Portal Smoka 3. Konfrontacje - Wojciech Kaczmara

Kup ebooka

24.99 zł

-
Proszę czekać

Przypomnienie głównych postaci

z poprzednich części opowieści:

Marek - Ziemianin obdarzony zdolnościami magicznymi, po podróżach przez magiczne światy wrócił na Ziemię, gdzie przyczynił się do powrotu magii na planetę.

Elżbieta Carr - nadinspektor policji na Ziemi, w rodzinnym mieście Marka, członkini tajemniczej ziemskiej organizacji zajmującej się opieką nad pozbawionym magii światem.

Jonathan Charmagna - człowiek, członek tajemniczej ziemskiej organizacji zajmującej się opieką nad pozbawionym magii światem, pełni funkcję jej lidera.

Natalie - człowiek, babka Adelaide, poniosła śmierć, kiedy Marek i Magiv spowodowali powrót magii na Ziemię, członkini tajemniczej ziemskiej organizacji zajmującej się opieką nad pozbawionym magii światem.

Magiv - towarzysz Korama, niegdysiejszy mag, który po przybyciu z Markiem na Ziemię przyczynił się do powrotu magii na planetę w nadziei, że odzyska zdolności.

Liliana - człowiek, członkini Wybawców, była żona Magiva, która pragnie unicestwić go za wszelką cenę.

Igor Hrost - oficer w armii nacji zwanej Sprzymierzeniem, stara się wrócić w łaski swego dowódcy, arcymaga Valadana.

Paul - człowiek, członek Wybawców, kochanek Liliany.

Valadan - arcymag Sprzymierzenia, kierunki rozwoju jego dominium obejmują między innymi przyłączenie planety Denurban; dominium Valadana graniczy z nacją zwaną Imperium, z którą jest w stanie wojny.

Frija - dowódca w armii Sprzymierzenia, mający za zadanie przejmować kolejne światy i przyłączać je do Sprzymierzenia; obecnie jego zadaniem jest przejęcie Denurbanu.

Haketh - podkomendna komandora Friji oddelegowana do misji dyplomatycznej w nacji zwanej Technokracją.

Koram - mag, szpieg, były wykładowca w Akademii Trójcy.

Sonia - mechrunnerka/żołnierz z Technokracji; należy do rasy maruków.

Anna - młoda arcykapłanka Zakonu Smoka z Denurbanu.

Arnuf - kapłan Zakonu Smoka. Dowodzi oddziałem kapłanów-wojowników, którzy wspierają Denurbańczyków w walkach z bandytami i potworami zamieszkującymi planetę.

Morav - była arcykapłanka Kultu Smoka odpowiedzialna za świątynię na Denurbanie.

Presos - arcymag Trójcy, jeden z najstarszych i najbardziej doświadczonych w używaniu magii, należy do dowódców armii walczącej z Imperium.

Oznyr - arcymag Trójcy, jeden z dowódców armii walczącej z Imperium.

Q-len - arcymag Trójcy z rasy jaszczurów, powierzono mu administrowanie Trójcą.

Theros - smok, jeden z najstarszych i bardziej poważanych, zaangażował się w walkę z Imperium.

Pes-tan - arcykapłan z rasy jaszczurów, lider zgromadzenia arcykapłanów Zakonu Smoka.

Legenda

(zgodnie z chronologią pojawiania się w tekście):

Rui - człowiek, naczelny mag Stowarzyszenia.

Adelaide - człowiek, magini ze Stowarzyszenia, wnuczka poprzedniej arcymagini.

Aakash - człowiek, mag przydzielony do placówki Stowarzyszenia przy świątyni Zakonu Smoka na Ziemi.

Chuck - lingwista studiujący wspólną mowę.

Frank - człowiek, mag Stowarzyszenia, podkomendny Adelaide.

Helen - człowiek, jedna z osób przetrzymywanych przez Stowarzyszenie w podziemnym kompleksie koło San Francisco.

Vanetty - planeta, na której Sprzymierzenie prowadziło negocjacje z Wybawcami.

Natess - wróżka, członkini Wybawców.

Wynda - człowiek, arcymagini ze Sprzymierzenia.

Kurk - humanoidalny arcymag ze Sprzymierzenia.

Leon-gaf - planeta zajęta przez Imperium, która jest celem pierwszego ataku Sprzymierzenia.

Senduki - planeta zajęta przez Imperium, która jest celem pierwszego uderzenia Trójcy.

Jack - człowiek, jedna z osób przetrzymywanych przez Stowarzyszenie w podziemnym kompleksie koło San Francisco.

Skirek - zielonoskóry humanoid, mieszkaniec wioski na Dionizji.

Dionizja - planeta sąsiadująca z Ziemią przez szczelinę międzywymiarową.

Furraka - podobne do myszy stworzenie zamieszkujące Dionizję.

Arue - zielonoskóry humanoid, mieszkaniec wioski na Dionizji.

Farque - zielonoskóry humanoid, mieszkaniec wioski na Dionizji.

Torsq - starszy wioski, zielonoskóry humanoid, mieszkaniec wioski na Dionizji.

Aran-gur - zamek, siedziba arcymagów na Dionizji.

Kreak - lider arcymagów na Dionizji.

Dimetra - planeta sąsiadująca z Dionizją.

Pelthanci - czworonożne inteligentne stworzenia z mackami wystającymi z głów, oryginalni mieszkańcy Dionizji.

Pierwszy Świat - mityczne miejsce będące kolebką magii we wszechświecie.

Brama - szczelina łącząca ostatni świat środkowej części wszechświata z pierwszym światem wewnętrznej, najstarszej sfery.

Farn-Ka - planeta, gdzie Technokracja wydobywa prawdziwe kryształy energii.

Radek - adiutant Friji na Denurbanie.

Armadije - pokryte grubą łuską stwory żywiące się ludzkim mięsem, które miotają kolce jadowe umieszczone na swoich ogonach.

Zenbik - arcymag z Yolandis, miasta na Denurbanie.

Vepak - smok, który podróżował z Koramem na Denurban.

Martweron - tajemniczy byt przywołany do walki przez Imperium.

Cesarstwo - starożytna nacja, z której wywodzi się Martweron.

Gabriela - lord, strażniczka Bramy w Cesarstwie.

Ozane - smok, jeden ze smoków, które poleciały na misję w głąb Imperium.

Rozdział 1

Wszyscy chcemy osiągnąć szczęście, pokój i harmonię. Jak to się więc stało, że przy całej naszej wiedzy i magii wciąż nie możemy zapewnić każdemu szczęśliwego życia? Być może akceptując wolność drugiej istoty, skazujemy się na ciągłe zagrożenie różnicą zadań, która bez odpowiedniego dialogu może rodzić konflikty. Czy w takim razie powinniśmy żyć jak bezrozumny i bezwolny rój, powierzając swoje życia tyranii jednostki? Bo taki los szykuje nam Imperium. Wolę stanąć do walki o własne przekonania, niż oddać swoją wolę. Dlatego namawiam was wszystkich do poparcia wojennego wysiłku w celu zwalczenia tego wroga!

Mowy. Wspomnienia. Relacje - arcymag Rograr z Konfederacji Trójcy

Miasto powoli się uspokajało, a zgromadzony na ulicach tłum gapiów się rozproszył. Jeszcze tylko na balkonach i w oknach stały pojedyncze postacie wpatrzone w nocne niebo, na którym wyraźnie widać było nowo powstałe szczeliny. Pojawienie się kosmicznych anomalii wywołało wielkie poruszenie, ale ponieważ nie towarzyszył im żaden konkretny efekt, ludzie się uspokoili. Zapewne ich reakcja byłaby inna, gdyby wiedzieli, że te jaśniejące bruzdy stanowią międzywymiarowe bramy do innych światów.

Marek i Elżbieta powoli wchodzili schodami na piętro, na którym mieszkała rodzina chłopaka. Marek całą drogę zastanawiał się nad tym, co teraz. Po wszystkich tych przygodach powinien chyba coś opowiedzieć rodzicom. Elżbieta sugerowała, że to ona poprowadzi rozmowę, tak jakby ostatnie kilka miesięcy jego życia się nie wydarzyło. Cóż, dla niej one nie istniały, minęło zaledwie kilka dni. Dla niego to było mnóstwo doświadczeń. Porwanie na inną planetę, używanie magii, spotkanie niesamowitych istot stanowiły tylko zarys przeżytych przez Marka przygód. Z chęcią by o nich opowiedział, ale jego podróż po wszechświecie miała swoją mroczną stronę - zabicie dwóch osób, widok igrzysk na Gornath, zagrożenie ze strony innych, agresywnych światów, fabryki kryształów magii. Te historie wolałby zachować dla siebie. Z każdym pokonywanym stopniem decyzja stawała się coraz bardziej paląca. Ostatecznie chłopak doszedł do wniosku, że najlepiej będzie zaufać Elżbiecie i poczekać z opowieścią, aż magia wróci. Obraz sytuacji, jaki nadinspektor miała przekazać rodzicom, był dość prosty - Marek został zwerbowany do pracy w Interpolu, będzie dużo podróżował, a jego zadania mają poufny charakter. Historia szyta grubymi nićmi, ale alternatywą było... opowiedzieć o magii! Nie chodziło to, że nie mógł zaprezentować rodzicom swojej mocy - nadal tkwił w bąblu osłony i miał kilka kryształów, to wystarczyłoby na efektowny pokaz. Chłopak uznał jednak, że kiedy jego rodzice na własnej skórze przekonają się, czym jest magia, łatwiej będzie im uwierzyć i zrozumieć to, co go spotkało. Tak uspokojony, zdecydowanie nacisnął dzwonek do drzwi.

Przez chwilę nasłuchiwał zbliżających się kroków. Następnie rozległ się dźwięk uchylanego wizjera i znajomy głos krzyczący:

- To Marek!

Drzwi otworzyły się i stanęła w nich matka chłopaka.

- Wchodź szybko, ojciec jest na balkonie z lornetką... - Urwała raptownie, patrząc ze zdumieniem na dziwne, brudne i miejscami podarte ubranie syna. Potem przeniosła wzrok na stojącą za jego ramieniem elegancko ubraną Elżbietę. W końcu zdumiona wykrztusiła: - Co się stało? Kim pani jest?

Ponieważ Marek zaniemówił, to Elżbieta przejęła inicjatywę. Zdecydowanym, rutynowym ruchem wyciągnęła legitymację i przedstawiła się:

- Elżbieta Carr, nadinspektor policji. Czy możemy wejść?

- Co się stało? - Matka Marka zrobiła krok wstecz, a jej oczy rozszerzyły się ze strachu.

Chłopak nie mógł powstrzymać fali targających nim emocji. Zdjął chroniące go zaklęcie, pozwalając, aby cała zamknięta w osłonie energia się rozproszyła, po czym szybko objął matkę i mocno ją uściskał.

- Wszystko w porządku, mamo - zapewnił.

Zdumiona kobieta wcale nie poczuła się uspokojona. Zdecydowanie nie spodziewała się takiego zachowania po swoim dorosłym synu, który dopiero co naburmuszony wyjechał na przymusowe wakacje. Odwzajemniła jednak uścisk i patrząc nad ramieniem Marka na Elżbietę, ponownie zapytała z lękiem w głosie:

- Co się stało?

- Nic złego, proszę pani - odpowiedziała spokojnie Elżbieta, również zaskoczona sceną, której była świadkiem. Po sekundzie dodała zdecydowanym tonem: - Proponuję jednak, by zawołała pani męża. Musimy usiąść i porozmawiać. Chcemy z Markiem oznajmić państwu kilka rzeczy.

Marek odsunął się od matki, a ta spojrzała na niego z bliska i skrzywiła nos.

- Na pewno wszystko w porządku? Nic ci nie jest? - upewniła się. Potem podejrzliwie zmarszczyła brwi i dodała: - Z domem ciotki też?

- Tak, mamo - odpowiedział niepewnie chłopak. Dom ciotki był delikatną kwestią, lecz chyba nic mu się nie stało.

- W takim razie zaproszę panią do salonu. Ale zanim porozmawiamy: idź się umyj i przebierz, bo pachniesz jak kloszard. Chyba od tygodnia się nie kąpałeś.

Marek uśmiechnął się na myśl o gorącym prysznicu - faktycznie od dawna nie miał możliwości porządnie się wymyć, a jego ubranie było w strzępach.

***

Marek odwlekał wyjście spod ciepłej wody tak długo, jak tylko mógł, jednak nieznośna świadomość, że czekają na niego w salonie, nie dawała mu spokoju. W końcu ubrany w wygodne ziemskie ubranie wszedł do pomieszczenia. Oczy rodziców i pani nadinspektor od razu skierowały się na niego. Ojciec wstał i podszedł do syna z wyciągniętą ręką, lewą położył na jego ramieniu. Zdumiony Marek uściskał podaną mu dłoń.

- Nie wiedzieliśmy. Rozumiem, że musiałeś trzymać wszystko w tajemnicy, ale nam trzeba było powiedzieć. Uniknęlibyśmy kilku przykrych rozmów. No, ale najważniejsze: gratulacje. - Ojciec najwyraźniej był zadowolony z historii opowiedzianej przez Elżbietę. Chyba do tej pory miał wątpliwości co do zaradności syna. Fakt, że Marek znalazł poważne zajęcie, a sama nadinspektor policji przyszła z nimi porozmawiać, zdawał się zaspokajać jego ambicje. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie dodał żartobliwie: - Twoja pierwsza praca, i to od razu taka odpowiedzialna. Myślałem, że nigdy nie spoważniejesz.

- Nasz zespół do spraw rekrutacji docenił wszechstronność i otwartość Marka. W dzisiejszych czasach są to ogromne atuty. Zależy nam na kandydatach zdolnych działać w zmiennych, dynamicznych warunkach. Jego wcześniejsze doświadczenia z pewnością zostaną przez nas dobrze wykorzystane. - Elżbieta szybko przejęła kontrolę nad rozmową, po czym położyła na stoliku dwie kartki zapisane drobnym drukiem. - Niestety, jak już wspominałam, dla państwa oznacza to konieczność zaakceptowania dłuższej rozłąki z synem. A jednocześnie zobowiązanie się do zachowania w poufności jego pracy. Proszę to podpisać. My załatwimy wszystko z uczelnią.

- Ale czy będzie miał możliwość uzyskać dyplom? - Matka Marka sięgnęła po długopis. Najwyraźniej nie przeszkadzała jej konieczność zachowania tajemnicy. Była jednak wyraźnie zaniepokojona przerwaniem nauki. Uważała posiadanie dowodu wykształcenia za coś ważnego: dające perspektywy potwierdzenie osiągnięć syna oraz wspierających go rodziców.

Marek poczuł wyrzuty sumienia z powodu oszustwa, w którym właśnie brał udział. Ale jak miał przekazać rodzicom, że żadna ziemska uczelnia nie wyda mu dyplomu studiów magicznych? Nie był nawet pewien, czy Akademia Trójcy wręcza swoim kadetom potwierdzenie ukończenia nauki.

- Oczywiście, jeżeli w przerwach w pracy będzie sumiennie kontynuował naukę - potwierdziła Elżbieta. - To będzie wymagało od niego dzielenia czasu pomiędzy obowiązki służbowe i uczelniane. Zrobimy wszystko, aby go w tym wspierać, jednak okoliczności są bardzo dynamiczne. Kto wie, jakie wyzwania na niego czekają.

- Ale nic nie będzie grozić jego życiu? - Słysząc wieloznaczne słowa Elżbiety, matka chłopaka znowu się zaniepokoiła.

Tym razem ojciec wtrącił się, zanim kobieta zdążyła odpowiedzieć:

- Daj spokój. To jest międzynarodowa agencja sił porządkowych, mają tysiące pracowników. Raczej nikt nie bierze na cel rekrutów. To odpowiedzialna praca i pani nadinspektor nie da nam pełnej gwarancji, ale to samo można powiedzieć o pracy na budowie, która też niesie ryzyko wypadku. No i Marek zawsze może mieć pracę za biurkiem.

- Mam taką nadzieję, nie chcę, aby jacyś kryminaliści ścigali jego lub nas - sprecyzowała swoje obawy matka chłopaka.

- Właśnie dlatego tak istotne jest zachowanie tajemnicy. Dotyczy to wszystkich naszych współpracowników, zarówno tych działających w terenie, jak i tych pozostających w biurach. - Elżbieta przerwała rodzicom Marka wymianę zdań, zanim obawy eskalowały. - Zapewniamy rodzinom naszych pracowników i im samym gwarancję bezpieczeństwa. Oczywiście, jak pan słusznie zauważył, nie jest ona absolutna, ale w większości przypadków jest wystarczająca.

- Rozumiemy. Marek, pilnuj się. - Ojciec kiwnął chłopakowi głową, przejął od żony długopis i zaczął podpisywać dokumenty. - No powiedz coś, strasznie milczący jesteś.

- Jestem trochę zmęczony. Wszystko dzieje się bardzo szybko... - zdołał wydukać chłopak.

- Właśnie! - przerwała mu gwałtownie Elżbieta. - Twój pierwszy przydział zaczyna się za dwie godziny, a trzeba jeszcze dotrzeć na miejsce. Podwiozę cię, ale musisz się szybko spakować! Pamiętaj, że potrzebujesz tylko niezbędnych rzeczy.

- Ma dokądś jechać? Tak od razu? Myślałam, że zostaniesz z nami i opowiesz o rekrutacji - zdziwiła się matka chłopaka.

Ojciec też miał rozczarowaną minę.

- Niestety, zasiedziałem się u ciotki, a to wydarzyło się tak nagle - wybąkał niepewnie chłopak. - Opowiem wam wszystko, jak tylko się spotkamy następnym razem.

- Proszę się nie przejmować, to natura tej pracy. Wezwanie może przyjść w każdej chwili z całego świata - rzuciła lekko Elżbieta, po czym dodała: - Ale taki charakter służby publicznej. To pierwsze zadanie Marka, więc powinien zrobić jak najlepsze wrażenie. Zwłaszcza że wysyłając go od razu w delegację, agencja daje dowód zaufania co do jego kompetencji.

Ojciec pokiwał głową, jakby rozumiał to wytłumaczenie, ale Marek widział niezadowolenie na twarzy swojej mamy. Zanim zdążyła zgłosić kolejne pretensje, pognał do swojego pokoju, gdzie szybko zebrał do plecaka kilka drobiazgów - większość jego rzeczy była w domu ciotki, więc pakowania nie było wiele. Po chwili wrócił do salonu. Rozmowa przeszła na bieżące wydarzenia. Matka chłopaka spojrzała krytycznie na jego malutki plecak i wykorzystując przerwę w relacji z obserwacji jaśniejących na niebie szczelin, zbeształa go:

- Myślałam, że włożysz garnitur. A gdzie twoje rzeczy z wyjazdu? Biorąc pod uwagę, w czym wróciłeś, podejrzewam, że wszystko wymaga wyprania.

- Zajmiemy się tym, mamy służbową pralnię, a strój formalny nie jest na co dzień wymagany - wtrąciła szybko Elżbieta, zanim Marek zdołał wymyślić odpowiedź, po czym kontynuowała poprzedni temat: - A panu powiem tylko, że te jasne smugi widoczne na niebie badają najlepsi astrofizycy. Z całą pewnością wkrótce będziemy wiedzieć, czym są.

- Ale czy nie są groźne? Pojawiły się tak nagle. A jednocześnie te niesłychane burze. - Matka Marka oderwała się od krytycznego oglądu syna.

Chłopak, pod intensywnym spojrzeniem Elżbiety, nie powiedział ani słowa. Nadinspektor zaś przedstawiła jego rodzicom wersję, która była oficjalnym stanowiskiem władz.

- Te pozaziemskie zjawiska są bardzo daleko i nie mogą mieć bezpośredniego wpływu na atmosferę ziemską - zbagatelizowała sprawę. - Dlatego nie łączymy pojawienia się smug z ostatnimi zaburzeniami pogodowymi. Zwłaszcza że do załamania pogody doszło wcześniej. Wiem, że wypadki, w których zniszczone zostały myśliwce szkoleniowe, zostały bardzo nagłośnione. Ale to tylko media szukające sensacji. W tym przypadku sztucznie łączą niezależne od siebie wydarzenia, a to jest zwykły zbieg okoliczności. Jednak te pasy na niebie mogą budzić zdziwienie, czy nawet niepokój, i my, jako agencja porządkowa, liczymy się z pewnymi napięciami społecznymi. Mimo to wierzymy, że sprawa szybko się wyjaśni.

- Czyli jak powinniśmy postępować? - zapytał ojciec Marka.

- Jakby nic się nie stało - powiedziała zdecydowanie Elżbieta, po czym spojrzała na Marka. - Gotowy? To czas na nas.

Chłopak kiwnął głową, a następnie mocno potrząsnął dłonią ojca, od którego ponownie usłyszał gratulacje z okazji zdobycia pracy. Kiedy żegnał się z matką, uściskał ją mocno i szepnął jej na ucho:

- Weźcie wolne i zróbcie zapasy na kilka najbliższych dni.

Odsunął się, unikając wzroku zaskoczonej rodzicielki. Miał nadzieję, że potraktuje jego słowa poważnie. Nie czekając na reakcję rodziców, szybkim krokiem ruszył ku drzwiom, gdzie czekała nadinspektor.

***

- Poszło lepiej, niż się spodziewałam. Twoi rodzice byli wyraźnie zadowoleni, że będziesz miał stabilną posadę - zauważyła z westchnieniem Elżbieta, gdy wsiadali do jej samochodu. - Większość twojej pracy będzie objęta ścisłą tajemnicą i nie wolno ci dzielić się z nikim szczegółami, mam nadzieję, że to rozumiesz.

- Tak, rozumiem - mruknął niechętnie Marek. - Chcę jednak kiedyś im opowiedzieć, co mnie spotkało na tych innych planetach.

- Lepiej z tym poczekaj. Nie wiem, czy ci uwierzą, sama ledwo wierzę. Poza tym najpierw musimy ustalić, które z tych informacji mogą zostać upublicznione. O ile w ogóle.

- A kiedy się o tym dowiem? I kiedy dostanę pierwszą... przepustkę?

- Odpowiadając na drugie pytanie: nie wiem, to zależy, jak potoczą się teraz wydarzenia. Ale nie spodziewaj się, aby to było szybko. Co do pierwszej kwestii, to możliwe, że już niedługo - odparła tajemniczo Elżbieta. - Radzę ci przygotować się do zwięzłego opowiedzenia swoich przygód, bo za piętnaście minut będziemy na lotnisku.

- Lotnisku? - zdziwił się Marek. Przypuszczał, że wrócą do letniego domu jego ciotki.

- Tak, przysłali mobilną centralę. Streścisz wszystko, co się wydarzyło, i będziesz odpowiadał na pytania, które zadadzą ci zgromadzeni eksperci. Większość z nich do dzisiaj nie wiedziała, że magia istnieje, więc ich pytania mogą być dziwne. - Elżbieta na chwilę zamilkła, najwyraźniej trawiąc jakąś myśl. - Do diabła, ja sama dopiero co się dowiedziałam. Jak to jest czarować?

- To bardziej kontrola nad otaczającą nas energią niż rzucanie zaklęć jak w bajkach - odpowiedział niepewnie Marek po chwili namysłu. - Niekiedy dzieje się to bardzo intuicyjnie, a czasem wymaga uświadomienia sobie, że coś jest możliwe. W sumie możliwe okazuje się więcej, niż sobie wyobrażamy.

Nadinspektor przez moment zastanawiała się nad odpowiedzią chłopaka. W końcu westchnęła.

- Niewiele mi to mówi. Mam nadzieję, że dopuszczą mnie do twojej rozmowy z jajogłowymi. Może to mi coś wyjaśni.

***

Stróże pilnujący lotniska pobieżnie przejrzeli ich dokumenty, ewidentnie zaabsorbowani obserwowaniem szczelin. Dopiero w pobliżu lśniącego czarnego samolotu Marek i Elżbieta zostali zatrzymani przez uzbrojonych po zęby strażników, którzy szczegółowo sprawdzili ich tożsamość i samochód. Następnie zaprowadzono ich pod trap, który otworzył się po szczegółowym meldunku złożonym za pośrednictwem krótkofalówek.

Wystrój wnętrza samolotu przypominał Markowi scenografię z filmów fantastycznych - po przejściu przez śluzę znaleźli się w pomieszczeniu, którego ściany pokrywały ekrany z podczepionymi klawiaturami, środek zajmował stół roboczy. Wszystkie stanowiska były obsadzone przez ludzi w szarych uniformach, śledzących z uwagą ekrany wyświetlające relacje z wydarzeń w różnych częściach świata.

Marek i Elżbieta zostali poprowadzeni do niewielkich drzwi w tylnej części pomieszczenia. Znajdowała się za nimi sala konferencyjna, z dużym mahoniowym stołem i wygodnymi fotelami. Tylko dwa z nich były wolne. Chłopak domyślił się, że dla niego przewidziano miejsce zastawione mikrofonami i kamerami. Zanim jednak zdecydował się usiąść, z jednego z foteli uniósł się wysoki brodaty mężczyzna z długimi siwymi włosami zebranymi w koński ogon. Marek zauważył, że stojąca obok Elżbieta wyprężyła się służbiście. Nieznajomy zwrócił się do niego po angielsku:

- Witaj, czy potrzebujesz tłumacza?

- Nie. To znaczy rozumiem pana, ale mogę mieć trudności z opowieścią. - Marek nagle stracił całe zaufanie do swojej znajomości języka obcego.

- Cóż, w takim razie dostaniesz tłumacza. - Mężczyzna skinął głową jednej z osób, po czym wskazał chłopakowi fotel. - To będzie twoje miejsce. Nie traćmy czasu na formalności. Mam na imię Jonathan, ale dla ciebie jestem "szefem". Większość zebranych tutaj oraz przed monitorami to badacze Stowarzyszenia. Będziesz odpowiadał na ich pytania, a oni na tej podstawie opracują plan działań na najbliższe dni. Twoją rolą jest dostarczyć jak najbardziej wartościowych danych, aby był on optymalny. Nie jesteś odpowiedzialny za ten plan, więc nie myśl o tym, tylko przekazuj dane. Czy chcesz coś pić, jeść? To może potrwać.

Widząc, że Marek kręci przecząco głową, Jonathan zajął swoje miejsce, włożył do ucha słuchawkę i machnął przyzwalająco dłonią. Panele umiejscowione na ścianach samolotu rozjaśniły się, ukazując setki kwadracików z twarzami ludzi. Niektórzy byli w mundurach, inni w laboratoryjnych, białych fartuchach lub garniturach, ale kilkoro wyglądało, jakby miało na sobie pidżamy.

Więc to są ludzie, na których pytania będę odpowiadał - uświadomił sobie Marek i poczuł narastającą tremę. Niemal podskoczył, kiedy czyjaś dłoń dotknęła jego ramienia. To Elżbieta podawała mu słuchawki.

- Będziesz słyszał przez nie tłumaczenie. Możesz odpowiadać w dowolnym ziemskim języku.

Marek miał wrażenie, że zająknęła się na słowie "ziemskim". Odczekawszy, aż chłopak włoży słuchawki do uszu, nadinspektor nacisnęła panel przy stojącym na stole mikrofonie. Mały ekranik zabłysnął zielenią.

- Zaczynajmy zgodnie z protokołem. - Nieco zniekształcony przez tłumacza głos Jonathana rozległ się w słuchawkach. - W pierwszej kolejności Marek opowie o ostatnich wydarzeniach, których wstępny opis został wam już dostarczony. Potem będzie runda pytań; oddamy głos badaczom zgodnie ze standardową hierarchią.

***

Wiele godzin później, kiedy wszyscy badacze rozłączyli się, aby opracować plan działań, Marek w końcu pozwolił sobie na nieśmiałe pytanie o łazienkę i coś do jedzenia. Kiedy wrócił do sali konferencyjnej, czekały na niego kanapki i kawa. Pomieszczenie opustoszało, pozostali w nim tylko Jonathan, Elżbieta oraz szczupła ciemnoskóra dziewczyna, która przez ostatnie godziny wbijała w Marka przenikliwe spojrzenie, czym trochę go deprymowała. Zwłaszcza że w odróżnieniu od pozostałych uczestników i badaczy nie zadała ani jednego pytania i jej rola stanowiła dla chłopaka zagadkę.

W trakcie posiłku chłopak nadal czuł jej spojrzenie. Kiedy skończył, zwrócił się szeptem do Elżbiety:

- Co teraz?

Kobieta dała mu znak dłonią, aby poczekał, i skinęła głową ku Jonathanowi, który studiował coś na osobistym terminalu. W pomieszczeniu zapadła cisza, przerywana co jakiś czas przez kliknięcia klawiatury, gdy mężczyzna coś zapisywał. Marek próbował przyjrzeć się czarnoskórej, która nadal wlepiała w niego ciemne oczy, ale nie wytrzymał intensywności jej spojrzenia i skupił się na studiowaniu swoich dłoni. Wpatrzona w przestrzeń Elżbieta wydawała się pogrążona w myślach. W końcu Jonathan przymknął terminal i chrząknął. Na ten sygnał uwaga wszystkich skupiła się na nim, jednocześnie rozjaśnił się jeden z ekranów. Pojawił się na nim ciemnowłosy mężczyzna o azjatyckich rysach twarzy, ubrany w czerwoną togę, po której Marek rozpoznał, że to mag Stowarzyszenia.

- Witaj, Rui. Jakieś wieści? - zagaił rozmowę Jonathan.

- Na Ziemi bez zmian, żadne z pozostałych urządzeń nie pokazało wzrostu aktywności. Nie wiemy jednak, jaki jest ich zasięg i czy, albo kiedy, wykryją tę energię, która się do nas zbliża. - Rui wzruszył ramionami.

- A jak z waszą gotowością? - kontynuował Jonathan.

- W ostatnim incydencie straciliśmy wiele kryształów. Obecnie jestem w stanie zapewnić tylko minimum wsparcia. - Rui położył nacisk na słowo "incydent", a Marek miał wrażenie, że spojrzenie mężczyzny koncentruje się na nim. - Uratowaliśmy za to wszystkich ocalałych na Pacyfiku, straty w naszych ludziach były minimalne...

- Minimalne! - Gniewny krzyk czarnoskórej dziewczyny, któremu towarzyszyło gwałtowne potrząśnięcie grzywą sięgających do ramion kręconych czarnych włosów, zaskoczył wszystkich. - Straciliśmy arcymaginię! A jej zabójca siedzi tu teraz z nami! - Dziewczyna oskarżycielsko wycelowała palec w zdumionego jej wybuchem Marka, jednocześnie odgarniając z czoła kręcone pasemka.

- Adelaide! Obiecałaś zachowywać się profesjonalnie. To nie jest profesjonalne, a on nie jest zabójcą Natalie - odpowiedział stanowczo Jonathan na oskarżenie dziewczyny.

- Ale to on to wywołał i był tam, kiedy zginęła. - Dziewczyna najwyraźniej nie chciała ustąpić.

- Ada, rozumiem, że straciłaś bliską ci osobę. Wszyscy szanowaliśmy twoją babkę, jednak co się stało, to się nie odstanie. Jeżeli przydzielone zadanie cię przerasta, to Rui znajdzie dla ciebie inne zajęcie. - Jonathan postawił sprawę jasno.

Dziewczyna przygryzła wargę i pokiwała głową.

- Świetnie, i nie chcę więcej takich wybryków. Świat się zmienia i nie ma czasu na małostkowość. Może Rui powinien zlecić ci powtórzenie treningu?

- To nie będzie konieczne, proszę pana. - Tym razem głos Adelaide był spokojny i zdecydowany, ale pomimo koncyliacyjnej treści wypowiedzi oczy dziewczyny wciąż rzucały gniewne błyski. - Wykonam swoje zadanie.

- Świetnie. Rui... - Jonathan zwrócił się ponownie do maga w czerwonej szacie.

- Mamy ludzi, ale nie mamy energii. Wysłuchawszy jednak sprawozdania Marka, spodziewam się, że będziemy dysponować energią, jak tylko ta dotrze do Ziemi. Teraz chciałbym rozstawić zespoły w strategicznych miejscach, aby móc interweniować w razie potrzeby.

- Tak. Musimy pokazać, że kontrolujemy tę moc, inaczej wybuchnie panika. Według wstępnych raportów istotnymi problemami będą też mutacje ludzi w inne istoty, niekontrolowane użycie magii i, w zależności od skali, wybroczyny. Oczywiście do tego dojdą zamieszki i związane z nimi akty przemocy. - Jonathan zerknął ponownie na ekran swojego terminala. - Aby zminimalizować poczucie niepewności, powinniśmy pokazać, że władza jest w stanie nadzorować magię. Musimy zrobić coś spektakularnego, co będziemy transmitować na cały świat. Co możesz zaproponować?

Ostatnie pytanie było skierowane do Marka, który kompletnie się go nie spodziewał. Przez chwilę rozważał możliwości.

- Najbardziej spektakularne będzie użycie siły żywiołów - zaproponował niepewnie.

- Tylko nic w stylu biblijnych cudów, rozstąpienie się morza nie wchodzi w rachubę - wtrącił Jonathan. - Może jakieś wielkie kule ognia?

- Ogień i błyskawice są bardzo trudne do opanowania - wszedł mu w słowo Marek. - Proponuję... hm... stworzenie wielkiego wypiętrzenia albo pagórka. Mogę też nadać mu jakiś kształt lub unieść go w powietrze.

- A perfekcyjna piramida uformowana z piasku, taka na dwadzieścia metrów wysokości, i jej podniesienie? Może trochę pachnie kosmitami budującymi te egipskie, ale jest dość łatwe do zaaranżowania - zaproponował Rui.

Marek pokiwał twierdząco głową - ostatecznie to tylko kupa piachu i kształt geometryczny jako forma.

Jonathan chyba był usatysfakcjonowany tym pomysłem.

- Dobrze. Niech ekipa szykuje się na Saharze z przekazem, że mamy kontrolę nad energią. Polecisz tam i pokażesz, co trzeba.

- A co z przemienionymi? - wtrącił Rui.

- Nie wiem. - Jonathan westchnął. - Jak byś zareagował, gdyby twój sąsiad nagle zmienił się w jaszczura, albo jak byś się czuł, gdybyś ty sam się zmienił?

- Może przygotujemy punkty kwarantanny? Niech przemienieni udadzą się tam z dokumentami tożsamości. Zapewnimy im ochronę, dopóki świat się nie uspokoi. Nie unikniemy incydentów, ale może uda się zapanować nad masową paniką - zaproponowała nieśmiało Elżbieta.

Pomysł najwyraźniej spodobał się Jonathanowi, bo ten ponownie wyraził swoją aprobatę.

- Zróbmy tak. Przekaż, aby szykować odpowiednie miejsca odosobnienia, będące pod naszą kontrolą. I niech ktoś zajmie się przygotowaniem pakietu medialnego. Nie wolno wzbudzać niepotrzebnego popłochu.

- A jeżeli pojawią się jakieś magiczne bezrozumne stwory? - wtrącił Rui.

- To niech je odstrzelą. Albo wy się nimi zajmiecie. Liczę się z pewnymi stratami, nie chcę mieć tutaj żadnych wampirów czy innych trolli. Natomiast przemienieni ludzie, którzy nadal będą rozumni, mają być traktowani tak jak do tej pory. - Jonathan sprecyzował swoje oczekiwania.

Elżbieta kiwnęła głową, potwierdzając, że zrozumiała, i opuściła salę.

- Wybroczyny... - ciągnął Jonathan. - Jak sobie z nimi radzić? - Pytanie ponownie zostało skierowane do Marka.

- Najlepiej, żeby ludzie przekazywali energię do kryształów...

- Nie mamy dość kryształów i nie potrafimy ich tworzyć - wtrąciła jadowicie Adelaide.

- Ja potrafię - odpowiedział chłopak. - Jak tylko energia wróci, mogę ich stworzyć setki albo i tysiące.

- Kiedy to zrobisz? Jak je przetransportujesz i jak nauczysz ludzi korzystania z nich? - Dziewczyna nie dawała za wygraną.

- U mnie wybroczyny pojawiły się dopiero po dniu czy dwóch. Będę miał czas, nawet kilkanaście godzin, aby wytworzyć klejnoty. Potem mogę sam dostarczyć je, gdzie trzeba.

- To zrobisz je, jak tylko nakręcimy scenę z piramidą. Potem ktoś je rozwiezie. Czy ludzie będą wiedzieć, jak ich używać? - Jonathan przerwał ich wymianę zdań.

- Nie wiem, ale mogę nagrać film z instruktażem. Można jeszcze namówić ludzi, aby używali energii do... sam nie wiem, unoszenia przedmiotów. To pewnie trochę zmniejszy wybroczyny - zaproponował Marek.

- Filmik tak, używanie magii nie - rzucił Jonathan i odwrócił się do ekranu. - Rui, wiesz już, co chłopak ma robić w najbliższym czasie. Będziemy w kontakcie, a jak wszystko się uspokoi, zacznie dla ciebie pracować.

- Co?! Babcia nigdy by nie dopuściła niewtajemniczonego - wyrwało się dziewczynie, podczas gdy Azjata kiwnął głową na znak zrozumienia.

- Adelaide. Oboje będziecie podlegać nowemu arcymagowi. Natalie już z nami nie ma, a ty dostałaś zadania do wykonania. - Jonathan przypomniał dziewczynie o jej obowiązkach.

- Pozostaje kwestia tego nie-Ziemianina. - Rui zignorował wybuch Adelaide. - Ewidentnie kieruje się do tej świątyni i za kilkanaście godzin tam dotrze. Co mam z nim zrobić?

Najpierw Jonathan, a potem pozostali spojrzeli na Marka.

- Chodzi o Magiva? Chyba liczy, że kiedy energia wróci na Ziemię, odzyska swoją zdolność do manipulowania magią. Jeżeli nie odzyska, to za jakiś czas odejdzie przez portal. Wystarczy, że nie będziemy mu przeszkadzać i poczekamy - powiedział niepewnie chłopak. Wolał nie myśleć, co by się stało, gdyby Wybawcy dowiedzieli się, że na Ziemię wróciła magia i mogą tutaj ścigać Magiva.

- A jeżeli odzyska zdolność do władania magią? - zapytał Rui.

Marek rozważał przez chwilę możliwości. Czego mógłby chcieć Magiv? Zemsty na Wybawcach, zawładnięcia planetą? Czy zdoła opuścić Ziemię?

- Nie mam pojęcia - przyznał. - On jest bardzo tajemniczy i nie jestem w stanie przewidzieć, jakie są jego zamiary, a nie wiem, czy chcę zgadywać.

- Do czego byłby zdolny? - Rui nie był zadowolony z uzyskanej odpowiedzi.

- Do wszystkiego - odpowiedział głucho Marek, uświadomiwszy sobie, że Magiv ma umiejętności Liliany, albo i większe, a z pewnością dysponuje potężniejszą mocą. - Do tworzenia rzeczy z powietrza, odsunięcia planety od słońca, bo mu za jasno świeci, cokolwiek.

Ta odpowiedź była dla Ruiego i Jonathana równie niesatysfakcjonująca jak poprzednia.

- W takim razie twoim kolejnym zadaniem będzie ustalenie tego, czy odzyskał moc i co zamierza z nią zrobić. A teraz ruszajcie do Afryki, nie mamy wiele czasu - skwitował kwaśno Jonathan.

Adelaide wstała i spojrzała niechętnie na Marka, jakby w oczekiwaniu. Ten uświadomił sobie, że ma podróżować z tą wrogo nastawioną nową znajomą.

***

Dziewczyna i chłopak zostali zawiezieni do innej części lotniska, gdzie weszli do niewielkiego, ale luksusowego samolotu. Marek z pewnym podziwem oglądał urządzone z przepychem wnętrze, a w tym czasie Adelaide z nonszalancją rzuciła torbę podróżną na jeden z wygodnych foteli i obsłużyła się w barku.

- Nie ma żadnych stewardów, jeżeli czegoś chcesz, to musisz sam o siebie zadbać - rzuciła w przestrzeń na użytek Marka.

Chłopak nie był spragniony, więc po prostu zajął miejsce na fotelu. Adelaide usiadła w przeciwnym końcu kabiny i obserwowała Marka znad swojej szklanki.

Ani w trakcie kołowania i startu, ani przez pierwsze minuty lotu nie padło między nimi żadne słowo. Marek zastanawiał się, jak głęboko zakorzeniona jest wrogość dziewczyny. Podczas swojej opowieści wyjaśnił, że nie było go w podziemnej komorze, kiedy Magiv starł się z poprzednią arcymaginią. Inni to zrozumieli, ale Adelaide nadal obwiniała go o śmierć staruszki, która najwyraźniej była jej babką. Jeżeli jednak mieli współpracować, trzeba stworzyć między sobą nić porozumienia. Z pewnym wahaniem chłopak postanowił pierwszy zagaić rozmowę:

- Czy możesz mi powiedzieć, co nas czeka na Saharze? - Temat ich zadania wydał się Markowi jak najbardziej neutralny.

Jednak reakcją dziewczyny było nieprzyjazne prychnięcie.

- Jesteś zerem, które nic nie wie. Jak myślisz, co nas czeka? Pewnie wielbłądy - rzuciła pogardliwie. - Wszystko, co Jonathan zaakceptował w samolocie, szło jako rozkazy. Teraz pewnie ściągają tam ekipę filmową, która zarejestruje, jak robisz piramidę z piachu. Chyba pamiętasz, co obiecałeś? W ogóle jesteś w stanie to zrobić?

Tak zaatakowany Marek stwierdził, że jego próby porozumienia się są bez sensu. Może ponowi je, kiedy dziewczyna ochłonie. W efekcie resztę drogi samolotem, a potem śmigłowcem przespał.

W końcu wylądowali pośrodku piaszczystego pustkowia, na specjalnie przygotowanej płycie w pobliżu kompleksu starożytnych ruin. Czekało na nich kilka osób do obsługi. Ku zadowoleniu Marka wszyscy mówili po angielsku.

- Czekaliśmy na was, tu macie stroje. - Żwawy mężczyzna w luźnej marynarce podał im czerwone szaty magów Stowarzyszenia. - Ekipa filmowa już nakręciła, co się dało przy tym świetle. Teraz został wasz pokaz. Kiedy będziecie gotowi?

- Jak tylko pojawi się energia - odpowiedziała Adelaide. - Czy urządzenie coś wskazuje?

- Jeszcze nie, ale aparatura w teleskopach potwierdza, że to kwestia maksymalnie kilkudziesięciu minut. - Mężczyzna przełknął ślinę i nerwowo potarł szczękę. - Co to dla nas oznacza?

Adelaide zignorowała go i ruszyła do czarnego otworu drzwi wiodących do wnętrza ruin. Mężczyzna z nadzieją spojrzał na Marka, jakby ten był w stanie udzielić mu odpowiedzi. Ale chłopak mógł tylko zrobić przepraszającą minę i wzruszyć ramionami. Następnie pośpieszył za dziewczyną.

W ruinach panował przyjemny chłód. Wnętrze stanowiło dziwne połączenie kamiennych bloków będących pozostałością starożytnego budownictwa i nowoczesnych wzmocnień. Pod ścianami ciągnęły się wiązki przewodów zasilających oświetlenie i urządzenia elektroniczne. Marek nie miał czasu zastanawiać się, do czego pierwotnie służyły ruiny. Podążył za Adelaide przez labirynt korytarzy. W końcu dotarli do dużej sali, gdzie rozgościło się kilka ekip filmowych oraz tuzin reporterów i reporterek ubranych w nieskazitelne garnitury i garsonki. Chłopak domyślił się, że transmisja będzie przekazywana do wielu krajów, bo ekipy porozumiewały się w różnych językach. Ktoś wskazał mu przesłonę, za którą mógł przebrać się w szaty maga. Po chwili był gotowy. Zaczął rozważać, czy zależy mu na pokazaniu twarzy całemu światu. Ale zanim podjął decyzję, podszedł do niego jeden z filmowców w towarzystwie Adelaide. Przyglądając się teraz ciekawie dziewczynie, Marek zauważył, że dorównuje mu ona wzrostem, a przewiązana szarfą czerwona szata pasuje jej, dodatkowo podkreślając wąską talię. Jego obserwacje przerwał filmowiec:

- Więc to ty będziesz głównym aktorem. Dobra, mamy dla was maski i zaraz pokażemy wam, gdzie macie stać.

Nie czekając na komentarz, podał im czerwone maski i poprowadził ich na zewnątrz, ku jednej z wydm. Gdy dotarli na szczyt wzniesienia, konsultował się chwilę przez krótkofalówkę, po czym wskazał na grunt pod nogami, mówiąc:

- Jak tylko przyjdzie sygnał, to pędzicie tu i stajecie w tym miejscu. To świetny teren, wszystko na zachód stąd to piach, z którego możecie korzystać. Czekacie na kolejny znak: machnięcie flagą przez kogoś z ekipy nadzorującej pracę kamer i dronów. Potem wystarczy, że zrobicie to coś z piaskiem. Tylko niech nie będzie zbyt dużego zapylenia, nie chcemy, aby drony pospadały.

- Jego ostrzegaj, to on wszystkim się zajmie. Ja tu tylko stoję - sprostowała Adelaide.

- Nieważne, robicie swoje, tylko nie za szybko. To ma być widowisko. Jasne? - zwrócił się do Marka, a ten przełknął ślinę i pokiwał głową.

Jasne, dobrze, że będzie miał maskę. Zadowolony mężczyzna uniósł kciuk.

- To będzie widowisko!

***

Marek i Adelaide zeszli ze wzniesienia i przeszli do pomieszczenia z wypolerowaną kamienną tablicą, która pokazywała powoli obracający się schematyczny obraz Ziemi. Chłopak dostrzegł na nim świecący punkt w miejscu, gdzie obecnie się znajdowali. Kilka osób obserwowało kamienny ekran, w podnieceniu oczekując, co pokaże, gdy energia magiczna wróci na planetę. Każdy nowy komunikat powodował niespokojne poruszenie. Ale przez dłuższy czas nic ważnego się nie działo i Marek zaczął się zastanawiać, czy energia nie ominęła planety albo czy powrót magii został prawidłowo zaobserwowany. Nagle rozległy się podniecone szepty.

- Coś się dzieje! - krzyknął siedzący najbliżej tablicy operator.

Adelaide przecisnęła się koło niego, nie zważając na protesty. Marek spojrzał z pewnej odległości na kamienny ekran. Nawet z daleka dało się zauważyć, że schemat globu zaczął się wypełniać niebieską poświatą, która szybko ciemniała. Chłopak nie miał wątpliwości, że docelowo przyjmie czarną barwę. Przedzierając się przez gromadzący się tłum ciekawskich, ruszył do wyjścia, gdy nagle poczuł, że powietrze zmieniło smak na bardziej ożywczy. Marek zaczerpnął głęboki wdech, zupełnie jakby wynurzył się na powierzchnię wody. Zaraz spróbował aktywować sensorium. Widząc płonące magicznym blaskiem oczy chłopaka, kilka zgromadzonych wokół niego osób odskoczyło z okrzykami przestrachu. Ale Marek nie zważał na to; z fascynacją obserwował, jak gęste od magicznej energii strumienie wirują w pomieszczeniu, powoli wyrzucając z siebie cząsteczki, które mieszają się z konstruktami znajdujących się w pobliżu ludzi i przedmiotów. Wkroczył w środek jednego z takich wirów i poczuł, jak wypełnia go energia.

Nagle rozległy się zaniepokojone krzyki. Chłopak odwrócił się i zobaczył, że niektórzy obecni w sali zataczają się albo łapią za różne części ciała. W jednym miejscu ludzie utworzyli krąg, w którego środku ktoś tarzał się po kamiennej posadzce. Marek zdecydowanie przecisnął się bliżej. Mimowolnie zauważył, że Adelaide oraz technik obserwujący do tej pory kamienną płytę również przedzierają się przez tłum.

W środku kręgu jakaś kobieta, leżąc na posadzce, kręciła się konwulsyjnie, jakby w napadzie padaczki. Ktoś podbiegł do niej z kawałkiem drewna, ale zamiast włożyć go w jej usta, odskoczył z okrzykiem przestrachu. Marek domyślał się dlaczego. Przez sensorium widział, jak magia zmienia ludzkie jestestwo kobiety w coś innego, proces jednak przebiegał bardzo powoli i musiał być niezmiernie bolesny. Chłopak po chwili zastanowienia sięgnął ku jednemu z okolicznych wirów i skierował jego energię na kobietę. Teraz jej przemiana gwałtownie przyśpieszyła, a wśród zebranych rozległy się westchnienia. Po chwili klęczała przed nimi zupełnie inna istota, ze zmienionymi rysami twarzy, kolorem skóry i sylwetką. Tłum zamarł, wpatrując się w zielonoskórą postawną kobietę z wystającymi z dolnej szczęki kłami, które były widoczne nawet po zamknięciu ust. Na twarzy przemienionej widać było przerażenie - oglądała swoje dłonie i macała się po twarzy, w końcu z krzykiem pobiegła przejrzeć się w lustrze. Kiedy zobaczyła swoje odbicie, na chwilę zamarła, a potem padła na kolana ze szlochem. Wiedziony współczuciem Marek chciał do niej podejść, podobnie jak kilka innych osób, ale w tym momencie ktoś pociągnął go za rękaw.

- Już czas, idźcie szybko na wzgórze - syknął pobladły mężczyzna w marynarce, ten sam, który powitał ich, kiedy przybyli.

Marek nie pamiętał jego imienia. Bez słowa skinął mu głową i ruszył na stanowisko.

Kiedy szedł na wydmę, nadeszło właściwe uderzenie powracającej magii. Gęstość magicznych cząsteczek gwałtownie się zwiększyła i Marek poczuł się nagle, jakby był pijany energią. Jeszcze nigdy, nawet na Trójcy, nie doświadczył takiej obfitości mocy. Poczuł zawroty głowy i omal nie upadł, musiał się zatrzymać na moment. Wtedy spostrzegł, że kilku osobom, w tym idącej za nim Adelaide, nie udało się zachować równowagi. Teraz w oszołomieniu, otoczone zaskoczonymi ludźmi, którzy nie byli wrażliwi na magię, próbowały stanąć na nogi.

Dotarli na szczyt w blasku zachodzącego słońca. Marek założył maskę i spojrzał na ekipę filmową. Jeden z filmowców energicznie zamachał flagą, dając sygnał, że można zaczynać. Chłopak zwrócił się ku pustyni i skoncentrował na czekającym go zadaniu. Teraz, mając do dyspozycji całą moc, nie czuł się już tak niepewnie. Dla wzmocnienia efektu zwiększył intensywność żaru, jakim promieniowały jego oczy, po czym podniósł olbrzymią porcję piachu. Za pomocą sensorium wytyczył w niej fragment o kształcie zbliżonym do piramidy i pozwolił, aby niepotrzebne części powoli opadły. Następnie nadał formie właściwości zbliżone do cech gliny. W końcu nieśpiesznie uniósł gigantyczną bryłę w powietrze, jednocześnie wygładzając jej ostateczny kształt. Kiedy piramida zawisła kilkaset metrów nad ziemią, kilkakrotnie obrócił ją w różne strony.

Już miał opuścić swoje dzieło, kiedy przez tłum zebranych poniżej ludzi przebiegł głośny szmer zdumienia. Marek rozejrzał się i zaskoczony, omal nie utracił kontroli. Wysoko nad nimi błyskawicznie rozwijała się półprzezroczysta wstęga, sięgając w górę, ku gwiazdom i widocznym wyraźnie na nocnym niebie szczelinom. Tuż obok pierwszej wstęgi rozpostarła się kolejna, zaraz za nią następna. Zdumiony Marek szybko opuścił piramidę, po czym wyrównał pozostałą ziemię i piach, starając się, aby krajobraz mniej więcej wrócił do swojej poprzedniej postaci. Odczekał moment i magicznie sfrunął ze wzgórza do zebranego poniżej tłumu.

- Czy to koniec nagrania?! - zawołał, lądując, a kiedy ktoś przytaknął, dodał: - Co to za wstęgi na niebie?!

Zebrani popatrzyli po sobie skonsternowani, najwyraźniej nikt nie znał odpowiedzi. Ktoś odważniejszy rzucił:

- Myśleliśmy, że to ktoś od was, magów.

- To ze świątyni, skąd przybyłeś! - Przez otaczający tłumek przedarła się Adelaide z telefonem satelitarnym przy uchu. - Wzywają nas tam w trybie pilnym.

- A co z transmisją? - upewnił się Marek.

- Mamy dobry materiał - odpowiedział mężczyzna w marynarce, kierownik filmowców zaś uniósł kciuk na poparcie jego słów.

- Świetnie - odparła Adelaide, a następnie rzuciła do telefonu: - Na kiedy zorganizujecie nam transport?

- Nie trzeba - wtrącił się szybko Marek. - Ci, którzy mają lecieć, niech się tutaj zbiorą.

- To tylko ja. - Adelaide podejrzliwie popatrzyła na Marka.

Chłopak speszył się, po czym zaproponował:

- Weźmy nasze rzeczy i spotkajmy się tu jak najszybciej.

Adelaide nie wyglądała na przekonaną, ale po chwili zjawiła się ze swoją torbą podróżną. Marek zarzucił na plecy swój niewielki bagaż.

- Stań tu, blisko mnie, albo najlepiej usiądź. - Chłopak usiadł na ziemi, dając jej przykład.

Zebrani ludzie patrzyli na nich zaintrygowani, jakby we dwoje mieli przeprowadzić jakiś rytuał. Kiedy dziewczyna z ociąganiem usiadła, chłopak poderwał ich na magicznej platformie, co wywołało okrzyki zaskoczenia. Po chwili, osłonięci barierą przed smagnięciami wiatru, mknęli na północ.

***

- Wiesz w ogóle, dokąd lecisz? - zapytała z przekąsem Adelaide, kiedy już oswoiła się z lotem na platformie. Pomachała telefonem przed twarzą Marka. - Nie masz nawet mapy.

Marek spojrzał na nią z namysłem - jej niechęć, jego zdaniem nieuzasadniona, zaczynała go irytować.

- Lecę do źródła tych wstęg - odpowiedział. - Skoro pochodzą ze świątyni Zakonu Smoka, a tam nas wzywają, to wystarczy się nimi kierować.

Dziewczyna zamilkła na chwilę, ale najwyraźniej postawiła sobie za cel prowokowanie chłopaka.

- A jesteś w stanie lecieć i jednocześnie tworzyć magiczne kryształy? To było twoje drugie zadanie. Obiecałeś tysiące sztuk - przypomniała Markowi.

Faktycznie, przed spotkaniem z Magivem Marek powinien przygotować kryształy dla osób, których dotkną magiczne wybroczyny. Ignorując wyzywające spojrzenie Adelaide, chłopak zrobił sobie miejsce na platformie.

- Przekaż, aby ktoś był gotowy ze skrzyniami i jakimś transportem. Mieliśmy też nagrać film z instrukcją. Zrobię, ile się da, w trakcie lotu, ale ktoś musi przygotować nagranie i zabrać gotowe kryształy do szpitali, czy gdzie tam będą potrzebne - rzucił do Adelaide, a następnie zaczął produkować blade kryształy.

Szło mu tak szybko, że wkrótce musiał powiększyć platformę, aby pomieścić urobek. Przez resztę lotu dziewczyna przyglądała się całemu procesowi z uwagą.

Kiedy dotarli na miejsce, panował już zmrok, ale nawet bez magicznych wstęg z pewnością zwróciliby uwagę na jasno oświetlony reflektorami obszar na górskim stoku. Na trawniku przed domem ciotki Marka rozstawiono ciemnozielone namioty, między którymi umieszczono słupy z lampami. Część świateł była ustawiona tak, aby snopy skupiały się na człowieku, z którego wydobywały się magiczne wiązki. Marek rozpoznał w nim Magiva - najwyraźniej odzyskał swoje zdolności! Starając się bezpiecznie wylądować, chłopak zastanawiał się, co to może oznaczać dla Ziemi.

***

Kiedy tylko zakończyli lot, uprzedzona przez Adelaide obsługa podeszła z wyściełanymi skrzyniami i za pomocą specjalnych chwytaków zaczęła ostrożnie umieszczać w nich przywiezione kryształy. Zdenerwowany przed rozmową z Magivem Marek naskoczył na nich:

- Nie musicie używać chwytaków. - Nie doczekawszy się reakcji, powtórzył to po angielsku.

Zdziwieni i chyba przestraszeni ludzie spojrzeli na niego pytająco. Chłopak wziął kryształy w dłonie i wrzucił do najbliższej skrzyni.

- Widzicie, nic się nie dzieje, a jest szybciej.

- Mają przestrzegać procedur bezpieczeństwa. - Za plecami Marka rozległ się rozkazujący męski głos. - Niech kontynuują. A wy chodźcie ze mną.

Był to postawny mężczyzna w pozbawionym maski kombinezonie bojowym. Na ramieniu miał czerwoną przepaskę, która chyba oznaczała, że należy do zespołu magów. Jego śniada twarz wyglądała na zmęczoną.

- Witaj, Aakash - powitała go Adelaide. - Co się stało? Jakie są rozkazy?

Mężczyzna powstrzymał dalsze pytania gestem dłoni, po czym kiwnął głową, aby dziewczyna podążyła za nim. Marek również był ciekaw, co się tu wydarzyło, więc przestał zajmować się klejnotami i podążył za Aakashem. Ten zaprowadził ich do jednego z namiotów, gdzie znajdowało się polowe biuro. Zasiedli wokół rozkładanego stołu pokrytego mapami okolicy.

- Odpowiadając na twoje pytanie: nie wiem. A raczej nie wiem, jak zinterpretować wszystko to, co widziałem i czego doświadczyłem. Najpierw wylądował tu ten magiczny przybysz, Magiv. Do nikogo się nie odezwał, tylko stał i wpatrywał się w niebo. Potem... - Głos mężczyzny niespodziewanie się załamał. - ...potem wróciła magia. Na początku poczułem ten aksamitny dotyk. To było niesamowite. Mogłem... mogłem robić to, czego nas uczono, bez kryształu! A później przyszła ta straszna... Nie! Wspaniała fala mocy! Czułaś to?! Powietrze stało się takie lekkie. Nie mogłem ustać... kilku z naszych nie mogło. To pewnie znaczy, że mają zdolności. Niektórzy się przemienili... odizolowaliśmy ich, nie wiem, co z nimi zrobić... - Aakash zamilkł na chwilę i kilkoma oddechami się uspokoił. Następnie kontynuował rzeczowo: - Będzie trzeba zapewnić im wsparcie, może psychologa. W każdym razie chwilę potem ten przybysz zaczął świecić, jakby otaczała go jakaś sfera. A potem wystrzeliły z niego te blade wstęgi. Nie wiemy, czym są, ale pewnie to jakaś magia.

- Ilu naszych się przemieniło? - zapytała Adelaide. - Widzieliśmy przemiany na Saharze. Jeśli zaczniemy ich izolować, to zabraknie nam personelu.

- Tylko kilka osób. Nie jest to masowe zjawisko. Z meldunków, jakie do mnie dotarły, wynika, że zarejestrowano niewiele zgłoszeń - odpowiedział Aakash, po czym zwrócił się do Marka: - Ponieważ ten cały Magiv nie reaguje na nas, arcymag chciałby, abyś z nim porozmawiał i wybadał jego zamiary. To teraz priorytet.

- Dobrze. Chyba lepiej będzie spróbować od razu - mruknął chłopak i z westchnieniem wstał z krzesła.

Adelaide również się podniosła. Marek przez chwilę zastanawiał się, czy powinien poprosić ją o pozostanie. Ale nawet jeżeli miała wobec Magiva wrogie zamiary, to mag pewnie sobie z tym poradzi.

***

Chłopak podszedł do dawnego towarzysza, mrużąc oczy przed światłem reflektorów, które z czterech stron skierowane były na stojącego w bezruchu mężczyznę. Magiv miał zamknięte powieki, a z jego postaci emanowały wstęgi. Z perspektywy sensorium Marka były one utkane z gęstego splotu magii. To, co zaskoczyło chłopaka, to sylwetka Magiva, która straciła swą mroczną, czarną głębię. Wyglądała jak gęsta, lepka ciecz - nadal nie widać było poszczególnych cząstek energii, jak u normalnych istot, tylko dziwną... substancję? Marek nie wiedział, co to może oznaczać, miał tylko nadzieję, że Magiv będzie reagował na bodźce.

- Magiv! Czy mnie słyszysz? - zawołał chłopak we wspólnej mowie.

Mężczyzna drgnął, skrzywił się i osłonił dłonią oczy. Było to dla niego tak nietypowe, że przez chwilę Marek czuł wątpliwości, czy ma do czynienia z tym samym człowiekiem.

- Powiedz im, aby zgasili te światła. Niech zrobią miejsce do siedzenia i przyniosą jedzenie i picie. Nie chcę się teraz przemieszczać, bo stracę synchronizację. - Głos należał do Magiva, ale było w nim słychać wyraźną irytację. To mógł być jeden z efektów odzyskania przez niego magicznych zdolności. Czyżby wróciła mu również zdolność do czucia emocji i pragnień?

Marek przyzwyczaił się do wcześniejszego, zdystansowanego i zasadniczo obojętnego sposobu bycia Magiva. Teraz miał nadzieję, że mężczyzna nie zatraci swojej stoickiej cierpliwości. Z niepokojem rozważał konsekwencje rozgniewania maga.

Na szczęście przekazane przezeń prośby zostały natychmiast spełnione. Najwyraźniej czerwony strój dawał chłopakowi władzę nad tutejszym personelem. Po kilku minutach koło miejsca, gdzie nieruchomo stał Magiv, rozstawiono namiot polowy z krzesłami i stołem, na którym umieszczono jedzenie i wodę. Gdy Marek poinformował Magiva, że wszystko gotowe, ten powoli przeszedł do namiotu i usiadł na jednym z krzeseł, po czym z ciekawością zaczął oglądać pokarm. Magiczne wstęgi przemieściły się wraz z mężczyzną i teraz przenikały przez sklepienie namiotu. Marek zajął kolejne krzesło. Kątem oka widział, że Adelaide i Aakash ustawili się przy wejściu.

- Czym są te wstęgi energii? - zapytał wprost chłopak.

- To jest jadalne? W sensie: nie zatrute? - odparł pytaniem Magiv. - Nie chcę tracić energii na neutralizowanie trucizny.

- Sądzę, że nadaje się do spożycia. Ale nie mogę dać ci gwarancji. Nie wszystko mi mówią. - Marek zaniepokoił się. - Zapytać albo poprosić ich o spróbowanie?

Magiv skrzywił się z niezadowoleniem, przez chwilę wpatrywał się w przestrzeń, po czym chwycił jedną z gotowych kanapek i zaczął ją łapczywie jeść.

- Niezłe. Tak dawno nic nie smakowałem, że już prawie zapomniałem, jaka to przyjemność - skwitował.

- Odzyskałeś swoje zdolności - bardziej stwierdził, niż zapytał Marek.

- Tak. - Magiv z widoczną przyjemnością delektował się butelkowaną wodą. - W końcu udało mi się znaleźć świat odpowiednio zasobny w magię. Twój świat.

- A te wstęgi? - Marek wrócił do swojego pierwszego pytania.

- To część mnie. Blokuję nimi szczeliny. Nie chcę, aby jacyś intruzi mi przeszkadzali. - Magiv odpowiadał krótko w przerwach między kolejnymi kęsami i łykami.

Marek musiał mieć minę wyrażającą niezrozumienie, bo mag przerwał na chwilę jedzenie, aby udzielić bardziej wyczerpującej odpowiedzi.

- Użyłem cząstek magii, które stanowią mnie, do zablokowania przejścia przez szczeliny. To tak jakbym stanął w drzwiach. Dla większości ciekawskich ta bariera powinna być wystarczająco odstraszająca. Więc dopóki jej nie usunę, możemy się nie martwić o przybyszy z sąsiednich światów.

- Rozumiem. Zaczopowałeś samym sobą szczeliny. Ale dlaczego? Nie chcemy się dowiedzieć, kto się tam kryje? - Marek próbował delikatnie wybadać maga.

Magiv wyzbierał okruszki i z uśmiechem satysfakcji rozparł się na krześle.

- Nie jestem zainteresowany. Potrzebuję spokoju, aby móc przemyśleć, co teraz zrobić. Jeżeli opuszczę ten świat albo jeżeli będę tu używał magii, to prędzej czy później znowu stracę zdolności. Dlatego muszę się odizolować i ograniczyć korzystanie z energii.

- Ale wstęgi... - zaczął Marek i urwał, widząc z jakiegoś powodu rozczarowaną minę Magiva.

- Wstęgi są częścią mnie - podkreślił mag. - Wysłałem część mnie. To nie to samo co wydatkowanie energii.

- Ale szczeliny są niesamowicie daleko. - Marek zaczął pojmować, czego dokonał Magiv.

- Dość daleko, lecz ja mam mnóstwo tworzących mnie cząstek. - Wzruszył ramionami, po czym uśmiechnął się szelmowsko. - A co ważniejsze, mam umiejętności, dzięki którym mogę nimi kierować w ten sposób. Żaden inny mag takich nie ma.

Marek patrzył w zdumieniu. Magiv uśmiechający się, wywyższający, okazujący emocje. To było coś, na co chłopak nie był przygotowany.

- Czyli co dalej? - zapytał niepewnie.

- Zapewnijcie mi spokój, jedzenie i picie - zażądał krótko Magiv. - Muszę odtworzyć całość swoich wspomnień i się zastanowić.

- Tutaj? - upewnił się Marek, wyglądając na oświetlony reflektorami trawnik ciotki. - Będziesz czekał, aż otworzy się portal na Denurban?

- Nie interesuje mnie to.

Te bezceremonialne słowa zdumiały Marka.

- Trójca była mi potrzebna, aby znaleźć świat taki jak ten. Teraz nie mam potrzeby z nimi współpracować.

- Nie będą zadowoleni - mruknął Marek. - Poza tym jeżeli Wybawcy się dowiedzą, że jest tu magia, to mogą przybyć, aby cię zaatakować.

- O Wybawcach będę chciał z tobą porozmawiać, mam wrażenie, że nie przekazaliście mi wszystkiego. - Tym razem mag spojrzał Markowi prosto w oczy, w sposób, od którego chłopakowi zrobiło się najpierw zimno, potem gorąco.

Starając się zapanować nad biciem serca, wyrzucił z siebie:

- Z pewnością przekazaliśmy ci, że chcą cię dopaść za wszelką cenę.

- Normalnie pewnie by tu przybyli, ale wątpię, aby ryzykowali, jeżeli się dowiedzą, że wróciła mi zdolność używania magii. - Magiv oderwał wzrok od Marka, a ton jego głosu nie wyrażał niepokoju. - Będą bardzo ostrożni i najpierw zbadają, do czego jestem zdolny. Ale jeżeli się tym martwisz, to lepiej, aby się nie dowiedzieli.

- Co masz na myśli? - Marek się zaniepokoił.

- Kiedy otworzą portal, przejdź przez niego i przekaż, że nie zamierzam wracać. Możesz powiedzieć, że nie chcę nikogo narażać na starcie z Wybawcami. Przynajmniej częściowo będzie to prawda - zaproponował lekko Magiv. - Nie musisz wchodzić w szczegóły dlaczego. Niech powrót magii na Ziemię pozostanie tajemnicą.

Marek trawił przez chwilę te rewelacje i pomysły. Zasadniczo nie znajdował nic złego w tym, że Magiv będzie siedział w namiocie na odludziu i rozmyślał. I tak robił to przez większość ich znajomości. Również zablokowanie szczelin przed niechcianymi gośćmi było, chwilowo, korzystne, bo pozwalało na uspokojenie sytuacji na Ziemi. Chłopak obawiał się jednak, jak zareaguje mag, gdy dowie się, jakie rewelacje o Wybawcach zostały przed nim zatajone. Co gorsza, jeżeli wyda się, że magia wróciła na Ziemię i Wybawcy przybędą, to planeta stanie się polem wielkiej magicznej bitwy, która może ją spustoszyć lub zniszczyć. Kolejnym problemem będzie informacja, jaką ma przekazać Trójcy. I czy będzie mógł wrócić do Anny, jeżeli jest jedyną osobą umiejącą się komunikować z najpotężniejszym magiem na Ziemi? Czy powinien powiedzieć dziewczynie prawdę?

Rozważania Marka przerwały nagle poruszenie w obozie i okrzyki, z których przebijał niepokój. Do namiotu wtargnęła Adelaide. W odpowiedzi na zaskoczone spojrzenie chłopaka zawołała:

- Pociski balistyczne! Jakiś kretyn nacisnął czerwony guzik! Musimy się ewakuować!

Zanim przerażony Marek zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Magiv leniwie zapytał:

- Co się stało? Strasznie hałasują.

- Właśnie wystrzelili rakiety z najpotężniejszą bronią, jaką wymyśliliśmy, będą ogromne zniszczenia i promieniowanie. Chyba muszę lecieć ochronić rodziców... - powiedział Marek łamiącym się głosem i z wahaniem powstał. Zastanawiał się, ile ma czasu i dokąd się udać.

W tym czasie Adelaide wybiegła z namiotu z telefonem, próbując wezwać transport.

- Czym są te rakiety? - zapytał ze spokojem mag.

Marek zmusił się do wzięcia kilku oddechów, zanim odpowiedział.

- To takie szybko lecące metalowe rury z odrzutami, w środku mają promieniujący pierwiastek. Kiedy uderzą, zniszczą wszystko w promieniu wielu kilometrów i skażą otoczenie szkodliwym promieniowaniem.

Chłopak miotał się, nie wiedząc, co ma robić. Zdołałby osłonić siebie i jakąś część okolicy przed wybuchem i jego skutkami, ale przecież powinien lecieć chronić najbliższych. Magiv obserwował go przez chwilę, następnie westchnął, a jego oczy rozjarzyły się intensywnym blaskiem. Zaskoczony Marek instynktownie aktywował również swoje sensorium - dlatego zobaczył, jak na chwilę płynne jestestwo Magiva zmienia się w gęste skupisko cząsteczek, po czym na powrót przybiera podobną do cieczy formę.

- Już, proszę, nie musicie dziękować - mruknął mag. - Przekaż, komu trzeba, że jeśli następnym razem ktoś zakłóci mój spokój, to będzie bardziej spektakularnie.

- Co zrobiłeś?! - zapytał zdumiony Marek. Nawet przez sensorium nie zauważył ruchu cząsteczek, jedynie zmianę w gęstości konstruktu maga.

Tymczasem hałas na zewnątrz namiotu przeszedł z gwałtownych, pełnych niepokoju i przerażenia rozmów oraz modlitw w okrzyki zaskoczenia.

- Rozbiłem te lecące rzeczy, które promieniowały. - Magiv wzruszył ramionami. - Bo rozumiem, że to one spowodowały całe zamieszanie. Mam nadzieję, że teraz będę mógł spokojnie pomyśleć.

- To znaczy magicznie? - upewnił się Marek. - Nie było wybuchu?

- Magicznie. - W głosie maga dało się usłyszeć niechęć i jakby rozdrażnienie. - Zniszczyłem je poprzez rozbicie struktur na prime. Nie będzie promieniowania, wybuchu, a nawet odpadków. Ale teraz chcę mieć tu zapewniony spokój.

Do namiotu wpadli Adelaide i Aakash.

- Czy to wy zrobiliście? - zapytał Aakash.

- Rakiety to dzieło Magiva. - Marek wskazał na zadowolonego z siebie, rozpartego na krześle maga. - Naprawdę strącił wszystkie?

- Nie strącił, one po prostu zniknęły - powiedział zdumiony Aakash. - Zniknęły z radarów ot tak.

- Podobnie jak kilka samolotów - weszła mu w słowo Adelaide, która z telefonem przy uchu cały czas słuchała relacji. - Co się z nimi stało?

Marek spojrzał na nią zszokowany, potem przeniósł wzrok na Magiva i z powrotem na dziewczynę.

- On je... hmm... zdezintegrował. Obrał za cel wszystko, co leciało i promieniowało. No i co miało kształt podobny do rury. Tak mu to wytłumaczyłem, nie spodziewałem się, że weźmie pod uwagę samoloty - powiedział z zakłopotaniem chłopak. Odetchnął głęboko, zanim drżącym głosem zadał kolejne pytanie: - Czy wiele osób zginęło?

Nie od razu uzyskał odpowiedź, bo zarówno Aakash, jak i Adelaide ze zdumieniem i lękiem spoglądali na Magiva. Dopiero po chwili Aakash głucho odparł:

- Może kilkaset, w większości załogi wojskowe, cywilne maszyny są od kilku godzin uziemione. Jak on to zrobił i co zamierza?

- Nie wiem, jak to zrobił. Ale chciał, aby do wszystkich dotarła informacja, do czego jest zdolny. A zamierza tu zostać i pomyśleć. Jeżeli dobrze zrozumiałem, to teraz, gdy odzyskał magiczne zdolności, chce zaplanować, co będzie robił dalej. - Marek potarł twarz, zastanawiając się, czy właśnie ma na sumieniu życie kilkuset osób. - W dokładniejszym tłumaczeniu to zażyczył sobie spokoju, ciszy, jedzenia i picia.

- Właściwie jak poznałeś ten język? - zapytała niespodziewanie Adelaide.

- Magicznie - odpowiedział Marek.

- To naucz i nas albo niech on nas nauczy.

Marek i Aakash drgnęli, zaskoczeni gwałtownością prośby dziewczyny.

- Następnym razem ktoś bardziej kompetentny będzie przekazywał instrukcje. Kilka z tych samolotów było naszych, znów straciliśmy przez ciebie dobrych ludzi!

Marek poczuł się jeszcze bardziej winny. Nie miał siły kłócić się z logiką Adelaide, chociaż czuł instynktownie, że nie jest sprawiedliwa. Zwrócił się do Magiva, który z lekkim zainteresowaniem przyglądał się ich wymianie zdań:

- Udało ci się strącić wszystkie rakiety oraz kilka samolotów, w których znajdowali się ludzie. Ci ludzie byli niewinni. To wina moich instrukcji, dlatego chcą, abyś przekazał im sferę języka, żeby mogli się z tobą komunikować bardziej precyzyjnie.

- Zawracanie głowy. Powinni się cieszyć, że kosztem tych ludzi w samolotach uniknęli większych zniszczeń - prychnął Magiv. - Nie zrobię tego, o co proszą. Im więcej osób będzie umiało ze mną rozmawiać, tym więcej będą chcieć. A ja potrzebuję spokoju. Poza tym mówiłem ci, że nie zamierzam nadużywać magii.

- Ta sfera bardzo by ci ułatwiła życie. Mógłbyś prosić o to, czego akurat potrzebujesz. Inaczej zażądają, żebym to ja ich uczył. - Marek czuł się w obowiązku namówić Magiva. Mimowolnie jednak zauważył, że mag ma rację: nawet jeżeli opis był niedokładny, a Magiv zniszczył kilka samolotów, to uniknęli ogromnych zniszczeń.

- To zatroszcz się o to, aby rozumieli wspólną mową na tyle, by wiedzieć, czego potrzebuję: jedzenia, picia i świętego spokoju. Poza tym mogą nie zawracać mi głowy. - Magiv wzruszył ramionami.

Widząc jego reakcję, Adelaide zwróciła się do Marka, zanim ten zdołał cokolwiek powiedzieć:

- Przekaż mu, że albo sam się nauczy języka, albo ma nauczyć nas. Przez waszą niekompetencję właśnie zginęli niewinni ludzie.

Marek miał dość, był zmęczony i przytłoczony wszystkimi wydarzeniami. Instynktownie unikał przejęcia odpowiedzialności, a cała sytuacja zdecydowanie go przerastała. Broniąc się gniewem przed natarczywością dziewczyny, naskoczył na Adelaide:

- Sama mu to powiedz! Kosztem życia tych ludzi powstrzymał atomowy armagedon. W jego opinii to niewielka cena za spokój. W dodatku zablokował szczeliny do innych wymiarów, aby nikt nas nie najechał, dopóki nie zrobimy porządku. W zamian chce tylko spokoju, jedzenia i picia. Czy możecie mu je dać?

W pełnej napięcia ciszy zapadłej po tych słowach Adelaide i Marek mierzyli się wzrokiem. W końcu Aakash uniósł ręce, jakby chciał uspokoić dzikie zwierzęta, i powiedział:

- Damy mu jedzenie, picie, schronienie i czego tam jeszcze potrzebuje. Ale niech nic nie robi bez konsultowania tego z nami. Będziemy też chcieli z nim porozmawiać o jego zdolnościach. Chyba rozumie, że nie ma nic za darmo. Czy możesz mu to przekazać?

Chłopak oderwał spojrzenie od czarnych oczu Adelaide i zwrócił się do Magiva, który oparłszy głowę na dłoni, z ciekawością śledził wymianę zdań.

- Zgodzą się zapewnić ci spokój, ale w zamian oczekują, że czasem porozmawiasz z nimi o magii. To będzie w ramach wymiany przysług.

- Wymiany! - parsknął mag. - Ziemia jest mi tyle dłużna, że niech lepiej dadzą mi wszystko to, czego potrzebuję.

- A niby dlaczego mamy u ciebie taki dług? - zapytał Marek zmęczonym głosem.

- Dlatego że przez jedną z tych szczelin próbuje przejść taki zielony opar, którego jad nieprzyjemnie smyra mnie tam, gdzie plecy kończą swą szlachetną naturę. Swoją drogą, jak tutaj załatwiacie swoje potrzeby?

Swobodna odpowiedź Magiva zmroziła Marka.

***

- ...Trójca buduje specjalne obozy dla skażonych, gdzie próbuje ich uzdrowić z wpływu mgły. Ale wymaga to umiejętności, których nie posiadam. W dodatku mag opętany przez mgłę staje się narzędziem Imperium i jego uleczenie jest prawie niemożliwe. - Marek zakończył zmęczonym głosem swoje sprawozdanie dla Ruiego. Jednocześnie włożył kolejne blade kryształy do stojącej obok skrzynki.

Na znak Aakasha wszedł ktoś z obsługi i zabrał zapełniony pojemnik, podobnie jak wszystkie poprzednie. Rui przez chwilę milczał, trawiąc opowieść chłopaka, po czym zaczął zadawać pytania:

- Nikomu nie udało się negocjować z tym Imperium?

- Nikomu - przytaknął Marek.

- Przed mgłą chroni jedynie magiczna osłona? A filtry, kombinezony bojowe?

Chłopak nie miał pewności, skoro jednak magia przenikała przez materię, to żadna maska nie będzie wystarczającą barierą.

- Nie wiem, ale mgła jest magiczna, dlatego wątpię. Poza tym nie mamy chyba tylu masek, aby rozdać je wszystkim.

- Czy potrafisz nauczyć naszych magów tej osłony?

To było dla chłopaka kłopotliwe pytanie. Nie dlatego, że nie chciał się dzielić tą wiedzą, lecz ponieważ nie miał pewności, czy jest w stanie to zrobić.

- Mogę spróbować, ale nie będziemy wiedzieć, czy zrobiłem to dobrze, dopóki nie wystawimy tego kogoś na działanie mgły.

- A jak ty się tego nauczyłeś? - zapytała Adelaide. Dziewczyna cały czas siedziała z boku namiotu, wpatrując się w dłonie chłopaka, w których co rusz pojawiały się nowe blade kryształy.

- Otrzymałem specjalną magiczną sferę z wiedzą, jak działa to zaklęcie. Potem uczyłem się jeszcze o osłonach i wydaje mi się, że znam zasady działania tego czaru, ale nie wiem, czy będę w stanie je przekazać.

Adelaide prychnęła, lecz nie skomentowała. Zasadniczo dziewczyna prychała za każdym razem, gdy słyszała, że Marek dowiedział się czegoś albo zdobył jakieś umiejętności z magicznych sfer otrzymanych od innych.

- Wraz z mgłą pojawiają się ci opętani magowie, którzy potrafią rzucać zaklęcia? - Rui kontynuował swoje indagacje.

- Tak, ale jeżeli mgła opanuje ludzi z potencjałem magów na Ziemi, to nie będzie nikogo, aby się jej przeciwstawić - wyraził swoje obawy Marek.

- Rozumiem. - Rui zamyślił się. - W tej chwili przed atakiem mgły broni nas ten Magiv. W zamian oczekuje spokoju do namysłu. Nad czym tak rozmyśla?

- Wydaje mi się, że chce znaleźć sobie nowy cel. Być może szuka sposobu, aby nie stracić swych zdolności po opuszczeniu Ziemi - odparł Marek. Było to niepokojące przypuszczenie, bo oznaczało, że kiedy mag odejdzie, utracą osłonę przed napływem mgły.

Myśli Ruiego biegły tym samym torem, bo powiedział:

- Upewnij się, że w zamian za naszą pomoc przed odejściem zapieczętuje te szczeliny albo podzieli się z nami wiedzą, jak to zrobić. Czy z twoich wcześniejszych doświadczeń wynika, że dotrzymuje słowa?

- Tak, do tej pory tak. Ale teraz odwrócił się od Trójcy i stał się bardziej... hmm... emocjonalny. Dużo trudniej jest mi przewidzieć, co zrobi.

- A czy ty byłbyś w stanie zapieczętować szczelinę? - Wydawało się, że spojrzenie Ruiego skierowane w kamerkę komunikatora przeszywa Marka na wylot.

- Możliwe, potrafię przemieszczać się w kosmosie i wiem, jak działa osłona. Jeżeli starczy mi energii, aby objąć nią całą szczelinę, to może się udać. Ale nie wiem, czy będę miał dość mocy - wyraził swoje obawy Marek.

Adelaide znowu prychnęła, tym razem wywołując irytację chłopaka. Ale zanim zdążył skomentować jej zachowanie, odezwał się Rui:

- Zastanowimy się nad tym z Jonathanem. Teraz obieramy taki sposób działania: Magiv ma mieć spokój, ustal z nim, co trzeba. Są wśród nas setki tysięcy potencjalnych magów i potrzebujemy dużo więcej tych kryształów oraz instrukcji, jak ich używać. Musimy sami opracować doktrynę obronną. Wybacz, ale nie możemy sobie pozwolić, aby polegać na tym przybyszu albo tylko na tobie. Teraz idźcie z Aakashem przygotować miejsce dla Magiva, a ty skup się na produkcji kryształów. Adelaide, ty zostań.

Jak tylko obaj mężczyźni opuścili pomieszczenie, Adelaide zasiadła naprzeciwko kamery i założyła zestaw słuchawkowy.

- Jak postępy twojej misji? - zapytał Rui.

- Niezadowalające - przyznała z niechęcią dziewczyna. - Obserwują go i widzę efekty jego działań, ale nie jestem w stanie odtworzyć wszystkich. Z sukcesem utworzyłam latającą platformę, lecz nie wiem, jak pokonał opór wiatru. Powstawanie kryształów też mi umyka. A tego, co robi ten cały Magiv, nie pojmuję.

- To niedobrze - odparł z niezadowoleniem Rui. - Byłaś najzdolniejszą uczennicą Natalie i spodziewaliśmy się po tobie więcej. Nie mamy czasu na eksperymenty, powinniśmy szybko osiągnąć przewagę w magicznej technologii. Wszyscy teraz startują prawie od zera, a nasza przewaga okazuje się niewielka. Musimy się dowiedzieć tego, co wiedzą ten chłopak i przybysz. Za wszelką cenę.

- Staram się. Ale z obserwacji, poza wiedzą, że coś jest możliwe, niewiele wynika - broniła się dziewczyna.

- To za mało. Obserwacja nie wystarczy. Musisz się do nich zbliżyć i uzyskać więcej informacji - skwitował Rui, a widząc wyraz niechęci na twarzy Adelaide, dodał: - To jest ważniejsza sprawa niż twoja osobista uraza. Przemyśl to. Oczekuję wyników... - Zawiesił głos, sugerując niewypowiedziane "bo jak nie...".

Dziewczyna z niechęcią spuściła wzrok i skinęła na znak zrozumienia i akceptacji, a gdy uniosła głowę, ekran komunikatora był czarny.

Rozdział 2

Dzień 3

Dopiero dziś, trzeciego dnia, zaczęłam pisać dziennik, aby zachować dla potomności pamięć o tym, co wydarzyło się, kiedy magia wróciła do naszego świata. Czułam w powietrzu ten orzeźwiający smak, nagle mogłam podnosić przedmioty siłą woli. Cudowne uczucie, którego nigdy nie zapomnę! [...]

Dzień 24

Dzisiaj znowu spalili orka. To znaczy naszego sąsiada, pana Colbeana, który miał stragan z plackami. [...]

Dzień 46

Dzisiaj tłum gonił mnie i wykrzykiwał, że jestem wiedźmą i że chce mnie zabić, bo potrafię posługiwać się magią. Rzucili we mnie tyloma kamieniami, że nie miałam siły, aby je odpychać swoją magiczną osłoną. Czułam, że to mój koniec, że ta dzika horda mnie rozszarpie. Wtedy przyszedł On, pamiętałam go z palenia pana Colbeana - to był jeden z tych, którzy miotali weń płomienne kule. Wtedy się nim brzydziłam. Ale to On stanął między mną a tłumem i smagnął go ognistym biczem. Och! Jak oni kwiczeli i w jakim popłochu uciekali. Uratowana!

Fragment pamiętnika z ożywienia martwego świata - autor nieznany

Marek ocknął się na dźwięk wibrującego telefonu. Zdał sobie sprawę, że po ustaleniu potrzeb Magiva i kilkudziesięciu godzinach tworzenia kryształów zasnął z głową opartą o prowizoryczny stół z paczek w namiocie magazynowym. Teraz, wyrwany ze snu, półprzytomnie spojrzał na ekran komórki - dzwoniła jego mama.

- Halo, cześć - rzucił zaspany chłopak, przeciągając się jednocześnie.

- Dlaczego nie odbierasz!? Świat zwariował! Dzwonię do ciebie od kilku godzin. Ojciec jest w szpitalu!

Marek poderwał się, słysząc roztrzęsiony głos rodzicielki.

- Pracowałem. Co się stało?

- Wczoraj nagle zasłabł, a potem dostał tej choroby czarnych rąk.

A więc chodziło o wybroczyny - uspokoił się lekko Marek, mimo wszystko zaskoczony, że pojawiły się tak szybko. U niego wystąpiły dopiero po dwóch dniach.

- A czy dostał kryształ i film z instrukcją? - zapytał szybko chłopak, z nadzieją, że przynajmniej część kryształów trafiła do szpitala w miejscowości, gdzie mieszkali jego rodzice.

- Jaki kryształ?! O czym ty bredzisz!? - Roztrzęsiona mama Marka zdawała się myśleć, że syn z niej kpi. Najwyraźniej nie wiedziała nic więcej.

- Co ci powiedzieli w szpitalu? - dopytał Marek. To nie był dobry moment na wyjaśnienia.

- Że nie wiedzą, co z tym zrobić, i czekają na wytyczne. Podobno niektórym samo przechodzi, ale mają kilka ciężkich przypadków. Jak mówią, jednemu człowiekowi pokryło całe ciało! - W głosie matki Marek słyszał nuty histerii, które przeszły w błaganie. - Wiem, że krótko pracujesz dla Interpolu, ale może oni mają dojścia do szczepionki lub jakiegoś leku?

Chłopak rozejrzał się po pomieszczeniu. Wszystkie stworzone przez niego kryształy się rozeszły. Nie wiedział, kiedy dostawa dotrze do jego rodzinnego miasta. Zapewne nie powinien opuszczać obozowiska bez pozwolenia. Nie było jednak dużych szans, aby dostał przepustkę. Z westchnieniem podjął decyzję.

- Gdzie jest tata, w którym szpitalu? Też tam jesteś? - Kiedy uzyskał odpowiedź, zadeklarował: - Zaraz będę.

- Ale zapytasz ich o lekarstwo?

- Tak, zapytam, będzie dobrze - zapewnił z całym przekonaniem, na jakie mógł się zdobyć.

Znowu poczuł wyrzuty sumienia z powodu kłamstwa - ale jak miał wytłumaczyć, że to on będzie lekiem?

Rozłączył się i po chwili wahania zdecydował, że lepiej nikogo nie informować o wyprawie. Bardzo wątpliwe, aby uzyskał pozwolenie, a tak przynajmniej się wytłumaczy, być może głupio, że nikt mu niczego nie zabraniał. W końcu nadal nie wiedział, jakie zasady obowiązują w tej pracy. Takie usprawiedliwienie nie do końca uspokoiło sumienie Marka, ale w końcu chłopak z westchnieniem ukrył się pod polem niewidzialności i ostrożnie wyjrzał z namiotu. Na zewnątrz panowało poruszenie, które obecnie wydawało się czymś normalnym. Ludzie biegali w różnych kierunkach, rozmawiając z przejęciem przez komunikatory, niedaleko słychać było hałas lądującego helikoptera. W ogólnym rozgardiaszu nikt nie zauważył, jak poła namiotu powoli się odchyla.

***

Zamieszanie w obozie było szczytem porządku w porównaniu z tym, co działo się w szpitalu, gdzie panował istny chaos. W wyniku powrotu magii doszło do wielu wypadków, zdarzały się też przepychanki ze służbami porządkowymi i tumulty. Poszkodowani zazwyczaj wymagali tylko opatrzenia, ale ich liczba przerastała możliwości personelu szpitalnego. Ponadto coraz liczniej pojawiali się ludzie z wybroczynami albo przemienieni w magiczne istoty. Takich pacjentów kierowano do specjalnie wyznaczonych miejsc - osoby z wybroczynami były izolowane, a przemienieni oczekiwali na transport do bliżej nieokreślonej lokalizacji.

Kierując się otrzymanymi wskazówkami, Marek dotarł do skrzydła, gdzie gromadzeni byli ludzie z wybroczynami. Przed wejściem stało dwóch ochroniarzy w kombinezonach ochronnych, którzy z uwagą przyglądali się każdemu wchodzącemu. Na pierwszą podjętą przez Marka próbę wejścia zareagowali zdecydowaną odmową. Chłopak nie zamierzał wszczynać awantury, dlatego skorzystał z najbliższej okazji i przemknął się między nimi okryty zaklęciem niewidzialności.

Skrzydło szpitala, w którym się znalazł, było bardzo spokojne. Nikt nie przyprowadzał tutaj ofiar zamieszek, myśląc, że znajdują się tu ludzie dotknięci dziwną epidemią. Marka zaskoczyło takie podejście. Nie śledził wiadomości, ale spodziewał się, że Stowarzyszenie po prostu wytłumaczy, co się dzieje na świecie. W końcu znalazł właściwą salę. Upewniwszy się, że w pobliżu nie ma nikogo z personelu, zrzucił zaklęcie niewidzialności i śmiało wszedł do środka.

Najpierw uściskał zapłakaną matkę. Następnie razem stanęli nad łóżkiem, gdzie jego przypięty pasami ojciec zwijał się w konwulsjach. Jego ciało pokrywał gęstniejący czarny nalot.

- Lekarz mówi, że to prawie ten sam stan, w którym zginął inny człowiek. Podobno nie ma nadziei - wyszeptała Markowi do ucha mama. - Zaczęło się od tego zasłabnięcia, a potem był narastający ból głowy. W końcu na dłoniach zgromadził się taki osad. Myśleliśmy, że to kurz. Ale w wiadomościach mówili, żeby z tego typu objawami zgłaszać się do szpitala. Jeszcze dwie godziny temu był przytomny. Teraz nie pomagają żadne środki przeciwbólowe.

Marek zdecydowanie ścisnął zrozpaczoną matkę za ramiona i posadził na krześle. Przyszła chwila, aby wyjawić chociaż część prawdy.

- Mamo, zaraz spróbuję pomóc tacie. Cokolwiek zobaczysz, nie reaguj i nie przeszkadzaj. A najważniejsze: nie krzycz i nie próbuj nas dotykać. Najlepiej siedź tutaj i obserwuj. Rozumiesz? - Marek patrzył matce w oczy, aż ta pokiwała głową.

Następnie otoczył ich tarczą kinetyczną na wypadek, gdyby ktoś z zewnątrz chciał interweniować. Nie oglądając się na matkę, uaktywnił sensorium i stworzył w dłoni blady kryształ. Zignorował westchnięcia i krzyki matki oraz innych pacjentów zgromadzonych w sali.

- Tato, czy mnie słyszysz? Musisz złapać ten kryształ i skoncentrować się na wysłaniu do niego energii! - przemówił do ojca, lecz ten, nieprzytomny czy też zaślepiony bólem, nie reagował na słowa syna. Marek przestraszył się. Nie znał innego sposobu radzenia sobie z wybroczynami niż świadome przekazanie energii. Z lękiem wcisnął kryształ w dłoń ojca, ale aż syknął z bólu, czując piekące parzenie w miejscu, gdzie ich dłonie się zetknęły.

Co robić, co robić?! - myślał gorączkowo. Z perspektywy sensorium widział, jak ciało taty wydziela z siebie dziwną w swej konsystencji magiczną energię. Gdyby można było tę nadwyżkę wydobyć z organizmu... Rozpaczliwe rozważania Marka przerwało wspomnienie wiru wysysającego magię. Wiedząc, że to prowizoryczne rozwiązanie, chłopak stworzył wir podobny do tego, jakim posłużyła się Liliana, i rozpędził go gwałtownie, aby osiągnąć siłę zasysającą. Czuł, jak pędzące cząsteczki próbują wyrwać się spod jego kontroli. Zacisnął zęby i przesunął wir nad ciało ojca.

Osiągnął pewien sukces. Udało mu się oderwać część magicznej mazi, ale wir wyrzucił zassaną energię z drugiej strony, prosto na kinetyczną tarczę chłopaka. Ta zaczęła się topić w kontakcie ze żrącą substancją. Marek przyśpieszył swoje reakcje do granic możliwości. Utrzymując wir, starał się jednocześnie złapać żrącą maź w magiczne trzymanie, zanim ta wyrządzi szkody w sali szpitalnej. Po chwili odkrył, że najodporniejsza na żrący charakter energii jest osłona, jakiej używał przeciw atakom Wybawców. Było to najbardziej energochłonne rozwiązanie. W dodatku Marek nie miał pomysłu, co zrobić z tak zebraną substancją. Najlepiej byłoby ją przelać do kryształu, ale to wymagało, aby maź została przekazana poprzez ludzkie ciało. Ciało, ręce!

Marek w popłochu rozejrzał się za jakimś obiektem, który mógł posłużyć jako wzór dłoni, i z przerażeniem zauważył, że w organizmie jego ojca prawie ustał ruch cząsteczek. Zapominając o wszystkim innym, pośpiesznie zdezaktywował wir. Przez pełną napięcia chwilę obserwował ciało taty - cząsteczki nadal w nim krążyły, choć było ich mniej niż w ciele jego matki. Jednak przyrządy medyczne wskazywały, że nadal żyje.

Marek odetchnął i na powrót skupił się na dłoni, przez którą mógłby przenieść magiczną maź do kryształu. Po chwili stworzył widmową kończynę na wzór ludzkiej ręki, w uścisku widmowych palców umieścił pusty kryształ. Następnie ostrożnie otworzył bąbel osłony, w którym zamknął zebrane wybroczyny, i przepuścił maź z surową magią przez swój konstrukt niczym przez lejek. Prowizoryczne rozwiązanie zadziałało! Skapująca do wnętrza widmowej kończyny maź była powoli wtłaczana do kryształu.

Marek z ulgą porzucił perspektywę sensorium i wrócił do normalnej prędkości poruszania się. Zobaczył wiszącą w powietrzu czarną kulę magicznej mazi powoli skraplającą się do również unoszącego się półprzezroczystego, bladego przedramienia, w którego dłoni umieszczony był kryształ. Całość wyglądała dość makabrycznie, jakby wyjęta z laboratorium szalonego naukowca lub może nekromanty. Na szczęście działała.

Chłopak odwrócił się do rodziców i natychmiast przyskoczył do matki, która z dłonią przy ustach stała nad ojcem, wyraźnie przerażona tym, czego była świadkiem, bojąc się dotknąć czy to męża, czy syna. Marek przytulił ją, szepcząc jej do ucha uspokajające słowa. Jednocześnie kątem oka spojrzał w stronę drzwi. W ich pobliżu, za jego zasłoną kinetyczną, zebrało się kilkoro przerażonych lekarzy, ochroniarzy, mniej chorych i odwiedzających.

- Niech lekarz zbada mojego tatę, szybko! - zawołał chłopak, likwidując barierę. - Już można przejść!

Jedna z lekarek wraz z pielęgniarką podbiegły do łóżka ojca.

- Nie ma śladu po tym czarnym osadzie! - wykrzyknęła zdumiona kobieta, po czym spojrzała na monitory. - Ale organizm w stanie skrajnego wyczerpania. Przygotujcie adrenalinę!

Przez chwilę przy łóżku pacjenta trwała intensywna krzątanina. Marek wraz z matką stali z boku, przyglądając się temu w napięciu. Chłopak na powrót aktywował sensorium, by obserwować ruch cząsteczek w ciele ojca. Nagle poczuł na ramieniu niepewny dotyk czyjejś dłoni. To był jeden z ochroniarzy. Najwyraźniej chciał zainterweniować, ale kiedy zobaczył błyszczące magicznym żarem oczy chłopaka, odstąpił z sapnięciem. Jego kompan również nie kwapił się do działania.

- Panowie, to mój tata, mam nadzieję, że to rozumiecie - powiedział do nich uspokajająco Marek.

Mężczyźni popatrzyli po sobie, po czym odeszli na bok, aby się naradzić. Chłopak mógł się ponownie skupić na działaniach personelu medycznego. Lekarka akurat przeglądała wskazania przyrządów. Następnie ze zdumieniem stwierdziła:

- Organizm skrajnie wycieńczony, ale stan stabilny.

Słysząc te słowa, mama Marka ze szlochem objęła kurczowo syna. Chłopak przytulił ją mocno i zaczął szeptać:

- Mamo, teraz wszystko będzie dobrze. Tata zregeneruje rdzeń i wróci do siebie. Najgorsze już minęło.

- Kim pan jest i co pan właściwie zrobił? Co się dzieje?! - Nad ramieniem matki Marek dostrzegł wzburzoną lekarkę, która najwyraźniej oczekiwała odpowiedzi na zadane pytania.

Pomógł matce usiąść na krześle obok łóżka ojca i dopiero wtedy odpowiedział:

- To bardzo trudno wyjaśnić. Upraszczając: zebrałem nadmiar energii, która wydostawała się w formie jadowitych wybroczyn. Teraz jest magazynowana w tym krysztale. Czy szpital nie dostał takich kryształów, tylko białych, i instrukcji ich użycia? - Marek wskazał dłonią na grantowy kryształ, do którego wciąż skapywała zebrana energia. Ku zaskoczeniu chłopaka, mimo że kryształ był prawie zapełniony, w magicznej osłonie nadal znajdowała się duża ilość odessanych wybroczyn. Ewidentnie ich zmagazynowanie wymagało użycia większej liczby kryształów. Przez chwilę Marek rozważał, czy jest w stanie przyśpieszyć proces, lecz musiał skoncentrować się na rozmowie z lekarką.

- Dostaliśmy. Ale co to za znachorskie pomysły, aby w medycynie używać kryształów? - odpowiedziała niepewnie lekarka.

Markowi opadły ręce. Tego się nie spodziewał.

- Te kryształy są po to, aby ludzie przekazywali do nich nadwyżkę energii generowanej przez ich ciała, dopóki organizm nie ustabilizuje jej produkcji. Albo będziecie ich używać, albo dojdzie do tragedii, kiedy nadmiar energii wydostanie się na zewnątrz w formie tych jadowitych wybroczyn - wyjaśnił stanowczo.

- To nie jest energoterapia! - zawołała z oburzeniem lekarka. Zaraz jednak popatrzyła na ojca Marka, dziwny magiczny konstrukt i zreflektowała się: - Ale jeżeli działa... To nowa choroba, a pan coś wie. O co właściwie chodzi? - Spojrzała podejrzliwie na Marka.

W sali zapadła cisza. Obecni, włączając matkę chłopaka, wpatrywali się w niego, czekając na odpowiedź. Marek westchnął i mając nadzieję, że nie zdradza żadnych tajemnic, krótko wyjaśnił powrót magii oraz związaną z nim naturę wybroczyn. Tłumaczenie zakończył mało ambitnym pokazem, w którego ramach zaprezentował lewitujące krzesło. Wszyscy byli pod wrażeniem. Matka ewidentnie chciała o coś zapytać syna. Ale sceptyczna lekarka odezwała się pierwsza.

- Świetnie, czyli pana zdaniem to nie jest epidemia ani nic zaraźliwego. Mam tu kilkoro pacjentów dotkniętych poważnym stadium tych "wybroczyn". Są nieprzytomni, więc nie dadzą rady świadomie przekazać energii. Czy może pan dla nich zrobić to samo co dla ojca?

Marek zawahał się. Nie chciał nikogo skrzywdzić, jednak skoro już wiedział, jak skierować energię z wiru do kryształu, to mógł skutecznie pomóc. Wystarczyło tylko lepiej kontrolować wypływ energii z pacjenta i przerwać wysysanie wcześniej.

- Spróbuję, ale nie mogę nic zagwarantować - zgodził się. Następnie zwrócił się do matki: - Mamo, poczekaj tutaj z tatą, jak tylko zajmę się innymi pacjentami, to wszystko ci wytłumaczę.

***

Pobyt w szpitalu był bardzo intensywny, w którymś momencie Marek musiał wesprzeć się energią wyssaną z pacjentów. Ale koniec końców udało mu się pomóc wszystkim, nawet najgorsze przypadki, które spowodowały istotne poparzenia, nie zakończyły się śmiercią. W dodatku skłonił kilka osób do przekazania energii do kryształów, a za swoje największe osiągnięcie uznał przekonanie lekarki, aby stosować kryształy w terapii wybroczyn.

Najtrudniejszy był moment, kiedy musiał wytłumaczyć matce, co się stało, i opowiedzieć chociaż część prawdziwej historii. Odprowadził mamę na fotel, który przy łóżku jego taty przygotował dla niej personel szpitala - to musiał być wyraz podziękowania za zaangażowanie Marka. Potem usiadł na krawędzi łóżka i patrząc raczej na nieprzytomnego ojca niż na słuchającą opowieści matkę, zaczął mówić. Skupił się na opisach podróży i nauce magii, nie wchodząc w szczegóły starcia na Oreb, pobytu na Gornath i ucieczce stamtąd albo grozy, jaką budziło w nim opętanie przez mgłę Imperium.

Marek miał wrażenie, że do zmęczonej ostatnimi wydarzeniami kobiety nie dotarło wszystko z tego, co wyznał. Ale poczuł się lepiej, że mógł wreszcie powiedzieć jej chociaż część prawdy. W końcu, widząc podkrążone oczy matki, uznał, że czas się już żegnać. Wtedy zauważył przez przeszklone drzwi Elżbietę. Kobieta pochwyciła jego spojrzenie i wymownie pokiwała palcem. Marek ucałował mamę i obiecał, że będzie dzwonił. Teraz trzeba było stawić czoło konsekwencjom.

Elżbieta wstrzymała się z komentowaniem działań chłopaka do czasu, gdy dotarli do samochodu. Była to limuzyna, której towarzyszyły samochody obstawy. Najwyraźniej Elżbieta awansowała - albo może Marek nie docenił jej faktycznej pozycji. Kiedy usiedli na tylnych siedzeniach, nadinspektor z miejsca naskoczyła na chłopaka.

- Czy zdajesz sobie sprawę, że teraz masz służbę i obowiązki z nią związane?! To było samowolne oddalenie się. Za coś takiego możesz trafić przed sąd!

Marek zmieszał się, ale nie pamiętał, aby został powołany do wojska albo żeby ktokolwiek wytłumaczył mu jego obowiązki czy też zależności służbowe. Ponadto miał poczucie, że w szpitalu zrobił coś słusznego.

- Czy wiesz, że lekarze nie używają moich kryształów, bo myślą, że to jakaś szarlataneria? Narażają ludzi na śmierć. Tylko dzięki temu, że tu przybyłem, ci pacjenci przeżyli - bronił się.

- Wiemy o takich przypadkach. Ale nie zawsze możemy decydować za samorządy lekarskie, administrację szpitalną albo pojedynczych lekarzy - przyznała Elżbieta, jednocześnie nie dając się zbić z pantałyku. - I nie ma to nic wspólnego z faktem, że samowolnie się oddaliłeś.

- Masz rację, oddaliłem się i uratowałem dzięki temu kilka ludzkich żyć. Żyć magów, którzy kiedyś mogą być nam bardzo potrzebni. - Marek stwierdził, że nie ma sensu kluczyć, i przedstawił swój punkt widzenia, po czym zadał pytanie, które nurtowało go od jakiegoś czasu: - A jak w ogóle wytłumaczyliście to, co się dzieje? Nie widziałem żadnych wiadomości, ale skoro lekarze nie wiedzą, że to magia, to jakie jest oficjalne stanowisko?

Kobieta przez chwilę patrzyła na niego z namysłem, a następnie wyjrzała przez okno. Marek myślał już, że nie uzyska odpowiedzi, kiedy Elżbieta się odezwała:

- Jako uwolnienie ukrytych zdolności ludzkich na skutek kosmicznej anomalii. Twój film dowodził, że można to opanować, a dalsze badania są prowadzone. Będziemy informować o rozwoju sytuacji w kolejnych komunikatach. - Po chwili dodała z westchnieniem: - Boże! To brzmi jak astrologia. Absurdy. Generalny przekaz jest taki, że wszyscy, którzy ostatnio zasłabli, mają zdolności albo u których pojawiły się wybroczyny, powinni się zgłosić do specjalnych punktów lub placówek medycznych. Dzięki temu tworzymy rejestr magów i możemy im pomóc kryształami w razie potrzeby. Ale odzew nie jest imponujący, zgłaszają się głównie ludzie z zaawansowanymi wybroczynami, którzy cierpią na bóle. W dodatku ci wszyscy przemienieni... musimy ich jakoś zidentyfikować, zakwaterować, zapewnić im pomoc psychologów. Koszmar.

Przez chwilę jechali w milczeniu. Elżbieta musiała być faktycznie przytłoczona tym, co się działo - Markowi niemal było jej żal. Lecz kobieta pozbierała się i ponownie skupiła na wybryku chłopaka.

- Wracając do tematu: nie możesz tak znikać. Tym razem pewnie nikt nie wyciągnie wobec ciebie istotnych konsekwencji, ale musisz się podporządkować. To jest służba prawie jak w wojsku, mamy dyscyplinę i podział zadań, ról. Jest globalny kryzys, a ty należysz do kluczowych aktywów. Jeżeli wystąpi konieczność zapanowania nad jakąś sytuacją nadzwyczajną, będziesz niezbędny. Dlatego nie wolno ci znikać bez wyjaśnienia. - Elżbieta już spokojniej kontynuowała pierwotną myśl. - To, co teraz zrobiłeś, może i było słuszne, ale w tym czasie nie stworzyłeś kryształów, które pomogłyby innym ludziom. Być może skazałeś właśnie ich. Pomyślałeś o tym?

Marek zasępił się, niewykluczone, że Elżbieta miała rację. Pomijając naturalną chęć uratowania ojca, pomoc innym pacjentom w szpitalu mogła się odbyć kosztem tych, dla których zabraknie kryształów.

- Jak tylko wrócimy, to zajmę się ich tworzeniem - powiedział ze skruchą. - Zabrałem kryształy z energią pacjentów, więc mam rezerwę mocy.

- Zobaczymy - odparła obojętnie Elżbieta. - Rui chce z tobą rozmawiać i to on zdecyduje, co będziesz dalej robił. Ja mam cię tylko odstawić do punktu, gdzie odbierze cię transport do obozu. Czekają mnie teraz inne obowiązki i na przyszłość nie zamierzam cię niańczyć.

***

Reprymenda Ruiego była zdecydowanie ostrzejsza niż ta Elżbiety. Zdaniem arcymaga Marek działał samolubnie, egoistycznie przedkładając swoje potrzeby nad zobowiązania wobec społeczeństwa, ludzkości. Jego zachowanie było hańbiące i zburzyło całe zaufanie, jakie do tej pory miał u Ruiego i innych magów. Dość długiej przemowie z nieskrywaną satysfakcją przysłuchiwała się Adelaide. Na koniec Rui przedstawił swoje oczekiwania wobec Marka:

- Jeżeli nadal chcesz pomóc nam zaprowadzić porządek na Ziemi, to oczekuję, że będziesz ściśle współpracował i wypełniał polecenia. Czy wyraziłem się jasno?

- Tak, chcę pomóc - zadeklarował się Marek.

- Dobrze, więc musisz nam to udowodnić. Bo po tym, co się stało, tylko zdwojenie twoich wysiłków przekona mnie, że dobro Ziemi leży ci na sercu. Przede wszystkim będziesz produkować kryształy, bo jest na nie rosnące zapotrzebowanie. To prowadzi nas do drugiego punktu. Masz spróbować nauczyć zdolności tworzenia kryształów innych, aby zwiększyć produkcję. Będziesz też współpracował z lingwistami i etnografami. Przekażesz im wiedzę o tej "wspólnej mowie" i o innych planetach. Kiedy wyczerpiesz swoją moc, zanim udasz się na odpoczynek, masz dzielić się tym, co wiesz, z Adelaide i innymi magami. Ktoś sporządzi dla ciebie grafik dnia, trzymaj się go. Na koniec oddaję cię pod rozkazy Adelaide. Od tej pory należysz do jej oddziału do zadań specjalnych, którego celem jest zajmowanie się podejrzaną aktywnością magiczną. Oprócz wsparcia w treningach będziesz stanowił rezerwę.

- A nie możemy poprzestać na przekazaniu wiedzy? - Zaskoczona ostatnim punktem, Adelaide nie kryła niezadowolenia.

Zdumiony Marek też nie wiedział, co o tym sądzić, nie miał żadnego doświadczenia w takich operacjach.

- Nie. Nie wiemy, co się wydarzy, więc musimy wykorzystywać wszystkie nasze atuty, a zdolności Marka przekraczają twoje i twoich ludzi. O działaniach operacyjnych decydujesz ty, Adelaide, ale jeśli ocenisz, że potrzebujesz pomocy, to możesz... nie, masz wezwać Marka. - Rui był stanowczy, a jego odpowiedź przynajmniej częściowo rozwiewała wątpliwości chłopaka. - Ponadto dobrze byłoby, gdyby teoria została poparta praktyką. Macie się od niego uczyć, a w kwestiach merytorycznych słuchać go jako najbardziej doświadczonej osoby. Jeżeli znajdziemy czas, to zorganizujemy szkolenia.

Ponieważ dziewczyna nie skomentowała, Marek uznał, że może się odezwać.

- Rozumiem i spełnię oczekiwania wobec mnie - zadeklarował chłopak.

- Świetnie. Możesz zacząć od razu i obejrzeć odkrycie, jakiego dokonaliśmy w tej zagrzebanej świątyni, a potem nadrobić zaległości w tworzeniu kryształów - skwitował Rui. - Wychodząc, zdaj telefon, nie musi cię rozpraszać w godzinach pracy. Z Adelaide mamy jeszcze kilka tematów do omówienia.

Odprawiony w ten sposób Marek udał się wprost do odgrodzonej kordonem dziury w ziemi, którą kiedyś tak precyzyjnie stworzył Ekher. Teraz przy wejściu do podziemnego kompleksu roiło się od różnego rodzaju naukowców i badaczy. Marek odszukał ubraną na czerwono maginię Stowarzyszenia i przekazał jej, że Rui chciał, aby na coś spojrzał.

Kobieta poprowadziła go do wnętrza gmachu, a następnie przez labirynt korytarzy. Po drodze opowiadała o swoim zadaniu.

- Zasadniczo większość naszej pracy polegała na rysowaniu planu kompleksu i próbach zinterpretowania, do czego służyły poszczególne pomieszczenia. Twoja opowieść bardzo nam pomogła. W którymś momencie natknęliśmy się na szczególną komnatę.

Kiedy zbliżyli się do celu, magini z teatralnym ukłonem wskazała na prostokątne wejście do jasno oświetlonej sali. Jej ściany pokrywały runiczne znaki.

- Nie jesteśmy pewni, do czego służy, ale z pewnością jest ważna. Czy wiesz, co to za pismo? - zwróciła się do Marka.

- To jest komnata służąca do teleportacji. Jeżeli ktoś zna runiczny... hm... adres, to może aktywować runy i otworzyć portal do innej tego typu komnaty. - Marek przypomniał sobie poprzednie sytuacje, kiedy znalazł się w podobnych pomieszczeniach. Zaniepokojony kolejną myślą, dodał: - To oznacza, że ktoś może się też dostać tutaj. Najlepiej będzie tę komnatę zapieczętować albo pilnować jej non stop. Nie chcemy chyba niespodziewanych gości. Ja radziłbym zapieczętowanie.

Kobieta z poważną miną pokiwała głową. Zdawała się rozumieć ostrzeżenie chłopaka.

***

Kilka kolejnych dni wypełniła rutyna polegająca na realizowaniu punktów dziennego grafiku. Od świtu Marek tworzył kryształy, które co jakiś czas były odbierane przez personel Stowarzyszenia. O regularnych porach odwiedzali go dwaj naukowcy, specjaliści od lingwistyki, biologii i etnografii. Za pierwszym razem byli mocno stremowani procesem tworzenia kryształów, ale jak tylko do niego przywykli, zaczęli zasypywać Marka pytaniami o odpowiedniki różnych ziemskich terminów we wspólnej mowie albo o zaobserwowane istoty i ich zachowania. Powtarzalność tych czynności i odcięcie się od trapiących świat niepokojów były nawet przyjemne. Pomijając chęć sprawdzenia, jak czują się jego rodzice, Marek nie musiał się niczym przejmować, a jednocześnie miał przeświadczenie, że jest pożyteczny.

O tym, że coś się dzieje, a świat wokół się zmienia, świadczył szybki rozwój bazy utworzonej w miejsce domu ciotki chłopaka. Marka ogarniała nostalgia, kiedy patrzył na te zmiany podczas wieczornych przechadzek do obozowej kantyny. Stowarzyszenie nabyło grunt i w szybkim tempie przearanżowało okolicę na swoje potrzeby, plantując teren i sprowadzając kontenery, które zastąpiły prowizoryczne obozowisko z namiotów. Dom na razie stał na swoim miejscu, ale część lasu, trawnik i okoliczne łąki były stopniowo zastawiane kontenerowym miasteczkiem, przy którym zbudowano lądowisko dla śmigłowców. Na końcu tylko miejsce, gdzie przebywał Magiv, pozostało osłonięte solidnym namiotem. Marek unikał maga, obawiając się rozmowy na temat Wybawców, zwłaszcza że odkąd Magiv odzyskał zdolność do odczuwania emocji, jego możliwa reakcja na zatajenie niektórych informacji była dla chłopaka zagadką. Jednak nie dało się w pełni zapomnieć o istnieniu mężczyzny. Szczególnie że już po pierwszej sesji na temat wspólnej mowy lingwiści pognali do namiotu Magiva, aby testować nowo zdobytą terminologię w praktyce.

Próby podjęcia rozmowy nie przynosiły rezultatu, ponieważ mag całkowicie je ignorował. Co najwyżej komunikował swoje potrzeby, wskazując na puste talerze albo butelki po wodzie. W końcu sfrustrowani naukowcy zwrócili się z pretensjami do Marka.

- Czy jesteś pewien właściwej wymowy? - zagaił Chuck, wygolony na łyso, korpulentny szef zespołu lingwistów. - Próbowaliśmy sformułować zdania i zagadać Magiva, ale nie raczył nam nic odpowiedzieć.

Zaskoczony w pierwszej chwili chłopak szybko uzmysłowił sobie, że faktycznie, jedyną osobą poza nim, z którą można było rozmawiać we wspólnej mowie, był mag. Tylko ten jasno dał do zrozumienia, że nie chce, aby zakłócano jego spokój. Naukowcy podejmowali spore ryzyko, testując na nim swoje zdolności językowe - gdyby zapytali Marka o zdanie, to z pewnością odradziłby im nagabywanie mężczyzny.

- Moim zdaniem nie powinniście mu przeszkadzać. Magiv jasno się wyraził, że oczekuje tylko jedzenia, picia i możliwości rozmyślania - ostrzegł, jednocześnie wkładając kolejny blady kryształ do specjalnie wyściełanej skrzyni. - Poza tym przekazałem wam wymowę, jaką znam. Sam nauczyłem się jej magicznie, więc nie wiem, czy jest doskonała. Ale do tej pory mogłem się porozumieć ze wszystkimi.

- To dlaczego Magiv nie reaguje? Mógłby nam chociaż powiedzieć, żebyśmy spieprzali, skoro mu przeszkadzamy. - Najwyraźniej Chuck nie przejął się ostrzeżeniem.

Marek rozpoczął tworzenie kolejnego kryształu, zastanawiając się. Faktycznie, jeżeli naukowcy nadmiernie przeszkadzaliby Magivowi, to mógłby ich w jakiś sposób zniechęcić do odwiedzin. W nagłym rozbłysku zrozumienia chłopak przypomniał sobie, jak Presos opisywał spotkanie Magiva z Azrielem.

- Sądzę, że to, co mówicie, nie interesuje Magiva, co najwyżej dostarczacie mu rozrywki - zasugerował Chuckowi.

Mężczyzna poskrobał się w łysą głowę.

- A co mogłoby być dla niego interesujące?

Teraz to Marek się zamyślił. Magiv zawsze prezentował dogłębną wiedzę o wszechświecie, wręcz chełpił się nią. Czego mógł nie wiedzieć?

- Może przedstawcie mu historię Ziemi? - podsunął. - Tej wiedzy na pewno nie posiada i to może go zaciekawić. Wiecie, dinozaury, ewolucja, wierzenia i takie tam.

Chuck znowu podrapał się po głowie, tym razem patrząc niepewnie na swego towarzysza. Ten zasugerował:

- Możemy wziąć na kolejne spotkanie kilka ilustrowanych książek o dinozaurach albo historii Ziemi. Wiesz, takich dla dzieci, powinni coś mieć w miejscowej księgarni lub bibliotece. Zamówimy też albumy z muzeów.

- Dobrze, spróbujmy - zgodził się Chuck, po czym wyciągnął tablet i zwrócił się do Marka: - W takim razie zacznijmy od podstawowych terminów. Jak we wspólnej mowie będzie "dinozaur"?

***

Pomysł zainteresowania Magiva książkami dla dzieci najwyraźniej się sprawdził. Podczas kolejnych sesji poświęconych lingwistyce Marek, ku własnemu zaskoczeniu, odkrywał bogactwo istniejących we wspólnej mowie terminów związanych z różnymi wymarłymi gatunkami wielkich gadów oraz procesami historycznymi. Pewnego dnia podekscytowani naukowcy dokonali nagłej wolty tematycznej i zaczęli pytać chłopaka o terminy związane z astronomią. Marek nie krył swego zdumienia:

- Poczekajcie, w jaki sposób z wczorajszej rozmowy o budowie geologicznej i płytach tektonicznych przeszliście do konstelacji, orbit i lat świetlnych?

Podekscytowany Chuck, zamiast odpowiedzieć, wyciągnął z kieszeni chusteczkę, na której ktoś narysował trzy okręgi i jakieś oznaczenia. Na linii wyznaczającej środkowe, najmniejsze koło zaznaczono grubą kropką punkt. Pomiędzy centralnym a otaczającym go kolejnym okręgiem, tuż przy linii drugiego okręgu, był znak "x". Trzeci, zewnętrzny okrąg wytyczała linia przerywana. Chuck triumfalnie wskazał na "x" i oznajmił:

- To jest Ziemia.

Marek z zainteresowaniem przyjrzał się rysunkowi.

- A tu, w środku, jest słońce z pryszczem? - zapytał.

- Nie, to zupełnie coś innego. Magiv zdradził nam fragment historii wszechświata! - wyjaśnił triumfalnie Chuck.

- Nie rozumiem.

Chuck był bardziej niż chętny, aby wyjaśnić:

- Magiv powiedział, że nasz świat jest dość młody, ale powinien znajdować się w drugiej strefie. Zapytałem go, co to znaczy. Wtedy narysował ten rysunek. To wszystko w środku to jest najstarsza część wszechświata. Teren zakazany, terra incognita. Prowadzi doń brama, czyli ta kropka. Magiv określił ten obszar jako "ruinę" i "pustkowie".

Marek miał na końcu języka pytania, dlaczego na pustkowie prowadzi brama oraz dlaczego jest ono zakazane, lecz powstrzymał się od ich wypowiedzenia. Dzięki temu Chuck kontynuował:

- Tu jest druga strefa, którą opisał jako tereny starego ładu i pozostałości Cesarstwa. To też częściowo ruina, ale w tej strefie, ze względu na wiek, może znajdować się Ziemia. Wszystko poza to nowe światy.

- Czyli? - Marek nadal nie był pewien, co to ma oznaczać. W końcu to, że istnieją starsze i młodsze światy, było czymś dość oczywistym, podobnie jak schematyczne odgrodzenie jednych od drugich.

Chuck zbył pytanie machnięciem dłoni.

- Jeżeli to prawda, zrewolucjonizuje to nasze patrzenie na wszechświat. Tu, w jego centrum, znajdowały się najstarsze ludzkie cywilizacje... - Naukowiec zawiesił się na chwilę, po czym skorygował swoją wypowiedź: - No, może nie ludzkie, ale najstarsze. Potem nastąpiła ich ekspansja na tę środkową strefę. Tu jest Ziemia, możemy być bezpośrednimi następcami jakiegoś dawnego ludu, który przybył tutaj przez te szczeliny. A potem nasi przodkowie ruszyli dalej, do trzeciej sfery, odkrywać nowe światy, i ta ekspansja nadal trwa.

- Ale wiesz, że mówimy o czymś, co trwało miliardy lat? A jeżeli dobrze pamiętam, to nowy świat powstaje co kilka tysięcy lat. Więc nie jestem pewien, czy jesteśmy potomkami pierwszych osadników, czy też wcześniej żyli tu jacyś jaszczuroludzie. Biorąc pod uwagę moje doświadczenia na Oreb i Genosis oraz dinozaury, to jest bardziej prawdopodobne - zgłosił swoje zastrzeżenia Marek.

Chuck najwyraźniej się nie przejął.

- Być może, ale to trzeba zbadać, musimy dowiedzieć się więcej. Może udasz się do Magiva i go o to zapytasz? W końcu tobie łatwiej będzie go zrozumieć. - Naukowiec z nadzieją popatrzył na Marka.

Ten jednak pokręcił przecząco głową.

- Wolę go unikać, obawiam się, że zanim przejdę do waszego tematu, będę musiał odpowiedzieć na kilka jego pytań, a nie jestem na to gotowy.

Chuck próbował go jeszcze przekonać, ale widząc, że chłopak się zaparł, dał spokój i opuścił jego kontener.

Marek odetchnął. Nadszedł czas posiłku, więc ruszył do kantyny. W pewnym sensie rozumiał pragnienie Chucka, by poznać historię wszechświata - sam był jej ciekaw. Jednak bał się reakcji Magiva na to, że nie był z nim do końca otwarty w sprawie Wybawców. Albo tego, że ten temat przywoła wspomnienia, które skłoniłyby maga do podjęcia nie wiadomo jakich działań. W końcu - pomyślał Marek - Magiv jest jedyną zaporą chroniącą ich przed zagrożeniem spoza szczelin. Patrząc na wstęgi energii rozchodzące się z zajmowanego przez Magiva namiotu, chłopak nie mógł nie zauważyć, że te zdają się zmieniać. Niektóre wyblakły, a inne nabrały wyrazistego, białego koloru. Marek przez chwilę zastanawiał się, co to może oznaczać. Ale skoro nikt nie postanowił o to zapytać, sam nie zamierzał narzucać się z propozycją rozmowy z Magivem.

***

W końcu jednak świat zewnętrzny mocniej wkroczył w życie chłopaka, zaburzając ustalony porządek. Jednego dnia na prowizorycznym lądowisku wylądował śmigłowiec z drużyną magów Stowarzyszenia pod wodzą Adelaide. Dziewczyna zdecydowanie wymogła na kierowniczce bazy przydzielenie jej ludziom kwater, po czym dość bezceremonialnie wygnała naukowców z udostępnionego Markowi pomieszczenia do produkcji kryształów. Zaskoczony chłopak obserwował, jak Adelaide krąży po niewielkiej przestrzeni i najwyraźniej bije się z myślami. W końcu zdecydowała się wyjawić cel swego przybycia:

- Czas, abyś nauczył magów swoich sztuczek - rozpoczęła obcesowo. - Musimy zdobyć przewagę w obliczu czekających nas wyzwań. Zagrożeń.

- Jakich zagrożeń? - zapytał zdumiony.

- Zmagamy się głównie z nadużyciami magii. Nie chodzi o jakieś drobne incydenty, z którymi mają sobie poradzić normalne siły porządkowe. Wzywają nas tam, gdzie policja czy wojsko są bezradne. Tam gdzie magiczny przeciwnik jest potężny albo potrafi robić niezwykłe rzeczy - wyjaśniła dziewczyna. - Wymaga to od nas wiedzy przekraczającej to, co złoczyńcy czy policjanci mogą opanować instynktownie. Do tej pory, dzięki naszym wcześniejszym treningom, mieliśmy taką przewagę, ale z każdym nowym incydentem widzę, że ona topnieje. Rui nalegał więc, abyśmy zwrócili się do ciebie.

Ostatnie wypowiedziane zdanie najlepiej wyjaśniło Markowi motywację Adelaide. Zapewne dziewczyna nigdy by się do niego nie zwróciła, gdyby nie rozkazy arcymaga. Chłopak zastanowił się przelotnie, czy śmierć jej ludzi zmotywowałaby ją, aby sama zgłosiła się do niego po pomoc. Odegnał jednak od siebie te myśli. Nie miały znaczenia. Zgodził się trenować magów Stowarzyszenia i przyszedł czas, aby wypełnić to zobowiązanie.

- Rozumiem. Kiedy chcecie zacząć? - zapytał. - Twoi ludzie muszą mieć wystarczająco dużo energii, aby czarować.

- Dam im dwie godziny odpoczynku - odpowiedziała bez wahania Adelaide. - Potem chcę rozpocząć trening. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile się dzieje, nie możemy tracić czasu. Znasz odpowiednie miejsce?

Marek nie chciał się kłócić z dziewczyną, że dwie godziny mogą nie wystarczyć, by magowie zregenerowali się na tyle, żeby móc wykonać wszystkie ćwiczenia. Po chwili namysłu wyjął kartkę i naszkicowawszy plan obozu, wskazał miejsce w głębi otaczającego ich lasu.

- Spotkajmy się tutaj, przygotuję polanę, abyśmy mogli ćwiczyć bez przeszkód - zaproponował.

Adelaide kiwnęła głową, zabrała prowizoryczną mapę i wyszła bez pożegnania. Marek westchnął - miał nadzieję, że podkomendni dziewczyny będą bardziej przyjaźni.

***

Marek przygotował teren na prowizoryczny plac ćwiczeń, oczyszczając go z drzew, krzewów i darni. Nie był pewien, ile osób liczy oddział Adelaide, więc zrobił dość dużo miejsca. Niemal dokładnie po upływie dwóch godzin zjawili się magowie. Z zainteresowaniem przyglądali się dziwnej polanie i zebranym z boku, ewidentnie wyrwanym z korzeniami, drzewom. Adelaide stanęła na uboczu, z oczekiwaniem patrząc na Marka. Chłopak poczuł tremę, nie spodziewał się, że większość oddziału będą stanowili ludzie dużo starsi od niego oraz od Adelaide. Najwyraźniej uczyniono z niej dowódczynię z innych względów niż wiek. W końcu chłopak głośno odchrząknął, zwracając na siebie uwagę.

- Ustawcie się w taki sposób, aby nie mieć nikogo na długość ramienia - zarządził Marek.

Kiedy wszyscy znaleźli miejsca, szybko rozważył sytuację. Przede wszystkim musiał zadbać o to, aby ci starsi magowie go słuchali. Pozwolił sobie uruchomić swoje sensorium - jego oczy zaczęły się żarzyć, co wystarczyło, aby zgromadzeni skoncentrowali na nim uwagę. Ucieszony tym faktem, chłopak zaczął realizować plan szkoleniowy.

- Dobrze, teraz sprawdzę wasze osłony. Niech każdy z was przyzwie osłonę, jakiej używa!

Wydawszy polecenie, Marek zaczął się przyglądać po kolei zgromadzonym magom. Jego pierwszą myślą było, że ich zasoby mocy nie wydają się znaczące. Albo byli aż tak wyczerpani. Kolejno spostrzegł, że każdy z nich użył bardzo prostej tarczy kinetycznej, przy czym tarcze poszczególnych magów różniły się między sobą. Jedne były bardziej nastawione na absorpcję uderzenia, a inne - na jego odbicie czy też zatrzymanie. Zapewne to wystarczało, by powstrzymać fizyczne ataki, ale jeżeli mieli walczyć z kimś lub czymś posługującym się magią, to musieli się wiele nauczyć. Marek spojrzał na Adelaide. Moc drzemiąca w dziewczynie była istotnie większa niż energia członków jej oddziału, jednak ona sama nie otoczyła się żadną osłoną.

- Nie zamierzasz brać udziału w ćwiczeniach? - zapytał zaskoczony Marek.

Adelaide prychnęła w odpowiedzi:

- Wystarczy, że je obserwuję. Przyjrzałeś się już? Co dalej?

- Każdy z twoich magów używa nieco innej osłony chroniącej przed atakami fizycznymi. Trzeba to ujednolicić, a także nauczyć ich tworzenia osłon przed innymi zagrożeniami - przedstawił swoje spostrzeżenia chłopak.

Adelaide rozważała to przez chwilę.

- Dobrze. Ale chcę, abyś pokazał im też, jak likwidować magiczne zagrożenia i obezwładniać magów - zażyczyła sobie dziewczyna.

Marek przez chwilę patrzył na nią z konsternacją. Nigdy nie rozważał sposobów, w jakie mógłby wyrządzić krzywdę za pomocą magii. Te nieliczne przypadki, kiedy zdarzyło mu się użyć tego typu zaklęć, skończyły się zabiciem przeciwników. Dlatego zgodził się niechętnie.

- W porządku, lecz wpierw nauka osłon. - Może w międzyczasie wymyśli jakieś zaklęcia ofensywne.

Ku zdumieniu Marka, który obserwował ćwiczących magów przez swoje sensorium, byli oni w stanie kontrolować moc z niesamowitą precyzją. W dodatku błyskawicznie rozumieli instrukcje i wskazówki, jakich udzielał im chłopak, oraz stosowali się do nich. Dzięki temu już po kilku godzinach wszyscy posługiwali się osłoną kinetyczną, która mogła elastycznie reagować na różnego rodzaju ataki. Potwierdził to ostateczny test, podczas którego Marek stworzył na placu treningowym małą burzę piaskową z ukrytymi w niej mniejszymi i większymi kamieniami. Osłony zdały ten egzamin i chłopak pozwolił, aby wprawione kinetycznie w ruch piach i żwir powoli opadły.

- Na dziś koniec - zwrócił się do Adelaide. - Wszyscy opanowali uniwersalną osłonę przed atakami fizycznymi. Jutro nauczę ich tworzenia tarcz innego rodzaju.

- Ćwiczą dopiero kilka godzin. Powinieneś kontynuować - zaprotestowała dziewczyna.

- Ale niektórzy zaraz wyczerpią swoją energię. Muszą odpocząć - upierał się Marek.

Adelaide była nieustępliwa.

- Skąd to niby wiesz? Jestem pewna, że stać ich na dużo więcej.

- Widzę, ile każdy z nich ma mocy. Gdybym utrzymał tę burzę jeszcze kilka chwil, to parę osób zaczęłoby wymiotować z wyczerpania. - Marek postanowił upierać się przy swoim. - Kiedy zregenerują energię, będę kontynuował. Na dzisiaj koniec.

Adelaide spojrzała na niego gniewnie, ale chyba zrozumiała, że nie zamierza odpuścić, bo kiwnęła głową, dając znać swojemu oddziałowi, że może się rozejść. Marek również chciał wrócić do swojej kwatery, lecz dziewczyna go zatrzymała.

- Poczekaj. Mam dwie sprawy. Po pierwsze jutro od świtu kontynuujemy ćwiczenia. To priorytet, kryształy i nauka języka mogą poczekać - zakomunikowała.

Marek pokiwał głową ze zrozumieniem, ale nie mógł się powstrzymać od pytania:

- A po drugie?

Dziewczyna upewniła się, że pozostali magowie już zniknęli wśród drzew, zanim odpowiedziała:

- Spójrz na moją osłonę. Czy spełnia te twoje standardy?

Zdumiony prośbą Marek uaktywnił ponownie sensorium i przyjrzał się Adelaide. Stworzona przez nią tarcza miała wszystkie omawiane tego dnia cechy osłony przed atakami fizycznymi. Było to zaskakujące, bo w żadnym momencie chłopak nie zauważył, aby dziewczyna wykonywała którekolwiek z zadanych przez niego ćwiczeń.

- Twoja tarcza jest bez zarzutu. Świetna robota - przyznał na głos.

Adelaide spojrzała na niego z wyższością, po czym się oddaliła.

***

Kolejne dni nabrały nowej rutyny. Zamiast tworzyć kryształy i dyktować słownik, Marek zajmował się ćwiczeniami z magami Adelaide. O ile z początku nauka osłon szła nadzwyczaj sprawnie, o tyle w którymś momencie niektórzy z magów dotarli do kresu swoich możliwości. Zdaniem chłopaka nie chodziło nawet o samo skomplikowanie tarcz - każdy z magów potrafił rozdzielić koncepcję uderzenia fizycznym przedmiotem od ingerencji ukierunkowaną magiczną energią - ale o ilość mocy potrzebnej do podtrzymania danego rodzaju osłony. Ostatniego dnia nauki zaklęć obronnych już tylko dwoje magów było w stanie stworzyć i utrzymać skomplikowane tarcze pozwalające podróżować w próżni. A i to tylko przez kilka chwil. Adelaide wyraźnie nie była zadowolona.

- Wyczerpałeś ich! I po co to wszystko? Przecież nie będą walczyć w kosmosie! - naskoczyła na Marka. - Rozumiem, że teraz podzielisz się z nimi energią, aby mogli kontynuować trening. Tylko żadnych tarcz, osłon i innych tego typu bzdur. Mają nauczyć się atakować i obezwładniać przeciwników. Jak najszybciej, bo zaczyna brakować nam czasu!

- Dobrze - zgodził się niechętnie Marek i jednocześnie westchnął w duchu. Obawiał się tej chwili i starał się na nią przygotować. A skoro nadeszła, to trzeba stawić jej czoła.

Chłopak stworzył kryształy z energią, pozwalając, aby magowie uzupełnili swoje zasoby.

- Na początek telekineza i żywioły - zakomunikował, kiedy klejnoty zostały wyssane do cna. - Zaczniemy od prostego pchnięcia.

Marek otoczył się tarczą, po czym uniósł pył zalegający plac, pilnując, aby inni widzieli kształt jego osłony. Następnie pozwolił magom trenować na nim uderzenia kinetyczne i ataki z użyciem ziemi uformowanej w pociski i włócznie.

- Nie bójcie się, spróbujcie rozpędzić pocisk do prędkości kuli z pistoletu - zachęcił.

Widać było, że magowie się starają, ale mina ich dowódczyni nie świadczyła o jej zadowoleniu. Kiedy trening się skończył, Adelaide przedstawiła Markowi swoje pretensje:

- To, czego ich dzisiaj uczyłeś, jest prymitywne. Nie potrafisz nic więcej?

- Potrafię - odparł chłopak. - Ale nie wiem, czy będą w stanie to powtórzyć. Z ofensywnych zastosowań magii mogę im pokazać głównie żywioły. To jest coś, czego się powszechnie używa na innych światach.

- Powszechnie. W takim razie coś ci pokażę. Odsuń się!

Zdumiony Marek stanął z boku dziewczyny. Ta wyciągnęła dłoń w kierunku sterty powalonych pni, po czym wyrzuciła z siebie strumień żrącej magicznej energii. Pasmo uderzyło w stos i błyskawicznie przetrawiło drewno.

- Co powiesz na to?

Marek milczał przez chwilę, zmagając się ze wspomnieniami. To właśnie w ten sposób po raz pierwszy zabił przeciwnika.

- To jest wyrzut nieuformowanej energii, która jest żrąca i może przebić osłonę przeciwnika. Coś jak wybroczyny - powiedział, otrząsnąwszy się z zamyślenia.

- Nie musisz mi mówić oczywistości. To dużo lepsze niż te twoje sztuczki, bo mogę pokonać przeciwnika posługującego się magią - stwierdziła z zadowoleniem.

Marek zrozumiał, o co jej chodzi.

- Tak i nie. Pokażę ci coś, strzel tym we mnie.

Ta propozycja spotkała się z niemal entuzjastyczną reakcją Adelaide. Dziewczyna uderzyła w Marka z siłą nieproporcjonalną do celu ćwiczenia. Chłopak przygryzł wargę, rozważając, czy niepotrzebnie nie dał dziewczynie okazji do pomszczenia śmierci babci. Na szczęście był w stanie bez problemu osłonić się przed atakiem, jednocześnie chwytając nieuformowaną energię. Po jej przefiltrowaniu zamknął ją w krysztale. Pozwolił, aby klejnot przez chwilę unosił się między nimi, zanim delikatną telekinezą pchnął go ku dziewczynie.

- Widzisz, byłbym w stanie schwytać energię takiego uderzenia i użyć jej przeciwko tobie. Ataki, które ćwiczę z twoimi magami, mają na celu zużycie energii wroga, tak aby w końcu nie był on w stanie utrzymać tarczy - podsumował całe doświadczenie, po czym widząc niezadowoloną minę Adelaide, dodał szybko: - Takiej taktyki nauczono mnie w innych światach. Jutro pokażę magię żywiołów, niektóre mogą działać nawet na magów z aktywnymi osłonami.

- Oby - syknęła niezadowolona dziewczyna.

Niestety okazało się, że nauka pozostałych żywiołów nie jest dla magów łatwa. Najlepiej radzili sobie z ogniem, który raz przyzwany, można było kontrolować wzrokiem. Błyskawice były zbyt szybkie, a próby schłodzenia lub podgrzania wody kończyły się rozrzutem mocy w różne strony. Marek miał możliwość przekonać się na własnej skórze, jak frustrujące jest obserwowanie przez sensorium magicznej energii kierowanej przez magów w kompletnie inne miejsca, niż powinna trafić.

Mimo wszystko, gdyby dać im więcej czasu, z pewnością udałoby im się zapanować nad kierunkiem wypływu. Jednak Adelaide, rozczarowana powolnymi postępami, zażądała, aby skupili się na ogniu. Oznajmiła też, że to ostatnie dni treningu i że będą kontynuować ćwiczenia w bliżej niesprecyzowanej przyszłości, o ile Marek wymyśli sposób, jak przekazać swoją wiedzę. Ostatnia uwaga wręcz ociekała zjadliwością, chociaż chłopak miał wrażenie, że po kilku spędzonych wspólnie dniach inni magowie nie podzielają niechęci, jaką żywi do niego ich dowódczyni. Niemniej oddział Adelaide opuścił obóz, a Marek wrócił do spotkań z badaczami. Jednocześnie, chyba w związku z zakończeniem plagi wybroczyn, został zwolniony z konieczności tworzenia pustych kryształów energii. Mógł więc swobodnie gromadzić własne zapasy na niespodziewane wypadki.

Rozdział 3

Przyjmując was do grona studentów Akademii, bierzemy na siebie odpowiedzialność za rozwój waszej magicznej wiedzy, abyście - już jako pełnoprawni kadeci - udowadniali świetność naszych metod nauczania. Wielu z was uważa, że potrafi posługiwać się magią. Chciałbym wierzyć, że tak jest, ale podejrzewam, iż te osoby są w błędzie. Posługiwanie się magią i umiejętność kierowania mocą a to, czego was nauczymy, to dwa zupełnie różne światy. My pokażemy wam zaklęcia, sposoby osiągnięcia maksymalnego skutku minimalnym wysiłkiem. Jest to dalece inne od prostego robienia za pomocą magii tego, co niemagowie czynią pracą swoich rąk. Pomyślcie o tym jak o sytuacji, w której zamiast dźwigać ciężki ładunek, przewozicie go wózkiem.

Fragment wykładu inauguracyjnego w Akademii Trójcy, klasa 546

Igor Hrost i jego przyboczni spędzali czas w gospodach i oberżach w Złotych Wrotach na Hal-bun, przy placu z portalem międzywymiarowym. Początkowo starali się rozsiewać plotki, informując, kogo popadnie, że chcą nawiązać kontakt z Wybawcami z Hal-bun. Potem, gdy zgłosiło się do nich kilka mniej lub bardziej wiarygodnych grup, zaprzestali informowania. Opowieść, jak ci obcy rozprawili się z udającymi Wybawców przebierańcami, rozeszła się nawet szerzej niż informacja, że ktoś poszukuje Wybawców. W efekcie nikt, kto znał historię o rozerwanych na strzępy oszustach, nie ryzykował podszywania się pod prawdziwych Wybawców. A takich, którzy by o tym nie słyszeli, brakowało. Hrost spędzał więc czas nie niepokojony, pijąc miejscowe piwo i grając w kości ze Svernem i Valdezem, przy czym konto każdego z nich już dawno przekroczyło kilka tysięcy punktów.

Ten wieczór zapowiadał się podobnie do poprzednich. Oberżysta trzymał dla nich ich ulubiony prostokątny stół z dwiema ławami. Jak tylko zasiedli, kelner przyniósł piwo oraz zakąski, a Valdez wyciągnął kubek i kości. Wtedy do oberży weszły trzy osoby - jasnowłosa kobieta i dwóch mężczyzn, jeden czarnoskóry, a drugi jasnoskóry z charakterystycznym warkoczem zaplecionym z czarnych włosów. Kobieta od razu zwróciła uwagę Igora - było w niej coś niepokojąco znajomego. Troje przybyszów bez wahania skierowało się do ich stolika. Hrost gestem powstrzymał Valdeza przed rzutem, czym jednocześnie zwrócił uwagę swoich ludzi na nowo przybyłych. Przyboczni Igora bez słowa przesiedli się na ławę po jego stronie stołu.

Trójka nonszalancko rozparła się naprzeciwko Sprzymierzonych, a kobieta sięgnęła po kilka kawałków kruchego sera - miejscowego przysmaku do piwa. Żując jeden z nich, rzuciła Hrostowi wyzywająco-pytające spojrzenie.

- Spotkaliśmy się na Denurbanie, w podziemiach świątyni - odezwał się z niechęcią Hrost, jednocześnie uświadamiając sobie, że w oberży zapadła cisza, a kilka osób w pośpiechu opuściło swoje stoliki. Niepotrzebnie. Oto przed wysłannikiem Sprzymierzenia byli prawdziwi Wybawcy.

Słysząc jego słowa, kobieta uśmiechnęła się i kontynuowała żucie sera, zupełnie jakby dawała mu znak, aby mówił dalej. Igor odetchnął i zasygnalizował Valdezowi, by ugościł przybyszy piwem, sam zaś rozpoczął swoją misję.

- Dziękuję, że przybyliście. Nazywam się Igor Hrost. Wraz z moimi towarzyszami mamy przekazać wam wiadomość od lorda Valadana, naszego przywódcy, jednego z arcymagów stojących na czele Sprzymierzenia - zagaił formalnie, ale kobieta przerwała mu gwałtownym ruchem dłoni.

- Wiemy, kim jesteście, przejdź do konkretów. To nie jest najlepsza oberża w mieście i nie zamierzam spędzać tu całego wieczoru. - Jasnowłosa zignorowała postawiony przed nią kubek i skupiła się na serze.

Igor rozluźnił się. Jeżeli Wybawcy chcą wysłuchać wiadomości i na nią odpowiedzieć, to raczej nie zamierzają pozbyć się posłańców.

- Valadan proponuje wam układ. Pomożecie nam w walce z Imperium i innymi zagrożeniami, z jakimi mierzy się Sprzymierzenie, a w zamian przyjmiemy was w poczet Sprzymierzenia i wesprzemy w pościgu za Magivem - przedstawił szybko sedno oferty.

Wybawcy patrzyli na Hrosta w milczeniu. Igor zastanawiał się, czy konsultują coś telepatycznie, ale nie miał odwagi aktywować sensorium i tego sprawdzić. W końcu kobieta sięgnęła po kolejny kawałek sera i zapytała:

- Jesteś pewien, że twój arcymag przemyślał tę ofertę? Wiemy, gdzie jest Magiv, i niewiele jest w stanie nas powstrzymać przed dopadnięciem go. Nie potrzebujemy do tego Sprzymierzenia, a tym bardziej członkostwa w nim. W sumie niewiele macie do zaoferowania.

Chociaż odpowiedź jasnowłosej była odmowna, to Igor miał świadomość, że stanowi punkt wyjścia do negocjacji. Rozejrzał się po oberży i już miał zamiar otoczyć ich osłoną chroniącą przed podsłuchaniem, aby w spokoju kontynuować rozmowę, gdy kobieta ponownie się odezwała:

- Nie kłopocz się, nikt nas nie podsłucha.

Te słowa zmroziły Igora - czyżby jasnowłosa czytała mu w myślach? A może była w stanie odczytać jego zamiary z ruchu cząsteczek magii? Hrost nakazał sobie spokój, a potem kontynuował:

- Trójca będzie ochraniać Magiva, bo uważają go za swojego. Jednak jedyne przejście, jakim może wrócić z Ziemi, znajduje się na planecie, która przypadła Sprzymierzeniu. Będziemy wiedzieć, kiedy się pojawi.

- Biorąc pod uwagę nasze poprzednie spotkanie, moment jego powrotu może nie być najlepszy do podjęcia działań. Trójca i smoki pewnie obstawią świątynię. Chyba że chcecie zdradzić waszych sojuszników? - zapytała z krzywym uśmiechem jasnowłosa.

- Sojusz z Trójcą jest nam teraz na rękę. Jest też narzędziem pozwalającym skierować Magiva tam, gdzie jego obecność będzie korzystna dla wszystkich - zasugerował w odpowiedzi Hrost.

Wybawcy nie zareagowali, najwyraźniej trawiąc propozycję, więc kontynuował:

- Oczywiście wystosowanie takiej prośby ze strony Sprzymie­rzenia i narażenie na szwank relacji z Trójcą będą wymagały rekompensaty. Cena to wsparcie w walce z naszymi wrogami.

- Jednym wrogiem: Imperium - skontrowała kobieta i nie dając Hrostowi zareagować, dodała: - Rozważymy ofertę, być może nie jest tak bezsensowna, jak początkowo sądziłam. Weź ten namiernik. Następnym razem będziemy rozmawiać z arcymagiem.

Jej towarzysz - skośnooki mężczyzna z grubym warkoczem - położył na stole pokrytą runami płytę.

- Uruchomicie namiernik, aktywując ten znak - odezwał się po raz pierwszy, wskazując na jedną z run. - Przybędziemy, gdy otrzymamy sygnał.

Po tych słowach Wybawcy opuścili oberżę. Hrost odczekał, aż drzwi się za nimi zamkną, po czym odetchnął i duszkiem opróżnił kufel. Spotkanie poszło lepiej, niż się spodziewał - przeżyli i nawiązali kontakt. Pośpiesznie schował płytę za pazuchę. Pora wracać do arcymaga i zdać raport z tego sukcesu.

***

Liliana obejrzała się na drzwi oberży, ale nie zauważyła żadnej magicznej aktywności. Najwyraźniej Sprzymierzeni nie próbowali ich śledzić. Troje Wybawców spokojnie skierowało się do portalu międzywymiarowego i po odczekaniu na swoją kolej wkroczyło w jego taflę. Jednak zamiast na kolejną planetę portal przeniósł ich wprost do magicznej struktury unoszącej się w pędzącym ku krawędzi wszechświata strumieniu energii.

- Rodryk, zbierz wszystkich, chcę przedyskutować ofertę Sprzymierzenia. - Liliana zwróciła się do ciemnoskórego mężczyzny. Gdy ten się oddalił, spojrzała pytająco na Paula. - Co sądzisz? To może usprawnić nasze polowanie. Ale stracimy ekscytację poszukiwań.

- Za to będziemy mieć trochę rozrywki, walcząc z tym całym Imperium. - Paul wzruszył ramionami. - Możemy też skłonić ich, aby wydali nam Magiva wcześniej. Wtedy rozprawimy się z nim od razu, nie będziemy walczyć z Imperium i zapadniemy w letarg do czasu, aż zapomną, że nie wywiązaliśmy się z obietnicy.

- Czyli nie chcesz go zrzucić z Krawędzi i zobaczyć, co się stanie? - zapytała z namysłem.

- Jedno nie wyklucza drugiego. Tylko trzeba będzie go złapać w jednym kawałku. - Paul zadumał się nad możliwościami. - Nawet jeśli wrzucimy go w wir stworzenia, to w przyszłości będziemy musieli sprawdzić, czy znowu się nie scalił.

- Perspektywa, że zniknie raz na zawsze, jest bardzo kusząca - powiedziała niemal z rozmarzeniem Liliana, zaraz jednak dodała trzeźwo: - Tylko przeraża mnie wizja nudy, kiedy to nastąpi. Będzie trzeba znaleźć nową rozrywkę. Ale nie planujmy zbyt wiele, może nie uda nam się go złapać. Będziemy musieli go zniszczyć i znowu czekać tysiące lat, aż się pozbiera. Mimo wszystko nie chcę tracić czasu i tropić go samodzielnie. Jestem za tym, aby zaakceptować propozycję Sprzymierzenia.

- Jestem z tobą. Chodźmy przekonać pozostałych. - Paul objął jej kibić i razem ruszyli w głąb magicznego kompleksu.

***

Wysoki, półkolisty strop sławnej Wielkiej Sali Vanetty pokrywały skomplikowane freski mające prezentować wszystkie przewagi rządzącej kiedyś planetą dynastii magów. Igor z zainteresowaniem przestudiował sklepienie, dochodząc do wniosku, że większość odmalowanych scen musiała zostać zmyślona albo wyolbrzymiona. Świadczyły o tym przedstawione istoty oraz role, w jakich występowały. Nie dało się wykluczyć, że niektóre formy życia faktycznie istnieją we wszechświecie. Ale biorąc pod uwagę kilka sąsiadujących planet, z którymi mogli mieć kontakt tutejsi arcymagowie, nie było szans, aby napotkali gatunki przedstawione na freskach. Owszem, inteligentne istoty zamieszkujące głębie oceanów żyły. Ale ani one nie były zainteresowane ekspansją w świecie nadwodnym, ani nikt ze świata nadwodnego nie tracił energii, by atakować głębiny. Nawet potężne Sprzymierzenie nie było skore do podboju planet pokrytych w większości oceanami. Koszt takiej ekspansji przewyższał możliwe profity, bardziej opłacało się nawiązać kontakty handlowe. Tymczasem nieznany artysta przedstawił walkę tutejszych magów-wilczarzy z krabopodobnymi stworzeniami wychodzącymi z podmorskiego miasta. Albo - na innym fresku - grupę wilczarzy ćwiartującą powalonego smoka. Ewidentna bujda służąca podbudowaniu ego tutejszych władców.

Spotkanie w Wielkiej Sali Vanetty było formalnością i miało na celu przedstawienie wezwanym, głównym dowódcom Valadana, nowego sojusznika angażującego się w konflikt z Imperium po stronie Sprzymierzenia. Igor zauważył, że brakowało Friji i Haketch, którym na przybycie najwyraźniej nie pozwoliły bieżące zadania.

O miejscu zebrania zadecydowały dogodne położenie planety i fakt, że jej infrastruktura, w tym budynki reprezentacyjne, była w nienaruszonym stanie. Aneksja tego świata przebiegła bezkonfliktowo - wystarczyło kupić elity. W efekcie już od kilku pokoleń Sprzymierzenie przeistaczało go w kolejną fabrykę mocy.

Pośrodku sali umieszczono podwyższenie, na którym służba ustawiała kilka zdobionych foteli. Na specjalnym miejscu miał znaleźć się namiernik, którym zamierzano przyzwać Wybawców na oficjalną prezentację. Z boku stały dodatkowe krzesła na wypadek, gdyby goście przybyli w liczniejszym gronie, a pod ścianami stawiano stoły, na których miał znaleźć się poczęstunek.

W końcu znudzony wyszukiwaniem nieścisłości we freskach i obserwacją toczących się przygotowań Igor zamyślił się, wspominając właściwą, nieoficjalną wizytę Wybawców.

***

Kiedy Hrost zdał raport z misji, Valadan rozkazał, aby jak najszybciej przygotować się do spotkania z Wybawcami. Osobisty kowal run arcymaga upewnił się, że dysk namiernika nie kryje żadnych zagrożeń. Rozesłano zaproszenia do innych arcymagów Stowarzyszenia.

Spotkanie potraktowano priorytetowo, niezwłocznie zjawili się arcymagowie zaangażowani w konflikt z Imperium - ciemnoskóra kobieta Wynda oraz pokryty gęstym zielonkawym futrem humanoid Kurk. Hrost, jako członek misji, która nawiązała kontakt z Wybawcami, też miał być obecny podczas tej nieoficjalnej wizyty.

Z perspektywy sensorium Igor obserwował, jak Valadan osobiście obkłada komnatę zaklęciami ochronnymi. Wszyscy arcymagowie Sprzymierzenia byli otoczeni chmarą zaklęć rezydualnych o nieznanym Hrostowi przeznaczeniu. Na gest arcymaga Hrost aktywował runę namiernika i pośpiesznie zrobił krok w tył. Igor darował sobie zaklęcia ochronne - pamiętał, z jaką łatwością arcymagini Wybawców przedarła się przez nie przy ich wcześniejszym spotkaniu. Pozostało mu mieć nadzieję, że nie dojdzie do walki.

Nagle nad dyskiem ukształtował się walec energii, z którego na wszystkie strony wystrzeliły macki cząsteczek, jakby przeszukując pomieszczenie. Igor zaniepokoił się, ale najwyraźniej arcymagowie spodziewali się czegoś takiego, bo nie reagowali. Jak tylko macki obiegły pomieszczenie, walec przesunął się nad wolny fragment podłogi i z trzaskiem rozdzieranej tkaniny zmienił w jaśniejący owal portalu. Wyszło zeń dwoje ludzi, Liliana i mężczyzna z czarnym warkoczem, oraz niewielka skrzydlata wróżka. Podobnie jak arcymagowie Sprzymierzenia, Wybawcy byli otoczeni przez skomplikowane zaklęcia rezydualne. Kiedy za przybyłą trójką zgasł owal portalu, zapadła niezręczna cisza.

- Witajcie. Mam na imię Valadan, jestem jednym z przywódców Sprzymierzenia. A to moi sojusznicy, Wynda i Kurk. Czy mogę was czymś ugościć? - przerwał ciszę arcymag, dokonując lakonicznej prezentacji i przyjmując na siebie rolę gospodarza spotkania.

- Miło, że chociaż jedno z was pofatygowało się osobiście - powiedziała bezceremonialnie jasnowłosa arcymagini. - Mam na imię Liliana, to jest Paul i Natess.

Zaskoczony Hrost popatrzył na arcymagów Sprzymierzenia - nie zdawał sobie sprawy, że dwoje z nich to surogaci. Sami arcymagowie również wymienili między sobą spojrzenia.

- Wybaczcie, że nie wszyscy mogliśmy się pojawić we własnej osobie, ale mamy rozliczne obowiązki. Ja, jako zarządzający interesami Sprzymierzenia w tej części wszechświata i dowodzący wojną z Imperium, całkowicie wystarczę do prowadzenia tych negocjacji - pośpieszył z wyjaśnieniami Valadan.

Liliana zbyła go machnięciem ręki.

- Nikt się nie obraża. Właśnie dla uniknięcia takich obowiązków zrezygnowaliśmy z budowy własnego dominium. Mam tylko nadzieję, że nie będziemy musieli powtarzać tej szopki przed głównymi ciałami.

- Nie będzie takiej potrzeby - zapewnił niskim, ochrypłym głosem Kurk, a Wynda przytaknęła skinieniem głowy.

- Jednak kiedy dojdziemy do porozumienia, chciałbym zaaranżować oficjalne spotkanie z udziałem publiczności, abyśmy mogli was przedstawić jako naszych nowych sojuszników z odległego świata. - Valadan z naciskiem wypowiedział końcówkę zdania. - Sami rozumiecie, że w obecnej sytuacji nie możemy wejść w sojusz z Wybawcami i smokami jednocześnie. Wasze działania na Denurbanie rozgniewały te aroganckie bestie.

- Rozumiem. - Liliana uśmiechnęła się wilczo, po czym podeszła do stolika zastawionego poczęstunkiem i zaczęła studiować napoje. - Ale ostrzegam, abyście nie grali na zbyt wiele frontów. Ciekawy wybór wina, nie wiedziałam, że szczep z Cuth jeszcze istnieje.

- Hmmm... znamy go jako wino z Formi, najwyraźniej ktoś kiedyś sprzedał sadzonki. - Valadan obserwował, jak kobieta ostrożnie wącha zawartość flakonu. - Nigdy nie słyszałem o Cuth. Możliwe, że jeśli Imperium zatriumfuje, stracimy również to źródło tego wspaniałego trunku.

W odpowiedzi na tę sugestię Liliana zaśmiała się perliście.

- Widzę, że przywykłeś do negocjowania. "Kiedy dojdziemy do porozumienia", a nie "jeśli", wskazanie, co możemy stracić, jeżeli was nie wspomożemy... I to wszystko, zanim jeszcze porozmawialiśmy o tym, co interesuje nas. Piękne przedstawienie i wybacz, że je przerywam, ale zależy nam na konkretach. Wasz spór z Imperium niewiele nas obchodzi, jest tylko tłem naszej sprawy. - Liliana przerwała i wyzywająco spojrzała na Valadana.

Arcymag nie speszył się, gestem zaprosił gości, aby usiedli, i sam zajął jeden z wygodnych foteli. Dopiero z tej pozycji odpowiedział:

- Polujecie na osobnika nazywanego Magiv, robicie to już od tysięcy lat. On w jakiś sposób się odradza, a wy znowu go szukacie i unieszkodliwiacie. Wasza determinacja jest godna podziwu i chcielibyśmy was wspomóc w tej misji. Wszyscy wiemy, że obecnie Magiv znajduje się na planecie pozbawionej magii, gdzie trudno będzie go dopaść. My jednak możemy ustalić, kiedy opuści tę planetę, i sprawić, że uda się tam, dokąd byśmy chcieli. Na przykład na jakiś odludny świat. Najlepiej w ramach walki z Imperium, bo taki cel ma nasz sojusz z Trójcą, dla której Magiv pracuje. Oczywiście gdyby na skutek naszej prośby Magiv zginął w trakcie wypełniania misji, nasi sojusznicy byliby zawiedzeni. Rozczarowani. Być może mieliby do nas żal, a nasza umowa by ucierpiała. Dlatego pragniemy się zabezpieczyć na taką ewentualność. Oferta jest prosta: my zapewnimy, że Magiv znajdzie się w wybranym przez was świecie, a wy wesprzecie nas w działaniach przeciwko Imperium.

- Znowu używasz wielu słów, aby nas skłonić do przyjęcia oferty. Zrozumieliśmy jej sens, kiedy przekazał ją twój posłaniec. Jest to dla nas wygodne, ale nie zamierzamy wspierać was w walce z innym przeciwnikiem niż Imperium, a w walce z Imperium tylko przez określony czas. Proponujemy miesiąc.

- Może do czasu, aż Magiv powróci? - zasugerował Valadan.

- Nie. Ten termin pozostaje pod waszą kontrolą, nie zamierzamy czekać, aż wam się zachce sprowadzić Magiva. - Tym razem do rozmowy włączył się mężczyzna z warkoczem, Paul. - Wyznaczcie konkretną datę albo warunek, na jaki moglibyśmy przystać.

- Dobrze. W takim razie proponujemy, abyście pomogli nam w zdobyciu określonej liczby światów. Pokażecie swoje możliwości, a następnie wezwiemy was, kiedy będziemy potrzebować wsparcia. - Valadan nawet nie spojrzał na pozostałych arcymagów, najwyraźniej uzgodnili pomysł wcześniej.

- W ilu przypadkach mielibyśmy wam pomóc? - Paul chciał znać konkrety.

Stanęło na dziesięciu światach. Kiedy Wybawcy opuścili salę, Valadan zwrócił się do surogatów arcymagów Sprzymierzenia. Najwyraźniej obecność Hrosta mu nie przeszkadzała.

- W granicach oczekiwań. Czy macie uwagi?

- Zasadniczo tę samą co wcześniej: czy oni są tego warci? - Wynda rzuciła Valadanowi wyzywające spojrzenie. - Jeżeli coś pójdzie nie tak, to smoki zwrócą się przeciw nam. Duże ryzyko za obietnicę pomocy, w którą właściwie nie wierzę.

- Uwierzysz, kiedy zobaczysz, do czego są zdolni. Pokażą to już niedługo, zdobywając dla nas przyczółek. - Valadan był przekonany, że sojusz z Wybawcami okaże się korzystny. - Teraz przygotujmy przedstawienie dla szpiegów, aby uniknąć ryzyka, o jakim wspomniałaś.

***

Dokończenie przygotowań w wielkiej sali nie zabrało wiele czasu; w końcu odpowiedzialny urzędnik dał znak, że wszystko gotowe. Pozostało poinformować Valadana i zaproszonych arcymagów. Zebrani nie musieli długo czekać na ich przybycie.

Arcymagowie Sprzymierzenia zasiedli na fotelach, naprzeciwko podwyższenia z dyskiem. Jeden z kowali runów podszedł do niego i aktywował runę. Przez chwilę panowała pełna wyczekiwania cisza. Potem otworzył się portal i wyszła z niego delegacja Wybawców. Valadan podniósł się, rozpoczynając oficjalną część spotkania - przedstawił przybyłych jako nowo odkrytą frakcję, z którą Sprzymierzenie zamierza zawrzeć sojusz. Hrost ponownie zapatrzył się we freski, ignorując rozgrywający się przed nim spektakl. Nie mógł się doczekać, aż formalności się zakończą, a Wybawcy pokażą swoje pełne możliwości. Igor zgadzał się z Valadanem, że sojusz z Wybawcami jest bardzo obiecujący - pragnął na własne oczy przekonać się, jak bardzo.

***

Jego pragnienie miało się spełnić niespodziewanie szybko. Na prośbę Valadana wspierające Sprzymierzenie smoki udały się przeczesywać sieć szczelin, co miało pozwolić wypracować strategię natarcia i uniknąć angażowania się w walkę o ślepe odnogi. Dopiero po zakończeniu zwiadu sojusznicy zamierzali zdecydować, jak i kiedy rozpocząć atak. To był oficjalny powód. Prawdziwy cel arcymaga był inny. Valadan nie chciał, aby smoki i Wybawcy się spotkali, a jednocześnie zamierzał sprawdzić swoich nowych sojuszników w ataku na Leon-gaf - najbliższą planetę zajętą przez Imperium. Nie zamierzał angażować do tego sił Sprzymierzenia - Wybawcy arogancko oznajmili, że sami odbiją planetę, niech więc pokażą, na co ich stać.

Teraz Valadan wraz z innymi arcymagami Sprzymierzenia unosili się w wygodnej magicznej sferze tuż przy czopie pieczętującym szczelinę do Leon-gaf. Wokół kręciło się kilkunastu innych magów, przygotowujących się do zdjęcia zabezpieczenia i zbierających informacje z magicznych czujek umieszczonych po drugiej stronie szczeliny. W końcu jeden z nich zbliżył się do sfery zajmowanej przez arcymagów z meldunkiem.

- Wasze lordowskie mości, jesteśmy gotowi do zdjęcia czopu. Zgodnie z raportem zza szczeliny mgła nie dociera do niej i koncentruje się wokół planety. Na planecie jest silne zgrupowanie wojsk wroga, ale wydaje nam się, że jeszcze nie dokończyli gromadzenia sił.

Valadan z namysłem pokiwał głową.

- Dobrze, zdejmijcie czop. Przechodzimy na drugą stronę. Hrost, przygotuj namiernik i wezwij naszych sprzymierzeńców, jak tylko przelecimy. Trochę szkoda, że nie przywita ich pełna armia Imperium, ale nie możemy czekać, aż wrócą smoki, musimy się zadowolić tym, co mamy.

Igor przełknął ślinę, czując narastającą ekscytację. Nikt nie spodziewał się walki, lecz sam pobyt tuż na granicy działań wojennych pobudzał. Zdjęto czop i grupa przeleciała przez szczelinę. Pozostali tylko magowie, którzy mieli założyć z powrotem blokadę, gdyby wyprawa zakończyła się klęską.

***

Leon-gaf było istotnym węzłem komunikacyjnym otoczonym przez cztery szczeliny. Obecnie trzy z nich zajmowało Imperium. Strumienie mgły ciągnęły się od szczelin aż do planety, którą spowijał zielonkawy całun.

Igor Hrost umieścił namiernik na specjalnej, podtrzymywanej telekinetycznie płycie i aktywował go. Po chwili pojawiła się szczelina portalu, z której wyszedł jeden z magów Wybawców - Paul. Mężczyzna przez moment przyglądał się planecie, zupełnie jakby analizował plan czekającego go starcia, po czym zbliżył się do arcymagów Sprzymierzenia.

- Witajcie. Czy jest coś, na czym szczególnie wam zależy w związku z tą planetą? Czy mamy ją po prostu oczyścić? - zapytał bez zbędnych wstępów. Nie wyglądał na speszonego czekającym go zadaniem.

- Chcemy się pozbyć Imperium. Jeżeli jesteście w stanie zapewnić, aby planeta nadawała się do użycia, byłby to miły dodatek - odpowiedział szybko Kurk.

Paul skinął głową, po czym bez pożegnania opuścił sferę i skierował się ku planecie. Wszyscy obserwatorzy aktywowali sensoria w oczekiwaniu.

Tymczasem Paul z olbrzymią prędkością mknął ku Leon-gaf. Wyhamował dopiero tuż przed sferą mgły. Imperium zauważyło jego obecność i wokół maga Wybawców na moment zaroili się żołnierze zdolni do walki w kosmicznej próżni. Jednak w mgnieniu oka zniknęli, zupełni jakby rozsypali się w kosmiczny pył. Wykorzystując chwilę przerwy, zanim zjawi się kolejna fala żołdaków, Paul otoczył się jaśniejącą sferą, która wydawała się rodzajem portalu emitującego magiczną energię. Wystrzelił z siebie jaśniejące linie i za ich pomocą oplótł planetę siecią, strukturą przypominającą oszlifowany klejnot. W punktach łamania się stworzonych przez Paula linii mocy pojawiały się magiczne sfery podobne do tej, w której tkwił mag. Materializowały się w nich różne istoty. Najwyraźniej byli to przyzwani Wybawcy. Gdy każde łamanie zostało zapełnione, przybyli magowie zamknęli przestrzeń między liniami barierą, która odcięła planetę od strumieni mgły wydobywających się ze szczelin. Uwięzieni magowie Imperium próbowali przebić się od środka, ale ich ataki nie robiły na Wybawcach wrażenia. Zamknąwszy planetę, Wybawcy przystąpili do jej oczyszczania; nagle każdy z magów zaczął emitować olbrzymie ilości energii, wypalając zamkniętą w krysztale mgłę. Wypalanie trwało wiele godzin, ale w żadnym momencie emisja mocy przez Wybawców nie została zakłócona. W końcu struktura klejnotu zniknęła, a większość przybyłych Wybawców po prostu zagłębiła się w otaczające ich sfery i rozpłynęła w powietrzu. Tylko kilku pozostałych wypalało odnogi mgły, aż do szczelin.

Paul ponownie podleciał do sfery mocy zajmowanej przez arcymagów Sprzymierzenia.

- Gotowe. Zlikwidowaliśmy mgłę i wszystkie nośniki obecności Imperium. Jeżeli chcecie, możecie posprzątać szczątki - zameldował, po czym skłonił się niedbale i zniknął w stworzonym przez siebie portalu.

Przed obserwatorami Sprzymierzenia znajdowała się kompletnie oczyszczona z wrogiej obecności, gotowa do zajęcia planeta.

Hrost obserwował całe zdarzenie z rosnącymi zdumieniem i zawiścią. Oto był świadkiem pokazu mocy godnego najpotężniejszych arcymagów. W dodatku arogancka nonszalancja Paula sugerowała, że całe przedstawienie było dla nich fraszką. Kątem oka Igor dostrzegł zacięte wyrazy twarzy arcymagów Sprzymierzenia, na których pokaz również wywarł wrażenie. Czym prędzej więc oddalił się od nich pod pretekstem odzyskania namiernika. Nie chciał być w pobliżu, kiedy zechcą rozładować dającą się wyczuć w ich postawach irytację. Gdy wrócił, w obrębie sfery trwała ożywiona dyskusja. Kurk i Wynda robili Valadanowi wyrzuty. Hrost wolał nie być świadkiem również tej wymiany zdań, ale zdając namiernik, wytężał słuch, aby wyłowić z niej jak najwięcej.

- ...ponad setka magów z takim potencjałem. Mam wątpliwości, czy jesteśmy równymi partnerami w tym sojuszu - grzmiała Wynda.

- A mnie martwi sposób, w jaki byli w stanie wypalić mgłę. Widzieliście, na jakim poziomie sterowali energią. Mikrozarządzanie. - Nieludzki głos Kurka zdradzał emocje.

Valadan milczał z zaciętym wyrazem twarzy, słuchając komentarzy pozostałych arcymagów. W końcu odpowiedział:

- Właśnie dlatego uznałem, że ten sojusz jest dla nas korzystny. Są potężni, uzdolnieni, a jednocześnie nie interesuje ich podbój planet.

- Na razie - mruknęła Wynda. - A pomyślałeś, co będzie, gdy jednak zachce im się zdobyć jakiś świat? Nasz świat?

- Od tysięcy lat - sprostował Valadan. - Od tysięcy lat, jeszcze od czasów sprzed narodzin niektórych z nas, nie byli zainteresowani podbojem żadnego ze światów. Mają określony cel, który rozumiemy. Kiedy spełnimy warunki sojuszu, nasze drogi się rozejdą. A tymczasem zyskaliśmy przewagę.

- Ja nie rozumiem, co to za cel: ściganie jednej istoty. Przez tysiące lat? - Kurk miał wątpliwości.

- Skoro ta istota żyje tak długo, w dodatku nadal się odradza, to najwyraźniej tak. Może dla nich te... hm... łowy są celem wartym zaangażowania. Dużo ciekawszym niż zarządzanie podbitymi światami - zasugerował Valadan.

Wynda zdawała się podzielać jego tok myślenia, o czym świadczyło delikatne skinienie głowy arcymagini.

- A co, jeżeli jednak zechcą się zaangażować w zarządzanie planetami i znajdą się po przeciwnej stronie barykady? - dopytywał nadal nieprzekonany Kurk.

- Powiemy smokom, kim są, i niech jedni zajmą się drugimi - skontrował Valadan.

Igor nie słuchał dalszej wymiany zdań. Ucieszył się, że arcymag po raz kolejny pokazał, jak daleko naprzód wybiega w swych planach. Nawet angażując dwie potęgi, których nie kontrolował, zapewnił sobie bezpiecznik: możliwość skierowania jednej przeciwko drugiej. Być może miał również plan na zdobycie wiedzy, jaką dysponowali Wybawcy. Hrost podziwiał ich potęgę i wiele by oddał lub zaryzykował, by posiąść taki kunszt magiczny. Swoją drogą - zastanawiał się Igor - ciekawe, czy smoki są w stanie wyzwolić planetę zajętą przez Imperium z równą łatwością?

***

Presos wyszedł przed namiot dowództwa arcymagów Trójcy. Z westchnieniem spojrzał w pełne pyłu i popiołów niebo, przesłonięte magiczną kopułą, która oddzielała nadające się do życia miejsce od pozostałej części Senduki, wypalonej smoczym ogniem planety sąsiadującej z Makostą.

Wyspa, na której zgromadziły się siły Trójcy, była jedynym oszczędzonym przez smoki i oczyszczonym przez wojsko Trójcy miejscem na planecie. Było niezbędne, aby kilkudziesięciotysięczna armia złożona głównie ze świeżo upieczonych kadetów mogła zregenerować siły po przejściu magicznego mostu przerzuconego między szczelinami zniszczonej Makosty.

Zgodnie z ustaleniami na znak dany przez Sprzymierzenie siły Trójcy miały natrzeć na Senduki i kolejne planety prowadzące do serca Imperium. Jednak zanim byli gotowi, doszły ich informacje o niespodziewanym triumfie Sprzymierzenia. Bez żadnych strat, a nawet angażowania smoków udało im się zniszczyć przyczółek wroga i zająć planetę. W mniej niż dzień zniszczyli wszelką obecność Imperium. Trójca nie mogła pozostać bezczynna wobec takiego pokazu potęgi. Presos i inni arcymagowie zgodzili się, aby to smoki, urażone w swej pysze przez działania Sprzymierzenia, dokonały oczyszczającego ataku na Senduki. Zgromadzona na orbicie armia miała go obserwować i w odpowiednim momencie zająć teren wybrany na obóz.

Teraz Presos zastanawiał się, czy nie był to błąd. Wszyscy widzieli, jak smoki gromadzą się nad jednym z biegunów, tuż powyżej strefy mgły. Potem ruszyły ku drugiemu biegunowi, a spod ich skrzydeł opadła na planetę kurtyna smoczego ognia, który w swej niszczycielskiej żarłoczności wnikał nawet pod powierzchnię Senduki. Pas ognia utworzony przez każde ze stworzeń ciągnął się na setki kilometrów i przesuwał wraz z ruchem smoka. Kilka smoków krążyło za swymi zajętymi wypalaniem planety pobratymcami, wypatrując magów Imperium zdolnych do przeżycia ataku. Takie jednostki były bezlitośnie likwidowane. W końcu w pierścieniu ognia powstał mały wyłom. W ten sposób smoki oszczędziły niewielką wyspę wybraną na bazę dla Trójczan. Presos z jednym z oddziałów oczyścili ją z pozostałości mgły i otoczyli kopułą, aby zatrzymać resztki tlenu i nie dopuścić do opadu popiołu oraz innych substancji, które przedostały się do atmosfery planety w wyniku smoczego ataku. Arcymag mógł teraz z bliska obejrzeć wypalone martwe lądy i gotujące się oceany. Jeżeli ktokolwiek wątpił w potęgę smoków, ten pokaz z pewnością udowadniał ogrom pomyłki.

Tylko czy walka z Imperium uzasadniała unicestwienie całego życia na planecie? Arcymagowie byli w tej kwestii podzieleni. Presos rozumiał argumenty tych, którzy wskazywali, że świat sam się uzdrowi albo będzie można go magicznie naprawić. Wolałby jednak, aby nie musieli ponosić tak wielkich ofiar. Miał poczucie, że zgromadzeni w obozie kadeci podzielają jego punkt widzenia. Niezwykła cisza, brak normalnej, rubasznej żołnierskiej aktywności dobitnie świadczyły o nastrojach. Będą musieli przedsięwziąć jakieś działania, aby podnieść morale.

Ponadto smoki miały samodzielnie oczyścić zajęte przez Imperium odnogi labiryntu światów odchodzące z Makosty. Jeżeli czeka je ten sam los co Senduki, to kto wie, czy wolne planety nie powiedzą, że jest to gorsze niż zajęcie przez mgłę. Presos otrząsnął się z tej myśli - na pewno nie jest to gorszy los, niż zmienić się w pozbawioną woli marionetkę. On sam wolałby zginąć, niż służyć Imperium.

- Chyba wiem, o czym myślisz. - Za jego plecami pojawił się Pes-tan. Arcykapłan Zakonu Smoka nie angażował się w dyskusję arcymagów, był jednak przy niej obecny. - Moi kapłani będą rozmawiać z waszymi kadetami. Potęga smoków jest wstrząsająca. Ale w tym wypadku służy większemu dobru. Kiedy wyeliminujemy zagrożenie ze strony Imperium, te światy na powrót rozkwitną.

- Arcykapłanie, rozumiem, dlaczego zabijamy zakażonych przez mgłę. Ale rośliny i zwierzęta można było oszczędzić. W ten sposób łatwiej byłoby na powrót zagospodarować planetę - odpowiedział formalnie Presos. - Nikt nie wątpił w potęgę smoków. Pytanie, czy musiały uciekać się do tak niszczycielskich środków.

- Imperium okazało się złem, które postanowiły bezwzględnie zniszczyć. Nie spodziewaj się, że będą się ograniczać w wyborze środków, aby ten cel osiągnąć. W końcu to smoki. - Pes-tan zdawał się przekazywać coś dla niego oczywistego.

Presos nie zamierzał dyskutować na ten temat. Był świadomy, że smoki myślą inaczej niż większość rozumnych istot. Miały też tendencję do praktycznych rozwiązań i patrzenia na konsekwencje swych działań z perspektywy mileniów. Być może wypalenie planety było proste i skuteczne, a za setki tysięcy czy miliony lat znowu będzie się tu prężnie rozwijać życie. Tylko że większość istot nie miała smoczej perspektywy. Pozostawała też kwestia logistyczna.

- Pes-tanie, może i jest to łatwy, szybki i efektywny sposób na pozbycie się Imperium. Jednak jeżeli chcemy, aby ofensywa odniosła zamierzony skutek, nasza armia musi mieć miejsca, gdzie może wypocząć i zregenerować siły. Ta wyspa nie jest do tego idealna, wymaga ciągłego podtrzymywania atmosfery, a to wyczerpuje. Dlatego kolejne światy chcemy wyzwalać bez takich zniszczeń.

- O ile będzie to możliwe - skontrował Pes-tan. - To spowolni naszą ofensywę, smoki zaś palą się, aby wyeliminować Imperium. Sprzymierzenie może posuwać się szybciej.

- Tak. Mam nadzieję, że na kolejnych planetach czeka nas więcej mgły do wypalenia, a mniej walk z wrogimi magami - zgodził się niechętnie Presos, po czym dodał z przekąsem: - Sprzymierzenie dokonało czegoś, czego nawet smoki nie potrafią. Wiele bym dał, aby się dowiedzieć, jak osiągnęli taki efekt.

Pes-tan nie skomentował słów arcymaga. Jego źródła również nie wiedziały, w jaki sposób Sprzymierzeni oczyścili planetę bez użycia swej armii i pomocy smoków. Jaszczur przez chwilę nadymał podgardle, co Presos wziął za przejaw zakłopotania. Nie doczekawszy się innej reakcji arcykapłana, mag postanowił dokończyć wymianę zdań:

- Chwilowo nie musimy się tym kłopotać. Przekażę nasze ustalenia pozostałym, a ciebie poproszę, abyś porozmawiał ze smokami i je upomniał. Niech kolejne planety pozostawiają w stanie nadającym się dla ludzi. Zasugeruj, że w przeciwnym razie ich zadania będą dotyczyły mniej istotnych strategicznie celów. To powinno poruszyć ich dumę i skłonić je do współpracy.

Pes-tan nie zaszczycił tej obraźliwej sugestii odpowiedzią. W efekcie obaj zamilkli, w ciszy obserwując oświetlone łuną osłony ciemne, wypełnione popiołem chmury.