Rozdział I
Kiedy podskoki autokaru złapały pewien rytm, zdołałem się do nich
dostosować. Z każdym szarpnięciem pył unosił się z moich jeansów i nawet
w gorącym mroku było dość światła, abym mógł dostrzec pod paznokciami
brud z sadów Ohio. Jestem w żałobie, pomyślałem. Zapytajcie, dlaczego
noszę się na czarno. Jestem w życiowej żałobie. Jak... kto? Ach tak, jak
Masza z filmu Mewa.
Autokar grzechotał i śmierdział. Cuchnął potem i środkami owadobójczymi.
Te drugie dostarczał rząd, aby powstrzymać roślinną zarazę przed
przeniesieniem się za Żniwiarzami na sady Illinois. Działały też
zniechęcająco na pchły i wszy pasażerów, choć większość z nas nie
przejmowała się nimi zupełnie. Inaczej nie bylibyśmy Żniwiarzami.
Przywykłem do kołysania i smrodu, odchyliłem się nieco w tył, zamknąłem
oczy, wyłączyłem się i zacząłem myśleć o czymś innym, kiedy w autokarze
wybuchło nagłe zamieszanie. Miałem wrażenie, jakby ktoś ukląkł mi na
piersiach. Ludzie cisnęli się na mnie, śmiali się i wrzeszczeli.
Ocknąłem się pośrodku sporego chaosu.
Nacisk tłumu unieruchomił mi ręce i ledwo mogłem się ruszyć. Poczułem na
policzku napór lepkiej i zimnej okiennej szyby, kiedy jakiś gwałtowny
ruch pchnął mnie w bok. Zostałem przygnieciony do ściany przez mężczyzn
przepychających się między siedzeniami, aby wyjrzeć przez okna po mojej
stronie. Autokar przechylił się w lewo. Większość siedzeń po drugiej
stronie przejścia opustoszała. Szamotałem się, aby uwolnić ręce.
- Złaź ze mnie, do diabła - powiedziałem.
- Spokojnie, Rohan - odezwał się ktoś.
- Powiedziałem: złaź ze mnie.
- Zamknij się. Popatrz na to.
Ścisk zelżał nieco, a ja spojrzałem przez wysmarowaną szybę w gorącą,
ciemną noc. Pół mili dalej stał plenerowy ekran kinowy, dostatecznie
wielki, aby widoczna na nim dziewczyna nawet z tej odległości wyglądała
na ogromną. Przez dobrą minutę, widząc ją żywą i poruszającą się,
myślałem, że śnię.
- Miranda! - rzucił ktoś i gwizdnął przeraźliwie.
- Patrzcie na to! Patrzcie na nią!
- Co to była za sztuka...
Pomyślałem, że tak, była niezłą sztuką. Zimnym kąskiem na tacy martwego
Cezara, oto czym była teraz Miranda. I kto by pomyślał? Przed jej
śmiercią kto by o tym pomyślał?
- Zwolnij! - wrzasnął ktoś do kierowcy.
On jednak nie zwrócił na to uwagi. Autokar pędził dalej. Nie dość szybko
jak dla mnie. Ekran, gdy go mijaliśmy, zdawał się obracać, ale działo
się to wolno, zbyt wolno. Znałem film, który oglądaliśmy. Znałem tę
scenę. Wiedziałem, co nastąpi za chwilę lub dwie, i nie chciałem na to
patrzeć, ale nic nie mogłem poradzić. Nawet gdybym zamknął oczy, to
kolory i ruch tych żywych obrazów w odległości ćwierć mili za mijanym
polem trwałyby dalej pod moimi powiekami. Tak dobrze znałem ten film.
Teraz wielkie drzwi za ogromną Mirandą otworzyły się i ćwierć mili dalej
do jaskrawo pomalowanego pokoju wszedł mężczyzna. Miał barczyste
ramiona, mocny kark i szybkie, stanowcze ruchy. Krótko obcięte czarne
włosy wyglądały jak mycka na gołej czaszce, która zdaniem wielu krytyków
miała bardzo udany kształt. Szkoda, że pod nią nie było nic.
Ktoś w tłumie przecisnął się ku mnie i krzyknął:
- Hej, Rohan, on wygląda jak ty!
- Zamknij się! - powiedział ktoś inny niskim, groźnym głosem.
Nie zwracałem na to uwagi. Obserwowałem młodego Rohana sprzed czterech
lat, jak stanął za żoną i położył dłonie na jej biodrach, ujmując je z obu stron jak pasem. Ona odchyliła głowę do tyłu i oparła ją na jego
ramieniu. Było to jak oglądanie dwojga bogów uprawiających miłość,
pięknych, potężnych, bardziej żywych niż samo życie i oddalonych w czasie i przestrzeni. Barwy i kształty były olśniewające w tym magicznym
pokoju, w którym stali, nietknięci przez gorące nocne powietrze,
nietknięci przez czas, niezmienni.
Ekran obrócił się nieco, gdy przejeżdżaliśmy pylistą drogą. Para ludzi w barwnym pokoju zbliżała się, a potem robiła coraz cieńsza, aż stała się
tylko migotliwą cienką pionową linią, a wreszcie zniknęła.
Zniknęła.
Nie ja. Miranda owszem. Była już poza tym wszystkim i chyba dobrze,
biorąc pod uwagę, jak umarła. Co do mnie, to tkwiłem uwięziony, bezradny
w tym autokarze, który przebijał się przez czas, koła się kręciły i mój
dawny, zapamiętany świat zwężał się, aż stał się tylko tą migotliwą
linią. Linią, która zniknęła, unosząc ze sobą Mirandę.
- Wszystko minęło i koniec z tym - powiedziałem do siebie. - Stało się
to trzy lata temu i nikt już o tym nie pamięta. Nawet ty...
Naparłem dziko na cisnący się wokół mnie tłum ciał. Zaczął się
rozstępować, stękając i gwiżdżąc. Oparty o moje ramię mężczyzna stracił
równowagę, gdy autokar podskoczył. Zobaczyłem, jak pada na mnie.
Spróbował czegoś się złapać. Jego ręka oparła się o szybę, a druga
spoczęła ciężko na mojej piersi.
Uderzyłem go.
Uderzyłem tak mocno, jak tylko zdołałem z siedzącej pozycji, a tępy
wstrząs w pięści był jak nagły błysk reflektora na ciemnej scenie.
Włożyłem w to całą siłę ramienia. W umyśle pojawiła się nagła, czysta
pewność. Poczułem się bardzo chętny, czułem się dobrze. Teraz będziemy
walczyć, pomyślałem. To łatwy sposób.
Nie udało się. Facet chwycił oparcie następnego fotela i wygramolił się
do przejścia. Stał tam, masując szczękę i patrząc na mnie. Nie
powiedział ani słowa. Rozległ się jednak krótki szmer komentarzy
mężczyzn wokół.
- Co jest?
- To znowu Rohan.
- Hej, Rohan, dlaczego nie poderżniesz sobie gardła?
Spojrzałem na mężczyznę w przejściu. Byłem spięty i gotowy do bójki.
Autokar warczał. Błysk światła w mojej głowie powoli zbladł. Wiedziałem
już, że facet nie zechce się bić. Krótkie uczucie ulgi opuściło mnie.
Wzruszyłem ramionami i usiadłem. Gość odszedł. Sięgnąłem do kieszeni
jeansów i wyjąłem butelkę. Odkręciłem i napiłem się. Smakowało jak
trucizna na szczury, ale pierwszy łyk zawsze ma taki smak.
- Dasz trochę, Rohan? - zapytał siedzący obok mężczyzna.
- Nie ma tego dużo - odparłem, zakręcając butelkę.
- Na pewno jest.
- Do Springfield długa droga.
- Przecież nie wypijesz wszystkiego.
- Poczekaj, to zobaczysz.
Poddał się. Wciąż słychać było zgiełk rozmów pozostałych mężczyzn i kierowca jęknął ze znużeniem, po czym włączył telewizyjny ekran na
przodzie autokaru. Wyświetlali film typu policjanci-i-złodzieje i wszyscy gliniarze wyglądali szlachetnie w strojach Komusu, a główna
bohaterka miała puszystą fryzurę z burzą loków naśladującą uczesanie
Mirandy w filmie Oczywiste złudzenie. Żniwiarze powoli się uspokoili.
Nie możesz długo się ekscytować, będąc Żniwiarzem. Nie masz po temu dość
energii. Albo zainteresowania. Dla większości Żniwiarzy życie jest
zamkniętym kręgiem. Z chwilą podpisania kontraktu wiesz, jaka przyszłość
cię czeka. Oficjalny termin to pięć lat, ale już na długo przed jego
upływem jesteś winien firmie tak dużo w rachunkach za napitki i żywność,
że nigdy się z tego nie wykaraskasz. Nikt więc go nie podpisuje na
trzeźwo. Sam nie pamiętałem, kiedy złożyłem podpis. Ale gdzieś tam jest
w archiwach spółki, chwiejny, pochyły, ale ważny podpis Howarda Rohana
na kropkowanej linii. Oznacza moją dożywotnią zgodę i dyspozycyjność w każdej chwili, gdy firma mnie zechce. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to
bardzo obchodziło. Och, czasami nawet myślałem, żeby to rzucić.
Wierzyłem, że jest jakaś droga ucieczki. Jednak nawet gdyby taka droga
się znalazła, to co wtedy? Tu przynajmniej wiedziałem, że zawsze będę
miał co jeść i co pić, żeby odciąć się od świata. A oprócz takiej pracy
co mógłbym robić w tym życiu poza tą jedną rzeczą, która już nie była
dla mnie?
Pociągnąłem kolejny szybki łyk. Drugi nie jest taki zły jak pierwszy.
Wciąż trzymałem butelkę. Nie zamierzałem zaczynać tak szybko, ale widok
Mirandy - i mnie - wstrząsnął mną. Musiałem się od tego oddalić.
Torowałem sobie drogę do ciepłego i przyjemnego szumu, budując wokół
siebie ścianę przypominającą brzęczenie szczęśliwych pszczół latem.
Wszystko się zamazywało. Rzeczy zewnętrzne i wewnętrzne. Patrzyłem w okno, ono zaś zmieniło się w telewizyjny ekran z moim odbiciem, a zarys
mojej głowy z konturem niestrzyżonych włosów sprawiał obce wrażenie.
Brud, ciemność i te zmierzwione włosy tworzyły niewyraźny obraz, z którego nie mogłem wyczytać, co ostatnie trzy lata zrobiły z Howardem
Rohanem.
Patrzyłem przez własne odbicie, nie zwracając na nie uwagi i obserwując
umykającą letnią noc. Raz czy dwa jakiś inny mijający nas autokar
wybuchł rykiem tuż obok. Jak świecące szklane bańki przemknęło na
autopilocie kilka prywatnych wozów, w których drzemali kierowcy. Od
czasu do czasu przejeżdżała z pomrukiem wielka czerwona karetka w kształcie kropli, ukrywająca cały swój sprzęt w pękatej tylnej części.
Widząc taki propagandowy wóz, zawsze myślałem sobie, że gdzieś działa
anty-Komusowe podziemie. Wielkie karmazynowe łzy spływające po twarzy
Wolności. Albo wielkie krople zatrutej krwi krążące w arteriach narodu.
Banał, lecz mocno tkwiący w umyśle.
Jedyną inną rzeczą widoczną na ciemnej drodze była seria plakatów
przedstawiających Raleigha, jeden na milę, regularnie jak w mechanizmie
zegara, świecących fluoroscencyjnie, gdy omiatało je światło
reflektorów. Ich szybkie następowanie po sobie było irytujące. Obraz nie
zdążył jeszcze rozmyć się w głowie, gdy w oczy uderzał kolejny. Komus
niczego nie robił połowicznie.
Jak Howard Rohan, pomyślałem. Miranda zawsze mówiła, że nie potrafię
załatwiać spraw w prosty sposób. Ale ja nigdy nie znałem prostych
sposobów. "I dlatego właśnie siedzisz teraz tutaj", powiedziałem sobie.
"Brudny, drapiący się, cuchnący nieprzyjemnie potem i środkiem
dezynfekcyjnym. Zaprzestanie myślenia powinno być łatwe. Zaprzestanie
odczuwania. I powinieneś też do tego przywyknąć, bo zostałeś Żniwiarzem
dożywotnio, Rohan". Ale to wcale nie było łatwe.
Ekran telewizyjny zmienił się i przedstawiał teraz raport o stanie
zdrowia prezydenta. Patrzyłem mętnie w głąb autokaru, próbując skupić
się na twarzy Raleigha. Był to stary materiał, na którym Raleigh
pojawiał się w zbliżeniu ze swoją kwadratową szczęką i ogromną twarzą,
rumianą i stanowczą. Ale minęło już sporo czasu, odkąd Raleigh naprawdę
tak wyglądał. Teraz musiał już być grubo po siedemdziesiątce i sześć
razy wybierano go na prezydenta. Czołg Raleigh, mężczyzna, który rządził
narodem od czasu Wojny Pięciodniowej. Teraz jednak czołg zwalniał.
Tydzień temu doznał drugiego udaru i nikt tak naprawdę nie wierzył, że
zdoła się z tego wykaraskać. Uratował naród. Założył Komus. Tak mogłoby
brzmieć jego epitafium.
Komus. Komunikacja. Łączność USA. W skrócie Kom US. Została skrócona do
słowa Komus po pierwszym miesiącu swego działania. Dobry stary Komus.
Niegdyś bóg szczęścia i radości. W starożytnej Grecji oznaczał używanie
życia. No cóż, czasy się zmieniają.
Pomyślałem, jaki to dziwny nowy świat nastanie, kiedy Raleigh w końcu
umrze. Przeprowadził nas przez złe czasy, najgorsze ze złych. Ja tego
nie pamiętałem, ale za życia moich rodziców, jakiś czas po Wojnie
Pięciodniowej, w Ameryce na krótko zapanowała anarchia. A potem na scenę
wkroczył Raleigh.
Być może to czasy tworzą człowieka. Raleigh wziął na siebie gigantyczne
zadanie i wykonał pracę olbrzyma. Jakichkolwiek środków musiał użyć,
używał. Wtedy nie popełniał błędów, a potem sprawiał już wrażenie, że
nie może ich popełniać. Musiał zainwestować umiejętności i pieniądze w komunikację, aby zapewnić dostawy zaopatrzenia, bo od tego zależało
przetrwanie narodu, a później dlatego że przetrwanie samego reżimu
Raleigha zależało od ścisłej kontroli nad tą komunikacją. Na koniec
ustanowił granice, w ramach których mógł działać, a granice te były też
granicami narodu. Później zbudował wewnętrzne mury, niezbyt wysokie,
wyznaczające i oddzielające obszary wewnątrz granic, dla dobra narodu.
Przed trzydziestoma dziwnymi laty był naszym zbawcą. Teraz był
dobrotliwym dyktatorem. O tak, dobrotliwym. Być może niektórzy ze
służących Raleighowi ludzi nie byli tak popularni jak on, ale póki żył,
sprawy nie mogły pójść naprawdę źle. I choć społeczeństwo sztywnieje
powoli jak Raleigh, to w sumie nasz model życia jest całkiem dobry. Na
szczycie bardzo wyrafinowany. Wiem, bo tam byłem. A na dole - no cóż,
nikt nie głoduje. Nawet Żniwiarze.
Raleigh zatrzymał czas. Ale zarazem czas uporał się z Andrew Raleighem.
Powoli, powolutku jego żyły wapniały, podobnie jak arterie Komusu. Stawy
sztywnieją, umysł powolnieje. Ale choć Raleigh umrze, Komus pozostanie z nami. Komus jest bogiem. A kiedyś jego imię oznaczało hulankę.
Podobało mi się to. Wypiłem za to. Wiecie, przyjaciele, z tym dzielnym
bogiem używania zawarłem w moim domu drugie małżeństwo...
Dobry, zesztywniały, paternalistyczny Komus.
I wziąłem sobie za żonę Córkę Wina.
Rozdział II
Autokar zwolnił, a na moje zamknięte powieki padło światło. Otworzyłem
oczy. Przejeżdżaliśmy przez miasteczko. Autokar zatrzymał się na
światłach i prosto w twarz błysnął mi afisz. I wiecie, co było na nim
wypisane? Oczywiście Howard i Miranda Rohan. Kadr z naszego
największego filmowego hitu Piękna marzycielka.
Choć szumiało mi w głowie, zdziwiłem się nieco. Nie za bardzo. Nie miało
to nic wspólnego ze mną. Trzy lata mogą trwać dłużej, niż się wydaje.
Powoli zmieniły mnie w kogoś innego i przestało mnie to obchodzić.
Dotarło jednak do mnie, że ostatnio często pokazują stare filmy. Kilka
naszych i mnóstwo innych. Wszystkie one, rzecz jasna, to propaganda -
kształtowanie opinii, jak to nazywają. Niektóre były udane, ale
większość toporna. W Pięknej marzycielce próbowałem wybić z głowy
chłopakom z Komusu najgorsze pomysły. W tamtym czasie jakoś mi to
uchodziło. Miałem znane nazwisko. Byłem w czołówce aktorów i należałem
do grupy najlepszych w kraju. Moje nazwisko błyszczało. Moje słowo się
liczyło, oczywiście w określonych granicach. Płynąłem na fali...
No cóż, skoro Komus ponownie puszczał stare filmy, widać miał swoje
powody. Przypuszczalnie martwili się o coś. Świat szedł naprzód. Musiały
pojawić się jakieś kłopoty. Nie chciałem o tym wiedzieć. Ponownie
zamknąłem oczy, gdy autokar nabrał szybkości. Bezimienne miasteczko
odpłynęło, unosząc ze sobą cudowną Mirandę wraz z jej niezniszczalnym
obrazem, który zmienił się w maleńką kropkę na horyzoncie, po czym
zniknął.
Myśleć o czymś innym. Na przykład o Komusie.
Wolę myśleć o Komusie. Jest tak ogromny, że trzeba wznieść się wysoko,
całe mile w górę, żeby ogarnąć go w całości. Pozwala to oddzielić się od
ludzi i rzeczy, ujrzeć wszystko ostrzej. Lubię bywać tam w górze, wysoko
ponad światem.
Spoglądając w dół, mogę wyobrażać sobie Komus jako skomplikowaną sieć,
niczym pajęczynę, która dociera do każdego człowieka i każdego budynku w Stanach Zjednoczonych. Widzę, jak mruga, błyszczy, iskrzy wszędzie,
gdzie dotyka ludzkiego umysłu. Cienkie skwierczące nerwy
elektromagnetycznej energii dają życie skomplikowanym maszynom i zarządzają krajem dla Komusu. Rejon Chicago, rejon St. Louis obwiedzione
wysokimi murami, piętrzącymi się na mile w górę, delikatnymi jak
powietrze, solidnymi jak granit. A między nimi Komus kształtujący opinię
publiczną pośród innych boskich zadań. Może różne opinie w rejonie
Baltimore i rejonie San Francisco. To naturalne. Komus wie najlepiej,
jak sądzę.
Trzęśliśmy się dalej przez gorącą noc. Ciepłe brzęczenie przyjemnie
spowijało moje myśli. Bycie Żniwiarzem nie jest takie złe. Jesz. Śpisz.
Dostajesz bardzo tanią whisky. Mówią ci, co masz robić, robisz to i wszystko idzie dobrze i łatwo. Nigdy nie myślisz. Nigdy nie pamiętasz,
jeśli masz pod ręką butelkę. Toczysz się naprzód w maleńkiej magicznej
przestrzeni, którą whisky tworzy wokół ciebie, a jej mury rozciągają się
tak daleko, jak daleko sięga to brzęczenie. Wewnątrz miłe znieczulenie.
Ale także brud, pył i dyskomfort. Czułem swędzenie. Brakowało mi
golenia. Nie dbałem jednak o to. Nie musiałem w moim przenośnym
magicznym pokoiku.
Autokar zwolnił. Wjechaliśmy do jasnego, czystego, barwnie zdobionego
pasa stacji kontroli; cały czas rozbrzmiewała syrena, z czego wnosiłem,
że Komus otwiera drogę dla czegoś lub kogoś. Te rzeczy ciekawiły mnie
ogólnie i chciałem mieć próbkę, co ludzie w związku z tym czują. Z Komusem nigdy nie wiadomo. Autokar stanął w kolejce. Miałem nadzieję, że
wystarczy mi zawartości butelki.
- Wszyscy wysiadać! - krzyknął ktoś. - Ustawić się w rzędzie. Iść za
strażnikiem.
Włożyłem butelkę do kieszeni i poszedłem za innymi. Jeśli potraktuję
wszystko lekko, przyjemne brzęczenie powinno ze mną pozostać.
Utrzymywałem je wokół siebie jak wielki, nietykalny balon. Kiedy kolejka
przystawała, ja też się zatrzymywałem, starając się, niezbyt usilnie,
mieć oczy otwarte.
Stacja kontroli była duża, jasna i krzykliwa. Pochodziła zapewne ze
szczytowego okresu reżimu Raleigha, sprzed około piętnastu lat, kiedy
nastała moda na dekoracyjność i ostentację. Co prawda widywałem bardziej
efekciarskie miejsca, z większą ilością szkła i jeszcze większymi
emblematami Raleigha w kształcie tarczy, z monogramem AR z neonowych
rurek pełnych ruchomych baniek. A chociaż AR może kojarzyć się z Andrew
Rex, to w końcu człowiek nic nie poradzi na swoje inicjały, prawda?
Światło wylewające się na autostradę było błękitne, żółte i czerwone na
obrzeżach, gdzie okna stacji otaczały krawędzie z kolorowego szkła, i tylko zza drzwi, za którymi trwały przesłuchania, padał na stojące
samochody czysty, jasny blask. Słyszałem skoczną muzykę dobiegającą z oddalonego pomieszczenia do tańca, ale wewnątrz stacji dźwięk był
ściszony. Słyszałem również metaliczny głos Komusu przemawiający władczo
z jakiegoś centralnego zwoju nerwowego do tego peryferyjnego
odgałęzienia kończącego się tutaj, w mrokach autostrady.
Kilka wielkich karetek stało na placu parkingowym obok stacji. Nawet w padającym na nie zielonym i purpurowym świetle widać było ich intensywną
czerwień. Były tam też dwa lub trzy skaczące wozy, zwane skoczkami,
chwiejące się lekko na swoich ugiętych nogach ruchem, którego
nienawidzę. Te zdradzieckie małe pojazdy potrafią przejechać wszędzie
jak czołg i przemknąć po trawie niemal bez pozostawiania śladów. Nad
nimi cicho drżały anteny wyławiające nadchodzące wiadomości z jakąś
szczególną, martwą i bezduszną gorliwością.
Gdy kolejka ludzi wolno się posuwała, miałem wrażenie, że z góry dobiega
szum helikoptera, ciężkie brzęczenie, które równie dobrze mogło rozlegać
się w mojej głowie. Komus monitoruje z helikoptera każdą załogę karetki,
tak że próba jazdy bocznymi drogami, gdy pojawi się wezwanie i Komus
naprawdę zechce skontrolować ruch, na nic się nie zda. Oczami wyobraźni
wzniosłem się wysoko, wyżej niż helikoptery, i obserwowałem, jak w ciemnościach ich krwistoczerwone grzbiety odbijają światło gwiazd, które
wydaje się ciemnoczerwone. Spoglądałem na nie w dół, one zaś też
patrzyły z góry na swoje stadko karetek i w tym wszystkim miało się
poczucie uporządkowanej kontroli. Wszystko na swoim miejscu. Wszystko
przewidywalne. Byłem bezpieczny i nietykalny w mojej małej, brzękliwej
przestrzeni unoszącej się gdzieś wysoko w powietrzu.
Kiedy tak czekałem, nagle na drogę wypadł chwiejnymi ruchami skoczek i zanurzył się w powodzi barwnego światła za stacją. Wysiadł z niego jakiś
człowiek i wszedł do wnętrza stacji, jasny i nienaganny w swoim
czerwonym płaszczu. Przełajowy skoczek stał, kołysząc się jak
niespokojny pająk. Pomyślałem, żeby wlać w siebie jeszcze jeden łyk.
Wtedy usłyszałem, jak wywołują moje nazwisko.
Poczułem znajomą, automatyczną reakcję przebiegającą wskroś moich
mięśni. Ale nie odpowiedziałem. Stałem tam, chwiejąc się odrobinę.
- Howard Rohan. Wystąp.
Głowy obróciły się w moją stronę. Wystąpiłem. Strażnik przeszedł wzdłuż
kolejki, schludny i władczy w czerwonym uniformie. Zmierzył mnie
wzrokiem, przyjrzał się moim wytartym jeansom, pyłowi na ubraniu,
zarostowi na podbródku. Nie zwiódł go też zapach mojego oddechu.
- W porządku - powiedział. - Chodź ze mną, Rohan.
Wewnątrz stacji wszystko było rozświetlone i panował wielki ruch.
Strażnik zaprowadził mnie do kontuaru z imitacji marmuru, wykonanego z jakiegoś syntetyku.
- Znaleźliśmy Rohana, sir - zwrócił się do siedzącego za nim mężczyzny.
Ten przyjrzał się mojemu dowodowi tożsamości. Wyginał go w palcach. Z każdym zgięciem plastik pstrykał głośno.
- Lepiej będzie wziąć karetkę, jak sądzę. Jest szybsza. - Ostemplował
plastikowy krążek i razem z moją kartą wręczył strażnikowi. - A potem
szybko samolotem - dodał. - Priorytet. Sprawdźcie najpierw odciski.
Przeszliśmy do innego kontuaru, gdzie pobrano mi odciski palców i obraz
siatkówki. Myślałem, że oszaleję. Czułem narastający gniew, czekający
pretekstu, by wybuchnąć. To była część życia, od którego uciekłem,
płacąc cenę, której tylko ja byłem świadomy. Osunąłem się bez śladu w głąb wyjątkowego zapomnienia, które wybrałem. Podobało mi się tam w dole. Nie sądziłem, że zachowali sobie prawo do wyciągnięcia mnie
stamtąd w dowolnym momencie. Mogli to zrobić. Nie wątpiłem już w to.
Zdecydowałem zachować swój gniew dla kogoś bliżej szczytu, gdzie mógłby
się na coś przydać. Ci chłopcy tylko wykonywali rozkazy. Robiłem więc,
co mi kazali, i ani odrobiny więcej. Gdy pobierali odciski, podałem im
bezwładną rękę. Nie skupiałem się na niczym, gdy skanowali mi siatkówkę.
Potem patrzyli na mnie, a ja nie patrzyłem na nic, ostrożnie wyważając
tlący się we mnie gniew, aby nie uwolnił się zbyt szybko i nie wpakował
mnie w kłopoty.
- Myślisz, że powinniśmy go najpierw umyć? - zapytał któryś.
- Chcą go szybko - odparł ktoś inny.
Stałem tam, oddychając spokojnie i nie dziwiąc się niczemu. Oczywiście
doszło do pomyłki. Chcieli jakiegoś innego Howarda Rohana (z moimi
odciskami palców i wzorem siatkówki? Nieważne. Musi być jakiś inny
Rohan...).
Wsiedliśmy do karetki. Rozparłem się na siedzeniu i zamknąłem oczy.
Kiedy je otworzyłem, zaświeciły mi w nie światła lotniska. Wsiedliśmy do
samolotu, nie odrzutowca, czyli zapewne nie mieliśmy lecieć zbyt daleko.
Kiedy oderwaliśmy się od ziemi, poczułem ucisk w żołądku. Pociągnąłem
następny łyk. Strażnik spojrzał na mnie niespokojnie, ale nie
interweniował. Miał swoje rozkazy. Nie zastanawiałem się jakie.
Siedzieliśmy blisko ogona, oddzieleni kilkoma siedzeniami od pozostałych
pasażerów. Przynajmniej nie zarażę nikogo, pomyślałem, przyjmując, że
było to celowe, jako że się drapałem. Obraz telewizyjny na przedzie
samolotu pokazywał jakiegoś kiepskiego komediowego aktora. Zawsze
myślałem, że jestem niezły w rolach komediowych. Minęło dużo czasu,
odkąd grałem główną rolę w nowej szekspirowskiej komedii, którą
wygrzebali w '94, choć możliwe, że nazwisko autora też coś znaczyło.
Miranda zawsze mawiała...
Nieważne. Nie myśl o Mirandzie.
Ale czy tutaj - w trakcie powrotu do cywilizacji - w tym pachnącym
czystością, cicho brzęczącym samolocie, na kwiecistych pluszowych
siedzeniach, da się nie myśleć o Mirandzie? Bóg świadkiem, że nie
myślałem o niej zbyt wiele, kiedy żyła. Może wciąż by żyła, gdybym
słuchał, kiedy chciała ze mną rozmawiać. Gdybym myślał o niej więcej
jako kobiecie, a mniej jak o pięknej lalce do grania, kiedy
potrzebowałem jej na scenie.
Nie myśleć o Mirandzie.
Skupiłem się na obrazie mojej twarzy w oknie. Wyglądało to tak, jakbym
leciał gdzieś tam, dotrzymując tempa samolotowi, przezroczysty, z przeświecającymi przez moje ciało gwiazdami. Przyglądałem się sobie i próbowałem myśleć o czymkolwiek, tylko nie o Mirandzie. Nie zdało się to
na nic. Myśl o tamtym ostatnim dniu ogarniała mnie niepowstrzymanie,
delikatna i nieustępliwa, jakże mógłbym ją od siebie odepchnąć? Gdy to
się zaczyna, nie można już nic zrobić.
To zabawne, jak prędka potrafi być pamięć. Nie zdołałem przytknąć
butelki do ust na tyle szybko, aby powstrzymać ten ostatni dzień i ostatnią noc przed pojawieniem się w moim umyśle, w całości od początku
do końca. Koniec był równoczesny z początkiem, a wszystko, co pomiędzy,
było tak wyraźne i doskonałe, jakbym dopiero co to przeżył, ze
wszystkimi szczegółami.
Życie i tonący człowiek. Oto co znaczą. Cały ten obraz potrafi przemknąć
tak szybko. Podczas gdy whisky spływała w głąb mojego gardła, pojawiał
się znowu, biegnąc po utartej ścieżce pamięci, którą przez trzy lata
próbowałem wymazać.
Scena, kulisy Teatru Andrew Raleigha, najlepszego i najnowszego w Nowym
Jorku. Postacie, obsada i zespoły, które wystawiały Piękną
marzycielkę, a na czele listy, oczywiście, Howard i Miranda Rohan.
Główna postać, sam Rohan, mąż, reżyser oraz partner u boku pięknej
marzycielki. Kurtyna idzie w górę, ukazując Rohana odgrywającego szał
lepiej, niż zrobiłby to sam Stanisławski. W każdym razie głośniej.
Miranda nieobecna na scenie. Trwają rozpaczliwe poszukiwania. Jej
dublerka na szczęście znajduje się w garderobie. Coraz bardziej
gorączkowe poszukiwania trwają dalej. Bezskutecznie. Mirandy nie było na
porannych spotkaniach, nie było jej z rana, nie było na próbach i zabrakło jej na wieczornym spektaklu. Rohan kontynuował występ, wlawszy
w siebie tuzin drinków, zbyt nerwowy, by w ogóle to poczuć. Wypijał
kolejne drinki za każdym razem, gdy schodził ze sceny. Rohan zwykle
trzeźwy jak sędzia od początku do końca.
Koniec - telefon tuż po opadnięciu kurtyny po drugim akcie. Policja ich
znalazła. Ich? Ich? To musi być jakaś pomyłka. Z kim Miranda mogła być,
że przepuściła aż dwa spektakle z rzędu, nie wspominając mi o tym ani
słowem? Zapomniałem o sztuce. Wyszedłem podczas ostatniego aktu. Ja,
Rohan, nigdy nierobiący nic połowicznie. Zapracowywać się wraz z całym
zespołem do szaleństwa, szlifując rolę do perfekcji, to zrozumiałe, ale
porzucić występ ot tak i zostawić szemrzącą widownię, aby stać się tylko
zrozpaczonym, oszalałym mężem, gdy pojawia się taka wiadomość? Chyba
nigdy nie byłem aż tak dobrym aktorem, jak mi się wydawało, ani
reżyserem, skoro mogłem wywrócić cały spektakl.
W istocie zupełnie zapomniałem o ostatnim akcie. Dwoje naszych dublerów
starało się jak mogło przed szepczącą i plotkującą widownią, podczas gdy
Rohan odjechał w policyjnym wozie z włączoną syreną, kierując się w stronę Saw Mill River Parkway i wraku, w którym tamci zginęli. Miranda i jej kochanek. Mężczyzna, o którym nigdy nie słyszałem.
Teraz czasem się zastanawiam, czy kiedykolwiek naprawdę widziałem
Mirandę albo słyszałem o Mirandzie. O tej prawdziwej. Skoro to mogło się
wydarzyć bez mojej wiedzy, to czy rzeczywiście znałem ją taką, jaka
istotnie była? Obracając to w myślach wciąż na nowo, przypominałem sobie
czasy, gdy była smutna i wycofana, gdy zdawało mi się, że chce mi
powiedzieć coś, czego nigdy nie zdołała z siebie wyrzucić. Bo byłem
zapracowany i ciągle zajęty. Bo nigdy nie było czasu na odpoczynek
między jedną pracą a drugą, a najbliższy projekt zajmował mój umysł
całkowicie. Teraz pamiętam, jak często mało brakowało, a powiedziałaby
mi - coś. Ale zbyt długo to odkładała.
Fotografowie jeszcze się nie pojawili, gdy w policyjnym wozie zajechałem
na miejsce. Zobaczyłem ją tak, jak ją znaleziono. Leżała na wpół
wychylona z rozbitego samochodu i poza tyłem głowy na jej ciele prawie
nie było żadnych śladów. Miała na sobie tylko kimono, którego nigdy u niej nie widziałem. Nigdy się nie dowiedziałem, dlaczego wyszła w takim
stroju, jakie nieznane mieszkanie opuścili i dokąd zmierzali.
Wyglądała pięknie. Zawsze wyglądała pięknie. Nawet wtedy, gdy nie
pozostało już nic, co pozwalałoby jej panować nad ciałem i gestami,
spoczywała na zboczu wzgórza w kwiecistym kimonie, jakby jakiś malarz
portrecista specjalnie tak ją ułożył, aby jak najlepiej uwydatnić jej
urodę. Kimono zakrywało ją bardzo przyzwoicie. Miało się wrażenie, jakby
po wypadku jej duch się zatrzymał i obejrzał za siebie, po czym
przycupnął i poprawił jaskrawy barwny jedwab, tak by wyglądała jak
najlepiej nawet teraz.
Czy w ogóle udało się im stwierdzić, kim był tamten mężczyzna? Tak
sądzę. Nie jestem pewien. To już było nieistotne. Po prostu jakiś facet
bez większego znaczenia dla kogokolwiek na świecie poza - być może -
Mirandą. Nie pamiętam, jak w ogóle wyglądał.
Pamiętam, że stałem tam, zastanawiając się, kiedy Miranda podjęła
decyzję, która doprowadziła ją aż do tego momentu. Mogła to być dowolna
chwila, kiedy była gotowa powiedzieć mi coś, a ja nie zaczekałem, aby
jej wysłuchać.
Pamiętam tylko to uczucie, że mógłbym ją ocalić - mogłem ją ocalić - a tego nie zrobiłem. I nie miało być drugiej szansy. Kurtyna opadła.
I już nigdy się nie podniosła.
Widzisz, jak szybko przebiega to przez umysł? Możesz to przywołać w mgnieniu oka. Od chwili, gdy paskudna whisky trafiła do mego gardła, do
momentu, gdy zaczęła wnikać do żołądka, przeżyłem wspomnienia z ponad
dwunastu godzin.
Kilkoma łykami osuszyłem resztę półlitrówki. Nie było to wiele, ale
wystarczyło. Pomiędzy Rohanem, który stał na trawiastym zboczu nad
ciałem Mirandy, a Rohanem, który unosił się lekko na zewnątrz okna
samolotu, oraz Rohanem, który siedział zagłębiony w pluszowym fotelu,
wszystko się wymieszało. Wszyscy oni stracili przytomność w tym samym
momencie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki