym nie zajmuję! Moja działka to rozmowy ze słuchaczami...
- Przyrzeknij mi. To naprawdę niewiele, co możesz zrobić dla tych, którzy urodzili się mniej korzystnie od ciebie!
- Już dobrze... Przyrzekam. Muszę już iść. Cześć, siostrzyczko.
- Zrobisz to dzisiaj? Zadzwonię do ciebie do redakcji.
- Dzisiaj, dzisiaj.
- Jon, my zbieramy też pieniądze.
- Jak mogłem o tym zapomnieć?
- Jon.
- Wyłóż za mnie setkę. Zwrócę ci pojutrze.
- Dziękuję ci. Mimo wszystko dobry z ciebie chłopiec.
*
Beks skoczył na nogi Knuta, zanim zdążyła zareagować i teraz z przerażeniem liczyła plamy tłustej ziemi na nieskazitelnie wyprasowanych mundurowych spodniach. Knut uspokajająco machnął ręką, jednak była przekonana, że jest niezadowolony.
- Przepraszam cię, Beks chyba nigdy nie nauczy się kultury. On tak z miłości, wiesz...
- Z miłości, wiem.
- Twoja żona będzie wściekła.
- Na pewno nie.
Knut zamknął za sobą drzwi budki i wolno ruszyli alejką. Popołudniowe słońce statecznie towarzyszyło im zza wysokich drzew. Beks zapomniał o obojgu i myszkował między roślinami; czasami rozpędzał się i wbiegał na nagrobki, a wtedy Karina wołała go do nogi, na co on reagował połowicznie, nieznacznie zmniejszając odległość.
- Ten dziennikarz... Jak on umarł?
- Zginął na wojnie.
- Dziennikarz?
*
Jean nadal nie było, wyglądało na to, że jej złapana podczas letnich upałów grypa należała do jakichś szczególnie złośliwych i Jon, pomimo upomnienia szefa za, jak się tamten wyraził, zbytnią dezynwolturę, nadal czytał wiadomości. Ciągle na nowo pojawiały się w nich wzmianki o kolejnych ofiarach trzęsienia ziemi. Trzeciego dnia Jon zrozumiał, że nie zdoła odepchnąć od siebie przyrzeczenia danego Evelyn, więc niechętnie zaczął rozpytywać wśród kolegów, szukając ochotnika do zrobienia reportażu o akcji pomocy. Był jednak okres urlopowy, wszyscy albo wyjeżdżali, albo zajęci byli swoimi sprawami, tak więc w końcu Jon chcąc nie chcąc sam stanął w drzwiach naczelnego. Jak się spodziewał, szef rozpłynął się w zachwytach.
- Proszę, proszę, nasz etatowy ulubieniec damskiej części słuchaczy, najlepiej ubrany dziennikarz redakcji zainteresował się czymś takim, jak zbieranie starych ciuchów dla biedaków na końcu świata!
Jon spojrzał wymownie na koszmarny krawat w maki na niezbyt świeżej koszuli naczelnego i zrezygnowany cicho westchnął. Nie istniał nawet cień szansy na to, by oni dwaj polubili się kiedykolwiek.
- Oczywiście, że to mnie interesuje - odpowiedział bezczelnie. - Jako mieszkańcy lepszej strony świata zobowiązani jesteśmy myśleć także i o innych. I nie tylko stare ciuchy zbierane są przez tę szpitalną organizację, ale też leki, środki opatrunkowe, koce. Oczywiście także pieniądze i gdyby szef zechciał sam...
- Zobaczę, co da się zrobić. W ramach rozgłośni, oczywiście - uciął naczelny. - Nie mam nic przeciw, by zrobił pan reportaż na temat zbiórki darów. To społecznie pożądane. Proszę jednak uważać na to, by pański materiał nie był zbyt nachalny. Nasi słuchacze nie mają czuć się winni, że to nie ich spotkało trzęsienie ziemi. Jeśli chcą pomóc, niech robią to z własnej woli.
- Oczywiście.
- A pan naturalnie użyje swego słynnego osobistego wdzięku, by złagodzić ciężar tematu...
- Naturalnie, szefie. Bez niego nawet nie ruszam się z miejsca.
*
Karina obserwowała Beksa, obwąchującego stokrotki w niewielkim wazonie na grobie Jona. Tego dnia Knut miał więcej czasu, nie wiedziała dlaczego i nie pytała go o to. Znalazła go dalej niż zwykle, w północnej części cmentarza, był jakby roztargniony, ale ucieszył się na jej widok. Przy głównej alei sama zatrzymała się przy grobie Jona, zafascynowana nagrobną fotografią, z której wyłaniały się głęboko brązowe oczy dandysa o twarzy przystojnej, choć może zbyt poprawnej. Chłopak z reklamy od fryzjera, uznała spojrzawszy na zdjęcie, kilka sekund przedtem, nim przeczytała, że był dziennikarzem radiowym.
Knutowi także podobały się oczy Jona. Dawniej najbardziej lubił jego głos, którego Karina zbyt młoda nie miała okazji poznać. Knut zawsze słuchał radia w swojej budce, właściwie grało mu na okrągło. Zapamiętał Jona jako typowego radiowego uwodziciela, uwielbianego przez kobiety, z wielką ochotą dzwoniące do redakcji podczas każdego z jego programów, niezależnie od tematu. Wydawało się jednak, że i Jon nie przywiązuje szczególnej wagi do tego, o czym traktuje dana audycja. Nigdy nie wgłębiał się w szczegóły, zachęcając do dyskusji gości, a w chwilach ostatecznej potrzeby odwoływał się do ekspertów. Sam ograniczał się do błyskotliwego rozwinięcia tematu, rozwiązującego innym języki.
Koledzy, nie bez zawiści, pokpiwali z damskiego charakteru jego audycji, aczkolwiek nikt nie odważyłby się zarzucić mu zniewieścienia. Przeciwnie, gdyby tylko istniała najmniejsza szansa, niemal wszyscy dziennikarze z radia chętnie zamieniłaby się z nim na wiele rzeczy, a szczególnie na publiczność. Natomiast najbardziej znacząca - czyli damska - część publiczności chętnie zmieniłaby sposób komunikowania się z Jonem i oddała wiele, by zamiast za pośrednictwem radia dyskutować z nim, siedząc mu na kolanach.
- I taki facet pojechał do Afryki? - spytała Karina z niedowierzaniem
- To podobno był przypadek. Zaczęło się od tego, że zrobił doskonały materiał o konieczności pomocy ofiarom tego trzęsienia ziemi. Naprawdę świetny. Sam go słyszałem. Były wywiady z ludźmi pracującymi w miejscowej organizacji pomocy, opowiadania lekarzy o następstwach urazów po takiej katastrofie, o stosunkowo niedrogiej pomocy, którą można ludziom zapewnić. Młode panie doktor wychodziły z siebie, by Jon dostrzegł w nich zalety aniołów miłosierdzia. A potem rozszalały się telefony, niektórzy bez uprzedzenia zaczęli przynosić dary i pieniądze wcale nie do organizacji siostry Jona, ale do radia. Przypuszczam, że wiele pań po prostu ucieszyło się z okazji zobaczenia Jona na własne oczy.
Knut poprawił przerzedzone włosy koloru wypłukanej ziemi. Tak naprawdę to są bez koloru, myślała o nich Karina. Zdawało się, że i on nie potrafi pozbyć się zawiści w stosunku do kogoś, kto jeszcze po śmierci rozsiewa wokół siebie niepokojące poczucie piękna i mocy. W głosie Kunta, gdy opowiadał o Jonie, brzmiał jednocześnie szacunek i uraza. Wspominał tamten czas, rzeczywiście gorące chwile w życiu miejscowego radia, wiele lat temu, gdy wierzył jeszcze w swój awans w hierarchii cmentarnej administracji, w budce pijał kawę tylko w ściśle określonych godzinach i z wyszukaną uprzejmością zwracał się do każdego z przychodzących ludzi.
Tak, starał się naśladować Jona w sposobie intonowania zdań, wyobrażał sobie uśmiech i ubiór tamtego. Zapamiętywał też jego drobne żarciki i powiedzonka, choć nigdy nie ośmielał się zastosować ich w praktyce. Teraz też nie bez nutki zazdrości opowiadał Karinie o błyskawicznie rozrastającym się punkcie pomocy, spontanicznie zorganizowanym w rozgłośni. Przypominał sobie tłumy ludzi, głównie kobiet, obładowanych darami, zagadujących, uśmiechniętych, gotowych do pomocy. On sam słuchał o tym wszystkim zamknięty w czterech ścianach budki, podobnej przecież do radiowego studia. I choć był bardziej niż tamten wystawiony na ludzkie spojrzenia, to nie interesował nikogo oprócz tych nielicznych, którzy zagubili się w labiryncie cmentarza.
- To jego szef położył koniec wszystkiemu. Jedni mówili, że popularność Jona była mu kolcem w oku, inni, że nie chciał, by radio z komercyjnej stacji zmieniło się w filię organizacji charytatywnej, jeszcze inni, że tłumy odwiedzających zakłócały pracę... W każdym razie doprowadził do tego, że inna organizacja dobroczynna zwróciła się do Jona. Chodziło o Afrykę. Dostał bardzo atrakcyjną propozycję, której jako dziennikarz nie mógł odrzucić. No i pojechał zrobić materiał.
- Nie chciał, a musiał?
- Może była w tym przekora, może chciał udowodnić, że nie taki znowu z niego dandys. A może w końcu sam zaraził się tym bakcylem pomocy biednym... W każdym razie miał mieszkać w luksusowym hotelu, mieć do dyspozycji jeepa z kierowcą i wszelkie możliwe wygody. Nikt nie wie, także jego siostra, jak znalazł się w najuboższej dzielnicy, sam, w dniu największych zamieszek.
*
Temperatura przekraczała czterdzieści stopni. Jedynym miejscem, w którym dawało się ją znieść, był hotel, klimatyzowany mimo racjonowanych dostaw prądu. W barze nie brakowało lodu do drinków, Jon uważał więc, że dopóki te dwie rzeczy są zapewniane, przeczeka jakoś czas, który przyszło mu spędzić w Afryce. Złość ogarniała go na myśl o szefie, który wymusił na nim zgodę na ten wyjazd, oraz na samego siebie, ponieważ do tego dopuścił. Dał się zmanipulować i tyle, w końcu żadnemu z nich nie chodziło przecież o interes redakcji. W zespole było dość dziennikarzy, którzy możliwość zrobienia materiału o wojnie domowej uznaliby za życiową szansę. Nie wszyscy aż tak jak on cenili sobie czystość garnituru. Jednak szef wybrał jego - chcąc go poniżyć lub po prostu się go pozbyć.
Drugiego dnia pobytu wybrał się wraz z niewielką grupą dziennikarzy różnych gazet i narodowości na rundę po mieście o kilkanaście minut jazdy od enklawy białej dzielnicy, w której znajdował się hotel, bezpieczny w sąsiedztwie luksusowych rezydencji i klubów. Miejscowy kierowca oraz znakomicie mówiący po angielsku pilot zawieźli ich busem do tętniącego życiem miasta, o którym zaniepokojeni rozwojem wydarzeń obcokrajowcy mówili, że powinno zostać objęte godziną policyjną.
Jon uważał to za zbędne. Jego zdaniem - a był to jeden z poglądów znienawidzonych przez Evelyn - wszelkim wydarzeniom winno się zostawiać własny tor i tempo. Tak podpowiadała mu natura pogodnego fatalisty -tak określał samego siebie - sprzeczna z osobowością jego nieustająco poprawiającej świat siostry, zarzucającej bratu karygodną obojętność. Inaczej niż on, Evelyn zawsze znajdowała dość powodów do ulepszenia owego świata, w którego problemy angażowała się tak dalece, że zapominała o samej sobie.
Przez okno autobusu Jon obserwował z umiarkowanym zainteresowaniem otoczenie, usiłując składać w głowie słowa w formę błyskotliwego komentarza. Znalazł się tu, by przygotować relację o Afryce i zwątpił już, że czyni słusznie, oglądając ją przez szyby samochodu, skoro wygodniej byłoby za pośrednictwem hotelowego telewizora. W wysokiej temperaturze brakowało mu tchu. Chętnie odetchnąłby świeżym powietrzem, jednak wiedział, że na zewnątrz jest jeszcze gorzej. I na pewno mniej bezpiecznie. Jon nie miał poczucia bezpieczeństwa, teoretycznie zapewnianego przez krzykliwe słowo "Press", na drzwiach samochodu, powtórzone na identyfikatorze na jego własnej piersi. Klasyczne prasowe insygnia w postaci magnetofonu oraz sporego aparatu fotograficznego z enigmatyczną instrukcją obsługi wydały mu się teraz dodatkowym zagrożeniem w sytuacji, gdyby zaszła potrzeba opuszczenia busa i wmieszania się w głodny i wyraźnie rozdrażniony tłum.
Na szczęście żaden z kolegów nie wpadł jeszcze na ten pomysł. Jon podejrzewał, że nabrali respektu na widok czarnych twarzy ludzi, zbitych w gromadki na rogatkach miasta. Bus czekał tam prawie pół godziny, z dziennikarzami zamkniętymi w środku jak małpy w klatce, wystawionymi na widok tubylców, wyraźnie niechętnym wszystkim przybyłym z daleka. Czarni nie byli agresywni, ich twarze były dumne i nie wyrażały żadnych gwałtownych uczuć, jedynie tę niechęć... Nie spuszczali wzroku, patrzyli w głąb busa z niemym pytaniem: "Czego tu szukasz, nikt cię tu nie prosił". Jon czuł się bardzo niepewnie. Przestrzegano go przed żebrakami i bandytami, jednak nikt nie powiedział mu, że może być obiektem pogardy.
Biedę, katastrofalną, niewyobrażalną, zobaczył dopiero wtedy, gdy zrujnowaną drogą wjechali w granice miasta. Dostrzegł tamtejsze domy, a raczej coś, co miejscowi ludzie tym mianem określali. Zbite z kawałków starych desek, blachy falistej i plastiku lepianki w rozmiarach odpowiadających połowie europejskiego garażu, sklecone bezpośrednio na ziemi, dawały dach nad głową licznym, wielopokoleniowym rodzinom. Nawet obcy mógł się domyślić, że są schronieniem jedynie na czas nocy, ponieważ w dzień żadne ludzkie stworzenie nie wytrzymałoby temperatury panującej we wnętrzu.
Za dnia życie toczyło się przed chałupinkami, na twardo ubitej, wysuszonej ziemi. Kobiety karmiły niemowlęta, ucierały ziarna lub obierały owoce i warzywa nieznane Jonowi nawet z nazwy. Silnymi rękami prały kolorowe rzeczy w miskach lub innych przedziwnych naczyniach, pełniących funkcję miednicy. Albo gotowały, a wtedy wokół dymiącego kociołka zbierały się mimo upału spore gromadki dzieci, chłonące zapach jedzenia, którego i tak nie mogło wystarczyć dla wszystkich.
Jednak tylko część społeczności skupiała się wokół swych namiastek domów. Istniała także inna, potężna masa ludzi, o których Jon przypuszczał, że nie są przypisani nigdzie. W miarę jak bus zbliżał się do centrum miasta, rosły tłumy czarnych okupujących ulice, pozostałości dawnych skwerów i skrawki wysuszonej, dzikiej trawy. Były to skupiska ludzi naznaczonych wyrazem beznadziei w oczach, trzymających się razem, by czerpać siłę ze zbiorowości. W niektórych grupkach ktoś coś mówił, inni słuchali, potakując. Być może były to obietnice.
Jon przyglądał się wszystkiemu z niedowierzaniem. Wolałby móc myśleć, że ogląda film. Nie chciał tu być, nie chciał przynależeć i nie chciał brać odpowiedzialności za widziane obrazy. Ani za okaleczonych starców na kulach wyciosanych z kawałków drewna, ani za wychudzone kobiety w nieokreślonym wieku, wyciągające dłonie do każdego, nawet równie biednego przechodnia. Nawet na śliczne dzieci o rysach regularnych jak z elementarza czarnych aniołków, krzykliwe i pełne energii zbyt wielkiej jak na ich wynędzniałe ciała Jon nie chciał patrzeć z obawy, że ich wizerunek utkwi mu w sercu. Bronił się przed tym, zamknął swe wszystkie wewnętrzne śluzy, zmuszając się do profesjonalnego rejestrowania obrazów, ad hoc nadając im gotową formę dziennikarskiego sprawozdania. Aby zabić nieuchronne fale współczucia, bolesnego buntu i złości na własną, białoskórą bezczynność, skoncentrował się na czekającym w barze potrójnym ginie z tonikiem, jakby myślą o nim odpierał ataki wyrzutów sumienia.
Wtedy zauważył kobiety. Kiedy mało wprawne oko Jona zaczęło w końcu rozpoznawać i rozgraniczać zbity tłum, wciągnął się on mimowolnie w obserwację żeńskiej części tej niewyobrażalnej masy. Była bardziej kolorowa i o wiele mniej gwałtowna, jakby złość, niechęć i zwątpienie miało do niej utrudniony dostęp. Jon nie wyczuwał napięcia w czarnych kobietach, mimo wszechobecnych w mieście wibracji i podniecenia, typowych dla czasów szczególnych. Znany wszystkim samcom od początków świata wojenny zew nie działał na kobiety. Pozostawały elementem stałym, nawet tu, na ubogiej ziemi pod palącym słońcem, trwały niezmiennie, karmiąc dzieci, i nigdy nie zapominały starannie upiąć swych perkalowych sukni. Były to kobiety, które układają włosy i, choć głodne, wpinają kolczyki w uszy, a przeguby rąk i kostki nóg ozdabiają bransoletkami.
Afrykańskie kobiety, które opanowały uwagę Jona, miały pełne usta i nieprawdopodobnie piękne oczy. Jednak nie od razu stało się tak, że spocony i zrezygnowany, sprawił sobie prezent w postaci wyszukiwania tych egzotycznych stworzeń, radowania nimi oczu i cieszenia się ich ruchem jak tańcem na scenie. Dokonało się to w wyniku długiego procesu, spowolnionego upałem, strachem i niechęcią do tego miejsca na Ziemi. Iskrą dla tych nowych uczuć stało się muśnięcie czarnej chusty muzułmańskiej kobiety w chwili, gdy Jon, wraz z kolegami opuściwszy na krótko bus, przyglądał się świątyni w mniej przepełnionej dzielnicy miasta. Ulicą przechodziły dwie muzułmanki, w swych czarnych, szczelnych okryciach drepczące za mężczyzną. Wyglądały jak wieże do gry w szachy, od czubka głowy do stóp spowite materią, spod której tylko wąska szpara na oczy nad metalowym elementem skrywającym nos dawała możliwość zerknięcia na świat. Nie one, lecz Jon przestraszył się, kiedy na wybrukowanej ulicy niemal potrącił jedną z nich. W ułamku sekundy, w którym skrzyżowały się spojrzenia, Jon zadrżał, jakby poraził go prąd. Nigdy przedtem, w całym jego życiu, nic nie wstrząsnęło nim z taką siłą, jak to jedno spojrzenie pulsujących jak rozgrzana lawa oczu, rzucone zza zasłony rytualnej szaty.
I Jon zaczął dostrzegać i inne kobiety, identyczne, niemożliwe do rozpoznania w strojach z dokładnością do milimetra maskujących ciało. Jednak nie udało mu się już pochwycić żadnego spojrzenia, w płynnym ruchu tkaniny sunęły ulicą same czarne duchy, a on, pokonawszy pierwszy szok, usiłował kpić z samego siebie i wymyślał im w myślach. Szczeniackimi żartami rozładowywał rozczarowanie, porównując muzułmanki do antycznych kolumn, przykrytych przez kogoś, by się nie zakurzyły. I do wież szachowych, i do garbów wielbłąda osłoniętych materiałem, jak u zwierzęcia, które tuż obok ktoś, jakby nigdy nic, przeprowadzał przez ulicę. Tak dokonał się początek.
W drodze powrotnej Jon pogrążył się w myślach o kobietach. Początkowo skoncentrowany na postaciach zakwefionych muzułmanek, w swoim poszukiwaniu posunął się dalej, by zacząć odkrywać w tłumie Murzynki o pierwotnej urodzie ptaków i strojach barwnych jak egzotyczne pióra. Zachłysnął się spektaklem sukien i kunsztownych fryzur. Jego umysł odnalazł potrzebny wentyl - w kataklizmie zła, wojny, nędzy i śmierci odnalazł enklawę piękna.
Evelyn - napisał w swoim pierwszym liście, nagryzmolonym późną nocą w barze koszmarnym charakterem pisma, który sprawił, że Jon od dziecka zamiast pisać wolał koncentrować się na mówieniu - Evelyn kochana, jak cholernie jestem tu nie na miejscu... Jeszcze tego by brakowało, bym zaczął wstydzić się moich czystych koszul, ba, nawet czystej bielizny. Czuję się winny, że jem posiłki - bardzo smaczne, naprawdę, w hotelu mają angielskiego kucharza, czarnoskóry, ale wyuczony w starej Anglii - smakują mi przez to o wiele mniej. Czuję się winny, że jestem tu, w hotelu, i zarazem boję się go opuszczać, jakby był chybotliwym stateczkiem na morzu pełnym rekinów. To nie jest strach przed tym, że mogą mnie skrzywdzić, Evelyn, to jakoś jeszcze nie przyszło mi do głowy, ja po prostu boję się wpaść do tej wody. Oni są głodni, biedni i bardzo czymś wkurzeni. Naturalnie, że wiem czym, poinformowałem się dokładnie co do przyczyn tutejszej rewolty, ale mój instynkt mówi mi, że gdyby nie to było powodem, na pewno znaleźliby jakiś inny. To czas i ochota, kochana Siostrzyczko, w tym miejscu na Ziemi po prostu coś musi się co jakiś czas wydarzyć. Nic tak nie uspokaja jak pełny żołądek, a ich żołądki są boleśnie puste. Aha, i jeszcze słońce przynosi spokój, słońca niby mają w nadmiarze, a mimo to wszystko funkcjonuje tu inaczej niż u nas w godzinach sjesty.
Gin jest w porządku. Korzystam nawet z kostek lodu, bo w hotelu robią je - podobno - z mineralnej wody. Zresztą mógłbym pić i czysty gin, to naprawdę jedyne wyjście. Gin jest dobry. I kobiety. Jeszcze żadnej nie posmakowałem, ale są piękne, Evelyn, niesamowicie piękne. Sama chciałabyś mieć jedną taką w domu. Coś by Ci posprzątała, coś ugotowała, ale przede wszystkim mogłabyś sobie na nią patrzyć, kiedy porusza się tak spokojnie, z muzyką w każdym ruchu, jak fala, albo gałąź drzewa.
Tęsknię za Tobą, Siostrzyczko. Nie wiem, czy Ci coś przywiozę. Mógłbym kupić Ci coś z krokodyla, ale wykopałabyś mnie z domu, bo teoretycznie są pod ochroną, albo jakąś hebanową rzeźbę. Są naprawdę piękne, jak tutejsze kobiety, takie czarne i gładkie. Jednak choć wiem, że moje pieniądze bardzo by się tu przydały, wstydzę się ich posiadania i wyciągania ich przed tymi ludźmi, wstydzę się zabierania im czegokolwiek za moje łatwo zdobyte pieniądze. To wszystko jest takie beznadziejne, Evelyn, co mnie podkusiło, by się tu znaleźć? Czy nie ma w tym przypadkiem odrobiny i Twojej winy?
Pierwszą kobietą, której skosztował Jon, była zwyczajna hotelowa prostytutka. Zabrana z baru, w którym czekała na zagranicznych klientów, ubrana po europejsku w obcisłe dżinsy, naciągnięte na zbyt pełne pośladki i uda. Jej kręcone włosy były - zapewne dużym nakładem pracy - ściągnięte w ciasny kok, który nie rozsypał się na poduszce łóżka w hotelowym pokoju Jona. Świetnie znała układ hotelu, bez omyłki odnajdowała drzwi do łazienki oraz minibar. Była dokładnie wymyta, pachnąca mydłem, szamponem i niezłą wodą kolońską, świeża do przesady, a mimo to natychmiast weszła jeszcze raz pod prysznic, jakby - wedle trywialnego dowcipu Jona - chciała dopucować się do białości. Przyniosła ze sobą kilka prezerwatyw do wyboru i znała swój fach, co sprawiło, że Jon w gruncie rzeczy zadowolony był z jakości usługi. Jednak pragnął czegoś innego. Dziewczyna, która została u niego na noc, nie różniła się wiele od innych znanych mu panienek lekkiego prowadzenia, a jej oczy nie przypominały w niczym tych, których łapczywie szukał w czarnym mieście. Zapłacił jej chętnie i pokręcił odmownie głową, kiedy kulejącym angielskim zapytała, czy ma przyjść następnej nocy.
Kiedy zaniepokojony barman zapytał o przyczynę niezadowolenia, Jon wychylał właśnie trzecią szklaneczkę ginu. Przy czwartej zwierzył się z ochoty na muzułmankę w czarnej sukni i roześmiał się z własnej naiwności.
- Bo te tutaj nie są prawdziwe, wiesz? A jak już tu jestem, w Afryce, to właściwie powinienem zobaczyć lwa albo słonia, co? Rozumiesz mnie? Nie rozumiesz...
Zrezygnowany Jon uczynił nieokreślony ruch ręką.
- To wszystko jest takie nieprawdziwe... A najbardziej ja. Tu.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.