Portal brunatnej czarownicy - Renata Opala

-
Proszę czekać

rozdzial pierwszy

Zuza? Muza? Róża?

- A więc tak... - surowym głosem powiedziała mama.

- Nie zaczyna się zdania od "więc" - burknął Łukasz pod nosem, niby cicho, ale tak, żeby jednak mama usłyszała.

- A więc taaak... - powtórzyła mama z naciskiem i pochyliła głowę, chcąc spojrzeć Łukaszowi w oczy.

Zajął się dokładnym, bardzo dokładnym rozsmarowywaniem masła na leżącej przed nim skibce chleba.

- Ta mama jest bezlitosna - pomyślał. - Jak nie w czasie obiadu, to w czasie kolacji. I koniecznie przy ojcu. Po takim wstępie. Klapa! Nici z zimowiska.

- ... byłam na wywiadówce. Polski, kiepsko, matematyka, kiepsko... Podobno bardzo lubisz wuef. Prawda? I co? Jak masz trampki, to nie masz spodenek, jak masz trampki i spodenki, to koszulka została w domu... Nie rozumiem, co się z tobą dzieje. Czy mam zwolnić się z pracy i jak pierwszakowi kontrolować tornister, sprawdzać, czy masz papucie i drugie śniadanie? Czesać cię co rano i na żel zakręcać loczek nad czołem, a po południu razem z tobą odrabiać lekcje?

- No, chłopie - odezwał się tata - myślałem, że dziesięć lat to pora, tak jak mówi mama, na samodzielność. Widzę tylko jedno wyjście: po pierwsze, zastanowisz się i przemyślisz wszystko, o czym mówiła mama, po drugie, w czasie ferii odrobisz zaległości.

- Ależ tato!

- Co, tato? Co, tato? Miałeś czas na kolegów, piłkę, kino, to teraz trzeba znaleźć czas na naukę. A zabrałeś się chociaż za ten nowy program komputerowy?

- Jeszcze nie zdążyłem...

- Sam widzisz. Robisz tylko to, na co masz ochotę...

W tym momencie zadzwonił telefon. Łukasz, upatrując w tym wybawienie od dalszych uwag, rzucił się do korytarza. Niestety. To dzwoniła ciocia Jadwiga i chciała rozmawiać z mamą. Wrócił do stołu i usiadł ze zwieszoną głową.

Rozmowa telefoniczna trwała dosyć długo. Ze słów i zdań wypowiadanych przez mamę wnioskował, że rozmawiają również i o nim.

- Umówiłam się z ciocią Jadwigą, że pojedziesz na ferie do niej, do Smokowca - powiedziała mama, wracając do stołu.

- Do ciotki?! Zimą na wieś?! No, nie!!! To już wolę zostać w domu!

- Twoja kuzynka Zuzia ma nogę w gipsie. Nie może chodzić, a w związku z tym, nigdzie pojechać. Marek, jej starszy brat, opiekował się nią przez dwa tygodnie, ale musi wracać na uczelnię, bo rozpoczynają się egzaminy. Jutro wyjeżdża do Łodzi i Jadwiga pomyślała o tobie. I nie protestuj - wycelowała w Łukasza wskazujący palec. - Już jej to obiecałam.

- Ty to masz szczęście - kiwając głową, powiedział tata. - Z nauką znowu ci się upiekło.

- No, nie! - Łukasz zrobił tragiczną minę. - Żeby to chociaż był chłopak. A to dziewucha! Jest na pewno gruba, ruda, piegowata i ma stale przetłuszczony warkocz. I brudne, obgryzione paznokcie. Do tego nie ma przednich zębów i sepleni... Najmądrzejsza na świecie i zarozumiała jak każda jedynaczka. Cud-miód-malina, ordery-rowery...

- A może myślisz o sobie? - w głosie taty pobrzmiewała wyraźna kpina. - Ona ma chociaż starszego brata, a ty na pewno jesteś jedynakiem.

- Dawno jej nie widziałem - Łukasz odstawił szklankę. - Ostatni raz spotkaliśmy się pewnie w piaskownicy.

- Nie w piaskownicy, ale na plaży w Ustce - mama zaczęła zbierać talerze. - Mieliście wtedy chyba po pięć lat. Nie wiem, jak teraz wygląda Zuza, ale kiedy widziałam ją ostatnio, miała rude, sterczące jak patyki włosy, przednie zęby duże jak u zająca, małe, kosmate uszy i jedno oko pośrodku czoła.

- Niech mnie mama nie straszy, bo dostanę trzęsiączki.

- Trudno. Bez względu na to, jak wygląda, musisz się poświęcić i zająć się nią przez tydzień. Potem wrócisz do domu i zaczniesz odrabiać zaległości.

- Zuza. Co za fatalne imię! - Łukasz wstał od stołu i wszedł do łazienki. - Co mama chce od mojej fryzury? - mruknął pod nosem. Przejrzał się w lustrze, nastroszył obcięte na jeża włosy. - Loczek nad czołem?! Kolesie skręciliby się ze śmiechu. Zuza, Muza, Róża, Żuża... Fatalne imię. Idę spać.

- Tak wcześnie? Nie obejrzysz teleturnieju?

- Mi-to-ki-to. Ta wiadomość zwaliła mnie z nóg.

rozdzial drugi

Zuza

Tata i Łukasz wyjechali zaraz po kolacji. Kiedy podjechali pod stojący na skraju wsi dom ciotki Jadwigi, było już po północy. Mimo to czekał na nich ciepły posiłek, gorący prysznic i spanie pod prawdziwą, pękatą pierzyną w nieopalanym pokoju na piętrze. Coś wspaniałego!

Kiedy Łukasz obudził się następnego ranka, zegar na komodzie wskazywał dziewiątą. Spał tak mocno, że nie słyszał samochodu odjeżdżającego nad ranem ojca. Przeciągnął się leniwie, a potem wyskoczywszy z łóżka, ubrał się w zawrotnym tempie i zaczął oglądać pokój. Tapeta była spłowiała, dywanik przy łóżku nienowy, drewno podłogi nieco podniszczone. Obejrzał też rodzinne fotografie rozmieszczone w przypadkowych ramkach i przestawił w inne miejsce stary gliniany dzban pełen suszonych kwiatów. Zaburczało mu w brzuchu, więc nie czekając na zaproszenie, zbiegł na parter.

- Kakao? Mleko? Herbata? - ciocia Jadwiga nakrywała do śniadania.

- Może być mleko. Ale zimne. Nienawidzę kożuchów.

- No to w takim razie herbata. O zimnym mleku postaram się pamiętać jutro. Bułka czy chleb? A może rogalik? A zresztą, po co się pytam. Siadaj i jedz to, na co masz ochotę.

Z korytarza doleciał jakiś dziwny odgłos.

- Plask, plask, plask - i przerwa, i znowu: - Plask, plask, plask...

- Idzie Zuza - powiedziała ciocia. - Idzie, a raczej podskakuje na jednej nodze. Marek jak był, nosił ją na rękach, ale dla mnie jest za ciężka. Zresztą ona chce sobie radzić sama...

W tym momencie otworzyły się drzwi i Łukasz z wytrzeszczonymi oczami oraz z kęsem bułki w ustach zastygł. Dziewczynka, którą zobaczył, wcale, ale to wcale nie była tą, którą sobie wyobrażał. Brunetka o krótko ściętych, kręcących się włosach stała na lewej nodze, opierając się przedramieniem o klamkę. Prawą nogę, grubą i chyba ciężką, unosiła nieco w górę i w bok. Na zdrowej nodze miała sportowy but i wełnianą zakolanówkę, taką samą, jak na nodze w opatrunku gipsowym, a do tego krótkie, dżinsowe szorty i kremowy sweter z golfem.

- Dzień dobry - powiedziała jakby z przymusem. Krótko spojrzała na Łukasza i spuściła głowę.

- Oj, Zuza! Prosiłam, żebyś tyle nie skakała! Powinnaś spokojnie i powoli chodzić o kuli.

- E tam! Tak jest prędzej i śmieszniej - podskoczyła jeszcze dwa razy i zaczęła sadowić się za stołem. - Tak strasznie hałasuję, że wszystkie myszy z domu pouciekały. Pies, jak mnie zobaczył, podwinął ogon, wlazł pod łóżko i za nic nie chciał wyjść. Dopiero parówka go skusiła... - zamilkła i obu rękoma zaczęła wygładzać nieistniejące zagniecenia na obrusie.

- Łukasz przyjechał w nocy - powiedziała mama Zuzy. - Nie było sensu cię budzić. Ale teraz możecie się przywitać.

- Cześć - dziewczynka wyciągnęła rękę. - Słyszałam, że jesteś tu za karę.

- Zuza! Zachowuj się! - ofuknęła ją ciocia Jadwiga.

- No co? - zaperzyła się Zuza. - Tak mówiła jego mama, a dorośli nie kłamią - dodała złośliwie. - Pewnie - ciągnęła dalej - zimowisko z kolegami w Karpaczu jest fajniejsze od siedzenia na wsi. Ale nie martw się. Tu też znajdą się jakieś atrakcje. Wieś nazywa się Smokowiec, więc kto wie... może trafi się jakiś smok, niekoniecznie wawelski... Tydzień wytrzymasz. Zawsze też możesz skręcić nogę w kostce... Albo zerwać ścięgno Achillesa... Gips to też pewnego rodzaju atrakcja...

- Ja się wcale nie martwię - Łukasz wreszcie przełknął trzymany w ustach kęs i podał Zuzi rękę. - Gdybym nie chciał tu przyjechać, to po prostu zostałbym w domu - powiedział, a w duchu pomyślał: - Akurat! Nie przy moich starych! Ale przecież nie mogę się przyznać, że w tej sprawie nie miałem nic do powiedzenia.

Ciocia Jadwiga postawiła na stole parujące szklanki: przed Łukaszem herbatę, przed Zuzą kakao.

- Jedzcie spokojnie, moje dzieci - powiedziała, kierując się w stronę drzwi. - Idę do pracy. Wrócę późno, bo w tym tygodniu mam dyżury w szkolnej świetlicy. Na Dzień Babci, który będziemy uroczyście świętować w pierwszą niedzielę po feriach, przygotowujemy specjalny program. Obiad macie w piekarniku. Dacie sobie radę. - Wyszła na korytarz, a po chwili usłyszeli trzaśnięcie drzwi wejściowych i skrzypienie śniegu na ścieżce pod oknem.

Teraz Łukasz był całkowicie zdany na towarzystwo Zuzy.

? Copyright by Wydawnictwo skrzat2015
Wydanie elektroniczne
Zespół redakcyjno-korektorski:
Wydawnictwo Skrzat
Skład:
Wydawnictwo Skrzat
Projekt okładki:
Wydawnictwo Skrzat
ISBN 978-83-7915-258-2
Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 51 wydawnictwo@skrzat.com.pl Odwiedź naszą księgarnię internetową: www.skrzat.com.pl