Portfolio ocalonych artystów - Julie Orringer

-
Proszę czekać

1

Gordes

Jak się okazało, do wioski, w której mieszkali Chagallowie, nie jeździł żaden pociąg. Jedna z wielu komplikacji, których nie przewidział. Musiał zapłacić jakiemuś chłopakowi na motocyklu, żeby zabrał go ze stacji Cavaillon. Szesnaście kilometrów szaleńczej jazdy po wąskiej, wyżłobionej koleinami drodze, po obu stronach wzgórza w kolorze ochry pokryte winoroślą, lawendą i oliwkami, nad nimi oślepiające biało żyłkowane niebo. Pachniało skórzaną kurtką chłopaka i spalonymi ziemniakami, wyziewami paliwa domowego wyrobu. Chłopak zatrzymał się w cieniu na skraju wioski, przyjął zapłatę i zniknął w oddali, zanim Varian zdążył umówić się z nim na drogę powrotną.

Na uliczkach Gordes, wydrążonych w rozgrzanym słońcem kamiennym wzgórzu nad doliną Luberon, było niewiele cienia. Najchętniej znalazłby się teraz na powrót w Marsylii, by przy szklaneczce aperolu patrzeć na marynarzy z dziewczętami, gangsterów i sprzedawców przypraw przechadzających się po Canebi?re. Chagallowie zgodzili się z nim spotkać, pod warunkiem że nie napomknie o emigracji. Ale czy był jakiś inny temat? Miesiąc temu naziści zajęli Paryż, palili książki na alzackich ulicach, w każdej chwili mogli wywieźć za granicę wszystkich uchodźców. Ale przynajmniej Chagallowie zgodzili się na to spotkanie, a to już coś. Gdy jednak stanął na rue de la Fontaine Basse pod ich domem, w którym kiedyś mieściła się katolicka szkoła dla dziewcząt, poczuł przemożną chęć ucieczki. Jego kwalifikacje, o ile ktoś chciałby je sprawdzić, sprowadzały się do fanatycznej wiedzy o historii Europy, pragnienia wyrwania się zza nowojorskiego biurka oraz głębokiego zniechęcenia izolacjonistyczną polityką własnego kraju. Ale przecież to był jego zawód. Sam go wybrał. A do tego wierzył, że mu się uda. Podniósł rękę i zapukał.

W mosiężnej obręczy judasza pojawiło się czyjeś oko i drzwi otworzyła dziewczyna w pasiastym fartuchu. Nawijała ciemny lok na palec wskazujący, gdy przedstawił się i wyjaśnił, z czym przyszedł. A potem poprowadziła go korytarzem na dziedziniec, na którym kamienna ścieżka wiodła do zacienionego rogu. Chagall i jego żona jedli obiad przy surowym stole. Malarz miał na sobie kitel, zaczesane do tyłu włosy spływały srebrnymi falami. Bella była ubrana w dopasowaną czarną sukienkę, zbyt ciepłą jak na ten dzień.

- O, monsieur Fry! - Chagall uniósł się na powitanie. W jego dużych, niezwykle bystrych oczach krył się wyraz zakłopotania. - Więc jednak pan przyjechał. Tak jak się spodziewałem. Będzie pan pamiętał o naszej umowie?

- Chciałbym jedynie spędzić z państwem godzinkę.

- Przecież pan kłamie. Ale uroczo.

Zajęli miejsca przy stole, Bella po lewej stronie Variana, a malarz po prawej. On, Varian Fry, siedzi z Chagallami, z tym Chagallem, autorem nasyconych kolorami wizji, zwiewnych nowożeńców i kóz o inteligentnych oczach, które widział w cichych salach Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Bella nałożyła na talerz kawał wiejskiego chleba, ser i pokryte solą sardynki i podała go przez stół, uważnie przyglądając się Varianowi.

- Gdyby się pan zjawił kilka dni wcześniej, jedlibyśmy pomidory - powiedział Chagall. - Jakiś gospodarz przywozi je co czwartek na targ. Przepraszam za ten skromny poczęstunek. Obawiam się, że chleb może być trochę czerstwy, ale cóż, c'est la guerre!

- Ależ wszystko jest pyszne - odparł Varian. - Nie chciałem sprawiać kłopotu.

- To nie kłopot. Chętnie dzielimy się tym, co mamy. - Szerokim gestem wskazał na żółtawy kamień, surowe ławy i złotozielone wzniesienie widoczne przez sklepione przejście w murze. - Jak pan widzi, prowadzimy tu ciche, spokojne życie. W Gordes nikt nas nie będzie nękał.

- Ma pan pracownię - zauważył Varian. - Wciąż pan maluje. I to właśnie czyni pana niebezpiecznym.

- Nasza córka mówi to samo - odezwała się Bella. - Powtarza nam to od miesięcy. Ale niech pan zrozumie, monsieur Fry, mojego męża ochroni jego sława. Rząd w Vichy nie ośmieli się nas tknąć.

- Z całym szacunkiem, madame Chagall, ani trochę w to nie wierzę. Vichy jest na pasku nazistów. A wszyscy wiemy, do czego są zdolni. Widziałem to na własne oczy. W trzydziestym piątym byłem w Berlinie, wysłała mnie tam redakcja. Ostatniego wieczoru mojego pobytu w mieście na Kurfürstendamm doszło do zamieszek. Widziałem okropne rzeczy. Ludzi wyciągano ze sklepów i bito na ulicy. Wrażono nóż w dłoń starca siedzącego przy kawiarnianym stoliku. Banda wyrostków wlekła jakąś kobietę za włosy.

- Takie rzeczy dzieją się w Niemczech. - Głos Chagalla stwardniał. - Nam to się nie przydarzy.

- Pozwólcie mi porozmawiać z moim znajomym z konsulatu - powiedział Varian. - Niech przynajmniej zacznie przygotowywać wasze dokumenty. Gdybyście podjęli decyzję o wyjeździe, zaczynanie wszystkiego od początku mogłoby potrwać kilka miesięcy.

Chagall pokręcił głową.

- Proszę mi wybaczyć, monsieur Fry. Przykro mi, że odbył pan tę podróż na darmo. Ale może przed wyjazdem zechciałby pan obejrzeć pracownię? Oczywiście o ile skończył już pan jeść.

Varianowi zabrakło słów. Aż nie mógł uwierzyć, że ktoś o takiej inteligencji, z takim doświadczeniem życiowym nie dostrzega tego, co widać jak na dłoni. Chagall wstał i przeszedł przez dziedziniec do trzymetrowych niebieskich drzwi. Varian też się podniósł. Skinieniem głowy podziękował Belli, a potem ruszył za malarzem po popękanym kamiennym bruku. Za niebieskimi drzwiami znajdował się pokój o wysokim sklepieniu, jedną ścianę zajmowały okna. Dawny refektarz żeńskiej szkoły. Wszędzie leżały płótna. Przez kilka minut Varian chodził między nimi w milczeniu. Znał twórczość malarza, ale nigdy nie widział jego obrazów w takim stanie przepoczwarzania, wilgotnych, wciąż zmienianych, pachnących terpentyną, surowym drewnem i mokrą gliną. Z płócien wyłaniały się podobne do duchów postacie: szarooka Madonna unosząca się w otoczeniu krów i aniołów nad zacienionym miastem; ukrzyżowany Chrystus otulony w tałes, a wokół Jego głowy opłakujący Go mędrcy; klęcząca nad rzeką kobieta z dzieckiem przytulonym do piersi; pęki białych i czerwonych kwiatów tryskających jak płomienie.

- Rejs przez ocean to nie byle co - odezwał się Chagall. - Można stracić więcej niż tylko farby i płótna. Artysta musi dawać świadectwo, monsieur Fry. Nie wolno mu odwracać twarzy, nawet jeśli tego chce.

- Martwy artysta nie da żadnego świadectwa.

Malarz zdjął kapelusz i położył go sobie na kolanie.

- Komitet nie musi się martwić o nasze bezpieczeństwo - oznajmił. - Lepiej zachowajcie środki dla tych, którzy naprawdę potrzebują pomocy. Choćby dla takiego Maxa Ernsta. Podobno trafił do obozu koncentracyjnego w Gurs. Albo dla Jacques'a Lipchitza, mojego przyjaciela z Montparnasse. Nikt nie wie, gdzie się schronił. Albo Leva Zilbermana, tego, który namalował w Berlinie te ogromne murale.

- Tak, znam prace Zilbermana. Alfred Barr domagał się umieszczenia go na naszej liście.

- Czyli trafił pan pod niewłaściwy adres. Niech pan pomoże Ernstowi, Zilbermanowi, a nie mnie. - Chagall odwrócił się do swoich płócien, pędzli i nożyków, do drewnianych skrzynek pełnych wyciśniętych tubek z farbami. - Wspomnę o panu w naszych kręgach - powiedział. - Jest wielu takich, którzy aż palą się do wyjazdu.

* * *

Varian szedł ciężko do Cavaillon drogą przecinającą wzgórze, które widział przez sklepione wejście dziedzińca. W tym tempie dotrze do stacji za dwie godziny, potem kolejne dwie oczekiwania na pociąg i wreszcie wróci do Marsylii, niczego nie osiągnąwszy. Co przekaże swoim nowojorskim kolegom, Paulowi Hagenowi kierującemu Komitetem Pomocowym albo Frankowi Kingdonowi, jego prezesowi? Kiedy zeszłego lata on, Paul, Ingrid Warburg, Alfred Barr i kilka innych osób stworzyli swój wykaz - nazwisk dwustu artystów, pisarzy i intelektualistów, którzy znaleźli się na czarnej liście gestapo i nie mogli wyjechać z Francji - nie przyszło im nawet do głowy, że ktoś mógłby nie chcieć ich pomocy albo że nie będzie się obawiał długiej ręki rządu Vichy. Nie wzięli pod uwagę wielu innych rzeczy, które powoli odkrywał podczas swojego pobytu we Francji, nierzadko z uczuciem wstydu. To cud, że w ogóle udało im się kogokolwiek wydostać. Na razie takich osób było zaledwie dwanaście, maleńki ułamek całej listy.

Kopiąc kamienie na drodze z głębokimi koleinami, doszedł do wniosku, że wieczorem napisze do żony i poinformuje ją o powrocie do domu. Przyzna się - i cóż to będzie za ulga! - że jego misja nie idzie zgodnie z planem. Jak w ogóle mógł przypuszczać, że w ciągu miesiąca, jednego miesiąca, uda mu się odnaleźć i wyrwać stąd dwustu artystów? Wyobrażał sobie, że jeździ po wsiach na pożyczonym rowerze i zbiera uchodźców całymi tuzinami, jakby czekali na niego w gajach cytrynowych z gotowymi dokumentami podróży. Spodziewał się, że jakimś cudem konsulat zrobi wszystko, by mu pomóc. Ale natknął się na chaos panujący w kraju, na niezliczone bariery biurokracji, na idiotów w amerykańskim wydziale wizowym i wreszcie na opór samych artystów. Popełnił błąd, kiedy wywlókł się zza biurka w wydawnictwie. Skąd ten pomysł, że weźmie w swoje ręce życie ludzi takich jak Ernst czy Chagall, skoro nie miał pojęcia, jak się nimi zająć, a nawet jak ich przekonać, że znaleźli się w niebezpieczeństwie? Eileen chciała, żeby wracał do domu, bała się o niego. Jej list z ostatniego tygodnia nie pozostawiał co do tego żadnych wątpliwości. W takim razie wróci do domu. Od razu do niej napisze. Gdy tylko dotrze do Splendide.

2

La Dorade

Przed hotelem jak zwykle zobaczył kolejkę uchodźców - stali przy wejściu, chroniąc się w cieniu szklanego daszka. Ci, którzy byli tu już wcześniej, wołali do niego albo machali dokumentami, a ci, których widział po raz pierwszy, tłoczyli się wokół niego, żeby zagadać albo choć dotknąć jego rękawa, jakby był jakimś cholernym papieżem. Najdelikatniej, jak umiał, poradził im wrócić na noc do domu. Wszedł do środka i zapytał w recepcji, czy nie dostał wiadomości, mając nadzieję na list od Eileen. Ale ze Stanów Zjednoczonych nic nie przyszło, ani niebieska koperta poczty lotniczej, ani telegram. Jedynie wiadomość zostawiona przez telefon i zapisana na pasku żółtego papieru w linie: "La Dorade, godzina 19.00. Vincit labor ignorantiam".

Gdybyśmy mogli określić te chwile, w których nasze życie rozdziela się na przedtem i na potem - gdybyśmy mogli zatrzymać upływ milisekund i spojrzeć na siebie tuż przed osunięciem się w groźną przepaść albo gdybyśmy mieli szansę zawisnąć w bursztynowej kapsule czasu, wiecznie żywi, bez ran w sercu, bez zmarszczek, bez nocy znaczonych niespokojnym snem - co byśmy wybrali: przepaść czy kapsułę? Czy w takiej chwili wolałby już zawsze żyć w czasie sprzed otrzymania wiadomości, bezpieczny i wciąż taki sam? Odwróciłby się na pięcie, wyszedł z Hôtel Splendide, zostawił życie we Francji?

Vincit labor ignorantiam. Złota myśl z "Hound and Horn", kwartalnika literackiego z Harvardu. Ukuli ją pewnego wieczoru w gmachu Gore Hall, w pokoju Lincolna Kirsteina, jego przyjaciela i czasem kompana w łóżku. "Praca zwycięża ignorancję". Miało to brzmieć ironicznie, bo tamtego wieczoru odpuścili sobie pracę na rzecz whisky Kirsteina. I oto teraz przesuwał kciukiem po łacińskich słowach, miękki ołówek recepcjonisty rozmazywał się trochę na żółtym papierze. Czyżby Kirstein był we Francji? Od wielu miesięcy nie miał od niego żadnych wiadomości. Wiosną poszli po przedstawieniu baletowym do mieszkania Kirsteina w centrum miasta, ale bankiet szybko przerodził się w spór, czy Stany Zjednoczone powinny przystąpić do wojny. Varian wyszedł, zanim zdążył narobić sobie kłopotów.

Właściwie nie miał się nad czym zastanawiać. Chętnie zobaczy się ze swoim dawnym współspiskowcem i współredaktorem "Hound and Horn". Nikt inny nie zostawiłby mu takiej wiadomości. Poszedł więc na górę, zmienił koszulę i krawat, przyczesał włosy, wyczyścił kapelusz, zaciekawiony, jakie to wieści Kirstein ze sobą przywiózł albo o jaką przysługę zechce go poprosić. Na progu hotelowego pokoju wypił łyk whisky i od razu tego pożałował. I tak ciągle paliło go w żołądku, a alkohol jedynie to pogarszał. Ale ten ból należał do niego, należał całe życie. Wzmocniwszy się, wyszedł na ulicę spowitą marsylską mgłą sierpniowego wieczoru, gotowy na to, co go czeka w La Dorade.

* * *

Droga z hotelu prowadziła bulwarem d'Ath?nes, a potem przecinała Canebi?re, główną tętnicę Marsylii, na której goście wysiadywali przy kawiarnianych stolikach, a z otwartych okien restauracji mimo pookupacyjnego zakazu sączył się jazz. Na ulicy pachniało olejem napędowym, kardamonem, wilgotnym rynsztokiem, tytoniem i damskimi perfumami. Z Vieux Port na samym końcu Canebi?re dolatywał zapach wodorostów i soli. O tej porze port oświetlała jeszcze jaskrawożółta linia horyzontu, ostatni płynny ślad zachodu słońca wciskającego w mgłę swoje szafrany i korale. Jednak na ulicach zapadał już zmrok, zaułki dzielnicy portowej znikały w słabo oświetlonych jaskiniach po obu stronach bulwaru. Ten kwartał niczym niewyróżniających się sklepików odwiedził trzeciego dnia pobytu w mieście. Szukał szewca, żeby naprawić walizkę rozerwaną podczas lotu z Nowego Jorku. Po drodze jego uwagę przyciągnęła księgarnia antykwaryczna, w której cienki tomik Heraklita pozwolił mu skorygować błąd pamięci: ?????, a nie ????? w starym cytacie o tym, że wszystko się zmienia, nic nie pozostaje w bezruchu. Chciał przywołać ten wers w liście do Eileen, więc wolał się nie pomylić. Teraz księgarnia miała zamknięte okiennice, markizę też zwinięto na noc.

La Dorade, a tak naprawdę siedziba marsylskiego czarnego rynku, znajdowała się na rogu rue Fortia, po obu stronach zadaszonego wejścia tłoczyli się sprzedawcy skorupiaków. Właściciel Charles Vinciléoni zazwyczaj brylował przy stoliku z tyłu, jakby prowokując policję, by ośmieliła się mu przeszkodzić. Ale o ile Varian zdążył się zorientować, policja przychodziła tylko po to, żeby pogratulować mu jakości alkoholu. Wyglądało to tak, jakby Vinciléoni wyznaczył sobie dość podejrzaną porę dyżurów akademickich - jego krótkie siwe włosy i małe owalne okulary nadawały mu wygląd naukowca. Przyswoił też sobie styl, który można by niemal nazwać oksfordzkim: tweedowa marynarka z łatami na łokciach, lekko zniszczone buty, które mogły pochodzić jedynie od szewca z Savile Row, spodnie o nieco luźniejszym kroju niż ten noszony przez Francuzów. Gdy Varian wszedł do środka, Vinciléoni przywitał go skinieniem głowy. Varian był tu już stałym gościem, choć nigdy nie odważył się zagadać do właściciela. Jeszcze jedna z wielu drobnych porażek. Poprosił o stolik dla dwóch osób i zamówił whisky z wodą, przyglądając się mężczyznom w beretach, którzy opierali się o cynkowany bar. Z papierosowego dymu nie wyłoniła się żadna znajoma twarz. W szklance został mu może milimetr płynu, gdy przy stoliku pojawił się jakiś mężczyzna. Varian podniósł wzrok.

To nie był Kirstein.

Grant.

Są takie chwile, kiedy strumień czasu zakrzywia się, zatacza pętle, mętnieje. Teraźniejszość staje się przenikalna, przeszłość wyłania się na pierwszy plan, narzucając się bez ostrzeżenia. Uporządkowana sekwencja dni okazuje się kłamstwem, a racjonalny umysł nie umie się w tym odnaleźć. Jak nazwać tę niemożliwość, która objawiła się przed nim jako rzeczywistość? Halucynacją? Déja vu, tandetną filmową sztuczką produkowaną przez umysł? Kelnerzy krążyli z tacami pełnymi bouillabaisse i małży, przy barze brzękało szkło, szejker do koktajli wygrywał kubański rytm. Varian wstał i zdjął z głowy kapelusz. On, który chełpił się tym, że zawsze wie, co powiedzieć i jak się zachować, osłupiał i oniemiał.

Uścisnął dłoń, którą podał mu Grant. Minęło dwanaście lat, od kiedy zniknął z Harvardu, z Cambridge, z życia Variana. A teraz nagle zjawił się w La Dorade, odsunął krzesło i usiadł na nim z gibką lekkością. Nad lewą brwią znajoma blizna w kształcie półksiężyca. Znajome oczy o najbardziej piwnym kolorze. I ta jego jasnobursztynowa skóra. Tylko dwie oznaki upływającego czasu: szczupłość policzków i twardość spojrzenia. No i może krój ubrania zdradzający drogiego krawca.

- Ja chyba śnię - odezwał się w końcu Varian.

Grant spuścił wzrok.

- Przepraszam za tę konspirację. Ale nie byłem pewien, czybyś przyszedł, gdybym podał swoje nazwisko.

Brzmienie jego głosu: miękkie końcowe "r", przeciągłe filadelfijskie samogłoski, niski, intymny ton. Varian dotknął nasady nosa kciukiem i palcem wskazującym. W ustach rozlał mu się metaliczny smak. Miał wrażenie, że gwar sali zaciska się wokół niego. Zamrugał jeszcze raz. Grant ciągle tu był.

- Wybacz, ale wciąż nie mogę w to uwierzyć.

Grant przywołał kelnera.

- Czego się napijesz?

Varian wahał się przez chwilę.

- Oczywiście wuja Scorcha - powiedział w końcu.

To był ich znak rozpoznawczy z dawnych popijaw z czasów "Hound and Horn": najtańsza whisky w barze.

Grant zamówił dla nich obu i wrócił na swoje miejsce. Wyjął papierośnicę, lecz ta była pusta.

- Mógłbyś mnie poczęstować?

- Rzuciłem. Ty też powinieneś.

- Mam gorsze nałogi - odparł Grant z tym swoim znajomym niskim śmiechem.

- Jak mnie, na Boga, znalazłeś?

- Najwyraźniej obracamy się w Marsylii w tych samych kręgach. Hugh Fullerton z konsulatu wspomniał o tobie, wyrażając się w bardzo niepochlebnych słowach. Najwyraźniej to, co robisz, przeszkadza amerykańskiej misji dyplomatycznej.

- Jasne. Lepiej poświęcić liberalnych europejskich demokratów, byle tylko nie narazić się faszystom.

Grant się uśmiechnął. Na krótką chwilę pojawiła się między nimi nić porozumienia, jakby impuls elektryczny popłynął przez gotowy obwód.

- Moja misja nie różni się tak bardzo od twojej - powiedział. - Pomyślałem sobie, że moglibyśmy być dla siebie użyteczni.

- Użyteczni! - powtórzył Varian jakby we śnie.

Użyteczni. A gdzie to Grant był przez ostatnie kilkanaście lat, kiedy zwykła wiedza o tym, że wciąż żyje, mogła się okazać użyteczna?

- Wiem, jak to brzmi - odezwał się Grant. - Ale nie o to mi chodziło.

- Czyli o co? Jaką masz "misję"? I co ja miałbym dla ciebie zrobić?

Grant wziął długi wdech, westchnienie palacza pozbawionego papierosów.

- Dużo by mówić. Ale może lepiej nie tutaj.

- W takim razie zacznijmy od oficjalnej wersji. Tej, którą przedstawiłbyś żandarmowi.

Grant przełożył swoje długie nogi i znów westchnął.

- Jak chcesz. No więc mam urlop naukowy, kończę książkę o dziewiętnastowiecznej francuskiej poezji. Zatrzymałem się w La Pomme, w domu znajomego.

- Badania literackie podczas wojny? Oryginalne, choć mało przekonujące.

- A ty? - spytał Grant, znów napotykając jego wzrok. - Jak brzmi twoja oficjalna wersja? Razem z żoną dziennikarką rozdajecie uchodźcom amerykańską pomoc?

- Wiesz, że ożeniłem się z Eileen.

- Widziałem ogłoszenie w "Timesie". - Grant spojrzał na bar, bawiąc się srebrną spinką do mankietu.

- Eileen nie ma we Francji - sprostował Varian. - Jest w domu swojego ojca w Vermoncie, pracuje nad książką, a od nowego semestru będzie uczyć w Bearley. To jej nowa praca. Zapoznaje sztywne młode damy z kanonem angielskiej literatury. Ale w każdy weekend jeździ do Westchester, szuka dla nas domu. Na tyle dużego, żeby pomieścił rodzinę.

- A więc masz dzieci?

- Jeszcze nie. A ty?

Grant spojrzał na niego spokojnie, jakby z wyrzutem.

- Więc chyba nie powinienem też pytać, czy się ożeniłeś?

- Takiego określenia bym nie użył.

- A praca? Skąd masz urlop naukowy?

Grant wyjął ze srebrnego pudełeczka wizytówkę, na której Varian przeczytał z niejakim zdziwieniem, że jego rozmówca jest adiunktem na Wydziale Literatury w Columbii. A więc skończył studia. I poszedł dalej. Był na tyle dobry, żeby zrobić doktorat i znaleźć posadę w dobrej dzielnicy. I mieszkał w Nowym Jorku - od jak dawna? Mogli się spotkać w metrze, w sklepie spożywczym albo w parku. Varian miał wrażenie, że na samą tę myśl stolik się przechylił, a lampy nad barem zakołysały.

- Szczęściarz z ciebie - wydukał. - W Stowarzyszeniu Polityki Zagranicznej nie dają urlopów naukowych.

- A co to takiego? Rządowa ekipa?

- Wydawnictwo. Sprawy międzynarodowe.

- I kim tam jesteś? Redaktorem naczelnym?

- Dyrektorem imprintu - oznajmił Varian z pewną dumą. - Headline Books.

Grant skinął głową, przechylając szklaneczkę z bursztynowym płynem.

- Od czasu do czasu sięgałem po "The Living Age", kiedy jeszcze byłeś tam naczelnym. Czytywałem też twoje artykuły w "Timesie". Przeczytałem chyba wszystko, co napisałeś o powstaniu Trzeciej Rzeszy. - Pokręcił głową. - Bardzo przenikliwe rozważania o obecnej sytuacji politycznej. A na studiach zajmowało cię tylko to, co się wydarzyło sto, tysiąc, a nawet dwa tysiące lat temu. Od tamtego czasu odrobiłeś sporo pracy domowej.

- Moją pracą domową była historia - powiedział Varian, starając się, by głos mu nie zadrżał.

A więc Grant przez cały czas czytał jego teksty. Czy właśnie nie na to liczył w głębi duszy, kiedy pisał artykuły dla "The Living Age", "The New Republic" i "Timesa"? Że Grant natknie się na jego nazwisko, przeczyta kilka zdań i poczuje... Co? Zazdrość? Żal?

- Ale to nie mogła być cała praca domowa - zauważył Grant.

- W trzydziestym piątym pojechałem do Niemiec. Na cztery miesiące, od czerwca do września. Nie uwierzyłbyś, co tam widziałem. Moi szefowie początkowo też nie wierzyli. Ale naziści nie kryją się ze swoimi metodami. A te najgorsze właściwie zaczęli reklamować.

- Dziś nic mnie już nie zdziwi - przyznał Grant. - Oto siedzimy i pijemy w podbitej Francji.

- Z pewnością zdążyłeś się zorientować, że pracownicy naszego konsulatu są uparci. Spróbuj dostać wizę dla jakiegoś europejskiego artysty, zwłaszcza gdy zdarzyło mu się napisać coś w komunistycznej gazecie albo zadrzeć z tym faszystowskim rządem. To jak zdobywanie Krak des Chevaliers.

Grant przyglądał się Varianowi przez dłuższą chwilę. To spojrzenie Varian pamiętał sprzed lat - przenikliwe, jakby wchodziło w głąb, sięgało za starannie rozwieszoną zasłonę dobrych manier, słów i ruchów, przebijało zbroję skrojonego na miarę garnituru. Wtedy, tak samo jak teraz, Varian czuł, że sobie na to zasłużył, zarówno na ukryty podziw, jak i na sugestię, że oto Grant dostrzegał w tym nutę fałszu. A do tego miał rację. Varian nigdy nie zajmował się pomocą humanitarną, nie znał się na nielegalnej imigracji, nie miał we Francji przydatnych znajomości. Wszedł w to w najgorszym momencie, licząc, że z jego usług skorzysta śmietanka europejskiej elity kulturalnej. I się przeliczył, zadanie go przerosło, a Grant od razu to zauważył. Ta myśl, choć było to absurdalne, napełniła go oburzeniem: kim on jest, żeby zjawiać się po tylu latach i oskarżać go o niewiedzę i brak kompetencji? Może wydaje mu się, że jest w tym lepszy?

- Czego ode mnie chcesz? - zapytał. - I po co tu przyjechałeś?

Grant dotknął spinki do mankietu. Była to miniaturowa muszla łodzika, wykonana w srebrze z taką dokładnością, jakby zwierzę przed chwilą ją porzuciło.

- Muszę cię poprosić o przysługę - wyznał. - Dla mojego przyjaciela, znajomego, o którym wspominałem. Tego, który ma dom w La Pomme. Powinieneś się z nim spotkać. On nie może pokazać się w mieście, a właściwie wolałby tego nie robić. - Z kieszonki na piersi wyjął pióro i na odwrocie wizytówki, którą wysunął spod palców Variana, napisał kilka słów. Podał wizytówkę Varianowi. Znajomy charakter pisma, plątanina kropek i pionowych pętli wyglądających jak trawa na dziecięcym rysunku.

- Co to jest? - spytał Varian.

- Jego adres. Chciałbym, żebyś z nim porozmawiał, może będziesz mógł mu pomóc. Prosiłem, żeby przyszedł dziś ze mną, ale odmówił. Boi się, że spotka policję.

Varian obrócił wizytówkę w palcach. Przemknęło mu przez głowę, że przecież może zostawić ją w popielniczce, że może wstać od stołu, przejść przez La Dorade i opuścić hotel wyjściem otoczonym przez sprzedawców skorupiaków, że może wrócić do swojego Hôtel Splendide, wspiąć się po schodach, minąć długi korytarz i zamknąć się w pokoju. Zasunąć zasuwkę. Położyć się do łóżka i wziąć tabletkę nasenną. Gdyby Grant zadzwonił następnego dnia, odmówiłby rozmowy, a gdyby pojawił się w Splendide, nie zgodziłby się na spotkanie. Tak właśnie powinien postąpić. Wstać. Życzyć Grantowi powodzenia. Wytłumaczyć, że nie może poświęcać swojego czasu ani środków na kogoś innego niż jego klienci. A potem zrobić to, co już wcześniej zaplanował. Napisać do Eileen. Wyjawić jej całą prawdę. I jak najszybciej opuścić Francję.

Niemal bezwiednie przesunął kciukiem po słowach napisanych przez Granta. Wypita szkocka dotarła do jego mózgu i teraz szalała tam niczym sztorm.

- Obawiam się, że... - zaczął i urwał. - Obawiam się, że moje...

Grant zmrużył oczy, nie spuszczając wzroku z Variana. I znów pojawiło się to wrażenie oceny, jakby ktoś widział go na wskroś po raz pierwszy od... Od jak dawna? Najchętniej narzuciłby na siebie jakąś pelerynę, coś, co mogłoby go ochronić.

Przez dłuższą chwilę panowało milczenie. W końcu odezwał się Grant:

- Pamiętasz, jak kazałeś mi kupić kapelusz?

- Jaki kapelusz, Skiff? - I to stare przezwisko, od lat zagrzebane w jego pamięci.

- Pamiętasz. Połowa lutego, było dziesięć stopni mrozu. Szliśmy obok sklepów na Brattle Street. Nie miałem czapki, było mi zimno, więc kazałeś mi przymierzyć to okropne borsalino. Ledwie rozpoznałem się w lustrze. Chodziło nie tylko o kapelusz, ale także o moje stanowisko w "Hound and Horn", o przyjaciół z Gore Hall i o całą resztę. Pamiętasz, co wtedy powiedziałeś?

- Niczego takiego sobie nie przypominam - zapewnił Varian, co było kłamstwem. Pamiętał każdy szczegół: okropną pogodę, sklep, kapelusz i dwudziestojednoletniego Granta, szczupłego chłopaka o marzycielskich oczach, który stał przed lustrem i się dziwił.

- Zacytowałeś mi Senekę - powiedział Grant. - Vivamus, moriendum est. Musimy żyć, skoro mamy umrzeć.

- Musimy żyć, skoro mamy umrzeć? Dość pretensjonalne, nawet jak na studenta drugiego roku filologii klasycznej.

- Ale ty to powiedziałeś, Tom.

A teraz jego pseudonim, który bezskutecznie próbował przybrać w siódmej klasie, kiedy najbardziej nienawidził imienia nadanego na chrzcie. Opowiedział tę historię Grantowi wieki temu. Cały on, pomyślał Varian, pojawia się znikąd i wciąż jest w posiadaniu jego najgłębszych tajemnic. I co teraz? Ma to wszystko odłożyć na bok, udawać, że to akrobatyczne zagięcie czasu się nie wydarzyło? Tom. Dobry Boże. Nie myśląc, niemal nie czując, wyjął z kieszeni czarny notes i otworzył go na stoliku. Wywołany alkoholem szum w uszach, jakieś dźwiękowe halucynacje zagłuszyły ostrzegawczy klakson w jego głowie.

- W porządku - powiedział. - Kiedy?

- W środę o dziesiątej rano?

Przecież nic takiego nie robi, umawia się jedynie na spotkanie ze znajomym Granta, niczego nie obiecuje. Może jeszcze zmienić zdanie. Zapisał w notesie datę i godzinę. Grant zrobił to samo, a potem wyjął mały zegarek kieszonkowy.

- Muszę lecieć - oznajmił. - Straciłem rachubę czasu. Spóźnię się na spotkanie z przyjacielem.

- Jasne - powiedział lodowato Varian. - Nie będę cię zatrzymywał.

Grant uniósł brew.

- To po co to spojrzenie?

- Po dwunastu latach mogłeś mi poświęcić więcej niż godzinę.

- Przepraszam. Nie wiedziałem, czy w ogóle będziesz chciał ze mną gadać.

- Może i nie powinienem - burknął Varian, choć wcale nie chciał rozpoczynać kłótni.

Nieobecność Granta wciąż pisała się na nowo w jego umyśle, wciąż zamieniała się w niewiarygodny fakt jego obecności. A teraz Grant wychodził. Wstał, uścisnął Varianowi dłoń jak stary kolega ze studiów, którym przecież był, i zniknął tak cicho, jak się pojawił.

Kilka minut później Varian znalazł się na ulicy w zimnej mgle sierpnia. Oparł się o wilgotny ceglany mur, żeby wszystko w siebie wchłonąć: Elliott Schiffman Grant. Skiff Grant. Komu miałby powiedzieć o tym nieprawdopodobnym spotkaniu? Eileen? Przemknęło mu przez głowę, żeby wysłać depeszę do Kirsteina, ale nie umiał wyobrazić sobie słów. "ZGADNIJ KTO WYPEŁZŁ Z MARSYLSKIEJ MGŁY STOP". Wiedział, jak Kirstein by zareagował: "Daj sobie spokój". Właśnie to chciał usłyszeć. Wypowiedział na głos nazwisko Granta, wrzucił je w mgłę z Vieux Port, jakby sprawdzając jego trwałość na sugestię, że to spotkanie było jedynie odlotem wyobraźni. Ale przecież miał w kieszeni wizytówkę z adresem zapisanym na odwrocie. A w głowie wciąż szumiał mu wuj Scorch, którego nie pił od dwunastu lat. Odwrócił się, żeby ruszyć dalej, gdy zobaczył na chodniku srebrny błysk - spinka Granta, idealna muszla łodzika. Pochylił się i wziął ją do ręki, czując dreszcz, jakby dopuszczał się kradzieży.

* * *

Na ulicy było ciemno, noc zrobiła się tak wilgotna, że pożałował włożenia lnianej marynarki. Obracał w kieszeni spinkę, wyczuwając kciukiem skręt muszli i luźne zapięcie. Elliott Grant. Skiff. Zauważył, że pamięcią wraca do pewnego październikowego wieczoru w maleńkim pokoju w Gore Hall, do którego Grant zaprosił ich wszystkich na kielicha. Było ich czterech lub pięciu, siedzieli na podłodze, pili porto Granta i palili luźne papierosy, które Kirstein skręcał w świetle ognia z kominka. To miała być parapetówka. Grant wyprowadził się z poprzedniej kwatery, w której zalęgły się myszy, i poprosił, by każdy z nich coś przyniósł i wrzucił do ognia na szczęście. Nat Marlow, ich redaktor naczelny, przyniósł wizytówkę firmy, w której stracił dziewictwo. Edwin Tewkes, redaktor działu poezji, miał różową pończochę. Varian zabrał egzemplarz słownika łacińskiego naszpikowany taką liczbą błędów, że wyglądał na kawał zrobiony jednemu pokoleniu studentów przez drugie. A Kirstein przyniósł kartkę z wierszem Ezry Pounda, z którego ich pismo wzięło swoją nazwę.

Na wrzosowiskach wśród chmur je widziałem.

Spójrz! Nie zatrzyma ich miłość ni żałość,

Lecz ich wzrok jak dziewczęce oczy dla kochanka,

Gdy biały rogacz wypada z barłogu,

A biały podmuch wpada w mgły poranka.

"To biały jeleń, Sława, za którą gonimy,

Zwołaj ogary świata głosem rogu!"1

Wrzucili te talizmany do ognia, dopili porto i zeszli do salonu, w którym Grant grał na pianinie broadwayowskie standardy, a reszta wykrzykiwała do nich przybliżony tekst. Grant najwyraźniej nie mógł się powstrzymać, by nie zerkać na Variana, jakby chciał powiedzieć, że wszyscy obecni dali się porwać energii, którą sam stworzył i nad którą miał pełną kontrolę. I jakby chciał się upewnić, że Varian to zauważył.

W drodze powrotnej do domu Kirstein zapytał wtedy Variana, co sądzi o awansowaniu Granta ze stanowiska sekretarza redakcji na stanowisko krytyka kulturalnego. Nadmienił przy okazji, że gust Granta jest odświeżająco zuchwały, a wiedza rozległa i dogłębna. No i umiał też dobrze pisać, na zajęciach z literatury amerykańskiej, na które uczęszczał z Kirsteinem, przeczytał swój esej, błyskotliwy i dowcipny, o wpływie Hawthorne'a na Melville'a. I kto wie, czy nie nadawałby się lepiej do pisania o muzyce - miał imponującą kolekcję płyt muzyki klasycznej, w tym także nowoczesnych kompozytorów takich jak Schoenberg czy Strawiński, zgromadzoną przez jego ojca podczas podróży po Europie. A czy Varian wiedział, że ojciec Granta był botanikiem światowej sławy i że zmarł w Amazonii podczas ekspedycji naukowej?

Varian szedł w milczeniu, machając gałązką głogu, którą podniósł przed domem Granta. W Cambridge stało mnóstwo płotów, po których można było przejeżdżać patykami, więc teraz też odegrał hałaśliwy utwór na rzędzie białych sztachet. Wiedział o Grancie znacznie więcej niż Kirstein. Płyty, gdziekolwiek kupione, nie pochodziły od ojca Skiffa, który na dodatek wcale nie był botanikiem.

- Widzę, że zapałałeś sympatią do naszego przyjaciela Granta - powiedział Varian.

Kirstein roześmiał się niemalże z radosnym uniesieniem.

- Zazdrosny?

- Dobrze napisał o Whitmanie? Zgłębił temat?

- Daj spokój.

- To twoja decyzja. Jeśli chcesz, to go awansuj.

- Jesteś współredaktorem. Też masz coś do powiedzenia.

Varian dość długo milczał, zanim wyraził swoją akceptację. A później, gdy był już sam w swoim pokoju, nawiedziło go wiele skomplikowanych przemyśleń na temat Granta. Poczuł na przykład zazdrość, że Grantowi udało się, i to bez żadnego wysiłku, roztoczyć wokół siebie blask inteligenckiego, artystycznego kosmopolityzmu, o który Varian starał się od czasów szkoły z internatem. Jego ojciec był maklerem giełdowym, i to całkiem dobrym, jednak nigdy nie potrafił wznieść swojej rodziny ponad poziom klasy średniej. Ich dom w New Jersey był jednym z wielu podobnych stojących na tej ulicy. To, co w dzieciństwie wyróżniało Variana - na przykład częste choroby matki (nikt oczywiście nie używał słowa "wariatka") i fakt, że mieszkała z nimi ciotka, która się matką opiekowała - było przyziemne, wręcz wstydliwe. A od kolegów z klasy różnił się jedynie tym, że oni byli znacznie mniej pojętni. Variana nie interesowały bejsbol, rowery ani boks, a oni nie interesowali się szachami ani książkami. W Hotchkissie sprzeciwiał się okrutnym zwyczajom pasowania na ucznia, nie podobało mu się przetrzepywanie skóry młodszym chłopcom, nocne pobudki, próby ognia, wmuszanie jedzenia ani głodzenie. Wtedy te protesty wydawały mu się bohaterstwem, wiedział jednak, że takie zachowanie, choć go wyróżnia, uznawano za nadąsaną zniewieściałość. Dlatego na Harvardzie już od samego początku próbował wypracować sobie wizerunek, dzięki któremu zyskałby podziw innych chłopców. Skrupulatnie dobierał ubrania, buty, fryzurę, żeby świadczyły o jego ogładzie i dobrych manierach. W słabo oświetlonej kawiarni przy Mount Auburn Street co wieczór perorował o książkach, które przeczytał, i o wykładach, na które uczęszczał. Skrzykiwał podobnie myślących studentów, organizował przyjęcia dla nich i ich przyjaciół. Ale to wszystko było jak gmach z tektury, doskonale zdawał sobie sprawę, że jego wysiłki są widoczne, co napełniało go rozgoryczeniem.

Natomiast Grant nosił swoją odmienność jak szyty na miarę garnitur. Wszystkie szczegóły jego wizerunku - zagraniczne papierosy, skórzany żołnierski tornister z czasów wojny, płyty z Europy, nędzny pokoik wielkości szafy w akademiku, z prawdziwym perskim dywanem na podłodze, a nawet nieco dziwny kolor skóry - zdawały się mówić, bez żadnych starań ze strony Granta, że ich posiadacz włada alchemicznymi mocami, które przemieniają to, co stare i zwyczajne, w coś cudownego i wyjątkowego. Jakby Grant mówił: "Wstąp do mojego kręgu, a też staniesz się kimś innym". Varian zauważył podobną właściwość u paru chłopców w Hotchkissie, ich popularność przełamywała snobistyczne granice wyznaczane przez pochodzenie czy klasę społeczną. Jeden z nich, imieniem Prasad, był synem bogatego bengalskiego bramina, ale uważał się za równego potomkom starych bostońskich czy nowojorskich rodów, a nawet od nich lepszego. Mówił z doskonałym brytyjskim akcentem, miał bystry, analityczny umysł i potrafił deklamować poezję w sześciu językach. Przez ostatni rok w szkole Varian czuł do Prasada tak gorący pociąg, że aż bał się publicznej upokarzającej kompromitacji. Tego samego napięcia doświadczył, widząc Granta po raz pierwszy, a z czasem to uczucie jedynie przybierało na sile. Jednak o ile Prasad wydawał się tylko inteligentny i oryginalny, o tyle Grant był niebezpiecznie nieprzewidywalny, jakby pod jego zewnętrzną powłoką kryło się inne stworzenie z kończynami udającymi złożone skrzydła poczwarki. Nie dało się stwierdzić, czy ta spowita zasłoną istota jest łagodna, czy złośliwa, ani jakie motywy nią kierują. A im więcej Varian dowiadywał się o Grancie - o jego rodzicach, przeszłości, naginaniu prawdy, które doprowadziło go do Harvardu - tym mniej o nim wiedział.

Jego pojawienie się w Marsylii, jakby odtworzył się z czystej mgły, wydało się Varianowi zarówno stosowne, jak i zadziwiające. Jak żadne inne miasto na świecie Marsylia była krainą nieoczekiwanych zbiegów okoliczności, tajemnic przenoszonych do światła, wszystkiego, co miało dwie nazwy, publiczną i prywatną. Grant był ostatnim szkolnym kolegą, którego spodziewałby się tu spotkać, i pierwszym, którego nie życzyłby sobie widzieć na oczy. A jednocześnie jego obecność tutaj wydawała się wręcz naturalna. Varian wymacał w kieszeni wizytówkę i wyjął ją, zatrzymując się pod latarnią. "Les Cypr?s, La Pomme", skreślone niemal nieczytelnym pismem. I znów miał wrażenie, że te litery go przyciągają, jakby podsuwały dłoń, która trzymała pióro. Dotarł do hotelu, ściskając wizytówkę w wilgotnej dłoni, i dopiero w pokoju zorientował się, że zapomniał zapytać w recepcji, czy jest jakaś wiadomość od Eileen.

3

Splendide

Kiedy wstawał rano z łóżka, mrużąc oczy przed słońcem wlewającym się przez okno, był przekonany, że napisze do Granta i odwoła spotkanie. Do środy była jeszcze cała doba, a do tego czasu może się zdarzyć wiele rzeczy uniemożliwiających wyjazd do La Pomme. Ubrał się, próbując nie przywiązywać szczególnej wagi do stroju, w końcu nie ma powodu sądzić, że spotka dziś Granta. A gdyby nawet tak się stało, to co za różnica, czy krawat podkreśli zieleń jego oczu albo czy tweedowa marynarka doda mu stosownej powagi. Zamówił śniadanie: suchą grzankę z mdłą marmoladą i napój z palonej cykorii, który udawał kawę. Czekając na kelnera, usiadł przy biurku, wyjął papier listowy i odkręcił pióro. Ale zamiast napisać do Eileen, wpatrywał się w srebrną spinkę w kształcie muszli, która leżała na blacie w kwadracie światła. Wziął ją w dłoń, była lekka i twarda, i obrócił w palcach. Niewiele wiedział o łodzikach poza tym, że należą do mięczaków i że wraz z wiekiem przesuwają się w muszli do przodu do nowych komór, zamurowując za sobą przeszłość. Skąd wziął te informacje? Z jakiejś dawnej lekcji biologii w Hotchkissie? Coraz większy rozmiar tych komór był opisywany przez jakiś wzór matematyczny - biologiczna tajemnica mająca swoje odzwierciedlenie w innych dziedzinach przyrody. Świadomość, że ta srebrna muszelka tkwiła w mankiecie Granta, a teraz on trzyma ją w palcach, wydawała się już wystarczająco tajemnicza.

Tacę ze śniadaniem jak zwykle przyniósł poważny chłopak w za dużej marynarce. Jego wyrazu twarzy nie zmieniał nawet hojny napiwek, a uprzejmy ukłon i grzeczne "bonjour" nie wyrażały żadnych uczuć. W pokoju znów zapanowała cisza, Varian wypił kawę z cykorii, zjadł wysuszoną grzankę, starając się nakierować umysł na czekające go dziś pilne zajęcia. Ich zapas franków powoli się kończył, musieli jakoś wymienić dużą ilość dolarów, nie przyciągając uwagi Préfecture de Police. I musieli się spieszyć - każdego dnia pojawiało się coraz więcej uchodźców, wygłodzonych, nędznie ubranych, bez dachu nad głową. No i jeszcze to kosztowne przedsięwzięcie - za kilka tygodni, o ile przyjdą amerykańskie wizy, mieli przerzucić do Hiszpanii pięć szczególnie zagrożonych osób. Heinrich i Nelly Mannowie, brat i szwagierka Thomasa, jego syn Golo oraz Franz Werfel i jego już po raz trzeci zamężna żona Alma od kilku tygodni żyli w stanie bliskim paniki, bo w każdej chwili mogli być deportowani przez gestapo. Golo ukrywał się w willi zastępcy amerykańskiego konsula, a Mannowie i Werflowie w starym hoteliku w odległej quartier. Nastrój Werfla pogarszał się z dnia na dzień. W zeszłym tygodniu, spoglądając z czwartego piętra przez okno swojego pokoju, zażartował ponuro, że jeśli pojawi się u niego gestapo, zawsze może się defenestrować. Varian nie lekceważył tych słów. Pod koniec lipca wśród uchodźców przetoczyła się fala samobójstw, niemal co dzień pojawiały się nowe doniesienia o odbieraniu sobie życia, jedne fałszywe, drugie niestety nie. Te rozważania wystarczyły, by Varian przestał myśleć o Grancie. Po chwili do drzwi zapukała Lena.

- O mój Boże, monsieur Fry - powiedziała, przemykając się obok niego do pokoju. - Ale upał!

Jego sekretarka mieszkała w Hôtel des Postes, zaledwie dziesięć minut pieszo od Canebi?re, ale zawsze wyglądała tak, jakby właśnie pokonała pustynię podczas harmattanu: otaczał ją obłok dymu papierosowego, turkusowe kolczyki kołysały się we wszystkie strony, włosy wymagały natychmiastowego ułożenia przed lustrem. Była Polką, Żydówką, władała kilkoma językami i nie miała paszportu. W każdym języku mówiła z dziką pasją, często je ze sobą łącząc. Kilka miesięcy temu dotarła pieszo do Francji i w czasie pagaille przyniosło ją do Marsylii. Miała zamiar skorzystać z pomocy Variana, ale kiedy zobaczyła, że jego przedsięwzięciu może grozić klęska - i kiedy zorientowała się, że jej przypadek nie spełnia wymagań Komitetu Pomocowego - zaproponowała, że zostanie jego sekretarką.

Szybko wszystko uporządkowała. Mieli teraz system przechowywania dokumentów, formularze przesłuchań, bezcenny notes z adresami, na wypadek policyjnego nalotu ukryty pod odklejonym rogiem wykładziny podłogowej, oraz tablicę z wiadomościami dla uchodźców. Uparła się, że muszą mieć księgowego, więc Varian zatrudnił Oppenheimera, byłego specjalistę od ekonomii politycznej, który teraz zarabiał na życie ukrywaniem nielegalnych wydatków w tych dozwolonych przez prawo. Jednak Lena nie miała pojęcia o nielegalnej części ich aktywności: o rozdawanych przez Variana fałszywych czechosłowackich paszportach, o Leonie Ballu, dawnym amerykańskim kowboju, który przeprowadzał niemających dokumentów podopiecznych Variana przez hiszpańską granicę, o nieoficjalnych negocjacjach w sprawie ucieczek na łodziach, na razie nieprzynoszących spodziewanych rezultatów. Varian kierował się zasadą, że im mniej ludzie wiedzą, tym lepiej dla nich.

Przyczesawszy włosy, Lena usiadła przy toaletce i zdjęła pokrywę ze starego contina, którego kupili od handlarza antyków przy rue Paradis. Maszyna zacinała się co trzy uderzenia w klawisze i śmierdziała zjełczałym olejem. Litery przekrzywiały się i wyskakiwały w górę, zostawiając czytelnikowi sporo miejsca na domysły. Ale maszyna do pisania to maszyna do pisania. Przydawała ich działaniom wiarygodności.

- Jak się miewają Chagallowie? - spytała Lena, wkręcając do maszyny arkusz cienkiego papieru.

- Dobrze. Ale nie zamierzają na razie wyjeżdżać z Francji.

- Nicht wahr!

- Wolałbym teraz o tym nie rozmawiać. Zajmijmy się czymś innym.

Uniosła podbródek, jej turkusowe kolczyki błysnęły.

- Nie wyślemy listu do konsulatu?

- Jeszcze nie - odpowiedział Varian.

Jej brwi powędrowały ku górze, a potem otworzyła teczkę z dokumentami. Ruch brody wskazywał, że wkrótce wróci do tematu Chagallów. Szczególnie jej na nich zależało, chciała mieć swój udział w ich ocaleniu. I uważała, że nie ma rzeczy niemożliwych. Na wszystkie przeszkody, na każdy alarmujący sygnał miała jedną odpowiedź: "Il ne faut pas exagérer". Wyjęła pierwszy zestaw notatek z rozmowy z jednym z interesantów i zaczęła przepisywać na maszynie bazgroły Variana. A on stał nad nią i poprawiał błędy.

Albert Hirschman objawił się dziesięć minut później, w rękach trzymał metalowy termos i torbę z marokańskimi ciastkami, od których był uzależniony. O tej porze Varian nie brał do ust nic słodkiego, ale patrzył z przyjemnością, jak Albert - idealny blondyn, idealnie szczupły, zawsze ubrany tak, jakby miał się wdać w przedpołudniowy romans - otwiera torebkę i wykłada na kawałku pergaminu trzy złote jaja z obsypanego cukrem ciasta. Dla Leny zawsze miał pokrytą sezamem chebakię. Nikt nie wiedział, jak długo marokańska piekarnia będzie mogła sprzedawać swoje produkty, bo wojenne niedobory dawały się wszystkim we znaki, jednak Varian podejrzewał, że Hirschmanowi zawsze uda się zdobyć słodycze. Ten berlińczyk, socjaldemokrata i doktor filozofii ekonomicznej miał dwadzieścia pięć lat, a już od ośmiu uciekał przed niemieckimi władzami. Nazistowscy żołnierze tropili go przez austriacką granicę, podczas studiów na Sorbonie głodował na paryskim poddaszu, walczył po stronie republikanów w hiszpańskiej wojnie domowej i dwa razy został ranny. Był pogodny, nienagannie ubrany, zawsze przewidujący swój następny ruch. Nawet romanse stanowiły część jego strategii - platynowa blondynka z Préfecture de Police, jego ostatni podbój, miała dostęp do dokumentów komisarza i dostarczyła im już kilka skarbów.

- Co masz dzisiaj dla mnie? - spytał Varian, gdy Hirschman skończył ostatnie przypieczone jajo.

- Coś lepszego niż ciastka - oznajmił Hirschman.

Nie mieli jednak czasu, żeby rozwinąć ten temat, bo w drzwiach stanął pierwszy z potencjalnych podopiecznych. Chętni pojawiali się w Splendide już o świcie. Ustawiali się na zewnątrz w kolejce wzdłuż muru, kierownik wpuszczał ich do środka dopiero o ósmej. Z trzech tysięcy dolarów, które Varian przywiózł do Francji, cała jedna setka - wcale nie mała suma - poszła właśnie dla niego; w zamian miał nie wzywać policji, gdy zaczynała się formować kolejka. Po otwarciu drzwi uchodźcy wchodzili na górę i ustawiali się na korytarzu w długim rzędzie ciągnącym się od drzwi pokoju Variana aż do okna wychodzącego na boczną uliczkę. W zeszłym tygodniu przychodziło dziesięciu uchodźców dziennie, w tym tygodniu - ponad pięćdziesięciu. Jeśli musieli, byli gotowi czekać cały dzień, nawet do północy.

Dziś pierwsza w progu stanęła młoda kobieta w sukience z białego batystu, miała czystą, jaśniejącą cerę i koronę z warkoczy w kolorze miodu. Jej sukienka sprawiała wrażenie świeżo wyprasowanej, a buty wyglądały na prawie nowe, co sugerowało, że nie jest to jej jedyna para. W porządnej eleganckiej torbie zmieściłby się duży plik dokumentów. Przeszła przez pokój lekkim krokiem małej dziewczynki i usiadła na drewnianym krześle przed biurkiem. Jeszcze zanim się odezwała, Varian wiedział, że musi być Amerykanką.

- Miriam Davenport - przedstawiła się z bostońskim akcentem, który zaokrąglał głoskę "r" w przeciągłe "a". - Smith College, rocznik trzydziesty szósty. Ostatnio z Sorbony.

- Czym mogę służyć, panno Davenport z Sorbony? Zazwyczaj nie udzielamy pomocy bostończykom.

Wybuchnęła śmiechem.

- Już dawno wyniosłam się z Bostonu. Ale zdaje się, że to miasto na zawsze zostaje w sercu kobiety.

- I wcale pani za to nie potępiam - powiedział, uśmiechając się.

- Nie jestem tu w swojej sprawie - zaczęła panna Davenport, ściszając głos i przechylając się przez biurko. - Przysłał mnie Walter Mehring, choć prawdę mówiąc, sama zaproponowałam, że przyjdę zamiast niego. Boi się wyjść z pokoju hotelowego. Poznałam go w czerwcu w Tuluzie. Jego przypadek jest dość pilny.

- Ten Walter Mehring, niemiecki poeta?

- Owszem.

- Jeśli to prawda, jeśli rzeczywiście zadekowała pani Waltera Mehringa w jakimś pobliskim hotelu, to od razu poprawił mi się humor.

- Mam też paru innych. Konrada Heidena, nieoficjalnego biografa Hitlera. I Herthę Pauli, aktorkę i pisarkę; ona i Mehring są w bliskich relacjach, jeśli mogę to tak ująć.

Varian odwrócił się do Hirschmana.

- Albercie, przedstawiam ci pannę Davenport. Panno Davenport, to jest pan Hirschman. Odbierze od pani wszystkie konieczne informacje, natychmiast zajmiemy się dokumentami. - Znów zwrócił się do Miriam. - Pani dyskrecja co do Mehringa zasługuje na pochwałę. Jest w pierwszej dziesiątce na liście nazistów. I niemal na szczycie mojej listy.

- Ma pan listę?

- O tak. Ale nie jest długa. Mamy ograniczone fundusze.

Otworzyła szeroko oczy.

- Da pan radę mu pomóc, prawda?

- Postaram się.

- A Heidenowi?

- On też jest na liście.

- Dzięki Bogu - powiedziała. - Ucieszą się, gdy im to powiem. W ciągu ostatnich tygodni mieli mało powodów do nadziei.

- No cóż, my też nie możemy jej dać zbyt wiele, ale przynajmniej zaczniemy działać. Mam znajomego w konsulacie, porozmawiam z nim o wizach. Czasem to musi potrwać. Myśli pani, że zechcą się przenieść do Splendide? Wolałbym mieć ich pod ręką.

- Powodzenia. Mehring nie wygląda nawet spod łóżka.

- Proszę mu powiedzieć, że tu będzie bezpieczniej. Niech przyjdzie choćby dziś. A teraz proszę porozmawiać z panem Hirschmanem i przekazać mu wszystkie szczegóły. Tylko niech się pani nie da zaprosić na kolację. To okropny roué.

- Nie dam się zaprosić - powiedziała panna Davenport, błyskając pierścionkiem zaręczynowym wysadzanym małymi brylantami i rubinami.

- W takim razie załatwione. Zrobimy dla pani przyjaciół wszystko, co w naszej mocy.

Kobieta przesiadła się do Hirschmana, a Varian otworzył drzwi przed kolejnym interesantem. Był to szczupły, wymizerowany mężczyzna w berecie i swetrze z golfem, długie, zakręcone na końcach wąsy opadały mu smętnie, pod pachą trzymał zniszczony szkicownik. Jego nazwisko nic Varianowi nie mówiło, a jego niemiecki był niemal niezrozumiały. Opadł na krzesło tak, jakby dotarł tu z drugiego końca świata. Przez dłuższą chwilę siedział z zamkniętymi oczami, aż Varian przestraszył się, że zasnął.

- Skąd pan pochodzi, panie Rubasky?

Malarz zakasłał ochryple i otworzył oczy.

- Z Warszawy.

- Proszę wybaczyć, ale nie znam pańskich prac. Wystawiał pan coś ostatnio?

Mężczyzna ściągnął brwi.

- Czy wystawiałem?

- Czy pracuje pan, albo pracował, na jakimś uniwersytecie? Reprezentowała pana jakaś galeria?

- A to co? Przesłuchanie? Dochodzenie?

- Komitet Pomocowy ma ograniczone fundusze - zaczął Varian. - Nasza misja...

Rubasky zmrużył oczy.

- Profesor malarstwa - powiedział wolno. - Byłem profesorem malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Moje prace pokazywano w dwudziestu krajach. Gdyby nie wojna, gdyby nie moje wyznanie, jesienią miałbym w Prado wystawę retrospektywną. A teraz muszę się tłumaczyć przed panem Fryem, zwykłym młokosem!

Varian usłyszał za plecami chrząknięcie. Panna Davenport patrzyła poważnie, dłonie miała złożone pod brodą.

- Monsieur Rubasky? Agnon Rubasky?

Malarz uniósł głowę.

- Może powinien pan pokazać panu Fryowi swoje szkice.

Słysząc amerykański akcent, Rubasky skrzywił się sceptycznie. Ale spełnił prośbę. Rozłożył szkicownik na kolanach i zaczął przerzucać kartki. Varian dostrzegł rysunki wykonane węglem, ludzkie postacie uchwycone w szaleńczym ruchu, linie wskazujące na kataklizm albo potop.

- Proszę, to studium do obrazu wnętrza - powiedział malarz, wskazując na gęsto zarysowany szkic, który chyba miał przedstawiać płonące schody w walącej się synagodze. - A to portret mojej żony i mojego syna.

Rząd kresek wyglądających jak wyżłobiona koleinami droga, obok nich zrozpaczona postać pochylona nad rozmazanym kształtem, jakby mu coś podawała, czarną grudę chleba albo miseczkę z wodą. Varian głęboko wciągnął powietrze.

- Osiem miesięcy temu obrazy pana Rubasky'ego pokazywano na Salon des Indépendants w Paryżu - powiedziała Miriam. - Mój profesor z Sorbony darzy go wielkim szacunkiem. Pewnie pan zauważył, że jego kompozycje czerpią z kubizmu, a jednocześnie mają w sobie echa Caravaggia. - Pokazała na cienie i zagęszczenie szybko skreślonych plam, które nadawały trójwymiarowość kobiecej postaci. - Jest uczniem Malczewskiego, znanego symbolisty, ale większość krytyków uważa, że bliżej mu do surrealistów. Pisarze tacy jak Richardin i Zabrest porównują jego twórczość do Tanguy'ego, oczywiście w pozytywnym kontekście.

Varian przeniósł wzrok na pannę Davenport, a potem znów spojrzał na malarza.

Na twarzy Rubasky'ego pojawił się wyraz ulgi.

- Panna...?

- Mademoiselle Davenport.

- Los mi panią zesłał.

- Bynajmniej, panie Rubasky. Pana obrazy przemawiają same za siebie.

Lecz Varian wciąż się wahał. Studiował historię i literaturę klasyczną, a nie sztukę europejską. Uważał się za dobrego krytyka literatury, ale nie umiał dopatrzyć się w tych szkicach wpływów Caravaggia czy Tanguy'ego, nie mówiąc już o Malczewskim.

- Jeśli pana Rubasky'ego nie ma na pańskiej liście, to powinien się tam znaleźć - oświadczyła panna Davenport.

- Proszę mi wybaczyć moją ignorancję, panie Rubasky - powiedział Varian. - Zalecę Komitetowi, żeby zajął się pańską sprawą.

Malarz mruknął coś, przygładzając palcem wąsy.

- Proszę teraz przejść do pana Hirschmana. On zanotuje wszystkie informacje. Wieczorem przetelegrafujemy pańskie nazwisko do Nowego Jorku.

- Danke schön, Herr Fry. Sie sind wirklich freundlich.

- Do usług, panie Rubasky.

Malarz zajął miejsce Miriam obok Hirschmana.

Miriam podziękowała Varianowi skinięciem głowy i ruszyła do drzwi. Odwróciła się jednak, słysząc swoje nazwisko.

- Panno Davenport, może szuka pani pracy? - spytał Varian.

* * *

Sześćdziesięciu trzech uchodźców. Tego dnia odbyli dokładnie tyle rozmów, z czego większość nie dawała żadnej nadziei - żadnych dokumentów, pieniędzy, nic, co mogłoby wzbudzić zainteresowanie Komitetu Pomocowego w Nowym Jorku. Miriam przesiedziała z nimi dwie godziny, a potem poszła na rozmowę z Mehringiem, Paulim i Heidenem. Oppy, księgowy, przyniósł im kanapki i stos formularzy bankowych do podpisania, ale Varian nie miał nawet chwili, żeby coś zjeść. O piątej po południu, zaledwie po suchej grzance na śniadanie, miał wrażenie, że za moment rozpłynie się na podłodze jak galareta. Wzrok mu się mącił, gardło miał ściśnięte z powodu odwodnienia. Wstał i poszedł do łazienki, żeby się odświeżyć chłodną wodą z kranu.

Kiedy pochylił się nad umywalką, patrząc na swoje odbicie w lustrze - bladą skórę, wory pod oczami z wyczerpania - przypomniał sobie, że nie odwołał spotkania z Grantem. Przysiadł na krawędzi wanny i włożył głowę między kolana. Co go podkusiło, żeby zgodzić się na to spotkanie, co go opętało? Alkohol, panika, zwykłe zaskoczenie? Znów miał przed oczami opanowaną twarz Granta, bliznę nad brwią, długie palce pozbawione upragnionych papierosów. Boże. Już czuł w piersiach gorąco, już czuł, że musi znów zobaczyć Granta bez względu na konsekwencje. "Przestań - powiedział do siebie. - Przestań natychmiast". Wstał z wanny tak gwałtownie, że znowu o mało nie zemdlał. Musiał się oprzeć o framugę, żeby zachować równowagę. Otworzył drzwi, za którymi już czekał Hirschman.

- Przepraszam - powiedział - ale musimy napisać telegram.

Varian zerknął na zegarek.

- Dobry Boże, nie zauważyłem, że już tak późno.

Depeszę do Nowego Jorku musieli wysłać przed szóstą. Hirschman zdążył wyprosić z pokoju uchodźców, Lena siedziała przy biurku z gotowym notesem do stenografii.

- W porządku. - Varian zajął miejsce na swoim krześle. - Leno, Albercie. Podajcie nazwiska.

Lena i Hirschman zaczęli po kolei wymieniać nazwiska uchodźców, z którymi przeprowadzili dziś rozmowy, a Varian zapisywał je w dużym notatniku. Co dzień wysyłali dwadzieścia kilka nazwisk do biura przy Czterdziestej Pierwszej Ulicy. Wysyłanie większej liczby nie miało sensu, co zostało im jasno powiedziane, z powodu ograniczonego personelu w nowojorskim biurze. Dla każdego nazwiska ktoś musiał rozpocząć procedurę wizową, a to wymagało wizyt w trzech różnych urzędach federalnych, nie mówiąc o mozolnym wypełnianiu stosów formularzy w trzech kopiach. W dzisiejszej depeszy na pewno pójdą nazwiska Mehringa i Heidenów. Rubasky'ego też. Varian zakreślił je na czerwono. Zostawała cała reszta - nikt nie znajdował się na liście Variana, wszyscy byli artystami, pisarzami albo uchodźcami politycznymi z jakimś dorobkiem i reputacją, wszystkim groziły aresztowanie i deportacja.

Hirschman spojrzał z rozpaczą na plik dokumentów.

- Może powinniśmy wprowadzić jakieś oceny liczbowe. - Przetarł chusteczką czoło, odgarniając wysoko włosy.

- Liczbowe! - Lena się obruszyła. - Jak mamy porównać rzeźbiarza z filozofem albo kompozytora z socjaldemokratą?

- W depeszy powinni się znaleźć ci, którzy już byli w obozie koncentracyjnym.

Lena zajrzała do dokumentów.

- Ale dziś przyszło jedenastu byłych więźniów. Nie wszystkich da się nazwać artystami.

- W sensie moralnym to jest jakaś rozpacz - powiedział Hirschman.

Varian chrząknął.

- Słuchajcie. Od trzech tygodni co dzień musimy podejmować taką decyzję. I dziś też ją podejmiemy. Bo inaczej nie wyślemy żadnej listy.

- Absolument - przyznała Lena. - On ne faut pas exagérer. Przepraszam, panie Fry.

- Nie da się przedstawiać sytuacji uchodźców za pomocą miar ilościowych - oświadczył Varian. - Mówię to niechętnie, ale Nowy Jork nie uważa, że pomoc powinna trafiać do tych, którzy najwięcej wycierpieli.

- Muszą nam pozwolić przysyłać więcej nazwisk - stwierdziła Lena. - To wszystko.

- Prawda jest taka, Leno, że brakuje im pieniędzy i personelu.

- No to niech znajdą pieniądze i personel! Niech pan napisze do żony. Ona już powie Paulowi Hagenowi, co trzeba zrobić.

- A jeśli Nowy Jork zgodzi się na pięćdziesiąt nazwisk? - spytał Hirschman. - Albo na sto? Jak ich stąd wydostaniemy?

Varian spojrzał na niego w milczeniu. To był ich główny problem, jak dotąd nierozwiązywalny. Nawet gdyby zdobył dla każdego uchodźcy ważny paszport ze wszystkimi koniecznymi wizami, uciekinierzy musieliby przedostać się przez granicę, unikając aresztowań i deportacji, potem przejechać całe Hiszpanię i Portugalię i wreszcie pokonać ocean. Wszystko to wymagało szczęścia, pieniędzy, znajomości i czasu. A co on miał? To, co Hiszpanie nazywali "ganitas". Dobre chęci.

- Leno, wybierz dziesięć nazwisk - powiedział Varian. - Albercie, ty wybierzesz drugie dziesięć. Wyślemy je razem z tymi trzema, o których wspomniałem. A potem musimy opracować jakiś plan.

* * *

Do biura z telegrafem Varian i Hirschman zawsze chodzili razem. Każdy z nich miał przy sobie listę z nazwiskami, na wypadek gdyby po drodze któregoś zatrzymano. Kiedy Varian nadawał, Hirschman czekał na zewnątrz. A potem wstępowali do małej kafejki po drugiej stronie ulicy, ciemnawej La Coquille de Noix, i siadali przy stoliku w głębi sali, gdzie mogli porozmawiać nieniepokojeni przez nikogo. Z jakiegoś schowka przynoszono im dwie szklaneczki doskonałej irlandzkiej whisky. Varian dowiedział się od kogoś, że właściciel baru nie tylko popiera de Gaulle'a, ale też jest zwolennikiem czarnego rynku.

- Cóż tam dla mnie masz, Albercie? - spytał Varian, gdy tylko kelner się oddalił.

Hirschman sięgnął do swojej skórzanej torby i wyjął z niej gazetę. Podał ją Varianowi, jakby chciał się z nim podzielić najnowszymi wiadomościami. W środku znajdował się plik małych zielonych i ciemnoróżowych książeczek z urzędowymi pieczątkami. Varian obejrzał je, zasłaniając się rozłożoną gazetą. Kilkanaście polskich i litewskich paszportów z danymi uciekinierów. Brakowało w nich jedynie zdjęć.

- Mogę załatwić więcej - powiedział Hirschman.

Varian złożył gazetę, a Hirschman zgarnął ją zwinnym ruchem i schował w torbie.

- Na miłość boską, Albercie, skąd to masz?

Hirschman wzruszył ramionami, jakby wciąż zadziwiony własnym sukcesem.

- Zadałem sobie pytanie, kto może najbardziej współczuć naszym klientom. Najpierw spróbowałem w konsulacie litewskim, a potem w polskim. Po prostu wyjaśniłem naszą sytuację paru urzędnikom. Pokazałem kopię twojego listu od Roosevelta. Wymieniłem kilka nazwisk. Chagalla. Manna. Jak się pewnie domyślasz, Polacy zgodzili się od razu, zrobią wszystko, żeby zagrać Niemcom na nosie, a Litwini dali się przekonać, gdy opowiedziałem im trochę o naszych podopiecznych.

- Zdają sobie sprawę z możliwych konsekwencji?

- Włączyli się w to bardzo chętnie.

Varian pokręcił głową.

- Albercie, czy ty wiesz, że jesteś genialny? Długo byśmy nie pociągnęli na tych fałszywych czechosłowackich paszportach.

- Bułka z masłem, naprawdę. Ale mam dla ciebie jeszcze coś. - Hirschman znów sięgnął do torby, ale tym razem wyjął z niej kartonik zapałek z hotelu Dorade: na czarnym tle widniała złota litera "D" z maleńką złotą rybką w środku.

Varian rozłożył tekturkę kciukiem. Wewnątrz ktoś napisał nazwisko "Moreau". I adres przy rue Grignan.

- Kim jest ten Moreau?

- Kimś, kto ma biuro i chce je opróżnić. Prawdziwe biuro. Nie jakiś pokój w hotelu. Mielibyśmy gdzie pracować.

- O czym ty mówisz?

- Dobrze wiesz, że w Splendide jest nam za ciasno. Tłoczymy się jak śledzie w beczce, a teraz jeszcze ściągnąłeś pannę Davenport. I obaj wiemy, że łapówki dla konsjerża nie będą działać zawsze. Ta kolejka ludzi na ulicy za bardzo rzuca się w oczy.

- Nie stać nas na biuro. Każdy grosz musi iść na uchodźców. Spytaj Oppy'ego. Już i tak balansujemy na krawędzi.

- Moreau handluje skórą - powiedział Hirschman. - Jego umowa najmu jest ważna jeszcze przez cztery miesiące, ale chce jak najszybciej wyjechać z miasta. I mówi, że ma dla nas dobry układ.

- Czyli jaki?

- Korzystny. Pogadaj z nim.

Varian obrócił kartonik w palcach.

- Kiedy?

- Jutro o czwartej.

- Nawet nie wiem, co powiedzieć, Albercie.

Hirschman uśmiechnął się, podniósł swoją szklankę i opróżnił ją do dna.

- Powiedz "merci". I daj mi na wieczór wolne. Umówiłem się z Betty z Préfecture. Wolałbym się nie spóźnić.

- Oczywiście. I bardzo ci dziękuję. Naprawdę.

Hirschman wstał i zasalutował Varianowi na pożegnanie, zostawiając go zamyślonego przy ostatnim łyku whisky i tekturce z zapałkami. Biuro! Rue Grignan 60. Dziesięć minut na piechotę stąd. Prawdziwa siedziba do prowadzenia działalności, nie jakieś chwilowe pomieszczenie dla tymczasowej organizacji. Obejrzy je jutro po południu. Może nawet przekona pannę Davenport, żeby mu towarzyszyła. Wyczuwał w niej dar przekonywania i umiejętność trafnej oceny. Gdy tylko wróci do Splendide, wyśle jej wiadomość. Gdy tylko napisze do Granta i odwoła ich spotkanie, przypomniał sobie.

Wstał, rzucił na stolik kilka franków i wyszedł między wydłużające się wieczorne cienie. Słońce wciąż wisiało nad krawędzią portu, ukośne pasma światła podążały za nim po ulicach. W recepcji Splendide czekała na niego jeszcze jedna wiadomość. Tym razem nie przekazano jej przez telefon. Ktoś napisał ją odręcznie. Pismo Granta. A obok kartki torebka pełna dojrzałych fig. Musiał je zostawić jakieś dziesięć minut temu. Varian zajrzał do torby - wciąż były ciepłe, jakby przez cały dzień leżały w słońcu na straganie.

"Przypomniałem sobie, że je lubisz. Do zobaczenia jutro o dziesiątej rano".

- Rany boskie! - powiedział na głos.

Zabrał torbę do pokoju, starannie zamknął za sobą drzwi jak jakiś zbieg, a potem zjadł figi jedna po drugiej. Były różowe, słodkie, poprzecinane niteczkami, smakowały jak coś pomiędzy ciastkiem a truskawką, ich białe ziarenka trzaskały mu w zębach jak petardy. Zjadł wszystkie i żałował, że nie ma więcej.

4

Les Cypr?s

Ranek był pogodny i rześki, wiatr znad Vieux Port pachniał ozonem, jakby daleko na morzu rozpętała się burza. Varian szedł na przystanek tramwajowy, na chodniku przed nim podskakiwało czarne ptaszysko. Od czasu do czasu ptak zatrzymywał się i przechylał łeb, niby wsłuchując się w kroki człowieka, potem ruszał dalej, omijając porozrzucane na chodniku śmieci, niedopałki, łupiny pistacji i stare bilety tramwajowe. Dla Variana Marsylia wciąż miała w sobie jakąś nowość, powiew nieznanego. Paryż był przesiąknięty seksem, operą, sztuką, dekadencką biedą, natomiast w Marsylii cuchnęło zbrodnią, oportunizmem, handlem kokainą, a wszystko przy wtórze hałaśliwych marynarskich piosenek. Paryż był kobietą, upadłą kobietą w ramionach nazistowskich zdobywców, natomiast Marsylia była mężczyzną: kombinatorem w używanym płaszczu, gotowym sprzedać swoją duszę i wszystko inne, co wpadnie mu w ręce. Gdyby nie wojna i Komitet Pomocowy, Varian pewnie nie przekroczyłby granic tego miasta. A mimo to czuł się tu dziwnie swojsko, jakby powrócił do Brooklynu z czasów dziadka, gdzie rozwój sąsiadował z rozkładem, gdzie jakimś nieopatrznym słowem mogłeś zarobić albo parę dolarów, albo cios w ucho.

Wsiadł do tramwaju numer czternaście, zapłacił dwadzieścia centymów i zajął miejsce przy oknie. Oparł głowę o rozgrzaną słońcem szybę, próbując skierować myśli jak najdalej od Elliotta Granta. Patrzył więc na uliczny targ z krętymi rzędami straganów wyglądającymi jak nierówne zęby. Na cieniste zaułki, w których dzieciaki szalały na hulajnogach zrobionych ze skrzynek po cytrynach. Na czerwone graffiti nabazgrane na bocznych ścianach budynków, w których "Pétain" świadomie zamieniano na "Putain". Trzy- i czteropiętrowe gmachy powoli ustępowały miejsca niższym, aż w końcu pojawiły się wolnostojące domy z ciasnymi ogródkami, a po nich zielony wiejski krajobraz: drzewa oliwne, sady migdałowe i rozległe, poprzecinane białymi smugami niebo. Przy La Blancarde do wagonu wepchnął się tłum uczniów, nauczyciel zaczął im objaśniać geologiczną budowę okolicy. Na lewo widzimy Massif de Marseilleveyre, zwieńczenie Calanques, te strome wapienne urwiska utworzyło cofające się morze. W próbkach tych skał, chłopcy, doskonale zachowały się skamieniałości maleńkich morskich organizmów.

W La Pomme przyłapał się na tym, że wypatruje Granta wśród kilku mężczyzn czekających na peronie. Oczywiście Granta nie było. Zawsze się spóźniał, dokładnie o dziesięć minut, bez względu na to, jak ważne było spotkanie. A Varian zawsze był punktualny. Tak już miał. Ojciec powtarzał mu, że człowiek, który zjawia się na spotkaniu pierwszy, przejmuje kontrolę. Do tej pory ta zasada się sprawdzała. Z wyjątkiem Granta.

Dziesięć minut później wyłonił się zza dworcowej restauracji - Skiff Grant, wciąż tu był, wciąż tak samo materialny - z książką w dłoni, jakby miał zamiar czytać podczas oczekiwania. Varian zszedł po schodach. Grant stał tuż przed nim, gładko ogolony, w koszuli z rozpiętym kołnierzykiem i stosownej na tę porę roku marynarce z lekkiej wełny; pachniał ciastkami i mydłem, z którego słynął ten region. W jego cielesności była jakaś arogancja, zniewaga wynikająca z tego, że żył sobie spokojnie przez te wszystkie lata, podczas gdy dla Variana był już tylko duchem. Na miłość boską, przecież mieszkali w tym samym mieście, oddychali tym samym powietrzem wypełnionym spalinami, jeździli tymi samymi pociągami w podziemnych nowojorskich tunelach. Przez ten czas był tak samo rzeczywisty jak teraz.

- Jak podróż? - spytał Grant.

- Tłum uczniaków.

- Rzeczywiście, lycées zarządziły wycieczki na wieś. Ten widok na dolinę jest niesamowity, prawda? A ze szczytu Massif de Marseilleveyre wzrok sięga daleko w morze. Powinieneś się tam wybrać.

- Ty już byłeś?

- Tak, z Gregorem.

- Z Gregorem? Swoim znajomym?

- Aha - potwierdził Grant.

Dalej szli w milczeniu, książka w dłoni Granta kołysała się w rytm kroków, aż w końcu znaleźli się przy żelaznej bramie.

- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Grant. - Les Cypr?s. I cypr?s też są.

Wzdłuż podjazdu stały smukłe zimozielone drzewa, ich czubki wystrzeliwały w niebo, ku gniazdom z obłoków. Spomiędzy gałęzi niczym roje iskier wzbiły się stada ptaków. Na końcu alejki stała mała budowla. "Średniowieczny zamek", jak mówił o nim Grant, wcale nie był średniowieczny. Pochodził z siedemnastego wieku. Budulcem był miejscowy wapień, projekt wzorowano na oryginalnych willach, które w czasach imperium przywarły do wzgórza, a wygody można było nazwać wygodami jedynie w odniesieniu do minionych wieków. Z kranów leciała zimna woda, pomieszczenia ogrzewano tylko za pomocą kominków. Elektryczność doprowadzono do La Pomme już wiele lat temu, jednak znajomy Granta wolał oświetlenie gazowe. Lampy działały, jak wyjaśnił Grant, tylko dzięki dbałości wiekowego dozorcy, który mieszkał w sąsiednim domu. Przeciekały, migały i smoliły szklane osłony, które trzeba było czyścić co dzień, żeby wieczorami dało się czytać.

Luksusem tej siedziby były odosobnione położenie oraz widok: okryta zieloną mgiełką zarośli dolina ciągnąca się ku Marseilleveyre. Przy domu rósł maleńki sad drzewek persymony, które profesor miał kaprys sprowadzić z Chin. Na bujnie ulistnionych gałęziach wisiały drobne czerwone owoce. Po drodze Grant zerwał kilka, tłumacząc, że nie można ich jeść, dopóki nie zrobią się ciemne i miękkie. Gdy znaleźli się na progu, odwrócił się do Variana.

- Nie przestrasz się Gregora - rzucił. - On tylko wygląda na szorstkiego.

- Dlaczego miałbym się go przestraszyć?

- Bywa dość... bezpośredni. Pamiętasz Brauera, który wykładał filozofię niemiecką, miał brodę, nosił za krótkie marynarki i specjalizował się w Schopenhauerze i nienasyceniu woli?

Varian skinął głową. Zapadnia pamięci: Grant siedzi obok niego na wykładzie, ich nogi przywierają do siebie od kostki do kolana, ciepło ciała Granta zagłusza słowa profesora Brauera, więc Varian jąka się i nie wie, co powiedzieć, gdy profesor zwraca się do niego z pytaniem: "Ale jaki mamy dowód, skąd możemy być pewni ponad wszelką wątpliwość, że zamieszkiwany przez nas świat istnieje?". Dla Variana istniała wtedy tylko jedna pewność: rozgrzane do czerwoności zetknięcie jego nogi z nogą Granta. Nie odezwał się ani słowem. Teraz też.

Grant otworzył drzwi i wprowadził go w dźwięczący echem mrok. Wydawało się, że na wyższych piętrach domu wieje wiatr, że po niewidzialnych korytarzach płynie szept ducha. Wnętrze atrium otaczała ośmiokątna klatka schodowa, z kamienia wydobywał się zapach przywodzący na myśl dno wąwozu, ziemiste, wilgotne i zimne. W wiszącym z sufitu kandelabrze tkwiły woskowe świece, żadnej z nich nigdy nie zapalono. Jedyne światło dochodziło z głęboko osadzonych okien ze szprosami, po jednym na każdym boku schodów. Varian spodziewał się, że na nagich kamiennych ścianach będą wisiały portrety, których oczy śledzą każdy ruch przechodzących gości.

- Gregor jest w solarium - oznajmił Grant.

- Macie tu solarium?

- To miejsce przywodzi na myśl wampiry. - Grant uśmiechnął się przelotnie przez ramię, prowadząc Variana korytarzem biegnącym w głąb domu.

Znaleźli się w wysoko sklepionym salonie, jedną ścianę tworzyły pozbawione zasłon okna oraz wykładane poduszkami siedziska, na których leżały porozrzucane książki. Podłogę pokrywał granatowy dywan, meble miały kilimowe obicia. W przeciwległym rogu na fotelu obok mahoniowego biurka siedział wysoki, barczysty mężczyzna z zasłoniętymi od słońca oczami i gęstą ciemną czupryną. Na widok Variana zdjął okulary i wstał. Nie podał ręki, ukłonił się jednak lekko jak dżentelmen, wskazując na serwis kawowy stojący na niskim stoliku.

- Zechce pan usiąść, panie Fry? - zaprosił basowym głosem z niemieckim akcentem. Przeczesał dłonią potargane włosy, jakby chciał je uładzić. Był młodszy, niż Varian się spodziewał, z pewnością nie miał jeszcze pięćdziesiątki. Wydawało się, że ukryte pod dobrze skrojoną białą koszulą ramiona aż kipią od nadmiaru siły niczym złożone skrzydła.

Varian zajął miejsce w fotelu, a Grant usiadł przy oknie, zdjąwszy buty i zamieniwszy je na błękitne marokańskie kapcie. Po swojej prawej stronie miał stos tomików dziewiętnastowiecznej poezji, tuż obok leżał oprawiony w skórę notes. Varian domyślił się, że to jego ulubione miejsce. Czy ukłuło go, czy miało prawo go ukłuć, że Elliott Grant czuł się tutaj tak swobodnie? Przecież ostatnie dwanaście lat swojego życia postanowił spędzić w miejscach niemających żadnego związku z Varianem. Miał ku temu swoje powody i te powody się nie zmieniły.

Profesor Katznelson pochylił się, żeby nalać kawę czy coś w tym rodzaju; płyn w filiżance Variana miał bursztynowy odcień i pachniał lekko węglem drzewnym. Gospodarz przeprosił za brak cukru, tłumacząc, że zużył już cały przydział.

- I tak nie słodzę - stwierdził Varian.

Katznelson odwrócił się do Granta i powiedział coś szybko po niemiecku. Nie pierwszy raz osoba mówiąca w tym języku uznała, że Varian nie zrozumie. "Rzeczywiście mówiłeś, że pije bez niczego" - to właśnie powiedział. Użył jednak słowa "ungeschmückt", co mogło też oznaczać "nagi". Grant skinął głową i skierował całą uwagę na swoją filiżankę, mieszając w niej maleńką łyżeczką.

- Pański przyjaciel twierdzi, że zajmuje się pan ucieczkami - odezwał się Katznelson, tym razem po angielsku. - Akurat jestem w potrzebie.

- Niech mi pan wszystko opowie - poprosił Varian. - Od samego początku.

Katznelson spojrzał na Variana, mrużąc oczy, jakby mu nie ufał.

- To raczej nie będzie dla pana interesujące.

- Nie musi się pan niczego obawiać. Pan Grant dokładnie mnie sprawdził. Znamy się od wielu lat.

- Rozumiem. - Katznelson zacisnął palce na podłokietnikach fotela i wciągnął powietrze. - Opowiem panu swoją historię. Pan Grant uzupełni, gdybym o czymś zapomniał. - Gdy założył jedną nogę na drugą, pod mankietem spodni ukazała się skarpetka w romby. - Jak pan wie, zajmuję się historią polityczną Europy. Od sześciu lat pracuję na Uniwersytecie Columbia, ale latem wróciłem do Europy w sprawach osobistych.

- Już po okupacji? - upewnił się Varian.

- Tak, po okupacji. To było bardzo pilne.

- Domyślam się.

- Obawiam się, że nie doceniłem zagrożenia. Nie mam amerykańskiego obywatelstwa, jednak uznałem, że ochronią mnie amerykańskie dokumenty. Co okazało się błędem. Bo jestem bezpaństwowcem, byłym Niemcem. Powinienem był posłuchać rady profesora Granta i zostać w Stanach. Zwłaszcza że zaoferował się przyjechać tu za mnie. - Westchnął głęboko, wymieniając z Grantem znaczące spojrzenia, jakby rozmawiali na ten temat już wiele razy. - Nawet gdybym nie był Żydem, mój dorobek naukowy nie spodobałby się nazistom. Wiedziałem o tym, kiedy jeszcze mieszkałem w Berlinie, wiedziałem to od wielu lat. Zajmuję się rozwojem socjalizmu w krajach europejskich. Amerykańscy uczeni są tym obecnie bardzo zainteresowani. Naziści też, choć z innych przyczyn. Chcieliby uczynić ze mnie przykład dla innych niemieckich uczonych.

- Rozumiem - przytaknął Varian. - Ale przecież wiedział to pan już wcześniej. Po co pan wrócił, profesorze? O ile wolno mi zapytać.

Kolejne spojrzenie między Katznelsonem a Grantem.

- Jak mówiłem, chodziło o sprawy osobiste.

- Ale ja muszę wiedzieć, czy nie maczał pan rąk w czymś nielegalnym, mówiąc oględnie. Co nie oznacza, że potępiałbym pana za to, zwłaszcza w obecnej sytuacji politycznej.

- Nic takiego nie wchodzi w grę - wtrącił szybko Grant.

Varian chciał spojrzeć mu w oczy, ale on od razu opuścił wzrok.

- Nie załatwiłem jeszcze swoich spraw tutaj - powiedział Katznelson. - Ale doszedłem do wniosku, że muszę jak najszybciej wyjechać. W zeszłym tygodniu aresztowano w Nîmes moich trzech dawnych kolegów. Jestem pewien, że władze wiedzą, gdzie mnie szukać.

- To możliwe - potwierdził Varian.

- Co by pan radził, panie Fry? Może mi pan pomóc?

- Właśnie tym się zajmujemy, profesorze. Załatwialiśmy paszporty i wizy osobom będącym w znacznie gorszej sytuacji. Mój współpracownik przerzuca ludzi do Hiszpanii; gdyby nie udało mu się przewieźć pana pociągiem, przejdziecie przez góry.

- Ilu pańskich podopiecznych aresztowano do tej pory? Ilu trafiło do więzienia za złamanie prawa?

- Na razie ani jeden.

- Muszę mieć ważną amerykańską wizę - oświadczył Katznelson. - Nie będę ryzykował, że utknę gdzieś po drodze.

- Z pańską pozycją na uniwersytecie ma pan bardzo dużą szansę na wizę. Lepiej zna się na tym mój znajomy z konsulatu Harry Bingham.

- Profesor Grant już był w konsulacie - powiedział Katznelson, dworsko zdejmując jedną nogę z drugiej i opierając ręce na kolanach. Jego splecione dłonie wyglądały jak dłonie ciężko pracującego człowieka, a nie uczonego.

Nagle Varian zobaczył w wyobraźni, jak te mocne palce sięgają do kołnierzyka Granta, rozpinają mankiety jego koszuli.

- Rozmawiał z Fullertonem, konsulem - ciągnął Katznelson. - I mówi, że to wykluczone. W młodości byłem w Berlinie redaktorem "Ludowego Kolektywu", takiej komunistycznej gazety. Jak konsulat wszedł w posiadanie tej wiedzy, nie mam pojęcia. Tak czy inaczej, stanowi to przeszkodę. No i jest też kwestia mojego wyznania. Mieszkałem w Ameryce wystarczająco długo, by poznać tamtejsze uprzedzenia.

- Są pewne trudności - przyznał Varian. - Obecny klimat polityczny nie ułatwia nam sprawy. Jak pan pewnie wie, pojawiło się wiele nieufności. Ale pański przypadek zdecydowanie nie jest beznadziejny.

- Widzisz, Gregor, sam ci to mówiłem - wtrącił Grant.

- Muszę zadać panu jeszcze kilka pytań - odezwał się Varian. - Jutro zajrzę do konsulatu. Nasz przyjaciel Bingham nie przejmuje się tym, co myśli Hugh Fullerton. Ma swoje powody, które mówiąc ogólnie, bardzo nam sprzyjają. Uważam, że dostanie pan wizę, choć to może trochę potrwać.

Po twarzy Katznelsona przemknął cień, jego potężne barki się skurczyły. Znów odezwał się do Granta po niemiecku:

- W międzyczasie nadal będziemy go szukać.

- Później o tym porozmawiamy - odparł Grant, także po niemiecku. Wiedział, że Varian zna niemiecki tak samo dobrze jak on, ale nawet na niego nie spojrzał.

- W takim razie do roboty. - Varian wyjął z kieszeni niewielki notes. Polizał czubek ołówka i zaczął wypytywać Katznelsona, napominając się w myślach, że to przecież jedynie kolejny podopieczny, że jego związek z Grantem, bez względu na to, jak zażyły, nie ma żadnego znaczenia. A jedyną troską jego, Variana, jest wydostanie tych ludzi z Europy.

Rozmawiali przez pół godziny, Varian robił notatki, a gdy profesor od czasu do czasu milkł, Grant kończył zdanie, dorzucając wyjaśnienie, korygując pomyłkę albo podając nazwę miasta czy adres, tak jakby znał wszystkie szczegóły z życia Katznelsona. W pewnej chwili Grant pochylił się nieco, żeby zadać jakieś pytanie, i musnął kostkę gospodarza, jego szczupły palec przemknął po skarpetce w romby. Varian z największym wysiłkiem wrócił uwagą do rozmowy. Katznelson właśnie opowiadał o żonie - a więc miał żonę! - która została w Berlinie. Mieszkała ze swoimi starymi rodzicami i nie chciała ich opuścić, by dołączyć do niego w Nowym Jorku.

Varian zakończył rozmowę, wcisnął notes do kieszeni i oznajmił, że musi wracać, bo czekają na niego inne obowiązki. Katznelson uścisnął mu rękę, jego postać rzucała na granatowy dywan długi niebieski cień. Poprosił, by Varian przekazywał mu wszystkie świeże wieści. A potem Grant odprowadził gościa przez oświetlone lampami gazowymi korytarze i dalej przez dziwny, dźwięczący echem wewnętrzny dziedziniec z ośmiokątnymi schodami i wąskimi okienkami. Otworzył drzwi, za którymi było zamglone popołudnie.

- Dzięki, że fatygowałeś się taki kawał drogi - powiedział. - Gregor nie dałby się namówić na wyjazd do miasta.

Gregor. Miękkość tych spółgłosek miała w sobie przeszłość i teraźniejszość.

- Nie ma za co.

- Tom, byłbym zapomniał. - Grant zniknął we wnętrzu domu. Po chwili wrócił z dwiema persymonami. - Dla ciebie - rzucił, wkładając w dłonie Variana chłodne gładkie owoce.

Ten gest miał w sobie tyle intymnej zażyłości, że Varian na moment umilkł.

- Jeszcze ci nie podziękowałem - odezwał się w końcu. - Za figi. Wczorajsze.

- Właśnie. - Grant ściągnął brwi. - Zobaczyłem je w mieście na targu, więc... - Wzruszył ramionami.

- W każdym razie dziękuję. Gdy wyjąłem je w torby, były jeszcze ciepłe. Zjadłem wszystkie naraz. Nie żałowałem sobie. - Uśmiechnął się, ale nie miał odwagi spojrzeć na Granta.

Grant pokręcił głową.

- Cały ty. Idź już, bo spóźnisz się na tramwaj.

- Słusznie - potwierdził Varian, ale nie wykonał żadnego ruchu.

Grant uśmiechnął się ledwie zauważalnie, lecz to wystarczyło, by w jednej chwili znów znaleźli się na studiach: stoją późno w nocy przed drzwiami do pokoju Granta, a Varian... To Grant zwrócił wtedy uwagę, czule i delikatnie, co się dzieje. Bo Varian zwlekał. Tak jak teraz, dwanaście lat później, na progu jego willi na południu Francji. Na miłość boską! Czy mu rozum odjęło? Bez słowa odwrócił się na pięcie i ruszył szybkim krokiem na przystanek, wiedząc, że Grant cały czas na niego patrzy.

5

Rue Grignan

Z Canebi?re szedł niecałe pięć minut pod adres zapisany na hotelowych zapałkach. Rue Grignan 60: dziewiętnastowieczny żółtawy budynek z męskim sklepem odzieżowym na parterze, trzema piętrami biur i rozłożonymi okiennicami. Nad głównym wejściem znajdowała się żelazna balustrada w kształcie dwóch kaganków, a pomiędzy nimi w owalnym obramowaniu widniały przeplecione litery "R" i "J". Marsylia była pełna takich małych architektonicznych tajemnic, ukrytych kluczy do sekretnego życia miasta.

Przed wejściem czekała już Miriam Davenport, miała wyrazić swoją profesjonalną opinię. Ale nie była sama. Obok niej stała inna kobieta - wysportowana, z cienkim papierosem w palcach, aureolą jasnych włosów i opaloną cerą. Czubkiem zielonego sandałka z wężowej skóry szurała po krawędzi krawężnika, jakby była na niego obrażona. W obcisłej popołudniowej sukience z zielonkawego jedwabiu i z rozświetlonymi słońcem słomkowymi włosami wyglądała jak Apollo w kobiecym przebraniu. Gdzie to ją wcześniej widział? W jakimś filmie czy kolorowym magazynie?

Miriam przedstawiła przyjaciółkę jako "Mary Jayne". Varian podał jej rękę. Mary Jayne miała mocny uścisk dłoni poszukiwacza przygód, zaskakujący u kogoś w takich pantofelkach i z takim papierosem. W końcu przypomniał sobie, gdzie ją ostatnio widział. W rubryce towarzyskiej, bo zagraniczny korespondent "Timesa" dostrzegł ją baraszkującą na plaży w Monako, podczas gdy wszyscy inni o tej porze roku otulali się w futra i ciepłe wełny. Mary Jayne Gold, znana w wielu kręgach bywalczyni chicagowskich salonów, przez ostatnie trzy lata głównie latała swoim samolotem Percival Vega Gull z jednego luksusowego hotelu do drugiego. Krążyły pogłoski, że na początku wojny przekazała samolot francuskiemu lotnictwu, jednak nikt nie wiedział, w czyich rękach maszyna jest teraz, Osi czy aliantów.

- Mary Jayne pomoże nam ocenić biuro - oznajmiła Miriam, biorąc przyjaciółkę pod rękę.

- Cóż panią do tego skłoniło? - spytał Varian. - Są przyjemniejsze sposoby na spędzenie popołudnia.

Prawdę powiedziawszy, jej obecność nieco go irytowała. Mieli z Miriam załatwić swoją sprawę, nie potrzebowali do tego jakiejś debiutantki, nawet z takim uściskiem dłoni.

- Skłoniła mnie panna Davenport - odparła Mary Jayne. - Zdziwiłby się pan, do czego potrafi mnie namówić.

Miriam skwitowała to głośnym śmiechem.

- Tak naprawdę chciałam, żebyś poznał Mary Jayne. Jest niemal legendą. Uznałam, że mogłaby nam pomóc.

- Jestem legendą. Nie lekceważ tego.

- Nigdy bym się nie odważyła.

- I może będę w stanie pomóc, panie Fry. - Odgarnęła za ucho apolliński lok i wdeptała niedopałek w chodnik.

- W jaki sposób?

- Umiem być przekonująca. O ile trzeba kogoś przekonać. I mogę mu zapłacić, jeśli będzie taka konieczność.

- Może się tak zdarzyć - przyznał Varian.

- Tak czy inaczej, skoro już tu jestem, warto z tego skorzystać - oświadczyła, z czym nie dało się polemizować.

Nacisnęli przycisk dzwonka i czekali. Po chwili drzwi się otworzyły, ukazując blond chłopczycę w fartuszku z różowymi plamami - najwyraźniej córkę konsjerżki - która wciąż trzymała w palcach malinę. Gapiła się śmiało na Mary Jayne i Miriam, a potem pokazała, że mają przejść przez wykładaną terakotą bramę do krętych schodów.

Na pierwszym piętrze czekał już na nich monsieur Moreau - wąsaty, przysadzisty, w przyklejonych do grzbietu nosa okularach w ciemnych oprawkach. Wprowadził ich przez czerwone drzwi do wysokiego pokoju zawalonego drewnianymi skrzyniami z portfelami, paskami, teczkami i walizkami. Przez przydymiony zapach skóry przebijała się woń czarnorynkowej kawy przemycanej z Kamerunu. Usiedli w rogu przy uprzątniętym biurku, na którym na skórzanej podkładce leżały księgi rachunkowe, a obok, na schludnym niebieskim stoliku stał serwis do kawy. Moreau był z niego wyraźnie dumny, tak samo jak z zawartości dzbanka. Napełnił trzy małe filiżanki i podał je gościom.

- Mam nadzieję, że monsieur Hirschman wyjaśnił państwu moją sytuację - zaczął niepewnie po angielsku. - Zamierzam wyemigrować do Afryki Południowej, bliżej swoich wspólników w interesach. Właśnie otrzymałem dokumenty. - Mrugnął do Variana. - Zarówno vrai, jak i faux. Znajomy sprzeda mój dobytek i prześle mi pieniądze do Lizbony. A stamtąd udam się do Argentyny, w każdym razie taki jest plan. Wyjeżdżam w przyszły wtorek. Ale umowa najmu jest ważna jeszcze przez cztery miesiące. Pan Hirschman wspominał, że szukacie biura.

- No cóż, właściwie go nie szukałem. Ale Hirschman ma inne zdanie.

- Il joue l'entremetteur, jak to mówią.

- Jakoś się dogadamy, o ile cena będzie korzystna.

- Na razie nie musicie nic wykładać. Zapłaciliśmy za cały okres najmu. Potem będziecie musieli jedynie porozumieć się z właścicielem. Przekonacie się, że to całkiem rozsądny człowiek.

Mary Jayne szybko spojrzała na Moreau.

- Czy to znaczy, że daje mu pan biuro na cztery miesiące całkiem za darmo?

Moreau wzruszył ramionami.

- Gdyby mi zapłacił, i tak nie wywiózłbym z Francji tylu tysięcy franków. Nie ma o czym mówić. Pan Hirschman wyjaśnił mi, czym się zajmujecie. A przy takich interesach zawsze brakuje pieniędzy. Niech pan przyjmie moją propozycję, panie Fry. To i tak niewiele.

Miriam zerknęła na Variana, jakby pytając, czy Moreau można zaufać. Może warto byłoby się zastanowić, dla kogo pracuje albo dlaczego, poza zwykłą hojnością, przekazuje opłacone bureau Komitetowi Pomocowemu. Mieszkańcy Marsylii słynęli z pragmatyzmu, tutejsi przedsiębiorcy byli sprytni i przebiegli. Ale Moreau siedział z dłońmi złożonymi na kolanach, na jego twarzy malował się wyraz spokojnego zadowolenia - tak wygląda człowiek, który wie, że jego podarunek jest stosowny i potrzebny.

- Coś wam pokażę - odezwał się. - Może was zaciekawi. Moim zdaniem to prawdziwe dzieła sztuki. - Podszedł do szafki na akta, wyjął z niej tekturową teczkę i zająwszy na powrót swoje miejsce, rozwiązał czerwony sznurek. Wyjął zestaw nowiutkich dokumentów: dowód osobisty Vichy z urzędową pieczęcią Commissariat de Police i wizą wyjazdową, a także dokumenty tranzytowe ze stemplami wiz hiszpańskiej, portugalskiej i argentyńskiej. - A teraz niech pan powie, panie Fry - z szerokim uśmiechem podsunął dokumenty Varianowi - które są prawdziwe, a które fałszywe.

Varian spojrzał na Miriam i Mary Jayne, a potem na dokumenty z równo przyciętymi rogami i wyraźnymi pieczątkami.

- To nierozsądne, monsieur Moreau, pokazywać je ludziom, których pan właściwie nie zna.

- Monsieur Fry! Ufam panu całkowicie. Monsieur Hirschman wszystko mi powiedział.

Varian miał jednak nadzieję, że Hirschman nie powiedział wszystkiego. Ciekawe, ile kieliszków musiał wypić z Moreau w Dorade. Miriam i Mary Jayne też przyglądały się dokumentom, jednak wszyscy czekali na werdykt Variana.

- Alors? Vrai ou faux? - dopytywał Moreau.

Starając się zachować obojętny wyraz twarzy, Varian wziął do ręki dokumenty, by uważnie przyjrzeć się pieczęciom i formularzom. Papier był gruby i mocny, sprawiał wrażenie urzędowego. Stemple wyglądały idealnie, nic nie wskazywało na nieregularność pióra albo pędzelka trzymanego w ludzkiej dłoni. Nie było żadnych rozmazań typowych dla falsyfikatów, niczego, co przywodziłoby na myśl niezdarnie podrabiane dokumenty uchodźców. W końcu przesunął dokumenty w kierunku Moreau.

- Żaden nie jest fałszywy - oświadczył. - Albo wszystkie. Jeśli ma pan fałszerza, to jest geniuszem.

Moreau zebrał papiery.

- Wszystkie są fałszywe - powiedział z wyraźną satysfakcją. - Nawet pieczątka Commissariat.

- Brawo! - zawołała Miriam. - Wspaniale! Skąd pan je ma?

- Jest pewien człowiek nazwiskiem Freier, rysownik z Wiednia. Jak się domyślacie, élusif. Nigdzie nie zagrzewa miejsca. Ale jeśli uda się wam go znaleźć, zażyczy sobie odpowiedniej zapłaty. I zrobi wszystko, co się u niego zamówi.

- Znam prace Freiera - wtrąciła Miriam. - Przez jakiś czas mieszkał w Paryżu, publikował swoje karykatury w lewicowych gazetach. Słyszałam, że go aresztowano i wysłano do Vernet. Mówi pan, że jest teraz w Marsylii? Dawno dla pana pracował?

- Niedawno, mademoiselle, w zeszłym tygodniu.

Miriam zerknęła na Variana.

- Nasza działalność jest legalna, panno Davenport - zastrzegł Varian. - Powiedziałem to już wyraźnie. Nie możemy łamać prawa, będąc gośćmi na francuskiej ziemi.

- Oczywiście - przytaknęła Miriam. - Chyba że chcemy wydostać stąd naszych klientów.

Moreau się zaśmiał.

- Panna Davenport jest pańską współpracowniczką?

Varian posłał Miriam szybkie spojrzenie.

- Właśnie przyjąłem ją do pracy. Powiedzmy, że jest na okresie próbnym.

- Niech pan skorzysta z jej rady - zaproponował Moreau. - Mądrze mówi.

Miriam roześmiała się z zadowoleniem. Mary Jayne spojrzała na przyjaciółkę z nieskrywanym zachwytem, a potem pochyliła się nad biurkiem, stukając w skórzaną podkładkę wypielęgnowanym paznokciem. Na przegubie miała wąską bransoletkę wysadzaną brylantami i szafirami - taka biżuteria świadczyła, gustownie i jednoznacznie, że jej właścicielka nie musi się liczyć z pieniędzmi.

- Monsieur Moreau, znam parę osób, które mogłyby panu pomóc w drodze do Lizbony - oznajmiła. - Proszę to uznać za wyraz wdzięczności za pańską hojność w kwestii bureau.

- To ja jestem pani ogromnie wdzięczny, panno Gold.

- Moja przyjaciółka madame Simplon prowadziła kiedyś w Paryżu salon. Ma dom w Montpellier. Napiszę do niej. A kiedy znajdzie się pan w Madrycie, musi pan koniecznie zobaczyć się z moim starym znajomym Guillermem Rosecransem. Tu jest adres. - Wyjęła z torebki mały notesik oprawiony w zieloną skórę, zapisała adres na czystej kartce, wyrwała ją i wręczyła Moreau.

Mężczyzna znów ukłonił się z wdzięcznością.

- Jesteście pewni, że bureau będzie odpowiednie?

- Idealne - powiedział Varian.

- Bon! - Moreau się ucieszył. Sięgnął po dzbanek i ponownie napełnił filiżanki kameruńskim naparem.

Pijąc kawę, uzgadniali ostatnie szczegóły: kiedy Varian może się wprowadzić, z kim rozmawiać w sprawie wody i prądu, jak sobie radzić z gburowatą konsjerżką. Uzgodnili na przyszłą środę datę rozpoczęcia działalności Komitetu pod nowym adresem. W końcu wstali i ukłonili się, wyrażając zadowolenie z zawartego porozumienia i życząc sobie nawzajem powodzenia. Varian zszedł po schodach za Miriam i Mary Jayne. Na dole, we foyer budynku natknęli się na bosą córkę konsjerżki, która na kawałku oświetlonej słońcem podłogi grała w ciupy. Kiedy ją mijali, podniosła głowę, trzymając kamyk dwoma palcami ułożonymi w literę V, jakby chciała go zapalić albo przeciąć na pół.

- Mesdames et monsieur - powiedziała - dobrego dnia i niech was Bóg ma w swojej opiece.

- Niech Bóg ma w opiece panienkę - odpowiedziała Miriam, kłaniając się tak nisko, jakby składała hołd księżniczce.

Dziewczynka skinęła łaskawie głową - "Możesz wstać" - i wskazała drzwi.

Miriam zaśmiała się, wychodząc na ulicę.

- Będzie dobrze, o ile twoi uchodźcy dadzą radę przejść obok tej małej strażniczki - zwróciła się do Variana.

- Budzi szacunek, ale właśnie tego nam trzeba.

- Skoro się z tym uporaliśmy, to chodźmy się czegoś napić - rzuciła Mary Jayne, biorąc Miriam pod rękę.

- Niestety, muszę wracać do Splendide - powiedziała Miriam. - Mehring na mnie czeka. Jeszcze nie wyszedł z szoku po przeprowadzce. No i mam trochę roboty. Nie zapominaj, Mary Jayne, że dostałam posadę.

- A niech to!

- Ale umówiłam nas na wieczór - ciągnęła, jakby Variana z nimi nie było. - Z dwoma legionistami. Chyba się nie gniewasz?

- Legioniści! Nic mi wcześniej nie wspominałaś.

- Właśnie mi się przypomniało.

- Świetnie. - Mary Jayne się ucieszyła. - Tymczasem pożegluję do jakiegoś baru. Mam nadzieję, że niedługo znów się spotkamy - zwróciła się do Variana. - Było mi bardzo miło.

- Musiała się pani śmiertelnie nudzić, panno Gold.

- Bynajmniej! - Uścisnęła dłoń Varianowi, ucałowała dwukrotnie Miriam i ruszyła w kierunku Canebi?re. Jej obcasy z zielonej wężowej skóry postukiwały dźwięcznie na bruku.

- Proszę, proszę, Mary Jayne Gold! - powiedział Varian.

- Niezwykła, prawda? Uwielbiam ją.

- Zgoda, jest niezwykła. Ale wolałbym, żeby na przyszłość uprzedzała mnie pani, że na spotkanie w sprawach służbowych zabiera przyjaciółkę.

- Mary Jayne to sprawa służbowa. - Miriam zatrzymała się i wpiła w Variana twarde spojrzenie. - Nie przyprowadziłam jej tylko dla zabawy.

- Wydaje mi się dyletantką.

- Nie jest nią - oświadczyła z uporem. - Bardzo się zapaliła do naszej misji i chciałaby pomóc. Wszystko jej opowiedziałam.

- Właśnie, jeszcze jedno. Gdy mowa o naszej misji, powinna pani wykazywać się większą dyskrecją. Tak jak byśmy byli nieustannie obserwowani. Im mniej mówi się na mieście o naszej pracy, tym lepiej.

Miriam ruszyła przed siebie, dumnie unosząc koronę złotych warkoczy i nie patrząc Varianowi w oczy. Gdy zatrzymali się na krawężniku, żeby przepuścić pojazdy, pochyliła głowę, jakby się nad czymś namyślając. W końcu odezwała się, rozważnie dobierając słowa:

- Jeśli chce mnie pan zatrudnić, panie Fry, to musi mi pan zaufać. Jako kobieta mieszkająca za granicą, a do tego od wielu lat samodzielnie zawiadująca swoim losem, dobrze wiem, na czym polega zachowanie dyskrecji. I wiem coś na temat wkalkulowanego ryzyka.

* * *

Uchodźcy czekali w Splendide w kolejce ciągnącej się od podstawy schodów aż do pokoju Variana. Lecz Lena i Hirschman byli w pokoju sami - on przysiadł na toaletce i grzebał we wnętrznościach maszyny do pisania, ona stała przed nim, załamując nerwowo ręce. Jak się okazało, jeden z jej turkusowych kolczyków wpadł do środka, a gdy Hirschman próbował go wydobyć, wszelka aktywność Komitetu Pomocowego pod numerem 307 zamarła. Lena posłała Varianowi zmartwione spojrzenie, a jego przez krótką chwilę ogarnęła ciekawość, co też mogła robić z Hirschmanem, że aż spadł jej kolczyk. W końcu Hirschman wydobył niebieską błyskotkę, a Lena klasnęła w dłonie z nieskrywaną radością.

- Mon héros! - zawołała. - Ich bin so dankbar! - Odwróciła się do Variana i Miriam. - Hélas, straciliśmy dużo czasu.

- Przyjmijcie z Miriam kolejnych interesantów - polecił Varian. - Muszę się naradzić z Hirschmanem.

Lena skinęła głową, a Varian gestem dłoni zaprosił Hirschmana do łazienki, w której odkręcił wszystkie krany.

- O co chodzi? - spytał Hirschman.

- Właśnie widziałem prace chyba najwybitniejszego fałszerza - powiedział Varian. - Jego pieczęci Préfecture nie da się odróżnić od prawdziwej.

- Gdzie to było?

- U Moreau. Ten człowiek zrobił mu komplet dokumentów. A Moreau je pokazał, i to niestety na oczach panny Davenport i jej znajomej. Te falsyfikaty były doskonałe. Musimy go znaleźć. Dasz radę go wytropić? Moreau mówi, że on jest nieuchwytny. Nie mogłem go wypytywać o szczegóły, ale ty mógłbyś zajrzeć do niego wieczorem. Ten fałszerz jest mi potrzebny dla naszego nowego klienta.

- Czyli kogo?

- To wyjątkowa osoba. Znajomy znajomego. Profesor z Uniwersytetu Columbia. Z pochodzenia Niemiec. W zeszłym roku latem przyjechał do Europy i utknął na dobre.

- Jak można być tak lekkomyślnym?

Varian pokręcił głową.

- On nie chce o tym mówić. Ale musi się stąd wydostać, bo inaczej go deportują. A ja nie jestem pewny, czy uda się wyrobić dla niego prawdziwe dokumenty, zanim topór spadnie mu na głowę.

- Rozumiem. Wiemy coś więcej o tym utalentowanym fałszerzu?

- To Bill Freier. Wiedeńczyk, przez jakiś czas mieszkał w Paryżu. Uwięziono go w Vernet, ale jakoś znalazł się na wolności. Miriam zna jego prace. Może on też powinien wyjechać z Francji.

Hirschman zrobił kilka notatek.

- Jeśli można go gdzieś znaleźć, to już jest mój.

- A propos, biuro Moreau wygląda w sam raz. Na razie dał je nam za darmo. Umiesz nieźle kombinować, Albercie.

Hirschman aż się zaczerwienił z zadowolenia.

- Cieszę się.

- Na pewno nie tak jak ja.

- Też mam nowe wieści - powiedział Hirschman. - Chodzi o pieniądze. - Przygładził dłonią włosy, który to gest wyrażał jego milczącą dumę z samego siebie, a potem opowiedział, co zaszło.

Otóż zeszłej nocy po wyjściu z baru natknęli się z Betty na jej znajomego, spekulanta na czarnym rynku, Malandriego. Ów Malandri, człowiek porządny, nienawidził nazistów i używał swoich kontaktów w podziemiu do wywożenia uchodźców. Gdy Hirschman wspomniał o ich problemie, Malandri kazał mu iść prosto do Vinciléoniego, właściciela Dorade. Co też Hirschman natychmiast uczynił, a Vinciléoni stwierdził, że będzie im potrzebny Kourillo.

Varian zmarszczył brwi.

- Co to takiego "Kourillo"?

- Nie co, tylko kto. Emigrant, biały Rosjanin, dawniej arystokrata, który przez jakiś czas pracował w Paryżu w biurze American Express. I najwyraźniej nauczył się tam paru sztuczek. Vinciléoni często z niego korzysta.

- W jakim celu?

- Kourillo pomaga ludziom wywozić z Francji duże sumy pieniędzy.

- O! Powiedz mi o nim coś więcej.

- Klienci Kourilla to także émigrés. I to bogaci. A niektórzy tak bogaci, że legalnie nie mogą wywieźć z kraju wszystkich pieniędzy. Dlatego nieustannie potrzebuje zagranicznej wymiany. Zwłaszcza z kimś ze Stanów.

- Wybacz, ale chyba nie rozumiem.

- Vinciléoni wymyślił system zadowalający obie strony. Kourillo mówi, ile jego klient chce wywieźć. My każemy nowojorskiemu Komitetowi przelać tę sumę na amerykańskie konto tego klienta. A kiedy mamy w ręku potwierdzenie przelewu, Kourillo przekazuje nam franki.

Varian zaśmiał się na cały głos.

- Komitet ma przelać pieniądze jako pierwszy? A kto nam zagwarantuje, że klient Kourilla nie zniknie ze wszystkimi frankami, gdy tylko pieniądze znajdą się na jego amerykańskim koncie?

- Vinciléoni ma niebezpiecznych przyjaciół. I dostaje swoją działkę. Nie chciałbym być w skórze klienta, który nie dotrzyma umowy.

- Kourillo też bierze jakąś działkę?

- Oczywiście. Trzecia jest dla mnie.

- Dla ciebie?

Hirschman znów się uśmiechnął.

- Musiałem tak powiedzieć. Inaczej Kourillo i Vinciléoni nie mieliby do mnie zaufania. Ale naturalnie wszystko wróci do kasy Komitetu.

Varian pokręcił głową.

- To naprawdę wygląda na niezły kant.

- Możliwe. Jednak na razie nie mamy innego wyjścia. Musimy wymieniać dolary na franki. Inaczej będą bezużyteczne.

Varian chciał wierzyć, że to się uda. Desperacko potrzebowali jakiegoś rozwiązania. Nie potrafił jednak ocenić ryzyka, nie wiedział, czy może ich narażać na długą odsiadkę we francuskim więzieniu.

- Może wykonamy rozruch próbny? - powiedział. - Na początek zaczniemy od małej sumy. Zobaczymy, czy temu Kourillowi można ufać. Jeśli się uda, wymienimy więcej.

Hirschman skinął głową.

- To kiedy mam zacząć?

- Natychmiast.

* * *

Hôtel Splendide

Marsylia, Francja

9 września 1940

Kochana, Najdroższa Eileen,

recepcjonista pewnie ma już dość mojego marudzenia. Jest jakiś list? A może depesza? Coś z Nowego Jorku dla Variana Frya? Jakiś sygnał, że moje wiadomości dotarły na Manhattan? Eileen Fry, czy wciąż tam jesteś, tysiące kilometrów stąd, w naszym małym mieszkanku na Irving Place z poetyckim widokiem na połówkę drzewa i sześć pojemników na śmieci?

Muszę Cię zapytać, Kochana E., co byś powiedziała, gdybym został tu trochę dłużej. Bo to by oznaczało, że nie moglibyśmy wynająć domu od początku nowego roku (chociaż nieruchomości, które opisałaś w ostatnim liście, wyglądają nieźle, zwłaszcza ten stary kamienny dom z ogrodem w Woodcliff Lake). Mam kilka nowych planów, z których nie mogę zrezygnować. Chciałbym nakłonić Komitet, żeby znalazł kogoś na moje miejsce, ale tę osobę też musiałbym wprowadzić w naszą działalność. Na razie nie sądzę, żebym mógł wrócić do Nowego Jorku przed końcem października ani nawet na początku listopada. Czuję, że muszę tu zostać, przynajmniej do czasu, aż będę pewny, że stworzone przeze mnie przedsięwzięcie toczy się gładko o własnych siłach.

Konsulat amerykański wolałby zapewne, żebym wyjechał, ale nie musisz się obawiać, nie naprzykrzam się tutaj nikomu. Przestanę nawet wystawiać na próbę Hôtel Splendide, bo w przyszłym tygodniu przenosimy się do prawdziwego biura przy rue Grignan. Będziemy się nazywać Centre Américain de Secours, będziemy mogli chodzić po pokoju, nie bojąc się, że zaraz kogoś albo coś potrącimy. (Zatrzymuję jednak pokój w Splendide, będę tu nocować, więc nadal używaj tego adresu do korespondencji).

A teraz zabawna rzecz. Pamiętasz mojego starego znajomego Granta z "Hound and Horn"? Tego długonogiego gościa, na którego mówiliśmy "Skiff"? To ten, który nie chciał z nami popłynąć, gdy wieczorem wyruszaliśmy na jachcie Ardmore'a, żeby żeglować po zatoce Blue Hill. Nazwałaś go wtedy smutasem i przyznaję, że miałaś rację. Mimo to bardzo się ucieszyłem, gdy kilka dni temu spotkałem go w Marsylii. Skiff jest dziś profesorem na Columbii i spędza urlop naukowy w domu swojego znajomego. Choć podejrzewam, że wkrótce obaj stąd wyjadą. A skoro już mowa o "Hound and Horn": dziś w biurze pojawił się jeden z moich podopiecznych, ściskając w dłoni egzemplarz gazety. I cóż tam znalazłem (oprócz swoich sanguinem, sudorem et lacrimas)? Ten cudowny fragment z Cummingsa, który skradłem na walentynkową kartkę dla Ciebie: "Wobec tego / pogardzajmy tym co nie jest odwagą moją / kochana (gdyż tylko Nikt wie / gdzie prawda rośnie dlaczego / fruwają ptaki a / przede wszystkim kim jest księżyc"2.

6

Montredon

Wysyłając list do Eileen, miał wrażenie, że wrzuca do morza wiadomość w butelce. Nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle to do niej dotrze. A jeśli dotrze, to jaką chciałby otrzymać odpowiedź? Czy naprawdę pragnął, tak jak twierdził, jej zgody na przedłużenie pobytu w Marsylii, dopóki nie będzie mógł przekazać wszystkich spraw swojemu następcy? A może wolałby, żeby wezwała go do Nowego Jorku, oznajmiając, że muszą natychmiast wynająć kamienny dom? Jak często o nim myślała na co dzień, przy swoich zwykłych zajęciach: wykładach w Brearley, udziale w salonach literackich, pracy w nowojorskim biurze Komitetu Pomocowego, licznych spotkaniach z przyjaciółmi? Na wiele lat przedtem, nim się spotkali, prowadziła w Bostonie bogate życie. Była od niego o osiem lat starsza, pracowała jako zastępczyni redaktora naczelnego "Atlantic Monthly", a on początkowo odgrywał przy niej rolę intelektualnego ucznia, literackiego akolity. Mówiła o nim "mój protégé", i to nie zawsze żartem. Naturalnie ich relacje szybko się skomplikowały. Eileen potrafiła zaciekle krytykować samą siebie, a jednocześnie źle znosiła obrażanie jej inteligencji i zazdrościła Varianowi przyjaciół. Ale byli ze sobą już ponad dziesięć lat. A kiedy Varian rozpoczął swoją misję w Marsylii, zamierzając spędzić tam tylko miesiąc, do głowy mu nie przyszło, żeby zastanawiać się nad stanem ich małżeństwa. Oboje widzieli w tym szansę na wielką przygodę, możliwą tylko dlatego, że Foreign Policy Association zgodziło się dać Varianowi urlop. Gdyby semestr jesienny nie był tak blisko, Eileen pojechałaby z nim. I zapewne grałaby tu pierwsze skrzypce, radziłaby sobie znacznie lepiej. Ale gdy jego pobyt przedłużał się już do sześciu tygodni, mógł jedynie zachodzić w głowę, co ona o tym myśli i jak się z tym czuje. Jej listy przychodziły nieregularnie, były w nich tylko błahe wieści o pracy i domu oraz wyrazy troski o jego bezpieczeństwo. Postanowił, że wieczorem wyśle do niej depeszę. Bez żadnego szczególnego powodu, a już na pewno nie z powodu Granta. W kwestii uczuć można sobie pozwolić na rozrzutność.

Przy Canebi?re wsiadł do tramwaju i pojechał na zachód, a potem na południe. Miał zamiar złożyć wizytę Harry'emu Binghamowi w dziale wizowym konsulatu amerykańskiego, który mieścił się w białej willi stojącej na nadmorskim przedmieściu Montredon. Dzielnica leżała daleko od centrum miasta, na końcu stromej, wysadzanej lipami drogi, którą bez względu na pogodę szło się piekielnie trudno i na której niemal zawsze szalał wiatr w kierunku morza; ten wiatr szarpał ubrania, zamieniał fryzury w rozczochrane gniazda, wciskał w oczy sól, piasek i wszystko, co tego dnia latało w powietrzu. Podróż zabierała blisko godzinę. Jak zwykle dotarł pod drzwi działu wizowego w nieładzie, przeklinając w duchu cały konsulat, a zwłaszcza dział wizowy, oraz każdego, kto stał za solidnymi dębowymi drzwiami. Dziś był to wysoki amerykański strażnik, którego absurdalnie nienaganna francuszczyzna musiała dawać interesantom fałszywą nadzieję. Varian podał swoje nazwisko i wyjaśnił, że ma umówione spotkanie z Binghamem. Strażnik wskazał kciukiem poczekalnię. Varian stanął przy oknie i patrzył na palmy, które machały pióropuszami w kierunku zatoki.

Doskonale pamiętał swoje pierwsze spotkanie z Binghamem - nie w Marsylii, ale na Harvardzie wiele lat temu. Było deszczowe popołudnie, wracał do domu rowerem i kiedy skręcił w Bow Street, wpadł w poślizg i przewrócił się na nierównym bruku. Oszołomiony i obolały, patrzył na pędzące na niego auta. Wtedy jakiś młody mężczyzna w okularach i płaszczu Burberry rzucił swoje książki na krawężnik i podbiegł do niego, zatrzymując samochody uniesioną dłonią. Pomógł Varianowi wstać, otrzepał z niego błoto, przygładził marynarkę i zarzucił mu torbę na ramię.

- Już w porządku? - spytał uprzejmie.

- Tak, w porządku - zapewnił Varian. Miał ściśnięty żołądek, jednak w pogodnej twarzy nieznajomego, w jego wysuniętym podbródku było coś, co kazało mu zebrać się w sobie.

Mężczyzna wyglądał jak dziarski wilk morski z ukochanej książki Variana z dzieciństwa Przygody Tramontany - na okładce widniał zmagający się ze sztormem statek, którym sterował młody kapitan Daunt.

- Komu mogę podziękować? - spytał Varian.

Jego wybawca podał mu wizytówkę i przyłożywszy palce do ronda kapelusza, oddalił się Bow Street. Varian zerknął na biały kartonik. Hiram Bingham IV. Syn sławnego profesora z Yale, który odkrył Machu Picchu. Varian miał ochotę krzyknąć za nim, miał ochotę zapytać, jak to jest urodzić się ze zdrową tożsamością, w rodzinie, której potomkowie z pewnością prowadzili bogate, pełne przygód życie.

I oto teraz znów miał skorzystać z usług Hirama Binghama IV, który stał w drzwiach swojego gabinetu i zapraszał go do środka. Harry wciąż nosił te same małe okrągłe okulary, wciąż miał tę samą ostro zarysowaną szczękę i nieco wyniosły wyraz twarzy. Zawsze sprawiał wrażenie, że poświęca swojemu rozmówcy całkowitą uwagę. W jego gabinecie musiała się kiedyś mieścić ekstrawagancka biblioteka - błyszczące dębowe półki, teraz prawie puste, z pewnością były przeznaczone na duży zbiór oprawionych w skórę francuskich klasyków, a przez półokrągłe okno za biurkiem wlewało się światło odpowiednie do czytania. Varian zajął swoje zwykłe miejsce. Bingham usadowił się za biurkiem w fotelu z wysokim oparciem, po jednej stronie miał amerykańską flagę, a po drugiej sztandar konsulatu.

- Świetnie wyglądasz, Varianie. Jakbyś się opalił.

- Ty też, Harry. A jak się miewa Golo?

Syn Thomasa Manna, którego uwolniono z obozu koncentracyjnego w Les Milles, od miesiąca ukrywał się w willi Binghama.

- Lepiej. Tylko czeka, żeby wyjechać z Europy. Masz dla mnie jakieś wieści?

Varian ściszył głos. Bingham zapewniał go, że w biurze nie ma podsłuchów - sprawdzał to codziennie rano - ale ostrożności nigdy za wiele.

- Kolejna grupa wydostała się bez przeszkód. Mój przyjaciel Leon Ball zna trasę przez góry omijającą hiszpańskie posterunki.

- Wiem, słyszałem. Ale czy nie lepiej wywieźć Mannów pociągiem?

- Oczywiście. Jednak musimy mieć jakieś zapasowe wyjście, gdyby ten wariant się nie powiódł.

- A jak wygląda sytuacja z paszportami?

- Dzięki Hirschmanowi mamy parę nowych kontaktów.

- To dobra wiadomość. Wiedziałem, że te czechosłowackie nie wystarczą na długo.

- Co z amerykańskimi wizami dla Werflów?

- Załatwione - powiedział Bingham. - Choć ich zdobycie nie było łatwe. Na Fullertona nie można liczyć. Na dodatek nie darzy cię szczególną sympatią. Musisz działać dyskretnie i po cichu, jeśli nie chcesz zrazić go jeszcze bardziej.

- Posłuchaj, Harry, czy może wspominał o tym, że pewien Niemiec nazwiskiem Katznelson ubiega się o wizę?

Bingham zmarszczył brwi.

- Chyba nie. Dlaczego pytasz?

- Mój znajomy przyszedł do konsulatu w jego imieniu, zdaje się w zeszłym tygodniu. Wczoraj rozmawiałem z samym zainteresowanym. To ciekawy przypadek.

- Nic nie wiem na ten temat. Co to za historia?

Kiedy Varian wszystko wyjaśnił, Bingham splótł dłonie i przechylił głowę w kierunku flagi.

- Jak bardzo Columbii zależy na powrocie tego człowieka?

- Nie mam pojęcia. Ale jest szanowany i ceniony w swojej dziedzinie.

- Fullerton jest znajomym Nicka Butlera, rektora Columbii. Nie pojmuję, jak Nick może siadać z Fullertonem przy jednym stole, ale podobno robi to często, w każdym razie tak twierdzi Hugh. Tak czy inaczej, ze dwa razy chwalił się tą znajomością. Gdyby Butler trochę go nacisnął, Fullerton wystawiłby wizę.

- Obawiam się, że jest jeszcze inna trudność. Katznelson redagował w Berlinie jakiś komunistyczny szmatławiec. Dawno temu, za studenckich czasów.

- To jest pewien problem. Ale da się go pokonać.

- W porządku, Harry. Dzięki. Po południu zatelegrafuję do Butlera.

- Świetnie. Czego jeszcze potrzebuje ten człowiek? Pieniędzy?

- Wygląda na to, że ma ich pod dostatkiem. Ale przydałaby się francuska wiza wyjazdowa. Byłoby dobrze, gdyby udało się ją załatwić, nie zdradzając władzom Vichy miejsca jego pobytu.

- W Préfecture pracuje pewien inspektor, niejaki Robinet. Pewnie ci o nim wspominałem. Wypiliśmy wczoraj parę kieliszków. Zgłoś się do niego. To francuski patriota starej daty, przerażony Pétainem. Skontaktuje cię z odpowiednią osobą w dziale wizowym. A jeśli chodzi o hiszpańskie wizy, to konsulat raz je wydaje, raz nie. A straż graniczna też może je uznać albo nie.

- Właśnie. I wtedy pozostanie nam tylko droga przez góry.

- Na razie granicę da się dość łatwo przekroczyć. Jeśli ponaglisz Butlera, jeśli Préfecture zgodzi się na współpracę, uda ci się wyekspediować tego profesora w ciągu kilku tygodni.

Varian skinął potakująco głową.

- Jak myślisz... może dałoby się go dołączyć do Werflów i Mannów?

- Wysłać ich wszystkich razem przez Cerb?re? Czemu nie. Dzięki temu byłbyś na miejscu, gdyby coś poszło nie tak.

Varian od początku planował, że będzie towarzyszył najbardziej zagrożonym uchodźcom. I tak musiał pojechać do Lizbony, żeby wysłać pocztę poza cenzurą i podtrzymać kilka tamtejszych kontaktów. Jednak dopiero teraz przyszło mu do głowy, że mógłby dołączyć do tej grupy Katznelsona, że mógłby towarzyszyć Katznelsonowi i Grantowi w pociągu. Na samą myśl, że przekazuje Grantowi tę wiadomość, poczuł dziwny dreszcz.

- A co z Chagallami? - spytał Bingham. - Widziałeś się z nimi w Gordes?

- Jasne. - Jak to się stało, że zupełnie o nich zapomniał? - Nie chcą nawet słyszeć, żebyśmy oficjalnie wystąpili z prośbą o pomoc w ich imieniu. Ale może powinieneś się tym zająć, oczywiście dyskretnie. I może byłbyś skłonny do nich napisać? Warto ich trochę nacisnąć. A nawet lekko postraszyć. Im się wydaje, że przetrwają dzięki autorytetowi Chagalla.

Bingham westchnął.

- Ilu jeszcze myśli podobnie? Choć trudno mieć do nich pretensje. Jeszcze niedawno Francja była dla nich tym, czym Ameryka jest dla tamtych. - Wskazał na okno, za którym było widać rząd ludzi idących wysadzaną lipami aleją. - Spróbuję pokazać, co potrafię. Mam nadzieję, że się opamiętają.

* * *

Po południu Varian wysłał depeszę do Butlera: "PROFESOR KATZNELSON MA KLOPOTY Z WIZA WE FRANCJI STOP. WYSLIJ FULLERTONOWI Z KONSULATU AMERYKANSKIEGO W MARSYLII DEPESZE Z POTWIERDZENIEM ZATRUDNIENIA KATZNELSONA. ZAPEWNIJ ZE COLUMBIA BEDZIE GO SPONSOROWAC STOP. DZIEKI FRY KOMITET POMOCOWY MARSYLIA". Wrócił pospiesznie do hotelu i od razu poszedł na górę - ale nie do swojego pokoju, w którym Lena i Hirschman przeprowadzali rozmowy z uchodźcami, lecz do tego na końcu korytarza, w którym zamieszkał poeta Walter Mehring.

Drzwi otworzyła Miriam, rzeczowa i pogodna, w szarych luźnych spodniach i sweterku, który wyglądałby wręcz pruderyjnie, gdyby nie podłużne wycięcie w dekolcie. Stała z jedną nogą opartą o framugę i z podkładką do pisania w ręce, bo właśnie zrobiła listę rzeczy najbardziej potrzebnych Mehringowi. Mehring leżał w łóżku w piżamie, jego włosy wyglądały jak naelektryzowana chmura otaczająca głowę. Wokół siebie miał prawdziwy bałagan: porozrzucaną bieliznę, notesy, które wyglądały jak przeżute, wysadzaną masą perłową szczotkę do włosów z połową szczeciny, resztki śniadania na hotelowej tacy oraz europejskie wydanie "New York Timesa" starannie podzielone na działy. Mehring trzymał w dłoniach pierwszą stronę i patrzył na nią z przerażeniem.

- O, pan Fry, nareszcie. - Zaszeleścił gazetą. - Niech pan spojrzy. Naziści domagają się pięćdziesięciu ośmiu procent płodów rolnych Francji. Pięćdziesięciu ośmiu! Przecież w tym kraju już nie ma co jeść. A do tego jeszcze to. - Przerzucił kilka stron. - Stany Zjednoczone nie mogą zlokalizować stu trzydziestu bombowców, które pożyczyły Francji przed zawieszeniem broni. Szukają ich od czerwca. Francuzi ich nie oddadzą, tak czy inaczej, tego możemy być pewni.

- Lepiej pan dzisiaj wygląda, panie Mehring - powiedział Varian. - Mam nadzieję, że spał pan dobrze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki