Rozdział 10
Wielbiony, prześladowany, ignorowany, zapomniany i rozkwitający w każdym żywym cyklu. Kult Smoka trwa od tysięcy lat w swych świątyniach rozsianych po różnych miejscach wszechświata. Każda z nich ma swoją funkcję i najwyższego duchownego, który dba o pełnienie tej funkcji wraz z grupą wiernych kapłanów. Historia kultu ginie w mrokach dziejów, ale jego rola i wpływ na magiczny świat są przeogromne. Jeżeli smoki z kimś rozmawiają, to jest to ktoś ważny, jeżeli go słuchają - a kapłani mają u smoków pewien posłuch - to jest to ktoś nie tylko ważny, lecz także być może dysponujący największą siłą znaną wszechświatowi.
Uwagi o organizacjach. Zakon Smoka - Fen Gar-Oth (młodsza)
Oreb była bardziej wilgotnym i dusznym miejscem niż Genosis. Wysepka wśród mokradeł, na którą przeniósł ich portal, kończyła się w zielonym szlamie bagniska, z którego gęsto wyrastały wysokie, podobne do bambusa drzewa. Na niewielkiej przestrzeni krzątało się kilkanaście różnokolorowych jaszczurów w skąpych, przegniłych tunikach. Herun-ta przeciskał się między nimi, prowadząc drużynę aż do miejsca, gdzie kończył się grunt. Czekała na nich długa łódź wyżłobiona z jednego kawałka drewna.
- To było najbliższe celowi miejsce zrzutu, do jakiego mogliśmy się teleportować - wyjaśnił. - Dalej przedostaniemy się łodzią. Radzę wam użyć jakiejś magicznej osłony - na niektóre jady tutejszych stworzeń nawet my nie znamy antidotum.
Koram, Arnuf, Anna i Marek skwapliwie otoczyli się osłonami. Koram poinstruował ich, jak to zrobić:
- Pamiętajcie, aby osłona pozwalała na swobodną cyrkulację tlenu. Możecie też zrobić niepełne, do pasa, ale to nie zabezpieczy was przed latającymi insektami. Poradzicie sobie?
Arnuf i Anna pokiwali głowami. Marek nie był taki pewien, ale mimo że na twarzy czuł ruch powietrza, to jednocześnie miał wrażenie, że już nie siedzi bezpośrednio na dnie łodzi. Również skinął więc na potwierdzenie.
- Świetnie. Herun-ta, czego możemy się spodziewać?
- Sam chciałbym wiedzieć. Żyje tu wiele dzikich stworzeń, od niewielkich po giganty wyższe od tych drzew. Normalnie wszystkie trzymają się na północ stąd, ale od pojawienia się szczeliny zapuszczają się na południe i zachowują niespokojnie. Coś mogło wyjść ze szczeliny i teraz grasuje w tym lesie. I jest to coś, co zakłóca spokój nawet wielkim stadom - wyjaśnił kapłan, po czym zwrócił się do jaszczura sterującego łodzią: - Czy wiadomo już coś więcej?
Ten wpatrywał się w ścianę drzew, nieznanym sposobem wynajdując w niej szczeliny, przez które przemykał się długą łodzią. Kilkakrotnie wysuwał i chował rozdwojony język, zanim odpowiedział.
- Zabiorę was do miejsca, gdzie nasi zwiadowcy odkryli ślady... jakby walki. To grunt, rozległa wyspa wśród mokradeł, normalnie teren, gdzie gordozaury toczą walki godowe. Teraz podobno wygląda jak po przejściu titanusa ze świerzbem: drzewa powywracane, obszar częściowo wypalony. A tutaj prawie nie ma ognia, poza bąblowiskami. Coś tam się działo, powinniście zacząć właśnie w tym miejscu.
Herun-ta pokiwał głową.
- Ile czasu zajmie nam dotarcie tam?
- Kilka godzin. A teraz cisza, bo woda się mąci, będziemy mijać jakieś stado.
Faktycznie, na wodzie wokół pni zaczęły pojawiać się kręgi. Po chwili usłyszeli też pluski i porykiwania. Nagle drzewa nad ich głowami rozchyliły się, ustępując przed wielkim cielskiem stworzenia podobnego do wyobrażeń ziemskiego diplodoka.
- Titanus. Normalnie żerują dalej, na północ - wyszeptał cicho, z podziwem Herun-ta.
Stworzenie spojrzało na nich ciekawie z góry i schyliło lekko wielki łeb na długiej szyi. Po chwili obok pojawiło się kolejne. I jeszcze jedno.
- Spójrzcie! - Sternik wskazał na łeb jednego z nich.
Tuż przy szczęce stworzenia widniał ślad jak po oparzeniu.
- Musiała być na gruncie i została poparzona. Biedna. Będę musiał poinformować uzdrowicieli, aby się nią zaopiekowali. - Uniósł dłoń i wystrzelił z nich jaskrawą kulę, która zawisła nad drzewami. Następnie skierował rękę w stronę zwierzęcia. Na jego boku rozjarzył się delikatny symbol.
- W ten sposób uzdrowiciel ją odnajdzie i uleczy ranę - wyjaśnił cicho Herun-ta. - Płyńmy, cokolwiek zraniło tego titanusa, wciąż na nas czeka.
Wyminęli majestatyczne giganty i zanurzyli się dalej w lesie. Marek milczał zamyślony. Z jednej strony niepokoiło go, jak by sobie poradził w tej dziczy, w której już dawno stracił poczucie kierunku. Z drugiej rozważał, że skoro światy mają tyle podobieństw, to odpowiednikiem titanusa na Ziemi byłby diplodok albo brachiozaur. Ale czy na Oreb znajdą również stworzenia podobne do ziemskich tyranozaurów albo welociraptorów? W końcu sformułował pytanie:
- Czy żyją tu stada drapieżców zdolnych powalić titanusa?
- Tak, gordozaury i inne. Ale zazwyczaj nas nie niepokoją, dbamy o wszystkie stworzenia bez wyjątku. Poza tym wasz naszyjnik powinien dać im znać, że jesteście przyjaciółmi.
Marek spojrzał na zawieszone na szyi Korama koraliki i westchnął. Mimo wszystko miał nadzieję, że nie spotkają drapieżników.
***
Coraz większe prześwity między drzewami, które przypominały sekwoje, poprzedziły dotarcie podróżujących do wypiętrzenia. W końcu zostawili łódź i ruszyli na piechotę. Grunt z początku zapadający się pod ich stopami w końcu stał się twardszy. Ich przewodnik zarządził postój na noc. Następnego dnia mieli dotrzeć na miejsce zniszczeń.
- Co spodziewamy się znaleźć? - Siedząc przy ognisku i jedząc nieznane mu, tykwowate rośliny, Marek zadał nurtujące go pytanie.
- Osobiście uważam, że to jakieś istoty, które przedostały się przez szczelinę. Pewnie uznały stada za zagrożenie albo zostały przez nie zaatakowane i rozpoczęła się walka. Poranienie tego titanusa sugeruje, że nie są to zaawansowani magowie, którzy mogliby zabić takie stworzenie. - Koram przedstawił swoją hipotezę.
- To prawdopodobne - poparł go Herun-ta.
- Czyli musimy złapać tych przybyszy? - upewnił się Marek.
- Albo zabić. Zaatakowali stada, to będzie odpowiednia kara - odparł Herun-ta.
Marek próbował odgadnąć z jego gadzich oczu, czy to miał być żart, ale odpuścił sobie. Jaszczur najwyraźniej mówił, co myślał i co było dla niego naturalne. Był to dla Ziemianina problem. Zasadniczo zabijanie traktował jako coś wbrew naturze. Śmierć zadana przeciwnikowi przez Magiva na zdulickiej arenie nadal nie dawała mu spokoju. Z jednej strony rozumiał, że znalazł się w świecie, który rządzi się innymi prawami i gdzie poziomy brutalności i poszanowania dla życia są odmienne od tych, do których był przyzwyczajony. Z drugiej - zmiana własnej percepcji i rozważanie uśmiercenia rozumnej istoty, człowieka czy nie, były niezwykle trudne. Dopuszczał taką możliwość w samoobronie, ale w tym przypadku mówili o pościgu. To tak jakby policjanci ścigali złoczyńcę w celu jego eliminacji, a nie schwytania. A co z przewinieniem adekwatnym do kary? Spłoszenie zwierząt nie wydawało się czynem, za który należało się uśmiercenie.
- Nie będziemy starali się ustalić, skąd i jak przybyli? - wtrąciła się w rozmowę Anna.
- Zobaczymy. Jeżeli nas zaatakują tak jak stada, to ich uśmiercimy. Jeśli są tu przypadkiem, to spróbujemy z nimi porozmawiać. Ale nie możemy i nie będziemy ingerować w lokalne zasady. Jeżeli za zakłócanie spokoju stadom czeka ich śmierć, to taki spotka ich los. Wówczas pewnie dojdzie do walki. - Koram podsumował oficjalną rolę Trójcy.
Anna i Arnuf pokiwali głowami ze zrozumieniem. Marek przeniósł wzrok na Magiva, ale ten wydawał się pogrążony w jednym ze swoich transów.
- Czy za każde naruszenie spokoju stad czeka śmierć? - Chłopak zwrócił się do Herun-ta.
Jaszczur nadął skórę na podgardlu i powoli wypuścił powietrze, zastanawiając się.
- Nie, ale oni nie tylko spłoszyli stado, lecz także zranili titanusa. Za taki czyn muszą ponieść karę - stwierdził stanowczo jaszczur. Te słowa zakończyły temat.
Marek milczał przez resztę wieczoru, rozważając, jak się zachować w sytuacji walki z nieznanymi przeciwnikami. Nawet nie zauważył, kiedy zmorzył go sen.
***
Obudziło go uderzenie o konar wielkiego drzewa, u podnóża którego obozowali. Spróbował otworzyć oczy, ale w twarz uderzył go żar, zmuszając do odwrócenia się plecami do źródła gorąca. Dopiero po chwili mógł obrócić się i z poziomu ziemi rozejrzeć, co się stało.
Kilka metrów od Marka stał Magiv, przypominając rzeźbę na tle płonącej trawy. Nagle z ciemności nadleciała ognista kula i rozbiła się o osłonę, jaka paręnaście metrów dalej otaczała Korama. Za Koramem skulili się Anna i Arnuf, z mieczami w dłoniach wpatrywali się w ciemność. W pobliżu nie było widać żadnego z jaszczurów.
Kolejne dwie kule uderzyły w Magiva, płynący z nich żar znowu zmusił Marka do odwrócenia wzroku.
- Twórz osłonę i biegnij do Korama! - krzyknął do chłopaka Magiv. Jego ubranie płonęło, ale on sam nie odniósł żadnej szkody.
Marek skupił się i utworzył kulę kinetyczną ze sobą w środku. Miał nadzieję, że to wystarczy do odbicia ognistych ataków. Zaczął ostrożnie okrążać płonącą polanę, idąc do Korama. Chwilowo nikt go nie atakował. Kule ognia na przemian leciały w Magiva i Korama, ale ich efektem był tylko coraz większy pożar okolicznej roślinności. Nagle zapanowała cisza. Marek zastygł, wpatrując się w ciemność, od Korama dzieliło go już tylko kilka metrów.
- Padnij! - krzyknęli jednocześnie Magiv i Koram.
Niewidoczna do tej pory osłona Korama rozjarzyła się nagle na fioletowo. Z mroku nadleciał ogromny pocisk, w odróżnieniu od poprzednich ten płonął niebieskobiałym ogniem. Atak uderzył w środek polany z ogłuszającym hukiem i wywołał rozchodzącą się na wszystkie strony kinetyczną falę zniszczenia, powalającą okoliczne ogromne drzewa.
Marek poczuł, jak ogromna siła napiera na jego osłonę, wysysając z niego magiczną energię. W którymś momencie zdał sobie sprawę, że stracił oparcie dla nóg. Siła ataku poderwała go w powietrze i wyrzuciła ponad las. Lecąc, w intensywnym świetle miejscowego księżyca mógł dostrzec koliście rozchodzące się fale wywracanych drzew, wyrywanych z korzeniami siłą ataku. Obróciwszy się w locie, zaczął się gorączkowo zastanawiać, jak wylądować. Osłona kinetyczna powstrzymała napór zewnętrzny, ale czy zamortyzuje upadek?
Marek wyciągnął ręce przed siebie, w myślach tworząc obraz grubego strażackiego materaca i licząc, że zamortyzuje w ten sposób siłę uderzenia przy lądowaniu. Niestety spadając, stworzony przez niego konstrukt zahaczył o gałęzie drzew i zaczął obracać się chaotycznie i zderzać z okolicznymi konarami. Na szczęście osłona kinetyczna nadal działała, a uderzenia o kolejne pnie i gałęzie złagodziły siłę upadku. Z głuchym stęknięciem Marek upadł na ziemię. W tym momencie dotarła do niego fala zniszczenia wywołanego magicznym atakiem. Unosząc głowę, dojrzał gigantyczny pień lecący wprost na niego. Pień uderzył w konstrukt materaca, pod którym znajdowała się kinetyczna osłona Marka, ciężar drzewa wgniótł całość w ziemię. Marek pamiętał tylko, że osłonił się przed pniem i poczuł spadanie, a potem uderzył o dno wyżłobienia odciśniętego przez osłaniający go telekinetyczny bąbel.
***
Gdy się ocknął, był już dzień, słońce przebijało się przez szczelinę między pniem a krawędzią dołu, w którym leżał. Tył głowy pulsował mu tępym bólem. Ostrożnie uniósł ramiona i sprawdził, czy ma mdłości. Na szczęście nie zauważył żadnych objawów wstrząsu mózgu. Po chwili udało mu się wygrzebać z dołu i wejść na pień. Z jego wysokości rozejrzał się dookoła. Jak okiem sięgnąć leżały powalone drzewa, dopiero w oddali dało się zauważyć skraj lasu. Nie dopuszczając do siebie czarnych myśli, Marek otoczył się osłoną przeciw insektom i ruszył przed siebie. Pamiętając, że drzewa padały od środka wybuchu, kierował się w stronę jego epicentrum, tam gdzie obozowali zeszłej nocy. Idąc, zastanawiał się, jak daleko go odrzuciło.
Marsz przez labirynt powalonych drzew był udręką. Niektóre pnie miały kilka metrów wysokości i trzeba było je okrążać, gdyż nie było sposobu, aby się na nie wspiąć. W dodatku okoliczna fauna, która przeżyła spustoszenie, dawała o sobie znać gniewnymi rykami. Marek ostrożnie wyglądał zza kolejnych mijanych pni. Nie mając naszyjnika z korali, wolał nie spotkać miejscowych drapieżników. Zwłaszcza że po takiej nocy nawet koraliki mogły nie wystarczyć, by uspokoić rozszalałe bestie.
Omijając korzeń jednego z powalonych olbrzymów, Marek dostrzegł ciało. Instynktownie ukucnął za korzeniem i ostrożnie wyjrzał. Ciało nie poruszało się, ewidentnie nie był to jaszczur. Marek postanowił zaryzykować i podkraść się bliżej. Kiedy dostrzegł więcej szczegółów, zorientował się, że jest to rudowłosa kobieta w obcisłym, srebrnym kombinezonie. Leżała na boku plecami do niego.
Podchodząc bliżej, Marek zamarł nagle, gdy wśród gałęzi mignęło coś metalicznego. To był robot, a raczej pancerz. Metalowe nogi podtrzymywały jajokształtny korpus z prześwitem na froncie, przez który widać było fotel i świecące guziki albo przyciski. Dwa ramiona po bokach korpusu kończyły się chwytakami, w których znajdowały się przedmioty przypominające pistolety, od pistoletów ciągnęły się rury i znikały za plecami korpusu, zapewne w zasobniku.
Ponieważ w robocie nikogo nie było, Marek doszedł do wniosku, że leżąca przed nim kobieta była pilotką. Marek obszedł kobietę i umiejscowił się między nią a zbroją, po czym wzmocnił swoją osłonę i stworzył telekinetyczną ścianę oddzielającą ich od robota. Potem przygotował sobie kilka gałęzi, które mógłby miotać przy użyciu telekinezy jak oszczepy. W końcu ukucnął i zawołał:
- Hej! Czy mnie rozumiesz?
Reakcja kobiety była błyskawiczna. Nieznajoma przetoczyła się w stronę robota, ale uderzywszy o niewidzialny mur, zerwała się na nogi i odskoczyła, by przyjąć pozycję obronną. W dłoniach trzymała gałąź, którą najwyraźniej zamierzała się bronić.
Przez chwilę żadne z nich się nie poruszyło, oboje wpatrywali się w siebie.
- Czy mnie rozumiesz? - Marek zdecydował się ponownie przerwać ciszę.
- Rozumiem. Kim jesteś i czego chcesz? - Jej akcent był dziwny, ale Marek odetchnął z ulgą, że postanowiła odpowiedzieć, a nie zaatakować.
- To skomplikowane. Nazywam się Marek i przybyłem tu zbadać... eee... niezwykłe wydarzenia.
- Nie jesteś żołdakiem Imperium, jesteś tutejszy? - Kobieta, a raczej dziewczyna - bo Marek dopiero teraz dostrzegł, że pod warstwą brudu jej twarz jest bardzo młoda - trochę się rozluźniła. Była nieco niższa od chłopaka, obcisły kombinezon podkreślał jej kobiece kształty.
- Nie, ale miejscowi poprosili nas o pomoc. Czy to ty powaliłaś te drzewa?
- Ja?! - parsknęła w odpowiedzi. - Mój mech nie ma już grama energii. To dzieło imperialnych magów, wczoraj walczyli z czymś na południe stąd. To ten sam atak, który rozbił mój oddział. Czy nie spotkałeś może moich towarzyszy?
- Nikogo nie spotkałem. Przybyliśmy wczoraj i wtedy nas zaatakowano. Skąd mam mieć pewność, że to nie ty byłaś jednym z atakujących?
Słysząc to pytanie, dziewczyna znowu stężała.
- Jak was zaatakowano? - spytała w odpowiedzi.
- Kule ognia, a potem ten wybuch, który powalił drzewa.
- Więc to chyba proste, nie jestem magiem, a mój mech nie ma takiego rodzaju ataku. Zresztą od dwóch dni jest do cna wyczerpany. Jeśli mi nie wierzysz, to po prostu to zakończ, jestem już zmęczona, mam dość. - Nagle opuściła ramiona.
Marek wstał, zaskoczony jej reakcją, przyszło mu jednak do głowy, że to blef. Musiał wiedzieć więcej.
- Nie zamierzam cię krzywdzić, ale co tu robisz? To święte miejsce, gdzie żyją stada wielkich gadów. Nie powinno tu być ludzi.
- Nie jestem człowiekiem, tylko marukiem - odpowiedziała, odgarniając brudne włosy i odsłaniając szpiczasto zakończone ucho. - I nic nie wiem o tym świecie poza tym, że są tu wielkie mięsożerne jaszczurki i żołnierze Imperium. Jesteś pierwszą osobą niepochodzącą z Imperium, którą spotkałam. Nazywam się Sonia.
- Dobrze. A skąd się tu wzięłaś? - Marek dociekał dalej.
Sonia usiadła i zaczęła grzebać końcem kija w ziemi.
- Jestem mechrunnerką w Czwartym Korpusie Drugiej Armii Technokracji, mój oddział miał wznieść się na platformie, aby uderzyć na zgrupowanie Imperium, które próbowało zająć instalacje wokół portalu na Graath. Ale nie dotarliśmy na naszą pozycję, zaatakowali nas ich magowie i coś się stało z portalem. Wciągnął nas i wyrzucił tutaj. Ich zresztą też. Walczyliśmy w tym gąszczu, aż w którymś momencie oddzielono mnie od oddziału. To był taki sam wybuch jak wczoraj. Błąkałam się po okolicy i dotarłam tutaj, gdzie skończyła się energia mecha. Teraz czekałam na koniec. Miałam nadzieję, że wczorajsza walka to moi towarzysze.
- Nie, to akurat moi towarzysze - odpowiedział Marek.
Przez chwilę oboje zastanawiali się w milczeniu. "Technokracja", nazwa jakiejś planety, nic Markowi nie mówiła. Ale pamiętał, że w Trójcy słyszał o walkach z Imperium. Może to to samo. Na razie priorytetem było dla niego dotarcie do obozu. Nie chciał jednak zostawiać za sobą tej dziewczyny: raz, bo była żołnierzem, być może wrogim, a dwa - bo czuł, że pod spokojnym zachowaniem czają się strach i zagubienie. Wahał się, jak powinien postąpić, gdy Sonia zapytała:
- Czy jesteś magiem?
- Hmm, tak jakby. Czemu pytasz?
- Czy mógłbyś naładować akumulator mojego mecha?
- Nie wiem, a dlaczego?
- Nie wiem, gdzie jestem ani jak wrócić do swoich, chciałabym pójść z tobą, gdziekolwiek idziesz. A bez mecha jestem bezbronna. - Sonia pomachała w powietrzu gałęzią. - Zgubiłam nawet mój miecz bojowy i został mi tylko ten badyl.
- Tylko że mech to też twoja broń. Nie wiem, czy chcę tak ryzykować. - Marek postawił sprawę jasno.
- Rozumiem, w takim razie zabierz nas stąd magią. Wezmę akumulatory do napełnienia, a po mecha wrócę później.
- Ale... - Kolejną wypowiedź Marka przerwał wstrząs ziemi pod ich stopami.
- Coś się zbliża. - Sonia poderwała się i obróciła przez ramię. Miała dobre wyczucie kierunku, bo po chwili doszedł ich stamtąd ryk jakiegoś zwierzęcia.
Marek pomyślał, że nie brzmi to jak przyjaźnie nastawiony titanus. Drgania ziemi przybierały na sile, zapowiadając nadejście olbrzyma, coraz głośniejsze były też dźwięki łamanych gałęzi, do których po chwili doszły posapywania. Sonia cofnęła się, aż plecami dotknęła niewidzialnej bariery postawionej przez Marka. Wtedy odwróciła się gwałtownie.
- Wpuść mnie za zasłonę, inaczej mnie pożre. - W jej zielonych oczach widać było przerażenie. - Te bestie są ogromne i agresywne. Mam nadzieję, że sobie z nią poradzisz.
- Nie znam zaklęć bojowych. - Marek również czuł narastający strach. Unieważnił mur telekinetyczny i wzmocnił barierę wokół siebie. - W dodatku nie powinniśmy ich ranić, bo inaczej miejscowi skażą nas na śmierć.
- A jesteś w stanie nas wybronić? Jakaś osłona? - Sonia patrzyła na niego z nadzieją.
- Daj mi się zastanowić. - Marek starał się coś wymyślić, ale zanim zdecydował, czy kolejny mur telekinetyczny to dobry sposób, na polanę wkroczył gordozaur.
Faktycznie był podobny do ziemskich wyobrażeń tyranozaura, tylko pokryty czerwonobrązowymi piórami i wystającymi zrogowaceniami skóry na grzbiecie. Przez sekundę mierzył Marka i Sonię wzrokiem, po czym z ogromną prędkością rzucił się do ataku. Jego wielkie szczęki zacisnęły się wokół bariery, jaka otaczała Marka, i uniosły ją. Chłopak poczuł, jakby osłona trzeszczała w paszczy olbrzyma, wypływ mocy potrzebny do jej utrzymania był ogromny. W pewnym momencie dostrzegł, że Sonia wskakuje do swojego mecha. Pusta przestrzeń, przez którą widać było fotel pilota, została zasłonięta niebieską pokrywą. Jedno z ramion mecha przesunęło się, a z pistoletu wyleciał niebieski pocisk energii i uderzył w duży konar nad głową gordozaura. Konar spadł na grzbiet olbrzyma, odwracając jego uwagę. Machnięcie potężnej szczęki wyrzuciło Marka aż za plecy mecha. Gordozaur odwrócił się na chwilę, badając, co go uderzyło.
Marek podniósł się w swojej bańce. Na plecach mecha faktycznie znajdował się zasobnik. Wypełniony był kryształami mocy, prawie wszystkie były przeźroczyste, jakby dopiero co stworzone, tylko jeden jarzył się mleczną bielą.
- To był ostatni strzał, zrób coś, bo inaczej zaraz nas dopadnie! - Marek usłyszał krzyk Sonii.
Po sekundzie wahania wskoczył na plecy mecha i chwyciwszy najbliższy kryształ, wlał w niego energię.
- To jest to! - krzyknęła dziewczyna. - Trzymaj się!
Mech poruszył się, wykonując dwa kroki w stronę gordozaura, który właśnie obracał się z powrotem w ich kierunku. Bestia ruszyła do ataku z szeroko otwartą wielką paszczą. Ale nim dosięgnęła mecha, ten wybił się gwałtownie w powietrze i wylądował na sąsiednim pniu na wysokości kilku metrów. Gordozaur zadarł łeb i ponownie rzucił się do ataku. I tym razem mech zdążył uskoczyć na sąsiedni pień, potem na kolejny. Błyskawiczne kilkunastometrowe skoki z drzewa na drzewo szybko oddaliły ich poza zasięg stwora.
***
Marek napełnił jeden z kryształów aż do ciemnogranatowego koloru, po czym wstrzymał ładowanie. Poprawił swój chwyt na zasobniku i zastukał w kopułę korpusu.
- Już wystarczy, możesz się zatrzymać! Tu nas nie dogoni! - krzyknął do Sonii.
Mech wykonał jeszcze jeden skok na sąsiedni pień i zastygł. Niebieskie drzwi do siedziska pilota zdematerializowały się. Sonia stanęła na fotelu i odwróciła się do Marka. Uśmiechała się.
- Dziękuję! To było niekonwencjonalne.
Z bliska Marek mógł się przyjrzeć jej zielonym oczom i szpiczastym uszom. Mimowolnie zauważył, że obcisły kombinezon działa rozpraszająco.
- Myślałam, że go jakoś zwiążesz albo uniesiesz nas poza jego zasięg. Ale to mi nawet bardziej pasuje, bo mogę zabrać mojego mecha. Tylko czemu się go złapałeś, a nie pofrunąłeś na skrzydłach magii, fruuu...? Byłoby ci o wiele wygodniej.
- Nie radzę sobie z tym za dobrze - wymamrotał Marek. Odetchnął i dodał: - Powiedz, czy możesz nas dostarczyć do epicentrum wybuchu? Tam był nasz obóz.
Sonia spoważniała.
- W takim razie możliwe, że nikt nie przeżył - powiedziała smutnym głosem, spuszczając głowę. - Na początku naszej walki tutaj użyli tego zaklęcia na moim oddziale. W epicentrum znaleźliśmy tylko lej i poskręcane szczątki mechów.
- W to nie wierzę. Przynajmniej jeden z moich towarzyszy jest... hmm... niezniszczalny. Poza tym bez nich nie wrócę.
- Rozumiem twoją nadzieję. Tylko że ja widziałam, jak magia Imperium rozdziera nasze krążowniki. Ale oczywiście pójdę z tobą.
Marek popatrzył na nią, jednak zdecydował się nie precyzować, że bez swoich towarzyszy nie byłby w stanie wrócić do portalu. A w okolicy był jeszcze krócej niż Sonia.
- Dziękuję. Jeżeli możesz, to zabierz nas tam mechem, te skoki po pniach pozwolą nam dotrzeć na miejsce dużo szybciej niż pójście dołem.
- Ty naprawdę nie możesz się unosić z wykorzystaniem magii? - Sonia była zaskoczona jego prośbą. - Możemy skakać, ale łatwiej byłoby polecieć.
- Obawiam się, że skakanie jest najlepszą opcją, w razie czego doładuję twoje kryształy. - Marek nie bardzo wiedział, jak szybko wytłumaczyć swoją historię. - Tylko, jeśli możesz, skacz delikatnie.
- Jak uważasz, nic nie gwarantuję, więc lepiej trzymaj się mocno. - Sonia usadowiła się w kokpicie, a zasłona zmaterializowała się za nią.
Pomimo że podróż nie należała do najwygodniejszych, jej tempo istotnie przyśpieszyło. Sonia starała się wykonywać ostrożne skoki i Marek miał wrażenie, że nie w pełni wykorzystuje możliwości swojego pojazdu. Ale niezależnie od tego w kilka godzin przedostali się w pobliże epicentrum. Im bardziej się zbliżali, tym lepiej było widać siłę wybuchu. Najpierw dotarli do pierścienia utworzonego z usypanych gałęzi oderwanych siłą podmuchu. Potem było tylko gorzej: wielkie powalone drzewa leżały pozbawione nawet sporych konarów, a bliżej epicentrum również płatów kory.
W pewnym momencie mech zatrzymał się. Sonia otworzyła przesłonę.
- Mam wskazania, że ktoś tam jest. Spójrz!
Nad epicentrum uniosła się ludzka sylwetka, która bardzo szybko poleciała w ich stronę.
- To nie Imperium! - W głosie Sonii dało się odczuć ulgę.
Faktycznie, nadlatującym okazał się Koram, który na widok Marka uśmiechnął się szeroko.
- Już zaczynaliśmy się martwić. Powrót zajął ci strasznie dużo czasu.