Portal zdobiony posągami - Marek S. Huberath

Reflow text when sidebars are open.
(Quinten van den Cuyperen, Ioanneos)
Malując postać diabła, dobrze jest najpierw wypełnić szkic całej jego postaci lekkim zielonym laserunkiem. Paszczę, rogi, kopyta i barwne skrzydła odrobi się w drugiej kolejności. Też odda się je wielowarstwowymi laserunkami, ale delikatny odcień zieleni położony najpierw, niejako na wstępie, uporządkuje duszę malarza i przygotuje go do tej pracy. Po nałożeniu pierwszego laserunku deska ma stać na słońcu nawet tydzień dla wyschnięcia farby. Można długo przyglądać się zaznaczonej postaci, utrwalać sobie w myśli wyobrażenie bestii o nietoperzych skrzydłach.
Quinten lubił to, że malowidło powstawało rozdzielonymi w czasie etapami, wymuszając właściwy namysł. Umiał dobrać biały werniks brugijski i olej lniany w takiej proporcji, by farba nie schła ani za szybko, ani za wolno. Nauczył go tego ojciec, też Quinten, i też diabli malarz. A on sam, sławny Quinten od Trupa, poznał tę sztuczkę techniczną, podpatrując warsztat mistrza van Eycka. Sporo diabłów namalował van Eyckowi, wielką śmierć dławiącą potępionych też narysował, chociaż wykonanie szkieletu rozciągającego ramiona na rozmiar płótna wykraczało poza elementy Sądu Ostatecznego zwykle zamawiane u diablich malarzy.
Quinten siedział w pustej oberży i patrzył w gliniany kufel. Przyjechał tu z Tournai wezwany listem. Oto młody mistrz malarski z Brugii dostał drogie zamówienie na Sąd Ostateczny, a Quintena wezwał z daleka, bo chciał najlepszego z diablich malarzy. Aksamitny sam nie odważyłby się narysować postaci demona, bo mógłby przez to stracić lekkość dłoni zarezerwowaną na twarze pięknych kobiet, świętych czy aniołów. W parę lat stał się znany dzięki niezwykłej umiejętności oddania miękkości skóry i delikatnego światła, jakby wychodzącego spod skóry na twarz modela. Obawiał się, że to, co ledwie uchwytne, a co decyduje o wyjątkowości jego dzieła, może go opuścić, kiedy wyobraźnia choć raz zabłądzi w stronę ciemności.
Quinten ciekaw był umiejętności mistrza jeszcze młodszego niż on sam. "Niedawno temu był tylko heskim żołnierzem, specjalistą od broni, krwi i trupów, to skąd nagle przyszła do niego taka subtelność?", pomyślał.
Oberżysta przetarł szmatą kubek. Podszedł do Quintena.
- Mistrz Quentin de la Cadavr?, mam przyjemność? - spytał.
- A kto pyta?
- Szukają was po mieście. Chcieli godnie przyjąć gościa z Tournai, a wyście się tutaj skryli.
- Gość przybywa w porę, a ja dotarłem za wcześnie. Wypada zaczekać. Podobno Aksamitny wybrał się za morze.
- Nie on sam tam pojechał, tylko pan Angelo Tani, zleceniodawca. Długo zabawi w Londynie.
Quinten poprawił kołnierz, żeby ten nie podrażniał tak bardzo swędzącego liszaja. Oczywiście, że o tym wiedział. Tydzień temu zatrzymał się w oberży i już dwa razy w przebraniu zakradł się pod pracownię Aksamitnego. W słoneczny dzień, kiedy pomocnicy wystawili panele na powietrze, by olej sechł szybciej. Zdążył zachwycić się wspaniale oddaną piękną twarzą jasnowłosej Cateriny Tanagli. Fundatorka skromnie klęczała na rewersie bocznego skrzydła. "Jasnowłosa Śnieżynka, która nigdy nie zaznała śniegu. Piękne kobiety rodzą się w Toskanii", pomyślał wtedy, "a Aksamitny potrafi je malować". Heseńczyk słusznie dostał swój przydomek. Jak nikt potrafił warstwami laserunków oddać miękkość i karnację delikatnej skóry.
- Wielki, bogaty pan od nas obrazy zamawia.
- Kto...? - Quinten wyrwał się z zamyślenia.
- No, Tani.
- Pójdę do warsztatu Heseńczyka, skoro jest w Brugii.
- A znacie to drogę?
Quinten nie odpowiedział. "Zostanie bogaczem", pomyślał o młodym mistrzu zamawiającym u niego wizerunki demonów do swojego obrazu. Myśli pobiegły w stronę umowy. Stało w niej:
Mistrz Quinten van den Cuyperen podejmuje się namalować diabłów sztuk dwanaście, ukazanych w większości jako całe postaci, w różnych pozach i grymasach, a każdy ze stosownymi przymioty demona i we właściwym dlań kolorze. Zawrze w swoim dziele wszelkie własności niezbędne, by podobizna demona była właściwa.
Aż dwanaście postaci diabelskich, a sam wielki Rogelet de la Pasture odważył się ich tylko trzy umieścić na swoim panelu Sądu Ostatecznego, chociaż miał wtedy na zawołanie pędzel sławnego Quentina Starszego, Ojca, który wziął na swoje barki wszystko, co spływa na malarza po właściwym namalowaniu demonów. "Heseńczyk wierzy, że i ja potrafię tak mocno uwięzić biesa w wizerunku, iż ten utknie tam do końca czasów. Naprawdę tak potrafił malować demony Quinten Starszy, mój ojciec. Demony kreślone moją ręką nie są prawdziwe. Wyczuwam to, odkąd zostałem mistrzem, i nie wiem, dlaczego tak się dzieje, skoro uczył mnie tego mój własny ojciec, największy spośród diablich malarzy".
Diabły malowane przez Quintena nie budziły grozy, były cudaczne, groteskowe, lecz nie straszne. "Ich demoniczność ma tkwić w środku, niepokój ma się budzić, dopiero kiedy ktoś uświadomi sobie, że wymalowana maszkara wygląda jak rzeczywista", powiedział kiedyś Quinten Starszy. "Strach ma być tylko dla wybranych. Nieuważny lub gnuśny widz nie zostanie ostrzeżony, bo zauważy tylko cudactwo. Natomiast ty będziesz tę grozę tłamsił w sobie latami. Zmieni twoją duszę, zmieni twoje ciało".
I rzeczywiście, zmieniało się ciało Quintena. Pojawiały się zmiany na skórze. W wielu miejscach stawała się ona cienka, czerwona, pergaminowa. Nazywał to liszajami, ale rany nie sączyły się. Urażane bolały, cieniutka skóra wysychała i łatwo się łuszczyła, prześwitywało przez nią czerwonawe wnętrze organizmu. Ojciec konał, sycząc, gdy tylko przesunął się skraj prześcieradła, tak zmieniła się cała jego zewnętrzna powłoka. Choć Quinten Syn uważał, że nie miał daru prawdziwego malowania demonów, jego skóra zaczęła się rozkładać. Liszaje pojawiały się w różnych miejscach i nie chciały znikać. Niestety, malowane demony nie stały się bardziej prawdziwe niż przedtem, przynajmniej w jego mniemaniu.
- Poślę z wami chłopaka. Zaprowadzi was do mistrza.
Quinten skinął głową, położył na blacie pieniądz. Metal zadźwięczał.
Uświadomił sobie, że skończyło się skryte podpatrywanie warsztatu Aksamitnego. Teraz współpraca będzie jawna. Heseńczyk ujawni tylko to, co sam będzie chciał. Tajniki zostawi dla siebie. Obserwowany będzie malował tylko to i tylko w taki sposób, by Quinten nie mógł przejąć sekretów jego kunsztu. Nauka się skończyła, zostanie tylko wykonanie pracy na zamówienie. Udatne odrobienie dwunastu demonów, a znakiem fachowości malarza będą liszajowate znamiona widoczne na jego skórze, rany zadane mu przez demona.
Gorycz i bezsilność narastały z każdą chwilą. Czuł się coraz gorzej. Chciał płakać, że wszystko przepadło, że nie wróci z Brugii bogatszy o tajemnice warsztatu Aksamitnego. Było to tak przykre, że aż obraz przed jego oczami poszarzał, stracił barwy, stał się mniej wyrazisty. Postać oberżysty rozpadła się na pojedyncze ziarna, które zaraz stały się książkami na półce.
Chwilę patrzył nieruchomo na wyłaniający się z ciemności pejzaż jednoosobowego pokoju. Zaplótł ramiona pod głową i spokojnie spojrzał w półmrok. "Dobre wyposażenie mają na tej konferencji", pomyślał Ioanneos. "Uczenie w czasie snu. Nie zapowiadali sesji pozaświadomych. Nic nie wspomnieli o sprzęcie. Gdzie to jest zamocowane? W poduszce? Przecież nie musiałem zakładać elektrod na głowę. Co za wyrazisty sen pełen szczegółów. Ależ nosiłem w nim dziwne imię..." Budzik na szafce przy łóżku rytmicznie pikał. Za oknami było szarawo. Pora wstać na zajęcia.
"Rzeczywistość snu nie mogła być aż tak realistyczna. Ktoś musiał ją formować. Świetne oprogramowanie... Tyle nazw, tyle imion... Zupełnie jakbym naprawdę był tym Quintenem van den Cuyperen".
Ioanneos patrzył na sufit, w miejsce gdzie łuszczyła się jasnobrązowa farba. "Jak skóra diablego malarza", pomyślał. "Najważniejsza konferencja historyków sztuki, a ośrodek przed remontem. Przynajmniej na sprzęcie i na wykładowcach nie oszczędzają". Nie chciało się mu jeszcze wstawać. Kolejny dzień zapowiadał się pracowicie i męcząco. Żeby chociaż na chwilę wrócił ten dziwny, fascynujący sen. Zamknął oczy. Świadomość odpłynęła w szarą mgłę. Żadne wizje nie nadeszły. Słyszał tylko jakieś słowa, ale kto mówił i co te słowa znaczyły, nie wiedział. Znowu wracała świadomość. To mówił on sam. Powtarzał sobie rozmowy z poprzedniego dnia, wymyślał lepsze sformułowania, trafniejsze odpowiedzi. "Co za wstrętne spanie bez snu". Spojrzał na wskazówki budzika. "Ale późno". Przespał porę posiłku. Trzeba jak najszybciej umyć się i ogolić, by nie spóźnić się na zajęcia.
(Ioanneos, Soyardarghl, Eleonora)
Wykładowca wyglądał groźnie. Uszy osadzone za nisko, jedno oko znacznie wyżej od drugiego, a na tym niższym powieka opadnięta. Twarz zbyt wysunięta do przodu, a nad nią górujące rozległe, pionowe czoło. Soyardarghl patrzył jak wilczy człowiek, który chce odgryźć ci rękę. Dochodził od niego dziwny, dźwięczny, a jednocześnie beczący głos, napełniający salę wykładową wibrującym pogłosem, który utrudniał zrozumienie jego słów. Zapowiadała się godzina ponurego bełkotu i nerwowego wiercenia na drewnianym krześle. Ioanneos sprawdził, jak jest widoczny z innych miejsc mrocznej sali wykładowej, i usiadł głębiej, oceniając możliwości skrytej drzemki.
Wykład zaczął się od reprodukcji olejnego obrazu flamandzkiego mistrza, Martimusa Uijthofa, przedstawiającego martwą ćmę leżącą na przyżółkłym obrusie. Biały znaczek odwróconej litery lambda na brunatnym skrzydełku owada jaśniał jak bystre spojrzenie rzucone w salę. Zaraz pokazał się drzeworyt przedstawiający ten sam gatunek, dalej barwna akwarela ukazująca Autographę mi, wreszcie inna sówka, Autographa alfa, na kolorowym zdjęciu, a następnie na rysunku wykonanym ołowianym sztyftem na szarozielonym papierze, też ręki Uijthofa. Na skrzydełku owada mistrz naniósł znak alfa kredą, co u oglądających rycinę wywoływało wrażenie oślepiającego wręcz blasku.
Objaśniając, Soyardarghl wyświetlił te same przeźrocza jeszcze raz, szybciej, aż przez chwilę wydawało się, że greckie znaczki ze skrzydełek mrugają jak kalejdoskop, formując świetliste sekwencje.
Ioanneos wzdrygnął się. "Aż w oczach mrowi. Przesadził z tymi technikami prezentacji...", pomyślał.
Lewe oko wykładowcy, jak tajemniczy znaczek na skrzydełku ćmy, bacznie łypało na audytorium, podczas gdy prawe niepokojąco kryło się pod powieką. Z każdym pokazywanym wizerunkiem powieka drżała i nie było pewności, czy nie podskoczy jak furta działowa, a uwolnione z niej nagle prawe oko nie wystrzeli w kogoś bystrym spojrzeniem niby celnym pociskiem. Na razie jednak obie gałki kryły się w zbyt głębokich oczodołach, nadających im mroczny, trupi wyraz, a na bladą pergaminową twarz wprowadzających niepokojące szare plamy. Ioanneosowi wydawało się, że skoro furta powieki nie podniosła się, kiedy miał przed oczyma kalejdoskop greckich liter, to strzał z prawego oka Soyardarghla mu nie grozi.
- Martimus kiedyś powiedział, że martwe owady są piękniejsze niż uschłe kwiaty, ponieważ ich piękno zostaje zachowane w całości. - Na ekranie pojawiła się odpowiednia sentencja po łacinie, a zaraz po niej powiększony fragment obrazu olejnego, na którym widniała Autographa iota i akwarela z ostatnim wymienionym z nazwy gatunkiem, Autographa kappa. Ta ostatnia ćma siedziała na kwiatku rumianku.
"Nie ma tylu gatunków sówek o skrzydełkach znaczonych greckimi literami. To wszystko przecież wizje artystyczne", przypomniał sobie Ioanneos. "Istnieje tylko Autographa gamma i Autographa delta. Na wykładach też stosują techniki nauczania pozaświadomego?", przyszła refleksja. Rozejrzał się po sali z niepokojem. "Zahipnotyzowało ich czy co...?" Inni siedzieli nieruchomo, słuchając z uwagą. "W dziwnym śnie byłem flamandzkim malarzem, a teraz słucham o innym malarzu. Tamten zwał się Quentin od Trupa czy od Trupów... Ten malował trupy, chociaż tylko owadów, nie ludzi. Zresztą cięte kwiaty w wazonie zaraz umierają, więc właściwie to też trupy".
- Znalazłem to u Vasariego. W jego wydaniu kompletnym.
Soyardarghl nie tracił kontaktu z salą. Nikt nie notował, ale wszyscy uważnie słuchali. Było cicho.
Ioanneos cieplej przyjrzał się wilczemu człowiekowi za katedrą. "Jest inteligentny i może sympatyczny, na pewno nie jest wcielonym potworem. Doskonale zdaje sobie sprawę ze swoich mankamentów i zgrabnie stara się ich unikać".
- Ceną, jaką płacą owady za pośmiertne piękno, jest nadmierna sztywność przedśmiertna... - Następne przeźrocze przedstawiało piękną, jasnowłosą, nagą dziewczynę siedzącą na kwietnej łące, przyglądającą się zerwanemu kwiatkowi. Dziewczyna klęczała mocno pochylona do przodu i jej bardzo duże piersi nisko zwisały. "Ona ma prawdziwe duże piersi, a nie plastikowe pojemniki wciśnięte pod skórę", zauważył Ioanneos. Nikogo nie zainteresowała ani nagość, ani dziwna poza, na ogół unikana zwykle w aktach, ani wreszcie uroda modelki. "Przed chwilą myślałem o ciętych kwiatach", zaniepokoił się, "a przecież ona właśnie zerwała kwiat. Ten zerwany jeszcze żył w momencie zrobienia zdjęcia. Ona też była żywa". Z audytorium nie padła ani jedna uwaga, nie rozległ się ani jeden śmiech czy okrzyk uznania, jak zwykle w przypadku ilustrowania wykładu takimi obrazami. Jakby nikt nic szczególnego nie zauważył. "Czy tylko ja zobaczyłem to przeźrocze, a wszyscy oni co innego? On personalizuje prezentację?" Rozejrzał się uważnie, ale otoczenie nie reagowało.
Nagle powieka Soyardarghla uniosła się, a prawe oko wystrzeliło bystrym spojrzeniem wprost w Ioanneosa. Ten zadrżał. Domyślił się, że wystrzał czekał na tę najważniejszą chwilę wywodu. Zaraz powieka opadła jak gdyby nigdy nic.
Kolejne przeźrocze przedstawiało tę samą dziewczynę w białej sukience do kolan i ciemnych okularach przeciwsłonecznych. Oślepiające światło letniego dnia nadało modelce świetlisty blask, a tło zmieniło w parę niewyraźnych szarych plam. "Taki strój nic by nie pomógł, zaraz uciekłaby w nim z tej łąki, tak samo jak gdyby była naga", pomyślał wesoło. "Zaraz oblazłyby ją mrówki czy jaki energiczny pogoniec wbiegłby jej za dekolt. Nagiej byłoby nawet łatwiej pozbyć się małych natrętów".
I rzeczywiście, dziewczyna znikła, a na następnym przeźroczu widniało sfotografowane w tym samym miejscu na łące kociątko bawiące się kłębuszkiem włóczki. Dopiero teraz na sali rozległ się przyjazny pomruk. "Faktycznie oni nie widzieli obu przeźroczy z dziewczyną..." Kiedy pokazały się oba poprzednie przeźrocza, wykładowca milczał. Więc może ich nie wyświetlił, a ten dziwny dzisiejszy sen nie skończył się całkiem?
Soyardarghl uśmiechnął się do sali, krzywiąc twarz i ukazując rząd mocnych, ostrych zębów. Teraz wyglądał, jakby miał już za chwilę rzucić się na pierwszy rząd słuchaczy.
- Oczywiście, że nie pokażę, jak ten obiekt wygląda pośmiertnie - powiedział. - Nawet w najkorzystniejszych warunkach. Kiedyś w Austrii kot dostał się pod próg domu. Dopiero gdy rozbierali drewniane schody, po wielu latach, znaleziono mumię kota, który kiedyś zginął dziadkowi bez śladu. Czterdzieści lat spędził w suchym, ciepłym środowisku, a potem trafił do gabloty we frankfurckim muzeum. Ów dziadek do śmierci nie dowiedział się, gdzie zgubiło się jego ulubione kocisko. Mumia kota jest bardzo dobrze zachowana, ale budzi przerażenie w porównaniu z tym przeźroczem.
"Kociątko mogłoby kogoś przerazić?"
- Dlatego wam jej nie pokażę - kontynuował Soyardarghl. - Rzecz jasna, z oczywistych względów, nie pokażę wam też mumii żadnej kobiety, chociaż można znaleźć takie w nieprawdopodobnie dobrym stanie. - Przez salę przeszedł lekki szmerek.
Następne przeźrocze przedstawiało wagę. Starą, szalkową, wykonaną z mosiądzu i wypolerowaną.
- Nie sugeruję, że istnieje ścisła reguła, ale wydaje mi się, że istnieje coś w rodzaju równowagi piękna. To znaczy pięknu przedśmiertnemu raczej nie towarzyszy piękno pośmiertne, a piękno pośmiertne nie jest raczej poprzedzone pięknem przedśmiertnym. Nikt przecież nie powinien zostać obdarzony w nadmiarze, kosztem niedomiaru dla kogo innego.
"W życiu tak nie ma", pomyślał. "Ale może taka równowaga jakoś wyrównuje niedostatki życiowe?"
Wykład dobiegł końca, Soyardarghl wyłączył rzutnik i złożył notatki.
- Ale sobie wymyślił równowagę - na schodach zagadała do Ioanneosa szczupła ciemnooka brunetka. - Piękna kobieta na pewno będzie lepiej wyglądać jako mumia.
- Mężczyźni i wtedy mają gorzej...
Uśmiechnęła się do niego. - Eleonora Katulja z Moraw - przedstawiła się. - Chyba tak się to teraz nazywa. - Uśmiechnęła się. Odziana była w bladofioletową półprzezroczystą bluzkę, przez którą prześwitywała halka na ramiączkach, oraz granatową wąską spódnicę do kolan, która podkreślała jej smukłą sylwetkę. Bluzkę spięła pod szyją granatowym krawatem.
- Ioanneos... - urwał.
- Może Józef...?
- Nie.
- A ty nie spytasz, czy jestem Eleonora z Orsinich...?
- Nie. Dlaczego...?
- Prawie wszyscy pytają. Niektórzy dodają, że na pewno hrabina Monaldeschi della Cervara. Oczywiście to nie ja.
- Ładnie brzmi - mruknął. Nie wymyślił lepszego komplementu.
- Podejdźmy po kawę - zaproponowała Eleonora. - Myślałam, że spadnę z krzesła, tak przynudzał. I jeszcze to jego spojrzenie... Te łypy prawego oka... - Zachichotała.
"Przecież prawą powiekę Soyardarghl podniósł tylko raz...", pomyślał Ioanneos.
- Przy slajdach z dziewczynami przysnąć było jakby trudniej - powiedział.
- Mówił o mumiach dziewczyn. Żadnego slajdu z dziewczyną nie było. Pokazał tylko kociątko na łące. - Eleonora spoważniała, ale jej czarne oczy śmiały się nadal. - Oj, chyba przysnąłeś na tym nudziarzu znacznie dłużej niż ja. Na pewno we śnie na przeźroczach były gołe dziewczyny...
"Tylko ja widziałem tę dziewczynę? Ona była tylko dla mnie?", pomyślał Ioanneos. "Czyli nikt inny nie widział jej nagiej...?"
- Kto będzie mówił następny? - zmienił temat.
- Każdy ma swój indywidualny grafik.
- Nie dostałem.
- Na recepcji mają. Wkładają do przegródek na klucze od pokoi. Ja idę na Snijdersa. Lubię go słuchać.
- Dlaczego zapytałaś, czy mam na imię Józef?
- Nie, nic... - Wzruszyła ramionami. - Podoba mi się to imię.
(Ioanneos, Izabela, Aga, Dacortona, Snijders)
Rozpadało się na dobre. Deszcz głucho dudnił w dach. Za oknem, z kłębów szarej mgły to wyłaniały się, to rozpływały w nich pojedyncze smreki.
Ioanneos poszedł na dół do recepcji zostawić klucz do swojego pokoju na czas wykładów. Nad biurkiem wisiał reklamowy plakat przedstawiający budynek centrum konferencyjnego. Wysoki prostopadłościan z równymi rzędami kwadratowych okien, wzniesiony na szczycie stromego wzgórza, otoczony był gęstym lasem świerkowym. Przyjemne otoczenie trochę łagodziło toporną formę budynku.
Ciemnowłosa recepcjonistka, odziana w granatowy żakiet, pod szyją miała zawiązaną kokardę z wąskiej granatowej wstążki. Wyglądało to może zabawnie, ale niezbyt elegancko. "Nosi krawat jak Eleonora, ale z jakże innym skutkiem", Ioanneos zachichotał w duchu. Kobieta podniosła oczy znad lektury.
Podał jej klucz.
- Przyszedł pan bardzo późno po swój grafik. Mam nadzieję, że nie przepadło nic ważnego. - Uśmiechnęła się. Wstała, żeby zauważył jej zgrabne biodra ujęte w wąską spódniczkę do kolan. Recepcjonistka wrzuciła kluczyk do jego przegródki i wyciągnęła stamtąd zapisaną kartkę.
Nie zaznaczono zbyt wielu pozycji. Na najbliższą godzinę trzeba było znaleźć salę na czwartym piętrze.
Irytowało go, kiedy w przerwach między wykładami wszyscy równym krokiem, jakby automatycznie, podchodzili do rzędu dzbanków z kawą, kolejno napełniali swoje filiżanki, dolewali śmietanki i odchodzili pod ścianę, ustawiając się w równych odstępach. Grupowali się niby przypadkowo, bo za każdym razem w innym zestawieniu, ale - jak zaprogramowani - rozmawiali o tym samym. Wygłaszali podobne uwagi, a to czy wykład podobał się bardzo, czy tylko tak jak zawsze, albo zastanawiano się, kiedy wreszcie zrobi się lepsza pogoda i będzie można wyjść na dłuższy spacer, bo góry przecież niedaleko i można by je wreszcie zobaczyć.
Ioanneos pomyślał z przekąsem, że niektórzy otaczający go tutaj ludzie muszą być nieistniejącymi zwidami. On już po kwadransie słuchania wykładu czuł się zmęczony. Nawet obowiązkowy dowcip wykładowcy, padający co wymagany kwadrans, wykładu nie ożywiał. Tymczasem większość osób na sali sprawiała wrażenie trwania w nieustannej gotowości, skupionej uwagi. Żywo reagowali, zadawali pytania, kiedy jego ospały umysł ledwie był w stanie zmusić się do słuchania. "Niemożliwe, żeby się nie męczyli, chyba że to jakieś kukły, automaty. Konferencja jest po to, żeby się czegoś nauczyć, a nie tylko wykazywać gotowością prymusa", pomyślał z sarkazmem, patrząc na siedzących w niższych rzędach.
Tematy rozmów szybko zacierały się w pamięci, imiona, nazwiska gdzieś uciekały. Tylko Eleonora wryła się w pamięć, jakby zjawisko z innego świata przemykające wśród śniętych ryb. Rozejrzał się po sali, ale nie dostrzegł jej, mimo że wybierała się na ten wykład. Może usiadła gdzieś z tyłu? Nie wypadało się kręcić i gapić.
Obserwował, jak jedna z uczestniczek powoli schodzi po stopniach wzdłuż ściany sali. Ona też wyróżniała się wśród pozostałych. Ładna, szczupła dziewczyna nieco powłóczyła lewą nogą i trzymała przy ciele lewą rękę, jakby nią nie w pełni władała. Głowę odruchowo zginała w lewo. Starała się poruszać zwyczajnie, by jej ułomność była mniej widoczna. Włosy szczelnie zawinęła białą chustką czy turbanem, a sama odziana była w bladobłękitną sukienkę. Zeszła do samego dołu i usiadła w jednym z pierwszych rzędów, na jego skraju. Zaraz się uspokoiło, sala była wypełniona.
Tuż przed samym wykładem na krzesełko obok niego dosiadła się wysoka, długonoga, ciemna blondynka z malutkim plecaczkiem. Była aż za wysoka, ale na szczęście nie garbiła się, chociaż jej smukła sylwetka przy tym wzroście wyglądała nadmiernie posągowo. Nieznajoma uśmiechnęła się do Ioanneosa modrymi oczyma. Z jakiegoś nieuchwytnego powodu jej uroda nie była od razu zauważana. Może oczy były nieco za blisko położone, a nos nieco za duży? Jednak wystarczyło chwilę na nią popatrzeć, by pierwsze wrażenie znikało bezpowrotnie i ulegało się jej urokowi.
Zauważył, jak ona podchodzi, jak się porusza. Odziana była w za luźną, burą spódnicę, szczelnie kryjącą kształt sylwetki. Przez pancerz niezgrabnego stroju nie wiadomo było, czy dziewczyna jest szczupła i zgrabna, czy też w taki sposób skrywa zbyteczne fałdy tłuszczu.
Wykład prowadził siwy specjalista od malarstwa olejnego, profesor Frans Snijders. Białe jak mleko, dość długie włosy i takaż bródka kontrastowały ze świeżą, różową cerą. Snijders zwykle opowiadał o malowaniu zwierząt i roślin, ale dziś mówił o czym innym.
- Kiedyś byli diabli malarze - powiedział.
Te słowa wbiły Ioanneosa w krzesło. "Więc to jednak była pozaświadoma lekcja przygotowująca do wykładu". Zaczął słuchać z zapartym tchem.
- Diabli malarze specjalizowali się w malowaniu demonów. Działo się to w czasach, kiedy było więcej zamówień na Sądy Ostateczne. Obecnie sprawa podupadła. Unika się wizji demonów, a jeśli już trzeba takiego narysować, to zwyczajnie kreśli się kształt człowieka z rogami, kopytami i ogonem. I starczy. Umowne przedstawienia zadowalają wszystkich.
- Może trudno jest oddać ducha, więc zrezygnowali? - spytał z włoskim akcentem siedzący w drugim rzędzie mocno szpakowaty profesor.
- Nie do końca. Wiadomo, że lepiej modlić się przed takim, a nie przed innym obrazem. Jednemu łatwiej ogniskuje się myśli, patrząc na taką, a innemu na inną modelową podobiznę Stwórcy, który przecież też nie ma ciała. Są obrazy wpadające w lepszy rezonans z pragnieniami czy uczuciami niż inne. Jeśli można użyć tutaj słowa rezonans.
- Wszyscy bali się rezonansu z demonem? - znowu pytał ten sam człowiek. O śniadej cerze, ciemnych oczach, niegdyś niewątpliwie bardzo przystojny, chociaż obecnie o twarzy pociętej długimi, zbyt głębokimi zmarszczkami. Rzadko zdarzało się, żeby jeden wykładowca przyszedł na wykład innego.
- Kto to jest ten siwowłosy? - Ioanneos odezwał się do towarzyszki. Kątem oka zauważył, że ona ma notatnik podpisany imieniem Aga.
- Nutritor Lucas Dacortona z Hamilton w Ontario. Często przychodzi na wykłady innych i się dopytuje. Nie wystarcza mu jego własna dziedzina i stale się doucza.
- Ma mocny akcent - szepnął Ioanneos.
- Do Kanady przeniósł się dopiero po doktoracie.
- Właśnie tak było - kontynuował Snijders. Znanym z imienia diablim malarzem był Quinten van den Cuyperen, częściej zwany Quentin de la Cadavr?, Kwintyn od Trupa.
- Nie znam takiego - nie ustawał Dacortona.
- Faktycznie nie zapisano jego imienia. Całe jego życie było skutkiem tej profesji. Długie lata zmagał się z ciężkim zapaleniem skóry. Umarł bezpotomnie. Potencję stracił, jak napletek przyrósł mu do żołędzi, bo tam zapalenie skóry dosięgło go wyjątkowo wcześnie i dotkliwie. Potem rozniosło mu się na całą skórę, cierpiał coraz bardziej.
Ioanneos nadstawiał ucha. Bez wątpienia Snijders i Dacortona rozmawiali o jego śnie.
- Nie mógł dać się zoperować?
- W jego czasach nie przeprowadzano takich operacji. Zresztą było z nim coraz gorzej. Skóra stawała się coraz cieńsza, pękała, łuszczyła się, odsłaniając niegojące się rany. Potem zaczęły ją pokrywać dziwne narośla. Niektórzy mówili, że zaczyna przypominać dzieła swojej wyobraźni.
- Przeszkadzało mu to w malowaniu?
- Z początku nie, tylko wszystko go nieznośnie bolało, ale potem coraz trudniej było mu trzymać w rękach pędzle. Pod koniec życia, kiedy malował demony kuszące świętego Antoniego w zakrystii w Kaufbeuern, musiano mu przywiązywać je do rąk, bo palcami już nie władał. Jeden z czterech demonów na tym obrazie ma twarz na plecach, drugi dodatkowe twarze na tyłku i na przyrodzeniu. To mogło być wyobrażenie choroby malarza.
- Może nie były to tylko dzieła jego wyobraźni?
- On też tak mówił. Ale jego psychika miała się coraz gorzej. Na koniec oszalał i mimo że dalej malował znakomicie, był systematycznie oszukiwany przez innych malarzy, którzy zamawiali u niego demony. Wreszcie popadł w przerażającą nędzę. Niektórzy mówią, że umarł z głodu, co chyba nie jest prawdą. Gdzieś znalazłem, że namalować demona spróbował też Hugo van der Goes, chociaż nie był diablim malarzem. Wyszedł mu stojący na tylnych łapach sugestywny stwór powstały z kobiety i chyba jaszczurki, a nie diabeł.
- Mówią, że Hugo van der Goes sam namalował demony do swojego Sądu Ostatecznego w Gandawie - powiedział Dacortona. - Widział w Brugii, jak van den Cuyperen maluje demony Memlingowi. Może wtedy podpatrzył od niego, jak malować demony.
- Hugo van der Goes nie namalował Sądu Ostatecznego - uniósł się Snijders.
- Jakżeż nie...? Pod koniec życia. Ten obraz kosztował go zdrowie. Kontakt z namalowanym demonem przyprawił go o szaleństwo. Opętała go obsesja, że zostanie potępiony, i zamknął się w klasztorze, gdzie wreszcie zmarł.
- Nie słyszałem o Sądzie Ostatecznym pędzla van der Goesa.
- Wielu malarzy malowało Sądy Ostateczne. Na nich trzeba było wykonać wiele podobizn demonów - ciągnął Dacortona. - Choćby taki Luca Signorelli... - urwał.
- Nie zgadzam się. On malował nagość, idealnie zbudowane ciało. Jego pasjonowało ludzkie ciało, nie demony. Nawet swojego zmarłego syna rozebrał i narysował. Na panelu Potępieni w Piekle zarówno ludzie, jak i demony to muskularni, dobrze zbudowani młodzi mężczyźni, którym domalował po dwa albo po cztery rogi. Najwyżej dał im szpetne twarze i siną skórę. Wszystko umowne. Potępieni, jak i zbawieni, są tylko bezbłędnie zbudowanymi ludźmi. On malował scenę odgrywaną przez aktorów, a nie prawdziwe istoty biorące w niej udział.
Dacortona poczerwieniał, milczał. Nieoczekiwanie wykład przerodził się w dyskusję między dwoma profesorami, a nutritores zwykle nie umieją się spierać.
- Wielu z nich zatrudniało diablich malarzy... - wrócił do tematu Snijders. - Możliwe, że niektórzy sami byli diablimi malarzami. Czyżby ten sam van den Cuyperen malował diabły do Sądu Ostatecznego van Eycka, Petrusa Christusa oraz dla Memlinga? Za dużo tego, jak na jednego malarza. Do tej pory nikt nie potwierdził, jakoby van den Cuyperen to były dwie, może więcej osób o tym samym nazwisku.
- Gdyby był tylko jeden diabli malarz, nie nastarczyłby zamówieniom, a wielu rezygnowałoby z umieszczania demonów na swoich obrazach. Tak postąpił tylko Rogier van der Weyden, a potem malarze młodsi, jak van Orley.
- Na Sądzie Ostatecznym van der Weydena są namalowane cztery demony - zaprzeczył Dacortona.
- Ależ nie ma... Widziałem ten obraz - żachnął się Snijders.
- Zniknęły? Ktoś je zamalował? - wyrwało się Dacortonie. - Mało kto potrafił znieść spojrzenia tych postaci.
Dyskusja obu profesorów nagle się urwała. Snijders podjął opowieść o malowaniu scen myśliwskich.
Ioanneos nie miał wątpliwości, że znali szczegóły z jego snu. Trzeba poszukać w pokoju zmyślnej aparatury uczącej. Niemożliwe przecież, że w oparze sennym ujawniła mu się historia życia prawdziwego człowieka, którego nie znał. Jednocześnie gubił się w szczegółach, którymi zarzucali się nawzajem obaj dyskutanci. Ciekawe, czy inni słuchacze czuli to samo?
Po wykładzie Snijders stwierdził, że dyskusja była już w jego trakcie, ale on chętnie odpowie na pytania.
- Faktycznie był jeden Quinten van den Cuyperen? - spytał głośno Ioanneos.
- Jeden jest potwierdzony. Niektórzy twierdzą, że było ich dwóch, syn i ojciec, gdyż w przeciwnym razie Quinten musiałby sześćdziesiąt lat aktywnie działać. Wtedy rzadko kto dożywał tak sędziwego wieku, a podejrzewa się, że on na dodatek był dręczony nieuleczalną chorobą. Jednakże diabły powstałe w ciągu tych sześćdziesięciu lat są w podobnym stylu. Mógłby je malować ten sam człowiek.
"Diabły malowane przez Quintena Ojca przerażały do głębi duszy, diabły malowane przez Syna były tylko wymyślne i dziwaczne", pomyślał Ioanneos.
Podczas przerwy wyszedł z Agą na posiłek. Usiedli przy pustym stoliku.
- Wyśnił mi się dzisiejszy wykład Snijdersa - powiedział, popijając kawę. Koniecznie chciał się tym z kimś podzielić.
- Jak chodził z lewej na prawą, chrząkał i co chwilę łokciem poprawiał kurtkę? - Spojrzała wesoło.
- Nie w tym rzecz.
- To w czym? - Modre oczy Agi świdrowały jego twarz.
- Prawie wszystko to mi się wyśniło.
- Ten wykład? Sprzeczka między Snijdersem a Dacortoną?
- Nie tak dokładnie. Treść wykładu.
Spojrzała zaciekawiona.
- We śnie to ja byłem diablim malarzem, Quentinem de la Cadavr?.
- Synem czy Ojcem?
- Ostatnim diablim malarzem, Quintenem Synem. Tym, który stracił umiejętność malowania prawdziwych demonów i malował już tylko zabawne straszydła.
- Może zajrzałeś wczoraj do swojego dzisiejszego grafiku?
Pokręcił głową. - Ja w ogóle nie wiedziałem o tym wszystkim. Nie wiedziałem, że Quinten Syn tracił skórę za życia i traktował to jako nieusuwalne znamię.
- To Ojciec cierpiał na ciężkie zapalenie skóry, nie Syn.
- W moim śnie było inaczej. Cierpiał zarówno Ojciec, jak i Syn.
- Sen pomógł ci w zrozumieniu wykładu czy przeszkodził?
- Faktycznie bardzo pomógł.
- To na co narzekasz? Organizatorzy starają się. Doceń to. Mnie się nic nie przyśniło.
Nie odezwał się. Miała rację.
- Śnią się różne rzeczy, nie tylko prawdziwe. Nic nie działa idealnie. - Aga poprawiła pasy od swojego plecaczka. - Śpieszę się na następne zajęcia. Pa. - Skierowała się ku schodom.
"Skąd ona wiedziała, że było dwóch Quintenów?", pomyślał. "Przecież na wykładzie Snijders tylko przytoczył hipotezę".
(Rita, Karina, Jiżoga, Ioanneos)
Przyciskała go ciemna masa. Była lekka i elastyczna, a podnoszona, lekko sprężynowała. Musiał przydusić się naciągniętym kocem. Sięgnął ramieniem, nieoczekiwanie łatwo odsunął przeszkodę i ujrzał błękitne niebo, a wprost nad głową rozległy, świetlisty obłok. Do reszty zdjął z siebie koc z darni.
Trawa nie brudziła, ziemia nie osypywała się z cienkiej, równej powłoki. Wietrzyk chłodził nagą skórę. Powinien powstać, ale chmura nad głową zadziwiała. Podłożył ramiona pod głowę. Nie rozumiał, jak taki obłok w ogóle mógł istnieć. Wibrował barwnie, jakby jakieś liczne światła próbowały się przebić przez mgłę, to białe, to tęczowe. Stale zmieniał barwę, od bladego fioletu, przez różne szarości, odcienie błękitu, do bladych brązów. To mienił się wszystkimi kolorami tęczy, to rozjaśniał, to znów ciemniał. Chwilami przebijały się przezeń, jak igiełki, dziesiątki barwnych świateł, a to znów świeciło jakby jedno najmocniejsze, niezwykle czyste i białe. Ioanneos leżał z ramionami pod głową i nie mógł oderwać wzroku.
- Co się tak wylegujesz? - zagadał do niego prawie nagi facet, jedynie w skąpych slipach uformowanych w kształt liścia figowego, ledwie zasłaniających przyrodzenie. - Pora wstawać.
Ioanneos leniwie spojrzał na obcego. Nie odezwał się.
Nieznajomy wzruszył ramionami i poszedł sobie. Ioanneos obejrzał się za nim. "Z tyłu wygląda jak całkiem goły", pomyślał i wyciągnął się wygodniej.
Na miękkiej trawie leżało się wygodnie, ale było zbyt chłodno. Zebrał się z ziemi. Sam też był odziany jak tamten mężczyzna: jedynie od przodu przyrodzenie skrywał liść figowy. Zdziwiony zauważył, że to nie odzież, lecz jakby część ciała. Jakoś mu to nie przeszkadzało. Nie miał wątpliwości, że w razie potrzeby można będzie to zdjąć. Liść był ciepły i miał fakturę jak skóra. Był jego jedynym odzieniem.
Daleko, po łące, snuli się podobnie odziani ludzie. Błąkali się bez celu. Może też nie wiedzieli, dlaczego się tu znaleźli.
Ioanneos zauważył, że kilkanaście metrów dalej wysunęły się z darni dwie ręce. Ktoś chciał się wykopać. Bezradnie poruszał uwolnionymi dłońmi. Ioanneos pośpieszył z pomocą. Skóra na rękach wystających z ziemi była granatowobrązowa, napuchnięta, jednak palce nieduże, smukłe. Powstrzymując obrzydzenie, uchwycił za dłonie. Odpowiedziały uściskiem. Lekko pociągnął. Wysunęły się przedramiona i ramiona pokryte karminowymi plamami opadowymi, wreszcie darń uniosła się na wypukłości głowy. Ponad ziemią dłonie, a zaraz i przedramiona zaczęły jaśnieć i normalnieć jak kwiaty kwitnące do słońca. Ktoś sam ściągnął sobie powłokę darni z głowy. Wyłoniły się brudnobiałe bandaże owijające głowę. Ioanneos pomógł je rozluźnić. Przerażającym matowym wzrokiem spojrzał mu w oczy trup młodej kobiety. Ale już w jej następnym spojrzeniu był normalny blask, zaraz zniknęły czarne doły pod oczyma. Cera straciła woskową bladość, zabarwił ją leciutki rumieniec. Kobieta wsparła się o trawę, aby do reszty wyciągnąć się z ziemi. Jej głowa już nie była owinięta przesiąkniętym trupimi wydzielinami bandażem, lecz czyściutkim, lnianym turbanem, spod którego wymykały się kosmyki kasztanowych włosów.
- Pomóc ci?
- Poradzę sobie - odpowiedziała za niskim, gardłowym głosem. Uśmiechnęła się samymi oczyma.
Miała szerokie kości policzkowe i grube, ale regularne, ładne rysy twarzy. To uroda modelki - kobieta nie była aż tak ładna w rzeczywistości, jak w dobrze wychwytującym światło na jej twarzy obiektywie fotograficznym. Napięła mięśnie raz i drugi, jednak ziemia była zbyt spoista. Drugi raz wyciągnęła ręce do Ioanneosa.
Mocniej uchwycił jej dłonie. Trochę obawiał się, co zobaczy, zanim jej ciało rozkwitnie do słońca.
- Tobie też ktoś pomógł?
- Sam sobie poradziłem. Leżałem płytko pod ziemią. - Mocniej pociągnął ją do góry.
Niżej było coraz gorzej. Wprawdzie skóra na barkach wyglądała naturalnie, niżej piersi też dobrze zachowane, ale już wiele żeber było na wierzchu, a w miejscu brzucha widniała głęboka wyrwa, w której szarzała rozłożona, brunatnoszara masa.
- Och! - Zaskoczony, puścił jej uniesione ramiona.
- Nie ciągnij mnie za szybko. Wyglądam bardzo źle - powiedziała spłoszona. Wytarła dłońmi piersi z ziemi, żeby ładniej wyglądały. - Długo przecież tam byłam.
- Każdy. Ja też - mruknął. Obserwował, jak szybko odtwarza się jej ciało, jak zasklepia się skóra na żebrach, jak wypełnia się wyrwa poniżej nich. - Na słońcu idzie to szybciej. Wyciągnę cię jednak.
- Żeby się tylko nie odłamały nogi - powiedziała.
- Dalej jest brzeg morza. Tam scalają się z fragmentów pożarci przez ryby. - Nie widział tego, ale coś w duszy powiedziało mu, że właśnie tak się tam dzieje.
Ufnie podała mu ramiona. Na odsłoniętej miednicy zachowało się sporo ciała, jednak niżej zostały dwie gołe kości udowe. Prawe podudzie i stopa trzymały się na zachowanych więzadłach, jednak lewe urwało się i zostało w ziemi.
- Wstydzę się swojego wyglądu. Odwróć się - powiedziała.
Posłusznie odwrócił wzrok. W takiej sytuacji nie wolno sprzeciwiać się kobiecie.
Nieopodal znowu nabrzmiewała darń. Ktoś inny wyrywał się z grobu do słońca. "Ile ich tutaj się budzi!", aż pokręcił głową. "Może to jakiś cmentarz był?"
W dali widniał siny horyzont morza albo oceanu.
- Pomóż mi! - usłyszał po chwili.
Kobieta leżała na murawie i głęboko sięgała ramieniem w głąb. Prawą nogę ugięła w kolanie i celowała w niebo przybrudzoną od ziemi stopą. Wyglądała teraz bardzo ładnie. Ioanneos nie mógł oderwać wzroku od jej foremnych, proporcjonalnych bioder, talii i pleców. Już wcześniej zwrócił uwagę na jej kształtne piersi, nie za duże, ale też w żadnym przypadku nie za małe. "Czy my wszyscy teraz piękniejemy?", pomyślał.
- Nie mogę znaleźć lewego piszczela i stopy.
Roześmiał się.
- Mnie to nie bawi. Sam sięgnij, może dostaniesz. Masz dłuższe ramiona niż ja.
"Czy wolno nam tak sobie nawzajem pomagać?", zawahał się, jednak posłusznie zagłębił ramię w dziurę po jej ciele. Oczywiście nie dostał. Trzeba wsunąć się głębiej. "A jeśli ziemia zamknie się i mnie znowu w sobie uwięzi?" Musiał jednak pomóc kobiecie. Gdyby została bez nogi, inni mogliby traktować ją jako pośmiewisko.
- Przestań! Już nie trzeba! - powiedziała za głośno.
- Co nie trzeba?
- Przecież jest już w porządku.
Nieznajoma przecierała z resztek ziemi foremną lewą łydkę i drobną stopę.
- Jak to się stało?
- Sama nie wiem. Zamyśliłam się, a w tym czasie stracona noga wróciła kompletna. Sama uciekła z ziemi. Może nie trzeba pomagać, bo rzecz się tylko opóźnia.
- Możesz chodzić? Myślę, że inni jednak potrzebują pomocy.
Kobieta podniosła się. Była niezbyt wysoka, miała dość szerokie biodra i niezbyt długie nogi, ale jednocześnie była niezwykle proporcjonalnie zbudowana. Piersi miała szeroko rozstawione, kształtne, o wyraźnych czerwonobrązowych kwiatkach. Jej uroda nie olśniewała, ale odnosiło się wrażenie, że patrzy się na wyrzeźbiony ideał ciała. "Ona właśnie tak chciałaby zawsze wyglądać?"
Na policzku nieznajoma miała znamię, jakby bliznę po kroście. Jednak było ono nieduże, foremne, zgrabnie wkomponowywało się w jej urodę jak filuterny pieprzyk.
- Wszystko się wygoiło - powiedziała, pocierając policzek, jakby zaniepokojona, że zauważył znamię. - Prawie nie widać, prawda?
- To jakaś choroba...? - Pokręcił głową.
- Tak. Kiedyś całą twarz miałam w krostach po ospie.
- Została jedna, malutka, płaska blizna.
- Zostawili mi taki znak, wspomnienie.
Wskazał na niewielki liść figowy kryjący środek jej łona.
- To część twojego ciała?
- Nie. Mogłabym to zdjąć, gdybym chciała.
- Z moim jest podobnie.
- Nie zdejmuj. Nie wolno.
Nie odezwał się.
Kobieta spojrzała w niebo na rozległą, kłębiącą się i rozświetlaną tajemniczymi światłami, olbrzymią chmurę. - Myślałam, że niebiosa są puste - powiedziała.
- Skądże. Tam się bardzo wiele dzieje. Zdołałem oderwać wzrok od tego tańca mgieł, dopiero jak ty zaczęłaś się budzić.
- Jest więc zupełnie inaczej, niż wierzyłam. Ależ się formuje tam krzyż ze świateł.
On nie dostrzegał tam krzyża. Wziął ją za rękę. - Chodź - powiedział.
Kobieta sięgała mu ledwie do ramienia. Dłonią poprawiła zawój na głowie - oprócz liścia figowego miała na sobie tylko to.
- Turban się nie przesunął?
- To znak zawodu. Pewnie dlatego mi został.
- Jakiego?
- To strój kąpielowy. Byłam łaziebną. - Spuściła wzrok.
- Nie zdejmowałaś tego do kąpieli?
- Kobiety wiążą włosy do kąpieli. Fryzura się nie rozpada. Wszystkie tak robią.
- Chcesz zajrzeć nad brzeg morza? - spytał.
- Nie chcę widzieć scalających się z kawałków. Wystarczył mi mój własny widok.
Poszli w kierunku grupy osób.
Na trawie leżał na wznak szkielet. Pochylał się nad nim mężczyzna w szarej kurtce i dżinsach.
"Odziany, tutaj...?", pomyślał Ioanneos.
- Rita, podejdźmy, zobaczymy, co on robi - powiedział.
- Ale nie za blisko. Może mieć złe zamiary.
"Przecież ona nie powiedziała mi swojego imienia", uświadomił sobie.
Słysząc swoje imię, Rita uśmiechnęła się.
Nieznajomy klęczał koło szkieletu i rysował mu kciukiem na czole znak krzyża.
Ioanneos pochylił się, żeby lepiej zobaczyć. Nie obawiał się nieznajomego.
- Tak trzeba robić każdemu, kogo zobaczycie - powiedział mężczyzna, nie podnosząc głowy.
- Każdemu czy tylko szkieletowi? - spytał Ioanneos.
- Pomoże każdemu, ale szkieletowi trzeba najpilniej. Każdy musi przecież zdążyć.
Szkielet miał gałki oczu. Wlepił wzrok w ich dwoje.
- Odwróć się - powiedziała Rita. - Ona wstydzi się swojego wyglądu. Budzenie się to rzecz intymna.
Położył jej rękę na ramieniu. - A tobie nie zimno?
- Trochę wieje, ale może być. Możesz tę rękę tak trzymać. Wreszcie czuję dotyk ciała ludzkiego, ciepły i delikatny. Mam dosyć ziąbu, wilgoci i grud lepkiej gliny.
Usłyszeli ruch za sobą. Instynktownie się obejrzeli.
Facet w szarej kurtce gdzieś sobie poszedł. Nie było też szkieletu. Za nimi stała przepiękna brunetka, jak i oni odziana w liść figowy. Miała wielkie, wilgotne czarne oczy skrzące się blaskiem. Duże, ciężkie piersi nisko opadały, a poniżej wąskiej talii wzbierały dość szerokie biodra. Podobnie jednak jak Rita, również i ona sprawiała wrażenie idealnego wcielenia swojego typu urody. Gdyby piersi wisiały nieco niżej, nie byłyby tak piękne, gdyby biodra były szersze, byłyby już za szerokie, i przeciwnie, gdyby była tylko nieco smuklejsza, jej uroda straciłaby na tym wiele. Wiedział, że nazywa się Karina, czy jakoś podobnie.
- Chodź! - Rita pociągnęła go za rękę.
- Można iść z wami? - spytała Karina.
- Nie. On jest mój - powiedziała stanowczo Rita.
Ioanneos nie odezwał się. Nie mógł oderwać wzroku od urodziwej niewiasty.
- Tutaj już nikt niczyj nie jest - skarciła Karina. - Wszyscy się znają, Rita.
- A ty skąd znasz moje imię?
"A ja skąd je znałem?"
- Ty też znasz moje. Tu wszyscy znają swoje imona, nie trzeba się przedstawiać.
- On znał moje imię, bo jest moim mężczyzną od zawsze mi pisanym. Czekałam na niego.
- Mylisz się. - Karina pokręciła głową. - Jest inaczej.
- Jednak nie życzę sobie, żebyś z nami poszła. - Rita wydęła wargi. - Sama się chcę przekonać.
- Skoro tak mówisz, spróbuję czegoś innego. - Karina uśmiechnęła się do nich tak radośnie, aż jakby poleciały srebrzyste iskry.
"Przepiękny uśmiech. Ile blasku".
Karina pomachała ramionami jak ptak. - Och...! - Zrobiła okrągłe oczy. - Powietrze wspiera! Można się na tym wesprzeć.
Jeszcze jedno, drugie energiczne uderzenie ramion i dziewczyna oderwała nogi od ziemi. Z każdym uderzeniem nabierała prędkości i wysokości. Już z wysoka pomachała im rękoma. Wkrótce zmieniła się w mały punkt.
Ioanneos dopiero teraz dostrzegł wiele takich małych punktów fruwających poniżej tęczowej chmury. "Ileż ich tam się wzniosło!", pomyślał.
- Może i my pofruniemy?
- Nie da się. Powietrze nie wspiera. Sam spróbuj.
Kilkakrotnie machnął ramionami. Oczywiście, nic. Takie machanie nie miało sensu.
- Dlaczego Karina pofrunęła, a my nie możemy...?
- Spodziewam się najgorszego. - Rita pokręciła głową. - Chodźmy stąd. Poszukajmy spokojniejszego miejsca. Schowajmy się gdzieś, może to nie jest nieuchronne.
Nie spytał, dlaczego powinni się schować, lecz wziął ją za rękę i poszli przed siebie. Spotkali wiele osób wychodzących z ziemi, odtwarzających się, a potem wzlatujących w powietrze. Mijali leżące szkielety. Wzorem nieznanego mężczyzny na ich czołach Ioanneos kreślił palcem znak krzyża. Jednak ta czynność w żadnym z nich nie wyzwoliła procesu odżywania. Odwracali się, nie patrzyli - nic to nie pomagało.
- Kości jak leżały, tak leżą. Jestem bezradny.
- Ten facet nie był jednym z nas - powiedziała Rita. - On jeden tutaj był odziany, a wszyscy inni tylko przysłonięci listkami figowymi, jak my. Tylko odziany może im pomóc.
W oddali zauważył stojący pomnik skrzydlatego rycerza z uniesionym mieczem w jednej ręce i wagą szalkową w drugiej. Płyty zbroi jaśniały lustrzanie.
- Popatrz na niego! On się rusza! - Ioanneos przysłonił oczy dłonią.
- Kto?
- Uskrzydlony rycerz na horyzoncie. - Wskazał ręką. - Pójdziemy ku niemu.
- Trochę się boję, bo ten olbrzym jest żywy.
- No dobrze, to chodźmy do tego lasu.
Zagajnik zaczynał się równą linią, jakby ktoś skosił trawę łąki aż do granicy gałęzi smreków. Poszli skrajem lasu. Pod zwisającymi gałęziami, na ściółce znajdowali leżące fragmenty ciała, odgryzione i rozszarpane.
- To pożarci przez zwierzęta leśne - powiedziała.
Pokiwał głową. - Wiedziałem o tym bez słów, podobnie jak o tych nad morzem.
- Ja nie wiedziałam. Domyśliłam się.
- Też bez słów znałem twoje imię i imię Kariny.
- Dlaczego przede mną ta wiedza jest zakryta?
Bezradnie wzruszył ramionami. Ruszyli przed siebie.
Trafili na leśną przecinkę, a raczej utwardzony leśny dukt. Koleiny były płytkie, bez kałuż.
Zaraz zatrzymał ich nieoczekiwany gwar. Schowali się pod zrudziałymi gałęziami świerka. Kilku osiłków w skórzanych kurtkach i spranych dżinsach pędziło przed sobą leśnym duktem kilkanaście osób odzianych jedynie w listki figowe. Nadzy nie bronili się, lecz pokornie znosili ciosy i kuksańce. Byli urodziwi, na sposób taki jak Rita czy Karina. Każdy wyglądał, jakby jego typ urody został wydoskonalony do granicy ideału. Ioanneos nie miał wątpliwości, że każda z tych osób wcześniej wyglądała podobnie, a teraz została upiększona bez utraty charakterystycznych cech swej urody. Dla kontrastu ci w skórzanych kurtkach mieli opuchłe, opalone twarze o brutalnym wyrazie, a oczy pałające wręcz zwierzęcym bestialstwem. "Jak likaony, które pożerają swoją ofiarę, nie troszcząc się nawet, by zabić ją przed jej męką", pomyślał.
Pojmanych gnano w stronę widocznych na horyzoncie kłębów czarnego dymu i płomieni. Gdy grupa oddaliła się, oboje odważyli się opuścić kryjówkę.
- A myśmy szli właśnie w tamtą stronę - mruknął. - Gdybyśmy ich nie spotkali, sami trafilibyśmy w pułapkę.
- W lesie trudno się nie zgubić. Wcześniej tych płomieni nie było widać, las zasłaniał.
- Tak. Ten las, z początku świetlisty i jakby pełen obietnic, zaraz zrobił się mroczny.
Zawrócili więc. Może iść jego skrajem, gdzie leżały części pożartych? Może skierować się nad brzeg morza? Znowu stali na zielonej łące na skraju lasu. Pamiętał to miejsce. Pod gałęziami nie leżały już jednak fragmenty ciał nieszczęśników rozszarpanych przez zwierzęta.
- Czas się kończy - powiedziała Rita.
- Jaki czas?
- No, czas niepewności. Przecież coś musi się stać, kiedy już wszyscy się obudzą.
Jakby w odpowiedzi na słowa Rity podeszła do nich kobieta w szarej kurtce i czarnych spodniach. Nie zauważyli, skąd przyszła, bo nie pojawiła się przecież znikąd. Nieznajoma miała dużą zaciętą twarz, poprzecinaną głębokimi, ale rzadkimi zmarszczkami, i pojedyncze siwe pasemka wśród ciemnych włosów. Uśmiechała się wrogo.
- Jiżoga... - wyszeptała Rita.
- Znasz ją?
- Znam jej imię, jak ty znałeś moje... - urwała.
Zauważył, że wargi Rity zupełnie zsiniały, mocno zaznaczył się rysunek kwiatków piersi, a ich koniuszki uniosły się. Całe jej ciało pokrywała gęsia skórka.
- Zimno ci?
- Strasznie marznę... - wyszeptała.
- Przytul się.
- Nie. Raczej ty się odsuń.
Jiżoga hipnotyzowała wzrokiem Ritę. - Długo cię szukałam - powiedziała.
- Poszliśmy razem na spacer - odezwał się Ioanneos. - Przez łąkę, trochę po lesie...
Tak zimnego i odrażającego spojrzenia nigdy jeszcze nie poczuł. Jakby ten wzrok wdzierał się w głąb ciała, wyszukiwał poszczególne organy i dławił je w lodowatym uścisku. Brakowało tchu, bolące płuca nie mogły nabrać powietrza, a ściskane żelazną dłonią serce przestawało bić. Czuł, że nieznana kobieta zazdrościła mu wszystkiego: że tak wygląda, nie inaczej, że stoi obok Rity, że Rita jest piękna, że trawa na tej łące jest tak równa i zielona, a las za nimi lekko szumi i pachnie żywicą. Że oboje przechadzali się, trzymając się za ręce, a on dyskretnie gapił się na nagie piersi Rity. Ale jakby najbardziej zazdrościła im obojgu, że są zwyczajnymi ludźmi. Szarozielone oczy Jiżogi prawie wwiercały się przez oczodoły do mózgu. Ioanneos cofnął się krok pod naporem szarej, płaskiej, niepowstrzymanej nienawiści.
Nagle Jiżoga rzuciła się przed siebie z prędkością niezwykłą dla kobiety w jej wieku. Schyliła się do stóp Rity i mocno schwyciła ją za obie nogi tuż nad kostkami. Następnym ruchem poderwała ją w powietrze i wysoko uniosła. Rita nie uderzyła głową o ziemię, bo Jiżoga była znacznie od niej wyższa i szeroka w ramionach. Zanim Ioanneos zdążył zareagować, Jiżoga zarzuciła ją sobie na plecy. Rita krzyczała z przerażenia, bezradnie machała rękami. Odwrócona, nawet nie mogła dosięgnąć prześladowczyni, wisiała tyłem do pleców niosącej. Ioanneos ruszył do przodu, ale Jiżoga odwróciła się gwałtownie ku niemu. Ciało Rity wahnęło się jak serce dzwonu.
- Nie śmiesz! - wściekle syknęła Jiżoga i posłała mu hipnotyzujące spojrzenie, trafiające jak piorun. Wyglądała inaczej: zniknęło jej odzienie, ujawniona naga skóra stała się chropowata, pełna znamion i narośli, szara jak nienawiść Jiżogi. Z ramion wyrosły jej spore błoniaste skrzydła.
Rita dłońmi targała trawę. Walczyła. Próbowała się czegoś przytrzymać.
Jiżoga chwyciła obie kostki Rity w jedną rękę, a drugą machnęła raz i drugi. Tak lekko odbiła się od ziemi, jakby dźwigane ciało ofiary nic nie ważyło. Za połamanymi paznokciami Rity została ziemia i strzępy trawy. Zła kobieta wznosiła się jednak wolno i ciężko. Pierwszy skok miał być prawdopodobnie demonstracją dla Ioanneosa, pokazaniem, że Jiżoga może, potrafi. Teraz zataczała kolejne równomierne kręgi, mozolnie wznosząc się ku górze.
Zupełnie zmienił się jej wygląd. Była już wielobarwnym rogatym potworem o długich, ostrych zębach, o palcach zakończonych szponami, kopytach zamiast stóp, niezwykle chudych, zwisających poniżej pasa piersiach, wreszcie długim ogonie zakończonym strzałką. Wznosiła się w powietrze na pastelowo ubarwionych nietoperzych skrzydłach. Nie był zaskoczony tą przemianą. Już wcześniej domyślił się jej prawdziwej postaci. Jedynie zdziwiło kolorowe ubarwienie skrzydeł. Może to należna jej odrobina radości za pochwycenie pięknej kobiety?
Ioanneos czuł dławiący żal. Nie potrafił uratować Rity przed zgubą. Nie mógł ani krzyknąć, ani nawet zapłakać. Gardło było jak zasznurowane. Rzeczywistość ciemniała, błękitne niebo i tęczowa chmura nad głową odpływały gdzieś w dal. Wspaniałe otoczenie zamykało się w coraz mniejszej jasnej plamie, mrowiącej barwnymi ziarenkami. Wokół tężała gęsta szarość. Pojawiały się zniszczone, brzydkie meble jego pokoju. Znowu budził się ze wspaniałego snu. Żałował każdej chwili, każdego zapachu, każdego powiewu wiatru. Tam wszystko było tak piękne, wprawdzie dziwne, ale jakżeż porywające, tutaj otoczenie było małe, ciasne, jakby zaklęsłe.
Przypomniał sobie rozpacz w oczach przerażonej Rity, unoszonej w dal przez złą kobietę. Poczuł ulgę, że cierpienie Rity nie było prawdziwe, i przeciągnął się. Rozległo się pikanie budzika. Znowu znajdował się w ośrodku. Za oknem było ciemno, noc albo półmrok przedświtu. Trzeba zebrać się na zajęcia.
Podniósł się z łóżka, a wtedy zniechęcenie rozeszło się bez śladu. Ogarnęła go złość. Zaczął drobiazgowo przeglądać najpierw koc, potem poduszkę, wreszcie całe łóżko.
"Gdzie oni ukryli całą aparaturę?", myślał, gniotąc poduszkę miejsce przy miejscu. "Przecież zostałem umieszczony w rzeczywistości średniowiecznego Sądu Ostatecznego. Nic tam nie ma".
Zaglądał po kolei do wszystkich zakamarków pokoju. Długopisem próbował sięgnąć do wnętrza szpar w podłodze. Kichał od kurzu. "W końcu to znajdę. Nic nie widać". Pokój był regularnie odkurzany jedynie na środku. Po kątach kryły się całe pokłady szarości. Kichając raz za razem, poddał się wreszcie. "Cholerna miniaturyzacja", skwitował klęskę. "Ale żadnego wykładu nie można przegapić, zapowiadają się świetnie..." Uśmiechnął się do swoich myśli i kichnął od kurzu.
(Quent, Ioanneos, Brenda, Aga-Adelinda, Gisleberdus, Prosper)
Przy śniadaniu siedział samotnie. Z nikim nie zamienił słowa. Nudna rozmowa o ostatnim wykładzie, toczona nawet przy za słodkich ciasteczkach, nie może się równać z zapachem włosów Rity, chłodnym powiewem wiatru na gołej skórze, dziwacznym, prawie nieistniejącym odzieniem. Tego już za dużo. Jeden nadzwyczaj plastyczny i wyrazisty sen to rzadkość, ale dwa takie sny w krótkim czasie to rzecz niemożliwa.
Nie wszyscy tego doznawali. Aga przecież prawie go wyśmiała. Może nie korzystała z materiałów do tego szkolenia? Instalacja do percepcji pozaświadomej musi być kosztowna. Nawet tak wielka szkoła naukowa nie ma nieograniczonych funduszy. Wynajęto pomieszczenia w marnym stanie, więc i środków przekazu może nie starczać dla wszystkich. A może został wyróżniony tym drugim snem za aktywność na wykładzie Snijdersa? Ktoś ocenił, że interesują go te zagadnienia? Może jacyś psycholodzy realizują swój projekt badawczy przy okazji konferencji historyków sztuki? "To nawet byłoby rozsądne. Można podzielić koszty", pomyślał.
To doznanie było czymś dużo więcej niż snem. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że wtedy otwierała się inna, konkurencyjna rzeczywistość. Doznania z tych dwóch niezwykłych snów nie wydawały się ani trochę mniej rzeczywiste niż doznania z każdego dnia spędzonego tutaj w ośrodku. Kiwał głową z podziwem nad możliwościami nowoczesnej aparatury medialnej.
Naprzeciwko niego dosiadł się rudy chudzielec w burym golfie. Spojrzał na Ioanneosa i wyciągnął do niego rękę ponad stołem.
- Quent.
Ioanneos odwzajemnił uścisk.
- Dzisiaj nudziarstwa w grafiku - mruknął Quent. - Ileż można gadać o kuciu kamienia?
Pokiwał głową. "Tamten wybiera się na zajęcia razem ze mną?", pomyślał. Uważał, że każdy ma swój indywidualny, przeznaczony tylko dla siebie plan zajęć, bo na kolejnych wykładach spotykał różne osoby.
Może z nim pogadać o sennej wizji? Nie. Nie można powierzać takich tajemnic świeżo poznanemu. Już raz został wyśmiany. Starczy. A, rzeczywiście! Przecież kartka z grafikiem dla Ioanneosa leżała na stole, ujawniając nazwiska wykładowców.
Quent podrapał się w szyję pod swetrem i zasyczał z bólu.
Ileż można siedzieć przy stole i milczeć? Ioanneos przeprosił i noga za nogą powlókł się na wykład. Jednak przy schodach zmienił decyzję, zakręcił i poszedł w górę, jedną, dwie kondygnacje, wreszcie trafił na najwyższe piętro. Na każdej kondygnacji powtarzały się kolejne sale wykładowe, dalej ciągnęły się rzędy pokoi sypialnych. Korytarz mroczniał w dal. Ioanneos wiedział, dokąd prowadzi, chociaż nie pamiętał, jak dawno temu wybrał się w tamto miejsce. Na samym końcu korytarza były zawsze zamknięte drzwi podpisane "Biblioteka". Chętnie przysiadłby nad jakąś książką, by oderwać się od rutyny zajęć. Choćby to nawet był zarys księgowości przedsiębiorstwa hotelarskiego.
Nacisnął klamkę. Nieoczekiwanie ustąpiła. Pomieszczenie było słabo oświetlone. Za biurkiem siedziała drobna kobieta. Coś notowała. Uniosła szarokasztanowe loki i spojrzała na niego. Natychmiast ją poznał.
- Rita...? - wyrwało mu się. Widział ją przecież we śnie. Teraz była odziana w rozpięty ceglasty sweterek, a pod nim miała trykotowy podkoszulek khaki.
Nieznajoma spojrzała na niego chłodno. - Słucham pana? - odpowiedziała. Może nawet nie dosłyszała jego słów.
Ioanneos zdążył otworzyć usta, żeby odpowiedzieć, ale urwał, zanim zaczął. Co jej powiedzieć? Że uciekła z jego snu? Że naprawdę ma piękne, proporcjonalne ciało, chociaż obecnie za bardzo oddaliło się ono od swojej idealnej postaci? Że spotkała ją tragedia, bo porwał ją w powietrze rogaty i skrzydlaty potwór?
- Niebiosa nie są puste - powiedział. - Jest tam wielka przepiękna chmura, rozświetlana wewnętrznymi światłami.
- Proszę...? - Kobieta zrobiła okrągłe oczy, nie rozumiejąc.
- Można skorzystać z biblioteki?
- Biblioteka jest zamknięta. Zaczynają się już wykłady, a wtedy nie może być otwarta, żeby nie opuszczano zajęć. Jest czynna wyłącznie w czasie posiłków.
- Ale głodny może zemdleć na wykładzie i wtedy kłopot, zamieszanie. Szybko skończyłem śniadanie i zaraz pobiegłem do biblioteki.
Kobieta rozłożyła bezradnie ręce. - Ładnie pan powiedział o tych niebiosach. - Uśmiechnęła się.
- Może zdążę chociaż przez chwilę. - Odpowiedział uśmiechem. - Pani przecież jeszcze nie skończyła pracy... - Czuł do niej wiele sympatii.
Bibliotekarka skinęła ręką w stronę sali ze zbiorami. - Ja tutaj będę dalej pracować, ale pan musi wyjść już za chwilę. Proszę o tym nie zapomnieć.
Przytaknął i przeszedł do nadzwyczaj długiej, ciemnej sali. Z naprzeciwka ruszył ku niemu jakiś nieznany mężczyzna. Energicznie się zbliżał. "Ochroniarz biblioteczny?", pomyślał Ioanneos. "Nie czytelnik, bo zbyt wysoki i atletyczny". Nagle uświadomił sobie, że widzi swoje odbicie w lustrze na końcowej ścianie pomieszczenia. Tym prostym zabiegiem optycznym znacznie zwiększono rozmiary biblioteki.
Rozejrzał się. Po obu stronach, jeden za drugim, odchodziły kolejne szeregi regałów bibliotecznych. Książki opatulono w szary papier pakunkowy, półki opisane nie były. Wpadł mu w oko tom oprawiony w czerwony skórzany grzbiet i zielone tekturowe okładki. Wyróżniał się spośród wszystkich innych.
Przeczytał tytuł: Poradnik dla posągów, jak poruszać się nie należy. Wziął ją do ręki i podszedł do końca regału, aż pod okno, gdzie jaśniej. Usiadł na taborecie, otworzył książkę na środku i zaczął czytać pierwszy napotkany rozdział.
Wystarczy ruszać się wolno, a zasięg ruchu może być znaczny. Unikać ruchu warto tylko wtedy, jeśli kto z nich zerka. Rozpoznanie nie grozi zanadto.
Wydawałoby się, że przeszkodą są zdjęcia czy podobizny, lecz sprawa jest mniej ważna, niżby się wydawała. Otóż nikt nie pamięta pozy, rzadko kto w ogóle do rycin czy do fotografii zagląda. Posągowi można więc wiele, lecz bez przesady. Nowy gest czy poza są dopuszczalne nawet w obecności wielu tamtych, jednak zbyt wielkiego zakresu mieć nie mogą.
Pamiętać trzeba jednak o swojej pozie zwykłej i od czasu do czasu ją przybierać. Nie dla spektatorów, lecz dla siebie. Ciągłe przemieszczanie się prędzej czy później znudzi, a poza tym szkodliwie przyzwyczaja do braku stałości, do braku układu odniesienia.
Są dwa czasy, kiedy powściągliwość nie obowiązuje i ruszać się wolno do woli. Jednym z tych okresów jest noc - ale przykra, bo ciemno i chęć na zmianę pozycji niewielka. Trudno jest wskazać posąg, który porusza się w ciemności. Nie ma w tym nic z widowiska, brak dreszczu ryzyka, a nade wszystko chłód nocy obezwładnia.
Drugim z nich jest okres wojny, zarazy lub upadku. Ruszać się wtedy można, ile sił starcza. Nie przeszkadza, a nawet satysfakcję przynosi, jeśli kto z tamtych to spostrzeże i sobie to uświadomi. Nie uwierzy bowiem przytłoczony sytuacją ogólną, albo zaraz zginie, albo wreszcie jedno, a chwilę potem drugie. Jednak nie są to dobre czasy, bo niosą ze sobą groźbę. Posągowi przynieść mogą zniszczenie, szybkie lub powolne, od mchów czy erozji, co tym bardziej przykre.
- Tutaj się ukryłeś? - ktoś spytał.
Wytrącony z lektury Ioanneos zadrżał. Podniósł wzrok.
Zobaczył nad sobą figlarnie uśmiechniętą Agę. Jak zwykle workowata spódnica na szerokich szelkach i obszerna kraciasta flanelowa bluza dokładnie skrywały powaby jej ciała. Ukryta uroda ujawniała się tylko w proporcji nóg, wąskiej talii czy wydatnej wypukłości bluzy na piersiach. Jedyną ozdobą była pomarańczowa wstążka, którą spięła włosy w koński ogon. Aga taszczyła ze sobą nieodłączny malutki plecaczek z notatkami.
- Tej książki nie należy czytać w za dużych porcjach na raz - powiedziała.
- Jest jakiś zakaz?
- Skądże. - Dalej się uśmiechała. - Po prostu jest suchym zbiorem rad i przepisów. Znudzi cię. A jak będziesz do niej wracał wielokrotnie, to poznasz jej treść znacznie lepiej i wszystko zapamiętasz.
- Mam ochotę jeszcze czytać.
Pokręciła głową. - Nie dzisiaj. Jeszcze zdążysz na koniec wykładu o wykonywaniu płaskorzeźb. Lepiej realizować grafik.
- Nie sądzę, żeby ktoś zauważył moją nieobecność na pełnej sali wykładowej.
- Zaraz będzie kontrola biblioteki. Brenda będzie miała nieprzyjemności.
- Kto?
- No, bibliotekarka. Wpuściła cię tutaj niezgodnie z przepisami.
- Mogła mnie wyprosić. Przecież nie protestowałbym.
- Nie wolno jej opuścić biurka recepcyjnego. Teraz jest bardzo zdenerwowana. Popełniła wykroczenie.
"Czy dlatego została potępiona w moim śnie?", pomyślał.
- To chodźmy szybko. - Zebrał się z miejsca. - Nie chcę, żeby miała przeze mnie nieprzyjemności. Zaczekaj, wstawię książkę na półkę.
- Chodź już! Brenda sama ją schowa. To często czytana pozycja.
Wyszli szybkim krokiem. Bibliotekarka siedziała z opuszczoną głową. Gdy ją mijali, wzięła klucz i poszła w ślad za nimi do drzwi. Nie odezwała się.
Na schodach minęli grupę kilku osób idących do góry. "Może to ta komisja?", przemknęło mu przez głowę. "Nie zaszkodzi jej. W ostatniej chwili zdążyliśmy".
Pod koniec wykładu sala na dole była już wypełniona w całości. Ioanneos znalazł wolne miejsce na skraju. Przysiadł koło wysokiego mężczyzny o małej twarzy z jakby zaciśniętymi rysami, bardzo długich rękach i proporcjonalnie dość wąskich ramionach. Sąsiad stale notował. Długopis niknął w jego wielkich dłoniach.
Gisleberdus wolno przechadzał się po scenie, wykładając. Był w średnim wieku, sporo po pięćdziesiątce. Zgarbiony i pochylony do przodu, jakby kościec nie wystarczał, by nosić wydatny brzuch i ciężką, dużą głowę, mocno wysuniętą do przodu. Wysokie i dość wąskie czoło otaczały dwa głębokie zakola słabo przedzielone bardzo wąskim tupetem, spod którego prześwitywała błyszcząca w świetle rzutnika skóra. Żółta sztruksowa kurtko-marynarka ciężko opadała na ramiona i na brzuch, a workowate, jasne sztruksowe spodnie z tyłu wsuwały się pod pięty, z przodu zaś były wsparte na sportowych butach. Spod rozchylonego kołnierzyka wystawał krawat wymagany w tej sali. Ioanneos zauważył kiedyś na kartce z rozkładem zajęć przepisy dotyczące odziewania się nutritores. Dla różnych sal wymogi były nieco inne.
"Gdzie ona się podziała?", teraz dopiero zauważył, że Aga znikła. Wchodząc, pomyślał, że dziewczyna odnalazła odległe wolne miejsce w pełnej sali. Jednak nigdzie nie mógł jej zobaczyć.
- Należy wypełniać regułę ogólną. Jak kamień tkwił w złożu, tak ma zostać ustawiony w rzeźbie. Dzięki temu naturalne formy nie zostaną przerwane. A tylko w ten sposób można mieć pewność, że struktura nie zawali się pod swoim własnym ciężarem. Przecież tkwiąc w ziemi tak właśnie posadowiona, ta skała się nie zawaliła. Wszelkie zmiany ustawienia niosą ze sobą ryzyko zmiażdżenia dzieła jego własnym ciężarem - wywodził wykładowca.
"A cóż to? Jakby nie można było wyznaczyć odporności kamienia na zgniatanie", pomyślał Ioanneos.
Spod krzaczastych brwi i zza okularów mówca świdrował słuchaczy parą blisko osadzonych oczu. Mówił cicho i bełkotliwie, używając niezrozumiałych słów. Spierał się ze sobą, wzmacniając wywód słabą gestykulacją. Metalowe oprawki wąskich okularów rzucały srebrne odblaski. Twarz sprawiała wrażenie, jakby się skurczyła. Odbywało się to jednak na zupełnie inny sposób niż na twarzy sąsiada Ioanneosa, której rysy, choć zaciśnięte, wydawały się stabilne. Gdy Gisleberdus mówił, części jego twarzy starały się zbliżyć do siebie jak najbardziej. Oczy parły na siebie z obu boków, a na nos od dołu napierały usta.
Jego wykład nie budził entuzjazmu Ioanneosa. Podawane sposoby techniczne wydawały się niepotrzebne, zbyt ograniczone, jakby nawet samoograniczające się. "On nie zna podstaw mechaniki? Nie studiował budownictwa na jakiejś politechnice? Sam to wszystko wymyślił?"
- Lubię przesiadywać w ostatnim rzędzie sali wykładowej - zagadał do niego sąsiad. Na okładce jego notatek widniało wyraźnie napisane imię Prosper, ale nazwisko zaznaczono drobniejszymi literami i Ioanneos nie zdołał go odczytać. Wypadało trzymać notatki na blacie tak właśnie, by podpis na okładce był widoczny. - Dzisiaj się spóźniłem i nie było z tyłu miejsca.
- Z tyłu gorzej słychać.
- Ale widać całą salę, można się gapić na ładne panny. - Prosper skrzywił się w uśmiechu. - Albo można się wyspać. Nikt nie widzi...
- Raczej trudno zasnąć.
- Nieprawda, na każdym wykładzie śpi ta Szwedka, Katren. Choć siada w pierwszym rzędzie, zaraz zasypia.
- Która...?
Prosper wskazał mu osobę na dole sali.
Ioanneos aż poczerwieniał. To była krótkowłosa brunetka spotkana w dzisiejszym śnie. Nie była tak piękna jak tamta wyśniona, ale we śnie widział przecież ideał jej postaci. Dziewczyna jakby zgadła, że on o niej myśli, bo wolno się obejrzała. Złapał szczególny blask jej spojrzenia.
- Jeszcze na dodatek wyciąga się tak, że prawie zjeżdża z siedzenia. Ona wprost leży, nie, półleży. Pewnie wychowali ją, by unikała stresów. Biedaczka desperacko walczy, aby wyglądać wystarczająco bezstresowo.
- Myślę, że jest autentyczna. Nie zauważyłem jej wcześniej.
- Odtąd już stale będziesz się gapił na jej piersi.
"Przecież je pamiętam ze snu", pomyślał Ioanneos.
- Jest bardzo kształtna - kontynuował Prosper.
- Ma trochę nadwagi.
- Kiedyś zasnęła na wykładzie tak mocno, że wszystkie materiały zsunęły się jej i spadły z hukiem na ziemię.
- Nie byłem na tym wykładzie. Robią nam inne rozpiski.
- Podskoczyła przerażona tak wysoko, że prawie wyfrunęła pod sufit.
"Też poleciała w swoim śnie w Niebiosa?", pomyślał wesoło Ioanneos.
- Fajna dziewczyna przyprowadziła cię na ten wykład - szeptał dalej Prosper. - Szczęściarzu...
- Ale jej nie widzę na sali.
- Weszła, pokręciła się, pokręciła i zniknęła. Chyba zająłeś ostatnie wolne miejsce, a ona stać nie chciała.
- Nie wiedziałem... Sam bym wyszedł albo słuchał na stojąco.
- Złapiemy ją w przerwie. Ściągniemy ją do nas na kawę - powiedział Prosper. - Lubię z nią gadać. To Adelinda z Bawarii. Wie wszystko o wszystkim.
(Prosper, Ioanneos, Balduga)
W kafejce Ioanneos przysiadł się do Prospera, bo Agi nie było.
- Widziałem kartkę dla ciebie w recepcji. Ktoś przez pomyłkę wsunął ją do mojej przegródki - powiedział Prosper. Niby mówił do Ioanneosa, ale strzelał oczami po sali, kiedy tylko w pobliżu pojawiała się co młodsza niewiasta. Co chwilę przeczesywał czarne włosy palcami, by przerzedzona czupryna unosiła się i wyglądała lepiej.
- Już odebrałem swój grafik na dzisiaj.
- Dostałeś coś dodatkowego na wieczór. To są takie oddzielne skrzyneczki. Nie zaglądałeś tam nigdy...?
- Nie.
Prosper pokiwał głową ze zrozumieniem. - Wieczór integracyjny się nie zdarza, dopóki się zdarzy. Żebyś tylko nie dostał posiedzenia z uczestniczką Baldugą. Uch, ta to jest...! Można by z niej wyciskać nienawiść i wekować w słoikach. Oj, dużo by się tych słoików zebrało, dużo...
- Zaniepokoiłeś mnie, idę sprawdzić.
- Faktycznie, nie ma co siedzieć, zbieramy się. Dzisiaj wszystkie panie pouciekały przed nami - zadecydował Prosper.
Akurat przeszła zgrabna Eleonora Katuljanka w wąskiej czarnej spódniczce. Ioanneos uśmiechnął się konfidencjonalnie. - Nie wszystkie pouciekały.
- To Eleonora Monaldeschi della Cervara. Podobno jej szalony stryj, Vicino Orsini, wychował ją w pokoju, gdzie nie dość, że podłoga i sufit, to jeszcze wszystkie ściany były krzywe. Sam był garbaty, więc chciał przed nią ukryć prawdziwy pion i prawdziwy poziom. Kochał się w niej, a w taki sposób chciał ukryć niedostatki swojej urody.
- Specjalny krzywy dom zbudował?
- Dom i cały ogród kamiennych potworów, których widok miał dziewczynie zastąpić bajki. Dlatego ona stale chodzi w krawacie, żeby jej się kierunki nie pomyliły - powiedział Prosper i wydął usta.
- Bredzisz...?
- Skądże! Wszyscy tak o niej mówią. Ale poza tym panna może być, szczupła, prosta i ładna.
- Ona sama mówi, że nazywa się Katulja.
- Lubi być tajemnicza. Świetnie wygląda, jak na swoje lata. Powiedziałbyś, że ona tutaj wykłada...?
- Nie uwierzę.
- Kiedyś mówiła seminarium. Nieźle jej poszło. Ma przeźroczystą bluzkę.
- Pod spodem nosi halkę.
- Ale widać było ramiączka i miseczki stanika.
- Opowiadasz...
- Na środku sali światło jest najmocniejsze i najlepiej prześwieca.
Wieczory integracyjne polegały na tym, że należało siedzieć i rozmawiać z innymi alumenami na tematy wskazane przez uczestnika prowadzącego. Młodsi, alumeni, brali udział w szkole, bardziej doświadczeni, uczestnicy, w konferencji. Inny typ wieczorów to rozmowa z jednym uczestnikiem. Na użytek właśnie takich wieczorów integracyjnych wzdłuż ścian korytarza ustawiono krzesła parami, równolegle do siebie. Integrowany alumen siedział przy ścianie, a uczestnik prowadzący obok niego. Należało nie siedzieć twarzami do ściany, ponieważ to stresujące, ani twarzami do przechodzących, bo to rozprasza, lecz właśnie do ściany bokiem, a do siebie równolegle, gdyż należało również unikać bezpośredniego kontaktu wzrokowego na wczesnym etapie integracji.
Przewidywania Prospera niestety się sprawdziły. Dzisiejszy wieczór integracyjny miała poprowadzić uczestniczka Balduga. Ioanneosowi wyznaczono krzesło 21B - znaczy nie przy ścianie. Siedzi się wprawdzie bardziej wygodnie, bo można wyprostować nogi, ale potrącają przechodzący korytarzem, a wymagane jest skupienie na słowach uczestnika prowadzącego godzinę integracyjną. Jeśli Prosper nie żartował, to ukryty licznik mierzy liczbę słów wypowiedzianych w czasie godziny integracyjnej i gdzieś przyznają za to punkty. Bez zebrania określonej ich kwoty nie można owej integracji zakończyć.
Ioanneos usiadł z ociąganiem, gdyż na krześle przy ścianie już czekała Balduga. Zgarbiona jakby pod ciężarem za dużej głowy, kobieta średniego wzrostu, o ciemnych włosach przeplatanych nitkami siwizny. "Jiżoga?", spojrzał z przerażeniem.
- Książka! - przywitała go sykiem, który wsunął się gdzieś w głąb ciała, pomiędzy płuca i serce. Pozbawił oddechu, a serce przeszył bólem. Obróciła się i z bliska spojrzała mu w oczy. Jej wzrok przerażał. To było martwe, przepojone nieopisaną wrogością, szarozielone spojrzenie węża.
Podobno nie należało spoglądać na rozmówcę w czasie godziny integracyjnej, ale jeśli czegoś potrzebowała, Balduga nie liczyła się z regułami. Skryty licznik zapisywał tylko słowa, nie gesty czy spojrzenia integrowanych.
"Co książka? Jaka książka?", myślał w popłochu Ioanneos. Czy ostatnio rozmawiał o jakiejś książce? Unikał Baldugi jak wszyscy, ale nie mógłby przysiąc, że wcześniej nie nagabnęła go pomiędzy zajęciami. "Czy chodzi jej o Poradnik dla posągów...?"
- Książka była w worku! - Balduga nadal piorunowała go wzrokiem.
"Worek? Jaki worek?", zaskoczony Ioanneos nie mógł pozbierać myśli.
- Mów całymi zdaniami, bo nie wiem, o co chodzi - powiedział.
- No, Ioanneos, nie przerywaj mi! - nagle podniosła głos.
Zapanowało milczenie. Rozmowa nie była przyjemnością, ale licznik powinien swoje zanotować.
- Nie wiem... - zaczął cicho, ale Balduga natychmiast ucięła:
- Książka była w worku, tym, co wiesz... - powiedziała. Nagle rozłożyła dłonie, jakby trzymała w nich nieistniejącą książkę, ruszyła nimi w dół i w górę, jakby chcąc zogniskować na tym jego uwagę.
Ioanneos nie próbował się odzywać. Ta rozmowa od samego początku była niezwykłym, szokującym przeżyciem.
- No książka. Już pamiętasz.
Nic nie pamiętał, ale milczał.
Teraz Balduga postukała palcami prawej dłoni w płasko ułożoną lewą. - Tutaj, o tutaj, książka ma...
"Książka ma kartki, okładkę i grzbiet", pomyślał ironicznie. Nie dawał się zahipnotyzować jej gestom ani słowom.
- ...no, jak to się nazywa!? - mówiła dalej Balduga.
Lepiej było milczeć.
- No oczywiście pamiętasz.
Oczywiście nie pamiętał.
- Nie wiem, o co chodzi. - Zaczynała go już męczyć integracja.
- To nie przerywaj, tylko słuchaj...! - Balduga znowu podniosła głos.
Chwila milczenia, bo i ona milczała.
- Tam, tam była mapa, na której wszystko zostało zaznaczone.
- Mapa budynku ośrodka? - poczuł blask zrozumienia.
- Nie budynku, tylko mapa wszystkiego. Ona wszystko wyjaśni, a ty przestaniesz robić nieznośne błędy.
Sposób mówienia Baldugi był jedyny w swoim rodzaju. Słowa wypadały z ust pojedynczo, jak wióry odrąbane siekierą z pnia. Ton głosu był mieszaniną agresji i pretensji. Pretensji, że Balduga znowu nie znalazła należnego sobie uznania; agresji, gdyż rozmówca mógł nie podzielać jej opinii we wszystkich punktach, od początku do końca. Nawet jeśli niewdzięcznik tego nie ujawnił bezpośrednią wypowiedzią, to przecież jakieś resztki oporu mogły się tlić gdzieś w głębi jego jaźni.
- Czy w książce jest też mapa Niebios? - odezwał się nieoczekiwanie.
- Co niebios!? Jakich Niebios!? - zaczęła krzyczeć.
- Zwyczajnych, takich ukrytych za chmurą rozświetlaną dziesiątkami barwnych świateł - odważnie brnął dalej.
- Nie zaliczam! Ja ci tego nie zaliczę! O czym ty gadasz?! - zaczęła krzyczeć Balduga. - To ma być inna rozmowa! Masz się integrować, a nie alienować! Ucieczki z wykładów! - darła się już nieprzerwanie. Przechodzący patrzyli na jej wybuch.
"Chyba trafiłem...", pomyślał. "Naprawdę chodziło jej o to jedno zdanie, które powiedziałem do Brendy". Milczał cierpliwie. Łatwiej było znosić wrzaski Baldugi. "Jutro trzeba zajrzeć do biblioteki, a teraz potwór niech się wykrzyczy. Licznik tyka w przyśpieszonym tempie".
Balduga zamilkła równie nagle, jak wcześniej gwałtownie wybuchła.
- Koniec! - powiedziała. - Możesz iść. Idź!
Ioanneos posłusznie zebrał się i jak najszybciej odszedł, zanim uczestniczka Balduga zmieni zdanie.
(Eleonora, Ioanneos, Izabela)
Nawet samo ujrzenie Baldugi, a już zawsze dłuższa z nią rozmowa, pozostawiały w głowie uczucie próżni, ssącej, bolesnej, jałowej. Myśli, jak uwiązane, nieustannie wracały do widoku jej twarzy, brzmienia słów; przytłoczone ciężkim wspomnieniem, jeszcze długo nie chciały podążyć nigdzie indziej. Jakakolwiek próba zastanowienia się nad godziną integracyjną skazana była na niepowodzenie. Wydawało się, że pretensje Baldugi wypełniały świadomość bez reszty, jak brudna, ściśnięta szara wata. Nie pozostawało miejsca na nic innego, a już na pewno nie na jakiś pomysł czy żart. Ioanneos stał twarzą do ściany, tyłem do korytarza. O niczym nie myślał, wystarczał mu widok kawałka szarego tynku.
Nagle ktoś lekko dotknął jego ramienia. Odwrócił się.
Uśmiechała się do niego Eleonora Katuljanka. Była w swojej cienkiej fioletowej bluzce, granatowej spódniczce do kolan i nieodłącznym krawacie. Na wieczór zawiązała go fantazyjnie, a nie tak jak zwykle. - Chodź pogadać... Na górnym piętrze w kącie korytarza stoją fotele wyścielane skórą. Można się zrelaksować - powiedziała.
Pokiwał głową i zgarbiony poszedł w ślad za nią. Wcześniej nie zauważył tych foteli wystawionych w korytarzu.
- Siadaj tutaj i zaczekaj. Ja zaparzę uspokajające ziółka. Mamy czajnik w pokoju. Może Izabela przysiądzie na chwilę z nami. Dzisiaj czuła się gorzej i została w pokoju.
"Niektórym pozwalają wylegiwać się cały dzień?", pomyślał kwaśno. Zaraz poczuł niechęć do tej myśli. "Trucizna Baldugi", uświadomił sobie.
Wygodnie zapadł się w fotelu. Słowa Eleonory i to miejsce koiły. Coś takiego było mu teraz potrzebne.
Zaczął już zasypiać, kiedy Eleonora wróciła z kubkiem gorzkiego naparu i w towarzystwie pamiętanej z wykładu miłej, ładnej, szczupłej dziewczyny, tej z niedowładem lewej ręki. Powieki nieznajomej opadały na rzęsy fałdkami, nadając jej twarzy majestat wyniosłej królowej lodu. Spojrzenie szaroniebieskich oczu też było fascynująco lodowate. Efekt chłodnej niedostępności ideału pryskał dopiero, gdy się uśmiechała. Blady uśmiech często gościł na jej twarzy. Ioanneos pamiętał, że nieznajoma zawsze chodziła w turbanie. Odruchowo zginała głowę w lewo i utykała na lewą nogę. Z bliska Izabela nie wyglądała na młodą dziewczynę, widoczne stawały się zmarszczki, chociaż te jakby nawet podkreślały jej urodę. "Dostałaś dar piękności w każdym wieku", pomyślał z podziwem.
Eleonora posadziła ją troskliwie i wręczyła kubek z ziołami do sprawnej prawej ręki. Niedowład lewej nie ograniczał jej sprawności w znacznym stopniu, ale pomoc przyjaciółki przydawała się. Izabela nie odezwała się, tylko uśmiechnęła.
- Dzisiaj Balduga wzniosła się na wyżyny - odezwała się Eleonora, popijając drobnymi łyczkami gorące ziółka. - Wrzeszczała na ciebie tak, że było słychać w drugiej części korytarza. Pomyślałam, że będziesz potrzebował reanimacji... - Znowu się uśmiechnęła.
- Ziółka z każdym łykiem mnie reanimują. - Patrzył z przyjemnością na Eleonorę. Z kolei jej zmarszczki były w ciemności ledwie widoczne. Dzięki zgrabnej sylwetce wyglądała bardzo młodo, prawie tak młodo jak Brenda we śnie.
Podzielił się swoimi spostrzeżeniami o Baldudze.
- Też to zauważyłam. To jest gąbka. - Eleonora rzuciła badawcze spojrzenie, czy ktoś nie podsłucha, ale przecież nikogo tutaj nie było. - Balduga to gąbka do wchłaniania przyjemnych myśli i wymazywania ich z głowy rozmówcy. Emanuje z niej nienawiść, wprost wieje nienawiścią. Czujesz, że za chwilę skoczy ci do gardła.
- Jej słowa skaczą do gardła jak rozszalałe psy. Każda jej wypowiedź to bitwa, w której Balduga musi odnieść zwycięstwo.
Izabela nie odzywała się, tylko przysłuchiwała rozmowie. Może się jąkała lub miała inne kłopoty z mówieniem i nie chciała psuć wrażenia?
- To coś więcej. Odczuwam, że ona sama z najwyższym trudem powstrzymuje się, by nie skoczyć na mnie i nie zagryźć. Kiedyś byłam tak roztrzęsiona po paru zdaniach, które mi powiedziała, że poparzyłam sobie wierzch dłoni herbatą.
- Pomogła ci?
- Oczywiście, że nie. Wtedy po prostu odeszła. W sumie nie najgorzej. Mogła przecież wylać resztę wrzątku na moją rękę.
- Nie wiedziałem...
- Nic groźnego. Ręka się powoli goi. Pojawiły się ślady skóry.
- Nie dałaś po sobie poznać.
- Da się naciągnąć rękawy bluzki aż na dłonie.
- Wtedy Prosper gapi się na ciebie jeszcze bardziej.
- Przecież widzę. Naciągnięta bluzka opina się na moich piersiach, a jego to hipnotyzuje... - Zachichotała. - Obawiam się, że niesprawną mogliby mnie gdzieś stąd przesunąć. Każdy powinien być sprawny.
- Ja jestem niesprawna, a nie przenoszą mnie - odezwała się nieoczekiwanie Izabela. Mówiła pewnym, ciepłym altem. Nie jąkała się.
- Odczuwam promieniującą z niej zawiść czy zazdrość - powiedział Ioanneos.
- To uczucie ma właśnie takie odcienie, ale ono jest jedyne w swoim rodzaju, charakterystyczne wyłącznie dla Baldugi - kontynuowała Eleonora.
Było już bardzo późno. Wszystkie wykłady z rozpiski dla Ioanneosa dawno się skończyły. Za oknami szalała nawałnica. Okiennice uginały się pod naporem wiatru. Pomyślał, że dziewczyny chcą już iść spać, więc zaczął się zbierać.
- Nie uciekaj jeszcze - powiedziała.
- To opowiedz mi o czymś zupełnie innym. Chcę oczyścić myśli z Baldugi.
- Dobrze. Ani słowa więcej o Baldudze.
- To ja opowiem ci o naszych stronach - odezwała się Izabela. - Pochodzę z tych samych okolic, co Eleonora. Niedaleko Brunej jest głęboka dziura w ziemi, straszliwa przepaść. Postąpisz w lesie jeden krok za daleko i przepadniesz w otchłani. Niektórzy mówią, że jest tak głęboka, iż zanim dolecisz do dna, inni przestaną słyszeć twój krzyk.
- Przestanę krzyczeć ze strachu?
- Nie o to chodzi. - Machnęła ręką. - Jest tak głęboko, że głos nie dochodzi.
- Stąd się wzięła nazwa tego miasta?
- Nazwa?
- No Bruna, Studnia. Dziura w ziemi.
- Nie wiadomo, co jest na dnie tej dziury. Raczej nie woda. Mogą już być nawet płomienie.
- Deszcz by je zgasił.
- Niektórych płomieni nie da się ugasić.
- Płomienie w studni? I to płomienie nie do ugaszenia?
- To jest zmieniona studnia, przenicowana. Dlatego na jej dnie mogą być płomienie, nie woda.
- Dziwne miejsce.
- Więcej tam rzeczy przenicowanych. Trzeba patrzeć na obrazy, wizerunki. Słabi pokonują stokroć silniejszych, bezbronni uzbrojonych, zwierzyna swoich myśliwych. To takie miejsce, Przenicowana Studnia.
- Zaskakujące - powiedział, zdziwiony opowieścią.
- Wiesz, że żadna z nas nie nazywa się Orsini? - spytała Izabela.
- Ty też nie? Ani Monaldeschi della Cervara...?
Izabela szerzej otworzyła oczy. - Właśnie - powiedziała. - Chociaż to na jedno wychodzi.
- Przecież Prosper mi powiedział...
- Ach, on nawet...
"Dlaczego są rozpowszechniane ich fałszywe imiona, skoro one tak starannie to prostują?"
- Tu każdy ma imię fałszywe i imię prawdziwe - powiedziała Eleonora, patrząc na niego. - Trzeba rozpoznać imię fałszywe i posługiwać się prawdziwym.
- Droczą się z nami...?
To pytanie pozostało bez odpowiedzi.
- Masz na imię Józef? - spytała Izabela, tym razem leciutko się jąkając.
- Ioanneos. Dość podobnie.
- Szkoda. Już myślałam, że Eleonora odnalazła swój ideał. Przepada za tym imieniem.
- Przestań - zgasiła ją Eleonora.
"Mają dziewczyny wyobraźnię, jedna historia ciekawsza od drugiej", pomyślał, wracając do siebie. "Uspokoiły mnie swoimi opowieściami. Ale moje sny są jeszcze wspanialsze". Potem zaczął się zastanawiać, jakim imieniem jest Ioanneos, prawdziwym czy fałszywym, skoro wszyscy tak mówią do niego.
(Ioanneos, Brenda, NN nutritor, Prosper, Izabela)
Zbudził się jeszcze w mroku nocy. Przed oczyma wyłaniał się ledwie dostrzegalny zarys sufitu. Żaden sen nie przyszedł, a pustka i zmęczenie wczorajszego dnia zostały. "Maszyna nie zadziałała. Niczym nie wyróżniłem się na wykładach. Przestali inwestować w moje kształcenie", pomyślał. "Zresztą może stało się co innego. Balduga wyssała ze mnie nawet marzenia senne. To spojrzenie, nienawistne spojrzenie... Nie ludzkie, ale też nie rozwścieczonego zwierzęcia, lecz jakby kogoś stokroć gorszego. Destylat zła. Żaden, nawet najlepszy system do nauczania pozaświadomego nie zadziała, jeśli mózg poddany został tak straszliwej presji".
Wywołał z pamięci wspomnienie ostatniego snu, a dokładnie spojrzenie innych szarozielonych oczu. Tak samo spojrzała na niego Jiżoga, gdy już ułożyła sobie na plecach nieszczęsną Ritę. Czy Balduga i Jiżoga to ta sama osoba...? Czy jest podobnie z Ritą i z Brendą? Czy wreszcie wyidealizowana Karina ze snu ma swój realny obraz w pierwszym rzędzie sali wykładowej? Katren mimo nadwagi wygląda bardzo interesująco.
Postanowił zrezygnować ze śniadania, żeby pójść do biblioteki. Nawet nie po to, żeby coś wypożyczyć, ale by zobaczyć Brendę. Przeczuwał, że zarówno jego nieopatrznie powiedziane zdanie, jak i jej spontaniczna reakcja mogły mieć dla niej niedobre skutki.
Idąc korytarzem, pomyślał, że ktoś będzie chciał go zatrzymać. Na schodach natknął się na liczną grupę schodzących. Musiał stanąć, by ich przepuścić. Szło akurat ze trzydzieści osób. "Cała sala wyszła z wykładu? Skąd się ich tylu wzięło, i wszyscy idą na dół? Czy oni stanowią żywą zaporę, by mi udaremnić dotarcie do biblioteki?", pomyślał. "To bzdurne przypuszczenia. Balduga jest tylko jedna. Inni są zwyczajni". Machnął ręką, aż ktoś spojrzał na niego badawczo.
Szybko wbiegł po schodach. Nacisnął klamkę. "Pewnie będzie zamknięte", pomyślał, jednak drzwi ustąpiły.
Brenda siedziała za biurkiem, coś pisała, przyświecając sobie lampką, bo dzień był wyjątkowo ciemny. Podniosła na niego wzrok. Miała dziwny makijaż: okolice oczu aż do brwi, powieki, wreszcie kości policzkowe zostały mocno przyżółcone gęstym kremem. "Na szczęście nie odsunęli jej od pracy", pomyślał. Uważał, by używać tylko właściwych słów, gdzieś tutaj mógł być mikrofon Baldugi.
- Chciałem skorzystać z biblioteki w porze śniadania.
- Tak. - Pokornie spuściła wzrok.
Skierował się do sali zbiorów. Nie licząc jego odbicia, wnętrze było puste. Można było przez godzinę snuć się wzdłuż zakurzonych regałów. Trochę błądził, ale wreszcie trafił na Poradnik dla posągów. "Jeden krótki rozdział, nie więcej", pamiętał wskazówki Adelindy. Usiadł na taborecie i otworzył książkę.
O posągach najpiękniejszych, przeczytał tytuł rozdziału.
Poruszania się trudno uniknąć. Są tacy, którzy wyćwiczyli się w jego unikaniu. Zwiemy ich najpiękniejszymi posągami. Trzeba pamiętać bowiem, że każde poruszenie ma swoją cenę. Materia się zużywa, tworzywo lubi kruszeć. Każdy zaś ruch posągu, dostrzeżony skrajem świadomości widza, sprawia u niego wrażenie nieuchwytnej niedoskonałości posągu. Poruszając się, marniejesz, więc chcąc zachować piękno swej postaci, unikaj ruchu.
Zbyt gwałtowny, ale też tak naprawdę każdy ruch, nie pozostaje bez następstw, chociaż nie są to następstwa, jakich kto mógłby się spodziewać. Powoduje on utratę substancji, a to jest nie do odtworzenia. Sypie się pył, struktura traci swą czystość, a posąg staje się coraz bardziej obły. Gdy namiętność poruszania się zbytnio nim zawładnie, upodabnia się w końcu do otoczaka.
Dlaczego akurat ta książka wywołała gwałtowną reakcję Baldugi? Czy stanowiła tylko pretekst, a rzeczywistym powodem było to, że ujawnił Brendzie spostrzeżenie ze wspólnego snu? Czy wczorajszy sen był rzeczywiście wspólny dla nich dwojga? A jeśli tak, to dlaczego nie spotkał Quintena van den Cuyperen? On też był bohaterem snu Ioanneosa. Chwila zastanowienia sprawiała, że liczba pytań rosła lawinowo. Zamknął okładkę. "Tyle na dzisiaj", pomyślał. "Pora iść na poranny wykład. Nie można skazywać Brendy na naganę".
Kiedy wychodził, spojrzał na bibliotekarkę. Jej oczy szkliły się od łez, chociaż żadna z nich nie ściekła po policzku. Nie odezwał się, ona też nie.
"Czy ona miała dzisiaj podbite oczy, a krem miał to skrywać?", pomyślał na schodach. Znowu schodziła liczna grupa ludzi. Teraz nie spowalniali go w drodze.
Nie spóźnił się. Wykład jeszcze się nie zaczął, chociaż na sali było już wielu słuchaczy.
Ten wykładowca był podobny do Gisleberdusa, chociaż tupetu już nie miał, a tylko skłębioną kępkę włosów. Wystarczało, by ukryć znaczną łysinę, widoczną tym bardziej, że mówca stale zadzierał głowę. Ukryciu nagiego ciemienia bardzo pomagał brak zatok. Wykładowca miał mówić o płaskorzeźbie z portalu katedry Świętego Landeberta z Lugdunum.
"Czy podobni do siebie wykładowcy mówią o podobnych do siebie zagadnieniach?" Ioanneos nie sprawdził, jak nazywa się ten profesor. Bez wątpienia jednak jego wady budowy były lepiej ukryte niż wady Gisleberdusa. Rozpięta ciemna marynarka w znacznym stopniu skrywała rozpływanie się brzuszyska na boki, a wąskie, rurkowate, czarne spodnie sztruksowe przydawały jego sylwetce wrażenie jakby smukłości od dołu.
Znad rozpiętej flanelowej koszuli wyłaniały się skłębione kudły krzaczastej brody.
Mówił, nie przestając chodzić. W trakcie wypowiedzi przyspieszał coraz bardziej, ale co chwilę zatrzymywał wywód, zerkając na audytorium i w milczeniu gestykulując. Nie jąkał się. Niestety, w miarę wywodu coraz słabiej się kontrolował, obracał bokiem do audytorium i niebezpiecznie pochylał głowę. Wtedy właśnie wyłaniała się blada łysina, jak łąka otoczona rzadkimi zaroślami. Rumiany kolor policzków nie sięgał na ciemię. Ioanneos nie wiedział ani gdzie jest Lugdunum, ani jak wygląda tamtejsza katedra, i już zupełnie, o który jej portal chodzi. Skoncentrował się więc na obserwowaniu mówcy.
Uwagę nutritora zwróciło wejście Izabeli, która spóźniła się na wykład i teraz wolno schodziła w dół sali. Popatrzył badawczo, przerwał gestykulację, ale nie skomentował jej spóźnienia.
Izabela usiadła koło Ioanneosa i blado się do niego uśmiechnęła. W pełnym świetle zauważył, że ona ma niesymetryczne usta, pewnie z powodu swojej dolegliwości. Że jest ładna, szczupła i zgrabna, zauważył już wcześniej. Jak zawsze miała biały zawój na głowie, bladoniebieską bluzkę kimono i wąską spódnicę do kolan, podkreślającą smukłe biodra. "Zamieniają się spódnicami z Eleonorą", pomyślał wesoło.
Z tylnego rzędu łypnął do niego Prosper.
"Nie śmiej się, nie śmiej, wolę gadać z nią niż z tobą", Ioanneos nie odpowiedział na uśmiech Prospera. Raz z nią zamienił parę słów, a już zdążył polubić cichą Izabelę.
- ...płaskorzeźba Sądu Ostatecznego z zachodniego portalu katedry w Lugdunum zawiera bardzo rozbudowany opis tego wydarzenia - to zdanie wykładowcy bezpośrednio nawiązywało do drugiego snu. Po pierwszym śnie był wykład będący niemal bezpośrednim komentarzem do niego, a teraz wyglądało, że ten wykład będzie komentować sen drugi. Ostatnie wydarzenia układały się w coraz wyraźniejszy rytm. Ioanneos zamienił się w słuch.
Wykładowca podniósł wzrok na audytorium, a Ioanneos przysiągłby, że spojrzał właśnie na niego. "Robię się przewrażliwiony", pokiwał głową do swojej myśli.
- Katedra w Lugdunum nie miała ozdobnego zachodniego portalu! - zagrzmiał z sali łysy i zgarbiony słuchacz. Mimo bardzo skromnej postury mówił donośnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem. Miał skórę na twarzy pokrytą rudymi wykwitami i oczy, które mrużyły się jak u dziecka, kiedy się uśmiecha, chociaż właściciel nie miał w sobie nic dziecinnego.
- Nie znam go - szepnął Ioanneos.
- To jest nutritor m'Beleh - wyjaśniła cicho Izabela.
Ioanneos dziwił się jego zapalczywości bardziej niż dziwnej koincydencji swoich snów z rozważaniami z wykładu. "Dlaczego tak mu na tym zależy? Czy to takie ważne?"
- Nie było tam miejsca na nic więcej niż na geometryczny ornament - powiedział znowu m'Beleh.
- Która katedra? - zapytał z sali Dacortona.
To pytanie nieoczekiwanie wytrąciło m'Beleha z rozpędu. Poczerwieniał, rytmicznie ruszał żuchwą, nie wydając dźwięku.
- Najpierw był znak męczeństwa Landeberta - zaczął wyliczać Dacortona. - Potem na tym samym miejscu katedra Karola, następnie ta Ottona, później gotycka, wreszcie...
- Żadna! Żadna! - krzyknął m'Beleh.
Tym razem odpowiedziała mu cisza sali.
- Ile ich tam było, żadna z nich nie miała zachodniego portalu wystarczających rozmiarów, by umieścić tam sceny Sądu!
- Nie mogli Sądu Ostatecznego umieścić na innym portalu? - szepnął Ioanneos.
- Nie było takiej możliwości - szept Izabeli był cichy jak tchnienie. - Tylko na zachodnim albo na żadnym... Muszę wyjść. Pomóż mi. - Zaczęła się podnosić.
Ioanneos zbierał się za nią. Zostawił w ławce notatnik.
- Weź mnie na ręce, nie jestem ciężka - powiedziała. - Zaraz stracę przytomność. Już nadeszła aura. Widzę zamykające się drewniane wieko. Zaraz rozlegną się dźwięki młotka... - Sięgnęła jak ślepiec w poszukiwaniu Ioanneosa. Schylił się więc, a ona złapała go obiema rękami za szyję. Niesprawną lewą przytrzymała mocniejszą prawą ręką.
Wszyscy na sali patrzyli na nich jak na widowisko. Wykładowca przerwał na chwilę. Ioanneos starał się nie wywrócić na schodach, niosąc ją na samą górę do wyjścia. Już będąc wysoko, odniósł wrażenie, że Izabela próbuje się wyrwać słabymi rytmicznymi szarpnięciami.
Sala była tylko przymknięta. Stopą pchnął drzwi.
Na korytarzu wzdłuż ściany stały krzesła. Posadził Izabelę na jednym z nich. Chciał o coś zapytać, pochylił się ku niej, ale była nieprzytomna. Wymknęła mu się z rąk i zsunęła z krzesła, zdążył tylko przytrzymać jej głowę. Zaczęła jak ryba trzepotać głową kurczowo przechyloną ku lewemu ramieniu. Przytrzymywał ją, żeby się nie poobijała o podłogę. Zsunął się jej turban, odsłaniając łyse ciemię. Nawet nie krótko ostrzyżone, ale łyse. "Izabela jest po chemioterapii?", pomyślał.
Korytarzem przechodziło wiele osób, jednak widocznie uznano, że Ioanneos udzieli jej wystarczającego wsparcia, gdyż nikt się nie zatrzymywał. Może przypadki padaczki były tutaj częste.
Drgawki przechodziły falami, głowa Izabeli coraz bardziej chyliła się ku jej lewemu ramieniu. Padaczka biła jej ciałem o parkiet. Ioanneos jedynie pilnował, by głową nie uderzała o podłogę. Wreszcie drgawki zaczęły słabnąć. Papierową chusteczką przetarł pianę z kącików ust Izabeli.
Delikatnie zebrał dziewczynę z parkietu i posadził z powrotem na krześle.
Spojrzała na niego. Chwilę bezgłośnie poruszała wargami, wreszcie spytała: - Wysunęła mi się na wierzch spod bluzki lewa pierś?
- Nie. Dlaczego?
- Tak mnie odziali, że stale muszę się wstydzić. Mam taką sukienkę, że podczas ataku choroby lunatycznej właśnie lewa pierś wysuwa mi się na wierzch, a to mnie bardzo krępuje. Celowo mnie upokarzają.
- Kto cię upokarza?
- Ach... długo by mówić...
- Eleonora...?
- Skądże, ona jest moim największym wsparciem.
- Czy też z tego powodu jesteś łysa?
- Nie wiem. Widocznie nie przysługują mi obecnie włosy.
Kolejna niezrozumiała odpowiedź.
- Nie zsikałam się?
- Nie ma śladu.
- Dziwne. Albo mi wyjdzie na wierzch lewa pierś, albo się zsikam. Tak to zawsze przebiega.
- Było inaczej.
- Może przy tobie zostałam ochroniona przed upokorzeniem. Mógłbyś częściej siadywać na wykładach koło mnie?
- Z przyjemnością. Chociaż nie wiem, czy i kiedy znowu cię spotkam. Nie wiem, kto sporządza rozpiski.
- Ale jak mnie zobaczysz, bez pytania siadaj obok, koniecznie po mojej lewej stronie.
- Pewnie.
- Jak znowu nadejdzie aura, spróbuję cię uprzedzić. To jest zawsze zamykane wieko trumny, odgłos wbijanych gwoździ i zapach wilgotnej ziemi. To jest straszne, mrozi do szpiku kości. A gdy już przyjdzie atak i będę rzucać się po ziemi, przysłoń mi lewą pierś.
- Ależ...
- Nie krępuj się. Jest blada, niezbyt duża, ale kształtna. Możesz ją nawet ująć do ręki i schować mi z powrotem pod bluzkę. Pozwalam ci na tę intymność.
Spojrzał badawczo. Jej bluzka kimono miała duży dekolt, niespięty ani guzikiem, ani broszą, ani czymś innym.
- Tak mi to uszyli. Nie mam nic innego. Bluzka zawsze się rozsuwa w podobny sposób. Bardzo mnie to zawstydza. Jeśli to się znowu zdarzy, pomóż mi wtedy.
(m'Beleh, Ioanneos, Rajga, Honoriusz Scholastyk, Prosper, Brenda)
Przy głównym posiłku, bo trudno nazwać szwedzki stół, głównie kromki chleba i gorące paszteciki, obiadem, nutritor m'Beleh głośno komentował wykład o płaskorzeźbie Sądu Ostatecznego z portalu katedry Świętego Landeberta w Lugdunum. Ioanneos był na początku tego wykładu, ale zapamiętał tylko ciągłe dygresje i chaos wypowiedzi. Może ten wykład był czymś podobnym jak wieczór integracyjny, gdzie nieważne, co się mówi czy co się usłyszy, ale ważniejsze, jak mocne uczucia zostaną przekazane? Zresztą atak padaczki Izabeli zmusił go do wyjścia w połowie i teraz chciał się dowiedzieć, o czym tam było mówione. Podejrzewał, że akurat ten opuszczony fragment mógł być związany ze snem, w którym poznał wyidealizowaną postać bibliotekarki.
- Po co tyle mówić o takim budynku? - zapytała młoda, ciemnowłosa kobieta w okularach i z szeroką diastemą między górnymi siekaczami. Faktycznie oba zęby kierowały się nieco na boki, celując pod różnymi kątami w prawo i w lewo, jakby chciały od siebie uciec. Przypominały nierówno wbite w dziąsło kawałki domina. Ta dziwna skaza na obliczu nieodparcie przyciągała wzrok jako pierwsza.
"Wygląda, jakby została celowo oszpecona", pomyślał. "Przecież jest całkiem zgrabna i urodziwa. Może nie tak bardzo jak Katren, ale jest niewiele brzydsza".
- Dobrze, że zrobili z nimi porządek rewolucjoniści. Szkoda, że nie zburzyli tego wszystkiego - mówiła dalej nieznajoma.
m'Beleh umilkł i tylko uśmiechał się zagadkowo, lekko kiwając się do przodu i do tyłu.
"Przecież katedry są piękne", pomyślał Ioanneos. To już wystarczający powód, by ich nie niszczyć.
- Zniszczyć, zniszczyć... - powiedział mechanicznie kiwający się m'Beleh, jakby powtarzał niewypowiedziane słowa. - A tutaj o nich wykład za wykładem, pani Rajgo. Na dole zaraz się zaczyna Honoriusz Scholastyk. Nie można go opuścić. Chyba każdy dostał go w rozpisce. - m'Beleh obdarzył swoim pozornym uśmiechem Ioanneosa.
Ten odruchowo zerknął na swój karteluszek. Faktycznie, trzeba zaraz zejść na dolny poziom. Ioanneos odłożył talerzyk. Spojrzenie m'Beleha mogło być wskazówką tylko dla niego. Ciemnowłosa rozmówczyni wcale nie musiała iść na wykład Honoriusza. Skoro była tak niechętna porządkowi katedr, to może uczestniczyła w zupełnie innych zajęciach. Możliwe, że nutritores byli informowani, jakie wykłady kto dostaje w dziennej rozpisce.
Honoriusz Scholastyk okazał się niewysokim, szczupłym mężczyzną, który rozległą łysinę starał się przykryć bardzo skromną przerzutką, wąziutkim, nadzwyczaj długim paskiem ciemnych włosów. Oczy skrywał pod dużymi okularami o grubych oprawkach.
- Sąd Ostateczny można przedstawić jako kielich stojący na murze z kwadratowych kamieni - zaczął i bacznie rozejrzał się po sali.
Rozległy się szepty. Ioanneos nie tego się spodziewał. Nigdy nie widział tak dziwnych przedstawień Sądu Ostatecznego. Honoriusz miał wprowadzić wszystkich w jego porządek, ale już pierwsze słowa były niezrozumiałe.
- I nic?! I tyle?! - zewsząd dobiegały głośne uwagi.
- Jak mamy to rozumieć? - spytała Rajga, która jednak też pojawiła się na wykładzie. Spojrzała na siedzącego obok m'Beleha, jakby prosiła go o akceptację czy o potwierdzenie.
Honoriusz zamilkł, chwilę nieruchomo patrzył na parkiet.
- No, czy to jakiś szczególny kielich, czy wystarczy szklanka ze stołówki...? - dobiegło z sali, a kilka osób się roześmiało. - Czy może być plastikowy kubek z automatu na kawę z korytarza? - nie ustawał dowcipniś.
- Nie - odezwał się głośno Honoriusz. - To musi być kielich Tassilona z Bawarii. Powiem o nim później.
- A jak rozumieć kwadratowe kamienie? - ciszej spytała Rajga. - Przecież kamienie nie są płaskie. - m'Beleh rytmicznie kiwał się w takt jej słów.
- Dobrze, jak na przedstawieniu Sądu zaznaczone są cztery rzędy kamieni - powiedział wykładowca. Nie dosłyszał ostatniego pytania. Honoriusz mówił z fatalnym francuskim akcentem.
- Cztery rzędy? - znowu się ktoś dopytywał.
- Na tej sali są tylko dwa rzędy miejsc - to znowu Rajga.
Ktoś stuknął Ioanneosa w ramię. Odwrócił się. Z następnego rzędu pochylał się Prosper. - Ona ma smuklejsze biodra niż Katren - szepnął konfidencjalnie.
- Katren w idealnej postaci będzie o wiele piękniejsza od Rajgi.
- Musiałaby zrzucić z bioder parę dobrych kilogramów - bezgłośnie zarechotał Prosper.
"Ten tylko o jednym", pomyślał Ioanneos.
- Dlaczego powinny być cztery rzędy kamieni? - spytał szeptem.
- Nie mam pojęcia. Wyciągniemy uczestniczkę Rajgę na wieczór integracyjny.
- To ci odgryzie rękę.
Prosper zatrząsł się w bezgłośnym śmiechu.
- Faktycznie są tutaj tylko dwa rzędy miejsc... - powiedział Honoriusz. - Bo to sala na najniższym poziomie. Sale na wyższych poziomach mają po trzy, po cztery, potem znowu trzy, a wreszcie te najwyżej znowu tylko dwa rzędy miejsc. - Dwa rzędy miejsc na tej sali oddzielono schodami pośrodku. "Jakżeż może się wiązać symbolika przedstawiana przez Honoriusza z konstrukcją budynku ośrodka?", pomyślał Ioanneos. "Historyk sztuki go projektował, nie architekt?"
Chyba wszyscy byli zaskoczeni tezami i odpowiedziami Honoriusza, bo gwar ucichł.
Ten skorzystał z tego, że przestali mu przerywać, i kontynuował wywód. - Budowla Ostateczna wykonana została przed początkiem czasów, ale jedna jej ściana się zawaliła. Stało się to też przed początkiem czasów - powiedział. - Jednak przed końcem czasów powinna ona zostać naprawiona kamieniami kwadratowymi.
- Czy to znaczy, że czas przestanie dotyczyć również nas? - zapytał ktoś z sali. Ten wykład różnił się od innych. Stwierdzenia wykładowcy były głośno komentowane przez słuchaczy. Nutritorowi przerywano pytaniami. Często sala wrogo reagowała na jego stwierdzenia.
- Mówi się, że nastąpi koniec czasów, koniec historii. Może to znaczyć koniec czasu.
- Dlaczego nas upośledzono, nakładając na nas więzy czasu?
- To nie jest upośledzenie. Czas jest naszym nieodłącznym towarzyszem od powstania świata. Dla jakiegoś powodu nam go dano - replikował Honoriusz.
- Co wiadomo o tych kamieniach kwadratowych, poza ich pięknem i dobrem?
- Wiezie je na budowę czterokonny zaprzęg. Po drodze niektóre kamienie spadają z wozu. To te, które nie są wygładzone, nie są kwadratowe.
- Czterokonny zaprzęg?
- Tak. Znane są nawet imiona koni.
- A jakie są? - Wykładowcy stale przerywano. Wykład przerodził się w ciągłą dyskusję ze słuchaczami.
- Facet mówi samymi zagadkami - Ioanneosa dobiegła powiedziana półgłosem uwaga z tylnego rzędu.
- Ich imiona to Młodzieniec, Wół, Lew i Orzeł.
Podobnie jak wcześniej, szmer na sali nagle ucichł. Jakby się rozeszło coś nieuchwytnego. Lęk? Obawa, że ktoś w tym miejscu użył tych słów?
- A jak oceniać, czy kamienie są wystarczająco kwadratowe...? - wtrącił się m'Beleh. W jego głosie pierwszy raz czuło się niepewność. - Kwadrat jest płaski, bryła kwadratem być nie może.
- Ach tak... - Honoriusz machnął ręką, jakby odganiał natrętną muchę. - Zawsze o to pytają. Na płaskorzeźbę patrzy się zwykle z jednego kierunku. Podobnie kamień w murze eksponuje do widza jedną ścianę. Kwadrat jest symbolem doskonałości. Dla brył takim symbolem może być sześcian.
- A co z tymi innymi kamieniami? - dopytywał się m'Beleh. - Tymi, które spadną z zaprzęgu.
Na sali panowała niemal idealna cisza. Był to niezwykły kontrast do poprzedniego gwaru, komentarzy i kąśliwych uwag.
- Cóż, nie są doskonałe...
- Nie ma dla nich żadnej nadziei?
- Zostaną przetopione w piecu wapienniczym na wapno.
- Przepadną na zawsze? Marny los potencjalnych żywych kamieni.
- Nie przepadną. Powstanie z nich wapno, zaprawa spajająca odbudowywaną ścianę Budowli Ostatecznej. Rolę swoją odegrają, choć kamieniami zostać nie chcieli.
Honoriusz skorzystał, że jego słowa znowu uspokoiły salę. - Grubo pozłacany, miedziany kielich księcia Tassilona z Bawarii, z wygrawerowaną dużą postacią Pasterza, a też z Młodzieńcem, Orłem, Wołem i Lwem, w zupełności wystarczy, żeby przedstawiać Sąd Ostateczny. Jednakże lepiej, jeśli puchar Tassilona zostanie postawiony na murze z kwadratowych kamieni.
Odpowiedziała mu cisza. Niektóre uwagi Honoriusza rozbawiały ich do łez, inne rozwścieczały, jeszcze inne wreszcie trafiały jak celne pociski, zmuszając do zupełnego milczenia. Dziwne były reakcje tego audytorium. Ioanneos ich nie rozumiał, jak nie zrozumiał też uwag Honoriusza.
- Czy Pasterz na kielichu Tassilona to Woźnica zaprzęgu wiozącego kwadratowe kamienie? - odważył się zadać pytanie ktoś z tylnego rzędu.
Głos tej kobiety wydał się znajomy. Ioanneos odwrócił się. Poznał bibliotekarkę, pytanie zadała Brenda.
- Tak. Ten sam - odpowiedział Honoriusz Scholastyk.
- Czy można dodać więcej do esencji, do takiego przedstawienia? - teraz odezwała się Rajga, a m'Beleh kiwnął się z uznaniem.
Ioanneosowi wydało się, że chciała tym pytaniem zatrzeć na sali wrażenie po odpowiedzi na pytanie Brendy.
- Tak. Można dodać Dwanaście Miesięcy, znak czasu.
Te słowa zawisły w ciszy.
Wykład dobiegł końca. Wykładowca składał notatki. Ioanneos, wspinając się po schodach do drzwi, zauważył zbierającą się do wyjścia Brendę. Chciał do niej zagadać, ale zauważył, że jest zapłakana, więc przeszedł obok.
Wahał się, czy na nią nie zaczekać. Pomyślał jednak, że niedyskrecją byłoby pytać bibliotekarkę, dlaczego płakała na wykładzie. Jedynym powodem poufałości mogło być to, że gościł ją w swoim śnie, ale przecież Brenda o tym wiedzieć nie mogła. Już raz pozwolił sobie na poufałość i miało to dla nich obojga niemiłe następstwa.
Poszedł za Honoriuszem. Zgarbiony profesor tak szybko szedł ku schodom, że trudno go było dogonić. Wreszcie Ioanneos się z nim zrównał.
- Dziwny był wykład nutritora - powiedział, kiedy stary spojrzał na niego spod grubych opraw okularów. - Treść muszę dopiero przemyśleć, ale spodziewałem się czego innego.
Honoriusz przystanął.
- A czego? - Jakby zachęcił go przyjazny ton Ioanneosa, bo był przygotowany na szyderstwa i drwiny.
- Zwykle na przedstawieniach Sądu Ostatecznego jest co innego. Niebiosa, budzący się piękni ludzie odziani w listki figowe, odmęty, płomienie, anioły i demony.
Honoriusz rozejrzał się wokoło.
- Tutaj nie mogłem o tym mówić - szepnął. - Do tych słuchaczy tamte słowa trafiłyby jeszcze gorzej.
- Przepraszam za nich - powiedział Ioanneos. Żal mu było starego profesora.
- Ech, nieważne... - Honoriusz machnął ręką. - Oni mają większy problem. - Podniósł wzrok na Ioanneosa. - W listkach figowych...? - Uśmiechnął się. Zrobił porozumiewawczy gest i sięgnął do teczki. Jednak nie znalazł tego, czego szukał.
- Ma pan kartkę i ołówek?
Ioanneos wytargał papierek z notatnika. Honoriusz coś na nim nabazgrał.
- Proszę zaraz schować do kieszeni - szepnął. - Jutro będzie mój wykład właśnie o rzeczach pana interesujących. A teraz proszę już szybko stąd iść.
Ioanneos wsadził rękę do kieszeni spodni, wyczuwając złożoną karteczkę.
(Eleonora, Izabela, Ioanneos)
Po ostatnim wykładzie Ioanneos wracał zmęczony do siebie. W kącie korytarza, przed jego pokojem, ktoś głośno rozmawiał. Zatrzymał się więc i zerknął zza węgła. Eleonora i Izabela stały i o czymś dyskutowały. Izabela nie jąkała się wcale. Jednak bardziej zaskoczyła go Eleonora. Rozebrała się do pasa na korytarzu i tylko dłońmi próbowała się niedbale zasłaniać. Coś Izabeli pokazywała tuż nad piersią, coś tłumaczyła, wyjaśniała. Miała wyraziste, ciemne kwiatki, a same piersi nieduże, choć kształtne. Izabela się nie rozebrała, tylko cicho komentowała wygląd Eleonory.
Obie kobiety miały dziwnie gładką, perłowo połyskującą, świetlistą cerę. "Dlaczego ona rozebrała się w publicznym miejscu?", pomyślał Ioanneos. "Przecież w każdej chwili mógłby tędy ktoś przejść. Nie mogą oglądać się w swoim pokoju? Tam żaden natręt ich nie zaskoczy".
- W ciągu dnia pokoje są niedostępne, bez przerwy je sprzątają - powiedziała Eleonora. - Przez to trzeba się rozbierać w tak niedyskretnym miejscu.
"Ona słyszy moje myśli?", zdziwił się.
- Może już otwarli - odezwała się Izabela.
Obie kobiety odwróciły się i znikły za drzwiami.
Ioanneos wyszedł zza węgła i skierował się do swojego pokoju. Przecież one tam właśnie weszły! Ale musiał przekręcić klucz w zamku, więc może jednak nie...?
Wewnątrz było jasno. Prawie całą powierzchnię podłogi zajmowało wielkie, podwójne łóżko. Wyglądało bardzo dziwnie, obramowane prostokątną drewnianą ramą z surowych desek, która dzieliła je na dwie kwatery. Nie było na nim zwykłego siennika, lecz cały obszar ujęty deskami wysypano drobnymi, obłymi, jasnymi kawałkami tworzywa, wyglądającymi jak elastyczne kamyki. Na pewno bardziej poprawiały ukrwienie niż zwyczajny materac.
Na jednej kwaterze tego łoża leżała Izabela, na drugiej zaś Eleonora. Każda z nich była naga, a tylko biodra i uda miała owinięte luźną szatą, jak sarongiem. Jedna szkarłatną, druga fioletową. "Zwykle noszą podobne wąskie, obcisłe spódniczki", przypomniał sobie. Uderzała perłowa bladość skóry obu półnagich kobiet. "Jak żywe figury z porcelany", pomyślał. Ioanneos chciał się wycofać, zawstydzony intymną sytuacją.
- Nie uciekaj. Inni w ogóle tego nie zauważają - powiedziała pewnym głosem Izabela.
- Przepraszam.
- Miałeś tutaj przyjść.
Izabela przechyliła głowę, a jej lewa pierś zsunęła się w bok poza obrys ciała. Nie miała turbanu na głowie, widać było łyse ciemię. Nie błyszczało. Gładka skóra Izabeli aż promieniowała perłową bielą. Kobieta przypominała żywy posąg.
Zaraz podniosła głowę i spojrzała na niego. - Nałóż mi turban - powiedziała.
Rozejrzał się. Na komodzie leżał zawój błyszczącej tkaniny w czerwonofioletowej, nasyconej barwie.
- Piękny kolor - powiedział.
- Nazywa się caput mortum - odpowiedziała Izabela, parsknęła śmiechem i spojrzała na niego w taki sposób, że onieśmielony cofnął się z powrotem pod drzwi.
- No przestań... - przeprosiła zaraz. - Czasem spojrzenie wymyka mi się spod kontroli.
- Majestat królowej.
- No może nie aż tyle... - zachichotała. - Ale hrabiny z hrabiów, to tak.
Eleonora skrzyżowała ramiona i wpatrywała się w niego. Na szyi miała zawiązany szeroki fioletowobłękitny krawat. Kwiaty jej piersi celowały w niego jak porcelanowe oczy. Może dlatego ciemnym, za mocnym makijażem przesadnie podkreśliła brwi, rzęsy i powieki. Jej skóra sprawiała podobne wrażenie perłowej czy porcelanowej bieli, jak u Izabeli. "Dwa ideały znanych kobiet", zauważył. "Izabela się nie jąka i nie ma przykurczu mięśni, który stale ściąga jej głowę w lewo. Teraz po prostu sama ją leniwie zwiesiła".
Eleonora skinęła. - Co się dzieje z guzkiem bez chemioterapii? - spytała.
- Może się rozrosnąć i rozsiać - odpowiedział. - To koniec.
- A nie może sam wyschnąć?
- Tak sam od siebie?
- No właśnie. Pierś wyschnie, to i guzek wyschnie. Wtedy rak się przecież nie rozsieje.
- Przecież piersi nie wysychają.
- No tak zwyczajnie... jak ramiona, brzuch czy nogi. Wyschną na wiór.
- O czym ty mówisz? Co wysycha?
- No jakżeż. Popatrz na nas. Obie jesteśmy blade i suche.
Zauważył niezwykłą chudość obu kobiet, ale mówienie o tym byłoby nietaktowne. Eleonora była znacznie chudsza niż przed chwilą, gdy podejrzał ją w korytarzu. Kwiatek jej bladej piersi był ledwie widoczny. Jej ciało stanowiło doskonałość, jednak odległą od tego, jak naprawdę mogłaby wyglądać kobieta. Decydowała o tym nie tyle idealna proporcja jej ciała, lecz ten niezwykły, porcelanowoperłowy kolor.
- Szczupłe kobiety też chorują na raka - powiedział.
- Jak trzeba więc wyschnąć, by guzka wysuszyć?
- Sam nie wiem.
- Idź już - powiedziała Izabela. - Tutaj nie wolno śnić. Sama nie wiem, jak się nam to udało.
- Nam?
- Tak, tak, nam. Idź już z tego snu.
- Zdarza się śnić wspólne sny?
- Widzisz przecież. Ale zwykle zapomina się je zaraz po przebudzeniu. Ty nie zapomnij.
Zamknął drzwi.
(Ioanneos, Brenda, Quent, Honoriusz Scholastyk, Aga)
Po drugiej stronie zamkniętych drzwi był sufit jego pokoju, ledwie wydobywający się z mroku. Futryny drżały od naporu wichru, gdy co chwilę przychodziły nowe uderzenia. Słabo wyłaniały się zarysy nierówno zbitej szafki na książki, leżące na półce notatki, niezgrabna bryła szafy na ubrania i krzywy wieszak na drzwiach wyjściowych. Po stronie jawy było ciemnoszaro i groźnie, po stronie snu szarość była perłowa i połyskliwa, a wspomnienie nasyconego szkarłatu nie chciało odejść sprzed oczu duszy.
"To chyba był sen zwyczajny, nie sztuczki organizatorów konferencji. Może dwa poprzednie, sterowane sny wystarczająco pobudziły moją wyobraźnię", pomyślał.
W każdym z tych trzech snów przebywał w pobliżu pięknych kobiet. Nie pamiętał, czy oczyma Quentina de la Cadavr? widział tylko obraz pięknej Cateriny Tanagli, czy zajrzał w jej duże, modre, nieco matowe oczy. Wydawało mu się teraz, że widział ją w rzeczywistości. "Śnieżynka, Śnieżynka z Toskanii", przypomniał sobie swoje myśli. Świetnie pamiętał szczególną doskonałość kształtów Rity i Katriny, a Izabela i Eleonora sprawiały we śnie wrażenie raczej żywych rzeźb niż istot ludzkich.
"Pierwsze dwa sny przygotowywały do wykładów, więc to musi być jakaś metoda uczenia snem, która jest na nas testowana w ośrodku. Ale ten trzeci był inny. Zresztą wszystkie trzy sny jakby chciały pokazać, że jesteśmy tylko niedoskonałymi odbiciami naszych prawdziwych postaci. Że dusza jest cząstką doskonałą w każdym z nas. Wygląda na robotę psychologów gościnnie wykorzystujących nasze zgromadzenie. Oni pewnie pracują metodami pozaświadomymi częściej niż inni naukowcy".
Kartka od Honoriusza Scholastyka leżała w kieszeni. Kiedy wsadzał do niej dłoń, wyczuwał papier palcami. Pójście na ten wykład byłoby naruszeniem rozpiski. Nie wiadomo, czym mogło to grozić. Spotkanie z Baldugą było przeżyciem pozbawiającym chęci do życia i śladów kreatywności na długi czas, czymś bardzo trudnym do wytrzymania, ale możliwym. Tylko czy to była największa kara, grożąca w przypadku tak dużej niesubordynacji?
"Śniadanie czy biblioteka? Śniadanie czy biblioteka?", przyszła neutralna myśl, pozwalająca opóźnić trudną decyzję.
Prawie pobiegł do biblioteki. Chciał zajrzeć tylko do tej jednej książki. Treść intrygowała, a intuicja wskazywała, że właśnie w tej książce skrywa się jakaś wskazówka. Jak przeczyta więcej, może zrozumie, o czym w niej napisano.
Jak zwykle między wykładami grupki osób schodziły w dół po schodach, ale nie było ich aż tyle, żeby tarasować drogę. Trochę tchu brakowało od biegu po schodach. Schodzący przyglądali się, kto też może czegoś pilnie szukać o tej porze na górze. Wreszcie korytarz na górnej kondygnacji, a na jego ciemnym końcu drzwi do biblioteki.
Brenda siedziała przygarbiona za swoim biureczkiem. Podniosła na niego wzrok. Oczywiście śladu łez już nie było. Przeszedł bez słowa.
Pamiętał znajomą półkę, na której leżała poszukiwana książka, jednak było tam teraz puste miejsce. Wrócił do bibliotekarki.
- Czy ktoś wypożyczył Poradnik dla posągów?
- Tej książki nie wolno stąd wynosić - powiedziała Brenda. - Ja go odłożyłam dla ciebie. Mniej czasu się traci, kiedy nie trzeba książki wyszukiwać na półce. - Sięgnęła pod blat i wydobyła oprawny w płótno tom.
Ioanneos usiadł za stolikiem i otwarł książkę na początku kolejnego rozdziału.
O dziedzictwie, przeczytał tytuł rozdziału.
Nie jest prawdą, co mówią, że dziedzictwo zapewnia powrót zwartej substancji na właściwe miejsce w posągu. Nic takiego nie następuje, a starta substancja przepada, bezpowrotnie łącząc się z kurzem. Dziedzictwo jest zupełnie inną cechą. Doświadczony posąg nabywa dziedzictwa niezauważalnie, przychodzi ono jakby samo z czasem. Może jest sposób na przywołanie dziedzictwa wcześniej, ale nikt go jeszcze nie poznał.
Posąg obdarzony dziedzictwem wraca do swej postawy podstawowej na krótko, zanim spojrzy na niego jaki człowiek. Potrzeba powrotu przychodzi tak naturalnie, jak bezwiedna czynność organizmu. Tym właśnie jest dziedzictwo swojej pozy zwykłej. Ów posąg może przeto pozwolić sobie na znacznie więcej niż każdy inny. Widzi więcej, odwracając chętnie głowę, a bytowanie umila gestami swoich ramion. Bezpieczny dzięki dziedzictwu przed zniszczeniem przez dzikusów.
Dzisiejszy fragment poradnika był zupełnie niezrozumiały. "Jak wczorajszy wykład Honoriusza", pomyślał. "Im więcej słucham i czytam, tym mniej rozumiem".
- Posiłek się kończy - Brenda przerwała zamyślenie. - Muszę zamknąć.
- Biblioteka jest zamknięta, bo ty też masz rozpiskę i chodzisz na wykłady, tak?
- Oczywiście.
Na korytarzu jeszcze raz zajrzał na zwiniętą kartkę. Wykład Honoriusza Scholastyka był w sali na najwyższej kondygnacji. Ioanneos poszedł po schodach do góry. Konsekwencje niesubordynacji wkrótce nadejdą, ale wcześniej może dowie się czegoś istotnego, skoro stary profesor przekazywał mu namiary na swój wykład w takiej tajemnicy.
Sala na górze sprawiała wrażenie nieoczekiwanej ciasnoty. "Sale na niższych kondygnacjach są przecież większe", rozejrzał się. "Tu są też tylko dwa rzędy miejsc, podobnie jak w tamtej sali na samym dole, gdzie był wczorajszy wykład", przypomniał sobie uwagę Honoriusza. "Zwykle w salach wykładowych są trzy lub cztery rzędy miejsc".
Było jeszcze pusto. Studenci powoli się schodzili. Ioanneos usiadł w środku pustego rzędu.
Przyszedł znajomy rudzielec, Quent, w ceglastym sweterku, rurkowatych czarnych dżinsach i kompletnie rozdeptanych welurach. Usiadł obok Ioanneosa i syknął z bólu.
Ten spojrzał pytająco.
- Aa...! - Quent machnął ręką. - Jaja mnie bolą - grzecznie wyjaśnił. - Skóra mi się tam zrasta. Wszędzie na skórze robią mi się takie wżery, a najgorzej, że teraz mnie to tam dosięgło.
- Wżery? - Ioanneos spojrzał badawczo.
- Tak. Jakby ci ktoś strugiem ścinał zewnętrzną warstwę skóry, a zostawała tylko cienka błonka, która się łuszczy i cholernie ociera o odzież. Czasem siedzenie na wykładzie to męka.
- Pęka i krwawi?
- Nie aż tak, ale skórka jest tak cienka, że czasem prześwituje przez nią to, co jest tam głębiej.
- Idź z tym do lekarza. Jeśli w ośrodku nie ma, to na pewno cię skierują do kogoś poza ośrodkiem.
- Poza ośrodkiem? - Quent powiedział to z takim zdumieniem, że Ioanneos aż spojrzał na niego.
- No... - wybąkał Ioanneos. - Powiedz na recepcji, że potrzebujesz, to ci załatwią. Przy odbiorze rozpiski.
Właśnie otwarły się drzwi i pojawił się Honoriusz Scholastyk. Przyniósł plik kartek i zaczął je rozkładać na blacie. Wczoraj wykładał w żywej mowie, dzisiaj wyglądało, że będzie inaczej. Sala była wciąż prawie pusta, ale przybywało słuchaczy. Honoriusz przestał przeglądać notatki i na powrót złożył je na jedną kupkę. Dziwnie opóźniał początek wykładu.
W ostatniej chwili przyszła Aga i z drugiej strony przysiadła się do Ioanneosa.
- Co ty tutaj robisz...? - szepnęła do niego, wyciągając z plecaczka notatnik i długopis.
- Temat mnie zaciekawił. Wczoraj słyszałem jego wykład o tym samym i nic nie zrozumiałem. Chcę to jeszcze raz przemyśleć.
- Każdego wykładu słucha się raz - ucięła trochę zbyt stanowczo. - Wraca się do niego dopiero po stosownej sekwencji zajęć.
- Może będzie mówił o twoim krajanie, o Tassilonie z Bawarii - zmienił temat.
- Ja nie jestem z Bawarii.
- Nie...? Prosper mówił, że naprawdę nazywasz się Adelinda z Bawarii.
- Prosper wie, jak ja się naprawdę nazywam? - Roześmiała się. - Ależ to wykoncypował...
- To jak się, Aga, nazywasz? - Też się do niej uśmiechnął.
- Tak właśnie, Agata. Agata znaczy "Dobro". To chyba ładne imię, co? - Jej oczy modro promieniały.
- Pewnie, że tak. Jeszcze bardziej mi się podoba niż Adelinda.
- Lubi fantazjować o kobietach ten Prosper.
- Każdy lubi.
- Ja nie. - Znowu parsknęła cichym śmiechem. - Cicho bądź, słuchaj Honoriusza, skoro już tu przyszedłeś.
Było coś protekcjonalnego w jej sposobie bycia, dużo ciepła wobec Ioanneosa, ale też i to.
Honoriusz Scholastyk zaczął już mówić. Pora przestać żartować, zacząć słuchać, bo jego wywody wymagają szczególnego skupienia. Faktycznie, Ioanneos z każdą chwilą słuchał coraz uważniej.
- Głowy podnosić nie należy, bo blask za mocny i trudno rozróżnić postaci. Co jest w górze, przekazał Jan i na jego słowach wystarczy się oprzeć. Jan napisał, że najwyżej jest Pasterz... - Honoriusz urwał i rozejrzał się po audytorium. - Jezus - powiedział ciszej, jakby nie mając pewności, czy wolno mu było użyć tego słowa. Nic się jednak nie stało. Żadnych protestów nie było. - Jezus w otoczeniu Ewangelistów i nikogo innego nie należy się spodziewać - dodał już pewnym profesorskim głosem. - W pobliżu można wypatrzyć jeszcze Marię, a niżej innych świętych, ale oczy zaraz zaczną łzawić, a wreszcie boleć od nawału światła. Na dole jest ziemia, która może być porosła trawą, chociaż powinny być też nagrobki. Nie wszyscy przecież zostaną pochowani na cmentarzach, więc budzić się będą zarówno tacy w mogiłach ziemnych, jak i ci spod płyt nagrobnych, a także wszyscy zjedzeni przez dzikie bestie, przez ryby i przez potwory morskie. Nie zrobi to różnicy, czy kto został pożarty żywcem i strawione ciało przepadło, czy też kogo dopiero pożarły robaki w mogile, albo czy jego ciało zachowało się jako mumia. Po obudzeniu odziewać się nie należy, bo i nie ma w co, a zimno nie będzie. I tak przyrodzenia zakryte będą listkami figowymi, jak to jest od grzechu pierworodnego. Błogosławieni idą na prawą stronę Jezusa, a potępieni na lewą. Lepiej samemu pójść po dobroci, bo można oberwać od porządkowych. Porządkowi są gburowaci i agresywni. Informacji żadnych nie udzielają. - Znowu rozejrzał się po sali, ale nikt się nie odezwał. Wszyscy w milczeniu słuchali jego słów. - Potępieni często będą odwracani nogami do góry, a głową na dół. Zarówno w czasie transportu, jak i potem już w kotłach. Należy się liczyć z kawałkowaniem potępionych, chociaż to proces odwracalny, służący tylko dodatkowej udręce. Obserwacja odciętych głów gotujących się w kotle nie musi znaczyć, że owe głowy nie zostaną później ponownie przymocowane do reszty ciała. Potępieni często będą powiązani łańcuchami, bo jak pojedyncze ogniwa utworzyły łańcuch, tak do potępienia doprowadziły poszczególne czyny.
"Czy on opisuje ogólne cechy przedstawienia Sądu Ostatecznego, czy też relacjonuje mój sen?", pomyślał Ioanneos.
Różnica w zachowaniu audytorium między dzisiejszym a wczorajszym wykładem była uderzająca. Dziś panowała grobowa cisza. Słuchacze z uwagą łowili każde słowo Honoriusza. Ten dalej kaleczył język francuskim akcentem, ale każde słowo jego wywodu było zrozumiałe. Używał też wielu innych wyrażeń niż wczoraj.
- Przedstawienia Sądu zwykle ukazują niezwykle rozległą zieloną łąkę, która nieodparcie kojarzy się ze sceną teatru, Teatro Divino - Honoriusz Scholastyk jakby czytał w myślach Ioanneosa. - Ludzie tam stoją jak na arenie, a nad nimi dzieje się druga, anielska część wydarzenia. Może to jednak dziać się inaczej.
- Inaczej? - Ioanneos szepnął do Agi.
- Cicho... Słuchaj go. To świetny wykładowca.
- Zamiast łąki może być Śmierć o szeroko rozstawionych ramionach. Pod nią widoczne odmęty piekielne, a między jej ramionami uciekać będą zmartwychwstający. Każdy raz ucieknie Śmierci. Właśnie wtedy.
- Już wiesz? - teraz ona szepnęła.
Czuł delikatny powiew oddechu Agi. "Czy oddech w ogóle może pachnieć fiołkami?", pomyślał.
- Masz miętową gumę do żucia?
- Używam fiołkowej.
- Kompletne przedstawienie Sądu powinno zawierać wiele scen, które trudno pogodzić jednym obrazem - mówił dalej Honoriusz. - W odmętach trzeba ukazać różne formy tortur doznawanych, a samo Piekło może być przedstawione jako straszliwa paszcza najgroźniejszego z demonów. Ach! - Honoriusz syknął z bólu. Mówiąc, dreptał po podeście, by jego słowa padały w różne strony sali, i przypadkiem potknął się na nierówności, boleśnie skręcając stopę. - Lepiej przedstawić wszystko jako szereg scen pogrupowanych w rzędy i w poziomy. Jakby pomieszczenia na różnych piętrach rzeczywistości.
- Widzowi trudno uwierzyć w takie przedstawienie - przerwał Honoriuszowi ktoś z prawej.
Ioanneos obejrzał się. To odezwał się Dacortona.
- Przedstawienia mogą być inne, lecz powinny zawierać istotne elementy.
- To prawda, ale przedstawienie wielu scen naraz burzy iluzję uczestnictwa w zdarzeniu.
- Może, ale lepiej uczy. Widz może przechodzić od sceny do sceny, studiując malowidło.
"Dlaczego oni tak drobiazgowo wykładają właśnie te zagadnienia?", pomyślał. "Dlaczego Dacortona włącza się tak często do dyskusji? Czy sny to jedna, a wykłady to druga strona tego samego?"
Aga dotknęła go paluszkiem w nos.
- Tak...? - Ioanneos zerwał się odruchowo.
- Słuchaj wykładu, nie zamyślaj się - szepnęła.
- Czytasz w moich myślach?
Aga znowu się uśmiechnęła i podbródkiem wskazała na podest.
- Słuchaj.
Honoriusz przetarł dłonią czoło. - Realistyczne przedstawienie wyłącznie wybranego fragmentu zdarzenia stwarza groźbę, że widz nie zauważy treści. Piękne nagie postaci zaraz skoncentrują uwagę na sobie, odciągając od najważniejszego. A na Sądzie każda z dusz będzie piękna, będzie jakby idealnym obrazem żyjącego wcześniej człowieka, gdyż przecież każdy pozostanie sobą. Wtedy każdy ma prawo do swojego piękna, zbawieni, bo tacy pozostaną, i potępieni, którzy też będą piękni na czas Sądu, żeby zobaczyć, co stracili.
- Zabierzemy na kawę Prospera. - Teraz to Aga przeszkodziła mu w słuchaniu wykładu. - A ty na pewno będziesz miał w rozpisce wieczór integracyjny, skoro chodzisz na wykłady przeznaczone nie dla siebie.
Uśmiechnął się do niej, ale nie nawiązał rozmowy. Zachowanie Agi zdziwiło go. Skąd wiedziała, że nie powinien iść na drugi wykład Honoriusza Scholastyka? Dlaczego przerwała mu rozmyślania? Przecież treści jego myśli znać nie mogła. Dlaczego przeszkadzała mu w słuchaniu wykładu, właśnie kiedy Honoriusz mówił o sprawach bardzo istotnych?
Po wykładzie Aga pokręciła się w pobliżu, ale widząc, że Ioanneos nie zbiera się z miejsca, poszła sama.
- Dlaczego oni nas tego uczą? - zwrócił się do Quenta.
Ten zbierał się do wyjścia wolno i ostrożnie, aby nieopatrznym ruchem nie urazić bolesnych miejsc.
- Wykład za wykładem o podobnych zagadnieniach - powiedział Ioanneos. - Niektóre sprawy są niezrozumiałe, ale wykładowcy przybliżają je niejako z różnych stron. Zwykle konferencja wygląda inaczej. Czego mamy się tu nauczyć? Co mamy zrozumieć?
- Niczego nie mamy zrozumieć - burknął Quent. - Mamy się niczego nie nauczyć.
- Proszę?
- To jest ta sama zasada, jaka działa przy edukacji publicznej. Niby stwarzają ci okazję do wykształcenia się i zajęcia wysokiej pozycji społecznej, jednak wysokie pozycje społeczne już są zajęte, więc wszystko zrobione jest tak, abyś nie skorzystał z tej możliwości. Wśród uczniów propagowana jest moda na nieuczenie się, a wykładowcom stwarza się warunki maksymalnie utrudniające przekazanie wiedzy. Ktoś wypełnił obowiązek, a ty nie odniosłeś z tego żadnego pożytku. Masz dostać możliwość, ale masz nie skorzystać z tej możliwości. Rozumiesz? Masz zmarnować swoją szansę.
- Czego mamy się nie nauczyć?
- Ssss... - Quent syknął z bólu. - Nie wiem czego. Posłusznie chodzę na wykłady i uważnie słucham. Mówią ciekawe rzeczy. Najwięcej o sztuce, a sztuka zawsze mnie interesowała.
- Nie jesteś historykiem sztuki?
- Nie wiem.
- Pamiętam jak przez mgłę, że lubiłem malować. Nawet zapach pokostu mi się czasem przypomina, ale nie przypuszczam, że byłem malarzem. Na Honoriusza przyszedłem wbrew rozpisce.
- To zrobiłeś ciężką głupotę. Nie wolno się wychylać. To będzie miało dla ciebie przykre następstwa. Lepiej idź od razu na recepcję po nową rozpiskę.
(Izabela, Ioanneos)
Obawy Quenta się nie sprawdziły. Po uwadze Ioanneosa recepcjonistka zrobiła bezmyślną minę.
- Zgubił pan swój program zajęć na dzień dzisiejszy?
- Nie. Ale mogły być jakieś zmiany. Proszę sprawdzić.
Pokręciła głową, ale zajrzała do jego przegródki.
- Nic nowego nie ma. Rozpisek się nie zmienia. Sporządzane są według indywidualnego profilu zainteresowań alumena szkoły naukowej lub uczestnika konferencji naukowej. Proszę realizować swój plan.
Według planu wypadła mu godzinna przerwa. W kawiarni zauważył samotną Izabelę. Odtargał kuponik na przysługującą mu kawę i odebrał z okienka tekturowy kubek. Przysiadł się do stolika dziewczyny.
Uśmiechnęła się do niego blado. Dzisiaj wyglądała źle. Niedbale założony turban odsłaniał za wiele bezwłosej skroni, kimonowy dekolt bluzki był za bardzo rozsunięty, a jej odzienie sprawiało wrażenie zmiętego i przybrudzonego.
- Masz ochotę na kawę? - zapytał. Miał jeszcze parę kaw na dzisiaj.
Izabela wpatrywała się w pusty stolik. - Lepiej nie. Bardzo źle się czuję. Już mną dzisiaj trzepało. Wolę być ostrożna.
- Śniłaś mi się dzisiaj.
- To zabawne, bo ty mnie też - ożywiła się.
- Ja?
- Owszem. We śnie przyszedłeś do mojego pokoju.
- A ja w moim śnie wróciłem do mojego pokoju i zastałem ciebie i Eleonorę leżące na dziwnym, podwójnym łóżku.
- Na podwójnym łóżku w twoim pokoju leżały dwie kobiety? W naszym pokoju mamy oddzielne łóżka.
- No rzeczywiście coś było nie tak w moim śnie. To lepiej ty opowiedz swój.
- Cóż, nie robiłeś nic niewłaściwego, chociaż byłeś prawie nagi... - Uśmiechnęła się. - Nie wstyd tak na golasa odwiedzać znajome...? - Próbowała żartować, ale wychodziło to trochę bezradnie. Chciała zrobić na nim jak najlepsze wrażenie, ale w miarę jak ożywiała się wypowiedzią, głowa coraz bardziej przykurczała się do lewego ramienia, opadał lewy kącik ust, a szczęki drętwiały.
Odpowiedział uśmiechem. - Tak ci się przyśniłem...?
- Miałeś na sobie wyłącznie bardzo mocno wykrojone slipy w kształcie liścia figowego z przodu, a z tyłu w ogóle nic więcej. Te slipy były w bardzo pięknym kolorze, jakby fioletowej czerwieni, ale bardzo zimnej, trochę tak pod błękit. Powiedziałeś, że ten piękny kolor nazywa się caput mortum i powstał od barwy trupich wydzielin na całunach mumii. To było takie zadziwiające zestawienie, że prawie się wtedy przebudziłam, a już wtedy wiedziałam, że to sen i bardzo nie chciałam się z niego obudzić.
Było za wiele wspólnego w tych snach. Na chwilę zapadło milczenie.
- To mógł być prawdziwy liść figowy.
- Czy ty jesteś naprawdę tak pięknie zbudowany? - powiedziała Izabela i słabo się zarumieniła. - Naprawdę taki zgrabny?
- Szczególnie zgrabny?
- No tak. Masz szerokie ramiona i jednocześnie wąskie biodra, a przy tym nie masz ani nadwagi, ani niepotrzebnych przerostów mięśni. Wygląda to bardzo ładnie.
- Ach, wiesz... Próżnemu mężczyźnie zawsze wydaje się, że jest piętnaście lat młodszy i znacznie przystojniejszy, niż jest naprawdę. Naprawdę mam suchy tyłek. Od siedzenia na drewnianych krzesłach łatwo robią mi się tam pęcherze. To potrafi zmienić pasjonujący wykład w udrękę.
Uśmiechnął się do niej. "Prawdopodobnie widziałaś idealną formę mojego typu urody, może nawet wydałem ci się porcelanowy", pomyślał, "ale dlaczego tak było, nie potrafię wytłumaczyć". - Coś jeszcze robiłem w twoim śnie?
- Daj spokój, to były tylko takie chorobliwe rojenia kalekiej dziewczyny... Marzenia dotkniętej chorobą lunatyczną, kulawej brzyduli. Ale to był bardzo piękny sen.
Nie odpowiedział.
- Czy w twoim śnie też byłam taką nieszczęsną, kulawą, jąkającą się kaleką?
- Przesadzasz. Twoja niesprawność nie jest tak bardzo widoczna, a w moim śnie byłaś bardzo piękna, posągowo zbudowana. Zdjęto z ciebie brzemię twojej dolegliwości. Wyglądałaś jak żywy posąg z porcelany o biodrach owiniętych wspaniałą, szkarłatną tkaniną, właśnie w kolorze caput mortum, który tobie też się przyśnił. Eleonora również tak wyglądała, chociaż biodra miała owinięte fioletem, a krawat też fioletowy. Honoriusz Scholastyk powiedziałby, że obie byłyście w tym śnie jak żywe kamienie.
- Chciałabym, żeby Honoriusz tak mnie nazwał.
"Ona była na wczorajszym wykładzie Honoriusza?", zastanowił się. "Nie przegapiłbym jej obecności. Nie mogła tam być".
- Ty w pewnej chwili zmroziłaś mnie wzrokiem i powiedziałaś, że jesteś hrabiną z hrabiów. Zupełnie jakbyś chciała przypomnieć dystans, który powinien dzielić innych ludzi od ciebie.
- Ależ oczywiście, że jestem hrabiną. Hrabiną Altham, ale teraz tylko Zinsendorf. Byłeś kiedyś w Brunej?
- Pamiętam. Tam jest odwrócona studnia, a ofiary stają się czasem prześladowcami. Zwierzyna łowna poluje na swoich myśliwych. Sama mi to opowiadałaś.
- To nie opowieść. Tak jest naprawdę.
- Baśnie i sny bywają czasem częścią rzeczywistości.
- Wiem. Może właśnie dlatego stale mówią na nas obie "Orsini". Może zresztą dlatego wyznaczono nam wspólną sypialnię.
- Wcześniej w moim śnie badałaś ciało Eleonory na korytarzu ośrodka.
- W moim śnie też ją oglądałam. Eleonora Katuljanka ma guzek w piersi - powiedziała mu Izabela. - Obawia się chemioterapii, o której kiedyś wspomniałeś. Ona nie wie, co to jest.
- Leczy się tym guzy. Łykasz tabletki, wychodzą włosy, ale rak też się cofa.
- Opowiedz jej ze szczegółami, na czym to polega. Będzie się mniej bać.
- Czy ja byłem sam w twoim śnie...?
- Stała za tobą kobieta. Przyszliście razem, ale stale ukrywała się za twoimi ramionami. Ona myśli, że ma nieładne oczy, ale jej ciało jest doskonałością pośród doskonałości, a przez jej spojrzenie mocno bije światło rozumu. Widziałam tylko badawcze, błękitne oczy i ja...sne, spię...te błękitną gumką włosy. - Stan Izabeli się pogarszał. Pojawiły się idące falami drgawki. - Ach, już ten mrok i ten młotek... - Zaczynał się nowy atak. - Przy...trzy...maj mi głowę. Chyba nie wolno mi było wspominać o twojej towarzyszce ze snu.
Ioanneos uchwycił jej trzepoczącą głowę w dłonie, by Izabela nie uderzyła się, zsuwając na podłogę. Kiedy już leżała na parkiecie, delikatnie zacisnął dłonią dekolt jej sukni, żeby przypadkiem nie wysunęła się na wierzch jej lewa pierś.
(Ioanneos, Rajga, Balduga)
"Tutaj chyba zawsze trwa noc", uświadomił sobie Ioanneos. Ilekroć wyglądał przez okno, to albo mrok nocy, albo szare gęste chmury. "Program konferencji jest tak nabity, że wracamy do swoich pokoi dobrze po zmroku. Stale obiecują wycieczkę w okoliczne góry i ciągle ją odwołują, bo pogoda okropna". Zresztą nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz wspominano o wycieczce.
Dzisiaj też gwałtowne porywy wiatru niosły z sobą strugi deszczu, które ostro uderzały w parapet. Niebem gnały szarobrunatne kłęby. Chwilami wydawało się, że światła hotelu je lekko rozświetlają, ale było to tylko złudzenie.
Od rana nie był w bibliotece. Otworzą ją dziś jeszcze raz przy kolacji. Może warto zobaczyć Brendę? Nie widział jej na żadnym wykładzie, chociaż wcześniej dosyć często widywał ją na sali. Może miała w rozpisce poranny wykład, który Ioanneos opuścił? Wspomnienie dziwnego snu kiedyś zacznie się zacierać. "Czy zdołam z nią o tym porozmawiać, tak jak rozmawiałem z Izabelą?"
Wchodzenie po schodach sprawiło większą trudność niż zwykle. "Mało ruchu", pomyślał, łapiąc oddech na schodach. "Tracę formę. Nieruchawy tryb życia, człowiek godzinami siedzi na drewnianym krześle, tylko gnaty bolą, a na tyłku robią się pęcherze". Ktoś skinął do niego. To chyba Prosper zbiegał na niższą kondygnację, coś tłumacząc towarzyszącej mu młodej niewieście. "Skóra przetrze mi się na tych gnatach, zupełnie jak Quentowi się przeciera".
Za biurkiem bibliotekarki dzisiaj siedziała Rajga.
Spojrzał na nią zdziwiony, ale nie odezwał się. Nie chciał, żeby mu zabroniła zajrzeć do Poradnika dla posągów.
Rajga podniosła wzrok znad tekstu, ale zanim zdołała się odezwać, Ioanneos przemknął w stronę znajomego regału.
Mimo marnego oświetlenia zaraz zauważył pięknie wykonany grzbiet szukanej książki. Otworzył w środku. Obszerny rozdział O unikaniu szkód na wolnym powietrzu stojąc podzielono na podrozdziały zatytułowane Walka z mchem, glonem a grzybem czy Walka z lodem. Zaczął od pierwszego z nich. Uniósł tom, żeby lepiej widzieć.
Walka z mchem, glonem a grzybem
Zgubnych skutków porastania uniknąć się nie da. Aby je zmniejszyć, zaleca się nieznaczne poruszenia we dni słoneczne, co suszy skraje obszaru zagrożonego i sam ten obszar ogranicza. Gdy uda się go pomniejszyć poniżej nieznanej granicy, mech sam odchodzi, żółknąc i marniejąc, a grzyb zielony czyni się twardy, sztywny, w niczym od martwego nieodróżniany.
Urwał, bo Rajga stała nad nim.
- Nie ma wiele czasu. Zamykam na zajęcia - powiedziała.
- Dobrze, już kończę - odrzekł i wrócił do czytania. Wyczuł, że choć kobieta jest uczestniczką, to jednak w jakimś stopniu liczy się z nim, czy może nawet darzy czymś w rodzaju szacunku. Taka relacja do alumena zadziwiała u uczestniczki.
Rajga pokręciła się chwilę w pobliżu, ale nic więcej nie powiedziała i wróciła do swojego biurka.
Ioanneos czytał dalej. Kolejny podrozdział zatytułowano Walka z lodem.
Walka z lodem musi być prowadzona w zależności od kształtu. Powszechnych reguł tu nie ma. Każdy musi dobrze poznać swoją postać, każdy detal swej pozy. Wykryć wszelkie zagłębienia, gdzie podstępna woda gromadzić się może. Niektórzy miejsc takich wcale nie mają, i ci nie zrozumieją dramatu walki pozostałych. Jednak niech tylko włosy twe wyrzeźbione zostaną z nadmierną urodą, pomiędzy nimi powstanie rozmaitość pułapek dla zdradzieckich kropel, co z wiekami zniszczy urodę twej fryzury i staniesz się nędzniejszy niźli wyrzeźbieni z mniejszym kunsztem. Podobnie rzecz się dzieje z fałdami udrapowanej szaty, której uroda przeminie, pozostawiając cię szpetniejszym, niż gdybyś wyrzeźbiony został bez szaty wcale. A takim wiele lepiej nie jest. Szczególnie mężczyznom, dla których obecność lub nieobecność liścia figowego znaczenia wielkiego nie ma, bo prędzej czy później kończy się zniszczeniem wyznaczników płci. Nic nie pomogą tu nawet znaczne poruszenia posągu, chwili okaleczenia nie oddalą, a wręcz przeciwnie, bo dodatkowo przyniosą kruszenie się materii, z której postać uczyniono.
Dziwny dystans, jaki wobec niego okazywała Rajga, ośmielił. Wychodząc, Ioanneos odważył się do niej zagadać.
- Dlaczego dzisiaj nie ma Brendy? - zapytał. - Przecież ona jest bibliotekarką, prawda? Pani ją zastępuje?
Rajga uniosła głowę, mrużąc oczy olśnione bielą papieru. Skrzywiła usta w dziwny grymas, który miał być uśmiechem, a tylko brzydko pomarszczył jej twarz i ujawnił nieładną diastemę między krzywymi siekaczami.
- Uczestniczka Rajga ma prawo aktywnie wspomagać działanie biblioteki! - usłyszał charakterystyczny ton głosu. Zza regału wyłoniła się przykra postać uczestniczki Baldugi. Jej głos mroził. Ioanneos zamarł w bezruchu. Była nieoczekiwanie blisko, oświetlona blaskiem padającym z okna.
Balduga starzała się, rzednące włosy przedzielały pasemka siwizny, a wokół oczu rysowały się stałe zmarszczki, zaznaczające zarys oczodołu. Jednakże ani siły głosu nie traciła, ani jej uciążliwość nie słabła. Na ogół udawało się ją omijać, z wyjątkiem obowiązkowej godziny integracyjnej.
Trzeba szybko odgadnąć jej nieznane oczekiwania. Czy lepiej milczeć, czy lepiej się odezwać? Zaraz rozegra się bitwa słowna, w której powinna odnieść zwycięstwo. Jeśli uzna inaczej, dopadnie potem i będzie tak długo się pastwić, aż nie poczuje się zaspokojona poczuciem należytego triumfu. Ostatnio udało się jej skutecznie unikać i odwykł od tego. Teraz nadział się na nią przypadkiem.
- Wykonałeś zadane polecenia?! - natychmiast zaatakowała.
- Polecenia...? - od razu się pogubił. - Mapa?
Obiema rękoma wykonała gest jakby otwierania niewidocznych kart. - Właśnie, mapa. Mapa wszystkiego.
- Nie znalazłem...
- Nie szukałeś! Zamiast tego studiujesz jakieś fantazje, niezrozumiały poradnik.
Milczał. "Jak znaleźć właściwe słowa, które to przerwą".
Balduga patrzyła na niego z napięciem, ale też się nie odzywała. Rysy jej twarzy powoli rozświetlał zły uśmiech. Już myślała o czym innym.
Skorzystał z chwili ciszy, w milczeniu skłonił się na pożegnanie i coś wybąkał, a następnie wolno odwrócił się i skierował do wyjścia.
- Kaina to bardzo interesujące miejsce. Można tam spędzić wiele czasu. - Wychodząc, usłyszał słowa Baldugi.
- Nigdy tam nie byłam - odpowiedziała Rajga. - Warto się tam specjalnie wybrać?
- Pewnie. W Kainie można znaleźć sporo fajnych ubrań. To, co mam na sobie, całą duszą nienawidziło własnej matki. Popatrz, jak dobrze leży na mnie.
"Ależ one poważnie traktują modę", pomyślał, "śmiertelnie poważnie".
Skoro panie rozpoczęły miłą pogawędkę o ciuchach, Ioanneos się wycofał. Najciszej jak potrafił, zamknął drzwi do biblioteki.
(Ioanneos o Baldudze, Vac Tayrita o Izabeli)
Usłyszał pikanie budzika. Otworzył oczy. Z mroku ledwie wyłaniał się sufit jego pokoju. Gdy rozjaśni się bardziej, ujawni się zszarzała biel dawnego malowania i stare potargane pajęczyny w kątach. Odniósł wrażenie, że zamknął oczy dopiero przed momentem, patrząc na ten sam sufit.
Żałował, że cudowny realistyczny sen znowu nie nadszedł. Tęsknił za barwnymi wizjami. Tak różniły się od przybladłej rzeczywistości ośrodka. Nie mógł przypomnieć sobie czegokolwiek, jakichkolwiek rojeń, marzeń, słów. Było tak, jakby zamknął drzwi swoich powiek i zaraz je otworzył. Obraz na zewnątrz się nie zmienił. Żadnych wizji, barw, pięknych kobiet, dziwnych wydarzeń.
"Wystarczyło parę zdań zamienionych z Baldugą i koniec", pomyślał. "Wszelka myśl została zduszona, fantazja zabita. Ależ ta uczestniczka dławi duszę..." Przetarł dłonią twarz. Czas ucieka, trzeba się zbierać. "Ona robi bardzo niewiele, ale każda rozmowa z nią zostawia w tej części mózgu, gdzie rodzą się pomysły, szarą płaską powierzchnię. Wystarcza parę zdań wypowiedzianych charakterystycznym tonem, a zniszczenia wyobraźni trwają godzinami, a nawet dniami".
"Kim właściwie jest ta kobieta?", podłożył ręce pod głowę. "Wszyscy boją się jej jak ognia". Status Baldugi był niejasny. Wydawało się, że jej uprawnienia są większe niż innych uczestników. Było to szczególnie widoczne, kiedy porównać ją z Rajgą. Niektóre osoby nigdy nie były wywoływane na forum do obowiązkowej dyskusji, nikt nie wymagał od nich publicznych wynurzeń czy autoanaliz, i ona należała do takich osób. Prowadziła rozmowy integracyjne z nim, z Izabelą, Quentem czy z Prosperem, lecz sama nigdy nie była pouczana. Choć wydawało mu się, że nawet niektórych uczestników wywoływano do godzin integracyjnych. Oczywiście nie było to całkiem pewne. Ioanneos obracał się w dość zamkniętym kręgu lubianych osób, które stanowiły akurat grupkę alumenów podlegającą uczestniczce Baldudze. Niewykluczone, że w innym zespole to z nią ktoś prowadził rozmowy integracyjne. Przecież Rita pełniła dwie funkcje: była zarówno bibliotekarką w ośrodku, jak i słuchaczką wykładów.
Balduga stanowiła zagadkę. Czy rzeczywiście była kimś więcej niż reszta uczestników, czy tylko to udawała, a niepowtarzalne cechy charakteru czyniły ją tak przykrą w obejściu i uciążliwą dla innych? Może po prostu naśladowała sposób bycia, a nawet brzmienie głosu nutritores, bo despotyczna władza tak bardzo podobała się jej mrocznej naturze?
Cokolwiek stanowiło przyczynę, unikano Baldugi, jeśli to tylko było możliwe. Nawet kiedy tylko przechodziło się w jej pobliżu, nie było pewności, czy cię nie dopadnie. Jakby jej słowa stale czaiły się do skoku. Kto mógł, znikał z jej pobliża, słuchać jej zaś musiały tylko pochwycone ofiary. I choć omijać ją można było nawet całkiem sprawnie, to jednak godzina integracyjna była nieuniknionym obowiązkiem.
Ioanneos obejrzał dzisiejszą rozpiskę. Na początku widniało "Uczestnik-nutritor: Vac Tayrita". Nie zaznaczono tematu, a jedynie to, że wykład miał się odbyć w sali na najniższym poziomie. Ioanneos nie lubił tamtych pomieszczeń: słabe oświetlenie, duszno, nieznane, nieprzyjemne, często rozwrzeszczane audytorium.
Sala wypełniła się dość szybko. Ioanneos rozglądał się, ale poza Rajgą, siedzącą w pierwszym rzędzie, na sali nie dostrzegł znajomych twarzy. Otwarło się dolne wejście dla wykładowców i pojawił się niewysoki, mocno siwiejący brunet, w dżinsach wypuczonych na kolanach i przyciasnej flanelowej koszuli w kratę. Koszula rozsuwała się na jego wydatnym brzuchu, jedynie guziki trzymały ją na miejscu. Chudy profesor Snijders wyglądał w podobnym stroju stosownie, jednak Tayrita sprawiał wrażenie rozpasionego niechluja.
Uczestnik najpierw wygłosił parę słów zachęty. Zapowiedział, że jako opiekun naukowej działalności alumenów do wszystkich na sali będzie się zwracał na "ty", bo przecież zna i troszczy się o wszystkich.
- Zgredy pielęgnują dystans, by przekazywać mniej wiedzy - powiedział. - Chcą swoje umiejętności zazdrośnie ukrywać przed alumenami. Nauka należy do nas, młodych, a starzy powinni się z niej wycofywać.
Ioanneos pamiętał nutritores młodszych od Tayrity, więc chodziło raczej o to, że tylko Tayrita w sposób prawdziwy i szczery utożsamia się ze studentami, a właściwie, mimo wieku, siwizny i otyłości, jest jednym z nich.
Faktycznie na tej sali były osoby w bardzo różnym wieku, sporo wyglądało na wykładowców, choćby z racji siwizny. Wielu wydawało się starszych od Tayrity, ale nikt nie zaprotestował.
Wykładowca rozpoczął prezentację od obrazu przedstawiającego człowieka nad przepaścią.
- No! - zwrócił się do sali. - Właśnie widzicie!
"Co widzimy?", pomyślał Ioanneos.
Ktoś odważniejszy z pierwszego rzędu spytał, co powinni ujrzeć.
- Zagrożenie! - spojrzał groźnie referent i zmienił przeźrocze. Ukazała się półka pełna słoi z przetworami owocowymi. Były to głównie starego typu weki, gdzie uszczelnienie pokrywy uzyskiwano przez dociśnięcie pod nią gumowego pierścienia.
Referent energicznym krokiem przemierzył salę w poprzek i z powrotem.
- Człowiek dawno przestał być homo sapiens! - zagrzmiał Vac Tayrita. Na nowej transparencji widniały przetwory owocowe w słojach o zakręcanych pokrywach.
Znów przebiegł w poprzek sali. Głowy słuchaczy pobiegły za nim jak za piłką tenisową.
- To jeszcze dało się wytrzymać! Ale teraz to już nie jest homo sapiens, ale homo marinatus! - znowu krzyczał Tayrita. - Dawne przetwory, które robiły nasze babcie, były zdrowe, ale nietrwałe.
"O czym on mówi? Gdzie ja trafiłem?", zdumiał się Ioanneos. "Do czego to ma prowadzić? Najważniejsza konferencja historyków sztuki, a zakwalifikowali taki wykład...?"
- Najlepsze przetwory były w szklanych słojach, weki, bo gumę można było niezależnie umyć.
Na ekranie ukazała się rzeźba nagiej kobiety, która przyklękła w pozie Atlasa i dźwigała rzeźbę globu ziemskiego. Dzieło było dwudziestowieczne lub nieco młodsze, bo kontury kontynentów zaznaczono przesadnie głęboko, a na dodatek ich przebieg został karykaturalnie uproszczony, kobietę zaś, która zachowała powabny, posągowy kształt, odrobiono ze słabo powiązanych płatów zardzewiałej blachy. Zgodnie z ówczesną modą wyszło szorstko i topornie, bez dbałości o detal, a kończyny, piersi czy twarz brutalnie zdeformowano.
- Oto wasza babcia. Trzymała świat na swoich ramionach.
Niemal wszystkie słowa referent wykrzykiwał. Wyrzucał z siebie fragmenty myśli, urywał zdania, a ich reszta pozostawała w otchłaniach jego umysłu.
"Z czym to się w ogóle wiąże?", myślał Ioanneos, zagubiony w gwałtowności tego wybuchu. Najtrudniej było zrozumieć, po co referent akurat o tym właśnie mówi. Cel pozostawał nieznany, jak temat jego wykładu.
- Wasza babcia niosła na swoich ramionach cały glob ziemski, ponieważ sama robiła przetwory. Sama umiała je konserwować, gotować kompoty i robić pikle. Wy tego już nie umiecie.
Na sali rozległy się śmiechy. Dopiero teraz, bo w porównaniu z wykładem Honoriusza Scholastyka wykładu Tayrity słuchano z nabożeństwem.
- Naturalne przetwory się rozkładały. Człowiek ma się szybko rozkładać, by w porę uwolnić od siebie środowisko. Homo marinatus przesiąka substancjami trwale konserwującymi. To sztuczne środki, wymyślone, nienaturalne. Nie rozłoży się szybko. Będzie swoją obecnością dłużej obrażał naturę.
"Kogo człowiek obraża swoją obecnością...?", pomyślał Ioanneos. "Czy człowiek obraża kogoś swoją obecnością?"
Vac Tayrita rozejrzał się groźnie po sali, ale nikt nie podjął jego myśli.
- Kto jeszcze umie robić przetwory? - zawołał. - Ręka do góry!
Uniosło się parę ramion.
- No! To może się prawidłowo rozłożycie! - rzucił.
Sala odpowiedziała mu wybuchem śmiechu. Zabrzmiało parę pojedynczych oklasków. W pierwszym rzędzie brawo biła Rajga.
- Bo niektórzy chcieliby trwać na zawsze... Nie wystarcza im ich piękno za życia. - Tayrita nagle charakterystycznie przechylił głowę ku lewemu ramieniu i zaczął się trząść, jakby przechodziły go drgawki. - Zachciewa się swoje kruche piękno zachować, do końca czasów jak posąg wyglądać, he, he, he...? Dosyć, dosyć! Starczy tego piękna, choćby naznaczonego chorobą! Rozpaść się w pył, przepaść trzeba!
Sala znowu zawtórowała mu śmiechem.
"On naśmiewa się z Izabeli", pomyślał Ioanneos. "Cały jego wykład miał na celu wyśmianie Izabeli? Dobrze, że nie musiała tego wszystkiego słuchać".
- I drugie pytanie: kto jest za poligamią?
Dwie osoby uniosły ramiona.
- Więcej! Więcej! - Tayrita rozejrzał się krytycznie po sali. - Wszyscy są! - wypalił triumfalnie. - Za poligamią są wszyscy, tak jak nikt nie umie robić przetworów. Proszę!
Znowu nerwowo przeszedł z jednej strony sali na drugą.
- A kto jest przeciw poligamii?
Ioanneos jako jedyny uniósł rękę. Nie chciał włączać się do takiej dyskusji, ale rozgniewało go naśmiewanie się z Izabeli.
- O proszę, ten od struktur jest przeciw poligamii - skwitował referent, a sala znów wypełniła się śmiechem.
"Struktur, jakich struktur?", zakołatało Ioanneosowi w głowie.
- Ależ tak, buduje struktury, buduje! - grzmiał Vac Tayrita. - Jednej głowę podtrzymuje, innej krawat chwyta, a jeszcze innej plecaczek by nosił, z jednym sobie stale żartuje na wykładach, od innego kartki bierze. Wszystko widzimy! Struktury mu się zachciewa, powiązań, a tutaj za poligamią być trzeba! - Rozejrzał się po sali. - Mam rację?! No mam rację?!
Odpowiedział mu wybuch entuzjazmu słuchaczy, jednak nikt nie odwracał się w stronę Ioanneosa, jakby nie wiedzieli, o kogo chodzi. Tylko jedna Rajga odwróciła się w pierwszej ławce i wlepiła w niego wzrok. Z półotwartych ust wysunęły się jej długie i krzywe górne siekacze.
- Wy już jesteście homo marinatus, nie homo sapiens - wykrzyknął referent. - Może ten od struktury nie jest jeszcze homo marinatus!
Sala znowu wybuchnęła śmiechem. Atmosfera wiecu szybko udzielała się wszystkim. Jednak słuchacze najwyraźniej nie rozumieli słów Tayrity, a jedynie wyrażali entuzjastyczną zgodę, by się przed nim wykazać. Ioanneos zaczął zastanawiać się nad słowami wykładowcy, by mieć ułożoną wypowiedź, kiedy zostanie wyrwany pytaniem.
Twierdzenie referenta zadziwiało. Zbyt ogólne stwierdzenia zawsze budzą wątpliwość, czy to diament myśli, czy tylko błyskotka, świecidełko rzucane ludożercom. "Takie pytania należy stawiać inaczej. Samotnych, zakompleksionych mężczyzn należy zapytać, czy kobiety powinny się im obowiązkowo oddawać. Tu zawsze odpowiedzią będzie "tak", bo mężczyźni, którzy nie potrafią zdobyć kobiety, chcą się dowartościować, popisać przed rówieśnikami. Żonatych można spytać, czy powinni mieć prawo do zdradzania swojej żony, bo wielu z nich albo chciałoby zmienić swoje życie, albo zemścić się na żonie. Ale na pytanie: "czy każdy jest za poligamią", odpowiedź "tak" jest bardzo wątpliwa. Najprościej spytać kolegę muzułmanina. Im wolno, ale prawie żaden z tego prawa nie korzysta. Wystarczy, że żona rządzi, ale jeśli wszystkie naraz zechcą rządzić? Albo jeśli wszystkie naraz zechcą pojechać na zakupy, ale każda do innego supermarketu? Albo jeśli wszystkie naraz zaczną narzekać, że za mało zarabiasz? Z jedną żoną jest dosyć kłopotów, po co je jeszcze multiplikować?"
Ioanneos ułożył sobie już odpowiedź na wyimaginowane pytanie, ale wykładowca zmienił temat i wyśmiewał się z innych, nieznanych mu osób.
"Co to w ogóle było?", pomyślał, składając notatnik po wykładzie. "Co to miało przekazać?" Do tematu konferencji nawiązywał zaledwie posąg babci, wykonany zresztą z kawałków topornie pospawanej, zardzewiałej blachy. Ioanneos nie pamiętał czegoś podobnego. Ten wykładowca nie miał nic do przekazania, trochę małpich grymasów, marne żarty, niepowiązane ze sobą przeźrocza, kpiny z różnych osób. Ioanneos nie pamiętał innych równie bezwartościowych wykładów na tej konferencji. Ten był pierwszy.
Wychodząc, zerknął na kartkę z dzisiejszą rozpiską.
"Uczestnik-nutritor: Vac Tayrita", przeczytał raz jeszcze. "Karmiciel?", prychnął do siebie. "Raczej truciciel, albo głodziciel".
(Ioanneos, recepcjonistka)
Akurat przestało padać, kłęby mgły jakby przyśpieszyły w swej drodze po nieboskłonie. Można by teraz wyjść przed budynek, chociaż się przespacerować po wykładanych kostką chodniczkach. Ioanneos dobrze wiedział, gdzie są drzwi wyjściowe. Na dole, na placyku stał rząd zaparkowanych samochodów nutritorów, uczestników i alumenów. Jeden z nich należał do niego samego. "Krótki ten rządek, a samych wykładowców są tutaj chyba setki", pomyślał. "Na pewno reszta parkuje na innych placykach".
Nagle zapragnął wsiąść za kierownicę i pojechać przed siebie, wyrwać się z tego miejsca, odpocząć od uciążliwych zajęć, chociaż na godzinę, dwie. "Właściwie które z nich to moje auto?", zastanowił się. Pamiętał przecież, że tutaj przyjechał, że zaparkował, ale teraz wszystkie samochody wydawały się identyczne - wszystkie srebrne, średniej wielkości.
"Trzeba zejść na dół i rozstrzygnąć na miejscu, który jest mój". W szafce w pokoju znalazł kluczyk.
Recepcjonistka rzuciła mu zdziwione spojrzenie, kiedy mocował się z wielkimi obrotowymi drzwiami.
- Dzisiaj nie wydajemy kluczyków do samochodów. Kluczyki zostały oddane do konserwacji - powiedziała recepcjonistka.
- Co?
- Za często pada i powierzchnia pokrywa się niewidoczną warstwą rdzy blokującą czytnik magnetyczny.
- Mam swój.
- Proszę pokazać. Na pewno nie jest od samochodu.
Wyjął kluczyk z kieszeni. Faktycznie nie wyglądał on na kluczyk od samochodu.
- Ależ to jest klucz od pańskiego sejfu. Jest w ścianie, za szafką w pańskim pokoju.
- Nie mam nic wartościowego do przechowywania.
- A książki z biblioteki? - Zdumiona recepcjonistka uniosła brwi. - Gdzie pan przechowuje wypożyczone książki? Korzysta pan przecież z biblioteki.
Z biblioteki korzystał, ale przecież stamtąd nie pozwalają nic wynieść. "Może zajrzeć do biblioteki, zobaczyć Brendę?", pomyślał. Jednak głód zwyciężył.
Gdy odbierał klucz od pokoju, recepcjonistka potarła nos palcem.
- Jest informacja dla pana.
- Jaka informacja? Od kogo?
- Nie wiem. Nie moja sprawa, ale podobno złożył pan podanie, żeby powiedzieć wykład światopoglądowy. Wie pan, ontologia, eschatologia... te sprawy. Chciał pan podzielić się swoimi doświadczeniami z innymi alumenes. - Uśmiechnęła się.
Ioanneos nie przypominał sobie, żeby prosił o coś takiego. Może przyszło mu na myśl w czasie wykładu frustrata naukowego, Vaca Tayrity, że sam przekazałby słuchaczom trafniejsze spostrzeżenia, ale z największą pewnością nikomu o tej sprawie nie wspomniał.
Recepcjonistka krzątała się przy szafie z przegródkami. Niby drobna, ładna blondynka, ale coś w jej sylwetce szwankowało. Była w bardzo długim granatowym żakiecie i granatowej spódnicy. Może właśnie to zniekształcało tak bardzo proporcje jej ciała. Zgrabne, szczupłe łydki musiały przechodzić w nadzwyczaj krótkie uda i nadmiernie szerokie biodra. Wyżej jej sylwetka znowu była bezbłędna: proporcjonalnie zarysowane pod żakietem piersi i proste, wąskie plecy.
- O, tutaj jest list z odpowiedzią na pańskie podanie. - Wreszcie znalazła właściwą kopertę i podała Ioanneosowi.
Ten rozerwał palcem szary papier. Pismo było bez daty i bez autora w nagłówku, tekst wystukany archaiczną, nierówną czcionką. "Ręczna maszyna do pisania?", pomyślał. Na szczycie kartki był jedynie znak graficzny w formie prostokąta podzielonego poziomymi i pionowymi liniami na mniejsze pola. W górę prostokąta małych pól było coraz mniej, chociaż jednocześnie wydawało się, że ich rozmiar się nie zmienia. "Tak być nie może... To prostokąt", spojrzał dokładniej. Uważniejsza obserwacja pokazała, że coraz wyższe prostokąty stawały się coraz dłuższe, chociaż wystarczyła chwila zapomnienia i złudzenie optyczne wracało, a prostokąty znowu wydawały się jednakowe.
W odpowiedzi na pańskie podanie informujemy, że nie powinien pan w najbliższym czasie mówić wykładu filozoficznego. W przeciwieństwie do wykładów filozoficznych to wykłady poświęcone strukturze budzą ożywione zainteresowanie alumenes i powinny być kontynuowane. Jednocześnie przepraszamy, że odpowiedź przyszła z opóźnieniem. Ponadto z ubolewaniem stwierdzamy, że trzy dni temu minął trzydziestodniowy termin na odwołanie od naszej decyzji. Należy więc w najbliższym czasie powstrzymać się od wszelkich wypowiedzi na temat ontologii i eschatologii, zarówno do innych alumenes, uczestników, jak i do nutritores.
Podpisane: Vac Tayrita, nutritor, Balduga, uczestniczka
Podpisy nabazgrano twardo, wyglądały jak wydrapane w papierze. Atrament nie nadążył za piórem we wszystkich miejscach kreślonej linii i zostały tylko białe rysy, jak rany zadane kartce. Nienawiść Baldugi przelewała się na każdą linię podpisu.
- No, to już jest oczywiste? - Recepcjonistka kręciła się nerwowo.
- Nie uzasadnili, dlaczego odrzucają jedno, a nakazują co innego...?
- Jest kłopot z rzutnikami i z tablicami. Żarówki przepalają się za często, a mechanizmy tablic się zacinają. Sala by się jeszcze znalazła. Jest teraz sporo wolnych pomieszczeń. Alumenów chyba jest nieco mniej.
- Ale ja pojęcia nie mam, o czym mam mówić. Nie znam się na tym.
- Wszelkie materiały zostaną w porę przekazane. Będzie czas, żeby się nauczyć prezentacji i oswoić z przeźroczami.
- A gdzie mam pobrać materiały?
- Tutaj. Na następnej zmianie.
- A kiedy będę mówił ten wykład?
- W najbliższym czasie.
(Ioanneos, Prosper, Rajga)
W rozpisce nie przewidziano dla niego żadnych wykładów na dzisiejsze popołudnie. Widać miał pracować nad swoim wystąpieniem. Problem był tylko taki, że nadal nie wiedział, o czym będzie mówił. W piśmie jednoznacznie zaznaczono, o czym mówić nie powinien, oraz zamieszczono sformułowanie "struktury", ale nic ponadto. Ioanneos spodziewał się, że wgląd do materiałów naprowadzi go na temat własnego wystąpienia.
Snuł się bez celu po korytarzach ośrodka, które gwarem napełniały się tylko w przerwach między wykładami. Wystawiano wtedy na korytarzach termosy z dodatkową kawą, którą można było pić bez oddawania codziennych kuponów. W niektórych termosach pozostało jeszcze trochę płynu, ale ile kawy można wypić jedną po drugiej? Od suchych ciasteczek już go aż mdliło. Zdenerwowanie nie pozwoliło drzemać w fotelu na korytarzu, a w kafejce, gdzie alumenes relaksowali się w przerwach między wykładami, nie działo się wiele. Połaził po korytarzach, potem znowu przysiadł. Żaden pomysł na jutrzejszy wykład się nie pojawiał.
Nie zamierzał wchodzić na wykład bez rozpiski, zresztą nie wiedział, na który warto. Można przecież trafić na wynurzenia osobnika w typie Vaca Tayrity i godzina stracona.
Wkrótce uświadomił sobie, że mimo trwania wykładów korytarze nie są całkiem puste. Nieoczekiwanie przeszły jakieś osoby. Niby nie powinno to dziwić, jednak po tej dwójce zaraz pojawiła się grupka trzech osób z Baldugą, wreszcie znów dwie osoby, a za nimi uczestniczka Rajga. "Nie siedzą na zajęciach?"
Nieznajomi zgodnie przeszli korytarzem, jedni w tę, inni w przeciwną stronę. W ostatniej chwili Ioanneos odwrócił głowę do ściany, żeby uniknąć kontaktu wzrokowego z Baldugą, która pędziła przed sobą tamte trzy osoby, ale i tak po skórze przeszły ciarki. Wszyscy pośpieszyli w stronę schodów, a potem na niższy poziom. "Uczestniczki wyłapują uciekinierów z wykładów?", pomyślał.
Z dołu, z niższych poziomów, dochodziły tajemnicze hałasy. Postanowił odkryć ich przyczynę. Zszedł po schodach poziom niżej. Tu było jeszcze więcej ludzi.
Minął go ktoś idący tyłem. Mężczyzna szedł ostrożnie, chyłkiem rozglądał się na boki, ale radził sobie całkiem nieźle. Ioanneos ustąpił mu z drogi.
- Pięćdziesiąt osiem, pięćdziesiąt dziewięć... - obcy, mrucząc pod nosem, liczył kroki.
"Jeszcze ma sporo do końca, ale na razie idzie mu nieźle", pomyślał Ioanneos.
W drugiej części korytarza dwie osoby dźwigały masywną dekorację teatralną, przedstawiającą kubraki z rękawami rozłożonymi na boki. Kobieta dźwigała wykonany z desek i pomalowany na szaro model żakietu, mężczyzna obszerny kubrak, też pomalowany na ołowiany kolor. Trudno było to nieść, bo nieforemne figury co chwilę zawadzały o ściany. Ioanneos podskoczył, by pomóc kobiecie, która męczyła się z wielką ramą.
- Nie przeszkadzaj! - ofuknęła go, sapiąc z wysiłku. - Muszę się sama w tym wyćwiczyć. Radzę sobie coraz lepiej.
Zszedł na niższy poziom. Tu było jeszcze ciekawiej. Jacyś nieznani ludzie chodzili tam i z powrotem, rytmicznie postukując drewnianymi chodakami. Zawsze na spotkanie jednej osobie z naprzeciwka wychodziła inna. Wyglądało to bardzo malowniczo. Coś jak dziwny, milczący taniec czy pantomima. "Chyba mają małe kamyki zamocowane w obcasach, bo drewno wydaje inny dźwięk, uderzając o parkiet", pomyślał.
Dla odmiany dalej w korytarzu kilka osób wisiało na linach zamocowanych do haków sterczących z sufitu. Nigdy dotąd Ioanneos nie zwrócił uwagi na te haki, rozmieszczone równomiernie co parę metrów. Podtrzymujące pasy nie więziły jednak zawieszonym stóp, które zachowały mobilność. Osoby te rytmicznie poruszały stopami, jednocześnie wyginając ich palce we wszystkie strony.
- A co wy tutaj robicie? - spytał ubawiony Ioanneos.
Odpowiedziały serie machnięć stóp i skoordynowanych ruchów palców.
- Co to ma być? - Uśmiechnął się do nich.
Zawieszeni dalej machali nogami, patrząc na niego. W ich spojrzeniach malował się wysiłek. Ioanneos uważniej przyjrzał się ruchom palców.
- Nic z tego. Staram się, ale nie potrafię zrozumieć waszej pantomimy - powiedział.
Wiszący do góry nogami mężczyzna z wysiłku poczerwieniał na twarzy. - Taa... - mruknął. - Cholernie trudno rozmawiać nogami. Słuchacz musiałby najpierw zrozumieć znaczenie pojedynczego ruchu każdego palca. Sprawa nie do wykonania...
W głębi korytarza Ioanneos zauważył Prospera. Ktoś mierzył w niego sporą dmuchawą, owiewając go strumieniem gorącego powietrza. Prosper zasłaniał oczy przed żarem, ale starał się jak najbardziej zbliżyć do dmuchawy. - Pod wiatr, pod wiatr! - krzyczał. - Ale mi się udało! To nie jest aż takie trudne, chociaż wieje mocno jak cholera! Aż parzy w twarz. Jeszcze gorzej będzie, kiedy struga gorąca pójdzie na gołe ciało.
- Co tutaj robicie? - spytał Ioanneos, wykorzystując chwilę przerwy, gdy Prosper umknął sprzed dmuchawy.
- Zapisałem się do teatrzyku amatorskiego. Mamy próbę przedstawienia - wyjaśnił Prosper. - Teraz jest okazja, kiedy wszyscy inni siedzą na wykładach. Korytarze są wolne. W ośrodku nie ma specjalnej sali, więc ćwiczyć musimy na korytarzach.
- Ioanneos, możesz się przyglądać, ale nie przeszkadzaj - powiedział trzymający dmuchawę wysoki, szczupły, wygolony na łyso brunet. Na jego potylicy i ciemieniu zaznaczał się czarny odrost. - Jak ci się spodoba, możesz dołączyć do naszego zespołu, ale na razie odejdź na bok.
- Uczestnik Vargal kieruje naszym przedstawieniem - powiedział Prosper. - Może cię dopisać do naszego teatrzyku, prawda?
- Oczywiście. - Vargal skinął głową.
- Ale teraz musimy się spieszyć. Trzeba skończyć próbę przed przerwą w wykładach - dodał Prosper.
- Jaką sztukę wystawiacie?
- Na razie to tajemnica. Ja jeszcze nie znam całego jej tekstu. Włączysz się do zespołu, to dowiesz się więcej. Mamy całą inscenizację rozpisaną na poszczególne sceny.
Ioanneos poszedł dalej, by im nie przeszkadzać. Zbyt frapowały go własne problemy: o czym ma powiedzieć na prezentacji.
- Spróbuj namówić Eleonorę do naszego występu! - zawołał za nim uczestnik Vargal. - Można by ją powiesić pod sufitem za jej krawat. Gdyby wisiała głową do góry, wolno by jej było normalnie mówić, a nie stopami! - Vargal roześmiał się głośno ze swojego dowcipu i włączył dmuchawę na wyższy bieg.
Ioanneos nie zrozumiał tego żartu.
Na jeszcze niższym poziomie kilka osób tarzało się po posadzce. Po kilku wężowych skrętach podnosili się oni parami z ziemi i splatali, tworząc jakby postać ludzką podwójnej grubości. Uformowany twór wykonywał kilka kroków, po czym aktorzy starali się znowu sprowadzić go na posadzkę, rozpleść, rozpływając się w węże.
- Bolge siedem! Bolge siedem! - co jakiś czas wykrzykiwali aktorzy.
- Co to będzie? - spytał Ioanneos.
- Przemiana - odpowiedziała zasapana dziewczyna. - Odwracalna przemiana człowieka w węża i z powrotem.
- No nie przerywaj ćwiczenia - pogoniła ją partnerka.
- Bardzo sugestywnie to wam wychodzi - pochwalił Ioanneos.
- Wiem, ale przeszkadzasz. Chcę, żeby wyszło naprawdę dobrze.
Podobnie jak tamci z wyższego piętra, kilka osób ćwiczyło chodzenie tyłem, jednak ci tutaj mieli przyklejone taśmą do twarzy przeźroczyste, plastikowe rurki. Chodząc tyłem, unosili do góry głowy, a następnie z rurek wystrzykiwali porcje cieczy. Nie przeszkadzało im, że małe fontanny moczyły odzież.
- Bolge cztery! Bolge cztery! - wykrzykiwali.
"Ależ inscenizacja, co za pomysły", podziwiał ich Ioanneos.
- Podoba ci się? - zapytała uczestniczka Rajga, która cicho podeszła do niego z tyłu.
- Po co sikają tą wodą?
- W czasie przedstawienia łzy mają padać im na pośladki. Oni ćwiczą taką sztuczkę. To niełatwe.
- No pewnie. - Ioanneos pokiwał głową z podziwem. - Bardzo mi się podoba.
"Najciekawsze rzeczy dzieją się na korytarzach", pomyślał. "W ośrodku życie kwitnie pomimo wykładów, a nie na nich".
Dopiero wieczorem recepcjonistka powiadomiła go, że powinien zgłosić się do biblioteki po materiały do swojego wykładu, który miał odbyć się następnego dnia. W ostatniej chwili zdążył je obejrzeć, bo pora kolacji się kończyła i bibliotekę już zamykano. Tekstu żadnego nie było, tylko zestaw rysunków przedstawiających po kilka figur w różnych konfiguracjach, to kółek, to prostokątów, niezbyt poprawnie wykonanych, jakby z jakiejś plastycznej masy, i dziwnie połączonych ze sobą. Rajga, która znowu siedziała za biurkiem bibliotecznym, pozwoliła mu dodatkowo obejrzeć przeźrocza. Przedstawiały podobne zestawy figur, jak te zawarte w materiałach. Uporządkowano je już do pokazu, żadnych opisów na nich nie było.
- Podpisy zostaną sporządzone na jutro - odpowiedziała Rajga, gdy zaprotestował. - Zgłosił pan swój wykład tak późno, że nie zdążyliśmy wykonać podpisów.
"Niczego nie zgłaszałem", pomyślał, ale nie odezwał się.
- Staramy się dobrze przygotowywać występy wszystkich referentów. - Rajga zrozumiała jego milczenie jako przyganę. - Poważnie traktujemy obowiązki uczestnika.
Przeliczyła strona po stronie materiały dla sprawdzenia, czy nie brakuje jakiejś kartki. Żadnych materiałów nie wolno było wziąć ze sobą. Musiał skorzystać z nich na miejscu.
- Muszę już zamykać. - Pogoniła go do wyjścia.
Wracał bardziej zagubiony niż wtedy, kiedy szedł po materiały. "O czym powinienem mówić?", męczył się. "Na pewno się skompromituję! Przecież to wykład przed wieloma ludźmi, a ja nawet nie wiem, o czym ma być".
Wrócił do siebie. Można było już przebywać w swoim pokoju, zamykanym na czas wykładów. Wyłożył się na łóżku, podłożył ramiona pod głowę i wlepił wzrok w szary sufit. "Struktury...? Jakie struktury? Nanostruktury", zastanawiał się, "znaczy najdrobniejsze, ale czyje, jakie? Przecież ja się znam na tym znacznie gorzej niż na historii sztuki".
Ioanneos obudził się w środku nocy. Natychmiast wrócił niepokój o poranne wystąpienie. Czym to się zakończy, skoro nawet nie wiedział, o czym ma mówić? Przemawiać bez żadnego przygotowania do całej sali słuchaczy?
Nie zapalał światła. Chciał tylko wyjść do łazienki. Oczy były wystarczająco przyzwyczajone do ciemności. W mroku rysowały się kontury łóżka, szafy, stołu i krzeseł.
Otworzył drzwi do łazienki. Wszedł w zupełną ciemność, jakby w dziurę we wszechświecie. Wewnątrz było nadzwyczaj ciepło. W lepkim, aż gęstym mroku nie istniały ściany, podłoga, wanna lub inne elementy wyposażenia. Światła zapalić też się nie dało. Nie wpadł w studnię, lecz jakby zawisł w niewidzialnym niebycie bez zapachu.
Ioanneos znajdował się jakby w innej przestrzeni, gdzie istnienie otoczenia zostało zawieszone. Łazienka nie istniała. Oddychać tutaj było bardzo trudno, upalne powietrze opornie wlewało się w płuca, ale nawet tego nieprzyjemnego gorącego powietrza brakowało.
Odnosił wrażenie, że bardzo wolno dryfuje zawieszony w tej pustce. Nagle ogarnęła go panika, że nie trafi na drzwi wyjściowe, lecz na zawsze przepadnie w kleistym, czarnym niebycie. Sięgnął ręką za siebie. Na wysokości głowy trafił dłonią na klamkę, na której podciągnął się w górę. Klamka leniwie, jakby niedbale, wróciła na swój zwykły poziom.
Nacisnął ją i w popłochu jednym dużym krokiem wrócił w znajomy mrok pokoju. Drugi raz nie spróbował otworzyć drzwi w nicość. Posłusznie ułożył się na wznak na posłaniu.
"W nocy otwiera się przejście między snami", pobiegły myśli, "a większość znanej rzeczywistości znika...? Czymże więc są te plastyczne sny? Może to też część normalnej rzeczywistości?" Nakrył się kołdrą pod szyję. "Ależ bredzę... Jakie odrębne części rzeczywistości? Części czego...? Rzeczywistość jest jedna, niepodzielna".
Nowe zdarzenie przynajmniej przytłumiło lęk o jutrzejszy wykład. Nadal nie wiedział, o czym ma mówić. Odwrócił się na bok. Zasnął.
(Aga, Ioanneos, Eleonora, Rechot, Prosper, Quent, Dacortona, Balduga, m'Beleh, Rajga, Izabela)
Do rana próżnia po łazience perfekcyjnie się wypełniła. Wszystko było znowu na swoim miejscu. Wróciła umywalka, lustro nad nią, toaleta, nawet kabina prysznicowa domykała się ze zgrzytem jak wczoraj.
- Śniło ci się - powiedziała Aga w czasie wizji lokalnej. - Nic takiego nie miało miejsca. Taka sama łazienka jak w każdym pokoju w ośrodku. Moja jest nawet gorsza, bardziej odrapana. - Chodziła tam i z powrotem po posadzce. Sprawdzała futryny, ściany, flizy, kąty. - Wygląda zwyczajnie - zawyrokowała.
- Przecież wiem. Sam to starannie obejrzałem wczesnym rankiem. Jednak tej nocy łazienka nie istniała. Zostały tylko drzwi wejściowe, bo schwyciłem za klamkę. Ale czy pozostały też ściany, nie mam pewności.
- To na czym stałeś, skoro posadzki również nie było?
- Unosiłem się w przestrzeni. W zupełnej ciemności. Nie frunąłem, ale wolniutko dryfowałem w nicości. Zmieniałem położenie względem klamki. Potem wróciłem z powrotem do swojego pokoju i nakryłem się kołdrą. To nie mogła być wizja senna. Realność tego była za duża.
- Kiedyś miałeś parę bardzo realistycznych snów. Już nie pamiętasz...? - Nieco świdrowała go wzrokiem.
- Faktycznie, miałem parę.
- A widzisz? W nocy trzeba spać, to niczym nie grozi. - Roześmiała się ciepło. - Trzeba leżeć na wznak, nogi przy sobie, ręce wzdłuż ciała, a kołdra pod szyję. Nie wiesz?
- Idę zaraz na swój wykład - powiedział do niej. - Masz go w grafiku?
- Tak.
- Pójdziesz ze mną? - spytał w desperackiej nadziei, że może Aga podsunie mu, o czym powinien mówić.
- Jeszcze nie. Mogę się spóźnić, wcześniej mam coś do zrobienia.
Wykład Ioanneosa przewidziano w małej, słabo oświetlonej salce na jednym z najwyższych pięter. "Jak w salach na samym dole, tutaj też są tylko dwa rzędy miejsc", przypomniał sobie uwagę Honoriusza.
Ioanneos czuł, że zbliża się chwila egzekucji. W głowie miał zupełną pustkę. Śladu pomysłu, o czym mówić przez najbliższą godzinę.
Pierwsza pojawiła się Eleonora i usiadła na skraju rzędu, pod ścianą. Nie podeszła porozmawiać, ale on też nie podszedł do niej. Był zbyt zdenerwowany. Chodził po podium sceny i oceniał, gdzie powinien się ustawić, żeby sobą nie zasłaniać obrazów z rzutnika. Słuchacze wolno się zbierali, ale nie przyszło wiele osób. Oprócz Eleonory zauważył Agę w towarzystwie jakiegoś nieznajomego. Wysoki, szczupły brunet, o twarzy jakby wykrzywionej w sardonicznym uśmiechu, stale bawił ją rozmową, Aga zaś co chwilę uśmiechała się do niego. Z tyłu usiadła Rajga w głęboko wydekoltowanej bluzce, a w ostatnim rzędzie za nią schował się Prosper, obdarzając wcześniej Ioanneosa porozumiewawczym uśmieszkiem. Dla odmiany na samym przedzie przycupnął zaczerwieniony Quent.
"Na razie dobrze, sami znajomi", pomyślał Ioanneos, ale akurat wtedy do sali wszedł Lucas Dacortona i usiadł w pierwszym rzędzie obok Quenta, a zaraz za nim przyszła uczestniczka Balduga.
- Wyjdziesz na arenę przed wszystkich... Staniesz w stożku światła z rzutnika i nie znajdziesz ani jednego słowa w głowie. Zobaczysz zupełną pustkę, nic - syknęła, przechodząc obok niego. - Będzie to kompromitacja... kompromitacja... Przeniosą cię do zbiorówki po czymś takim... Kompromitacja...
Powiew płaskiej, szarej nienawiści emanującej od Baldugi skuł lodem jego duszę.
"Czy rzeczywiście tak będzie?", myślał nerwowo. Jad słów Baldugi rozprzestrzeniał się na całe ciało, spinał gęsią skórką, włosy się podnosiły, płuca nie mogły nabrać powietrza. Wstrzymał oddech, by nie dyszeć na głos.
Nie zwracał już uwagi na nowych wchodzących, jak choćby m'Beleha czy wielu innych prominentnych uczestników i nutritorów.
Jako ostatnia, tuż przed gongiem na początek wystąpienia, przykuśtykała Izabela i uważając, by nie upaść, przysiadła na skraju pierwszego rzędu. Jakoś tak cicho, nieśmiało, ale pogodnie. W jej stronę poleciał piorun groźnego spojrzenia Baldugi. Czyjś plan się zawalił. W ślad za linią tego spojrzenia, jeszcze raz popatrzył na Izabelę, a potem na innych znajomych na sali i normalny oddech wrócił. Ioanneos już wiedział, o czym ma mówić.
Siedzący w rzędzie za Rajgą Prosper zaczął błaznować, usiłując karkołomnymi łypami zajrzeć za dekolt jej bluzki. "Dostaniesz, bracie, zeza od tego łypania", pomyślał pogodnie Ioanneos. Rzecz była niemożliwa do wykonania. Prosper poddał się i tylko zrobił z palców cztery rogi nad głową Rajgi. Sztubacki żart rozbroił Ioanneosa, lęk gdzieś odszedł.
Pokazało się pierwsze przeźrocze przedstawiające kwadrat i kółko oddalone od siebie.
- Przed utworzeniem struktury ludzie się zauważają, patrzą na siebie - odezwał się Ioanneos.
Na drugim przeźroczu kwadrat i kółko dolegały do siebie.
- Pretekst do rozmowy znajdzie się natychmiast. Wystarczy usiąść obok siebie na wykładzie i zamienić parę słów. - Oczy wyłowiły Eleonorę. - Utworzyła się struktura. Przestaliśmy być dwoma atomami. Można będzie rozmawiać ze sobą już przy każdym następnym spotkaniu. Wymieniać się wiadomościami, wspomnieniami. - Było oczywiste, kto z nich jest kółkiem, a kto kwadratem.
Szmery na sali ucichły.
"Przecież mówię rzeczy oczywiste", pomyślał, "a niektórzy słuchają tego jak nowości".
Trzecie przeźrocze ukazało kwadrat i kółko tak mocno przyciśnięte, że obie figury odkształcały się miękko, jakby wstępując w siebie.
Przez salę przeleciał śmiech.
Ioanneos zauważył, że kółko ma zaznaczony ciemniejszy rozszerzający się pasek. "Wrysowali krawat Eleonory?", pomyślał zaniepokojony.
- To państwo sobie już sami objaśniliście. Proszę następne przeźrocze.
Na ekranie były dwa kwadraty blisko siebie i w prawym górnym rogu odległe kółko. Sprawa była znowu oczywista.
- Opłaca się utworzyć strukturę. Można wymieniać informacje o innych. Plotkować. Jednak mówić trzeba życzliwie, bo w przeciwnym razie struktura staje się niegodna, a wymieniona informacja może zranić.
Samotne kółko było od lewej swej strony nieco nieregularne, kolor jakby przyciemniony. "Izabela?", pomyślał. "Kim więc jest ten drugi kwadrat obok mnie?"
- Czasem ciężko jest jakiejś osobie, a utworzona struktura otworzy jej oczy na świat, na nowe sprawy, problemy, wyprowadzi ją z pułapki cierpienia osobistego, z mrocznego pomieszczenia samotnego umysłu.
Ktoś zaszemrał. To chyba m'Beleh coś szybko powiedział do Rajgi. Ta odpowiedziała mu półgłosem.
Ioanneos już opisywał następne przeźrocze. Znalazł klucz, dzięki któremu potrafił sobie poradzić z zestawami figur geometrycznych ukazujących się na ekranie. Chwila namysłu i podstawiał jakąś drobną sytuację, a potem referował ją w postaci ogólnej, podkreślając pożytki z rozmawiania, wymieniania obserwacji. Coraz bardziej akcentował budzącą się wtedy troskę o przyjaciół swoich. Gdy wiele cię z nimi łączy, mówił, poznajesz ich coraz lepiej, chcesz dla nich coraz lepiej i to jest dobre.
Uczestniczka Balduga zaczęła kręcić się niecierpliwie na siedzeniu.
Wreszcie pokazało się przeźrocze, na którym przedstawiono kwadrat i złotą gwiazdę. Gwiazda jaśniała ponad kwadratem, a jednocześnie nieco skrywała się za nim i swoimi promieniami oświetlała powierzchnię bryły geometrycznej. Ioanneos nieoczekiwanie stracił rozpęd. Wzruszenie zdławiło gardło. "Bardzo chciałbym mieć taką swoją gwiazdę, która by mnie strzegła, troszczyła się o każdy mój krok, poprawiała błędy, chroniła przed upadkiem", pomyślał. Zatęsknił za opiekuńczą gwiazdą tak mocno, że w oczach stanęły łzy.
Balduga zerwała się z miejsca. - Ten wykład przekroczył już godzinę. Proszę zaraz skończyć! - powiedziała z naciskiem.
- Na koniec powiem więc, że na przeźroczach były kamienie kwadratowe, lapides quadrati, chociaż czasami przedstawiane w postaci kółek. Koło też jest figurą doskonałą.
- Dosyć!
Ioanneos w pośpiechu zaczął przelatywać jedno po drugim pozostałe przeźrocza. - Teraz już sami potraficie zinterpretować wszystkie nadchodzące obrazy. To są struktury możliwe do utworzenia, a powstanie ich jest dobre.
Szereg osób zaczęło podnosić się z siedzeń, ale inni nadal siedzieli, chcąc usłyszeć więcej.
- To nie do pomyślenia, żeby tak przeciągnąć! - powiedział głośno nutritor m'Beleh. - Kompromitacja! Kompromitacja! - Chciał wywołać skandowanie widowni, jednak gwar wychodzących zagłuszył jego następne słowa.
- Tylko czekałam, jak zaczniesz jawnie plagiatować Saula z Tarsu - syknęła jadowicie Balduga. Wychodząc, zatrzymała się przy katedrze referenta. - Wtedy można by ci było przerwać od razu. Stale nawiązywałeś do jego wypowiedzi, pląsałeś na ostrzu, ale ci się udało nie wpaść w jawny plagiat, chociaż i tak bezkarnie przemyciłeś nam jego wymysły. - Obdarzyła go złym uśmiechem. - Drugi raz ci się to nie uda.
Milczał. Z Baldugą lepiej nie nawiązywać wymiany zdań, bo jeśli uzna, że na koniec rozmowy nie miała wystarczająco ostatniego zdania, to z pięć razy później dopadnie na korytarzu i dotkliwie zaatakuje.
W jego mniemaniu wykład był desperackim ratowaniem się. Dziwiło go, że proste, naturalne odczytanie prezentowanych symboli tak bardzo rozgrzało słuchaczy. Czy rzeczywiście powiedział im cokolwiek nowego?
Najbardziej zapamiętał Prospera i Izabelę. Błaznowanie kolegi, a potem ten kojący spokój, jaki przyniosła ze sobą cicha kaleka dziewczyna. "Jeśli ten wykład tak rozwścieczył wielu uczestników, to dlaczego akurat ci dwoje wryli mi się tak w pamięć?", myślał. "Właściwie tym dwojgu zawdzięczam pomysł na ten wykład. Przypadek to, nie przypadek...? Oni oboje chyba nawet się nie znają".
(Ioanneos, Prosper)
Po sesji był zupełnie wyczerpany. Chciał wyłożyć się w pokoju, ale akurat klucz odebrała służba konserwacyjna i musiał szwendać się po korytarzach ośrodka. Z trudem namierzył pusty fotel i zanurzył się weń. Wyspać się można nawet na korytarzu. W bok gniotła wystająca sprężyna, więc musiał się często poprawiać. Co chwilę ktoś przechodził, więc trzeba było podwijać nogi, ale poza tym było bardzo leniwie i wygodnie. W rozpisce nie znalazł już nic, zresztą nie miałby siły wysiadywać godzinami na drewnianej ławce.
Ze zmęczenia zaczęły mu opadać powieki. Przed oczyma biegały przeźrocza z referatu. "Każdy tak przeżywa swoje wystąpienie?", pomyślał. "Każdy aż tak długo nie wie, co ma powiedzieć?" Kwadraty zmieniały się w kamienie kwadratowe, koła zmieniały się w kwadraty, a kwadraty w koła.
Zbudził go huk burzącej się przedwiecznej budowli, wzniesionej z surowca innego niż owe kamienie. "Przecież wzniesiono ją z gwiazd, a gwiazdy są doskonalsze niż kamienie" - to było ostatnią myślą tego snu. Na parkiet wysypały się wszystkie notatki Ioanneosa. Kości bolały od długiego trwania w niewygodnej postaci. Niemrawo podnosił się z siedzenia, żeby pozbierać rozrzucone papiery.
Ktoś pochylił się nad nimi i pomógł je zbierać.
- Padłeś po wykładzie? - powiedział Prosper. - Ale na sali wyglądałeś na bardzo silnego. Nawet sam m'Beleh ci nie podskoczył.
- Siedział cicho. Raz coś powiedział.
- Coś ty...!? Stale syczał i warczał do tej swojej Rajgi. Nie zauważył nawet, jak się dzisiaj ubrała. Zalazłeś im za skórę tym swoim wystąpieniem.
Prosper rozsiadł się w sąsiednim fotelu.
- Wczoraj mi powiedzieli, że mam wykład. Nawet nie dodali, o czym. Dzisiaj to wszystko wymyśliłem. Jak już wchodziliście na salę.
- Nie wyglądałeś na nieprzygotowanego.
- Tak wyszło przypadkiem.
- Skoro tak było, to łatwo sobie poradziłeś z tym wszystkim. Na pewno jesteś dobrym historykiem sztuki i żyjesz z mówienia.
- Pewnie tak, skoro trafiłem na tę konferencję, ale faktycznie nie pamiętam, co robiłem wcześniej. A ty coś pamiętasz o sobie?
- Bardzo niewiele. Nazywam się Zinsendorf. Tak mam podpisany notatnik, ale tak jak ty nic nie pamiętam. W nawale obowiązków gdzieś to uciekło z głowy.
- Czasami odnoszę wrażenie, że to niekoniecznie nawał obowiązków.
- To co innego?
- Może nam sypią coś do kawy i zapominamy.
- Dlaczego akurat do kawy?
- Tyle jej pijemy. Co wykład przerwa na kawę. Na korytarzu stawiają termosy i możesz sobie nalać. Na dodatek jeszcze są kuponiki na obowiązkową kawę do śniadania.
- Ee... - Prosper wzruszył ramionami. - W tych termosach szybko stygnie. Nikt nie pije zimnej lury.
- Prosper, dlaczego nie pomagasz Izabeli?
- Garbatej?
- Ona nie jest garbata, przecież wiesz.
- Mówię na nią Garbata. Ona jest całkiem ładna, ale taka pogięta.
- Izabela często mdleje na wykładach i trzęsie się w ataku epilepsji. Może sobie rozbić głowę o ścianę czy o podłogę.
- Dlaczego miałbym jej pomagać? Ty jej często pomagasz. Kręcisz się w pobliżu. Tworzycie strukturę, jak to dzisiaj zgrabnie powiedziałeś. Ja też zamierzam utworzyć jakąś strukturę albo ze dwie... - Prosper wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Izabela nazywa się tak samo jak ty. Też Zinsendorf.
- Tak...?
- To może być ktoś ci bliski. Siostra, a może żona. Jest starsza od Eleonory, ale wygląda jak jej rówieśnica.
- Pewnie chowa swój krawat pod dekoltem.
- Nie błaznuj.
- Czasami za bardzo chcę wszystko obrócić w żart - strapił się Prosper. - Marnie sobie radzę z rzeczywistością. Mnie też każą kiedyś poprowadzić wystąpienie publiczne i nie będzie takie dobre jak twoje. Ten po tobie...
- Tekelhy.
- Zbłaźnił się kompletnie. Nic nie przekazał.
Tekelhy mówił jako następny po Ioanneosie. Mimo zmęczenia trzeba było na nim zostać, a urwać się z sesji wypadało dopiero później. Tekelhy miał prezentację alumena, podobnie jak sam Ioanneos. Pogubił się zupełnie w swoim wystąpieniu. Mówił chaotycznie, powtarzał się. Oprócz zmęczenia jego wykład nie pozostawił śladu w pamięci. Teraz Ioanneos nawet nie potrafił przypomnieć sobie tematu tamtego wystąpienia.
- Nie pamiętasz Izabeli? Może z dawnych czasów, sprzed naszej konferencji?
Prosper nagle spoważniał, ukrył twarz w dłoniach wielkich jak bochny.
- Nie wiem... Nie przypominam sobie niczego sprzed naszej konferencji. Pamięć zakrywa szara mgła...
- Każdy tutaj niewiele pamięta. Trzymaj się blisko Izabeli. Rozmawiaj z nią, może sobie przypomnisz. Może ona ci coś powie. Pamięta całkiem sporo. Może coś ci się otworzy w pamięci?
- A w twojej pamięci coś się otwarło? - Zinsendorf spojrzał badawczo.
- Niestety nic... - westchnął Ioanneos. - Ale Izabela pamięta sporo, chociaż mówi niezrozumiałe rzeczy.
- Ona mówi niewyraźnie.
- Wcale nie. Trochę się jąka tylko wtedy, kiedy zbliża się atak. Opowiada o odwróconej studni w jej stronach, o ofiarach, których los się odwrócił i same zostały prześladowcami swych prześladowców... Ty też powinieneś coś o tym wiedzieć.
- To wszystko jest w jej stronach? - Prosperowi zaświeciły się oczy. Lubił słuchać ciekawych historii.
- Tak mówiła.
(Ioanneos, Aga, Rechot)
Ioanneos zszedł na recepcję pogapić się trochę przez szklane drzwi na ulewę na dworze. Ciągnęło chłodem przez nieszczelności szklanych drzwi. "Uch..." Zadrżał od ziąbu i odwrócił się, żeby pójść w poszukiwaniu kubka gorącej kawy.
Jasnowłosa recepcjonistka skinęła na niego. - Jest uzupełnienie rozpiski - powiedziała, wręczając mu zmiętą karteczkę.
Coś tam nagryzmolono drobnym pismem na kawałku brązowego papieru pakunkowego. Ioanneos przystawił papierek do oczu. Obowiązkowych wykładów nie przybyło, ale na wieczór zaplanowano godzinę integracyjną z uczestniczką Agatą. Ioanneos lubił Agę, wyczuwał promieniujące od niej ciepło. Myślał, że jest ona zwykłą alumeną, nie przypuściłby, że Aga może mieć rangę uczestniczki.
Rozmowę wyznaczono na korytarzu jednego z górnych poziomów ośrodka. Aga w towarzystwie nieznajomego z porannej sesji już czekała na Ioanneosa.
- Rechota poznałeś rano - powiedziała do Ioanneosa. - Przedstawił ci się, jest pasjonatem struktur.
"Czyżbym w nerwach nie zauważył czegoś takiego?", pomyślał Ioanneos. Był pewien, że Rechot w ogóle z nim nie rozmawiał. Owszem, pamiętał, że rozmawiał on z Agą przed wykładem, ale Rechot do niego nie podszedł ani przed, ani po jego mowie.
Jeśli jednak rano było inaczej, to nietaktem ze strony Ioanneosa byłoby teraz zaprzeczać słowom Agi. Zresztą sytuacja nie nastrajała do utarczek słownych czy kontrowersyjnych wypowiedzi. Po długim dniu ciężkiej pracy przyjemnie było zapaść się w głębokim fotelu na korytarzu obok lubianej koleżanki. To był ostatni punkt dzisiejszego grafiku. Bawiło go, że Aga złamała niepisane reguły i dzisiaj wyjątkowo zdjęła swój nieodłączny plecaczek, odsłaniając proste, wąskie plecy. Gdzieś niżej inni uczestnicy śpieszyli na swoje zajęcia. Słychać było tupot kroków na schodach, który zaraz ucichł.
- Oceniając dzisiejsze wykłady - zaczął Rechot - najlepszy był wykład Tekelhy'ego. Dobrze powiedziany, w dobrej proporcji, były przeźrocza i wyjaśnienia słowne.
"Tekelhy pokazał przecież dziesiątki wykresów. Wszystkie wykreślone białymi liniami na jasnozielonym tle. Litery takie małe, że nie dało się ich przeczytać, też białe", pomyślał Ioanneos.
- Ależ to nie było najważniejsze! - nieoczekiwanie ożywiła się Aga. - Nie wolno przecież wytykać takich rzeczy. To był bardzo dobry wykład.
Ioanneos spojrzał na nią zdziwiony. Nie chciał się przechwalać, ale przecież choćby jego dzisiejsze wystąpienie było lepsze niż mowa Tekelhy'ego. Przynajmniej rysunki były czarnymi liniami na białym tle, a figury geometryczne wyraziste. Wszystko można było zobaczyć.
- Natomiast dzisiejszy wykład Ioanneosa był kompletnym niepowodzeniem. - Rechot wygodniej rozsiadł się we fotelu.
- Tak? Dlaczego? - zdziwił się Ioanneos. - Przeźrocza odebrałem gotowe. Sam ich nie robiłem.
- Ale były zbyt szybko pokazywane.
- Za szybko? - Ofiara próbowała się bronić. Wydawało się, że każdy typ struktury wyjaśnił wystarczająco starannie. Zresztą przeźrocza zmieniane były przez automat.
- Nie było widać objaśnień.
"W ogóle nie było objaśnień", pomyślał Ioanneos. "Nawet gdybym wymyślił je wcześniej, nie zdążyłbym ich nanieść na przeźrocza".
- Długim wskaźnikiem pokazywałem ważne miejsca.
- Nie ponumerowałeś przeźroczy. To jest bardzo poważna wada prezentacji.
Cóż, zdarzyło się. Trudno na to odpowiedzieć. Na wielu innych wykładach też nie było ponumerowanych przeźroczy, ale to nie utrudniało odbioru. Zresztą kiedy miał to zrobić? Widział je tylko raz wcześniej.
Jednak Rechot dostrzegł tu niedopatrzenie.
- Przeźrocza powinny być ponumerowane, uporządkowane. - Przeciągnął się leniwie. - Taak... Twój wykład zakończył się kompletnym niepowodzeniem. To była zupełna klapa.
Ioanneos jakoś nie potrafił dostrzec dyskwalifikujących wad w swoim wystąpieniu.
- Nie pokazałeś wszystkich przeźroczy, lecz przeleciałeś kilka na końcu - Rechot jakby odpowiedział na jego myśli.
- To prawda. Dostałem bardzo mało czasu i wiele struktur nie zmieściło się w prezentacji, chociaż były na przygotowanych przeźroczach. Organizatorzy konferencji nie dali mi więcej czasu. Na wielu wykładach referenci sztucznie rozdymają wywód, żeby wypełnić nadmiar czasu, ja dostałem połowę czasu. Bo to było wystąpienie alumena.
- Chciałeś w ten sposób dać organizatorom prztyczka, prawda? Pokazać, że się pomylili, dając ci za mało czasu?
- Może tak samo wyszło. Przypadkiem okazało się, że miałem więcej do powiedzenia. Mogłem mówić dłużej. Wydawało mi się, że na sali jeszcze by mnie słuchali.
- W ogóle ta sesja była najsłabsza ze wszystkich. Inne wykłady były też nieciekawe.
- Nie odpowiadam za cudze wystąpienia.
- Twój wykład był najsłabszy w całej sesji.
- Możesz wytknąć konkretne wady czy to tylko ogólne wrażenie?
- Tak. Na przykład nie patrzyłeś ani razu w moją stronę. Referent nie może przez cały czas patrzeć w jedną stronę sali, a nie spojrzeć na drugą.
- Wiele razy spojrzałem na Agę, a ona przecież siedziała koło ciebie. Chyba zawsze tak jest, że referent patrzy w jedno miejsce. Jest przecież w dużym stresie.
- Ani razu nie spojrzałeś w moją stronę - przypomniał Rechot. - Sobą zasłoniłeś ekran i nic nie było widać.
- Stałem w świetle rzutnika?
- Nie wiem, nie było widać.
- Stałem w wiązce światła z rzutnika? - zwrócił się do Agi.
- Nie stałeś, ale nie przerywaj, bo Rechot chce ci to wytłumaczyć szczerze i po koleżeńsku.
- Poza tym parę przeźroczy przeskoczyłeś. Właściwie ich większość. Tak, to było niepowodzenie, twój wykład to kompletna klapa.
W Ioanneosie zaczęła wzbierać złość. Umilkł.
Oni też się nie odezwali. Zapadło ciężkie milczenie.
Rechot poprawił się w fotelu, oparł głowę o oparcie, półleżąc. - Tak. To była klęska. Wykład Ioanneosa zakończył się kompletnym niepowodzeniem.
- Kimże ty jesteś, że tak poniżasz moją pracę?! - wybuchł Ioanneos. - Twoje prezentacje nie są lepsze. - W rzeczywistości nie przypominał sobie ani jednego wykładu Rechota. Nie wiedział nawet, czy jest on alumenem, czy uczestnikiem. Raczej wydawało się, że tym pierwszym, nie zdarzało się bowiem, żeby godzinę integracyjną prowadziła dwójka uczestników.
- Rechot nie ma nic przeciwko tobie! - zaprotestowała Aga. - On chciał tylko szczerze i po koleżeńsku zwrócić uwagę, przekazać zastrzeżenia.
- Że nie patrzyłem na niego? Przecież to śmieszne. Nie spojrzałem na połowę osób na sali. Żaden wykładowca nie wypatruje każdego ze słuchaczy.
- Może nie potrafił swoich zastrzeżeń zgrabnie ująć w słowa, ale na pewno ma rację.
- Tak, Ioanneosie, twój wykład był kompletną klęską. - Wsparty słowami Agi, Rechot leniwie przewracał się w fotelu.
Ioanneos właściwie nie wiedział, co odpowiadać. Nie było sensu. Pod jego nieobecność podjęto decyzję, wydano na niego wyrok, a on po prostu miał to przyjąć do wiadomości. Dyskusji nad wyrokiem nie było. Możliwe, że to nie Rechot tak o tym zdecydował, skoro nie potrafił nawet umotywować swojej opinii.
Jak każdy mężczyzna Ioanneos był nieco próżny i czekał choćby na małą pochwałę. Przecież uniknął klęski dosłownie w ostatniej chwili. Nawet jeśli jego wystąpienie miało wady, to się udało. Teraz jednak intuicyjnie zdawał sobie sprawę, że to znęcanie się nad nim, a nie ocena, i że jest ono nie na miarę błędów w jego wystąpieniu.
- Położę się już - powiedział.
- Tak... rzeczywiście... - Aga też nieco uniosła się na siedzeniu. - Ta rozmowa trwa za długo. Nawet słychać, jak zmieniło ci się brzmienie głosu.
"Faktycznie, kiedy mówię dłużej, śluzówki wysychają i zaczynam piać".
- Tak, trzeba iść spać - powiedział Rechot. Zabrzmiało to jak wyrażenie zgody na propozycję Agi. Teraz już można było skończyć godzinę integracyjną.
Ioanneos dwa razy sprawdził, ale łazienka nie znikła. W pokoju było zwyczajnie, a on sam czuł się bardzo nieprzyjemnie po niezręcznej rozmowie z Agą i Rechotem. Lubił Agę, ale właśnie dlatego jej dzisiejsze ataki zabolały najbardziej. Wiedział przecież, ile kosztowało go wystąpienie przed tak wielką liczbą osób. Wiedział, z jak trudnej sytuacji się wyratował. Kim był ten Rechot, który dzisiaj adorował Agę? Wcześniej przecież go nie zauważył. Rechot interesował się jego wykładem? Może tylko tak powiedział do Agi. Interesowały go struktury międzyludzkie, które Ioanneos wymyślił na użytek dzisiejszego wystąpienia? Używając kategorii z referatu Ioanneosa, przez cały wieczór Rechot niszczył strukturę, niczego nie budował w zamian. Może dlatego zainteresował go wykład? Może zajmował się właśnie niszczeniem struktur? Ale jak wykład mógł go zainteresować, skoro Ioanneos sam nie wiedział wcześniej, o czym w nim powie?
Jeszcze długo wiercił się na łóżku.
Balduga wcześniej wielokrotnie straszyła pozbawieniem dość wygodnego pojedynczego pokoju w razie niezrealizowania planu konferencyjnego. Ocena Rechota, sprawiedliwa czy nie, mogła właśnie to oznaczać. "Trudno, będzie, co będzie". Wtulił twarz w poduszkę.
Po ataku Rechota wyobraźnia powinna obumrzeć, tej nocy piękny plastyczny sen nadejść nie mógł. Ioanneos nie miał co do tego wątpliwości. Wcale się nie zdziwił, kiedy rano zbudził się po ciężkim, szarym śnie bez marzeń, który zostawia wstrętny smak na języku i pot na karku.
Do budzika było jeszcze sporo czasu, ale ciągle żywe wspomnienie wczorajszego wieczora powodowało, że nie miał ochoty na wylegiwanie się. Zebrał się z posłania, mimo że do śniadania było jeszcze sporo czasu, a do pierwszego wykładu według rozpiski jeszcze dalej.
COPYRIGHT ? by Marek S. Huberath COPYRIGHT ? by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2012
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-869-7
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT ORAZ RAFIKA NA OKŁADCE Piotr Cieśliński
ILUSTRACJE Jarosław Musiał
REDAKCJA Michał Cetnarowski
KOREKTA Agnieszka Pawlikowska
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWOFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl