Prolog
4 lutego 1899 roku, Włochy, Aosta
Harmider - tak mógłbym określić dzisiejszy, wołający o pomstę do nieba, okropny dzień. Tak, to z pewnością byłoby świetnie użyte słowo. Od kiedy moi rodzice dowiedzieli się o przyjeździe starego wujaszka Herberta, coś w nich wstąpiło - szczególnie w ojca. Zrobił się nie do zniesienia, ale czuję, że najgorsze jeszcze przede mną. Niestety, najprawdopodobniej jutro nastąpi kulminacja jego kiepskiego nastroju. O godzinie piątej po południu mamy odebrać z dworca wyczekiwanego gościa. Modlę się tylko, aby z pociągiem było wszystko w porządku, bo w przeciwnym razie tata dostanie białej gorączki.
Tak więc do tego czasu mogę być świadkiem niepohamowanych napadów złości. Oczywiście po przybyciu wuja ojczulek zapewne odegra swoją ulubioną rolę i przez jakiś czas będę miał do czynienia z nadzwyczaj spokojnym i pogodnie usposobionym człowiekiem. Zazwyczaj nie wytrzymuje tak długo, dlatego w końcu zagląda do naszej fabryki lalek, gdzie daje upust gotującym się w środku negatywnym emocjom.
Na szczęście nie będę musiał tego oglądać, ponieważ za kilka dni wyjeżdżam na narty. To najlepsze, co mogło mnie teraz spotkać. Nareszcie jakiś mały uśmiech losu w tym szkaradnym życiu.
Starszego brata George'a również mam dość. Wiecznie coś mu nie pasuje. Ciągle gapi się na mnie tymi wyłupiastymi oczami, szukając zwady. To, że jest silniejszy, wcale nie daje mu prawa do fundowania mi siniaków czy guzów. Kiedyś to się zmieni i wszyscy to zobaczą.
Gdyby tylko żyła ukochana siostrzyczka bliźniaczka, moja druga połowa. Bardzo mi Ciebie brakuje, Maggie. Wciąż nie mogę się otrząsnąć po tym makabrycznym wypadku. Jedynie w Tobie miałem prawdziwe oparcie. Byłaś najwspanialszym plastrem miodu na każdą ranę - nawet tę najgłębszą. Teraz nie mam wyboru i muszę jakoś funkcjonować w tym nie do końca dla mnie zrozumiałym świecie.
Na tym zakończę dzisiejszą notatkę. Jest dość późno, a trzeba się dobrze wyspać. Całe szczęście, że trzy tygodnie temu dotarł do naszej dzielnicy prąd i mamy elektryczne latarnie. W starych nazbyt często gasł płomień, szczególnie zimą. Tak więc tym miłym akcentem kończę wpis do mojego skrzętnie ukrywanego przed całym światem pamiętnika.
Jeremy Bingley
ROZDZIAŁ 1 Stara miedziana śrubka
Od samego rana w domostwie panował okropny zgiełk. Szaleńczy popłoch odbijał się na twarzach skołowaciałych mieszkańców.
Na początku zostałem barbarzyńsko wyrwany ze snu przez ulubionego braciszka George'a, który jednym ruchem swojej muskularnej ręki zmiótł ze mnie pościel. Zdenerwowałem się, ponieważ niewiele brakowało, a lecąca z wielką prędkością kołdra strąciłaby spoczywającą na szafce porcelanową pozytywkę, jedyną pamiątkę po drogiej siostrze bliźniaczce. Maggie dostała ją w prezencie od rodziców na piętnaste urodziny - pół roku przed śmiercią. Do dziś zachowałem w pamięci szczegółowy przebieg owej szampańskiej uroczystości.
Zaproszono na nią wielu gości. Oprócz najbliższej rodziny pojawił się także lokaj Alessio wraz z małżonką oraz gromadką urwisów: najmłodszą Lorenzą, starszą Susanną, a także niesfornym Marcello. Nie zabrakło również bliskiego przyjaciela naszej familii - zacnego pana Francesco Abbracciavento, ale on niestety przybył sam. Chociaż nawiedzał nas często, bez kłopotu mogę policzyć na palcach jednej ręki te dni, w których towarzyszyła mu jego upiorna żona Veronica.
Sprawiała wrażenie kobiety oderwanej od rzeczywistości i porzuconej gdzieś pomiędzy samotnymi planetami. Zaczynała opowiadać historię na jeden temat, a kończyła na zupełnie inny lub po prostu przerywała ją w samym środku. Potrafiła nagle wstać od stołu podczas spożywania wspólnego obiadu. Na początku siedziała z gracją, przysłuchując się prowadzonym rozmowom. Zupełnie nic nie wskazywało na nadchodzący wybuch śpiącego wulkanu. Jednak wraz z upływem kolejnych popołudniowych minut jej spokojna twarz zaczynała przybierać zdecydowanie odstręczające kształty. Kąciki wąskich ust spływały w stronę wyciągniętego w przód podbródka, a osadzone głęboko bladoniebieskie oczy puchły, wypełniając się łzami. Wówczas odsuwała krzesło i zabierając ze sobą chusteczkę, uciekała na zewnątrz. Siadała pod oddaloną od domu sędziwą jabłonką, czekając na przybycie pana Francesco.
Choć gościła w naszych progach zaledwie kilka razy, ta ekscentryczna dama na dobre utkwiła mi w pamięci. Jegomość Abbracciavento musiał mieć z nią ciężkie życie. Nic dziwnego, że zabierał ją ze sobą tak rzadko.
Na moment przed zgaszeniem świeczek na urodzinowym torcie spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy. Nie wiem, jak to opisać, lecz w chwilach takich jak ta po prostu czułem się z Maggie jedną istotą, tą samą duszą uwięzioną w dwóch ciałach. Nie mam pojęcia, skąd bierze się u bliźniąt tak ogromne poczucie jedności, ale zdałem sobie sprawę, że potrzebuję jej w identyczny sposób jak ona mnie. Po krótkiej chwili siostrzyczka uśmiechnęła się, ukazując moim oczom bialutkie jak płatki śniegu ząbki, zaciągnęła się majowym powietrzem i zdmuchnęła z tortu swoją część tlących się delikatnym płomykiem świeczek. Nie pozostałem jej dłużny i wziąwszy równie głęboki wdech, dopełniłem urodzinowego obowiązku.
- Wszystkiego najlepszego, braciszku - powiedziała, chwytając moją dłoń.
- Tobie również wszystkiego najlepszego, Maggie... ale za rok to ja będę pierwszy! - odparłem, posyłając jej łobuzerski uśmieszek.
- Oj Jeremy, nie bądź tego taki pewny! - uzupełniła, grożąc palcem.
Niestety, wówczas jeszcze nie miałem bladego pojęcia, że w następnym roku urodzinowe świeczki zgaszę sam - barbarzyńsko okradziony z połowy duszy, porzucony jak młode pisklę w ciemnym lesie.
Następnie wszyscy goście jednomyślnie postanowili zaśpiewać wiecznie żywe Tanti auguri a te. Huk melodii niósł się po całym domostwie. Nawet drzemiący na ganku bernardyn rozpoczął koncert, wydobywając z siebie niezgrabne psie odgłosy. Razem z siostrą uważnie słuchaliśmy wspaniałej piosenki, co raz spoglądając na twarze zaproszonych. Po gromkich brawach podeszli do nas rodzice. Prezentowali się dość osobliwie: tata był wysokim otyłym blondynem z przerzedzonymi, zaczesywanymi na bok włosami, natomiast mama - niską, drobną kobietką o kruczoczarnych kręconych włosach i perłowej skórze.
Przed osiedleniem się we Włoszech ojciec wyglądał o niebo lepiej. Nosił ubrania mniejsze o przynajmniej dwa numery, cerę pokrywała stanowczo mniejsza liczba głębokich rys, a ułożony z chirurgiczną precyzją włos lśnił na miedzianym słońcu. Po przyjeździe do Aosty i zakupieniu tego bogato urządzonego domu tatko szybko rzucił się w śmiertelnie niebezpieczny wir pracy. Upiorny stres odbił na nim swoje piętno. Ojciec stopniowo pogrążał - zdawałoby się - niezniszczalne ciało. Palił coraz więcej tytoniu, a wieczna chmura siwawo-niebieskawego dymu trwale wpisała się w jego wizerunek. Wszelkie posiłki połykał w zastraszającym tempie, jednakże największą ilość pożerał tuż przed snem. Pochłaniane jedzenie uspokajało wzburzony codziennymi trudnościami umysł, dając szansę na lekki sen.
- Billy, zostaw tę spiżarkę i choć do łóżka! - grzmiała notorycznie mama.
Leżąc w sypialni, dostrzegała skradający się cień szperającego w kuchni nabzdryngolonego ojczulka.
Tak, alkohol był jego drugim motorem na krótkiej drodze do samozniszczenia. Podobnie jak tytoniu czy jedzenia, używał go w niebagatelnych ilościach. Zazwyczaj zaczynał po powrocie z fabryki, a kończył późnym wieczorem, tuż przed oddaniem się w objęcia zdradzieckiego Morfeusza.
Rodzice pochwycili nasze klaszczące ręce i złożyli zaskakująco poruszające życzenia.
- A teraz zamknijcie oczy - poprosili, chowając coś za sobą.
Nie chciałem tego zrobić i wbiłem wzrok w skrywane za ich plecami pakunki, lecz zniecierpliwiona siostra szturchnęła mnie w żebra.
- No dalej, głuptasie, zrób, co ci każą - wyszeptała.
Nie miałem wyboru, dlatego przymknąłem niespokojne powieki. Rodzice powtórnie złapali nasze dłonie i powiesili na nich zagadkowe paczuszki.
- Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, moje kochane bliźniaki! - powiedziała mama, całując nas w policzki. Tata, targając nasze ciemne czupryny, także dołączył się do życzeń.
W chwilach takich jak ta na nowo poznawałem w nim starego dobrego ojczulka. Manufaktura zmieniła go mocno, jednak wciąż wierzyłem, że kiedyś wróci do nas taki tata, jakiego znałem za czasów życia w San Francisco. Nie wiem, czy było to głupie szczeniackie marzenie, ale tak podpowiadało mi synowskie przeczucie.
Kiedy ponownie otworzyłem oczy, na moich rękach spoczywał tajemniczy pakunek. Kształtem przypominał nieco większą cegłę. Widząc, z jaką prędkością Maggie przebija się przez kolejne warstwy papieru, uczyniłem podobnie. Moim szeroko rozwartym ślepiom ukazała się wielgachna księga, której tytuł pamiętam do dziś: Podstawy mechaniki urządzeń. Pośpiesznie zerknąłem na ojca i po chwili wiedziałem, że była to jego sprawka. Na tak nikczemny pomysł nie mógł wpaść nikt inny, tylko on. Z absolutnie niewiadomych powodów postanowił zrobić ze swoich synów prawdziwych inżynierów - według niego ludzi przyszłości w tym rozwijającym się świecie przemysłu. Moja twarz przybrała purpurowy kolor, a potępiona książka zatrzęsła się w rozgorzałych od napadu cichej furii dłoniach, lecz widząc rozanielone lico stojącej obok siostry, zdołałem schować całą raptownie zgromadzoną złość w sobie.
- Spójrz, co dostałam! - wykrzyknęła podekscytowana prezentem, unosząc na rękach małą porcelanową pozytywkę.
Po nakręceniu pokrętłem, umiejscowionym na spodzie zabawki, biały aniołek zaczął obracać się wokół własnej osi, wydając z siebie dźwięki nieznanej kołysanki.
Maggie powoli położyła podarunek na kredensie, aby móc się dalej rozkoszować melodią. Miękkie, hipnotyzujące brzmienia wypełniły cały salon, wprawiając gości w stan dziecinnej błogości.
- Przecież ja to znam! - wybuchnęła, pogrążona dotąd w zadumie. Na jej twarzy zagościł grymas, a wysokie czoło wypełniły zmarszczki zdradzające wielkie skupienie. - Tylko nie wiem skąd... - dodała.
Niespodziewanie przeszły mnie ciarki. Zdałem sobie sprawę, że ja również gdzieś słyszałem tę kołysankę.
Od tamtej pory magiczna melodia towarzyszyła większości wspólnie spędzanego czasu. We dwoje przystąpiliśmy do rozwikłania tajemnicy śnieżnobiałego aniołka. Niestety, jak pokazał czas, zagadkę byłem zmuszony rozwiązać sam.
Tak więc o mały włos wspomniana pozytywka rozbiłaby się o podłogowe belki za sprawą skretyniałego brata George'a.
- Uważaj, bałwanie!
- Bo co?! - odkrzyknął, stojąc nad łóżkiem.
- Nie widzisz? Jeszcze chwila i stłukłbyś jedyną pamiątkę po Maggie!
- Daj już spokój tej przeklętej zabawce! We dwoje ubzduraliście sobie, że skądś znacie tę wyklętą przez świat melodię! - wyrzucił z siebie. - Robisz się zdziwaczały, wiesz o tym? Całe szczęście, że niebawem wyjeżdżasz na narty, może tam pójdziesz po rozum do głowy i w końcu zmądrzejesz.
George z poirytowaniem godnym zniechęconego tresera w cyrku popatrzył na mnie jeszcze przez moment, po czym w złości opuścił pokój. Natomiast ja nie miałem innego wyjścia jak zebrać się w garść i zejść na śniadanie.
Ku mojemu zdziwieniu, a właściwie oburzeniu, nic mnie tam dobrego nie czekało. Na początku badawczo rozejrzałem się po parterze. Flegmatycznym krokiem przemierzyłem kolejne rozbudzone bystrymi promykami pomieszczenia. W domostwie panował chłód, więc moje ruchy były ociężałe. Pożałowałem, że nie włożyłem na siebie czegoś cieplejszego. Nieprzytomne oczy otworzyły się szerzej, w nosie poczułem charakterystyczne swędzenie, a szczęki uderzyły o siebie z taką siłą, iż stojąc w hallu usłyszałem odbijający się od ścian pogłos.
Kiedy wstąpiłem do salonu, ujrzałem kuriozalną scenę. Zobaczyłem szczupłą postać, jedynie opuszkami palców stojącą na miniaturowym stołku. Wpadające prosto przez okno iskierki zimowego słońca skutecznie uniemożliwiały mi trafne rozpoznanie sylwetki. Zasłaniając się dłońmi, w końcu zidentyfikowałem znajome kształty. Zagadkową istotą okazała się mama, która właśnie wieszała świeżo wyprane firanki.
- Choć tu i mi pomóż! - zawołała, tańcząc na taborecie niczym baletnica. - No, nie gap się jak cielę na malowane wrota!
Podszedłem bliżej i skostniałymi rękoma przytrzymałem fruwające po pokoju firany. Zadowolony z siebie grzecznie spytałem o śniadanie, ale tu także czekał mnie zawód.
- Nic z tego, synku. Dziś nie mamy na to czasu, musisz poradzić sobie sam. Przecież jesteś już dużym chłopcem i wiesz, gdzie jest kuchnia - spuentowała, wskazując odpowiednie miejsce.
Ponieważ kiszki grały mi defiladowego marsza, nie mogłem zrobić nic innego, jak dać dyla do spiżarni. Pośpiesznie ukroiłem trzy kromki chleba, a następnie kilka plastrów żółtego sera, z których dwa cieńsze połknąłem od razu. Postawiłem czajnik na ogień i nie marnując czasu, rozpocząłem posiłek. Czekając na wrzątek, dorobiłem kolejne kanapki - tym razem z szynką. Kiedy po kuchni rozeszła się ciepła mgiełka pary wodnej, wstałem i zalałem herbatę, po czym z powrotem usadowiłem się na krześle, aby kontynuować delektowanie się rozkoszną strawą.
Jak mogłem się spodziewać, mój stan błogości nie trwał długo. Przez tylne drzwi wpadł otulony w kożuch George. Na rękach trzymał pocięte drzewo. Przyjemny zapach świerkowej żywicy szybko opanował pomieszczenie. Chwilę później pojawił się oszroniony śniegiem ojczulek.
- A ty jeszcze tu? - rozpoczął dowcipnie, strząsając zalegające na głowie alabastrowe płatki. - Ubieraj się i wyskakuj na podwórko!
- Zaraz, tato - odrzekłem, przełykając gorący napar.
- Trzeba porąbać i nanosić jeszcze tyle drzewa! Wstawaj, bierz kanapki, dokończysz je na zewnątrz!
Po raz kolejny zostałem zmuszony do niepotrzebnego wysiłku. Do tego, niefortunnie oberwałem chrustem po nogach. Założyłem buty i kopnąłem w róg kuchni kawałek sosnowej gałęzi upuszczony przez brata.
Mimo niskiej temperatury zimowy poranek zadziałał na mnie pokrzepiająco. Młode płuca wypełniło krystalicznie czyste i nieustannie krążące po układzie oddechowym powietrze. Z sinych ust co chwilę buchały kłęby pary, a niosący się z pobliskich dachów śnieg nieprzyjemnie smagał chłopięcą twarz. Lazurowe niebo zadziwiało potęgą wszechobecności. Bystry wiatr przenosił hałdy spoczywającego śniegu. Formował je w coraz to nowsze bajeczne kształty. Był jak szlachetny artysta, ciężko pracujący w swoim gigantycznym ziemskim warsztacie.
We trójkę podzieliliśmy się obowiązkami: tata w szopie rąbał drzewo, George woził je pod drzwi, a ja - układałem pod kuchennym okienkiem. Czułem się jak paskudny bandyta odbywający wyrok gdzieś na końcu świata. Palce zesztywniały mi po pierwszej godzinie. Stojąc opatulony dostępnym odzieniem, przypominałem starożytny posąg, który budził się co kilka minut, aby wykonać powierzone mu zadanie, i ponownie zapadał w antyczny sen.
- Chłopcy, chodźcie do środka! - zawołała mama. - Zrobiłam wam gorącą czekoladę, ogrzejcie się trochę, przecież jest tak zimno!
- Za moment, Wendy! - podjął rozmowę wyłaniający się z szopy ojciec. - Zostało nam za mało, żeby teraz to przerywać. Niedługo przyjdziemy! - odkrzyknął, a potem ponownie zniknął w niszczejącej drewutni.
- Mów za siebie... - burknąłem bezgłośnie.
Trwająca istną wieczność męka zakończyła się, gdy ucichły odgłosy uderzającej w wysuszone pieńki siekierki. Zmarznięci niczym sople lodu wstąpiliśmy do kuchni. Tak jak mogłem domniemywać, czekolada była już chłodna. Wspaniała mama przygotowała nam kilka smakowitych kanapek, które spożyliśmy w błyskawicznym tempie. Bałem się wygodniej rozłożyć na krześle - czułem, że pech mnie dziś nie opuści. Niestety, miałem rację. Ledwie zacząłem tajać i gubić płatki śniegu, tatko wstał od stołu i przeszedł do salonu. Stercząc przy zegarze wahadłowym, zamarł w milczeniu. Przyglądając się jego twarzy, zauważyłem niewielkie ruchy warg. Sprawiał wrażenie osoby liczącej jakiś tajemny rachunek. Kiedy tylko przyzwyczailiśmy się do tego widoku, ojczulek odwrócił się i prześwidrował nas wzrokiem.
- Słuchajcie. Dochodzi pierwsza po południu. Jak wszyscy doskonale wiemy, o piątej przyjeżdża wujek Herbert. Mama dokończy prace domowe, a my pojedziemy teraz do fabryki. Zobaczymy, jak idzie produkcja i czy aby na pewno wszystko jest w porządku, bo jutro nie będziemy mieli do tego głowy - stwierdził, po czym odpłynął myślami w niewiadome miejsce.
Wyruszyliśmy w stronę naszej manufaktury. Służący Alessio dostał dziś wolne z powodu grypy szalejącej w jego domu. Musieliśmy więc sami przygotować sanie. Czekała nas długa droga, do której należało się odpowiednio przygotować. Powtórnie odziani w masywne kożuchy, opuściliśmy przytulny domek.
Na ulicach Aosty panował duży ruch. Co chwilę mijaliśmy jakichś zziębniętych mieszkańców. Ich sanie zostawiały za sobą pelerynę drobnego, wbijającego się w twarze i ubrania pyłu, dlatego też staraliśmy się unikać takich bliskich spotkań.
- Dzień dobry, panie Bingley! - krzyknął jeden z przechodniów, lecz nie zdążyliśmy go rozpoznać.
Pilnując pędzących koni i obserwując panoramę rynku, jechaliśmy dalej.
- Moje uszanowanie, panie Bingley! - ukłonił się inny mężczyzna, stojący przy sklepie cukierniczym.
Tym razem poznaliśmy mijanego człowieka. Był nim Fabio Esposito - miejscowy zegarmistrz. Mówiono, że jego zegarki działają nawet pod wodą, ale żadna ze znanych mi osób nigdy nie chciała tego sprawdzić, zresztą... przecież to niemożliwe.
Przejechawszy wokół uśpionego parku, dotarliśmy do ratusza. Z trudem zadarliśmy do góry zastygłe głowy, aby spojrzeć na zegar znajdujący się na centralnej wieży. Tamtego dnia wyglądał nad wyraz posępnie, a siedzący na dłuższej wskazówce szpak potęgował to antypatyczne wrażenie. Na najbliższej krzyżówce skręciliśmy w lewo i dobrnąwszy do drukarni przemysłowca Carlosa Bolardo, wykonaliśmy zgrabny skręt w prawo. Powoli wydostawaliśmy się z najbardziej zatłoczonej dzielnicy Aosty. Teraz czekał nas prosty odcinek, na którym nieco przyśpieszyliśmy. Zmęczone konie sapały coraz częściej, wydając z siebie nieznośne dźwięki. Jechaliśmy dalej.
Gdy trafiliśmy do fabryki, karmazynowe słońce rozpoczęło wyprawę za odległe górskie szczyty. Oblało drzemiące niebo narkotycznym rubinem. Monstrualne przestworza obezwładniały tryskającym szkarłatem. Zbliżał się wieczór.
Sfatygowani podróżą zeszliśmy z sań. Zalegający śnieg miło skrzypiał pod naszymi nogami. Weszliśmy do środka i skierowaliśmy się do głównej hali produkcyjnej, stanowiącej najważniejsze pomieszczenie w rodzinnej manufakturze.
Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego tata wybrał akurat tę branżę. Tłumaczył to dużym zainteresowaniem na włoskim rynku. Należy wspomnieć, że pomijając kukiełki, produkowaliśmy również rozmaite domy dla lalek. Ku naszej uciesze, towar rozchodził się w sąsiadujących miejscowościach jak świeże bułeczki. Najbardziej satysfakcjonujące wyniki uzyskiwaliśmy w czasie świąt Bożego Narodzenia. Wtedy to we współpracy z lokalnymi artystami wytwarzaliśmy domowe szopki neapolitańskie. Przeważnie wykonywane były z malowanej terakoty lub z morskich muszli. Scenerię stanowiły okolice Neapolu. Historia przedstawiona na nich odwoływała się do scen z życia codziennego. W centrum umieszczaliśmy Świętą Rodzinę, a trochę dalej - całe grono innych postaci: pasterzy, tkaczy, rzeźników, winiarzy czy kowali. Jako wątek przewodni wykorzystywaliśmy czas spożywania posiłków. Rozmaici goście przynosili małemu Jezuskowi i jego matce Maryi różnorodne podarunki. Były to bochenki chleba, kosze ryb, owoców albo miski pełne ugotowanego makaronu.
Jak napomknąłem wcześniej, produkowaliśmy także zwyczajne lalki. Dawno temu, jeszcze na początku wieku, wyrabiano je z wosku. Później wyparła go chińska porcelana. Obecnie do wyrobu głów stosujemy kauczuk, natomiast do korpusów używamy gutaperki - tworzywa, które w wyższych temperaturach daje się swobodnie kształtować. Mimo to największym impulsem pozwalającym wyrabiać lalki na większą skalę był papier mâché. W skład tego magicznego materiału wchodziły woda, mąka, jajka i inne bardziej specyficzne składniki, których pochodzenie okrywała łuna tajemnicy, ponieważ każdy gatunek nowego tworzywa ściśle podlegał danemu patentowi. Wtedy właśnie rozpoczęliśmy produkcję seryjną. Ojczulek, jako wykształcony inżynier, zawsze szedł z duchem czasu i wykorzystywał coraz to nowsze perełki świata techniki. Mnóstwo pieniędzy inwestowaliśmy w wyposażenie manufaktury, lecz zabieg ten tylko pomnażał wciąż wzrastające zyski.
- Witam, panie Bingley - wymamrotał półgłosem Francesco Abbracciavento, dawny przyjaciel rodziny, pisząc notatkę.
Jeszcze nie tak dawno był częstym gościem w naszym domostwie. Jego powóz godzinami sterczał pod bramą wjazdową. Kilka lat temu opuściła go mroczna żona Veronica. Jeśli wierzyć plotkom, perfidnie zdradzał ją z inną kobietą. Poznawszy gorzką prawdę, wyniosła się z mieszkania i nigdy już tam nie wróciła. Wielu ludzi sądziło, że taki obrót spraw wyjdzie tylko na dobre porzuconemu Francescowi, wszak jego żona była istotnie diabelską damą. Cała dzielnica, w której żyli, doskonale znała jej nikczemną naturę. Stało się jednak inaczej. Osamotniony pan Abbracciavento wpadł w pułapkę czterech ścian pustego mieszkania. Sukcesywnie zrywał wszelkie kontakty z przyjaciółmi i rodziną, a potem z całym światem zewnętrznym. Ojciec mógł zwolnić go już dawno temu, jednakże uznał to za czyn haniebny, więc pozostawił wyalienowanego kierownika na swoim stanowisku.
- Kłaniam się, panie Francesco - odpowiedział tatko. - Jak idzie dziś praca?
- Wszystko przebiega zgodnie z planem - zapewnił go Francesco, po czym złożył zapisaną kartkę papieru i podrapał się po głowie. - Ale mamy małą awarię...
- Po prostu powiedz mi, co się znowu stało.
- Ujmę to tak: zaciął się jeden z podajników. Zajrzałem do środka i jestem pewien, że coś bardzo małego wcięło się między żelazne tryby i zablokowało ich obrót. Niestety, nie jestem pewien co robić, nie chcę niczego popsuć.
- Spokojnie, Francesco, pokaż mi tę awarię - poprosił statecznym tonem tata.
We czworo podeszliśmy do uszkodzonej taśmy. Z obudowy dochodziły tępe odgłosy walczących ze sobą stalowych elementów. W pomieszczeniu dotrzymywały nam towarzystwa leżące wszędzie lalki: większe, mniejsze, o czuprynach bujnych i tych skromniejszych, o cerze śniadej i piegowatej.
Ojciec ostrożnie zbliżył się do warczącej maszyny i przystawił do niej ucho.
- To tu! - stwierdził.
Wziąwszy śrubokręt, odkręcił awaryjną klapkę, a następnie zanurzył się w industrialnych ciemnościach. Chciałem go ostrzec, ale przypomniałem sobie, iż nie przepada za takimi uwagami, więc gryząc się w język, powstrzymałem siedzący w przełyku okrzyk.
- Aha! - wybuchnął, robiąc wrażenie pozbawionego głowy. - Już widzę przyczynę naszych problemów! To stara miedziana śrubka. Musiała wypaść z obudowy i trafić między koła zębate - zapewnił, zachwycając się bystrością własnego umysłu.
Natomiast ja byłem zwyczajnie zdegustowany. Od lat ojciec uważał siebie za najbardziej błyskotliwego mężczyznę w okolicy - prawdziwą złotą rączkę. Nie dopuszczał myśli, że ktoś inny może mieć równie inteligentne pomysły.
- Teraz spróbuję wyciągnąć to małe diabelstwo - zakomunikował, posyłając w mechaniczne mroki jedną rękę. - Już prawie... mam! - huknął.
Podajnik wypluł z siebie ostatnie brudne dźwięki, a zaraz potem taśma ruszyła do przodu.
- Ojej! Szybko! Wyciągnijcie mnie stąd! - zdążył krzyknąć, nim bestialskie tryby wciągnęły jego palec i zmiażdżyły kość wraz z okalającymi ją tkankami.
Szybko chwyciliśmy go i ułożyliśmy na podłodze.
- A niech to szlag! - jęknął pałającym złością tonem.
Palec momentalnie przybrał barwę intensywnej purpury, a na ziemi pojawiły się pierwsze plamy krwi.
- Nie ruszaj się, tato, zaraz coś wymyślimy!
- George, która godzina? - zapytał, zwijając się z bólu.
Brat roztrzęsionymi rękoma z trudem wyjął kieszonkowy zegarek.
- Prawie czwarta po południu - odrzekł zlękniony.
Tata lekko skinął głową.
- Słuchajcie mnie. Francesco zabierze mnie do domowego lekarza Victora, a wy musicie pojechać na dworzec i odebrać Herberta. Poradzicie sobie, przecież jesteście moimi synami.
Jedynymi wskazówkami, które dostaliśmy, były daleko posunięty wiek wujka, potężna postura, a także długie bokobrody i sumiaste wąsy.
Z takim zamazanym opisem stanęliśmy na peronie. Zatrzymujące się pociągi buchały rozgrzaną parą. Wypuszczały spod obracających się kół zawiesiste kłębowiska białego dymu. Ludzie witali się i żegnali, płakali ze szczęścia i ze smutku. Staliśmy w samym środku tętniącego życiem dworca i wiernie czekaliśmy na pociąg prosto z miejscowości portowej Genovy, który miał przybyć za parę minut.
Przypatrując się fascynującej okolicy, usłyszeliśmy gwizd hamującej lokomotywy. Kolejne wagony migały nam przed oczami. Na jednym z nich odczytałem w końcu napis: "di Genova". Szturchnąłem brata, oznajmiając mu, że to jest właściwy pociąg. Na jego twarzy początkowo zagościł uśmiech, lecz po chwili brwi nacierające na gałki oczne obwieściły zmartwienie.
- Ale czy my go poznamy? - zapytał zafrasowany.
- Nie mam pojęcia - odrzekłem.
Nie wiedzieliśmy, że to on odnajdzie nas. Lustrując mijanych ludzi, poczułem, iż moja głowa puchnie, a żyłki przy skroni uderzają coraz mocniej. Cały świat zaczął kręcić się dookoła i straciłem grunt pod nogami. Z koszmarnego snu wyrwało mnie niewielkie klepnięcie.
- Dobry wieczór! - obudził mnie nieznajomy mężczyzna przechodzący obok.
Był to właśnie wuj Herbert. Wszystkie części z opisu taty zgadzały się co do joty.
- Pewnie mnie nie znacie, ale ja was szybko rozpoznałem. Jesteście bardzo podobni do Billa. Pozwólcie, że się przedstawię. Nazywam się Herbert Bingley i jestem kuzynem waszego ojczulka - Billa Bingleya, od strony jego taty - Charlesa Bingleya, który z kolei był rodzonym bratem mojego ojca - Arthura Bingleya.
- Przepraszam, czy wuj byłby łaskaw raz jeszcze to powtórzyć? - poprosił roztrzepany braciszek.
Wujek Herbert zaśmiał się donośnie, objął George'a swoją niedźwiedzią łapą i po raz kolejny przystąpił do kreślenia rodzinnego drzewa genealogicznego.
Kiedy wróciliśmy do domu, elektryczne latarnie skutecznie rozpraszały nachalne ciemności zimowych wieczorów. W ich świetle tańczyły malutkie płatki śniegu. Przyglądaliśmy się temu wykwintnemu przedstawieniu z uwagą. Idąc wzdłuż uliczki, można było ujrzeć całą masę najrozmaitszych spektakli. Wszystkie posiadały własną scenę. Na jednej z nich drobni śnieżni aktorzy brali udział w zimowych wyścigach, na innej - niesieni na skrzydłach przyjacielskiego wiatru - wzbijali się w powietrze, a jeszcze na innej rozgrzani blaskiem latarni skakali do przydrożnej kałuży.
Wujek Herbert kilkakrotnie zapukał do drzwi. Nie czekając długo, powtórzył ową czynność.
- Już idę, chwila! - odezwała się mama, otwierając przymrożone drzwi.
Poczułem błogie uderzenie domowego ciepła, a ze środka przyfrunęły rozkoszne zapachy jedzenia.
- Witaj Wendy, kopę lat, co? - rozpoczął wujaszek.
- Ach! Wchodźcie do środka, nie stójcie na zewnątrz! - nakazała mama.- Jak miło cię widzieć, Herbercie. Nie zmieniłeś się nic a nic. Zawsze towarzyszy ci dobry humor - powitała przybyłego z dalekich stron gościa.
Zdjęliśmy z siebie kożuchy, przemoczone buty i obraliśmy za cel lśniący czystością salon. Na rozstawionym stole brylowały apetyczne potrawy oraz parujący alkoholem cynamonowy grzaniec. Wspaniałe dania prędko pobudziły do działania nasze ślinianki i żołądek.
- A gdzie jest Billy? - zapytał wujek, rozsiadając się na miękkiej sofie.
- Tutaj, kolego - uciął wchodzący do pokoju tatko. Wyglądał na wyssanego z energii starszego pana. Ostrożnie podszedł bliżej i dosiadł się do przykrytego obrusem stołu. - Nie tak to miało wyglądać... Przepraszam cię, Herbercie - oznajmił pokonanym głosem.
- Daj spokój, kuzynie - odparł wuj. Stanął przy ojcu, położył dłonie na opartych o fotel barkach, po czym zapadł w krótką zadumę, jak gdyby próbował odczytać jego myśli. - Twoi synowie George i Jeremy opowiedzieli mi o dzisiejszym wypadku.
- Rzeczywiście - skinął głową ojczulek. - Straszna sprawa. Odwiedziłem już lekarza, opatrzył ranę, dał odpowiednie lekarstwa i kazał dużo wypoczywać. Zasrane tryby... zmiażdżyły mi palec! - zagrzmiał rozżalonym tonem. - Przepraszam, ale wrócę do łóżka, mam wysoką gorączkę, więc i tak tylko majaczę...
Starannie przygotowaną kolację spożyliśmy bez jego towarzystwa. Podczas wieczornego posiłku panowała dziwaczna atmosfera. Z jednej strony radość z okazji przybycia wujka, z drugiej - zmartwienie niepokojącym stanem zdrowia taty.
Tak jak reszta domowników, zaraz po przyjemnym uczuciu sytości poczułem nieodpartą chęć położenia się do snu. Niestety, pomimo tego nie zdołałem zażyć snu. Bez ustanku coś mnie z niego wyrywało. Raz były to odgłosy nocnej dorożki, a innym razem uderzenia nikczemnych gałęzi w okna pokoju.
W końcu dałem za wygraną i wstałem, aby napić się wody. Idąc do kuchni, zauważyłem smugę światła z pokoju gościnnego. Zdecydowałem zobaczyć, kto je zapalił, dlatego zakradłem się bliżej.
- Wejdź, serdecznie zapraszam - usłyszałem potulny głos wujaszka Herberta. - Usiądź no, śmiało. Pewnie zastanawiasz się, co tutaj robię o tak później porze. No cóż, ja również nie mogłem zasnąć. Pozwól, że coś ci opowiem. Otóż twój ojciec był kiedyś zupełnie innym człowiekiem. Niestety, czasy szybko się zmieniają, a wraz z nimi ludzie... - oświadczył, biorąc solidny łyk brandy.
ROZDZIAŁ 2 Szanowny pan Bingley
Billy urodził się w 1851 roku w średniozamożnej rodzinie jako pierwsze i jedyne dziecko państwa Bingleyów. Nieszczęśliwa para starała się o nie bardzo długo, jednak po wielu latach prób i nieustannych narzekań ze strony obojga rodziców, na świat przyszedł wyczekiwany potomek. Niestety, podczas porodu wystąpiły poważne komplikacje, w wyniku których życie dziecka było zagrożone. Mały Billy zbyt mocno kopał nóżkami i niefortunnie zaplątał się w pępowinę, dlatego nie potrafił opuścić łona czekającej na jego przyjście wycieńczonej mamy. Leżąc na łóżku, żarliwie modliła się do Boga, aby to zakończył. W tym momencie nastąpił przełom i malutka główka niemowlęcia nieśmiało przywitała nowy świat.
- Cieszę się, że w końcu zdecydowałeś się wyjść - wyszeptała do przytulonego synka.
Jej mąż, a twój dziadek, Charles, wyczekując w drugim pokoju razem z moim tatą Arhurem, co chwilę wstawał i siadał, wychodził na zewnątrz, a zaraz potem wracał. Kiedy usłyszał o szczęśliwym rozwiązaniu, natychmiast wyciągnął z kredensu specjalnie przygotowaną na tę radosną okoliczność butelkę whisky, nalał w dwie szklanki i wzniósł płynący prosto z serca toast.
- Wypijmy zdrowie mojego wspaniałego syna, młodego następcy rodu Bingleyów! - wykrzyknął, uderzając swoją szklanką w drugą, trzymaną przez mojego ojca.
Mały Billy rósł jak na drożdżach. Był uśmiechniętym chłopcem, który każdą wolną chwilę spędzał na świeżym powietrzu. Zatroskani rodzice martwili się jednak o jego dobre wychowanie. Pragnęli, aby wyrósł na pełnego wigoru i zapału do pracy inteligentnego mężczyznę.
Od najmłodszych lat wpajali mu, co to znaczy mieć dobry zawód. Charles zajmował się układaniem szyn kolejowych. Jeżeli miał jakąś fuchę w mieście, niejednokrotnie zabierał ze sobą małego Billy'ego. Systematycznie oswajał go z widokiem ciężkiej pracy, a także przyuczał do roli porządnej głowy rodziny. Będąc synem pierworodnym, chłopak padł ofiarą eksperymentów swoich rodziców, którzy niewątpliwie chcieli dobrze, lecz nazbyt poważnie potraktowali rolę życiowych przewodników w świecie zagubionego dziecka.
- Coś strasznego - stwierdziłem, słuchając historii opowiadanej przez wujaszka Herberta.
- Tak - zgodził się. - A więc, chcąc nie chcąc, twój tata już za młodu stał się dojrzałym człowiekiem, któremu nie były obce trudy dnia powszedniego. Chodząc do szkoły, nie miał wielu przyjaciół w swoim wieku. Kolegował się ze starszymi. No cóż, może jego rodzice już wtedy przeczuwali, co ich spotka? - podsumował, wydobywając z zamierzchłej przeszłości bolesne fakty. Zmizerniał, a jego oblicze przybrało anemiczny, blady kolor. Na twarzy i szyi pojawiły się niewidoczne przedtem zmarszczki. Zamilkłszy, ponownie zmoczył usta w brunatnym alkoholu.
- Coś się stało, wujku? - zapytałem niepewnie.
- Nie, wszystko w porządku. Może po prostu niepotrzebnie przywołuję stare dzieje, może już najwyższa pora odstawić je na półkę i nigdy więcej nie odkurzać? - kontynuował melancholijnym głosem, jak gdyby żałował wypowiedzianych słów.
- Proszę, opowiedz mi coś jeszcze.
- Nie wiem, czy powinienem.
- No dalej, nie daj się prosić, wujku. Jestem siedemnastolatkiem i mam prawo dowiedzieć się czegoś więcej o mojej rodzinie!
- Dobrze, ale mów ciszej, bo zaraz wszystkich obudzisz i wtedy nici z opowieści - rozkazał. - Pamiętam wakacje, kiedy dorastający Billy przyjechał z rodzicami do naszej posiadłości w Troy w stanie Nowy Jork. Jako że na co dzień mieszkali w Albany, a odległość między naszymi miastami była niewielka, dość często odwiedzaliśmy się nawzajem - w końcu nasi ojcowie byli braćmi. Kuzyn, choć wyglądał młodo, zachowywał się dużo poważniej.
Pewnego razu leżąc na kocach, odpoczywaliśmy po sytym obiedzie. Zapytałem go, czy wybrałby się z nami, to znaczy z moimi przyjaciółmi, na zabawę w podchody w pobliskim lesie. Z urzędową miną odparł, że woli zostać i pomóc mojemu tacie dokończyć obijać deskami właśnie wybudowaną szopkę. Zafundowana mi odpowiedź brzmiała w jego ustach naprawdę kuriozalnie. Pomyślałem sobie: "Skąd u diabła u takiego chłopca rodzą się tak dziwne pomysły? Przecież to nienaturalne!". Ale cóż miałem począć? Mój ojciec Arthur tylko wyniósł go pod niebiosa, iż wyrośnie z niego wspaniały kawaler, natomiast mnie porządnie zrugał, ponieważ uważał, że jestem zwykłym obibokiem, któremu tylko zabawa w głowie. Staruszkowie uważali Billy'ego za prawdziwy diament i cud natury. Muszę przyznać, że kuzyn był bardzo inteligentny i nierzadko miały miejsce sceny, kiedy to pomagał tacie w podjęciu właściwej decyzji, zwłaszcza po zamieszkaniu u nas na stałe...
- Jak to?
- Powoli, wszystko po kolei - zganił mnie wujaszek. - A więc jak wspomniałem, twój ojciec wykazywał ponadprzeciętne zdolności, szczególnie jeśli chodziło o nauki ścisłe. Jak na swój wiek, potrafił szybko rachować i błyskawicznie wykonywać w głowie skomplikowane obliczenia. Liczył właściwie wszystko: wydawane pieniądze, dachówki niezbędne do pokrycia dachu, przybijane do płotu sztachety lub kroki potrzebne do przejścia danego obszaru. Niekiedy było mi go naprawdę żal. Widziałem starego człowieka w młodzieńczej skórze, nieszczęśliwe dziecko, któremu bezwzględnie zabiera się dzieciństwo i okrada z okresu jedynej w swoim rodzaju wolności ducha. Jeszcze większej dramaturgii przysparzał fakt, że Billy nawet tego nie dostrzegał, ponieważ autentycznego dzieciństwa nie doświadczył nigdy.
- Billy, czy myślałeś o tym, aby po zakończeniu szkoły kontynuować naukę w innej, wyższej placówce? - zapytałem podczas którychś odwiedzin, jeśli dobrze pamiętam było to Święto Dziękczynienia.
- Nie mam pojęcia, Herbercie, nie wiem, czy będą mnie chcieli - odrzekł nieśmiało.
- Co ty opowiadasz, bracie! Przecież jesteś mądrzejszy od większości uczniów w swojej szkole.
- Ale to tylko mała szkoła w Albany, są dużo większe...
- Oj, nie przesadzaj - zakończyłem, widząc wzrastający niepokój Billy'ego. - Chodź, porzucamy piłką.
- Ale wujku - przerwałem. - Opowiedz mi, jak to się stało, że zamieszkaliście razem.
- Właśnie do tego zmierzam, po prostu słuchaj i wykaż odrobinę więcej cierpliwości - skarcił mnie wuj Herbert. - Rok 1865 był dla twojego ojca najgorszym okresem w jego życiu. Wszystko zaczęło się na jesieni, gdy wuj Charles dostał niezwykle dochodowe zlecenie. Jego firma miała ułożyć spory kawałek szyn pod pociąg towarowy. Buchający parą pojazd miał przewozić ścięte drzewo do miejscowości, która swą nazwę zawdzięczała dwóm finezyjnie płynącym przez jej środek strumykom. Twin Brooks, tak właśnie nazywało się owo miasteczko... miasteczko, w którym zmarł twój dziadek.
Pod koniec września wujek Charles wypoczywając w rodzinnej Albany, podczas wieczornego posiłku poinformował zebraną familię, czyli Billy'ego oraz ciocię Jane, o nowej pracy, dzięki której będą mogli odłożyć trochę pieniędzy na remont podstarzałego domu. Jedyny feler polegał na tym, że przez prawie trzy miesiące byliby w rozłące, gdyż kontrakt wymagał wyjazdu w surowe tereny Stanów Zjednoczonych.
- Ale tato, czy naprawdę musisz wyjeżdżać na tak długo? - zapytał zmartwiony Billy.
- Przykro mi, ale nie mam innego wyjścia - odrzekł chłodnym tonem wuj.
Pomimo że był trzymany żelazną ręką i często karcony, Billy bardzo szanował swojego ojca. W przyszłości pragnął być taki jak on... zresztą wszystko na to wskazywało.
- To znaczy... kiedy masz zamiar do nas wrócić? - zapytała ciocia Jane, sprzątając ze stołu.
- Przełożeni obiecali, że wrócimy na święta - zapewnił.
W następną niedzielę, po porannej wizycie u Najwyższego w miejscowym kościele, a następnie uroczystym obiedzie, Billy wraz z matką, stojąc na dworcu, żegnali odjeżdżającego stalowym monstrum wujka Charlesa. Płakali słonymi łzami i machali do niego, ile tylko mieli sił w rękach.
- Pamiętaj, pisz do nas! - krzyknęła łkająca Jane.
- Nie bój się, nie zapomnę! - zdążył odpowiedzieć, nim zniknął w ciemnym tunelu, pozostawiając za sobą ślepo obijające się o ściany echo.
Tej jesieni Billy bardzo zmężniał. Oprócz wypełniania szkolnych obowiązków musiał także przygotować całe domostwo na nieuchronnie zbliżającą się zimę. Codziennie po odrobieniu prac domowych ruszał do szopki, gdzie zaszywał się na kilka godzin. Szykująca wieczerzę mama wielokrotnie słyszała z otwartego okna dźwięki trzaskającego drzewa. Rada z przykładności syna, sumiennie umieszczała swoje spostrzeżenia w listach wysyłanych do pracującego ciężko męża:
Drogi Charlesie,
jak idzie Tobie praca? Czy nie przesilasz się za bardzo? Proszę Cię, uważaj na swój kręgosłup. Wielokrotnie na niego narzekałeś, tak więc musisz być ostrożny. W Albany wszystko w porządku. Tegoroczna jesień jest wyjątkowo ciepła i słoneczna, dlatego nie mamy prawa na nią narzekać. Wczoraj byłam na rynku i kupiłam owoce na przetwory. Kiedy wrócisz do domu, będziesz mógł ich spróbować. Zrobiłam czternaście dużych słoików, więc myślę, że wystarczy nam na całą zimę. Billy mówi, że dżemy są za mało słodkie, ale wiesz, że w tych sprawach nie można na nim polegać - przecież zawsze był takim łasuchem. Mówiąc o nim, chciałabym go pochwalić. Mocno się przejął rolą jedynego mężczyzny w domu i nie ma chwili wytchnienia. Codziennie znajduje sobie jakieś przydomowe prace i krząta się po podwórku do samego zmroku. Ostatnio łatał płot i uszczelniał okna. W szkole radzi sobie bardzo dobrze. Jest najlepszym uczniem w klasie. Niekiedy przychodzą do nas jego koledzy i proszą, aby wytłumaczył im rachunki z matematyki. Wierzę, że zostanie kimś wielkim. Jeżeli chodzi o mnie, to trzymam się jakoś, choć bez Ciebie wszystko zdaje mi się tracić sens. Bardzo tęsknię za Tobą i nie mogę się doczekać Twojego powrotu do Albany, Kochanie. Czekamy na Twój list.
Kochająca żona Jane
P.S. Czy wiedziałeś, że nasz sąsiad Rudolf Meisi ma brata? Wczoraj go widziałam i muszę przyznać, że są jak dwie krople wody. Gdyby Rudolf nie pomachał do mnie ręką, na pewno nie wiedziałabym, który z nich jest tym właściwym.
Wysyłała je co tydzień, natomiast twój dziadek nie był tak wylewny i wysyłał krótkie wiadomości raz na miesiąc. Myślę, że ciocia Jane traktowała to jako dobry sposób na wylanie z siebie leżących na sercu przemyśleń. Musiała się przecież przed kimś wyspowiadać, a w otoczeniu obcych ludzi była raczej nieśmiała i nieskora do prowadzenia dialogów.
Chociaż wujek pisał rzadko, to jednak regularnie, więc gdy w grudniu nie przyszedł list, twoja babcia się zaniepokoiła. Szczególnie że ostatnio poinformował, iż prace idą ku końcowi i z całą pewnością wróci przed świętami Bożego Narodzenia. Na początku opóźnienie zrzucała na pocztę, lecz z upływem kolejnych frustrujących dni jej cierpliwość znacznie zmalała. Chodziła nawet po domach innych kobiet, których mężczyźni pracowali w tym samym przedsiębiorstwie co wujek Charles, ale nie dowiedziała się niczego znaczącego.
- James napisał, że wrócą przed samą wigilią - powiedziała żona jednego z robotników.
A więc wciąż czekaliście, a kiedy nadszedł upragniony dzień powrotu, czyli 23 grudnia, w ciotce Jane aż kipiało od skrajnych emocji. Widziałem to wszystko na własne oczy, ponieważ twoja babcia zaprosiła moją rodzinę na wigilię. Dlatego też opowiadam ci to, drogi siostrzeńcze, z takimi szczegółami. Niestety dość smutnymi, ale jak to sam ująłeś, jesteś już prawie dorosły i masz prawo dowiedzieć się czegoś więcej o swojej rodzinie.
Pamiętam, że siedzieliśmy w salonie, podziwiając ubraną przez Billy'ego choinkę, gdy usłyszeliśmy pukanie. Rozemocjonowana ciocia prędko ruszyła do przedpokoju i z trudem otworzyła zastygłe drzwi.
- Dzień dobry, pani Bingley - odezwał się zagadkowy głos, którego właścicielem okazał się przełożony wuja Charlesa, pan Curly. - Mogę wejść?
Jane zaprowadziła go do kuchni. W trakcie rozmowy wyjął z płaszcza pogiętą kopertę. Po chwili biedna ciocia, położywszy głowę na jego barku, zalała się żałobnymi łzami. Pan Curly przytulił ją, pogładził po włosach, a następnie opuścił mieszkanie, zostawiając za sobą niedomknięte drzwi.
Ciocia weszła do salonu i stanęła naprzeciwko nas z grobową miną. Chłodny wiatr wdarł się do środka. Niosąc ze sobą płatki śniegu, wyrywał z rąk cioci Jane tajemniczy list. Spojrzałem na niego i zauważyłem, że nadawcą był twój dziadek, a koperta pochodziła z pechowego grudnia.
- Charles nie żyje... - wykrztusiła boleściwym tonem. - On naprawdę nie żyje! - powtórzyła, wyrzucając z siebie pełen goryczy krzyk.
Twój tata siedział całkowicie osłupiały, aż nagle wybiegł na zewnątrz, aby zwymiotować. Nie potrafił inaczej wydobyć z siebie ogromu negatywnych emocji, które zgromadziły się w nim w zaledwie kilka sekund.
Jednakże najgorsze było jeszcze przed nim. Gdy pod koniec tej mrocznej zimy po raz kolejny odwiedziliśmy jego dom, zastaliśmy równie wstrząsający widok. Na kołatanie w drzwi nikt nie odpowiedział, dlatego weszliśmy sami. Całe mieszkanie z wyjątkiem jednego pokoju pogrążone było w budzących grozę ciemnościach, więc udaliśmy się w stronę światła. Tak dotarliśmy do sypialni. Ujrzeliśmy siedzącego na krześle Billy'ego trzymającego za rękę ukochaną mamę. Ciocia Jane spoczywała na swoim łóżku. Jej wychudzone ciało płonęło nikczemną gorączką, a z bladej twarzy lał się lepki pot.
- Witaj, Billy - przywitał się mój ojciec. Widząc dramatyczny stan twojej babci, zdobył się na jeszcze jedno zdanie. - Dlaczego, do jasnej cholery, nic nie mówiliście?! Moglibyśmy pomóc... - dodał.
- Było już tutaj kilku lekarzy, wydaliśmy masę pieniędzy, jednak żaden z nich nic nie zdziałał - odparł smutno Billy.
Twój tata czułym wzrokiem spojrzał na matkę i starł jej z czoła kropelki potu.
- Gruźlica, wujku. Mama zbagatelizowała zapalenie płuc, a później ta paskudna choroba wdarła się w jej szczupłe ciało, pozostawiając za sobą same zgliszcza, nic więcej...
Słowa, które potem padły, na zawsze odmieniły losy kuzyna Billy'ego.
- Arthurze, zbliż się tutaj - rozpoczęła, kasłając.
- Tak, jestem przy tobie - odrzekł pokornie mój ojciec.
- Obiecaj mi, że gdy umrę, zaopiekujesz się Billym.
- Nie opowiadaj bzdur, Jane, jeszcze zdążysz mu wyprawić wesele - sprzeciwił się.
- Obiecaj, słyszysz mnie? - ponagliła, ściskając jego dłoń.
- Tak, przysięgam... Bóg mi świadkiem, że temu młodemu mężczyźnie nigdy niczego nie zabraknie.
- To dobrze - zakończyła łagodnie.
Noc spędziliśmy w pokoju gościnnym, natomiast Billy nie chciał opuszczać chorej matki i spał na fotelu obok niej.
Obudziłem się jako pierwszy z mojej rodziny. Usłyszałem ciche szlochanie, więc pobiegłem do sypialni. Demoniczna scena do dziś staje mi w oczach. Zobaczyłem kuzyna leżącego przy cioci Jane, tulącego ją z całych sił.
- Czy ona...
- Tak, Herbercie - przerwał mi w pół słowa. - Mama nie żyje. Zmarła przed świtem - zapłakał. - Zostałem sam, nie mam już nikogo... Bóg zabrał mi wszystkich najbliższych... - żalił się, muskając dłonią jej policzki.
Położyłem rękę na barku Billy'ego i powiedziałem:
- Nieprawda, kuzynie, nadal masz nas. Na mnie możesz zawsze polegać, bo nie opuszczę cię przenigdy, zapamiętaj to sobie - oznajmiłem, a potem poszedłem obudzić resztę.
Osierocony Billy zamieszkał z nami w Troy. Rodzinny dom w Albany postanowił sprzedać i nigdy więcej tam nie wracać. Takie było jego życzenie, więc nie ważyliśmy się temu sprzeciwić.
Przez pierwsze pół roku kuzyn miewał straszne huśtawki nastrojów. Nie dziwię się temu, przecież tyle przeszedł. W stosunku do otaczających go ludzi zachowywał się agresywnie. Najbardziej zaskoczony był mój ojciec, który nieraz dostawał wezwanie do szkoły z powodu bójek Billy'ego. Gdy później siedząc w pokoju, rozmawiali o niemiłym zajściu, Billy nie potrafił odpowiedzieć, dlaczego to zrobił.
- Nie wiem, wujku Arthurze, po prostu czasami tak się dzieje - odpowiadał najczęściej.
Mimo to wraz z upływem kolejnych miesięcy coś w nim pękło. Przecież nie był głupim chłopakiem i najwidoczniej zrozumiał, że takie postępowanie nie doprowadzi go do niczego dobrego.
Nie zapomnę niedzieli, podczas której zdarzył się prawdziwy cud. Siedziałem w kościelnej ławce, kiedy poczułem niewielkie szturchnięcie.
- Czy mogę tu usiąść? - zapytał twój tata.
Szybko odsunąłem rodzinę, aby zrobić miejsce odstrojonemu kuzynowi. Przez całą mszę modlił się, prawie nie zerkając na nas. To my częściej patrzyliśmy na niego. Od przeszło dwóch lat, od kiedy zmarli jego rodzice, nie przestąpił kościelnego progu. Dotychczas za wszystko obwiniał Boga. Gdy wracał od komunii, zauważyłem jak po policzku spłynęło mu kilka łez. Posłał mi nieśmiały uśmiech i usiadł koło mnie.
- Proszę, wytrzyj się - zaproponowałem, wyciągając z kieszeni chusteczkę.
- Dziękuję, Herbercie...
- Przecież już ci mówiłem, że zawsze możesz na mnie polegać, nie pamiętasz? - dodałem, patrząc w budzące się do życia oczy twojego taty.
Niedługo później nastąpiła istna lawina zdarzeń, które potwierdziły niewątpliwy powrót dorastającego Billa do świata żywych.
Pomimo że miał już ukończone osiemnaście lat, dopiero wówczas zaczął nadrabiać braki z dzieciństwa, którego właściwie nie miał. Spędzaliśmy ze sobą naprawdę dużo czasu. Graliśmy w podwórkowe gry, uczyliśmy się po nocach, chodziliśmy na miejscowe potańcówki. Ku mojemu zaskoczeniu, Billy okazał się znacznie lepszym tancerzem ode mnie. Wciąż mnie zadziwiał i nieraz wprawiał w osłupienie. Zżyliśmy się jak prawdziwe rodzeństwo. To było coś pięknego, niestety nie tak trwałego, jak myślałem.
Któregoś sierpniowego popołudnia, gdy przycinaliśmy ogrodowe krzewy, przybiegła do nas moja mama.
- Billy, to do ciebie! - poinformowała, wręczając mu elegancką kopertę.
Kuzyn pośpiesznie otworzył przesyłkę, przeczytał treść listu, a po chwili jego twarz rozbłysła chłopięcą radością. Chwycił pod ramiona mnie oraz mamę i uściskał tak, że ledwo mogłem oddychać.
- Posłuchajcie - rozpoczął uroczyście. - W imieniu Rektora Rensselaer Polytechnic Institute przyjmuję Szanownego Pana...
- Pana Bingleya na pierwszy rok studiów inżynierskich - dokończył chropowaty głos z tyłu.
Zza gęstwin ciemności spowijającej pogrążone we śnie domostwo, wyłoniła się sylwetka podchodzącego bliżej taty. Usiadł na fotelu i zmierzył wujaszka Herberta wyważonym wzrokiem.
- A niedługo później nasze drogi się rozeszły - stwierdził wuj, patrząc na nowego gościa.
- Nie przesadzasz, Herbercie? Taki jest porządek rzeczy. Chyba nie sądziłeś, że do końca życia będziemy mieszkać razem?
Mężczyźni zaśmiali się szczerze, wymieniając spojrzenia.
- Nalejesz i mnie? - zapytał, stawiając na stoliku szklankę.
Atmosfera zrobiła się nad wyraz miła. Zaczarowany opowiadaną historią, dałem się ponieść kipiącym z niej emocjom i wiernie słuchałem dalszej części, która zaczęła rozwijać się coraz ciekawiej.
- Posłuchaj, jak ja to widziałem ze swojej strony - zaczął ojczulek, oblizując usta po łyku brandy. - Kiedy dostałem się do Rensselaer Polytechnic Institute, postanowiłem, że najwyższy czas dorosnąć i przenieść się na własny garnuszek. Nie chciałem już sprawiać twojej rodzinie więcej problemów i być dodatkowym obciążeniem finansowym. Przecież nie byłem ślepy i widziałem, co się wokół mnie działo. Nie mogłem dłużej na to patrzeć. Tak więc pokręciłem się trochę po Troy, zajrzałem tu i tam, popytałem różnych ludzi i koniec końców znalazłem dość tanią jak na tamte czasy stancję, a mówiąc poprawniej - mały pokoik z kuchenką. Nie miałem prawa narzekać, musiało mi to na razie wystarczyć, a zresztą nie było aż tak fatalnie.
Pokojowe okno było umieszczone w taki sposób, że wpadające przez nie promienie wschodzącego słońca wylewały się na moją zaspaną twarz, mobilizując do pobudki. Najpierw wstawiałem wodę na poranną herbatę, myłem się w wiadrze z lodowatą cieczą, a na koniec siadałem do skromnego posiłku. Kiedy w niewyspanym ciele powoli ruszało krążenie, pakowałem leżące na stoliku książki i ruszałem na uczelnię.
Pomimo otaczających mnie zewsząd trudności, ten etap życia należał do moich ulubionych. Możliwość zgłębiania arkanów wiedzy technicznej sprawiała mi wiele radości. Odnalazłem swój sposób na życie i odkryłem, co pragnę robić w przyszłości, a niewątpliwe sukcesy na uczelni tylko dodawały mi skrzydeł. Nareszcie poczułem się doceniany.
Pojąłem, dlaczego rodzice przykładali tak wielką wagę do mojego wykształcenia i stosunku do pracy. Wybaczyłem im utratę dzieciństwa, które na szczęście w pewnej mierze odzyskałem.
W ostatnim roku mojej rozwijającej się z zawrotną prędkością kariery akademickiej, w trakcie spożywania obiadu z profesorem, wyszedłem na chwilę do łazienki. Spoglądając w lustro, ujrzałem człowieka, którym chciałem zostać. Poczułem, że nieżyjący od ponad dziesięciu lat rodzice byliby ze mnie dumni, ponieważ ich nie zawiodłem. Wróciłem do stolika.
Spotkałem się z moim opiekunem w sprawie wyboru profesji. Jako że kończyłem studia, należało postanowić, co dalej ze mną robić. Sugerowano mi pozostanie na uczelni, ja jednak chciałem czegoś innego. Pragnąłem wyrwać się z miasta i zwiedzać stojący przede mną otworem świat.
Po kilku miesiącach żmudnych poszukiwań znaleźliśmy wymarzoną pracę. Polegała na naprawie instalacji w przeróżnych fabrykach. W grę wchodziły Stany Zjednoczone, a także inne kraje. W ciągu trzech lat zdążyłem zapomnieć, czym jest dom. Przenosili mnie z miejsca na miejsce. Dwa dni w Chicago, tydzień w Bostonie, trzy miesiące w Kanadzie. Zwiedziłem również Francję, Hiszpanię i nasze Włochy. Przez ten czas nie zrezygnowałem z ani jednego zlecenia, brałem wszystko, co popadnie. Czułem nieodpartą potrzebę samorealizacji, której pragnąłem niczym wygłodniałe zwierzę pokarmu. W wyniku prowadzenia tak forsownego trybu życia szybko zyskałem sławę oraz opinię niezawodnego eksperta.
- W panu ostatnia nadzieja, panie Bingley - oznajmił swego czasu szanowny Edwin L. Drake, twórca pierwszego szybu naftowego.
- Spokojnie, zobaczymy, w czym leży problem - odpowiedziałem opanowanym głosem.
Podczas okresowego udrożniania szybu, z którego tryskała przynosząca fortunę złota ropa, nastąpiło uszkodzenie wiertła.
Przyznam, iż było to jedno z najcięższych zleceń. Umazany cieczami o niewiadomym składzie, oblepiony wzbijającym się w powietrze piaskiem, dumałem nad rozwiązaniem problemu. Do tego gonił mnie czas. Zakotwiczony w porcie statek "Elizabeth Watts" już czekał na załadunek, by wyruszyć do Londynu.
Którejś nocy obudziwszy się w swoim baraku, zasiadłem do biurka i zatonąłem w intensywnych obliczeniach. Rankiem rozwiązanie nużącego kłopotu miałem szczegółowo rozpisane w notatniku.
W końcu postanowiłem odrobinę odpocząć, złapać oddech i na nowo odnaleźć pozostawioną daleko tożsamość. Zdecydowałem odwiedzić stare miejsca i odświeżyć rodzinne więzy, o których istnieniu prawie już nie pamiętałem.
I tak moje oczy na powrót ujrzały Troy. Przyjechałem bez żadnego uprzedzenia. Spacerując wąskimi uliczkami, miałem wrażenie jak gdyby czas wspaniałomyślnie oszczędził to miasto. Wszystko wyglądało dokładnie tak jak w dniu, w którym je opuściłem. Pierwszym miejscem, do którego wstąpiłem, była znajoma knajpka wybudowana na skrzyżowaniu ulic Hoosick St. i Buudett Ave. Wypiwszy kawę, odzyskałem utracone siły i ruszyłem dalej. Udałem się do waszego domu, Herbercie. Przyznaję, iż bałem się tej wizyty, jednak wiedziałem, że nie mogę stchórzyć.
- Przypominam sobie wyraz twojej twarzy, kiedy stanąłeś w progu - wtrącił wujek.
- Tak, musiałeś mieć ze mnie niezły ubaw - zgodził się ojczulek. - Mniejsza z tym, ważne do czego zmierzam. Otóż po miłym powitaniu i pogawędce postanowiliśmy wybrać się na tańce.
- Oczywiście! - oświadczył entuzjastycznym głosem wujek. - Jak mogłem tego nie skojarzyć? Kontynuuj.
- Wraz z nastaniem nocy uciekliśmy z zasypiającego domu w poszukiwaniu nowych wrażeń. Elegancko odziani, z połyskującymi włosami i blaskiem w oczach wyruszyliśmy w stronę lokalu o nazwie "Sweet Mary". Wraz z przekroczeniem jego progu po raz kolejny odmieniłem przebieg - zdawałoby się - jasno wytyczonej ścieżki.
Naprzeciwko wejścia stał bar, który zwabiał klientów niczym diamentowy naszyjnik - zachłannego złodziejaszka. Pamiętam, że wzięliśmy po piwie, a później rozejrzeliśmy się po wystrojonej kolorowymi wstęgami sali. Nim zdążyłem prześwidrować wzrokiem rozbawione towarzystwo, ujrzałem ją. Stała oparta wdzięcznie o drewnianą kolumnę i debatowała z nieznajomym chłopakiem. Nie mam pojęcia, co wówczas we mnie wstąpiło, ale natychmiast odstawiłem na ladę kufel piwa i ruszyłem do niej. Spojrzała na mnie, posyłając mi czarujący uśmiech. Przeprosiłem rozmawiającego z nią młodego człowieka i porwałem do tańca... swoją przyszłą żonę.
Późną nocą, gdy odprowadzałem Wendy do domu, po kolei wyjawialiśmy sobie sekrety. Okazała się być dziewczyną z sierocińca, którą po osiągnięciu odpowiedniego wieku zwyczajnie wyrzucono na ulicę. Bez środków do życia, zmuszona radzić sobie sama, poszła do pierwszej lepszej pracy i wynajęła niewielką stancję.
Mimo wcześniejszych ustaleń zdecydowałem zostać w Troy znacznie dłużej. Rozkwitająca wiosna na trwałe zagościła w naszych sercach. Tak, zakochałem się po uszy i podjąłem wtedy jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu. Zerwałem z dalekimi podróżami i zapragnąłem osiedlić się na stałe.
A wszystko rozpoczęliśmy od olśniewającego ślubu. Nasza znajomość nie trwała długo, ale doskonale wiedzieliśmy, że chcemy spędzić ze sobą resztę dni. Używając szerokich znajomości, dowiedziałem się, że w oddalonym o setki godzin jazdy San Francisco sławny Levi Strauss pilnie potrzebuje osób mogących objąć funkcję kierowników jego fabryk czekolady. Wendy zgodziła się od razu. Tak jak kiedyś ja, teraz ona odczuwała głęboką potrzebę zmiany miejsca zamieszkania.
- Żyje się tylko raz, pamiętaj o tym, Billy - odrzekła tak dojrzale.
Z odłożonych pieniędzy kupiliśmy przytulny domek z kawałkiem ziemi i zaczęliśmy wspólne życie. Niedługo później urodził się George, a za kilka lat nasze ukochane bliźniaki: Maggie i Jeremy. Wychowywanie ich przyniosło mi wiele radości. Dopiero wówczas uświadomiłem sobie, co sam kiedyś straciłem.
Niestety, nic co dobre nie trwa wiecznie. Tak też było w naszym przypadku. Kiedy Levi Strauss, przeczuwając złe czasy, dokonał gruntownej redukcji etatów, dołączyłem do grona pechowców, którzy zostali zwolnieni. Pół roku poszukiwań nie przyniosło spodziewanych rezultatów. Codziennie kląłem na Stany Zjednoczone. Plułem im w twarz i obwiniałem za bieżący stan rzeczy.
Pewnego dnia, błąkając się po ulicach San Francisco, zajrzałem na pocztę. Wykorzystując dawne znajomości, rozesłałem wiele listów w najrozmaitsze miejsca, dlatego też w nadziei na jakiś odzew przychodziłem tam często. Tamtego ranka odebrałem wiadomość od przyjaciela z Włoch - Francesca Abbracciavento. Poznałem go podczas wykonywania zlecenia w tamtejszej drukarni.
Napisał mi, że sytuacja gospodarcza jego kraju jest bardzo dobra, przemysł rozwija się prężnie i ze znalezieniem pracy nie powinienem mieć żadnego problemu, a przez wzgląd na stare czasy - chętnie mnie wesprze.
- Żyje się tylko raz, Billy - ponownie odparła ukochana Wendy.
Ponieważ zbliżająca się zima uniemożliwiłaby nam podróż drogą morską, czym prędzej sprzedaliśmy dom, wyjęliśmy z banku wszystkie oszczędności i wyruszyliśmy na odległy kontynent.
Zgodnie z sugestią Francesca zamieszkaliśmy tu, w Aoście. Po przepracowaniu roku pod czyimiś skrzydłami, miałem już tego serdecznie dość i postanowiłem założyć własną fabrykę. Padło na lalki. Jako że Francesco bezinteresownie pomógł nam w zaaklimatyzowaniu się we Włoszech, uczyniłem go swoim zastępcą.
Tak to widziałem ze swojej strony, kuzynie.
- Zaskoczyłeś mnie, nie wiedziałem, że w taki sposób to wszystko odbierałeś - odparł rozczulony podróżą do zamierzchłej przeszłości wujaszek Herbert.
- Zobacz, Jeremy już zasnął.
- Wiele dziś usłyszał.
- Zostawmy go, niech tu śpi - zasugerował tata.
Ale ja wcale nie spałem. Co prawda oczy miałem zamknięte, lecz do samego końca pilnie słuchałem burzliwej historii mojego ojczulka. Mrużąc ciężkie powieki, zdołałem jeszcze lepiej wczuć się w rodzinną opowieść i wyobrazić sobie świat widziany oczami szanownego pana Bingleya.
ROZDZIAŁ 3 Porcelanowa pozytywka
Tej nocy przyśniła mi się ukochana siostrzyczka. Od czasu do czasu odwiedzała mnie w moich niezwykłych snach.
Tym razem wślizgnęła się do salonu, stanęła nade mną i delikatnie przykryła kocem. Otworzyłem oczy i przyjrzałem się jej troskliwemu zachowaniu.
- Witaj, Jeremy - zaczęła.
- Miło cię widzieć, Maggie - odparłem. - Już dawno do mnie nie zaglądałaś, czy coś się stało? - zapytałem.
- Przykro mi, ale nie miałam czasu.
- Nie rozumiem, jak można nie mieć czasu, nie żyjąc?
- Oj braciszku, myślisz, że przychodzę tylko do ciebie? - zaśmiała się.
Usiadła obok i kazała opowiedzieć o wszystkim, co się ostatnio wydarzyło. Z reguły były to wyrzuty i pretensje do otaczającego mnie świata. Później sama przejmowała pałeczkę i opowiadała różne historie z zaświatów.
- W ubiegłym tygodniu spotkałam Homera! - pochwaliła się.
- A kto to taki?
- Braciszku, nie żartuj sobie, przecież to jeden z najsławniejszych Greków! - zdziwiła się. - Rozmawiał z grupką innych artystów w sprawie wystawienia niedzielnej sztuki. Już miałam do nich podejść, ale wtedy przyleciał jeden z tych ślicznych okrąglutkich aniołków i obwieścił podwieczorek.
- Ojej, Maggie, niekiedy zazdroszczę ci takiego życia... - zamyśliłem się.
- Przypomniałeś już sobie, skąd znasz tę melodię z pozytywki? - wypaliła, zmieniając temat.
Doskonale wiedziałem, że nie uniknę tego pytania.
- Nie - odparłem, kręcąc głową.
- Nie martw się, braciszku, odpowiedź przyjdzie sama, ale zobaczysz, że jest dużo prostsza, niż ci się wydaje - wyszeptała.
Powoli wstała, pocałowała mnie w policzek, poprawiła koc i otworzyła pokojowe okno. Oderwała się od podłogi i odleciała, znikając za ścianą gęsto padającego śniegu. Ubrana w alabastrową suknię, szybko wtopiła się zimowe otoczenie, tym samym ostatecznie ginąc z moich oczu zapadających na powrót w słodki sen.
Kiedy się obudziłem, w całym domostwie panowała cisza. W pierwszym odruchu spojrzałem na przymarznięte okno, przez które odfrunęła Maggie. Niestety, było zamknięte.
- A więc to na pewno był tylko sen - wymamrotałem zawiedziony.
Mój wzrok ponownie padł na strzelające rozgrzewającymi promieniami okno. Nie mając nic ważnego do zrobienia, zdecydowałem wziąć przykład z taty oraz wujka i również powspominać dawne dzieje. Moja wybujała wyobraźnia porwała mnie na spotkanie z historią wyjątkowych bliźniaków.
Gdy rozpoczynaliśmy życie w Aoście, porządek naszego dziecinnego świata legł w gruzach niczym zapadający się po wybuchu dynamitu kopalniany szyb. Zamieszkaliśmy w nowym kraju, z wyjątkiem Francesca nie znając absolutnie nikogo. Oprócz kilku kanonicznych zwrotów typu: Mi chamo Jeremy, parla inglese, non capisco czy quanto costa questo, nie potrafiliśmy się z nikim porozumieć. Jedyne oparcie, na które mogliśmy liczyć, pochodziło od nas samych. Zostaliśmy brutalnie wrzuceni do nieznanej rzeczywistości i pozostawieni na pastwę anonimowego społeczeństwa.
Takie były nasze pierwsze odczucia, jednak czas pokazał, iż może to wyglądać nieco inaczej. Jako że byliśmy bliźniakami, posłano nas do tej samej szkoły. Nie przewidziano klas dla cudzoziemców, więc musieliśmy uczyć się z włoskimi dziećmi. Na szczęście rodzice zadbali o nasz mizerny włoski i zatrudnili domowego nauczyciela. Przyjeżdżał raz na tydzień, na ogół w czwartkowe popołudnia.
Pan Agostino, bo tak miał na imię wspomniany belfer, okazał się serdecznym i przyzwoitym wychowawcą. Śmiało mogę powiedzieć, że znał się na ludziach jak mało kto. Człowiek z jego potencjałem mógłby zajść zdecydowanie wyżej. Tak czy inaczej pan Agostino został naszym pierwszym łącznikiem ze światem zewnętrznym. Udzielał lekcji języka i zafundował porządną dawkę wiedzy o włoskiej kulturze.
Powoli wtapialiśmy się w coraz bliższe naszym nieufnym sercom europejskie otoczenie, a początkowo bezimienne twarze włoskich obywateli stopniowo zaczęły przybierać przyjemniejsze kształty.
Jeszcze z czasów w San Francisco pamiętam, że z Maggie łączyły mnie nietypowe bliźniacze więzy, lecz nie byłem ich do końca świadom. Dopiero gdy usiedliśmy koło siebie na statku płynącym w kierunku starego kontynentu, w pełni poczułem wyjątkowość tego uczucia.
- Tak bardzo się boję - wykrztusiła, nerwowo chwytając moją rękę.
Przez dłuższą chwilę nie odzywaliśmy się do siebie. Obserwowaliśmy formujące się fale, a także zerkające na nas przez popękaną skorupę wieczornych obłoków gwiazdy. Nabierając do płuc powietrza, stanąłem przy burcie i spojrzałem na białą pianę, którą zostawiał za sobą statek.
- Non aver paura - zaczepił mnie jegomość sterczący niedaleko. - To znaczy: nie bój się - dorzucił. - Jesteś ze Stanów Zjednoczonych, zgadza się?
- Tak - potwierdziłem, kiwając czupryną.
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. Nazywam się Cesare Gallo i pracowałem w twoim kraju jako architekt. Właśnie wracam do domu na zasłużony urlop - dokończył. - Śmiało, spójrz tam jeszcze raz, nie bój się, nie wypadniesz - zapewnił.
Powtórnie rzuciłem okiem na zakrytą całunem mroku czarną wodę. Poczekałem, aż Włoch spali skręconego papierosa, i wróciłem na swoje miejsce.
- Non aver paura - zwróciłem się do nadal wpatrzonej w niebo Maggie.
- Co?
- Nie bój się, to po włosku - uzupełniłem.
- Ach, a więc tak brzmi nasz nowy język - skwitowała, kładąc głowę na moim barku.
Pamiętam kiedy po ostatnich wspólnych urodzinach, leżąc już w łóżkach, co chwilę nakręcaliśmy porcelanową pozytywkę i wsłuchiwaliśmy się w enigmatyczną melodię.
- Idźcie spać... albo inaczej... dajcie spać innym! - huczał zasypiający George.
Chociaż cały pokój spowijały nieznośne ciemności, z uchylonych zasłon sączyło się księżycowe światełko. Maggie zerkała na mnie swoimi łobuzerskimi oczętami. Szukała zrozumienia i świetnie wiedziała, że znajdzie je u mnie.
- Chodź do mnie - wyszeptała. - Pod pierzyną nikt nas nie usłyszy.
Jedną ręką złapała aniołka, a drugą podniosła kołdrę na tyle wysoko, abym mógł wślizgnąć się do środka. Okryci grubą warstwą materiału wypełnionego gęsimi piórami, w dalszym ciągu wsłuchiwaliśmy się w delikatne brzmienia urodzinowego prezentu. Niebiańskie nuty nie pozwoliły nam jednak długo napawać się swoim wdziękiem i wkrótce potem padliśmy jak muchy.
Następnego dnia zaczęliśmy śledztwo. Założyliśmy detektywistyczny duet rodem z powieści Artura Conana Doyle'a pod tytułem Studium w szkarłacie, w którym ja odgrywałem rolę Sherlocka Holmesa, natomiast Maggie odtwarzała kreację doktora Johna H. Watsona.
W pierwszym odruchu skierowaliśmy się do rodziców. Jak przystało na dobrą historię kryminalną, impuls ten przysporzył nam tylko migreny. Tata oświadczył, że ową tajemniczą pozytywkę dostał w prezencie od dawnego przyjaciela z czasów akademickich, a teraz profesora - Arsena Wilkinsa.
W jednym ze swoich listów ojczulek napisał do niego, iż osiadł we Włoszech i prowadzi fabrykę lalek. W odpowiedzi zacny pan Wilkins pogratulował obrania trafnej drogi życiowej i dołączył mały upominek w postaci grającego aniołka.
- No nic, jakoś sobie poradzimy - zapewniłem, widząc grymas na twarzy zmartwionej siostrzyczki.
Ojcowski interes pozwolił nam dotrzeć do sklepów dysponujących największym asortymentem zabawek w całej Aoście. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, kiedy tylko opuszczaliśmy szkolne mury, wędrowaliśmy do kolejnych sklepów w celu identyfikacji zagadkowej melodii. Często nasze popołudnia wypełniały albo domowe obowiązki, albo lekcje u pana Agostina, dlatego też śledztwo wlokło się w nieskończoność.
- A może pan słyszał tę melodię? - zapytała się któregoś razu Maggie, kładąc pozytywkę na sklepowy blat.
- Brzmi wspaniale, ale nie mam pojęcia, co to może być - odrzekł zachwycony sklepikarz. - Myślę, że nie jest to żadna z włoskich kołysanek, znam się na tym, możecie mi zaufać.
W taki oto sposób sprawdziły się nasze największe obawy. W końcu nadszedł dzień, gdy skreśliliśmy z długiej listy ostatni sklepik z zabawkami. Wszyscy właściciele mówili to samo.
- Nigdy nie widziałem takiej pozytywki ani nie słyszałem takiej melodii - oznajmiali jeden po drugim.
Po spędzeniu kilku miesięcy na nieudolnych poszukiwaniach postanowiliśmy chwilę odetchnąć. Miarka się przebrała, kiedy przyśnił mi się koszmar. Zaklęte nuty spenetrowały moją czaszkę i wprowadziły w nieprzyjemne wibracje.
Przez połowę nocy niezręcznie uciekałem przed ścigającą mnie mroczną figurką aniołka. Odwracając się, ażeby zobaczyć czy jest daleko, za każdym razem widziałem jej obmierzły uśmiech klauna i wyszczerzone zęby.
Obudziłem się z przerażającym krzykiem, który zdziwił nawet mnie.
- Kto to, do jasnej cholery?! - odezwał się obudzony George. - Zamknij japę i śpij!
Tak więc po tym niesympatycznym incydencie na jakiś czas powiedziałem sobie stanowczo: nie. Jak przystało na porządnych bliźniaków, podjęliśmy tę decyzję wspólnie. Wolne dni poświęciliśmy spacerom po okolicy. Poznaliśmy wówczas barwne oblicza Aosty. Zauroczyła nas starymi kamienicami, pamiętającymi dawne dzieje. Nawet sam język włoski, początkowo zupełnie nieprzystępny, z czasem przybrał sympatyczniejszy wydźwięk.
Niestety, "nic co dobre nie trwa wiecznie" - słowa opowiadającego swoją historię ojczulka uważam za aktualne aż do dziś. Osiągając wiek, w którym zostają rozdzielone prawa i obowiązki obu płci, zmuszeni byliśmy służyć w dwóch oddzielnych obozach. Tata coraz częściej zabierał mnie do manufaktury, natomiast Maggie przesiadywała w domostwie i pomagała mamie w jej pracach. Widywaliśmy się rzadziej, niż do tej pory przywykliśmy. Zostały nam jedynie wspólne posiłki, szkolne zajęcia oraz krótkie wieczory, podczas których nie mieliśmy już sił na coś produktywnego. Zazwyczaj kładliśmy się spać wcześnie, aby nabrać energii na następny dzień.
Na szczęście pewnego listopadowego wieczoru miał miejsce przełom i rozpoczął się kolejny rozdział w naszym dochodzeniu. Najdroższa mama postawiła sobie za cel, ażeby nauczyć swoje dzieci gry na dostojnym i szlachetnym instrumencie, jakim jest pianino. W trakcie lekcji Krwawa Giuseppina, jak zwykliśmy nazywać naszą surową nauczycielkę, rozprostowała palce i zaczęła grać. Przez moje ciało przeszły chłodne ciarki, a skóra przybrała wybladły kolor. Zrozumiałem, że rozwiązania zagadki szukaliśmy w złym miejscu.
Wstałem od pianina i nie odzywając się do nikogo, poszedłem przynieść gościa wieczoru. Krwawa Giuseppina uważnie słuchając anielskiej melodii, zapadła w grobową zadumę. Tkwiła w niej przez kilka minut, nie wydając z siebie żadnego słowa. W końcu orzekła, że nigdy w życiu nie słyszała czegoś takiego. Zakomunikowała nam, że jeśli sama pozytywka pochodzi zza oceanu, to właśnie tam należy szukać rozwiązania. Zamyślony usiadłem z powrotem do pianina i kontynuowaliśmy lekcję gry.
Jednak nie dałem tak łatwo za wygraną. Razem z Maggie uzgodniliśmy, że w najbliższy wtorek, kiedy to szkółka muzyczna miała swój dzień konsultacji, wybierzemy się do innego nauczyciela.
Trzymając się złotych rad ojczulka, głoszących, że jeśli chcesz zajść daleko, zawsze mierz wysoko i trzymaj z najlepszymi, zapukaliśmy do drzwi samego dyrektora.
- Proszę wejść! - odezwał się chrapliwie, zapraszając do środka.
Nieśmiało wsunęliśmy się do gabinetu. Pierwszym co przyszłoby wam do głowy, byłoby na pewno słowo: dżungla. Doniczkowe rośliny zasłaniały każdy metr kwadratowy dyrektorskiego pokoju. Usytuowano je dosłownie wszędzie - nad drzwiami, na półkach, ścianach, oknach, nawet na podłodze, po której pląsały niczym himalajski bluszcz.
- Dzień dobry, panie Olivieto - przywitaliśmy gospodarza, przedzierając się przez zielone gęstwiny.
- Czym mogę służyć? - spytał krótko. - Proszę spocząć. Zapewne zastanawiacie się, czemuż tu tyle roślin?
Zgodnie skinęliśmy głowami.
- Otóż jako uczniowie musicie wiedzieć, iż nie ma na tym świecie lepszego dyrygenta aniżeli umiłowana natura. Jeśli dobrze się w nią wsłuchacie, pojmiecie, że podsuwa wam najlepsze pomysły. Moje najwybitniejsze dzieła ułożyłem właśnie w oparciu o jej ciche sugestie.
Ponownie skinęliśmy swoimi globusami.
- Rozumiem, że się ze mną zgadzacie - spuentował. - A więc w czym rzecz?
- Mamy poważny problem, proszę pana - rozpocząłem.
- Czyli?
Sięgając do kieszeni płaszcza, wyciągnąłem z niej porcelanową pozytywkę. W zaledwie kilku zdaniach wyłuszczyłem panu Olivieto nasze tragiczne położenie. Wyłaniające się zygzakowate fałdy na czole zdradziły jego rosnące zainteresowanie.
- Czy mogę? - zapytał.
Po raz trzeci skinęliśmy bujnymi czuprynami.
Dyrektor delikatnie pochwycił zagadkowy posążek aniołka i kilka razy przekręcił dźwignię nakręcającą mechanizm - z katastrofalnym skutkiem, zrobił to bowiem o jeden raz za dużo. Umieszczone wewnątrz maleńkie trybiki zagruchotały, wydając z siebie makabryczne dźwięki. Krew napłynęła do mojej głowy i poczułem silne uderzenie fali ciepła.
- Ojej! Przepraszam... - jęknął. - Naprawdę nie wiem, co powiedzieć...
Tkwiłem w bezruchu ze wzrokiem wbitym w biedną zabawkę. Szkaradne myśli do reszty opanowały nasze młode makówki. Maggie spojrzała na mnie otępiałym wzrokiem. Chcąc przerwać tę diabelską ciszę, wypaliłem:
- Nic się nie stało. Proszę nie zaprzątać sobie tym głowy - uspokoiłem, zabierając z jego rąk pozytywkę.
- Może coś na to poradzę...
- Niech pan przestanie - podsumowałem. - Zabierzemy ją do naprawy i wszystko będzie dobrze.
Zachowując maniery, grzecznie wstaliśmy od biurka i z grozą wymalowaną na twarzach powędrowaliśmy do wyjścia. Po wynurzeniu się z pokojowej dżungli, flegmatycznym krokiem pomaszerowaliśmy do domu.
- Jeremy - wyjąkała w końcu siostrzyczka. - Co my teraz poczniemy?
- Coś wymyślimy. Zaufaj mi - odrzekłem.
W takim nostalgicznym nastroju mijały kolejne tygodnie wyczekiwania na powrót śnieżnobiałego aniołka. Okazało się bowiem, że mechanizm posiadał specyficzne części, dlatego też trzeba było wykonać je samodzielnie. A więc wciąż czekaliśmy. Zawsze po porannej pobudce, kiedy jeszcze leżeliśmy w puszystej pierzynie, prosiliśmy dobry los, aby skrócił nasze męki i zwrócił nam porcelanowego przyjaciela.
Zachowałem w pamięci wieczór nazwany przeze mnie apokaliptycznie "Czasem nadejścia końca". Wróciłem ze szkoły z gęstą wydzieliną zalegającą w nozdrzach i przełyku. Co chwila naprzemienne kasłałem i kichałem. Cały trząsłem się z zimna. Po solidnej dawce gorących napojów zanurzyłem dygoczące ciało w pościeli. Troskliwa mama obiecała, że jeśli nie poczuję się lepiej, będę mógł opuścić zajęcia.
Przed snem dostałem wysokiej gorączki. Strudzone oczy zanurkowały w abstrakcyjnych wizjach nowej rzeczywistości. Szybko dałem za wygraną i kładąc się twarzą do poduszki, usnąłem w objęciach zatrutego Morfeusza.
Spałem prawie do południa. Kiedy otworzyłem opuchnięte oczy, poczułem intensywny ucisk w klatce piersiowej. Nim wypowiedziałem pierwsze słowa, zrozumiałem, że nie przyjdzie mi to tak łatwo. Mimo niesprzyjających warunków głosowych wysiliłem się na odrobinę werwy.
- Mamo... - spróbowałem krzyknąć, lecz gnieżdżąca się w płucach flegma skutecznie zahamowała drgania nabrzmiałych strun głosowych.
Usłyszałem stukot drewnianych obręczy przymocowanych do firanek, po czym moją twarz splądrował słup jaskrawego światła. Minęła chwila, nim zdążyłem przyzwyczaić się do oślepiającego otoczenia.
- Wstawaj, śpiochu - odpowiedziała mama stojąca u źródła migoczących płomieni.
- Myślałem, że nikogo tutaj nie ma.
- Oj, Jeremy - westchnęła. - No już, ubieraj się, przecież nie pozwolę, abyś spędził tu cały dzień. Musisz coś zjeść, umyć się... a zresztą szkoda gadać.
- Za chwilę... - poprosiłem.
- Chodź, trzeba porządnie przewietrzyć pokój, bo zaraz pozarażasz nas wszystkich - zakończyła, otwierając okno.
Poczułem rozkoszny powiew rześkiego powietrza, a zdrętwiałe powieki otworzyły się szerzej. Nakładając na siebie świeżą koszulę, rzuciłem okiem na malujące się daleko na widnokręgu śnieżne widoki. Szafirowe niebo nieśmiało zapełniały perłowe chmurki, zmieniające kształty niczym brunatno-niebieskawy dymek wypuszczany z fajki.
Schodząc do kuchni, wpadłem na wychodzącego z niej właśnie pana Francesca Abbracciavento. Jeszcze wtedy prezentował się wyśmienicie, niestety niedługo później, porzucony przez upiorną żonę Veronicę, popadł w depresję.
- Witaj, Jeremy - zachłysnął się.
- Dzień dobry, panie Francesco.
Nim zdążyłem ponownie zabrać głos, szanowny jegomość uciekł przez drzwi frontowe.
- Nie zawracaj sobie nim głowy - skwitowała mama, opierając się o blat stołu i oddychając głęboko. Z jej zaczerwienionych policzków biło krzyczące ciepło. Zauważyłem, że jest czymś wyraźnie poruszona.
- Coś się stało? - zapytałem niepewnie. - Czy on cię czymś zdenerwował?
Zaniepokojona matula na moment zastygła, trawiąc w głowie przebieg ostatnich minut.
- Nie - odparła. - Po prostu szukał taty. Billy zaszył się gdzieś i nigdzie nie można go znaleźć.
Nie chcąc drążyć tematu, zająłem miejsce i w milczeniu czekałem na posiłek.
Dalsza część dnia przebiegła potwornie męcząco. Każdy, nawet najmniejszy ruch pogrążonego w boleściach ciała przysparzał mi wielu trudności. Ostatecznie, wbrew nagminnym prośbom mamy, położyłem się do wołającego mnie łóżka. Czas mijał nieubłaganie wolno. Godzina po godzinie czułem, jak zadomawiają się we mnie coraz to nowsze zarazki. Roztropnie penetrowały każdy skrawek wewnętrznych tkanek. Pogrążony w półśnie doświadczałem niemożliwych wizji. Tkwiłem w nich aż do wieczora.
Z potrzasku majaczących obrazów wyrwały mnie donośne krzyki i rzęsisty płacz. W pierwszym momencie pomyślałem, że to kolejne omamy, ale w miarę zbliżania się do korytarza odrzuciłem chorobowe iluzje. Lodowate dreszcze przeszły przez moje ciało, a zaraz potem oblał mnie pot. Odgłosy lamentu dochodziły do przytkanych uszu coraz mocniej. Świdrowały umysł niczym stado nadbiegających koni. Odbijające się od ścian słowa wydawały się coraz bardziej zrozumiałe.
- Szukajcie go! Nie mógł uciec daleko! - huknęła mama zalana łzami.
Powykręcany od bólu w mięśniach, stanąłem w progu salonu i przyglądałem się posępnemu przedstawieniu.
- George! Ubieraj się, musimy złapać tego sukinsyna! - zagrzmiał ojczulek, wypluwając z siebie pokłady niepohamowanej furii.
- Już, tato! - odpowiedział roztrzęsiony braciszek, nakładając kożuch.
Na chwilę skrzyżowałem z nim wzrok. W jego spojrzeniu nie znalazłem niczego więcej oprócz monstrualnego amoku.
- Czy ktoś może mi powiedzieć, co się tutaj dzieje? - zapytałem, wyczuwając ponurą atmosferę.
- Mama ci powie, my z George'em musimy uciekać! - zakończył tata parujący złością.
Zostałem sam na sam z płaczącą matulą i pokojem przepełnionym oparami negatywnych emocji. Nie wytrzymałem długo i zadałem trapiące mnie pytanie:
- Powiesz mi?
Mama zmierzyła mnie szklistym wzrokiem. Zbliżyła się, rozłożyła szczupłe ręce i przytuliła najmocniej i najbardziej czule, jak tylko matka potrafi uściskać swoje dziecko.
- Maggie miała wypadek...
- Ale nic jej nie jest, prawda? - dopytywałem pośpiesznie.
Mama przycisnęła moją głowę do swoich aksamitnych piersi, przygładziła przetłuszczone włosy, po czym wypowiedziała najszkaradniejsze zdanie, jakie mogłem wówczas usłyszeć.
- Twoja siostra nie żyje, Jeremy - dokończyła pogrzebowym tonem. - Jakąś godzinę temu nasz sąsiad Petro przyniósł ją na swoich ramionach. Miała pogruchotane kości, a z jej delikatnej skóry obficie kapała krew... Na własne oczy widziałam, jak uciekały z niej ostatnie resztki młodego dziewczęcego życia....
- Ale... jak to się stało? - wyjąkałem wtulony w matczyne piersi.
- Kiedy wracała ze szkoły, tuż przy samym domostwie potrącił ją czarny powóz. Ciężkie, obite stalą koła przejechały po jej miednicy i doszczętnie połamały kręgosłup... Pan Petro, usłyszawszy przeraźliwe rżenie koni, natychmiast wyjrzał przez okno. Jako że było już ciemno, a w ręku trzymał jedynie małą świeczkę, nie rozpoznał ani upiornego woźnicy, ani jego dorożki. Ponoć przestraszone konie zatrzymały się na moment, ale czując na sobie uderzenia bicza, prędko ruszyły dalej...
Nie ośmieliłem się na ani jedno dodatkowe pytanie. Jeszcze mocniej ściskałem zrozpaczoną mamę i zespalając się drgającymi ciałami, trwaliśmy w wielkim i głębokim smutku.
Jakieś trzy miesiące później Maggie przyśniła mi się po raz pierwszy. Ubrana w szkolny mundurek usiadła na łóżku i szeptem zapytała, jak się czuję. Rozmawialiśmy naprawdę długo, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Na końcu spotkania wzięła spoczywającego na biurku porcelanowego aniołka i spojrzała na mnie przykuwającym wzrokiem.
- Czy już wiesz, mój drogi braciszku, skąd znasz tę melodię?
- Przykro mi... ale nie - odpowiedziałem, spuszczając głowę.
Za każdym razem odwiedzając moje progi, pytała o tę tajemniczą melodię. Gdy zabawka wróciła z naprawy, postanowiłem nie odwiedzać ani pana Olivieto, ani nikogo innego. Powodem był strach przed utratą kontaktu z najdroższą Maggie. Bałem się, że kiedy wyjawię jej rozwiązanie zagadki, przestanie mnie odwiedzać.
Taki właśnie miałem plan na zachowanie bliźniaczych relacji z umiłowaną siostrą i wiernie trzymałem się tej wersji przez kolejne samotne lata. Co dziwne, nigdy nie zapytała o okrutnego sprawcę morderstwa, którego niestety nie udało się nam odszukać. Bezpowrotnie przepadł pod osłoną nocy niczym drobny kamyk wrzucony do głębokiego jeziora.