Portrety kobiety - Maria Topolska

Kup ebooka

32.99 zł
26.39 zł (23,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Barbara, rocznik 1940

Urodziła się w Rzeczycy, mieszka w Sandomierzu

W związku małżeńskim, troje dzieci, siedem wnuczek, dwie prawnuczki

Jakie było Twoje dzieciństwo i jakie zachowałaś z niego wspomnienia?

Urodziłam się na początku II wojny światowej, więc moje dzieciństwo naznaczone było ogromem lęku i niepewności. Pamiętam, jak Niemcy wypędzili nas z domu i musieliśmy zamieszkać w ziemnym dole, przeznaczonym na ziemniaki i warzywa (to był wrzesień 1944 roku). Następnie Niemcy postanowili wysiedlić nas za Wisłę, niby z powodów bezpieczeństwa, i wtedy z rodziną Pazdrów, która miała konia do ciągnięcia dobytku, dzieliliśmy trudy wysiedleńców w Sokolnikach. Powrót po kilku miesiącach do domu był rozdzierająco przykry, z naszego domostwa pozostały bowiem jedynie gruzy. Rozpacz rodziców i zmartwienie, gdzie schronić dzieci, babcię i siebie, były niewyobrażalne. Odbudowa własnego kąta z tych gruzów trwała dość długo. Mieszkaliśmy przez ten czas w dawnych oborach u Pazdrów. I właśnie z takim okropnym czasem wojny, z dużą liczbą chorób mamy, taty i siostry Krysi, kojarzy mi się moje dzieciństwo. Dochodził do tego brak podstawowych rzeczy, który dotykał wówczas właściwie wszystkich, nie tylko naszą rodzinę. Do szkoły poszłam w wieku sześciu lat, a do pracy w wieku siedemnastu. Nasze pokolenie szybciej dorastało. Młodość również biegła w czasie, gdy Polska pozostawała zniewolona, więc każde zdanie i opinia musiały być rozsądnie przemyślane. Mimo to dobrze wspominam takie zwykłe, miejskie zabawy, dzięki którym powoli zapominano o trudnych wojennych przeżyciach. Chociaż w okresie powojennym otaczały nas różne komunistyczne niedorzeczności, to wracaliśmy do normalnego życia, odbywały się wesela i rodzinne uroczystości.

Kto był Twoim wsparciem, drogowskazem w życiu: rodzina, rodzice, mama? A jeśli nie oni, to kto?

W życiu osobistym doznałam dużo dobrego od mojej siostry Krysi, od kuzynek Marysi i Krysi oraz od dobrej przyjaciółki Wandy. Wiele tych osób już odeszło, ale w mojej pamięci pozostały ich dobre rady i czyny.

W szkole podstawowej bardzo dobre oddziaływanie na nas miała polonistka, Pani Jaroniowa, która na wojnie straciła prawą dłoń. Miała serce dla tych, o których wiedziała, że są w trudniejszej sytuacji materialnej. Zdarzało się nawet, że nas dokarmiała. W szkole średniej bywało różnie, ale w mojej pamięci na zawsze pozostanie Profesor Janiczek, przedwojenny oficer cudem uratowany z wywózki do Rosji, który poza szkolnym programem przemycał więcej wiedzy, na przykład o Katyniu.

Do podjęcia pracy zmusiła mnie postępująca choroba taty i była to dla mnie prawdziwa szkoła życia. Trafiłam do grona ludzi z jasnymi zasadami. Wzorem w pracy była dla mnie Pani Strużyńska, księgowa, i Pan Zalewski, naczelnik. Od nich czerpałam wiedzę, oni potrafili podpowiadać, mobilizować, jak również nagradzać. Od polityki trzymaliśmy się z daleka, bo wówczas to była "niebezpieczna profesja".

Na jakich zasadach jest oparty Twój związek małżeński?

Największym oparciem w naszym wspólnym życiu i długim związku małżeńskim (sześćdziesiąt lat razem) pozostaje niezmiennie mój mąż. Oboje pracowaliśmy na wspólny dorobek materialny, ekonomiczny i emocjonalny naszej rodziny. Wychowanie trójki dzieci w tamtym czasie nie było łatwe. Uzupełnialiśmy się wzajemnie, aby dzieci miały zapewnioną opiekę. Taką samą troską otaczaliśmy później kolejne wnuczki, zawsze wtedy, kiedy taka opieka była potrzebna i oczekiwana.

Co dla Ciebie oznacza równość, równouprawnienie? Czym według Ciebie jest feminizm?

Jako młoda kobieta nie analizowałam pojęcia "równouprawnienie", gdyż wzajemne myślenie o życiu, nastawione na dobro rodziny i dzieci, wydawało nam się absolutnie normalne. Poza tym pracowaliśmy z mężem zawodowo, każde w swojej branży. Zrobiłam maturę, gdy już pracowałam, a pracę rozpoczęłam od stanowiska referenta w kancelarii. Przeszłam potem wszystkie szczeble awansu do stanowiska głównej księgowej, na którym to stanowisku pracowałam przez ponad dwadzieścia lat.

Jestem kobietą, która przeżyła życie według innej niż obecnie formy feminizmu. Wtedy zresztą nie znano tego określenia. Dla mnie był to okres pozytywnego feminizmu, wynikami mojej pracy i determinacji uzyskiwałam bowiem przychylność oraz uznanie pracodawców. Obecnego feminizmu nie rozumiem, więc nie podejmuję się jego oceny. Razi mnie obecna agresja i wulgaryzmy, jednocześnie nie utożsamiam się z takim pojmowaniem "wyzwolenia kobiet". Kobieta, według mnie, jest i powinna być delikatniejsza, powinna znajdować oparcie w męskiej sile, a nie zamieniać się w mężczyznę. Oparcie na męskim ramieniu nie oznacza jednak wcale, że kobieta ma porzucić swoje ambicje rozwoju zawodowego. Przeciwnie - osobiście nie wyobrażam sobie życia bez pracy, która naprawdę była moją pasją. Nigdy nie chciałam rozpychać się w życiu łokciami, byłam bowiem trochę wycofana i czasami bardziej doceniali mnie obcy ludzie niż ja sama. Lęk doznany w dzieciństwie w czasie wojny prześladował mnie i pozostał we mnie do dziś.

Czy tradycje i przywiązanie do religii/Kościoła wpłynęły na Twoje życie i Twoje postrzeganie roli kobiety?

W naszym długim życiu wiara była i jest ważnym elementem ciągłości rodzinnej. Powiedzenie "wiara czyni cuda" niejednokrotnie potwierdzało się w moim życiu. Bo kiedy dokuczliwa choroba najstarszej córki zabierała jej słuch, szukałam ratunku wszędzie, gdzie to było możliwe. Determinacja i walka o jej zdrowie przekraczały niekiedy granice możliwości. A jednak wygraliśmy ten bój o jej zdrowie i dziś ona sama cieszy się życiem, zdrowiem i rodziną. Pozostałych dwoje naszych dzieci, również z problemami zdrowotnymi po skomplikowanych porodach, wyrosło na zdrowych dorosłych, co wtedy - według lekarzy - wcale nie było takie pewne. I właśnie te przeżycia skłaniają mnie do stwierdzenia, że wiara bardzo nam pomogła przetrwać i wspólnie pokonywać różne trudności.

Źródło: archiwum własne autorki

Jakie wartości są dla Ciebie ważne i jakimi wartościami kierujesz się w życiu?

Motto wiersza, wpisanego do mojego pamiętnika z lat szkolnych, odczytuję z zadumą do dziś:

Życie to nie jest romans z powieści ani przecudna ballada.

Życie to dramat, który w swej treści ironię losu posiada.

Tak, tak, z tą ironią losu zdarzyło mi się zetknąć niejeden raz.

Mając rodzinę, starałam się żyć tak, by nie przeszkadzać dzieciom w układaniu sobie życia. Każde z dzieci wybrało sobie najlepszego dla siebie partnera i doznawało z naszej strony raczej wsparcia i pomocy niż ingerencji w ich życie rodzinne.

Dla mnie ważne jest, żeby być uczciwym i żyć w zgodzie z prawdą, chociaż dziś ma ona różne oblicza. Uważam, że żyjemy obecnie w epoce upadku tolerancji i tego, co nazywamy dobrymi obyczajami, którym ja jednak chciałabym pozostać wierna.

Józefa, rocznik 1897, zmarła w 1973 roku, w wieku 76 lat (we wspomnieniach syna Józefa i synowej Barbary)

Babcia Józia (bo tak wszyscy na nią mówili) przeżyła obie wojny światowe ze wszystkimi ich strasznymi konsekwencjami. Miała niewyobrażalną życiową charyzmę. Urodziła jedenaścioro dzieci, z których sześcioro pierworodnych zmarło.

Podczas II wojny światowej front wojny przebiegał bardzo blisko domu, a Niemcy przychodzili do gospodarstwa babci, zabierali zboże, jajka, kury i wszystko, co nadawało się do jedzenia. Potem, kiedy naziści szykowali się do odwrotu, bo armia radziecka stała już po drugiej stronie Wisły pod Sandomierzem, zabrali jej najstarszą córkę, którą zamierzali wywieźć na roboty do Niemiec.

Babcia z dziadkiem wzięli wówczas krowę, poszli do niemieckiego dowództwa, przekazali krowę na mięso i uprosili komendanta o wykupienie córki. I to im się udało!

Babcia miała naprawdę wielkie serce, pomogła uciekającej grupie niemieckich żołnierzy, dała im wody i opatrzyła rany jednemu z nich. Kiedy żołnierze już odchodzili, jeden z nich chciał rzucić granatem w domostwo, ale powstrzymał go ten ranny, któremu babcia pomogła. W zalewie wojennych okrucieństw był to okruch człowieczeństwa, który pozwolił przetrwać całej rodzinie.

Mimo tak trudnych przeżyć babcia doceniała życie i bardzo kochała dzieci, tylko sama bardzo mało się uśmiechała. Pracowała w domu i w polu, bo trochę tego pola z mężem Janem posiadali. W zagrodzie stały dwie krowy, koń, świnie i biegało stado kur. Większość prac w polu wykonywał dziadzio Jan, babcia pieliła grządki z warzywami, dbała też o kwiaty w ogródku, bo bardzo je lubiła. W okresie żniw było odbieranie zboża, a jesienią wykopki ziemniaków. Te prace wykonywali wspólnie, a przez okres naszego wspólnego mieszkania u nich w domu my także im pomagaliśmy. Przez długi czas ich syn Józef pracował razem z nimi, gdyż został w domu i częściowo przejął gospodarstwo, podczas gdy reszta braci i sióstr kupiła mieszkania albo wybudowała własne domy.

Jak na owe czasy, babcia dobrze i smacznie gotowała, a były to potrawy proste, dziś już wiele z nich jest zapomnianych. Piekła pyszne ciasto drożdżowe, w zimie do pieczenia wykorzystywała nawet kaflowy piec grzewczy.

Józefa rzadko opowiadała o swych przeżyciach, ale wspomnienia, które mi przekazała, dziś wydawałyby się przesądne. Wtedy jednak na pewno były bolesnymi faktami.

Józefa i Jan byli ludźmi wiary i wszystkie ich dzieci zostały wprowadzone do Kościoła katolickiego.

Źródło: archiwum własne autorki