Poradnik prawdziwej damy. Rodzinna fortuna a morderstwo - Dianne Freeman

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Kwiecień 1900 r.

- Masz rację, Jarvis... Tu by się już nawet szpilki od kapelusza nie dało wcisnąć.

Przystanęłam u wejścia na strych i przez chwilę wpatrywałam się w kłęby kurzu tańczące w strudze światła. Przede mną roztaczał się widok na zbiorowisko rupieci gromadzonych zapewne przez całe pokolenia przodków Hazeltona. Stare kufry, pudła, meble... Niektóre w dobrym stanie, inne zdezelowane. Wszystko osłonięte płótnem i szczodrze pokryte kurzem przez czas. A na jednych pudłach - kolejne.

- Skąd się to wszystko wzięło? - Spojrzałam pytającym wzrokiem na Jarvisa, naszego kamerdynera.

Był tego samego wzrostu co ja, więc miałam bardzo dobry widok na jego profil. Nos miał lekko zadarty ku górze, poza tym nie dało się powiedzieć o jego twarzy nic znaczącego. Usta lekko rozchyliły mu się w uśmiechu, przez co okrągłe policzki też lekko się uniosły.

- Lord Brandon, gdy się tu wprowadził - wyjaśnił - kazał wynieść na strych większość rzeczy starego earla. To samo zrobił potem pan Hazelton z jego rzeczami.

- Potem zaś wprowadziłyśmy się Rose i ja, więc kolejne rzeczy trafiły tutaj...

Pan Hazelton, czyli George, i ja wzięliśmy ślub dwa miesiące temu. W tym domu od co najmniej dwóch pokoleń mieszkali dziedzice godności earla Heartfield. W momencie przejęcia tytułu najstarszy brat George'a, Brandon, przeniósł się do miejskiej hrabiowskiej rezydencji, a ponieważ jego najstarszy syn ma na razie dopiero dziesięć lat, nie należało się spodziewać, aby jeszcze przez jakiś czas miał potrzebować własnego lokum.

Rok temu George przejął więc od brata dzierżawę tego domu, ja zaś wprowadziłam się tu po ślubie wraz z Rose, moją ośmioletnią córką z pierwszego małżeństwa. Ostatnia godzina upłynęła mi zaś na poszukiwaniu miejsca, w którym mogłabym urządzić sobie gabinet. Na drugim piętrze znajdowały się sypialnie Rose i jej niani, a także pokój do nauki. Pomieszczenie sąsiadujące z naszą sypialnią George polecił - w ramach prezentu ślubnego - przerobić na buduar i pokój kąpielowy na moje potrzeby. Dość mnie tym zaskoczył. Koniecznie chciałam wygospodarować sobie jakieś miejsce do pracy, ale przyzwoitość nie pozwalała mi zagarnąć dla siebie większej przestrzeni w głównej części domu. Teraz jednak stało się jasne, że na uprzątnięcie strychu też nie ma co liczyć.

Zerknęłam pytająco na Jarvisa.

- Jakieś pomysły?

- Tak się składa, proszę pani, że coś mi chodzi po głowie.

Jego głos wybrzmiał jak grom huczący w oddali. Jarvis wypowiadał się z powagą, którą od razu zaskarbił sobie moje zaufanie, mimo że w jego podkrążonych oczach często pojawiał się ten sam szelmowski błysk co teraz.

- Zamieniam się w słuch.

- Może ja to raczej pani pokażę?

Skierował kroki w stronę wąskiej klatki schodowej. Zeszliśmy na drugie piętro, po czym przekroczyliśmy obite suknem drzwi. Znaleźliśmy się w jasnym pokoju dziecięcym, z którego wchodziło się prosto do pokoju do nauki. Rose dziś nie było, bo w towarzystwie swojego kuzyna pobierała lekcje w domu earla. Nasze kroki rozbrzmiały echem pośród ścian; nie tłumiło ich zbyt wiele sprzętów. Pomyślałam, że może gdzieś tutaj udałoby się wcisnąć biureczko. Jarvis najwyraźniej jednak miał na myśli jakieś inne miejsce, bo szedł dalej.

Podążałam więc za nim dalej, aż na parter. Cały czas się zastanawiałam, gdzie mógłby się znajdować ów tajemniczy wolny pokój. On tymczasem zatrzymał się przed drzwiami do biblioteki mojego męża. Wtedy wszystko stało się jasne.

- Nie, Jarvis. Tak być nie może.

- Zapytała mnie pani o zdanie, proszę pani, a ja uważam, że to idealne miejsce.

- Idealne do czego? - odezwał się głos z biblioteki.

Zajrzałam do środka. George uniósł głowę znad biurka, żeby sprawdzić, po co przyszliśmy. Patrzył na nas z wyraźnym zaciekawieniem i lekko uśmiechał się w odpowiedzi na mój uśmiech.

- Nic, nic, kochanie - odparłam. - Nie zawracaj sobie nami głowy.

- Koniecznie chcę wiedzieć! - George wyszedł zza biurka, zbliżył się do drzwi i oparł o framugę. - Na co to mogłoby być idealne miejsce?

- Na filiżankę kawy - odparłam i zerknęłam mu przez ramię. - Widzę, że akurat też popijasz.

George spoglądał podejrzliwie raz na mnie, raz na kamerdynera.

- I w tej sprawie postanowiłaś skonsultować się z Jarvisem?

- Słucham?

- Powiedział, że zapytałaś go o zdanie.

- Coś źle zrozumiałeś. - Próbowałam zakończyć ten temat.

- To było tylko takie wyrażenie - powiedział w tym samym momencie Jarvis.

Kamerdyner i ja zerknęliśmy na siebie.

- Przyniosę jeszcze jedną filiżankę - zaoferował służący, po czym obrócił się na pięcie i czmychnął w głąb korytarza.

- Cóż wy takiego we dwoje knujecie? - zapytał George, mrużąc oczy.

Przecisnąwszy się obok niego, opadłam na krzesło przy biurku.

- Szukam miejsca, w którym mogłabym pracować, ale tak, żeby ci nie przeszkadzać.

Biblioteka została wygospodarowana z ogromnej bawialni. Miała dwoje drzwi: jedne prowadziły właśnie do bawialni, drugie zaś wychodziły na korytarz. Na trzeciej ścianie stały regały, a na nich prawnicze tomiszcza George'a, kilka opracowań dotyczących prowadzenia ogrodu i podróży, dzieła Shakespeare'a oraz dwa kije do krykieta. Okno, z którego rozpościerał się widok na ogród znajdujący się na tyłach domu, okalały dwa wysokie fotele. Pod ścianą z książkami znajdowało się biurko. Korzystałam z niego przez ostatnie dwa miesiące, gdy mój mąż kurował się po urazie, którego doznał krótko po naszym ślubie. Szacowni Brytyjczycy niecodziennie odnosili rany postrzałowe, ale też George nieco się wyróżniał na tle większości dżentelmenów.

Szczęśliwie kula trafiła go w ramię i jego życiu nic nie zagrażało. George szybko wrócił do zdrowia, ale mimo to nie zaprzestał ćwiczeń, które początkowo wykonywał, żeby odzyskać pełną sprawność. W rezultacie przybyło mu mięśni tak w obrębie ramion, jak i barków, w związku z czym musiał odesłać garnitury do krawca. Mnie zawsze urzekał przede wszystkim szelmowskim uśmiechem i błyskiem w zielonych oczach, ale nową sylwetkę też pochwalałam. Najbardziej jednak ceniłam to, że czułam się przy nim najpiękniejszą kobietą na świecie.

Oczywiście w pewnym stopniu sprzyjała temu również moja własna aparycja. Wzrostem niemal dorównywałam George'owi, a nadto byłam na tyle szczupła, że świetnie się prezentowałam w nawet najbardziej wymagające kreacji. Los obdarzył mnie także gęstymi, ciemnymi włosami. Na tym jednak moje atuty się kończyły, bo oczy miałam niebieskie, cerę zwyczajną, a nosek zadarty. Wyróżniał mnie może jeszcze tylko amerykański akcent, ale przecież ostatnio w Londynie roiło się od Amerykanów. Z jakiegoś jednak powodu George miał mnie za wcielone bóstwo.

Gdy ponownie zasiadał za biurkiem, zwróciłam uwagę na gazetę rozłożoną na blacie.

- Coś ciekawego tam znalazłeś? - zapytałam.

- Nic, co mogłoby konkurować z twoją osobą. - Zamknął szpalty i odłożył gazetę na bok, po czym skupił wzrok na mnie i uśmiechnął się tak, jak lubiłam najbardziej.

- Błyskotliwa odpowiedź!

- Nie mogę sobie pozwolić na kompromitację. Wiem, że nie chciałabyś mieć głupca za męża.

- Już raz popełniłam ten błąd... Choć Reggie chyba nie był głupcem. Raczej należałoby go nazwać...

George uniósł brwi.

- Kobieciarzem? Próżniakiem? Utracjuszem? Nieudacznikiem?

Mówił o moim pierwszym mężu, który dogadał się z moją matką co do tego, że jego tytuł szlachecki i dolary mojej rodziny świetnie by do siebie pasowały. Ożenek ze mną nie skłonił go jednak do porzucenia kawalerskich nawyków. Dziesięć lat po ślubie Reggie rozstał się z życiem w łóżku swojej aktualnej kochanki. W związku z powyższym wszystkie proponowane przez George'a określenia dobrze do niego pasowały. W każdym razie w mojej ocenie...

Położyłam swoją dłoń na dłoni George'a.

- Ale był też ojcem Rose - dodałam.

George się uśmiechnął.

- Owszem, owszem. Trzymam się jednak myśli, że ona wdała się głównie w ciebie. Niemniej ze względu na nią postaram się nie wypowiadać na jego temat zbyt surowo.

Jarvis zdążył już przynieść filiżankę do kawy, więc George ją napełnił.

- Jakie masz plany na dziś? - zapytał.

- Wybieram się na herbatkę do wicehrabiny Winstead, na spotkanie z jej rodziną.

George skrzywił się i otrząsnął chyba tylko teatralnie, ale kto wie, może zupełnie na serio.

- Dlaczego się na coś takiego skazujesz?

Augusta Ashley, wicehrabina Winstead, miała już swoje lata i słynęła z nadzwyczajnej gderliwości. Normalnie unikam takiego towarzystwa, ale rodzina jej męża posiadała majątek sąsiadujący z Harleigh Manor, czyli wiejską posiadłością mojego męża nieboszczyka, gdzie w trakcie pierwszego małżeństwa spędzałam większość czasu i gdzie upłynął mi rok żałoby. Przez ten rok lady Winstead akurat również przebywała na wsi, a choć potrafiłabym sobie wyobrazić lepsze rozrywki, w zaistniałych okolicznościach cieszyłam się, że w ogóle mam okazję z kimś porozmawiać. Poza tym bardzo życzliwie odnosiła się do Rose.

- Lady Winstead poprosiła, żebym przygotowała jej bratanicę do prezentacji przed królową.

- A na czym to konkretnie miałoby polegać?

- To właściwie nic takiego. Chodzi o to, żeby zamówić odpowiednią suknię, nauczyć ją stosownie dygać i cofać się sprzed oblicza królowej tak, żeby nie przydepnąć trzymetrowego trenu. No i żeby umiała się odnaleźć podczas popołudnia na dworze.

- A dlaczego lady Winstead sama się tym nie zajmie?

- Na pewno chętnie by to zrobiła, ale jej rodzina pozostaje w żałobie po śmierci jej męża. Czyżbyś zapomniał, że lord Peter zmarł krótko po Bożym Narodzeniu? W rezultacie nikt spośród nich jeszcze przez siedem czy osiem miesięcy nie będzie się pokazywać w towarzystwie.

Na twarzy George'a odmalowało się zdumienie.

- Jak rozumiem, oprócz bratanicy... A o kogo w ogóle chodzi?

- O Katherine Stover. Jest krewną lady Winstead, a nie lorda Petera. - Skrzywiłam się lekko. - Wydawało mi się, że to zupełnie dobry pomysł. Ty wracałeś do zdrowia, ja potrzebowałam jakiegoś zajęcia. Tylko że panna Stover nie przyjechała na czas z Devonu i w rezultacie nie zdążyłyśmy na pierwszy salonik u królowej. Kolejny odbędzie się dopiero pod koniec miesiąca. Trochę się jednak obawiam, że zważywszy na żałobę, rodzina może mnie poprosić, żebym zajęła się także organizacją całego sezonu towarzyskiego młodej damy.

- A czy to byłby dla ciebie duży kłopot?

Uśmiechnęłam się do niego słodko.

- Liczyłam na to, że skoro wróciłeś już do pełni sił, będziemy mogli wreszcie zaplanować podróż poślubną.

Z powodu kryzysu rodzinnego nie mogliśmy wyjechać od razu. Aby nam tę niedogodność zrekompensować, mój ojciec ofiarował nam w prezencie sporą sumę pieniędzy. George zżymał się jednak przed jej wykorzystaniem.

- Obawiam się, że to będzie musiało jeszcze chwilę poczekać. - Rozłożył bezradnie ręce. - Przyjąłem pewne zlecenie i nie wiem, jak dużo czasu mi ono zabierze ani dokąd mnie zaprowadzi.

Ta wiadomość w pierwszej chwili mnie zasmuciła. Rozgoryczenie szybko mi jednak minęło, gdy zobaczyłam zachwyt w jego oczach. George często zajmował się "pewnymi sprawami" na zlecenie rządu, a konkretnie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Nie wnikałam w szczegóły.

- To świetna wiadomość! Ostatnio właśnie pomyślałam, że już ci nic nie dolega i zaraz zacznie cię rozpierać energia. A może zdradzisz mi co nieco na temat tego zlecenia?

- Mam zbadać sprawę zniknięcia dość nietypowego, a przy tym cennego przedmiotu. - Wymownie uniósł brwi. - Więcej nie mogę powiedzieć.

- Rozumiem. Zapewne zatem chodzi o coś starego.

Roześmiał się.

- Naprawdę niczego więcej się ode mnie nie dowiesz.

- Same tajemnice. - Cmoknęłam z niezadowoleniem. - Ciężkie życie musi mieć człowiek, który nawet własnej żonie nie może się zwierzyć.

- Nie miej mi tego za złe. Nic ci nie jestem w stanie zdradzić, bo sam jeszcze nic nie wiem.

- W takim razie dobrze się jednak składa, że będę miała jakieś swoje zajęcie. A kiedy zaczynasz?

- Dziś mam się spotkać z człowiekiem, który najpewniej poda mi więcej konkretów. Właściwie to lada moment wychodzę.

- Mnie nie pozostaje zatem nic innego, jak wyczekiwać herbatki u lady Winstead.

On skrzywił się na tę moją uwagę.

- Przypuszczam, że będziesz miała znaczniej więcej pracy niż ja.

George najwyraźniej spieszył się na spotkanie z informatorem, albowiem wyszedł dosłownie chwilę potem. Pod jego nieobecność zajęłam się przeglądaniem korespondencji, omówiłam z kucharką menu na nadchodzący tydzień i wybrałam się na przyjemny popołudniowy spacer z Rose. Właśnie przygotowywałam się na spotkanie u lady Winsted, gdy do mojej garderoby zapukał Jarvis, żeby zaanonsować gościa.

Uniosłam z tacy wizytówkę, nawet na niego nie spoglądając. Starałam się nie ruszać głową, ponieważ moja pokojówka Bridget w jednej ręce trzymała naprężone pasmo moich włosów, w drugiej zaś rozgrzany papilot, na który zamierzała go za chwilę nawinąć.

- Przyszła lady Esther? - zapytałam bez większego sensu, ponieważ napis na bileciku nie pozostawiał nawet cienia wątpliwości.

- Tak, proszę pani. Zaprosiłem ją do bawialni, żeby tam poczekała, aż ja ustalę, czy jest pani w domu.

Przez chwilę zastanawiałam się, z jaką odpowiedzią go odesłać. Lady Esther nie zrzędziła aż tak bardzo jak lady Winstead, ale wizja spotkania z dwoma uciążliwymi starszymi paniami jednego popołudnia napawała mnie lekkim przerażeniem. Lady Esther nie należała jednak do osób, które wpadają z wizytą bez powodu. Zerknęłam na zegar stojący na toaletce. Czasu było dość.

- Zaraz do niej zejdę.

- Oczywiście, proszę pani.

Jarvis udał się na dół, żeby przekazać wieści lady Esther. Bridget tymczasem uporała się z moimi włosami nawet szybciej, niżbym sobie tego życzyła. Nie pozostało mi więc nic innego, jak zgromadzić zapas pokładów cierpliwości. Odetchnęłam głęboko i zeszłam do bawialni.

Akurat w tym pokoju - długim i wąskim - niczego nie zmieniłam po przeprowadzce. Podobała mi się ciemna dębowa podłoga i ściany wyłożone panelami w ciepłym odcieniu kości słoniowej. Po drodze z jadalni do ogrodu na tyłach domu udało się tu wydzielić trzy przestrzenie: do spotkania przy herbatce, do gier i do prywatnych rozmów. Starsza pani ulokowała się w ostatniej z nich, przy drzwiach prowadzących do ogrodu. Choć zdecydowanie nie można było o niej powiedzieć, że jest drobniutka, niemal utonęła w głębokim tapicerowanym fotelu. Zapewne wynikało to z faktu, że na średnich rozmiarów szkielecie nosiła zdumiewająco niewiele innej tkanki. Nie tylko policzki i podbródek, ale także ramiona, łokcie i biodra sterczały jej tak wyraziście, że aż wręcz niepokojąco. Największy postrach budził jednak jej język, powszechnie uważany za najbardziej jadowity w całej Anglii.

- Jak miło panią widzieć, lady Esther - przywitałam się.

- Miło, że zechciała mnie pani przyjąć - odparła, opierając dłonie na lasce.

Gdy zaraz potem posłała mi uśmiech, zamarłam w pół kroku. Bywało, owszem, że lady Esther ostrzyła sobie na kogoś zęby, ale nigdy dotąd nie widziałam, żeby się uśmiechała. Zupełnie mnie to zaskoczyło. Wyraz jej twarzy wydawał się najzupełniej szczery. Nie nazwałabym go może ujmującym, ale na pewno miał zachęcać do kontaktu. Potrzebowałam chwili, żeby się z tym nowym zjawiskiem oswoić.

Lady Esther musiała to dostrzec, bo zareagowała błyskawicznie.

- Niechże się pani tak nie dziwi - żachnęła się. - Potrafię być uprzejma, jeśli zechcę. I gdy uznam, że warto się dla kogoś wysilać.

Odetchnęłam z ulgą, bo oto wróciła lady Esther, jaką znałam. Usiadłam na drugim z foteli.

- Wielkie nieba... Czyżby mi pani właśnie powiedziała, że warto się dla mnie silić na uprzejmość? Czuję się zaszczycona.

- Całkiem słusznie. - Zmrużyła oczy. - Nie byłam pewna, czy to na panią zadziała. Obawiałam się, że może to umknąć pani uwadze.

Instynktownie poczułam, że powinnam się mieć na baczności.

- A co konkretnie chciałaby pani osiągnąć?

- Chciałabym napić się dziś z panią herbatki.

- Bardzo mi przykro, ale mam zaproszenie do Ashleyów. Tak się zresztą składa, że wkrótce powinnam się tam wybrać.

Lady Esther stuknęła laską w podłogę z taką zapalczywością, że aż się wzdrygnęłam.

- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę - powiedziała. - Chciałabym do pani dołączyć. Lady Winstead to moja stara znajoma, a doszły mnie słuchy, że rozważa pani wspieranie debiutu jej bratanicy. Chciałabym pani towarzyszyć między innymi po to, żeby mieć pewność, że się pani tej roli podejmie.

Sama nie wiem, co mnie bardziej zaskoczyło: czy to, że lady Esther wiedziała o moich planach, czy to, że przyjaźniły się z lady Winstead. Ostatecznie jednak nie bez przyczyny zwykło się mówić, że ciągnie swój do swego.

- A dlaczego chce się pani w tę sprawę zaangażować?

- Chciałabym się na coś przydać.

Znów wychyliła kąciki warg ku górze. Na pierwszy rzut oka było widać, że coś knuje. Ponieważ jednak zwróciła się do mnie z tak bezpośrednią prośbą, właściwie nie miałam innego wyjścia, jak tylko zaproponować jej wspólne wyjście na herbatkę. Mogłam też sobie powiedzieć, że być może dzięki temu poznam jej zamiary.

Oczywiście, o ile ona zechce mi je zdradzić.

- No cóż... Jeśli zależy nam na punktualności, to powinnyśmy ruszać w drogę.

Na miejsce jechałyśmy powozem lady Esther. Zanurzyłam się w miękkiej skórze i słuchałam wywodów mojej współtowarzyszki na najróżniejsze tematy, począwszy od pogody, przez najbliższy bal i różnice między Belgravią, gdzie mieszkam ja, a Mayfair, do którego się właśnie udawałyśmy. Czasem próbowałam coś wtrącić od siebie, ale wtedy trzy nerwowe stuknięcia laski szybko przywoływały mnie do porządku. Przeszło mi przez myśl, że przez zbyt długą podróż w tym powozie mogłabym się nabawić tików nerwowych.

Słowotok ustał na chwilę na krótko przed tym, jak dotarłyśmy na miejsce. Korzystając z okazji, podjęłam próbę zmiany tematu.

- A od jak dawna znają się panie z lady Winsted?

- To już będzie z piętnaście lat. Poznałam ją, gdy wychodziła za lorda Petera. Za czasów poprzedniego małżeństwa raczej się nie udzielała towarzysko.

To akurat wynikało z faktu, że jej poprzedni mąż był bankierem, a nie arystokratą. Zupełnie tak samo jak ja przed pierwszym małżeństwem - potrzebowałaby kogoś, kto by ją wprowadził na salony. Z jakiegoś jednak powodu lady Esther wykazała zainteresowanie najpierw jej osobą, a teraz moją. Wydawało mi się to nader ciekawe.

- Czyli przyjaźniła się pani z lordem Peterem, zanim się ożenił?

Zerknęła na mnie z ukosa.

- Pyta pani o jego drugie małżeństwo? Nie, wcześniej znaliśmy się tylko pobieżnie. Nie przepadałam za jego pierwszą żoną. Natomiast z Augustą od razu się polubiłyśmy.

- Dziwi mnie zatem, że to nie pani została poproszona o wprowadzenie do towarzystwa panny Stover.

Lady Esther oburzyła się nie na żarty.

- Co też pani mówi! Za stara jestem na taką błazenadę.

Powóz się zatrzymał. Rzut oka przez okno wystarczył mi, żeby stwierdzić, że podjechaliśmy pod dom Ashleyów. Stangret zeskoczył z kozła i otworzył nam drzwi. Lady Esther dziarsko wyskoczyła z powodu, lekko tylko muskając dłoń służącego. Za nic nie uwierzyłabym w jej zapewnienia, że na cokolwiek czuje się za stara. Coraz mocniej narastało zaś we mnie przeświadczenie, że rzeczywiście wpakowałam się w jakąś błazenadę.

Ashleyowie cieszyli się w towarzystwie dużym poważaniem. Lorda Petera, świętej pamięci wicehrabiego Winstead, już w młodości ciągle gdzieś nosiło. Po ślubie z Mary Sinclair, czwartą córką lorda Pomerance, nic się w tej kwestii nie zmieniło. Lady Mary, z którą się ożenił ponad pół wieku temu, zdążyła mu urodzić dwóch synów, po czym dość szybko zmarła na szkarlatynę. Męża w tym czasie pochłaniały wykopaliska w Egipcie, synów też przy niej nie było, bo niania bardzo dbała o to, żeby ich chronić przed chorobą. Tym samym przedwczesne rozstanie wicehrabiny ze światem doczesnym nie wywołało poważniejszych perturbacji w życiu rodziny. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby nikt z Ashleyów nawet nie uronił łzy z tego powodu.

Jako ojciec dwóch synów lord Peter mógł być spokojny o los swojego tytułu, więc przez kolejne trzy dekady z okładem nie myślał o tym, żeby znowu się żenić. Zamiast tego jeździł z wyprawy na wyprawę. Prowadził wykopaliska w Egipcie i Sudanie, aż w końcu zasłynął jako znalazca wielu cennych i intrygujących starożytnych przedmiotów. Najbardziej jednak zaskoczył świat w momencie, gdy po siedemdziesiątych urodzinach wyruszył w drogę najbardziej zdradliwą ze wszystkich - tę mianowicie wiodącą do ołtarza Kościoła pod wezwaniem Świętego Jerzego. Pojął tam za żonę Augustę Fairweather, bezdzietną, a za to bardzo zamożną wdowę po bankierze. Wybranka jego serca także nosiła już wówczas sześć krzyżyków na karku, a majątkiem dysponowała takim, że mogłaby do końca życia oddawać się wszelkim uciechom wedle własnego upodobania. Jej decyzja o zamążpójściu wydawała się więc równie dziwna jak jego o ożenku.

Zdumienia nie kryli zwłaszcza jego synowie.

Od ślubu minęło już półtorej dekady a w towarzystwie nadal snuło się domysły co do istoty związku łączącego arystokratę awanturnika z wiecznie zrzędliwą plebejuszką. Zważywszy, że lord Peter rzadko kiedy bywał w Anglii i spędzał czas w towarzystwie żony, sama obstawiałam powody finansowe.

Zostałyśmy z lady Esther zaproszone do dużej i przestronnej bawialni o ścianach wyłożonych ciemnymi panelami. Widok starożytnych artefaktów bynajmniej mnie nie zaskoczył. W rogu stał wysoki zegar zdobiony egipskimi motywami, a na cokole z brązu wyeksponowano podobnie dekorowaną wazę. Nie bez pewnego zaskoczenia stwierdziłam, że przy niskim stoliku do herbaty zgromadziła się cała rodzina. Tłumaczyłam to sobie tym, że po czterech miesiącach żałoby wszyscy pewnie już byli spragnieni towarzystwa.

Dwoje z obecnych dobrze znałam. Simon, młodszy syn świętej pamięci wicehrabiego, i jego żona Violet należeli do kręgu bliskich znajomych mojego pierwszego męża. Sami o sobie mówili "Si" i "Vi". Na mój widok poderwali się z sofy i przywitali mnie jak starą przyjaciółkę.

W moim odczuciu nigdy nie łączyły nas zażyłe relacje, ale oczywiście podałam Vi rękę i zamarkowałam wymianę pocałunków w powietrzu. Potem z kolei przywitał się ze mną Si. Uścisnął mi dłoń i złożył kondolencje. Potrzebowałam chwili, żeby się zorientować, że wyrazy współczucia dotyczą śmierci Reggie'ego, od której minęły już ponad dwa lata. Przypomniałam sobie jednak, że żadnego z nich nie było na pogrzebie, więc prawdopodobnie jeszcze się od tego czasu nie widzieliśmy.

Tych dwoje dobrało się jak w korcu maku. Nie łączyły ich żadne więzy krwi, a mimo to byli do siebie podobni jak dwie krople wody. Oboje mieli jasne włosy i niebieskie oczy, choć z racji czterdziestki na karku jemu włosy nieco rzedły, a ona miała cienie pod oczami. Na twarzach obojga dostrzegłam dość podobne zmarszczki, co kazało mi przypuszczać, że być może nadal sporo czasu poświęcają na organizowanie rozrywek godnych udziału księcia Walii.

- Lady Harleigh...

Zrobiłam, co w mojej mocy, żeby w tym momencie nie westchnąć z politowaniem. Odwróciłam się do Jonathona Ashleya, który szczęśliwie od razu się zreflektował i przesłonił usta dłonią przyozdobioną w hrabiowski sygnet.

- Przepraszam najmocniej, teraz się przecież należy zwracać do pani per "pani Hazelton", prawda?

W jego głosie pobrzmiewała ta sama obłuda, co przed ponad dekadą, gdy proponował mi małżeństwo. Moja matka szybko wtedy rozwiała wszelkie jego nadzieje.

Odwzajemniłam jego uśmiech.

- Ja jestem teraz wicehrabią Winstead - ciągnął. - Czy to nie zabawne, jak los człowieka może się odmienić w zasadzie z dnia na dzień?

Jego komentarz wydał mi się odrobinę niestosowny, bo przecież nie było nic szczególnie zabawnego w tym, w jakich okolicznościach zdobył tytuł, a wraz z nim pierścień. Wynikało to przecież w bezpośredni sposób z tego, że jego ojciec zmarł. Być może jednak tego właśnie należało się spodziewać po Jonathonie. Powinnam pewnie być matce wdzięczna za to, że to nie jemu oddała moją rękę.

Dałabym mu z pięćdziesiąt lat. Podobnie jak brat, miał jasne włosy, znacznie jednak górował nad nim masą. Poza tym oczy miał brązowe, nosił wąsy i starannie przystrzyżoną brodę. Trudno sobie wyobrazić rodzeństwo, które by więcej od siebie różniło. Dla Simona liczyła się w życiu tylko dobra zabawa, a jego starszy brat pewnie nawet nigdy o czymś takim nie słyszał. Ożenił się młodo i stracił żonę już pewnie z dekadę temu. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby nieboszczka zmarła po prostu z nudów.

Przedstawił mi swojego syna Andrew, młodzieńca mniej więcej siedemnastoletniego. Skóra zdarta z ojca, tyle że włosy miał ciemniejsze i nie nosił wąsów.

Z równowagi wytrącił mnie natomiast widok lady Winstead. Ubrana została najzupełniej stosownie, jak na popołudniowe spotkanie przy herbacie, ale siedziała skulona na wózku inwalidzkim. Białe włosy upięto jej gładko w górze, tak że eksponowały porytą zmarszczkami twarz. Usta bezwolnie jej się otwierały, a w oczach miała zupełną pustkę. W odpowiedzi na powitanie uniosła głowę i mocniej chwyciła filiżankę. Potem jednak lekko zakaszlała, w wyniku czego szal zsunął jej się z ramienia. Zdawałam sobie sprawę, że trochę już czasu upłynęło od jej siedemdziesiątych urodzin, ale nie spodziewałam się zastać jej w tak słabym zdrowiu.

Lady Winstead spostrzegła lady Esther i wydawała się zaskoczona jej widokiem. Nie udało jej się jednak wydobyć z siebie ani słowa i tylko w jej dłoni zatrzęsła się filiżanka. Wyciągnęła rękę, jakby chciała odstawić ją na stolik, ale naczynie wymsknęło jej się z dłoni i upadło na podłogę. Gdy herbata zaczęła rozpryskiwać się na boki, obie z lady Esther odruchowo odskoczyłyśmy. Podobnie gwałtowny ruch wykonała lady Winsted, tyle że w swoim fotelu. Osunęła się w nim, jakby całkiem straciła panowanie nad swoimi członkami.

Przeraziłam się na myśl, że oto biedna staruszka umarła na moich oczach.

Rozdział 2

Młodsza kobieta, która dotychczas siedziała obok niej, przykucnęła na podłodze tuż przy stoliku i przyłożyła palce do szyi starszej pani. Na jej twarzy wymalowała się ulga, z czego wywnioskowałam, że wyczuła puls.

Ona jedna zachowała w tym wszystkim dość przytomności umysłu, żeby cokolwiek zrobić. Wszyscy pozostali, ze mną włącznie, tylko przyglądali się tej scenie z przerażeniem w oczach.

Nagle poczułam, że lady Esther wbija mi łokieć pod żebra.

- Zamierza pani tak stać i przyglądać się jak widz w teatrze?

Kuksaniec i te ostre słowa zmotywowały mnie do natychmiastowego działania.

Opadłam na kolana dokładnie w momencie, gdy lady Winstead zaczęła odzyskiwać przytomność. Powstrzymałam gestem młodą kobietę, która zamierzała pomóc jej się podnieść.

- Może lepiej jej nie ruszać - powiedziałam. - Mogła sobie coś zrobić podczas upadku. Wezwijmy doktora.

- Pójdę po pielęgniarkę - odparła kobieta.

- Myślałam, że to pani jest pielęgniarką - wymamrotała lady Esther.

- No tak - odezwał się wówczas lord Jonathon. - Panie przecież nie miały jeszcze okazji poznać panny Katherine Stover.

Tak oto poznałam pannę Stover. Wyglądała mi na nieco mniej niż dwadzieścia osiem lat. Skupiłam wzrok na jej dużych brązowych oczach, które chwilowo ukrywały się nieco pod ściągniętymi brwiami. Panna Stover powoli podnosiła się z kolan, obrzucając przy tym gniewnym spojrzeniem Ashleyów, którzy jak gdyby nigdy nic tkwili na swoich dotychczasowych miejscach.

- Zechcą mi panie wybaczyć nietakt - powiedziała, odgarniając loki z ramion na plecy - ale uprzejmości będą musiały zaczekać do czasu, aż moja ciotka znajdzie się pod stosowną opieką.

W pośpiechu opuściła bawialnię, a ja kątem oka dostrzegłam, że lord Jonathon spogląda na nią z wyraźną niechęcią.

To tylko wzmogło moją sympatię dla panny Stover.

- Droga pani Hazelton, oto właśnie opuszcza nas pani podopieczna. Oczywiście, o ile zechce pani objąć nad nią pieczę - powiedział niby uprzejmie, ale z wyraźną nutką wrogości w głosie.

Przeszło mi przez myśl, że chyba niezbyt chętnie gości młodą kobietę pod swoim dachem. Mogło to oczywiście mieć związek z faktem, że nie byli spokrewnieni i że skoro lady Winstead tak poważnie niedomaga, to dziewczyna powinna szukać gościny gdzie indziej.

Położyłam sobie głowę starszej pani na udzie, bo uznałam, że tak jej będzie wygodniej, niż gdyby miała leżeć na podłodze. Gdy ujęłam ją za rękę, poczułam, jak stara się zapleść palce wokół moich. Zastanawiałam się, jaka choroba mogła ją doprowadzić do takiego stanu. Na pogrzebie męża przed czterema miesiącami wyglądała na niewyspaną, ale poza tym trzymała się całkiem nieźle jak na kogoś, kto przeżył już trzy czwarte stulecia.

Zerknęłam na pasierbów lady Winstead. Sprawiali wrażenie lekko wytrąconych z równowagi, ale żaden nie ruszył się nawet z miejsca, żeby pomóc.

- Zaangażowanie panny Stover na rzecz ciotki to cecha godna najwyższej pochwały - powiedziałam, licząc na to, że któreś z nich być może zrozumie aluzję.

- Tak, zaangażowania nie można jej odmówić - przytaknęła Vi, po czym wraz z Siem rozsiedli się wygodniej. - Odkąd mamy tu Kate, pielęgniarka jest właściwie niepotrzebna.

- Panna Stover nie przebywa tu w roli pielęgniarki! - Lord Jonathon skarcił wzrokiem bratową. - Ma zostać zaprezentowana królowej, a potem znaleźć sobie męża.

Lady Esther nawet nie starała się ukryć oburzenia.

- W zaistniałych okolicznościach ta rozmowa jest tyleż bezduszna, co absurdalna. Naprawdę żadne z was nie pośle po lekarza?

Powiedziała to bardziej rozkazującym niż pytającym tonem, a mimo to nic nie wskórała. Pomogło dopiero mocne stuknięcie laską w podłogę.

Lord Jonathon powstrzymał gestem brata, który w tym momencie poderwał się z miejsca, najpewniej po to, aby spełnić żądanie lady Esther.

- Wstrzymajmy się z tym chwilę. Zobaczymy, co powie siostra Plum. Ona dogląda macochy już od paru miesięcy i dobrze wie, jak postępować w tych sytuacjach.

- Siostra Plum świetnie sobie radzi - powiedziała cicho Vi Ashley, zwracając się do lady Esther. - Raz-raz przywróci pani przyjaciółkę do formy.

- Może podać jej herbatki? - zaproponował Andrew Ashley.

- Przecież ona właśnie piła herbatkę, gdy to jej się przydarzyło - odparła wściekle lady Esther. Choć słowa "ty głupcze" zachowała dla siebie, dla wszystkich było jasne, że one stanowiły część tej wypowiedzi.

Ułożyłam głowę lady Winstead tak wygodnie, jak tylko potrafiłam. Pod palcami czułam, że serce bije jej powoli, ale rytmicznie. Gdy ostrożnie ocierałam wilgoć z jej twarzy, zauważyłam, że próbuje otworzyć jedno oko. Gdy w końcu osiągnęła swój cel, w jej spojrzeniu dostrzegłam bezgraniczne przerażenie. Ułożyłam usta w kształt kojących słów, ale w tym momencie mnie też ogarnęła trwoga.

Kilka krótkich chwil, których panna Stover potrzebowała, żeby sprowadzić do bawialni pielęgniarkę, ciągnęło mi się w nieskończoność. W końcu jednak pojawiła się siostra Plum, krępa kobieta w średnim wieku, o włosach przyprószonych siwizną, ubrana w typowy pielęgniarski uniform. Bez słowa przyklękła przy lady Winstead. Starsza pani otworzyła drugie oko i zaczęła poruszać głową. Siostra Plum zręcznie zbadała wszystkie jej kończyny, po czym orzekła, że można ją podnieść, a następnie sama dźwignęła ją z powrotem na wózek inwalidzki. Widząc, jak sobie świetnie radzi, po prostu usunęłam się na bok. Panna Stover stała za pielęgniarką, nerwowo zaciskając dłonie.

Usadziwszy lady Winstead na powrót w fotelu, pielęgniarka zwróciła się do lorda Jonathona:

- Zabiorę ją do pokoju.

Mężczyzna skinieniem głowy wyraził na to zgodę, więc siostra Plum wywiozła pacjentkę na korytarz.

Zerknęłam na lady Esther, bo wydawało mi się, że w zaistniałej sytuacji stosownie byłoby pozostawić rodzinę jej sprawom, ona jednak zdawała się mieć odmienne zdanie. Opadła na sofę i gestem dała znać Vi, że życzyłaby sobie herbaty.

- Co jej się stało? - zapytała. Jej słowa trafiły jednak w próżnię. - Ona doznała jakiegoś ataku czy na coś zachorowała?

W tego typu sytuacjach etykieta nakazywałaby pominąć zaistniałe zdarzenie milczeniem, żeby nie narażać gospodarzy na dyskomfort. Jakkolwiek zaś lady Esther często się jednak zdarzało ignorować konwenanse, tym razem chodziło chyba o coś więcej. To pytanie zabrzmiało tak, jakby oskarżała rodzinę o zaniedbywanie niedomagającej staruszki. Ja również przyjęłam od Vi filiżankę z herbatą. Pomyślałam, że dobrze będzie się wzmocnić, bo nie wiadomo, co nas za chwilę czeka.

Lord Jonathon wstał i posłał lady Esther wymowne spojrzenie.

- Droga pani, zapewniamy macosze wszelką możliwą opiekę. Nie życzę sobie zatem żadnych insynuacji. Zechce mi pani wybaczyć.

Ukłonił się lady Esther najskromniej, jak tylko się dało, po czym wymaszerował z pokoju.

Si i Vi wymienili między sobą dziwne spojrzenia.

Andrew odchrząknął.

- Przykro mi, że pani przyjaciółka nie jest już taka, jak kiedyś. Zdrowie jej w ostatnich miesiącach nie dopisuje, choć rzeczywiście dziś wydaje się w szczególnie słabej dyspozycji.

- Zapewniam panią - dodała Si - że otaczamy ją najlepszą możliwą opieką.

Mogłabym iść o zakład, że lady Esther miała w tym momencie ochotę wymownie chrząknąć, ale na całe szczęście zdołała się powstrzymać. Ograniczyła się tylko do względnie uprzejmego pytania:

- A co właściwie się jej stało?

Pozwoliłam sobie upić łyk herbaty.

- Lekarz twierdzi, że to ze smutku - powiedział Andrew.

Teraz to ja prychnęłam, zdołałam jednak osłonić twarz serwetką. Poczułam w nosie okropne pieczenie za sprawą gorącej herbaty, która się tam dostała. Ocierając wargi, spostrzegłam kątem oka, że lady Esther lada moment straci cierpliwość. Odłożyłam serwetkę i wstałam.

- Zajęliśmy państwu już chyba zbyt dużo czasu, nie sądzi pani, lady Esther? Pora na nas.

Zdołałam ją tym chyba powstrzymać przed wybuchem.

- Jeszcze nie miała pani okazji porozmawiać z panną Stover - odparła.

- Ją chyba chwilowo zajmują inne rzeczy. Wyślę jej wiadomość i umówimy się na jakiś inny termin.

Si, Vi i Andrew podchwycili trop i również podnieśli się z siedzeń. W tej sytuacji lady Esther nie miała innego wyjścia, jak tylko się ze mną zgodzić. Sądząc po jej minie, nie była jednak zadowolona. Rodzina czym prędzej wezwała kamerdynera, który przyniósł nasze odzienia i odprowadził nas do drzwi. Odetchnęłam spokojniej, dopiero gdy wraz ze starszą panią znalazłyśmy się na powrót w jej powozie.

Lady Esther milczała wymownie, dopóki konie nie ruszyły z miejsca.

- Ze smutku - parsknęła. - Też mi coś! Większej bzdury nie słyszałam!

Zdarzało się oczywiście, że małżonkowie usychali z żalu po stracie drugiej połowy, ale rzeczywiście trudno mi było uwierzyć, że ten scenariusz mógłby dotyczyć lady Winstead. W końcu większość teoretycznie wspólnego czasu przeżyli z lordem Peterem na różnych kontynentach. Ja sama nie znałam starszej pani dość dobrze, żeby cokolwiek wykluczać, ale na zdaniu lady Esther chyba można było w tej sprawie polegać.

Zapytałam ją:

- Naprawdę uważa to pani za niemożliwe? Czy lady Winstead nie opłakiwała męża?

- Na pewno nie tak, żeby ją to doprowadziło do zguby. - Lady Esther zacisnęła wargi, a równocześnie także dłoń na uchwycie laski. - Daleko im było do Romea i Julii. On się z nią ożenił dla pieniędzy, ona wyszła za niego dla statusu. Na pewno go opłakuje, ale nie wierzę, że z powodu jego śmierci miałaby sama stracić wolę życia. Kobiety takie jak my wiedzą, że trzeba żyć dalej. Nie mam pojęcia, co się z nią dzieje, ale moim zdaniem ta rodzina ma coś na sumieniu.

"Kobiety takie jak my..." To stwierdzenie nieco mnie zaskoczyło. Owszem, lady Winstead była żoną arystokraty, ale podobnie jak ja wywodziła się z klasy średniej. Wydawało mi się niemożliwe, żeby lady Esther miała się z nią jakkolwiek utożsamiać na tej płaszczyźnie. Cóż ona mogła mieć na myśli?

- Cóż to właściwie znaczy: "kobiety takie jak my"?

Lady Esther tylko machnęła ręką.

- Kobiety, które robią to, co trzeba w danej sytuacji zrobić, i się za bardzo nad sobą nie rozczulają. Kobiety, które twardo stąpają po ziemi i nie doszukują się w życiu ani poezji, ani dramatu. Po prostu robią swoje. Augusta taka właśnie jest. Ona się nie nurza w przeszłości. Czasem może za nią tęskni, ale wie, że trzeba wybiegać myślami do przodu.

- To co się pani zdaniem z nią stało? Podejrzewa pani, że pasierbowie mogliby o nią należycie nie zadbać podczas choroby? Że przyglądaliby się biernie, jak umiera? Trudno by mi było w coś takiego uwierzyć. Wydaje mi się to zanadto makabryczne.

- Sama nie wiem, do czego oni mogliby się posunąć... - Spoglądała na mnie badawczo, jakby chciała ocenić, co mi można powiedzieć, a czego nie. - Wiem tylko tyle, że między macochą a pasierbami nigdy nie było wielkiej miłości. Obaj synowie wicehrabiego sprzeciwiali się temu związkowi, choć gdy już do niego doszło, chętnie przyjęli dodatkowy przychód, który przyznano im z części majątku wniesionego przez Augustę.

- Niewielu znalazłoby się takich, którzy by nie przyjęli zastrzyku gotówki.

Do tego niewielkiego grona zaliczał się George.

- Owszem, z tego też powodu ostatecznie ją tolerowali - ciągnęła lady Esther. - Ostatnio widziałam się z Augustą podczas pogrzebu lorda Petera. Owszem, sprawiała wrażenie zasmuconej, ale bynajmniej nie zalewała się łzami. Wspominała, że po Nowym Roku wyjedzie na sześć miesięcy, a potem znajdzie sobie własne lokum. Miałam się z nią skontaktować w następnym tygodniu, żeby mi mogła powiedzieć, gdzie będę ją mogła odwiedzać. - Lady Esther spojrzała na mnie znacząco. - Czy tak pani zdaniem postępuje ktoś, kto zamierza zwinąć się w kłębek w fotelu i umrzeć ze smutku?

Nie sposób się było z nią w tym momencie nie zgodzić, tym bardziej że ten opis dokładnie pokrywał się z moimi wspomnieniami na temat lady Winstead. Widziałam jednak, że przed pogrzebem i po nim inaczej przeżywa się śmierć ukochanego. Początkowo jest wiele spraw do załatwienia, potem zaś człowiek zostaje z poczuciem żalu sam. Podzieliłam się tym przemyśleniem z lady Esther.

- Żyję na tym świecie na tyle długo, że sama miałam okazję tego doświadczyć. Ona zresztą też wiedziała, jak to będzie, i właśnie dlatego zaplanowała tę podróż, a ja przyklasnęłam temu pomysłowi. A co się stało, gdy pięć dni później próbowałam się z nią spotkać?

Lady Esther nie czekała na moją odpowiedź, bo zapewne łatwo się mogła domyślić, że nie potrafiłabym jej udzielić.

- Odmówiono mi spotkania z nią.

Wycedziła te słowa przez zaciśnięte zęby, co zresztą nieszczególnie mnie zdziwiło. Byłabym skłonna iść o zakład, że lady Esther nikt nigdy niczego nie odmawiał. Najwyraźniej dość wyraźnie okazałam swoje zdumienie, bo starsza pani czym prędzej podjęła wątek.

- Kamerdyner oznajmił, że jego pani źle się czuje i nie przyjmuje gości. Jak się pani zapewne domyśla, nie przyjęłam tego do wiadomości.

Wyobraziłam sobie, jak lady Esther wyraża swoje niezadowolenie. Aż dziw, że kamerdyner uszedł z tej przygody z życiem.

- Zostałam zaproszona do salonu i w końcu zszedł do mnie Jonathon Ashley. Wcisnął mi tę samą bzdurną historyjkę o chorobie, po czym oznajmił, że jego macocha musi odpoczywać. Oświadczyłam mu, że blisko się z jego macochą przyjaźnimy i że koniecznie muszę się z nią widzieć, ale nie zmienił zdania.

- A czy to rzeczywiście niemożliwe, żeby ona była chora?

Lady Esther ze zniecierpliwieniem machnęła ręką.

- Ona nigdy nie choruje.

- Teraz wyraźnie coś jej dolega.

- Owszem, i to mnie właśnie martwi. Dlatego, gdy tylko doszły do mnie słuchy, dokąd się pani wybiera, uznałam, że koniecznie muszę do pani dołączyć. Oni przez cały ten czas nie chcieli mnie do niej wpuścić. Obawiam się, że moje listy też do niej nie docierają, bo na większość nie odpisała.

W żaden sposób nie potrafiłam ukoić jej troski. Nigdy dotąd nie widziałam tej stoicko spokojnej kobiety w takim stanie.

- Powiedziała pani: na większość... A jak lady Winstead wyjaśniała swój stan, gdy już coś odpisywała?

Lady Esther zacisnęła palce wokół rękojeści laski.

- Odpowiedzi zaczęły się pojawiać dopiero niedawno. Przyznam, że niewiele z nich wynika. Nie chciałabym zdradzać, co mi konkretnie napisała, ale z tych listów można wyczytać, że ona się boi i liczy na moją pomoc.

Na dźwięk tych słów przypomniałam sobie, jak spojrzała na mnie lady Winstead, gdy się przewróciła. Oczywiście przerażenie w jej oczach mogło mieć bezpośredni związek z tym, jak się w tym momencie czuła.

Lady Esther położyła swoją dłoń na mojej.

- Wiem, co pani teraz myśli. I wiem, że milczy pani tylko przez grzeczność. Nigdy w życiu nie uwierzę, że ona umiera ze smutku, ale coś ją niewątpliwie trapi. Muszę się koniecznie upewnić, że pasierbowie w żaden sposób nie przyczyniają się do pogorszenia jej stanu. Mnie już się raczej nie uda wrócić do tego domu, ale pani się tam jeszcze wybiera, a przecież słynie pani ze zmysłu obserwacji. Proszę więc tylko o to, żeby bacznie się pani wszystkiemu przyglądała, a w szczególności Auguście, i żeby dała mi pani znać, jeśli uzna pani, że moje obawy mogą znajdować jakieś uzasadnienie.

- W pani ustach Ashleyowie urastają do rangi godnych następców rodziny Borgiów - powiedziałam, choć mnie również naszły po tej wizycie pewne wątpliwości. - Naprawdę nic mi pani nie może wspomnieć na temat tych listów albo podejrzeń lady Winstead?

- Nie ma tam nic, co by mogło pani pomóc bardziej niż własne spostrzeżenia. Wcale nie jest mi łatwo o to prosić, ale coś mi mówi, że ma pani doświadczenie w tego typu sprawach. Chyba się nie mylę?

Nie myliła się, oczywiście. Ubiegłej jesieni prowadziłam sprawę, w trakcie której podejrzenia padły na jej bratanka. Bardzo mi wtedy pomogła, więc w pewnym sensie byłam jej winna przysługę.

- W takich sprawach najchętniej polegam na własnych ustaleniach - odparłam. - A co będzie, jeśli nie dostrzegę w tym domu niczego niepokojącego?

- Ufam, że dołoży pani wszelkich starań, żeby tę sprawę wyjaśnić. Przyjmę do wiadomości wszelkie pani ustalenia. Frances, lady Winstead, jest moją przyjaciółką. Zwróciła się do mnie o pomoc, a ja chciałabym jej pomóc, jak tylko mogę.

Takiej prośbie zwyczajnie nie można było odmówić.

- Niczego nie mogę obiecać - zastrzegłam - ale zrobię, co tylko w mojej mocy.