Portret damy - Henry James

Kup ebooka

85.00 zł
67.89 zł (59,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Nie­wiele jest w życiu godzin mil­szych niż pora obrządku zwa­nego popo­łu­dniową her­batą. W pew­nych oko­licz­no­ściach sama ta sytu­acja spra­wia nam przy­jem­ność, nie­za­leż­nie od tego, czy pijemy her­batę, czy też nie, bo oczy­wi­ście są osoby, które jej nie piją. Zamie­rzam roz­po­cząć tę pro­stą opo­wieść od cza­ru­ją­cej sceny tej wła­śnie nie­win­nej roz­rywki. Wszyst­kie rekwi­zyty małej uczty były roz­miesz­czone na traw­niku za sta­rym, wiej­skim angiel­skim domem, w dosko­na­łej pełni, że się tak wyrażę, pięk­nego let­niego popo­łu­dnia. Część popo­łu­dnia już minęła, ale to, co z niego jesz­cze zostało, tchnęło sub­tel­nym, nie­zwy­kłym uro­kiem. Praw­dziwy zmierzch miał zapaść dopiero za kilka godzin, ale już zaczął się odpływ let­niego świa­tła, powie­trze zła­god­niało, cie­nie wydłu­żały się na gład­kiej, gęstej mura­wie. Wydłu­żały się jed­nak powoli i całą atmos­ferę prze­ni­kał spo­kój, który rodzi się ze świa­do­mo­ści, że jest jesz­cze przed nami dużo wol­nego czasu, który sta­nowi chyba główne źró­dło przy­jem­no­ści dozna­wa­nej w takich sytu­acjach i o tej porze dnia. Godziny od pią­tej do ósmej mogą się nie­kiedy wyda­wać małą wiecz­no­ścią, ale w tym przy­padku mogła to być tylko wiecz­ność błoga. Osoby wystę­pu­jące w tej sce­nie cie­szyły się nią w spo­koju i nie nale­żały do płci, z któ­rej zazwy­czaj rekru­tują się naj­wy­tr­walsi uczest­nicy wspo­mnia­nych przed chwilą obrzę­dów. Cie­nie na dosko­nale wypie­lę­gno­wa­nym traw­niku miały kształty pro­ste i kan­cia­ste; rzu­cały je trzy posta­cie: star­szy pan, sie­dzący w głę­bo­kim wikli­no­wym fotelu obok sto­lika z zastawą do her­baty, i dwaj młodsi męż­czyźni, któ­rzy przed nim spa­ce­ro­wali tam i z powro­tem, roz­ma­wia­jąc swo­bod­nie. Star­szy pan miał w ręku fili­żankę - wyjąt­kowo dużą, inną niż reszta ser­wisu, malo­waną jaskra­wymi kolo­rami. Sączył napój bar­dzo ostroż­nie, bez pośpie­chu, za każ­dym łykiem trzy­ma­jąc fili­żankę długo tuż przy bro­dzie, twa­rzą zwró­cony ku domowi. Dwaj młodsi pano­wie albo już skoń­czyli her­batę, albo nie zechcieli z tego przy­wi­leju sko­rzy­stać; prze­cha­dza­jąc się, palili papie­rosy. Jeden z nich od czasu do czasu w prze­lo­cie rzu­cał uważne spoj­rze­nie na starca, który, nie wie­dząc, że jest obser­wo­wany, nie odry­wał wzroku od ciem­no­czer­wo­nej fasady swo­jej rezy­den­cji. Dom wzno­szący się nad traw­ni­kiem zasłu­gi­wał na taką kon­tem­pla­cję i był naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym szcze­gó­łem na wskroś angiel­skiego obrazu, który sta­ra­łem się tu naszki­co­wać.

Stał na niskim wzgó­rzu, nad rzeką - a była to Tamiza o jakieś czter­dzie­ści mil od Lon­dynu. Długa szczy­towa ściana z czer­wo­nej cegły - na któ­rej kar­na­cji czas i kli­mat wypró­bo­wały roz­ma­ite malar­skie sztuczki, wszyst­kie jed­nak w rezul­ta­cie upięk­sza­jące i wysub­tel­nia­jące - wzno­siła się nad traw­ni­kiem obro­śnięta kożu­chem blusz­czu, zwień­czona grupą komi­nów, z oknami nik­ną­cymi w gęstwie pną­czy. Dom miał imię i histo­rię; star­szy pan chęt­nie by opo­wie­dział przy her­ba­cie, że zbu­do­wano go za Edwarda Szó­stego, że udzie­lił on kie­dyś na jedną noc gościny Elż­bie­cie Wiel­kiej (któ­rej dostojna postać spo­częła na olbrzy­mim, wspa­nia­łym i strasz­li­wie kan­cia­stym łożu, sta­no­wią­cym po dziś dzień naj­oka­zal­szy mebel w apar­ta­men­tach sypial­nych), że mocno został poszczer­biony i zeszpe­cony w cza­sie wojen Crom­wella, że go póź­niej w okre­sie Restau­ra­cji napra­wiono i znacz­nie powięk­szono i że wresz­cie, po prze­rób­kach i nie­for­tun­nych zmia­nach wpro­wa­dzo­nych w XVIII wieku, dostał się w tro­skliwe ręce roz­trop­nego ame­ry­kań­skiego ban­kiera, który kupił go (w oko­licz­no­ściach zbyt skom­pli­ko­wa­nych, aby je tutaj wyłusz­czać) począt­kowo tylko dla­tego, że trans­ak­cja była wyjąt­kowo korzystna; ban­kier zde­cy­do­wał się na kupno, ale bar­dzo narze­kał na brzy­dotę, sta­rość i nie­wy­gody tej budowli; teraz jed­nak, po dwu­dzie­stu latach, nie wypie­rał się namięt­nego zachwytu dla swo­jego domu, znał wszyst­kie jego este­tyczne walory, mógłby dora­dzić, jaki obrać punkt obser­wa­cyjny, by je naj­le­piej oce­nić, wie­dział, o któ­rej godzi­nie cie­nie róż­nych wypu­kło­ści, pada­jące - jakże miękko! - na roz­grzaną, spa­ty­no­waną powierzch­nię cegieł, przy­bie­rają naj­wła­ściw­sze pro­por­cje. Poza tym, jak już mówi­łem, star­szy pan umiałby wyli­czyć więk­szość kolej­nych wła­ści­cieli domu i jego miesz­kań­ców, wśród któ­rych nie bra­ko­wało ludzi wiel­kiej sławy; opo­wie­działby to wszystko z dys­kret­nym, lecz głę­bo­kim prze­świad­cze­niem, że ostatni roz­dział w histo­rii tej sie­dziby nie jest mniej zaszczytny od wcze­śniej­szych. Główne wej­ście do domu nie znaj­do­wało się w fasa­dzie widocz­nej z traw­nika, lecz po prze­ciw­nej stro­nie i w innej czę­ści budynku. Ten zaką­tek był cał­ko­wi­cie odgro­dzony od świata i zaciszny, a ogromny dywan traw­nika okry­wa­jący pła­ski szczyt wzgó­rza zda­wał się prze­dłu­że­niem wspa­nia­łego wnę­trza. Wyso­kie spo­kojne dęby i buki rzu­cały cień gęsty jak aksa­mitne kotary, a traw­nik był ume­blo­wany jak salon wyście­ła­nymi fote­lami, mie­nił się kolo­rami ple­dów, na mura­wie zaś leżały książki i pisma. Rzeka pły­nęła dość daleko stąd; wła­ściwy traw­nik koń­czył się na linii, od któ­rej teren zaczy­nał opa­dać, ale z kra­wę­dzi po zbo­czu pro­wa­dziła nad wodę uro­cza ścieżka. Star­szy pan sie­dzący obok sto­lika przy­był przed trzy­dzie­stu laty z Ame­ryki i oprócz bagaży przy­wiózł stam­tąd swoją fizjo­no­mię; nie tylko przy­wiózł, lecz zacho­wał w dobrej for­mie, tak że mógłby ją spo­koj­nie, w razie potrzeby, zabrać z powro­tem do ojczy­stego kraju. Jed­nakże było oczy­wi­ste, że teraz już zapewne nie myśli o prze­pro­wadzce; odpo­czy­wał po latach wędró­wek w ocze­ki­wa­niu na bli­ski wielki odpo­czy­nek. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że ta twarz nie roz­po­rzą­dza sze­roką gamą eks­pre­sji, tym bar­dziej wymowny był więc na niej wyraz inte­li­gent­nego zado­wo­le­nia. Zda­wał się świad­czyć, że czło­wiek ten ma za sobą szczę­śliwe życie, a zara­zem, że nie były to suk­cesy nie­zmą­cone i pro­wo­ku­jące zazdrość, lecz pra­wie tak nie­winne jak porażki. Oczy­wi­ście był czło­wiekiem doświad­czo­nym i oby­tym wśród ludzi, ale uśmiech, który poja­wił się na jego szczu­płych, sze­ro­kich policz­kach i roz­iskrzył weso­ło­ścią oczy, gdy star­szy pan wresz­cie odsta­wił ostroż­nie fili­żankę na sto­lik, miał nie­mal wie­śnia­czą pro­stotę. Ubrany był wytwor­nie, w dosko­nale wyczysz­czoną czerń, lecz kolana jego okry­wał pled, a stopy chro­niły cie­płe, hafto­wane ranne pan­to­fle. Piękny pies col­lie leżał w tra­wie w pobliżu fotela i wpa­try­wał się w swego pana z podobną czu­ło­ścią, z jaką on spo­glą­dał na bar­dziej jesz­cze dostojne obli­cze domu. Mały ruchliwy foks­te­rier krę­cił się koło młod­szych panów.

Jeden z nich, trzy­dzie­sto­pię­cio­letni, wspa­niale zbu­do­wany męż­czy­zna, miał twarz tak typowo angiel­ską, jak nie­an­giel­ska była twarz poprzed­nio opi­sa­nego pana, bar­dzo przy­stojną, czer­stwą, szczerą i otwartą, o rysach pięk­nych i wyra­zi­stych, z żywymi sza­rymi oczyma i bujną kasz­ta­no­watą brodą; wyglą­dał na czło­wieka wyjąt­kowo przez los uprzy­wi­le­jo­wa­nego, obda­rzo­nego przez naturę szczę­śli­wym uspo­so­bie­niem, wzbo­ga­co­nym przez wieki cywi­li­za­cji, tak że od pierw­szego wej­rze­nia mógł się każ­demu obser­wa­to­rowi wydać godny zazdro­ści. Miał na nogach wyso­kie buty z ostro­gami, jak gdyby dopiero co zesko­czył z konia po dłu­giej prze­jażdżce, a na gło­wie biały, tro­chę za duży z pozoru kape­lusz; ręce trzy­mał sple­cione za ple­cami, a w jed­nej z nich - dużej, bia­łej i kształt­nej - ści­skał parę przy­bru­dzo­nych ręka­wi­czek z gru­bej mięk­kiej skóry.

Drugi młody pan, wraz z nim prze­cha­dza­jący się po traw­niku, repre­zen­to­wał zupeł­nie inny typ, a cho­ciaż mógł wzbu­dzić głę­bo­kie zain­te­re­so­wa­nie, nikomu, kto by go widział po raz pierw­szy, nie nasu­nę­łaby się mimo­wolna myśl, że chciałby się zna­leźć w jego skó­rze. Wysoki, chudy i kru­chej budowy, miał brzydką, mizerną, dow­cipną i cza­ru­jącą twarz, któ­rej nie doda­wały urody rzad­kie wąsiki i baczki. Wyglą­dał na czło­wieka inte­li­gent­nego i cho­rego, a nie jest to ni­gdy szczę­śliwe połą­cze­nie; ubrany był w brą­zową wel­we­tową kurtkę, a ręce scho­wał w kie­sze­niach i gest ten zda­wał się świad­czyć o nie­ule­czal­nym nawyku. Poru­szał się tro­chę chwiej­nie, nie­pew­nie, jakby nie­zbyt mocno trzy­mał się na nogach. Jak już wspo­mnia­łem, prze­cho­dząc przed sie­dzą­cym w fotelu star­cem, za każ­dym razem obrzu­cał go uważ­nym spoj­rze­niem i porów­nu­jąc ich twa­rze w tych momen­tach, łatwo było zgad­nąć, że to ojciec i syn. Ojciec wresz­cie spo­tkał wzrok syna i odpo­wie­dział mu łagod­nym uśmie­chem.

- Czuję się dosko­nale - oznaj­mił.

- Wypi­łeś her­batę? - spy­tał syn.

- Tak, z przy­jem­no­ścią.

- Może chciał­byś jesz­cze?

Star­szy pan zasta­na­wiał się chwilę.

- Nie, na razie nie, może póź­niej. - Mówił ame­ry­kań­skim akcen­tem.

- Nie chłodno ci, ojcze? - zatrosz­czył się syn.

Star­szy pan z wolna prze­su­nął dło­nią po swo­ich udach.

- Sam nie wiem. Póki nie dotknę, nic nie czuję.

- Może ktoś mógłby cię wyrę­czyć - odparł ze śmie­chem syn.

- O tak, mam nadzieję, że zawsze znaj­dzie się ktoś gotowy współ­czuć mi, tak jak teraz lord War­bur­ton. Prawda?

- Oczy­wi­ście! - przy­tak­nął skwa­pli­wie lord War­bur­ton. - Ale muszę stwier­dzić, że wygląda pan świet­nie.

- Tak, pod wielu wzglę­dami powo­dzi mi się dosko­nale. - Star­szy pan spoj­rzał na zie­lony pled i wygła­dził go na kola­nach. - Od tylu lat, że zdą­ży­łem przy­wyk­nąć i może dla­tego już nie zdaję sobie z tego sprawy.

- To wła­śnie naj­gor­sza wada dobrego samo­po­czu­cia. Ale jeśli nam coś dolega, wiemy o tym aż za dobrze!

- Zdaje mi się, że mamy tro­chę za wiel­kie wyma­ga­nia - powie­dział syn gospo­da­rza.

- Racja, jeste­śmy z pew­no­ścią bar­dzo wyma­ga­jący - szep­nął lord War­bur­ton.

Wszy­scy trzej mil­czeli przez chwilę; dwaj młodsi stali, patrząc na sie­dzą­cego w fotelu star­szego pana, który wresz­cie popro­sił o drugą fili­żankę her­baty.

- Ten pled chyba okrop­nie prze­szka­dza panu? - spy­tał lord War­bur­ton, gdy syn nale­wał ojcu her­batę.

- Och, nie, pled jest konieczny! - wykrzyk­nął młody męż­czy­zna w wel­we­to­wej kurtce. - Pro­szę cię, nie pod­su­waj ojcu takich pomy­słów!

- To pled mojej żony - wyja­śnił po pro­stu star­szy pan.

- No, jeśli wcho­dzą w grę sprawy sen­ty­mentu... - Lord War­bur­ton uspra­wie­dli­wia­ją­cym gestem roz­ło­żył ręce.

- Myślę, że będę musiał oddać jej pled, kiedy wróci - powie­dział star­szy pan.

- Nie ma o tym mowy! Zatrzyma ojciec pled i będzie nim okry­wał swoje biedne stare nogi.

- Bar­dzo nie­ład­nie, że tak znie­wa­żasz moje nogi - odparł star­szy pan. - Zdaje się, że są rów­nie dobre, jak twoje.

- Pro­szę bar­dzo, moje wolno ci znie­wa­żać, nie mam nic prze­ciw temu - żar­to­wał syn, poda­jąc ojcu pełną fili­żankę.

- Ano jeste­śmy parą kula­wych kacząt, nie­wielka chyba mię­dzy nami róż­nica.

- Dzię­kuję za nazwa­nie mnie kacząt­kiem. Her­bata dobra?

- Tro­chę za gorąca.

- To się na ogół uważa za zaletę.

- Ach, tak, ma całe mnó­stwo zalet - szep­nął łagod­nie star­szy pan. - Wie pan - zwró­cił się do lorda War­bur­tona - mój syn jest bar­dzo dobrą pie­lę­gniarką.

- Ale chyba tro­chę nie­zgrabną? - spy­tał gość.

- O, nie, krząta się bar­dzo zręcz­nie, cho­ciaż sam jest inwa­lidą. Nazy­wam go słabą pod­porą mojej sła­bo­ści, bo on też jest chory.

- Dajże spo­kój, tatu­siu! - wykrzyk­nął młody czło­wiek.

- Nie­stety, to prawda, wolał­bym, żeby było ina­czej. Ale cóż, nic na to praw­do­po­dob­nie nie możesz pora­dzić.

- Spró­buję, to świetny pomysł! - odparł syn.

- A pan cho­ro­wał kiedy w życiu? - zwró­cił się sta­rzec do lorda War­bur­tona.

Zagad­nięty namy­ślał się dość długo, nim w końcu odpo­wie­dział:

- Tak, pro­szę pana, raz, na Zatoce Per­skiej.

- On sobie kpi z ojca! - wtrą­cił się syn. - Prze­cież to żart!

- Żarty żar­tami - spo­koj­nie odparł star­szy pan - ale wygląda pan na czło­wieka, który ni­gdy nie cho­ruje.

- Jest chory z nudów, życie mu obrzy­dło. Wła­śnie mi o tym mówił. I bar­dzo się skar­żył! - powie­dział młody przy­ja­ciel lorda War­bur­tona.

- Czy to prawda? - zapy­tał poważ­nie star­szy pan.

- Tak. Pań­ski syn nie umiał mnie pocie­szyć. Trudno z nim roz­ma­wiać, skoń­czony cynik. W nic nie wie­rzy!

- To także głupi żart! - zapro­te­sto­wał oskar­żony o cynizm.

- To wina sła­bego zdro­wia - wyja­śnił ojciec. - Fizyczne nie­do­ma­ga­nia wpły­wają na psy­chikę i poglądy. Wydaje mu się, że ni­gdy nie miał takich szans jak inni. Ale to tylko teo­ria, pro­szę pana, która nie psuje mu w prak­tyce humoru. Nie przy­po­mi­nam sobie, żebym go kie­dy­kol­wiek widział w złym uspo­so­bie­niu, zawsze jest pogodny tak jak dzi­siaj. Czę­sto dodaje mi otu­chy.

Tak scha­rak­te­ry­zo­wany syn spoj­rzał ze śmie­chem na lorda War­bur­tona.

- Czy to pane­gi­ryk, czy też potę­pie­nie za lek­ko­myśl­ność? Może ojciec wolałby, żebym swoje teo­rie wcie­lał w życie?

- Zoba­czy­li­by­śmy wtedy cie­kawe rze­czy! - wykrzyk­nął lord War­bur­ton.

- Mam nadzieję, że pan nie podziela jego teo­rii - rzekł star­szy pan.

- Teo­rie War­bur­tona są gor­sze od moich! Twier­dzi, że jest znu­dzony. Ja nie nudzę się ani tro­chę, prze­ciw­nie, życie wydaje mi się zanadto inte­re­su­jące.

- Zanadto? Powi­nie­neś sta­rać się, żeby było jak naj­bar­dziej inte­re­su­jące.

- Tutaj ni­gdy się nie nudzę - powie­dział lord War­bur­ton. - Zawsze pro­wa­dzimy nie­zwy­kle cie­kawe roz­mowy.

- Czy to trzeci żart? - spy­tał sędziwy gospo­darz. - Pan nie ma prawa nudzić się ni­gdzie! W pań­skim wieku nie wie­dzia­łem, że ist­nieje coś takiego jak nuda!

- Późno pan doj­rzał.

- Nie! Wła­śnie dla­tego, że doj­rza­łem bar­dzo wcze­śnie. Doprawdy, mając dwa­dzie­ścia lat byłem już bar­dzo doj­rza­łym czło­wie­kiem. Pra­co­wa­łem od rana do nocy. Nie nudziłby się pan, mając coś do roboty, ale wy wszy­scy, dzi­siej­sze młode poko­le­nie, jeste­ście leniwi. Za dużo myśli­cie o przy­jem­no­ściach. Jeste­ście zbyt wybredni, zbyt bierni i za bogaci.

- Za pozwo­le­niem! - wykrzyk­nął lord War­bur­ton. - Komu jak komu, ale panu nie wypada oskar­żać bliź­nich o bogac­two.

- Dla­tego, że jestem ban­kie­rem? - spy­tał sta­rzec.

- Można i tak to uza­sad­nić, jeśli pan chce, ale przede wszyst­kim, czyż pan sam nie ma ogrom­nego majątku?

- Ojciec już nie jest tak bar­dzo bogaty - pospie­szył star­cowi z miło­sierną pomocą syn. - Roz­dał wiel­kie sumy.

- I były to, jak myślę, jego wła­sne pie­nią­dze - powie­dział War­bur­ton. - Czy to nie wystar­cza za naj­lep­szy dowód bogac­twa? Dobro­czyńca ogółu nie powi­nien innym ludziom wyrzu­cać, że za bar­dzo lubią przy­jem­no­ści.

- Ojciec bar­dzo lubi przy­jem­no­ści... innych ludzi.

Star­szy pan pokrę­cił głową.

- Nie sądzę, żebym się cho­ciaż w naj­mniej­szym stop­niu przy­czy­nił do uprzy­jem­nie­nia życia moich współ­cze­snych.

- Ojcze, jesteś za skromny!

- To także żart, pro­szę pana - powie­dział War­bur­ton.

- Wy, mło­dzi, zbyt wiele żar­tu­je­cie. A kiedy zabrak­nie dow­cipu, nie zostaje wam nic.

- Na szczę­ście zawsze są nowe powody do żar­tów - zauwa­żył brzydki młody czło­wiek.

- Nie wie­rzę w to. Wiem, że życie będzie sta­wało się coraz poważ­niej­sze, a wy, mło­dzi, wresz­cie prze­ko­na­cie się o tym.

- Ależ sam fakt, że wszystko będzie coraz poważ­niej­sze, dostar­czy tematu do żar­tów!

- Byłyby to żarty ponure - odparł star­szy pan. - Jestem pewny, że nastą­pią wiel­kie zmiany, i nie wszyst­kie na lep­sze.

- Zga­dzam się z panem - oświad­czył lord War­bur­ton. - Z pew­no­ścią cze­kają nas wiel­kie zmiany i będą się działy różne dziwne rze­czy. Wła­śnie dla­tego trudno mi zasto­so­wać się do pań­skich rad, pamięta pan, przed kilku dniami radził mi pan, "żebym chwy­cił się cze­goś". Ale jakże się zde­cy­do­wać, skoro to, czego się chwycę, może lada chwila wyle­cieć w powie­trze!

- Chwyć się jakiejś ład­nej kobiety - powie­dział brzydki młody czło­wiek. - On chciałby się zako­chać - wyja­śnił, zwra­ca­jąc się do ojca.

- Ładne kobiety także mogą wyle­cieć w powie­trze! - odparł lord War­bur­ton.

- Nie! - zapew­nił go star­szy pan. - Ładne kobiety są potęgą. Spo­łeczne i poli­tyczne wstrząsy, które mia­łem na myśli, ich nie dotkną.

- To zna­czy, że nie zostaną znie­sione? Świet­nie! W takim razie chwycę jedną z nich i zawiążę ją sobie na szyi jak koło ratun­kowe!

- Kobiety nas wyba­wią - rzekł star­szy pan. - Mówię o naj­lep­szych, bo są różne. Niech pan znaj­dzie dobrą żonę, a życie sta­nie się dla pana znacz­nie bar­dziej inte­re­su­jące.

Chwila ciszy wyra­ziła może ze strony słu­cha­czy hołd dla wiel­ko­dusz­no­ści tych słów, bo zarówno syn, jak i gość wie­dzieli, że oso­bi­ste doświad­cze­nia matry­mo­nialne star­szego pana nie były szczę­śliwe. Jed­nakże, jak powie­dział, są różne kobiety. Może w tym zda­niu kryło się przy­zna­nie do wła­snego błędu; ale oczy­wi­ście żaden z part­ne­rów roz­mowy nie pozwo­liłby sobie na nie­takt przy­po­mi­na­nia mu, że dama, którą sam wybrał, z pew­no­ścią nie należy do kate­go­rii naj­lep­szych.

- A więc powiada pan, że jeśli oże­nię się z inte­re­su­jącą kobietą, będę zain­te­re­so­wany? - spy­tał lord War­bur­ton. - Wcale nie mam ochoty się żenić, pań­ski syn fał­szy­wie przed­sta­wił moje życze­nia. Ni­gdy jed­nak nie można prze­wi­dzieć, co by ze mnie zro­biła inte­re­su­jąca kobieta. - Chciał­bym zoba­czyć, jak wygląda twój ideał inte­re­su­ją­cej kobiety.

- Ależ, mój drogi, ide­ałów nie można zoba­czyć, zwłasz­cza tak mgli­stych jak moje. Gdy­bym sam widział je wyraź­nie, byłby to już znaczny postęp.

- No, niech się pan zako­cha, w kim zechce, byle nie w mojej sio­strze­nicy - powie­dział star­szy pan.

Jego syn wybuch­nął śmie­chem.

- War­bur­ton pomy­śli, że ojciec pró­buje go spro­wo­ko­wać! Ojcze kochany, miesz­kasz od trzy­dzie­stu lat wśród Angli­ków, przy­swo­iłeś sobie mnó­stwo ich powie­dzeń, ale nie nauczy­łeś się, o czym oni nie mówią ni­gdy.

- Mówię, co mi się podoba - odparł z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem star­szy pan.

- Nie mam zaszczytu znać pań­skiej sio­strze­nicy - powie­dział lord War­bur­ton. - A nawet ni­gdy dotych­czas nie sły­sza­łem nic o niej, jeśli mnie pamięć nie myli.

- To wła­ści­wie sio­strze­nica mojej żony, która przy­wie­zie ją do Anglii.

Młody Touchett wyja­śnił:

- Wiesz, matka spę­dziła zimę w Ame­ryce. Spo­dzie­wamy się jej lada chwila. Pisała, że odkryła sio­strze­nicę i że zapro­siła ją do Gar­den­co­urt.

- Ach, tak, to bar­dzo miło z jej strony - stwier­dził lord War­bur­ton. - Czy ta młoda osoba jest inte­re­su­jąca?

- Nie wiemy o niej wiele wię­cej niż ty, matka poską­piła nam szcze­gó­łów. Kore­spon­duje z nami głów­nie za pośred­nic­twem tele­gra­mów i są to tek­sty dość zagad­kowe. Mówi się, że kobiety nie umieją reda­go­wać depesz, ale moja matka doszła do mistrzo­stwa w sztuce zwię­zło­ści.

ZMĘ­CZONA AME­RYKĄ OKROPNE UPAŁY WRA­CAM DO ANGLII PIERW­SZYM STAT­KIEM ZNO­ŚNĄ KAJUTĄ.

Oto przy­kład komu­ni­ka­tów, które od niej dosta­jemy: tak brzmiał ostatni jej tele­gram. Ale w jed­nym z poprzed­nich, jak się zdaje pierw­szym, w któ­rym zna­la­zła się wzmianka o sio­strze­nicy, prze­czy­ta­li­śmy:

ZMIE­NI­ŁAM HOTEL OKROPNY BEZ­CZELNY SZEF RECEP­CJI PODAJĘ NOWY ADRES PRZY­WIOZĘ DO EUROPY CÓRKĘ SIO­STRY UMARŁA ROK TEMU DWIE SIO­STRY CAŁ­KO­WITA NIE­ZA­LEŻ­NOŚĆ.

Nad tą łami­główką zasta­na­wiamy się dotych­czas obaj z ojcem, tekst nadaje się do kilku róż­nych inter­pre­ta­cji.

- Jedno jest jasne - powie­dział star­szy pan - a mia­no­wi­cie, że dała szkołę sze­fowi recep­cji.

- Ja nawet tego nie jestem pewny, prze­cież to on ją wypło­szył z hotelu. Z początku mie­li­śmy wra­że­nie, że cho­dzi o sio­strę tego bez­czel­nego czło­wieka, ale póź­niej­sze wzmianki o sio­strze­ni­cach pozwo­liły wywnio­sko­wać, że to córka któ­rejś z moich cio­tek. Druga wąt­pli­wość: czy­imi sio­strami są wspo­mniane dwie sio­stry; praw­do­po­dob­nie mowa wciąż o cór­kach mojej zmar­łej ciotki. Ale kto jest "cał­ko­wi­cie nie­za­leżny"? W jakim sen­sie użyto tego okre­śle­nia? Tych pro­ble­mów jesz­cze nie roz­wią­za­li­śmy. Czy doty­czy w szcze­gól­no­ści dziew­czyny, którą matka wzięła pod swoje skrzy­dła, czy też obej­muje rów­nież jej sio­stry? Czy mowa o nie­za­leż­no­ści moral­nej, czy też mate­rial­nej? Czy zna­czy to, że sio­strze­nice są zamożne, czy też, że nie chcą się do niczego zobo­wią­zy­wać, czy też, po pro­stu, że lubią same o sobie decy­do­wać.

- Ostat­nia hipo­teza wydaje mi się nie­wąt­pli­wie praw­dziwa, nawet jeśli twoja matka co innego miała na myśli - stwier­dził pan Touchett.

- Wkrótce prze­ko­na­cie się na wła­sne oczy - rzekł lord War­bur­ton. - Kiedy te panie mają przy­je­chać?

- Nie znamy dnia ani godziny: gdy trafi się sta­tek ze zno­śną kajutą. Moż­liwe, że matka jesz­cze na niego czeka, ale nie­wy­klu­czone, że już zeszła z pokładu na zie­mię angiel­ską.

- W takim razie chyba dałaby znać depe­szą?

- Ni­gdy nie depe­szuje wtedy, kiedy można by się tego spo­dzie­wać, tylko w zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nych momen­tach - powie­dział star­szy pan. - Lubi mnie zaska­ki­wać, może wyobraża sobie, że przy­ła­pie mnie na jakimś gorą­cym uczynku. Dotych­czas to jej się nie udało, ale nie stra­ciła nadziei.

- To się tłu­ma­czy wspólną w jej rodzi­nie cechą, cechą nie­za­leż­no­ści, o któ­rej wspo­mniała w depe­szy - bar­dziej życz­li­wie oce­nił zwy­czaje pani Touchett jej syn. - Choćby te młode osoby try­skały wielką ener­gią, moja matka nie da im się pod tym wzglę­dem prze­ści­gnąć. Lubi wszyst­kie sprawy zała­twiać samo­dziel­nie i nie wie­rzy, żeby ktoś był zdolny jej w czym­kol­wiek pomóc. Ja jestem w jej oczach rów­nie bez­u­ży­teczny jak zna­czek pocz­towy bez kleju, i nie wyba­czy­łaby mi, gdy­bym ośmie­lił się poje­chać na jej spo­tka­nie do Liver­po­olu.

- Czy przy­naj­mniej zawia­do­misz mnie o przy­jeź­dzie kuzynki? - spy­tał lord War­bur­ton.

- Pod warun­kiem, który już panu posta­wi­łem - odparł za syna star­szy pan.

- Ta suro­wość jest chyba nie­spra­wie­dliwa. Czy wydaję się panu nie­godny?

- Jest pan aż zanadto godny, ale nie chciał­bym, żeby pana poślu­biła. Nie przy­jeż­dża tutaj szu­kać męża, mam nadzieję, bo wiele panien to robi, jak gdyby nie miały w swo­jej ojczyź­nie dość kan­dy­da­tów. Zresztą praw­do­po­dob­nie jest już zarę­czona, o ile mi wia­domo, pra­wie wszyst­kie młode Ame­ry­kanki mają narze­czo­nych. A poza tym wcale nie jestem pewny, czy pan byłby bar­dzo dobrym mężem.

- Moż­liwe, że jest zarę­czona, jak więk­szość ame­ry­kań­skich panien, które spo­ty­ka­łem, ale słowo daję, nie zauwa­ży­łem, żeby to sta­no­wiło wielką prze­szkodę. Co do tego, czy był­bym dobrym mężem, sam nie mam pew­no­ści. Trzeba by spró­bo­wać, żeby się dowie­dzieć.

- Niech pan pró­buje, ile zechce, byle nie z moją sio­strze­nicą - z uśmie­chem odparł star­szy pan, opo­nu­jąc tylko dla żartu.

- Ano trudno! - tym samym, a nawet jesz­cze bar­dziej żar­to­bli­wym tonem odpo­wie­dział lord War­bur­ton. - W końcu nie wia­domo, czy ta panna jest warta zachodu!

Rozdział 2

2

Gdy dwaj pano­wie bawili się tym spo­rem, Ralph Touchett odda­lił się nieco, po swo­jemu powłó­cząc nogami, z rękami w kie­sze­niach i w asy­ście weso­łego foks­te­riera. Szedł w kie­runku domu, ale odwra­cał głowę, spo­glą­da­jąc w zadu­mie na traw­nik, toteż nie wie­dział, że już od dłuż­szej chwili obser­wuje go młoda kobieta, która wła­śnie zja­wiła się w sze­ro­kich drzwiach domu. Jego uwagę zwró­cił dopiero foks­te­rier, który nagle puścił się pędem ku nie­zna­jo­mej, poszcze­ku­jąc prze­ni­kli­wym gło­sem, raczej jed­nak tonem powi­ta­nia niż groźby. Młoda dziew­czyna poznała się na tym od razu. Pie­sek dopadł jej stóp i zatrzy­mał się, zadzie­ra­jąc w górę łeb i uja­da­jąc zawzię­cie, ale ona bez waha­nia schy­liła się, chwy­ciła go w ramiona i pod­nio­sła tak, że jego pysz­czek, poszcze­ku­jący wytrwale, zna­lazł się tuż obok jej twa­rzy. Tym­cza­sem Ralph zdą­żył dogo­nić psa i stwier­dzić, że Bun­chie już zaprzy­jaź­nił się z wysoką młodą kobietą, która ubrana była w czarną suk­nię i która od pierw­szego rzutu oka wydała mu się bar­dzo ładna. Nie miała na gło­wie kape­lu­sza, z czego wyni­kało, że jest miesz­kanką domu; syn gospo­da­rza był więc zasko­czony, bo od dłuż­szego czasu, ze względu na stan zdro­wia star­szego pana, nie przyj­mo­wano w Gar­den­co­urt gości. Teraz już dwaj inni pano­wie także spo­strze­gli obec­ność nowej osoby.

- Skąd się tu wzięła ta nie­zna­joma pani? - zdzi­wił się pan Touchett.

- To zapewne sio­strze­nica pań­skiej żony, nie­za­leżna młoda Ame­ry­kanka - domy­ślił się lord War­bur­ton. - Łatwo to zgad­nąć ze spo­sobu, w jaki pora­dziła sobie z pie­skiem.

Col­lie też w końcu zwró­cił uwagę na sto­jącą w drzwiach osobę i ruszył ku niej, macha­jąc z wolna ogo­nem.

- Gdzież w takim razie podziewa się moja żona? - szep­nął star­szy pan.

- Młoda Ame­ry­kanka praw­do­po­dob­nie zosta­wiła ją gdzieś po dro­dze, to jesz­cze jeden dowód nie­za­leż­no­ści.

Dziew­czyna, wciąż trzy­ma­jąc foks­te­riera w obję­ciach, zwró­ciła się z uśmie­chem do Ral­pha:

- To pana pie­sek?

- Był mój przed chwilą, ale teraz wydaje się, że zna­lazł nową wła­ści­cielkę.

- Czy nie mógłby nale­żeć do nas obojga? - spy­tała. - Śliczny, prze­miły pie­se­czek!

Ralph patrzał na nią przez długą chwilę. Była nad­spo­dzie­wa­nie ładna.

- Daję go pani w pre­zen­cie - powie­dział.

Dziew­czyna, cho­ciaż zda­wała się bar­dzo pewna sie­bie i innych ludzi, zaru­mie­niła się, stro­piona tym nie­ocze­ki­wa­nie hoj­nym gestem.

- Powinna bym naj­pierw przed­sta­wić się, jestem praw­do­po­dob­nie pań­ską kuzynką... - urwała, wypusz­cza­jąc pie­ska na wol­ność. - O, drugi! - dodała szybko, bo zbli­żył się col­lie.

- Praw­do­po­dob­nie?! - wykrzyk­nął młody czło­wiek ze śmie­chem. - Myśla­łem, że to fakt nie­wąt­pliwy. Przy­je­cha­łaś z moją matką?

- Tak, pół godziny temu.

- Czy matka pod­rzu­ciła cię tutaj, a sama poje­chała dalej?

- Nie, nie. Poszła pro­sto do swo­jego pokoju, a mnie pro­siła, na wypa­dek gdy­bym cię spo­tkała, żebym ci powtó­rzyła, że masz do niej zgło­sić się kwa­drans przed siódmą.

Ralph spoj­rzał na zega­rek.

- Dzię­kuję! Sta­wię się punk­tu­al­nie. - Pod­niósł wzrok na kuzynkę. - Witamy! Bar­dzo mnie cie­szy, że się pozna­li­śmy.

Przy­glą­dała się bystrym wzro­kiem wszyst­kiemu: kuzy­nowi, obu psom, dwom panom na traw­niku w cie­niu drzew, całej tej prze­pięk­nej sce­ne­rii, która ją ota­czała.

- W życiu nie widzia­łam rów­nie uro­czego miej­sca. Zwie­dzi­łam już dom i jestem zachwy­cona.

- Szkoda, że byłaś już od pół godziny tutaj, a my nic o tym nie wie­dzie­li­śmy!

- Twoja matka wytłu­ma­czyła mi, że w Anglii takie są zwy­czaje i wypada przy­jeż­dżać dys­kret­nie, myśla­łam, że tak wła­śnie trzeba. Czy jeden z tych panów to twój ojciec?

- Tak, ten star­szy, w fotelu - potwier­dził Ralph.

Dziew­czyna roze­śmiała się z cicha:

- Młod­szego o to nie podej­rze­wa­łam. Kto to taki?

- Jeden z naszych przy­ja­ciół, lord War­bur­ton.

- Och, prze­czu­wa­łam, że będzie jakiś lord! Zupeł­nie jak w powie­ści. - Po chwili wykrzyk­nęła nagle: - Mój naj­ślicz­niej­szy! - I schy­liła się, żeby znowu wziąć na ręce pie­ska.

Stała wciąż w drzwiach, tam gdzie zaczęli roz­mowę, i zda­wało się, że wcale nie zamie­rza podejść do pana Touchetta i przed­sta­wić mu się, a Ralph, obser­wu­jąc jej smu­kłą, śliczną postać, zasta­na­wiał się, czy dziew­czyna nie ocze­kuje, że sta­rzec przyj­dzie ją witać. Wszyst­kie Ame­ry­kanki przy­zwy­cza­jone są do wiel­kich wzglę­dów ze strony męż­czyzn, a ta podobno odzna­czała się szcze­gólną dumą. To zresztą mógł wyczy­tać z jej twa­rzy.

- Może byś pode­szła do ojca? - zary­zy­ko­wał jed­nak pyta­nie. - Z powodu wieku i kalec­twa nie może wstać z fotela.

- Och, biedny, jakże mu współ­czuję! - wykrzyk­nęła i natych­miast ruszyła naprzód. - Sądząc z tego, co mówiła twoja matka, wyobra­ża­łam sobie, że jest raczej... raczej wyjąt­kowo ener­giczny!

Ralph mil­czał chwilę, nim odpo­wie­dział:

- Matka nie widziała go od roku.

- W każ­dym razie spę­dza czas w prze­pięk­nym oto­cze­niu. Chodź z nami, pie­seczku.

- Tak, to piękna stara sie­dziba - szep­nął Ralph, zer­ka­jąc z ukosa na dziew­czynę.

- Jak się nazywa? - spy­tała, zajęta znów foks­te­rie­rem.

- Mój ojciec?

- Tak - odparła ze śmie­chem - ale nie mów mu lepiej, że pyta­łam o jego imię.

Kiedy sta­nęli przed nim, star­szy pan z wysił­kiem dźwi­gnął się z fotela.

- Matka przy­je­chała - oznaj­mił Ralph - a to jest panna Archer.

Star­szy pan poło­żył ręce na jej ramio­nach, przy­glą­dał jej się chwilę ser­decz­nie, a potem uca­ło­wał szar­mancko w oba policzki.

- Bar­dzo się cie­szę, że cię tu widzę. Żałuję tylko, że nie mogli­śmy cię przy­wi­tać jak należy.

- Och, przy­wi­tała nas służba, kil­ka­na­ście osób było w hallu! - odparła dziew­czyna. - A jakaś stara kobieta dygnęła, kiedy wjeż­dża­ły­śmy w bramę.

- My przy­wi­ta­li­by­śmy was pięk­niej, gdy­by­śmy byli uprze­dzeni o waszym przy­jeź­dzie! - Star­szy pan uśmie­chał się, zacie­rał ręce i z wolna kiwał głową. - Ale moja żona nie lubi takich rze­czy.

- Cio­cia poszła pro­sto do swo­jego pokoju.

- Tak, i pewno zamknęła drzwi na klucz. Jak zwy­kle. Praw­do­po­dob­nie zoba­czę ją w przy­szłym tygo­dniu. - To rze­kł­szy mąż pani Touchett ostroż­nie osu­nął się z powro­tem na fotel.

- Wcze­śniej! - powie­działa panna Archer. - Cio­cia zej­dzie o ósmej na obiad. I nie zapo­mnij - zwró­ciła się z uśmie­chem do Ral­pha - kwa­drans przed siódmą.

- Co ma się stać kwa­drans przed siódmą?

- Mam być w pokoju matki.

- A to szczę­ściarz z cie­bie! - stwier­dził star­szy pan. - A ty, moje dziecko, usiądź i napij się her­baty - zapro­po­no­wał sio­strze­nicy.

- Przy­nie­siono mi her­batę do pokoju, jak tylko tam weszłam! - odpo­wie­działa dziew­czyna. - Zmar­twi­łam się, że zasta­ły­śmy wuja nie­zdro­wego - dodała, patrząc w twarz sędzi­wego pana domu.

- No, cóż, moja droga, jestem stary, pora, żebym się zesta­rzał. Ale będę się czuł zdrow­szy, patrząc na cie­bie.

Wodziła znów wzro­kiem dokoła, po traw­niku, wiel­kich drze­wach, zaro­słej sito­wiem sre­brzy­stej Tami­zie, po fasa­dzie pięk­nego sta­rego domu, zajęta tym prze­glą­dem nie pomi­nęła też trzech panów i nie mogło nikogo dzi­wić, że oni także inte­re­sują młodą kobietę, nie­wąt­pli­wie inte­li­gentną i pod­nie­coną nowo­ścią oto­cze­nia. Usia­dła, puściła pie­ska w trawę, splo­tła białe ręce na czar­nej sukni; sie­działa z pod­nie­sioną głową, z błysz­czą­cymi oczyma, a jej gibka postać swo­bod­nie obra­cała się to w tę, to w inną stronę, czuj­nie reagu­jąc na wszyst­kie wra­że­nia. Było tych wra­żeń wiele i odzwier­cie­dlały się w pogod­nym, cichym uśmie­chu.

- Ni­gdy nie widzia­łam nic rów­nie pięk­nego!

- Tak, to jest uro­cze miej­sce - przy­znał star­szy pan. - Rozu­miem cię, kie­dyś prze­ży­wa­łem to podob­nie. Ale ty sama jesteś piękna - dodał mile, wcale nie żar­to­bli­wym tonem, świa­do­mie i z satys­fak­cją wyko­rzy­stu­jąc przy­wi­lej pode­szłego wieku, który pozwa­lał mu mówić tak otwar­cie nawet do mło­dej dziew­czyny, bez obawy, że ją spło­szy.

Trudno dokład­nie oce­nić, w jakim stop­niu zanie­po­koił ją ten kom­ple­ment; jed­nakże wstała i zaru­mie­niła się, cho­ciaż nie pró­bo­wała zaprze­czać.

- O, tak, jestem ładna - powie­działa i zaśmiała się z cicha. - To bar­dzo stary dom, prawda? Z cza­sów Elż­biety?

- Z wcze­snego okresu Tudo­rów - wyja­śnił Ralph.

Odwró­ciła się ku niemu, uważ­nie obser­wu­jąc wyraz jego twa­rzy.

- Wcze­sny okres Tudo­rów? Nie­sły­chane! I pewno jest w Anglii wię­cej takich domów?

- Jest wiele jesz­cze pięk­niej­szych.

- Nie, tego nie mów, synu! - zapro­te­sto­wał star­szy pan. - Nic nie może być pięk­niej­sze.

- Mój dom też jest nie­zły, może nawet lep­szy niż ten - ode­zwał się lord War­bur­ton, który dotych­czas mil­czał, ale pil­nie przy­glą­dał się pan­nie Archer. Ukło­nił się jej lekko, z uśmie­chem; był zawsze wzo­rowo uprzejmy wobec kobiet. Panna Archer bły­ska­wicz­nie umiała to oce­nić, a nie zapo­mi­nała przy tym, że ma do czy­nie­nia z lor­dem. - Z przy­jem­no­ścią poka­zał­bym go pani - dodał.

- Nie wierz mu! - zawo­łał star­szy pan. - Nie ma co oglą­dać! To stara buda, nie można jej porów­nać z moim domem.

- Nie widzia­łam, więc nie wiem, co sądzić - odparła dziew­czyna, uśmie­cha­jąc się do lorda War­bur­tona.

Ralph Tbu­chett nie zdra­dzał naj­mniej­szego zain­te­re­so­wa­nia tą dys­ku­sją; stał z rękami w kie­sze­niach i naj­wi­docz­niej miał ochotę nawią­zać znów roz­mowę ze świeżo odkrytą kuzynką.

- Lubisz psy? - spy­tał, żeby jakoś zagaić dia­log. Sam chyba zda­wał sobie sprawę, że nie był to bar­dzo zręczny począ­tek, godny tak inte­li­gent­nego jak on czło­wieka.

- Bar­dzo!

- Pamię­taj, Bun­chie do cie­bie należy - brnął dalej, wciąż dość nie­zgrab­nie.

- Tak, z przy­jem­no­ścią będę go uwa­żała za swo­jego pie­ska, przez cały czas pobytu tutaj.

- Mam nadzieję, że zosta­niesz z nami jak naj­dłu­żej.

- To miło z two­jej strony. Nie wiem. O wszyst­kim zade­cy­duje cio­cia.

- Ja z nią o tym pomó­wię... kwa­drans przed siódmą - powie­dział Ralph, spo­glą­da­jąc na zega­rek.

- W każ­dym razie cie­szę się, że tu przy­je­cha­łam - odparła dziew­czyna.

- Nie wie­rzę, że pozwa­lasz, by ktoś inny za cie­bie decy­do­wał.

- Ależ tak, jeśli cudze decy­zje podo­bają mi się, zga­dzam się z nimi.

- W tym przy­padku musi być tak, jak mnie się podoba - oświad­czył Ralph. - Nie poj­muję, jak to mogło się stać, że cię dotych­czas nie zna­li­śmy.

- A ja przez cały czas ist­nia­łam tam, wystar­czyło przy­je­chać i zoba­czył­byś mnie.

- Tam, to zna­czy gdzie?

- W Sta­nach Zjed­no­czo­nych, w Nowym Jorku czy w Albany, czy w innych ame­ry­kań­skich mia­stach.

- Byłem w Ame­ryce, ale nie spo­tka­łem się z tobą. Nie rozu­miem dla­czego.

Panna Archer wahała się chwilę, zanim odpo­wie­działa:

- Po śmierci mojej matki, kiedy byłam jesz­cze mała, doszło do pew­nych roz­dź­wię­ków mię­dzy ojcem a cio­cią. Toteż nie spo­dzie­wa­łam się, że kie­dy­kol­wiek was poznam.

- Ależ ja, broń Boże, nie mogę podzie­lać wszyst­kich uraz mojej matki! - wykrzyk­nął Ralph i poważ­nym już tonem spy­tał: - Ojca stra­ci­łaś nie­dawno, prawda?

- Prze­szło rok temu. Póź­niej cio­cia oka­zała mi wiele dobroci. Odwie­dziła mnie i zapro­po­no­wała, żebym z nią poje­chała do Europy.

- Ach, tak - powie­dział Ralph. - Adop­to­wała cię.

- Adop­to­wała? - powtó­rzyła dziew­czyna, otwie­ra­jąc sze­roko oczy i rumie­niąc się znowu; zda­wała się dotknięta bole­śnie, co mocno zanie­po­ko­iło jej kuzyna. Nie prze­wi­dział takiego skutku swo­ich lekko rzu­co­nych słów. W tym momen­cie pod­szedł do nich lord War­bur­ton, nie ukry­wa­jąc, że pra­gnie z bli­ska patrzeć na pannę Archer, która zwró­ciła na niego wzrok mówiąc: - Nie, nie adop­to­wała mnie. Nie jestem kan­dy­datką do adop­cji.

- Prze­pra­szam cię sto­krot­nie! - szep­nął Ralph. - Chcia­łem powie­dzieć... chcia­łem powie­dzieć... - ale sam już nie wie­dział, co chciał powie­dzieć.

- Chcia­łeś powie­dzieć, że wzięła mnie pod swoje skrzy­dła. Racja, cio­cia lubi brać innych pod swoje skrzy­dła. Jest dla mnie bar­dzo dobra, ale... ja bar­dzo sobie cenię wol­ność - zakoń­czyła, wyraź­nie sta­ra­jąc się, żeby to zabrzmiało sta­now­czo.

- Roz­ma­wia­cie o pani Touchett? - zawo­łał z fotela star­szy pan. - Chodź no tu, moja droga, i opo­wiedz mi o niej coś nie­coś. Wdzięczny będę za wszel­kie wia­do­mo­ści o mojej żonie.

Dziew­czyna uśmiech­nęła się, ale nie od razu odpo­wie­działa.

- Cio­cia ma naprawdę wiele dobrej woli. - Pode­szła do wuja, któ­rego jej odpo­wiedź bar­dzo uba­wiła.

Lord War­bur­ton został na ubo­czu z Ral­phem i zwró­cił się do niego, mówiąc:

- Przed chwilą wyra­zi­łeś cie­ka­wość, jak wygląda mój ideał inte­re­su­ją­cej kobiety. Oto mam ją przed sobą!

Rozdział 3

3

Pani Touchett nie­wąt­pli­wie miała różne dzi­wac­twa, któ­rych zna­mien­nym przy­kła­dem było jej zacho­wa­nie się w dniu powrotu do męża i domu po wielu mie­sią­cach nie­obec­no­ści. Wszystko zawsze robiła po swo­jemu. Tak można by naj­pro­ściej okre­ślić jej cha­rak­ter, zdolny do wspa­nia­ło­myśl­nych gestów, ale ni­gdy nie ujmu­jący sło­dy­czą. Pani Touchett czy­niła ludziom wiele dobrego, lecz nie była dla nikogo miła. Z upodo­ba­niem robiła wszystko po swo­jemu, a to nie zna­czy, że zawsze postę­po­wała aro­gancko, tylko że jej zwy­czaje róż­niły się od przy­ję­tych przez innych ludzi, a przy tym kon­tur miały tak wyostrzony, że co wraż­liw­sze osoby odczu­wały je jak dra­śnię­cie nożem. Ta wła­śnie wyra­fi­no­wana nie­ustę­pli­wość prze­ja­wiła się w jej zacho­wa­niu pierw­szego dnia po powro­cie z Ame­ryki, gdy wszyst­kie oko­licz­no­ści powinny by ją skło­nić do przy­wi­ta­nia się przede wszyst­kim i bez zwłoki z mężem i synem. Pani Touchett z przy­czyn, które jej wyda­wały się naj­słusz­niej­sze, zawsze w podob­nych sytu­acjach wyco­fy­wała się za zamknięte her­me­tycz­nie drzwi swego pokoju i odkła­dała wszel­kie sen­ty­men­talne obrzędy na póź­niej, aby przed­tem dopro­wa­dzić po podróży do porządku strój; trudno zgad­nąć, dla­czego wyda­wało jej się to tak ważne, bo na pewno nie kie­ro­wała się umi­ło­wa­niem piękna ani próż­no­ścią. Nie­ładna i nie­młoda, pozba­wiona wdzięku i nie­zbyt ele­gancka, żywiła jed­nak głę­boki respekt dla moty­wów swo­jego postę­po­wa­nia. Gdyby ktoś bar­dzo grzecz­nie popro­sił ją o wyja­śnie­nie tych moty­wów, mogłaby je ujaw­nić, ale oka­za­łyby się zupeł­nie różne od tych, które jej przy­pi­sy­wano. Żyła w fak­tycz­nej sepa­ra­cji z mężem, nie dostrze­gała jed­nak w tym nic nie­wła­ści­wego. Już od wcze­snych lat poży­cia prze­ko­nali się nie­zbi­cie, że ni­gdy nie pra­gną tego samego i jed­no­cze­śnie, a to odkry­cie skło­niło panią Touchett do rato­wa­nia sytu­acji od wul­gar­nej przy­pad­ko­wo­ści. Zro­biła, co mogła, żeby roz­dź­wię­kowi nadać moc prawa i zara­zem bar­dziej budu­jące pozory: wyje­chała do Flo­ren­cji, kupiła tam dom i osie­dliła się w nim, pozo­sta­wia­jąc męża na straży lon­dyń­skiego oddziału banku. To roz­wią­za­nie bar­dzo jej się podo­bało; cecho­wała je pożą­dana nie­odwo­łal­ność. W tym samym świe­tle widział je pan Touchett ze swego punktu obser­wa­cyj­nego w zamglo­nym Lon­dy­nie, gdzie chwi­lami żaden inny fakt nie był rów­nie jasno dostrze­galny; wolałby jed­nak, by tak nie­na­tu­ralna sytu­acja zary­so­wy­wała się mniej dobit­nie; zgoda na tę nie­zgodę kosz­to­wała go sporo wysiłku, z każ­dym nie­mal innym wyj­ściem łatwiej by się pogo­dził niż z tym; nie mógł pojąć, dla­czego zgoda czy nie­zgoda muszą być tak strasz­li­wie kon­se­kwentne. Pani Touchett nie pozwa­lała sobie ani na żal, ani na roz­my­śla­nia; zwy­kle co roku spę­dzała jeden mie­siąc z mężem i w okre­sie tej wizyty sta­rała się go prze­ko­nać o słusz­no­ści swo­jej metody. Nie lubiła angiel­skiego stylu życia z czte­rech powo­dów, na które czę­sto się powo­ły­wała; doty­czyły bła­hych tra­dy­cyj­nych zwy­cza­jów, lecz w prze­ko­na­niu pani Touchett wystar­cza­jąco uspra­wie­dli­wiały emi­gra­cję z tego kraju. Nie cier­piała chle­bo­wego sosu, ponie­waż, jej zda­niem, wyglą­dał jak kom­pres, a sma­ko­wał jak mydło; potę­piała bry­tyj­skie słu­żące, które piły piwo, i twier­dziła, że bry­tyj­skie praczki nie są mistrzy­niami w swoim rze­mio­śle (a bar­dzo dbała o wygląd bie­li­zny). Regu­lar­nie odwie­dzała swój kraj ojczy­sty, ale rzadko prze­by­wała w Ame­ryce tak długo jak ostat­nim razem.

Wzięła sio­strze­nicę pod swoje skrzy­dła, to nie ule­gało wąt­pli­wo­ści. Na cztery mie­siące przed opi­sa­nymi wyżej zda­rze­niami, pew­nego dżdży­stego popo­łu­dnia panna Archer sie­działa samot­nie nad książką. A skoro czy­tała, samot­ność nie doku­czała jej, bo żądza wie­dzy tak była w tej dziew­czy­nie gorąca, że zapład­niała jej wyobraź­nię, z natury bar­dzo żywą. W tym wszakże momen­cie sytu­acji bra­ko­wało smaku świe­żo­ści i wnio­sła go dopiero nie­spo­dzie­wana wizyta. Nikt nie zaanon­so­wał gościa; panna Archer sama w pew­nej chwili usły­szała kroki w sąsied­nim salo­nie. Działo się to w Albany, w sta­rym, dużym dwu­ro­dzin­nym domu, który posta­no­wiono sprze­dać, jak świad­czyło ogło­sze­nie wywie­szone w jed­nym z okien par­teru. Dom miał dwa wej­ścia, lecz od dawna uży­wano wyłącz­nie jed­nego, cho­ciaż dru­gie nie zostało zamu­ro­wane. Oba wyglą­dały iden­tycz­nie: wiel­kie białe drzwi w łuko­wato skle­pio­nej fra­mu­dze, z dużymi bocz­nymi oknami wpra­wio­nymi w czer­woną kamienną ścianę małego ganeczku, z któ­rego kilka schod­ków pro­wa­dziło na ceglany chod­nik ulicy. Z dwóch domów utwo­rzono jeden, usu­wa­jąc dzie­lącą je ścianę i łącząc sąsied­nie pokoje. Na pię­trze było tych pokoi mnó­stwo, a wszyst­kie jed­na­kowo poma­lo­wane żół­ta­wo­białą, teraz już dość wybla­kłą farbą. Na dru­gim pię­trze dwie czę­ści domu łączył skle­piony kory­tarz, który Isa­bel i jej sio­stry w dzie­ciń­stwie nazy­wały tune­lem, bo cho­ciaż krótki i dobrze oświe­tlony, wyda­wał im się tajem­ni­czy i odcięty od świata, zwłasz­cza w zimowe popo­łu­dnia. Isa­bel jako małe dziecko prze­by­wała tu w róż­nych okre­sach wiele razy; dom ten wów­czas nale­żał do jej babki. Potem przez dzie­sięć lat nie odwie­dzała Albany i wró­ciła tu dopiero na krótko przed śmier­cią ojca. Babka, star­sza pani Archer, póki jej wiek na to pozwa­lał, lubiła mieć dom pełen gości, głów­nie naj­bliż­szej rodziny, toteż wnuczki czę­sto spę­dzały pod jej dachem całe tygo­dnie, które Isa­bel zacho­wała w pamięci jako naj­szczę­śliw­sze. Tryb życia był tutaj inny niż w domu rodzi­ców, bar­dziej dostatni, szczo­dry, nie­mal stale odświętny; w dzie­cin­nym pokoju pano­wała bar­dzo łagodna dys­cy­plina, a moż­li­wo­ści przy­słu­chi­wa­nia się roz­mo­wom doro­słych - co Isa­bel zawsze uwa­żała za naj­więk­szą przy­jem­ność - nie miały pra­wie gra­nic. Usta­wicz­nie ktoś przy­jeż­dżał albo wyjeż­dżał; syno­wie, córki i wnuki pani tego domu naj­wi­docz­niej chęt­nie korzy­stali z jej zawsze aktu­al­nych zapro­szeń i dom przy­po­mi­nał tro­chę pro­win­cjo­nalną, bar­dzo uczęsz­czaną gospodę, któ­rej zacna wła­ści­cielka czę­sto wzdy­chała, ale ni­gdy nie wysta­wiała rachun­ków. Isa­bel oczy­wi­ście nic o żad­nych rachun­kach nie wie­działa, ale już w naj­wcze­śniej­szym dzie­ciń­stwie uznała, że dom babki ma roman­tyczny urok. Za domem na kry­tej weran­dzie zain­sta­lo­wana była huś­tawka - źró­dło gorą­cego podziwu - a dalej cią­gnął się długi pas ogrodu opa­da­ją­cego po zbo­czu ku stajni i zasa­dzo­nego drze­wami brzo­skwiń, z któ­rymi dzieci zawarły nie­wia­ry­god­nie poufałą zna­jo­mość. Isa­bel bawiła w domu babki w róż­nych porach roku, ale jakimś spo­so­bem wspo­mnie­nia wszyst­kich tych wizyt koja­rzyły się z aro­ma­tem brzo­skwiń. Naprze­ciwko, po dru­giej stro­nie jezdni stał stary dom nazy­wany "holen­der­skim" - dzi­waczny budy­nek z naj­wcze­śniej­szego okresu kolo­nial­nego, wznie­siony z malo­wa­nej na żółto cegły, zwień­czony oso­bli­wym szczy­tem, który kazano podzi­wiać przy­by­szom z innych miast, ogro­dzony kośla­wymi drew­nia­nymi szta­che­tami i zwró­cony bokiem do ulicy. Mie­ściła się w nim szkoła począt­kowa dla chłop­ców i dziew­cząt, a pro­wa­dziła ją - dość nie­udol­nie - bar­dzo uczu­ciowa pani, która zapi­sała się w pamięci Isa­bel głów­nie tym, że upi­nała włosy nad skro­niami parą nie­zwy­kłych grze­by­ków, sto­sow­nych raczej do noc­nego ucze­sa­nia, i że była wdową po jakimś waż­nym czło­wieku. Isa­bel mia­łaby oka­zję zdo­by­cia w tej szkole pod­staw wie­dzy, ale po jed­nym dniu zbun­to­wała się prze­ciw obo­wią­zu­ją­cym rygo­rom i babka zwol­niła ją z tego obo­wiązku; w cie­płe dni wrze­śniowe, gdy okna holen­der­skiego domu były otwarte, słu­chała chóru dzie­cię­cych gło­sów powta­rza­ją­cych tabliczkę mno­że­nia, a w jej duszy szczę­ście wol­no­ści i ból istoty wyklu­czo­nej z gro­mady łączyły się ze sobą nie­ro­ze­rwal­nie. Pod­stawy wie­dzy zdo­była wła­ści­wie mimo woli w domu babki, gdzie więk­szość współ­miesz­kań­ców nie wyka­zy­wała zapału do lek­tury, pozo­sta­wia­jąc małej Isa­bel cał­ko­witą swo­bodę korzy­sta­nia z biblio­teki, peł­nej ksią­żek w ozdob­nych okład­kach. Dziew­czynka wspi­nała się na krze­sło i ścią­gała tomy z wyż­szych pó­łek; w wybo­rze kie­ro­wała się głów­nie wyglą­dem okładki. Z tą zdo­by­czą kryła się w poko­iku za biblio­teką, nazwa­nym tra­dy­cyj­nie kan­ce­la­rią, cho­ciaż nikt już nie pamię­tał, skąd wzięła się ta nazwa; Isa­bel ni­gdy nie dowie­działa się, kto w tej kan­ce­la­rii pra­co­wał i na jakie lata przy­pa­dał okres jej roz­kwitu; zado­wo­liła się stwier­dze­niem, że w małej salce na każdy szmer odpo­wiada echo, że unosi się w niej przy­jemny zapa­szek stę­chli­zny i że stała się miej­scem wygna­nia dla sta­rych wzgar­dzo­nych mebli, któ­rych wady nie zawsze były widoczne (a więc nie­ła­ska zda­wała się nie­za­słu­żona, zgro­ma­dzone tu graty mogła uwa­żać za ofiary niespra­wiedliwości) i z któ­rymi nawią­zała - jak to zwy­kle robią dzieci - nie­mal jak z ludźmi sto­sunki dość zażyłe, a na pewno bar­dzo dra­ma­tyczne, zwłasz­cza z obitą wło­sianką kanapą, któ­rej zwie­rzała nie­zli­czone dzie­cinne zmar­twie­nia.

Melan­cho­lij­nej tajem­ni­czo­ści doda­wało temu poko­jowi to, że wła­ściwe do niego wej­ście sta­no­wiły drzwi raz na zawsze zamknięte, zary­glo­wane potężną zasuwą, któ­rej wyjąt­kowo szczu­pła dziew­czynka nie miała siły otwo­rzyć. Wie­działa, że ta głu­cha, nie­wzru­szona brama pro­wa­dzi po pro­stu na ulicę; gdyby bocz­nych okie­nek nie zasło­nięto zie­lo­nym papie­rem, mogłaby przez nie zoba­czyć mały bru­natny ganek i zdep­tany chod­nik z cegieł. Wcale jed­nak nie miała ochoty wyglą­dać przez okno, bo wów­czas pew­nie roz­wia­łaby się ulu­biona wizja jakie­goś dziw­nego, nie­zna­nego miej­sca, które, jak sobie wyobra­żała w dzie­ciń­stwie, kryje się za tymi drzwiami i zależ­nie od chwi­lo­wego nastroju wabi wdzię­kiem albo tchnie grozą.

W tej wła­śnie kan­ce­la­rii sie­działa Isa­bel owego pamięt­nego popo­łu­dnia w melan­cho­lijny dżdży­sty dzień przed­wio­śnia. Miała do dys­po­zy­cji cały dom, ale wybrała ten jego naj­bar­dziej opusz­czony zaką­tek. Ni­gdy dotych­czas nie otwo­rzyła zary­glo­wa­nych drzwi ani też nie zdarła z bocz­nych okie­nek zie­lo­nego papieru (nakle­jo­nego na nowo innymi już rękami); wolała nie wie­dzieć, że za nimi cią­gnie się zwy­kła ulica. Padał ostry, zimny, rzę­si­sty deszcz. Wio­sna wzy­wała - ale chyba cynicz­nie i nie­szcze­rze - do cier­pli­wo­ści. Isa­bel jed­nak nie zwa­żała na oszu­kań­cze sztuczki kli­matu, sta­rała się nie odry­wać wzroku od książki i na niej sku­pić całą uwagę. Spo­strze­gła ostat­nio, że umysł jej ma włó­czę­gow­skie skłon­no­ści, szu­kała więc róż­nych spo­so­bów, żeby go pod­da­wać woj­sko­wej musz­trze, ucząc go posu­wać się naprzód, zatrzy­my­wać się, cofać, wyko­ny­wać inne, bar­dziej skom­pli­ko­wane manewry na komendę woli. Teraz wła­śnie dała roz­kaz mar­szu i umysł jej brnął przez piasz­czy­stą rów­ninę histo­rii nie­miec­kiej filo­zo­fii. W pew­nej chwili uprzy­tom­niła sobie, że temu jej inte­lek­tu­al­nemu pocho­dowi towa­rzy­szą czy­jeś kroki, nie­zgodne z jego ryt­mem. Nasłu­chu­jąc, zro­zu­miała, że ktoś jest w biblio­tece, sąsia­du­ją­cej z kan­ce­la­rią. Z początku myślała, że to gość, któ­rego się spo­dzie­wała, prędko jed­nak roz­po­znała kroki kobiece i obce, a ten, kogo ocze­ki­wała, nie nale­żał do żad­nej z tych dwóch kate­go­rii. W kro­kach nie­zna­jo­mej wyczu­wało się docie­kliwą cie­ka­wość i odwagę gotową do eks­pe­ry­men­tów; z pew­no­ścią nie zatrzy­mają się na progu kan­ce­la­rii. Rze­czy­wi­ście w drzwiach biblio­teki uka­zała się dama, która przy­sta­nęła, wpa­tru­jąc się bar­dzo uważ­nie w naszą boha­terkę. Była to nie­ładna i nie­młoda osoba w luź­nym nie­prze­ma­kal­nym płasz­czu, twarz jej wyra­żała wiele ener­gii.

- Ooo - zaczęła. - Czy tu zwy­kle prze­sia­du­jesz? - Rozej­rzała się wśród zbie­ra­niny sta­rych mebli.

- Gości przyj­muję gdzie indziej - odparła Isa­bel, wsta­jąc, by powi­tać intruza mącą­cego jej spo­kój.

Wyma­new­ro­wała z powro­tem do biblio­teki nie­zna­jomą panią, która z kolei ten pokój obrzu­ciła badaw­czym spoj­rze­niem.

- Zdaje mi się, że nie brak w domu pokoi w lep­szym sta­nie - powie­działa. - Ale wszystko tu jest mocno znisz­czone.

- Czy pani przy­szła, żeby obej­rzeć dom? - spy­tała Isa­bel. - Słu­żąca panią opro­wa­dzi.

- Nie potrze­buję jej i nie zamie­rzam kupo­wać domu. Słu­żąca praw­do­po­dob­nie szuka cię na górze i błą­dzi tam bez­rad­nie. Wydała mi się nie­zbyt inte­li­gentna. Powiedz jej, że już się spo­tka­ły­śmy.

Dziew­czyna wahała się i zasta­na­wiała chwilę, nie rozu­mie­jąc, o co cho­dzi, aż wresz­cie nie­ocze­ki­wany i kry­tycz­nie uspo­so­biony gość spy­tał bez­ce­re­mo­nial­nie:

- Przy­pusz­czam, że jesteś jedną z córek?

Isa­bel pomy­ślała, że ta pani ma bar­dzo dziwne maniery.

- Zależy od tego, czyje córki ma pani na myśli.

- Świę­tej pamięci Archera i mojej bied­nej sio­stry.

- Aha... - szep­nęła Isa­bel. - Pani musi być naszą zwa­rio­waną cio­cią Lydią!

- A więc tak nazy­wał mnie twój ojciec? Jestem ciotką Lydią, ale wcale nie zwa­rio­waną! Nie mie­wam złu­dzeń! A którą z córek jesteś?

- Naj­młod­szą z trzech. Na imię mi Isa­bel.

- Pamię­tam, dwie star­sze nazy­wają się Lilian i Edith. Jesteś też naj­ład­niej­sza, co?

- Nie mam poję­cia.

- Myślę, że tak. - W ten spo­sób ciotka i sio­strze­nica zawarły przy­jaźń. Ciotka przed laty, po śmierci sio­stry, posprze­czała się ze szwa­grem, zarzu­ca­jąc mu, że źle wycho­wuje córki. Jako czło­wiek krew­kiego tem­pe­ra­mentu Archer pora­dził jej, żeby nie wtrą­cała się w nie swoje sprawy i bio­rąc go za słowo, zerwała wszel­kie z nim sto­sunki, a po jego śmierci nie napi­sała nawet kon­do­len­cyj­nego listu do córek, któ­rym nie wpoił sza­cunku dla niej, jak to mimo woli zdra­dziła Isa­bel. Pani Touchett zawsze dzia­łała pla­nowo. Zamie­rzała wybrać się do Ame­ryki w spra­wach zain­we­sto­wa­nych tam kapi­ta­łów (nie powie­rzyła ich mężowi, pomimo jego wyso­kiej pozy­cji w świe­cie finan­sów) i przy oka­zji posta­no­wiła się dowie­dzieć o losy sio­strze­nic. Uznała, że kore­spon­den­cja nie mia­łaby sensu, bo i tak nie dowie­rza­łaby listow­nym infor­ma­cjom; zawsze wolała wszystko spraw­dzić oso­bi­ście. Isa­bel odkryła jed­nak, że ciotka Lydia dość dużo wie o nich; wie­działa, że dwie star­sze sio­stry wyszły za mąż i że biedny ojciec zosta­wił im bar­dzo mało pie­nię­dzy, ale dom w Albany, który do niego po zgo­nie babki nale­żał, ma być sprze­dany i uzy­skana suma przy­pad­nie trzem pan­nom Archer. Wie­działa też, że mąż Lilian, Edmund Ludlow, pod­jął się całą tę trans­ak­cję zała­twić; dla­tego wła­śnie mło­dzi pań­stwo Ludlow, któ­rzy przy­je­chali do Albany pie­lę­gno­wać w ostat­niej cho­ro­bie ojca, jesz­cze nie opu­ścili tego mia­sta i razem z Isa­bel miesz­kali chwi­lowo w sta­rym domu.

- Ile spo­dzie­wa­cie się dostać za dom? - spy­tała pani Touchett, gdy usia­dły we fron­to­wym salo­nie, który zlu­stro­wała wzro­kiem bez entu­zja­zmu.

- Nie mam poję­cia - odparła sio­strze­nica.

- Drugi raz sły­szę od cie­bie taką odpo­wiedź, a prze­cież nie wyglą­dasz na głu­pią dziew­czynę - stwier­dziła ciotka.

- Nie jestem głu­pia, ale nie znam się zupeł­nie na spra­wach pie­nięż­nych.

- Oczy­wi­ście, tak zosta­łaś wycho­wana, jak­byś miała odzie­dzi­czyć miliony. Ile, mówiąc kon­kret­nie, dosta­łaś w spadku?

- Doprawdy, nie wiem. Niech cio­cia zapyta Edmunda i Lilian, oni tu będą za pół godziny.

- We Flo­ren­cji ten dom ucho­dziłby za bar­dzo nędzny - powie­działa pani Touchett - ale tutaj, jak sądzę, może osią­gnąć wysoką cenę. Powinno to przy­nieść każ­dej z was sporą sumkę. Musisz chyba mieć coś poza tym, bar­dzo mnie dziwi, że tego nie wiesz. Loka­li­za­cja dobra, przy­pusz­czam, że zbu­rzą ten dom i posta­wią tutaj cały rząd skle­pów. Zasta­na­wiam się, czy same nie mogły­by­ście tego zro­bić, wynaj­mo­wa­nie skle­pów mogłoby być korzystne.

Isa­bel patrzyła na ciotkę ze zdu­mie­niem: ni­gdy myśl o wynaj­mo­wa­niu skle­pów nie przy­szłaby jej do głowy.

- Mam nadzieję, że dom nie zosta­nie zbu­rzony - odparła. - Jestem do niego bar­dzo przy­wią­zana.

- Nie rozu­miem dla­czego. Twój ojciec pod tym dachem umarł.

- Tak, ale nie mam o to żalu do domu - tro­chę dzi­wacz­nie odpo­wie­działa Isa­bel. - Lubię miej­sca, gdzie działo się wiele rze­czy. Nawet jeśli to były smutne zda­rze­nia. Tu wiele osób umarło, dom daw­niej kipiał życiem.

- To nazy­wasz życiem?

- Mam na myśli inten­syw­ność prze­żyć, ludz­kie uczu­cia i tro­ski. Ale nie same tylko smutki, bo ja w dzie­ciń­stwie byłam w domu babki bar­dzo szczę­śliwa.

- Jeżeli lubisz domy, gdzie dużo się działo, zwłasz­cza gdzie ludzie umie­rali, musisz poznać Flo­ren­cję. Miesz­kam w sta­rym pałacu, w któ­rym zamor­do­wano trzy osoby, to zna­czy, że o trzech wia­domo, ale z pew­no­ścią było ich wię­cej.

- W sta­rym pałacu? - powtó­rzyła Isa­bel.

- Tak, moje dziecko, to coś zupeł­nie innego niż tutaj. Ten dom jest po pro­stu miesz­czań­ski.

Isa­bel doznała lek­kiego wstrząsu, bo dom babki wyda­wał jej się zawsze wspa­niały. Ale był to wstrząs tego rodzaju, że skło­nił ją do wyzna­nia:

- Bar­dzo bym chciała zoba­czyć Flo­ren­cję.

- Ano, jeżeli będziesz grzeczna i zasto­su­jesz się do wszyst­kich moich pole­ceń, zawiozę cię do Włoch - powie­działa pani Touchett.

Młoda dziew­czyna odczuła jesz­cze głęb­szy wstrząs. Zaczer­wie­niła się lekko i przez chwilę w mil­cze­niu wpa­try­wała się w twarz ciotki.

- Sto­so­wać się do wszyst­kich cioci pole­ceń? Nie, tego nie mogę obie­cać.

- Nie wyglą­dasz na potulną dziew­czynę. Lubisz sta­wiać na swoim, ale ja nie mam prawa czy­nić ci z tego powodu wyrzu­tów.

- A jed­nak - wykrzyk­nęła Isa­bel - była­bym gotowa przy­rzec nie­mal wszystko, żeby zoba­czyć Flo­ren­cję!

Edmund i Lilian spóź­niali się, pani Touchett mogła całą godzinę bez prze­szkód roz­ma­wiać z sio­strze­nicą, która odkryła w niej postać nie­zwy­kłą i ogrom­nie inte­re­su­jącą, a przede wszyst­kim postać, nie­mal pierw­szą z osób, z któ­rymi Isa­bel zetknęła się w życiu, zasłu­gu­jącą na tę nazwę. Oka­zała się nie mniej eks­cen­tryczna, niż sio­strze­nica mogła się spo­dzie­wać. Ale Isa­bel, ile­kroć sły­szała o kimś, że jest eks­cen­tryczny, wyobra­żała sobie coś przy­krego i nie­po­ko­ją­cego. Przy­miot­nik ten w jej poję­ciu koja­rzył się ze śmiesz­no­ścią, a nawet brzmiał zło­wiesz­czo. Tym­cza­sem ciotka Lydia wno­siła atmos­ferę ostrej, lecz zara­zem lek­kiej iro­nii czy też kome­dii, i dziew­czy­nie przy­szło do głowy, że chyba ni­gdy zwy­kły ton roz­mów, jedyny, z jakim była oswo­jona, nie wyda­wał jej się rów­nie inte­re­su­jący. Z pew­no­ścią nikt ni­gdy tak jej nie fascy­no­wał jak ta drobna kobieta z wąskimi war­gami i błysz­czą­cymi oczyma; wyglą­dała tro­chę egzo­tycz­nie, a nie­po­zorną powierz­chow­ność wyna­gra­dzała dys­tynk­cją i sie­dząc w pod­nisz­czo­nym nie­prze­ma­kal­nym płasz­czu, mówiła naj­swo­bod­niej w świe­cie o ksią­żę­cych dwo­rach euro­pej­skich. Bez cie­nia blagi, po pro­stu z prze­świad­cze­niem, że nikt nad nią nie góruje pozy­cją towa­rzy­ską, osą­dzała wiel­kich tego świata i wyraź­nie spra­wiało jej przy­jem­ność, że impo­nuje naiw­nej, wraż­li­wej isto­cie. Isa­bel z początku musiała odpo­wia­dać na wiele pytań i z jej odpo­wie­dzi pani Touchett nabrała wyso­kiego mnie­ma­nia o inte­li­gen­cji sio­strze­nicy. Potem z kolei dziew­czyna zaczęła wypy­ty­wać ciotkę, a jej odpo­wie­dzi, cho­ciaż cza­sem zaska­ku­jące, wyda­wały się zawsze oparte na głę­bo­kiej reflek­sji. Pani Touchett cze­kała na drugą sio­strze­nicę tak długo, jak uznała za sto­sowne, ale gdy pani Ludlow nie zja­wiła się do szó­stej, zaczęła zbie­rać się do odej­ścia.

- Twoja sio­stra widocz­nie lubi plot­ko­wać. Czy ma zwy­czaj spę­dzać tak wiele czasu na wizy­tach?

- Cio­cia prze­sie­działa na wizy­cie pra­wie tyle czasu co ona - odparła Isa­bel. - Moja sio­stra wyszła z domu na chwilę przed przyj­ściem cioci.

Pani Touchett spoj­rzała na nią bez urazy, prze­ciw­nie, śmiała replika widać ją uba­wiła, bo odpo­wie­działa bar­dzo mile:

- Wąt­pię, czy w jej przy­padku jest to rów­nie uspra­wie­dli­wione, jak w moim. W każ­dym razie powiedz jej, że cze­kam na nią dzi­siaj wie­czo­rem w tym okrop­nym hotelu. Jeśli chce, niech przy­pro­wa­dzi z sobą męża, ale nie cie­bie. Z tobą i tak będę miała jesz­cze wiele oka­zji do roz­mów.

Rozdział 4

4

Pani Ludlow, naj­star­sza z trzech sióstr, ucho­dziła też za naj­roz­sąd­niej­szą; na ogół mówiono, że Lilian ma naj­wię­cej zmy­słu prak­tycz­nego, Edith jest naj­pięk­niej­sza, a Isa­bel wyróż­nia się inte­lek­tu­al­nymi ambi­cjami. Śred­nia sio­stra, pani Keyes, poślu­biona ofi­ce­rowi sape­rów, nie odgrywa żad­nej roli w dal­szym ciągu tej histo­rii, wystar­czy więc, gdy powiem, że była rze­czy­wi­ście bar­dzo ładna i sta­no­wiła ozdobę roz­ma­itych gar­ni­zo­nów, prze­waż­nie poło­żo­nych na mało cywi­li­zo­wa­nym Zacho­dzie, gdzie ku jej wiel­kiemu zmar­twie­niu obo­wiązki służ­bowe przy­ku­wały męża. Lilian wyszła za mło­dego nowo­jor­skiego adwo­kata, który miał dono­śny głos i uwiel­biał swój zawód. Nie była to świetna par­tia, podob­nie zresztą jak mariaż Edith, ale, jak mawiały nie­które osoby, Lilian powinna dzię­ko­wać Bogu, że w ogóle zna­la­zła męża, skoro nie dorów­ny­wała urodą sio­strom. Czuła się jed­nak bar­dzo szczę­śliwa jako matka dwóch roz­bry­ka­nych małych chłop­ców i pani bru­nat­nego kamien­nego domu, wkli­no­wa­nego prze­mocą mię­dzy inne przy Pięć­dzie­sią­tej Trze­ciej Ulicy; można by myśleć, że cie­szy się swoją sytu­acją, jak udaną śmiałą ucieczką. Była małego wzro­stu, dość tęga, więc figurę jej oce­niano kry­tycz­nie, wszy­scy jed­nak zga­dzali się, że Lilian pre­zen­tuje się god­nie, cho­ciaż nie maje­sta­tycz­nie; zresztą, jak mówiono, wyład­niała po zamąż­pój­ściu; z dwóch rze­czy zda­wała sobie dosko­nale sprawę: z prze­ko­nu­ją­cej siły argu­men­tów swo­jego męża i z ory­gi­nal­no­ści swo­jej młod­szej sio­stry.

"Ni­gdy nie pró­buję dorów­nać Isa­bel, nie mia­ła­bym już wtedy czasu na nic innego" - powta­rzała czę­sto i mimo to obser­wo­wała ją nieco roz­ma­rzo­nym okiem, niczym macie­rzyń­ska spa­nielka spo­glą­da­jąca na charta.

- Chcia­ła­bym ją widzieć bez­pieczną, ustat­ko­waną w mał­żeń­stwie, tego dla niej pra­gnę - zwie­rzała się nie­raz mężowi.

- A ja ci się przy­znam, że nie miał­bym szcze­gól­nej ochoty oże­nić się z Isa­bel - odpo­wia­dał Edmund Ludlow bar­dzo dono­śnym gło­sem.

- Mówisz tak, żeby się spie­rać, z reguły zaczy­nasz od sprze­ciwu. Nie poj­muję, co mógł­byś jej zarzu­cić prócz tego, że jest ory­gi­nalna.

- Nie lubię ory­gi­na­łów, wolę tłu­ma­cze­nia - odpo­wie­dział nie po raz pierw­szy ani ostatni Ludlow. - Isa­bel jest napi­sana w obcym języku, nie rozu­miem jej. Powinna by wyjść za Ormia­nina albo Por­tu­gal­czyka.

- Boję się, żeby wła­śnie cze­goś takiego nie zro­biła! - wykrzyk­nęła Lilian, prze­ko­nana, że po Isa­bel wszyst­kiego można się spo­dzie­wać.

Z cie­ka­wo­ścią wysłu­chała rela­cji sio­stry o nie­spo­dzie­wa­nym poja­wie­niu się pani Touchett i chęt­nie speł­niła tego wie­czoru roz­kaz ciotki. Nie wia­domo dokład­nie, co jej opo­wie­działa Isa­bel, ale nie­wąt­pli­wie pod wpły­wem jej słów Lilian ode­zwała się do męża, gdy oboje ubie­rali się przed wizytą u pani Touchett.

- Mam wielką nadzieję, że ciotka okaże się wspa­nia­ło­myślna dla Isa­bel, nie ulega wąt­pli­wo­ści, że ją bar­dzo polu­biła.

- Czego się wła­ści­wie spo­dzie­wasz? - spy­tał. - Że da jej jakiś cenny pre­zent?

- Nie, nic podob­nego! Ale może zain­te­re­suje się nią; zro­zu­mie ją. Ciotka Lydia to w sam raz ktoś, kto może doce­nić taką dziew­czynę jak Isa­bel. Mieszka od lat za gra­nicą, opo­wia­dała jej o życiu w róż­nych kra­jach. Sam prze­cież mówisz, że Isa­bel robi mię­dzy nami wra­że­nie cudzo­ziemki.

- A więc chcia­ła­byś, żeby ofia­ro­wała two­jej sio­strze tro­chę cudzo­ziem­skiej sym­pa­tii. Czy myślisz, że Isa­bel nie jest dosta­tecz­nie lubiana we wła­snym kraju?

- Myślę, że powinna wyje­chać do Europy - odparła pani Ludlow. - Ona do tego naj­bar­dziej się nadaje.

- Życzysz sobie, żeby ciotka zabrała ją do Europy?

- Ciotka sama już to zapro­po­no­wała, naj­wy­raź­niej ma wielką ochotę wziąć ją ze sobą w podróż. Ale ja chcia­ła­bym cze­goś wię­cej: żeby stwo­rzyła jej w Euro­pie jak naj­bar­dziej sprzy­ja­jące warunki. Uwa­żam, że powinno się zro­bić wszystko, aby dać Isa­bel szansę.

- Czego?

- Szansę roz­woju.

- Do licha! - wykrzyk­nął Ludlow. - Niech Bóg broni, żeby Isa­bel roz­wi­nęła się jesz­cze bar­dziej!

- Gdy­bym nie wie­działa, że mówisz to po pro­stu z prze­kory, musia­ła­bym się na cie­bie pognie­wać. Ale sam wiesz, że ją kochasz.

- Czy wiesz, że cię kocham? - żar­to­bli­wie spy­tał Edmund szwa­gierkę w kilka minut póź­niej, czysz­cząc przed wyj­ściem kape­lusz.

- Wiem, że nic mnie nie obcho­dzi, czy mnie kochasz, czy nie! - wykrzyk­nęła Isa­bel, ale ton jej i uśmiech były mniej wynio­słe niż słowa.

- Oho, jaka ważna po wizy­cie pani Touchett! - powie­działa star­sza sio­stra.

Isa­bel bar­dzo serio odtrą­ciła ten zarzut:

- Nie mów tak, Lily. Wcale nie czuję się ważna.

- Nie byłoby w tym nic złego - pró­bo­wała zała­go­dzić pani Ludlow.

- Wizyta ciotki nie dała mi żad­nego powodu do dumy.

- No, widzisz? - zawo­łał Edmund. - Zadziera nosa jak ni­gdy!

- Gdy­bym kie­dy­kol­wiek czuła się ważna, to na pewno z mniej bła­hych przy­czyn - odparła Isa­bel.

Czy nazwiemy to dumą czy nie, z pew­no­ścią czuła się ina­czej niż przed­tem, jak gdyby zda­rzyło się jej coś bar­dzo waż­nego. Tego wie­czoru, gdy została w domu sama, sie­działa pod lampą długo z zało­żo­nymi rękoma, nie kwa­piąc się do zajęć, któ­rymi zwy­kle wypeł­niała wolny czas. Potem wstała i zaczęła błą­kać się po salo­nie i po innych poko­jach, naj­chęt­niej po tych, do któ­rych nie docie­rało świa­tło lampy. Była nie­spo­kojna, pod­nie­cona, chwi­lami nawet drżała lekko. Donio­słość wyda­rze­nia zda­wała się nie­pro­por­cjo­nalna do jego skrom­nych pozo­rów. Zaszła naprawdę zmiana w jej życiu. Co z sobą przy­nie­sie - to była jesz­cze nie­prze­nik­niona zagadka, ale w poło­że­niu Isa­bel każda zmiana wyda­wała się cenna. Marzyła o zerwa­niu z prze­szło­ścią i roz­po­czę­ciu, jak mówiła, wszyst­kiego od nowa. Marze­nie to nie uro­dziło się pod wpły­wem zda­rzeń dzi­siej­szego dnia, było tak zna­jome jak szmer desz­czu za oknem i nie­raz już Isa­bel pod jego wpły­wem zaczy­nała wszystko od nowa.

Schro­niła się w mroczny kąt cichego salonu i przy­mknęła oczy, nie po to jed­nak, żeby tonąć w marze­niach, zapo­mi­na­jąc o rze­czy­wi­sto­ści; prze­ciw­nie, chciała powstrzy­mać natłok cisną­cych się wizji i czuła się aż nadto wytrzeź­wiona ze snu. Wyobraź­nia jej zazwy­czaj była prze­sad­nie ruchliwa: jeśli nie mogła otwo­rzyć drzwi, wyska­ki­wała przez okno. Isa­bel zresztą nie trzy­mała jej zwy­kle pod klu­czem; w naj­waż­niej­szych momen­tach, kiedy wola­łaby roz­strzy­gać wyłącz­nie rozu­mem, spła­cała grzywnę za to, że zanadto wyćwi­czyła w sobie zdol­no­ści do wizji bez udziału roz­sądku. Teraz, gdy czuła, że wybiła godzina zmiany, nie mogła się obro­nić od stop­nio­wego przy­pływu obra­zów uka­zu­ją­cych jej wszystko, co będzie musiała porzu­cić. Wra­cały wspo­mnie­nia lat i godzin daw­nego życia i prze­su­wały się przed jej oczyma długo, w ciszy zakłó­ca­nej jedy­nie tyka­niem dużego brą­zo­wego zegara. Miała za sobą życie bar­dzo szczę­śliwe, los był dla niej łaskawy; ta prawda wyła­niała się teraz przed nią z całą oczy­wi­sto­ścią. Przy­pa­dło jej w udziale wszystko naj­lep­sze, a w świe­cie, gdzie tak wiele istot żyje w warun­kach nie do pozaz­drosz­cze­nia, trzeba uznać za wyjąt­kowo uprzy­wi­le­jo­waną tę, która wła­ści­wie nie zaznała ni­gdy dotkliw­szych przy­kro­ści. Isa­bel nawet tro­chę nie­po­ko­iła się, że brak jej takich doświad­czeń, bo z lite­ra­tury wie­działa, że mogą to być prze­ży­cia cie­kawe, a nawet poucza­jące. Ale chro­nił ją zawsze od nich ojciec - jej przy­stojny, przez wiele osób kochany ojciec, który miał wstręt do wszyst­kiego, co nie­przy­jemne. Isa­bel win­szo­wała sobie, że jest jego córką, chwi­lami roz­pie­rała ją nawet duma z tego powodu. Po jego śmierci zro­zu­miała, że cór­kom uka­zy­wał tylko dziel­niej­szą stronę cha­rak­teru i że nie udało mu się unik­nąć w prak­tyce róż­nych przy­krych spraw tak dosko­nale, jak pra­gnął. Ale wzbu­dziło to w niej jesz­cze czul­szą miłość do ojca, pra­wie bez żalu myślała o nim jako o czło­wieku zbyt wiel­ko­dusz­nym, zbyt dobro­tli­wym i zbyt obo­jęt­nym na przy­ziemne względy. Nie­któ­rzy ludzie, zwłasz­cza liczni jego wie­rzy­ciele, uwa­żali, że za daleko posu­wał się w tej obo­jęt­no­ści. Opi­nia ta ni­gdy nie doszła do uszu Isa­bel, ale czy­tel­ni­kom należy się infor­ma­cja, że pan Archer ucho­dził za czło­wieka bystrego umy­słu i ujmu­ją­cych manier (zło­śliwi mówili, że nie­jed­nemu ujął coś nie­coś z port­fela), który jed­nak zmar­no­wał życie. Str­wo­nił dość pokaźny mają­tek, zbyt lubił się bawić, a podobno miał też żyłkę do hazardu. Naj­su­rowsi kry­tycy twier­dzili, że nie potra­fił nawet wycho­wać córek. Nie posta­rał się dla nich ani o sys­te­ma­tyczną naukę, ani o stały dom rodzinny; jed­no­cze­śnie roz­piesz­czane i zanie­dby­wane, zdane były na opiekę maniek i guwer­nan­tek (zwy­kle bez odpo­wied­nich kwa­li­fi­ka­cji); cza­sem pró­bo­wano je umiesz­czać w pen­sjo­na­tach, gdzie fran­cu­skie nauczy­cielki dostar­czały bar­dzo powierz­chow­nego wykształ­ce­nia, ale po mie­siącu trzeba było zabie­rać stam­tąd trzy panienki, aby nie uto­nęły we łzach. Taki pogląd na tę sprawę obu­rzyłby do żywego Isa­bel, prze­świad­czoną, że wycho­wa­nie otwo­rzyło przed nią naj­szer­sze hory­zonty. Nawet gdy ojciec zosta­wił córki na trzy mie­siące w Neuchatel pod opieką fran­cu­skiej bony, a ta ucie­kła z pozna­nym w hotelu rosyj­skim ary­sto­kratą, nie­ocze­ki­wana sytu­acja nie prze­ra­ziła ani nie zawsty­dziła Isa­bel (wów­czas jede­na­sto­let­niej), lecz wydała jej się roman­tycz­nym epi­zo­dem wzbo­ga­ca­ją­cym ogólne wykształ­ce­nie. Ojciec miał sze­ro­kie poglądy, czego wyni­kiem były usta­wiczne podróże i cha­otyczny tryb życia; pra­gnął, żeby córki już od wcze­snego dzie­ciń­stwa pozna­wały moż­li­wie naj­wię­cej świata, toteż Isa­bel, zanim skoń­czyła czter­na­ście lat, trzy­krot­nie wraz z sio­strami była w Euro­pie, za każ­dym razem jed­nak zale­d­wie przez kilka tygo­dni, co tylko zaostrzyło w umy­śle dziew­czyny cie­ka­wość, ale nie dało oka­zji do jej zaspo­ko­je­nia. Oczy­wi­ście soli­da­ry­zo­wała się z ojcem i z ter­cetu córek ona wła­śnie w naj­więk­szym stop­niu wyna­gra­dzała mu przy­kro­ści, o któ­rych ni­gdy nie wspo­mi­nał. W ostat­nich dniach, cho­ciaż z wie­kiem doj­rzała w nim zgoda na opusz­cze­nie świata, w któ­rym tak trudno robić zawsze tylko to, na co mamy ochotę, rezy­gna­cję mącił żal, że musi roz­stać się ze swoją inte­li­gentną, nie­po­spo­litą, wyjąt­kową córką. W okre­sie gdy już zanie­chano wycie­czek za ocean, oka­zy­wał cór­kom w dal­szym ciągu i pod każ­dym wzglę­dem wiele pobłaż­li­wo­ści, a cho­ciaż był w tara­pa­tach pie­nięż­nych, panny Archer, nic o tym nie wie­dząc i ni­gdy się nad tym nie zasta­na­wia­jąc, czuły się bogate. Isa­bel, cho­ciaż tań­czyła bar­dzo dobrze, nie zacho­wała z nowo­jor­skich balów i zabaw wspo­mnień o szcze­gól­nych suk­ce­sach; wszy­scy mówili, że Edith jest naj­bar­dziej cza­ru­jąca. Edith sta­no­wiła tak olśnie­wa­jący przy­kład powo­dze­nia, że Isa­bel nie mogła mieć złu­dzeń co do źró­deł jej prze­wagi i co do wła­snych ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści figlo­wa­nia, pod­ska­ki­wa­nia i szcze­bio­ta­nia, a zwłasz­cza wyko­ny­wa­nia tego z pożą­da­nym efek­tem. Na dwa­dzie­ścia osób dzie­więt­na­ście (włącz­nie z Isa­bel) uzna­wało Edith za nie­skoń­cze­nie ład­niej­szą od młod­szej sio­stry; dwu­dzie­sta byłaby prze­ciw­nego zda­nia, a nawet pozwa­la­łaby sobie sądzić, że wszyst­kie pozo­stałe mają gust banalny. Isa­bel w głębi duszy żywiła rów­nie nie­na­sy­coną chęć podo­ba­nia się, jak Edith, ale głę­bia duszy tej dziew­czyny była miej­scem bar­dzo nie­do­stęp­nym; łącz­ność mię­dzy nią a powierzch­nią utrud­niały różne kapry­śne siły. Isa­bel widy­wała całe zastępy mło­dych męż­czyzn, któ­rzy skła­dali wizyty jej sio­strze, lecz oni prze­waż­nie bali się zbli­żyć do panny Isa­bel, prze­ko­nani, że potrzebne są szcze­gólne kwa­li­fi­ka­cje, aby z nią roz­ma­wiać. Fama osoby niezwy­kle oczy­ta­nej ota­czała ją niby obłok spo­wi­ja­jący bogi­nię w poema­cie epic­kim; oba­wiano się z jej strony kło­po­tli­wych pytań i prze­wi­dy­wano, że kon­wer­sa­cja z nią byłaby zawsze bar­dzo chłodna. Biedna Isa­bel cie­szyła się, że jest uwa­żana za mądrą osobę, ale nie chciała ucho­dzić za mola książ­ko­wego; czy­tała ukrad­kiem i cho­ciaż miała dosko­nałą pamięć, wystrze­gała się wszel­kich cyta­tów i alu­zji do swo­ich lek­tur. To prawda, że łak­nęła wie­dzy, lecz wolała nie­mal wszyst­kie inne jej źró­dła niż zadru­ko­wany papier. Tra­wiła ją ogromna cie­ka­wość życia, toteż nie­ustan­nie otwie­rała sze­roko oczy i roz­my­ślała. Miała w sobie potężne zasoby żywot­no­ści i naj­głęb­szą radość spra­wiało jej poczu­cie łącz­no­ści mię­dzy drgnie­niami wła­snej duszy a nie­po­ko­jem świata. Dla­tego lubiła tłumne zebra­nia i sze­ro­kie prze­strze­nie pól, książki o rewo­lu­cjach, histo­ryczne malar­stwo - w sto­sunku do tej gałęzi sztuki czę­sto świa­do­mie odstę­po­wała od swo­ich zasad i prze­ba­czała arty­styczne sła­bo­ści przez sza­cu­nek dla tematu. Pod­czas wojny domo­wej, jako nie­do­ro­sła jesz­cze dziew­czyna, spę­dzała całe mie­siące w sta­nie napię­cia, bli­skim namięt­nemu pod­nie­ce­niu, i zda­rzało się czę­sto ku wiel­kiemu jej zakło­po­ta­niu, że podzi­wiała rów­nie gorąco męstwo obu wal­czą­cych armii. Oczy­wi­ście prze­zor­ność podejrz­li­wych mło­dzień­ców ni­gdy nie przy­bie­rała takich roz­mia­rów, aby Isa­bel mogła czuć się banitką z towa­rzy­skiego kręgu; zawsze znaj­do­wali się dość liczni wiel­bi­ciele, któ­rych serca na jej widok przy­spie­szały rytm, cho­ciaż mocne głowy zacho­wy­wały trzeź­wość, i ci mło­dzieńcy oszczę­dzili pan­nie Archer naj­gor­szego z umar­twień gro­żą­cych oso­bom jej płci i wieku. Nie zabra­kło jej niczego z rze­czy potrzeb­nych mło­dej dziew­czy­nie do szczę­ścia, uprzej­mych wzglę­dów, uwiel­bie­nia, cukier­ków, bukie­tów i świa­do­mo­ści, że nie odmó­wiono jej żad­nego z przy­wi­le­jów w świe­cie, w któ­rym się obra­cała; miała wiele oka­zji do tańca, mnó­stwo nowych sukien, lon­dyń­skiego "Spec­ta­tora", nowo­ści lite­rac­kie, muzykę Gou­noda, poezję Brow­ninga i prozę Geo­rge Eliot.

Wszystko to teraz, wskrze­szone w pamięci, uka­zało jej się pod posta­cią nie­zli­czo­nych scen i osób. Pewne rze­czy zapo­mniane nabrały na nowo barw, inne, które nie­dawno jesz­cze wyda­wały jej się bar­dzo ważne, przy­bla­dły i znik­nęły. Obrazy prze­su­wały się jak w kalej­do­sko­pie, który ni­gdy by się może nie zatrzy­mał, gdyby nie weszła słu­żąca, anon­su­jąc gościa. Był nim pan Caspar Goodwood, solidny młody bostoń­czyk, który przed rokiem poznał pannę Archer i uwa­żał ją za naj­pięk­niej­szą istotę stu­le­cia, a to stu­le­cie - zgod­nie ze wspo­mnianą wyżej regułą - za naj­głup­sze w dzie­jach ludz­ko­ści. Pisy­wał nie­kiedy do Isa­bel, w ostat­nim tygo­dniu listy od niego nad­cho­dziły z Nowego Jorku. Isa­bel wie­działa, że wizyta jego jest praw­do­po­dobna, a nawet spo­dzie­wała jej się tego dżdży­stego popo­łu­dnia. Ale gdy poko­jówka oznaj­miła gościa, panna Archer przy­jęła tę wia­do­mość bez entu­zja­zmu. Był to naj­przy­stoj­niej­szy młody czło­wiek wśród jej zna­jo­mych, wręcz wspa­niały, i żywiła dla niego wielki, wyjąt­kowy sza­cu­nek. Nikt inny ni­gdy nie zro­bił na niej tak sil­nego wra­że­nia. W oto­cze­niu panny Archer powszech­nie sądzono, że Caspar Goodwood stara się o jej rękę, ale była to oczy­wi­ście sprawa mię­dzy nimi dwoj­giem. Można wszakże z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że bawiąc przez kilka dni w Nowym Jorku, gdzie miał nadzieję ją spo­tkać, i dowie­dziaw­szy się, że panna Archer jest wciąż jesz­cze w sto­licy stanu, przy­je­chał do Albany wyłącz­nie po to, żeby ją zoba­czyć. Isa­bel zwle­kała długą chwilę, nim poszła przy­wi­tać gościa; krą­żyła po pokoju, uświa­da­mia­jąc sobie, że sytu­acja kom­pli­kuje się dodat­kowo. Wresz­cie zja­wiła się w salo­nie i zastała pana Goodwo­oda sto­ją­cego w pobliżu lampy. Był wysoki, silny, troszkę sztywny; a przy tym szczu­pły i sma­gły. Odzna­czał się urodą nie tyle roman­tyczną, ile nieco zagad­kową; było w jego twa­rzy coś, co przy­ku­wało uwagę, zwłasz­cza jeśli ktoś lubi nie­bie­skie oczy o szcze­gól­nie upar­tym spoj­rze­niu i o bar­wie nie­ocze­ki­wa­nej przy tak ciem­nej cerze; miał szczękę nieco kan­cia­stą, zna­mio­nu­jącą, jak ludzie mówią, silną wolę. Isa­bel pomy­ślała, że tego wie­czoru twarz ta wyraża sta­now­czą decy­zję. Mimo to Caspar Goodwood, który przy­był nie tylko zde­cy­do­wany, lecz także pełen nadziei, odszedł w pół godziny póź­niej z uczu­ciem, że odniósł porażkę. Warto dodać, że nie nale­żał do męż­czyzn potul­nie godzą­cych się z poraż­kami.

Rozdział 5

5

Ralph, cho­ciaż był filo­zo­fem, zapu­kał bar­dzo nie­cier­pli­wie do drzwi swo­jej matki (kwa­drans przed siódmą). Nawet filo­zo­fo­wie nie do wszyst­kich odno­szą się jed­na­kowo, a prawdę mówiąc z dwojga rodzi­ców ojciec wyda­wał mu się sto­sow­niej­szym przed­mio­tem słod­kich synow­skich uczuć. Ojciec - jak czę­sto mówił sobie Ralph - był bar­dziej macie­rzyń­ski, a matka raczej patriar­chalna czy też, uży­wa­jąc współ­cze­snej gwary, grała rolę "szefa". Jed­nakże kochała swo­jego jedy­naka i zale­żało jej na tym, żeby trzy mie­siące co roku spę­dzał u niej. Ralph spra­wie­dli­wie oce­niał jej uczu­cia i wie­dział, że matka w myślach i w swoim naj­ści­ślej i wygod­nie zor­ga­ni­zo­wa­nym życiu wyzna­czyła mu miej­sce dru­gie: pierw­sze bowiem zaj­mo­wała tro­ska, by wszyst­kie osoby z jej oto­cze­nia speł­niały skru­pu­lat­nie jej wolę. Zastał ją w kom­plet­nym już stroju wie­czo­ro­wym, ale uści­snęła go, nie zdej­mu­jąc ręka­wi­czek, i wska­zała mu miej­sce obok sie­bie na kana­pie. Spy­tała sumien­nie, jak się czuje jej mąż, a także o stan zdro­wia syna, a ponie­waż w obu przy­pad­kach nowiny były nie naj­lep­sze, powie­działa, że utwier­dza ją to w prze­ko­na­niu o słusz­no­ści wła­snej decy­zji, aby nie nara­żać zdro­wia na zgubne wpływy angiel­skiego kli­matu; gdyby nie to, zapewne także by się zała­mała. Ralph uśmiech­nął się na myśl o moż­li­wo­ści zała­ma­nia się matki, ale nie przy­po­mi­nał jej, że powo­dem jego nie­do­ma­gań nie jest angiel­ski kli­mat, od któ­rego zwy­kle ucie­kał na więk­szą część roku.

Ralph był bar­dzo małym chłop­cem, kiedy jego ojciec, Daniel Touched, rodem z Rutland w sta­nie Wiscon­sin, prze­niósł się do Anglii jako młody wspól­nik banku, w któ­rym w dzie­sięć lat póź­niej osią­gnął naj­wyż­sze sta­no­wi­sko. Daniel Touched prze­wi­dy­wał, że zosta­nie do końca życia w nowej adop­to­wa­nej ojczyź­nie, toteż od początku trak­to­wał ją po pro­stu, roz­sąd­nie i polu­bow­nie. Ale nie zamie­rzał - jak mówił - "dez­ame­ry­ka­ni­zo­wać się" ani też ćwi­czyć jedy­nego syna w tak sub­tel­nej sztuce. Sam bez naj­mniej­szego trudu roz­wią­zał ten pro­blem i miesz­kał w Anglii zasy­mi­lo­wany, lecz nie odmie­niony, sądził więc, że będzie to rów­nie łatwe dla pra­wo­wi­tego spad­ko­biercy, który po śmierci ojca pokie­ruje sza­rym ban­kiem w bla­sku bia­łego ame­ry­kań­skiego świa­tła. Nie zanie­dbał sta­rań, aby to świa­tło było jak naj­ja­śniej­sze, i wysłał syna do szkół za ocean. Ralph stu­dio­wał przez kilka seme­strów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, uzy­skał dyplom na tam­tej­szym uni­wer­sy­te­cie i wró­cił tak try­ska­jący rdzen­nie ame­ry­kań­skim duchem, że ojciec wypra­wił go na trzy następne lata do Oks­fordu. Oks­ford wziął górę nad Harvar­dem i Ralph naresz­cie stał się w zado­wa­la­ją­cym stop­niu Angli­kiem. Ale zewnętrzne przy­sto­so­wa­nie do zwy­cza­jów śro­do­wi­ska było tylko maską umy­słu wysoko cenią­cego nie­za­leż­ność i nie­da­ją­cego sobie nic na dłu­żej narzu­cić; umysł ten, z natury śmiały i skłonny do iro­nii, pozwa­lał sobie na nie­ogra­ni­czoną swo­bodę sądów. Ralph był począt­kowo obie­cu­ją­cym mło­dzień­cem. Ku nie­wy­sło­wio­nej satys­fak­cji ojca wyróż­niał się w Oks­fordzie, a w jego oto­cze­niu ubo­le­wano, że tak zdolny chło­pak ma zamkniętą drogę do publicz­nej kariery. Droga ta byłaby dla niego zapewne otwarta (cho­ciaż per­spek­tywa ta pozo­stała zasnuta mgłą nie­pew­no­ści), gdyby wró­cił do ojczy­stego kraju, ale nawet gdyby pan Touchett zgo­dził się na roz­łąkę z synem (nie zgo­dziłby się ni­gdy), Ral­phowi za trudno byłoby się zde­cy­do­wać na to, by wodna pusty­nia dzie­liła go stale od ojca, któ­rego uwa­żał za naj­lep­szego przy­ja­ciela. Nie tylko był do niego przy­wią­zany, lecz uwiel­biał go i z przy­jem­no­ścią korzy­stał z każ­dej oka­zji, by go obser­wo­wać. Daniel Touchett był w oczach swo­jego syna geniu­szem; Ralph, cho­ciaż sam nie miał talentu do ban­kier­skiej sztuki, sta­rał się wnik­nąć w jej arkana na tyle, by ze zna­jo­mo­ścią rze­czy oce­nić wiel­kość swo­jego ojca w tej dzie­dzi­nie. Ale nie to w nim naj­bar­dziej podzi­wiał, lecz piękną, gładką jak kość sło­niowa, wypo­le­ro­waną w angiel­skiej atmos­fe­rze powierzch­nię, którą Daniel Touchett prze­ciw­sta­wiał wszel­kim pró­bom pene­tra­cji. Ojciec nie stu­dio­wał ani na Harvar­dzie, ani w Oks­fordzie, ale sam był winien, że dał synowi dostęp do źró­deł nowo­cze­snego kry­ty­cy­zmu. Ralph, z głową nabitą ide­ami, o któ­rych ist­nie­niu star­szy pan ni­gdy nie sły­szał, głę­boko sza­no­wał ory­gi­nal­ność umy­słu ojca. Ame­ry­ka­nów zwy­kle chwali się - słusz­nie czy może niesłusz­nie - za łatwość, z jaką przy­sto­so­wują się do warun­ków w obcych kra­jach; ale Daniel Touchett w znacz­nym stop­niu zawdzię­czał suk­ces temu wła­śnie, że jego ela­stycz­ność miała okre­ślone gra­nice. Zacho­wał w pełni wiele zna­mion odci­śnię­tych w latach pierw­szej mło­do­ści; syn zawsze z satys­fak­cją roz­po­zna­wał w jego angielsz­czyź­nie akcent zamoż­niej­szej war­stwy miesz­kań­ców Nowej Anglii. Pod koniec życia stary ban­kier stał się na swój spo­sób rów­nie łagodny, jak bogaty; naj­więk­szą prze­ni­kli­wość łączył z łatwo­ścią do nawią­zy­wa­nia powierz­chow­nych przy­jaźni i nie tra­cąc ener­gii na sta­ra­nia o to, zdo­był pozy­cję towa­rzy­ską nie­ska­zi­telną jak świeży jędrny owoc. Może z powodu braku wyobraźni i tak zwa­nej świa­do­mo­ści histo­rycz­nej Daniel Touchett był cał­ko­wi­cie nie­czuły na wiele wra­żeń, jakich doznają zwy­kle inni kul­tu­ralni cudzo­ziemcy w zetknię­ciu z angiel­skim sty­lem życia. Pew­nych niu­an­sów w ogóle nie spo­strzegł, pew­nych oby­cza­jów ni­gdy sobie nie przy­swoił, pew­nych tajem­nic ni­gdy nie zgłę­bił. Ale gdyby kie­dyś je prze­nik­nął, syn miałby o nim nieco mniej pochlebne mnie­ma­nie.

Ralph po opusz­cze­niu Oks­fordu spę­dził parę lat na podró­żach, a potem zna­lazł się na wyso­kim tabo­re­cie w ojcow­skim banku. Odpo­wie­dzial­no­ści i rangi sta­no­wi­ska nie można, jak myślę, mie­rzyć wyso­ko­ścią stołka, która zależy od zupeł­nie innych wzglę­dów: Ralph miał bar­dzo dłu­gie nogi i wolał pra­co­wać, sto­jąc albo nawet cho­dząc. Nie­zbyt długo jed­nak musiał upra­wiać tę gim­na­stykę, bo już po pół­tora roku zorien­to­wał się, że zdro­wie jego jest poważ­nie nad­we­rę­żone, silne prze­zię­bie­nie wyrzą­dziło w jego płu­cach znaczne szkody. Ralph musiał zre­zy­gno­wać z pracy w banku i odtąd, według potocz­nego wyra­że­nia, stale "uwa­żać na sie­bie". Począt­kowo lek­ce­wa­żył ten nowy obo­wią­zek; zda­wało mu się, że nie o niego cho­dzi, lecz o jakie­goś innego, nie­in­te­re­su­ją­cego i nie­za­in­te­re­so­wa­nego osob­nika, z któ­rym on nie ma nic wspól­nego. Osob­nik ten wszakże zyski­wał przy bliż­szym pozna­niu i w końcu Ralph, cho­ciaż nie­chęt­nie, zaczął go tole­ro­wać, a nawet darzyć dys­kret­nym sza­cun­kiem. Nie­szczę­ście narzuca nam dziw­nych towa­rzy­szy. Nasz młody boha­ter zro­zu­miał, że gra toczy się o cenną dla niego stawkę - miał na myśli głów­nie swoją repu­ta­cję czło­wieka nie­głu­piego - poświę­cił nie­wdzięcz­nemu pod­opiecz­nemu nale­żytą uwagę, co nie oka­zało się bez­owocne, bo w każ­dym razie udało się bie­daka utrzy­mać przy życiu. Jedno płuco zaczęło się goić, dru­gie, jak się zda­wało, gotowe było pójść za przy­kła­dem pierw­szego, leka­rze zapew­niali, że znie­sie dobrze wiele zim pod warun­kiem, że będzie je spę­dzał w kli­ma­cie krain, gdzie zwy­kli gro­ma­dzić się gruź­licy. Ralph bar­dzo polu­bił Lon­dyn, toteż prze­kli­nał bez­względ­ność tego wyroku, ale klnąc, pod­dał mu się i stop­niowo, prze­ko­nu­jąc się, jak wraż­liwy orga­nizm wdzięcz­nie reaguje na sta­ra­nia, choćby z gnie­wem mu poświę­cane, Ralph zaczął go trak­to­wać bar­dziej łaska­wie. Zimo­wał, jak się to mówi, za gra­nicą; grzał się na słońcu, nie wycho­dził z domu, gdy dął chłodny wiatr, a jeśli padał deszcz, kładł się do łóżka; parę razy zda­wało się, że po cało­noc­nej śnież­nej zawiei ni­gdy już nie wsta­nie.

Obo­jęt­ność ukryta na dnie serca - niby kawał słod­kiego cia­sta, który kocha­jąca stara nia­nia wsu­nęła mu do walizki, kiedy pierw­szy raz wyjeż­dżał do szkoły - przy­nio­sła mu pocie­chę i uła­twiła pogo­dze­nie się z koniecz­no­ścią ofiar; w naj­lep­szych nawet okre­sach był zbyt chory, żeby zająć się czym­kol­wiek poza tą mozolną grą. Mówił sobie, że w grun­cie rze­czy żaden zawód bar­dzo go nie pociąga, więc przy­naj­mniej nie musiał wyco­fy­wać się z jakie­goś pola dzia­łal­no­ści, które mu było dro­gie. Ostat­nio jed­nak owie­wał go nie­kiedy aro­mat zaka­za­nego owocu i przy­po­mi­nał, że nic nie daje szla­chet­niej­szej przy­jem­no­ści niż uczest­nic­two w praw­dzi­wej akcji. Życie, jakie pędził, podobne było do lek­tury dobrej książki w złym prze­kła­dzie - nędzna roz­rywka, nie­godna mło­dego męż­czy­zny, który czuł, że mógłby być zna­ko­mi­tym lin­gwi­stą. Mie­wał zimy lep­sze lub gor­sze i pod­czas tych lep­szych łudził go chwi­lami miraż cał­ko­wi­tego wyzdro­wie­nia. Wszel­kie nadzieje roz­wiały się jed­nak na trzy lata przed opo­wia­da­nymi w tej histo­rii wyda­rze­niami: Ralph zasie­dział się wtedy dłu­żej niż zwy­kle w Anglii i jesienne nie­po­gody zasko­czyły go, nim zdą­żył wyje­chać do Algie­rii. Przy­był tam w okrop­nym sta­nie i przez kilka tygo­dni trwał zawie­szony mię­dzy życiem a śmier­cią. Dźwi­gnął się cudem, ale wycią­gnął z tego doświad­cze­nia wnio­sek, że taki cud nie może się powtó­rzyć. Powie­dział sobie, że jego ostat­nia godzina jest już bli­sko i że nie godzi się spusz­czać wzroku z tar­czy zegara, wolno mu jed­nak pozo­stały krótki czas spę­dzić jak naj­przy­jem­niej, o tyle, o ile to moż­liwe, gdy się żyje z taką świa­do­mo­ścią. Samo korzysta­nie z pię­ciu zmy­słów, wobec per­spek­tywy ich utraty, stało się nie­zwy­kłą roz­ko­szą; szczę­ście pły­nące z kon­tem­pla­cji wyda­wało mu się nie­wy­czer­pane. Miał już daleko za sobą okres, gdy było mu trudno zre­zy­gno­wać z myśli o wybi­ciu się w świe­cie - myśli bar­dzo nęcą­cej, cho­ciaż zakłó­ca­nej ata­kami twór­czej samo­kry­tyki. Przy­ja­ciele zauwa­żyli poprawę jego nastroju i przy­pusz­czali, że Ralph zawdzię­cza tę nową pogodę ducha wie­rze w moż­li­wość wyzdro­wie­nia; jako ludzie wta­jem­ni­czeni, kiwali tylko gło­wami nad tą hipo­tezą. Pogodny nastrój był jedy­nie dywa­nem polnych kwia­tów, które wyro­sły na gru­zach.

Zapewne wła­śnie słodki smak, jaki znaj­do­wał w samej obser­wa­cji zewnętrz­nych zja­wisk, spra­wił, że Ralph tak żywo zain­te­re­so­wał się od pierw­szej chwili ame­ry­kań­ską kuzynką, osobą naj­oczy­wi­ściej nie­ba­nalną. Instynkt pod­szep­nął mu, że przyj­mu­jąc postawę uważ­nego obser­wa­tora, będzie miał inte­re­su­jące zaję­cie, które wypełni mu odtąd wiele dni. Wypada w tym miej­scu wyja­śnić, nie wda­jąc się sze­rzej w ten temat, że myśl o zako­cha­niu się - w prze­ci­wień­stwie do rojeń o odwza­jem­nio­nej miło­ści - nie była wyklu­czona z jego ogra­ni­czo­nych pla­nów życio­wych. Zabro­nił sobie tylko sza­leń­stwa wyznań. I tak zresztą nie mógłby wzbu­dzić w kuzynce namięt­nych uczuć, podob­nie jak ona, choćby nawet zechciała, nie mogłaby w nim roz­nie­cić tego rodzaju miło­ści.

- A teraz niech mi mama powie coś o tej dziew­czy­nie - powie­dział. - Co mama zamie­rza z nią zro­bić?

Pani Touchett miała odpo­wiedź gotową:

- Zapro­po­nuję two­jemu ojcu, żeby ją zapro­sił na dłuż­szy pobyt, trzy- albo czte­ro­ty­go­dniowy, w Gar­den­co­urt.

- To byłaby nie­po­trzebna for­mal­ność! - odparł Ralph. - Ojciec oczy­wi­ście zaprosi ją z wła­snej ini­cja­tywy.

- Nie wiem. To jest moja sio­strze­nica, nie jego.

- Na Boga, mamo, jakże ty masz silne poczu­cie wła­sno­ści! A prze­cież to jeden wię­cej powód, żeby ją chciał gościć. Ale co potem, po tych trzech mie­sią­cach (bo nie mia­łoby sensu zapra­szać ją na kilka krót­kich tygo­dni), jakie masz dla niej dal­sze plany?

- Zawiozę ją do Paryża. Spra­wię jej tam odpo­wied­nie suk­nie.

- Tak, to się samo przez się rozu­mie. Ale poza tym?

- Na jesień zapro­szę ją do Flo­ren­cji.

- Mama wciąż tylko mówi o szcze­gó­łach. Cie­kaw jestem bar­dziej ogól­nych pla­nów. Co mama zamie­rza?

- Speł­nić obo­wią­zek - oznaj­miła pani Touchett. - Przy­pusz­czam, że litu­jesz się nad nią?

- Nie. Nie sądzę, żebym mógł się nad nią lito­wać. Nie wydaje mi się osobą godną lito­ści. Podej­rze­wam, że raczej zazdrosz­czę jej. Żeby się upew­nić co do moich uczuć, muszę jed­nak wie­dzieć, jak mama wyobraża sobie swój obo­wią­zek.

- Pokażę jej cztery euro­pej­skie kraje i dwa z nich dam jej do wyboru, jed­no­cze­śnie będzie miała spo­sob­ność wypo­le­ro­wać swoją fran­cusz­czy­znę, cho­ciaż i tak mówi zupeł­nie dobrze po fran­cu­sku.

Ralph lekko zmarsz­czył brwi.

- To brzmi dość oschle - stwier­dził - nawet jeśli wziąć pod uwagę, że pozwoli jej mama wybie­rać pomię­dzy dwoma kra­jami.

- Może to jest oschłe - zaśmiała się pani Touchett - ale bądź spo­kojny, Isa­bel sama doda soczy­sto­ści tym pro­jek­tom. Działa odświe­ża­jąco jak letni deszcz!

- Mama myśli, że Isa­bel jest uta­len­to­wana?

- Nic nie wiem o jej talen­tach, ale to inte­li­gentna dziew­czyna, z silną wolą i tem­pe­ra­men­tem. Nie wyobraża sobie nawet, że mogłoby ją coś nudzić.

- Ale ja to sobie wyobra­żam - rzekł Ralph i nagle spy­tał: - Jak się mię­dzy wami ukła­dają sto­sunki?

- Czy chcesz przez to powie­dzieć, że jestem nudna? Nie sądzę, żeby Isa­bel była tego zda­nia. Wiem, nie­które dziew­częta mogłyby tak myśleć, ale Isa­bel jest na to zanadto inte­li­gentna. Zdaje się, że ją ogrom­nie bawię. Zga­dzamy się z sobą, bo ja ją rozu­miem, znam ten typ mło­dych kobiet. Isa­bel jest bar­dzo szczera, ja także, obie wiemy, czego się nawza­jem po sobie spo­dzie­wać.

- Ach, mamo kochana! - wykrzyk­nął Ralph. - Zawsze wia­domo, czego się po tobie spo­dzie­wać! Ni­gdy w życiu nie zasko­czy­łaś mnie aż do dziś, kiedy mnie obda­rzy­łaś ładną kuzynką, o któ­rej ist­nie­niu nie mia­łem poję­cia.

- Uwa­żasz, że jest ładna?

- Bar­dzo! Ale nie to naj­waż­niej­sze. Nade wszystko zro­biła na mnie wra­że­nie praw­dzi­wej indy­wi­du­al­no­ści. Kim jest ta nie­zwy­kła istota? Co to za jedna? Gdzie ją zna­la­złaś? Jakim spo­so­bem zawar­łaś z nią zna­jo­mość?

- Zna­la­złam ją w pew­nym sta­rym domu w Albany, samiu­teńką w obdra­pa­nym pokoju, w dżdży­sty dzień, śmier­tel­nie znu­dzoną grubą księgą. Nie zda­wała sobie sprawy, że się nudzi, ale kiedy wycho­dzi­łam, nie miała już co do tego wąt­pli­wo­ści i zda­wało się, że jest mi bar­dzo wdzięczna za przy­sługę, którą jej odda­łam. Powiesz może, że nie nale­żało jej pod tym wzglę­dem uświa­da­miać, że lepiej zro­bi­ła­bym, zosta­wia­jąc ją w spo­koju. Jest w tym pewna racja, ale nie postę­po­wa­łam bez namy­słu: doszłam do wnio­sku, że to dziew­czyna stwo­rzona do lep­szego losu. Pomy­śla­łam więc, że speł­nię dobry uczy­nek, jeśli ją wyrwę stam­tąd i pokażę jej tro­chę świata. Jej się zdaje, jak więk­szo­ści mło­dych Ame­ry­ka­nek, że dużo o świe­cie wie, ale - także jak więk­szość mło­dych Ame­ry­ka­nek - myli się grubo. Szcze­rze mówiąc, liczę, że Isa­bel przy­nie­sie mi chlubę. Cie­szę się, kiedy ludzie dobrze o mnie mówią, ale dla kobiety w moim wieku naj­lep­szą z wielu wzglę­dów ozdobą jest ładna sio­strze­nica. Jak ci wia­domo, nie utrzy­my­wa­łam sto­sun­ków z dziećmi mojej sio­stry przez wiele lat, ich ojciec był nie­moż­liwy. Ale od dawna posta­no­wi­łam coś zro­bić dla tych dziew­cząt, kiedy Pan powoła Archera przed swój sąd. Dowie­dzia­łam się, gdzie ich szu­kać, i zja­wi­łam się bez uprze­dze­nia w Albany. Isa­bel ma dwie sio­stry, obie zamężne, ale pozna­łam tylko jedną z nich, która, mówiąc nawia­sem, ma bar­dzo źle wycho­wa­nego męża, i ona - na imię jej Lily - była zachwy­cona, że chcę się zająć Isa­bel, powie­działa, że o tym wła­śnie zawsze marzyła, żeby ktoś zain­te­re­so­wał się jej młod­szą sio­strą. Mówiła o niej jak o jakiejś mło­dej genial­nej isto­cie, któ­rej potrzeba zachęty i mece­natu. Moż­liwe, że Isa­bel ma jakiś talent, ale jak dotąd nie odkry­łam, żeby była w jakimś szcze­gól­nym kie­runku uzdol­niona. Lily Ludlow naj­go­rę­cej poparła mój pro­jekt zabra­nia Isa­bel do Europy. Oni tam wszy­scy uwa­żają Europę za teren emi­gra­cji, za zie­mię wyba­wie­nia, przy­tu­łek dla wszyst­kich ludzi nie­po­trzeb­nych w Ame­ryce. Sama Isa­bel z rado­ścią, jak mi się zdaje, zgo­dziła się na wyjazd i wszystko uło­żyło się zupeł­nie gładko. Jedyną nie­zbyt istotną prze­szkodę sta­no­wiła sprawa pie­nię­dzy, bo Isa­bel podobno nie znio­słaby finan­so­wej zależ­no­ści od kogo­kol­wiek. Ale ma wła­sne skromne dochody i jest prze­ko­nana, że podró­żuje na wła­sny koszt.

Ralph wysłu­chał w sku­pie­niu tej skru­pu­lat­nej rela­cji, która nie osła­biła jego zain­te­re­so­wa­nia dla kuzynki.

- Jeżeli ma talent - powie­dział - musimy wykryć, do czego mia­no­wi­cie. Może do flirtu?

- Nie sądzę. Rozu­miem, że w pierw­szej chwili mogłeś odnieść takie wra­że­nie, ale mylisz się z pew­no­ścią. W ogóle, jak myślę, nie­ła­two będzie ci oce­nić ją traf­nie.

- A więc War­bur­ton też się pomy­lił! - zawo­łał z rado­ścią Ralph. - Pochle­bia sobie, że odkrył w niej ten wła­śnie talent.

Pani Touchett potrzą­snęła głową.

- Lord War­bur­ton nie będzie zdolny jej zro­zu­mieć, lepiej, żeby nawet nie pró­bo­wał.

- To czło­wiek bar­dzo inte­li­gentny - powie­dział Ralph - ale cie­szył­bym się, gdyby raz w życiu tra­fił na łami­główkę, któ­rej nie będzie umiał roz­wią­zać.

- Isa­bel też by się cie­szyła, gdyby jej się udało zain­try­go­wać lorda - zauwa­żyła pani Touchett.

Ralph zmarsz­czył czoło.

- A cóż ona wie o lor­dach?

- Nie wie nic i tym pew­nie jesz­cze bar­dziej zain­try­guje War­bur­tona.

Ralph przy­jął tę uwagę matki ze śmie­chem i wyglą­da­jąc przez okno, zapy­tał:

- Może mama zej­dzie i przy­wita się już z ojcem?

- Kwa­drans przed ósmą - odparła pani Touchett.

Ralph zer­k­nął na zega­rek.

- A więc zostało nam jesz­cze pięt­na­ście minut. Opo­wiedz mi coś wię­cej o mojej kuzynce... - A gdy pani Touchett odmó­wiła speł­nie­nia tej prośby, radząc mu, żeby sam posta­rał się odkryć to, co go inte­re­suje, Ralph powie­dział: - To piękne, że Isa­bel przy­nosi mamie chlubę. Czy jed­nak nie sprawi też kło­po­tów?

- Mam nadzieję, że nie, ale w razie, gdy­bym się myliła, nie cofnę się przed trud­no­ściami. Ni­gdy tego nie robię.

- Wydaje mi się bar­dzo natu­ralna.

- Ludzie natu­ralni nie są naj­bar­dziej dla innych kło­po­tliwi.

- Racja, mama jest tego naj­lep­szym dowo­dem. Mama jest wyjąt­kowo natu­ralna i nie spra­wia nikomu kło­po­tów. Bo to by wyma­gało pew­nego wysiłku. Ale nasuwa mi się inne pyta­nie: czy Isa­bel umie być nie­miła?

- Ach, za wiele sta­wiasz pytań! - znie­cier­pli­wiła się pani Touchett. - Sam się prze­ko­naj!

Ralph jed­nak nie wyczer­pał jesz­cze listy pytań.

- Wciąż jesz­cze nie odpo­wie­działa mi mama, co z nią zamie­rza zro­bić.

- Co z nią zro­bię? Mówisz, jakby cho­dziło o łokieć per­kalu! Nic z nią nie myślę robić. Isa­bel sama zrobi, co zechce. Uprze­dziła mnie o tym.

- A więc to mia­łaś na myśli, gdy w tele­gra­mie wspo­mnia­łaś o nie­za­leż­no­ści.

- Ni­gdy nie wiem, co wła­ści­wie chcia­łam powie­dzieć w depe­szy. Zwłasz­cza jeżeli ją wysy­łam z Ame­ryki. Jasność za drogo kosz­tuje. Chodźmy teraz do two­jego ojca.

- Jesz­cze zostało tro­chę czasu do wyzna­czo­nego ter­minu - zauwa­żył Ralph.

- Muszę nieco ustą­pić, on się tam prze­cież nie­cier­pliwi - odparła pani Touchett.

Ralph miał wyro­bione zda­nie o nie­cier­pli­wo­ści ojca, ale bez słowa podał matce ramię. Dzięki temu, gdy razem scho­dzili na par­ter, mógł ją w poło­wie pię­tra zatrzy­mać na pode­ście scho­dów - a były to schody sze­ro­kie, niskie, opa­trzone sze­roką porę­czą, zbu­do­wane ze sczer­nia­łego od sta­ro­ści dębu, i sta­no­wiły jedną z praw­dzi­wych ozdób domu w Gar­den­co­urt.

- Mama nie myśli o wyda­niu jej za mąż? - spy­tał z uśmie­chem.

- Za mąż? Nie, nie chcia­ła­bym jej odda­wać takiej niedź­wie­dziej przy­sługi. Zresztą Isa­bel z pew­no­ścią potrafi wyjść za mąż bez niczy­jej pomocy. Ma wszel­kie szanse.

- Czy to zna­czy, że już doko­nała wyboru?

- Nie wiem, czy klamka zapa­dła, ale jest pewien młody czło­wiek z Bostonu...

Ralph nie miał ochoty słu­chać o mło­dym czło­wieku z Bostonu.

- A więc ojciec słusz­nie twier­dzi, że wszyst­kie młode Ame­ry­kanki mają narze­czo­nych.

Matka znów pora­dziła mu, żeby sta­rał się zaspo­koić cie­ka­wość bez­po­śred­nio u źró­dła, a wkrótce oka­zało się, że będzie miał po temu wiele spo­sob­no­ści. Został w salo­nie sam na sam z kuzynką i mogli swo­bod­nie roz­ma­wiać. Lord War­bur­ton, który przy­je­chał konno z odle­głego o dzie­sięć mil majątku, poże­gnał gospo­da­rza przed porą kola­cji i ruszył w drogę powrotną; pań­stwo Touchett w godzinę po kola­cji uznali widocz­nie, że kur­tu­azji stało się już zadość, i pod bar­dzo prze­ko­nu­ją­cym pre­tek­stem zmę­cze­nia wyco­fali się, każde do swo­jej sypialni. Młody czło­wiek przez następną godzinę dotrzy­my­wał towa­rzy­stwa kuzynce, która, cho­ciaż pół dnia spę­dziła w podróży, wcale nie zdra­dzała znu­że­nia. W rze­czy­wi­sto­ści była i czuła się zmę­czona, wie­działa, że naza­jutrz za to odpo­ku­tuje, ale w tym okre­sie życia z reguły nie ustę­po­wała, goniąc reszt­kami sił, póki nie osią­gnęła stanu, gdy nie dało się już ukryć wyczer­pa­nia. W tym przy­padku łatwo zdo­by­wała się na szla­chetną hipo­kry­zję, ponie­waż sytu­acja żywo ją inte­re­so­wała. Mówiła sobie, że oto wypły­nęła na pełne morze. Popro­siła Ral­pha, żeby jej poka­zał obrazy, któ­rych bogata kolek­cja znaj­do­wała się w Gar­den­co­urt i któ­rych więk­szość on wła­śnie wybrał. Naj­cen­niej­sze wisiały w dębo­wej gale­rii o cza­ru­ją­cych pro­por­cjach, łączą­cej dwa salony i zwy­kle wie­czo­rem oświe­tlo­nej. Świa­tło to jed­nak nie wystar­czało, by podzi­wiać całe piękno tych dzieł, toteż roz­są­dek radził odło­żyć zwie­dza­nie do następ­nego ranka. Ralph ośmie­lił się to zapro­po­no­wać, ale Isa­bel zda­wała się roz­cza­ro­wana; wpraw­dzie nie prze­stała się uśmie­chać, lecz powie­działa:

- A jed­nak bar­dzo bym chciała, żebyś był łaskaw zaraz poka­zać mi tro­chę.

Zanadto nale­gała, czuła to i zda­wała sobie sprawę, że Ralph tak jej zacho­wa­nie oce­nia, ale nie mogła się powstrzy­mać. "Nie przyj­muje suge­stii" - pomy­ślał Ralph, ale bez iry­ta­cji, bo natar­czy­wość kuzynki uba­wiła go, a nawet mu się spodo­bała. Lampy, roz­miesz­czone w dość znacz­nych odstę­pach w kin­kie­tach na ścia­nach, nie­do­sta­tecz­nie oświe­tlały gale­rię, ale ją roz­we­se­lały. Świa­tło wydo­by­wało z cie­nia mie­niące się inten­syw­nymi kolo­rami, nie­wy­raźne pro­sto­kąty, przy­ćmione złoce­nia cięż­kich ram, blask wywo­sko­wa­nej posadzki. Ralph wziął lich­tarz z zapa­loną świecą, i szedł pierw­szy, wska­zu­jąc swoje ulu­bione obrazy, a Isa­bel przed każ­dym z nich kolejno skła­niała głowę i wykrzy­ki­wała z cicha albo coś szep­tała. Naj­wi­docz­niej znała się na malar­stwie, miała z natury dobry smak, musiał to zauwa­żyć. Się­gnęła po drugi lich­tarz i przy­świe­cała sobie, zatrzy­mu­jąc się na chwilę, gdy coś ją szcze­gól­nie zacie­ka­wiło; cza­sem pod­no­siła świecę wysoko nad głową, a Ralph mimo woli przy­sta­wał pośrodku gale­rii i zamiast na obrazy patrzał na kuzynkę. Nic w grun­cie rze­czy nie tra­cił, kie­ru­jąc na nią zachwy­cone spoj­rze­nia, bo Isa­bel zasłu­gi­wała na nie mniej­szy podziw niż wszyst­kie zgro­ma­dzone tu dzieła sztuki. Była nie­za­prze­cze­nie szczu­pła, z pew­no­ścią lekka, ponad wszelką wąt­pli­wość wysoka; ludzie, chcąc ją wśród trzech panien Archer ziden­ty­fi­ko­wać, uży­wali okre­śle­nia: "ta wiotka". Ciem­nych, nie­mal czar­nych wło­sów mogłaby jej pozaz­dro­ścić więk­szość kobiet, a szare oczy, tro­chę może w chwi­lach powagi zbyt surowe, umiały cza­ru­jąco mięk­nąć i wyra­żać sze­roką gamę uczuć. Prze­szli z wolna jedną stronę gale­rii i wra­cali drugą, gdy powie­działa:

- No, tak, teraz wiem coś wię­cej niż na początku.

- Widzę, że jesteś głodna wie­dzy - stwier­dził Ralph.

- Chyba tak! Więk­szość dziew­cząt grze­szy okrop­nym nie­uc­twem.

- Wyda­jesz mi się zupeł­nie nie­po­dobna do więk­szo­ści dziew­cząt.

- Wiele z nich chęt­nie by się cze­goś nauczyło, ale jak się je trak­tuje! - szep­nęła Isa­bel, naj­wi­docz­niej w tym momen­cie nie­skłonna do zwie­rzeń oso­bi­stych. Żeby zmie­nić temat, spy­tała po chwili: - Czy macie tu jakie­goś ducha?

- Ducha?

- No, zam­ko­wego upiora, który się cza­sem uka­zuje. My w Ame­ryce nazy­wamy takie zjawy duchami.

- My w Anglii także, jeśli nam się obja­wiają.

- A więc widy­wa­łeś je? Powinny być duchy w takim roman­tycz­nym sta­rym domu!

- Nie, to nie jest stary, roman­tyczny dom. Nie licz na to, bo się roz­cza­ru­jesz. Dom jest żało­śnie pro­za­iczny, a jeśli w nim znaj­dziesz roman­tycz­ność, to tylko tę, którą sama tutaj wno­sisz.

- Ow­szem, wno­szę mnó­stwo roman­tycz­no­ści, ale w tym domu zna­la­zła ona naj­sto­sow­niej­sze dla sie­bie miej­sce.

- W każ­dym razie miej­sce bez­pieczne, bo tu, w obec­no­ści mojej i ojca, nic jej nie grozi.

Isa­bel przy­glą­dała mu się chwilę.

- Nikogo prócz cie­bie i two­jego ojca tu nie ma?

- Oczy­wi­ście jest matka.

- Och, znam dobrze twoją matkę. Nie jest ani tro­chę roman­tyczna. Nikt poza tym nie bywa?

- Bar­dzo mało osób.

- Szkoda. Lubię spo­ty­kać mnó­stwo ludzi.

- Och, zapro­simy całe hrab­stwo, żeby cię zaba­wić.

- Kpisz sobie ze mnie - odparła dość serio. - A ten pan, któ­rego zasta­łam w ogro­dzie z twoim ojcem zaraz po przy­jeź­dzie?

- Sąsiad z naszego hrab­stwa. Gość nie­zbyt czę­sty.

- Szkoda. Bar­dzo sym­pa­tyczny - powie­działa Isa­bel.

- O ile mi wia­domo, zamie­ni­łaś z nim led­wie kilka słów - zdzi­wił się Ralph.

- Mimo to zdą­ży­łam go polu­bić. Two­jego ojca także już polu­bi­łam ogrom­nie.

- I słusz­nie! To naj­mil­szy czło­wiek pod słoń­cem.

- Tak mi go żal, że jest chory!

- Pomo­żesz mi pie­lę­gno­wać go, z pew­no­ścią będziesz dosko­nałą pie­lę­gniarką.

- Chyba nie. Zawsze mówiono mi, że się do tego nie nadaję, bo mam za wiele róż­nych teo­rii. Ale nie odpo­wie­dzia­łeś mi, czy macie jakie­goś ducha.

Ralph jakby nie usły­szał jej ostat­nich słów.

- Polu­bi­łaś ojca i lorda War­bur­tona. Domy­ślam się, że lubisz także moją matkę.

- Bar­dzo lubię twoją matkę, ponie­waż... ponie­waż... - Z tru­dem szu­kała przy­czyny, dla któ­rej pani Touchett budziła w niej sym­pa­tię.

- Ach, tego nikt z nas ni­gdy nie wie! - zaśmiał się Ralph.

- Nie, ja zawsze wiem - odparła dziew­czyna. - Lubię ją dla­tego, że ona nie spo­dziewa się tego od nikogo. Wcale nie dba o to, czy ją ktoś lubi, czy nie.

- Więc ją uwiel­biasz przez prze­korę? Muszę ci powie­dzieć, że pod wielu wzglę­dami wda­łem się w matkę.

- Nie, nie wie­rzę ci. Ty chcesz być lubiany i sta­rasz się o to!

- Na Boga! Przej­rza­łaś mnie na wylot! - wykrzyk­nął z roz­pa­czą, która nie była cał­ko­wi­cie kome­dią.

- Ale i tak bar­dzo cię lubię - powie­działa kuzynka. - Polu­bi­ła­bym cię jesz­cze bar­dziej, gdy­byś mi poka­zał waszego zam­ko­wego ducha.

Ralph ze smut­kiem poki­wał głową.

- Może ci go pokażę, ale ty nic nie zoba­czysz. To przy­wi­lej nie wszyst­kim dany i nie warto go wybrań­com zazdro­ścić. Nasz duch nie obja­wia się isto­tom mło­dym, szczę­śli­wym i nie­win­nym, takim jak ty. Trzeba naj­pierw poznać cier­pie­nie, dużo wycier­pieć, zdo­być pewną bole­sną wie­dzę. Dopiero wtedy oczy ci się otwo­rzą. Ja zoba­czy­łem tego ducha już dawno - powie­dział Ralph.

- Mówi­łam ci przed chwilą, że jestem spra­gniona wie­dzy - odparła Isa­bel.

- Tak, ale wie­dzy rado­snej, przy­jem­nej. Ni­gdy naprawdę nie cier­pia­łaś i nie jesteś stwo­rzona do cier­pie­nia. Mam nadzieję, że do końca życia nie zoba­czysz żad­nego ducha.

Słu­chała go uważ­nie, z uśmie­chem na ustach, lecz z powagą w oczach. Zda­wała mu się uro­cza, cho­ciaż tro­chę zaro­zu­miała, może to zresztą potę­go­wało jej urok. Pró­bo­wał zgad­nąć, co mu odpo­wie.

- Wiedz, że ja się nie boję - powie­działa i zabrzmiała w tym istot­nie dość wyraźna nutka zaro­zu­mial­stwa.

- Nie boisz się cier­pie­nia?

- Ow­szem, cier­pie­nia boję się, ale nie duchów. Myślę też, że ludzie czę­sto cier­pią bez dosta­tecz­nego powodu - dodała.

- Ty, jak się zdaje, nie masz takich skłon­no­ści - stwier­dził Ralph, przy­glą­da­jąc jej się z rękoma w kie­sze­niach.

- Nie sądzę, żeby to była wada. Nie widzę koniecz­nej potrzeby cier­pie­nia, nie do tego zosta­li­śmy stwo­rzeni.

- Ty z pew­no­ścią nie do tego jesteś stwo­rzona.

- Nie cho­dzi o mnie - odparła i zamy­śliła się tro­chę.

- Masz słusz­ność, to nie wada - powie­dział Ralph. - To raczej zaleta, jeśli ktoś jest silny.

- Ale tych, któ­rzy nie umieją z byle powodu cier­pieć, nazywa się twar­dymi ludźmi - odparła Isa­bel.

Prze­szli przez mniej­szy salon, do któ­rego dopro­wa­dziła ich gale­ria, i zna­leźli się w hallu, u stóp scho­dów. Ralph podał kuzynce świecę prze­zna­czoną do jej sypialni i sto­jącą we wnęce obok klatki scho­do­wej.

- Nie dbaj o to, jak cię ludzie okre­ślą. Jeśli będziesz cier­piała, nazwą cię idiotką. Trzeba być w miarę moż­no­ści jak naj­szczę­śliw­szym czło­wie­kiem. Dobra­noc!

Przy­glą­dała mu się przez chwilę; wzięła z jego ręki świecę i już posta­wiła jedną stopę na dębo­wych scho­dach.

- Dobra­noc. Życzę ci powo­dze­nia i cie­szył­bym się, gdy­bym mógł się do niego przy­czy­nić.

Odwró­ciła się, ale Ralph odpro­wa­dzał ją wzro­kiem, kiedy z wolna wspi­nała się w górę. Kiedy znik­nęła, cof­nął się, wciąż z rękoma w kie­sze­niach, do pustego salonu.

Rozdział 6

6

Isa­bel Archer miała wiele róż­nych teo­rii i nie­zwy­kle żywą wyobraź­nię. Los obda­rzył ją bystrzej­szym umy­słem niż więk­szość ludzi, wśród któ­rych przy­pa­dło jej się obra­cać; ogar­niała szer­sze wid­no­kręgi rze­czy­wi­sto­ści i sta­rała się zdo­by­wać wie­dzę o rze­czach mało zna­nych. To prawda, że wśród rówie­śnic ucho­dziła za istotę nie­zwy­kle głę­boką, bo zacne te osoby nie szczę­dziły podziwu roz­le­głym hory­zon­tom inte­lek­tu­al­nym, o któ­rych same nie miały poję­cia, i uwa­żały Isa­bel za stud­nię mądro­ści: opo­wia­dano nawet, że panna Archer czy­tuje kla­sy­ków - w prze­kła­dach. Jej ciotka ze strony ojca puściła kie­dyś w obieg plotkę, jakoby Isa­bel pisała książkę: pani Varian żywiła wielki respekt dla ksią­żek i nie wąt­piła, że jej bra­ta­nica wyróżni się, ogła­sza­jąc dru­kiem jakieś dzieło. Pani Varian wysoko ceniła lite­ra­turę, a jej sza­cu­nek dla niej łączył się z poczu­ciem wła­snej niż­szo­ści. Miała oka­zały dom, pełen mozai­ko­wych sto­li­ków, z sufi­tami zdo­bio­nymi bogato sztu­ka­te­rią, ale bra­ko­wało w nim biblio­teki i słowo dru­ko­wane repre­zen­to­wało tylko kilka bro­szu­ro­wa­nych powie­ści na półce w pokoju jed­nej z córek. Wła­ści­wie pani Varian znała lite­ra­turę jedy­nie z łamów "The New Yor­ker Inte­rvie­wer"; słusz­nie zauwa­żyła, że po lek­tu­rze tego pisma można stra­cić resztki wiary w kul­turę. Wobec czego pil­no­wała, żeby "Inte­rvie­wer" nie nawi­nął się pod rękę żad­nej z jej córek; posta­no­wiła wycho­wać swoje dziew­częta przy­zwo­icie, toteż nie czy­tały nic. Podej­rze­wa­jąc bra­ta­nicę o lite­rac­kie ambi­cje, myliła się cał­ko­wi­cie: Isa­bel ni­gdy nie pró­bo­wała napi­sać książki i nie marzyła o lau­rach powie­ściopisarki. Nie miała daru eks­pre­sji i nie dość jasno uświa­da­miała sobie swoje talenty. Ogól­nie tylko sądziła, że ludzie słusz­nie przy­znają jej zna­mię jakiejś wyż­szo­ści. Czy naprawdę góruje nad nimi, czy nie, postę­pują dobrze, odno­sząc się do niej z podzi­wem, skoro ją uwa­żają za istotę wyż­szą; czę­sto bowiem sama spo­strze­gała, że jej umysł pra­cuje szyb­ciej niż umy­sły tam­tych osób, z tego lęgnie się nie­cier­pli­wość, którą łatwo pomy­lić z wyż­szo­ścią. W tym miej­scu wypada co prę­dzej stwier­dzić, że Isa­bel zapewne skłonna była do grze­chu zaro­zu­mial­stwa; czę­sto z upodo­ba­niem zasta­na­wiała się nad swoim cha­rak­te­rem, nie potrze­bo­wała zazwy­czaj wielu dowo­dów, by utwier­dzić się w prze­ko­na­niu, że ma rację, i chęt­nie szu­kała oka­zji do zbie­ra­nia hoł­dów. Popeł­niała tyle błę­dów i żywiła tyle złu­dzeń, że bio­graf, pra­gnąc usza­no­wać god­ność swej boha­terki, wzdraga się przed ich wyli­cza­niem. W umy­śle jej roiło się od splą­ta­nych i mgli­stych wyobra­żeń, któ­rych ni­gdy nie pomo­gli jej roz­ja­śnić albo spro­sto­wać ludzie zna­jący się dokład­nie na rze­czy. Ponie­waż na wła­sną rękę pró­bo­wała kształ­to­wać swoje poglądy, wikłała się w tysięczne sprzecz­no­ści i nie­kon­se­kwen­cje. Chwi­lami odkry­wała w swoim rozu­mo­wa­niu śmieszne pomyłki i prze­ży­wała wtedy kilka dni w udręce bole­snego upo­ko­rze­nia. Ale póź­niej zadzie­rała głowę jesz­cze wyżej niż przed­tem; nie poma­gała gorzka nauczka, Isa­bel nie­ule­czal­nie pra­gnęła myśleć o sobie jak naj­le­piej. Wedle jej teo­rii, pod tym warun­kiem warto żyć; trzeba być kimś war­to­ścio­wym, świa­do­mym har­mo­nii swego orga­ni­zmu (Isa­bel nie mogła takiej har­mo­nii w sobie nie dostrze­gać), prze­by­wać w stre­fie świa­tła, natu­ral­nej mądro­ści, rado­snych impul­sów i nie­ustan­nie łaska­wego natchnie­nia. Wąt­pić o sobie byłoby pra­wie tak szko­dliwe, jak nie ufać naj­bliż­szemu przy­ja­cie­lowi: powinno się być wła­snym naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem i w ten spo­sób zapew­nić sobie stałe obco­wa­nie z godną tego istotą. Isa­bel miała szla­chetną wyobraź­nię, która odda­wała jej wiele cen­nych usług i czę­sto spro­wa­dzała ją na manowce. Spę­dzała całe godziny na roz­my­śla­niu o pięk­nie, męstwie i wiel­ko­dusz­no­ści; upar­cie sta­rała się widzieć świat jako świe­tlaną prze­strzeń, w któ­rej można swo­bod­nie roz­wi­jać się i w któ­rej trzeba dzia­łać; sądziła, że uczu­cia stra­chu i wstydu są odra­ża­jące. Miała nadzieję, że ni­gdy nie popełni nic złego. Kiedy odkry­wała pomyłki wła­snych uczuć, nie­na­wi­dziła swo­ich błę­dów (zawsze uświa­da­mia­jąc je sobie, drżała, jak gdyby udało jej się umknąć z pułapki, która mogłaby ją uwię­zić i zmiaż­dżyć), toteż myśl o moż­li­wo­ści zada­nia poważ­nej rany komuś innemu, cho­ciaż mało praw­do­po­dobna, przy­pra­wiała ją chwi­lami o utratę tchu. Zawsze wyda­wało jej się to naj­gor­szą rze­czą, jaka mogłaby się w jej życiu zda­rzyć. Po namy­śle nie miała w końcu wąt­pli­wo­ści, co uważa za złe. To były sprawy brzyd­kie, nie lubiła im się przy­glą­dać, ale jeśli patrzała uważ­nie, mogła je roz­po­znać nie­omyl­nie. Złe są takie rze­czy, jak skąp­stwo, zazdrość, okru­cień­stwo. Nie­wiele wie­działa o nie­go­dzi­wo­ści świata, ale znała kobiety, które kła­mały i umyśl­nie raniły się nawza­jem. Na ten widok kipiała gnie­wem; wyda­wało jej się, że zwy­kła przy­zwo­itość każe gar­dzić takim postę­po­wa­niem. Oczy­wi­ście gniew bywa nie­bez­pieczny, cza­sem pro­wa­dzi do nie­kon­se­kwen­cji, do pod­no­sze­nia flagi, gdy for­teca już ska­pi­tu­lo­wała, do postawy tak nie­szcze­rej, że jest nie­mal obrazą sztan­daru. Ale Isa­bel nie­wiele wie­działa o odmia­nie nie­bez­pie­czeństw, na które są nara­żone młode kobiety, i pochle­biała sobie, że w jej zacho­wa­niu ni­gdy nie zda­rzą się podobne sprzecz­no­ści. Życie jej będzie zawsze zgodne z naj­lep­szym wra­że­niem, jakie uda jej się na ludziach robić; zawsze będzie rze­czywiście taka, jaka się wydaje. Cza­sem posu­wała się jesz­cze dalej i marzyła, by zna­leźć się pew­nego dnia w trud­nej sytu­acji i udo­wod­nić, że stać ją na hero­izm, jakiego od niej zażąda los. Tak mało wie­dząc, a tak wznio­słe wyzna­jąc ide­ały, pewna sie­bie, jed­no­cze­śnie naiwna i dogma­tyczna, wyma­ga­jąca, a zara­zem pobłaż­liwa, cie­kawa, choć także wybredna, pobu­dliwa i obo­jętna, spra­gniona, by ją wysoko oce­niano i by w rze­czy­wi­sto­ści zasłu­gi­wała na jesz­cze lep­szą, o ile to moż­liwe, ocenę, zde­cy­do­wana wszystko poznać, wszyst­kiego spró­bo­wać i doświad­czyć, sub­telny, kapry­śny, pło­mienny duch połą­czony z oso­bo­wo­ścią, która była wytwo­rem zewnętrz­nych warun­ków - Isa­bel nada­wa­łaby się na ofiarę nauko­wego kry­ty­cy­zmu, gdyby nie to, że autor woli wzbu­dzić w czy­tel­niku cie­plej­sze dla niej uczu­cia i bar­dziej bez­stronne zain­te­re­so­wa­nie.

Jedna z jej teo­rii gło­siła, że nie­za­leż­ność sta­nowi wielki przy­wi­lej, któ­rego powinna użyć rozum­nie. Ni­gdy nie nazy­wała swo­jej sytu­acji samot­no­ścią, a tym bar­dziej osa­mot­nie­niem. Okre­śle­nia te wyda­wały jej się nie­wła­ściwe, zresztą zamężna sio­stra, Lilian, nale­gała, żeby prze­nio­sła się na stałe do jej rodzin­nego domu. Isa­bel miała przy­ja­ciółkę, którą poznała na krótko przed śmier­cią ojca i która sta­nowiła tak dosko­nały przy­kład poży­tecz­nej dzia­łal­no­ści, że panna Archer pra­gnęła na niej się wzo­ro­wać. Hen­rietta Stack­pole góro­wała nad nią god­nym podziwu talen­tem: była już cenioną dzien­ni­karką, a jej kore­spon­den­cje z Waszyng­tonu, New­port czy White Moun­ta­ins, dru­ko­wane na łamach "Inte­rvie­wera" cie­szyły się roz­gło­sem. Isa­bel pouf­nie nazy­wała te arty­kuły "efe­me­ry­dami", lecz sza­no­wała odwagę, ener­gię i humor ich autorki, która, nie mając rodziny ani majątku, adop­to­wała troje dzieci ułom­nej, owdo­wia­łej sio­stry i ich pobyt w szko­łach opła­cała z zarob­ków swego pióra. Hen­rietta masze­ro­wała w awan­gar­dzie postępu, miała zde­cy­do­wane poglądy na wszel­kie nie­mal sprawy i od dawna marzyła o podróży do Europy, żeby stam­tąd napi­sać dla "Inte­rvie­wera" serię listów, naświe­tla­jąc różne pro­blemy z rady­kal­nego punktu widze­nia; przed­się­wzię­cie to było o tyle uprosz­czone, że z góry dosko­nale wie­działa, jak osą­dzi więk­szość euro­pej­skich insty­tu­cji i co w nich zamie­rza skry­ty­ko­wać. Gdy usły­szała, że pani Touchett zabiera Isa­bel do Europy, chciała wyru­szyć natych­miast razem z nimi, prze­wi­du­jąc oczy­wi­ście, że miło byłoby odbyć drogę w towa­rzy­stwie przy­ja­ciółki. Musiała jed­nak nieco odwlec ter­min wyprawy. Uwa­żała Isa­bel za wspa­niałą dziew­czynę i nawet opi­sy­wała ją w swo­ich listach, nie zdra­dza­jąc oczy­wi­ście jej nazwi­ska i nic jej o tym nie mówiąc, bo Isa­bel nie byłaby z tego zado­wo­lona; nie czy­ty­wała zresztą regu­lar­nie "Inte­rvie­wera". Hen­rietta była dla niej przede wszyst­kim dowo­dem, że kobieta może sama sobie radzić i czuć się szczę­śliwa. Zdol­no­ści Hen­rietty nale­żały do kate­go­rii oczy­wi­stych, ale jeżeli dziew­czyna nie ma dzien­ni­kar­skiego talentu i nie umie, jak Hen­rietta, genial­nie zga­dy­wać, czego chcą czy­tel­nicy, nie zna­czy to prze­cież, że nie ma też jakie­goś powo­ła­nia, że brak jej wszel­kich poży­tecz­nych umie­jęt­no­ści, że musi poprze­stać na świa­to­wym, pustym życiu. Isa­bel mocno posta­nowiła, że nie będzie pustą kobietą. Trzeba tylko cze­kać cier­pli­wie, a w końcu z pew­no­ścią nawi­nie się pod rękę jakaś zado­wa­la­jąca misja. Rozu­mie się, że oprócz tych wielu teo­rii panna Archer miała też całą kolek­cję poglą­dów na mał­żeń­stwo. Przede wszyst­kim uwa­żała, że zni­ży­łaby się do pospo­li­to­ści, gdyby za wiele na ten temat myślała. Szcze­rze modliła się, by ją omi­nęła śmiesz­ność panien gorącz­kowo zabie­ga­ją­cych o zamąż­pój­ście; wie­rzyła, że kobieta, jeśli nie jest wyjąt­kowo słaba, może zna­leźć szczę­ście, oby­wa­jąc się bez mniej lub bar­dziej gru­bo­skór­nego towa­rzy­sza płci męskiej. Modli­twa została w wystar­cza­ją­cym stop­niu wysłu­chana; wro­dzona czy­stość i duma - ozię­błość i oschłość, jak by to nazwał odtrą­cony zalot­nik, gdyby miał upodo­ba­nie do ana­lizy - uchro­niły ją od próż­nych roz­my­ślań o kan­dy­da­tach na mężów. Nie­liczni tylko spo­śród męż­czyzn, któ­rych widy­wała, zda­wali się warci wyso­kiej ceny i uśmie­chała się na myśl, że któ­ryś z nich mógłby sie­bie uwa­żać za przed­miot jej nadziei i nagrodę jej cier­pli­wo­ści. W głębi duszy - na samym dnie - kryła prze­świad­cze­nie, że jeśli bły­śnie ocze­ki­wane świa­tło, będzie umiała oddać się cał­ko­wi­cie, bez zastrze­żeń; ale była to wizja zbyt groźna, aby mogła ją pocią­gać. Krą­żyła wokół niej myślami, rzadko jed­nak zatrzy­my­wała się przed nią dłu­żej, bo zawsze po krót­kiej kon­tem­pla­cji zja­wiał się lęk. Czę­sto nie­po­ko­iła się, że za wiele myśli o sobie; ktoś, kto by jej zarzu­cił skrajny ego­izm, wywo­łałby nie­za­wod­nie rumie­niec na twa­rzy Isa­bel. Wciąż snuła plany wła­snego roz­woju, dążyła do dosko­na­ło­ści, śle­dziła wła­sne postępy. Jej natura, prze­siąk­nięta próż­no­ścią, przy­po­mi­nała jak gdyby ogród, pełen ulot­nych aro­ma­tów, sze­le­stu gałęzi, cie­ni­stych alta­nek, dale­kich per­spek­tyw, toteż Isa­bel miała wra­że­nie, że intro­spek­cja jest spa­ce­rem na świe­żym powie­trzu i że zapusz­cza­nie się w zaka­marki wła­snej duszy musi być nie­winną wyprawą, skoro się z niej wraca z narę­czem róż. Ale czę­sto uświa­da­miała sobie, że ogród jej szla­chet­nej duszy nie jest jedyny na świe­cie i poza nim są różne miej­sca wcale do ogro­dów nie­po­dobne, mroczne, cuch­nące ugory zaro­śnięte chwa­stem brzy­doty i nędzy. Pły­nąc z nur­tem zaspo­ko­jo­nej cie­ka­wo­ści, który ją ostat­nio porwał i zaniósł do pięk­nej sta­rej Anglii, a miał zanieść jesz­cze dalej, czę­sto zatrzy­my­wała się w roz­pę­dzie na myśl, że są tysiące istot mniej szczę­śli­wych, i wtedy przez chwilę jej wła­sne roz­koszne poczu­cie pełni życia wyda­wało się nie­przy­zwo­ito­ścią. Jak pomie­ścić nędzę świata w obra­zie tak dla niej samej przy­jem­nym? Trzeba wyja­wić, że to pyta­nie ni­gdy nie zaprzą­tało jej umy­słu długo. Isa­bel była za młoda, zbyt niecier­pli­wie głodna życia, za mało wie­działa o cier­pie­niu. Prędko wra­cała do teo­rii, że młoda kobieta, którą prze­cież wszy­scy uwa­żają za inte­li­gentną, musi zacząć od ogól­nego zapo­zna­nia się z życiem. To wstęp konieczny, by unik­nąć błę­dów, a potem dopiero przyj­dzie czas, by poświę­cić szcze­gólną uwagę nie­doli bliź­nich.

Anglia stała się dla niej obja­wie­niem, Isa­bel była olśniona, jak mała dziew­czynka na pan­to­mi­mie. Kiedy przed laty przy­wo­żono ją do Europy, podróże ogra­ni­czały się do kon­ty­nentu, który zresztą oglą­dała nie­mal wyłącz­nie przez okno dzie­cię­cego pokoju; dla jej ojca mekką był nie Lon­dyn, lecz Paryż, a dzieci oczy­wi­ście nie miały dostępu do świata jego zain­te­re­so­wań. Tamte obrazy zresztą zatarły się i odda­liły w jej pamięci i teraz sta­ro­świec­kość wszyst­kiego, co tu spo­ty­kała, miała dla niej urok nowo­ści. Dom wuja wyda­wał jej się obra­zem, który ożył i wyszedł z ram; żaden sub­telny szcze­gół nie był dla jej wraż­li­wo­ści stra­cony. Bogata dosko­na­łość tej sie­dziby była dla Isa­bel jed­no­cze­śnie rewe­la­cją nie­zna­nego świata i zaspo­ko­je­niem pew­nej wewnętrz­nej potrzeby. Duże niskie pokoje, bru­natne sufity, mroczne kąty, głę­bo­kie fra­mugi i oso­bliwe, dzie­lone na kwa­tery okna, łagodne świa­tło odbi­ja­jące się od ciem­nych, wypo­le­ro­wa­nych boaze­rii, soczy­sta zie­leń drzew, które zda­wały się zaglą­dać do wnę­trza, atmos­fera ładu i odosob­nie­nia w sercu "posia­dło­ści ziem­skiej", miła cisza, rzadko zakłó­cana jakimś gło­śniej­szym dźwię­kiem, bo sama zie­mia tłu­miła kroki, w mięk­kim, gęstym powie­trzu kon­takty nie zmie­niały się ni­gdy w star­cia, a roz­mowy wolne były od ostrych tonów - wszystko to zado­wa­lało gusta panny Archer, w któ­rej poglą­dach gust odgry­wał wielką rolę. Prędko zaprzy­jaź­niła się z wujem i sia­dy­wała przy nim, gdy wysta­wiano jego fotel na traw­nik. Spę­dzał dłu­gie godziny w ogro­dzie, sie­dząc z zało­żo­nymi rękoma niby spo­kojny, swoj­ski bożek domowy, bożek pra­co­wity, który zro­bił swoje, dostał zapłatę i stara się teraz przy­wyk­nąć do tygo­dni i mie­sięcy zło­żo­nych wyłącz­nie z dni świą­tecz­nych. Isa­bel bawiła go bar­dziej, niż przy­pusz­czała - czę­sto wywie­rała na ludziach inne wra­że­nie, niż jej się zda­wało - a pan Touchett dla wła­snej przy­jem­no­ści zachę­cał ją do mówie­nia - do szcze­bio­ta­nia, bo tak okre­ślał jej kon­wer­sa­cję, bar­dzo zresztą rze­czową, co było cha­rak­te­ry­styczne dla mło­dych Ame­ry­ka­nek, któ­rych głosu oto­cze­nie słu­cha uważ­niej niż głosu ich sióstr w innych kra­jach. Isa­bel, podob­nie jak wszyst­kie jej młode rodaczki, od wcze­snego wieku zachę­cano, żeby się wypo­wia­dała; nie lek­ce­wa­żono jej zda­nia, ocze­ki­wano od niej samo­dziel­nych opi­nii i uczuć. Wiele jej sądów miało z pew­no­ścią bar­dzo skromną war­tość, a uczu­cia ulat­niały się, gdy prze­brzmiały wyra­ża­jące je słowa; zosta­wiały jed­nak ślad, bo wyra­biały w niej prze­ko­na­nie, że powinna spra­wiać wra­że­nie istoty myślą­cej i czu­ją­cej; co waż­niej­sze, dzięki temu w momen­tach, gdy naprawdę była czymś poru­szona, umiała wyra­żać swoje emo­cje żywo i bez­po­śred­nio, w czym wiele osób dopa­try­wało się oznak wyż­szo­ści. Sta­remu panu Touchett Isa­bel przy­po­mi­nała jego żonę z daw­nych lat, kiedy była mło­dziutką dziew­czyną. Zako­chał się w niej wtedy, ponie­waż zachwy­cała go świe­żo­ścią, natu­ral­no­ścią, bystro­ścią, z jaką w lot wszystko rozu­miała i wyra­żała, a więc tymi samymi cechami, które miała Isa­bel. Ni­gdy jed­nak nie zwie­rzył się sio­strze­nicy z tego spo­strze­że­nia, bo wpraw­dzie pani Touchett nie­gdyś była podobna do Isa­bel, ale Isa­bel wcale nie była podobna do swo­jej ciotki. Star­szy pan oka­zy­wał jej wiele dobroci; mówił, że od dawna jego domowi bra­ko­wało obec­no­ści mło­dej istoty, szyb­kie, zwinne ruchy naszej boha­terki i jej jasny głos stały się dla oczu i uszu star­szego pana miłe jak plusk rzeki. Miał ochotę czymś ją obda­rzyć i ucie­szyłby się, gdyby od niego cze­goś zażą­dała. Ale Isa­bel doma­gała się tylko odpo­wie­dzi na swoje pyta­nia; trzeba przy­znać, że zada­wała ich bar­dzo wiele. Wuj miał bogate zapasy odpo­wie­dzi, mimo to cza­sem jej cie­ka­wość przy­bie­rała formy, które go osza­ła­miały. Chciała wie­dzieć wszystko o Anglii, o jej ustroju, o cha­rak­te­rze Bry­tyj­czy­ków, o sytu­acji poli­tycz­nej, o spo­so­bie bycia i zwy­cza­jach rodziny kró­lew­skiej, o szcze­gól­nych przy­wi­le­jach ary­sto­kra­cji, o try­bie życia i poglą­dach sąsia­dów z oko­licy; pro­sząc o te infor­ma­cje, wypy­ty­wała też, czy praw­dziwy stan rze­czy zgodny jest z tym, co o nim czy­tała w książ­kach. Star­szy pan patrzał na nią chwilę z nikłym cierp­kim uśmie­chem i wygła­dzał pled roz­po­starty na swo­ich kola­nach.

- W książ­kach? - odparł kie­dyś. - Nie znam się na książ­kach. O to zapy­taj lepiej Ral­pha. Co do mnie, sta­ra­łem się zawsze spraw­dzać fakty bez­po­śred­nio, pozna­wać samą rze­czy­wi­stość. Nawet nie zada­wa­łem ni­gdy wielu pytań, po pro­stu mil­cza­łem i patrzy­łem uważ­nie. Oczy­wi­ście mia­łem wię­cej spo­sob­no­ści do robie­nia obser­wa­cji, młoda dama takich szans nie ma. Jestem z natury bar­dzo wścib­ski, cho­ciaż ni­gdy byś tego nie spo­strze­gła, choć­byś mnie pil­nie śle­dziła - bo ja zawsze bym jesz­cze czuj­niej cie­bie śle­dził. Obser­wuję tutej­szych ludzi od trzy­dzie­stu pię­ciu lat i śmiało mogę powie­dzieć, że zgro­ma­dzi­łem dość dużo spo­strze­żeń. Ogól­nie mówiąc, to jest wspa­niały kraj, bar­dziej wspa­niały niż my, z tam­tej strony Atlan­tyku, gotowi jeste­śmy przy­znać. Rozu­mie się, wpro­wa­dził­bym chęt­nie kilka popra­wek, ale ogół spo­łe­czeń­stwa, jak się zdaje, nie odczuwa na razie takiej potrzeby. Jeżeli doj­dzie do wnio­sku, że jakaś zmiana jest potrzebna, to ją zapewne urze­czy­wistni, tym­cza­sem jed­nak żyje spo­koj­nie w ist­nie­ją­cych warun­kach. Czuję się mię­dzy tymi ludźmi bar­dziej swoj­sko, niż prze­wi­dy­wa­łem, kiedy się tutaj prze­no­si­łem, praw­do­po­dob­nie dla­tego, że mi się tutaj nie­źle powio­dło, czło­wiek, któ­remu się dobrze gdzieś powo­dzi, czuje się tam na swoim miej­scu, to natu­ralne.

- Wuj sądzi, że ja też będę się tu czuła jak w domu, jeśli odniosę suk­ces?

- Wydaje mi się to bar­dzo praw­do­po­dobne, a co do two­jego suk­cesu, to jestem go zupeł­nie pewny. Oni tu bar­dzo lubią młode Ame­ry­kanki i oka­zują im dużo sym­pa­tii. Ale nie byłoby dobrze, gdy­byś czuła się zanadto jak u sie­bie w domu.

- Och, wcale nie wiem jesz­cze, czy będę sobie tego życzyła - odparła skru­pu­latna Isa­bel. - Kraj bar­dzo mi się podoba, ale nie wiem, czy ludzi także polu­bię.

- To bar­dzo dobrzy ludzie, zwłasz­cza dla tych, któ­rzy ich lubią.

- Nie wąt­pię, że są dobrzy, ale czy mili w towa­rzy­stwie? Oczy­wi­ście nie ogra­bią mnie ani nie pobiją, ale czy będą dla mnie uprzejmi? Bo ja tego od ludzi ocze­kuję. Przy­znaję się, że zawsze wysoko to sobie ceni­łam. Myślę, że nie trak­tują jak należy mło­dych dziew­czyn. Przy­naj­mniej tak wno­szę z róż­nych powie­ści.

- Nie czy­tuję powie­ści - odparł pan Touchett - ale, o ile mi wia­domo, są to histo­rie zręcz­nie opo­wie­dziane, nie­zbyt jed­nak ści­śle przed­sta­wia­jące prawdę. Była tu kie­dyś w Gar­den­co­urt pewna pani pisząca powie­ści, zna­joma Ral­pha, który ją tu zapro­sił. Pani jak naj­bar­dziej na miej­scu, pod każ­dym wzglę­dem w porządku, ale typ świadka, że tak się wyrażę, na któ­rym nie można pole­gać. Za dużo fan­ta­zji; myślę, że w tym cała przy­czyna. Póź­niej wydała powieść, w któ­rej rze­komo spor­tre­to­wała czy raczej ska­ry­ka­tu­ro­wała moją nie­godną osobę. Nie czy­ta­łem całej książki, Ralph tylko zało­żył dla mnie stro­nice i zakre­ślił frag­menty, gdzie niby ja wystę­po­wa­łem. Autorka odtwa­rzała mój spo­sób mówie­nia, ame­ry­kań­ski akcent, nosowe brzmie­nie samo­gło­sek, jan­ke­skie poglądy, wyma­chi­wa­nie gwiaź­dzi­stym sztan­da­rem. Ale nie odtwo­rzyła dokład­nie tego, co mówi­łem, widocz­nie słu­chała mnie bar­dzo nie­uważ­nie. Nie mam nic prze­ciw temu, żeby powta­rzała moje wypo­wie­dzi, skoro ma ochotę, ale gniewa mnie, że nie raczyła poświę­cić nale­ży­tej uwagi moim sło­wom. Oczy­wi­ście, mówię jak Ame­ry­ka­nin, nie umiem mówić jak Hoten­tot. W każ­dym razie ludzie tutaj zawsze dosko­nale mnie rozu­mieli. Ale nie mówi­łem ni­gdy tak, jak star­szy pan w powie­ści tej pani. To nie jest Ame­ry­ka­nin, my byśmy za żadną cenę nie chcieli go w Sta­nach przy­jąć! Wspo­mi­nam o tym, żeby ci wytłu­ma­czyć na przy­kła­dzie, że nie można wie­rzyć powie­ściom. Natu­ral­nie, ponie­waż nie mam córek, a moja żona mieszka we Flo­ren­cji, nie mia­łem spo­sob­no­ści, żeby zaob­ser­wo­wać, jak trak­tują tutaj młode panny. Wydaje mi się, że kobiety z niż­szych klas mają dość cięż­kie życie, ale w kla­sach wyż­szych, a nawet do pew­nego stop­nia w śred­nich, sytu­acja ich jest lep­sza.

- Na Boga! - wykrzyk­nęła Isa­bel. - Ileż oni tutaj mają klas? Pewno z pół setki?

- No, nie liczy­łem ni­gdy. W ogóle podział na klasy wcale mnie nie inte­re­suje. Ame­ry­ka­nin ma tę prze­wagę, że nie należy do żad­nej z tutej­szych klas.

- Mam nadzieję! - przy­tak­nęła Isa­bel. - Strach pomy­śleć, że zali­czono by mnie do jed­nej z angiel­skich klas!

- O ile wiem, w nie­któ­rych, zwłasz­cza bli­sko szczytu, można żyć cał­kiem przy­jem­nie. Ale ja odróż­niam tylko dwie kate­go­rie ludzi: tych, któ­rym można ufać, i innych, któ­rym nie ufam. Cie­bie, kochana Isa­bel, oczy­wi­ście zali­czam do tej pierw­szej klasy.

- Dzię­kuję! - szybko powie­działa Isa­bel. Zawsze tak oschle kwi­to­wała kom­ple­menty, uci­na­jąc je jak mogła naj­kró­cej. Czę­sto wywo­ły­wało to fał­szywe wra­że­nie, jak gdyby była obo­jętna na pochwały; w rze­czy­wi­sto­ści bała się zdra­dzić, jak ogromną spra­wiają jej przy­jem­ność. Oka­zu­jąc to, wyja­wi­łaby za wiele swo­ich sekre­tów. - Myślę, że Anglicy są okrop­nie kon­wen­cjo­nalni - dodała.

- Wszystko jest tutaj raz na zawsze ujęte w pewne reguły - przy­znał pan Touchett. - Wolą z góry usta­lać porzą­dek rze­czy, zamiast roz­strzy­gać o nim dopiero w ostat­niej chwili.

- Ale ja nie cier­pię, żeby wszystko było z góry wia­dome - odparła Isa­bel. - Wolę tro­chę nie­spo­dzia­nek.

Star­szy pan uśmiech­nął się, bo uba­wiła go ta sta­now­czość, z jaką Isa­bel gło­siła wła­sne upodo­ba­nia.

- A tym­cza­sem z góry wia­domo, że będziesz tu miała wiel­kie powo­dze­nie. To cię chyba cie­szy, nie?

- Nie będę miała powo­dze­nia, jeśli ludzie są tutaj głu­pio kon­wen­cjo­nalni, bo nie jestem ani tro­chę kon­wen­cjo­nalna. Wprost prze­ciw­nie! I to im się nie może spodo­bać.

- Mylisz się, mylisz się zasad­ni­czo! - odparł pan Touchett. - Nie wiesz, co im się podoba, a co nie. Są czę­sto nie­kon­se­kwentni i wła­śnie dla­tego tak ogrom­nie inte­re­su­jący.

- A to świet­nie! - stwier­dziła Isa­bel, sta­jąc przed wujem z rękoma sple­cio­nymi na pasku czar­nej sukni i roz­glą­da­jąc się po traw­niku.

Rozdział 7

7

Zaba­wiali się czę­sto roz­mo­wami o posta­wach bry­tyj­skiego spo­łe­czeń­stwa, jak gdyby nasza boha­terka mogła do niego się odwo­łać, ale bry­tyj­skie spo­łe­czeń­stwo pozo­stało na razie głę­boko obo­jętne wobec panny Isa­bel Archer, którą los spro­wa­dził - jak twier­dził jej kuzyn - do naj­nud­niej­szego domu w Anglii. Cier­piący na reu­ma­tyzm wuj nie­wielu przyj­mo­wał gości, a pani Touchett, która nie utrzy­my­wała sto­sun­ków z sąsia­dami swo­jego męża, nie mogła spo­dzie­wać się ich wizyt, miała jed­nak szcze­gólne upodo­ba­nie: lubiła, żeby jej skła­dano bilety wizy­towe. Nie znaj­do­wała przy­jem­no­ści w tak zwa­nym życiu towa­rzy­skim, lecz cie­szył ją widok bie­le­ją­cych na stole w hallu sym­bo­licz­nych pro­sto­kąt­nych kar­to­ni­ków. Pochle­biała sobie, że jest kobietą spra­wie­dliwą i wyzna­wała naj­wyż­szą prawdę, że niczego nie dosta­jemy na tym świe­cie za darmo. Nie grała towa­rzy­skiej roli jako pani domu w Gar­den­co­urt, toteż rozu­miała, że miesz­kańcy oko­liczni nie są obo­wią­zani zauwa­żać każ­dego jej przy­jazdu czy wyjazdu. Nie jest jed­nak wcale pewne, czy nie czuła się tro­chę ura­żona, że sąsie­dzi tak mało poświę­cają uwagi jej oso­bie, i czy żal (doprawdy nie­uza­sad­niony), że nie zdo­była w oko­licy Gar­den­co­urt lep­szej pozy­cji towa­rzy­skiej, nie był w dużym stop­niu przy­czyną zja­dli­wych komen­ta­rzy, jakich nie szczę­dziła przy­bra­nej ojczyź­nie swo­jego mał­żonka. Wytwa­rzało to dzi­waczne sytu­acje, w któ­rych Isa­bel, nie­ocze­ki­wa­nie dla samej sie­bie, musiała bro­nić bry­tyj­skiej kon­sty­tu­cji przed ata­kami ciotki, bo pani Touchett usta­wicz­nie wbi­jała szpilki w ten czci­godny doku­ment. Isa­bel zawsze odru­chowo miała ochotę szpilki te wycią­gać, nie z obawy, że mogłyby rze­czy­wi­ście uszko­dzić stary twardy per­ga­min, lecz dla­tego, że ciotka powinna by, jej zda­niem, skie­ro­wać ostrze w innym kie­runku. Isa­bel sama wiele rze­czy kry­ty­ko­wała; skłon­ność do kry­tyki jest natu­ralną cechą mło­dego wieku, płci pięk­nej i narodu ame­ry­kań­skiego; ale jed­no­cze­śnie była bar­dzo sen­ty­men­talna, a oschłość pani Touchett pobu­dzała w sio­strze­nicy źró­dła uczuć do tym gwał­tow­niej­szych wyle­wów.

- Jaki punkt widze­nia cio­cia obrała? - zapy­tała kie­dyś. - Kry­ty­ku­jąc tutaj wszystko, trzeba przy­jąć okre­ślony punkt widze­nia. Nie wydaje mi się, żeby cio­cia patrzała na Anglię ze sta­no­wi­ska Ame­ry­kanki, bo za oce­anem też wszystko było w cioci oczach jak naj­gor­sze. Ja, jeśli coś kry­ty­kuję, to wiem, jaki jest mój punkt widze­nia: na wskroś ame­ry­kań­ski!

- Wiedz, moje dziecko - odparła pani Touchett - że punk­tów widze­nia jest tyle, ile żyje na świe­cie ludzi zdol­nych samo­dziel­nie myśleć. Będziesz miała rację, jeśli powiesz, że w takim razie nie ma ich wiele. Ame­ry­kań­ski punkt widze­nia? Nie, za żadną cenę! To okrop­nie cia­sny hory­zont. Ja, dzięki Bogu, mam swój oso­bi­sty punkt widze­nia.

Isa­bel nawet sama przed sobą wolała nie przy­zna­wać się, jak bar­dzo ta odpo­wiedź jej się spodo­bała; ona prze­cież myślała podob­nie, ale nie wypa­dało gło­śno tego powie­dzieć. W ustach osoby młod­szej i mniej doświad­czo­nej niż pani Touchett zakra­wa­łoby to na zaro­zu­mial­stwo, nawet na aro­gan­cję. Pozwa­lała sobie na więk­szą szcze­rość wobec Ral­pha, roz­ma­wia­jąc z nim czę­sto i długo, w tonie, który dopusz­czał wszel­kie eks­tra­wa­gan­cje. Kuzyn zwy­kle prze­ko­ma­rzał się z nią, jak można by to okre­ślić; wkrótce zyskał u niej opi­nię czło­wieka, który ze wszyst­kiego żar­tuje, a nie nale­żał do ludzi gar­dzą­cych moż­li­wo­ściami, jakich dostar­cza taka repu­ta­cja. Isa­bel oskar­żała go o brak powagi, zarzu­cała mu, że gotów kpić z każ­dej rze­czy i z każ­dej osoby, zaczy­na­jąc od sie­bie. Jeśli był zdolny do sza­cunku, to całą tę swoją zdol­ność sku­piał na ojcu; poza tym ostrzył język na wszyst­kich, także na jedy­nym synu swo­jego ojca, wyśmie­wa­jąc jego słabe płuca i próż­nia­cze życie, dzi­wac­twa jego matki, przy­ja­ciół (szcze­gól­nie lorda War­bur­tona), przy­braną i pier­wotną ojczy­znę i uro­czą świeżo odkrytą kuzynkę.

- Trzy­mam w przed­po­koju kapelę - powie­dział kie­dyś do niej - i każę jej grać bez prze­rwy. Oddaje mi tym spo­so­bem dwie cenne przy­sługi: po pierw­sze, nie dopusz­cza gło­sów zewnętrz­nego świata do moich pry­wat­nych apar­ta­men­tów, a po dru­gie, wpaja światu zewnętrz­nemu prze­ko­na­nie, że w moich salo­nach trwa nie­ustanny bal.

Rze­czy­wi­ście w zasięgu głosu Ral­pha sły­szało się zawsze muzykę do tańca, zda­wało się, że powie­trze drga od zawrot­nych wal­ców. Isa­bel czę­sto draż­nił ten cią­gły wesoły zgiełk; chęt­nie omi­nę­łaby przed­po­kój, jak to Ralph nazy­wał, by wejść do pry­wat­nych apar­ta­men­tów. Nie zra­ziło jej ostrze­że­nie, że są to bar­dzo zanie­dbane kom­naty, miała ochotę zamieść je i dopro­wa­dzić do porządku. Ralph nie oka­zał jej praw­dzi­wej gościn­no­ści, zamy­ka­jąc przed nią te drzwi; żeby go uka­rać, Isa­bel zada­wała mu cios za cio­sem, sta­ra­jąc się go dosię­gnąć ostrzem swo­jego mło­dzień­czego, bez­po­śred­niego dow­cipu. Trzeba przy­znać, że sto­so­wała tę słowną szer­mierkę głów­nie w obro­nie wła­snej, bo Ralph zaba­wiał się jej kosz­tem, nazy­wał ją "Kolum­bią" i oskar­żał, że parzy oto­cze­nie zbyt gorą­cym patrio­ty­zmem. Nary­so­wał jej kary­ka­turę, przed­sta­wia­jąc śliczną młodą kobietę w sukni skro­jo­nej według naj­now­szej mody i uszy­tej z gwiaź­dzi­stego ame­ry­kań­skiego sztan­daru. Isa­bel na tym eta­pie roz­woju naj­bar­dziej lękała się zro­bić na kimś wra­że­nie osoby o cia­snych hory­zon­tach umy­sło­wych, a zaraz potem lękała się być naprawdę taką kobietą. Mimo to bez skru­pu­łów mani­fe­sto­wała uczu­cia, przy­pi­sy­wane jej przez kuzyna, i uda­wała, że wzdy­cha tęsk­nie do uro­ków swo­jej ojczy­zny. Chęt­nie grała rolę fana­tycz­nej Ame­ry­kanki, za jaką Ralph ją uznał, a skoro go to bawiło, gotowa była dostar­czać mu oka­zji do tej zabawy. Bro­niła Anglii przed jego matką, ale gdy Ralph prze­kor­nie wychwa­lał ten kraj pod nie­biosa, znaj­do­wała mnó­stwo argu­men­tów, żeby mu się prze­ciw­sta­wiać. W rze­czy­wi­sto­ści ten w pełni doj­rzały kraj wyda­wał jej się zachwy­ca­jący jak smak słod­kiej paź­dzier­ni­ko­wej gruszki; wła­śnie dla­tego, że czuła się tutaj świet­nie, mogła z humo­rem zno­sić docinki kuzyna i odpła­cać mu tą samą monetą. Jeśli chwi­lami tra­ciła werwę, to nie dla­tego że ją ura­żały jego żarty, lecz że cza­sem było jej żal Ral­pha. Wyda­wało jej się, że cała ta wesoła gada­nina to tylko zasłona dymna i że kuzyn dow­cip­kuje bez prze­ko­na­nia.

- Nie bar­dzo cię rozu­miem - powie­działa kie­dyś - ale podej­rze­wam, że grasz kome­dię.

- Tobie wszystko wolno - odparł Ralph, nie­przy­zwy­cza­jony, by mu ktoś tak bez cere­mo­nii mówił prawdę w oczy.

- Nie wiem, co cię naprawdę obcho­dzi, myślę, że w grun­cie rze­czy o nic nie dbasz. Nie kochasz naprawdę Anglii, cho­ciaż tak pie­jesz na jej cześć. Nie kochasz także Ame­ryki, cho­ciaż uda­jesz, że z niej drwisz.

- Nic mnie nie obcho­dzi prócz cie­bie, miła kuzynko.

- Gdy­bym mogła choćby w to uwie­rzyć, bar­dzo bym się z tego cie­szyła.

- Mam nadzieję, że byś się cie­szyła! - wykrzyk­nął Ralph.

Isa­bel mogła uwie­rzyć, nie­wiele by się pomy­liła. Bar­dzo ją cenił i nie­ustan­nie zaprzą­tała jego uwagę. Zja­wiła się nie­spo­dzie­wa­nie w okre­sie, gdy przy­gnę­biały go tro­ski, cho­ciaż niczego po niej nie ocze­ki­wał, stała się szczo­drym darem losu, odświe­żyła i oży­wiła jego myśli, uskrzy­dliła je i dostar­czyła celu wzlo­tom. Biedny Ralph od kilku tygo­dni grzązł w melan­cho­lii; na jego per­spek­tywy, zawsze dość posępne, padł cień nowej groź­nej chmury. Nie­po­koił się o ojca, bo cho­roba, która dotych­czas obez­wład­niała tylko jego nogi, zaczęła teraz dosię­gać wewnętrz­nych, nie­zbęd­nych do pod­trzy­ma­nia życia narzą­dów. Star­szy pan na wio­snę ciężko cho­ro­wał i leka­rze szep­nęli Ral­phowi, że następ­nego ataku już zapewne nie uda się ode­przeć. Na razie zda­wało się, że star­szy pan miewa się dobrze, ale Ralph podej­rze­wał, że to pod­stęp nie­przy­ja­ciela, który tylko czyha na chwilę osła­bie­nia czuj­no­ści; jeśli zaata­kuje, nie można się łudzić, nie napo­tka więk­szego oporu. Ralph od dawna uznał za pew­nik, że ojciec go prze­żyje, że imię syna pierw­sze zosta­nie wywo­łane w zło­wiesz­czym apelu. Byli z sobą naj­ści­ślej zwią­zani i Ralph nie dopusz­czał myśli, że musiałby resztę bez­barw­nego życia zno­sić samot­nie; zawsze w skry­to­ści serca liczył na pomoc star­szego przy­ja­ciela, by jak naj­le­piej wyko­rzy­stać swój zły los. Wobec groźby, że będzie mu ode­brany ten jedyny potężny bodziec, Ralph stra­cił odwagę. Bez pro­te­stu zgo­dziłby się umrzeć razem z ojcem, ale bał się, że pozba­wiony tego opar­cia nie będzie miał cier­pli­wo­ści, żeby cze­kać swo­jej kolei. Nie mógł pokrze­piać się prze­świad­cze­niem, że jest potrzebny swo­jej matce; pani Touchett z zasady nie pozwa­lała sobie na roz­rzew­nie­nie. Ralph oczy­wi­ście rozu­miał, że nie jest wobec ojca w porządku, pra­gnąc, aby z nich dwóch ten bar­dziej aktywny, a nie bierny wspól­nik musiał prze­cier­pieć ból roz­sta­nia; pamię­tał, że star­szy pan zawsze trak­to­wał zapo­wie­dzi wcze­snej śmierci syna jak sprytną pogróżkę, do któ­rej speł­nie­nia nie dopu­ści w miarę swo­ich moż­li­wo­ści, umie­ra­jąc przed­tem. Ale Ralph miał nadzieję, że nie grze­szy, życząc ojcu, by nie udało mu się zaprze­czyć pro­roc­twom prze­mą­drza­łego syna, lecz by odniósł inny triumf, pole­ga­jący na zacho­wa­niu jesz­cze przez czas jakiś egzy­sten­cji, która, cho­ciaż bar­dzo zubo­żona, nie prze­stała mu być miła.

Były to sub­telne roz­wa­ża­nia, ale przy­jazd kuzynki poło­żył im kres. Wzbu­dził nawet przy­pusz­cze­nie, że może ist­nieje coś, co mogłoby zrów­no­wa­żyć nie­zno­śną przy­krość życia po odej­ściu dobrego ojca. Ralph zasta­na­wiał się nawet, czy nie żywi "miło­ści" do tej żywio­ło­wej dziew­czyny z Albany, ale odpo­wie­dział sobie na to pyta­nie prze­cząco. Po tygo­dniu zna­jo­mo­ści był już pewny, że się nie pomy­lił, i z każ­dym następ­nym dniem utwier­dzał się tro­chę moc­niej w tym prze­ko­na­niu. Lord War­bur­ton słusz­nie nazwał ją inte­re­su­jącą osóbką. Ral­pha dzi­wiło, że War­bur­ton odgadł to nie­mal od pierw­szego rzutu oka; w końcu uznał, że to jeden wię­cej dowód wiel­kiej bystro­ści, którą zawsze cenił w swoim przy­ja­cielu. Kuzynka miała więc dla niego pozo­stać tylko roz­rywką, ale, jak sobie uświa­da­miał, roz­rywką bar­dzo szla­chetną. "Nie ma w świe­cie nic wspa­nial­szego - myślał - niż istota obda­rzona takim cha­rak­te­rem, gdy można w niej obser­wo­wać, cho­ciaż w małej skali, grę sił praw­dzi­wie namięt­nych. To pięk­niej­sze niż wszyst­kie arcy­dzieła sztuki, niż pła­sko­rzeźby grec­kie, płótna Tycjana czy kate­dry gotyc­kie. Jak przy­jem­nie, gdy los zsyła dar tak zupeł­nie nie­ocze­ki­wany! Ni­gdy nie byłem bar­dziej zgnę­biony i znu­dzony niż w tygo­dniu poprze­dza­ją­cym jej przy­jazd; nie wie­rzy­łem, żeby mogło jesz­cze zda­rzyć się w moim życiu coś pomyśl­nego. Nagle poczta przy­nio­sła mi obraz Tycjana do zawie­sze­nia na ścia­nie mojego domu, grecką pła­sko­rzeźbę nad mój komi­nek, wło­żono mi w rękę klucz do pięk­nego gma­chu, pozwo­lono prze­cha­dzać się po nim i oglą­dać go z zachwy­tem. Bie­daku, byłeś brzydko nie­wdzięczny, radzę ci, siedź teraz cicho i ni­gdy wię­cej nie uża­laj się nad sobą!"

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki