Rozdział 1
1
Niewiele jest w życiu godzin milszych niż pora obrządku zwanego
popołudniową herbatą. W pewnych okolicznościach sama ta sytuacja sprawia
nam przyjemność, niezależnie od tego, czy pijemy herbatę, czy też nie,
bo oczywiście są osoby, które jej nie piją. Zamierzam rozpocząć tę
prostą opowieść od czarującej sceny tej właśnie niewinnej rozrywki.
Wszystkie rekwizyty małej uczty były rozmieszczone na trawniku za
starym, wiejskim angielskim domem, w doskonałej pełni, że się tak
wyrażę, pięknego letniego popołudnia. Część popołudnia już minęła, ale
to, co z niego jeszcze zostało, tchnęło subtelnym, niezwykłym urokiem.
Prawdziwy zmierzch miał zapaść dopiero za kilka godzin, ale już zaczął
się odpływ letniego światła, powietrze złagodniało, cienie wydłużały się
na gładkiej, gęstej murawie. Wydłużały się jednak powoli i całą
atmosferę przenikał spokój, który rodzi się ze świadomości, że jest
jeszcze przed nami dużo wolnego czasu, który stanowi chyba główne źródło
przyjemności doznawanej w takich sytuacjach i o tej porze dnia. Godziny
od piątej do ósmej mogą się niekiedy wydawać małą wiecznością, ale w tym
przypadku mogła to być tylko wieczność błoga. Osoby występujące w tej
scenie cieszyły się nią w spokoju i nie należały do płci, z której
zazwyczaj rekrutują się najwytrwalsi uczestnicy wspomnianych przed
chwilą obrzędów. Cienie na doskonale wypielęgnowanym trawniku miały
kształty proste i kanciaste; rzucały je trzy postacie: starszy pan,
siedzący w głębokim wiklinowym fotelu obok stolika z zastawą do herbaty,
i dwaj młodsi mężczyźni, którzy przed nim spacerowali tam i z powrotem,
rozmawiając swobodnie. Starszy pan miał w ręku filiżankę - wyjątkowo
dużą, inną niż reszta serwisu, malowaną jaskrawymi kolorami. Sączył
napój bardzo ostrożnie, bez pośpiechu, za każdym łykiem trzymając
filiżankę długo tuż przy brodzie, twarzą zwrócony ku domowi. Dwaj młodsi
panowie albo już skończyli herbatę, albo nie zechcieli z tego przywileju
skorzystać; przechadzając się, palili papierosy. Jeden z nich od czasu
do czasu w przelocie rzucał uważne spojrzenie na starca, który, nie
wiedząc, że jest obserwowany, nie odrywał wzroku od ciemnoczerwonej
fasady swojej rezydencji. Dom wznoszący się nad trawnikiem zasługiwał na
taką kontemplację i był najbardziej charakterystycznym szczegółem na
wskroś angielskiego obrazu, który starałem się tu naszkicować.
Stał na niskim wzgórzu, nad rzeką - a była to Tamiza o jakieś
czterdzieści mil od Londynu. Długa szczytowa ściana z czerwonej cegły -
na której karnacji czas i klimat wypróbowały rozmaite malarskie
sztuczki, wszystkie jednak w rezultacie upiększające i wysubtelniające -
wznosiła się nad trawnikiem obrośnięta kożuchem bluszczu, zwieńczona
grupą kominów, z oknami niknącymi w gęstwie pnączy. Dom miał imię i historię; starszy pan chętnie by opowiedział przy herbacie, że zbudowano
go za Edwarda Szóstego, że udzielił on kiedyś na jedną noc gościny
Elżbiecie Wielkiej (której dostojna postać spoczęła na olbrzymim,
wspaniałym i straszliwie kanciastym łożu, stanowiącym po dziś dzień
najokazalszy mebel w apartamentach sypialnych), że mocno został
poszczerbiony i zeszpecony w czasie wojen Cromwella, że go później w okresie Restauracji naprawiono i znacznie powiększono i że wreszcie, po
przeróbkach i niefortunnych zmianach wprowadzonych w XVIII wieku, dostał
się w troskliwe ręce roztropnego amerykańskiego bankiera, który kupił go
(w okolicznościach zbyt skomplikowanych, aby je tutaj wyłuszczać)
początkowo tylko dlatego, że transakcja była wyjątkowo korzystna;
bankier zdecydował się na kupno, ale bardzo narzekał na brzydotę,
starość i niewygody tej budowli; teraz jednak, po dwudziestu latach, nie
wypierał się namiętnego zachwytu dla swojego domu, znał wszystkie jego
estetyczne walory, mógłby doradzić, jaki obrać punkt obserwacyjny, by je
najlepiej ocenić, wiedział, o której godzinie cienie różnych wypukłości,
padające - jakże miękko! - na rozgrzaną, spatynowaną powierzchnię
cegieł, przybierają najwłaściwsze proporcje. Poza tym, jak już mówiłem,
starszy pan umiałby wyliczyć większość kolejnych właścicieli domu i jego
mieszkańców, wśród których nie brakowało ludzi wielkiej sławy;
opowiedziałby to wszystko z dyskretnym, lecz głębokim przeświadczeniem,
że ostatni rozdział w historii tej siedziby nie jest mniej zaszczytny od
wcześniejszych. Główne wejście do domu nie znajdowało się w fasadzie
widocznej z trawnika, lecz po przeciwnej stronie i w innej części
budynku. Ten zakątek był całkowicie odgrodzony od świata i zaciszny, a ogromny dywan trawnika okrywający płaski szczyt wzgórza zdawał się
przedłużeniem wspaniałego wnętrza. Wysokie spokojne dęby i buki rzucały
cień gęsty jak aksamitne kotary, a trawnik był umeblowany jak salon
wyściełanymi fotelami, mienił się kolorami pledów, na murawie zaś leżały
książki i pisma. Rzeka płynęła dość daleko stąd; właściwy trawnik
kończył się na linii, od której teren zaczynał opadać, ale z krawędzi po
zboczu prowadziła nad wodę urocza ścieżka. Starszy pan siedzący obok
stolika przybył przed trzydziestu laty z Ameryki i oprócz bagaży
przywiózł stamtąd swoją fizjonomię; nie tylko przywiózł, lecz zachował w dobrej formie, tak że mógłby ją spokojnie, w razie potrzeby, zabrać z powrotem do ojczystego kraju. Jednakże było oczywiste, że teraz już
zapewne nie myśli o przeprowadzce; odpoczywał po latach wędrówek w oczekiwaniu na bliski wielki odpoczynek. Nie ulegało wątpliwości, że ta
twarz nie rozporządza szeroką gamą ekspresji, tym bardziej wymowny był
więc na niej wyraz inteligentnego zadowolenia. Zdawał się świadczyć, że
człowiek ten ma za sobą szczęśliwe życie, a zarazem, że nie były to
sukcesy niezmącone i prowokujące zazdrość, lecz prawie tak niewinne jak
porażki. Oczywiście był człowiekiem doświadczonym i obytym wśród ludzi,
ale uśmiech, który pojawił się na jego szczupłych, szerokich policzkach
i roziskrzył wesołością oczy, gdy starszy pan wreszcie odstawił
ostrożnie filiżankę na stolik, miał niemal wieśniaczą prostotę. Ubrany
był wytwornie, w doskonale wyczyszczoną czerń, lecz kolana jego okrywał
pled, a stopy chroniły ciepłe, haftowane ranne pantofle. Piękny pies
collie leżał w trawie w pobliżu fotela i wpatrywał się w swego pana z podobną czułością, z jaką on spoglądał na bardziej jeszcze dostojne
oblicze domu. Mały ruchliwy foksterier kręcił się koło młodszych panów.
Jeden z nich, trzydziestopięcioletni, wspaniale zbudowany mężczyzna,
miał twarz tak typowo angielską, jak nieangielska była twarz poprzednio
opisanego pana, bardzo przystojną, czerstwą, szczerą i otwartą, o rysach
pięknych i wyrazistych, z żywymi szarymi oczyma i bujną kasztanowatą
brodą; wyglądał na człowieka wyjątkowo przez los uprzywilejowanego,
obdarzonego przez naturę szczęśliwym usposobieniem, wzbogaconym przez
wieki cywilizacji, tak że od pierwszego wejrzenia mógł się każdemu
obserwatorowi wydać godny zazdrości. Miał na nogach wysokie buty z ostrogami, jak gdyby dopiero co zeskoczył z konia po długiej
przejażdżce, a na głowie biały, trochę za duży z pozoru kapelusz; ręce
trzymał splecione za plecami, a w jednej z nich - dużej, białej i kształtnej - ściskał parę przybrudzonych rękawiczek z grubej miękkiej
skóry.
Drugi młody pan, wraz z nim przechadzający się po trawniku,
reprezentował zupełnie inny typ, a chociaż mógł wzbudzić głębokie
zainteresowanie, nikomu, kto by go widział po raz pierwszy, nie
nasunęłaby się mimowolna myśl, że chciałby się znaleźć w jego skórze.
Wysoki, chudy i kruchej budowy, miał brzydką, mizerną, dowcipną i czarującą twarz, której nie dodawały urody rzadkie wąsiki i baczki.
Wyglądał na człowieka inteligentnego i chorego, a nie jest to nigdy
szczęśliwe połączenie; ubrany był w brązową welwetową kurtkę, a ręce
schował w kieszeniach i gest ten zdawał się świadczyć o nieuleczalnym
nawyku. Poruszał się trochę chwiejnie, niepewnie, jakby niezbyt mocno
trzymał się na nogach. Jak już wspomniałem, przechodząc przed siedzącym
w fotelu starcem, za każdym razem obrzucał go uważnym spojrzeniem i porównując ich twarze w tych momentach, łatwo było zgadnąć, że to ojciec
i syn. Ojciec wreszcie spotkał wzrok syna i odpowiedział mu łagodnym
uśmiechem.
- Czuję się doskonale - oznajmił.
- Wypiłeś herbatę? - spytał syn.
- Tak, z przyjemnością.
- Może chciałbyś jeszcze?
Starszy pan zastanawiał się chwilę.
- Nie, na razie nie, może później. - Mówił amerykańskim akcentem.
- Nie chłodno ci, ojcze? - zatroszczył się syn.
Starszy pan z wolna przesunął dłonią po swoich udach.
- Sam nie wiem. Póki nie dotknę, nic nie czuję.
- Może ktoś mógłby cię wyręczyć - odparł ze śmiechem syn.
- O tak, mam nadzieję, że zawsze znajdzie się ktoś gotowy współczuć mi,
tak jak teraz lord Warburton. Prawda?
- Oczywiście! - przytaknął skwapliwie lord Warburton. - Ale muszę
stwierdzić, że wygląda pan świetnie.
- Tak, pod wielu względami powodzi mi się doskonale. - Starszy pan
spojrzał na zielony pled i wygładził go na kolanach. - Od tylu lat, że
zdążyłem przywyknąć i może dlatego już nie zdaję sobie z tego sprawy.
- To właśnie najgorsza wada dobrego samopoczucia. Ale jeśli nam coś
dolega, wiemy o tym aż za dobrze!
- Zdaje mi się, że mamy trochę za wielkie wymagania - powiedział syn
gospodarza.
- Racja, jesteśmy z pewnością bardzo wymagający - szepnął lord
Warburton.
Wszyscy trzej milczeli przez chwilę; dwaj młodsi stali, patrząc na
siedzącego w fotelu starszego pana, który wreszcie poprosił o drugą
filiżankę herbaty.
- Ten pled chyba okropnie przeszkadza panu? - spytał lord Warburton, gdy
syn nalewał ojcu herbatę.
- Och, nie, pled jest konieczny! - wykrzyknął młody mężczyzna w welwetowej kurtce. - Proszę cię, nie podsuwaj ojcu takich pomysłów!
- To pled mojej żony - wyjaśnił po prostu starszy pan.
- No, jeśli wchodzą w grę sprawy sentymentu... - Lord Warburton
usprawiedliwiającym gestem rozłożył ręce.
- Myślę, że będę musiał oddać jej pled, kiedy wróci - powiedział starszy
pan.
- Nie ma o tym mowy! Zatrzyma ojciec pled i będzie nim okrywał swoje
biedne stare nogi.
- Bardzo nieładnie, że tak znieważasz moje nogi - odparł starszy pan. -
Zdaje się, że są równie dobre, jak twoje.
- Proszę bardzo, moje wolno ci znieważać, nie mam nic przeciw temu -
żartował syn, podając ojcu pełną filiżankę.
- Ano jesteśmy parą kulawych kacząt, niewielka chyba między nami
różnica.
- Dziękuję za nazwanie mnie kaczątkiem. Herbata dobra?
- Trochę za gorąca.
- To się na ogół uważa za zaletę.
- Ach, tak, ma całe mnóstwo zalet - szepnął łagodnie starszy pan. - Wie
pan - zwrócił się do lorda Warburtona - mój syn jest bardzo dobrą
pielęgniarką.
- Ale chyba trochę niezgrabną? - spytał gość.
- O, nie, krząta się bardzo zręcznie, chociaż sam jest inwalidą. Nazywam
go słabą podporą mojej słabości, bo on też jest chory.
- Dajże spokój, tatusiu! - wykrzyknął młody człowiek.
- Niestety, to prawda, wolałbym, żeby było inaczej. Ale cóż, nic na to
prawdopodobnie nie możesz poradzić.
- Spróbuję, to świetny pomysł! - odparł syn.
- A pan chorował kiedy w życiu? - zwrócił się starzec do lorda
Warburtona.
Zagadnięty namyślał się dość długo, nim w końcu odpowiedział:
- Tak, proszę pana, raz, na Zatoce Perskiej.
- On sobie kpi z ojca! - wtrącił się syn. - Przecież to żart!
- Żarty żartami - spokojnie odparł starszy pan - ale wygląda pan na
człowieka, który nigdy nie choruje.
- Jest chory z nudów, życie mu obrzydło. Właśnie mi o tym mówił. I bardzo się skarżył! - powiedział młody przyjaciel lorda Warburtona.
- Czy to prawda? - zapytał poważnie starszy pan.
- Tak. Pański syn nie umiał mnie pocieszyć. Trudno z nim rozmawiać,
skończony cynik. W nic nie wierzy!
- To także głupi żart! - zaprotestował oskarżony o cynizm.
- To wina słabego zdrowia - wyjaśnił ojciec. - Fizyczne niedomagania
wpływają na psychikę i poglądy. Wydaje mu się, że nigdy nie miał takich
szans jak inni. Ale to tylko teoria, proszę pana, która nie psuje mu w praktyce humoru. Nie przypominam sobie, żebym go kiedykolwiek widział w złym usposobieniu, zawsze jest pogodny tak jak dzisiaj. Często dodaje mi
otuchy.
Tak scharakteryzowany syn spojrzał ze śmiechem na lorda Warburtona.
- Czy to panegiryk, czy też potępienie za lekkomyślność? Może ojciec
wolałby, żebym swoje teorie wcielał w życie?
- Zobaczylibyśmy wtedy ciekawe rzeczy! - wykrzyknął lord Warburton.
- Mam nadzieję, że pan nie podziela jego teorii - rzekł starszy pan.
- Teorie Warburtona są gorsze od moich! Twierdzi, że jest znudzony. Ja
nie nudzę się ani trochę, przeciwnie, życie wydaje mi się zanadto
interesujące.
- Zanadto? Powinieneś starać się, żeby było jak najbardziej
interesujące.
- Tutaj nigdy się nie nudzę - powiedział lord Warburton. - Zawsze
prowadzimy niezwykle ciekawe rozmowy.
- Czy to trzeci żart? - spytał sędziwy gospodarz. - Pan nie ma prawa
nudzić się nigdzie! W pańskim wieku nie wiedziałem, że istnieje coś
takiego jak nuda!
- Późno pan dojrzał.
- Nie! Właśnie dlatego, że dojrzałem bardzo wcześnie. Doprawdy, mając
dwadzieścia lat byłem już bardzo dojrzałym człowiekiem. Pracowałem od
rana do nocy. Nie nudziłby się pan, mając coś do roboty, ale wy wszyscy,
dzisiejsze młode pokolenie, jesteście leniwi. Za dużo myślicie o przyjemnościach. Jesteście zbyt wybredni, zbyt bierni i za bogaci.
- Za pozwoleniem! - wykrzyknął lord Warburton. - Komu jak komu, ale panu
nie wypada oskarżać bliźnich o bogactwo.
- Dlatego, że jestem bankierem? - spytał starzec.
- Można i tak to uzasadnić, jeśli pan chce, ale przede wszystkim, czyż
pan sam nie ma ogromnego majątku?
- Ojciec już nie jest tak bardzo bogaty - pospieszył starcowi z miłosierną pomocą syn. - Rozdał wielkie sumy.
- I były to, jak myślę, jego własne pieniądze - powiedział Warburton. -
Czy to nie wystarcza za najlepszy dowód bogactwa? Dobroczyńca ogółu nie
powinien innym ludziom wyrzucać, że za bardzo lubią przyjemności.
- Ojciec bardzo lubi przyjemności... innych ludzi.
Starszy pan pokręcił głową.
- Nie sądzę, żebym się chociaż w najmniejszym stopniu przyczynił do
uprzyjemnienia życia moich współczesnych.
- Ojcze, jesteś za skromny!
- To także żart, proszę pana - powiedział Warburton.
- Wy, młodzi, zbyt wiele żartujecie. A kiedy zabraknie dowcipu, nie
zostaje wam nic.
- Na szczęście zawsze są nowe powody do żartów - zauważył brzydki młody
człowiek.
- Nie wierzę w to. Wiem, że życie będzie stawało się coraz poważniejsze,
a wy, młodzi, wreszcie przekonacie się o tym.
- Ależ sam fakt, że wszystko będzie coraz poważniejsze, dostarczy tematu
do żartów!
- Byłyby to żarty ponure - odparł starszy pan. - Jestem pewny, że
nastąpią wielkie zmiany, i nie wszystkie na lepsze.
- Zgadzam się z panem - oświadczył lord Warburton. - Z pewnością czekają
nas wielkie zmiany i będą się działy różne dziwne rzeczy. Właśnie
dlatego trudno mi zastosować się do pańskich rad, pamięta pan, przed
kilku dniami radził mi pan, "żebym chwycił się czegoś". Ale jakże się
zdecydować, skoro to, czego się chwycę, może lada chwila wylecieć w powietrze!
- Chwyć się jakiejś ładnej kobiety - powiedział brzydki młody człowiek.
- On chciałby się zakochać - wyjaśnił, zwracając się do ojca.
- Ładne kobiety także mogą wylecieć w powietrze! - odparł lord
Warburton.
- Nie! - zapewnił go starszy pan. - Ładne kobiety są potęgą. Społeczne i polityczne wstrząsy, które miałem na myśli, ich nie dotkną.
- To znaczy, że nie zostaną zniesione? Świetnie! W takim razie chwycę
jedną z nich i zawiążę ją sobie na szyi jak koło ratunkowe!
- Kobiety nas wybawią - rzekł starszy pan. - Mówię o najlepszych, bo są
różne. Niech pan znajdzie dobrą żonę, a życie stanie się dla pana
znacznie bardziej interesujące.
Chwila ciszy wyraziła może ze strony słuchaczy hołd dla wielkoduszności
tych słów, bo zarówno syn, jak i gość wiedzieli, że osobiste
doświadczenia matrymonialne starszego pana nie były szczęśliwe.
Jednakże, jak powiedział, są różne kobiety. Może w tym zdaniu kryło się
przyznanie do własnego błędu; ale oczywiście żaden z partnerów rozmowy
nie pozwoliłby sobie na nietakt przypominania mu, że dama, którą sam
wybrał, z pewnością nie należy do kategorii najlepszych.
- A więc powiada pan, że jeśli ożenię się z interesującą kobietą, będę zainteresowany? - spytał lord Warburton. - Wcale nie mam ochoty się żenić, pański syn fałszywie przedstawił moje życzenia. Nigdy jednak nie można przewidzieć, co by ze mnie zrobiła interesująca kobieta. - Chciałbym zobaczyć, jak wygląda twój ideał interesującej kobiety.
- Ależ, mój drogi, ideałów nie można zobaczyć, zwłaszcza tak mglistych
jak moje. Gdybym sam widział je wyraźnie, byłby to już znaczny postęp.
- No, niech się pan zakocha, w kim zechce, byle nie w mojej siostrzenicy
- powiedział starszy pan.
Jego syn wybuchnął śmiechem.
- Warburton pomyśli, że ojciec próbuje go sprowokować! Ojcze kochany,
mieszkasz od trzydziestu lat wśród Anglików, przyswoiłeś sobie mnóstwo
ich powiedzeń, ale nie nauczyłeś się, o czym oni nie mówią nigdy.
- Mówię, co mi się podoba - odparł z niezmąconym spokojem starszy pan.
- Nie mam zaszczytu znać pańskiej siostrzenicy - powiedział lord
Warburton. - A nawet nigdy dotychczas nie słyszałem nic o niej, jeśli
mnie pamięć nie myli.
- To właściwie siostrzenica mojej żony, która przywiezie ją do Anglii.
Młody Touchett wyjaśnił:
- Wiesz, matka spędziła zimę w Ameryce. Spodziewamy się jej lada chwila.
Pisała, że odkryła siostrzenicę i że zaprosiła ją do Gardencourt.
- Ach, tak, to bardzo miło z jej strony - stwierdził lord Warburton. -
Czy ta młoda osoba jest interesująca?
- Nie wiemy o niej wiele więcej niż ty, matka poskąpiła nam szczegółów.
Koresponduje z nami głównie za pośrednictwem telegramów i są to teksty
dość zagadkowe. Mówi się, że kobiety nie umieją redagować depesz, ale
moja matka doszła do mistrzostwa w sztuce zwięzłości.
ZMĘCZONA AMERYKĄ OKROPNE UPAŁY WRACAM DO ANGLII PIERWSZYM STATKIEM
ZNOŚNĄ KAJUTĄ.
Oto przykład komunikatów, które od niej dostajemy: tak brzmiał ostatni
jej telegram. Ale w jednym z poprzednich, jak się zdaje pierwszym, w którym znalazła się wzmianka o siostrzenicy, przeczytaliśmy:
ZMIENIŁAM HOTEL OKROPNY BEZCZELNY SZEF RECEPCJI PODAJĘ NOWY ADRES
PRZYWIOZĘ DO EUROPY CÓRKĘ SIOSTRY UMARŁA ROK TEMU DWIE SIOSTRY CAŁKOWITA
NIEZALEŻNOŚĆ.
Nad tą łamigłówką zastanawiamy się dotychczas obaj z ojcem, tekst nadaje
się do kilku różnych interpretacji.
- Jedno jest jasne - powiedział starszy pan - a mianowicie, że dała
szkołę szefowi recepcji.
- Ja nawet tego nie jestem pewny, przecież to on ją wypłoszył z hotelu.
Z początku mieliśmy wrażenie, że chodzi o siostrę tego bezczelnego
człowieka, ale późniejsze wzmianki o siostrzenicach pozwoliły
wywnioskować, że to córka którejś z moich ciotek. Druga wątpliwość:
czyimi siostrami są wspomniane dwie siostry; prawdopodobnie mowa wciąż o córkach mojej zmarłej ciotki. Ale kto jest "całkowicie niezależny"? W jakim sensie użyto tego określenia? Tych problemów jeszcze nie
rozwiązaliśmy. Czy dotyczy w szczególności dziewczyny, którą matka
wzięła pod swoje skrzydła, czy też obejmuje również jej siostry? Czy
mowa o niezależności moralnej, czy też materialnej? Czy znaczy to, że
siostrzenice są zamożne, czy też, że nie chcą się do niczego
zobowiązywać, czy też, po prostu, że lubią same o sobie decydować.
- Ostatnia hipoteza wydaje mi się niewątpliwie prawdziwa, nawet jeśli
twoja matka co innego miała na myśli - stwierdził pan Touchett.
- Wkrótce przekonacie się na własne oczy - rzekł lord Warburton. - Kiedy
te panie mają przyjechać?
- Nie znamy dnia ani godziny: gdy trafi się statek ze znośną kajutą.
Możliwe, że matka jeszcze na niego czeka, ale niewykluczone, że już
zeszła z pokładu na ziemię angielską.
- W takim razie chyba dałaby znać depeszą?
- Nigdy nie depeszuje wtedy, kiedy można by się tego spodziewać, tylko w zupełnie nieoczekiwanych momentach - powiedział starszy pan. - Lubi mnie
zaskakiwać, może wyobraża sobie, że przyłapie mnie na jakimś gorącym
uczynku. Dotychczas to jej się nie udało, ale nie straciła nadziei.
- To się tłumaczy wspólną w jej rodzinie cechą, cechą niezależności, o której wspomniała w depeszy - bardziej życzliwie ocenił zwyczaje pani
Touchett jej syn. - Choćby te młode osoby tryskały wielką energią, moja
matka nie da im się pod tym względem prześcignąć. Lubi wszystkie sprawy
załatwiać samodzielnie i nie wierzy, żeby ktoś był zdolny jej w czymkolwiek pomóc. Ja jestem w jej oczach równie bezużyteczny jak
znaczek pocztowy bez kleju, i nie wybaczyłaby mi, gdybym ośmielił się
pojechać na jej spotkanie do Liverpoolu.
- Czy przynajmniej zawiadomisz mnie o przyjeździe kuzynki? - spytał lord
Warburton.
- Pod warunkiem, który już panu postawiłem - odparł za syna starszy pan.
- Ta surowość jest chyba niesprawiedliwa. Czy wydaję się panu niegodny?
- Jest pan aż zanadto godny, ale nie chciałbym, żeby pana poślubiła. Nie
przyjeżdża tutaj szukać męża, mam nadzieję, bo wiele panien to robi, jak
gdyby nie miały w swojej ojczyźnie dość kandydatów. Zresztą
prawdopodobnie jest już zaręczona, o ile mi wiadomo, prawie wszystkie
młode Amerykanki mają narzeczonych. A poza tym wcale nie jestem pewny,
czy pan byłby bardzo dobrym mężem.
- Możliwe, że jest zaręczona, jak większość amerykańskich panien, które
spotykałem, ale słowo daję, nie zauważyłem, żeby to stanowiło wielką
przeszkodę. Co do tego, czy byłbym dobrym mężem, sam nie mam pewności.
Trzeba by spróbować, żeby się dowiedzieć.
- Niech pan próbuje, ile zechce, byle nie z moją siostrzenicą - z uśmiechem odparł starszy pan, oponując tylko dla żartu.
- Ano trudno! - tym samym, a nawet jeszcze bardziej żartobliwym tonem
odpowiedział lord Warburton. - W końcu nie wiadomo, czy ta panna jest
warta zachodu!
Rozdział 2
2
Gdy dwaj panowie bawili się tym sporem, Ralph Touchett oddalił się
nieco, po swojemu powłócząc nogami, z rękami w kieszeniach i w asyście
wesołego foksteriera. Szedł w kierunku domu, ale odwracał głowę,
spoglądając w zadumie na trawnik, toteż nie wiedział, że już od dłuższej
chwili obserwuje go młoda kobieta, która właśnie zjawiła się w szerokich
drzwiach domu. Jego uwagę zwrócił dopiero foksterier, który nagle puścił
się pędem ku nieznajomej, poszczekując przenikliwym głosem, raczej
jednak tonem powitania niż groźby. Młoda dziewczyna poznała się na tym
od razu. Piesek dopadł jej stóp i zatrzymał się, zadzierając w górę łeb
i ujadając zawzięcie, ale ona bez wahania schyliła się, chwyciła go w ramiona i podniosła tak, że jego pyszczek, poszczekujący wytrwale,
znalazł się tuż obok jej twarzy. Tymczasem Ralph zdążył dogonić psa i stwierdzić, że Bunchie już zaprzyjaźnił się z wysoką młodą kobietą,
która ubrana była w czarną suknię i która od pierwszego rzutu oka wydała
mu się bardzo ładna. Nie miała na głowie kapelusza, z czego wynikało, że
jest mieszkanką domu; syn gospodarza był więc zaskoczony, bo od
dłuższego czasu, ze względu na stan zdrowia starszego pana, nie
przyjmowano w Gardencourt gości. Teraz już dwaj inni panowie także
spostrzegli obecność nowej osoby.
- Skąd się tu wzięła ta nieznajoma pani? - zdziwił się pan Touchett.
- To zapewne siostrzenica pańskiej żony, niezależna młoda Amerykanka -
domyślił się lord Warburton. - Łatwo to zgadnąć ze sposobu, w jaki
poradziła sobie z pieskiem.
Collie też w końcu zwrócił uwagę na stojącą w drzwiach osobę i ruszył ku
niej, machając z wolna ogonem.
- Gdzież w takim razie podziewa się moja żona? - szepnął starszy pan.
- Młoda Amerykanka prawdopodobnie zostawiła ją gdzieś po drodze, to
jeszcze jeden dowód niezależności.
Dziewczyna, wciąż trzymając foksteriera w objęciach, zwróciła się z uśmiechem do Ralpha:
- To pana piesek?
- Był mój przed chwilą, ale teraz wydaje się, że znalazł nową
właścicielkę.
- Czy nie mógłby należeć do nas obojga? - spytała. - Śliczny, przemiły
pieseczek!
Ralph patrzał na nią przez długą chwilę. Była nadspodziewanie ładna.
- Daję go pani w prezencie - powiedział.
Dziewczyna, chociaż zdawała się bardzo pewna siebie i innych ludzi,
zarumieniła się, stropiona tym nieoczekiwanie hojnym gestem.
- Powinna bym najpierw przedstawić się, jestem prawdopodobnie pańską
kuzynką... - urwała, wypuszczając pieska na wolność. - O, drugi! - dodała
szybko, bo zbliżył się collie.
- Prawdopodobnie?! - wykrzyknął młody człowiek ze śmiechem. - Myślałem,
że to fakt niewątpliwy. Przyjechałaś z moją matką?
- Tak, pół godziny temu.
- Czy matka podrzuciła cię tutaj, a sama pojechała dalej?
- Nie, nie. Poszła prosto do swojego pokoju, a mnie prosiła, na wypadek
gdybym cię spotkała, żebym ci powtórzyła, że masz do niej zgłosić się
kwadrans przed siódmą.
Ralph spojrzał na zegarek.
- Dziękuję! Stawię się punktualnie. - Podniósł wzrok na kuzynkę. -
Witamy! Bardzo mnie cieszy, że się poznaliśmy.
Przyglądała się bystrym wzrokiem wszystkiemu: kuzynowi, obu psom, dwom
panom na trawniku w cieniu drzew, całej tej przepięknej scenerii, która
ją otaczała.
- W życiu nie widziałam równie uroczego miejsca. Zwiedziłam już dom i jestem zachwycona.
- Szkoda, że byłaś już od pół godziny tutaj, a my nic o tym nie
wiedzieliśmy!
- Twoja matka wytłumaczyła mi, że w Anglii takie są zwyczaje i wypada
przyjeżdżać dyskretnie, myślałam, że tak właśnie trzeba. Czy jeden z tych panów to twój ojciec?
- Tak, ten starszy, w fotelu - potwierdził Ralph.
Dziewczyna roześmiała się z cicha:
- Młodszego o to nie podejrzewałam. Kto to taki?
- Jeden z naszych przyjaciół, lord Warburton.
- Och, przeczuwałam, że będzie jakiś lord! Zupełnie jak w powieści. - Po
chwili wykrzyknęła nagle: - Mój najśliczniejszy! - I schyliła się, żeby
znowu wziąć na ręce pieska.
Stała wciąż w drzwiach, tam gdzie zaczęli rozmowę, i zdawało się, że
wcale nie zamierza podejść do pana Touchetta i przedstawić mu się, a Ralph, obserwując jej smukłą, śliczną postać, zastanawiał się, czy
dziewczyna nie oczekuje, że starzec przyjdzie ją witać. Wszystkie
Amerykanki przyzwyczajone są do wielkich względów ze strony mężczyzn, a ta podobno odznaczała się szczególną dumą. To zresztą mógł wyczytać z jej twarzy.
- Może byś podeszła do ojca? - zaryzykował jednak pytanie. - Z powodu
wieku i kalectwa nie może wstać z fotela.
- Och, biedny, jakże mu współczuję! - wykrzyknęła i natychmiast ruszyła
naprzód. - Sądząc z tego, co mówiła twoja matka, wyobrażałam sobie, że
jest raczej... raczej wyjątkowo energiczny!
Ralph milczał chwilę, nim odpowiedział:
- Matka nie widziała go od roku.
- W każdym razie spędza czas w przepięknym otoczeniu. Chodź z nami,
pieseczku.
- Tak, to piękna stara siedziba - szepnął Ralph, zerkając z ukosa na
dziewczynę.
- Jak się nazywa? - spytała, zajęta znów foksterierem.
- Mój ojciec?
- Tak - odparła ze śmiechem - ale nie mów mu lepiej, że pytałam o jego
imię.
Kiedy stanęli przed nim, starszy pan z wysiłkiem dźwignął się z fotela.
- Matka przyjechała - oznajmił Ralph - a to jest panna Archer.
Starszy pan położył ręce na jej ramionach, przyglądał jej się chwilę
serdecznie, a potem ucałował szarmancko w oba policzki.
- Bardzo się cieszę, że cię tu widzę. Żałuję tylko, że nie mogliśmy cię
przywitać jak należy.
- Och, przywitała nas służba, kilkanaście osób było w hallu! - odparła
dziewczyna. - A jakaś stara kobieta dygnęła, kiedy wjeżdżałyśmy w bramę.
- My przywitalibyśmy was piękniej, gdybyśmy byli uprzedzeni o waszym
przyjeździe! - Starszy pan uśmiechał się, zacierał ręce i z wolna kiwał
głową. - Ale moja żona nie lubi takich rzeczy.
- Ciocia poszła prosto do swojego pokoju.
- Tak, i pewno zamknęła drzwi na klucz. Jak zwykle. Prawdopodobnie
zobaczę ją w przyszłym tygodniu. - To rzekłszy mąż pani Touchett
ostrożnie osunął się z powrotem na fotel.
- Wcześniej! - powiedziała panna Archer. - Ciocia zejdzie o ósmej na
obiad. I nie zapomnij - zwróciła się z uśmiechem do Ralpha - kwadrans
przed siódmą.
- Co ma się stać kwadrans przed siódmą?
- Mam być w pokoju matki.
- A to szczęściarz z ciebie! - stwierdził starszy pan. - A ty, moje
dziecko, usiądź i napij się herbaty - zaproponował siostrzenicy.
- Przyniesiono mi herbatę do pokoju, jak tylko tam weszłam! -
odpowiedziała dziewczyna. - Zmartwiłam się, że zastałyśmy wuja
niezdrowego - dodała, patrząc w twarz sędziwego pana domu.
- No, cóż, moja droga, jestem stary, pora, żebym się zestarzał. Ale będę
się czuł zdrowszy, patrząc na ciebie.
Wodziła znów wzrokiem dokoła, po trawniku, wielkich drzewach, zarosłej
sitowiem srebrzystej Tamizie, po fasadzie pięknego starego domu, zajęta
tym przeglądem nie pominęła też trzech panów i nie mogło nikogo dziwić,
że oni także interesują młodą kobietę, niewątpliwie inteligentną i podnieconą nowością otoczenia. Usiadła, puściła pieska w trawę, splotła
białe ręce na czarnej sukni; siedziała z podniesioną głową, z błyszczącymi oczyma, a jej gibka postać swobodnie obracała się to w tę,
to w inną stronę, czujnie reagując na wszystkie wrażenia. Było tych
wrażeń wiele i odzwierciedlały się w pogodnym, cichym uśmiechu.
- Nigdy nie widziałam nic równie pięknego!
- Tak, to jest urocze miejsce - przyznał starszy pan. - Rozumiem cię,
kiedyś przeżywałem to podobnie. Ale ty sama jesteś piękna - dodał mile,
wcale nie żartobliwym tonem, świadomie i z satysfakcją wykorzystując
przywilej podeszłego wieku, który pozwalał mu mówić tak otwarcie nawet
do młodej dziewczyny, bez obawy, że ją spłoszy.
Trudno dokładnie ocenić, w jakim stopniu zaniepokoił ją ten komplement;
jednakże wstała i zarumieniła się, chociaż nie próbowała zaprzeczać.
- O, tak, jestem ładna - powiedziała i zaśmiała się z cicha. - To bardzo
stary dom, prawda? Z czasów Elżbiety?
- Z wczesnego okresu Tudorów - wyjaśnił Ralph.
Odwróciła się ku niemu, uważnie obserwując wyraz jego twarzy.
- Wczesny okres Tudorów? Niesłychane! I pewno jest w Anglii więcej
takich domów?
- Jest wiele jeszcze piękniejszych.
- Nie, tego nie mów, synu! - zaprotestował starszy pan. - Nic nie może
być piękniejsze.
- Mój dom też jest niezły, może nawet lepszy niż ten - odezwał się lord
Warburton, który dotychczas milczał, ale pilnie przyglądał się pannie
Archer. Ukłonił się jej lekko, z uśmiechem; był zawsze wzorowo uprzejmy
wobec kobiet. Panna Archer błyskawicznie umiała to ocenić, a nie
zapominała przy tym, że ma do czynienia z lordem. - Z przyjemnością
pokazałbym go pani - dodał.
- Nie wierz mu! - zawołał starszy pan. - Nie ma co oglądać! To stara
buda, nie można jej porównać z moim domem.
- Nie widziałam, więc nie wiem, co sądzić - odparła dziewczyna,
uśmiechając się do lorda Warburtona.
Ralph Tbuchett nie zdradzał najmniejszego zainteresowania tą dyskusją;
stał z rękami w kieszeniach i najwidoczniej miał ochotę nawiązać znów
rozmowę ze świeżo odkrytą kuzynką.
- Lubisz psy? - spytał, żeby jakoś zagaić dialog. Sam chyba zdawał sobie
sprawę, że nie był to bardzo zręczny początek, godny tak inteligentnego
jak on człowieka.
- Bardzo!
- Pamiętaj, Bunchie do ciebie należy - brnął dalej, wciąż dość
niezgrabnie.
- Tak, z przyjemnością będę go uważała za swojego pieska, przez cały
czas pobytu tutaj.
- Mam nadzieję, że zostaniesz z nami jak najdłużej.
- To miło z twojej strony. Nie wiem. O wszystkim zadecyduje ciocia.
- Ja z nią o tym pomówię... kwadrans przed siódmą - powiedział Ralph,
spoglądając na zegarek.
- W każdym razie cieszę się, że tu przyjechałam - odparła dziewczyna.
- Nie wierzę, że pozwalasz, by ktoś inny za ciebie decydował.
- Ależ tak, jeśli cudze decyzje podobają mi się, zgadzam się z nimi.
- W tym przypadku musi być tak, jak mnie się podoba - oświadczył Ralph.
- Nie pojmuję, jak to mogło się stać, że cię dotychczas nie znaliśmy.
- A ja przez cały czas istniałam tam, wystarczyło przyjechać i zobaczyłbyś mnie.
- Tam, to znaczy gdzie?
- W Stanach Zjednoczonych, w Nowym Jorku czy w Albany, czy w innych
amerykańskich miastach.
- Byłem w Ameryce, ale nie spotkałem się z tobą. Nie rozumiem dlaczego.
Panna Archer wahała się chwilę, zanim odpowiedziała:
- Po śmierci mojej matki, kiedy byłam jeszcze mała, doszło do pewnych
rozdźwięków między ojcem a ciocią. Toteż nie spodziewałam się, że
kiedykolwiek was poznam.
- Ależ ja, broń Boże, nie mogę podzielać wszystkich uraz mojej matki! -
wykrzyknął Ralph i poważnym już tonem spytał: - Ojca straciłaś niedawno,
prawda?
- Przeszło rok temu. Później ciocia okazała mi wiele dobroci. Odwiedziła
mnie i zaproponowała, żebym z nią pojechała do Europy.
- Ach, tak - powiedział Ralph. - Adoptowała cię.
- Adoptowała? - powtórzyła dziewczyna, otwierając szeroko oczy i rumieniąc się znowu; zdawała się dotknięta boleśnie, co mocno
zaniepokoiło jej kuzyna. Nie przewidział takiego skutku swoich lekko
rzuconych słów. W tym momencie podszedł do nich lord Warburton, nie
ukrywając, że pragnie z bliska patrzeć na pannę Archer, która zwróciła
na niego wzrok mówiąc: - Nie, nie adoptowała mnie. Nie jestem kandydatką
do adopcji.
- Przepraszam cię stokrotnie! - szepnął Ralph. - Chciałem powiedzieć...
chciałem powiedzieć... - ale sam już nie wiedział, co chciał powiedzieć.
- Chciałeś powiedzieć, że wzięła mnie pod swoje skrzydła. Racja, ciocia
lubi brać innych pod swoje skrzydła. Jest dla mnie bardzo dobra, ale... ja
bardzo sobie cenię wolność - zakończyła, wyraźnie starając się, żeby to
zabrzmiało stanowczo.
- Rozmawiacie o pani Touchett? - zawołał z fotela starszy pan. - Chodź
no tu, moja droga, i opowiedz mi o niej coś niecoś. Wdzięczny będę za
wszelkie wiadomości o mojej żonie.
Dziewczyna uśmiechnęła się, ale nie od razu odpowiedziała.
- Ciocia ma naprawdę wiele dobrej woli. - Podeszła do wuja, którego jej
odpowiedź bardzo ubawiła.
Lord Warburton został na uboczu z Ralphem i zwrócił się do niego,
mówiąc:
- Przed chwilą wyraziłeś ciekawość, jak wygląda mój ideał interesującej
kobiety. Oto mam ją przed sobą!
Rozdział 3
3
Pani Touchett niewątpliwie miała różne dziwactwa, których znamiennym
przykładem było jej zachowanie się w dniu powrotu do męża i domu po
wielu miesiącach nieobecności. Wszystko zawsze robiła po swojemu. Tak
można by najprościej określić jej charakter, zdolny do wspaniałomyślnych
gestów, ale nigdy nie ujmujący słodyczą. Pani Touchett czyniła ludziom
wiele dobrego, lecz nie była dla nikogo miła. Z upodobaniem robiła
wszystko po swojemu, a to nie znaczy, że zawsze postępowała arogancko,
tylko że jej zwyczaje różniły się od przyjętych przez innych ludzi, a przy tym kontur miały tak wyostrzony, że co wrażliwsze osoby odczuwały
je jak draśnięcie nożem. Ta właśnie wyrafinowana nieustępliwość
przejawiła się w jej zachowaniu pierwszego dnia po powrocie z Ameryki,
gdy wszystkie okoliczności powinny by ją skłonić do przywitania się
przede wszystkim i bez zwłoki z mężem i synem. Pani Touchett z przyczyn,
które jej wydawały się najsłuszniejsze, zawsze w podobnych sytuacjach
wycofywała się za zamknięte hermetycznie drzwi swego pokoju i odkładała
wszelkie sentymentalne obrzędy na później, aby przedtem doprowadzić po
podróży do porządku strój; trudno zgadnąć, dlaczego wydawało jej się to
tak ważne, bo na pewno nie kierowała się umiłowaniem piękna ani
próżnością. Nieładna i niemłoda, pozbawiona wdzięku i niezbyt elegancka,
żywiła jednak głęboki respekt dla motywów swojego postępowania. Gdyby
ktoś bardzo grzecznie poprosił ją o wyjaśnienie tych motywów, mogłaby je
ujawnić, ale okazałyby się zupełnie różne od tych, które jej
przypisywano. Żyła w faktycznej separacji z mężem, nie dostrzegała
jednak w tym nic niewłaściwego. Już od wczesnych lat pożycia przekonali
się niezbicie, że nigdy nie pragną tego samego i jednocześnie, a to
odkrycie skłoniło panią Touchett do ratowania sytuacji od wulgarnej
przypadkowości. Zrobiła, co mogła, żeby rozdźwiękowi nadać moc prawa i zarazem bardziej budujące pozory: wyjechała do Florencji, kupiła tam dom
i osiedliła się w nim, pozostawiając męża na straży londyńskiego
oddziału banku. To rozwiązanie bardzo jej się podobało; cechowała je
pożądana nieodwołalność. W tym samym świetle widział je pan Touchett ze
swego punktu obserwacyjnego w zamglonym Londynie, gdzie chwilami żaden
inny fakt nie był równie jasno dostrzegalny; wolałby jednak, by tak
nienaturalna sytuacja zarysowywała się mniej dobitnie; zgoda na tę
niezgodę kosztowała go sporo wysiłku, z każdym niemal innym wyjściem
łatwiej by się pogodził niż z tym; nie mógł pojąć, dlaczego zgoda czy
niezgoda muszą być tak straszliwie konsekwentne. Pani Touchett nie
pozwalała sobie ani na żal, ani na rozmyślania; zwykle co roku spędzała
jeden miesiąc z mężem i w okresie tej wizyty starała się go przekonać o słuszności swojej metody. Nie lubiła angielskiego stylu życia z czterech
powodów, na które często się powoływała; dotyczyły błahych tradycyjnych
zwyczajów, lecz w przekonaniu pani Touchett wystarczająco
usprawiedliwiały emigrację z tego kraju. Nie cierpiała chlebowego sosu,
ponieważ, jej zdaniem, wyglądał jak kompres, a smakował jak mydło;
potępiała brytyjskie służące, które piły piwo, i twierdziła, że
brytyjskie praczki nie są mistrzyniami w swoim rzemiośle (a bardzo dbała
o wygląd bielizny). Regularnie odwiedzała swój kraj ojczysty, ale rzadko
przebywała w Ameryce tak długo jak ostatnim razem.
Wzięła siostrzenicę pod swoje skrzydła, to nie ulegało wątpliwości. Na
cztery miesiące przed opisanymi wyżej zdarzeniami, pewnego dżdżystego
popołudnia panna Archer siedziała samotnie nad książką. A skoro czytała,
samotność nie dokuczała jej, bo żądza wiedzy tak była w tej dziewczynie
gorąca, że zapładniała jej wyobraźnię, z natury bardzo żywą. W tym
wszakże momencie sytuacji brakowało smaku świeżości i wniosła go dopiero
niespodziewana wizyta. Nikt nie zaanonsował gościa; panna Archer sama w pewnej chwili usłyszała kroki w sąsiednim salonie. Działo się to w Albany, w starym, dużym dwurodzinnym domu, który postanowiono sprzedać,
jak świadczyło ogłoszenie wywieszone w jednym z okien parteru. Dom miał
dwa wejścia, lecz od dawna używano wyłącznie jednego, chociaż drugie nie
zostało zamurowane. Oba wyglądały identycznie: wielkie białe drzwi w łukowato sklepionej framudze, z dużymi bocznymi oknami wprawionymi w czerwoną kamienną ścianę małego ganeczku, z którego kilka schodków
prowadziło na ceglany chodnik ulicy. Z dwóch domów utworzono jeden,
usuwając dzielącą je ścianę i łącząc sąsiednie pokoje. Na piętrze było
tych pokoi mnóstwo, a wszystkie jednakowo pomalowane żółtawobiałą, teraz
już dość wyblakłą farbą. Na drugim piętrze dwie części domu łączył
sklepiony korytarz, który Isabel i jej siostry w dzieciństwie nazywały
tunelem, bo chociaż krótki i dobrze oświetlony, wydawał im się
tajemniczy i odcięty od świata, zwłaszcza w zimowe popołudnia. Isabel
jako małe dziecko przebywała tu w różnych okresach wiele razy; dom ten
wówczas należał do jej babki. Potem przez dziesięć lat nie odwiedzała
Albany i wróciła tu dopiero na krótko przed śmiercią ojca. Babka,
starsza pani Archer, póki jej wiek na to pozwalał, lubiła mieć dom pełen
gości, głównie najbliższej rodziny, toteż wnuczki często spędzały pod
jej dachem całe tygodnie, które Isabel zachowała w pamięci jako
najszczęśliwsze. Tryb życia był tutaj inny niż w domu rodziców, bardziej
dostatni, szczodry, niemal stale odświętny; w dziecinnym pokoju panowała
bardzo łagodna dyscyplina, a możliwości przysłuchiwania się rozmowom
dorosłych - co Isabel zawsze uważała za największą przyjemność - nie
miały prawie granic. Ustawicznie ktoś przyjeżdżał albo wyjeżdżał;
synowie, córki i wnuki pani tego domu najwidoczniej chętnie korzystali z jej zawsze aktualnych zaproszeń i dom przypominał trochę prowincjonalną,
bardzo uczęszczaną gospodę, której zacna właścicielka często wzdychała,
ale nigdy nie wystawiała rachunków. Isabel oczywiście nic o żadnych
rachunkach nie wiedziała, ale już w najwcześniejszym dzieciństwie
uznała, że dom babki ma romantyczny urok. Za domem na krytej werandzie
zainstalowana była huśtawka - źródło gorącego podziwu - a dalej ciągnął
się długi pas ogrodu opadającego po zboczu ku stajni i zasadzonego
drzewami brzoskwiń, z którymi dzieci zawarły niewiarygodnie poufałą
znajomość. Isabel bawiła w domu babki w różnych porach roku, ale jakimś
sposobem wspomnienia wszystkich tych wizyt kojarzyły się z aromatem
brzoskwiń. Naprzeciwko, po drugiej stronie jezdni stał stary dom
nazywany "holenderskim" - dziwaczny budynek z najwcześniejszego okresu
kolonialnego, wzniesiony z malowanej na żółto cegły, zwieńczony
osobliwym szczytem, który kazano podziwiać przybyszom z innych miast,
ogrodzony koślawymi drewnianymi sztachetami i zwrócony bokiem do ulicy.
Mieściła się w nim szkoła początkowa dla chłopców i dziewcząt, a prowadziła ją - dość nieudolnie - bardzo uczuciowa pani, która zapisała
się w pamięci Isabel głównie tym, że upinała włosy nad skroniami parą
niezwykłych grzebyków, stosownych raczej do nocnego uczesania, i że była
wdową po jakimś ważnym człowieku. Isabel miałaby okazję zdobycia w tej
szkole podstaw wiedzy, ale po jednym dniu zbuntowała się przeciw
obowiązującym rygorom i babka zwolniła ją z tego obowiązku; w ciepłe dni
wrześniowe, gdy okna holenderskiego domu były otwarte, słuchała chóru
dziecięcych głosów powtarzających tabliczkę mnożenia, a w jej duszy
szczęście wolności i ból istoty wykluczonej z gromady łączyły się ze
sobą nierozerwalnie. Podstawy wiedzy zdobyła właściwie mimo woli w domu
babki, gdzie większość współmieszkańców nie wykazywała zapału do
lektury, pozostawiając małej Isabel całkowitą swobodę korzystania z biblioteki, pełnej książek w ozdobnych okładkach. Dziewczynka wspinała
się na krzesło i ściągała tomy z wyższych półek; w wyborze kierowała się
głównie wyglądem okładki. Z tą zdobyczą kryła się w pokoiku za
biblioteką, nazwanym tradycyjnie kancelarią, chociaż nikt już nie
pamiętał, skąd wzięła się ta nazwa; Isabel nigdy nie dowiedziała się,
kto w tej kancelarii pracował i na jakie lata przypadał okres jej
rozkwitu; zadowoliła się stwierdzeniem, że w małej salce na każdy szmer
odpowiada echo, że unosi się w niej przyjemny zapaszek stęchlizny i że
stała się miejscem wygnania dla starych wzgardzonych mebli, których wady
nie zawsze były widoczne (a więc niełaska zdawała się niezasłużona,
zgromadzone tu graty mogła uważać za ofiary niesprawiedliwości) i z którymi nawiązała - jak to zwykle robią dzieci - niemal jak z ludźmi
stosunki dość zażyłe, a na pewno bardzo dramatyczne, zwłaszcza z obitą
włosianką kanapą, której zwierzała niezliczone dziecinne zmartwienia.
Melancholijnej tajemniczości dodawało temu pokojowi to, że właściwe do
niego wejście stanowiły drzwi raz na zawsze zamknięte, zaryglowane
potężną zasuwą, której wyjątkowo szczupła dziewczynka nie miała siły
otworzyć. Wiedziała, że ta głucha, niewzruszona brama prowadzi po prostu
na ulicę; gdyby bocznych okienek nie zasłonięto zielonym papierem,
mogłaby przez nie zobaczyć mały brunatny ganek i zdeptany chodnik z cegieł. Wcale jednak nie miała ochoty wyglądać przez okno, bo wówczas
pewnie rozwiałaby się ulubiona wizja jakiegoś dziwnego, nieznanego
miejsca, które, jak sobie wyobrażała w dzieciństwie, kryje się za tymi
drzwiami i zależnie od chwilowego nastroju wabi wdziękiem albo tchnie
grozą.
W tej właśnie kancelarii siedziała Isabel owego pamiętnego popołudnia w melancholijny dżdżysty dzień przedwiośnia. Miała do dyspozycji cały dom,
ale wybrała ten jego najbardziej opuszczony zakątek. Nigdy dotychczas
nie otworzyła zaryglowanych drzwi ani też nie zdarła z bocznych okienek
zielonego papieru (naklejonego na nowo innymi już rękami); wolała nie
wiedzieć, że za nimi ciągnie się zwykła ulica. Padał ostry, zimny,
rzęsisty deszcz. Wiosna wzywała - ale chyba cynicznie i nieszczerze - do
cierpliwości. Isabel jednak nie zważała na oszukańcze sztuczki klimatu,
starała się nie odrywać wzroku od książki i na niej skupić całą uwagę.
Spostrzegła ostatnio, że umysł jej ma włóczęgowskie skłonności, szukała
więc różnych sposobów, żeby go poddawać wojskowej musztrze, ucząc go
posuwać się naprzód, zatrzymywać się, cofać, wykonywać inne, bardziej
skomplikowane manewry na komendę woli. Teraz właśnie dała rozkaz marszu
i umysł jej brnął przez piaszczystą równinę historii niemieckiej
filozofii. W pewnej chwili uprzytomniła sobie, że temu jej
intelektualnemu pochodowi towarzyszą czyjeś kroki, niezgodne z jego
rytmem. Nasłuchując, zrozumiała, że ktoś jest w bibliotece, sąsiadującej
z kancelarią. Z początku myślała, że to gość, którego się spodziewała,
prędko jednak rozpoznała kroki kobiece i obce, a ten, kogo oczekiwała,
nie należał do żadnej z tych dwóch kategorii. W krokach nieznajomej
wyczuwało się dociekliwą ciekawość i odwagę gotową do eksperymentów; z pewnością nie zatrzymają się na progu kancelarii. Rzeczywiście w drzwiach biblioteki ukazała się dama, która przystanęła, wpatrując się
bardzo uważnie w naszą bohaterkę. Była to nieładna i niemłoda osoba w luźnym nieprzemakalnym płaszczu, twarz jej wyrażała wiele energii.
- Ooo - zaczęła. - Czy tu zwykle przesiadujesz? - Rozejrzała się wśród
zbieraniny starych mebli.
- Gości przyjmuję gdzie indziej - odparła Isabel, wstając, by powitać
intruza mącącego jej spokój.
Wymanewrowała z powrotem do biblioteki nieznajomą panią, która z kolei
ten pokój obrzuciła badawczym spojrzeniem.
- Zdaje mi się, że nie brak w domu pokoi w lepszym stanie - powiedziała.
- Ale wszystko tu jest mocno zniszczone.
- Czy pani przyszła, żeby obejrzeć dom? - spytała Isabel. - Służąca
panią oprowadzi.
- Nie potrzebuję jej i nie zamierzam kupować domu. Służąca
prawdopodobnie szuka cię na górze i błądzi tam bezradnie. Wydała mi się
niezbyt inteligentna. Powiedz jej, że już się spotkałyśmy.
Dziewczyna wahała się i zastanawiała chwilę, nie rozumiejąc, o co
chodzi, aż wreszcie nieoczekiwany i krytycznie usposobiony gość spytał
bezceremonialnie:
- Przypuszczam, że jesteś jedną z córek?
Isabel pomyślała, że ta pani ma bardzo dziwne maniery.
- Zależy od tego, czyje córki ma pani na myśli.
- Świętej pamięci Archera i mojej biednej siostry.
- Aha... - szepnęła Isabel. - Pani musi być naszą zwariowaną ciocią Lydią!
- A więc tak nazywał mnie twój ojciec? Jestem ciotką Lydią, ale wcale
nie zwariowaną! Nie miewam złudzeń! A którą z córek jesteś?
- Najmłodszą z trzech. Na imię mi Isabel.
- Pamiętam, dwie starsze nazywają się Lilian i Edith. Jesteś też
najładniejsza, co?
- Nie mam pojęcia.
- Myślę, że tak. - W ten sposób ciotka i siostrzenica zawarły przyjaźń.
Ciotka przed laty, po śmierci siostry, posprzeczała się ze szwagrem,
zarzucając mu, że źle wychowuje córki. Jako człowiek krewkiego
temperamentu Archer poradził jej, żeby nie wtrącała się w nie swoje
sprawy i biorąc go za słowo, zerwała wszelkie z nim stosunki, a po jego
śmierci nie napisała nawet kondolencyjnego listu do córek, którym nie
wpoił szacunku dla niej, jak to mimo woli zdradziła Isabel. Pani
Touchett zawsze działała planowo. Zamierzała wybrać się do Ameryki w sprawach zainwestowanych tam kapitałów (nie powierzyła ich mężowi,
pomimo jego wysokiej pozycji w świecie finansów) i przy okazji
postanowiła się dowiedzieć o losy siostrzenic. Uznała, że korespondencja
nie miałaby sensu, bo i tak nie dowierzałaby listownym informacjom;
zawsze wolała wszystko sprawdzić osobiście. Isabel odkryła jednak, że
ciotka Lydia dość dużo wie o nich; wiedziała, że dwie starsze siostry
wyszły za mąż i że biedny ojciec zostawił im bardzo mało pieniędzy, ale
dom w Albany, który do niego po zgonie babki należał, ma być sprzedany i uzyskana suma przypadnie trzem pannom Archer. Wiedziała też, że mąż
Lilian, Edmund Ludlow, podjął się całą tę transakcję załatwić; dlatego
właśnie młodzi państwo Ludlow, którzy przyjechali do Albany pielęgnować
w ostatniej chorobie ojca, jeszcze nie opuścili tego miasta i razem z Isabel mieszkali chwilowo w starym domu.
- Ile spodziewacie się dostać za dom? - spytała pani Touchett, gdy
usiadły we frontowym salonie, który zlustrowała wzrokiem bez entuzjazmu.
- Nie mam pojęcia - odparła siostrzenica.
- Drugi raz słyszę od ciebie taką odpowiedź, a przecież nie wyglądasz na
głupią dziewczynę - stwierdziła ciotka.
- Nie jestem głupia, ale nie znam się zupełnie na sprawach pieniężnych.
- Oczywiście, tak zostałaś wychowana, jakbyś miała odziedziczyć miliony.
Ile, mówiąc konkretnie, dostałaś w spadku?
- Doprawdy, nie wiem. Niech ciocia zapyta Edmunda i Lilian, oni tu będą
za pół godziny.
- We Florencji ten dom uchodziłby za bardzo nędzny - powiedziała pani
Touchett - ale tutaj, jak sądzę, może osiągnąć wysoką cenę. Powinno to
przynieść każdej z was sporą sumkę. Musisz chyba mieć coś poza tym,
bardzo mnie dziwi, że tego nie wiesz. Lokalizacja dobra, przypuszczam,
że zburzą ten dom i postawią tutaj cały rząd sklepów. Zastanawiam się,
czy same nie mogłybyście tego zrobić, wynajmowanie sklepów mogłoby być
korzystne.
Isabel patrzyła na ciotkę ze zdumieniem: nigdy myśl o wynajmowaniu
sklepów nie przyszłaby jej do głowy.
- Mam nadzieję, że dom nie zostanie zburzony - odparła. - Jestem do
niego bardzo przywiązana.
- Nie rozumiem dlaczego. Twój ojciec pod tym dachem umarł.
- Tak, ale nie mam o to żalu do domu - trochę dziwacznie odpowiedziała
Isabel. - Lubię miejsca, gdzie działo się wiele rzeczy. Nawet jeśli to
były smutne zdarzenia. Tu wiele osób umarło, dom dawniej kipiał życiem.
- To nazywasz życiem?
- Mam na myśli intensywność przeżyć, ludzkie uczucia i troski. Ale nie
same tylko smutki, bo ja w dzieciństwie byłam w domu babki bardzo
szczęśliwa.
- Jeżeli lubisz domy, gdzie dużo się działo, zwłaszcza gdzie ludzie
umierali, musisz poznać Florencję. Mieszkam w starym pałacu, w którym
zamordowano trzy osoby, to znaczy, że o trzech wiadomo, ale z pewnością
było ich więcej.
- W starym pałacu? - powtórzyła Isabel.
- Tak, moje dziecko, to coś zupełnie innego niż tutaj. Ten dom jest po
prostu mieszczański.
Isabel doznała lekkiego wstrząsu, bo dom babki wydawał jej się zawsze
wspaniały. Ale był to wstrząs tego rodzaju, że skłonił ją do wyznania:
- Bardzo bym chciała zobaczyć Florencję.
- Ano, jeżeli będziesz grzeczna i zastosujesz się do wszystkich moich
poleceń, zawiozę cię do Włoch - powiedziała pani Touchett.
Młoda dziewczyna odczuła jeszcze głębszy wstrząs. Zaczerwieniła się
lekko i przez chwilę w milczeniu wpatrywała się w twarz ciotki.
- Stosować się do wszystkich cioci poleceń? Nie, tego nie mogę obiecać.
- Nie wyglądasz na potulną dziewczynę. Lubisz stawiać na swoim, ale ja
nie mam prawa czynić ci z tego powodu wyrzutów.
- A jednak - wykrzyknęła Isabel - byłabym gotowa przyrzec niemal
wszystko, żeby zobaczyć Florencję!
Edmund i Lilian spóźniali się, pani Touchett mogła całą godzinę bez
przeszkód rozmawiać z siostrzenicą, która odkryła w niej postać
niezwykłą i ogromnie interesującą, a przede wszystkim postać, niemal
pierwszą z osób, z którymi Isabel zetknęła się w życiu, zasługującą na
tę nazwę. Okazała się nie mniej ekscentryczna, niż siostrzenica mogła
się spodziewać. Ale Isabel, ilekroć słyszała o kimś, że jest
ekscentryczny, wyobrażała sobie coś przykrego i niepokojącego.
Przymiotnik ten w jej pojęciu kojarzył się ze śmiesznością, a nawet
brzmiał złowieszczo. Tymczasem ciotka Lydia wnosiła atmosferę ostrej,
lecz zarazem lekkiej ironii czy też komedii, i dziewczynie przyszło do
głowy, że chyba nigdy zwykły ton rozmów, jedyny, z jakim była oswojona,
nie wydawał jej się równie interesujący. Z pewnością nikt nigdy tak jej
nie fascynował jak ta drobna kobieta z wąskimi wargami i błyszczącymi
oczyma; wyglądała trochę egzotycznie, a niepozorną powierzchowność
wynagradzała dystynkcją i siedząc w podniszczonym nieprzemakalnym
płaszczu, mówiła najswobodniej w świecie o książęcych dworach
europejskich. Bez cienia blagi, po prostu z przeświadczeniem, że nikt
nad nią nie góruje pozycją towarzyską, osądzała wielkich tego świata i wyraźnie sprawiało jej przyjemność, że imponuje naiwnej, wrażliwej
istocie. Isabel z początku musiała odpowiadać na wiele pytań i z jej
odpowiedzi pani Touchett nabrała wysokiego mniemania o inteligencji
siostrzenicy. Potem z kolei dziewczyna zaczęła wypytywać ciotkę, a jej
odpowiedzi, chociaż czasem zaskakujące, wydawały się zawsze oparte na
głębokiej refleksji. Pani Touchett czekała na drugą siostrzenicę tak
długo, jak uznała za stosowne, ale gdy pani Ludlow nie zjawiła się do
szóstej, zaczęła zbierać się do odejścia.
- Twoja siostra widocznie lubi plotkować. Czy ma zwyczaj spędzać tak
wiele czasu na wizytach?
- Ciocia przesiedziała na wizycie prawie tyle czasu co ona - odparła
Isabel. - Moja siostra wyszła z domu na chwilę przed przyjściem cioci.
Pani Touchett spojrzała na nią bez urazy, przeciwnie, śmiała replika
widać ją ubawiła, bo odpowiedziała bardzo mile:
- Wątpię, czy w jej przypadku jest to równie usprawiedliwione, jak w moim. W każdym razie powiedz jej, że czekam na nią dzisiaj wieczorem w tym okropnym hotelu. Jeśli chce, niech przyprowadzi z sobą męża, ale nie
ciebie. Z tobą i tak będę miała jeszcze wiele okazji do rozmów.
Rozdział 4
4
Pani Ludlow, najstarsza z trzech sióstr, uchodziła też za
najrozsądniejszą; na ogół mówiono, że Lilian ma najwięcej zmysłu
praktycznego, Edith jest najpiękniejsza, a Isabel wyróżnia się
intelektualnymi ambicjami. Średnia siostra, pani Keyes, poślubiona
oficerowi saperów, nie odgrywa żadnej roli w dalszym ciągu tej historii,
wystarczy więc, gdy powiem, że była rzeczywiście bardzo ładna i stanowiła ozdobę rozmaitych garnizonów, przeważnie położonych na mało
cywilizowanym Zachodzie, gdzie ku jej wielkiemu zmartwieniu obowiązki
służbowe przykuwały męża. Lilian wyszła za młodego nowojorskiego
adwokata, który miał donośny głos i uwielbiał swój zawód. Nie była to
świetna partia, podobnie zresztą jak mariaż Edith, ale, jak mawiały
niektóre osoby, Lilian powinna dziękować Bogu, że w ogóle znalazła męża,
skoro nie dorównywała urodą siostrom. Czuła się jednak bardzo szczęśliwa
jako matka dwóch rozbrykanych małych chłopców i pani brunatnego
kamiennego domu, wklinowanego przemocą między inne przy Pięćdziesiątej
Trzeciej Ulicy; można by myśleć, że cieszy się swoją sytuacją, jak udaną
śmiałą ucieczką. Była małego wzrostu, dość tęga, więc figurę jej
oceniano krytycznie, wszyscy jednak zgadzali się, że Lilian prezentuje
się godnie, chociaż nie majestatycznie; zresztą, jak mówiono, wyładniała
po zamążpójściu; z dwóch rzeczy zdawała sobie doskonale sprawę: z przekonującej siły argumentów swojego męża i z oryginalności swojej
młodszej siostry.
"Nigdy nie próbuję dorównać Isabel, nie miałabym już wtedy czasu na nic
innego" - powtarzała często i mimo to obserwowała ją nieco rozmarzonym
okiem, niczym macierzyńska spanielka spoglądająca na charta.
- Chciałabym ją widzieć bezpieczną, ustatkowaną w małżeństwie, tego dla
niej pragnę - zwierzała się nieraz mężowi.
- A ja ci się przyznam, że nie miałbym szczególnej ochoty ożenić się z Isabel - odpowiadał Edmund Ludlow bardzo donośnym głosem.
- Mówisz tak, żeby się spierać, z reguły zaczynasz od sprzeciwu. Nie
pojmuję, co mógłbyś jej zarzucić prócz tego, że jest oryginalna.
- Nie lubię oryginałów, wolę tłumaczenia - odpowiedział nie po raz
pierwszy ani ostatni Ludlow. - Isabel jest napisana w obcym języku, nie
rozumiem jej. Powinna by wyjść za Ormianina albo Portugalczyka.
- Boję się, żeby właśnie czegoś takiego nie zrobiła! - wykrzyknęła
Lilian, przekonana, że po Isabel wszystkiego można się spodziewać.
Z ciekawością wysłuchała relacji siostry o niespodziewanym pojawieniu
się pani Touchett i chętnie spełniła tego wieczoru rozkaz ciotki. Nie
wiadomo dokładnie, co jej opowiedziała Isabel, ale niewątpliwie pod
wpływem jej słów Lilian odezwała się do męża, gdy oboje ubierali się
przed wizytą u pani Touchett.
- Mam wielką nadzieję, że ciotka okaże się wspaniałomyślna dla Isabel,
nie ulega wątpliwości, że ją bardzo polubiła.
- Czego się właściwie spodziewasz? - spytał. - Że da jej jakiś cenny
prezent?
- Nie, nic podobnego! Ale może zainteresuje się nią; zrozumie ją. Ciotka
Lydia to w sam raz ktoś, kto może docenić taką dziewczynę jak Isabel.
Mieszka od lat za granicą, opowiadała jej o życiu w różnych krajach. Sam
przecież mówisz, że Isabel robi między nami wrażenie cudzoziemki.
- A więc chciałabyś, żeby ofiarowała twojej siostrze trochę
cudzoziemskiej sympatii. Czy myślisz, że Isabel nie jest dostatecznie
lubiana we własnym kraju?
- Myślę, że powinna wyjechać do Europy - odparła pani Ludlow. - Ona do
tego najbardziej się nadaje.
- Życzysz sobie, żeby ciotka zabrała ją do Europy?
- Ciotka sama już to zaproponowała, najwyraźniej ma wielką ochotę wziąć
ją ze sobą w podróż. Ale ja chciałabym czegoś więcej: żeby stworzyła jej
w Europie jak najbardziej sprzyjające warunki. Uważam, że powinno się
zrobić wszystko, aby dać Isabel szansę.
- Czego?
- Szansę rozwoju.
- Do licha! - wykrzyknął Ludlow. - Niech Bóg broni, żeby Isabel
rozwinęła się jeszcze bardziej!
- Gdybym nie wiedziała, że mówisz to po prostu z przekory, musiałabym
się na ciebie pogniewać. Ale sam wiesz, że ją kochasz.
- Czy wiesz, że cię kocham? - żartobliwie spytał Edmund szwagierkę w kilka minut później, czyszcząc przed wyjściem kapelusz.
- Wiem, że nic mnie nie obchodzi, czy mnie kochasz, czy nie! -
wykrzyknęła Isabel, ale ton jej i uśmiech były mniej wyniosłe niż słowa.
- Oho, jaka ważna po wizycie pani Touchett! - powiedziała starsza
siostra.
Isabel bardzo serio odtrąciła ten zarzut:
- Nie mów tak, Lily. Wcale nie czuję się ważna.
- Nie byłoby w tym nic złego - próbowała załagodzić pani Ludlow.
- Wizyta ciotki nie dała mi żadnego powodu do dumy.
- No, widzisz? - zawołał Edmund. - Zadziera nosa jak nigdy!
- Gdybym kiedykolwiek czuła się ważna, to na pewno z mniej błahych
przyczyn - odparła Isabel.
Czy nazwiemy to dumą czy nie, z pewnością czuła się inaczej niż
przedtem, jak gdyby zdarzyło się jej coś bardzo ważnego. Tego wieczoru,
gdy została w domu sama, siedziała pod lampą długo z założonymi rękoma,
nie kwapiąc się do zajęć, którymi zwykle wypełniała wolny czas. Potem
wstała i zaczęła błąkać się po salonie i po innych pokojach, najchętniej
po tych, do których nie docierało światło lampy. Była niespokojna,
podniecona, chwilami nawet drżała lekko. Doniosłość wydarzenia zdawała
się nieproporcjonalna do jego skromnych pozorów. Zaszła naprawdę zmiana
w jej życiu. Co z sobą przyniesie - to była jeszcze nieprzenikniona
zagadka, ale w położeniu Isabel każda zmiana wydawała się cenna. Marzyła
o zerwaniu z przeszłością i rozpoczęciu, jak mówiła, wszystkiego od
nowa. Marzenie to nie urodziło się pod wpływem zdarzeń dzisiejszego
dnia, było tak znajome jak szmer deszczu za oknem i nieraz już Isabel
pod jego wpływem zaczynała wszystko od nowa.
Schroniła się w mroczny kąt cichego salonu i przymknęła oczy, nie po to
jednak, żeby tonąć w marzeniach, zapominając o rzeczywistości;
przeciwnie, chciała powstrzymać natłok cisnących się wizji i czuła się
aż nadto wytrzeźwiona ze snu. Wyobraźnia jej zazwyczaj była przesadnie
ruchliwa: jeśli nie mogła otworzyć drzwi, wyskakiwała przez okno. Isabel
zresztą nie trzymała jej zwykle pod kluczem; w najważniejszych
momentach, kiedy wolałaby rozstrzygać wyłącznie rozumem, spłacała
grzywnę za to, że zanadto wyćwiczyła w sobie zdolności do wizji bez
udziału rozsądku. Teraz, gdy czuła, że wybiła godzina zmiany, nie mogła
się obronić od stopniowego przypływu obrazów ukazujących jej wszystko,
co będzie musiała porzucić. Wracały wspomnienia lat i godzin dawnego
życia i przesuwały się przed jej oczyma długo, w ciszy zakłócanej
jedynie tykaniem dużego brązowego zegara. Miała za sobą życie bardzo
szczęśliwe, los był dla niej łaskawy; ta prawda wyłaniała się teraz
przed nią z całą oczywistością. Przypadło jej w udziale wszystko
najlepsze, a w świecie, gdzie tak wiele istot żyje w warunkach nie do
pozazdroszczenia, trzeba uznać za wyjątkowo uprzywilejowaną tę, która
właściwie nie zaznała nigdy dotkliwszych przykrości. Isabel nawet trochę
niepokoiła się, że brak jej takich doświadczeń, bo z literatury
wiedziała, że mogą to być przeżycia ciekawe, a nawet pouczające. Ale
chronił ją zawsze od nich ojciec - jej przystojny, przez wiele osób
kochany ojciec, który miał wstręt do wszystkiego, co nieprzyjemne.
Isabel winszowała sobie, że jest jego córką, chwilami rozpierała ją
nawet duma z tego powodu. Po jego śmierci zrozumiała, że córkom ukazywał
tylko dzielniejszą stronę charakteru i że nie udało mu się uniknąć w praktyce różnych przykrych spraw tak doskonale, jak pragnął. Ale
wzbudziło to w niej jeszcze czulszą miłość do ojca, prawie bez żalu
myślała o nim jako o człowieku zbyt wielkodusznym, zbyt dobrotliwym i zbyt obojętnym na przyziemne względy. Niektórzy ludzie, zwłaszcza liczni
jego wierzyciele, uważali, że za daleko posuwał się w tej obojętności.
Opinia ta nigdy nie doszła do uszu Isabel, ale czytelnikom należy się
informacja, że pan Archer uchodził za człowieka bystrego umysłu i ujmujących manier (złośliwi mówili, że niejednemu ujął coś niecoś z portfela), który jednak zmarnował życie. Strwonił dość pokaźny majątek,
zbyt lubił się bawić, a podobno miał też żyłkę do hazardu. Najsurowsi
krytycy twierdzili, że nie potrafił nawet wychować córek. Nie postarał
się dla nich ani o systematyczną naukę, ani o stały dom rodzinny;
jednocześnie rozpieszczane i zaniedbywane, zdane były na opiekę maniek i guwernantek (zwykle bez odpowiednich kwalifikacji); czasem próbowano je
umieszczać w pensjonatach, gdzie francuskie nauczycielki dostarczały
bardzo powierzchownego wykształcenia, ale po miesiącu trzeba było
zabierać stamtąd trzy panienki, aby nie utonęły we łzach. Taki pogląd na
tę sprawę oburzyłby do żywego Isabel, przeświadczoną, że wychowanie
otworzyło przed nią najszersze horyzonty. Nawet gdy ojciec zostawił
córki na trzy miesiące w Neuchatel pod opieką francuskiej bony, a ta
uciekła z poznanym w hotelu rosyjskim arystokratą, nieoczekiwana
sytuacja nie przeraziła ani nie zawstydziła Isabel (wówczas
jedenastoletniej), lecz wydała jej się romantycznym epizodem
wzbogacającym ogólne wykształcenie. Ojciec miał szerokie poglądy, czego
wynikiem były ustawiczne podróże i chaotyczny tryb życia; pragnął, żeby
córki już od wczesnego dzieciństwa poznawały możliwie najwięcej świata,
toteż Isabel, zanim skończyła czternaście lat, trzykrotnie wraz z siostrami była w Europie, za każdym razem jednak zaledwie przez kilka
tygodni, co tylko zaostrzyło w umyśle dziewczyny ciekawość, ale nie dało
okazji do jej zaspokojenia. Oczywiście solidaryzowała się z ojcem i z tercetu córek ona właśnie w największym stopniu wynagradzała mu
przykrości, o których nigdy nie wspominał. W ostatnich dniach, chociaż z wiekiem dojrzała w nim zgoda na opuszczenie świata, w którym tak trudno
robić zawsze tylko to, na co mamy ochotę, rezygnację mącił żal, że musi
rozstać się ze swoją inteligentną, niepospolitą, wyjątkową córką. W okresie gdy już zaniechano wycieczek za ocean, okazywał córkom w dalszym
ciągu i pod każdym względem wiele pobłażliwości, a chociaż był w tarapatach pieniężnych, panny Archer, nic o tym nie wiedząc i nigdy się
nad tym nie zastanawiając, czuły się bogate. Isabel, chociaż tańczyła
bardzo dobrze, nie zachowała z nowojorskich balów i zabaw wspomnień o szczególnych sukcesach; wszyscy mówili, że Edith jest najbardziej
czarująca. Edith stanowiła tak olśniewający przykład powodzenia, że
Isabel nie mogła mieć złudzeń co do źródeł jej przewagi i co do własnych
ograniczonych możliwości figlowania, podskakiwania i szczebiotania, a zwłaszcza wykonywania tego z pożądanym efektem. Na dwadzieścia osób
dziewiętnaście (włącznie z Isabel) uznawało Edith za nieskończenie
ładniejszą od młodszej siostry; dwudziesta byłaby przeciwnego zdania, a nawet pozwalałaby sobie sądzić, że wszystkie pozostałe mają gust
banalny. Isabel w głębi duszy żywiła równie nienasyconą chęć podobania
się, jak Edith, ale głębia duszy tej dziewczyny była miejscem bardzo
niedostępnym; łączność między nią a powierzchnią utrudniały różne
kapryśne siły. Isabel widywała całe zastępy młodych mężczyzn, którzy
składali wizyty jej siostrze, lecz oni przeważnie bali się zbliżyć do
panny Isabel, przekonani, że potrzebne są szczególne kwalifikacje, aby z nią rozmawiać. Fama osoby niezwykle oczytanej otaczała ją niby obłok
spowijający boginię w poemacie epickim; obawiano się z jej strony
kłopotliwych pytań i przewidywano, że konwersacja z nią byłaby zawsze
bardzo chłodna. Biedna Isabel cieszyła się, że jest uważana za mądrą
osobę, ale nie chciała uchodzić za mola książkowego; czytała ukradkiem i chociaż miała doskonałą pamięć, wystrzegała się wszelkich cytatów i aluzji do swoich lektur. To prawda, że łaknęła wiedzy, lecz wolała
niemal wszystkie inne jej źródła niż zadrukowany papier. Trawiła ją
ogromna ciekawość życia, toteż nieustannie otwierała szeroko oczy i rozmyślała. Miała w sobie potężne zasoby żywotności i najgłębszą radość
sprawiało jej poczucie łączności między drgnieniami własnej duszy a niepokojem świata. Dlatego lubiła tłumne zebrania i szerokie
przestrzenie pól, książki o rewolucjach, historyczne malarstwo - w stosunku do tej gałęzi sztuki często świadomie odstępowała od swoich
zasad i przebaczała artystyczne słabości przez szacunek dla tematu.
Podczas wojny domowej, jako niedorosła jeszcze dziewczyna, spędzała całe
miesiące w stanie napięcia, bliskim namiętnemu podnieceniu, i zdarzało
się często ku wielkiemu jej zakłopotaniu, że podziwiała równie gorąco
męstwo obu walczących armii. Oczywiście przezorność podejrzliwych
młodzieńców nigdy nie przybierała takich rozmiarów, aby Isabel mogła
czuć się banitką z towarzyskiego kręgu; zawsze znajdowali się dość
liczni wielbiciele, których serca na jej widok przyspieszały rytm,
chociaż mocne głowy zachowywały trzeźwość, i ci młodzieńcy oszczędzili
pannie Archer najgorszego z umartwień grożących osobom jej płci i wieku.
Nie zabrakło jej niczego z rzeczy potrzebnych młodej dziewczynie do
szczęścia, uprzejmych względów, uwielbienia, cukierków, bukietów i świadomości, że nie odmówiono jej żadnego z przywilejów w świecie, w którym się obracała; miała wiele okazji do tańca, mnóstwo nowych sukien,
londyńskiego "Spectatora", nowości literackie, muzykę Gounoda, poezję
Browninga i prozę George Eliot.
Wszystko to teraz, wskrzeszone w pamięci, ukazało jej się pod postacią
niezliczonych scen i osób. Pewne rzeczy zapomniane nabrały na nowo barw,
inne, które niedawno jeszcze wydawały jej się bardzo ważne, przybladły i zniknęły. Obrazy przesuwały się jak w kalejdoskopie, który nigdy by się
może nie zatrzymał, gdyby nie weszła służąca, anonsując gościa. Był nim
pan Caspar Goodwood, solidny młody bostończyk, który przed rokiem poznał
pannę Archer i uważał ją za najpiękniejszą istotę stulecia, a to
stulecie - zgodnie ze wspomnianą wyżej regułą - za najgłupsze w dziejach
ludzkości. Pisywał niekiedy do Isabel, w ostatnim tygodniu listy od
niego nadchodziły z Nowego Jorku. Isabel wiedziała, że wizyta jego jest
prawdopodobna, a nawet spodziewała jej się tego dżdżystego popołudnia.
Ale gdy pokojówka oznajmiła gościa, panna Archer przyjęła tę wiadomość
bez entuzjazmu. Był to najprzystojniejszy młody człowiek wśród jej
znajomych, wręcz wspaniały, i żywiła dla niego wielki, wyjątkowy
szacunek. Nikt inny nigdy nie zrobił na niej tak silnego wrażenia. W otoczeniu panny Archer powszechnie sądzono, że Caspar Goodwood stara się
o jej rękę, ale była to oczywiście sprawa między nimi dwojgiem. Można
wszakże z całą pewnością stwierdzić, że bawiąc przez kilka dni w Nowym
Jorku, gdzie miał nadzieję ją spotkać, i dowiedziawszy się, że panna
Archer jest wciąż jeszcze w stolicy stanu, przyjechał do Albany
wyłącznie po to, żeby ją zobaczyć. Isabel zwlekała długą chwilę, nim
poszła przywitać gościa; krążyła po pokoju, uświadamiając sobie, że
sytuacja komplikuje się dodatkowo. Wreszcie zjawiła się w salonie i zastała pana Goodwooda stojącego w pobliżu lampy. Był wysoki, silny,
troszkę sztywny; a przy tym szczupły i smagły. Odznaczał się urodą nie
tyle romantyczną, ile nieco zagadkową; było w jego twarzy coś, co
przykuwało uwagę, zwłaszcza jeśli ktoś lubi niebieskie oczy o szczególnie upartym spojrzeniu i o barwie nieoczekiwanej przy tak
ciemnej cerze; miał szczękę nieco kanciastą, znamionującą, jak ludzie
mówią, silną wolę. Isabel pomyślała, że tego wieczoru twarz ta wyraża
stanowczą decyzję. Mimo to Caspar Goodwood, który przybył nie tylko
zdecydowany, lecz także pełen nadziei, odszedł w pół godziny później z uczuciem, że odniósł porażkę. Warto dodać, że nie należał do mężczyzn
potulnie godzących się z porażkami.
Rozdział 5
5
Ralph, chociaż był filozofem, zapukał bardzo niecierpliwie do drzwi
swojej matki (kwadrans przed siódmą). Nawet filozofowie nie do
wszystkich odnoszą się jednakowo, a prawdę mówiąc z dwojga rodziców
ojciec wydawał mu się stosowniejszym przedmiotem słodkich synowskich
uczuć. Ojciec - jak często mówił sobie Ralph - był bardziej
macierzyński, a matka raczej patriarchalna czy też, używając
współczesnej gwary, grała rolę "szefa". Jednakże kochała swojego
jedynaka i zależało jej na tym, żeby trzy miesiące co roku spędzał u niej. Ralph sprawiedliwie oceniał jej uczucia i wiedział, że matka w myślach i w swoim najściślej i wygodnie zorganizowanym życiu wyznaczyła
mu miejsce drugie: pierwsze bowiem zajmowała troska, by wszystkie osoby
z jej otoczenia spełniały skrupulatnie jej wolę. Zastał ją w kompletnym
już stroju wieczorowym, ale uścisnęła go, nie zdejmując rękawiczek, i wskazała mu miejsce obok siebie na kanapie. Spytała sumiennie, jak się
czuje jej mąż, a także o stan zdrowia syna, a ponieważ w obu przypadkach
nowiny były nie najlepsze, powiedziała, że utwierdza ją to w przekonaniu
o słuszności własnej decyzji, aby nie narażać zdrowia na zgubne wpływy
angielskiego klimatu; gdyby nie to, zapewne także by się załamała. Ralph
uśmiechnął się na myśl o możliwości załamania się matki, ale nie
przypominał jej, że powodem jego niedomagań nie jest angielski klimat,
od którego zwykle uciekał na większą część roku.
Ralph był bardzo małym chłopcem, kiedy jego ojciec, Daniel Touched,
rodem z Rutland w stanie Wisconsin, przeniósł się do Anglii jako młody wspólnik banku, w którym w dziesięć lat później osiągnął najwyższe stanowisko. Daniel Touched
przewidywał, że zostanie do końca życia w nowej adoptowanej ojczyźnie,
toteż od początku traktował ją po prostu, rozsądnie i polubownie. Ale
nie zamierzał - jak mówił - "dezamerykanizować się" ani też ćwiczyć
jedynego syna w tak subtelnej sztuce. Sam bez najmniejszego trudu
rozwiązał ten problem i mieszkał w Anglii zasymilowany, lecz nie
odmieniony, sądził więc, że będzie to równie łatwe dla prawowitego
spadkobiercy, który po śmierci ojca pokieruje szarym bankiem w blasku
białego amerykańskiego światła. Nie zaniedbał starań, aby to światło
było jak najjaśniejsze, i wysłał syna do szkół za ocean. Ralph studiował
przez kilka semestrów w Stanach Zjednoczonych, uzyskał dyplom na
tamtejszym uniwersytecie i wrócił tak tryskający rdzennie amerykańskim
duchem, że ojciec wyprawił go na trzy następne lata do Oksfordu. Oksford
wziął górę nad Harvardem i Ralph nareszcie stał się w zadowalającym
stopniu Anglikiem. Ale zewnętrzne przystosowanie do zwyczajów środowiska
było tylko maską umysłu wysoko ceniącego niezależność i niedającego
sobie nic na dłużej narzucić; umysł ten, z natury śmiały i skłonny do
ironii, pozwalał sobie na nieograniczoną swobodę sądów. Ralph był
początkowo obiecującym młodzieńcem. Ku niewysłowionej satysfakcji ojca
wyróżniał się w Oksfordzie, a w jego otoczeniu ubolewano, że tak zdolny
chłopak ma zamkniętą drogę do publicznej kariery. Droga ta byłaby dla
niego zapewne otwarta (chociaż perspektywa ta pozostała zasnuta mgłą
niepewności), gdyby wrócił do ojczystego kraju, ale nawet gdyby pan
Touchett zgodził się na rozłąkę z synem (nie zgodziłby się nigdy),
Ralphowi za trudno byłoby się zdecydować na to, by wodna pustynia
dzieliła go stale od ojca, którego uważał za najlepszego przyjaciela.
Nie tylko był do niego przywiązany, lecz uwielbiał go i z przyjemnością
korzystał z każdej okazji, by go obserwować. Daniel Touchett był w oczach swojego syna geniuszem; Ralph, chociaż sam nie miał talentu do
bankierskiej sztuki, starał się wniknąć w jej arkana na tyle, by ze
znajomością rzeczy ocenić wielkość swojego ojca w tej dziedzinie. Ale
nie to w nim najbardziej podziwiał, lecz piękną, gładką jak kość
słoniowa, wypolerowaną w angielskiej atmosferze powierzchnię, którą
Daniel Touchett przeciwstawiał wszelkim próbom penetracji. Ojciec nie
studiował ani na Harvardzie, ani w Oksfordzie, ale sam był winien, że
dał synowi dostęp do źródeł nowoczesnego krytycyzmu. Ralph, z głową
nabitą ideami, o których istnieniu starszy pan nigdy nie słyszał,
głęboko szanował oryginalność umysłu ojca. Amerykanów zwykle chwali się
- słusznie czy może niesłusznie - za łatwość, z jaką przystosowują się
do warunków w obcych krajach; ale Daniel Touchett w znacznym stopniu
zawdzięczał sukces temu właśnie, że jego elastyczność miała określone
granice. Zachował w pełni wiele znamion odciśniętych w latach pierwszej
młodości; syn zawsze z satysfakcją rozpoznawał w jego angielszczyźnie
akcent zamożniejszej warstwy mieszkańców Nowej Anglii. Pod koniec życia
stary bankier stał się na swój sposób równie łagodny, jak bogaty;
największą przenikliwość łączył z łatwością do nawiązywania
powierzchownych przyjaźni i nie tracąc energii na starania o to, zdobył
pozycję towarzyską nieskazitelną jak świeży jędrny owoc. Może z powodu
braku wyobraźni i tak zwanej świadomości historycznej Daniel Touchett
był całkowicie nieczuły na wiele wrażeń, jakich doznają zwykle inni
kulturalni cudzoziemcy w zetknięciu z angielskim stylem życia. Pewnych
niuansów w ogóle nie spostrzegł, pewnych obyczajów nigdy sobie nie
przyswoił, pewnych tajemnic nigdy nie zgłębił. Ale gdyby kiedyś je
przeniknął, syn miałby o nim nieco mniej pochlebne mniemanie.
Ralph po opuszczeniu Oksfordu spędził parę lat na podróżach, a potem
znalazł się na wysokim taborecie w ojcowskim banku. Odpowiedzialności i rangi stanowiska nie można, jak myślę, mierzyć wysokością stołka, która
zależy od zupełnie innych względów: Ralph miał bardzo długie nogi i wolał pracować, stojąc albo nawet chodząc. Niezbyt długo jednak musiał
uprawiać tę gimnastykę, bo już po półtora roku zorientował się, że
zdrowie jego jest poważnie nadwerężone, silne przeziębienie wyrządziło w jego płucach znaczne szkody. Ralph musiał zrezygnować z pracy w banku i odtąd, według potocznego wyrażenia, stale "uważać na siebie". Początkowo
lekceważył ten nowy obowiązek; zdawało mu się, że nie o niego chodzi,
lecz o jakiegoś innego, nieinteresującego i niezainteresowanego
osobnika, z którym on nie ma nic wspólnego. Osobnik ten wszakże zyskiwał
przy bliższym poznaniu i w końcu Ralph, chociaż niechętnie, zaczął go
tolerować, a nawet darzyć dyskretnym szacunkiem. Nieszczęście narzuca
nam dziwnych towarzyszy. Nasz młody bohater zrozumiał, że gra toczy się
o cenną dla niego stawkę - miał na myśli głównie swoją reputację
człowieka niegłupiego - poświęcił niewdzięcznemu podopiecznemu należytą
uwagę, co nie okazało się bezowocne, bo w każdym razie udało się biedaka
utrzymać przy życiu. Jedno płuco zaczęło się goić, drugie, jak się
zdawało, gotowe było pójść za przykładem pierwszego, lekarze zapewniali,
że zniesie dobrze wiele zim pod warunkiem, że będzie je spędzał w klimacie krain, gdzie zwykli gromadzić się gruźlicy. Ralph bardzo
polubił Londyn, toteż przeklinał bezwzględność tego wyroku, ale klnąc,
poddał mu się i stopniowo, przekonując się, jak wrażliwy organizm
wdzięcznie reaguje na starania, choćby z gniewem mu poświęcane, Ralph
zaczął go traktować bardziej łaskawie. Zimował, jak się to mówi, za
granicą; grzał się na słońcu, nie wychodził z domu, gdy dął chłodny
wiatr, a jeśli padał deszcz, kładł się do łóżka; parę razy zdawało się,
że po całonocnej śnieżnej zawiei nigdy już nie wstanie.
Obojętność ukryta na dnie serca - niby kawał słodkiego ciasta, który
kochająca stara niania wsunęła mu do walizki, kiedy pierwszy raz
wyjeżdżał do szkoły - przyniosła mu pociechę i ułatwiła pogodzenie się z koniecznością ofiar; w najlepszych nawet okresach był zbyt chory, żeby
zająć się czymkolwiek poza tą mozolną grą. Mówił sobie, że w gruncie
rzeczy żaden zawód bardzo go nie pociąga, więc przynajmniej nie musiał
wycofywać się z jakiegoś pola działalności, które mu było drogie.
Ostatnio jednak owiewał go niekiedy aromat zakazanego owocu i przypominał, że nic nie daje szlachetniejszej przyjemności niż
uczestnictwo w prawdziwej akcji. Życie, jakie pędził, podobne było do
lektury dobrej książki w złym przekładzie - nędzna rozrywka, niegodna
młodego mężczyzny, który czuł, że mógłby być znakomitym lingwistą.
Miewał zimy lepsze lub gorsze i podczas tych lepszych łudził go chwilami
miraż całkowitego wyzdrowienia. Wszelkie nadzieje rozwiały się jednak na
trzy lata przed opowiadanymi w tej historii wydarzeniami: Ralph
zasiedział się wtedy dłużej niż zwykle w Anglii i jesienne niepogody
zaskoczyły go, nim zdążył wyjechać do Algierii. Przybył tam w okropnym
stanie i przez kilka tygodni trwał zawieszony między życiem a śmiercią.
Dźwignął się cudem, ale wyciągnął z tego doświadczenia wniosek, że taki
cud nie może się powtórzyć. Powiedział sobie, że jego ostatnia godzina
jest już blisko i że nie godzi się spuszczać wzroku z tarczy zegara,
wolno mu jednak pozostały krótki czas spędzić jak najprzyjemniej, o tyle, o ile to możliwe, gdy się żyje z taką świadomością. Samo
korzystanie z pięciu zmysłów, wobec perspektywy ich utraty, stało się
niezwykłą rozkoszą; szczęście płynące z kontemplacji wydawało mu się
niewyczerpane. Miał już daleko za sobą okres, gdy było mu trudno
zrezygnować z myśli o wybiciu się w świecie - myśli bardzo nęcącej,
chociaż zakłócanej atakami twórczej samokrytyki. Przyjaciele zauważyli
poprawę jego nastroju i przypuszczali, że Ralph zawdzięcza tę nową
pogodę ducha wierze w możliwość wyzdrowienia; jako ludzie wtajemniczeni,
kiwali tylko głowami nad tą hipotezą. Pogodny nastrój był jedynie
dywanem polnych kwiatów, które wyrosły na gruzach.
Zapewne właśnie słodki smak, jaki znajdował w samej obserwacji
zewnętrznych zjawisk, sprawił, że Ralph tak żywo zainteresował się od
pierwszej chwili amerykańską kuzynką, osobą najoczywiściej niebanalną.
Instynkt podszepnął mu, że przyjmując postawę uważnego obserwatora,
będzie miał interesujące zajęcie, które wypełni mu odtąd wiele dni.
Wypada w tym miejscu wyjaśnić, nie wdając się szerzej w ten temat, że
myśl o zakochaniu się - w przeciwieństwie do rojeń o odwzajemnionej
miłości - nie była wykluczona z jego ograniczonych planów życiowych.
Zabronił sobie tylko szaleństwa wyznań. I tak zresztą nie mógłby
wzbudzić w kuzynce namiętnych uczuć, podobnie jak ona, choćby nawet
zechciała, nie mogłaby w nim rozniecić tego rodzaju miłości.
- A teraz niech mi mama powie coś o tej dziewczynie - powiedział. - Co
mama zamierza z nią zrobić?
Pani Touchett miała odpowiedź gotową:
- Zaproponuję twojemu ojcu, żeby ją zaprosił na dłuższy pobyt, trzy-
albo czterotygodniowy, w Gardencourt.
- To byłaby niepotrzebna formalność! - odparł Ralph. - Ojciec oczywiście
zaprosi ją z własnej inicjatywy.
- Nie wiem. To jest moja siostrzenica, nie jego.
- Na Boga, mamo, jakże ty masz silne poczucie własności! A przecież to
jeden więcej powód, żeby ją chciał gościć. Ale co potem, po tych trzech
miesiącach (bo nie miałoby sensu zapraszać ją na kilka krótkich
tygodni), jakie masz dla niej dalsze plany?
- Zawiozę ją do Paryża. Sprawię jej tam odpowiednie suknie.
- Tak, to się samo przez się rozumie. Ale poza tym?
- Na jesień zaproszę ją do Florencji.
- Mama wciąż tylko mówi o szczegółach. Ciekaw jestem bardziej ogólnych
planów. Co mama zamierza?
- Spełnić obowiązek - oznajmiła pani Touchett. - Przypuszczam, że
litujesz się nad nią?
- Nie. Nie sądzę, żebym mógł się nad nią litować. Nie wydaje mi się
osobą godną litości. Podejrzewam, że raczej zazdroszczę jej. Żeby się
upewnić co do moich uczuć, muszę jednak wiedzieć, jak mama wyobraża
sobie swój obowiązek.
- Pokażę jej cztery europejskie kraje i dwa z nich dam jej do wyboru,
jednocześnie będzie miała sposobność wypolerować swoją francuszczyznę,
chociaż i tak mówi zupełnie dobrze po francusku.
Ralph lekko zmarszczył brwi.
- To brzmi dość oschle - stwierdził - nawet jeśli wziąć pod uwagę, że
pozwoli jej mama wybierać pomiędzy dwoma krajami.
- Może to jest oschłe - zaśmiała się pani Touchett - ale bądź spokojny,
Isabel sama doda soczystości tym projektom. Działa odświeżająco jak
letni deszcz!
- Mama myśli, że Isabel jest utalentowana?
- Nic nie wiem o jej talentach, ale to inteligentna dziewczyna, z silną
wolą i temperamentem. Nie wyobraża sobie nawet, że mogłoby ją coś
nudzić.
- Ale ja to sobie wyobrażam - rzekł Ralph i nagle spytał: - Jak się
między wami układają stosunki?
- Czy chcesz przez to powiedzieć, że jestem nudna? Nie sądzę, żeby
Isabel była tego zdania. Wiem, niektóre dziewczęta mogłyby tak myśleć,
ale Isabel jest na to zanadto inteligentna. Zdaje się, że ją ogromnie
bawię. Zgadzamy się z sobą, bo ja ją rozumiem, znam ten typ młodych
kobiet. Isabel jest bardzo szczera, ja także, obie wiemy, czego się
nawzajem po sobie spodziewać.
- Ach, mamo kochana! - wykrzyknął Ralph. - Zawsze wiadomo, czego się po
tobie spodziewać! Nigdy w życiu nie zaskoczyłaś mnie aż do dziś, kiedy
mnie obdarzyłaś ładną kuzynką, o której istnieniu nie miałem pojęcia.
- Uważasz, że jest ładna?
- Bardzo! Ale nie to najważniejsze. Nade wszystko zrobiła na mnie
wrażenie prawdziwej indywidualności. Kim jest ta niezwykła istota? Co to
za jedna? Gdzie ją znalazłaś? Jakim sposobem zawarłaś z nią znajomość?
- Znalazłam ją w pewnym starym domu w Albany, samiuteńką w obdrapanym
pokoju, w dżdżysty dzień, śmiertelnie znudzoną grubą księgą. Nie zdawała
sobie sprawy, że się nudzi, ale kiedy wychodziłam, nie miała już co do
tego wątpliwości i zdawało się, że jest mi bardzo wdzięczna za
przysługę, którą jej oddałam. Powiesz może, że nie należało jej pod tym
względem uświadamiać, że lepiej zrobiłabym, zostawiając ją w spokoju.
Jest w tym pewna racja, ale nie postępowałam bez namysłu: doszłam do
wniosku, że to dziewczyna stworzona do lepszego losu. Pomyślałam więc,
że spełnię dobry uczynek, jeśli ją wyrwę stamtąd i pokażę jej trochę
świata. Jej się zdaje, jak większości młodych Amerykanek, że dużo o świecie wie, ale - także jak większość młodych Amerykanek - myli się
grubo. Szczerze mówiąc, liczę, że Isabel przyniesie mi chlubę. Cieszę
się, kiedy ludzie dobrze o mnie mówią, ale dla kobiety w moim wieku
najlepszą z wielu względów ozdobą jest ładna siostrzenica. Jak ci
wiadomo, nie utrzymywałam stosunków z dziećmi mojej siostry przez wiele
lat, ich ojciec był niemożliwy. Ale od dawna postanowiłam coś zrobić dla
tych dziewcząt, kiedy Pan powoła Archera przed swój sąd. Dowiedziałam
się, gdzie ich szukać, i zjawiłam się bez uprzedzenia w Albany. Isabel
ma dwie siostry, obie zamężne, ale poznałam tylko jedną z nich, która,
mówiąc nawiasem, ma bardzo źle wychowanego męża, i ona - na imię jej
Lily - była zachwycona, że chcę się zająć Isabel, powiedziała, że o tym
właśnie zawsze marzyła, żeby ktoś zainteresował się jej młodszą siostrą.
Mówiła o niej jak o jakiejś młodej genialnej istocie, której potrzeba
zachęty i mecenatu. Możliwe, że Isabel ma jakiś talent, ale jak dotąd
nie odkryłam, żeby była w jakimś szczególnym kierunku uzdolniona. Lily
Ludlow najgoręcej poparła mój projekt zabrania Isabel do Europy. Oni tam
wszyscy uważają Europę za teren emigracji, za ziemię wybawienia,
przytułek dla wszystkich ludzi niepotrzebnych w Ameryce. Sama Isabel z radością, jak mi się zdaje, zgodziła się na wyjazd i wszystko ułożyło
się zupełnie gładko. Jedyną niezbyt istotną przeszkodę stanowiła sprawa
pieniędzy, bo Isabel podobno nie zniosłaby finansowej zależności od
kogokolwiek. Ale ma własne skromne dochody i jest przekonana, że
podróżuje na własny koszt.
Ralph wysłuchał w skupieniu tej skrupulatnej relacji, która nie osłabiła
jego zainteresowania dla kuzynki.
- Jeżeli ma talent - powiedział - musimy wykryć, do czego mianowicie.
Może do flirtu?
- Nie sądzę. Rozumiem, że w pierwszej chwili mogłeś odnieść takie
wrażenie, ale mylisz się z pewnością. W ogóle, jak myślę, niełatwo
będzie ci ocenić ją trafnie.
- A więc Warburton też się pomylił! - zawołał z radością Ralph. -
Pochlebia sobie, że odkrył w niej ten właśnie talent.
Pani Touchett potrząsnęła głową.
- Lord Warburton nie będzie zdolny jej zrozumieć, lepiej, żeby nawet nie
próbował.
- To człowiek bardzo inteligentny - powiedział Ralph - ale cieszyłbym
się, gdyby raz w życiu trafił na łamigłówkę, której nie będzie umiał
rozwiązać.
- Isabel też by się cieszyła, gdyby jej się udało zaintrygować lorda -
zauważyła pani Touchett.
Ralph zmarszczył czoło.
- A cóż ona wie o lordach?
- Nie wie nic i tym pewnie jeszcze bardziej zaintryguje Warburtona.
Ralph przyjął tę uwagę matki ze śmiechem i wyglądając przez okno,
zapytał:
- Może mama zejdzie i przywita się już z ojcem?
- Kwadrans przed ósmą - odparła pani Touchett.
Ralph zerknął na zegarek.
- A więc zostało nam jeszcze piętnaście minut. Opowiedz mi coś więcej o mojej kuzynce... - A gdy pani Touchett odmówiła spełnienia tej prośby,
radząc mu, żeby sam postarał się odkryć to, co go interesuje, Ralph
powiedział: - To piękne, że Isabel przynosi mamie chlubę. Czy jednak nie
sprawi też kłopotów?
- Mam nadzieję, że nie, ale w razie, gdybym się myliła, nie cofnę się
przed trudnościami. Nigdy tego nie robię.
- Wydaje mi się bardzo naturalna.
- Ludzie naturalni nie są najbardziej dla innych kłopotliwi.
- Racja, mama jest tego najlepszym dowodem. Mama jest wyjątkowo
naturalna i nie sprawia nikomu kłopotów. Bo to by wymagało pewnego
wysiłku. Ale nasuwa mi się inne pytanie: czy Isabel umie być niemiła?
- Ach, za wiele stawiasz pytań! - zniecierpliwiła się pani Touchett. -
Sam się przekonaj!
Ralph jednak nie wyczerpał jeszcze listy pytań.
- Wciąż jeszcze nie odpowiedziała mi mama, co z nią zamierza zrobić.
- Co z nią zrobię? Mówisz, jakby chodziło o łokieć perkalu! Nic z nią
nie myślę robić. Isabel sama zrobi, co zechce. Uprzedziła mnie o tym.
- A więc to miałaś na myśli, gdy w telegramie wspomniałaś o niezależności.
- Nigdy nie wiem, co właściwie chciałam powiedzieć w depeszy. Zwłaszcza
jeżeli ją wysyłam z Ameryki. Jasność za drogo kosztuje. Chodźmy teraz do
twojego ojca.
- Jeszcze zostało trochę czasu do wyznaczonego terminu - zauważył Ralph.
- Muszę nieco ustąpić, on się tam przecież niecierpliwi - odparła pani
Touchett.
Ralph miał wyrobione zdanie o niecierpliwości ojca, ale bez słowa podał
matce ramię. Dzięki temu, gdy razem schodzili na parter, mógł ją w połowie piętra zatrzymać na podeście schodów - a były to schody
szerokie, niskie, opatrzone szeroką poręczą, zbudowane ze sczerniałego
od starości dębu, i stanowiły jedną z prawdziwych ozdób domu w Gardencourt.
- Mama nie myśli o wydaniu jej za mąż? - spytał z uśmiechem.
- Za mąż? Nie, nie chciałabym jej oddawać takiej niedźwiedziej
przysługi. Zresztą Isabel z pewnością potrafi wyjść za mąż bez niczyjej
pomocy. Ma wszelkie szanse.
- Czy to znaczy, że już dokonała wyboru?
- Nie wiem, czy klamka zapadła, ale jest pewien młody człowiek z Bostonu...
Ralph nie miał ochoty słuchać o młodym człowieku z Bostonu.
- A więc ojciec słusznie twierdzi, że wszystkie młode Amerykanki mają
narzeczonych.
Matka znów poradziła mu, żeby starał się zaspokoić ciekawość
bezpośrednio u źródła, a wkrótce okazało się, że będzie miał po temu
wiele sposobności. Został w salonie sam na sam z kuzynką i mogli
swobodnie rozmawiać. Lord Warburton, który przyjechał konno z odległego
o dziesięć mil majątku, pożegnał gospodarza przed porą kolacji i ruszył
w drogę powrotną; państwo Touchett w godzinę po kolacji uznali
widocznie, że kurtuazji stało się już zadość, i pod bardzo przekonującym
pretekstem zmęczenia wycofali się, każde do swojej sypialni. Młody
człowiek przez następną godzinę dotrzymywał towarzystwa kuzynce, która,
chociaż pół dnia spędziła w podróży, wcale nie zdradzała znużenia. W rzeczywistości była i czuła się zmęczona, wiedziała, że nazajutrz za to
odpokutuje, ale w tym okresie życia z reguły nie ustępowała, goniąc
resztkami sił, póki nie osiągnęła stanu, gdy nie dało się już ukryć
wyczerpania. W tym przypadku łatwo zdobywała się na szlachetną
hipokryzję, ponieważ sytuacja żywo ją interesowała. Mówiła sobie, że oto
wypłynęła na pełne morze. Poprosiła Ralpha, żeby jej pokazał obrazy,
których bogata kolekcja znajdowała się w Gardencourt i których większość
on właśnie wybrał. Najcenniejsze wisiały w dębowej galerii o czarujących
proporcjach, łączącej dwa salony i zwykle wieczorem oświetlonej. Światło
to jednak nie wystarczało, by podziwiać całe piękno tych dzieł, toteż
rozsądek radził odłożyć zwiedzanie do następnego ranka. Ralph ośmielił
się to zaproponować, ale Isabel zdawała się rozczarowana; wprawdzie nie
przestała się uśmiechać, lecz powiedziała:
- A jednak bardzo bym chciała, żebyś był łaskaw zaraz pokazać mi trochę.
Zanadto nalegała, czuła to i zdawała sobie sprawę, że Ralph tak jej
zachowanie ocenia, ale nie mogła się powstrzymać. "Nie przyjmuje
sugestii" - pomyślał Ralph, ale bez irytacji, bo natarczywość kuzynki
ubawiła go, a nawet mu się spodobała. Lampy, rozmieszczone w dość
znacznych odstępach w kinkietach na ścianach, niedostatecznie oświetlały
galerię, ale ją rozweselały. Światło wydobywało z cienia mieniące się
intensywnymi kolorami, niewyraźne prostokąty, przyćmione złocenia
ciężkich ram, blask wywoskowanej posadzki. Ralph wziął lichtarz z zapaloną świecą, i szedł pierwszy, wskazując swoje ulubione obrazy, a Isabel przed każdym z nich kolejno skłaniała głowę i wykrzykiwała z cicha albo coś szeptała. Najwidoczniej znała się na malarstwie, miała z natury dobry smak, musiał to zauważyć. Sięgnęła po drugi lichtarz i przyświecała sobie, zatrzymując się na chwilę, gdy coś ją szczególnie
zaciekawiło; czasem podnosiła świecę wysoko nad głową, a Ralph mimo woli
przystawał pośrodku galerii i zamiast na obrazy patrzał na kuzynkę. Nic
w gruncie rzeczy nie tracił, kierując na nią zachwycone spojrzenia, bo
Isabel zasługiwała na nie mniejszy podziw niż wszystkie zgromadzone tu
dzieła sztuki. Była niezaprzeczenie szczupła, z pewnością lekka, ponad
wszelką wątpliwość wysoka; ludzie, chcąc ją wśród trzech panien Archer
zidentyfikować, używali określenia: "ta wiotka". Ciemnych, niemal
czarnych włosów mogłaby jej pozazdrościć większość kobiet, a szare oczy,
trochę może w chwilach powagi zbyt surowe, umiały czarująco mięknąć i wyrażać szeroką gamę uczuć. Przeszli z wolna jedną stronę galerii i wracali drugą, gdy powiedziała:
- No, tak, teraz wiem coś więcej niż na początku.
- Widzę, że jesteś głodna wiedzy - stwierdził Ralph.
- Chyba tak! Większość dziewcząt grzeszy okropnym nieuctwem.
- Wydajesz mi się zupełnie niepodobna do większości dziewcząt.
- Wiele z nich chętnie by się czegoś nauczyło, ale jak się je traktuje!
- szepnęła Isabel, najwidoczniej w tym momencie nieskłonna do zwierzeń
osobistych. Żeby zmienić temat, spytała po chwili: - Czy macie tu
jakiegoś ducha?
- Ducha?
- No, zamkowego upiora, który się czasem ukazuje. My w Ameryce nazywamy
takie zjawy duchami.
- My w Anglii także, jeśli nam się objawiają.
- A więc widywałeś je? Powinny być duchy w takim romantycznym starym
domu!
- Nie, to nie jest stary, romantyczny dom. Nie licz na to, bo się
rozczarujesz. Dom jest żałośnie prozaiczny, a jeśli w nim znajdziesz
romantyczność, to tylko tę, którą sama tutaj wnosisz.
- Owszem, wnoszę mnóstwo romantyczności, ale w tym domu znalazła ona
najstosowniejsze dla siebie miejsce.
- W każdym razie miejsce bezpieczne, bo tu, w obecności mojej i ojca,
nic jej nie grozi.
Isabel przyglądała mu się chwilę.
- Nikogo prócz ciebie i twojego ojca tu nie ma?
- Oczywiście jest matka.
- Och, znam dobrze twoją matkę. Nie jest ani trochę romantyczna. Nikt
poza tym nie bywa?
- Bardzo mało osób.
- Szkoda. Lubię spotykać mnóstwo ludzi.
- Och, zaprosimy całe hrabstwo, żeby cię zabawić.
- Kpisz sobie ze mnie - odparła dość serio. - A ten pan, którego
zastałam w ogrodzie z twoim ojcem zaraz po przyjeździe?
- Sąsiad z naszego hrabstwa. Gość niezbyt częsty.
- Szkoda. Bardzo sympatyczny - powiedziała Isabel.
- O ile mi wiadomo, zamieniłaś z nim ledwie kilka słów - zdziwił się
Ralph.
- Mimo to zdążyłam go polubić. Twojego ojca także już polubiłam
ogromnie.
- I słusznie! To najmilszy człowiek pod słońcem.
- Tak mi go żal, że jest chory!
- Pomożesz mi pielęgnować go, z pewnością będziesz doskonałą
pielęgniarką.
- Chyba nie. Zawsze mówiono mi, że się do tego nie nadaję, bo mam za
wiele różnych teorii. Ale nie odpowiedziałeś mi, czy macie jakiegoś
ducha.
Ralph jakby nie usłyszał jej ostatnich słów.
- Polubiłaś ojca i lorda Warburtona. Domyślam się, że lubisz także moją
matkę.
- Bardzo lubię twoją matkę, ponieważ... ponieważ... - Z trudem szukała
przyczyny, dla której pani Touchett budziła w niej sympatię.
- Ach, tego nikt z nas nigdy nie wie! - zaśmiał się Ralph.
- Nie, ja zawsze wiem - odparła dziewczyna. - Lubię ją dlatego, że ona
nie spodziewa się tego od nikogo. Wcale nie dba o to, czy ją ktoś lubi,
czy nie.
- Więc ją uwielbiasz przez przekorę? Muszę ci powiedzieć, że pod wielu
względami wdałem się w matkę.
- Nie, nie wierzę ci. Ty chcesz być lubiany i starasz się o to!
- Na Boga! Przejrzałaś mnie na wylot! - wykrzyknął z rozpaczą, która nie
była całkowicie komedią.
- Ale i tak bardzo cię lubię - powiedziała kuzynka. - Polubiłabym cię
jeszcze bardziej, gdybyś mi pokazał waszego zamkowego ducha.
Ralph ze smutkiem pokiwał głową.
- Może ci go pokażę, ale ty nic nie zobaczysz. To przywilej nie
wszystkim dany i nie warto go wybrańcom zazdrościć. Nasz duch nie
objawia się istotom młodym, szczęśliwym i niewinnym, takim jak ty.
Trzeba najpierw poznać cierpienie, dużo wycierpieć, zdobyć pewną bolesną
wiedzę. Dopiero wtedy oczy ci się otworzą. Ja zobaczyłem tego ducha już
dawno - powiedział Ralph.
- Mówiłam ci przed chwilą, że jestem spragniona wiedzy - odparła Isabel.
- Tak, ale wiedzy radosnej, przyjemnej. Nigdy naprawdę nie cierpiałaś i nie jesteś stworzona do cierpienia. Mam nadzieję, że do końca życia nie
zobaczysz żadnego ducha.
Słuchała go uważnie, z uśmiechem na ustach, lecz z powagą w oczach.
Zdawała mu się urocza, chociaż trochę zarozumiała, może to zresztą
potęgowało jej urok. Próbował zgadnąć, co mu odpowie.
- Wiedz, że ja się nie boję - powiedziała i zabrzmiała w tym istotnie
dość wyraźna nutka zarozumialstwa.
- Nie boisz się cierpienia?
- Owszem, cierpienia boję się, ale nie duchów. Myślę też, że ludzie
często cierpią bez dostatecznego powodu - dodała.
- Ty, jak się zdaje, nie masz takich skłonności - stwierdził Ralph,
przyglądając jej się z rękoma w kieszeniach.
- Nie sądzę, żeby to była wada. Nie widzę koniecznej potrzeby
cierpienia, nie do tego zostaliśmy stworzeni.
- Ty z pewnością nie do tego jesteś stworzona.
- Nie chodzi o mnie - odparła i zamyśliła się trochę.
- Masz słuszność, to nie wada - powiedział Ralph. - To raczej zaleta,
jeśli ktoś jest silny.
- Ale tych, którzy nie umieją z byle powodu cierpieć, nazywa się
twardymi ludźmi - odparła Isabel.
Przeszli przez mniejszy salon, do którego doprowadziła ich galeria, i znaleźli się w hallu, u stóp schodów. Ralph podał kuzynce świecę
przeznaczoną do jej sypialni i stojącą we wnęce obok klatki schodowej.
- Nie dbaj o to, jak cię ludzie określą. Jeśli będziesz cierpiała, nazwą
cię idiotką. Trzeba być w miarę możności jak najszczęśliwszym
człowiekiem. Dobranoc!
Przyglądała mu się przez chwilę; wzięła z jego ręki świecę i już
postawiła jedną stopę na dębowych schodach.
- Dobranoc. Życzę ci powodzenia i cieszyłbym się, gdybym mógł się do
niego przyczynić.
Odwróciła się, ale Ralph odprowadzał ją wzrokiem, kiedy z wolna wspinała
się w górę. Kiedy zniknęła, cofnął się, wciąż z rękoma w kieszeniach, do
pustego salonu.
Rozdział 6
6
Isabel Archer miała wiele różnych teorii i niezwykle żywą wyobraźnię.
Los obdarzył ją bystrzejszym umysłem niż większość ludzi, wśród których
przypadło jej się obracać; ogarniała szersze widnokręgi rzeczywistości i starała się zdobywać wiedzę o rzeczach mało znanych. To prawda, że wśród
rówieśnic uchodziła za istotę niezwykle głęboką, bo zacne te osoby nie
szczędziły podziwu rozległym horyzontom intelektualnym, o których same
nie miały pojęcia, i uważały Isabel za studnię mądrości: opowiadano
nawet, że panna Archer czytuje klasyków - w przekładach. Jej ciotka ze
strony ojca puściła kiedyś w obieg plotkę, jakoby Isabel pisała książkę:
pani Varian żywiła wielki respekt dla książek i nie wątpiła, że jej
bratanica wyróżni się, ogłaszając drukiem jakieś dzieło. Pani Varian
wysoko ceniła literaturę, a jej szacunek dla niej łączył się z poczuciem
własnej niższości. Miała okazały dom, pełen mozaikowych stolików, z sufitami zdobionymi bogato sztukaterią, ale brakowało w nim biblioteki i słowo drukowane reprezentowało tylko kilka broszurowanych powieści na
półce w pokoju jednej z córek. Właściwie pani Varian znała literaturę
jedynie z łamów "The New Yorker Interviewer"; słusznie zauważyła, że po
lekturze tego pisma można stracić resztki wiary w kulturę. Wobec czego
pilnowała, żeby "Interviewer" nie nawinął się pod rękę żadnej z jej
córek; postanowiła wychować swoje dziewczęta przyzwoicie, toteż nie
czytały nic. Podejrzewając bratanicę o literackie ambicje, myliła się
całkowicie: Isabel nigdy nie próbowała napisać książki i nie marzyła o laurach powieściopisarki. Nie miała daru ekspresji i nie dość jasno
uświadamiała sobie swoje talenty. Ogólnie tylko sądziła, że ludzie
słusznie przyznają jej znamię jakiejś wyższości. Czy naprawdę góruje nad
nimi, czy nie, postępują dobrze, odnosząc się do niej z podziwem, skoro
ją uważają za istotę wyższą; często bowiem sama spostrzegała, że jej
umysł pracuje szybciej niż umysły tamtych osób, z tego lęgnie się
niecierpliwość, którą łatwo pomylić z wyższością. W tym miejscu wypada
co prędzej stwierdzić, że Isabel zapewne skłonna była do grzechu
zarozumialstwa; często z upodobaniem zastanawiała się nad swoim
charakterem, nie potrzebowała zazwyczaj wielu dowodów, by utwierdzić się
w przekonaniu, że ma rację, i chętnie szukała okazji do zbierania
hołdów. Popełniała tyle błędów i żywiła tyle złudzeń, że biograf,
pragnąc uszanować godność swej bohaterki, wzdraga się przed ich
wyliczaniem. W umyśle jej roiło się od splątanych i mglistych wyobrażeń,
których nigdy nie pomogli jej rozjaśnić albo sprostować ludzie znający
się dokładnie na rzeczy. Ponieważ na własną rękę próbowała kształtować
swoje poglądy, wikłała się w tysięczne sprzeczności i niekonsekwencje.
Chwilami odkrywała w swoim rozumowaniu śmieszne pomyłki i przeżywała
wtedy kilka dni w udręce bolesnego upokorzenia. Ale później zadzierała
głowę jeszcze wyżej niż przedtem; nie pomagała gorzka nauczka, Isabel
nieuleczalnie pragnęła myśleć o sobie jak najlepiej. Wedle jej teorii,
pod tym warunkiem warto żyć; trzeba być kimś wartościowym, świadomym
harmonii swego organizmu (Isabel nie mogła takiej harmonii w sobie nie
dostrzegać), przebywać w strefie światła, naturalnej mądrości, radosnych
impulsów i nieustannie łaskawego natchnienia. Wątpić o sobie byłoby
prawie tak szkodliwe, jak nie ufać najbliższemu przyjacielowi: powinno
się być własnym najbliższym przyjacielem i w ten sposób zapewnić sobie
stałe obcowanie z godną tego istotą. Isabel miała szlachetną wyobraźnię,
która oddawała jej wiele cennych usług i często sprowadzała ją na
manowce. Spędzała całe godziny na rozmyślaniu o pięknie, męstwie i wielkoduszności; uparcie starała się widzieć świat jako świetlaną
przestrzeń, w której można swobodnie rozwijać się i w której trzeba
działać; sądziła, że uczucia strachu i wstydu są odrażające. Miała
nadzieję, że nigdy nie popełni nic złego. Kiedy odkrywała pomyłki
własnych uczuć, nienawidziła swoich błędów (zawsze uświadamiając je
sobie, drżała, jak gdyby udało jej się umknąć z pułapki, która mogłaby
ją uwięzić i zmiażdżyć), toteż myśl o możliwości zadania poważnej rany
komuś innemu, chociaż mało prawdopodobna, przyprawiała ją chwilami o utratę tchu. Zawsze wydawało jej się to najgorszą rzeczą, jaka mogłaby
się w jej życiu zdarzyć. Po namyśle nie miała w końcu wątpliwości, co
uważa za złe. To były sprawy brzydkie, nie lubiła im się przyglądać, ale
jeśli patrzała uważnie, mogła je rozpoznać nieomylnie. Złe są takie
rzeczy, jak skąpstwo, zazdrość, okrucieństwo. Niewiele wiedziała o niegodziwości świata, ale znała kobiety, które kłamały i umyślnie raniły
się nawzajem. Na ten widok kipiała gniewem; wydawało jej się, że zwykła
przyzwoitość każe gardzić takim postępowaniem. Oczywiście gniew bywa
niebezpieczny, czasem prowadzi do niekonsekwencji, do podnoszenia flagi,
gdy forteca już skapitulowała, do postawy tak nieszczerej, że jest
niemal obrazą sztandaru. Ale Isabel niewiele wiedziała o odmianie
niebezpieczeństw, na które są narażone młode kobiety, i pochlebiała
sobie, że w jej zachowaniu nigdy nie zdarzą się podobne sprzeczności.
Życie jej będzie zawsze zgodne z najlepszym wrażeniem, jakie uda jej się
na ludziach robić; zawsze będzie rzeczywiście taka, jaka się wydaje.
Czasem posuwała się jeszcze dalej i marzyła, by znaleźć się pewnego dnia
w trudnej sytuacji i udowodnić, że stać ją na heroizm, jakiego od niej
zażąda los. Tak mało wiedząc, a tak wzniosłe wyznając ideały, pewna
siebie, jednocześnie naiwna i dogmatyczna, wymagająca, a zarazem
pobłażliwa, ciekawa, choć także wybredna, pobudliwa i obojętna,
spragniona, by ją wysoko oceniano i by w rzeczywistości zasługiwała na
jeszcze lepszą, o ile to możliwe, ocenę, zdecydowana wszystko poznać,
wszystkiego spróbować i doświadczyć, subtelny, kapryśny, płomienny duch
połączony z osobowością, która była wytworem zewnętrznych warunków -
Isabel nadawałaby się na ofiarę naukowego krytycyzmu, gdyby nie to, że
autor woli wzbudzić w czytelniku cieplejsze dla niej uczucia i bardziej
bezstronne zainteresowanie.
Jedna z jej teorii głosiła, że niezależność stanowi wielki przywilej,
którego powinna użyć rozumnie. Nigdy nie nazywała swojej sytuacji
samotnością, a tym bardziej osamotnieniem. Określenia te wydawały jej
się niewłaściwe, zresztą zamężna siostra, Lilian, nalegała, żeby
przeniosła się na stałe do jej rodzinnego domu. Isabel miała
przyjaciółkę, którą poznała na krótko przed śmiercią ojca i która
stanowiła tak doskonały przykład pożytecznej działalności, że panna
Archer pragnęła na niej się wzorować. Henrietta Stackpole górowała nad
nią godnym podziwu talentem: była już cenioną dziennikarką, a jej
korespondencje z Waszyngtonu, Newport czy White Mountains, drukowane na
łamach "Interviewera" cieszyły się rozgłosem. Isabel poufnie nazywała te
artykuły "efemerydami", lecz szanowała odwagę, energię i humor ich
autorki, która, nie mając rodziny ani majątku, adoptowała troje dzieci
ułomnej, owdowiałej siostry i ich pobyt w szkołach opłacała z zarobków
swego pióra. Henrietta maszerowała w awangardzie postępu, miała
zdecydowane poglądy na wszelkie niemal sprawy i od dawna marzyła o podróży do Europy, żeby stamtąd napisać dla "Interviewera" serię listów,
naświetlając różne problemy z radykalnego punktu widzenia;
przedsięwzięcie to było o tyle uproszczone, że z góry doskonale
wiedziała, jak osądzi większość europejskich instytucji i co w nich
zamierza skrytykować. Gdy usłyszała, że pani Touchett zabiera Isabel do
Europy, chciała wyruszyć natychmiast razem z nimi, przewidując
oczywiście, że miło byłoby odbyć drogę w towarzystwie przyjaciółki.
Musiała jednak nieco odwlec termin wyprawy. Uważała Isabel za wspaniałą
dziewczynę i nawet opisywała ją w swoich listach, nie zdradzając
oczywiście jej nazwiska i nic jej o tym nie mówiąc, bo Isabel nie byłaby
z tego zadowolona; nie czytywała zresztą regularnie "Interviewera".
Henrietta była dla niej przede wszystkim dowodem, że kobieta może sama
sobie radzić i czuć się szczęśliwa. Zdolności Henrietty należały do
kategorii oczywistych, ale jeżeli dziewczyna nie ma dziennikarskiego
talentu i nie umie, jak Henrietta, genialnie zgadywać, czego chcą
czytelnicy, nie znaczy to przecież, że nie ma też jakiegoś powołania, że
brak jej wszelkich pożytecznych umiejętności, że musi poprzestać na
światowym, pustym życiu. Isabel mocno postanowiła, że nie będzie pustą
kobietą. Trzeba tylko czekać cierpliwie, a w końcu z pewnością nawinie
się pod rękę jakaś zadowalająca misja. Rozumie się, że oprócz tych wielu
teorii panna Archer miała też całą kolekcję poglądów na małżeństwo.
Przede wszystkim uważała, że zniżyłaby się do pospolitości, gdyby za
wiele na ten temat myślała. Szczerze modliła się, by ją ominęła
śmieszność panien gorączkowo zabiegających o zamążpójście; wierzyła, że
kobieta, jeśli nie jest wyjątkowo słaba, może znaleźć szczęście,
obywając się bez mniej lub bardziej gruboskórnego towarzysza płci
męskiej. Modlitwa została w wystarczającym stopniu wysłuchana; wrodzona
czystość i duma - oziębłość i oschłość, jak by to nazwał odtrącony
zalotnik, gdyby miał upodobanie do analizy - uchroniły ją od próżnych
rozmyślań o kandydatach na mężów. Nieliczni tylko spośród mężczyzn,
których widywała, zdawali się warci wysokiej ceny i uśmiechała się na
myśl, że któryś z nich mógłby siebie uważać za przedmiot jej nadziei i nagrodę jej cierpliwości. W głębi duszy - na samym dnie - kryła
przeświadczenie, że jeśli błyśnie oczekiwane światło, będzie umiała
oddać się całkowicie, bez zastrzeżeń; ale była to wizja zbyt groźna, aby
mogła ją pociągać. Krążyła wokół niej myślami, rzadko jednak
zatrzymywała się przed nią dłużej, bo zawsze po krótkiej kontemplacji
zjawiał się lęk. Często niepokoiła się, że za wiele myśli o sobie; ktoś,
kto by jej zarzucił skrajny egoizm, wywołałby niezawodnie rumieniec na
twarzy Isabel. Wciąż snuła plany własnego rozwoju, dążyła do
doskonałości, śledziła własne postępy. Jej natura, przesiąknięta
próżnością, przypominała jak gdyby ogród, pełen ulotnych aromatów,
szelestu gałęzi, cienistych altanek, dalekich perspektyw, toteż Isabel
miała wrażenie, że introspekcja jest spacerem na świeżym powietrzu i że
zapuszczanie się w zakamarki własnej duszy musi być niewinną wyprawą,
skoro się z niej wraca z naręczem róż. Ale często uświadamiała sobie, że
ogród jej szlachetnej duszy nie jest jedyny na świecie i poza nim są
różne miejsca wcale do ogrodów niepodobne, mroczne, cuchnące ugory
zarośnięte chwastem brzydoty i nędzy. Płynąc z nurtem zaspokojonej
ciekawości, który ją ostatnio porwał i zaniósł do pięknej starej Anglii,
a miał zanieść jeszcze dalej, często zatrzymywała się w rozpędzie na
myśl, że są tysiące istot mniej szczęśliwych, i wtedy przez chwilę jej
własne rozkoszne poczucie pełni życia wydawało się nieprzyzwoitością.
Jak pomieścić nędzę świata w obrazie tak dla niej samej przyjemnym?
Trzeba wyjawić, że to pytanie nigdy nie zaprzątało jej umysłu długo.
Isabel była za młoda, zbyt niecierpliwie głodna życia, za mało wiedziała
o cierpieniu. Prędko wracała do teorii, że młoda kobieta, którą przecież
wszyscy uważają za inteligentną, musi zacząć od ogólnego zapoznania się
z życiem. To wstęp konieczny, by uniknąć błędów, a potem dopiero
przyjdzie czas, by poświęcić szczególną uwagę niedoli bliźnich.
Anglia stała się dla niej objawieniem, Isabel była olśniona, jak mała
dziewczynka na pantomimie. Kiedy przed laty przywożono ją do Europy,
podróże ograniczały się do kontynentu, który zresztą oglądała niemal
wyłącznie przez okno dziecięcego pokoju; dla jej ojca mekką był nie
Londyn, lecz Paryż, a dzieci oczywiście nie miały dostępu do świata jego
zainteresowań. Tamte obrazy zresztą zatarły się i oddaliły w jej pamięci
i teraz staroświeckość wszystkiego, co tu spotykała, miała dla niej urok
nowości. Dom wuja wydawał jej się obrazem, który ożył i wyszedł z ram;
żaden subtelny szczegół nie był dla jej wrażliwości stracony. Bogata
doskonałość tej siedziby była dla Isabel jednocześnie rewelacją
nieznanego świata i zaspokojeniem pewnej wewnętrznej potrzeby. Duże
niskie pokoje, brunatne sufity, mroczne kąty, głębokie framugi i osobliwe, dzielone na kwatery okna, łagodne światło odbijające się od
ciemnych, wypolerowanych boazerii, soczysta zieleń drzew, które zdawały
się zaglądać do wnętrza, atmosfera ładu i odosobnienia w sercu
"posiadłości ziemskiej", miła cisza, rzadko zakłócana jakimś
głośniejszym dźwiękiem, bo sama ziemia tłumiła kroki, w miękkim, gęstym
powietrzu kontakty nie zmieniały się nigdy w starcia, a rozmowy wolne
były od ostrych tonów - wszystko to zadowalało gusta panny Archer, w której poglądach gust odgrywał wielką rolę. Prędko zaprzyjaźniła się z wujem i siadywała przy nim, gdy wystawiano jego fotel na trawnik.
Spędzał długie godziny w ogrodzie, siedząc z założonymi rękoma niby
spokojny, swojski bożek domowy, bożek pracowity, który zrobił swoje,
dostał zapłatę i stara się teraz przywyknąć do tygodni i miesięcy
złożonych wyłącznie z dni świątecznych. Isabel bawiła go bardziej, niż
przypuszczała - często wywierała na ludziach inne wrażenie, niż jej się
zdawało - a pan Touchett dla własnej przyjemności zachęcał ją do
mówienia - do szczebiotania, bo tak określał jej konwersację, bardzo
zresztą rzeczową, co było charakterystyczne dla młodych Amerykanek,
których głosu otoczenie słucha uważniej niż głosu ich sióstr w innych
krajach. Isabel, podobnie jak wszystkie jej młode rodaczki, od wczesnego
wieku zachęcano, żeby się wypowiadała; nie lekceważono jej zdania,
oczekiwano od niej samodzielnych opinii i uczuć. Wiele jej sądów miało z pewnością bardzo skromną wartość, a uczucia ulatniały się, gdy
przebrzmiały wyrażające je słowa; zostawiały jednak ślad, bo wyrabiały w niej przekonanie, że powinna sprawiać wrażenie istoty myślącej i czującej; co ważniejsze, dzięki temu w momentach, gdy naprawdę była
czymś poruszona, umiała wyrażać swoje emocje żywo i bezpośrednio, w czym
wiele osób dopatrywało się oznak wyższości. Staremu panu Touchett Isabel
przypominała jego żonę z dawnych lat, kiedy była młodziutką dziewczyną.
Zakochał się w niej wtedy, ponieważ zachwycała go świeżością,
naturalnością, bystrością, z jaką w lot wszystko rozumiała i wyrażała, a więc tymi samymi cechami, które miała Isabel. Nigdy jednak nie zwierzył
się siostrzenicy z tego spostrzeżenia, bo wprawdzie pani Touchett
niegdyś była podobna do Isabel, ale Isabel wcale nie była podobna do
swojej ciotki. Starszy pan okazywał jej wiele dobroci; mówił, że od
dawna jego domowi brakowało obecności młodej istoty, szybkie, zwinne
ruchy naszej bohaterki i jej jasny głos stały się dla oczu i uszu
starszego pana miłe jak plusk rzeki. Miał ochotę czymś ją obdarzyć i ucieszyłby się, gdyby od niego czegoś zażądała. Ale Isabel domagała się
tylko odpowiedzi na swoje pytania; trzeba przyznać, że zadawała ich
bardzo wiele. Wuj miał bogate zapasy odpowiedzi, mimo to czasem jej
ciekawość przybierała formy, które go oszałamiały. Chciała wiedzieć
wszystko o Anglii, o jej ustroju, o charakterze Brytyjczyków, o sytuacji
politycznej, o sposobie bycia i zwyczajach rodziny królewskiej, o szczególnych przywilejach arystokracji, o trybie życia i poglądach
sąsiadów z okolicy; prosząc o te informacje, wypytywała też, czy
prawdziwy stan rzeczy zgodny jest z tym, co o nim czytała w książkach.
Starszy pan patrzał na nią chwilę z nikłym cierpkim uśmiechem i wygładzał pled rozpostarty na swoich kolanach.
- W książkach? - odparł kiedyś. - Nie znam się na książkach. O to
zapytaj lepiej Ralpha. Co do mnie, starałem się zawsze sprawdzać fakty
bezpośrednio, poznawać samą rzeczywistość. Nawet nie zadawałem nigdy
wielu pytań, po prostu milczałem i patrzyłem uważnie. Oczywiście miałem
więcej sposobności do robienia obserwacji, młoda dama takich szans nie
ma. Jestem z natury bardzo wścibski, chociaż nigdy byś tego nie
spostrzegła, choćbyś mnie pilnie śledziła - bo ja zawsze bym jeszcze
czujniej ciebie śledził. Obserwuję tutejszych ludzi od trzydziestu
pięciu lat i śmiało mogę powiedzieć, że zgromadziłem dość dużo
spostrzeżeń. Ogólnie mówiąc, to jest wspaniały kraj, bardziej wspaniały
niż my, z tamtej strony Atlantyku, gotowi jesteśmy przyznać. Rozumie
się, wprowadziłbym chętnie kilka poprawek, ale ogół społeczeństwa, jak
się zdaje, nie odczuwa na razie takiej potrzeby. Jeżeli dojdzie do
wniosku, że jakaś zmiana jest potrzebna, to ją zapewne urzeczywistni,
tymczasem jednak żyje spokojnie w istniejących warunkach. Czuję się
między tymi ludźmi bardziej swojsko, niż przewidywałem, kiedy się tutaj
przenosiłem, prawdopodobnie dlatego, że mi się tutaj nieźle powiodło,
człowiek, któremu się dobrze gdzieś powodzi, czuje się tam na swoim
miejscu, to naturalne.
- Wuj sądzi, że ja też będę się tu czuła jak w domu, jeśli odniosę
sukces?
- Wydaje mi się to bardzo prawdopodobne, a co do twojego sukcesu, to
jestem go zupełnie pewny. Oni tu bardzo lubią młode Amerykanki i okazują
im dużo sympatii. Ale nie byłoby dobrze, gdybyś czuła się zanadto jak u siebie w domu.
- Och, wcale nie wiem jeszcze, czy będę sobie tego życzyła - odparła
skrupulatna Isabel. - Kraj bardzo mi się podoba, ale nie wiem, czy ludzi
także polubię.
- To bardzo dobrzy ludzie, zwłaszcza dla tych, którzy ich lubią.
- Nie wątpię, że są dobrzy, ale czy mili w towarzystwie? Oczywiście nie
ograbią mnie ani nie pobiją, ale czy będą dla mnie uprzejmi? Bo ja tego
od ludzi oczekuję. Przyznaję się, że zawsze wysoko to sobie ceniłam.
Myślę, że nie traktują jak należy młodych dziewczyn. Przynajmniej tak
wnoszę z różnych powieści.
- Nie czytuję powieści - odparł pan Touchett - ale, o ile mi wiadomo, są
to historie zręcznie opowiedziane, niezbyt jednak ściśle przedstawiające
prawdę. Była tu kiedyś w Gardencourt pewna pani pisząca powieści,
znajoma Ralpha, który ją tu zaprosił. Pani jak najbardziej na miejscu,
pod każdym względem w porządku, ale typ świadka, że tak się wyrażę, na
którym nie można polegać. Za dużo fantazji; myślę, że w tym cała
przyczyna. Później wydała powieść, w której rzekomo sportretowała czy
raczej skarykaturowała moją niegodną osobę. Nie czytałem całej książki,
Ralph tylko założył dla mnie stronice i zakreślił fragmenty, gdzie niby
ja występowałem. Autorka odtwarzała mój sposób mówienia, amerykański
akcent, nosowe brzmienie samogłosek, jankeskie poglądy, wymachiwanie
gwiaździstym sztandarem. Ale nie odtworzyła dokładnie tego, co mówiłem,
widocznie słuchała mnie bardzo nieuważnie. Nie mam nic przeciw temu,
żeby powtarzała moje wypowiedzi, skoro ma ochotę, ale gniewa mnie, że
nie raczyła poświęcić należytej uwagi moim słowom. Oczywiście, mówię jak
Amerykanin, nie umiem mówić jak Hotentot. W każdym razie ludzie tutaj
zawsze doskonale mnie rozumieli. Ale nie mówiłem nigdy tak, jak starszy
pan w powieści tej pani. To nie jest Amerykanin, my byśmy za żadną cenę
nie chcieli go w Stanach przyjąć! Wspominam o tym, żeby ci wytłumaczyć
na przykładzie, że nie można wierzyć powieściom. Naturalnie, ponieważ
nie mam córek, a moja żona mieszka we Florencji, nie miałem sposobności,
żeby zaobserwować, jak traktują tutaj młode panny. Wydaje mi się, że
kobiety z niższych klas mają dość ciężkie życie, ale w klasach wyższych,
a nawet do pewnego stopnia w średnich, sytuacja ich jest lepsza.
- Na Boga! - wykrzyknęła Isabel. - Ileż oni tutaj mają klas? Pewno z pół
setki?
- No, nie liczyłem nigdy. W ogóle podział na klasy wcale mnie nie
interesuje. Amerykanin ma tę przewagę, że nie należy do żadnej z tutejszych klas.
- Mam nadzieję! - przytaknęła Isabel. - Strach pomyśleć, że zaliczono by
mnie do jednej z angielskich klas!
- O ile wiem, w niektórych, zwłaszcza blisko szczytu, można żyć całkiem
przyjemnie. Ale ja odróżniam tylko dwie kategorie ludzi: tych, którym
można ufać, i innych, którym nie ufam. Ciebie, kochana Isabel,
oczywiście zaliczam do tej pierwszej klasy.
- Dziękuję! - szybko powiedziała Isabel. Zawsze tak oschle kwitowała
komplementy, ucinając je jak mogła najkrócej. Często wywoływało to
fałszywe wrażenie, jak gdyby była obojętna na pochwały; w rzeczywistości
bała się zdradzić, jak ogromną sprawiają jej przyjemność. Okazując to,
wyjawiłaby za wiele swoich sekretów. - Myślę, że Anglicy są okropnie
konwencjonalni - dodała.
- Wszystko jest tutaj raz na zawsze ujęte w pewne reguły - przyznał pan
Touchett. - Wolą z góry ustalać porządek rzeczy, zamiast rozstrzygać o nim dopiero w ostatniej chwili.
- Ale ja nie cierpię, żeby wszystko było z góry wiadome - odparła
Isabel. - Wolę trochę niespodzianek.
Starszy pan uśmiechnął się, bo ubawiła go ta stanowczość, z jaką Isabel
głosiła własne upodobania.
- A tymczasem z góry wiadomo, że będziesz tu miała wielkie powodzenie.
To cię chyba cieszy, nie?
- Nie będę miała powodzenia, jeśli ludzie są tutaj głupio
konwencjonalni, bo nie jestem ani trochę konwencjonalna. Wprost
przeciwnie! I to im się nie może spodobać.
- Mylisz się, mylisz się zasadniczo! - odparł pan Touchett. - Nie wiesz,
co im się podoba, a co nie. Są często niekonsekwentni i właśnie dlatego
tak ogromnie interesujący.
- A to świetnie! - stwierdziła Isabel, stając przed wujem z rękoma
splecionymi na pasku czarnej sukni i rozglądając się po trawniku.
Rozdział 7
7
Zabawiali się często rozmowami o postawach brytyjskiego społeczeństwa,
jak gdyby nasza bohaterka mogła do niego się odwołać, ale brytyjskie
społeczeństwo pozostało na razie głęboko obojętne wobec panny Isabel
Archer, którą los sprowadził - jak twierdził jej kuzyn - do
najnudniejszego domu w Anglii. Cierpiący na reumatyzm wuj niewielu
przyjmował gości, a pani Touchett, która nie utrzymywała stosunków z sąsiadami swojego męża, nie mogła spodziewać się ich wizyt, miała jednak
szczególne upodobanie: lubiła, żeby jej składano bilety wizytowe. Nie
znajdowała przyjemności w tak zwanym życiu towarzyskim, lecz cieszył ją
widok bielejących na stole w hallu symbolicznych prostokątnych
kartoników. Pochlebiała sobie, że jest kobietą sprawiedliwą i wyznawała
najwyższą prawdę, że niczego nie dostajemy na tym świecie za darmo. Nie
grała towarzyskiej roli jako pani domu w Gardencourt, toteż rozumiała,
że mieszkańcy okoliczni nie są obowiązani zauważać każdego jej przyjazdu
czy wyjazdu. Nie jest jednak wcale pewne, czy nie czuła się trochę
urażona, że sąsiedzi tak mało poświęcają uwagi jej osobie, i czy żal
(doprawdy nieuzasadniony), że nie zdobyła w okolicy Gardencourt lepszej
pozycji towarzyskiej, nie był w dużym stopniu przyczyną zjadliwych
komentarzy, jakich nie szczędziła przybranej ojczyźnie swojego małżonka.
Wytwarzało to dziwaczne sytuacje, w których Isabel, nieoczekiwanie dla
samej siebie, musiała bronić brytyjskiej konstytucji przed atakami
ciotki, bo pani Touchett ustawicznie wbijała szpilki w ten czcigodny
dokument. Isabel zawsze odruchowo miała ochotę szpilki te wyciągać, nie
z obawy, że mogłyby rzeczywiście uszkodzić stary twardy pergamin, lecz
dlatego, że ciotka powinna by, jej zdaniem, skierować ostrze w innym
kierunku. Isabel sama wiele rzeczy krytykowała; skłonność do krytyki
jest naturalną cechą młodego wieku, płci pięknej i narodu
amerykańskiego; ale jednocześnie była bardzo sentymentalna, a oschłość
pani Touchett pobudzała w siostrzenicy źródła uczuć do tym
gwałtowniejszych wylewów.
- Jaki punkt widzenia ciocia obrała? - zapytała kiedyś. - Krytykując
tutaj wszystko, trzeba przyjąć określony punkt widzenia. Nie wydaje mi
się, żeby ciocia patrzała na Anglię ze stanowiska Amerykanki, bo za
oceanem też wszystko było w cioci oczach jak najgorsze. Ja, jeśli coś
krytykuję, to wiem, jaki jest mój punkt widzenia: na wskroś amerykański!
- Wiedz, moje dziecko - odparła pani Touchett - że punktów widzenia jest
tyle, ile żyje na świecie ludzi zdolnych samodzielnie myśleć. Będziesz
miała rację, jeśli powiesz, że w takim razie nie ma ich wiele.
Amerykański punkt widzenia? Nie, za żadną cenę! To okropnie ciasny
horyzont. Ja, dzięki Bogu, mam swój osobisty punkt widzenia.
Isabel nawet sama przed sobą wolała nie przyznawać się, jak bardzo ta
odpowiedź jej się spodobała; ona przecież myślała podobnie, ale nie
wypadało głośno tego powiedzieć. W ustach osoby młodszej i mniej
doświadczonej niż pani Touchett zakrawałoby to na zarozumialstwo, nawet
na arogancję. Pozwalała sobie na większą szczerość wobec Ralpha,
rozmawiając z nim często i długo, w tonie, który dopuszczał wszelkie
ekstrawagancje. Kuzyn zwykle przekomarzał się z nią, jak można by to
określić; wkrótce zyskał u niej opinię człowieka, który ze wszystkiego
żartuje, a nie należał do ludzi gardzących możliwościami, jakich
dostarcza taka reputacja. Isabel oskarżała go o brak powagi, zarzucała
mu, że gotów kpić z każdej rzeczy i z każdej osoby, zaczynając od
siebie. Jeśli był zdolny do szacunku, to całą tę swoją zdolność skupiał
na ojcu; poza tym ostrzył język na wszystkich, także na jedynym synu
swojego ojca, wyśmiewając jego słabe płuca i próżniacze życie, dziwactwa
jego matki, przyjaciół (szczególnie lorda Warburtona), przybraną i pierwotną ojczyznę i uroczą świeżo odkrytą kuzynkę.
- Trzymam w przedpokoju kapelę - powiedział kiedyś do niej - i każę jej
grać bez przerwy. Oddaje mi tym sposobem dwie cenne przysługi: po
pierwsze, nie dopuszcza głosów zewnętrznego świata do moich prywatnych
apartamentów, a po drugie, wpaja światu zewnętrznemu przekonanie, że w moich salonach trwa nieustanny bal.
Rzeczywiście w zasięgu głosu Ralpha słyszało się zawsze muzykę do tańca,
zdawało się, że powietrze drga od zawrotnych walców. Isabel często
drażnił ten ciągły wesoły zgiełk; chętnie ominęłaby przedpokój, jak to
Ralph nazywał, by wejść do prywatnych apartamentów. Nie zraziło jej
ostrzeżenie, że są to bardzo zaniedbane komnaty, miała ochotę zamieść je
i doprowadzić do porządku. Ralph nie okazał jej prawdziwej gościnności,
zamykając przed nią te drzwi; żeby go ukarać, Isabel zadawała mu cios za
ciosem, starając się go dosięgnąć ostrzem swojego młodzieńczego,
bezpośredniego dowcipu. Trzeba przyznać, że stosowała tę słowną
szermierkę głównie w obronie własnej, bo Ralph zabawiał się jej kosztem,
nazywał ją "Kolumbią" i oskarżał, że parzy otoczenie zbyt gorącym
patriotyzmem. Narysował jej karykaturę, przedstawiając śliczną młodą
kobietę w sukni skrojonej według najnowszej mody i uszytej z gwiaździstego amerykańskiego sztandaru. Isabel na tym etapie rozwoju
najbardziej lękała się zrobić na kimś wrażenie osoby o ciasnych
horyzontach umysłowych, a zaraz potem lękała się być naprawdę taką
kobietą. Mimo to bez skrupułów manifestowała uczucia, przypisywane jej
przez kuzyna, i udawała, że wzdycha tęsknie do uroków swojej ojczyzny.
Chętnie grała rolę fanatycznej Amerykanki, za jaką Ralph ją uznał, a skoro go to bawiło, gotowa była dostarczać mu okazji do tej zabawy.
Broniła Anglii przed jego matką, ale gdy Ralph przekornie wychwalał ten
kraj pod niebiosa, znajdowała mnóstwo argumentów, żeby mu się
przeciwstawiać. W rzeczywistości ten w pełni dojrzały kraj wydawał jej
się zachwycający jak smak słodkiej październikowej gruszki; właśnie
dlatego, że czuła się tutaj świetnie, mogła z humorem znosić docinki
kuzyna i odpłacać mu tą samą monetą. Jeśli chwilami traciła werwę, to
nie dlatego że ją urażały jego żarty, lecz że czasem było jej żal
Ralpha. Wydawało jej się, że cała ta wesoła gadanina to tylko zasłona
dymna i że kuzyn dowcipkuje bez przekonania.
- Nie bardzo cię rozumiem - powiedziała kiedyś - ale podejrzewam, że
grasz komedię.
- Tobie wszystko wolno - odparł Ralph, nieprzyzwyczajony, by mu ktoś tak
bez ceremonii mówił prawdę w oczy.
- Nie wiem, co cię naprawdę obchodzi, myślę, że w gruncie rzeczy o nic
nie dbasz. Nie kochasz naprawdę Anglii, chociaż tak piejesz na jej
cześć. Nie kochasz także Ameryki, chociaż udajesz, że z niej drwisz.
- Nic mnie nie obchodzi prócz ciebie, miła kuzynko.
- Gdybym mogła choćby w to uwierzyć, bardzo bym się z tego cieszyła.
- Mam nadzieję, że byś się cieszyła! - wykrzyknął Ralph.
Isabel mogła uwierzyć, niewiele by się pomyliła. Bardzo ją cenił i nieustannie zaprzątała jego uwagę. Zjawiła się niespodziewanie w okresie, gdy przygnębiały go troski, chociaż niczego po niej nie
oczekiwał, stała się szczodrym darem losu, odświeżyła i ożywiła jego
myśli, uskrzydliła je i dostarczyła celu wzlotom. Biedny Ralph od kilku
tygodni grzązł w melancholii; na jego perspektywy, zawsze dość posępne,
padł cień nowej groźnej chmury. Niepokoił się o ojca, bo choroba, która
dotychczas obezwładniała tylko jego nogi, zaczęła teraz dosięgać
wewnętrznych, niezbędnych do podtrzymania życia narządów. Starszy pan na
wiosnę ciężko chorował i lekarze szepnęli Ralphowi, że następnego ataku
już zapewne nie uda się odeprzeć. Na razie zdawało się, że starszy pan
miewa się dobrze, ale Ralph podejrzewał, że to podstęp nieprzyjaciela,
który tylko czyha na chwilę osłabienia czujności; jeśli zaatakuje, nie
można się łudzić, nie napotka większego oporu. Ralph od dawna uznał za
pewnik, że ojciec go przeżyje, że imię syna pierwsze zostanie wywołane w złowieszczym apelu. Byli z sobą najściślej związani i Ralph nie
dopuszczał myśli, że musiałby resztę bezbarwnego życia znosić samotnie;
zawsze w skrytości serca liczył na pomoc starszego przyjaciela, by jak
najlepiej wykorzystać swój zły los. Wobec groźby, że będzie mu odebrany
ten jedyny potężny bodziec, Ralph stracił odwagę. Bez protestu zgodziłby
się umrzeć razem z ojcem, ale bał się, że pozbawiony tego oparcia nie
będzie miał cierpliwości, żeby czekać swojej kolei. Nie mógł pokrzepiać
się przeświadczeniem, że jest potrzebny swojej matce; pani Touchett z zasady nie pozwalała sobie na rozrzewnienie. Ralph oczywiście rozumiał,
że nie jest wobec ojca w porządku, pragnąc, aby z nich dwóch ten
bardziej aktywny, a nie bierny wspólnik musiał przecierpieć ból
rozstania; pamiętał, że starszy pan zawsze traktował zapowiedzi wczesnej
śmierci syna jak sprytną pogróżkę, do której spełnienia nie dopuści w miarę swoich możliwości, umierając przedtem. Ale Ralph miał nadzieję, że
nie grzeszy, życząc ojcu, by nie udało mu się zaprzeczyć proroctwom
przemądrzałego syna, lecz by odniósł inny triumf, polegający na
zachowaniu jeszcze przez czas jakiś egzystencji, która, chociaż bardzo
zubożona, nie przestała mu być miła.
Były to subtelne rozważania, ale przyjazd kuzynki położył im kres.
Wzbudził nawet przypuszczenie, że może istnieje coś, co mogłoby
zrównoważyć nieznośną przykrość życia po odejściu dobrego ojca. Ralph
zastanawiał się nawet, czy nie żywi "miłości" do tej żywiołowej
dziewczyny z Albany, ale odpowiedział sobie na to pytanie przecząco. Po
tygodniu znajomości był już pewny, że się nie pomylił, i z każdym
następnym dniem utwierdzał się trochę mocniej w tym przekonaniu. Lord
Warburton słusznie nazwał ją interesującą osóbką. Ralpha dziwiło, że
Warburton odgadł to niemal od pierwszego rzutu oka; w końcu uznał, że to
jeden więcej dowód wielkiej bystrości, którą zawsze cenił w swoim
przyjacielu. Kuzynka miała więc dla niego pozostać tylko rozrywką, ale,
jak sobie uświadamiał, rozrywką bardzo szlachetną. "Nie ma w świecie nic
wspanialszego - myślał - niż istota obdarzona takim charakterem, gdy
można w niej obserwować, chociaż w małej skali, grę sił prawdziwie
namiętnych. To piękniejsze niż wszystkie arcydzieła sztuki, niż
płaskorzeźby greckie, płótna Tycjana czy katedry gotyckie. Jak
przyjemnie, gdy los zsyła dar tak zupełnie nieoczekiwany! Nigdy nie
byłem bardziej zgnębiony i znudzony niż w tygodniu poprzedzającym jej
przyjazd; nie wierzyłem, żeby mogło jeszcze zdarzyć się w moim życiu coś
pomyślnego. Nagle poczta przyniosła mi obraz Tycjana do zawieszenia na
ścianie mojego domu, grecką płaskorzeźbę nad mój kominek, włożono mi w rękę klucz do pięknego gmachu, pozwolono przechadzać się po nim i oglądać go z zachwytem. Biedaku, byłeś brzydko niewdzięczny, radzę ci,
siedź teraz cicho i nigdy więcej nie użalaj się nad sobą!"
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki