Portal do godziny Pana - Dorota Worobiec

Kup ebooka

14.13 zł
11.73 zł (12,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Serce

Kiedyś, naprawdę bardzo dawno temu, za siedzibę naszych uczuć uważano serce. Łatwo było się tego domyślić, każdy choć raz w życiu poczuł, że potrafi ono załomotać szybciej, kiedy tylko zobaczymy ukochaną osobę. Od tamtej pory stało się symbolem miłości, czego nie udało się zmienić nawet twardej kartezjańskiej nauce głoszącej rozdzielność ciała od ducha. Niezliczone sekcje, badania, opasłe tomy i wykłady profesorów wtłaczały nam przez setki lat, iż serce jest cudowną pompą rozsyłającą krew po naszym ciele. Cudowną, ale tylko pompą. Nic więcej.

I na tym właściwie ta historia mogłaby się zakończyć, gdyby nie fakty, które zdają się udowadniać rację naszych przodków. Tak, coraz więcej naukowych wzmianek donosi, że serce jest czymś znacznie ważniejszym, jak tylko mechanicznym workiem napędzającym krążenie. Okazuje się, że pełni między innymi funkcję... Komunikacyjną. Po pierwsze, rytmiczne uderzenia serca cechuje pewna częstotliwość i amplituda. Jest to swoista informacja, którą mogą w całym naszym ciele odczytywać niezliczone komórki tkanek miękkich i różnorakie receptory przesyłające dalej strumieniem neuronów informację do mózgu. To nie wszystko. Serce emituje silne promieniowanie elektromagnetyczne, które jest oczywiście mierzalne. I to nie tylko w obrębie ludzkiego ciała, ale również poza nim! Wartość elektryczna pola serca jest prawdopodobnie silniejsza około 60 razy niż ta wytwarzana przez nasz mózg. Niektóre badania sugerują wręcz, że pole elektromagnetyczne serca "rozprowadza" ładunek emocjonalny po naszym ciele, ale sprawia również, że jest on możliwy do odczytania przez innych ludzi znajdujących się w tym polu, wynoszącym około dwóch metrów. Wcześniej sądzono, że komunikacja pozawerbalna jest związana głównie z aktywnością neuronów lustrzanych i obserwacją mimiki twarzy. Według kolejnych badań Instytutu HearthMath, serce posiada niejako samodzielny układ nerwowy, który podejmuje niektóre decyzje niezależnie od mózgu. Badaczy skłonił do przemyśleń fakt, że różne decyzje podejmujemy emocjonalnie, zanim jeszcze aktywują się w mózgu obszary odpowiedzialne za ich kalkulację. Dla przykładu - jeśli zobaczysz twarz nowopoznanej osoby, obraz, ładną zastawę z porcelany, to decyzję o tym, czy rozpoczniesz konwersację, przyjrzysz się obrazowi dokładniej bądź czy dokonasz zakupu - podejmiesz emocjonalnie, zanim jeszcze mózg zdąży przetrawić i zracjonalizować ten fakt. Racjonalne (wydawałoby się) myślenie to nic innego w takich przypadkach, jak tylko upewnienie Cię w tym, czy robisz dobrze. Choć serce wiedziało już wcześniej, tak przynajmniej wynika z przeprowadzonego doświadczenia rejestrującego aktywność serca i mózgu jednocześnie.

Nasz organizm skrywa jeszcze wiele tajemnic. Choć z każdym rokiem dowiadujemy się o jego funkcjonowaniu coraz więcej, zaskakujące jest to, że często przychodzi nam wracać do tego, o czym przekonani byli już nasi przodkowie. Jak myślisz, za co jeszcze może odpowiadać ten wspaniały organ? I czy inne narządy wewnętrzne też odpowiadają za nasze emocje, jak to twierdzą na przykład specjaliści Tradycyjnej Medycyny Chińskiej?

Pozdrawiam serdecznie,

Maciej Duczyński

Hostia przemieniona w serce Jezusa

Kościół uznał dotąd nieliczne cuda eucharystyczne, czyli przypadki niewytłumaczalnej przemiany hostii w ludzką tkankę (serca) i krew. W kolejce do zaakceptowania przez Watykan czekają dwa takie współczesne cuda.

Ciało i krew z cudownie przemienionej hostii przechowywane w kościele św. Franciszka w Lanciano /MWMedia Klasycznym cudem eucharystycznym uznanym przez Watykan jest tzw. "cud z Lanciano". Jak podają źródła, ok. 700 r. w Lanciano we Włoszech, w trakcie odprawiania mszy, hostia zamieniła się w kawałek ciała, a wino w krew. Co ważne, tkanki te wciąż zachowują świeżość (przechowywane są do dziś w kościele pod wezwaniem św. Franciszka w Lanciano). Fragment ludzkiego serca

Ciało i krew z Lanciano w 1971 r. przebadał zespół włoskich naukowców. Eksperci ustalili wówczas, że tkanki pomimo upływu 1300 lat nie uległy rozkładowi. Stwierdzono też jednoznacznie, że przechowywane w relikwiarzach biologiczne substancje to fragment ludzkiego serca oraz ludzka krew grupy AB.

Hostia spłynęła krwią

Cuda eucharystyczne to nie tylko tajemnicze zdarzenia z przeszłości. Współczesny (jednak nadal niepotwierdzony) cud eucharystyczny miał zdarzyć się w niedzielę 19 czerwca 2011 r. w kościele katolickim pod wezwaniem świętego Augustyna w St. Paul w USA. W trakcie odprawiania mszy, już po konsekracji, jedna z hostii upadła na podłogę. Zgodnie z tradycją kapłan, ksiądz John Echert, włożył opłatek przemieniony już w trakcie mszy św. w ciało Chrystusa do naczynia ze święcona wodą. Wówczas hostia spłynęła krwią zabarwiając wodę na czerwono. Według oświadczenia rzecznika archidiecezji St. Paul i Minneapolis, analizą niezwykłego zajścia zajęli się wykwalifikowani biolodzy, aby zbadać czerwony płyn i określić, czy istnieje naukowe wyjaśnienie zmiany koloru wody. Badania nadal trwają. Cuda także w Polsce. Jeden z wielu cudów eucharystycznych miał zdarzyć się w Polsce. W październiku 2008 r. w Sokółce w woj. podlaskim hostia w kościele pod wezwaniem Św. Antoniego z Padwy. Pod koniec mszy świętej celebrujący ją ksiądz udzielał wiernym komunii. Nagle jedna z hostii upadła na podłogę. Po nabożeństwie, zgodnie z zasadą, kapłan umieścił hostię w naczyniu liturgicznym z wodą, by się rozpuściła. Po kilku dniach woda zabarwiła się na czerwono, a zamiast hostii w Nie ma wątpliwości: to cud

Zawiadomiono kurię, a arcybiskup białostocki Edward Ozorowski powołał specjalną komisję, by sprawę wyjaśnić. Komunikat o wynikach badań podano w październiku 2009 r. Komisja ustaliła, iż "nie było ingerencji osób trzecich w sprawie tzw. cudu w Sokółce". Analizy wykazały, że badany materiał przypomina "tkankę mięśnia sercowego". Do połowy stycznia 2009 roku fragment opłatka o zmienionej postaci w sposób naturalny zasechł i pozostał w formie zakrzepłej krwi. Od tamtej pory nie zmienił swojego wyglądu. W styczniu 2009 roku arcybiskup zlecił poddać hostię badaniom patomorfologicznym. Badania wykazały, że ten pobrany materiał to tkanka mięśnia sercowego człowieka w agonii. Jeden z profesorów, który badał próbkę, nie wiedział, skąd ona pochodzi. Mimo to potwierdził wyniki badań innego naukowca. Jasnym stało się, że w Sokółce zdarzyło się coś nadprzyrodzonego.

https://menway.interia.pl/styl-zycia/ciekawostki/news-

hostia-przemieniona-w-serce-jezusa, nId,451396

Czytaj więcej na https:// www.rmf24.pl/raporty /raport-swieta/ najnowsze-fakty/ news-cud- w-sokolce-czyli- fragment-miesnia- ludzkiego-serca- w-agoni, nId,2564271#utm_ source=paste&utm_ medium=paste&utm_ campaign=firefox

Spadek albo portal do przeszłości...

Wiadomość o spadku zastała oszołomionego Marka w bramie jego okazałej willi. Oszołomionego, gdyż kopertę otworzył tuż przy skrzynce na listy natychmiastowo, zaintrygowany nadawcą, adwokatem z nieznanej mu kancelarii w obcym mieście. Właśnie wysiadł Marek eleganckim, wgranym tak jakoś naturalnie w jego subtelną osobowość ruchem z wnętrza samochodu, który z kolei bardzo pięknie komponował się z królową dzielnicy, bo tak mówiono o tejże willi. Willa i samochód były jak młoda para w dniu ślubu. Willa okazała, dwupiętrowa, śnieżnobiała, z oknami niczym szeroko otwarte oczy, opleciona bladoróżowymi i białymi pnącymi różyczkami. Wyglądała niczym panna młoda z bukietem, oczekująca oblubieńca. Samochód luksusowej marki w kolorze głębokiej uroczystej czerni z bardzo jasną, białą prawie tapicerką prezentował się niczym smoking pana młodego właśnie przywieziony na uroczystość. Willa stała na dość wysokim względem innych, całkiem też eleganckich willi wzniesieniu, utopiona była w słońcu gasnącego już powoli sierpnia i dość soczystej jeszcze nawet zieleni, oraz lawinie kwiatów. Biała fontanna i biały kilkuosobowy stolik z wielkim wiśniowym parasolem, nieduży basen z błękitną wodą dodawały uroku i klimatu... Raj! Tylko takie słowa cisnęły się na usta, kiedy spojrzało się na całość. Czy raj tam był rzeczywiście? Jednocześnie z wiadomością o spadku otrzymał Marek drugą wiadomość, że autokar z jego 9-letnią córką Amelką za godzinę dotrze na miejsce i trzeba będzie ją odebrać. Panienka Amelka spędziła kolonie w Alpach i w jednym bagażu wiozła ubrania i pamiątki, w drugim zaś, w bagażu serca wiozła wspomnienia, przeżycia i niestety niechęć lekką, adresowaną do dnia pierwszego września, który nieuchronnie i brutalnie zapuka i wejdzie bez zgody i przyzwolenia w jej życie za dni kilka. Lubiła szkołę, swoich nauczycieli, przyjaciół, tęskniła za psem Igo, wielkim labradorem, który przeczuwał przyjazd swojej młodziutkiej pani i niespokojnie kręcił się przy bramie od samego rana. Tęskniła już trochę też za tatą, którego bardzo kochała i który zastępował jej też mamę. Niezbyt ją pamiętała, bardziej miała ją w sercu jakimś nikłym, lecz porażającym ciepłym, serdecznym obrazem, miała wtedy półtora roku. Gdy "obraz" wtedy, ponad siedem lat temu nagle znikł, nie zdawała sobie sprawy z tego zniknięcia, przygasła jednak jakoś w sobie, a cień wymalował na jej buzi nieopisany lekki grymas, który mimo niewątpliwej urody dziecka pozostawał widocznym i zdawał się wpływać nawet teraz na wyraz jej dziewięcioletniej obecnie buzi... Podobny grymas utrwalił się kolejnym śladem na twarzy Marka. Marek przeżył śmierć Anny na sposób sobie tylko wiadomy. Po wielkim buncie, po wykrzyczeniu Bogu całej swej złości i gniewu za Annę i nie tylko za nią, bo także za rodziców, nagle złagodniał. Wziął na ręce Amelkę i długo wpatrywał się w jej pytające jakby oczy koloru morskiej wody, takie same, jak oczy żony. W sekundę przemienił się wewnętrznie i odtąd, czyli zaraz po pogrzebie Anny nie odstępował dziecka na krok, odprawił tymczasowo nianię, swoim pracownikom znanej i cenionej firmy informatycznej przedstawił chwilowego nowego szefa, wybranego z ich grona jednogłośnie i zapowiedział wszystkim swoją nieobecność na najbliższe półtora roku, może dwa lata, oferując ewentualne zdalne konsultacje w razie potrzeby, której lepiej, żeby nie było. Działał jakby w transie, serwował córce liczne atrakcje, zabawy, małe i większe wyjazdy, zawsze był teraz przy niej obecny za ich dwoje...Babcia Amelki, jedyna jej babcia - teściowa Marka, przyjeżdżała kiedy tylko mogła, dziadka z kolei Amelka nie miała żadnego, tak jakoś potoczyły się losy tej rodziny. Marek nie miał jak już wiemy rodziców, odeszli tragicznie w dniu obrony jego pracy magisterskiej. Jechali z gratulacjami i prezentem. Rodzeństwa nie miał, Anna również go nie miała, mała Amelka miała za to chrzestnych, przyjaciela ze studiów swojego taty i przyjaciółkę jeszcze z liceum swej mamy. To oni podarowali dziewczynce na jej siódme urodziny labradora. Imię powstało ciekawie, bo z połączenia imion darczyńców, czyli Igora i Gosi. Wujka Igora i cioci Gosi. Psu imię przypadło do gustu, był wtedy trzymiesięcznym szczeniakiem ze schroniska, obecnie miał lat nieco ponad dwa, lecz zachowywał się na poziomie półrocznego szczeniaka, co bardzo cieszyło Amelkę. Marek z otwartą kopertą szybko wskakiwał na schody willi, odprowadzany do pokoju przez kudłatego przyjaciela, radośnie już czującego bliski przyjazd dziewczynki. Cieszysz się wielkoludzie, co? Marek wytarmosił psa i ucałował w wielki jasny łeb, na co ten odpowiedział dużym wilgotnym jęzorem. Marek wlał sobie szklaneczkę chłodzącego napoju i na spokojnie już teraz czytał tekst, który miał odmienić jego i nie tylko jego życie, jednak o tym on sam jeszcze nic nie wiedział. Tak więc miasto, z którego nadano list, to Kraków. Marek przeczytał nazwę kancelarii i nazwisko prawnika. Nic mu ono nie mówiło, Kraków również nie wiązał mu się z nikim i z niczym, no...może okolice Krakowa trochę tak, bardziej na południowy zachód od samego Krakowa. Dziadek Marka, z którym rodzice nie utrzymywali z jemu nieznanych powodów serdecznego kontaktu zmarł niedawno i pozostawił testament, w którym Markowi przypadł w udziale raczej niewiele wart(???) prosty wiejski dom z czerwonej cegły z niedużym ogródkiem. Po co? Czyżby dziadek nie wiedział, że bardzo dobrze mu się powodzi? Zdawkowy kontakt następował zawsze przed Wigilią Bożego Narodzenia, polegał na wymianie oklepanych szablonowych życzeń drogą pocztową, na karcie pocztowej, by uniknąć kontaktu głosowego przez komórkę, a jednak aby być usprawiedliwionym. Pojawiał się czasem z jednej lub drugiej strony, jeszcze za życia Marka rodziców dopisek: do zobaczenia w jakimś lepszym czasie. To tylko tak dla formy, bo rzeczywistego pragnienia i woli kontaktu raczej nie było. Marek czasem żałował, że jako dorosły nie pojechał do dziadka i nie nawiązał kontaktu, nie wypytał o nic, teraz było za późno...

Helo Dad!!! Krygowała się po angielsku Amelka, zamiast rzucić zwyczajne cześć tato... Piesku, piesku kochany! Amelka cieszyła się, bo tato zabrał na jej powitanie ze sobą psa. Przywiózł córkę jakby nieco wydoroślałą, albo tak mu się tylko wydawało. Nie! Nie wydawało! Amelka, dziewięcioletnia, z jakimś kilkumiesięcznym jeszcze dokładem miała... lekki makijaż, umalowane paznokcie i styl mowy nastoletniej pannicy, rozpuszczone luzem długie warkocze, jakby jaśniejsze niż dotąd, zaś jej komórka bez przerwy bombardowana była smsami. Nooo...Moja droga, na to ty jeszcze masz dużo czasu! Co wy tam wyrabiałyście?! A co na to wychowawcy?! Oj, tato...To tylko tak na pożegnanie, była "dżampreza" i tak się trochę "odsztafirowałyśmy", ładnie, no nie? Nie! Absolutnie nie i nie w tym wieku! Dziecko, ty wyglądasz nienaturalnie! Jak będziesz miała te trzynaście, czternaście lat, to małe co nieco możesz sobie zrobić, zresztą i tak ci to nie będzie z twoją urodą aż tak potrzebne, ale teraz?! Natychmiast zmyj te paskudztwa! Oj, Amelko, Amelko! Ami, tato! Ami, nie Amelko, Amelka to taka mała dziewczynka, ja nie... Ty jesteś małą dziewczynką, której ktoś zrobił wodę z mózgu! Córeczko, ty... Ty farbowałaś włosy?! Oj tam, zaraz farbowałaś! Pasemek kilka sobie walnęłam i tyle, a ty robisz siarę! Cooo???!!! A to co?! Nic... Kolczyki, na które nie chciałeś się póki co zgodzić, Barbie miała ich całe pudełko i mi dała, są srebrne, przekłułyśmy uszy aparacikiem, Barbie, czyli Baśka miała ze sobą, ona ma kilka dziurek, ma już czternaście lat, wiesz tato?...O Jezu najsłodszy!!! Kto ci to zrobił?! Kto pozwolił?! Marek z niedowierzaniem oglądał teraz na karku dziewczynki miniaturowy tatuaż w postaci demonicznego kształtu. Nie wierzę, Boże...Nie wierzę! Oj tato! To tylko zmywalny tatuaż, no popatrz, potrzyj dobrze i już go nie będzie. Oczywiście, że nie będzie i to zaraz, a ja dzwonię do organizatora kolonii. Już wyszukał w kontaktach właściwą osobę, kiedy telefon nagle sam zadzwonił...To dzwoniła wychowawczyni Amelki z kolonii i prosiła o rozmowę. Okazało się, że młodsza grupa dziewczynek, a dokładnie kilka dziewczynek z młodszej grupy zaprzyjaźniło się z pannicami z grupy starszej. Z początku wychowawcy byli zadowoleni, zaopiekują się starsze tymi mniejszymi, ładnie z ich strony, że takie opiekuńcze, a nie egoistyczne. Pewnie mają młodsze rodzeństwo i stąd taka postawa. Kiedy jednak pod koniec turnusu wychowawcy odkryli to, co odkryli, starsze dziewczyny dostały wielką burę i karę, jednak małe dziewczynki pozostały z pamiątkami często nie do zmycia i ze zmienioną osobowością, co sprytnie ukrywały podczas pobytu, grając przy wychowawcach dzieweczki z dobrych domów, grzeczniutkie, spokojne. Przepraszamy pana bardzo, proszę nam wybaczyć, nigdy byśmy nie przypuszczali... Tu Marek ostro przerwał i wyrzucił z siebie wszystko to, co oburzony ojciec dziewięcioletniej zdeprawowanej jedynaczki mógł tylko z siebie wydobyć. Okazało się też, że edukacja córki poszła daleko do przodu w sensie damsko-męskim i to na sposób ordynarny, wybrany przez dojrzewające nastoletnie pannice. Ojciec z zażenowaniem prostował i tłumaczył zdezorientowanej i pozbawionej nagle choćby cienia wstydu w tej kwestii córce to i owo, podsunął błyskawicznie właściwe dwie lektury porządnego wydawnictwa świeckiego i chrześcijańskiego i bardzo ubolewał nad tym, co się wydarzyło na kolonii. Ami wiedziała to, co trzeba w jej wieku wiedzieć o sprawach płci od dawna, jednak starsze pannice dopięły swego i Ami została dokształcona na ich zasadach. Więcej nie pojedziesz na TAKIE kolonie. Pojedziesz za rok na obóz z Oazy, będziesz już po Pierwszej Komunii św., będzie w sam raz. Tam spotkasz młodzież i dzieci na innym poziomie! Tato! Nie ściemniaj z tą Pierwszą Komunią! Co to znaczy?! Amelko! Co to znaczy?! Mózg ci wyprali?! Tato, kościół już nie jest trendy, nie wiedziałeś? To staroświeckie tradycje i nic więcej. A księża to...Dość! Ostro przerwał jej tato. Kościół nie wypalił i tyle! Kontynuowała Ami. Po co to dalej ciągnąć?! Boże! Amelko! Ja nie wierzę! Ja tego tak nie zostawię! Tato, nie kompromituj mnie, proszę! Nie kompromituj? Już ja zrobię kompromitację komu trzeba i to zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego! Ja się przez ciebie tato do szkoły nie pokażę! A owszem pokażesz, jako prawdziwa Amelka, ta, którą jesteś! Ami, tato! Nie Amelka! Niech będzie Mela, jeśli wolisz, ale ja do ciebie Ami nie powiem, to skrót twego imienia nadany ci przez te zepsute pannice. Dziewczynka z zepsutym nastrojem poszła do swojego pokoju, nawet Igo jej nie towarzyszył, jakby coś złego wyczuwał w swojej młodej pani, jakby tłumacząc się przed nią ze swego zachowania ze spuszczonym łbem i ogonem, po czym polizał dziewczynkę i uciekł na swoje miejsce wyczuwając złość swojego pana...

Marek drugiego września wraz z kilkoma rodzicami "zdeprawowanych" jego i nie tylko jego zdaniem siedmiu dziewczynek wracał z burzliwej narady z dyrekcją i wychowawcami. Dziewczynki ze spuszczonymi głowami, bez makijażu i z włosami uczesanymi na swój wiek w milczeniu kroczyły przed nimi. Godzina wychowawcza miała odbyć się zaraz następnego dnia. A kiedy już było po niej i po pierwszej lekcji katechezy, dziewczynki były z pozoru tymi samymi dziewczynkami, którymi były przed wyjazdem na kolonie, jednak to, co w nich zaszło, zostawiło ślady. Ślady, które tylko przysypano, zatarto z lekka. Być może rok szkolny powoli i naturalnie wszystko w nich poukłada i okaże się, że większej szkody nie poniosły. Tato... tato, ja już wszystko rozumiem, tamta sprawa nigdy się nie powtórzy, ale proszę, niech chociaż to imię zostanie, bardzo mi się podoba. No dobrze, Ami, uśmiechnął się ojciec, a ucieszona córka ucałowała go w policzek. Co mi przyjdzie jeszcze z tobą przeżywać, Bóg jedynie wie, westchnął Marek i opiekunka Ami miała odtąd bacznie obserwować dziewczynkę i donosić mu o wszelkich podejrzeniach czegoś niedobrego. Marek wracał późno z firmy, opiekunce ufał, dziewczynka zbierała bardzo dobre oceny, nauczyciele nie skarżyli się na nią i wszystko wyglądało dobrze, czasem tylko zmywalny malutki tatuaż z kwiatkiem lub serduszkiem oraz delikatny, prawie niewidoczny lakier do paznokci pojawiał się u Ami, ale to było wszystko, więc dał spokój, to nie było nic wielkiego. Marek musiał wreszcie pojechać do odległej wsi, także do Krakowa do prawnika i stawić czoła spadkowi, cokolwiek miał on ze sobą przynieść...

W poszukiwaniu przeszłości albo pierwsza odsłona przeznaczenia

W mglisty lecz ciepły poranek bardzo późnego lata, czy może wczesnej jesieni już bardziej, Marek jechał w dziwnym nastroju w kierunku Krakowa, z radia płynęła spokojna melodia, nic nie zapowiadało jakichś większych sensacji. Kiedy wjeżdżał na drogę prowadzącą do starego wiejskiego domu, którego nigdy dotąd nie widział, bo nigdy tu nie bywał, serce lekko podskoczyło mu do gardła. Zaparkował przy płocie i teraz jego samochód w zestawieniu z tym oto domem wyglądał niczym wielki pan ze starą służącą, nie to, co jego willa. Czy taki dom mógł kryć jakieś bogactwo? Wątpił w to całym sobą, poza tym bogactwa nie potrzebował, on je miał. Czego więc oczekiwał? Może wyjaśnienia układów rodzinnych? Wszedł. Zapachniało typowym wiejskim starym domem długo nie wietrzonym, więc szybko otworzył wszystkie okna. Rozejrzał się i niczego specjalnego nie odkrył. Usiadł, pomyślał trochę, po czym jego wzrok skierował się na schodki prowadzące na strych. Portal do przeszłości, pomyślał. Wejdzie tam, póki co jednak obejrzał powierzchownie zawartość szaf, szafek, stoliczków, przeszukał wnętrze kanapy, zajrzał za zwykły staroświecki jarmarczny chrześcijański duży obraz i za zwyczajny wielki, prosty zegar ścienny, ale niczego tam nie było. Jednym susem wspiął się na strych...gdyby wiedział, że oto stoi przed wrotami, które rozpoczną całkiem nowy rozdział jego i nie tylko jego życia! Ale on przekraczał te drzwi jedynie z nadzieją, że dowie się czegoś o rodzinie. Pierwszą rzeczą, na którą spojrzał była niewielka skrzyneczka. Właściwie poza nią niczego na strychu nie było, zaś ogólny widok strychu podpowiadał Markowi, że całkiem niedawno ktoś zrobił tu generalne porządki, wyrzucił wszystko, zlikwidował pajęczyny i na środku ustawił jakby celowo tą oto właśnie skrzyneczkę. Marek kucnął, chwilę medytował nad nią, po czym otworzył wiszącym na haczyku kluczykiem. W skrzyneczce znajdowały się następujące przedmioty: tajemniczy notes z okładką z prawdziwych liści bananowca i motywem jaszczurki, wewnątrz zdjęcia, bardzo stare zdjęcia z jakiejś wyprawy, tajemniczy czerwony naturalny różaniec z twardych nasion, jakiś proszek między kartkami z czerpanego papieru, tajemniczy czarny, ciężki długopis ze złotymi elementami, notatki, nazwy konkretnych miejsc, budowli i...LIST od dziadka do Marka! Drżącymi palcami rozdzierał kopertę i... Zakpił ze mnie dziadek?! Jak mógł?! Chyba...Chyba, że to coś znaczy...List od dziadka dla Marka był... PUSTY. Kartka była całkowicie czysta, na końcu listu bez słów widniał jedynie dziadka podpis! Nie, nie zakpił sobie, to grubsza sprawa. Sprawa, którą on musi rozwikłać i to jak najszybciej! Mężczyzna obszedł raz jeszcze nic nie warty stary dom i zapakował niedużą skrzyneczkę z całą zawartością do bagażnika. To ona była jego spadkiem, ta skrzyneczka! No bo co mu po takim domu? Nooo...Można by go wyremontować i sprzedać. Marek po drodze zerkał do tyłu, jakby bał się, że skrzynka wyskoczy mu z bagażnika, coś gnało go do domu, coś kazało mu natychmiast poznać prawdę... Już w czasie jazdy pojął coś. Podpis dziadka był zagadką, podstępem w dobrej wierze, testem na inteligencję. Dziadek Marka miał na imię...Marek. Nazwisko jak jego, bo to był dziadek ze strony Marka taty. A więc? A więc Marek miał spełnić wolę dziadka, wziąć udział w dziwnej jakiejś wyprawie i opisać jakby wszystko na tej pustej kartce dziadkowi, że na wyprawie był, że wrócił i to nie z pustymi rękami. Poniżej widniał podpis. Podpis dziadka i podpis jednocześnie jego, Marka, złudnie podobny do jego własnego. Cwanie to sobie dziadek wymyślił, ale stylu mojego podpisu przecież nie znał, więc... Aaa... już wiem! Jeden raz dziadek mógł widzieć mój dorosły już podpis. Tak! Pamiętam! Jeden raz wysłałem mu z jakichś niezrozumiałych nagłych wyrzutów sumienia za układy rodzinne swój własny krótki list, bardziej pocztówkę i tam się podpisałem...Pamiętam.

W domu Marek zorientował się, że to piątek wieczór, córka sama przyszła mu z pomocą i bardzo prosiła, żeby mogła iść do Jagi i tam przenocować, a że Jaga mieszkała w sąsiedniej willi i jej tato był dobrym znajomym Marka, zaufanym sąsiadem, Marek zgodził się natychmiast ku wielkiemu zdziwieniu córki. Idź, tylko mi pokiwaj z okna od Jagody, dobrze? Jasne, krzyknęła Ami i już jej nie było. Swoją drogą Jagoda również kazała nazywać się od niedawna Jagą, swoje pełne wersje imion dziewczynki traktowały jako coś, co koniecznie trzeba przekształcić, zmienić. Takie przedwczesne dojrzewanie, tłumaczyli sobie rodzice dziewczynek, bo oto Aleksandra zwana Oleńką nagle była Sandrą, Małgorzata zwana Gośką była odtąd Magi, Katarzyna zwana Kasią była teraz Kati itd., itd. Zmywalne tatuaże o przyzwoitej tematyce, delikatniutkie lakiery na paznokciach, fikuśne upięcia włosów, modne spinki i przepaski, modne plecaki i adidasy, bransoletki z naturalnych kamyków, markowe kurtki, bo zwykłej panieneczki nie ubiorą, musi być nadruk uznanej marki. Rozmowy w ramach popisówki po angielsku, wtrącane obcojęzyczne zwroty w obecności starszych osób, bez przerwy komórka, komórka, komórka, tajemnice, zamykanie się w pokoju, nocne pogaduchy półszeptem przez komórkę z przyjaciółeczkami. Wcześnie zaczęły, martwili się rodzice, ale cóż...My to dla nich dinozaury!

Tak więc Marek rozsiadł się w wygodnym fotelu swego pokoju, w kominku trzaskały niespokojnie iskry, jakby ponaglały Marka do przeczytania tajemniczego notesu i obejrzenia zdjęć. Zrobił sobie kawę, wlał lampkę aksamitnego czerwonego wina i zagłębił się w lekturze... Oto jego dziadek Marek w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat, sądząc po bardzo odległej obecnie dacie w towarzystwie kilku mężczyzn rówieśników wyruszył z wielkim plecakiem na dziwną jakąś wędrówkę. O tym opowiadało poszarzałe zdjęcie wklejone jako pierwsze. "Nasza trasa zaprowadzić nas miała do indyjskiego miasta Rajgir (Radźgir) mającego za sobą bardzo długą historię i choć dziś jest niezbyt zaludnionym sennym miasteczkiem, niegdyś było stolicą potężnego królestwa Magadha". Tak oto rozpoczynała się dziadka historia, zaś po tym zdaniu wklejony był artykuł, zaczynający się od podobnych słów. Oto jego treść.

Tajemnica Jaskinii Sonbhandar czyli IZBA "B"...

Tajemnicze jaskinie Sonbhandar

Indyjskie miasto Rajgir (Radźgir) ma za sobą bardzo długą historię i choć dziś jest zaledwie 40-tysięcznym sennym miasteczkiem, niegdyś było stolicą potężnego królestwa Magadha. Miasto Rajgir, nie wiedzieć czemu, upodobali sobie założyciele dwóch rdzennych religii indyjskich: buddyzmu i dżainizmu. I Budda i Mahawira często tam bywali, głosząc nauki i tocząc uczone dysputy ze zwolennikami i adwersarzami. To tu właśnie znajduje się słynna Góra Sępa, na której Budda wygłosił wiele kazań i tekstów filozoficznych, będących dziś podstawą nauk wszystkich odłamów buddyzmu. To właśnie w Rajgirze świat usłyszał Sutrę Serca i Sutrę Lotosu, jedne z najważniejszych buddyjskich tekstów. Jednak to dżainizm pozostawił więcej śladów w tym liczącym sobie grubo ponad 2000 lat prastarym mieście. Badaczy, pielgrzymów i turystów od lat przyciągają dwie tajemnicze, wykute w skale jaskinie położone u stóp wzgórza Vaibhar. Obie jaskinie powstały w tym samym czasie, a czasu tego możemy się domyślać dzięki jednej z inskrypcji umieszczonej w jaskini zachodniej.

Wyryty w skale napis wymienia imię inicjatora "budowy" jaskiń, Muniego Vairadevi, wielkiego świętego dżainizmu, który to święty mąż żył na przełomie III i IV wieku naszej ery. Jednak wnętrza jaskiń, styl znajdujących się tam malowideł i sposób wykonania innych naściennych ozdób sugerują, że wykute w skale dźainijskie świątynie mogą być jeszcze starsze. Może nawet pamiętają samego Mahawirę i samego Buddę? Na ścianach jest mnóstwo inskrypcji, które mogłyby posłużyć za wskazówkę co do wieku zabytku, tyle że wiele z nich to po prostu... "graffiti" pozostawione przez pielgrzymów, głównie w V-VII wieku naszej ery. Być może i napis z jaskini zachodniej ma podobny charakter. Jak by nie liczyć - jaskinie są bardzo stare i bardzo tajemnicze.

Zachodnia jaskinia od niepamiętnych czasów nosi nazwę Sonbhandar i obecnie nazwa ta używana jest zbiorowo, dla obu jaskiń. Sonbhandar w bardzo luźnym tłumaczeniu mogłoby oznaczać tyle, co "Sezam", bo dosłownie oznacza miejsce (magazyn), gdzie przechowuje się złoto. I tu zaczyna się legenda jaskini zachodniej. Legenda owa głosi, że w jaskini pod jedną z komór, a może za jedną z komór znajduje się tajemne przejście wiodące do ukrytej komnaty pełnej złota. Skąd się owo złoto wzięło, legenda nie precyzuje, wersji jest kilka. Jedna z nich mówi, że to złoto króla Magadhy Bimbisary, ukryte tam przez jego żonę po przewrocie pałacowym, w wyniku którego król został uwięziony przez własnego syna, księcia Ajatashatru (Adźaśatru). Inna wersja podaje, że ukryty skarb należał do znanego z Mahabharaty króla Jarasandhy (Dźarasandhy). Obie wersje twierdzą zgodnie, że skarb nadal tam jest.

W jaskini zachodniej znajduje się niewielka (około 15 metrów kwadratowych) prostokątna komora zwieńczona kopulastym sklepieniem. To za tą komorą właśnie ma się znajdować tajemniczy pasaż prowadzący do właściwego sezamu. Aby otworzyć wejście należy odnaleźć poruszający mechanizmem kamienny klin. Na ścianie jaskini odnaleziono relief przypominający portal. Jest to zaledwie zarys drzwi, przy którym widnieje nigdy nie odczytany napis w piśmie sankhlipi, tak zwanym piśmie muszelkowym, będącym odmianą pisma brahmi. Zwolennicy teorii ukrytego skarbu sądzą, że napis ten to hasło otwierające "sezam" albo instrukcja, gdzie znaleźć kamienny klin otwierający tajny portal. Po lewej stronie nad zarysem portalu znajduje się ciemny ślad, ślad kuli armatniej, całkiem nie starożytny - to Brytyjczycy próbowali siłą otworzyć magiczne przejście i przejąć złoto starożytnych królów. Oczywiście, nie udało im się. Nie potrafili odczytać hasła.

Jaskinia wschodnia to właściwie ruina, którą próbowano ratować i odbudowywać w późniejszych epokach, używając do tego celu cegieł. Kiedyś prawdopodobnie przed wejściem znajdowała się okazała weranda, a w środku, być może, inskrypcja zawierająca drugą część hasła otwierającego sezam królów Magadhy. Na południowej ścianie jaskini można dziś podziwiać małe reliefy przedstawiające sześciu dźainijskich Tirthankarów, wielkich mędrców i świętych. Obydwie zaś jaskinie mają cechy zarówno sanktuariów dźainijskich jak i hinduistycznych, gdyż w późniejszym okresie sztuki zostały przejęte przez wyznawców Wisznu. Pewne fragmenty dzieł sztuki rzeźbiarskiej, w tym posąg Wisznu przeniesiono do Rajgir Heritage Museum, by ochronić je przed dewastującym działaniem czasu i natury. W mieście Rajgir jest sporo do zwiedzania, są miejsca święte hinduizmu, jak Brahmakund - gorące źródła, więzienie, w którym syn osadził króla Bimbisarę, malownicze ruiny z czasów króla Jarasandhy czy całkiem współczesną, zbudowaną przez buddystów japońskich Vishva Shanti Stupa - Pagodę Pokoju. Można sporo czasu spędzić kontemplując ciszę historii i spokój współczesności, ale bezwzględnie najważniejszym miejscem w mieście są jaskinie Sonbhandar, zarówno ze względu na ich bliżej nieustaloną a niewątpliwą starożytność, jak i ze względu na legendę, w której może tkwić nie tylko ziarno prawdy, ale i całkiem spora kupka złota. Sonbhandar w stanie Bihar to jedno z niewielu miejsc na świecie, które wciąż jeszcze czeka na swojego Indianę Jonesa, gotowego pokusić się o rozwiązanie odwiecznej tajemnicy.

/źródło: artykuł Beaty Woźniak, Indie Szerokopojęte/

Marek siedział jak skamieniały po przeczytaniu tekstu. A więc tam udał się przed laty jego dziadek! Popił łyk wina, duszkiem opróżnił filiżankę chłodnej już kawy i pełen emocji zagłębił się w ciąg dalszy. Dalej widniały kolejne fotografie z samolotu, z lotniska w Indiach, z restauracji, z ulic, z hotelu, wreszcie fotografie przybrały ciekawy wygląd, przedstawiać bowiem zaczęły tajemnicze, urokliwe obszary, które z każdym kolejnym krokiem przybliżały ekipę do opisanych jaskiń...

Jesteśmy! Tak zaczynał się kolejny rozdział notatnika, zaś fotografia przedstawiała portal do świata cudów. Z boku majaczyły póki co na zdjęciach z oddali sylwetki obcych ludzi z plecakami, zaś na kolejnej fotografii dwie ekipy zdawały się być już dobrymi znajomymi, chociaż każda z ekip była innej narodowości i widzieli się po raz pierwszy w życiu, byli jakby przeznaczeni sobie! Druga ekipa to Holendrzy. Przybyli tu w sobie znanym celu, który okazał się jednak próbą dotarcia do złotych skarbów, do których nie dotarł jeszcze nikt. O innym celu nie mówili. Nasza polska ekipa z kolei cel miała inny, cel duchowy, przeżycie w sensie wiedzy duchowej czegoś więcej, niż serwuje codzienność. Czy w podtekście wyprawy było również złoto? Może i tak, kto to wie...

Z językiem problemu nie było, angielski znali wszyscy na poziomie najwyższym, lub przynajmniej dobrym, poza tym dwójka z sześcioosobowej holenderskiej grupy była pochodzenia polskiego. Tak więc obie ekipy weszły za wrota tajemnic wspólnie. Kiedy zamykały się za nimi wrota, wyglądało to tak, jakby czasoprzestrzeń połknęła ich i wrzuciła w nieznany portal...

Kolejne zdjęcia przedstawiały kręte korytarze, dziwne tajemnicze symbole, przytłumione światło latarek wydobywało jednak ich postacie wystarczająco wyraźnie. Co kawałek były kolejne opisy symboli, pomieszczeń, ich doznań, wrażeń, co kawałek były następne fotografie i tak bez końca. Na zdjęciach były widoczne dwie zaprzyjaźnione już teraz ekipy, polska i holenderska. Ich dłonie machały do obiektywu, ich rozpalone twarze i oczy zdradzały, jakie przeżywają emocje. Taka oto kronika widniała przez wiele dni.

Świątynia Padmanabhaswamy jest jedną z najbogatszych, najświętszych i najpopularniejszych świątyń w Indiach. Znajduje się dokładnie w Thiruvananthapuram w Kerali. Szacuje się, że jej bogactwo warte jest około 22 mld dolarów. Jednak jej wnętrza skrywają mroczne tajemnice, a wszystko to za sprawą szczelnie zamkniętego pomieszczenia z rzekomo ukrytymi skarbami i śmiertelną legendą.

Świątynia Padmanabhaswamy i jej historia

XVI-wieczna świątynia Padmanabhaswamy, której nazwa nawiązuje do "kogoś, kto wynurza się z lotosu", jest jedną ze 108 świątyń poświęconych kultowi Wisznu.

W centralnej części świątyni znajduje się Sri Padmanabha, wykuta w kamieniu postać Wisznu spoczywającego w pozycji leżącej na leżance z węży.

Wykutą ją w kamieniu o wysokości ok. 6 metrów i grubości ok. metra.

Nie widać jej tylko z jednych otwartych drzwi świątyni.

Od 1729 roku świątynia i jej majątek stały się udziałem Lorda Padmanabhaswamy i rodziny królewskiej Travancore.

Jednak doniesienia o nieumiejętnym gospodarowaniu świątynią sprawiły, że decyzją Indyjskiego Sądu Najwyższego przeszukano jej zasoby i ujawniono jedną z największych tajemnic.

Ukryty skarb

W 2011 r. Sunder Rajan, emerytowany indyjski policjant, udała się do Sądu Najwyższego z prośbą, aby państwo przejęło kontrolę nad świątynią Padmanabhaswamy, mówiąc, że rodzina królewska Travancore źle zarządza majątkiem i nie jest w stanie ochronić bogactwa w jej wnętrzach.

Miejscowa legenda od dawna głosiła, że wiele lat temu przodkowie królewskiego rodu ukryli w ścianach i sklepieniach świątyni ogromne bogactwa.

W wyniku prowadzonego postępowania Sąd Najwyższy powołał siedmioosobowy komitet do zbadania świątyni i udokumentowania jej stanu rzeczy.

W efekcie odkryto sześć ogromnych skarbców, do których wejścia broniły zrobione z żelaza, pozbawione zamków, luk i jakichkolwiek otworów potężne drzwi.

Tylko jednych nie udało się otworzyć.

W pozostałych skarbcach odkryto ogromne ilości cennych przedmiotów, w tym złote posążki bożków, diamenty, biżuterię, garnki, wysadzane klejnotami skorupy kokosa i złote monety.

Najbardziej imponujące były duże diamenty, z których niektóre miały nawet sto dziesięć karatów.

Zdaniem historyków prawie niemożliwe jest oszacowanie całkowitej wartości przedmiotów, ale urzędnicy mówią, że może skarb może być wart nawet 20 mld dolarów.

Niektórzy archeolodzy oceniali, że mały złoty bożek Wisznu odnaleziony w czeluściach świątyni mógłby zostać sprzedany nawet za 30 mln dolarów.

Dzisiaj na odwiedzających świątynię Padmanabhaswamy czeka ponad 200 strażników, którzy chronią jej odkryte skarby, a także liczne kamery bezpieczeństwa, bramki z wykrywaczami metalu itp.

Wydaje się jednak, że ich zadaniem jest strzeżenie czegoś innego - czegoś, czego do tej pory nikomu nie udało się odkryć...

Izba B, czyli tajemnica za zamkniętymi drzwiami

Świątynia Padmanabhaswamy ma sześć gigantycznych tajnych krypt, które zawierały wiele cennych skarbów. Zostały one nazwane Izbami i oznaczone literami od A do F.

Siedmioosobowy komitet powołany przez Sąd Najwyższy z wielką trudnością był w stanie otworzyć tylko pięć takich skarbców.

Włożono wiele wysiłku w ich otworzenie. Jednak drzwi tajemniczej Izby B nie zostały otwarte.

Padmanabhaswamy fot.123rf.com

W rzeczywistości Izba B nie jest nawet częścią udokumentowanego skarbu świątyni. Tak naprawdę nikt nie wie, co kryje się za jej szczelnie zamkniętymi drzwiami.

Mówi się, że pomieszczenie to jest święte z natury, ponieważ schowany jest w nim bożek Sri Padmanabha i wiele kosztowności o mistycznym pochodzeniu.

Może mieć ściany pokryte litym złotem i skrywać skarb, jaki jeszcze nigdy nie został odkryty w historii odkryć z całego świata.(moje: analogia do odkrycia momentu przeistoczenia)

Drzwi do Izby B nie mają klamek, zamków, rygli itp., tylko są potężnym portalem strzeżonym przez dwie masywne kobry.

Mówi się, że te tajemnicze drzwi mogą zostać otwarte tylko przez bardzo doświadczonego "Sadhu" posiadającego wiedzę o intonowaniu sakralnego "Garuda Mantra", a obecnie na świecie nikt nie dysponuje tak potężnym "siddhapurshas" i wiedzą na temat tego śpiewu.

Ponoć wszelkie próby otworzenia drzwi za pomocą nowych technologii się nie udają i dodatkowo przynoszą wiele nieszczęść.

Według niektórych legend otworzenie drzwi wywoła wielkie kataklizmy, zniszczy Indie i zasieje spustoszenie w innych częściach świata.

Największa wyprawa życia...

Grupa z Markiem, czyli tatą Ami na czele wyposażona w ekwipunek stosowny do celu wyprawy wyruszyła w bardzo ciepły, letni wręcz dzień wczesnej jesieni... Po drodze podjechali jednak spory kawałek drogi do wiejskiego domu dziadka, chcąc zabrać stamtąd jeszcze kluczyk od piwniczki, zgodnie z senną wizją Marka ten kluczyk będzie miał jakieś bardzo ważne znaczenie w wyprawie, być może posłuży do otwarcia... WIADOMYCH TAJEMNICZYCH DRZWI?! Nie, w to nie wierzyli, to byłoby śmieszne, te drzwi nie mają kluczyka, nie taki klucz je otwiera, tylko klucz zupełnie innej natury, ale nigdy nic nie wiadomo i lepiej go zabiorą, jest jakiś dziwny, tajemniczy, ale kto wie? Tak więc zamówiona taksówka bagażowa zawiozła ich wprost pod dom dziadka i Marek wysiadł pospiesznie sam zmierzając po chwili do drzwi wejściowych, a tu...No masz ci los! Nie wziął klucza od samych drzwi wejściowych do wiejskiego domku ze swojego z kolei domu, a czasu już nie było, kompletnie nie było i samolot ruszy bez nich Zapasowe kluczyki miał tutejszy proboszcz, ale przecież Marek pojęcia nie miał. Zapłacili taksówkarzowi bagażówki i ten odjechał, potem wezwą podobną bagażówkę komórką, to żaden problem, oni zaś przystąpili teraz do próby włamania się bez klucza, Bóg wie ile to potrwa. Śmiesznie wyglądała grupa wyposażona w ogromne plecaki, grupa poważnych ludzi, którzy przekraczają drzwi takiej wiejskiej chaty z czerwonej cegły, jakby co najmniej przekraczali portal wiodący do innego wymiaru... Zamek puścił dość łatwo, głupio się czuli mocując się z zamkiem i otwierając go "na pasówkę" niczym podrzędni złodzieje. Teraz już tylko trzeba było zabrać kluczyk od piwniczki, od zwyczajnej piwniczki starego, ładnego wprawdzie, ale zwyczajnego wiejskiego domku. Śmieszne, zdawałoby się. Marek rozglądał się niespokojnie, wciąż nie widział kluczyka. Czas uciekał. A kiedy wreszcie Marek przypomniał sobie, że kluczyk przy ostatniej wizycie wrzucił do zakurzonego wysokiego wazonu było już prawdziwie późno. Zdążymy, jeszcze zdążymy, emocjonowali się wszyscy. Może sprawdźmy, czy rzeczywiście ten kluczyk otworzy piwnicę, czy to aby jest kluczyk od tej piwniczki, skoro to takie ważne, by się nim okazał. Nie mamy już czasu, ale dobrze, sprawdźmy! We wnętrzu domu dostojnie przechadzała się czarna jak kret kotka, była rasy perskiej, była niczym księżniczka o świetlistych oczach z czarnymi źrenicami, gruba kita zwisała, to znów dumnie podnosiła się. Jak tu weszła? Czyżby okno było od którejś strony otwarte? Pewnie tak! Kotka miała duży medalion z napisem. Marek rzucił okiem na napis, kiedy piękność ocierała mu się o łydki. ROXI! A więc inaczej JUTRZENKA! Perska tajemnicza księżniczka Roxi... Do kogo należała? Zaraz... zaraz! Dziadek napisał na kartce, pod swoim podpisem, że JUTRZENKA WSKAŻE IM DROGĘ!!! Jutrzenka to kotka! Boże, to i kota mają zabrać ze sobą na wyprawę do Indii?! Nawet nie mają klatki przenośnej dla kota na podróż, ani jedzenia dla niego, właściwie to dla niej. Napisał jeszcze dziadek, że skarb którego szukasz na końcu świata, czasem jest pod progiem w twoim własnym domu! Czas naglił, a tu coraz większe tajemnice się okrywały przed podróżnymi i coraz większe niewiadome. Z Markiem był Piotr, Andrzej i Marta, wszyscy w bardzo zbliżonym wieku, właściwie to rówieśnicy, bo dzieliła ich różnica najwyżej jednego roku, czy dwóch lat. Kiedy kluczyk utkwił w drzwiczkach piwniczki, okazało się, że...nie pasuje! No to pięknie! Słuchajcie, coś jest nie tak, ale musimy otworzyć te drzwiczki, choćby nie wiem co! Choćby nawet uciekł nam samolot? Słuchajcie... Tu coś jest grane, coś nie pasuje i nie chodzi o sam kluczyk! Czujecie to coś w sobie? W tym momencie miauczenie kotki dobiegało jakby z bliska, ale stłumione jakieś! Kotka była po drugiej stronie drzwi, była od chwili w piwnicy i stamtąd ich wołała! Jutrzenka/Roxi wskaże wam drogę! Jak ona tam weszła? No, dla kota niczym jest wejście przez piwniczne okienko, więc żaden to cud, żadne czary. Wejdźmy i my! Jak?! To pewnie wąziutki, maleńki otworek, w sam raz dla kota. Jak nie sprawdzimy, nie dowiemy się. Wyszli na zewnątrz, obeszli dom, stali na jego tyłach, plecaki spoczywały również na zewnątrz. Chyba dla takiego kota jak dorosły lampart ten otwór! Piotr cieszył się jak dziecko, że wejdą i to bez problemu, byli dość szczupli, ale nawet i grubsza osoba weszłaby z łatwością. Okieneczko piwniczne było właściwie sporym oknem. Wyglądało niczym jakieś tajemne wrota do komnaty cudów, do której niebawem uniesie ich samolot, jeśli na niego jeszcze zdążą! Okno było dziwne, zważywszy na to, co zainstalowane było na ramie okiennej i co zachodziło na szyby. Okno było pokryte warstwą kurzu, jednak zdawało się skrywać jakąś tajemnicę. Było podzielone na cztery części za pomocą ramy okiennej, dolna część okna, to znaczy tylko jedna czwarta okna była wybita i tędy weszła kotka. Oni muszą okno otworzyć i nie przedstawia to problemu, wystarczy wsadzić dłoń do wnętrza przez wybitą dolną część. Piotr szybkim sprawnym gestem chciał wykonać obrót jakimś pokrętłem po wewnętrznej stronie, czy klamką, zasuwą i... pokrętła nie było, ani niczego podobnego. A piwnica miała przecież stanąć przed nimi otworem! Tylko po co oni mają tam wchodzić? Zwłaszcza, że ich samolot... już raczej nie ich... On właśnie odlatuje za dwadzieścia minut, szansa właśnie przepadła! Nie ma już ich wyprawy na odległy kontynent, nie ma tajemniczych drzwi do złotej komnaty, nie ma nic, poza wstydem, że wszystko spaprali...Co oni teraz wszystkim powiedzą?! Na dodatek Marek zawiódł dziadka! Ich drogie bilety przepadły i wszystko przepadło wraz z nimi...Przecież mieli zdążyć zabrać tylko kluczyk od piwniczki, Boże! I Jutrzenka miała wskazać im drogę! Wskazała, a oni wszystko zmarnowali. Słuchajcie... Zaczęła nieśmiało Marta. A jeśli nic nie jest stracone? Jak to?! A tak, że być może właśnie przejdziemy zaraz przez swoje drzwi tajemnic, tylko trzeba brnąć dalej! Andrzej roześmiał się, ale po chwili ten drwiący śmiech skamieniał, zastygł na jego twarzy. Spojrzeli wszyscy po sobie z dziwnymi minami i jedno za drugim przekraczało po chwili drzwi tajemnic we własnym kraju, na wiosce zabitej deskami...Marek znalazł sposób na otwarcie. Okno miało wmontowane w ramę ruchome wielkie wskazówki zegara i jeśli wskazówki ustawione były na skos, na szybie, otworzyć okna a więc wejść się nie dało, ale jeśli wskazówki nasunąć na ramę, wejść można było bez problemu. Na dodatek wskazówki otwierające okno musiały znajdować się na godzinie trzeciej, godzinie miłosierdzia. Kotka oczywiście wchodziła przez malutką wybitą część, oni musieli otworzyć okno. No ładnie... Pięknie! Po prostu super! Rzucał co chwilę ktoś z nich, ale numer! Numer to będzie, jeśli zostaniemy bez plecaków, bez jedzenia, picia, latarek, w takich starych piwnicach nigdy nic nie wiadomo. Piotr wyskoczył przez okno piwniczne i przywlókł wszystkim ich ciężkie plecaki, podając każdemu do rąk jego własność. Teraz oto stali u progu swojej wyprawy, jakże innej, niż ta, o której marzyli i do której tak się przygotowywali. Tylko co my powiemy, kiedy nasi drodzy bliscy zadzwonią do nas na komórkę, lub wyślą sms, czy maila?! Nic! Jak to, NIC?! Już słyszę i widzę te ich kpiny z nas! Nie martwmy się, powiedział Andrzej. Zwyczajnie będziemy zdawać relację z naszej wyprawy, trochę będzie problemów z zasięgiem itd.,. itd., no i wszystko gra! Zresztą poprosimy, by uszanowali naszą wyprawę duchową i na opowieść cierpliwie zaczekali do naszego powrotu, no nie? Jasne, tak, oczywiście, jasne, potwierdzili wszyscy. No to, do dzieła! Marek wykrzyknął te słowa niczym przywódca naukowej wyprawy, lub dowódca kompanii wojskowej. Miauuu... zdawali się słyszeć akceptację Jutrzenki.

Ruszyli. Z początku w grę wchodziły jedynie latarki, nigdzie nie było widać kontaktu, ani żarówki, ciemności egipskie przepełniały piwniczkę. Pajęczyny snuły się między nimi niczym opowieść sprzed wieków, sprzed tysiącleci, którą ktoś nagle odkrył, naruszył, zdmuchnął kurz z okładki tajemnej księgi, w której tkwiła zaklęta od początku dziejów ludzkości...Patrzcie! Marta oświetliła dziwne metalowe drzwi bez klamki, bez zamka... Zupełnie jak tamte drzwi z naszej niedoszłej podróży! Niekoniecznie niedoszłej, zauważył Andrzej. Podróżujemy właśnie przecież! Spójrzcie!!! Marek wrzasnął, a kotka niby echo wrzasnęła po kociemu za nim, gdzieś znów za jakąś ścianą! Ona jest naszą przewodniczką! A żebyś wiedział! Marta potwierdziła słowa Piotra. Na drzwiach widniał wyraźnie napis: IZBA B...No cóż, poniekąd stali u TAMTYCH drzwi bez odbycia podróży odrzutowcem. Marek wspomniał tu swój dziwny sen z nocy poprzedzającej wyjazd. Lecieli w nim swoim odrzutowcem, samolot jednak leciał dziwnie nisko, wszyscy bali się, że coś jest nie tak. Chwilami wznosił się wyżej, wówczas cieszyli się i nawet wykonali parę fotek z góry. W pewnym momencie jednak zauważyli, że odrzutowiec wyraźnie zniża lot i...bezpiecznie ląduje. Nie było więc ich dalekiej podróży, lądowali gdzieś w Polsce! Okno w samolocie było wybite i pilot ze snu stwierdził: TRZEBA SIĘ PRZESIĄŚĆ NA INNY SAMOLOT, JEŚLI CHCECIE DOTRZEĆ DO CELU. Tu sen się urwał. Jezu, tu o coś chodzi! Jakby nie było, "lądowaliśmy" w Polsce, no nie? Słuchajcie, nawet jeśli mieliśmy znaleźć się właśnie tu, a nie w odległym kraju, to przecież dziadek nie mógł mieć pewności, że nie polecimy, tylko trafimy tutaj... Więc jakby wyższa siła sama pokierowała nami, skoro jednak tak miało wyjść. Co ma być, to będzie, choćby nie wiem co! Tak więc w Polsce, czy nie w Polsce, ale jednak mimo wszystko w Polsce - oto stoimy przed drzwiami IZBY B! A może stąd mamy zabrać coś i lecieć dalej?! O nie...nie...To, czego szukasz w dalekim kraju, może być pod progiem w twoim własnym domu, pamiętacie?! No tak... A czyj jest ten dom? Marka! A piwnica też jest poniekąd po progiem? No jest! Więc wszystko gra? No... jakby tak. Jakby?! Wszystko dokładnie gra! No! Więc nie traćmy czasu, tylko do dzieła! To co, może fotki IZBY B? Jasne! Jednak najpierw wyskoczę na zewnątrz i fotka okna ze wskazówkami, fotka samego domu, kotki, jeśli ją zdołamy uchwycić, no i nasze osobiste fotki...Marek wyskoczył przez okno piwniczne i przyniósł bagaże dla każdego, wrzucając je w dół, do piwnicy, po czym utrwalił na fotkach co się dało, na końcu zaś same tajemnicze drzwi...Czujecie? Tu coś jest nie tak. To znaczy? To znaczy, że dziwnie się tu czuję w sensie fizycznym, zupełnie tak jakby...jakby...sam nie wiem co. Sugerujesz się i tyle! Rzucił Piotr do Marka, ale Andrzej z poważną miną stwierdził, że trzeba to miejsce zbadać. Jak niby? Wyciągaj z mojego plecaka miernik promieniowania elektromagnetycznego! Zwariowałeś?! Wyciągaj! Dobra, już się robi! Co? Szczura chcesz namierzyć, a może kotkę? Po chwili miernik promieniowania elektromagnetycznego szalał, zaś Marta osunęła się na podłogę, jeszcze przed użyciem miernika, więc nie była to sugestia. Marta! Jezus Maryja! Marta! I kobieta po chwili ocknęła się, twierdząc, że przed chwilą była w... WIECZERNIKU Z PANEM!!! I On na nią patrzył! Spojrzeli po sobie wszyscy bardzo zakłopotani...Wiem...wiem...nie wierzycie mi, uważacie, że to omamy jakieś, ale niczego tak pewna nie byłam, jak tego, że tam byłam i On sam na mnie patrzył! A apostołowie też byli? Zapytał całkiem poważnie Piotr. Tak! Dwóch! Stali koło Jezusa, jeden nawet klęczał, ale nie rozpoznałam, którzy to byli! A jak wyglądali? Nooo... tak dziwnie trochę, bo oni wyglądali jakby ich ciała były zrośnięte z odzieniem, dziwne to takie i chudzi bardzo byli i z zarostem. A ten pierwszy co stał, to nawet najpierw leżał. Leżał?! Tak, na wznak, potem stanął jakoś tak dziwnie szybko i sprawnie, jakby dźwignięty niezwykłą siłą, tak bez zginania kolan, tak sztywno jakoś, a ten drugi klęczał. A coś mówili? Nie, tylko... tylko ten co klęczał strasznie płakał! Może to Judasz był, albo Piotr i płakali, że Go zdradzili, zaparli się? Nie wiem, ja nic nie wiem i nie pojmuję! Ale wiecie co? Tu się coś wielkiego wydarzy, ja to czuję! Sądząc po wskaźniku miernika promieniowania, z całą pewnością się zdarzy, tylko czy my to przeżyjemy?! No chyba dziadek na śmierć by nas nie wysłał? No, raczej nie... Odetchnęli wszyscy z ulgą po tym stwierdzeniu, jednak niepokój tańczył w każdym z nich szalony jakiś taniec niedobranych par, taniec chęci poznania ze strachem, radości z obawą, pragnieniem przygody z wątpliwością, czy im wolno...Jednak wszystko to zwyciężyła ciekawość, kończąc cały ten szalony pląs swym ostatnim krokiem. Spójrzcie! Zawołała Marta. Co?! Gdzie?! No tu! Po chwili wszystkie pary oczu skierowane były na urządzenie. Jednak coś było nie tak, gdyż nic nie działało i nie było wiadomo jak to włączyć. To jeszcze nie wszystko! Na drzwiach dopatrzyli się także wyrytego fragmentu hymnu wielbiącego Pana. Przyjrzyjmy się jednak tej części piwnicy, w której obecnie jesteśmy, może tu coś jeszcze jest! Nic tu nie ma, mężczyźni krytycznym wzrokiem obrzucili kwadratowe pomieszczenie utopione w półmroku. Chyba niezupełnie, odezwała się Marta. Tak? A co ty tu widzisz? Widzę cztery niewysokie prostokąty ze znakami i wy też na nie patrzycie, tylko nie widzicie! Mężczyźni! Zadrwiła Marta. Kobiety... kobiety, zawsze dopatrujecie się czegoś tam, gdzie niczego nie ma. To wy, mężczyźni jak zwykle patrzycie, ale nie widzicie! A co to za znaki niby widzą twoje mądre, wszechwidzące piękne kobiece oczy, zażartował z przekąsem Piotr. Jezu, to wygląda jak... jak... jak... Jak cztery ołtarze w Boże Ciało! Wykrzyknął odkrywczo Marek. No to trzeba przejść w takiej mini procesji od ołtarza do ołtarza i zobaczymy, co się wydarzy! No...chyba nie mamy wyjścia. Przejść to mało, my musimy odtworzyć wszystko, co dzieje się na takiej procesji! A skąd niby weźmiesz Ciało Chrystusa?! Przejdziemy bez monstrancji i tyle! Dobra, zaczynamy... A płatki kwiatków skąd weźmiemy? Ja już w każdym razie stąd do ogrodu po kwiateczki nie wychodzę! Nie żartuj sobie, ostro spojrzała na Piotra Marta. Podzwonić możemy kluczami, wtórował koledze Marek. Dość!!! Ton Marty był bardzo ostry. Dobrze, już dobrze, przecież my tylko żartujemy! Z takich spraw się nie żartuje. Oj Marta, przecież my bardzo wierzymy, przecież wiesz, tylko tak się wygłupiamy z tej niemocy. Ta wybita cząstka okna też ma swoje znaczenie, poważnie powiedział Piotr. Tak? Jakie? Zdziwienie Marty nie miało granic. Ano takie, odezwał się po raz pierwszy Andrzej, że pokazuje niezgodne z jakimiś prawami włamanie, dostanie się do czegoś ważnego złą drogą, jak złodziej! Pamiętacie? Kto wchodzi inną bramą, niż tylko przeze Mnie, wchodzi jak złodziej! Wszyscy zamarli, to była niepodważalna prawda, chociaż niezbyt ją rozumieli jeszcze tak do końca. Idziemy w procesji! Poszli według planu, a więc: przy pierwszym ołtarzu czyta się ewangelię wg św. Mateusza o ostatniej wieczerzy, co nawiązuje do ustanowienia Eucharystii przez Jezusa, czyli właśnie sakramentu Bożego Ciała. Przy drugim wierni słyszą fragment ewangelii wg. św. Marka o rozmnożeniu chleba. Tu Eucharystia pokazywana jest jako pokarm, który pozwala nam wzrastać duchowo i przybliżać się do Boga. Trzeci ołtarz to ewangelia wg. św. Łukasza, ten fragment opowiada o zaproszonych na ucztę, a Eucharystia jest pokazana jako zadatek nieśmiertelności. Przy ostatnim ołtarzu Eucharystia jest ukazywana jako sakrament zjednoczenia i czyta się fragment z ewangelii wg św. Jana - tłumaczył w komentarzu o Pisma Św. ks. Zdzisław Kieliszek.

Co pisze na drzwiach? To jedno zdanie z hymnu sławiącego Boga! No to wypowiedzmy je! Wypowiedzieliśmy i nic! Głośniej! Znów nic. Słuchajcie, my TYLKO mówimy, nie czując uwielbienia! To trzeba poczuć! To wytworzy wibracje, które je otworzą! Nie jesteśmy na to gotowi ani tak mocni. Ale po co mamy odtwarzacz?! Bo to coś w rodzaju odtwarzacza chyba? Włączyli. Popłynął hymn w takiej tonacji i z taką mocą, że prawie zatrzęsło komnatą i...metalowy mechanizm ruszył! Drzwi bardzo powoli i dostojnie rozsunęły się. To portal! To jakiś portal, Jezus, Maryja! Halo, tu Ziemia Marku! To nie portal, to tylko tajemnicza piwnica dziadka, starali się go przyprowadzić do porządku inni. Nieprawda! Zobaczycie wszyscy, tu coś jest! Teraz włączyli znów miernik pola elektromagnetycznego i...nie starcza skali!!! Miernik wariuje! Wchodzimy! Kto pierwszy? Marek wysunął się do przodu, jako właściciel posiadłości. Za nim poszli po kolei inni i nagle wszyscy stali w czworokątnej sali, w której panowały ciemności rodem ze starożytnego Egiptu w trakcie zaćmienia słońca, kiedy to faraon stawał na wysokościach i mamił nieświadomy lud, że oto on jest Bogiem. Bo kiedy zabraknie światła, możemy ulec fałszowi, ułudzie, uwierzyć kłamcy! Atmosfera w piwnicy przypominała zwiedzanie piramid! Zapach był dziwny, oto jedyne określenie, jakie można tu było zastosować. Dziwny. Stęchlizna? Z pewnością, ale pośród niej zapach jakby przypominający więdnące i rozkładające się na grobie naręcze kwiatów, jakby echo zapachu kościelnego kadzidła, dymu świec, jakiś lekki gaz?...Tego nie dało się określić tak jednoznacznie. Żadnego znaku myszy, szczurów, cisza idealna. Co ciekawe, nie było tam raczej pajęczyn, bo nie czuli ich na twarzach, a to już było prawdziwie niezwykłe lub dziwne! Mrok nie zdradzał niczego, co pomieszczenie kryło w sobie. Ciekawe... Miernik promieniowania szalał i nie przestawał pokazywać, że brakuje mu skali! A może on zwyczajnie nas wykrywa, a nie jakieś inne życie? Oszalałeś? Widać, że z fizyki to raczej niezbyt ci szło. Słuchajcie, on wykrywa życie, ale w jakiejś formie potężnej, przepotężnej! Tylko że tu nic nie widać, a latarki nie działają! Dlaczego nie działają?! Co jest?! Marek wyjął z plecaka przedmioty pochodzące ze skrzyneczki dziadka i wziął do ręki dziwny, ciężki, czarno - złoty długopis, wyglądający jak miniaturka egipskiej kolumny. Może ten długopis ma w sobie jakąś lepszą, inną wbudowaną latarkę, tak mi coś podpadł, kiedy go zobaczyłem pierwszy raz, może zadziała! Naciskaj! Szybko! Marek naciskał, ale nic to nie dawało. Kierował długopis przed siebie, w boki...Może pionowo w dół lub w górę! Spróbuj! O ile w dół nie dało nic, to kiedy skierował go pionowo w górę...Coś lekko jakby wybuchło i poszło dziwnym pogłosem, zaś kwadratowe średniej wielkości pomieszczenie napełniło się potężnym światłem... Wokół nich wyrastały jedne po drugich kształty, symbole, najpierw tylko światło, zaś w świetle ukryte były tysiące, miliardy wzorów chemicznych, astronomicznych, fizycznych, matematycznych, całe łańcuchy wzorów, reakcji chemicznych, ciągi liczbowe, z nich powstawały odpowiadające im kształty, organizmy, formy życia, zaś muzyka, jaka zapełniła sobą przestrzeń wyścielała serca jedwabiem, aksamitem...Jezu...Boże...to hologram o powstaniu życia! Mogli po chwili dotykać zwierzęta, rośliny, wszelkie stworzenie, a nawet przekładać dłonie przez nie, no bo to przecież hologram...Cudowna tęcza zalała pomieszczenie i wtedy hologram pokazał Adama i Ewę, Raj... Ewa zerwała i zjadła... OWOC GRANATU, ALBO GRUSZKĘ, WCALE NIE JABŁKO, dała go też Adamowi i scenki znane z Biblii przeplatały się z tymi, o których mało kto wie, a jeśli wie, woli milczeć. Hologram pokazywał skrótowo bardzo znane postaci i miejsca, całą historię ludzkości w pigułce, która migała niczym na przyspieszonym filmie, aż... wyszedł do nich z hologramu człowiek - pustelnik jakby, odziany na wzór Jana Chrzciciela. Pokazane zostały symbolicznie i skrótowo bardzo wszystkie scenki z życia Jezusa Chrystusa w ludzkim ciele, aż do skonania na krzyżu i zmartwychwstania. A kiedy zmartwychwstał, stał się ogromny wzrostem, symbolicznie tak, że ujrzał dzieje wszystkich narodów aż do skończenia świata...Muzyka wciąż wyścielała serca strugami miodu. Nagle nastąpiło coś zaskakującego. Wszystko zgasło, po czym hologram ukazał salę wykładową, a w niej współczesnego wykładowcę. Siedział i opowiadał...Wskazywał też ukazujące się scenki, a scenki ukazywały...CZASZKĘ CZŁOWIEKA. Pokazano szyszynkę, przysadkę, cały wodociąg mózgu, wszystkie procesy, Gody Baranka, system czakr, w tym tą siódmą, nasze siódme niebo! Pokazano system nerwowy ciała fizycznego i meridiany, czyli system nerwowy ciała subtelnego! POKAZANO HOLOGRAFICZNY NAPIS, KTÓRY WYWOŁAŁ DRESZCZE GROZY...

Największa tajemnica ludzkości

Napis z hologramu głosił wyraźnie i jednoznacznie: "NAJWIĘKSZA TAJEMNICA LUDZKOŚCI"

WYJAŚNIENIE ZASZYFROWANYCH W BIBLII ZNACZEŃ

Wielki tron, na którym zasiada Bóg i 24 inne trony dookoła z zasiadającymi na nich starcami

- Główny tron w środku to mózg, 24 mniejsze dookoła z siedzącymi na nich starcami (symbolizują oni wiedzę) to 24 zwoje nerwowe. Mózg to symbol pamięci i całej wiedzy w nim zawartej łącznie z tą ze wszystkich poprzednich wcieleń.

- 7 ognistych lamp płonących przed wielkim tronem ('duchy Boga') to posłańcy mądrości w nas ukrytej, którzy wspierają nas w zwalczaniu przeszkód stojących na drodze do całkowitego duchowego przebudzenia. Każdy z nich opiekuje się jednym poziomem świadomości odpowiadającym określonej czakrze. Pomagają nam odróżnić siły (czyny, myśli, emocje) dobra od sił zła wewnątrz naszej natury. Są niczym anioły, które wciąż podpowiadają nam, które uczucia i myśli są pozytywne i dobre, czyniąc nas "czułymi, delikatnymi, uduchowionymi, czyniąc z naszego ciała świątynię".

- 4 zwierzęcia to 4 fundamentalne rodzaje żądz, pragnień i negatywnych cech człowieka, które człowiek musi pokonać na drodze do odnalezienia swojej duchowej tożsamości; odpowiadają one czakrom 1-4. "Apokalipsa" pomaga zrozumieć naturę tych destrukcyjnych siły (ich działanie) i pokazuje, jak ujarzmić/opanować ich ciemną stronę.

3.- Księga przeznaczeń i baranek, który ją otwiera

Księga symbolizuje informacje o naszym ciele, o naszej kondycji emocjonalnej i umysłowej i o tym, jak je oczyścić, aby zrobić kolejny krok na drodze do poszerzenia świadomości. Baranek to nasza nadświadomość, która potrafi w tej księdze czytać i odpowiednio te informacje interpretować.

4.- 7 pieczęci otwieranych przez baranka

a.-4 pierwsze: Czterech Jeźdźców Apokalipsy: biały koń jako zwycięzca z wieńcem // koń ognisto czerwony z jeźdźcem, który "odebrał Ziemi pokój" // czarny koń, a na nim jeździec z wagą w ręku // "blady koń" z siedzącą na nim "Śmiercią" i towarzysząca jej "Otchłanią"

4 konie odpowiadają czterem czakrom 1-4 i symbolizują burzliwą dynamikę dzikich żądz oraz silnych emocji, które są niczym pędzące konie. Koń biały to symbol 1.czakry, a potem kolejno: czerwony - trzeciej, czarny - drugiej i blady - czwartej,

Kiedy Cayce'emu zadawano pytania dotyczące symboliki koni, przekazał on w tym kontekście sporo informacji na temat gruczołów dokrewnych przyporządkowanych poszczególnym czakrom, bo jak już wcześniej wspomniałam, według E. C. hormony wydzielane przez te gruczoły mają znaczący wpływ na naszą emocjonalność. Nie bez przyczyny Jan przy drugiej czakrze (2.trąba) podaje właściwości trzeciej i odwrotnie. Również Cayce w swoich readingach, wymieniając kolejno czakry, przy drugiej czakrze podaje cechy trzeciej, a przy trzeciej - drugiej. W ten sposób można odnieść wrażenie, że zamienia czakry miejscami. Ma to właśnie związek z gruczołami i wydzielanymi przez nie hormonami (Monika: "Ta sama kwestia pojawia się we wpisie 82 na temat modlitwy "Ojcze Nasz", tylko że pisząc ten artukuł parę ładnych miesięcy temu, nie miałam tej wiedzy, co dzisiaj; studiowanie tysięcy readingów Cayce'ego i łączenie ich w jedną spójną i logiczną całość wymaga sporo czasu. Tak więc dopiero czytając readingi dotyczące Apokalipsy, znalazłam odpowiedź")