Portrety - Jolanta Jonaszko

Kup ebooka

21.75 zł
17.40 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Oni

Konstablerwachew ostatnich latach bardzo podupadła. Tak mówili. Bankierzy, prawnicy,jej szef, też prawnik, ale niepraktykujący. Zamyślali się wtedy, niedopowiadali ani słowa, zakładając, że wiadoma sprawa, a i lepiej sięnie narażać. Wieczorami, przy drinku którymś z kolei, kiedy jeszczesię wie, co się mówi, ale już nic cię nie trzyma, kiedy muzyka dudni,ale nie przeszkadza, a język się rozochoca, wtedy padały pierwszesłowa, które coś wyjaśniały.

Konstablerwachestała się bardziej divers- mówili i chichotali ukradkiem, potem następowała wieloznacznapauza i spojrzenia, które w półmroku wyglądały dość tajemniczo.

Konstablerwachestała się bardziej kolorowa... tak... nabrała ko-lo-ry-tu,osobowości...Tylkojakiej!- Śmiechpod dłońmi, jakby zduszony. Za chwilę podnosili toasty "zakolory",ajeden z nich dodawałpółszeptem:

- Jawam coś powiem... - Wtedy głowy ich zbliżały się do siebie izacieśniali okręg, jak drużyna koszykarska w przerwie meczu. -...ta dzielnica stała się bardziej dzika. Lepiej stąd zmykać i już!

Stukkieliszków, już mniej dyskretny, ale szkło było grube i wszystkowytrzymywało.

- Jaktak dalej pójdzie, trzeba będzie rzeczywiście pomyśleć o zmianiebiura - mówił jej szef kolejnego ranka, już na trzeźwo, choć to"rzeczywiście"sugerowało, że większość doskonale pamięta. On nigdy nie upijał siędo końca. - Tu przestaje być... reprezentatywnie -dodał,zamilkłna chwilę i skorygował się, jakby ktoś go na czymś przyłapał: -Reprezentacyjnie, miałem na myśli.

Wtedyjuż śmiali się do rozpuku, bo to był niezły dowcip, taki na granicy,albo bardzo jej blisko, na tyle jeszcze zakamuflowany, że ujdzie. Żemożna wybuchnąć śmiechem, bo pojmą i tak tylko wtajemniczeni. Wzimnym, neonowym świetle biurowych lamp cienie pod ich oczamiwyglądały jeszcze szarzej niż zwykle. Jakby ktoś gumką do zmazywaniaprzejechał im po skórze, pogniótł ją przy tym i tak zostawił. Gdyśmiali się, oczy ich robiły się wąskie i długie, a pełne policzkipodchodziły do góry tak, że tych cieni prawie nie było widać.

Trochęracji mieli, tylko dziwnie to wyrażali. Rzeczywiście, Konstablerwacheto już prawie przedłużenie Hauptbahnhofu,tak jakby dworzec rozrósł się o dwie stacje U-Bahna, tak jakrozrastają się nowoczesne osiedla na przedmieściach. Tyle tubezpańskich psów i ludzi, niedobitków kapitalizmu. Wczoraj wieczoremktoś palnął "nietopitków" i wszyscy ryknęli jak jedenmąż. Jak głodne lwy, tak brzmiał w jej uszach ten śmiech, ale może poprostu za wolno wczoraj piła i nie nadążała, to czasem jej sięzdarzało, chociaż coraz częściej dotrzymywała im kroku.

Tak,mieli rację, sporo tu było żebraków, szczególnie kobiet w chustach znierówno wyciętymi prostokątami z tektury, pewnie wyłowionymi z koszana papiery, tam tyle gniecie się opakowań z Amazona. Na tekturzenapisane było"dwójkadzieci, proszę o pomoc" takim prawie niemieckim, liczby zawszebyły liczbami, a słowo Kinderkażdy znał choćby przezKindergeldalbo inne dotacje. Czasem dzieci na tekturze była piątka alboszóstka,"poco ta licytacja, po co ten pośpiech?", śmiali się w barze, adziś zatrzymała się, wrzuciła euro do blaszanego garnuszka, bo głupiojej zrobiło się za wczoraj, choć przecież tylko słuchała i starałasię uśmiechać w odpowiednich momentach.

Ichbiuro leżało wysoko nad miastem i dużo z samą Konstablerwachenie miało wspólnego, właściwie tylko adres i wejście, na nieskażonymdziesiątym piętrze, z którego nie widać nawet dworca, tylko szklanewieżowce banków, które łapały słońce i odbijały je między sobą jaklustra. Rzucały też cień, musiały rzucać, ale na kogo i ile, stądciężko było powiedzieć. Naprzeciwko nich rezydował dentysta, któryprzyjmował pacjentów prywatnych i z kasy chorych. Jakim cudem ostałsię na tym piętrze, nie wiadomo, ale dzięki temu w windzie można byłojeszcze spotkać kogoś poza nimi. Bez krawatu, bez torby na laptop, zzarostem albo wózkiem. Kogoś, kogo akurat zabolał ząb.

Pierwsze,co robiła, gdy dotarła do biura, to otwierała okno, bo bała się, żepo drodze jej ubrania przeszły dymem. Z kosza na śmieci tuż przedwejściem do budynku wynurzały się tlące się niedopałki i choćobchodziła je szerokim łukiem, to wolała się przewietrzyć. Poza tymlubiła wyglądać przez okno. Stąd wszystko wydawało się jakieśbardziej w porządku, a powietrze było rześkie i czyste. Dym z dołututaj już rzedniał, a w pogodne dni zdawało jej się nawet, że sąbliżej nieba niż parteru. Zgiełk na dole zamieniał się w szum,oddzielne głosy łączyły się ze sobą w chór, który ledwo był tusłyszalny, prawie szept, który można zignorować, obojętnie co mówi.

* * *

Zato ich rozmowy dobiegające ze wspólnej lodge,półkuchni na końcu korytarza, słyszała bardzo dokładnie, szczególniegdy drzwi były otwarte.

- Powoliboję się jeździć już U-Bahnem, powiem wam, za dużo tam tych całychharmonijek, akordeonów, bębnów czy garnków, nie rozróżnisz! Dajcie wymi święty spokój...

- Lepsimuzycy niż terroryści!

- Anolepsi, ale spokoju też nie dają.

Bezkawy nie umiała zacząć dnia, więc poszła do kuchni, ale dziśpoprzestała na nudnym "witam i o zdrowie pytam"...

- Unas dobrze, my głowy mamy ze stali, a pani główka?

- Proszęspojrzeć, cała i zdrowa! - odpowiedziała, poruszyła głową,jakby wkładała ją sobie dopiero na szyję, a efekt był tak komiczny,że wybuchnęli śmiechem, co ją zdziwiło, bo z pantomimy nigdy dobranie była. Człowiek uczy się całe życie.

Amimo to często miała wrażenie, że jednak im nie dorównuje, że żyjejakby w innym takcie. Kiedy trzeba było śmiać się, tak prawdziwie, zprzepony, nagle zauważała coś, co sprawiało, że śmiech jej stawał wgardle jak pestka śliwki. Dopiero po chwili, kiedy pointa jużwybrzmiała i rozmowa schodziła na inne tory, mogła z siebie wydobyćjakiś końcowy półuśmiech, który potem w lustrze, w łazience wydawałjej się tak sztywny jak tania maska na karnawał. Z drugiej strony, teich żarty też nie zawsze były piękne, może tylko to im się należało.

- Główkaniczego sobie, a reszta jeszcze lepsza!

Włączyłaekspres do kawy, który zaczął turkotać jak traktor, ale wcale jej tonie przeszkadzało. Uśmiechnęła się do filtra, który trzeba byłowymienić, coś, czym mogła zająć ręce i myśli. Może po prostu nierozumie jeszcze tej kultury, jeszcze nie wtopiła się w nią tak, jaktrzeba.

Wciążjeszcze się uczyła. Pracowała w tym koncernie dopiero od miesiąca ibardzo się starała. Była jedną z niewielu kobiet w firmie. W dodatkusama była teoretycznie "kolorowa", choć z jakiegoś powodunikt nigdy słowa o niej nie powiedział, nawet półżartem.Konstablerwachezdawałaim się bardziej przeszkadzać niż Polka w ich biurze i jakoś niewidzieli między tymi dwoma faktami żadnego związku.

To,że byli przy niej tak otwarci, często wprost i dosadnie, uznałakiedyś za komplement. Powiedziała sobie, że chyba stała się po prostujedną z nich, dlatego jej obecność już ich nie krępuje. W końcuceniła szczerość, nawet tę z pogranicza, zdawała jej się lepsza niżudawanie, obojętnie jak poprawne. Dlatego chodziła z nimi na drinki,kiedy tylko mogła. Chciała ich poznać.

* * *

Tegodnia miała aż sześciu klientów, a ostatni mógł przyjść dopiero napiątą po południu. Zgodziła się, choć biuro zamykali właśnie o tejporze. Zwykle zostawała dłużej, konsulting to konsulting, tutaj niema mowy o pracy do godziny, ale rzadko miewała rozmowy po szesnastej.Gdy umawiali się na spotkanie, mężczyzna nie powiedział, dlaczego niema czasu wcześniej, a ona nie dopytywała. Była chyba zbyt dyskretna,a może strachliwa.

Byłotakie powiedzenie, które poznała dopiero po przyjeździe do Niemiec:wychylać się przez okno, sichaus dem Fenster lehnen,używane prawie zawsze w wersji przeczącej. Samo powiedzenie wydałojej się bardzo obrazowe, spodobało jej się i nawet stwierdziła, żedobrze ją opisuje. Zwykle nie lubiła się wychylać, ale gdy coś już jązaciekawiło, chyba po prostu o tym zapominała i łapała się już prawielecącą w dół.

- Dojdzieszdo nas później? - rzucił szef, prawnik odszczepieniec,nakładając płaszcz. Dyrektor finansów, dwóch innych konsultantów ianalityk z marketingu szurali wypastowanymi butami i dawali dozrozumienia, że drinki czekać nie będą.

- Zobaczę,ile mi zejdzie. To nowy klient, nie wiem, czy milczek, czypotrzebujący.

- Miejmynadzieję, że nie będzie przeciągał i wpadniesz jeszcze do baru. Jutrowyjeżdżam, wtedy popracujecie. Albo weź go ze sobą, to wszyscy mupodoradzamy!

- Ojpodoradzamy! Niech tylko spyta, to tak mu doradzę...

Byłczwartek i już byli w doskonałych humorach, które przez chwilę i jejsię udzieliły. Gdy wyszli, zaczęła przygotowywać materiały narozmowę. Ułożyła kolorowe, błyszczące broszurki na szklanym stoliku,w wachlarz, jakby tworzyła witrynę sklepu papierniczego, i z jakiegośpowodu zrobiło jej się lekko na duchu. A potem zadzwonił dzwonek.

w seriipiętnastka ukazałysię:

HenrykBereza„Względy”, „Zgłoski”, „Zgrzyty”

KazimierzBrakoniecki„Dziennik berliński”

MaciejCisło„Błędnik”

WojciechCzaplewski„Książeczka rodzaju”

MarekCzuku„Stany zjednoczone”

JanDrzeżdżon„Łąka wiecznego istnienia”

AnnaFrajlich„Czesław Miłosz. Lekcje”, „Laboratorium”

PawełGorszewski„Niecierpiące zwłoki”

MałgorzataGwiazda-Elmerych„Czy Bóg tutaj”

TomaszHrynacz„Noc czerwi”

LechM. Jakób„Do góry nogami”, „Poradnik grafomana”,„Poradnik złych manier”, „Rzeczy”,

PawełJakubowski„Kopuła”

ZbigniewJasina„Drzewo oliwne”, „Inaczej przemijam”

JolantaJonaszko„Bez dziadka. Pamiętnik żałoby”, „Portrety”

GabrielLeonard Kamiński„Pan Swen (albo wrocławska abrakadabra)”

Piotr Kępiński „Po Rzymie.Szkice włoskie”

BogusławKierc„Cię-mność”, „Płomiennie obojętny (o chłopcu, którychciał być Bogiem)”

ArturDaniel Liskowacki„Brzuch Niny Conti”, „Capcarap”, „Kronikapowrotu”, „Ulice Szczecina”, „Ulice Szczecina(ciąg bliższy)”

KrzysztofLisowski„Czarnenotesy (o niekonieczności)”, „Motyl Wisławy. I innepodróże”

KrzysztofMaciejewski„Dziewięćdziesiąt dziewięć”, „Osiem”

TomaszMajzel„Opowiadaniaw liczbie pojedynczej”, „Treny Echa Tropy”

PiotrMichałowski„Cisza na planie”

MirosławMrozek„Odpowiedź retoryczna”

EwaElżbieta Nowakowska„Merton Linneusz Artaud”

HalszkaOlsińska„Bliskie spotkania”, „Małostki”, „Złotażyła”

PawełOrzeł„Cudzesłowa”

MirosławaPiaskowska-Majzel„(Po)między”

KarolSamsel„Jonestown”, „Prawdziwie noc”, „Więdnice”

BartoszSawicki„Krucha wieczność”

EugeniuszSobol„Killer”

EwaSonnenberg„Wiersze dla jednego człowieka”

WojciechStamm„Pieśni i dramaty patriotyczne i osobiste”

GrzegorzStrumyk„Re _ le rutki”

LeszekSzaruga„Kanibale lubią ludzi”

WiesławSzymański„Skrawki”

MichałTabaczyński„Legendy ludu polskiego. Eseje ojczyźniane”

PawełTański„Glinna”, „Kreska”

MariaTowiańska-Michalska„Akrazja”, „Engram”, „Z Ameryką w tle”

AndrzejTurczyński„Źródła. Fragmenty, uwagi i komentarze”

MiłoszWaligórski„Długopis”

HenrykWaniek„Notatnik i modlitewnik drogowy (1984-1994)”, „Notatniki modlitewnik drogowy II (1994-2004)”

Sławomir Wernikowski„Passacaglia”

Leszek Żuliński „Suchełany”