Portret Doriana Graya - Oskar Wilde

Kup ebooka

53.00 zł
43.98 zł (37,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przed­mowa

Arty­sta jest twórcą piękna.

Celem sztuki jest: obja­wiać sztukę, ukry­wać arty­stę.

Kry­ty­kiem jest, kto potrafi wła­sne wra­że­nie piękna wyra­zić w odmien­nej for­mie lub w nowym mate­riale.

Naj­wyż­sza, jak i naj­niż­sza forma sztuki jest swego rodzaju auto­bio­gra­fią.

Kto w rze­czach pięk­nych odnaj­duje sens brzydki, jest zepsuty, nie budząc zachwytu. To błąd.

Kto odnaj­duje piękny sens w rze­czach pięk­nych, jest kul­tu­ralny. Posiada przy­szłość.

Wybra­nymi są ci, dla któ­rych rze­czy piękne posia­dają zna­cze­nie tylko piękna.

Nie ma ksią­żek moral­nych lub niemoral­nych. Bywają tylko książki napi­sane dobrze lub źle. Nic wię­cej.

Nie­chęć wieku dzie­więt­na­stego do reali­zmu jest wście­kło­ścią Kali­bana, spo­glą­da­ją­cego na wła­sne odbi­cie w zwier­cia­dle.

Nie­chęć wieku dzie­więt­na­stego do roman­ty­zmu jest wście­kło­ścią Kali­bana, widzą­cego w zwier­cia­dle nie swoje odbi­cie.

Życie moralne czło­wieka jest czę­ścią mate­riału dla arty­sty, lecz moral­ność sztuki polega na dosko­na­łym uży­ciu nie­do­sko­na­łego środka.

Żaden arty­sta nie pra­gnie niczego dowieść.

Nawet rze­czy praw­dziwe mogą być dowie­dzione.

Żaden arty­sta nie ma sym­pa­tii etycz­nych.

Sym­pa­tia etyczna u arty­sty to nie­wy­ba­czalne zma­nie­ro­wa­nie stylu.

Żaden arty­sta nie jest cho­ro­bliwy.

Arty­sta może wszystko wyra­zić.

Myśl i mowa są dla arty­sty narzę­dziami sztuki.

Wystę­pek i cnota są dla arty­sty mate­ria­łem sztuki.

Z punktu widze­nia formy typem sztuki jest muzyka. Z punktu widze­nia uczu­cia typem jest sztuka aktora.

Wszelka sztuka jest zara­zem powierzch­nią i sym­bo­lem.

Kto sięga pod powierzch­nię, czyni to na wła­sne ryzyko.

Kto odczy­tuje sym­bol, czyni to na wła­sne ryzyko.

Sztuka odzwier­cie­dla w isto­cie widza, nie życie.

Róż­no­rod­ność poglą­dów o dziele sztuki dowo­dzi, że jest ono nowe, skom­pli­ko­wane i zdolne do życia.

Jeśli kry­tycy są w nie­zgo­dzie, arty­sta jest w zgo­dzie z sobą.

Możemy wyba­czyć komuś, że stwa­rza coś uży­tecz­nego, póki tego nie podzi­wia. Jedy­nym uspra­wie­dli­wie­niem dla twórcy dzieła bezuży­tecz­nego jest, że je podzi­wia.

Wszelka sztuka jest bez­u­ży­teczna.

OSKAR WILDE

Roz­dział I

Silna woń róż wypeł­niała pra­cow­nię, a gdy lekki wiatr muskał drzewa w ogro­dzie, wni­kał przez otwarte drzwi ciężki zapach bzu lub lżej­szy kwit­ną­cego głogu.

Leżąc w swym kącie na kana­pie z per­skiej tka­niny i wypa­la­jąc jak zwy­kle nie­zli­czoną ilość papie­ro­sów, lord Hen­ryk Wot­ton mógł wła­śnie chwy­tać odbla­ski kwie­cia wie­lo­kwiatu o bar­wie i sło­dy­czy miodu, któ­rego drżące gałę­zie zdały się z led­wo­ścią dźwi­gać cię­żar swej pło­mien­nej pięk­no­ści; na tle jedwab­nych fira­nek, prze­sła­nia­ją­cych sze­ro­kie okna, migo­tały od czasu do czasu fan­ta­styczne cie­nie prze­la­tu­ją­cych pta­ków, wywo­łu­jąc na chwilę złu­dze­nie obra­zów i budząc w lor­dzie Hen­ryku wspo­mnie­nie owych bla­dych, wąsko­li­cych mala­rzy z Tokio, któ­rzy z pomocą swej sztuki, z koniecz­no­ści nie­ru­cho­mej, usi­łują wywo­łać wra­że­nie ruchu i ruchli­wo­ści. Stłu­mione brzę­cze­nie psz­czół, toru­ją­cych sobie z trud­no­ścią drogę wśród wyso­kiej, nie­sko­szo­nej trawy, lub krą­żą­cych z mono­tonną wytrwa­ło­ścią dokoła pokry­tego zło­tym pyłem kwie­cia gęstego wicio­krzewu, wzma­gały jesz­cze wra­że­nie ciszy. Stłu­miona wrzawa Lon­dynu podobna była do głę­bo­kiego dźwięku odle­głych orga­nów.

Na środku pokoju stał na pio­no­wych szta­lu­gach natu­ral­nej wiel­ko­ści por­tret mło­dzieńca o nie­zwy­kłej uro­dzie, a przed nim sie­dział w nie­wiel­kim odda­le­niu sam arty­sta, Bazyli Hal­l­ward, który przed kilku laty nagłym swym znik­nię­ciem wywo­łał tak wielką wrzawę, dając powód do naj­róż­no­rod­niej­szych przy­pusz­czeń.

Malarz przy­glą­dał się peł­nej wdzięku i powagi postaci, którą stwo­rzył z takim arty­zmem, a na jego twa­rzy wykwitł uśmiech zado­wo­le­nia. Ale nagle Bazyli zerwał się, przy­mknął oczy, kła­dąc palce na powie­kach, jakby chciał uwię­zić w mózgu dziwny sen, z któ­rego oba­wiał się prze­bu­dzić.

- To twoje naj­lep­sze dzieło, Bazyli, naj­lep­sze z wszyst­kich, jakie kie­dy­kol­wiek stwo­rzy­łeś - rzekł lord Hen­ryk gło­sem nieco ści­szo­nym. - Na przy­szły rok musisz go posłać na wystawę Gro­sve­nor. Aka­de­mia jest zbyt wielka i zbyt wygodna. Ile razy tam przy­cho­dzi­łem, zasta­wa­łem albo tylu ludzi, że nie mogłem widzieć obra­zów co było straszne, albo tyle obra­zów, że ludzi nie widzia­łem, co było jesz­cze strasz­niej­sze. Pozo­staje więc tylko wystawa Gro­sve­nor.

- Zdaje się, że tego obrazu nie poślę na żadną wystawę - odpo­wie­dział malarz, odrzu­ca­jąc głowę w tył, tym samym zupeł­nie ruchem, któ­rym już w Oks­for­dzie pobu­dzał przy­ja­ciół do śmie­chu. - Nie, nie poślę go ni­gdzie.

Lord Hen­ryk pod­niósł brwi i poprzez lek­kie, błę­kitne kółka dymu, uno­szą­cego się fan­ta­stycz­nemu krę­gami z jego opiu­mo­wa­nego papie­rosa, rzu­cił na mala­rza zdzi­wione spoj­rze­nie.

- Nie wysta­wisz go? Ależ, mój drogi, dla­czego? Czy masz jakiś powód? Co to za dzi­wacy z tych mala­rzy! Wysi­la­cie się na wszystko, byle zdo­być sławę. A gdy ją zdo­by­li­ście, zdaje się, jak byście się jej chcieli naj­chęt­niej pozbyć. To głu­pio z waszej strony, gdyż jedyne, co gor­sze jest od tego, że o nas mówią, jest to, że o nas nie mówią. Taki por­tret wyniósłby cię ponad wszyst­kich mło­dych arty­stów Anglii i wzbu­dził zawiść sta­rych, gdyby sta­rzy ludzie zdolni byli w ogóle do jakie­goś uczu­cia.

- Wiem, że będziesz się ze mnie śmiał - odpo­wie­dział malarz - ale ja tego obrazu naprawdę nie mogę wysta­wić. Za wiele wło­ży­łem weń z sie­bie samego.

Lord Hen­ryk roz­parł się na kana­pie ze śmie­chem.

- Tak, wie­dzia­łem, że będziesz się śmiał; a jed­nak to prawda.

- Za wiele wło­ży­łeś z sie­bie samego! Daję słowo, Bazyli, nie wie­dzia­łem, że jesteś tak próżny; i trudno mi rze­czy­wi­ście zna­leźć jakieś podo­bień­stwo mię­dzy twoją surową, ostrą twa­rzą, twoim kru­czo­czar­nym wło­sem, a tym Ado­ni­sem, stwo­rzo­nym, zda się, z kości sło­nio­wej i płat­ków róż. Nie, mój Bazyli, to Nar­cyz, a ty - no, oczy­wi­ście masz twarz udu­cho­wioną i tak dalej. Ale pięk­ność, praw­dziwa pięk­ność koń­czy się tam wła­śnie, gdzie się zaczyna udu­cho­wie­nie. Udu­cho­wie­nie jest rodza­jem prze­sady i niwe­czy har­mo­nię każ­dej twa­rzy. Gdy się czło­wiek zamy­śla, staje się cały nosem lub cały czo­łem, albo czymś innym brzyd­kim. Spójrz tylko na wybit­nych ludzi, pra­cu­ją­cych w jakim­kol­wiek uczo­nym zawo­dzie. Jacy oni są wstrętni! Jedyny wyją­tek, to mężo­wie Kościoła. Ale za to w kościele nie myśli się wcale. Gdy biskup doj­dzie do lat osiem­dzie­się­ciu, mówi dokład­nie to samo, czego go uczono, gdy miał osiem­na­ście, i dla­tego wygląda zawsze cza­ru­jąco. Twój tajem­ni­czy młody przy­ja­ciel, któ­rego imie­nia nie wymie­ni­łeś mi dotąd, ale któ­rego por­tre­tem jestem rze­czy­wi­ście zachwy­cony, z pew­no­ścią nie myśli ni­gdy. Jestem tego pewien. To bez­myślna, piękna istota, która powinna tu być zawsze zimą, gdy nie mamy kwia­tów, i latem, gdy trzeba nam cze­goś na ochło­dze­nie swego ducha. Nie bądź próżny, Bazyli, ani odro­binę nie jesteś do niego podobny.

- Nie rozu­miesz mnie, Harry - odparł arty­sta - Oczy­wi­ście nie jestem do niego podobny. Wiem to dobrze. Tak, i szkoda by było. Wzru­szasz ramio­nami? Mówię prawdę. Ponad wszelką fizyczną i duchową nie­zwy­kło­ścią unosi się fata­lizm, ów fata­lizm, który towa­rzy­szy nie­pew­nym kro­kom kró­lów przez histo­rię. Lepiej być takim, jak wszy­scy bliźni. Szpetni i głupi mają naj­lep­szy los na tym świe­cie. Żyją, jak im się podoba, i przy­glą­dają się grze. A jeśli nie wie­dzą nic o zwy­cię­stwie, to przy­naj­mniej zaosz­czę­dzona im jest świa­do­mość porażki. Żyją, jak powin­ni­śmy wszy­scy żyć, obo­jęt­nie, bez prze­szkód, bez nie­po­koju. Nie powo­dują zguby innych, ani sami jej z niczy­jej ręki nie doświad­czają. Twoje sta­no­wi­sko i dobro­byt, Harry; mój duch, jakim­kol­wiek jest - moja sztuka, ile­kol­wiek jest warta; pięk­ność Doriana Graya - wszy­scy będziemy poku­to­wać za to, co nam dali bogo­wie, strasz­li­wie będziemy poku­to­wać.

- Dorian Gray? Więc tak się nazywa? - zapy­tał lord Hen­ryk, prze­cho­dząc przez pokój i zbli­ża­jąc się do Hal­l­warda.

- Tak, tak się nazywa. Nie mia­łem zamiaru powie­dzieć ci tego.

- Ależ dla­czego?

- O, nie mogę ci tego wyja­śnić. Jeśli kogoś bar­dzo lubię, nie mówię nikomu jego nazwi­ska. Mam wra­że­nie, jak­bym poświę­cał cząstkę z niego. Nauczy­łem się kochać tajem­ni­czość. Zdaje się, że to jedyne, co czyni życie nasze nie­zwy­kłym i cudow­nym. Rze­czy naj­pow­sze­dniej­sze nabie­rają uroku, gdy się je ukrywa. Gdy wyjeż­dżam, nie mówię nikomu, dokąd się udaję. Gdy­bym to uczy­nił, stra­cił­bym całą przy­jem­ność. Może to głu­pie, ale mnie się zdaje, że wnosi to nieco roman­ty­zmu do naszego życia. Oba­wiam się, że uwa­żasz mnie za prze­raź­li­wie dzie­cin­nego.

- By­naj­mniej - odpo­wie­dział lord Hen­ryk - by­naj­mniej, mój kochany Bazyli. Zapo­mnia­łeś pew­nie, że jestem żonaty, i że urok mał­żeń­stwa polega wła­śnie na tym, iż czyni ono nie­odzow­nym wza­jemne łudze­nie się. Nie wiem ni­gdy, gdzie jest moja żona, a żona moja nie wie, co ja czy­nię. Kiedy się spo­ty­kamy - a spo­ty­kamy się nie­kiedy, gdy jeste­śmy gdzieś razem zapro­szeni lub idziemy do księ­cia - opo­wia­damy sobie z naj­po­waż­niej­szymi minami naj­nie­do­rzecz­niej­sze rze­czy. Żona moja potrafi to dosko­nale - lepiej nawet niż ja. Ni­gdy nie ma kło­potu z datami, mnie zda­rza się to stale. Ale jeśli mnie kie­dyś przy­ła­pie, nie urzą­dza mi z tego powodu scen. Nie­kiedy pra­gnął­bym tego, ale ona mnie tylko wyśmiewa.

- Nie­na­wi­dzę tonu, jakim mówisz o swoim życiu mał­żeń­skim - rzekł Bazyli Hal­l­ward, pod­cho­dząc do drzwi pro­wa­dzą­cych do ogrodu. - Pew­ność, że jesteś zupeł­nie dobrym mężem, a tylko wsty­dzisz się swo­ich zalet. Dziwny z cie­bie czło­wiek. Nie mówisz ni­gdy nic moral­nego i ni­gdy nie czy­nisz nic nie­słusz­nego. Cynizm twój jest tylko pozą.

- Natu­ral­ność jest tylko pozą, pozą naj­bar­dziej dener­wu­jącą, jaką znam - zawo­łał lord Hen­ryk ze śmie­chem.

Wyszli razem do ogrodu i usie­dli na dłu­giej ławce bam­bu­so­wej, sto­ją­cej w cie­niu wiel­kiego krzewu waw­rzynu. Pro­mie­nie słońca prze­ni­kały przez gęstwę liści. Białe sto­krotki drżały w tra­wie.

Po dłuż­szej pau­zie lord Hen­ryk wyjął zega­rek.

- Będę już musiał pójść, Bazyli - mruk­nął - ale zanim pójdę, doma­gam się, abyś mi odpo­wie­dział na pyta­nie, które wcze­śniej zada­łem.

- Jakie pyta­nie? - rzekł malarz, nie pod­no­sząc oczu od ziemi.

- Wiesz dobrze.

- Nie wiem, Harry.

- Dobrze, powtó­rzę je. Chciał­bym, abyś mi wyja­śnił, dla­czego nie wysta­wisz por­tretu Doriana Graya. Chciał­bym znać praw­dziwą przy­czynę.

- Wymie­ni­łem ci praw­dziwą przy­czynę.

- Nie, nie wymie­ni­łeś. Powie­dzia­łeś, że w obra­zie tym jest zbyt wiele z cie­bie samego. To prze­cież dzie­cinne.

- Harry - rzekł Bazyli Hal­l­ward, spo­glą­da­jąc mu pro­sto w twarz - każdy obraz malo­wany z uczu­ciem jest por­tre­tem arty­sty, a nie modelu. Przed­miot obrazu jest tylko pre­tek­stem, oka­zją. Nie on obna­żony jest przez mala­rza, ale raczej malarz obnaża sam sie­bie na płót­nie. Przy­czyna, dla któ­rej nie chcę wysta­wić tego por­tretu, polega na tym, iż oba­wiam się, że odsło­ni­łem w nim tajem­nicę wła­snej duszy.

Lord Hen­ryk uśmiech­nął się.

- A jest nią? - zapy­tał.

- Powiem ci to - rzekł Hal­l­ward, ale po twa­rzy jego prze­mknął wyraz zakło­po­ta­nia.

- Słu­cham, Bazyli - cią­gnął lord, spo­glą­da­jąc na niego.

- O, wła­ści­wie mało tu jest do opo­wia­da­nia, Harry - odparł malarz. - Lękam się, że mnie nie zro­zu­miesz. Może mi nie uwie­rzysz.

Lord Hen­ryk pochy­lił się z uśmie­chem, zerwał różową sto­krotkę i przy­glą­dał się jej.

- Jestem pewien, że zro­zu­miem - rzekł, wpa­tru­jąc się uważ­nie w mały, złoty, o bia­łych żył­kach pła­tek. - A jeśli idzie o wiarę, to potra­fię uwie­rzyć we wszystko, co jest bodaj tro­chę nie­wia­ry­godne.

Wiatr strzą­snął kilka kwiat­ków z drzewa, a cięż­kie pęki bzu koły­sały się mia­rowo w gęstym powie­trzu. Koło muru zaćwier­kał konik polny, a długa, cienka ważka o brą­zo­wych, prze­zro­czy­stych skrzy­deł­kach prze­le­ciała niby błę­kitna nitka. Lord Hen­ryk miał wra­że­nie, jakby sły­szał bicie serca Bazy­lego Hal­l­warda, i ze zdu­mie­niem cze­kał na to, co nastąpi.

- Sprawa jest pro­sta - rzekł malarz po chwili. - Przed dwoma mie­sią­cami byłem na przy­ję­ciu u lady Bran­don. Wiesz, że my nie­szczę­śni arty­ści musimy się od czasu do czasu poka­zy­wać w towa­rzy­stwie, by przy­po­mnieć publicz­no­ści, że nie jeste­śmy dzi­ku­sami. W ubra­niu wie­czo­ro­wym i w bia­łym kra­wa­cie, powie­dzia­łeś kie­dyś, każdy, nawet makler gieł­dowy, może sobie zdo­być miano czło­wieka cywi­li­zo­wa­nego. Byłem od dzie­się­ciu minut w pokoju i roz­ma­wia­łem z prze­sad­nie wystro­jo­nymi wdo­wami i nud­nymi aka­de­mi­kami, gdy nagle uczu­łem, że ktoś mi się przy­gląda. Odwró­ci­łem się na wpół i po raz pierw­szy ujrza­łem Doriana Graya. Kiedy spoj­rze­nia nasze spo­tkały się, uczu­łem, że blednę. Ogar­nęło mnie dziwne uczu­cie lęku. Wie­dzia­łem, że stoję twa­rzą w twarz z czło­wie­kiem, któ­rego sama oso­bo­wość jest tak fascy­nu­jąca, że jeśli jej dam swo­bodę dzia­ła­nia, wchło­nie w sie­bie całą moją istotę, całą moją duszę, całą moją sztukę. Nie życzę sobie wpły­wów zewnętrz­nych na moje życie. Wiesz sam, Harry, jak nie­za­leżny jestem z natury. Zawsze byłem panem sie­bie; przy­naj­mniej do czasu, gdy spo­tka­łem Doriana Graya. Wów­czas - ale nie wiem, jak ci to wyja­śnić. Zdało mi się, że sły­szę jakiś głos, który mi mówił, że stoję na skraju strasz­li­wego kry­zysu w moim życiu. Mia­łem dziwne prze­czu­cie, że los przy­go­to­wał mi wybrane rado­ści i wybrane bóle. Prze­ra­żony odwró­ci­łem się, aby opu­ścić pokój. Nie sumie­nie gnało mnie precz: był to rodzaj tchó­rzo­stwa. Nie usi­łuję zaprze­czać, że chcia­łem uciec.

- Sumie­nie i tchó­rzo­stwo są w isto­cie tym samym, Bazyli. Sumie­nie jest firmą tej spółki. Oto wszystko.

- Nie wie­rzę w to, Harry i nie wie­rzę, jako­byś ty w to wie­rzył. Ale cokol­wiek było przy­czyną - a może była nią duma, gdyż byłem bar­dzo dumny - to jedno jest pewne, że kie­ro­wa­łem się ku drzwiom. Natkną­łem się oczy­wi­ście na lady Bran­don. "Nie ucieka pan już chyba, panie Hal­l­ward?", zawo­łała. Znasz jej cha­rak­te­ry­styczny, krzy­kliwy głos.

- Tak, ona jest pawiem we wszyst­kim, prócz pięk­no­ści - rzekł lord Hen­ryk, szar­piąc sto­krotkę dłu­gimi, ner­wo­wymi pal­cami.

- Nie mogłem się od niej uwol­nić. Popro­wa­dziła mnie do Kró­lew­skich Wyso­ko­ści, do ludzi ude­ko­ro­wa­nych gwiaz­dami i orde­rami, do pod­sta­rza­łych dam w ogrom­nych tia­rach i z nosami papug. Nazy­wała mnie naj­droż­szym przy­ja­cie­lem. Przed­tem widzia­łem ją raz zale­d­wie, ale ona uwzięła się aby mnie uczy­nić lwem towa­rzy­stwa. Pew­nie któ­ryś z moich obra­zów miał wła­śnie duże powo­dze­nie, albo przy­naj­mniej wymie­niony był w pismach, a tym mie­rzy się w dzie­więt­na­stym wieku nie­śmier­tel­ność. Nagle sta­ną­łem naprze­ciw owego mło­dzieńca, któ­rego osoba tak na mnie dziw­nie podzia­łała. Sta­li­śmy tuż obok sie­bie, doty­ka­jąc się nie­mal. Spoj­rze­nia nasze się spo­tkały. Było to może nie­roz­ważne z mojej strony, ale popro­si­łem lady Bran­don, aby mnie przed­sta­wiła. A może to w rze­czy­wi­sto­ści nie było jed­nak takie nie­roz­ważne. Po pro­stu było nie­unik­nione. I bez pre­zen­ta­cji mówi­li­by­śmy z sobą. Jestem tego pewien. Dorian także mi to póź­niej powie­dział. I on czuł, że prze­zna­cze­nie chciało, aby­śmy się poznali.

- A jak lady Bran­don opi­sała tego cudow­nego mło­dzieńca? - zapy­tał lord Hen­ryk - Wiem, że daje ona zwy­kle krót­kie précis o każ­dym ze swych gości. Przy­po­mi­nam sobie, jak przed­sta­wia­jąc mi kie­dyś pew­nego star­szego pana o wyglą­dzie bru­tal­nym i czer­wo­nym, obwie­szo­nego orde­rami i wstę­gami, tra­gicz­nym szep­tem, który każdy w pokoju mógł dosko­nale sły­szeć, oznaj­miała mi na ucho naj­bar­dziej zdu­mie­wa­jące szcze­góły. Ucie­kłem po pro­stu. Lubię sam ludzi pozna­wać. Ale lady Bran­don postę­puje ze swymi gośćmi jak licy­tant z towa­rem. Albo wydaje ich od razu na łup, albo opo­wiada o nich wszystko, prócz tego, co by się chciało wie­dzieć.

- Biedna lady Bran­don! Źle ją trak­tu­jesz, Harry! - rzekł Hal­l­ward z roz­tar­gnie­niem.

- Mój kochany, chciała otwo­rzyć salon, a udało jej się tylko zało­żyć restau­ra­cję. Czy mogę ją podzi­wiać? Ale co powie­działa o panie Doria­nie Grayu?

- O, coś w tym rodzaju: "Cza­ru­jący chło­piec - dobra matka i ja jeste­śmy nie­roz­łą­czone. Zapo­mnia­łam zupeł­nie - czym on się zaj­muje - oba­wiam się, że niczym - ach, tak, gra na for­te­pia­nie - czy też na skrzyp­cach, drogi panie Gray?" Musie­li­śmy się roze­śmiać obaj i od razu zosta­li­śmy przy­ja­ciółmi.

- Śmiech to nie­naj­gor­szy począ­tek przy­jaźni, a z pew­no­ścią naj­lep­szy jej koniec - rzekł młody lord, zry­wa­jąc drugą sto­krotkę.

Hal­l­ward potrzą­snął głową.

- Nie rozu­miesz zupeł­nie, czym jest przy­jaźń, Harry - mruk­nął - ani czym jest nieprzy­jaźń. Każ­dego lubisz, a to zna­czy, że każdy jest ci obo­jętny.

- Jesteś nie­spra­wie­dliwy! - zawo­łał lord Hen­ryk, odsu­wa­jąc kape­lusz z czoła i spo­glą­da­jąc na małe chmurki, co niby postrzę­pione płaty lśnią­cego, bia­łego, jedwa­biu szy­bo­wały po gład­kiej tur­ku­so­wej powierzchni let­niego nieba. - Tak, bar­dzo nie­spra­wie­dliwy. Czy­nię wiele róż­nic mię­dzy ludźmi. Przy­ja­ciół wybie­ram sobie dla ich urody, zna­jo­mych dla dobrego cha­rak­teru, wro­gów dla bystrej inte­li­gen­cji. Ni­gdy nie można być dość oględ­nym w wybo­rze swo­ich wro­gów. Nie mam ani jed­nego, który by był głup­cem. Wszystko to są ludzie o tężyź­nie ducho­wej i dla­tego sza­nują mnie wszy­scy. Czy to nie dowód próż­no­ści? Zdaje się, iż to świad­czy, że jestem nieco próżny.

- Można by tak sądzić, Harry. Ale według twego podziału, ja jestem zapewne tylko zna­jo­mym.

- Mój kochany, stary Bazyli, jesteś znacz­nie wię­cej niż zna­jo­mym.

- A znacz­nie mniej niż przy­ja­cie­lem. Coś w rodzaju brata zapewne?

- O, brat! Nie­wiele sobie robię z braci. Star­szy mój brat nie chce umrzeć, a młodsi zdaje się nic innego ni­gdy nie robią.

- Harry! - zawo­łał Hal­l­ward, ścią­ga­jąc brwi.

- Mój drogi, nie myśla­łem tego zupeł­nie poważ­nie. Ale nie mogę się wyzbyć pogardy dla swo­ich krew­nych. Może pocho­dzi to stąd, że nie możemy znieść ludzi, któ­rzy mają te same błędy, co my. Dosko­nale rozu­miem obu­rze­nie demo­kra­cji angiel­skiej na to, co nazywa ona występ­kami wyż­szych klas. Masy czują, że pijań­stwo, głu­pota i nie­mo­ral­ność są ich przy­wi­le­jem, i że każdy z nas, robiąc z sie­bie osła, jest kłu­sow­ni­kiem w ich posia­dło­ściach. Gdy ten biedny South­wark sta­wał przed sądem roz­wo­do­wym, obu­rze­nie ich było wspa­niałe. A prze­cież nie sądzę, aby bodaj dzie­sięć pro­cent pro­le­ta­riatu żyło przy­kład­nie.

- Nie zga­dzam się ani na jedno słowo z tego, co mówisz, co wię­cej, jestem pewien, że i ty się z tym nie zga­dzasz.

Lord Hen­ryk gła­dził brą­zową szpi­cza­stą bródkę i heba­nową laską ude­rzał w czu­bek lakierka.

- Jaki z cie­bie praw­dziwy Anglik, Bazyli. Uwagę tę robisz już po raz drugi. Kiedy się praw­dzi­wemu Angli­kowi pod­suwa ideę - co zawsze jest przed­wcze­sne - nie myśli on ni­gdy o tym, aby zba­dać, czy ta idea jest praw­dziwa, czy też fał­szywa. Dla niego naj­waż­niej­sze jest, czy się w nią samemu wie­rzy. Tym­cza­sem war­tość idei jest zupeł­nie nie­za­leżna od praw­do­mów­no­ści czło­wieka, który ją wypo­wiada. Ba, moż­liwe jest nawet, że idea jest tym bar­dziej inte­lek­tu­alna, im mniej rze­tel­nym jest czło­wiek, gdyż tym mniej zabar­wiona będzie jego potrze­bami, jego życze­niami i jego prze­są­dami. Ale nie chcę zaj­mo­wać się z tobą poli­tyką, socjo­lo­gią czy meta­fi­zyką. Wolę ludzi niż zasady, a ludzi bez zasad ponad wszystko w świe­cie. Opo­wiedz mi coś wię­cej o panu Doria­nie Grayu. Jak czę­sto go widu­jesz?

- Codzien­nie. Nie był­bym szczę­śliwy, gdy­bym go co dzień nie widy­wał. Jest mi bez­względ­nie nie­zbędny.

- Dziwne! Sądzi­łem, że nie potra­fił­byś zaj­mo­wać się czym­kol­wiek, prócz swo­jej sztuki.

- On jest teraz całą moją sztuką - rzekł malarz poważ­nie. - Sądzę nie­kiedy, Harry, że ist­nieją tylko dwie ważne epoki w histo­rii świata. Jedną jest wystą­pie­nie nowego medium w sztuce, drugą wystą­pie­nie nowej oso­bo­wo­ści dla sztuki. Czym było dla Wene­cjan wyna­le­zie­nie malar­stwa olej­nego, tym twarz Anti­no­usa była dla rzeźby grec­kiej, a dla mnie sta­nie się tym pew­nego dnia twarz Doriana Graya. Nie o to idzie, że go maluję, rysuję, szki­cuję. Oczy­wi­ście robi­łem to wszystko, ale jest on dla mnie czymś znacz­nie wię­cej niż mode­lem. Nie będę ci mówił, że jestem nie­za­do­wo­lony z tego, co według niego zrobi­łem, albo że uroda jego jest tego rodzaju, iż sztuka nie zdoła jej wyra­zić. Nie ma rze­czy, któ­rej by sztuka wyra­zić nie mogła; wiem, że to, co zrobi­łem od czasu, gdy spo­tka­łem Doriana Graya, jest dobrą robotą, naj­lep­szą robotą mego życia. Ale dziwna - nie wiem, czy mnie zro­zu­miesz? - indy­wi­du­al­ność jego natchnęła mnie zupeł­nie nowym gatun­kiem sztuki, nowym sty­lem. Widzę rze­czy odmien­nie, myślę o nich odmien­nie. Potra­fię teraz two­rzyć życie w spo­sób, który wcze­śniej był mi nie­do­stępny. "Sen o kształ­tach w dni zadumy" - kto to powie­dział? Nie pamię­tam, ale wyraża to, czym był dla mnie Dorian Gray. Sama tylko widzialna obec­ność tego chłopca - gdyż wydaje się on chłop­cem zale­d­wie, choć w isto­cie prze­kro­czył już dwu­dziestkę - sama jego widzialna obec­ność - ach! rad­bym wie­dzieć, czy potra­fisz odczuć co to zna­czy? Bez­wied­nie odsła­nia mi on kie­runki nowej szkoły, która zawrzeć ma w sobie zara­zem całą namięt­ność ducha roman­tycz­nego i całą dosko­na­łość sztuki grec­kiej. Har­mo­nia ciała i duszy - jakże to wiele! W sza­leń­stwie swym oddzie­li­li­śmy jedno od dru­giego i wyna­leź­li­śmy realizm, który jest banalny, i ide­alizm, który jest pusty. Harry! Gdy­byś wie­dział, czym jest dla mnie Dorian Gray! Czy pamię­tasz ów pej­zaż, za który Agnew ofia­ro­wał mi nie­sły­chaną cenę, a z któ­rym ja nie chcia­łem się jed­nak roz­stać? Należy on do moich naj­lep­szych prac. A dla­czego? Bo Dorian Gray sie­dział obok mnie, gdy go malo­wa­łem. Jakiś sub­telny prąd szedł z niego na mnie, i po raz pierw­szy w życiu ujrza­łem w pro­stym kra­jo­bra­zie leśnym cud, któ­rego zawsze szu­ka­łem, a ni­gdy nie mogłem zna­leźć.

- Bazyli, to coś nie­zwy­kłego! Muszę zoba­czyć Doriana Graya!

Hal­l­ward wstał i począł się prze­cha­dzać po ogro­dzie. Po chwili wró­cił.

- Harry - rzekł. - Dorian Gray jest moty­wem arty­stycz­nym dla mnie jedy­nie. Ty może nic w nim nie zoba­czysz. Ja widzę w nim wszystko. Ni­gdy nie jest on bar­dziej w tym, co two­rzę, jak kiedy nie jest to jego por­tret. Jest on dla mnie bodź­cem nowego stylu, jak już powie­dzia­łem. Znaj­duję go w krzy­wi­znach pew­nych linii, w pięk­no­ści i wdzięku pew­nych barw. Oto wszystko.

- A dla­czego nie chcesz wysta­wić jego por­tretu? - zapy­tał lord Hen­ryk.

- Gdyż mimo woli ujaw­ni­łem w nim wyraz tego arty­stycz­nego uwiel­bie­nia, oczy­wi­ście ni­gdy nie mówi­łem z nim o tym. Dorian nic o tym nie wie. I ni­gdy nie powi­nien o tym wie­dzieć. Ale świat mógłby to odgad­nąć; a przed natręt­nymi bez­myśl­nymi oczyma tego świata nie chcę obna­żać swej duszy. Nie położę swego serca pod jego mikro­skop. Za wiele jest w tym obra­zie ze mnie, Harry - za wiele!

- Poeci nie są tak skru­pu­latni jak ty. Wie­dzą, jak korzyst­nie można roz­po­wszech­niać namięt­ność wśród tłumu. Zła­mane serce docho­dzi dzi­siaj do wielu wydań.

- Nie­na­wi­dzę ich za to - zawo­łał Hal­l­ward. - Arty­sta powi­nien stwa­rzać piękno, ale nie wkła­dać w to nic z wła­snego życia. Żyjemy w epoce, gdy ludzie trak­tują sztukę, jakby miała ona być rodza­jem auto­bio­gra­fii. Zatra­ci­li­śmy abs­trak­cyjny zmysł piękna. Pew­nego dnia chcę światu poka­zać, czym on jest; i dla­tego świat nie powi­nien ni­gdy zoba­czyć mojego por­tretu Doriana Graya.

- Sądzę, że postę­pu­jesz nie­słusz­nie, Bazyli, ale nie chcę się z tobą spie­rać. Tylko ludzie zruj­no­wani inte­lek­tu­al­nie spie­rają się. Ale powiedz mi, czy Dorian Gray bar­dzo cię lubi?

Malarz zamy­ślił się przez chwilę.

- Lubi mnie bar­dzo - odpo­wie­dział po krót­kiej pau­zie. - Wiem, że mnie bar­dzo lubi. Oczy­wi­ście pochle­biam mu prze­raź­li­wie. Spra­wia mi dziwną przy­jem­ność mówić mu rze­czy, o któ­rych wiem, że ich za chwilę będę żało­wał. Zasad­ni­czo jest wobec mnie cza­ru­jący, sie­dzimy w pra­cowni i roz­ma­wiamy o tysiącu spraw. Nie­kiedy jest okrop­nie bez­myślny i zdaje się, jakby znaj­do­wał przy­jem­ność w tym, aby mnie męczyć. Wów­czas czuję, Harry, że odda­łem całą swą duszę czło­wie­kowi, trak­tu­ją­cemu ją, jakby to był kwiat, który się wtyka do buto­nierki, nie­po­zorna deko­ra­cja, schle­bia­jąca jego próż­no­ści, ozdoba na jeden dzień letni.

- Latem, Bazyli, dni dłużą się zwy­kle - mruk­nął lord Hen­ryk. - Może znu­dzisz się nim pierw­szy, niż on tobą. Smutne to, gdy się o tym myśli, ale bez wąt­pie­nia geniusz trwa dłu­żej niż pięk­ność. Wyja­śnia to fakt, że zada­jemy sobie tyle trudu, aby się stać hiper­kul­tu­ral­nymi. W dzi­kiej walce o byt potrzeba nam cze­goś, co trwa, wypeł­niamy więc ducha swego gru­zami i fak­tami, w głu­piej nadziei usta­le­nia swego miej­sca. Czło­wiek wszech­stron­nie wykształ­cony - oto ideał współ­cze­sny. A dusza czło­wieka wszech­stron­nie wykształ­co­nego to rzecz prze­raź­liwa. To jakby sklep z tan­detą pełen potwor­no­ści i kurzu, gdzie wszystko oce­nione jest ponad war­tość. Mimo to sądzę, że znu­dzisz się nim pierw­szy. Pew­nego dnia przyj­rzysz się swemu przy­ja­cie­lowi i prze­ko­nasz się, że w rysunku jego jest pewna prze­sada, albo nie spodo­bają ci się jego barwy lub coś w tym rodzaju. W głębi serca będziesz mu robił gorz­kie wyrzuty i myślał, że on wyrzą­dził ci krzywdę. Kiedy przyj­dzie do cie­bie, przyj­miesz go chłodno i obo­jęt­nie. Smutne to, ponie­waż zmieni cie­bie. Co mi tu opo­wia­dasz, to romans cały, można by go nazwać roman­sem arty­stycz­nym, a naj­gor­sze jest w każ­dym roman­sie, że czyni ludzi tak nie­ro­man­tycz­nymi.

- Nie mów tak, Harry. Póki żyję, indy­wi­du­al­ność Doriana Graya będzie mną wła­dała. Nie możesz odczuć tego, co ja czuję. Zbyt czę­ste masz zmiany.

- Ach, kochany Bazyli, dla­tego wła­śnie mogę to odczuć. Kto jest wierny, zna tylko try­wialną stronę miło­ści: nie­wierni znają jej tra­ge­dię. - Lord Hen­ryk wyjął zapałkę z ozdob­nej srebr­nej zapal­niczki i z zado­wo­loną miną zapa­lił papie­rosa, jak gdyby jed­nym zda­niem objął cały sens świata. W ciem­nej zie­leni blusz­czu ćwier­kały wró­ble, a błę­kitne cie­nie chmur niby jaskółki szy­bo­wały nad trawą. Jak pięk­nie było w ogro­dzie! I jak zaj­mu­jące były uczu­cia innych ludzi! - znacz­nie bar­dziej zaj­mu­jące, niżeli ich myśli, tak sądził. Wła­sna dusza i namięt­no­ści przy­ja­ciela - oto były rze­czy, które nada­wały życiu jego urok. Z ukry­tym zado­wo­le­niem wyobra­żał sobie nudne śnia­da­nie, które opu­ścił, zaba­wiw­szy tak długo u Bazy­lego Hal­l­warda. Gdyby poszedł do ciotki, spo­tkałby z pew­no­ścią lorda Good­body'ego, i cała roz­mowa toczy­łaby się koło wyży­wie­nia ubo­gich i koniecz­no­ści zakła­da­nia domów poprawy. Każda klasa wygła­sza­łaby kaza­nia o waż­no­ści cnót, do któ­rych upra­wia­nia nie miała we wła­snym życiu spo­sob­no­ści. Bogaci mówi­liby o war­to­ści oszczęd­no­ści, a próż­niacy o god­no­ści pracy. Jak to wspa­niale, że unik­nął tego wszyst­kiego! Gdy pomy­ślał o ciotce, nasu­nęła mu się nagle myśl. Zwró­cił się do Hal­l­warda i rzekł:

- Mój drogi, teraz sobie przy­po­mi­nam.

- Co sobie przy­po­mi­nasz, Harry?

- Gdzie sły­sza­łem nazwi­sko Doriana Graya.

- I gdzież to było? - zapy­tał Hal­l­ward z lek­kim zmarsz­cze­niem brwi.

- Nie patrz na mnie tak gniew­nie, Bazyli. Było to u mojej ciotki, lady Agaty. Opo­wia­dała mi, że odkryła cudow­nego mło­dzieńca, który będzie jej poma­gał w East End, i że nazywa się Dorian Gray. Muszę dodać co prawda, że nie mówiła mi nic o jego pięk­no­ści. Kobiety nie potra­fią oce­nić pięk­no­ści, zwłasz­cza kobiety dobre. Powie­działa mi, że jest bar­dzo poważny i ma ładny cha­rak­ter. Wyobra­ża­łem sobie istotę w oku­la­rach o rzad­kich wło­sach, prze­raź­li­wych pie­gach i olbrzy­mich nogach. Szkoda, iż nie wie­dział, że to był twój przy­ja­ciel.

- Cie­szę się, że tego nie wie­dzia­łeś, Harry.

- Dla­czego?

- Bo nie chciał­bym, abyś go poznał.

- Nie chcesz, abym go poznał?

- Nie.

- Pan Dorian Gray jest w pra­cowni, sir - zamel­do­wał słu­żący, który wszedł wła­śnie do ogrodu.

- Teraz musisz mi go przed­sta­wić - zawo­łał lord Hen­ryk ze śmie­chem.

Malarz zwró­cił się do słu­żą­cego, który stał w słońcu, mru­ga­jąc oczyma.

- Niech pan Gray zaczeka, Par­ker. Przyjdę za chwilę. - Słu­żący ukło­nił się i odszedł.

Hal­l­ward spoj­rzał na lorda Hen­ryka.

- Dorian Gray jest moim naj­droż­szym przy­ja­cie­lem - rzekł. - Jest on z natury pro­sty i miły. Ciotka twoja miała rację we wszyst­kim, co o nim powie­działa. Nie zepsuj go. Nie usi­łuj wywrzeć na niego wpływu. Twój wpływ byłby zły. Świat jest wielki i dużo jest cudow­nych ludzi. Nie zabie­raj mi jedy­nego czło­wieka, który mojej sztuce daje cały urok, jaki może ona mieć: moje życie jako arty­sty zależy od niego. Pomyśl o tym, Harry, że pole­gam na tobie. - Mówił bar­dzo wolno, jakby z przy­mu­sem, wbrew woli.

- Cóż ty za głup­stwa wyga­du­jesz! - rzekł lord Hen­ryk z uśmie­chem, i ujmu­jąc bez­wol­nego pra­wie Hal­l­warda pod ramię, popro­wa­dził go w stronę domu.

Roz­dział II

Kiedy weszli, ujrzeli Doriana Graya. Sie­dział przy for­te­pia­nie, odwró­cony do nich ple­cami i prze­glą­dał tom "Scen leśnych" Schu­manna.

- Musisz mi to poży­czyć, Bazyli - zawo­łał. - Chcę sobie to prze­ćwi­czyć. To prze­cież śliczne.

- Zależy, jak mi będziesz dziś pozo­wał, Doria­nie.

- O, dość mam już pozo­wa­nia, nie zależy mi wcale na por­tre­cie natu­ral­nej wiel­ko­ści - odpo­wie­dział Dorian Gray, prze­chy­la­jąc się kapry­śnie na krze­śle. Kiedy spo­strzegł lorda Hen­ryka, lekki rumie­niec okrył na chwilę jego policzki, i Dorian zerwał się: - Wybacz, Bazyli, nie wie­dzia­łem, że nie jesteś sam.

- To lord Hen­ryk Wot­ton, Doria­nie, mój stary przy­ja­ciel z Oks­fordu. Opo­wia­da­łem mu wła­śnie, jak wspa­niale pozu­jesz, a ty zepsu­łeś teraz wszystko.

- Przy­jem­no­ści, jaką mam, pozna­jąc pana, nie zepsuł pan, panie Gray - rzekł lord Hen­ryk, pod­cho­dząc do niego i poda­jąc mu rękę. - Ciotka moja opo­wiada mi czę­sto o panu. Jest pan jed­nym z jej ulu­bień­ców i, oba­wiam się, jedną z jej ofiar.

- Chwi­lowo jestem u lady Agaty na czar­nej liście - odpo­wie­dział Dorian z komicz­nym wyra­zem skru­chy. - Przy­rze­kłem towa­rzy­szyć jej w ubie­gły wto­rek do pew­nego klubu w Whi­te­cha­pel i po pro­stu zapo­mnia­łem o tym. Mie­li­śmy grać razem duet - nawet trzy duety, zdaje się. Nie wiem, co ona na to powie. Tak się boję, że nie odważę się jej odwie­dzić.

- O, pogo­dzę pana z ciotką. Jest teraz panem zachwy­cona. I wąt­pię, czy pań­ska nie­słow­ność mogła na to wpły­nąć. Słu­cha­cze z pew­no­ścią sądzili, że to duet. Kiedy ciotka Agata siada do for­te­pianu, robi dość hałasu za dwie osoby.

- Mało to pochlebne dla niej, a nie jest też kom­ple­men­tem dla mnie - odpo­wie­dział Dorian z uśmie­chem.

Lord Hen­ryk spoj­rzał na niego. Tak, był cudow­nie piękny; wargi miał deli­kat­nie wykro­jone i szkar­łatne, oczy błę­kitne, pogodne, złote kędzie­rzawe włosy. W twa­rzy jego było coś, co natych­miast budziło zaufa­nie. Była w niej szcze­rość mło­do­ści i czy­stość uczu­cia. Czuło się, że jest nie­po­ka­lany. Nic dziw­nego, że Hal­l­ward uwiel­biał go.

- Jest pan o wiele za piękny, aby być filan­tro­pem, panie Gray. O wiele za piękny. - Lord Hen­ryk osu­nął się na kanapę i wyjął papie­ro­śnicę.

Tym­cza­sem malarz mie­szał farby i przy­go­to­wy­wał pędzle. Wyglą­dał jakby go coś tra­piło, a gdy usły­szał ostat­nią uwagę lorda Hen­ryka, spoj­rzał na niego, zawa­hał się przez chwilę, po tym rzekł:

- Chciał­bym dziś skoń­czyć obraz, Harry. Czy nie weź­miesz mi za złe, jeśli cię popro­szę, byś odszedł?

Lord Hen­ryk uśmiech­nął się i spoj­rzał na Doriana Graya.

- Czy mam odejść, panie Gray? - zapy­tał.

- O nie, lor­dzie Hen­ryku. Bazyli jest dziś w złym nastroju, a ja tego nie zno­szę. Poza tym musi mi pan powie­dzieć, dla­czego nie nadaję się na filan­tropa.

- Wąt­pię, czy panu to powiem, panie Gray. To nudny temat, na który trzeba by mówić poważ­nie. Ale jeśli mnie pan prosi, abym został, nie odejdę. Tobie to prze­cież wszystko jedno, prawda, Bazyli? Mówi­łeś mi czę­sto, że lubisz, gdy model ma kogoś, z kim może roz­ma­wiać.

Hal­l­ward zagryzł wargi.

- Jeśli Dorian życzy sobie tego, musisz oczy­wi­ście zostać. Kaprysy Doriana są pra­wem dla każ­dego, prócz niego samego.

Lord Hen­ryk się­gnął po kape­lusz i laskę.

- Jesteś bar­dzo uprzejmy, Bazyli, ale nie­stety będę musiał pójść. Obie­ca­łem się z kimś spo­tkać. Do widze­nia, panie Gray. Niech pan do mnie przyj­dzie kiedy popo­łu­dniu, Cur­zon Street. O pią­tej jestem pra­wie zawsze w domu. Ale niech mnie pan uprze­dzi listow­nie. Żało­wał­bym, gdy mnie pan nie zastał.

- Bazyli - zawo­łał Dorian Gray - jeśli lord Hen­ryk Wot­ton odej­dzie, ja odcho­dzę także. Ni­gdy nie otwie­rasz ust pod­czas malo­wa­nia, a to strasz­nie nudne stać na podium i robić do tego przy­jemną minę. Pro­szę bar­dzo, niech pan zosta­nie. Zależy mi na tym.

- Zostań, Harry, ze względu na Doriana i także ze względu na mnie - rzekł Hal­l­ward, zwró­cony w stronę obrazu. - Prawda, że ni­gdy nie mówię pod­czas malo­wa­nia, ani nawet nie słu­cham, a to musi być strasz­nie nudne dla moich nie­szczę­snych modeli. Pro­szę cię zostań.

- Ale co będzie z moim spo­tka­niem?

Malarz uśmiech­nął się.

- To nic strasz­nego. Sia­daj, Harry. A teraz, Doria­nie, wejdź na podium i nie ruszaj się za wiele, do tego, co mówi lord Hen­ryk, nie potrze­bu­jesz przy­wią­zy­wać wagi. Wywiera on na wszyst­kich swo­ich przy­ja­ciół, z wyjąt­kiem mnie, zły wpływ.

Dorian Gray wszedł na podium z miną mło­dego męczen­nika grec­kiego, rzu­ca­jąc kilka poro­zu­mie­waw­czych gestów nie­za­do­wo­le­nia w stronę lorda Hen­ryka, który mu się bar­dzo podo­bał. Był tak zupeł­nie inny, niż Bazyli. Sta­no­wili wspa­niałe prze­ci­wień­stwo. A lord Hen­ryk miał tak piękny głos. Po chwili Dorian rzekł do niego:

- Czy wpływ pań­ski jest rze­czy­wi­ście tak zły, lor­dzie Hen­ryku? Tak zły, jak twier­dzi Bazyli?

- Nie ma dobrych wpły­wów, panie Gray. Każdy wpływ jest nie­mo­ralny - nie­mo­ralny z punktu widze­nia nauko­wego.

- Dla­czego?

- Bo wywie­rać na kogoś wpływ, zna­czy to narzu­cać mu obcą duszę. Nie myśli on już natu­ral­nymi myślami, nie tra­wią go już przy­ro­dzone namięt­no­ści. Jego cnoty nie należą już do niego. Nawet grze­chy jego, o ile ist­nieją grze­chy, są zapo­ży­czone. Staje się echem innego czło­wieka, akto­rem, gra­ją­cym rolę, nie dla niego napi­saną. Celem życia jest roz­wój wła­snej oso­bo­wo­ści. Jeste­śmy na tej ziemi po to, aby zado­ku­men­to­wać wła­sną istotę. Dzi­siaj ludzie oba­wiają się sie­bie samych. Zapo­mnieli o naj­wyż­szym obo­wiązku, o obo­wiązku wobec sie­bie. Oczy­wi­ście są dobro­czynni. Kar­mią zgłod­nia­łych i odzie­wają żebra­ków. Ale wła­sna ich dusza cierpi głód i chłód. Odwaga zni­kła z naszej rasy. Może nie mie­li­śmy jej ni­gdy. Lęk przed spo­łe­czeń­stwem, na któ­rym wspiera się moral­ność, lęk przed Bogiem, będący tajem­nicą reli­gii - oto dwie moce, które nami wła­dają. A jed­nak...

- Odwróć nieco głowę na prawo, Doria­nie - rzekł malarz, który pogrą­żony był zupeł­nie w pracy i spo­strzegł tylko na twa­rzy Doriana wyraz, jakiego ni­gdy przed­tem nie widział.

- A jed­nak - cią­gnął lord Hen­ryk swym cichym, melo­dyj­nym gło­sem, wyko­nu­jąc ręką wytworny ruch, który był zawsze jego wła­ści­wo­ścią i który posia­dał już w szkole w Eton - a jed­nak wie­rzę, że gdyby jeden przy­naj­mniej czło­wiek prze­żył swe życie zupeł­nie i grun­tow­nie, gdyby każ­demu uczu­ciu dał kształt, każ­dej myśli wyraz, każ­demu marze­niu urze­czy­wist­nie­nie - popły­nąłby przez świat tak nowy prąd rado­ści, że musie­li­by­śmy zapo­mnieć o całym cho­ro­bli­wym śre­dnio­wie­czu i powró­cić do ide­ału hel­leń­skiego - może do cze­goś sub­tel­niej­szego jesz­cze i bogat­szego niż ideał hel­leń­ski. Ale naj­od­waż­niej­szy z nas oba­wia się sie­bie samego. Co czyni dziki, który sie­bie samego oka­le­cza, to my czy­nimy przez zaprze­cze­nie swej istoty, które niwe­czy nasze życie. Pono­simy karę za swoją powścią­gli­wość. Każde pożą­da­nie, które zdła­wi­li­śmy, roz­pła­dza się w naszej duszy i zatruwa nas. Ciało grze­szy i na tym grzech się koń­czy, gdyż czyn jest pew­nego rodzaju oczysz­cze­niem. Nie pozo­staje nic, jeno wspo­mnie­nie roz­ko­szy albo zby­tek żalu. Jedyną drogą do uwol­nie­nia się od pokusy jest pod­da­nie się jej. Jeśli się jej pan opiera, dusza pań­ska cho­ruje z tęsk­noty za tym, czego sobie sama wzbro­niła, z żądzy do tego, co potworne jej prawa uczy­niły potwor­nym i bez­praw­nym. Powie­dziano, że naj­więk­sze zda­rze­nia świata odgry­wają się w mózgu. W mózgu i tylko w mózgu speł­niają się też naj­więk­sze grze­chy świata. I pan, panie Gray, pan sam w swej różo­wej mło­do­ści, w swej czer­wono-bia­łej nie­win­no­ści odczu­wał żądze, które go napa­wały prze­ra­że­niem, miał myśli, które budziły w nim lęk, sny, za dnia i w nocy, któ­rych wspo­mnie­nie samo wywo­łać mogło rumie­niec wstydu na pań­skiej twa­rzy.

- Dość! - wyją­kał Dorian Gray - dość! Wpra­wia mnie pan w zakło­po­ta­nie. Nie wiem, co mam powie­dzieć. Ist­nieje odpo­wiedź, ale ja nie umiem jej zna­leźć. Niech pan nie mówi. Niech mi się pan pozwoli zasta­no­wić. Albo lepiej niech mi pan pozwoli nie myśleć.

Przez dzie­sięć minut pra­wie stał nie­ru­chomo z roz­chy­lo­nymi war­gami i dziw­nie błysz­czą­cymi oczyma. Zda­wał sobie nie­ja­sno sprawę, że pra­co­wały w nim nowe zgoła siły. Ale zda­wało mu się, że pocho­dzą one wyłącz­nie z jego wła­snej duszy. Owe kilka słów, które powie­dział przy­ja­ciel Bazy­lego - owe słowa nie­wąt­pli­wie rzu­cone od nie­chce­nia, a zawie­ra­jące nie­je­den świa­domy para­doks - poru­szyły w nim tajemną strunę, nie­trą­caną ni­gdy, i czuł, jak ona teraz drga i ude­rza dziw­nym tęt­nem.

W ten sam spo­sób pod­nie­cała go muzyka. Nie­raz wpra­wiała go w pod­nie­ce­nie. Ale muzyka nie prze­ma­wiała sło­wami. Stwa­rzała w nim nie nowy świat, lecz drugi chaos. Słowa! Same tylko słowa! Jakie to było straszne! Jak jasne, żywe i okrutne! Sło­wom nie­po­dobna było ujść. A jed­nak jak dziw­nie tajem­ni­czy urok w nich leżał! Zdało się, jak gdyby mogły one nada­wać bez­kształt­nym rze­czom pla­styczną postać, a jed­nak zacho­wać wła­sną moc nie­mniej słodką niżeli moc lutni i fletu. Same słowa! Czyż ist­niało cokol­wiek, co byłoby bar­dziej rze­czy­wi­ste, niż słowo?

Tak, w jego mło­do­ści były rze­czy, któ­rych nie rozu­miał. Teraz je poj­mo­wał. Życie zapło­nęło przed nim nagle w ogni­stych bar­wach. Zdało mu się, jakoby zmie­nił się w ogień. Dla­czego nie wie­dział tego wszyst­kiego?

Lord Hen­ryk obser­wo­wał go z lek­kim uśmie­chem. Sub­tel­nym instynk­tem psy­cho­lo­gicz­nym odga­dy­wał moment, w któ­rym nie wolno mu było mówić. Był w naj­wyż­szym stop­niu zacie­ka­wiony. Zdu­mie­wało go gwał­towne wra­że­nie, jakie wywarły jego słowa, przy­po­mniał sobie pewną książkę, czy­taną w szes­na­stym roku życia, książkę, która obja­wiła mu wiele rze­czy nie­zna­nych mu przed­tem, i chciałby móc się dowie­dzieć, czy Dorian Gray prze­ży­wał kie­dyś coś podob­nego. Wypu­ścił tylko jedną strzałę w powie­trze. Czy tra­fił? Jak fascy­nu­jący był ten mło­dzie­niec!

Hal­l­ward malo­wał dalej na swój cudowny, śmiały spo­sób, który odzna­czał się jed­nak praw­dziwą sub­tel­no­ścią i dosko­nałą fine­zją, będącą zawsze w sztuce nie­wąt­pliwą oznaką siły. Nie dostrzegł mil­cze­nia.

- Zmę­czy­łem się sta­niem, Bazyli - zawo­łał nagle Dorian Gray. - Maszę posie­dzieć w ogro­dzie. Strasz­nie tu duszno.

- Żałuję bar­dzo, mój drogi. Kiedy maluję, nie mogę myśleć o niczym innym. Ale ni­gdy nie pozo­wa­łeś mi lepiej. Sta­łeś zupeł­nie spo­koj­nie. Naresz­cie mogłem uchwy­cić wyraz, któ­rego zawsze szu­ka­łem - na wpół roz­chy­lone wargi i błysz­czące spoj­rze­nie. Nie wiem, o czym Harry mówił z tobą, ale to on z pew­no­ścią wywo­łał na twej twa­rzy ten cudowny wyraz. Na pewno pra­wił ci kom­ple­menty. Nie wierz mu ani słowa.

- Kom­ple­men­tów na pewno mi nie mówił. Może dla­tego nie wie­rzę mu ani słowa.

- Wie pan dosko­nale, że wie­rzy pan we wszystko - rzekł lord Hen­ryk, spo­glą­da­jąc na niego marzą­cymi, nieco zmę­czo­nymi oczyma. - Wyjdę z panem do ogrodu. Prze­raź­li­wie gorąco jest tu w pra­cowni. Bazyli, każ nam podać jakiś napój chło­dzący, może coś z poziom­kami.

- Chęt­nie, Harry. Naci­śnij dzwo­nek, a jak przyj­dzie Par­ker, powiem mu. Muszę jesz­cze raz prze­ma­lo­wać tło, a potem przyjdę do was. Nie zatrzy­muj Doriana za długo. Ni­gdy nie byłem w lep­szym nastroju niż dzi­siaj. To będzie moje naj­lep­sze dzieło. Już teraz jest to moje naj­lep­sze dzieło.

Lord Hen­ryk wyszedł do ogrodu i ujrzał Doriana Graya, który zanu­rzył twarz w wiel­kich chłod­nych pękach bzu, chło­nąc gorącz­kowo ich woń, jakby to było wino. Zbli­żył się do niego i poło­żył mu dłoń na ramie­niu.

- Dobrze pan robi - mruk­nął. - Tylko zmy­sły ule­czyć mogą duszę, tak jak dusza tylko ule­czyć może zmy­sły.

Mło­dzie­niec drgnął i cof­nął się. Był bez kape­lu­sza, a liście krzewu potar­gały złote pasma jego wło­sów. We wzroku jego było coś jakby trwoga, jakby go nagle prze­bu­dzono ze snu. Deli­katne jego noz­drza drżały, a szkar­łatne wargi dygo­tały pod skur­czem jakie­goś ukry­tego nerwu.

- Tak - cią­gnął lord Hen­ryk - to jedna z naj­więk­szych tajem­nic życia - lecze­nie duszy za pomocą zmy­słów, a zmy­słów za pomocą duszy. Dziwna z pana istota. Wie pan wię­cej, niż pan sądzi, a mniej, niż pan powi­nien.

Dorian Gray zmarsz­czył czoło i odwró­cił twarz. Wbrew woli znaj­do­wał upodo­ba­nie w tym przy­stoj­nym wiel­kim męż­czyź­nie, który stał obok niego. Jego roman­tyczna, nieco prze­żyta twarz oliw­ko­wej barwy inte­re­so­wała go. W jego cichej, prze­cią­głej mowie było coś, co fascy­no­wało Doriana bez­opor­nie. Nawet chłodne i białe dło­nie, które wyglą­dały jak kwiaty, posia­dały swo­isty urok. Kiedy mówił, poru­szały się, jak w melo­dii, i zdało się, jakby miały swoją wła­sną mowę. Ale Dorian czuł przed nim lęk i wsty­dził się tego lęku. Dla­czego obcy dopiero musiał mu jego wła­sną istotę obja­śniać? Znał Bazy­lego Hal­l­warda od wielu mie­sięcy, ale przy­jaźń ta nie zmie­niła go. Nagle wkro­czył w jego życie ktoś, kto miał mu odsło­nić tajem­nice życia. Ale dla­czego się oba­wiać? Nie był prze­cież małym chłop­cem ani dziew­czynką. Lęk był tu absur­dem.

- Usiądźmy gdzieś w cie­niu - rzekł lord Hen­ryk. - Par­ker przy­niósł napoje, a jeśli będzie pan stał dłu­żej pod tym skwa­rem, zepsuje pan sobie cerę i Bazyli nie będzie chciał pana wię­cej malo­wać. Nie powi­nien się pan opa­lać. Nie­ład­nie by panu w tym było.

- Cóż to waż­nego? - zawo­łał Dorian Gray z uśmie­chem, gdy usie­dli w głębi ogrodu na ławce.

- Dla pana powinno to być naj­waż­niej­sze, panie Gray.

- Dla­czego?

- Bo jest pan cudow­nie młody, a mło­dość jest jedyną cenną war­to­ścią.

- Nie uwa­żam, lor­dzie Hen­ryku.

- O nie, teraz nie. Ale pew­nego dnia, gdy sta­nie się pan stary i pomarsz­czony i brzydki, gdy myśl zorze czoło pań­skie bruz­dami, a namięt­ność skazi pań­skie wargi, wów­czas odczuje pan to, odczuje strasz­li­wie. Teraz gdzie­kol­wiek się pan zwróci, zachwyca pan sobą wszyst­kich. Ale czy tak zawsze będzie?... Jest pan nie­zmier­nie piękny, panie Gray. Niech pan nie marsz­czy czoła. To prawda. A pięk­ność jest formą geniu­szu - pięk­ność to wię­cej niż geniusz, gdyż nie wymaga komen­ta­rzy. Należy ona do wiel­kich fak­tów świata, jak słońce, jak wio­sna, albo jak odbi­cie srebr­nego sierpa księ­życa w ciem­nej wodzie. Nie­po­dobna jej kwe­stio­no­wać. Posiada ona boskie prawo do wła­da­nia. Tych, co ją posia­dają, czyni ksią­żę­tami. Uśmie­cha się pan? Ach, gdy ją pan raz utraci, nie będzie się pan wię­cej uśmie­chał... Ludzie powia­dają wpraw­dzie, że pięk­ność jest rze­czą powierz­chowną. Moż­liwe. Ale myśl jest nią tym bar­dziej. Dla mnie pięk­ność jest cudem nad cudy. Tylko płyt­kie umy­sły nie sądzą z wyglądu. Praw­dziwa tajem­nica świata leży w widzial­nym, nie w niewidzial­nym... Tak, panie Grey, bogo­wie byli dla pana łaskawi. Ale co bogo­wie dają, odbie­rają rychło. Nie­wiele pan ma lat przed sobą, aby żyć praw­dzi­wie dosko­nale i zupeł­nie. Gdy minie pań­ska mło­dość, znik­nie i pięk­ność, i prze­kona się pan nagle, że nie cze­kają już pana triumfy, albo będzie się pan musiał zado­wo­lić owymi mier­nymi zwy­cię­stwami, które wspo­mnie­nie prze­szło­ści uczyni bar­dziej gorz­kimi niż porażki. Każdy zni­ka­jący księ­życ zbliża pana do cze­goś strasz­li­wego. Czas zazdro­ści panu i ata­kuje pań­skie lilie i róże. Policzki pań­skie zbledną i zapadną się, wzrok zma­to­wieje. Będzie pan cier­piał strasz­nie... Ach! Niech pan wyko­rzy­sta swoją mło­dość, póki czas. Niech pan nie mar­no­trawi złota swo­ich dni, niech pan nie słu­cha nudzia­rzy, nie pomaga tym, któ­rzy i tak są stra­ceni, niech pan nie rzuca swego życia głup­com, mno­gim, niskim. Wszystko to są chore cele, fał­szywe ide­ały naszej epoki. Niech pan żyje! Niech pan żyje tym życiem peł­nym cudów, które jest w panu! Niech się pan niczego nie wyrzeka. Niech pan szuka cią­gle nowych wra­żeń. Niczego niech się pan nie oba­wia... Nowy hedo­nizm - oto czego potrzeba naszemu stu­le­ciu. Pan może być jego widzial­nym sym­bo­lem. Przy swo­jej postaci może pan doko­nać wszyst­kiego. Świat należy do pana na jedną wio­snę... W chwili, gdy pana spo­tka­łem, ujrza­łem, że nie wie­dział pan nic o tym, kim pan wła­ści­wie jest, kim mógłby pan być. Ujrza­łem w panu tyle rze­czy, które mnie ocza­ro­wały, że czu­łem się zmu­szony opo­wie­dzieć panu coś o nim samym. Przy­szło mi na myśl, jakby to było smutne, gdyby pan został zmar­no­trawiony. Bo prze­cież tak krótko będzie trwać pań­ska mło­dość - tak krótko. Kwiaty polne więdną, ale zakwi­tają nowe. Wie­lo­kwiat będzie tak samo zło­ci­sto­żółty w czerwcu przy­szłego roku jak teraz. Za kilka tygo­dni pur­pu­rowe gwiazdy zaja­śnieją na tym powoj­niku, i co rok zie­lona noc jego liści kryć będzie pur­pu­rowe gwiazdy. Ale nasza mło­dość nie wraca ni­gdy. Tętno rado­ści, które ude­rza w nas w dwu­dzie­stym roku, słab­nie i leni­wieje. Członki nasze stają się ocię­żałe, zmy­sły przy­tłu­mione. Wyra­dzamy się w ohydne mane­kiny, w któ­rych poku­tuje tylko pamięć, pamięć namięt­no­ści, przed któ­rymi drże­li­śmy w trwo­dze, i pamięć pokus, któ­rym nie mie­li­śmy odwagi ulec. Mło­dość! Mło­dość! Nie ma na świe­cie nic prócz mło­do­ści!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki