Portret trumienny - Kuba Wojtaszczyk

Kup ebooka

12.72 zł
10.56 zł (10,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

W końcu przy­je­chał po mnie mój brat - władca kie­row­ni­cy od ro­dzin­ne­go sa­mo­cho­du, w którym mógł wozić żonę i tro­je dzie­ci. Czwar­te już się nie mieściło.

- Cześć - wyjąkałem, gasząc pa­pie­ro­sa i jed­no­cześnie pa­kując torbę na tyl­ne sie­dze­nie.

- Cześć - od­po­wie­dział. To so­bie po­ga­da­liśmy, nie ma co.

Wiesław, mój brat, lat czter­dzieści sie­dem, me­cha­nik, mąż, oj­ciec. Ko­niec. Tyle mogę o nim po­wie­dzieć, bo właści­wie go nie znam. Dzie­więtnaście lat różnicy między na­szy­mi da­ta­mi uro­dze­nia two­rzy wielką prze­paść świa­do­mościo­wo-in­te­lek­tu­alną, którą kie­dyś na­wet sta­rałem się prze­sko­czyć. Nie udało się, spadłem w dół wy­sy­pa­ny ka­mie­nia­mi, ol­brzy­mi­mi głaza­mi, które uci­skały Wiesławo­wy mózg, przez co spra­wiały, że myślał o mnie w ka­te­go­riach syna, bo prze­cież nie bra­ta. Ra­czej się wsty­dził, że ro­dzi­ce wpa­dli tak późno. Za­tem mam dwóch ojców.

- I po co pa­lisz?

A nie mówiłem? Nie wi­dzie­liśmy się czte­ry mie­siące, a Wiesław po­now­nie udo­wad­nia, że nic ory­gi­nal­ne­go nie czai się w jego umyśle. Zresztą wy­star­czy spoj­rzeć na wybór part­ner­ki-ka­te­chet­ki i czte­ro­krot­ne jej zaciążenie, nie mówiąc o bez­re­flek­syj­nym łażeniu do kościoła w tę i na­zad, a ob­raz mego bra­ta ma­lu­je się sam.

Ste­reo­ty­po­wy Wiesław. Wiesław łysiejący, nie­mod­ny, nie­ory­gi­nal­ny, bar­dziej sza­ry niż kto­kol­wiek inny. Ma wy­pru­te żyły, ciągnące się za nim, gdzie­kol­wiek pójdzie. Ni­bynóżki, ni­by­mac­ki już daw­no bez krwi; wychłep­ta­li ją żona i po­tom­ko­wie. Wszakże to krew Wiesława, mu­siał ją po­dzie­lić, pra­wie po równo, na pięć. Należał do ta­kiej ka­te­go­rii lu­dzi, z którymi nikt nie chciałby za­mie­nić się miej­sca­mi. Nikt! Być Wieśkiem to zna­czy być ni­kim. Nikt go nie do­strze­gał, nikt w nie­go nie wie­rzył. A może mnie się tyl­ko tak wy­da­wało? Ro­dzi­ce się nim chlu­bi­li, wszakże spełniał ich Ca­tho­lic dre­am - dzie­cia­ty, żona­ty, za­ra­biał, utrzy­my­wał i się mo­dlił. Raz do roku do Często­cho­wy. Zuch syn, zuch!

- Co mat­ce kupiłeś? - Wie­siek spoj­rzał na mnie spode łba, pew­ny, że za­po­mniałem o jej uro­dzi­nach, o jej sie­dem­dzie­siątych uro­dzi­nach.

- Książkę. - Ob­ser­wo­wałem mi­ja­ne te­re­ny wiej­skie, bo sta­cja PKP leży pięć ki­lo­metrów od cen­trum mia­stecz­ka. Dziw­ne to roz­wiąza­nie. W cza­sie woj­ny którejś zimy Szwa­by gnały Żydów na ten dwo­rzec. - Książkę jej kupiłem.

Zaśmiał się, jak­bym po­wie­dział śmiesz­ny dow­cip.

- Książkę! Tyle już jej na­ku­po­wałeś tych książek, że nie ma kie­dy tego czy­tać.

- Nie ma, bo dzie­cia­ki do niej przy­pro­wa­dzasz - od­burknąłem pod no­sem, ale Wiesław chy­ba nie usłyszał, zajęty roz­poczętym ka­za­niem.

- Mama musi od­po­czy­wać bez zbędnych in­te­lek­tu­al­nych bodźców! W jej wie­ku nie może się de­ner­wo­wać - prze­rwał bez ostrzeżenia, a ja nadal pa­trzyłem na za­bu­dowę wiejską, która niedługo ma zniknąć pod drogą szyb­kie­go ru­chu.

Po chwi­li znów usłyszałem Wiesława, jed­nak sta­rałem się go igno­ro­wać. Było mi dusz­no w tej pusz­ce. Ten upał przy­pra­wi mnie o zawał; na­wet tu­taj słońce grzało i nie za­mie­rzało prze­stać. Chciało mi się spać. Jed­no­staj­ny, buczący głos bra­ta hip­no­ty­zo­wał mnie; szem­rał gdzieś z tyłu głowy ni­czym brzęcząca za oknem osa wśród buj­nej roślin­ności, różno­rod­nych kwiatów; ni­czym nie­win­ny głosik Ba­chle­dy-Curuś w Panu Ta­de­uszu, gdy boso prze­dzie­rała się przez ogróde­czek, aby na­kar­mić drób czy coś tam.

Mu­siałem zasnąć, bo nie­ocze­ki­wa­nie głos Wieśka przy­brał na sile.

- Jak mogłeś usnąć, gdy do cie­bie mówię? - za­sy­czał, a ja nie wie­działem, gdzie je­stem. Zi­ry­to­wa­ny Wie­siek pa­trzył to na mnie, to na drogę.

- A wy co da­je­cie? - wy­ce­dziłem, jesz­cze nie do końca kon­tak­tując. Być może na­po­mknął o pre­zen­cie pod­czas mego snu. Zresztą do­brze wie­działem, że co­kol­wiek by kupił, na­wet więdnące kwia­ty owi­nięte w sre­ber­ko i mi­lio­ny wstążek, to i tak pre­zent Wiesława będzie lep­szy niż mój. Po pro­stu tak mu­siało być; gdzieś było za­pi­sa­ne, że star­szy brat jest mądrzej­szy, jest pępkiem ro­dzi­ny, za­raz po ojcu. Jest i być będzie, na wie­ki wieków, amen.

- Kupiłem z Kry­stynką ro­dzi­com miej­sce na cmen­ta­rzu - pałał dumą. - W tym dziad­ko­wym gro­bie już się nie zmieszczą.

- Na­prawdę? - Próbowałem ze­brać myśli, bo nie wie­rzyłem w to, co słyszę. - Na­prawdę mu­sisz być taki prze­wi­dy­wal­ny? (Ziewnął, dosłownie ziewnął!) Oczy­wiście, że kupiłeś mat­ce grób! Cóż in­ne­go mógłbyś jej dać na sie­dem­dzie­siąte uro­dzi­ny? Cały ty, nikt nor­mal­ny na to by nie wpadł, no chy­ba że w ja­kimś mar­nym fil­mie.

Ale brat mój i tak mnie nie słuchał, na­wet nie sko­men­to­wał jed­nym prych­nięciem. Wiesław alfa, Wiesław ome­ga, Wiesław światły, Wiesław skarb­ni­ca wie­dzy. Mógłby mi za­fun­do­wać grób, ja­ki­kol­wiek, na­wet z prze­ce­ny, przy śmiet­ni­kach, albo cho­ciaż wy­ko­pać dół, zatłuc mnie łopatą i za­ko­pać. Wszy­scy by­li­byśmy szczęśliwi.

Jak­bym nie był tchórzem i nie od­czu­wał lęku przed tym, że się obudzę z zakażenia­mi, gan­gre­na­mi, to sam bym ze sobą skończył. Na ra­zie musi wy­star­czyć mi ciągłe ga­da­nie o uka­tru­pie­niu i pro­fil na wir­tu­al­nym cmen­ta­rzu w ne­cie. Por­tal społecz­nościo­wy dla trupów z klasą, stwo­rzo­ny z myślą o mnie. Za nie­wielką opłatą kupiłem tam mogiłę. Na­wet wy­brałem na­gro­bek. Wygląda na drew­nia­ny, z za­mierzchłej przeszłości, taki re­tro - za który nie­je­den hip­ster dałby się, o iro­nio, zabić. Wir­tu­al­ne truchło o mym imie­niu i na­zwi­sku leży na cmen­ta­rzu ate­istycz­nym. Nie­da­le­ko, bo wy­star­czy kil­ka razy kliknąć myszką, leżą też pa­pież Ka­rol (to zna­czy Jan Paweł II) i Pa­trick Sway­ze. Są też inni zna­ni i niezna­ni. Nie mam zna­jo­mych, bo na tym por­ta­lu nie nawiązuje się kon­taktów; jest bez­po­sto­wo, bez lu­bie­nia, bez do­da­wa­nia ulu­bio­nej mu­zy­ki. Słowem - ci­sza. Jak chcę, to dopłacam i mam zni­cze oraz kwia­ty. Jak ich nie chcę, to nic nie muszę robić.

Oko­li­ca wiej­ska swo­bod­nie przeszła w gęstszą za­bu­dowę miejską. Ściśnięte domy sze­re­go­we z mi­nia­tu­ro­wy­mi ogródka­mi i sa­mo­cho­da­mi przed każdym garażem, na których tle pięły się blo­ki z wiel­kiej płyty, po­ma­lo­wa­ne w nie­bie­skie pasy. Na­prze­ciw­ko uno­siło się wid­mo cmen­ta­rza żydow­skie­go, o którym wie­dzie­li tyl­ko nie­licz­ni, większość do­strze­gała je­dy­nie fa­brykę okien PCV, a trochę da­lej pro­dukcję kost­ki bru­ko­wej. Wie­siek po­je­chał krótszą trasą, tym sa­mym ogra­ni­czając mój dokład­niej­szy ogląd mia­stecz­ka. Prze­cisnął się ka­mie­nistą drogą między PCV, kostką bur­kową a wąziutką rzeczką ście­kową. Dzięki temu nikt mnie nie do­strzeże, żadne po­ten­cjal­nie zna­jo­me ryje, które przez piętnaście mi­nut główko­wałyby: "Kogo to ten Wie­siek wie­zie?". Wie­siek, który prze­stał się do mnie od­zy­wać - a ja nie miałem za­mia­ru roz­po­czy­nać ko­lej­ne­go, nic nie­znaczącego te­ma­tu. Spoj­rzałem na dłonie bra­ta mego, wy­bi­jające rytm pla­sti­ko­wej mu­zy­ki z ra­dia. Pomiędzy pal­ca­mi miał wy­su­szoną skórę; łuszczyła się; gdzie­nieg­dzie mu­siała popękać całkiem nie­daw­no, gdyż czer­wie­niły się małe stru­py. Myślałem, że zwy­mio­tuję, wy­obrażając so­bie, że od­chodząca skóra, ode­rwa­na od dłoni, wi­ru­je wraz z po­wie­wem kli­ma­ty­za­cji i do­sta­je się do mo­ich dróg od­de­cho­wych, za­do­ma­wiając się na ścian­kach nosa. Wy­mio­ci­ny do­tarły do gardła i wraz z naskórkiem je wypełniły. Błagal­ny­mi ge­sta­mi kazałem za­trzy­mać sa­mochód. Wiesław stanął zdzi­wio­ny, lecz nie zdążył nic po­wie­dzieć, bo otwo­rzyłem drzwi i fak­tycz­nie zrzy­gałem się na ka­mie­nistą drogę. Na szczęście, ni­ko­go nie było w oko­li­cy.

- Cho­ro­ba lo­ko­mo­cyj­na - wy­szep­tałem, za­trza­skując drzwi i de­spe­rac­ko szu­kając po kie­sze­niach chu­s­tecz­ki hi­gie­nicz­nej.

Brat mój wzru­szył tyl­ko ra­mio­na­mi i po­je­cha­liśmy. Gdy­by dom ro­dziców był da­lej niż za zakrętem, wówczas po­szedłbym pie­chotą; nie wy­trzy­małbym długo z suchą skórą wi­rującą przed ocza­mi.

Pod­je­cha­liśmy pod bu­dy­nek, a ja wy­sko­czyłem z sa­mo­cho­du jak opa­rzo­ny, by­le­by wdy­chać po­wie­trze, czy­ste i rześkie. Wyciągnąłem swoją nieśmier­telną torbę i stanąłem przed furtką. Dwu­piętro­wy dom z roz­ległą piw­nicą i ta­kim sa­mym stry­chem utrzy­ma­no w sty­lu nie­wy­star­czających fun­du­szy przełomu 1989/1990 z do­mieszką później­sze­go eklek­ty­zmu ma­te­riałów bu­dow­la­nych.

Pie­niądze na bu­dowę po­cho­dziły głównie z ciężkiej pra­cy i trud­ne­go prze­my­tu ma­rek w tyłkach mych ro­dzi­cie­li. Mat­ka z oj­cem, ale też i z moim ro­dzeństwem, jeździ­li przez Rosję na Węgry w ce­lach ku­piec­kich. A że za ko­mu­ny Ru­skie spraw­dzały, okra­dały, to ma ro­dzi­na cho­wała mar­ki, za­ro­bio­ne na sprze­daży ubrań i in­nych gadżetów, pomiędzy poślad­ki i ści­skała je z nerwów. Zdążyłem się uro­dzić i od­po­wied­nio do­rosnąć, aby wy­brać się na po­dobną wy­prawę, jesz­cze przed try­um­fem So­li­dar­ności. Po­je­cha­liśmy ma­lu­chem z przy­czepką łachów. Miałem może trzy lata i nad Ba­la­to­nem pobiłem nie­miec­kie­go rówieśnika, bo nie chciał mi oddać mo­jej za­baw­ki. Pamiętam to jak przez mgłę, ale w ro­dzi­nie zda­rze­nie to funk­cjo­nu­je ni­czym ob­raz praw­dzi­we­go pa­trio­ty­zmu: taki mały, a już wie­dział, że Niem­ca trze­ba bić.

Za ogro­dze­niem pięły się tuje, świer­ki, róże i inne krza­ki, nad którymi ro­dzi­ce już daw­no stra­ci­li kon­trolę. Mimo przy­ci­na­nia i prze­ko­py­wa­nia roślin­ność roz­ra­stała się buj­nie we wszyst­kich kie­run­kach. Stanąłem przed brązo­wy­mi drzwia­mi, za­sta­na­wiając się, czy ry­zy­ko­wać wejście do króle­stwa cór i synów mądrości życio­wych, nie­dziel­nych obiadów i uza­leżnień od te­le­ga­ze­ty. Czując popędzający wzrok Wieśka, jed­nak na­cisnąłem klamkę. Brat mój musi myśleć, że je­stem ja­kimś kom­plet­nym idiotą, wsty­dzi się mnie i pew­nie mi współczu­je. "I vice ver­sa" - pomyślałem, sta­wiając torbę w przed­po­ko­ju.

Od wejścia cuchnęło dziećmi. Śmier­działo kasz­ka­mi, kupą, oliwką. Poza tym uno­sił się jakiś nie­określony fe­tor, jak­by mle­ko połączo­ne z rzy­ga­mi. Ścia­ny mu­siały prze­siąknąć tym za­pa­chem, bo prze­cież po­tom­ko­wie Wiesława już wyrośli z nie­mowlęcych atry­butów. Zresztą przez ten dom prze­to­czyło się tak dużo różowiut­kich ba­chorów, że nic dziw­ne­go, iż czuć je było na od­ległość; ni­czym wid­mo wiecz­nej dzi­dziu­sio­wa­tości.

Brodząc w post­pam­per­so­wych opa­rach i krzy­kach najmłod­sze­go po­ko­le­nia, wdra­pałem się po kil­ku scho­dach, aby przejść ko­ry­ta­rzy­kiem do małego sa­lo­nu połączo­ne­go z kuch­nią. Te dwa po­miesz­cze­nia były otwar­te, aby łatwiej spożywać co­dzien­ne posiłki i oglądać te­le­wi­zor.

Na kre­mo­wych ścia­nach roz­wie­szo­no zdjęcia ko­mu­nij­ne wszyst­kich członków ro­dzi­ny - albo przy­najm­niej te fo­to­gra­fie, które udało się ro­dzi­com zdo­być. Owe wi­ze­run­ki powkłada­no w złote, pla­sti­ko­we ramy, do­dające ki­czo­wa­te­go bla­sku, ale też od­dające, według do­mo­wych ku­ra­torów, pod­niosłość dnia, gdy Bóg wstępował w dzie­cin­ne ser­dusz­ka. Moja fo­to­gra­fia znaj­do­wała się w naj­bar­dziej za­ciem­nio­nym miej­scu, ale nie dla­te­go, że Bóg miał opo­ry, aby we mnie wejść, nic z tych rze­czy! Wszedł we mnie bar­dzo swo­bod­nie. Wiszę w mało dostępnym miej­scu, po­nie­waż dwa dni przed Pierwszą Ko­mu­nią przy­wiązałem psa Ar­bu­za do swo­je­go ro­wer­ka i kazałem się ciągnąć, pedałując przy tym. Kun­dli­sko pociągnęło za moc­no i wyrżnąłem twarzą w żużel, porządnie roz­ci­nając so­bie przy tym pucołowa­ty po­li­czek. Szwy i stru­py były ab­so­lut­nie nie­fo­to­ge­nicz­ne, ale zdjęcie należało zro­bić. Czer­wo­na rana kon­tra­sto­wała z białym gar­ni­tu­rem. Wyglądało to ku­rio­zal­nie albo, jak rzekła moja chrzest­na, "jak­bym po­cho­dził z pa­to­lo­gicz­nej ro­dzi­ny".

Za to nikt nie miał wątpli­wości co do wi­ze­run­ku Wiesława. Jego fo­to­gra­fia za­wisła w cen­tral­nym miej­scu, a do­okoła niej z po­nisz­czo­nych zdjęć szcze­rzyły się czar­no-białe bu­ziuch­ny ro­dziców w różnych ujęciach. Wie­sio, ubra­ny również na biało, w krótkich spoden­kach, ko­szul­ce, pod­ko­lanówkach i san­dałkach, dum­nie dzierżył świecę i uśmie­chał się ze stra­chem w oczach. Ob­raz ide­al­ny, dziec­ko ide­al­ne.

- Dzień do­bry, Alek­san­drze! - Kry­sty­na, żona Wiesława, wyłoniła się z kuch­ni, obie­rając po­ma­rańczę.

- Cześć, Kry­styn­ko - rzekł Wiesław, o którego obec­ności za­po­mniałem; minął mnie i ucałował małżonkę, po czym usiadł przed te­le­wi­zo­rem.

Również przy­wi­tałem się z ko­bietą, której dress code przy­po­mi­nał ten bez­ha­bi­to­wej za­kon­ni­cy. Pa­trzy­liśmy na sie­bie przez chwilę bez słowa. Wi­działem drwiący wzrok prześwie­tlający moją osobę. W końcu za­py­tała o podróż, pociąg i PKP. Same nie­istot­ne spra­wy, ale pew­nie siliła się na stwo­rze­nie miłej at­mos­fe­ry.

Torbę zo­sta­wiłem przy scho­dach, umyłem ręce w mi­nia­tu­ro­wej łazien­ce dla gości, wsta­wiłem wodę na kawę i zro­biłem ka­nap­ki z szynką, se­rem i po­mi­do­ra­mi. Przez cały czas Kry­sia ob­ser­wo­wała mnie, jak­bym zakłócił jej prze­strzeń, jak­bym był in­tru­zem, nie­pro­szo­nym gościem albo wręcz złodzie­jem. Men­tal­nie sty­li­zo­wała się na kuch­nio­kratkę, na wład­czy­nię ka­fel­ko­wej prze­strzeni. A ja prze­cież byłem w mym domu ro­dzin­nym, tu bie­gałem, tu zo­sta­wiałem błotne pla­my butów, a tu pośli­zgnąłem się na umy­tej przez matkę podłodze. To Kry­sty­na była in­tru­zem, który wpa­ro­wał do mej ro­dzi­ny wraz z obrączką od Wieśka na pal­cu.

- Ro­dzi­ce są na cmen­ta­rzu, ale niedługo po­win­ni wrócić - po­wie­działa, chcąc prze­rwać mil­cze­nie. Kiwnąłem na to głową, po­pi­jając kawę.

Wie­siek za­gu­bił się w re­aliach Szan­sy na suk­ces, nie in­te­re­sując się świa­tem, poza tym me­dial­nym. Zresztą długo nie cie­szył się czy­stością prze­ka­zu, gdyż z góry, ni­czym sta­do koni, zbiegło tro­je dzie­ci.

- Wuja! Wuja! - Pod­le­ciały do mnie i wyciągnęły swe małe rączki ni­czym Cy­ga­niątka proszące o jałmużnę.

- W końcu przy­je­chałeś! - Pucołowa­te po­licz­ki jed­ne­go z bliźniaków roz­sze­rzyły się, uka­zując szczer­ba­te uzębie­nie.

Być może to Paweł tak się do mnie uśmie­chał (je­stem chrzest­nym Pawła), ale to mógł być jego brat bliźniak Jan (nie je­stem chrzest­nym Jana). Ja­snowłose szkra­by wyglądały tak samo, a Kry­sty­na i Wie­sio ubie­ra­li je w iden­tycz­ne ciu­chy, tak że pomyłka wcho­dziła w grę. Po­pu­kałem jed­ne­go i dru­gie­go po główce w na­dziei, że nikt nie roz­po­zna mo­jej nie­wie­dzy. Jan i Paweł mie­li po dzie­sięć lat i wiecz­nie brud­ne pa­znok­cie. Za­wsze łazi­li ra­zem i pew­nie też jed­no­cześnie czu­li ból, jak na bliźniaków przy­stało. Kie­dy ich ob­ser­wo­wałem pod­czas wi­zy­ta­cji w domu, do­szedłem do wnio­sku, że mają tyl­ko jed­no hob­by - plu­cie na Dru­gie­go. Dru­gi, a właści­wie Da­wid, miał sześć lat. Na­zy­wam go Dru­gi, bo gdy­by "Dru­gi" funk­cjo­no­wało jako imię, wówczas tak by do­stał na chrzcie. Świet­nie zgrałby się wte­dy z imio­na­mi bliźniaków. Wziąłem najmłod­sze­go na ręce, bo zro­biło mi się go szko­da; nie dość, że bra­cia nim po­nie­wie­ra­li, to jesz­cze ukrad­kiem bawił się lal­ka­mi i ma­lo­wał wymyślne hi­sto­rie w ze­szy­ci­ku. Społeczeństwo gar­dzi naj­bar­dziej kre­atyw­ny­mi jed­nostkami już od ich najmłod­szych lat. Jan i Paweł wy­rosną pew­nie na golących się na łyso miłośników Boga i pra­wi­cy. A Da­widek będzie Da­widkiem, lubiącym kred­ki, farb­ki i upra­wiającym seks z fa­ce­ta­mi. Mam na­dzieję.

Bliźnia­cze pa­cholęta jed­no­cześnie skrzy­wiły twa­rze i spoj­rze­nia­mi rzu­cały na mnie gro­my. Zadrżałem przez te pierw­sze ozna­ki przyszłego dre­siar­stwa. Chcąc wku­pić się łaski, wy­grze­bałem z tor­by port­fel i roz­dałem całej trójce po dwie dy­chy. Na szczęście miałem taką sumę.

- Tyl­ko nie wy­daj­cie na por­no­le! - Dałem Ja­no­wi i Pawłowi po żar­to­bli­wym kuk­sańcu.

- Alek­san­drze! - wy­krzyknęła Kry­sty­na, słysząc za­ka­za­ne słowo na "pe".

- Co to są por­no­le, mamo? - za­py­tał Dru­gi, który również dzierżył od­li­czo­ne pie­niądze.

- Nic, nie słuchaj wuj­ka.

- To są gołe baby, de­bi­lu! - krzyknął któryś z bliźniaków i na­pluł Dru­gie­mu na czu­bek głowy. Da­wi­dek w ryk.

- Wie­siek, bo oni zno­wu się tłuką, zrób coś! - Kryśka pod­niosła za­smar­ka­ne­go, zapłaka­ne­go i oplu­te­go Dru­gie­go, tuląc go do pier­si. Ohyd­ny wi­dok, mało es­te­tycz­ny.

Wiesław wy­szedł z sa­lo­nu ze ściągniętym pa­skiem w dłoni. Bliźnia­ki też w ryk, zno­wu ra­zem.

- Prze­cież nie mu­sisz ich od razu lać, Wie­siek! - Głos ko­bie­ty prze­bił się przez za­wo­dze­nie dzie­ci. Bra­to­wa mu­siała się szko­lić w tej sztu­ce. Przy piątym dziec­ku osiągnie mi­strzo­stwo.

1

Nie za­pa­liłem. Przy­po­mniałem so­bie, że mój part­ner śpi tuż przy ścia­nie. Jest bar­dzo wrażliwy (a właści­wie drażliwy) na wszel­kie nie­przy­jem­ne, jego zda­niem, za­pa­chy. W łóżku z tru­dem do­strzegłem Blon­dy­na za­ko­pa­ne­go w pie­rzy­ny, śpiącego za­pew­ne w sa­mych bok­ser­kach, nad gumką których wid­niał pokaźny pie­przyk, tuż przy owłosio­nym pępku. Skąd się w ogóle wzięła chęć za­pa­le­nia w łóżku? Było to ab­sur­dal­ne, prze­cież od cza­su, gdy wszedłem w ten święty, nie­za­re­je­stro­wa­ny związek part­nerski, prze­stałem prak­ty­ko­wać po­pa­la­nie w miesz­ka­niu pod­czas obec­ności Blon­dy­na. Jemu bar­dzo to nie od­po­wia­dało, mnie z ko­lei bar­dzo tego bra­ko­wało, lecz nie miałem siły użerać się z wro­giem pa­pie­rosów, zwłasz­cza że nie miesz­ka­my ra­zem, tyl­ko wi­du­je­my się od cza­su do cza­su, czy­li prak­tycz­nie co­dzien­nie.

Ubrałem przy­go­to­wa­ne po­przed­nie­go dnia dżinsy i czarną ko­szulkę. Po­ranną to­a­letę wy­ko­ny­wałem w pośpie­chu, jak­by pociąg miał od­je­chać lada mo­ment, a prze­cież miałem jesz­cze dokład­nie dwie go­dzi­ny. Chwy­ciłem wa­lizkę, przy­szy­ko­waną również wcześniej. Nie obu­dził się. Za­pa­liłem w dro­dze na PKP. Wte­dy też wyłączyłem te­le­fon, żeby Blon­dyn się do mnie nie do­dzwo­nił. Nie pożegnałem się z nim. Być może już nig­dy nie będę mu­siał tego robić, bo pociąg się wy­ko­lei? A Blon­dynowi zo­sta­nie po mnie tyl­ko przy­cze­pio­na ma­gne­sa­mi do lodówki kart­ka: "Do zo­ba­cze­nia. Zo­staw klucz pod wy­cie­raczką", na­pi­sa­na moim cha­otycz­nym pi­smem?

Blon­dy­na po­znałem w Miej­skiej Ga­le­rii Sztu­ki, w której pra­cuję. Był je­dy­nym do­brze ubra­nym z tej stu­denc­kiej zgrai skomlącej o doświad­cze­nie za­wo­do­we. Miał na so­bie di­zaj­nerską ko­szulkę z wi­ze­run­kiem pa­lacz­ki pa­pie­rosów, nad którą uno­sił się dy­mek sym­bo­li­zujący smród. Też tak śmierdzę i to mi od­po­wia­da. Blon­dy­no­wi jed­nak chy­ba nie za bar­dzo to pa­so­wało - ale cze­go nie robi się dla płat­ne­go stażu? Po­lu­biłem chłopa­ka za ten jego brak aser­tyw­ności. Przy­najm­niej na tyle, aby móc z Blon­dy­nem sy­piać.

-

- Dwa­dzieścia sześć trzy­dzieści - skwi­to­wała pani z dwor­co­wej kasy.

Stanąłem przy ban­ko­ma­cie, nie wiedząc, co mam ze sobą zro­bić. Obok znaj­dującego się pośrod­ku dwor­ca sto­iska z kry­mi­nałami prze­mknęli kon­duk­tor i dwie kon­duk­torki. Wszy­scy tro­je dzierżyli czar­ne, skórza­ne tor­by, w których za­pew­ne grzały się ka­nap­ki owi­nięte w biały, otłuszczo­ny pa­pier śnia­da­nio­wy. Nikt nie zwrócił na nich spe­cjal­nej uwa­gi, a oni może chcie­li­by wyglądać jak ste­war­de­sy lub pi­lo­ci Pan Am z lat sześćdzie­siątych? Wzbu­dzać re­spekt, za­zdrość i pożąda­nie, mieć ko­chanków i ko­chanki na sta­cjach do­ce­lo­wych? W pomiętych gra­na­to­wych uni­for­mach uda­li się do wyjścia, a przy drzwiach mężczy­zna klepnął wa­lizką w pupę jedną z kon­duk­torek. No cóż, wspólne wy­jaz­dy zbliżają.

Wy­szedłem na pa­pie­ro­sa na spe­cjal­nie wy­ty­czo­ny do tego skra­wek chod­ni­ka, tuż przy ko­szu na śmie­ci i kio­sku z prasą. Przez mo­ment zda­wało mi się, że do­strzegłem Ar­tystę, którego jakiś czas temu wy­sta­wiała ga­le­ria, gdzie pra­cuję. Sam wy­sta­wiłem go na swo­im łóżku, był całkiem nagi i gdzie­nieg­dzie brud­ny od far­by. Jed­nak to nie był on. Zresztą cóż miałby robić w moim mieście w lip­cu, mie­siącu po­su­chy ar­ty­stycz­nej? Na wa­ka­cje ga­le­ria zwol­niła tem­po, a ja, po­nie­waż miałem przez to więcej wol­ne­go, wszedłem w związek, który z góry ska­za­ny jest na porażkę. Bied­ny Blon­dyn i jego pie­przyk przy pępku.

Wy­pa­liw­szy, po­szedłem na pe­ron 4a w na­dziei, że pociąg pod­sta­wią wcześniej. Słońce od­bi­jało się od szyb, grzało co­raz moc­niej. Pociłem się po­mi­mo względnie skąpego stro­ju. Mam wiel­ki pro­blem z podróżowa­niem: boję się wy­bie­rać miej­sca podróży, pa­ko­wać, usta­lać. Je­stem sójką bez ja­kiej­kol­wiek chęci wy­lo­tu. Nig­dy nie byłem w We­ne­cji czy w Ba­zy­lei, cho­ciaż ga­le­ria fi­nan­so­wała wy­jaz­dy na bien­na­le. Co tu mówić o za­gra­ni­cy, jak ja się boję jeździć na­wet do domu ro­dzin­ne­go? Tak jak te­raz.

Doczłapałem do pociągu, po czym sta­ran­nie wy­brałem i od­mie­rzyłem wa­gon usy­tu­owa­ny naj­bar­dziej pośrod­ku. Zajęcie ta­kie­go wyśrod­ko­wa­ne­go miej­sca zmniej­sza ry­zy­ko śmier­ci w ra­zie wy­ko­le­je­nia lub zde­rze­nia. Nie mam za­mia­ru umrzeć w pro­za­icz­ny sposób, tak że ostrożnie pod­chodzę do wszel­kich śmier­cionośnych miejsc; ale też i do tych, które teo­re­tycz­nie są bez­piecz­ne. Ko­lej ma swoją długo­let­nią tra­dycję w by­ciu prze­kaźni­kiem zgonów.

Usiadłem w wy­bra­nym wa­go­nie. Brak tłumów to za­wsze luk­sus, ale zupełny brak lu­dzi może być wiel­kim za­grożeniem. Za­wsze sta­ram się prze­strze­gać ko­le­jo­wych ostrzeżeń. Port­fel mam ukry­ty, aby nie ukradł mi go żaden zbir. Sta­ram się sie­dzieć w prze­działach, gdzie już ktoś sie­dzi - by­le­by nie miał ogo­lo­nej głowy, nie był ubra­ny w dres i pach­niał przy­zwo­icie. Po­sia­dam również ważny bi­let. Tak za­bez­pie­czo­ny, zaj­muję miej­sce za­zwy­czaj przy oknie, aby móc oprzeć się o ścianę i usnąć. Później wy­da­je mi się, że mam we włosach klejący brud. Przykłada­nie głowy do pociągo­wej ścian­ki jest je­dyną ohydą, na jaką so­bie po­zwa­lam. Wolę prze­spać podróż, niż przez nią całą myśleć o bli­skości nie­cie­ka­wej śmier­ci w płomie­niach lub przez zgnie­ce­nie.

-

Pociąg ru­szył, a moje po­wie­ki zaczęły opa­dać i się pod­no­sić, jak­by strach chciał bar­dziej dać się we zna­ki tuż przed zaśnięciem. Na szczęście mam taką przy­padłość, że mój or­ga­nizm działa, jak­by był od na­ro­dzin szpry­co­wa­ny avio­ma­ri­nem - szyb­ko usy­piam w każdym środ­ku trans­por­tu. Grzało, ale gorąco zmie­niało się z se­kun­dy na se­kundę w przy­jem­ność. A gdy­bym tak umarł? Te­raz, za­raz w ka­ta­stro­fie ko­le­jo­wej, która pochłonęła, na szczęście, tyl­ko garstkę, bo aku­rat lato, ran­na go­dzi­na i lu­dzie jakoś niechętnie o tej po­rze pod­dają się nie­miłym do­zna­niom. Szczęście w nieszczęściu, iż pociąg wy­ko­leił się przez zwa­loną na tory gałąź, a nie wsku­tek zde­rze­nia z in­nym pociągiem. Wa­go­ny (za­le­d­wie trzy jed­nost­ki) sunęły wraz z lo­ko­mo­tywą wśród leśnej głuszy, ryjąc przy tym w wy­su­szo­nej ściółce leśnej. Nie znasz dnia ani go­dzi­ny.

A jak­bym umarł, zginął w tym wy­pad­ku, to jak by to przyjęli znający mnie lu­dzie? By­li­by w szo­ku czy ra­czej po­ja­wiłyby się ko­men­ta­rze w sty­lu: "On to za­wsze taki fir­cyk był i gadał o tru­pach, to i na nie­go przyszła ko­lej"? Myśląc o tym, widzę całą mą ro­dzinę na sty­li­zo­wa­nych na go­ty­cyzm zdjęciach: mą matkę i mego ojca, za­puch­niętych od łez, na ta­blet­kach, coby nie­spo­dzie­wa­nie nie po­mdle­li przy świeżo wy­ko­pa­nym dole; za mymi ro­dzi­cie­la­mi bu­rzo­we chmu­ry, ciem­ność, rzędy na­grobków i obo­wiązko­wo szpa­del wbi­ty w kupę zie­mi. Widzę siostrę, która sta­wia w oknie grom­nicę czy co się tam sta­wia po śmier­ci bli­skie­go. Bra­ta, jego wia­rołomną żonę-ka­te­chetkę i ich czwo­ro dzie­ci z wieńcami tuż przy wejściu do ka­pli­cy, gdzie od­by­wa się czu­wa­nie przy zwłokach. Nie­ste­ty, trum­na jest za­mknięta, prze­cież nikt nie chce wi­dzieć roz­ha­ra­ta­nych zwłok młode­go i mającego przed sobą świe­tlaną przyszłość człowie­ka. Resztę ro­dzi­ny, trochę dalszą, można by upchnąć na jed­nym zdjęciu gru­po­wym, oczy­wiście w od­po­wied­niej sce­ne­rii gro­zy i po­wszech­ne­go smut­ku. Każdy krew­ny z kwia­tem albo z za­pa­lo­nym zni­czem w dłoni, gdzie­nieg­dzie łza spływająca po zmarsz­czo­nym licu. Głowy spusz­czo­ne, wzrok wbi­ty w zie­mię. Być może ro­dzin­ka przy im­pre­zach ze­chce wy­le­wać kie­li­szek wódki na podłogę - za zmarłych, czy­li też i za mnie?

Swoją drogą, cie­ka­we, czy przy­je­chałby ktoś z mo­ich zna­jo­mych, z którymi nie utrzy­muję kon­tak­tu od stu­diów, i tych z ga­le­rii, stwo­rzo­nych bar­dziej z po­wie­trza niż z krwi i kości. Nig­dy nie ukry­wałem nikłej sym­pa­tii do tych lu­dzi, toteż pew­nie nikt by się nie sta­wił. A może zja­wiłby się Ar­ty­sta, uznaw­szy, że mnie ko­chał i do­pie­ro te­raz pojął tę miłość? W ra­mach podkręce­nia na­stro­ju smut­ku rzu­ciłby się na spusz­czaną trumnę, krzycząc: "Nie!!!". Grud­ki zie­mi za­wie­ru­szyłyby się w jego brązo­wych lo­kach; ciągle uma­za­ny­mi farbą dłońmi ryłby w zie­mi, szu­kając śladów mych od­ruchów. Z piw­nych oczu Ar­ty­sty lałyby się łzy, oj, lały! Mógłby ry­wa­li­zo­wać w tym rzu­ca­niu się i grze­ba­niu w zie­mi z kimś z mo­jej ro­dzi­ny; prze­py­cha­li­by się, leżąc na wie­ku wy­ko­na­nym z drze­wa wiśnio­we­go. Do wol­no myślących mózgow­nic do­tarłby wte­dy nie­praw­do­po­dob­ny fakt, że z tru­pem coś naj­praw­do­po­dob­niej było nie po ko­lei!

Nie mogę za­po­mi­nać o Blon­dy­nie z pie­przy­kiem nad bok­ser­ka­mi. Widzę wyraźnie tę po­stać w mod­nym, czar­nym gar­ni­tu­rze vin­ta­ge. W białej ko­szu­li z cie­niut­kim kra­wa­tem typu śledź. Blon­dyn stałby bla­dy z tą swoją przydługą, jasną grzywką; głowę trzy­małby pro­sto, patrząc w obiek­tyw; dum­ny, lecz z błyszczącym, za­wie­dzio­nym wzro­kiem, bo oka­załem się głupim chuj­kiem i miałem Ar­tystę na boku. Prze­cież nie mógł wie­dzieć, że ma­larz był przed nim. Spoglądałby więc w ten obiek­tyw, a wiatr, za­po­wia­dający burzę, mierz­wiłby tę ide­alną fry­zurę.

-

- Dzień do­bry, bi­le­ty do kon­tro­li! - Obu­dził mnie wy­strzał i na­tych­miast so­bie pomyślałem, że pociąg się wy­ko­le­ja. W bok­ser­kach po­czułem wzwód. Roz­cza­ro­wa­ny Blon­dyn i roz­gorączko­wa­ny Ar­ty­sta zro­bi­li swo­je.

Kon­duk­to­rzy mo­gli­by być mi­lu­si jak pra­cow­ni­cy li­nii lot­ni­czych. Witać pasażerów, po­da­wać z uśmie­chem drin­ki i po­dusz­ki, często­wać orzesz­ka­mi (których i tak bym nie wziął - lu­dzie no­to­rycz­nie nie myją rąk!). Ale to nie­możliwe. La­ta­nie jest dla człowie­ka nie­na­tu­ral­ne, dla­te­go też pod­nieb­ne ku­rio­zum fir­my sta­rają się za­tu­szo­wać nad­na­tu­ralną ogładą i wa­ze­li­niar­stwem, na­wet w sto­sun­ku do klientów wyraźnie nie­sym­pa­tycz­nych. Lot sa­mo­lo­tem to igra­nie ze śmier­cią i wszy­scy do­brze o tym wiedzą; bliżej stamtąd do króle­stwa nie­bie­skie­go, toteż pra­cow­ni­cy sa­mo­lo­tu mają anielską cier­pli­wość. A po An­nie Jan­tar, WTC i Smo­leńsku sze­fo­stwo musi się na­prawdę sta­rać i wy­bie­rać ta­kich ste­wardów oraz ta­kie ste­wardesy, którzy po­tra­fią się uśmie­chać, nie tyl­ko lecąc, ale także wte­dy, gdy spa­dają. Ja tu myślu-myślu, tym­cza­sem pociągowy ste­ward, ten sam, który na dwor­cu fry­wol­nie klepnął kon­duk­torkę w pupę, wyciąga do mnie dłoń głodną bi­le­tu, a w dru­giej trzy­ma ka­sow­nik i ner­wo­wo stem­plu­je po­wie­trze, pew­nie z przy­zwy­cza­je­nia. Podałem wy­dru­ko­wa­ny w ka­sie świ­stek; zniżka stu­denc­ka od dwóch lat mnie nie obo­wiązywała, nie­ste­ty. Kon­duk­tor zba­dał, dokąd jadę, po­pa­trzył trochę to na mnie, to na bi­le­cik, po czym oddał go w moje ręce.

-

Mu­siało mi się zno­wu przysnąć, avio­ma­rin w mo­ich żyłach działa nie­ustan­nie. Rzu­ciłem okiem na wi­docz­ki za oknem, na land­sca­pes, jak to ma­wiał Ar­ty­sta. Zna­jo­me pola i za­bu­do­wa wiej­ska, zna­jo­ma ru­ina po fir­mie spro­wa­dzającej pa­li­wo. Ze­rwałem się prędko i po­rwałem swoją torbę. Pociąg właśnie się za­trzy­mał i wypuścił mnie w mieści­nie, o której sta­ram się za­po­mnieć. A ona ni­czym zły sen, mara prze­brzydła wra­ca i ster­czy mi nad głową. Stanąłem przy pięknym mu­ro­wa­nym dwor­cu ko­le­jo­wym z początku XX wie­ku. Współcze­sna wer­sja była okro­jo­na o blask ar­chi­tek­tu­ry tam­tej epo­ki, bo za­mie­nio­na zo­stała na po­wy­bi­ja­ne szy­by, śmie­ci, kupy zwierzęco-ludz­kie oraz wszel­kiej maści na­pi­sy, począwszy od "Hi­tler" (ktoś się nie mógł zde­cy­do­wać, więc dodał także "Jude"), przez "Wi­dzew pany", po "Anka Wstańka la­ski trza­ska". Przede wszyst­kim jed­nak dwo­rzec za­mknięto na czte­ry spu­sty i tyl­ko przez te wy­bi­te szy­by można się do­stać do środ­ka. A w środ­ku So­do­ma i Go­mo­ra oraz żul­stwo z ja­bo­la­mi w dłoniach, czy­li stan­dar­do­wo jak na pol­skie po­za­my­ka­ne dwor­ce.

Stoję przy tej laur­ce dla gwałtu na sztu­ce. Stoję i wzdy­cham, bo jako pra­cow­nik in­sty­tu­cji kul­tu­ry i sztu­ki mam wy­czu­cie es­te­tycz­ne i boli mnie strasz­li­wie, boli w każdym za­ka­mar­ku, kie­dy lu­dzie nie po­tra­fią i nie chcą do­ce­nić za­bytków. Za­pa­liłem pa­pie­ro­sa, i to z nerwów, i to z iry­ta­cji na zmierzch ar­ty­zmu i brak trans­por­tu do domu ro­dzin­ne­go, który mi te­le­fo­nicz­nie za­gwa­ran­to­wa­no. Mógłbym za­dzwo­nić i przyśpie­szyć, kogo trze­ba, ale te­le­fon da­lej mam wyłączo­ny i nie za­mie­rzam go uru­cho­mić. Chy­ba się boję wia­do­mości od Blon­dy­na albo ich bra­ku.