ROZDZIAŁ 3
Lucarno wiedział, że w Marakidzie nie da się niczego utrzymać w sekrecie dłużej niż parę dni, ale nie sądził, że wieści o jego kandydaturze rozniosą się aż tak szybko. Miasto zawrzało od plotek i domysłów. Wszyscy się zastanawiali, dlaczego rodzina la Castellano wybrała akurat jego i jaki miała w tym interes. Doszło do tego, że na progu swojego domu znajdował listy z pogróżkami albo obraźliwymi aluzjami co do jego relacji z imperatorem, a raz nawet jakiś uboższy kupiec rzucił w niego jajkiem, kiedy młodzieniec przemierzał dystrykt zwany Mosiężną Tarczą. Te okoliczności zmusiły go do rezydowania w Pawim Oku i brania ze sobą eskorty zawsze, kiedy tylko wybierał się gdzieś poza obręb trzech najbogatszych i najbezpieczniejszych dzielnic. Chociaż starał się zachowywać normalnie, towarzyszące mu na każdym kroku szepty i wymowne spojrzenia sprawiały, że zaczynał tracić pewność siebie. Od początku liczył się z tym, że znajdzie się na językach, ale nie sądził, że wybory wywrócą jego życie do góry nogami.
Przeklęty Cesar, myślał z gniewem. Przez tego człowieka zawsze wpadał w kłopoty.
- Stryju, czy to naprawdę konieczne? - zapytał udręczonym głosem, kiedy krawiec po raz kolejny pokłuł go szpilkami. - Nie potrzebuję całej garderoby nowych ubrań. Co jest złego w moich czarnych kostiumach i kurtkach ze smoczej skóry?
- Nie pasują do wizerunku naszej rodziny, a to ty ją reprezentujesz - odpowiedział Daraian, patrząc na bratanka krytycznie. - Powinieneś ubierać się w nasze rodowe barwy. Do tego kompletu może biały żabot? - zwrócił się do krawca, który nadal walczył z nadprogramowymi warstwami materiału.
- Tak, panie. Biały żabot i białe koronki przy mankietach. Co jeszcze doliczyć do zamówienia?
- Niebieskie i srebrne spinki, przynajmniej trzy nowe kapelusze, pantofle i buty do galowego kompletu... Czy o czymś zapomniałem? - zastanawiał się na głos Daraian, spacerując po pokoju.
- Może powinniśmy zamówić coś ekstrawaganckiego specjalnie na spotkanie Lucarna z imperatorem? Może nową bie...
- Ignazio, wystarczy! - syknął Lucarno, posyłając kuzynowi zabójcze spojrzenie.
Ignazio nic sobie jednak z tego nie robił. Siedział w fotelu i popijał wino, doskonale bawiąc się jego kosztem.
- Chcę tylko pomóc - zapewnił ze słodkim uśmiechem. - W aktualnym stanie będziesz się musiał bardzo postarać, żeby imperator nie uciekł z wrzaskiem na twój widok. Spójrz na siebie, wyglądasz koszmarnie. Te wory pod oczami, włosy w nieładzie, strój, jakbyś przyjechał z prowincji...
- Masz coś jeszcze miłego do powiedzenia?
- Ignazio mimo wszystko ma rację - stwierdził Daraian, czym zirytował Lucarna jeszcze bardziej. - Jeśli chcemy, żeby nasz plan się powiódł, musisz prezentować się nienagannie. Powinniśmy przynajmniej zrobić coś z twoimi włosami.
- Sugerujesz, żeby je ściąć, stryju? - Lucarno nie przywiązywał aż tak wielkiej wagi do swojego wyglądu jak inni członkowie jego rodu, ale opadające na ramiona loki w kolorze kłosów pszenicy zawsze uważał za swój największy atut.
- Jeśli można, panie, odradzam skracanie włosów - wtrącił krawiec. - Teraz w modzie są fantazyjne upięcia w stylu ravijskim i wszyscy arystokraci zamawiają peruki, żeby sobie na nie pozwolić. Naturalnie długie włosy to przedmiot wielkiej zazdrości.
- Skoro tak pan twierdzi... - Daraian zmarszczył brwi.
Lucarno odetchnął z ulgą, kiedy krawiec wreszcie skończył swoją pracę. Cały dzień spędził na wybieraniu materiałów, ocenianiu projektów i mierzeniu starych ubrań, które miały zostać gruntownie przerobione. Był już tym naprawdę znudzony.
- Kiedy możemy się spodziewać dostarczenia nowych strojów? - spytał krawca stryj.
- Najszybciej za cztery tygodnie, panie. Mamy teraz wiele zamówień. Gdyby jednak zapłacił pan stosownie dużą zaliczkę...
- Jak dużą? - podchwycił Daraian. - Sto złotych astarów wystarczy, żebyście skrócili czas oczekiwania o połowę?
Krawiec wyglądał, jakby zastanawiał się nad tą ofertą.
- Trudno mi powiedzieć, panie. Musielibyśmy porzucić inne projekty i zaangażować do pracy cały nasz zespół...
- Dwieście. Dwieście złotych astarów i dwa razy tyle za wykonanie, jeśli efekt nam się spodoba - powiedział stanowczo Daraian. - Czy to wystarczy?
Lucarnowi zakręciło się w głowie na myśl o tak niebotycznej kwocie.
- Będziemy zaszczyceni, traktując pańskie zamówienie priorytetowo - powiedział usłużnie krawiec, przystając na propozycję. - Jeszcze dzisiaj przystąpimy do pracy.
Daraian skinął głową.
- Na to liczę. Zależy nam na czasie.
Gdy krawiec opuścił pomieszczenie, Ignazio wstał z fotela i leniwie się przeciągnął.
- Co dalej mamy w planach? Hrabina Coletti chyba nie dała nam zbyt dużego pola do manewru, sądząc po liście nakazów i zakazów?
Daraian prychnął pod nosem.
- Dzisiaj pójdziemy na Forum Obywatelskie posłuchać plotek i przyjrzeć się, co robią inni kandydaci, żeby opracować strategię, jak ich pokonać - powiedział, po czym zwrócił się do swojego bratanka: - Musisz nauczyć się trzech rzeczy, które są najważniejsze dla każdego pretendenta.
- To znaczy? - zapytał Lucarno.
- Po pierwsze, pokazywania się we właściwych miejscach i we właściwym towarzystwie. Po drugie, świadczenia przysług i ściągania należnych długów. Po trzecie, umiejętności dyskredytowania swoich wrogów - pouczył go stryj tonem znawcy. - Na tym etapie kampanii powinieneś przede wszystkim poznać swoich przeciwników, żeby wiedzieć, z kim przyjdzie ci się zmierzyć. Twoim najpoważniejszym rywalem będzie z pewnością nobil Riccardo Astari. Stoi za nim potężny i wpływowy ród, który po kompromitacji Fidellich sprzymierzył się z ich dawnymi sojusznikami. Astariowie nie zawahają się wydać swoich bogactw, żeby cię zdyskredytować, dlatego musisz się pilnować. Nie wolno ci popełnić żadnego błędu, który oni mogliby wykorzystać, rozumiesz?
Lucarno pokiwał głową.
- Oczywiście, stryju. Kto jeszcze wystartuje w wyborach?
- Komandor Antonio Russo. Nie pochodzi on z żadnego starego rodu, ale ma poparcie wielu wojskowych i radykalnych mieszczan, więc należy na niego uważać. Jego poglądy są dość... szczególne. Arystokraci go nie znoszą. Ten człowiek chciałby dokonać przewrotu, a najchętniej oddać władzę w ręce ciżby. To zwykły prostak i wywrotowiec, jeśli chcesz znać moje zdanie.
- Russo przyciąga swoją charyzmą i stanowczością - zaoponował Ignazio. - Właściwie sam chętnie bym na niego zagłosował. Oczywiście gdybym nie głosował na naszego kochanego Lucarna - dodał zaraz, widząc miażdżące spojrzenie swego ojca.
Daraian odchrząknął.
- O czym to mówiłem? A tak... Poza Russem swoją kandydaturę zgłosi pewnie Aurora Santangelo i ktoś z rodu la Duców. Żadnemu z nich bym nie ufał, bo mogą sprawić naszej rodzinie niemało kłopotów.
Lucarno ani słowem nie wspomniał o swoim drobnym porozumieniu z markizem. Wolał, żeby Daraian dowiedział się o nim możliwie jak najpóźniej. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak mężczyzna zareagowałby na podobną informację.
- Wspomniałeś coś o dyskredytowaniu przeciwników, stryju. Czy to naprawdę konieczne? Nie chciałbym narobić sobie wrogów. Poza tym nawet nie wiem, jak miałbym się do tego zadania zabrać - powiedział zamiast tego.
Daraian spojrzał na niego pobłażliwie.
- Nie musisz zaprzątać swojej ślicznej główki tą kwestią, chłopcze. Zatrudniłem już odpowiednich ludzi, którzy zajmą się wyszukiwaniem informacji na temat innych kandydatów i przedstawieniem ich we właściwym świetle. Póki imperatora nie ma w stolicy, twoim głównym zadaniem jest obserwowanie działań podejmowanych przez twoich rywali. Ucz się od nich, naśladuj ich. Twoja kampania nie może im ustępować na żadnym polu.
- Z tego, co mówisz, stryju, wynika, że moi przeciwnicy mają już ugruntowaną pozycję i liczne grono zwolenników. Czy oczernianie ich naprawdę sprawi, że zyskam więcej wyborców? - Lucarno nie był przekonany do metod stryja.
- Nie liczyłbym na to, że kreowanie złego wizerunku pozostałych kandydatów zniechęci do nich ich stałych sojuszników i przyjaciół, ale może wpłynąć na zdanie tych Marakidczyków, którzy nie są jeszcze przekonani, na kogo głosować.
Lucarno zmarszczył brwi.
- I to dlatego muszę obracać się w odpowiednim towarzystwie?
- Dokładnie.
- A kogo, twoim zdaniem, można określić tym mianem? W Marakidzie mieszka wiele poważanych osobistości. Nie sposób schlebiać wszystkim - zauważył.
- Zainteresuj się przede wszystkim postaciami byłych i aktualnych polityków, zwłaszcza tych z rodów Omarro i Bazzinich, gdyż są one gotowe wesprzeć naszą rodzinę. Nie ograniczaj się jednak tylko do nich. Zwróć uwagę także na członków admiralicji, ambasadorów, przedstawicieli zagranicznych rodzin i najbogatszych ludzi w Marakidzie. Rozmawiaj z nimi na przyjęciach i przesyłaj im uprzejme liściki, a na pewno się tobą zainteresują. Oczywiście fakt, że wspiera cię sam imperator, także stanowi duży atut.
- I równie duży problem - mruknął Lucarno sceptycznie, ale jego stryj nie zwrócił na to większej uwagi.
- Poza przebywaniem we właściwym towarzystwie, powinieneś też zrobić wszystko, żeby wyborcy na dźwięk twojego imienia mieli same pozytywne skojarzenia - kontynuował swój wykład. - Wiesz, co to jest? - Wskazał na trzymany w dłoniach papier zapisany drobnym pismem. - To lista wszystkich dłużników naszej rodziny. Zapamiętaj: nigdy nie lekceważ wagi pieniądza. Ci zależni od nas ludzie są skłonni wiele zrobić, byle tylko przesunąć termin spłaty ich długu albo jeszcze bardziej się zapożyczyć.
- Oczywiście. Jeśli okażemy im litość i przyjaźń, oni w zamian będą dobrze mówić na temat naszej rodziny wszędzie, gdzie tylko się pojawią.
Stryj uśmiechnął się krzywo.
- Jak widzisz, wszystko mam pod kontrolą. Postaraj się zastosować do moich rad, a nie będziesz miał większych problemów ze zdobyciem sojuszników. Pamiętasz, jakie jest twoje główne zadanie?
- Tak, mam uwieść imperatora. Powtarzałeś mi to już setki razy - mruknął Lucarno. - Nie martw się, pamiętam, czego ode mnie oczekujesz, i zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby cię nie zawieść, stryju. Ciebie i całej naszej rodziny.
- Mam taką nadzieję. - Słowa stryja zabrzmiały jak ostrzeżenie. - Zgoda imperatora jest niezwykle ważna dla realizacji naszych planów. Pora, żeby la Castellano przestali cierpieć z powodu swej porażki pod San Verlano i odzyskali należne sobie miejsce wśród najznamienitszych rodów Marakidy, a może i całego Imperium. Ale wszystko w swoim czasie.
- Wszystko w swoim czasie? Co przez to rozumiesz, stryju? - chciał wiedzieć Lucarno.
Nie uzyskał jednak odpowiedzi, bo do pomieszczenia weszła Orania i skutecznie odwróciła uwagę zebranych od prowadzonej rozmowy.
Ciotka Lucarna była korpulentną kobietą po pięćdziesiątce, z wyglądu raczej przeciętną niż ładną. Wzrok miała ostry i przenikliwy, twarz bez zmarszczek, oczy szare, a włosy koloru słomy poprzetykane gdzieniegdzie siwymi pasmami. Niegdyś uchodziła za pożądaną partię, ale te czasy przeminęły bezpowrotnie, kiedy w wyniku wojny domowej zyskała szpetną bliznę w kąciku ust oraz została pozbawiona dwóch palców w ramach kary za zdradę.
- Przynoszę dobre wieści - oznajmiła, kierując te słowa do męża i syna. Lucarna nie obdarzyła nawet cieniem uwagi. - Chcą cię awansować na kapitana, Ignazio. Być może nawet sam imperator przypnie ci nowe odznaki, kiedy tu przybędzie.
Młodzieniec się rozpromienił.
- Nareszcie! Już myślałem, że się tego nie doczekam! Kto wie, może za jakiś czas uda mi się wyjechać z Marakidy i dołączyć do imperatorskich wojsk. Tam mógłbym zrobić prawdziwą karierę, nie to co tutaj.
- Przecież flota Marakidy jest lepsza od imperatorskiej - zauważył Lucarno, za co został obdarzony przez krewnych wyjątkowo nieprzychylnymi spojrzeniami.
- Mamy doskonałą flotę handlową, ale po co mam przez resztę życia pływać po spokojnych wodach, eskortując statki przewożące przyprawy i jedwabie? - zirytował się Ignazio. - Tutaj czeka mnie tylko nuda i monotonia, a z ramienia imperatora mogę wyruszyć na północ i wziąć udział w prawdziwej wojnie.
- Tutaj też możesz walczyć. Chroniłbyś marakidzkie statki przed piratami - upierał się Lucarno. - Gdybyś zdołał ich poskromić...
Nie dokończył, ponieważ przerwał mu Daraian.
- Chłopcy, darujmy sobie zastanawianie się nad tym, co będzie, kiedy Ignazio otrzyma odznaki. Mamy teraz powód do świętowania, więc świętujmy. Potem zajmiemy się przyszłością - powiedział, po czym sięgnął po stojącą na stoliku karafkę z winem i nalał dwa kieliszki: dla swojej żony i Ignazia. - Zdrowie kapitana la Castellano! - Uniósł szkło w geście toastu, a inni poszli w jego ślady.
Lucarno czuł się nieco wykluczony, kiedy tak stał i patrzył, jak Orania i Daraian gratulują swemu synowi, a jednocześnie wiedział, że nie ma prawa dzielić z nimi tego rodzinnego szczęścia. W końcu był la Castellano tylko w połowie. Co innego Ignazio - doskonały syn, odnoszący sukcesy wojskowy i przyszła głowa rodu. Jego kuzyn po prostu urodził się, żeby wygrywać i zgarniać wszystko to, co najlepsze, pozostałym członkom rodziny zostawiając jedynie ochłapy. Lucarno pomyślał, że odebranie szansy na kandydowanie w wyborach musiało być dla Ignazia sporym ciosem; zastanawiał się, czy kuzyn chowa do niego urazę z tego powodu.
Lepiej już pójdę, przemknęło mu przez myśl. Niezauważony przez nikogo opuścił pomieszczenie i wyszedł przed budynek Pawiego Oka. Zajął miejsce w powozie, którym mieli dojechać na Forum Obywatelskie, chociaż tak po prawdzie wcale nie miał na to ochoty. O stokroć wolałby zaszyć się w papierach, uzupełniając tabelki i czytając sprawozdania finansowe, niż pokazywać się na największym placu w mieście i być wytykanym palcami niczym cyrkowa atrakcja.
Jednak czy miał coś do powiedzenia?
*
Lucarno podążał za stryjem i kuzynem z nieobecnym wyrazem twarzy, przyglądając się mijającym go przechodniom i czując na sobie ich zaciekawione spojrzenia. W pewnym momencie człowiek z lilią wyszytą na piersi przeszedł obok niego i splunął pod nogi.
- Imperatorska kurwa - warknął, patrząc mu prosto w oczy, po czym odszedł.
Młodzieniec przystanął jak skamieniały, nie rozumiejąc do końca, co się właśnie wydarzyło. Był przyzwyczajony do tego, że wiele osób, choćby dłużników banku, za nim nie przepada, ale nikt jeszcze publicznie go nie zwyzywał. Zwłaszcza nikt z wyższych sfer.
- Co to miało, do cholery, być? - zdenerwował się Ignazio, patrząc za odchodzącym mężczyzną. - Przysięgam, że zaraz zawrócę i dam temu niewychowanemu Despardowi w zęby. La Castellano nie pozwolą się obrażać, zwłaszcza komuś z tak słabej rodziny, która nawet nie zasiada w Wielkiej Radzie.
Daraian zagrodził synowi drogę.
- Właśnie dlatego, że to nic nieznaczący człowieczek, powinieneś dać mu spokój, Ignazio - oznajmił stanowczo. - Nie zniżaj się do jego poziomu. Jak by to wyglądało, gdybyś pobił się z kimś takim? Poza tym twój nowy mundur kosztował krocie. Szkoda byłoby go wysmarować krwią.
- Dobrze. Tym razem mogę puścić tę zniewagę płazem - mruknął Ignazio z niechęcią. - Luca, w porządku?
- Nic mi nie jest - zapewnił chłopak słabo. - Po prostu... Nie miałem pojęcia, że jestem właśnie tak postrzegany.
- Przyzwyczajaj się - ostrzegł go Daraian. - Z boku twoja sytuacja wygląda jednoznacznie: przespałeś się z imperatorem, żeby zrobić karierę polityczną. Wszyscy tak myślą. Och, nie rób takiej zniesmaczonej miny. To przecież nic złego - ciągnął stryj. - Mnóstwo ludzi robi karierę przez łóżko. Naprawdę nikt nie potępia tego, że miałeś romans. Emocje budzi tylko to, z kim romansowałeś. Niektórym się to podoba, innym nie. To naturalne.
- Kiedy ja wcale nie przespałem się z Cesarem, by zdobyć tytuł. - Lucarno westchnął. - Przecież...
- Nikogo to nie interesuje, chłopcze - przerwał mu stanowczo Daraian. - Po co wyprowadzać ludzi z błędu i jeszcze bardziej komplikować swoje położenie? Niech myślą, co myślą. Ty masz to wykorzystać.
- Więc co powinienem według ciebie zrobić, stryju?
Mężczyzna spojrzał na niego z lekką irytacją.
- Jak to, co powinieneś zrobić? Zachowuj się jak rodowity la Castellano! Bądź dumny z siebie i swoich działań. Nieważne, czy rzeczywiście są one godne pochwały, czy nie. La Castellano nigdy niczego nie żałują, pamiętaj o tym.
- Oczywiście. - Lucarno spuścił wzrok na swoje dłonie.
Daraianowi łatwo było mówić. On sam żałował w swoim życiu zdecydowanie zbyt wielu rzeczy.
Ale poznania Cesara chyba aż tak bardzo nie żałujesz, czyż nie? Swego czasu całkiem sporo dla ciebie znaczył - odezwał się złośliwy głosik w jego głowie. Lucarno czuł złość na samego siebie, że wciąż jeszcze pozwala sobie na patrzenie w przeszłość, chociaż ta przecież nigdy nie miała powrócić. Zdążył się już z tym pogodzić, ale od kiedy imperator znów pojawił się w jego życiu, cały jego odbudowany w ciągu ostatnich trzech lat świat zaczął się chwiać w posadach.
- Proszę, proszę, kogo ja widzę? Rodzina la Castellano!
Odwrócił się gwałtownie, napotykając rozbawione spojrzenie przemawiającego do nich mężczyzny. Jeden z Astarich, przemknęło mu przez myśl, kiedy zobaczył na butelkowozielonej szacie tamtego emblemat złotego węża.
- Nobilu Astari, jest nam niezmiernie miło pana spotkać - odpowiedział oficjalnie Daraian. - Cudowna pogoda, czyż nie?
Więc to jest mój najgroźniejszy przeciwnik? - zastanawiał się Lucarno, uważnie przyglądając się nieznajomemu.
Riccardo Astari nie mógł być wiele starszy od niego samego, chociaż kasztanowe bokobrody nieco go postarzały. Cały efekt psuły jednak dziecięce oczy, odbijające każdą emocję. Młody la Castellano uznał, że jego kontrkandydat wygląda sympatycznie i wydaje się całkiem uprzejmy. A przynajmniej tak sądził, dopóki tamten ponownie nie otworzył ust.
- W istocie, cudowna pogoda, visconte Daraianie. Wprost idealna, żeby upokorzyć któregoś ze swoich rywali - powiedział Riccardo, spoglądając na Lucarna znacząco. - Nieco żałuję, że już ktoś zdążył mnie uprzedzić, a ja nie mam w zwyczaju kopać leżącego. Trzeba przyznać, że Despard zachował się wyjątkowo niedyskretnie. Chociaż chyba nie powiedział nieprawdy?
Lucarno milczał.
- Coś nie tak, panie la Castellano? Nie wiem, czy za pierwszym razem na pewno dobrze mnie pan zrozumiał. Zapytałem, czy Despard...
- ...nie skłamał, wspominając o związkach łączących mnie z imperatorem - przerwał mu Lucarno. - Wolałbym jednak, by nie nazywano mnie równie obelżywie. Nie jestem czyjąś kurtyzaną.
Riccardo spojrzał na niego z pobłażaniem.
- Oczywiście, że nie. Pan tylko przespał się z imperatorem, za co dostał od niego wsparcie i pieniądze - powiedział rozbawiony. - A tak między nami... - Nachylił się, krytycznie naruszając przestrzeń osobistą la Castellano. - Muszę przyznać, że całkiem nieźle to rozegrałeś. Jestem pod wrażeniem. Wprawdzie nie potrzebuję bogatego protektora, ale imperator to jednak nie byle jaka partia i sam chciałbym mieć jego poparcie. - Wyciągnął dłoń, jakby chciał dotknąć policzka Lucarna. - Przyznaj szczerze, jak go przekonałeś, żeby zechciał cię finansować? Bo szczerze wątpię, że poleciał tylko i wyłącznie na twoją śliczną buźkę.
- Nie dotykaj mnie! - Lucarno gwałtownie się cofnął, kiedy mężczyzna zbliżył się do niego tak bardzo, że ich ciała niemal się ze sobą stykały.
Kilka osób z tłumu zaskoczonych nagłym hałasem zwróciło na nich wzrok.
Riccardo Astari wyprostował się i uśmiechnął chłodno.
- Nie zamierzałem. Nie mam w zwyczaju dotykać cudzych zabawek.
Kilku gapiów zachichotało. Lucarnowi tymczasem wcale nie było do śmiechu. Nie mógł uwierzyć, że tak łatwo dał się sprowokować. Z pewnym trudem przywrócił na twarz maskę spokoju.
- Słusznie. Jeszcze pobrudziłbyś sobie ręce, a tego przecież bardzo byś nie chciał, prawda? - zapytał ironicznie, po czym skłonił głowę. - Dziękuję za rozmowę, ale ta wątpliwa przyjemność trwa już zbyt długo. - Wyminął Astariego, mając nadzieję, że stryj i kuzyn podążą za nim.
Obserwujący całą scenę ludzie powoli zaczęli się rozchodzić, tracąc nią zainteresowanie.
- Musisz bardziej nad sobą panować, chłopcze - ostrzegł go Daraian, kiedy wreszcie oddalili się od Riccarda, który spoglądał za nimi z satysfakcją. - Mówiłem ci już wcześniej, że Astariowie zrobią wszystko, żeby cię zdyskredytować.
- Wiem. Po prostu jestem rozdrażniony tym wszystkim. - Lucarno westchnął. - Następnym razem...
- Następnym razem po prostu milcz i pozwól, żebym to ja prowadził rozmowę - przerwał mu Daraian. - Czy tak trudno ci to pojąć?
- Sądziłem, że to moja kampania wyborcza i jeszcze nie odebrano mi prawa głosu. Czy nie wolno mi nawet bronić swojego dobrego imienia, kiedy jest ono deptane? - zapytał Lucarno, krzyżując dłonie na piersi. - Nie musisz mnie wciąż strofować, stryju. Nie mógłbyś chociaż raz mi zaufać i pozwolić, żebym zrobił coś dla naszej rodziny?
- Do tej pory przynosiłeś jej jedynie wstyd i ciągłe problemy - odparł beznamiętnie Daraian. - Gdyby twój ojciec żył...
- Ale nie żyje - zauważył Lucarno chłodno. - Wiem, ile razy go zawiodłem, jednak nie sądzę, by w obecnej sytuacji stanął po twojej stronie. Jestem pewien, że dałby mi szansę, tak samo, jak zrobił to tuż przed swoją śmiercią. Nie pominął mnie w testamencie i nie powiedział, że żałuje, że noszę jego nazwisko. Czy ci się to podoba, czy nie, jestem jednym z la Castellano, stryju. Chciałbym, żebyś traktował mnie jak pełnoprawnego członka tej rodziny.
- Na zbyt wiele sobie pozwalasz, chłopcze. To, że imperator się o ciebie upomniał i przez to zostałeś naszym kandydatem w wyborach, w istocie niewiele znaczy. Wciąż jesteś mi winny posłuszeństwo i jeśli naprawdę chcesz przysłużyć się rodzinie, zacznij robić to, co ci każę. - Daraian wyglądał na coraz bardziej zirytowanego.
Wtedy Ignazio postanowił interweniować.
- Być może Lucarno istotnie zasługuje na szansę, ojcze - powiedział, co zaskoczyło obu towarzyszących mu mężczyzn. - Rozumiem, że boisz się o reputację naszej rodziny, ale jak by to wyglądało, gdybyś robił wszystko za naszego kandydata, a on by tylko stał i ładnie wyglądał? Ludzie wytykaliby nas palcami.
Daraian zmarszczył brwi.
- Po prostu nie chcę, żeby dobro naszego rodu spoczywało na barkach kogoś tak nieodpowiedzialnego. Romans z di Costanzim ostatecznie jeszcze mógłbym zrozumieć, ale jego zachowanie w Salirze? Przecież to była dla nas zupełna kompromitacja!
Lucarno na wspomnienie tamtych wydarzeń poczuł się tak, jakby ktoś wymierzył mu policzek.
- A jednak to już przeszłość. Zresztą są w naszej rodzinie osoby, które w dużo gorszy sposób jej zaszkodziły niż Lucarno. Nie musisz się bać o swoje dobre imię, ojcze.
- Tu nie chodzi o moje dobre imię - żachnął się Daraian. - Cały czas myślę o tobie. O tym, że kiedyś ty zostaniesz moim następcą i być może przyjdzie ci się mierzyć z konsekwencjami obecnych wydarzeń i decyzji.
Ignazio przewrócił oczami.
- Proszę cię, ojcze, nic takiego się nie zdarzy. O konsekwencjach będziemy myśleć później - oznajmił. - Jeśli jako przyszła głowa rodu mam coś do powiedzenia, uważam, że nie powinieneś być tak ostry dla Lucarna. Nie spierajmy się ze sobą, skoro ostatecznie wszyscy chcemy tego samego: dobra rodziny la Castellano.
- Niech będzie - mruknął niechętnie Daraian. - A teraz chodźmy, bo marnujemy czas na zbędne rozmowy, a przyszliśmy tu w określonym celu. Czy to nie sędzia Gregorio Luvrese i Flora Bazzini? - Wskazał na mężczyznę w czarnym dublecie, który rozmawiał przez okno z siedzącą w karecie dziewczyną z różą we włosach. - Chodźmy się z nimi przywitać i posłuchać plotek. - Ruszył przodem, zostawiając młodszych la Castellano z tyłu.
Lucarno posłał Ignaziowi spojrzenie pełne wdzięczności. Nie sądził, że ten się za nim wstawi.
- Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczyło - powiedział.
Kuzyn spojrzał na niego z zakłopotaniem, po czym wzruszył ramionami.
- Nie zrobiłem tego dla ciebie, ale dla naszej rodziny. Zawsze mam ją na względzie, czego niestety nie można powiedzieć o tobie - stwierdził, a potem wyminął Lucarna i odszedł.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI