Portal Smoka 2 Rozdroża - Wojciech Kaczmara

Kup ebooka

24.99 zł

-
Proszę czekać

Rozdział 8

Z satysfakcją melduję, że ostatni z pokolenia magów pamiętających czasy sprzed dołączenia do Dominium zostali dziś w nocy zabici w niewyjaśnionych okolicznościach. Ślady wskazują, iż mord ten dokonały istoty podobne do trolli. Okoliczność, że trolli nie widziano na planecie od blisko trzydziestu lat, pozostaje bez znaczenia dla tej oceny. Tym samym informuję, że przystępujemy do realizacji drugiej fazy planu: skłócamy populację na tle braków żywności, doprowadzając do wojny, w której wybrana przez nas, przychylna nam strona zostanie wsparta w celu przejęcia kompletnej, zgodnej z naszymi zamierzeniami, władzy na planecie. O przygotowaniach do trzeciej fazy, mającej podnieść dzietność wśród osób z magicznym potencjałem, poinformuję w kolejnych raportach.

Fragment raportu dla Najwyższego Maga Dominium Międzygwiezdnego - Ambasador Tehir z Alenort

- Wszystko gotowe. - Marka wybudził czyjś głos. Chłopak nie mógł dokładnie określić czyj, bo ledwo był w stanie uchylić powieki, a nawet wtedy nie udało mu się skupić wzroku i obraz był mocno zamazany. Przed nim ewidentnie rysowały się dwie sylwetki, podczas gdy on chyba leżał. Próbował poruszyć kończynami, ale nie dał rady. Jego umysł nie przeraził się tym faktem, tylko leniwie zaczął zastanawiać, o co może chodzić.

W tym czasie sylwetki kontynuowały rozmowę.

- Jesteś pewny, że to będzie wystarczające? - Marek rozpoznał w końcu piskliwy głos Irundela. - Poprzedni wir nie wysysał jego mocy dostatecznie szybko.

- Dlatego że poprzedni wir założył któryś z twoich gwardzistów. Ten założyłem osobiście. - Spokojny, stanowczy ton głosu. To był Elmeryk. - W tym stanie chłopak będzie gotowy do transportu.

- Powoli - sprzeciwił się Irundel. - Najpierw zamierzam go wykorzystać do moich celów. Dopiero wtedy możesz go zabrać.

- Irundelu, to jest poważna sprawa, twoje interesy niewiele ucierpią. - Elmeryk naciskał w sposób, który każdą inną osobę na planecie automatycznie zmusiłby do przyznania mu racji.

Ale Irundel obstawał przy swoim.

- Podjąłem zobowiązania, poza tym moja córeczka musi chwilę ochłonąć, aby nie zabić chłopaka przy ich najbliższym spotkaniu. - Irundel aż zachichotał do swoich myśli.

- Czyli nie porzuciłeś tego absurdalnego planu hodowli? - Elmeryk zadał pytanie całkowicie neutralnie. - Jaką masz gwarancję, że Olandra mimo wszystko nie zabije chłopaka? Zależy mi na nim.

- Och, spokojnie ona zna granice, tylko czasem ją ponosi. Jak się uspokoi, to ją do niego dopuszczę, a potem możesz go sobie wziąć. - Głos Irundela brzmiał obojętnie.

- A do tego czasu będziesz go udostępniał do spółkowania... klientkom? - Elmeryk upewnił się, jakie plany ma jego rozmówca. - Kto będzie go wtedy pilnował?

- A po co go pilnować? Dostęp będą miały tylko najbogatsze obywatelki, a chłopak jest nieprzytomny i sztywny, zwłaszcza tam gdzie trzeba. - Irundel ponownie zachichotał piskliwie.

- Ech, jesteś pewny? - Elmeryk chrząknięciem zwrócił uwagę, że Marek powoli wodzi wzrokiem po pomieszczeniu i próbuje poruszyć kończynami, które były przyczepione do łóżka skórzanymi pasami.

- Straż!!! Wezwijcie lekarza! Ma tu być natychmiast! - Irundel aż poczerwieniał ze złości, widząc niezdarne ruchy chłopaka. - Powiedział mi, że ta mieszanka środków nasennych i afrodyzjaków spokojnie wystarczy, a większa dawka będzie nieodpowiednia dla nieprzystosowanego organizmu! Cholerny konował!

- Najwyraźniej organizm szybko się adaptuje - skwitował spokojnie emisariusz Sprzymierzenia. - Radzę ci, aby ktoś stale monitorował, co się tu dzieje.

- Żartujesz? Jeżeli moje klientki się dowiedzą, to żadna nie zgodzi się tu przyjść. Sądzę, że niewiele z nich zdoła się skupić, gdy będą wiedzieć, że są obserwowane.

- A muszą wiedzieć? - zasugerował Elmeryk.

Irundel posapywał, rozważając sugestię, podczas gdy do komnaty wpadł przerażony lekarz i zmusił Marka do wypicia jakiegoś paskudnego płynu. Chłopak znowu zapadł się w sobie.

***

Świadomość Marka powracała i zanikała falami, ale otępiałe zmysły nie rejestrowały tego jako upływu czasu, bardziej jak przerywniki w długim śnie. Obiektywnie jednak sesje ograniczonej świadomości stawały się coraz częstsze. Lekarz monitorujący stan chłopaka był tym wyraźnie zadziwiony i komentował głośno i dosadnie pomysły Irundela ku uciesze obecnych w komnacie gwardzistów, którzy z żołnierską bezpośredniością dorzucali od siebie docinki na temat chłopaka i jego przyrodzenia.

W końcu, w którymś z okresów ograniczonej percepcji, do komnaty wkroczył Irundel w towarzystwie ciemnowłosej, szaroskórej kobiety. Ubrana była w wygodną, luźną suknię z głębokim dekoltem eksponującym dorodne piersi, między którymi błyskał gigantyczny klejnot oprawiony w jakiś połyskujący metal. Irundel, oprowadzając towarzyszkę, ewidentnie miał trudności ze skupieniem się na opowieści - raz po raz uciekał wzrokiem ku wycięciu sukni. Nie do końca było wiadomo, czy zerka na ledwo ukryte wdzięki, czy też na wspaniały klejnot.

- Jak widzisz, wszystko, co obiecałem, jest prawdziwe. - Irundel podniósł stojącą koło łóżka skrzynkę z czarnymi kryształami. - Produkuje je praktycznie cały czas. Gwarantuję, że przy odrobinie szczęścia jego potomstwo będzie tak samo obdarzone. W dodatku cały proces może przysporzyć trochę przyjemności.

- Tak, faktycznie. - Kobieta zajrzała dość obojętnie do skrzynki, a następnie stanęła nad łóżkiem. Przejechała dłonią po ciele Marka, obserwując je dokładnie, jakby szukała defektów i wad. - Ma dziwny kolor. Ale wygląda obiecująco. Sądzę, że moja córka będzie mimo wszystko zadowolona z tej inwestycji.

Irundel wciąż miał trudności ze skupieniem wzroku na twarzy przybyłej.

- Ale, szanowny Irundelu, czy sądzisz, że... mogę go wypróbować? - zapytała z pewną dozą wahania klientka i spojrzała jeszcze raz na leżącego na łóżku chłopaka. - Myślę, że możemy się porozumieć co do ceny, a skoro już tu jestem, to nie ma sensu umawiać się na oficjalną wizytę. A on jest gotowy.

- On jest gotowy cały czas, dbamy o to. Hmm... wolałbym zachować zasady i kolejność zapisu, ale jeżeli naprawdę ci zależy... Twój naszyjnik bardzo by się spodobał mojej córce. Czy wiesz, że ona również będzie korzystać z tej okazji? Biedaczka ma opory tylko ze względu na kolor skóry.

- Cóż, nasze dzieci nie zawsze doceniają to, co dla nich robimy - skwitowała z lekkim uśmiechem kobieta. Spojrzała na chłopaka, a następnie przeniosła uwagę na naszyjnik i zaczęła bawić się klejnotem. - Wiesz, że nie jestem już młoda i szanse, że zajdę w ciążę, nie są duże. Wyznaczasz bardzo wysoką cenę za chwilę przyjemności dla dojrzałej damy.

- Ależ jesteś w rozkwicie. Na pewno ci się uda. A nawet gdyby nie, to nie mogę wyceniać usługi taniej tylko dlatego, że nie będziesz w stanie z niej w pełni skorzystać. Również młodszym kobietom może się nie udać zajść w ciążę. - Irundel przybrał ton doświadczonego handlarza, jednocześnie obserwując klejnot w dłoni kobiety. - Masz równe szanse ze wszystkimi młódkami, więc to chyba uczciwa cena.

- Jesteś komplemenciarzem. Niech ci będzie. - Kobieta zdjęła naszyjnik i podała go Irundelowi. - Zostaw nas na chwilę samych.

Irundel zważył w dłoniach ciężki łańcuch i z zadowoleniem odpowiedział:

- Ależ oczywiście, macie dwie godziny. Nie mogę pozwolić na więcej, bo lekarz musi dozować mu mikstury z dużą regularnością. Ale wierzę, że tak doświadczona kobieta sobie poradzi.

Pierwszy obywatel opuścił komnatę z uśmiechem na ustach. Kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły, kobieta podeszła do głowy łóżka i odchyliła wpółprzymknięte powieki Marka.

- Regularne wizyty... Żałosne. Chyba byłeś dość przytomny, aby słyszeć naszą rozmowę. Dobrze, to ułatwi oczyszczenie organizmu. A teraz czas się stąd zbierać.

Zmącony umysł Marka nie był w stanie pojąć sensu słów tajemniczej kobiety, tym bardziej nie ogarnął nagłego błysku, jaki towarzyszył ich zniknięciu z komnaty. Broniąc się przed przymusem rozumienia, po prostu znów pchnął chłopaka w objęcia nieprzytomności.

***

Marek ocknął się nagle w pełni przytomny. Rozejrzał się z zaskoczeniem. Znajdował się w prostej, kwadratowej komnacie, w łóżku, przykryty prześcieradłem. Jedyne okno zasłonięte było ciężką kotarą, która sprawiała, że w pomieszczeniu panował kojący półmrok rozpraszany ciepłym światłem świecy stojącej na zastawionym jakimiś ubraniami stole. Przy nim, na prostym krześle siedziała jasnowłosa, niebieskooka kobieta. Na jej widok Marek aż drgnął i spróbował otoczyć się osłoną, ale jak tylko użył magii, poczuł nagłe mdłości. Kaszląc, przekręcił się na krawędź łóżka, instynktownie nie chciał zapaskudzić pościeli. Mdłości na szczęście przeszły natychmiast, jak tylko przestał używać mocy.

- Spokojnie, ogierze. Wyssali cię do cna i teraz musiałbyś użyć rdzenia. - Kobieta podniosła się z krzesła i zaśmiała chrapliwie, obserwując beznamiętnie jego gwałtowne ruchy. Podeszła do stołu i rzuciła mu na łóżko proste ubranie. - Proponuję, abyś najpierw się ubrał, możesz jednocześnie opowiedzieć mi, jak się czujesz. To dość ważne, bo jeżeli źle odtworzyłam twój standardowy stan, to nasz plan wydostania się z tej planety może pójść nie po mojej myśli.

- Nic nie rozumiem. Czuję się doskonale, jak nigdy. Ale nic nie rozumiem - wymamrotał Marek, uświadamiając sobie, że jest nagi. Okręcił się prześcieradłem i zaczął wkładać ubranie. - Kim jesteś? Co ja tu robię? Ostatnie, co pamiętam, to jakaś wydekoltowana kobieta, która chciała mnie... hmm... no, ujeżdżać.

- Dobrze, kilka słów wyjaśnienia przyśpieszy sprawę - mruknęła kobieta, obojętnie obserwując wygibasy chłopaka. Wydawała się dojrzałą i poważną osobą, z wyglądu około trzydziestoletnią. Średniego wzrostu, szczupła, a przynajmniej na taką wyglądała w luźnej koszuli, spodniach i wysokich butach. Skórzane elementy jej ubrania z pewnością nie pochodziły z Gornath. - Mam na imię Liliana. To ja byłam tą wydekoltowaną kobietą. Przybrałam postać jednej z przyjaciółek Irundela. Przeniosłam cię tutaj, do mojej kryjówki, i oczyściłam twój organizm z toksyn, które ci zaaplikowali.

- Dziękuję. Jesteś obrońcą? - zgadywał Marek.

- Phi, nie bądź naiwny, nie należę do lalek Irundela. - Widząc zdziwioną minę chłopaka, wyjaśniła: - Tak zwani obrońcy nie istnieją. Według moich ustaleń, kiedy Irundel chce się pozbyć swoich przeciwników, nasyła na nich agentów, a potem tłumaczy, że to była "akcja obrońców". Właśnie tak pozbył się wcześniejszego komendanta gwardii. W sumie świetna strategia, jest władzą i opozycją jednocześnie. Dzięki temu monitoruje wszystkie ruchy przeciw sobie, bo niezadowoleni naturalnie poszukują kontaktu z "obrońcami", czyli tak naprawdę z nim. Potem może tę wiedzę wykorzystać, na przykład włożyć wrogów do klatki i zarżnąć na arenie.

Marek otworzył usta ze zdumienia. To faktycznie było diabolicznie sprytne.

- Ale odeszłam od tematu. Nie jestem "obrońcą", choć muszę przyznać, że na początku szukałam kontaktu z nimi, stąd to wszystko wiem. Naszą grupę nazywają, o ironio, Wybawcami. To ze mną wpadłeś w ten spaczony portal i to ja pokierowałam strumieniem energii tak, aby nas wypluł na jakimś aktywnym magicznie świecie. Okazało się, że to akurat ta planeta.

Marek zamarł nagle z nie do końca zawiązanym parcianym paskiem w dłoniach. Przez głowę przemknęło mu naraz kilkanaście myśli, wiele kończących się nieprzyjemną konkluzją, że zaraz zginie. Liliana zaś beznamiętnie kontynuowała:

- Niestety, nie wyczułam, że planeta jest otoczona osłoną. Teraz, chcąc się wydostać, musiałabym albo znów ją przebić i dać znać arcymagowi ze Sprzymierzenia, że tu jestem, albo przejść przez portal, co sprowadza się do tego samego. Dlatego wpadłam na pomysł, że wykorzystam ciebie. Może nawet okażesz się bardziej przydatny, o ile zgodzisz się współpracować.

- Co masz na myśli? - Marek odetchnął i kontynuował wiązanie pasa. Najwyraźniej był do czegoś potrzebny, więc nie zginie natychmiast. Dopiero teraz rozpoznał w leżących na stole ubraniach ten dziwny płaszcz, spod którego wystawała kościana maska.

Liliana zauważyła jego spojrzenie, bo wstała i uniosła strój, odsłaniając maskę oraz jaśniejący bielą dziwny miecz, który był w stanie zranić Magiva.

- Widzisz, mogłabym skorzystać z teleportu, aby przejść przez barierę, ale wtedy nie zabiorę ze sobą tych przedmiotów. Nawet dla mnie są za ciężkie, jeżeli rozumiesz, o czym mówię. - Przelotne spojrzenie na Marka powiedziało jej, że chłopak nie ma pojęcia. - Są zbyt nasycone magią, abym mogła je przenieść do innego świata teleportacją. Poza tym przebicie bariery zaalarmuje Sprzymierzonych. Zorientują się, że jest jeszcze jeden przybysz zdolny to zrobić. Pozostaje mi przejście przez szczelinę. Ale musiałabym dolecieć do niej z tym ciężarem albo mieć dostęp do portalu i mnóstwo energii do jego zasilenia. Dobrowolnie mnie nie przepuszczą, ja zaś nie chcę ich mordować, bo wtedy arcymag będzie chciał się dowiedzieć, kim jestem, a to ostatnia rzecz, na jakiej mi zależy. Tutaj zaczyna się twoja rola. Wszyscy wiedzą, że tu jesteś i przebiłeś osłonę. Masz dość siły, aby w drodze do portalu nieść mój ekwipunek, pokonując wszystkie trudności, jakie napotkamy. Ty spokojnie przejdziesz, a ja, niezauważona, podążę za tobą. Jasne?

- Chyba tak. Chcę się stąd wydostać. - Marek pokiwał głową.

- Tak myślałam, niezbyt są gościnni. A może aż nadto... - skwitowała z lekkim uśmiechem Liliana.

Marek zaczerwienił się, po czym wybąkał nurtujące go pytanie:

- A co będzie dalej?

- Kto to wie... Zależy, na jakim świecie się znajdziemy. Teraz nie mamy czasu na dłuższe pogaduszki, niedługo zorientują się, że zniknąłeś z komnaty, uprowadzając jedną z partnerek handlowych pierwszego obywatela.

- To co mam zrobić? - Marek przełknął ślinę. Będzie żył, dopóki nie znajdą się w tym drugim świecie, o ile nie zginie w drodze do portalu. A co potem? Odegnał od siebie te myśli, skupiając się na instrukcjach Liliany.

- Po pierwsze, wchłoń te kamienie. - Kobieta podała mu czarne kryształy mocy, które zabrała z pokoju, gdzie był przetrzymywany. - Potem przymierzysz płaszcz, maski nie założymy, aby mogli rozpoznać twoją twarz. Na koniec zobaczymy, czy jesteś w stanie unieść miecz.

Marek sięgnął po pierwszy kamień i z przyjemnością poczuł, jak wypełnia go energia. Liliana jednak z jakiegoś powodu nie była zadowolona.

- Strasznie długo ci to zajmuje, zorientują się, że uciekłeś, i wzmocnią ochronę. Nici z subtelnego podejścia. Nie dasz rady szybciej?

- Staram się, jak mogę - wymamrotał chłopak.

Liliana westchnęła i zmaterializowała sobie jakiś chrupiący pokarm, który pogryzała, czekając na Marka. Chłopakowi zaburczało w brzuchu. Słysząc ten dźwięk, kobieta stworzyła kolejny taki sam kawałek i podała mu. Marek podejrzliwie spróbował stworzonego magicznie posiłku. Okazał się bardzo smaczny. Tak bardzo przypominał mu ziemskie obwarzanki, że chłopak poczuł łzy napływające mu do oczu na myśl, iż ten właśnie smak dosięgnął go tutaj, zagubionego w zakamarku wszechświata. Powstrzymał je siłą woli i skupił się na odsączaniu energii z kryształów. Przez jakiś czas w pokoju słychać było tylko chrupanie.

***

Marek niepewnie postąpił kilka kroków w płaszczu z dziwnej, gadziej skóry. Liliana była średniego wzrostu, więc płaszcz okazał się za krótki na wyższego chłopaka, w dodatku dość topornie się zapinał. Poza tym, że był ciężki, chyba nie różnił się zbytnio od normalnego ubrania. Liliana spojrzała na Marka krytycznie swoimi intensywnie niebieskimi oczami, po czym pomogła mu założyć na głowę maskę, w taki sposób, aby widoczna była twarz chłopaka.

- Dobrze, możesz się poruszać. Teraz spróbuj użyć magii w dłoni - skomentowała z zadowoloną miną, stanąwszy kilka kroków od Marka.

Chłopak spojrzał na nią zdumiony, nie do końca rozumiejąc, co ma zrobić.

- Co masz na myśli?

- Chcę, żebyś ukierunkował magię tak, aby moc wypływała przez twoją dłoń. Nie wiem, jak normalnie emanujesz energią, ale teraz musisz to robić tak, aby przepływała przez części ciała nieosłonięte płaszczem lub maską - wytłumaczyła cierpliwie Liliana.

Marek skupił się, aby za pomocą magii wypływającej z dłoni podnieść resztkę chrupiącego posiłku. Nic się nie stało! Czuł, że energia została w jakiś sposób wydatkowana, ale najwyraźniej nie dotarła do celu.

- Żartujesz? - Liliana po raz pierwszy zdradziła zaskoczenie. Po chwili jednak odzyskała swój normalny, spokojny dystans i wymamrotała: - Chociaż może i nie żartujesz, w końcu jakoś udało im się ciebie złapać. Zrobimy to w takim razie inaczej.

- Czyli jak? - zdążył zapytać Marek, zanim Liliana podeszła do niego i palcem dotknęła jego twarzy. Nagle chłopak poczuł dziwne parcie na swoją świadomość, jakby zbliżającą się migrenę. Nieprzyjemne uczucie szybko minęło, ale za to niespodziewanie w głowie chłopaka rozległ się głos Liliany:

- Teraz jesteśmy połączeni telepatycznie. Będę słyszała twoje myśli, a ty niektóre moje. Tak, to niesprawiedliwe, ale ten sposób będzie lepszy dla ciebie. - Po sekundzie wahania dodała: - Albo gorszy, jeżeli ci się nie spodoba to, co zrobię dalej.

Marek niemal podskoczył, przekonując się, że Liliana nie żartuje - faktycznie "usłyszała" jego wewnętrzne przemyślenia dotyczące jej słów. Skupił się, aby przekazać jej myślami pytanie. Nie do końca wiedział, jak to działa, jego wcześniejsze doświadczenie z telepatią, gdy połączył się z Koramem w trakcie walki zdulików, w niczym nie przypominało obecnej sytuacji.

- Przejmę kontrolę nad twoim ciałem i lepiej pokieruję tobą i twoją energią. To może być nieprzyjemne. Ale dzięki temu będzie łatwiej. A twój kolega za bardzo się przejmuje dyrektywą nieingerowania w cudzy umysł. Niby to rozumiem, bo sama nie chciałabym, aby mi czytano w myślach, ale czasem nie da się inaczej kierować maluczkimi. Teraz spróbuj się rozluźnić, nie opierać i nie myśleć za dużo, bo będziesz mnie rozpraszać.

Dziwne uczucie powróciło, po czym przybrało na sile. W pewnym momencie Marek zorientował się, że nie panuje nad tym, co robi. Mógł tylko biernie rejestrować ruchy kończyn i kierunek, w jakim patrzy. Sygnały z jego ciała musiały dochodzić też do Liliany, która całkiem sprawnie i precyzyjnie nim operowała. Ciało Marka odwróciło się i nagle chłopak poczuł, jak jego energia jest używana do magicznego zwiększenia siły mięśni w ramieniu. Dopiero wtedy sięgnął po broń. Miecz okazał się nadzwyczaj ciężki, nawet wzmocnione ramię z trudem go uniosło. Ciało stęknęło, Liliana ponownie zwiększyła jego siłę, tym razem kierując moc równomiernie do wszystkich jego części, po czym ostrożnie oparła miecz, tępą częścią klingi, na ramieniu.

- Gotowe - rozległ się w głowie Marka głos kobiety. - Teraz do portalu.

- Tak bez przygotowań? - Marek wysłał myśl z nadzieją, że zostanie zauważona.

- Słyszę wszystkie twoje myśli. Jesteś gotowy, a ja zaraz będę. - Z tymi słowami Liliana obróciła chłopaka tak, aby patrzył na nią.

Nagle w oczach Marka pociemniało - niespodziewanie Liliana uaktywniła jego sensorium. W końcu chłopak zobaczył cały otaczający go świat zależności budowanych przez cząsteczki magicznej energii. Konstrukty niektórych przedmiotów, jak stół, krzesło czy ściana, sprawiały wrażenie bardziej szkieletów, czy też zarysów, niż solidnej materii, jaką można zaobserwować gołym okiem. Między poszczególnymi tworzącymi je cząsteczkami ziały gigantyczne szpary. Ale już płaszcz, w który ubrany był Marek, sprawiał wrażenie tak gęstego, jakby cząsteczki ustawione były jedna przy drugiej, bez widocznych przerw. Liliana również była bardzo gęsto zbudowana. Tworzące jej konstrukt cząsteczki mrowiły się, a wokół obrysu jej sylwetki unosiło się kilkanaście mniejszych skupisk.

- To są czary rezydualne, które działają nawet wtedy, kiedy się na nich nie skupiasz. Dzięki temu nikt nie może mnie zaskoczyć. - Liliana z rozbawieniem wyjaśniła zdumionemu chłopakowi, na co patrzy. - A teraz uważaj.

Nagle konstrukt Liliany rozpadł się na poszczególne cząsteczki, które niczym niesione niewidzialnym wiatrem liście pofrunęły pod płaszcz, w który ubrany był Marek.

- Co zrobiłaś? Żyjesz? - zawołał w myślach chłopak.

- Oczywiście - odezwał się rozbawiony głos. - Zmieniłam formę na eteryczną. W ten sposób oboje zmieścimy się w tym stroju. Nie chcę, aby ktoś mnie zauważył.

Po przekazaniu tego komunikatu Liliana zaczerpnęła mocy Marka i uniosła ich kilka centymetrów nad podłogę. Jednocześnie siłą woli rozchyliła zasłony. Marek poczuł, jak kobieta robi w myślach szybki rachunek sumienia, czy wszystko gotowe, po czym wysyła impuls. W odpowiedzi na niego ciało chłopaka wyleciało przez okno i skierowało się ku jednej z wyższych budowli latającego miasta.

***

Jak tylko wylecieli, Liliana rozszerzyła zasięg sensorium i Marek mógł obserwować widziane jego oczami szczegóły magicznych konstrukcji. Kolumny energii podtrzymujące podłogę, na której posadowiono latające miasto, pochyłe linie utrzymujące platformy wind oraz najważniejszy punkt, na którym Liliana skupiła swoją uwagę - najeżone dziwnymi magicznymi strukturami pomieszczenie w wysokiej, centralnej wieży kompleksu. Ku swojemu zdumieniu chłopak czuł również, jak precyzyjnie Liliana monitoruje zużycie jego energii. Do tej pory miał zwykłe wrażenie wypływu, teraz zauważał, jak każda cząsteczka opuszcza jego ciało. Jednocześnie co jakiś czas odnosił wrażenie, że nowa jednostka włącza się do jego obiegu.

Rozmyślania Marka przerwało odebrane od Liliany wrażenie rozbawienia. Właśnie unosili się koło szerokich wrót wieży, którędy zdaniem kobiety wprowadzano skrzynie z klejnotami mocy stanowiącymi trybut, który Gornath płaciło Sprzymierzeniu. Liliana skupiła swoje sensorium i wskazała na cień człowieka skrywający się za wrotami, pokryty sferą magicznych cząsteczek układających się w ciekawy wzór.

- Niewidzialność - odpowiedziała na niezadane pytanie Marka, potwierdzając kolejny raz, że słyszy wszystkie jego myśli. - Zaraz się przekonamy, kto to.

Delikatnie się wysilając, złamała magiczną blokadę na wrotach, które stanęły przed nimi otworem. Unosząc się kilka centymetrów nad podłogą, śmiało wlecieli do środka. Kiedy zagłębili się w pomieszczenie, ukryta w niewidzialności postać zaatakowała ich od tyłu. Marek w jakiś sposób uświadomił sobie nadchodzący atak, chyba jeszcze zanim ten się zaczął. Od razu zdał sobie sprawę z jego rodzaju i punktu uderzenia. W tym samym momencie nadeszło rozumienie, że nie trzeba nic robić, bo proste uderzenie kinetyczne zostanie zneutralizowane przez płaszcz. Chłopak uświadomił sobie, że odbiera te sygnały od Liliany, która przyśpieszyła reakcje do niesamowitej prędkości. W efekcie obserwował w zwolnionym tempie, jak strumień magicznych cząstek zbliża się do jego pleców i nagle rozprasza w zetknięciu z materiałem okrycia. Nie było czuć uderzenia.

- Witaj. - To był głos Marka, chociaż chłopak właściwie nie miał kontroli nad ustami. Uświadomił sobie, że w jednej milisekundzie odwrócił się w kierunku napastnika. Wyczuwając konsternację niewidzialnego wroga, Liliana sprawiła, że ich postrzeganie przestrzeni wróciło do normalnej prędkości.

Salema zrzuciła zaklęcie niewidzialności, ale w tej samej chwili Marek dostrzegł cieniutką linię magicznego ataku, który Liliana wyprowadziła spod płaszcza. Wyglądało to zupełnie tak, jakby kolec żądła skorpiona przebił się przez olbrzymie oka w osłonie komendantki gwardzistów, ugadzając ją bezpośrednio w jaźń i pozbawiając przytomności.

- Więc uważasz, że to było za szybko? - Liliana wyczuła myśli Marka, który podziwiał prędkość ataku. Ale najwyraźniej jej zmartwieniem było to, czy Salema zdążyła dostrzec twarz chłopaka. - Nie szkodzi, mamy jeszcze jednego przeciwnika.

Marek niczego nie zauważył, więc Liliana telepatycznie zwróciła jego uwagę na nikły zarys ludzkiego kształtu wtopiony w ścianę koło przedziwnej konstrukcji, w której kobieta zidentyfikowała silnik portalu.

- Ten może być bardziej wymagający. Pojawił się, jak tylko pokonałam tę kobietę, Salemę. Uważasz, że to Elmeryk ze Sprzymierzenia? Świetnie. - Liliana w dość irytujący sposób odpowiadała na nie do końca sformułowane myśli Marka.

Śmiało ruszyli dalej korytarzem prowadzącym do pomieszczenia z portalem.

- Pokaż się. Wiem, że tu jesteś. - Liliana znowu użyła głosu Marka, prowokując Elmeryka.

Emisariusz Sprzymierzenia wychynął ze ściany i zmaterializował się przed portalem.

- Zadziwiające, jeszcze kilka dni temu nie byłeś w stanie mnie dostrzec ani tak sprawnie obezwładnić pani komendantki. - Nawet jeżeli był zaskoczony, to zachowywał całkowity spokój.

Marek dziwił się temu, bo z perspektywy połączonego z Lilianą sensorium zauważył ogromne dziury w tarczy Elmeryka, istotnie mniejsze niż u Salemy, ale nadal dobrze widoczne. Zresztą Liliana już była gotowa do użycia przeciwko Sprzymierzonemu tego samego ataku co przeciw komendantce. Elmeryk chyba nie zdawał sobie z tego sprawy, bo spokojnie kontynuował:

- Myślałem, że cię obezwładniliśmy. To będzie bardzo ciekawe: dowiedzieć się, jak udało ci się mnie zmylić. Irundel już mnie nie powstrzyma, zaraz przekażę cię moim towarzyszom po drugiej stronie portalu.

Mówiąc to, Elmeryk przygotowywał skomplikowany atak. Marek widział kształtujące się zaczątki zaklęcia, które miało go związać i jednocześnie pozbawić przytomności. Chłopak wiedział, że ta świadomość pochodzi od Liliany, która zresztą pozwoliła Elmerykowi wyprowadzić atak. Mag uczynił to ze słowami:

- Chciałbym się też dowiedzieć, dlaczego nie stosujesz żadnej tarczy.

Zaklęcie Elmeryka uderzyło prosto w płaszcz Marka i rozprysło się, nie wywołując żadnego efektu. Tym razem na twarzy emisariusza pojawił się wyraz zaskoczenia. Pozostał na niej, bo w tej samej sekundzie Liliana zaatakowała jego jaźń, pozbawiając go przytomności.

- Dobrze, teraz energia. - Kolejne zaklęcie Liliany utworzyło wiry wysysające energię nad Salemą i Elmerykiem. Jednocześnie kobieta ściągnęła telekinetycznie dodatkowe kryształy mocy, jakie emisariusz i komendantka mieli przy sobie. - To powinno wystarczyć.

Zebrana moc wraz z potężną porcją energii pobranej od Marka została wtłoczona w kryształy zamontowane w silniku portalu. Dobrze, że to właściwie automat - odebrał myśl Liliany Marek. Kobieta dotykała jego rękami odpowiednich run. Nagły rozbłysk energii wyemitowanej przez otwierający się portal oślepił świadomość chłopaka. Ale Liliana nie była nim zaskoczona i po wylądowaniu na platformie w kilku krokach wkroczyła w magiczne przejście.

***

Marek odzyskał percepcję w ciemnym magazynie. Za nimi gasł blask zamykającego się portalu. Chłopak wyczuł, że Liliana ograniczyła sensorium do pomieszczenia i stwierdziła, że jest puste. Najwyraźniej poza terminem przekazania trybutu nikt go nie używał.

- Nie, jeszcze nie oddam ci ciała - odpowiedziała na pomyślane przez Marka pytanie. - Najpierw muszę się rozejrzeć, bo nie możemy tu zostać z tych samych powodów co na poprzedniej planecie.

Ostrożnie opuścili budynek. Okazało się, że są w słonecznym miejscu, w mieście, koło magazynu zbudowanego z ciepłego, jasnożółtego piaskowca. Liliana nałożyła na nich zaklęcie maskujące podobne do tego, które znał Marek, i uniosła się ponad dachy budynków. Pomijając gęstą, jednolitą zabudowę z tego samego co w magazynie żółtawego piaskowca i zatłoczone, pełne dziwnych, humanoidalnych istot ulice, widok z lotu ptaka przypomniał Markowi Trójcę. Wszędzie unosiły się platformy transportujące różne towary i latali magowie. Zadowolona Liliana zrzuciła maskowanie, aby nie marnować energii ani nie zwracać na siebie uwagi bardziej wyczulonych magów, po czym skierowała się ku widocznemu za miastem lasowi.

Marek czuł jej intencję, aby dotrzeć na mniej zaludniony teren, zanim zabraknie mu energii. Spokojna podróż sprawiła, że poczuł się nieswojo. Spróbował uporządkować w głowie ostatnie wypadki. Jego walka z Salemą, narkotyczne wizje, a teraz nagłe przebudzenie i przeniesienie między światami.

- Daruj. Nie interesuje mnie to. - Liliana brutalnie przerwała próby zracjonalizowania sobie sytuacji przez chłopaka. - Zaczniesz myśleć samodzielnie, jak dotrzemy na miejsce, teraz skup się na biernym chłonięciu widoków.

Dalszą część drogi Marek starał się nie myśleć o niczym i tylko obserwować krajobraz, co było dość nużące. W końcu jednak Liliana wylądowała na leśnej polanie i ostrożnie odłożyła miecz na ziemię. Po tym zwolniła Marka, który nagle z widzenia w perspektywie sensorium wrócił do swego normalnego wzroku i kontroli nad ciałem. Wrażenie było tak niespodziewane, że chłopak gwałtownie upadł na kolana.

- Przyzwyczajaj się, bo możliwe, że jutro będziemy podróżować w ten sam sposób - powiedziała kobieta, przybrawszy tradycyjną postać. - Teraz masz odpoczywać, aby odzyskać jak najwięcej energii. Chcesz zjeść coś konkretnego?

- Najchętniej hamburgera - wystękał Marek, odzyskując kontrolę nad swoim ciałem. Po chwili usiadł na miękkiej trawie i spojrzał na Lilianę, która patrzyła na niego podejrzliwie.

- Co masz na myśli? Nie znam tej potrawy.

- To taka kanapka z kotletem, sałatą i innymi dodatkami - wytłumaczył chłopak, zdawszy sobie sprawę, że użył czysto ziemskiego terminu. - Jemy to w moim świecie.

- Ciekawie byłoby spróbować. - Kobieta się zamyśliła. - Pomyśl o tym przez chwilę.

Marek wyobraził sobie najlepszego hamburgera, jakiego kiedykolwiek jadł, nie do końca rozumiejąc, do czego to zmierza. Ale po chwili Liliana podała mu wielką ciepłą bułkę z kotletem i wszelkimi dodatkami. Zdumiony chłopak spróbował kęs - smak był dokładnie taki, jak pamiętał. Ponownie poczuł tęsknotę za Ziemią.

- Niezłe, masz całkiem dobry smak - skomentowała Liliana, jedząc drugiego hamburgera. - Lubię kosztować potraw z różnych światów. To nadaje sens podróżom i długiemu życiu. Spróbuj tego. - Podała Markowi kubek wypełniony jakimś aromatycznym płynem. Okazało się, że to niesamowicie smaczne wino.

- Dobre. Właściwie nigdy nie piłem czegoś tak dobrego - skomentował ostrożnie Marek. Nie bardzo wiedział, jak się zachowywać w obecności tej kobiety. Był świadom jej budzących respekt możliwości, a otwartość, z jaką je prezentowała, napawała go lękiem. Inni potężni magowie, których do tej pory spotykał, starali się ukrywać swoje zdolności. Liliana się tym nie przejmowała, co mogło oznaczać, że jej nie zależy, bo ostatecznie zamierza go zabić.

- Skąd pochodzi to wino?

- Ze świata, którego już nie ma. - Liliana w zamyśleniu spojrzała na zawartość swojego kubka. - To znaczy planeta nadal gdzieś tam się kręci wokół swego słońca. Ale po cyklach nie jest to już to samo miejsce, a technologia produkcji tego wina, czy raczej szczep winogron, nie istnieje.

- Myślałem, że rośliny to lokalna specyfika danego świata. - Marek spróbował zmienić temat na bardziej neutralny, bo poprzedni, który wybrał, jak się okazało, zahaczał o nieco schyłkowe kwestie.

- Phi. - Liliana skoncentrowała się na kubku. - Rośliny adaptują się równie dobrze jak ludzie. Trzeba im tylko warunków podobnych do oryginalnych. Pożyteczne rośliny i zwierzęta często sprzedaje się między światami.

Marek wyczuł, że nie ma intencji kontynuować wymiany zdań. Ziewnął. Jego ciało, pozbawione energii, zmęczone emocjami i adrenaliną, domagało się odpoczynku. Wino też musiało mieć jakiś wpływ na jego stan, bo chłopak zasnął, jak tylko ułożył się na prowizorycznym posłaniu ze skórzanego płaszcza.

***

Marka obudziło zimno, jakim promieniowała ziemia, na której leżał. W dodatku od spania w dziwnej pozycji bolały go kark i bark. Dookoła panowała ciemność, doskonale widać było łunę miasta nad drzewami oraz najjaśniejsze gwiazdy. Planeta nie miała chyba żadnego księżyca albo był on skryty po jej przeciwnej stronie. Tylko pełgający ogień w malutkim ognisku dawał nieco światła. W tym słabym blasku Marek dostrzegł sylwetkę Liliany, która wisiała, a raczej leżała zawieszona w powietrzu. Kobieta musiała wyczuć, że się przebudził, bo po chwili opuściła się na ziemię. Kiedy to zrobiła, płomienie ogniska rozbłysły, dając dużo więcej światła, tak że Marek musiał aż zasłonić twarz dłonią.

- Mam nadzieję, że wypocząłeś. Chyba tak, bo zregenerowałeś całkiem dużo mocy. - Oczy Liliany żarzyły się delikatnie w ciemności, nie tak intensywnie jak u Korama czy innych magów, ale wciąż dawało się to zauważyć.

Marek roztarł bolące kark i bark, po czym stwierdził, że jest w miarę wypoczęty. Co prawda nocna pora zachęcała do kontynuowania odpoczynku, ale nie był pewny, czy da radę zasnąć na zimnej ziemi.

- Chyba jestem gotowy na to, co mnie czeka - odpowiedział z westchnieniem Lilianie. - Co tym razem planujesz?

Kobieta uśmiechnęła się do niego całkiem przyjaźnie.

- Spodziewałam się protestów, ale taka reakcja bardziej mi odpowiada. Widzisz, jestem zwolenniczką powiedzenia, że z niewolnika nie ma pomocnika. Dlatego zanim dotrzemy do celu, wyjaśnię ci parę spraw. Mam nadzieję, że w zamian zaoferujesz swoją pomoc.

- Nie wiem jeszcze w czym ani jaki jest twój... wasz cel - odpowiedział ostrożnie Marek.

- Wszystko po kolei. Kiedy spałeś, ustaliłam, gdzie mamy dalej podążyć. Czeka nas jeszcze kilka przejść, zanim będę mogła bezpiecznie wysłać wiadomość. Arcymag kontrolujący te światy ma paranoję, że mu porwą ludzi, i każda planeta jest otoczona barierą. Musimy się dostać na jakiś graniczny świat, gdzie takiej bariery nie ma. Kiedy nam się to uda, moi towarzysze teleportują nas w bezpieczne miejsce.

- Co będzie wtedy? - Marek poczuł nagłą suchość w gardle.

- Opowiesz im o Magivie. Oczywiście najpierw możesz opowiedzieć mi. - Liliana wymówiła te słowa, jakby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.

- Nie zamierzasz wyczytać tego z mojej głowy? - upewnił się Marek.

- Jak powiedziałam, zasadniczo popieram dyrektywę, aby nie czytać w myślach ponad potrzebę. Wczorajsze okoliczności były wyjątkowe. Poza tym jeżeli pomożesz nam z własnej woli, będzie łatwiej. A na koniec: to kilkudniowa podróż i warto ją sobie urozmaicić, na przykład rozmową. Głębokie czytanie może spowodować, że nie odzyskasz świadomości przez dłuższy czas.

Ostatnie słowa nie podniosły Marka na duchu. Liliana mimo wszystko traktowała go bardzo instrumentalnie. Najpierw jako sposób na wydostanie się z Gornath, teraz pewnie jako baterię i rozrywkę, a na koniec jako sposób na Magiva. Chłopak uświadomił sobie jednak, że to dzięki niej wydostał się z niewoli i uniknął badania przez Sprzymierzenie. Z dwojga złego wolał podróż z Lilianą. Przynajmniej na razie.

- Jasne, zgoda. To co teraz, ruszamy?

- Jeszcze nie, tutaj jest zakaz nocnych lotów. Musimy poczekać do świtu - odpowiedziała kobieta, rozsiadając się na pniu drzewa, który musiała dotargać do obozowiska w czasie, kiedy Marek spał.

- Właściwie skąd to wiesz? - zaciekawił się chłopak. - Myślałem, że nie znasz tej planety.

- Nie znałam, ale mój surogat wybrał się do miasta. Wiesz, co to jest surogat?

Chłopak przytaknął skinieniem głowy, więc kontynuowała:

- Dowiedziałam się z grubsza, jakie są miejscowe zwyczaje, i ustaliłam, którym portalem podążymy. A teraz pytanie do ciebie: skąd znasz Magiva?

Marek zawahał się, ale tylko na moment. Nie było sensu zatajać historii spotkania z Magivem, skoro Liliana i tak mogła wyczytać wszystko z jego umysłu. Opowiedział więc całość swoich przygód, aż do spotkania we Frankmoście. Liliana słuchała go w skupieniu, prawie nie zadając pytań. Dopiero na koniec, gdy już świtało, pozwoliła sobie na komentarz:

- To my zniszczyliśmy demonologów. Nie mogliśmy dopuścić, aby przejęli kontrolę nad portalem.

- Więc nie obroniliście ludzi z dobroci serca? - zapytał chłopak.

Liliana zaśmiała się.

- Jesteś słodki w swojej naiwności. Tak, moglibyśmy to zrobić z dobroci serca, ale to tak, jakbyś chciał powstrzymać mrówkojada przed atakiem na mrowisko. Niby bronisz mrówek, ale tak naprawdę niepotrzebnie ingerujesz w naturalny porządek rzeczy.

- Zawsze wydawało mi się, że silni powinni wspierać słabych - bąknął w odpowiedzi chłopak.

- Bez sensu. Niby czemu mieliby to robić? - Liliana patrzyła na niego z lekkim zaciekawieniem.

- Bo to jest dobre. Ludzie... eee... albo raczej rozumne istoty powinny się wspierać. - Marek nie potrafił wymyślić innej odpowiedzi.

- Dobre dla słabych i może łechta pychę silnych. - Liliana pokiwała głową. - Ale jeżeli ktoś pomaga dla własnej pychy, to nadal jest to nieracjonalne. Racjonalne jest, aby silni rządzili słabymi, być może ochraniali ich we własnym interesie przed innymi silnymi. Tak jak my we Frankmoście. Nic poza tym.

Liliana nie do końca zrozumiała myśl Marka, ale chłopak postanowił nie wchodzić w dyskusję. W końcu to ona była tą silną, a on wolał jej nie drażnić. Poza tym ziemska hierarchia wartości słabo się broniła w starciu ze świadomością, w jaki sposób funkcjonuje magiczny wszechświat. Chłopak dokończył więc szybko opowieść, a skoro już wstał dzień, to wyruszyli w drogę.

***

Dopiero pod wieczór, po całym dniu spokojnego lotu i zdawkowych rozmów o niczym, Marek zebrał się do zadania pytania, które go nurtowało. Liliana zarządziła postój w celu zaoszczędzenia energii na opłatę myta za przejście przez portal i właśnie magicznie tworzyła prowizoryczne obozowisko, kiedy Marek zagaił rozmowę.

- Mam pytanie. Chcesz wiedzieć, skąd znam Magiva, ale właściwie dlaczego wy go ścigacie? Naprawdę jest takim strasznym potworem? Usłyszałem opinię, że mógł być zły tylko lokalnie, bo nie jest w stanie przenosić się między planetami.

Liliana zatrzymała się na chwilę w swoich działaniach, po czym westchnęła i kontynuowała je w ciszy. Marek pomyślał już, że nie otrzyma odpowiedzi, kiedy kobieta przemówiła:

- Ten, kto wygłosił taką opinię, jest skrajnie naiwny. - Usiadła na kłodzie przy wyczarowanym ognisku. - Nawet teraz Magiv jest w stanie bez problemu przejść przez szczelinę. Trudność może mieć z wylądowaniem, ale wiem, że to też jest dla niego wykonalne.

- Ale jak, skoro nie może używać magii? - zdumiał się Marek.

- W bardzo niszczycielski sposób. - Liliana zapatrzyła się w płomienie, wspominając dawne zmagania. - Jest tak pełny cząsteczek, że zmieniając kierunek ich oddziaływania, może odbić się od powierzchni planety z impetem, który wyniesie go poza atmosferę. Jeżeli dobrze obliczy kurs, a uwierz mi, robi to bez problemu, to trafi prosto w szczelinę. Po drugiej stronie nadaje swoim cząsteczkom zwrot, by zostać przyciągniętym na wybraną planetę, i po jakimś czasie ląduje na niej. Zrobił to raptem dwa razy, ale skutki zawsze były katastrofalne. Planety, z których startował, zostały rozbite na fragmenty. Za pierwszym razem zginęły setki milionów, jeżeli nie miliardy istot. Za drugim razem odbił się od opustoszałego świata, ale wszystko, co na nim żyło, zginęło.

Marek zamarł, usłyszawszy te informacje. Nie zdawał sobie sprawy z możliwości Magiva. Co gorsza - pomyślał - na Trójcy też nie zdają sobie z nich sprawy. Liliana zaś kontynuowała:

- Niewiele lepiej jest tam, gdzie ląduje. Za pierwszym razem prawie przepołowił planetę. Za drugim spowodował takie wstrząsy tektoniczne, że fale tsunami pochłonęły wszystkie nadmorskie miasta. Krater powstały w wyniku uderzenia miał kilkadziesiąt kilometrów średnicy. Nadal uważasz, że jest niegroźny?

- Nie wiedziałem, że ma podobne możliwości - skomentował niepewnie Marek. Następnie, olśniony pewną myślą, zapytał: - Ścigacie go za te zniszczone planety? To może Imperium będzie waszym kolejnym celem?

Liliana popatrzyła na niego z lekkim zdumieniem, po czym uśmiechnęła się łagodnie jak do dziecka.

- Nie, nie ścigamy go za zniszczenie planet. Nie jesteśmy Zakonem Smoka, aby usiłować zaprowadzić jakąś równowagę we wszechświecie. Dla wielu te zrujnowane ziemie stanowią pewnie wielkie zbrodnie naruszające naturalny porządek, ale ja sądzę, że pierwszą zniszczył przez przypadek. Być może zmuszony przez nas. A drugą dlatego, że prawie nikt na niej nie mieszkał.

- Zgubiłem się.

- Magiv pokazał, że może skakać przez szczeliny, na bodajże Kload. To była prosperująca planeta, gdzie wytropiliśmy go po kilku latach od momentu, gdy stracił zdolność posługiwania się magią. Nie byliśmy odpowiednio przygotowani, ale widać było, że nawet z tym mieczem nie dałby nam rady. Postanowił więc uciekać, ale sposób, w jaki to uczynił, zniszczył planetę i zabił większość jej mieszkańców. Tak nas zaskoczył, że zgubiliśmy jego trop na dobre kilkanaście lat.

- Jaki miecz? - wyrwało się Markowi.

- Właśnie ten. - Liliana obnażyła lśniące bielą ostrze. - To on go stworzył. Dziesiątki lat układania cząsteczek magii w idealnym porządku. Tym jest to ostrze. Jedyny taki przedmiot we wszechświecie. Wiem coś o tym, bo zwiedziłam go wzdłuż i wszerz. Nikt nigdzie nie wpadł na tak szalony pomysł.

Marek nie wiedział, co powiedzieć. A więc ostrze było dziełem Magiva. Jedyne, na co się zdobył, to pytanie:

- Czyli to jest magiczny miecz?

- Żartujesz?! To zaprzeczenie magii! - żachnęła się Liliana. - To całkowicie zamknięty obieg. Niewyobrażalna ilość cząsteczek zespolonych ze sobą tak ściśle, że działają jak antymagnes na inne luźne cząsteczki znajdujące się wokoło. Ostrze tego miecza rozproszy każdy czar i przetnie każdą materię, po prostu rozbijając ich strukturę. Swoją drogą, ten skurwysyn zamknął tu dość cząsteczek, aby stworzyć kolejny świat. - Ostatnie słowa Liliana powiedziała jakby z podziwem.

Przez chwilę oboje w skupieniu oglądali ostrze. Marek z namysłem, że oto widzi idealnie skupioną materię, z której mogłaby powstać planeta - jakim magicznym sposobem są więc w stanie ją unieść? Liliana zatopiona we wspomnieniach. Chłopak otrząsnął się pierwszy. Odbiegając od technicznych szczegółów, skupił się na sednie rozmowy.

- A druga planeta? Powiedziałaś, że pierwszą zniszczył przez przypadek. A drugą?

- Na drugiej się schował. Wyświadczył przysługę jednemu arcymagowi, aby w zamian przenieść się na opustoszały świat, dokąd prowadził pojedynczy portal. Ale wytropiliśmy go tam i zmusiliśmy do ucieczki. - Liliana ostrożnie odłożyła miecz i wróciła do opowieści.

- Więc dlaczego go ścigacie? - dopytał chłopak po chwili pełnego namysłu milczenia.

- Bo zniszczył nasz rodzinny świat - odparła z prostotą Liliana.

- Użył do tego magii.

Liliana spojrzała na niego chłodnym, błękitnym spojrzeniem, w taki sposób, że Marka oblał zimny pot. Ale kobieta odpowiedziała spokojnie:

- Tak, zrobił to za pomocą magii. W dodatku byliśmy świadkami, jak zainicjował to zaklęcie. - Liliana westchnęła i chyba zamierzała zakończyć temat, bo stwierdziła: - Zdradził nas. A my go wtedy nie powstrzymaliśmy. Pewnie teraz oprócz chęci zemsty dręczy nas również poczucie winy.

- To musiało być dla was traumatyczne przeżycie. - Chłopak pozwolił sobie na komentarz. - Nie wiem, czy dobrze liczę, ale wszystko zdarzyło się kilka tysięcy lat temu.

- Minęło kilkaset lat, zanim udało nam się go dopaść po raz pierwszy. Tropiliśmy go i toczyliśmy potyczki. W sumie wyłącznie dlatego go pokonaliśmy, że stracił możliwość władania magią. Rozczłonkowaliśmy go i każdy udał się w swoją stronę. Potem okazało się, że udało mu się przeżyć i znów zebrać w całość. Trochę trwało, nim rozpoczęliśmy łowy na nowo. Tym razem starliśmy go na proch, który przygnietliśmy górą stworzoną z najgęstszych minerałów. To było kilka tysięcy lat temu. Większość z nas zapadła wtedy w letarg i wybudziła się dopiero teraz, więc nasze wspomnienia pościgu za Magivem i walki z nim są dość wyraźne.

- Jak to: w letarg? Po co? - zdziwił się Marek.

- Bo wiedzieliśmy, że kiedyś się odtworzy. Musieliśmy być gotowi i znaleźć sposób na zniszczenie go. Ale to już historia na inny dzień, dziś pora odpocząć.

- Bardzo chcecie go unicestwić. Musiał was rozsierdzić tą zdradą. Zniszczenie rodzinnej planety to chyba coś więcej niż stracone zaufanie.

- Niektórzy ścigają go za zniszczenie planety, inni za nadużyte zaufanie, jakim obdarzyli lidera. Ja byłam jego żoną - parsknęła w odpowiedzi Liliana.

Tą sensacyjną informacją zakończyła rozmowy na ten dzień.

Rozdział 9

Zawsze obawiałam się Pielgrzymów. Gdy zdarzało im się wędrować przez moje królestwo, czułam niepokój. Czy któryś z nich połakomi się na moje skromne skarby? Z biegiem lat zaczęłam jednak rozumieć, czemu zawsze przechodzą obojętnie, zupełnie jakby te kilkanaście światów, które zdobyłam, było nic nieznaczącym pyłem. Po mileniach rządów i podbojów sama czuję się pusta i wyczerpana pałacowymi gierkami, zakulisowymi spiskami, nędznymi próbami wkradnięcia się w moje łaski. Nie czuję pokusy zdobycia kolejnego świata ani ekscytacji walką. Dużo za to myślę o Krawędzi, będącej celem wędrówki Pielgrzymów. Co tam znaleźli? Czemu żaden nie wrócił? Chęć rozpoczęcia tej podróży dręczy mnie coraz mocniej.

Tłumaczenie fragmentu pamiętników porzuconych przez nieznaną Pielgrzymkę

Następnego dnia przeszli przez portal na planetę, gdzie panowała surowa zima. Z początku Marek nie miał pojęcia, jak poradzić sobie z tą sytuacją, i szczękając zębami z zimna, zwrócił się do Liliany o zakup jakiejś odpowiedniej odzieży. Kobieta tylko westchnęła i podzieliła się z nim sferą wiedzy, dzięki której był w stanie kontrolować temperaturę wokół siebie. Przy okazji Marek odkrył, że naśladując to, co Liliana zrobiła, kontrolując jego ciało, sam jest w stanie aktywować swoje sensorium. W efekcie dalsza podróż, mimo iż odbywała się w istnej zamieci śnieżnej, mijała mu we względnym komforcie, głównie na obserwowaniu magicznej struktury świata i próbach przetrawienia informacji z poprzedniego dnia.

Marek obserwował wirujące płatki śniegu, które raz po raz zostawiały ślad na jego tarczy kinetycznej. Jednocześnie mógł oglądać skomplikowaną mozaikę, jaką tworzyły tarcza i inne zaklęcia otaczające lecącą przed nim jasnowłosą Lilianę. Kobieta przewiesiła kościaną maskę przez ramię. Wokół jej głowy i stóp widoczne były bąble magii, strumienie cząsteczek sączyły się również z rękawów skórzanego płaszcza. Wszystko wirowało w skomplikowanej strukturze, której cel umykał próbom zrozumienia przez chłopaka.

Zresztą jasnowłosa kobieta też stanowiła dla Marka zagadkę. Z jednej strony trochę lepiej rozumiał, czemu jakaś grupa ludzi żywi nienawiść do Magiva. Z drugiej - znając umiejętności Liliany, trudno mu było wyobrazić sobie, że nie mogłaby powstrzymać innego maga przed dokonaniem tak straszliwych czynów. Na koniec w jego rozważaniach pojawiła się wątpliwość, dlaczego Magiv, jakiego on znał, nie sprawiał wrażenia bezdusznej, morderczej istoty. Wręcz przeciwnie - wydawał się dbać o dobro innych bardziej niż jego była małżonka.

Wieczorem dotarli do pola lodowego, w którym Liliana wytopiła zgrabną jaskinię. Po ustabilizowaniu temperatury w magicznym bąblu magini wyczarowała kominek i z pewną lubością wyciągnęła się w niewidzialnym hamaku. Marek patrzył na nią z zazdrością, bo jemu znów przypadło spanie na skórzanym płaszczu. I tak dobrze, że nie bezpośrednio na lodzie - pomyślał chłopak. Korzystając z okazji, postanowił rozwiać kilka nurtujących go wątpliwości.

- Jak to się stało, że zostałaś żoną Magiva?

Pytanie Marka zawisło w powietrzu. Liliana spojrzała na niego ze swojego posłania, po czym z westchnieniem wyczarowała kubek jakiegoś napoju. Jej niebieskie oczy lśniły blaskiem ogniska.

- Skoro musisz wiedzieć... Nasz świat długo był pozbawiony magii. Tak długo, że niektórzy zaczęli podawać w wątpliwość jej istnienie. Wtedy ona wróciła i zmieniła nasze życie. Na początku było jej niewiele, ale my, najbardziej obdarzeni, już wtedy mogliśmy robić wspaniałe rzeczy. Możesz sobie wyobrazić, że magia stworzyła wiele możliwości, z którymi normalna administracja nie dawała sobie rady. Ja, Magiv i kilkoro innych bawiliśmy się w superbohaterów: zamaskowanych mścicieli, którzy na własną rękę szukali i łapali magicznych kryminalistów albo po prostu ludzi nadużywających nowo nabytych zdolności. Magiv był w tym genialny, zresztą był pierwszym, który odtworzył technologię kryształów. Świetnie na tym zarabiał w swoim sklepiku, gdzie sprzedawał magiczne przedmioty. - Liliana uniosła kubek w drwiącym toaście za wspomnienia, wychyliła go do końca i odtworzyła znajdujący się w nim napój.

Marek milczał, aby nie przerywać ciągu jej opowieści.

- Ja też miałam duży wkład w te działania. Byłam... hmm... neurochirurżką. Opracowałam sposób, aby czytać ludziom w myślach. Podzieliliśmy się informacjami i Magiv zaczął zabierać wszystkim złapanym przez nas łotrom ich wiedzę i doświadczenie w obszarze użycia magii. Robił to cały czas. Potem otworzyły się kolejne szczeliny, a nasz świat ogarnął chaos. Wtedy stworzyliśmy coś, co nazywało się Instytutem. Badaliśmy magię, a jednocześnie ochranialiśmy nasze najbliższe otoczenie. Przy czym określenie "najbliższe" dotyczyło coraz większego terenu. Tak samo rosła nasza zażyłość. W końcu przysięgliśmy sobie wierność i tak zostałam jego żoną.

- To prawda, że zabił smoka? - Czując, że to koniec opowieści, chłopak postanowił spróbować ją podtrzymać. Trochę bał się, że Liliana zacznie wymagać od niego zobowiązania się do podjęcia jakichś działań przeciwko Magivowi, a tych sobie nie wyobrażał.

- Tak, chociaż to nie było takie proste. Właśnie zdobyliśmy masyw górski, wyzwalając go spod władzy nekromanty, gdy okazało się, że upodobał go sobie smok. Bardzo bezczelny i arogancki. Pierwsze próby pozbycia się go zakończyły się naszą ucieczką. Ale potem Magiv wymyślił sposób i nadział bestię na rożen. Zresztą to właśnie z jego skóry i kości jest ten kostium. - Liliana kręciła kubkiem, opowiadając.

Marek aż się poderwał ze swego posłania. Czyli ten płaszcz i maska to skóra i kości smoka.

- Niesamowite! - Nawet nie zdawał sobie sprawy, że wyraził swoje zdumienie na głos.

- Ano niesamowite. W dodatku dość ryzykowne, bo od tamtej pory smoki odnosiły się do nas bardzo nieprzychylnie. No i trzeba było znaleźć resztki tej padliny w kosmicznym rumowisku, co też było bardzo kłopotliwe.

- A czemu... To znaczy nie obraź się, ale czemu on zniszczył waszą planetę?

Liliana pierwszy raz obróciła się w swoim posłaniu i spojrzała na Marka.

- Masz, napij się. - Wyczarowany kubek z jakimś wysokoprocentowym alkoholem podfrunął ku dłoniom chłopaka. - Widzisz, graniczyliśmy z ośmioma światami. Taaak, mieliśmy osiem szczelin. Sześć z nich prowadziło donikąd, do pustawych, starych, umierających lub opuszczonych światów. Ale dwie wiodły do wieloplanetarnych imperiów. Mieliśmy szczęście, że te dwie ostatnie szczeliny otworzyły się na końcu. Wypadły z nich setki tysięcy magów bojowych gotowych zniewolić nasz świat. I znowu nasze szczęście, że z początku bili się między sobą. Ale potem nasz Instytut, jak tylko zjednoczył planetę, wyruszył im naprzeciw. Zmietliśmy ich. - Liliana kiwnęła Markowi, wznosząc toast, więc chłopak pośpiesznie łyknął z kubka. Omal się przy tym nie zakrztusił.

- Szło nam tak dobrze, że jedni z najeźdźców zaplombowali swoją szczelinę, więc chwilowo im odpuściliśmy. Ale kolejnych pobiliśmy na jednym z ich światów, drugim i następnym. Byliśmy niepowstrzymani. A wtedy Magiv uznał, że nie powinniśmy iść dalej. Spotkaliśmy się na orbicie naszej planety. Pieprzony pyszałek w swojej granatowej zbroi oznajmił, że zakazuje nam dalszej ekspansji. Nikt nie zamierzał go słuchać, bo niby czemu mieliśmy przestać walczyć z agresorami? Wtedy on aktywował to zaklęcie. Takiej ilości mocy nigdy nigdzie nie widziałam, nawet na Krawędzi. Nasza planeta rozpadła się na cząstki jak pomarańcza. Musiał knuć tę zdradę przez dłuższy czas.

Po tych słowach zapadła cisza. Liliana wyraźnie skończyła temat i teraz tylko w zamyśleniu, rozpamiętując dawne zdarzenia, sączyła trunek. Marek patrzył na nią uważnie, bojąc się poruszyć, ale w końcu zapytał:

- Magiv jest tak potężny? To znaczy był jako mag?

- Kto to wie? Może nie potężny, ale zgromadził całą tę energię i użył jej w odpowiednim momencie, więc na jedno wychodzi - odparła, ale po chwili się zreflektowała: - Nie! Bzdury wygaduję, był potężny. Każdy z nas był potężny. Ale ten skurwiel nic mi o tym nie powiedział. Własnej żonie! Aż mam ochotę wyrzucić go za Krawędź i sprawdzić, co się stanie! - Liliana wyraźnie się zdenerwowała.

Marek postanowił nie kontynuować rozmowy i zadać resztę nurtujących go pytań w lepszych okolicznościach.

***

Następne dni upłynęły im na pokonywaniu kolejnych portali i planet. Marek wyraził zdumienie, że nikt nie próbuje ich ścigać. Liliana odpowiedziała mu dźwięcznym śmiechem.

- Próbowali, ale wybrałam bardzo nieoczywistą drogę. Poza tym nikt nas nie widział w naszych normalnych postaciach.

- Jak to? - zdziwił się chłopak. - Nie wiedziałem, że działa jakieś zaklęcie maskujące.

- Bo nie potrafisz korzystać z sensorium. Przyglądasz się wszystkiemu jak nowo narodzone dziecko. Musisz rozszerzyć zasięg i nauczyć się dostrzegać wzory, które są ewidentnie nienaturalne. Większość uporządkowanych struktur to dzieło człowieka. Podobnie jak wysoko nasycone konstrukty.

Liliana miała podobną do Korama i Magiva manierę opiekowania się Markiem, jakby ten był dzieckiem. Biorąc pod uwagę wszystkie dotychczasowe doświadczenia, chłopak miał tego dosyć. Postanowił więc zaprotestować.

- Na jednej z planet zaatakowały nas małpy w towarzystwie jednoroga, był bardzo nasycony energią. Nawet Magiv to przyznał.

Wspomnienie byłego męża działało na Lilianę jak wbicie ostrogi. Gwałtownie wyhamowała lot i zbliżyła się do Marka.

- A jak to przeczy temu, co powiedziałam? Żywe istoty, nawet te mniej inteligentne, potrafią używać magii. Porządkują cząsteczki według swoich potrzeb. Jeżeli chodzi ci o to, jak rozpoznać, że coś jest dziełem istoty inteligentnej, a nie, dajmy na to, pająka, to musisz nauczyć się patrzeć i dostrzegać niuanse, jak w przypadku skalnych stopni, które mogą być wyciosane albo wypłukane przez wodę. Różnica jest oczywista.

Marek westchnął, nie wiedział, jak odpowiedzieć. Być może Liliana miała rację, w każdym razie postawił sobie za cel obserwować otaczające ją zaklęcia i zrozumieć ich naturę. W pierwszej kolejności chciał znaleźć zaklęcie maskujące. Zajęło mu to większość czasu, jaki tego dnia poświęcili na podróż. Kiedy wiedział, że coś istnieje, wtedy znalezienie cieniutkiej nici zaklęcia było dość proste. Ale rozgryzienie, co takiego widzą postronni obserwatorzy, na podstawie wzoru stworzonego przez cząsteczki, było trudniejsze.

- Czy my przypominamy obcym dwie długowłose małpy? - zapytał Lilianę po tym, jak wylądowali na wyspie tworzącej przyjemny tropikalny archipelag otoczony połyskującym złoto w świetle zachodzącego słońca zielonkawym morzem.

- Mniej więcej. Widzę, że pilnie studiowałeś wzór. Te istoty to Hedrylsi. Zamieszkują te planety. Przez wiele lat toczyli wojny z sąsiednimi światami, należącymi do ludzi, aż przyszło Sprzymierzenie. Wzięło Hedrylsów pod opiekę. Wówczas to ludzkie światy musiały się im podporządkować. W przeciwnym razie... pustoszały. Nasz następny i ostatni przystanek to właśnie taki świat. - Liliana z lubością przeciągnęła swoją niewysoką postać i zrzuciwszy wierzchnią odzież, z radością wskoczyła w wody atolu. - Chodź! Po podróży przyda nam się kąpiel. To jest o wiele przyjemniejsze niż magiczne czyszczenie.

- Jasne, to znajdę jakieś miejsce dla siebie - wybąkał chłopak. Z jednej strony Liliana widziała go już nagiego, z drugiej było mu nieswojo rozbierać się przed liczącą kilka tysięcy lat maginią.

Kobieta wyczuła jego myśli albo je odczytała, w każdym razie skwitowała te słowa wybuchem śmiechu. Zaczerwieniony Marek poszedł do drugiej zatoczki. Nauczony doświadczeniem, przyjrzał się jej za pomocą sensorium, starając się wypatrzeć drapieżniki i potencjalne zagrożenia. Na koniec, wciąż nieprzekonany, otoczył się bąblem przepuszczającym wodę i rozpoczął kąpiel. Woda była przyjemnie nagrzana i przynosiła mięśniom miłe rozluźnienie. Marek położył się na plecach i rozmyślał.

Chciał wrócić na Ziemię - albo może do Anny. Tę decyzję najlepiej odwlec w czasie. Wpierw musi się dostać na Trójcę i popytać. Potrafi teraz używać sensorium, więc może nauczyć się magii. Tylko czy ktoś będzie chciał go uczyć? Magiv jest ścigany. Chyba zrozumie, że w tej sytuacji nie będzie mógł być jego nauczycielem ani udać się na Ziemię. Pozostaje zapytać Korama. Można też obserwować Lilianę, która zademonstrowała więcej zaawansowanej magii w trakcie ich krótkiej znajomości, niż Marek widział wcześniej. Właśnie, co z Wybawcami? Liliana raczej nie chce go zabić. Tylko czy to ona podejmuje decyzje? Musi ją zapytać.

Rozważania chłopaka przerwało wołanie Liliany, która przygotowała jedzenie. Tym razem były to owoce, bo jej zdaniem świetnie pasowały do klimatu miejsca. Marek nie miał zdania, ale korzystając z dobrego humoru towarzyszki, postanowił zadać nurtujące go pytanie.

- Co teraz będzie ze mną? Wiesz już wszystko. Czy potem będę mógł odejść? - Z uwagą śledził reakcję Liliany za pośrednictwem sensorium.

Kobieta patrzyła na niego przez chwilę, po czym się roześmiała.Jej śmiech rozszedł się rezonansem przez konstrukt.

- Wiesz, że twoje oczy płoną, kiedy używasz sensorium? Musisz nauczyć się nad tym panować albo wszyscy będą wiedzieli, co robisz - stwierdziła z rozbawieniem. - A wracając do twojego pytania, to chcę jeszcze, abyś opowiedział tę historię innym. A potem będziesz mógł odejść. Będę nawet tak miła, że teleportuję cię w wybrane miejsce.

- Brzmi dobrze. Wiesz może, gdzie jest Ziemia? - W głosie Marka dała się słyszeć ulga.

- Nie, zwiedziłam wszechświat prawie od jego jądra aż do Krawędzi i takich planet jak twoja mogą być setki tysięcy, jeśli nie miliony. - Liliana wgryzła się w owoc, którego obfity sok spłynął jej po policzkach aż na brodę.

- Wspomniałaś o Krawędzi kilkakrotnie. Czym ona jest? - Marek wykorzystał chwilę, gdy magini próbowała doprowadzić się do porządku.

Liliana skończyła się wycierać i w zamyśleniu spojrzała na cicho szumiące morze.

- To miejsce, gdzie powstają nowe światy. Strumienie magii mieszają się tam w tańcu stworzenia. Nowo powstałe cząstki wywołują wichry magicznego pyłu, kondensując się w nowe planety. Czysta kreacja wywołana przez siły, które przekraczają wszelkie pojmowanie. - Oczy kobiety lśniły, jakby odbijały widok tworzących się światów.

- To musi być niesamowite - wyszeptał Marek.

- To prawda, wielu pielgrzymów przybywa na skraj wszechświata, aby spojrzeć w absolutną pustkę i obejrzeć, jak wypełnia się ona nowo narodzonym światem. Są jeszcze Patrzący, czyli ci, którzy przybyli i zostali, żeby spróbować zrozumieć akt kreacji.

- A ty chciałaś go obejrzeć czy zrozumieć?

Słowa Marka sprawiły, że Liliana się żachnęła.

- Dotarłam tam wiedziona ciekawością, ale tak naprawdę szukałam kogoś, kto mi powie, jak zniszczyć Magiva. - Najwyraźniej Wybawcy byli ogarnięci obsesją na tym punkcie. - Usłyszałam, że na Krawędzi można spotkać najpotężniejszych z magów. Nie do końca była to prawda, ale jednego się dowiedziałam: wiatry stworzenia są tak silne, że mogą rozerwać strukturę Magiva. Być może unicestwić. Może więc warto zabrać go na Krawędź i wrzucić w pustkę.

- Ale ja nie będę wam do tego potrzebny? - upewnił się Marek. Nie uśmiechała mu się wycieczka na kres wszechświata.

- Pewnie nie. Magiv jest tobą zainteresowany, ale raczej chodzi mu o twój świat, nie o ciebie personalnie. Dopóki chcesz wrócić, będzie za tobą podążał. Niby można to wykorzystać do zastawienia na niego pułapki, ale już próbowaliśmy podobnych rozwiązań i nie działały zbyt dobrze. - Liliana machnęła ręką.

Marek rozluźnił się jeszcze bardziej. Teraz mógł w końcu docenić smak wyczarowanych owoców w atmosferze tropikalnej nocy.

***

Następnego dnia dotarli do wojskowego miasteczka, gdzie mieścił się portal na ich docelowy świat. Liliana zarządziła postój poza miastem i przez jakiś czas studiowała je z oddali. Marek poobserwował za pomocą swojego sensorium linie energii, którymi magini zbierała informacje. Twardo postanowił sobie, że nauczy się tyle magii, ile tylko może. W końcu przestanie być ofiarą, a w najlepszym razie zbiornikiem energii wymagającym ciągłej opieki. Mając sensorium, nareszcie mógł obejrzeć, na czym polegają zaklęcia. Czekając, aż Liliana zakończy zwiad, wykonał ponownie wszystkie zaklęcia, jakich się nauczył, obserwując ich efekt magicznym widzeniem. Właśnie skończył zmieniać strukturę ziemi w trwalszy materiał, gdy Liliana zwróciła się do niego:

- Już wszystko wiem, ale to będzie trudniejsze, niż się spodziewałam. Najwyraźniej jesteśmy na linii frontu. - Kobieta zerknęła na stworzoną przez Marka rzeźbę biegnącego rumaka. - Ciekawy zwierzak.

- To koń, używaliśmy ich kiedyś do transportu, a teraz służą głównie do rekreacyjnych przejażdżek. A czemu to ma być takie trudne, z twoimi zdolnościami?

Liliana popatrzyła na niego, jakby był nie do końca rozgarnięty.

- A pamiętasz może, dlaczego szlajamy się po tych wszystkich planetach? Mieliśmy ukryć nasze przejście przed Sprzymierzeniem. Na co to się zda, jeżeli teraz wejdę tam, otworzę portal, a po drodze powalę kilkunastu ich najlepszych oficerów?

Marek pochylił głowę zawstydzony, kobieta miała dużo racji. Jednak, będąc bojowo nastawionym do świata, szedł w zaparte.

- Naprawdę myślisz, że połączą to, co się tutaj dzieje, z naszą... moją ucieczką? - Chłopak zmienił narrację, widząc unoszące się brwi Liliany.

Kobieta westchnęła z rezygnacją, jakby musiała tłumaczyć coś małemu dziecku.

- Nie ma znaczenia, czy wezmą nas za uciekinierów, tutejszych bojowników, czy za kogoś innego. Nie chcę zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Mogę przejść przez ten portal i pewnie zniknąć, zanim się połapią, dokąd się udam, ale istnieje prawdopodobieństwo, że jakiś potężniejszy mag, albo sam arcymag, zainteresuje się tą sprawą. Po co nam to? Mój sposób i tak jest dość ryzykowny.

- To znaczy? - zaniepokoił się Marek.

- Poczekamy, aż sami otworzą portal tu, na planecie. Wtedy zadziała mój wsysacz, który nas przeniesie i wypluje w losowym miejscu po drugiej stronie. Oczywiście zarejestrują zużycie mocy, ale nie będą w stanie nas znaleźć bez skanowania całej planety. To da nam dość czasu, aby przenieść się dalej.

- A ryzyko? - dopytał chłopak.

- Mogą jednak ten skan zrobić, no i możemy wylądować w jakimś nieprzyjemnym miejscu, ale to mnie najmniej martwi - odpowiedziała swobodnie Liliana.

Mina Marka wskazywała, że chłopak nie jest aż tak zachwycony pomysłem, ale nie miał lepszego.

***

Marek z uwagą obserwował, jak Liliana przygotowuje zaklęcie. Skomplikowana struktura utworzona na długiej linii mocy została wysłana aż pod portal. Drugi koniec magicznej liny, znajdujący się w ich obozowisku, rozszerzał się gwałtownie w kształt owalu, ku wnętrzu którego wirowały leniwie cząsteczki.

- Lepiej cały czas noś na sobie osłony, nie wiadomo, kiedy ani jak szybko aktywują portal - poradziła Liliana po ukończeniu swego dzieła.

Marek zabezpieczył się na wszelkie znane mu sposoby, a na dodatek przyśpieszył reakcje. Pozostało oczekiwać, aż zaklęcie zostanie aktywowane, i mieć nadzieję, że ich zapas energii nie zużyje się wcześniej. Nie musieli długo czekać, w pewnej chwili Markowi zaczęło się wydawać, że cząsteczki w wirze szybciej się poruszają. Mniej więcej w tej samej chwili Liliana potwierdziła jego przypuszczenia.

- Ładują silnik portalu. Przygotuj się - mruknęła. Sama była ubrana w pełny kostium ze skóry i kości smoka, otaczała ją skomplikowana sfera mocy.

Marek oderwał wzrok od towarzyszki. Cząsteczki w wirze poruszały się już tak szybko, że nie mógł ich dostrzec nawet swoim przyśpieszonym wzrokiem. Po chwili poczuł ciąg, który zassał ich w wir.

W odróżnieniu od chaotycznego wirowania, które Marek pamiętał z bycia pochłoniętym przez niestabilny portal i którego spodziewał się i tym razem, początek drogi przebiegał spokojnie. Ale jak tylko przeszli przez docelowy portal na nową planetę, równy lot został zaburzony. Chłopak zorientował się, że nie dostrzega swojej towarzyszki, a jednocześnie mknie nadal, niesiony siłą zaklęcia, ponad powierzchnią planety. W końcu transportująca go siła zaczęła słabnąć. Kierunek lotu sugerował, że Marek trafi na dno rozpadliny. To mu zdecydowanie nie pasowało, zwłaszcza że wokół niej dostrzegł kilka skupisk cząsteczek sugerujących obecność jakichś magicznych istot. Chłopak skoncentrował się i szarpnął silnie swoją sferą ochronną, wyrywając ją ze strumienia na chwilę przed dotarciem do krawędzi rozpadliny. Unosił się teraz kilka metrów nad powierzchnią ziemi, obserwując, jak z kryjówek po obu brzegach przepaści wychodzi kilkoro ludzi.

Nieznani magowie nie dali mu dojść do słowa. Niemal jednocześnie wysłali w jego kierunku energię. Marek dzięki przyśpieszeniu miał możliwość dostrzeżenia kilku znajomych wzorów. Pchnięcia kinetyczne, coś przypominającego atak psychiczny Liliany i słup niesamowicie ciepłego powietrza. Atakowali go! Mając nadzieję, że osłona pochłonie uderzenia kinetyczne, Marek wysłał energię, aby rozbić atak wymierzony w jego psychikę. Jednocześnie, korzystając z nabytej niedawno wiedzy o zmianie temperatury otoczenia, skierował na słup żaru podmuch lodowatego wichru. A przynajmniej miał taki zamiar, bo efektem jego zaklęcia był skoncentrowany strumień lodu, który niewiele tracąc na zetknięciu z żarem, uderzył w tarczę przeciwnika.

Po chwili Marek odczuł na swojej tarczy szereg uderzeń kinetycznych. Były dużo silniejsze niż zapamiętane przez niego ze starcia z małpoludami ciosy maczugą, ale również nie wyrządzały mu znacznej szkody. Chłopak przypomniał sobie, że celem niektórych ataków jest osłabienie energii maga. A więc o to chodzi - pomyślał. W takim razie pewnie tylko ci od ataku psychicznego i gorąca są groźni. Jego wnioskowanie chyba było słuszne, zdawało się bowiem, że dwaj magowie poruszają się szybciej od reszty. Właśnie uskuteczniali kolejne ataki. Tym razem jeden z przeciwników ścisnął osłonę Marka w czymś, co przypominało imadło. Nacisk rósł stopniowo. Drugi zaś w miejsce uderzenia temperaturą zastosował atak pociskiem skoncentrowanej energii.

Marek nie miał wiele czasu na reakcję. Pocisk energii odbił, stawiając mu na drodze niewielką tarczę gęsto skompresowanej magicznej masy. Przeciwko magowi, który ściskał go niewidzialnym imadłem, wysłał podpatrzoną u Liliany cieniutką nić mocy. Bez precyzji sensorium Liliany nie widział co prawda dziur w osłonie przeciwnika, ale wierzył, że tam są. Marek zamierzał ugodzić maga nicią, aby go zdekoncentrować, jednak czy to przez niedokładność, czy też dlatego, że przeciwnik się ruszył, cienka nić niczym włócznia przeszła na wylot przez jego klatkę piersiową. Nacisk imadła ustał natychmiast. Zaskoczony efektem swoich działań, Marek niemal przegapił kolejne magiczne pociski. Odbił je, ale zanim miał szansę zastanowić się, jak obezwładnić pozostałych przeciwników, ci nagle wyprężyli się z ustami otwartymi w niemym krzyku, po czym w ułamku sekundy ich ciała wyschły na proch i rozpadły się.

Na miejsce potyczki powoli opadała Liliana. Marek nie widział jej twarzy przez kościaną maskę, ale ze sposobu, w jaki magini zgładziła przeciwników, wnosił, iż jest zła. Kobieta wylądowała, odsłoniła twarz i podeszła do maga, którego Marek ugodził magiczną igłą.

- Prosto w serce. Trzeba było to samo zrobić z pozostałymi, a nie cackać się pojedynczo.

Marek, lekko osłupiały, wylądował i podbiegł do kobiety oraz leżącego trupa, którym okazał się niemłody człowiek w pobrudzonej kurzem pasiastej szacie.

- Zabiłem go magią? - wykrztusił ze zdumieniem chłopak.

Liliana pokiwała twierdząco głową.

- Zgadza się, chyba nawet wiem, gdzie podpatrzyłeś tę sztuczkę. Ech, sami byli sobie winni, założyli zaklęcie ściągające na portal. Mieli nadzieję, że wciągną przechodzących wojaków ze Sprzymierzenia w pułapkę i zabiją. Ja wysiadłam wcześniej, ale ty doleciałeś aż tutaj. W sumie nieźle sobie poradziłeś.

Chłopak patrzył na ciało, nawet nie było widać śladów po zaklęciu. Mężczyzna wyglądał, jakby spał. Ale nie żył i był to drugi człowiek zabity przez Marka. Tym razem z powodu jego niezdarności w posługiwaniu się magią. Jeżeli Marek dobrze zrozumiał Lilianę, to był miejscowy bojownik, który bronił swojej planety przed Sprzymierzeniem. Nie miał nic przeciwko Markowi, ale zabiłby go, myśląc, że jest najeźdźcą. Marek również nie miał nic przeciw niemu, ale musiał bronić swego życia. Chłopak oddychał głęboko, starając się uporządkować myśli. Liliana chyba zorientowała się, o co chodzi, bo położyła mu dłoń na ramieniu.

- Czasem tak się dzieje, byliście przypadkowymi śmiertelnymi przeciwnikami. Albo on, albo ty. Ja tam się cieszę, że to ty przeżyłeś.

- Ale gdybyś przybyła ciut wcześniej... - zaczął chłopak, jednak kobieta przerwała mu stanowczo.

- Wtedy to ja bym go zabiła, ostatecznie wyszłoby na to samo.

Marka uderzyła oczywistość tych słów. To prawda, wszyscy pozostali przeciwnicy zginęli od zaklęcia Liliany, ten też by zginął. Więc zadręczam się, że to ja byłem narzędziem nieuniknionego - uświadomił sobie. Jestem jedyną osobą, która się tym przejmuje. Nawet gdybym postąpił inaczej, nie zmieniłbym jego losu. Te myśli działały na Marka dziwnie krzepiąco.

- Dobrze, nie ma co roztrząsać tego tematu. Na nas już czas.

Głos Liliany obudził Marka, który wciąż jak zahipnotyzowany wpatrywał się w ciało. Nawet nie zauważył, że tuż obok nich pojawiło się lustro portalu. Przetarł twarz i uruchomił swoje sensorium, z ciekawością oglądając portal. Nie miał jednak czasu na podziwianie jego konstrukcji, bo Liliana ruchem ręki ponagliła go, aby szedł przodem.

***

Marek przeszedł przez portal i nagle padł na kolana. To znaczy padłby, gdyby nie to, że jakaś siła unieruchomiła go i uniosła nad podłogę. Z przerażeniem zorientował się, że nie może ruszyć nawet gałkami oczu. Przed sobą widział jakieś nieznane postacie - krótko ostrzyżoną, śniadoskórą kobietę i ciemnoskórego mężczyznę, oświetlonych intensywnym szkarłatnym światłem. Po chwili światło przygasło i korytarz przybrał ciemnoszkarłatną, fluorescencyjną barwę. Jednocześnie za plecami Marka rozległ się zdecydowany głos Liliany:

- Puść go, Marketto. Paul, oddaj mu kryształy.

Trzymająca chłopaka siła nagle ustąpiła i Marek mógł teraz opaść na kolana, kaszląc od zalegającej w gardle, nieprzełkniętej śliny i starając się powstrzymać wymioty. Ktoś podetknął mu pod nos czarny kryształ. Marek zaczerpnął z niego i mdłości ustąpiły. Obcierając brodę ze śliny, wstał i się rozejrzał. Za jego plecami stała Liliana. Obok niej wysoki, skośnooki, ciemnowłosy człowiek z warkoczem, wokół którego lewitowały czarne kryształy z energią wyssaną z Marka - to pewnie był Paul. Kobieta z krótkimi włosami, która złapała go w magiczne więzy, musiała być Markettą. Paul po kolei wysyłał w jego stronę pozostałe kryształy, które Marek łapał i łapczywie wysysał z energii. W tym czasie Liliana dokonała prezentacji.

- Paul, Marketta, a to jest Rodryk. - Na końcu wskazała ciemnoskórego mężczyznę. - Przedstawiam Marka.

- Wybacz, nie spodziewaliśmy się, że przejdziesz przez portal, i zareagowaliśmy dość odruchowo - zwrócił się zdawkowo do Marka Paul, po czym zaczął robić wyrzuty Lilianie: - Mogłaś nas uprzedzić...

- Ale tego nie zrobiłam, a wy na szczęście go nie zabiliście. Powiedzcie lepiej, co się stało z Gregorym i Lukką.

Paul westchnął teatralnie i z sarkastycznym uśmiechem odpowiedział:

- Wrócili. Cóż, twoja grupa odniosła wyraźny sukces. Znaleźliście Magiva, ale straciliście dwa smocze stroje.

- Jak to? Stracili swoje stroje? - Liliana najwyraźniej była zaskoczona.

- Próbowali na własną rękę pokonać Magiva i musieli uciekać - wyjaśniła Marketta. - Kilkaset lat szycia poszło na marne.

- Nie szkodzi - mruknęła Liliana. - Wcześniej pokonaliśmy go bez tych dodatków, które zresztą są bardzo nieporęczne. Twój pomysł okazał się niepraktyczny. - Te słowa były wyraźnie skierowane do Paula, który wzruszył ramionami i gestem zachęcił ich do podążenia korytarzem.

- Skoro przybyłaś, to zwołaliśmy zebranie wszystkich poza nawigatorami - zakomunikował po drodze Rodryk. - Będziemy mogli ustalić, co robimy dalej, bo znowu zgubiliśmy ślad.

- Nie do końca. I ja wiem, jak go odnaleźć, ale wszystko opowiem, jak się zgromadzimy. - Tym razem w głosie Liliany dało się wyczuć satysfakcję.

Pozostali rzucili jej szybkie spojrzenia, ale nikt się nie odezwał. Kroczyli więc dalej mrocznym korytarzem. Marek w końcu wchłonął z powrotem swoją energię i teraz dużo dokładniej przyglądał się otoczeniu. Było zadziwiające - po pierwsze, ściany korytarza były idealnie gładkie i równe. Po drugie, oświetlająca go szkarłatna poświata emanowała tylko z rogów, niczym podświetlenie LED, a sam materiał ścian miał czarną barwę. Sprawiało to wrażenie, jakby ściany, sufit i podłoga były półprzeźroczyste, a za nimi znajdowało się nocne niebo. Chłopak aktywował sensorium i niemalże się potknął - to nie było tylko wrażenie! Cały korytarz był stworzony z magicznych płyt, za którymi nie było żadnej planety, tylko dynamicznie się poruszająca gęsta masa cząsteczek energii. Widzenie sensorium ucinało się gwałtownie w miejscu, w którym kończyły się skłębione cząsteczki. Jeżeli Marek dobrze rozumiał, to znajdowali się gdzieś w próżni kosmicznej.

- Gdzie my jesteśmy? - wystękał zaskoczony i przerażony.

- On tak zawsze paraduje z sensorium? - zwrócił się do Liliany Paul, ignorując pytanie Marka.

- Tak, dopiero nauczył się go używać. Element historii. Teraz ciągle ma je aktywne, chyba chce się nauczyć jak najwięcej. Pewnie się boi, bo nie wie, jak przetrwać w pustce międzyplanetarnej - odpowiedziała Liliana, po czym zwróciła się do Marka: - Jesteśmy w pustce, unosimy się na fali cząsteczek zmierzających do Krawędzi. Dlatego nie da się tutaj normalnie teleportować, ktoś musi otworzyć przejście od środka. Stworzyliśmy tu nasz tymczasowy dom. Nie martw się, od tysięcy lat nawigatorzy dbają, aby konstrukcja się nie rozpadła.

- D-d-dobrze. - Chłopak w myślach obiecał sobie, że nie będzie patrzył poza strumień. Towarzysząca temu nagła utrata wzroku sensorium była bardzo nieprzyjemnym doświadczeniem.

***

- Czyli chcesz wrócić na Trójcę i tam zastawić pułapkę? - Paul spróbował podsumować całość przedstawionych przez Marka, Lilianę, a wcześniej Lukkę i Gregory'ego informacji.

Marek ucieszył się, słysząc, że dwaj Wybawcy podążyli za Magivem ku klęsce i nie próbowali, a potem nie mieli szans ścigać Sonii i Korama. Teraz niepokoił się, jakie kolejne kroki poczyni to dziwne towarzystwo. Tymczasem Paul kontynuował:

- Jak rozumiem, to jest bogato zaludniony świat z licznymi silnymi magami, w dodatku mający raczej pozytywne nastawienie do Magiva.

- Dlatego nie będę tam zastawiać pułapki ani próbować go pokonać - przerwała zniecierpliwiona Liliana. - Ale to jest jeden z punktów, gdzie można go namierzyć, by za nim podążyć. W końcu będzie musiał przejść w jakieś mniej zaludnione, niechętne mu miejsce.

- Może ta Spirala albo Oreb? - zasugerował ktoś.

W dość dużej i przestronnej sali, której ściany rozświetlono do bladoróżowego koloru, na niewidzialnych konstruktach siedziało dwadzieścia kilka osób. Wszyscy obserwowali Marka z pewnym zainteresowaniem, zwłaszcza kiedy próbował samodzielnie stworzyć sobie wygodne siedzisko. Jeżeli chłopak dobrze zrozumiał, byli to aktywni łowcy, podczas gdy setki innych, tak zwani nawigatorzy, pilnowały tej magicznej, kosmicznej bazy. Miał okazję przyjrzeć się nawigatorom przez swoje sensorium - wisieli w magicznych kokonach, pogrążeni w letargu, i powoli oddawali swoją magiczną moc do zasilenia struktury obiektu.

- Miejsce jest mniej istotne, może być nawet ten Denurban. Nie wydaje się mocno zaludniony, a na razie jeszcze jest niczyj. Więc jeśli sprawy przybiorą zły obrót, konsekwencje nie będą poważne.

Odpowiedź Liliany wyrwała Marka z zamyślenia i przyprawiła o dreszcz strachu. Wybawcy byli fanatycznie oddani swemu celowi i najwyraźniej nie liczyli się z kosztami. Dość swobodnie akceptowali straty uboczne.

- Dobrze, w takim razie postanowione. Rozstawimy czujki na drodze z Hal-bun do Trójcy oraz w samej Trójcy, jak najbliżej arcymagów. Kto trafi na ślad, ten wysyła sygnał i naprowadza pozostałych. Potem zdecydujemy, jakie miejsce będzie najlepsze do działania. Czy poza mieczem chcemy używać smoczych strojów? - Paul szybko zmierzał do konkluzji.

- Wybacz, Paul, ale te stroje są do dupy. Świetnie chronią przed magią i w ogóle, ale strasznie ciężko się w nich czaruje, a przejście przez portal kosztuje mnóstwo energii - wyraził swoją dezaprobatę tęgi, zarośnięty mężczyzna.

Kilka innych osób zgodziło się z nim, kiwając głowami.

- Dobrze, w takim razie zostawcie je mnie, schowam je w jakimś skarbcu. Co z tymi dwoma porzuconymi?

- Niech Lukka i Gregory ich poszukają. Potem mogą obstawić Hal-bun - zaproponowała Liliana. - Ja sama udam się na Trójcę.

- Świetnie. Czy coś jeszcze? Nie. W takim razie szykujcie się.

Spotkanie było skończone. Marek, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, podążył za Lilianą. Kobieta zaprowadziła ich do wielkiej hali, w której spoczywali nawigatorzy.

- Zapraszam. - Wskazała Markowi pustą koję. - Nie masz się czego bać. Podzielisz się z nimi tylko cząstką swojej mocy i zregenerujesz. Może poproszą też, abyś udostępnił swoje sny. Są strasznie samotni i każdą rozrywkę przyjmą z wdzięcznością. Obudzę cię, kiedy będziemy ruszać. Obiecuję.

Marek zawahał się, ale w końcu kiwnął głową i ułożył się na niewidzialnym hamaku. Jak tylko położył głowę, usłyszał w myślach cichy szmer, który powoli przybrał na sile i zmienił się w jeden dominujący głos. Należał on do leżącej po sąsiedzku maleńkiej wróżki, która zaczęła wypytywać chłopaka o różne rzeczy. Po chwili do telepatycznej rozmowy dołączyli inni. Marek stracił poczucie czasu podczas tej swobodnej wymiany komunikatów, dlatego zdziwił się, kiedy nagle przerwała ją Liliana, wzywając go do powrotu do świadomości. Jego rozmówcy z niechęcią wypuścili go z tego niezwykłego snu na jawę.

- Zaraz wyruszamy - zakomunikowała chłopakowi kobieta.

Marek wstał z koi wypoczęty jak nigdy, a jednocześnie z dziwną świadomością, że wcale nie spędził tego czasu na śnie lub odpoczynku, tylko na intensywnej konwersacji. Wciąż pod wrażeniem tego doświadczenia, jedynie skinął potakująco głową. Przeszli korytarzami w kolorze magenty do ślepego zaułka, gdzie spotkali Paula i kilku innych Wybawców. Chwilę później otworzył się portal. Widok po drugiej stronie wydał się Markowi dziwnie znajomy, ale zanim chłopak zdążył zadać pytanie, został popchnięty przez Lilianę w stronę magicznej tafli. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko przez nią przejść.

***

Paul patrzył na zamykający się portal i wspominał swoją wcześniejszą rozmowę z Lilianą.

- Czemu właściwie pozwalasz temu chłopakowi żyć? - zapytał ją po tym, jak wprowadzili chłopaka w letarg. - Widział naszą siedzibę, poznał nasze możliwości, słyszał o naszych planach. Zapewne ich nie uniemożliwi, ale może je utrudnić.

- Są powody, dla których zmieniam nasze podejście - odpowiedziała tajemniczo Liliana, ale zaraz wyjaśniła: - Przemyślałam to po drodze. Magiv ma interes w znalezieniu chłopaka, więc potencjalnie będzie on trzecim sposobem, aby go namierzyć. Dodatkowo musimy osłabić związek Magiva z Trójcą. Jeżeli chłopak ostrzeże tamtejszych magów, zdradzając im, jakie są nasze możliwości, to jest szansa, że się zdystansują. Albo przynajmniej wyślą go w jakieś miejsce, gdzie nasza potyczka nie zmusi ich do interwencji.

- Czyli liczysz, że chłopak skłoni ich do wystawienia nam naszej ofiary? - potwierdził swoje przypuszczenia Paul, kiwając jednocześnie głową.

- Tak, w końcu to, że szukamy Magiva, to żadna nowość. Nasze możliwości już trochę znają, a za kilka dni, kiedy strumień popłynie dalej, nikt nie namierzy tego miejsca. Niewiele ryzykujemy, możemy zaś zyskać trochę czasu. - Liliana pogłaskała Paula po policzku. - Stęskniłam się.

Mężczyzna objął kibić kobiety i przyciągnął ją. Liliana wcisnęła udo między jego nogi i zaczęła się delikatnie ocierać. Jego dłonie powędrowały niżej i przycisnęły ją mocniej. Po chwili przerwali namiętny pocałunek dla zaczerpnięcia tchu. Kontrolowana przez nawigatorów magiczna konstrukcja wyczuła ich intencje. Ściana za ich plecami rozsunęła się, tworząc dodatkowe pomieszczenie, w którym zniknęli.

***

Okazało się, że teleport przeniósł ich ze środka kosmicznej pustki prosto na swojski plac w Złotych Wrotach na Hal-bun. To tutaj, kiedyś albo całkiem niedawno, miejscowe pijaczki ostrzegały Korama przed nową grupą Wybawców, zdradzając, że majstrowali przy portalu. Teraz te informacje nabrały dla Marka sensu. Stojąc na placu, zastanawiał się, co dalej, ale Liliana jak zwykle zadecydowała za niego.

- No to jesteśmy. Zakładam, że trafisz stąd tam, gdzie chcesz. Udowodniłeś, że sobie poradzisz, więc liczę, że więcej się nie spotkamy.

- Myślałem, że chcesz się dostać na Trójcę. Ja też tam zmierzam. - Markowi przed oczami stanęła wcześniejsza podróż do tego miejsca.

- Owszem, ale ja mam misję, a twoja rola się już skończyła. Chyba że chcesz mi pomóc dopaść Magiva? - Liliana spojrzała na chłopaka z krzywym uśmiechem.

- Wolę się w to nie mieszać - przyznał szczerze Marek.

- No widzisz, więc to jest pożegnanie. Bywaj. - Kobieta ze śmiechem rozpłynęła się w powietrzu, zostawiając zmieszanego chłopaka samotnego na środku placu.

Marek stał przez chwilę, wahając się, co ze sobą zrobić, ale po tym, jak potrącił go jakiś ogromny humanoid, sycząc coś przez kły o blokowaniu przejścia, stwierdził, że musi znaleźć lepsze miejsce na rozważania. Udał się więc do znajomej gospody, opustoszałej o tej porze dnia. W zamian za blady kryształ dostał pożywienie i pokój. Czym prędzej się w nim zaszył. Siadając na sienniku, uświadomił sobie, że wcale nie jest zmęczony. Równie dobrze mógłby wyruszyć od razu. Ale jednocześnie uderzyła go świadomość, że pierwszy raz, od kiedy jeszcze na Ziemi zobaczył otwierający się portal, jest pozostawiony samemu sobie. Oczywiście powinien udać się na Trójcę i ostrzec mieszkańców, nadal też poszukuje drogi na Ziemię - ale sam musi zadecydować, jak to zrobić. W dodatku ma już jakieś narzędzia, aby osiągnąć to, co postanowi. A może jednak czegoś mu brakuje? Widział możliwości Wybawców, w porównaniu z nimi jego świadomość magii była żadna. Marną pociechą było to, że pewnie niewielu arcymagów mogło się z nimi równać. Bez zasypania tej przepaści ciągle będzie narażony na to, że stanie się czyimś narzędziem lub ofiarą. Zwłaszcza jeżeli w tej podróży coś pójdzie nie tak.

Skoro więc i tak musi się przekradać, to może też przećwiczyć sposoby, w jakie może się lepiej chronić, a dodatkowo podpatrzeć metody używania magii. Tym może zająć się nawet teraz. Marek nie wiedział, jak stworzyć zaklęcia rezydualne, ale otoczył pokój barierą ochronną i po kilku próbach udało mu się skonfigurować przepływ mocy z kryształu tak, aby ten samoistnie zasilał zaklęcie. Chłopak był szczególnie dumny z tego osiągnięcia, bo sam wpadł na pomysł, że kryształy udostępniają swoją zawartość, czując dotyk żywej istoty, więc wystarczyło, aby początek nici zasilającej zaklęcie miał takie same właściwości jak powierzchnia dłoni. Czarny kryształ powinien wystarczyć, aby uchronić jego przyszłe obozowiska przed większością niespodziewanych ataków. Teraz, czując się bezpieczniej, chłopak uruchomił blokadę mentalną i sensorium. Skupiając się na rozszerzeniu swego magicznego postrzegania, zaczął poszukiwać magicznej aktywności wokół. W najbliższym czasie miało się to stać rutyną w jego podróży.