Rozdział I
Silna woń róż wypełniała pracownię, a gdy lekki wiatr muskał drzewa w ogrodzie, wnikał przez otwarte drzwi ciężki zapach bzu lub lżejszy
kwitnącego głogu.
Leżąc w swym kącie na kanapie z perskiej tkaniny i wypalając jak zwykle
niezliczoną ilość papierosów, lord Henryk Wotton mógł właśnie chwytać
odblaski kwiecia wielokwiatu o barwie i słodyczy miodu, którego drżące
gałęzie zdały się z ledwością dźwigać ciężar swej płomiennej piękności;
na tle jedwabnych firanek, przesłaniających szerokie okna, migotały od
czasu do czasu fantastyczne cienie przelatujących ptaków, wywołując na
chwilę złudzenie obrazów i budząc w lordzie Henryku wspomnienie owych
bladych, wąskolicych malarzy z Tokio, którzy z pomocą swej sztuki, z konieczności nieruchomej, usiłują wywołać wrażenie ruchu i ruchliwości.
Stłumione brzęczenie pszczół, torujących sobie z trudnością drogę wśród
wysokiej, nieskoszonej trawy, lub krążących z monotonną wytrwałością
dokoła pokrytego złotym pyłem kwiecia gęstego wiciokrzewu, wzmagały
jeszcze wrażenie ciszy. Stłumiona wrzawa Londynu podobna była do
głębokiego dźwięku odległych organów.
Na środku pokoju stał na pionowych sztalugach naturalnej wielkości
portret młodzieńca o niezwykłej urodzie, a przed nim siedział w niewielkim oddaleniu sam artysta, Bazyli Hallward, który przed kilku
laty nagłym swym zniknięciem wywołał tak wielką wrzawę, dając powód do
najróżnorodniejszych przypuszczeń.
Malarz przyglądał się pełnej wdzięku i powagi postaci, którą stworzył z takim artyzmem, a na jego twarzy wykwitł uśmiech zadowolenia. Ale nagle
Bazyli zerwał się, przymknął oczy, kładąc palce na powiekach, jakby
chciał uwięzić w mózgu dziwny sen, z którego obawiał się przebudzić.
- To twoje najlepsze dzieło, Bazyli, najlepsze z wszystkich, jakie
kiedykolwiek stworzyłeś - rzekł lord Henryk głosem nieco ściszonym. - Na
przyszły rok musisz go posłać na wystawę Grosvenor. Akademia jest zbyt
wielka i zbyt wygodna. Ile razy tam przychodziłem, zastawałem albo tylu
ludzi, że nie mogłem widzieć obrazów co było straszne, albo tyle
obrazów, że ludzi nie widziałem, co było jeszcze straszniejsze.
Pozostaje więc tylko wystawa Grosvenor.
- Zdaje się, że tego obrazu nie poślę na żadną wystawę - odpowiedział
malarz, odrzucając głowę w tył, tym samym zupełnie ruchem, którym już w Oksfordzie pobudzał przyjaciół do śmiechu. - Nie, nie poślę go nigdzie.
Lord Henryk podniósł brwi i poprzez lekkie, błękitne kółka dymu,
unoszącego się fantastycznemu kręgami z jego opiumowanego papierosa,
rzucił na malarza zdziwione spojrzenie.
- Nie wystawisz go? Ależ, mój drogi, dlaczego? Czy masz jakiś powód? Co
to za dziwacy z tych malarzy! Wysilacie się na wszystko, byle zdobyć
sławę. A gdy ją zdobyliście, zdaje się, jak byście się jej chcieli
najchętniej pozbyć. To głupio z waszej strony, gdyż jedyne, co gorsze
jest od tego, że o nas mówią, jest to, że o nas nie mówią. Taki portret
wyniósłby cię ponad wszystkich młodych artystów Anglii i wzbudził zawiść
starych, gdyby starzy ludzie zdolni byli w ogóle do jakiegoś uczucia.
- Wiem, że będziesz się ze mnie śmiał - odpowiedział malarz - ale ja
tego obrazu naprawdę nie mogę wystawić. Za wiele włożyłem weń z siebie
samego.
Lord Henryk rozparł się na kanapie ze śmiechem.
- Tak, wiedziałem, że będziesz się śmiał; a jednak to prawda.
- Za wiele włożyłeś z siebie samego! Daję słowo, Bazyli, nie wiedziałem,
że jesteś tak próżny; i trudno mi rzeczywiście znaleźć jakieś
podobieństwo między twoją surową, ostrą twarzą, twoim kruczoczarnym
włosem, a tym Adonisem, stworzonym, zda się, z kości słoniowej i płatków
róż. Nie, mój Bazyli, to Narcyz, a ty - no, oczywiście masz twarz
uduchowioną i tak dalej. Ale piękność, prawdziwa piękność kończy się tam
właśnie, gdzie się zaczyna uduchowienie. Uduchowienie jest rodzajem
przesady i niweczy harmonię każdej twarzy. Gdy się człowiek zamyśla,
staje się cały nosem lub cały czołem, albo czymś innym brzydkim. Spójrz
tylko na wybitnych ludzi, pracujących w jakimkolwiek uczonym zawodzie.
Jacy oni są wstrętni! Jedyny wyjątek, to mężowie Kościoła. Ale za to w kościele nie myśli się wcale. Gdy biskup dojdzie do lat osiemdziesięciu,
mówi dokładnie to samo, czego go uczono, gdy miał osiemnaście, i dlatego
wygląda zawsze czarująco. Twój tajemniczy młody przyjaciel, którego
imienia nie wymieniłeś mi dotąd, ale którego portretem jestem
rzeczywiście zachwycony, z pewnością nie myśli nigdy. Jestem tego
pewien. To bezmyślna, piękna istota, która powinna tu być zawsze zimą,
gdy nie mamy kwiatów, i latem, gdy trzeba nam czegoś na ochłodzenie
swego ducha. Nie bądź próżny, Bazyli, ani odrobinę nie jesteś do niego
podobny.
- Nie rozumiesz mnie, Harry - odparł artysta - Oczywiście nie jestem do
niego podobny. Wiem to dobrze. Tak, i szkoda by było. Wzruszasz
ramionami? Mówię prawdę. Ponad wszelką fizyczną i duchową niezwykłością
unosi się fatalizm, ów fatalizm, który towarzyszy niepewnym krokom
królów przez historię. Lepiej być takim, jak wszyscy bliźni. Szpetni i głupi mają najlepszy los na tym świecie. Żyją, jak im się podoba, i przyglądają się grze. A jeśli nie wiedzą nic o zwycięstwie, to
przynajmniej zaoszczędzona im jest świadomość porażki. Żyją, jak
powinniśmy wszyscy żyć, obojętnie, bez przeszkód, bez niepokoju. Nie
powodują zguby innych, ani sami jej z niczyjej ręki nie doświadczają.
Twoje stanowisko i dobrobyt, Harry; mój duch, jakimkolwiek jest - moja
sztuka, ilekolwiek jest warta; piękność Doriana Graya - wszyscy będziemy
pokutować za to, co nam dali bogowie, straszliwie będziemy pokutować.
- Dorian Gray? Więc tak się nazywa? - zapytał lord Henryk, przechodząc
przez pokój i zbliżając się do Hallwarda.
- Tak, tak się nazywa. Nie miałem zamiaru powiedzieć ci tego.
- Ależ dlaczego?
- O, nie mogę ci tego wyjaśnić. Jeśli kogoś bardzo lubię, nie mówię
nikomu jego nazwiska. Mam wrażenie, jakbym poświęcał cząstkę z niego.
Nauczyłem się kochać tajemniczość. Zdaje się, że to jedyne, co czyni
życie nasze niezwykłym i cudownym. Rzeczy najpowszedniejsze nabierają
uroku, gdy się je ukrywa. Gdy wyjeżdżam, nie mówię nikomu, dokąd się
udaję. Gdybym to uczynił, straciłbym całą przyjemność. Może to głupie,
ale mnie się zdaje, że wnosi to nieco romantyzmu do naszego życia.
Obawiam się, że uważasz mnie za przeraźliwie dziecinnego.
- Bynajmniej - odpowiedział lord Henryk - bynajmniej, mój kochany
Bazyli. Zapomniałeś pewnie, że jestem żonaty, i że urok małżeństwa
polega właśnie na tym, iż czyni ono nieodzownym wzajemne łudzenie się.
Nie wiem nigdy, gdzie jest moja żona, a żona moja nie wie, co ja czynię.
Kiedy się spotykamy - a spotykamy się niekiedy, gdy jesteśmy gdzieś
razem zaproszeni lub idziemy do księcia - opowiadamy sobie z najpoważniejszymi minami najniedorzeczniejsze rzeczy. Żona moja potrafi
to doskonale - lepiej nawet niż ja. Nigdy nie ma kłopotu z datami, mnie
zdarza się to stale. Ale jeśli mnie kiedyś przyłapie, nie urządza mi z tego powodu scen. Niekiedy pragnąłbym tego, ale ona mnie tylko wyśmiewa.
- Nienawidzę tonu, jakim mówisz o swoim życiu małżeńskim - rzekł Bazyli
Hallward, podchodząc do drzwi prowadzących do ogrodu. - Pewność, że
jesteś zupełnie dobrym mężem, a tylko wstydzisz się swoich zalet. Dziwny
z ciebie człowiek. Nie mówisz nigdy nic moralnego i nigdy nie czynisz
nic niesłusznego. Cynizm twój jest tylko pozą.
- Naturalność jest tylko pozą, pozą najbardziej denerwującą, jaką znam -
zawołał lord Henryk ze śmiechem.
Wyszli razem do ogrodu i usiedli na długiej ławce bambusowej, stojącej w cieniu wielkiego krzewu wawrzynu. Promienie słońca przenikały przez
gęstwę liści. Białe stokrotki drżały w trawie.
Po dłuższej pauzie lord Henryk wyjął zegarek.
- Będę już musiał pójść, Bazyli - mruknął - ale zanim pójdę, domagam
się, abyś mi odpowiedział na pytanie, które wcześniej zadałem.
- Jakie pytanie? - rzekł malarz, nie podnosząc oczu od ziemi.
- Wiesz dobrze.
- Nie wiem, Harry.
- Dobrze, powtórzę je. Chciałbym, abyś mi wyjaśnił, dlaczego nie
wystawisz portretu Doriana Graya. Chciałbym znać prawdziwą przyczynę.
- Wymieniłem ci prawdziwą przyczynę.
- Nie, nie wymieniłeś. Powiedziałeś, że w obrazie tym jest zbyt wiele z ciebie samego. To przecież dziecinne.
- Harry - rzekł Bazyli Hallward, spoglądając mu prosto w twarz - każdy
obraz malowany z uczuciem jest portretem artysty, a nie modelu.
Przedmiot obrazu jest tylko pretekstem, okazją. Nie on obnażony jest
przez malarza, ale raczej malarz obnaża sam siebie na płótnie.
Przyczyna, dla której nie chcę wystawić tego portretu, polega na tym, iż
obawiam się, że odsłoniłem w nim tajemnicę własnej duszy.
Lord Henryk uśmiechnął się.
- A jest nią? - zapytał.
- Powiem ci to - rzekł Hallward, ale po twarzy jego przemknął wyraz
zakłopotania.
- Słucham, Bazyli - ciągnął lord, spoglądając na niego.
- O, właściwie mało tu jest do opowiadania, Harry - odparł malarz. -
Lękam się, że mnie nie zrozumiesz. Może mi nie uwierzysz.
Lord Henryk pochylił się z uśmiechem, zerwał różową stokrotkę i przyglądał się jej.
- Jestem pewien, że zrozumiem - rzekł, wpatrując się uważnie w mały,
złoty, o białych żyłkach płatek. - A jeśli idzie o wiarę, to potrafię
uwierzyć we wszystko, co jest bodaj trochę niewiarygodne.
Wiatr strząsnął kilka kwiatków z drzewa, a ciężkie pęki bzu kołysały się
miarowo w gęstym powietrzu. Koło muru zaćwierkał konik polny, a długa,
cienka ważka o brązowych, przezroczystych skrzydełkach przeleciała niby
błękitna nitka. Lord Henryk miał wrażenie, jakby słyszał bicie serca
Bazylego Hallwarda, i ze zdumieniem czekał na to, co nastąpi.
- Sprawa jest prosta - rzekł malarz po chwili. - Przed dwoma miesiącami
byłem na przyjęciu u lady Brandon. Wiesz, że my nieszczęśni artyści
musimy się od czasu do czasu pokazywać w towarzystwie, by przypomnieć
publiczności, że nie jesteśmy dzikusami. W ubraniu wieczorowym i w białym krawacie, powiedziałeś kiedyś, każdy, nawet makler giełdowy, może
sobie zdobyć miano człowieka cywilizowanego. Byłem od dziesięciu minut w pokoju i rozmawiałem z przesadnie wystrojonymi wdowami i nudnymi
akademikami, gdy nagle uczułem, że ktoś mi się przygląda. Odwróciłem się
na wpół i po raz pierwszy ujrzałem Doriana Graya. Kiedy spojrzenia nasze
spotkały się, uczułem, że blednę. Ogarnęło mnie dziwne uczucie lęku.
Wiedziałem, że stoję twarzą w twarz z człowiekiem, którego sama
osobowość jest tak fascynująca, że jeśli jej dam swobodę działania,
wchłonie w siebie całą moją istotę, całą moją duszę, całą moją sztukę.
Nie życzę sobie wpływów zewnętrznych na moje życie. Wiesz sam, Harry,
jak niezależny jestem z natury. Zawsze byłem panem siebie; przynajmniej
do czasu, gdy spotkałem Doriana Graya. Wówczas - ale nie wiem, jak ci to
wyjaśnić. Zdało mi się, że słyszę jakiś głos, który mi mówił, że stoję
na skraju straszliwego kryzysu w moim życiu. Miałem dziwne przeczucie,
że los przygotował mi wybrane radości i wybrane bóle. Przerażony
odwróciłem się, aby opuścić pokój. Nie sumienie gnało mnie precz: był to
rodzaj tchórzostwa. Nie usiłuję zaprzeczać, że chciałem uciec.
- Sumienie i tchórzostwo są w istocie tym samym, Bazyli. Sumienie jest
firmą tej spółki. Oto wszystko.
- Nie wierzę w to, Harry i nie wierzę, jakobyś ty w to wierzył. Ale
cokolwiek było przyczyną - a może była nią duma, gdyż byłem bardzo dumny
- to jedno jest pewne, że kierowałem się ku drzwiom. Natknąłem się
oczywiście na lady Brandon. "Nie ucieka pan już chyba, panie Hallward?",
zawołała. Znasz jej charakterystyczny, krzykliwy głos.
- Tak, ona jest pawiem we wszystkim, prócz piękności - rzekł lord
Henryk, szarpiąc stokrotkę długimi, nerwowymi palcami.
- Nie mogłem się od niej uwolnić. Poprowadziła mnie do Królewskich
Wysokości, do ludzi udekorowanych gwiazdami i orderami, do podstarzałych
dam w ogromnych tiarach i z nosami papug. Nazywała mnie najdroższym
przyjacielem. Przedtem widziałem ją raz zaledwie, ale ona uwzięła się
aby mnie uczynić lwem towarzystwa. Pewnie któryś z moich obrazów miał
właśnie duże powodzenie, albo przynajmniej wymieniony był w pismach, a tym mierzy się w dziewiętnastym wieku nieśmiertelność. Nagle stanąłem
naprzeciw owego młodzieńca, którego osoba tak na mnie dziwnie
podziałała. Staliśmy tuż obok siebie, dotykając się niemal. Spojrzenia
nasze się spotkały. Było to może nierozważne z mojej strony, ale
poprosiłem lady Brandon, aby mnie przedstawiła. A może to w rzeczywistości nie było jednak takie nierozważne. Po prostu było
nieuniknione. I bez prezentacji mówilibyśmy z sobą. Jestem tego pewien.
Dorian także mi to później powiedział. I on czuł, że przeznaczenie
chciało, abyśmy się poznali.
- A jak lady Brandon opisała tego cudownego młodzieńca? - zapytał lord
Henryk - Wiem, że daje ona zwykle krótkie précis o każdym ze swych
gości. Przypominam sobie, jak przedstawiając mi kiedyś pewnego starszego
pana o wyglądzie brutalnym i czerwonym, obwieszonego orderami i wstęgami, tragicznym szeptem, który każdy w pokoju mógł doskonale
słyszeć, oznajmiała mi na ucho najbardziej zdumiewające szczegóły.
Uciekłem po prostu. Lubię sam ludzi poznawać. Ale lady Brandon postępuje
ze swymi gośćmi jak licytant z towarem. Albo wydaje ich od razu na łup,
albo opowiada o nich wszystko, prócz tego, co by się chciało wiedzieć.
- Biedna lady Brandon! Źle ją traktujesz, Harry! - rzekł Hallward z roztargnieniem.
- Mój kochany, chciała otworzyć salon, a udało jej się tylko założyć
restaurację. Czy mogę ją podziwiać? Ale co powiedziała o panie Dorianie
Grayu?
- O, coś w tym rodzaju: "Czarujący chłopiec - dobra matka i ja jesteśmy
nierozłączone. Zapomniałam zupełnie - czym on się zajmuje - obawiam się,
że niczym - ach, tak, gra na fortepianie - czy też na skrzypcach, drogi
panie Gray?" Musieliśmy się roześmiać obaj i od razu zostaliśmy
przyjaciółmi.
- Śmiech to nienajgorszy początek przyjaźni, a z pewnością najlepszy jej
koniec - rzekł młody lord, zrywając drugą stokrotkę.
Hallward potrząsnął głową.
- Nie rozumiesz zupełnie, czym jest przyjaźń, Harry - mruknął - ani czym
jest nieprzyjaźń. Każdego lubisz, a to znaczy, że każdy jest ci
obojętny.
- Jesteś niesprawiedliwy! - zawołał lord Henryk, odsuwając kapelusz z czoła i spoglądając na małe chmurki, co niby postrzępione płaty
lśniącego, białego, jedwabiu szybowały po gładkiej turkusowej
powierzchni letniego nieba. - Tak, bardzo niesprawiedliwy. Czynię wiele
różnic między ludźmi. Przyjaciół wybieram sobie dla ich urody, znajomych
dla dobrego charakteru, wrogów dla bystrej inteligencji. Nigdy nie można
być dość oględnym w wyborze swoich wrogów. Nie mam ani jednego, który by
był głupcem. Wszystko to są ludzie o tężyźnie duchowej i dlatego szanują
mnie wszyscy. Czy to nie dowód próżności? Zdaje się, iż to świadczy, że
jestem nieco próżny.
- Można by tak sądzić, Harry. Ale według twego podziału, ja jestem
zapewne tylko znajomym.
- Mój kochany, stary Bazyli, jesteś znacznie więcej niż znajomym.
- A znacznie mniej niż przyjacielem. Coś w rodzaju brata zapewne?
- O, brat! Niewiele sobie robię z braci. Starszy mój brat nie chce
umrzeć, a młodsi zdaje się nic innego nigdy nie robią.
- Harry! - zawołał Hallward, ściągając brwi.
- Mój drogi, nie myślałem tego zupełnie poważnie. Ale nie mogę się
wyzbyć pogardy dla swoich krewnych. Może pochodzi to stąd, że nie możemy
znieść ludzi, którzy mają te same błędy, co my. Doskonale rozumiem
oburzenie demokracji angielskiej na to, co nazywa ona występkami
wyższych klas. Masy czują, że pijaństwo, głupota i niemoralność są ich
przywilejem, i że każdy z nas, robiąc z siebie osła, jest kłusownikiem w ich posiadłościach. Gdy ten biedny Southwark stawał przed sądem
rozwodowym, oburzenie ich było wspaniałe. A przecież nie sądzę, aby
bodaj dziesięć procent proletariatu żyło przykładnie.
- Nie zgadzam się ani na jedno słowo z tego, co mówisz, co więcej,
jestem pewien, że i ty się z tym nie zgadzasz.
Lord Henryk gładził brązową szpiczastą bródkę i hebanową laską uderzał w czubek lakierka.
- Jaki z ciebie prawdziwy Anglik, Bazyli. Uwagę tę robisz już po raz
drugi. Kiedy się prawdziwemu Anglikowi podsuwa ideę - co zawsze jest
przedwczesne - nie myśli on nigdy o tym, aby zbadać, czy ta idea jest
prawdziwa, czy też fałszywa. Dla niego najważniejsze jest, czy się w nią
samemu wierzy. Tymczasem wartość idei jest zupełnie niezależna od
prawdomówności człowieka, który ją wypowiada. Ba, możliwe jest nawet, że
idea jest tym bardziej intelektualna, im mniej rzetelnym jest człowiek,
gdyż tym mniej zabarwiona będzie jego potrzebami, jego życzeniami i jego
przesądami. Ale nie chcę zajmować się z tobą polityką, socjologią czy
metafizyką. Wolę ludzi niż zasady, a ludzi bez zasad ponad wszystko w świecie. Opowiedz mi coś więcej o panu Dorianie Grayu. Jak często go
widujesz?
- Codziennie. Nie byłbym szczęśliwy, gdybym go co dzień nie widywał.
Jest mi bezwzględnie niezbędny.
- Dziwne! Sądziłem, że nie potrafiłbyś zajmować się czymkolwiek, prócz
swojej sztuki.
- On jest teraz całą moją sztuką - rzekł malarz poważnie. - Sądzę
niekiedy, Harry, że istnieją tylko dwie ważne epoki w historii świata.
Jedną jest wystąpienie nowego medium w sztuce, drugą wystąpienie nowej
osobowości dla sztuki. Czym było dla Wenecjan wynalezienie malarstwa
olejnego, tym twarz Antinousa była dla rzeźby greckiej, a dla mnie
stanie się tym pewnego dnia twarz Doriana Graya. Nie o to idzie, że go
maluję, rysuję, szkicuję. Oczywiście robiłem to wszystko, ale jest on
dla mnie czymś znacznie więcej niż modelem. Nie będę ci mówił, że jestem
niezadowolony z tego, co według niego zrobiłem, albo że uroda jego jest
tego rodzaju, iż sztuka nie zdoła jej wyrazić. Nie ma rzeczy, której by
sztuka wyrazić nie mogła; wiem, że to, co zrobiłem od czasu, gdy
spotkałem Doriana Graya, jest dobrą robotą, najlepszą robotą mego życia.
Ale dziwna - nie wiem, czy mnie zrozumiesz? - indywidualność jego
natchnęła mnie zupełnie nowym gatunkiem sztuki, nowym stylem. Widzę
rzeczy odmiennie, myślę o nich odmiennie. Potrafię teraz tworzyć życie w sposób, który wcześniej był mi niedostępny. "Sen o kształtach w dni
zadumy" - kto to powiedział? Nie pamiętam, ale wyraża to, czym był dla
mnie Dorian Gray. Sama tylko widzialna obecność tego chłopca - gdyż
wydaje się on chłopcem zaledwie, choć w istocie przekroczył już
dwudziestkę - sama jego widzialna obecność - ach! radbym wiedzieć, czy
potrafisz odczuć co to znaczy? Bezwiednie odsłania mi on kierunki nowej
szkoły, która zawrzeć ma w sobie zarazem całą namiętność ducha
romantycznego i całą doskonałość sztuki greckiej. Harmonia ciała i duszy
- jakże to wiele! W szaleństwie swym oddzieliliśmy jedno od drugiego i wynaleźliśmy realizm, który jest banalny, i idealizm, który jest pusty.
Harry! Gdybyś wiedział, czym jest dla mnie Dorian Gray! Czy pamiętasz ów
pejzaż, za który Agnew ofiarował mi niesłychaną cenę, a z którym ja nie
chciałem się jednak rozstać? Należy on do moich najlepszych prac. A dlaczego? Bo Dorian Gray siedział obok mnie, gdy go malowałem. Jakiś
subtelny prąd szedł z niego na mnie, i po raz pierwszy w życiu ujrzałem
w prostym krajobrazie leśnym cud, którego zawsze szukałem, a nigdy nie
mogłem znaleźć.
- Bazyli, to coś niezwykłego! Muszę zobaczyć Doriana Graya!
Hallward wstał i począł się przechadzać po ogrodzie. Po chwili wrócił.
- Harry - rzekł. - Dorian Gray jest motywem artystycznym dla mnie
jedynie. Ty może nic w nim nie zobaczysz. Ja widzę w nim wszystko. Nigdy
nie jest on bardziej w tym, co tworzę, jak kiedy nie jest to jego
portret. Jest on dla mnie bodźcem nowego stylu, jak już powiedziałem.
Znajduję go w krzywiznach pewnych linii, w piękności i wdzięku pewnych
barw. Oto wszystko.
- A dlaczego nie chcesz wystawić jego portretu? - zapytał lord Henryk.
- Gdyż mimo woli ujawniłem w nim wyraz tego artystycznego uwielbienia,
oczywiście nigdy nie mówiłem z nim o tym. Dorian nic o tym nie wie. I nigdy nie powinien o tym wiedzieć. Ale świat mógłby to odgadnąć; a przed
natrętnymi bezmyślnymi oczyma tego świata nie chcę obnażać swej duszy.
Nie położę swego serca pod jego mikroskop. Za wiele jest w tym obrazie
ze mnie, Harry - za wiele!
- Poeci nie są tak skrupulatni jak ty. Wiedzą, jak korzystnie można
rozpowszechniać namiętność wśród tłumu. Złamane serce dochodzi dzisiaj
do wielu wydań.
- Nienawidzę ich za to - zawołał Hallward. - Artysta powinien stwarzać
piękno, ale nie wkładać w to nic z własnego życia. Żyjemy w epoce, gdy
ludzie traktują sztukę, jakby miała ona być rodzajem autobiografii.
Zatraciliśmy abstrakcyjny zmysł piękna. Pewnego dnia chcę światu
pokazać, czym on jest; i dlatego świat nie powinien nigdy zobaczyć
mojego portretu Doriana Graya.
- Sądzę, że postępujesz niesłusznie, Bazyli, ale nie chcę się z tobą
spierać. Tylko ludzie zrujnowani intelektualnie spierają się. Ale
powiedz mi, czy Dorian Gray bardzo cię lubi?
Malarz zamyślił się przez chwilę.
- Lubi mnie bardzo - odpowiedział po krótkiej pauzie. - Wiem, że mnie
bardzo lubi. Oczywiście pochlebiam mu przeraźliwie. Sprawia mi dziwną
przyjemność mówić mu rzeczy, o których wiem, że ich za chwilę będę
żałował. Zasadniczo jest wobec mnie czarujący, siedzimy w pracowni i rozmawiamy o tysiącu spraw. Niekiedy jest okropnie bezmyślny i zdaje
się, jakby znajdował przyjemność w tym, aby mnie męczyć. Wówczas czuję,
Harry, że oddałem całą swą duszę człowiekowi, traktującemu ją, jakby to
był kwiat, który się wtyka do butonierki, niepozorna dekoracja,
schlebiająca jego próżności, ozdoba na jeden dzień letni.
- Latem, Bazyli, dni dłużą się zwykle - mruknął lord Henryk. - Może
znudzisz się nim pierwszy, niż on tobą. Smutne to, gdy się o tym myśli,
ale bez wątpienia geniusz trwa dłużej niż piękność. Wyjaśnia to fakt, że
zadajemy sobie tyle trudu, aby się stać hiperkulturalnymi. W dzikiej
walce o byt potrzeba nam czegoś, co trwa, wypełniamy więc ducha swego
gruzami i faktami, w głupiej nadziei ustalenia swego miejsca. Człowiek
wszechstronnie wykształcony - oto ideał współczesny. A dusza człowieka
wszechstronnie wykształconego to rzecz przeraźliwa. To jakby sklep z tandetą pełen potworności i kurzu, gdzie wszystko ocenione jest ponad
wartość. Mimo to sądzę, że znudzisz się nim pierwszy. Pewnego dnia
przyjrzysz się swemu przyjacielowi i przekonasz się, że w rysunku jego
jest pewna przesada, albo nie spodobają ci się jego barwy lub coś w tym
rodzaju. W głębi serca będziesz mu robił gorzkie wyrzuty i myślał, że on
wyrządził ci krzywdę. Kiedy przyjdzie do ciebie, przyjmiesz go chłodno i obojętnie. Smutne to, ponieważ zmieni ciebie. Co mi tu opowiadasz, to
romans cały, można by go nazwać romansem artystycznym, a najgorsze jest
w każdym romansie, że czyni ludzi tak nieromantycznymi.
- Nie mów tak, Harry. Póki żyję, indywidualność Doriana Graya będzie mną
władała. Nie możesz odczuć tego, co ja czuję. Zbyt częste masz zmiany.
- Ach, kochany Bazyli, dlatego właśnie mogę to odczuć. Kto jest wierny,
zna tylko trywialną stronę miłości: niewierni znają jej tragedię. - Lord
Henryk wyjął zapałkę z ozdobnej srebrnej zapalniczki i z zadowoloną miną
zapalił papierosa, jak gdyby jednym zdaniem objął cały sens świata. W ciemnej zieleni bluszczu ćwierkały wróble, a błękitne cienie chmur niby
jaskółki szybowały nad trawą. Jak pięknie było w ogrodzie! I jak
zajmujące były uczucia innych ludzi! - znacznie bardziej zajmujące,
niżeli ich myśli, tak sądził. Własna dusza i namiętności przyjaciela -
oto były rzeczy, które nadawały życiu jego urok. Z ukrytym zadowoleniem
wyobrażał sobie nudne śniadanie, które opuścił, zabawiwszy tak długo u Bazylego Hallwarda. Gdyby poszedł do ciotki, spotkałby z pewnością lorda
Goodbody'ego, i cała rozmowa toczyłaby się koło wyżywienia ubogich i konieczności zakładania domów poprawy. Każda klasa wygłaszałaby kazania
o ważności cnót, do których uprawiania nie miała we własnym życiu
sposobności. Bogaci mówiliby o wartości oszczędności, a próżniacy o godności pracy. Jak to wspaniale, że uniknął tego wszystkiego! Gdy
pomyślał o ciotce, nasunęła mu się nagle myśl. Zwrócił się do Hallwarda
i rzekł:
- Mój drogi, teraz sobie przypominam.
- Co sobie przypominasz, Harry?
- Gdzie słyszałem nazwisko Doriana Graya.
- I gdzież to było? - zapytał Hallward z lekkim zmarszczeniem brwi.
- Nie patrz na mnie tak gniewnie, Bazyli. Było to u mojej ciotki, lady
Agaty. Opowiadała mi, że odkryła cudownego młodzieńca, który będzie jej
pomagał w East End, i że nazywa się Dorian Gray. Muszę dodać co prawda,
że nie mówiła mi nic o jego piękności. Kobiety nie potrafią ocenić
piękności, zwłaszcza kobiety dobre. Powiedziała mi, że jest bardzo
poważny i ma ładny charakter. Wyobrażałem sobie istotę w okularach o rzadkich włosach, przeraźliwych piegach i olbrzymich nogach. Szkoda, iż
nie wiedział, że to był twój przyjaciel.
- Cieszę się, że tego nie wiedziałeś, Harry.
- Dlaczego?
- Bo nie chciałbym, abyś go poznał.
- Nie chcesz, abym go poznał?
- Nie.
- Pan Dorian Gray jest w pracowni, sir - zameldował służący, który
wszedł właśnie do ogrodu.
- Teraz musisz mi go przedstawić - zawołał lord Henryk ze śmiechem.
Malarz zwrócił się do służącego, który stał w słońcu, mrugając oczyma.
- Niech pan Gray zaczeka, Parker. Przyjdę za chwilę. - Służący ukłonił
się i odszedł.
Hallward spojrzał na lorda Henryka.
- Dorian Gray jest moim najdroższym przyjacielem - rzekł. - Jest on z natury prosty i miły. Ciotka twoja miała rację we wszystkim, co o nim
powiedziała. Nie zepsuj go. Nie usiłuj wywrzeć na niego wpływu. Twój
wpływ byłby zły. Świat jest wielki i dużo jest cudownych ludzi. Nie
zabieraj mi jedynego człowieka, który mojej sztuce daje cały urok, jaki
może ona mieć: moje życie jako artysty zależy od niego. Pomyśl o tym,
Harry, że polegam na tobie. - Mówił bardzo wolno, jakby z przymusem,
wbrew woli.
- Cóż ty za głupstwa wygadujesz! - rzekł lord Henryk z uśmiechem, i ujmując bezwolnego prawie Hallwarda pod ramię, poprowadził go w stronę
domu.
Rozdział II
Kiedy weszli, ujrzeli Doriana Graya. Siedział przy fortepianie,
odwrócony do nich plecami i przeglądał tom "Scen leśnych" Schumanna.
- Musisz mi to pożyczyć, Bazyli - zawołał. - Chcę sobie to przećwiczyć.
To przecież śliczne.
- Zależy, jak mi będziesz dziś pozował, Dorianie.
- O, dość mam już pozowania, nie zależy mi wcale na portrecie naturalnej
wielkości - odpowiedział Dorian Gray, przechylając się kapryśnie na
krześle. Kiedy spostrzegł lorda Henryka, lekki rumieniec okrył na chwilę
jego policzki, i Dorian zerwał się: - Wybacz, Bazyli, nie wiedziałem, że
nie jesteś sam.
- To lord Henryk Wotton, Dorianie, mój stary przyjaciel z Oksfordu.
Opowiadałem mu właśnie, jak wspaniale pozujesz, a ty zepsułeś teraz
wszystko.
- Przyjemności, jaką mam, poznając pana, nie zepsuł pan, panie Gray -
rzekł lord Henryk, podchodząc do niego i podając mu rękę. - Ciotka moja
opowiada mi często o panu. Jest pan jednym z jej ulubieńców i, obawiam
się, jedną z jej ofiar.
- Chwilowo jestem u lady Agaty na czarnej liście - odpowiedział Dorian z komicznym wyrazem skruchy. - Przyrzekłem towarzyszyć jej w ubiegły
wtorek do pewnego klubu w Whitechapel i po prostu zapomniałem o tym.
Mieliśmy grać razem duet - nawet trzy duety, zdaje się. Nie wiem, co ona
na to powie. Tak się boję, że nie odważę się jej odwiedzić.
- O, pogodzę pana z ciotką. Jest teraz panem zachwycona. I wątpię, czy
pańska niesłowność mogła na to wpłynąć. Słuchacze z pewnością sądzili,
że to duet. Kiedy ciotka Agata siada do fortepianu, robi dość hałasu za
dwie osoby.
- Mało to pochlebne dla niej, a nie jest też komplementem dla mnie -
odpowiedział Dorian z uśmiechem.
Lord Henryk spojrzał na niego. Tak, był cudownie piękny; wargi miał
delikatnie wykrojone i szkarłatne, oczy błękitne, pogodne, złote
kędzierzawe włosy. W twarzy jego było coś, co natychmiast budziło
zaufanie. Była w niej szczerość młodości i czystość uczucia. Czuło się,
że jest niepokalany. Nic dziwnego, że Hallward uwielbiał go.
- Jest pan o wiele za piękny, aby być filantropem, panie Gray. O wiele
za piękny. - Lord Henryk osunął się na kanapę i wyjął papierośnicę.
Tymczasem malarz mieszał farby i przygotowywał pędzle. Wyglądał jakby go
coś trapiło, a gdy usłyszał ostatnią uwagę lorda Henryka, spojrzał na
niego, zawahał się przez chwilę, po tym rzekł:
- Chciałbym dziś skończyć obraz, Harry. Czy nie weźmiesz mi za złe,
jeśli cię poproszę, byś odszedł?
Lord Henryk uśmiechnął się i spojrzał na Doriana Graya.
- Czy mam odejść, panie Gray? - zapytał.
- O nie, lordzie Henryku. Bazyli jest dziś w złym nastroju, a ja tego
nie znoszę. Poza tym musi mi pan powiedzieć, dlaczego nie nadaję się na
filantropa.
- Wątpię, czy panu to powiem, panie Gray. To nudny temat, na który
trzeba by mówić poważnie. Ale jeśli mnie pan prosi, abym został, nie
odejdę. Tobie to przecież wszystko jedno, prawda, Bazyli? Mówiłeś mi
często, że lubisz, gdy model ma kogoś, z kim może rozmawiać.
Hallward zagryzł wargi.
- Jeśli Dorian życzy sobie tego, musisz oczywiście zostać. Kaprysy
Doriana są prawem dla każdego, prócz niego samego.
Lord Henryk sięgnął po kapelusz i laskę.
- Jesteś bardzo uprzejmy, Bazyli, ale niestety będę musiał pójść.
Obiecałem się z kimś spotkać. Do widzenia, panie Gray. Niech pan do mnie
przyjdzie kiedy popołudniu, Curzon Street. O piątej jestem prawie zawsze
w domu. Ale niech mnie pan uprzedzi listownie. Żałowałbym, gdy mnie pan
nie zastał.
- Bazyli - zawołał Dorian Gray - jeśli lord Henryk Wotton odejdzie, ja
odchodzę także. Nigdy nie otwierasz ust podczas malowania, a to
strasznie nudne stać na podium i robić do tego przyjemną minę. Proszę
bardzo, niech pan zostanie. Zależy mi na tym.
- Zostań, Harry, ze względu na Doriana i także ze względu na mnie -
rzekł Hallward, zwrócony w stronę obrazu. - Prawda, że nigdy nie mówię
podczas malowania, ani nawet nie słucham, a to musi być strasznie nudne
dla moich nieszczęsnych modeli. Proszę cię zostań.
- Ale co będzie z moim spotkaniem?
Malarz uśmiechnął się.
- To nic strasznego. Siadaj, Harry. A teraz, Dorianie, wejdź na podium i nie ruszaj się za wiele, do tego, co mówi lord Henryk, nie potrzebujesz
przywiązywać wagi. Wywiera on na wszystkich swoich przyjaciół, z wyjątkiem mnie, zły wpływ.
Dorian Gray wszedł na podium z miną młodego męczennika greckiego,
rzucając kilka porozumiewawczych gestów niezadowolenia w stronę lorda
Henryka, który mu się bardzo podobał. Był tak zupełnie inny, niż Bazyli.
Stanowili wspaniałe przeciwieństwo. A lord Henryk miał tak piękny głos.
Po chwili Dorian rzekł do niego:
- Czy wpływ pański jest rzeczywiście tak zły, lordzie Henryku? Tak zły,
jak twierdzi Bazyli?
- Nie ma dobrych wpływów, panie Gray. Każdy wpływ jest niemoralny -
niemoralny z punktu widzenia naukowego.
- Dlaczego?
- Bo wywierać na kogoś wpływ, znaczy to narzucać mu obcą duszę. Nie
myśli on już naturalnymi myślami, nie trawią go już przyrodzone
namiętności. Jego cnoty nie należą już do niego. Nawet grzechy jego, o ile istnieją grzechy, są zapożyczone. Staje się echem innego człowieka,
aktorem, grającym rolę, nie dla niego napisaną. Celem życia jest rozwój
własnej osobowości. Jesteśmy na tej ziemi po to, aby zadokumentować
własną istotę. Dzisiaj ludzie obawiają się siebie samych. Zapomnieli o najwyższym obowiązku, o obowiązku wobec siebie. Oczywiście są
dobroczynni. Karmią zgłodniałych i odziewają żebraków. Ale własna ich
dusza cierpi głód i chłód. Odwaga znikła z naszej rasy. Może nie
mieliśmy jej nigdy. Lęk przed społeczeństwem, na którym wspiera się
moralność, lęk przed Bogiem, będący tajemnicą religii - oto dwie moce,
które nami władają. A jednak...
- Odwróć nieco głowę na prawo, Dorianie - rzekł malarz, który pogrążony
był zupełnie w pracy i spostrzegł tylko na twarzy Doriana wyraz, jakiego
nigdy przedtem nie widział.
- A jednak - ciągnął lord Henryk swym cichym, melodyjnym głosem,
wykonując ręką wytworny ruch, który był zawsze jego właściwością i który
posiadał już w szkole w Eton - a jednak wierzę, że gdyby jeden
przynajmniej człowiek przeżył swe życie zupełnie i gruntownie, gdyby
każdemu uczuciu dał kształt, każdej myśli wyraz, każdemu marzeniu
urzeczywistnienie - popłynąłby przez świat tak nowy prąd radości, że
musielibyśmy zapomnieć o całym chorobliwym średniowieczu i powrócić do
ideału helleńskiego - może do czegoś subtelniejszego jeszcze i bogatszego niż ideał helleński. Ale najodważniejszy z nas obawia się
siebie samego. Co czyni dziki, który siebie samego okalecza, to my
czynimy przez zaprzeczenie swej istoty, które niweczy nasze życie.
Ponosimy karę za swoją powściągliwość. Każde pożądanie, które
zdławiliśmy, rozpładza się w naszej duszy i zatruwa nas. Ciało grzeszy i na tym grzech się kończy, gdyż czyn jest pewnego rodzaju oczyszczeniem.
Nie pozostaje nic, jeno wspomnienie rozkoszy albo zbytek żalu. Jedyną
drogą do uwolnienia się od pokusy jest poddanie się jej. Jeśli się jej
pan opiera, dusza pańska choruje z tęsknoty za tym, czego sobie sama
wzbroniła, z żądzy do tego, co potworne jej prawa uczyniły potwornym i bezprawnym. Powiedziano, że największe zdarzenia świata odgrywają się w mózgu. W mózgu i tylko w mózgu spełniają się też największe grzechy
świata. I pan, panie Gray, pan sam w swej różowej młodości, w swej
czerwono-białej niewinności odczuwał żądze, które go napawały
przerażeniem, miał myśli, które budziły w nim lęk, sny, za dnia i w nocy, których wspomnienie samo wywołać mogło rumieniec wstydu na
pańskiej twarzy.
- Dość! - wyjąkał Dorian Gray - dość! Wprawia mnie pan w zakłopotanie.
Nie wiem, co mam powiedzieć. Istnieje odpowiedź, ale ja nie umiem jej
znaleźć. Niech pan nie mówi. Niech mi się pan pozwoli zastanowić. Albo
lepiej niech mi pan pozwoli nie myśleć.
Przez dziesięć minut prawie stał nieruchomo z rozchylonymi wargami i dziwnie błyszczącymi oczyma. Zdawał sobie niejasno sprawę, że pracowały
w nim nowe zgoła siły. Ale zdawało mu się, że pochodzą one wyłącznie z jego własnej duszy. Owe kilka słów, które powiedział przyjaciel Bazylego
- owe słowa niewątpliwie rzucone od niechcenia, a zawierające niejeden
świadomy paradoks - poruszyły w nim tajemną strunę, nietrącaną nigdy, i czuł, jak ona teraz drga i uderza dziwnym tętnem.
W ten sam sposób podniecała go muzyka. Nieraz wprawiała go w podniecenie. Ale muzyka nie przemawiała słowami. Stwarzała w nim nie
nowy świat, lecz drugi chaos. Słowa! Same tylko słowa! Jakie to było
straszne! Jak jasne, żywe i okrutne! Słowom niepodobna było ujść. A jednak jak dziwnie tajemniczy urok w nich leżał! Zdało się, jak gdyby
mogły one nadawać bezkształtnym rzeczom plastyczną postać, a jednak
zachować własną moc niemniej słodką niżeli moc lutni i fletu. Same
słowa! Czyż istniało cokolwiek, co byłoby bardziej rzeczywiste, niż
słowo?
Tak, w jego młodości były rzeczy, których nie rozumiał. Teraz je
pojmował. Życie zapłonęło przed nim nagle w ognistych barwach. Zdało mu
się, jakoby zmienił się w ogień. Dlaczego nie wiedział tego wszystkiego?
Lord Henryk obserwował go z lekkim uśmiechem. Subtelnym instynktem
psychologicznym odgadywał moment, w którym nie wolno mu było mówić. Był
w najwyższym stopniu zaciekawiony. Zdumiewało go gwałtowne wrażenie,
jakie wywarły jego słowa, przypomniał sobie pewną książkę, czytaną w szesnastym roku życia, książkę, która objawiła mu wiele rzeczy
nieznanych mu przedtem, i chciałby móc się dowiedzieć, czy Dorian Gray
przeżywał kiedyś coś podobnego. Wypuścił tylko jedną strzałę w powietrze. Czy trafił? Jak fascynujący był ten młodzieniec!
Hallward malował dalej na swój cudowny, śmiały sposób, który odznaczał
się jednak prawdziwą subtelnością i doskonałą finezją, będącą zawsze w sztuce niewątpliwą oznaką siły. Nie dostrzegł milczenia.
- Zmęczyłem się staniem, Bazyli - zawołał nagle Dorian Gray. - Maszę
posiedzieć w ogrodzie. Strasznie tu duszno.
- Żałuję bardzo, mój drogi. Kiedy maluję, nie mogę myśleć o niczym
innym. Ale nigdy nie pozowałeś mi lepiej. Stałeś zupełnie spokojnie.
Nareszcie mogłem uchwycić wyraz, którego zawsze szukałem - na wpół
rozchylone wargi i błyszczące spojrzenie. Nie wiem, o czym Harry mówił z tobą, ale to on z pewnością wywołał na twej twarzy ten cudowny wyraz. Na
pewno prawił ci komplementy. Nie wierz mu ani słowa.
- Komplementów na pewno mi nie mówił. Może dlatego nie wierzę mu ani
słowa.
- Wie pan doskonale, że wierzy pan we wszystko - rzekł lord Henryk,
spoglądając na niego marzącymi, nieco zmęczonymi oczyma. - Wyjdę z panem
do ogrodu. Przeraźliwie gorąco jest tu w pracowni. Bazyli, każ nam podać
jakiś napój chłodzący, może coś z poziomkami.
- Chętnie, Harry. Naciśnij dzwonek, a jak przyjdzie Parker, powiem mu.
Muszę jeszcze raz przemalować tło, a potem przyjdę do was. Nie zatrzymuj
Doriana za długo. Nigdy nie byłem w lepszym nastroju niż dzisiaj. To
będzie moje najlepsze dzieło. Już teraz jest to moje najlepsze dzieło.
Lord Henryk wyszedł do ogrodu i ujrzał Doriana Graya, który zanurzył
twarz w wielkich chłodnych pękach bzu, chłonąc gorączkowo ich woń, jakby
to było wino. Zbliżył się do niego i położył mu dłoń na ramieniu.
- Dobrze pan robi - mruknął. - Tylko zmysły uleczyć mogą duszę, tak jak
dusza tylko uleczyć może zmysły.
Młodzieniec drgnął i cofnął się. Był bez kapelusza, a liście krzewu
potargały złote pasma jego włosów. We wzroku jego było coś jakby trwoga,
jakby go nagle przebudzono ze snu. Delikatne jego nozdrza drżały, a szkarłatne wargi dygotały pod skurczem jakiegoś ukrytego nerwu.
- Tak - ciągnął lord Henryk - to jedna z największych tajemnic życia -
leczenie duszy za pomocą zmysłów, a zmysłów za pomocą duszy. Dziwna z pana istota. Wie pan więcej, niż pan sądzi, a mniej, niż pan powinien.
Dorian Gray zmarszczył czoło i odwrócił twarz. Wbrew woli znajdował
upodobanie w tym przystojnym wielkim mężczyźnie, który stał obok niego.
Jego romantyczna, nieco przeżyta twarz oliwkowej barwy interesowała go.
W jego cichej, przeciągłej mowie było coś, co fascynowało Doriana
bezopornie. Nawet chłodne i białe dłonie, które wyglądały jak kwiaty,
posiadały swoisty urok. Kiedy mówił, poruszały się, jak w melodii, i zdało się, jakby miały swoją własną mowę. Ale Dorian czuł przed nim lęk
i wstydził się tego lęku. Dlaczego obcy dopiero musiał mu jego własną
istotę objaśniać? Znał Bazylego Hallwarda od wielu miesięcy, ale
przyjaźń ta nie zmieniła go. Nagle wkroczył w jego życie ktoś, kto miał
mu odsłonić tajemnice życia. Ale dlaczego się obawiać? Nie był przecież
małym chłopcem ani dziewczynką. Lęk był tu absurdem.
- Usiądźmy gdzieś w cieniu - rzekł lord Henryk. - Parker przyniósł
napoje, a jeśli będzie pan stał dłużej pod tym skwarem, zepsuje pan
sobie cerę i Bazyli nie będzie chciał pana więcej malować. Nie powinien
się pan opalać. Nieładnie by panu w tym było.
- Cóż to ważnego? - zawołał Dorian Gray z uśmiechem, gdy usiedli w głębi
ogrodu na ławce.
- Dla pana powinno to być najważniejsze, panie Gray.
- Dlaczego?
- Bo jest pan cudownie młody, a młodość jest jedyną cenną wartością.
- Nie uważam, lordzie Henryku.
- O nie, teraz nie. Ale pewnego dnia, gdy stanie się pan stary i pomarszczony i brzydki, gdy myśl zorze czoło pańskie bruzdami, a namiętność skazi pańskie wargi, wówczas odczuje pan to, odczuje
straszliwie. Teraz gdziekolwiek się pan zwróci, zachwyca pan sobą
wszystkich. Ale czy tak zawsze będzie?... Jest pan niezmiernie piękny,
panie Gray. Niech pan nie marszczy czoła. To prawda. A piękność jest
formą geniuszu - piękność to więcej niż geniusz, gdyż nie wymaga
komentarzy. Należy ona do wielkich faktów świata, jak słońce, jak
wiosna, albo jak odbicie srebrnego sierpa księżyca w ciemnej wodzie.
Niepodobna jej kwestionować. Posiada ona boskie prawo do władania. Tych,
co ją posiadają, czyni książętami. Uśmiecha się pan? Ach, gdy ją pan raz
utraci, nie będzie się pan więcej uśmiechał... Ludzie powiadają wprawdzie,
że piękność jest rzeczą powierzchowną. Możliwe. Ale myśl jest nią tym
bardziej. Dla mnie piękność jest cudem nad cudy. Tylko płytkie umysły
nie sądzą z wyglądu. Prawdziwa tajemnica świata leży w widzialnym, nie w niewidzialnym... Tak, panie Grey, bogowie byli dla pana łaskawi. Ale co
bogowie dają, odbierają rychło. Niewiele pan ma lat przed sobą, aby żyć
prawdziwie doskonale i zupełnie. Gdy minie pańska młodość, zniknie i piękność, i przekona się pan nagle, że nie czekają już pana triumfy,
albo będzie się pan musiał zadowolić owymi miernymi zwycięstwami, które
wspomnienie przeszłości uczyni bardziej gorzkimi niż porażki. Każdy
znikający księżyc zbliża pana do czegoś straszliwego. Czas zazdrości
panu i atakuje pańskie lilie i róże. Policzki pańskie zbledną i zapadną
się, wzrok zmatowieje. Będzie pan cierpiał strasznie... Ach! Niech pan
wykorzysta swoją młodość, póki czas. Niech pan nie marnotrawi złota
swoich dni, niech pan nie słucha nudziarzy, nie pomaga tym, którzy i tak
są straceni, niech pan nie rzuca swego życia głupcom, mnogim, niskim.
Wszystko to są chore cele, fałszywe ideały naszej epoki. Niech pan żyje!
Niech pan żyje tym życiem pełnym cudów, które jest w panu! Niech się pan
niczego nie wyrzeka. Niech pan szuka ciągle nowych wrażeń. Niczego niech
się pan nie obawia... Nowy hedonizm - oto czego potrzeba naszemu stuleciu.
Pan może być jego widzialnym symbolem. Przy swojej postaci może pan
dokonać wszystkiego. Świat należy do pana na jedną wiosnę... W chwili, gdy
pana spotkałem, ujrzałem, że nie wiedział pan nic o tym, kim pan
właściwie jest, kim mógłby pan być. Ujrzałem w panu tyle rzeczy, które
mnie oczarowały, że czułem się zmuszony opowiedzieć panu coś o nim
samym. Przyszło mi na myśl, jakby to było smutne, gdyby pan został
zmarnotrawiony. Bo przecież tak krótko będzie trwać pańska młodość - tak
krótko. Kwiaty polne więdną, ale zakwitają nowe. Wielokwiat będzie tak
samo złocistożółty w czerwcu przyszłego roku jak teraz. Za kilka tygodni
purpurowe gwiazdy zajaśnieją na tym powojniku, i co rok zielona noc jego
liści kryć będzie purpurowe gwiazdy. Ale nasza młodość nie wraca nigdy.
Tętno radości, które uderza w nas w dwudziestym roku, słabnie i leniwieje. Członki nasze stają się ociężałe, zmysły przytłumione.
Wyradzamy się w ohydne manekiny, w których pokutuje tylko pamięć, pamięć
namiętności, przed którymi drżeliśmy w trwodze, i pamięć pokus, którym
nie mieliśmy odwagi ulec. Młodość! Młodość! Nie ma na świecie nic prócz
młodości!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki