Poradnik prawdziwej damy. Co zrobić z pierwszą żoną narzeczonego? Hrabina Harleigh i tajemnice. Tom 4 - Dianne Freeman

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Li­sto­pad 1899

W ży­ciu tak to już jest, że do­bre prze­plata się ze złym, jakby do­bre i złe two­rzyły parę. Na każdą rzecz po­zy­tywną przy­pada ne­ga­tywna, każdy zysk za­po­wiada stratę, a każ­demu plu­sowi to­wa­rzy­szy mi­nus. W tym przy­padku na plus na­leży za­li­czyć to, że moja matka - która miesz­kała pod moim da­chem od ślubu mo­jej sio­stry, czyli od ze­szłego mie­siąca - wy­bie­rała się na wa­ka­cje do Pa­ryża.

Hurra! Nie śmia­łam na­wet ma­rzyć o tym, że znów będę pa­nią we wła­snym domu.

Od dnia swo­jego przy­jazdu matka nie­ustan­nie za­bu­rzała rytm na­szego ży­cia kry­tycz­nymi uwa­gami na każdy nie­mal te­mat, po­cząw­szy od po­stę­po­wa­nia służby, przez wy­strój jej po­koju czy mój wy­bór pre­nu­me­ro­wa­nej prasy, a skoń­czyw­szy na rze­czach, na które nie mia­łam naj­mniej­szego wpływu, ta­kich jak choćby po­goda. Temu ostat­niemu trudno mi się jed­nak było dzi­wić, zwłasz­cza gdy w ty­powy lon­dyń­ski li­sto­pa­dowy po­ra­nek dy­go­ta­łam z zimna, sto­jąc na mo­krym chod­niku i wy­pa­tru­jąc za­mó­wio­nej do­rożki.

Gdy moja ośmio­let­nia córka Rose wy­bie­gła do mnie w pod­sko­kach, za sprawą któ­rych ciemne loki od­bi­jały jej się od ra­mion, na tle po­nu­rego nieba - albo może tylko w mo­ich oczach - za­mi­go­tał ja­sny pro­myk słońca. Za nią po­dą­żała nia­nia, tyle że bar­dziej sta­tecz­nym kro­kiem. Ona rów­nież miała już szcze­rze dość wścib­stwa babki, zwłasz­cza w kwe­stiach zwią­za­nych z roz­kła­dem dnia ma­łej. To do niej prze­cież na­le­żało wy­zna­cza­nie pór po­sił­ków, lek­cji, od­po­czynku i snu. Choć na­le­ga­łam na prze­strze­ga­nie za­sad usta­lo­nych przez nia­nię, moja matka miała wła­sne zda­nie na ten te­mat. Uwa­żała, że Rose po­winna być go­towa to­wa­rzy­szyć jej na każde za­wo­ła­nie. Mo­jej córce bar­dzo się to po­do­bało. Niani mniej.

Mnie rów­nież matka nie szczę­dziła swo­ich są­dów. Po­nie­waż jed­nak nie tylko spro­wa­dziła mnie na świat, ale jesz­cze za­le­d­wie kilka ty­go­dni temu oca­liła od śmierci, sta­ra­łam się przyj­mo­wać te uwagi z wy­ro­zu­mia­ło­ścią.

Rose uca­ło­wała ciotkę Hetty, a po­tem przy­szła do mnie jesz­cze raz się przy­tu­lić i z po­mocą stan­greta wsia­dła do po­wozu. Usa­do­wiła się obok mo­jej matki, ci­cho po­mru­ku­jąc z ra­do­ści. To był bo­wiem mi­nus tego ogól­nie ra­do­snego rów­na­nia: Rose także wy­jeż­dżała.

Woź­nica za­mknął drzwi do­rożki, a ja zaj­rza­łam jesz­cze do środka przez otwarte okno.

- Dbaj o bab­cię, Rose - po­wie­dzia­łam, po czym zwró­ci­łam się do matki. - A ty nie speł­niaj, pro­szę, każ­dej z jej za­chcia­nek.

Za­ry­zy­ko­wa­ła­bym stwier­dze­nie, że je­dyną osobą, któ­rej moja matka nie kry­ty­kuje, jest wła­śnie Rose. Wnuczka wy­da­wała się babci cho­dzą­cym ide­ałem, co z ko­lei mnie na­pa­wało oba­wami co do prze­biegu ich wspól­nego ty­go­dnia.

- Po­ra­dzimy so­bie, Fran­ces. - Matka zbyła moje wąt­pli­wo­ści, naj­wy­raź­niej uzna­jąc je za bez­pod­stawne. - Skoro jed­nak tak się mar­twisz, może po­win­naś do nas do­łą­czyć.

Gdy­bym tylko mo­gła... Wy­bie­ra­ły­śmy się w tę po­dróż we trzy. Mia­ły­śmy za­miar ku­po­wać w Pa­ryżu suk­nie na przy­ję­cie za­rę­czy­nowe, które wy­da­wała sio­stra mo­jego na­rze­czo­nego. Plany po­krzy­żo­wał nam jed­nak przy­jazd Ro­ma­no­wów. Do Lon­dynu przy­byli wła­śnie wielki książę Mi­chał Mi­chaj­ło­wicz z żoną Zo­fią, hra­biną de Torby. Człon­ko­wie elity otrzy­mali więc za­pro­sze­nia, żeby nie po­wie­dzieć we­zwa­nia, na różne przy­ję­cia i wy­da­rze­nia or­ga­ni­zo­wane na cześć go­ści. Otrzy­ma­łam je mię­dzy in­nymi ja jako hra­bina Har­le­igh, ale do­stał je także mój na­rze­czony, sza­nowny pan Geo­rge Ha­zel­ton. Choć upo­mi­na­łam matkę, żeby nie fol­go­wała nad­mier­nie Rose, sama prze­cież to wła­śnie zro­bi­łam, po­zwa­la­jąc jej na wy­jazd do Pa­ryża z babką, a beze mnie.

Roz­legł się brzęk uprzęży i stu­kot ko­pyt, i do­rożka od­je­chała. Jedną ręką ma­cha­łam jej na po­że­gna­nie, drugą zaś kur­czowo chwy­ci­łam Hetty, bo serce mi się ści­skało z bólu.

Ciotka też otarła łzę z po­liczka.

- Roz­ch­murz się, moja droga. Mała Rose ma głowę na karku. Już ona za­dba o to, żeby twoja matka nie na­py­tała so­bie biedy.

Gdy po­woli wra­ca­ły­śmy do domu spod ciem­nych chmur, nia­nia mruk­nęła coś pod no­sem.

- Jesz­cze ich wi­dzę - stwier­dziła. - Jesz­cze ich można przy­wo­łać z po­wro­tem.

- Moja ciotka ma ra­cję, droga nia­niu. - Unio­słam głowę. - Nie­po­trzeb­nie się mar­twimy. Bę­dzie służba, bę­dzie ob­sługa ho­te­lowa, bę­dzie moja matka. Rose bę­dzie miała na­le­żytą opiekę. Osta­tecz­nie wy­cho­wy­wał mnie nikt inny, jak tylko wła­śnie moja matka i ja­koś wy­szłam na lu­dzi.

Nia­nia za­ci­snęła usta i po­słała mi wy­mowne spoj­rze­nie, ale nic nie po­wie­działa.

- A w każ­dym ra­zie nic złego mi się nie stało. - Przy­spie­szy­łam kroku. - Pani na pewno też się cie­szy na myśl o paru dniach wol­nego. Do­brze mnie­mam, że wy­biera się pani do sio­stry?

Nia­nia mruk­nęła coś jesz­cze, czego nie dało się zro­zu­mieć, a po­tem dy­gnęła i ze­szła scho­dami do drzwi, któ­rymi zwy­kle wcho­dziła służba.

Spoj­rza­ły­śmy z Hetty po so­bie, a po­tem prze­kro­czy­ły­śmy próg fron­to­wego wej­ścia.

- Za­cho­wuje się co naj­mniej tak, jakby Rose była jej dziec­kiem - za­uwa­żyła Hetty.

- Nie wiem, czy aż o to cho­dzi, ale na pewno się o nią mar­twi. Choć wy­da­wa­łoby mi się, że ucie­szy się z krót­kiego od­po­czynku.

Z ko­ry­ta­rza we­szły­śmy z Hetty do ba­wialni, a tam roz­sia­dły­śmy się na so­fie przy sto­liku - w czę­ści po­koju prze­zna­czo­nej do pro­wa­dze­nia swo­bod­nych roz­mów. Po­miesz­cze­nie nie na­le­żało może do naj­więk­szych, ale w ob­rę­bie two­rzą­cych pro­sto­kąt ścian mie­ściły się: sto­lik kar­ciany, ka­napy i fo­tele usta­wione przy ko­minku oraz kre­dens pod ścianą - a w nim kilka skar­bów o war­to­ści sen­ty­men­tal­nej i za­pas wina oraz moc­niej­szych al­ko­holi. W mo­ich oczach było to miej­sce cie­płe i go­ścinne.

- Przy­pusz­czam, że ma za­strze­że­nia przede wszyst­kich do zmian, które za­cho­dzą w domu - oznaj­miła moja ciotka.

- Prze­cież ocze­ku­jemy tylko, że prze­pro­wa­dzi się do domu obok. Ale chyba wiem, co masz na my­śli.

Nie wy­zna­czy­li­śmy jesz­cze z Geo­rge'em daty ślubu, ale pewne rze­czy za­czę­li­śmy już usta­lać. Uzgod­ni­li­śmy mię­dzy in­nymi, że wraz z Rose, nia­nią i moją po­ko­jówką Brid­get prze­nie­siemy się do niego, do są­sied­niego bu­dynku. Hetty od­kupi ode mnie dzier­żawę mo­jego do­tych­cza­so­wego domu i za­trzyma tu resztę służby. Plan wy­da­wał się roz­sądny. Ob­rzu­ci­łam spoj­rze­niem tę moją przy­tulną ba­wial­nię. Ni­gdy wcze­śniej nie mia­łam wła­snego domu, a choć miesz­ka­łam tu tylko pół roku, spo­dzie­wa­łam się, że będę tę­sk­nić za tym miej­scem.

To prze­cież tu­taj po­zna­łam Geo­rge'a. Choć nie, to nie jest prawda. Pierw­szy raz spo­tka­li­śmy się wiele lat temu, pod­czas mo­jego lon­dyń­skiego de­biutu, za­nim jesz­cze po­zna­łam Reg­giego i zo­sta­łam hra­biną Har­le­igh - za­nim prze­ży­łam dzie­więć lat u boku tego łaj­daka wiecz­nie uga­nia­ją­cego się za in­nymi ko­bie­tami, a po­tem do­dat­kowo rok ża­łoby po jego śmierci. W końcu jed­nak wpro­wa­dzi­łam się do nie­wiel­kiego bu­dynku w Bel­gra­vii i tu od­kry­łam, że miesz­kamy z Geo­rge'em Ha­zel­to­nem po są­siedzku. Naj­wy­raź­niej los spła­tał nam nie lada fi­gla.

- Jesz­cze za wcze­śnie na taką no­stal­gię, Fran­ces - po­wie­działa Hetty z uśmie­chem, spro­wa­dza­jąc mnie na zie­mię. - Jesz­cze się nie wy­pro­wa­dzi­łaś, a prze­cież na­wet gdy to się sta­nie, w każ­dej chwili mo­żesz tu za­glą­dać.

- Na pewno będę z tej moż­li­wo­ści ko­rzy­stać. Geo­rge ka­zał za­ło­żyć tę furtkę mię­dzy na­szymi ogro­dami nie tylko dla na­szej, to zna­czy swo­jej i mo­jej, wy­gody. Cho­dziło także o to, że­by­śmy mo­gły z Rose ła­two cię od­wie­dzać, gdy już przej­miesz od nas ten dom. A czy do­brze ci tu bę­dzie sa­mej? - Na­gle coś mi przy­szło do głowy. - Czy to bę­dzie pierw­sza nie­ru­cho­mość, którą po­sią­dziesz na wła­sność?

By­łam jesz­cze ma­łym dziec­kiem, gdy mąż Hetty zmarł na grypę. Ona wtedy za­miesz­kała z na­szą ro­dziną i stała się jakby drugą matką naj­pierw dla mnie, a po­tem - gdy prze­nio­słam się z No­wego Jorku do Lon­dynu - rów­nież dla mo­jej sio­stry Lily.

Roz­sze­rzyła lekko wargi w uśmie­chu i zmru­żyła oczy.

- Ow­szem, to bę­dzie mój pierw­szy wła­sny dom. Aż trudno w to uwie­rzyć, zwa­żyw­szy, że mam już pięć­dzie­siąt lat. Chyba do­brze mi było u two­ich ro­dzi­ców i dla­tego ni­gdy nie roz­wa­ża­łam za­kupu ni­czego swo­jego. Te­raz to się zmie­niło i uwa­żam, że to nie­zwy­kle eks­cy­tu­jące.

- Skoro ja mu­szę z niego zre­zy­gno­wać, to cie­szę się, że trafi w twoje ręce. Lep­szej są­siadki nie mo­gła­bym so­bie wy­ma­rzyć.

Trudno mi było uwie­rzyć, że Hetty nosi już na karku pięć krzy­ży­ków. W prze­ci­wień­stwie do mo­jej matki, która po­świę­cała dłu­gie go­dziny na pie­lę­gno­wa­nie urody, Hetty cały czas try­skała ener­gią - i pew­nie dla­tego wy­da­wała się młod­sza, niż była w rze­czy­wi­sto­ści. Mia­łam na­dzieję, że czas okaże się dla mnie rów­nie ła­skawy jak dla niej. Obie by­ły­śmy wy­so­kie, choć ona miała kształty peł­niej­sze od mo­ich. Wo­kół jej brą­zo­wych oczu po­ja­wiło się już kilka zmarsz­czek, ale jej ra­czej kwa­dra­towa twarz wciąż nie zdra­dzała skłon­no­ści do ob­wi­sa­nia, a w ciem­nych wło­sach da­łoby się doj­rzeć co naj­wy­żej po­je­dyn­cze siwe nitki.

Pod­czas gdy ja przy­glą­da­łam się jej, ona do­strze­gła coś za mo­imi ple­cami. Od­wró­ci­łam się więc przez ra­mię i prze­nio­słam wzrok na okno.

- Czyż­byś już roz­wa­żała zmianę za­słon?

- Może kie­dyś, ale na ra­zie pró­buję do­ciec, czyj to po­wóz stoi przed do­mem.

Po­de­szłam do okna i wyj­rza­łam na ze­wnątrz. Z po­jazdu wy­sia­dała aku­rat ru­do­włosa ko­bieta.

- To Ali­cia Stoke-Whit­ney. Cóż ją tu może spro­wa­dzać?

- Chcesz, że­bym zo­stała z tobą? - za­py­tała Hetty.

Po­de­szłam do lu­stra, które wi­siało nad bar­kiem, żeby po­pra­wić loczki na czole. Za­wsze uwa­ża­łam, że mam ładne nie­bie­skie oczy, ale emo­cje zwią­zane z wy­jaz­dem Rose spo­wo­do­wały, że tro­chę się za­czer­wie­niły. Za­ró­żo­wił mi się też nos i tylko po­liczki wy­glą­dały blado. Aku­rat lekko je pod­szczy­py­wa­łam, gdy w ta­fli zwier­cia­dła do­strze­głam Hetty. Do­piero w tym mo­men­cie do­tarło do mnie, że za­dała mi py­ta­nie.

- Słu­cham? A nie, nie... Z czym­kol­wiek Ali­cia przy­jeż­dża, na pewno so­bie z tym po­ra­dzę.

Skrzy­wi­łam się lekko, bo wła­śnie ode­zwał się dzwo­nek przy drzwiach.

Hetty ob­jęła mnie ra­mie­niem.

- I to dla­tego na­gle tak się przej­mu­jesz wy­glą­dem?

Per­spek­tywa spo­tka­nia z ko­chanką mo­jego nie­bosz­czyka męża za­wsze roz­bu­dzała we mnie po­trzebę zer­k­nię­cia w lu­stro. Nie po­ma­gało zresztą i to, że Ali­cia - ko­bieta do­brze po trzy­dzie­stce - z każ­dym ro­kiem zda­wała się je­dy­nie pięk­nieć.

- Chcia­łam się tylko do­pro­wa­dzić do po­rządku, bo prze­cież wiało na ze­wnątrz - od­par­łam. - Bar­dzo ci dzię­kuję za tro­skę. Je­śli chcesz, mo­żesz oczy­wi­ście zo­stać, ale na­prawdę nie jest to ko­nieczne.

Hetty przy­gry­zła wargi.

- Je­śli nie masz nic prze­ciwko, zre­zy­gnuję z tej wąt­pli­wej przy­jem­no­ści.

Wy­szłam ra­zem z nią do ko­ry­ta­rza i od­pro­wa­dzi­łam ją wzro­kiem, gdy wspi­nała się po scho­dach. W tym sa­mym cza­sie do drzwi do­tarła pani Thomp­son.

- Przy­szła pani Stoke-Whit­ney - uprze­dzi­łam ją. - Pro­szę ją wpro­wa­dzić do ba­wialni, a po­tem przy­nieść her­batę, do­brze?

Wró­ci­łam do po­koju i ode­tchnę­łam głę­boko, żeby za­pa­no­wać nad ner­wami. Nie przy­jaź­ni­ły­śmy się z Ali­cią, ale z winy mo­jego męża ukry­wa­ły­śmy przed świa­tem wspólny se­kret. Żad­nej z nas nie by­łoby na rękę, gdyby świat się do­wie­dział, że Reg­gie zmarł u niej w łóżku. Na szczę­ście dzięki ry­cer­skiej po­sta­wie i po­mocy Geo­rge'a Ha­zel­tona udało nam się prze­trans­por­to­wać ciało dro­giego Reg­giego w sto­sow­niej­sze miej­sce. To do­świad­cze­nie na pewno w ja­kimś sen­sie nas do sie­bie zbli­żyło, a prze­cież i tak w to­wa­rzy­stwie mu­sia­ły­śmy oka­zy­wać so­bie na­wza­jem życz­li­wość, aby nie pod­sy­cać plo­tek do­ty­czą­cych jej ro­mansu w moim mę­żem. A tro­chę tak to już jest, że gdy się udaje, że się ko­goś da­rzy sym­pa­tią, z cza­sem można go na­wet po­lu­bić - w każ­dym ra­zie w pew­nym stop­niu.

Drzwi się otwo­rzyły.

- Pani Stoke-Whit­ney, mi­lady - oznaj­miła pani Thomp­son, od­su­wa­jąc się na bok, żeby Ali­cia mo­gła wejść.

Dama wpły­nęła do po­koju z gra­cją ła­bę­dzia. Gdyby przy­szła na świat w ro­dzi­nie na­le­żą­cej do in­nej klasy spo­łecz­nej, mo­głaby śmiało zo­stać tan­cerką, taka była smu­kła i po­ru­szała się z ta­kim wdzię­kiem. Rude włosy i zie­lone oczy na pewno po­mo­głyby jej zdo­być wielką po­pu­lar­ność. Ali­cia uro­dziła się jed­nak jako trze­cia córka przed­sta­wi­cieli dum­nej, choć nie­zbyt za­moż­nej fa­mi­lii, nie miała za­tem in­nego wyj­ścia, jak tylko do­brze wyjść za mąż. Wcze­śniej ni­gdy mi to nie przy­szło do głowy, ale w tym sen­sie ży­cie na­pi­sało dla niej taki sam sce­na­riusz jak dla mo­jego świę­tej pa­mięci mał­żonka.

Spod płasz­cza, który Ali­cia zsu­nęła z ra­mion, wy­ło­niła się prze­piękna suk­nia spa­ce­rowa w ko­lo­ry­styce szaro-ró­żo­wej, ide­al­nie pa­su­jąca do ka­pe­lu­sza.

- Fran­ces. - Ali­cia wes­tchnęła te­atral­nie. - Je­stem zdru­zgo­tana i po­trze­buję two­jej po­mocy.

- Ależ wejdź, pro­szę, Ali­cio.

Ge­stem za­pro­si­łam ją do za­ję­cia miej­sca przy ko­minku.

Pani Thomp­son za­brała od niej okry­cie i po­szła po her­batę. Ali­cia i ja przy­sia­dły­śmy na skraju sofy po prze­ciw­nych jej stro­nach.

- Ar­thur okrop­nie mnie trak­tuje - wy­znała, ostroż­nie ścią­ga­jąc skó­rzane rę­ka­wiczki.

- Czyżby?

Ar­thur Stoke-Whit­ney, jej mąż i wy­ba­wi­ciel od szla­chet­nej biedy, był od niej co naj­mniej o ćwierć wieku star­szy. Nikt ni­gdy na­wet nie pró­bo­wał su­ge­ro­wać, że w tym mał­żeń­stwie cho­dzi o co­kol­wiek in­nego niż o so­jusz ro­dzin. On miał już dwóch sy­nów z pierw­szego mał­żeń­stwa, a parę lat po śmierci żony za­czął się roz­glą­dać za piękną ko­bietą z do­brym ro­do­wo­dem, która mo­głaby się stać ozdobą jego stołu i sku­tecz­nie wes­przeć jego ka­rierę po­li­tyczną. Pie­nię­dzy mu nie bra­ko­wało, mógł się więc obyć bez po­sagu. Ali­cia wpa­so­wała się w te kry­te­ria wprost ide­al­nie.

- Wy­syła mnie na wy­gna­nie na wieś - oznaj­miła. - Mam tam zo­stać, do­póki nie po­zwoli mi wró­cić do mia­sta.

Unio­słam brwi i tylko reszt­kami sil­nej woli po­wstrzy­ma­łam kpiący uśmie­szek.

- Czyż­byś zgrze­szyła bra­kiem dys­kre­cji, Ali­cio?

Pani Thomp­son aku­rat przy­nio­sła her­batę, mu­sia­ły­śmy więc prze­rwać tę roz­mowę, do czasu gdy wyj­dzie i za­mknie za sobą drzwi.

Wtedy Ali­cia zgro­miła mnie spoj­rze­niem.

- Ja by­naj­mniej nie. Nie­stety nie można tego po­wie­dzieć o dru­giej stro­nie.

Po­da­łam jej fi­li­żankę z her­batą, a po­tem od­ru­chowo się cof­nę­łam, ona bo­wiem za­częła mie­szać cu­kier z ta­kim za­pa­łem, jak gdyby miała do ubi­cia jajko. Uspo­ko­iła się, do­piero gdy lekko do­tknę­łam jej ra­mie­nia.

- Już ni­gdy wię­cej nie we­zmę so­bie ta­kiego mło­dziana. Oni zwy­czaj­nie nie są w sta­nie się nie po­chwa­lić - stwier­dziła, a kiedy po­da­łam jej de­li­katny fi­li­gra­nowy ta­le­rzyk ze słod­ko­ściami, tylko po­ki­wała głową. - No i oczy­wi­ście wie­ści do­tarły w końcu do Ar­thura, a on się wściekł.

- Nie wąt­pię - po­wie­dzia­łam.

Jej mę­żowi było za­pewne cał­ko­wi­cie obo­jętne, jak so­bie po­czyna jego żona i z iloma ko­chan­kami ro­man­suje, by­leby w to­wa­rzy­stwie nikt nie wie­dział o tych jej eks­tra­wa­gan­cjach. Stoke-Whit­ney był człon­kiem Izby Gmin i mu­siał my­śleć o wy­bo­rach. Żona po­sła po­winna cie­szyć się nie­po­szla­ko­waną opi­nią, jak­kol­wiek so­bie po­czy­nała w pry­wat­nym cza­sie. Dla niego nic się nie li­czyło bar­dziej niż po­zory.

Z pew­no­ścią ła­twiej mi było zro­zu­mieć istotę ich związku, gdy przy­po­mi­na­łam so­bie, że on robi ka­rierę po­li­tyczną i sporo czasu spę­dza przy dwo­rze. Kró­lowa prze­cież nie to­le­ro­wała choćby wzmia­nek o skan­dalu wśród ota­cza­ją­cych ją ary­sto­kra­tów czy człon­ków jej par­la­mentu. Za­nu­rzy­łam wargi w her­ba­cie, my­śląc, że Jej Wy­so­kość za­pewne czę­sto prze­żywa z tego po­wodu roz­cza­ro­wa­nia - ale Ar­thur Stoke-Whit­ney ni­gdy do­tąd się do tego nie przy­czy­nił. Wła­śnie, ni­gdy do­tąd...

Ali­cia przy­gła­dziła ja­kiś nie­sforny ko­smyk wło­sów.

- Tak, no tak. To oczy­wi­ście zro­zu­miałe, tylko jakże dla mnie nie­do­godne.

- A może na­le­ża­łoby w ogóle zre­zy­gno­wać z tych flir­tów? Nie bra­łaś tego ni­gdy pod roz­wagę? Czy warto dla chwi­lo­wej roz­rywki tak na­ra­żać sie­bie, męża i ro­dzinę na po­ważne nie­do­god­no­ści? Czy warto ry­zy­ko­wać utratę re­pu­ta­cji?

Za­nu­rzy­łam ka­wa­łek bu­łeczki w bi­tej śmie­ta­nie, którą wcze­śniej na­ło­ży­łam so­bie na ta­le­rzyk, po czym ca­łość wsu­nę­łam do ust i cze­ka­łam na jej wy­ja­śnie­nia.

Ona jed­nak tylko spoj­rzała na mnie smęt­nie.

- Chyba pora po­waż­nie się nad tym za­sta­no­wić, ale ty mi nie praw mo­ra­łów, Fran­ces. Przy­cho­dzę do cie­bie po po­moc.

Za­in­try­go­wało mnie to.

- A jak mogę ci po­móc?

- No cóż, wspo­mnia­łam ci już, że Ar­thur się wściekł, spo­dzie­wam się więc, że przyj­dzie mi spę­dzić na wsi wię­cej czasu niż za­zwy­czaj. Ra­czej nie li­czę na to, że ochło­nie w ciągu mie­siąca czy dwóch. Już mi za­po­wie­dział, że­bym so­bie nie za­przą­tała głowy kom­ple­to­wa­niem gar­de­roby na nowy se­zon.

- Trudno mi w to uwie­rzyć. On tak czę­sto przyj­muje go­ści, że na pewno bę­dzie cię po­trze­bo­wać.

Ali­cia od­rzu­ciła włosy do tyłu.

- Po­wie­dział, że je­śli bę­dzie po­trze­bo­wać pani domu, to zwróci się do sio­stry.

Aż mi dech w piersi za­parło i omal nie za­krztu­si­łam się ko­lej­nym kę­sem bu­łeczki. Łyk her­baty na szczę­ście po­mógł.

- Chyba nie masz na my­śli Con­stance?

Nie­zbyt to było mą­dre py­ta­nie z mo­jej strony, zwa­żyw­szy że Ar­thur miał tylko jedną sio­strę. Tyle że jej kom­pe­ten­cje to­wa­rzy­skie ogra­ni­czały się do umie­jęt­no­ści my­śliw­skich. Po­zo­sta­wała cał­ko­wi­cie na ba­kier ze wszel­kimi kon­we­nan­sami i na­wet w pod­sta­wo­wym za­kre­sie nie ro­ze­zna­wała się w za­sa­dach to­wa­rzy­skiej pre­ce­den­cji. To mię­dzy in­nymi dla­tego Stoke-Whit­ney po­sta­no­wił się oże­nić po­wtór­nie. Con­stance zu­peł­nie się nie nada­wała do peł­nie­nia roli go­spo­dyni przy­ję­cia.

- A ko­góż by in­nego? Sama za­tem ro­zu­miesz, w jak po­ważne wpa­dłam ta­ra­paty.

- Za­iste, choć na­dal nie bar­dzo poj­muję, jak mo­gła­bym po­móc w tej sy­tu­acji.

- No tak - od­parła Ali­cia. - O naj­waż­niej­szej rze­czy nie wspo­mnia­łam. Otóż na­sza córka Har­riet koń­czy w stycz­niu osiem­na­ście lat. Wio­sną po­winna zo­stać przed­sta­wiona kró­lo­wej i po raz pierw­szy po­ja­wić się na sa­lo­nach. Gdy wspo­mnia­łam o tym Ar­thu­rowi, stwier­dził, że Con­stance z pew­no­ścią po­ra­dzi so­bie z tak błahą kwe­stią.

Zro­biło mi się po­twor­nie żal Har­riet. Pre­zen­ta­cja przed kró­lową to wspa­niałe prze­ży­cie, ale też wiel­kie wy­zwa­nie dla mło­dej ko­biety, na­wet je­śli wszystko układa się jak na­leży. Gdyby w tym trud­nym przed­się­wzię­ciu radą miała jej słu­żyć Con­stance, no cóż... Za­pewne skoń­czy­łoby się ka­ta­strofą.

- Chyba nie zro­biłby cze­goś ta­kiego wła­snej córce?

Ali­cia ści­skała fi­li­żankę w dło­niach tak mocno, że za­czę­łam się oba­wiać o los mo­jej por­ce­lany. W końcu ją jed­nak od­sta­wiła.

- Dla niego li­czą się tylko sy­no­wie, o córce pra­wie w ogóle nie my­śli. I dla­tego nie spo­sób nie trak­to­wać tych jego gróźb po­waż­nie. Har­riet może unik­nąć cał­ko­wi­tej kom­pro­mi­ta­cji, tylko je­śli ty zgo­dzisz się wpro­wa­dzić ją na sa­lony.

- Ja?

- Tak, ty. - Ali­cia unio­sła lekko brwi. - Prze­cież zaj­mu­jesz się ta­kimi rze­czami, prawda? Wpro­wa­dza­łaś na sa­lony swoją sio­strę i tę drugą Ame­ry­kankę, obie świet­nie so­bie po­ra­dziły. Prze­cież nie wzgar­dzisz moją córką tylko dla­tego, że nie po­cho­dzi zza oce­anu, prawda?

- Oczy­wi­ście, że nie.

Ali­cia kla­snęła ra­do­śnie w dło­nie.

- Czyli się zga­dzasz?

- Na­dal nie do końca ro­zu­miem, dla­czego moja po­moc mia­łaby być po­trzeba. Zresztą czy pan Stoke-Whit­ney się na to zgo­dzi?

- Czy zgo­dzi się, żeby jego córkę wpro­wa­dzała na sa­lony Fran­ces, hra­bina Har­le­igh? Ar­thur nie bę­dzie się po­sia­dać z ra­do­ści. Może na­wet ze­chce spoj­rzeć na nią ła­skaw­szym okiem. Ja zaś obie­cuję pro­sić o twoją po­moc tylko pod wa­run­kiem, że w marcu na­dal będę na wy­gna­niu.

- W ta­kim ra­zie zgoda, po­mogę Har­riet. Choć nie wy­daje mi się, że­byś miała po­zo­sta­wać na tym, jak to na­zy­wasz, wy­gna­niu aż tak długo. Mąż prę­dzej czy póź­niej we­zwie cię do po­mocy.

- Mam na­dzieję, że się nie my­lisz. Nie­mniej pod­su­nę­łaś mi jesz­cze je­den po­mysł. Wolno mi po­zo­stać w mie­ście do czasu przy­ję­cia na cześć Ro­ma­no­wów. Być może je­śli się do­brze spi­szę i po­mogę mę­żowi przy jego nędz­nej mo­wie, to zdo­łam go jed­nak na­kło­nić do zmiany zda­nia i nie ode­śle mnie na wieś.

- Wy­stę­puje przed Izbą?

- Nie, ma prze­ma­wiać do człon­kiń ja­kie­goś sza­cow­nego ko­bie­cego sto­wa­rzy­sze­nia sto­ją­cego na straży za­sad mo­ral­nych w po­li­tyce. Nie pa­mię­tam na­zwy: coś tam, coś tam, ze­psu­cie w sfe­rze pu­blicz­nej. - Mach­nęła ręką. - Po­parły go w po­przed­nich wy­bo­rach.

Uśmiech­nę­łam się do sie­bie na myśl o tym, że Ali­cia ma po­ma­gać mę­żowi przy re­da­go­wa­niu tego aku­rat prze­mó­wie­nia.

- Może przy oka­zji wspo­mnij mu, że Con­stance za­pewne nie naj­le­piej się od­naj­dzie w to­wa­rzy­stwie go­ści z Ro­sji oraz księ­cia i księż­nej Wa­lii.

Ali­cia spoj­rzała na mnie z bły­skiem w oku.

- Słusz­nie. Będę o tym pa­mię­tać. - Pod­nio­sła rę­ka­wiczki ze sto­lika i wstała. - Bar­dzo ci dzię­kuję, moja droga. Dzięki to­bie od­zy­ska­łam na­dzieję.

Za­dzwo­ni­łam po pa­nią Thomp­son i od­pro­wa­dzi­łam Ali­cię do ko­ry­ta­rza, gdzie cze­ka­ły­śmy ra­zem, aż go­spo­dyni przy­nie­sie jej płaszcz.

- Za­po­mnia­łam ci po­wie­dzieć, że masz piękny pier­ścio­nek za­rę­czy­nowy. - Wkła­da­jąc rę­ka­wiczki, zer­k­nęła wy­mow­nie w kie­runku mo­jej dłoni. - Ha­zel­ton ma wy­borny gust, je­śli cho­dzi o bi­żu­te­rię. - Unio­sła wzrok i spoj­rzała mi w oczy. - Ale dawno nie wi­dzia­łam go w to­wa­rzy­stwie. Jakże mu się wie­dzie?

- Świet­nie mu się wie­dzie i szczę­ście mu do­pi­suje, więc niech ci ża­den po­mysł nie za­świta.

Otwo­rzy­łam drzwi fron­towe i ge­stem przy­wo­ła­łam jej stan­greta. Ona uśmiech­nęła się krzywo.

- Jak­że­bym śmiała... Prze­cież na pierw­szy rzut oka wi­dać, że bar­dzo się ko­cha­cie.

Od­rzu­ciła głowę i wyj­rzała przez uchy­lone drzwi na ulicę.

- Czy ja już gdzieś nie wi­dzia­łam tego czło­wieka?

- To pew­nie ka­mer­dy­ner na­szych są­sia­dów. Mó­wimy o nim, że to plot­karz z Che­ster Street. Zde­cy­do­wa­nie za dużo czasu upływa mu na ob­ser­wo­wa­niu, co kto z nas po­ra­bia.

- To na pewno nie jest ka­mer­dy­ner. - Wska­zała ge­stem. - Czy to aby nie ten po­li­cjant, który ubie­głej wio­sny ba­dał sprawę mo­jej za­gi­nio­nej bran­so­letki?

Wyj­rza­łam przez drzwi, do­kład­nie w mo­men­cie gdy po­ja­wiła się pani Thomp­son z płasz­czem Ali­cii. Rze­czy­wi­ście był to in­spek­tor De­la­ney, w to­wa­rzy­stwie ja­kiejś mło­dej ko­biety. Wy­szedł wła­śnie od Geo­rge'a i przy­sta­nął na chod­niku. Roz­glą­dał się po ulicy, jakby się zgu­bił.

Ali­cia zdą­żyła już wło­żyć płaszcz, więc wy­szłam przed dom ra­zem z nią. De­la­ney pew­nie wy­pa­try­wał Geo­rge'a, który po­szedł aku­rat do klubu.

Po­de­szły­śmy do kra­węż­nika, bo do­kład­nie w tym mo­men­cie po­wóz Ali­cii pod­je­chał i za­trzy­mał się przed wej­ściem. Ten fakt przy­kuł uwagę De­la­neya, który jed­nak na mój wi­dok zro­bił wy­raź­nie prze­ra­żoną minę. Cof­nął się na­wet o krok, ale to­wa­rzy­sząca mu młoda ko­bieta ru­szyła w na­szą stronę, więc, chcąc nie chcąc, po­szedł za nią.

- Dzień do­bry, pa­nie in­spek­to­rze - przy­wi­ta­łam go. - Czyżby przy­szedł pan do pana Ha­zel­tona?

On uchy­lił ka­pe­lu­sza, od­sła­nia­jąc brą­zową czu­prynę po­prze­ty­kaną si­wi­zną. - Ow­szem, lady Har­le­igh. Nie­stety go nie za­sta­li­śmy.

To­wa­rzy­sząca mu ko­bieta wsparła dłoń na bio­drze i przy­glą­dała mi się zu­chwale.

- A pani zna Ha­zel­tona?

Fran­cu­ski ak­cent, który wy­chwy­ci­łam w tym py­ta­niu, bar­dzo mnie za­sko­czył.

- Oczy­wi­ście, to mój są­siad.

- I na­rze­czony - do­dała Ali­cia.

Ko­bieta zmru­żyła oczy.

- Czyżby? No pro­szę, pro­szę... - Zwró­ciła się do De­la­neya. - A pan o tym wie­dział?

In­spek­tor przy­ło­żył dwa palce do skroni.

Cóż za im­per­ty­nen­cja!

- A mogę za­py­tać, z kim mam przy­jem­ność?

- Ależ oczy­wi­ście - od­parła, uno­sząc lekko je­den z ką­ci­ków warg. - Je­stem żoną Geo­rge'a Ha­zel­tona.

Aż otwo­rzy­łam sze­roko oczy ze zdu­mie­nia. Nie wie­dzia­łam, czy mogę wie­rzyć wła­snym uszom.

Sto­jąca za mo­imi ple­cami Ali­cia wes­tchnęła ciężko.

- Kto by po­my­ślał! - po­wie­działa, na­chy­la­jąc mi się do ucha. - A ja są­dzi­łam, że to mnie się ży­cie po­kom­pli­ko­wało.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Ty­tuł ory­gi­nału A FIAN­CÉE'S GU­IDE TO FIRST WI­VES AND MUR­DER Co­py­ri­ght ? 2021 by Dianne Fre­eman First pu­bli­shed by Ken­sing­ton Pu­bli­shing Corp. All Ri­ghts Re­se­rved
Po­lish edi­tion co­py­ri­ght ? 2024 Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o. o. Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght ? 2024 Magda Wit­kow­ska
Re­dak­cja Mo­nika Or­łow­ska
Tłu­ma­cze­nie Magda Wit­kow­ska
Ko­rekta Ja­nusz Si­gi­smund
Pro­jekt gra­ficzny okładki Anna Slo­torsz
Zdję­cia na okładce Po­lona
Skład i ła­ma­nie Mar­cin La­bus
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83293-80-6
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skiego 2 lok. 24 03-475 War­szawa tel. 22 416 15 81 re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.pl www.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.