Poprawka z matury. Aby dorosłe dzieci naprawdę dorosły - Ewa Woydyłło

Kup ebooka

34.90 zł
27.22 zł (19,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Dziec­kiem w ko­lebce kto łeb urwał Hy­drze,

Ten młody zdusi Cen­taury,

Pie­kłu ofiarę wy­drze,

Do nieba pój­dzie po laury.

A. Mic­kie­wicz, Oda do mło­do­ści

Pa­mię­tam, że gdy w szkole pi­sa­łam wy­pra­co­wa­nie o tym, co po­eta miał w tym wier­szu na my­śli, Oda do mło­do­ści ra­czej mi się nie po­do­bała. Nie wie­rzy­łam Mic­kie­wi­czowi, że kto­kol­wiek w ko­lebce mógłby rze­czy­wi­ście urwać łeb ja­kiejś Hy­drze. Ma­jąc jesz­cze wi­docz­nie w pa­mięci wła­sną ko­lebkę i sie­bie w niej, my­śla­łam: "Prze­sa­dził wieszcz". Poza tym, samo brzmie­nie słowa "hy­dra" bu­dziło we mnie grozę i wstręt, więk­sze niż "pa­jąk" czy "żmija".

Coś się jed­nak od tam­tej pory zmie­niło. Wi­docz­nie do­ro­słam do tego tek­stu, bo dziś uwa­żam, że wieszcz miał ra­cję. Komu do ko­lebki we­drze się Hy­dra, a on zdoła urwać jej łeb, bę­dzie wy­grany na całe ży­cie. Z cza­sem za­częło mnie fra­po­wać py­ta­nie, czy je­śli ktoś dał się Hy­drze znie­wo­lić w ko­lebce, może jej jesz­cze póź­niej urwać łeb? Za­czę­łam ob­ser­wo­wać, stu­dio­wać, spraw­dzać. O re­zul­ta­tach swych do­cie­kań chcę tu opo­wie­dzieć. Uprze­dzę fakty: re­zul­taty są obie­cu­jące.

Jako psy­cho­te­ra­peutka za­uwa­ży­łam pewną pra­wi­dło­wość. Im bar­dziej nie­szczę­śliwe dzie­ciń­stwo, tym trud­niej do­ro­snąć. Lu­dzie bo­wiem skrzyw­dzeni w ko­lebce czę­sto są długo, za długo, dziećmi - nie­do­ro­słymi, za­lęk­nio­nymi, znie­wo­lo­nymi. Żyją obo­lali, za­gnie­wani i ob­ra­żeni, snu­jąc wi­zje krwa­wej po­msty lub wła­snej śmierci, wciąż bez­radni wo­bec złego losu, nie­kiedy po kres ży­cia.

Ci na­to­miast, któ­rzy mieli dzie­ciń­stwo bez­pieczne, na ogół wy­ra­stają na zdro­wych i sil­nych do­ro­słych. Co nie zna­czy, że żadna Hy­dra im ni­gdy do ko­ły­ski nie za­glą­dała. Mo­gło ra­czej być tak, że za każ­dym ra­zem, gdy ktoś pró­bo­wał dziecku zro­bić krzywdę, tata i mama brali je w obronę. Na­suwa się re­to­ryczne py­ta­nie: czyż nie po to dzieci mają tatę i mamę, by mo­gły bez­piecz­nie do­ra­stać? I dru­gie py­ta­nie, już nie re­to­ryczne: a co bę­dzie, je­żeli Hy­dra wcieli się w ro­dzi­ców?

Od każ­dej re­guły zda­rzają się wy­jątki. Tu wy­ją­tek sta­no­wią osoby krzyw­dzone i za­nie­dby­wane w dzie­ciń­stwie, które jed­nak, ni­czym sprę­ży­ste piłki rzu­cane z wielką siłą o twarde, ka­mie­ni­ste lub grzą­skie pod­łoże, za­miast pęk­nąć, wy­pu­ścić po­wie­trze, sfla­czeć i po­zo­stać na dnie - od­bi­jają się za każ­dym ra­zem wy­soko. Z po­czątku może z tru­dem, ale z cza­sem co­raz ła­twiej i wy­żej, od­bi­jają się i szy­bują poza za­sięg ra­że­nia i ra­nie­nia. Lu­dzie sprę­ży­ści. Lu­dzie doj­rzali i do­ro­śli. Za­pra­wieni w tre­ningu od­bi­ja­nia się od dna. Po­tra­fiący w końcu po­szy­bo­wać na taką wy­so­kość, z któ­rej już żadna siła nie jest w sta­nie ze­pchnąć ich w dół.

Kie­dyś, pod­czas wie­czoru au­tor­skiego, ktoś za­py­tał, skąd mia­łam od­wagę, żeby pójść na psy­cho­lo­gię po czter­dzie­stce czy za­cząć na­ukę gry na pia­ni­nie, stu­dio­wać nie­miecki i brać udział w klu­bo­wych tur­nie­jach te­ni­so­wych w doj­rza­łym już wieku. Za­sta­no­wi­łam się. Do po­dej­mo­wa­nia wy­zwań za­pra­wiło mnie chyba bar­dzo szczę­śliwe dzie­ciń­stwo. By­łam je­dy­naczką, wy­cho­wy­wała mnie matka, która po­wta­rzała, że dzięki mnie ma wię­cej po­wo­dów do ra­do­ści niż do zmar­twień. Cho­dzi­łam do żeń­skiej szkoły, gdzie na­uczy­ciele czę­ściej nas chwa­lili niż ga­nili. A chłop­ców, aż do peł­no­let­no­ści, spo­ty­ka­łam tylko na pły­walni, lo­do­wi­sku albo na tre­nin­gach szer­mierki.

Go­spo­dyni wie­czoru, pro­wa­dząca ze mną roz­mowę, za­uwa­żyła: "Ileż to je­dy­na­czek, ma­ją­cych do za­bawy wy­łącz­nie dziew­czynki i wy­cho­wy­wa­nych przez sa­motne matki, już w mło­do­ści miota się od fru­stra­cji do de­pre­sji...". Ro­ze­śmia­ły­śmy się wraz z całą salą. Rze­czy­wi­ście, wy­gląda na to, iż z tych sa­mych po­wo­dów można uwie­rzyć, że wy­grało się los na lo­te­rii lub że jest się tego losu ofiarą. Albo jest się sprę­ży­stą piłką, albo nie.

Z tym spo­strze­że­niem mam jed­nak pe­wien pro­blem. Nie wy­ra­żam zgody na de­ter­mi­nizm i fa­ta­lizm. Z wszyst­kiego, czego się na­uczy­łam, stu­diu­jąc fi­lo­zo­fię, teo­lo­gię, psy­cho­lo­gię, naj­bar­dziej po­ciąga mnie kon­cep­cja wol­nej woli. Poj­muję ją tak, że wła­śnie dla­tego, iż jest wolna, ni­gdy nie może być zde­ter­mi­no­wana ani ukła­dem gwiazd, ani na­wet szy­frem ge­ne­tycz­nym. Wie­rzę, że nad wolną wolą można za­pa­no­wać. Można uczy­nić ją jesz­cze bar­dziej wolną mimo we­wnętrz­nych i ze­wnętrz­nych ogra­ni­czeń. Wiąże się to z pro­ce­sem osią­ga­nia doj­rza­ło­ści psy­chicz­nej i emo­cjo­nal­nej, a może na­wet jest z nią toż­same. Wolna wola jest w pe­wien spo­sób tej doj­rza­ło­ści wy­ra­zem i miarą. Im doj­rzal­szy jest czło­wiek, tym bar­dziej wolna jest jego wola, tym mniej może (musi? chce?) pod­da­wać się lub ustę­po­wać uwa­run­ko­wa­niom. Z dru­giej strony wiem, że od­da­nie wła­snej woli ca­łej wła­dzy i od­rzu­ce­nie wszel­kich ogra­ni­czeń (gdyby w prak­tyce było to w ogóle moż­liwe...), czyli wol­ność ab­so­lutna, a więc po pro­stu samo-wola, mu­sia­łaby spo­wo­do­wać to­talny chaos, a w kon­se­kwen­cji sa­mo­uni­ce­stwie­nie.

Wolną wolę można jed­nak le­piej wy­ko­rzy­sty­wać, niż zwy­kle to ro­bimy. Może ona być we­hi­ku­łem po­zwa­la­ją­cym czło­wie­kowi prze­kra­czać sie­bie. Jest, mó­wiąc me­ta­fo­rycz­nie, ener­gią trans­cen­den­cji. Wie­rzę na przy­kład, że można we­dle wła­snego za­my­słu ukształ­to­wać swój cha­rak­ter. Trzeba oczy­wi­ście naj­pierw ów za­mysł zbu­do­wać na re­al­nych prze­słan­kach. Nie wszystko pod­lega zmia­nie, ale wiele rze­czy tak. Zwłasz­cza że cy­wi­li­za­cja udo­stęp­nia nam co chwila co­raz to nowe na­rzę­dzia i spo­soby. Dzięki me­dy­cy­nie na przy­kład można kom­pen­so­wać - chi­rur­gicz­nie, far­ma­ko­lo­gicz­nie lub przez od­po­wied­nie urzą­dze­nia i pro­ce­dury - wiele nie­do­bo­rów spo­wo­do­wa­nych przez cho­roby czy ka­lec­two. Ale i bez spe­cjal­nych "pro­tez" czło­wiek za­wsze po­tra­fił ko­ry­go­wać trudno zmienne ce­chy, jak choćby wro­dzony cykl snu i czu­wa­nia i zwią­zany z nim rytm funk­cjo­no­wa­nia dzienno-noc­nego. Nie­któ­rzy pod wpły­wem po­trzeby wyż­szej niż bio­lo­giczna na­gi­nają się do in­nego mo­delu, sprzecz­nego z "na­tu­ral­nym". Przy­kła­dem mogą być młode mamy, które na­wet gdy są z na­tury po­ran­nymi śpio­chami, po­tra­fią na okres nie­mow­lęc­twa swo­ich dzieci prze­sta­wić się na wcze­sne wsta­wa­nie. Z wła­snego do­świad­cze­nia wiem, że na­wyk ten może się spodo­bać i po­zo­stać na za­wsze. Wów­czas pier­wotna "sowa" prze­obraża się w "skow­ronka" - trans­for­ma­cja (trans­cen­den­cja?) zu­peł­nie nie do po­my­śle­nia w świe­cie oży­wio­nym z wy­jąt­kiem czło­wieka. Do­bit­nym przy­kła­dem zdol­no­ści do prze­kra­cza­nia sie­bie są też osoby che­micz­nie uza­leż­nione, które wła­ści­wie (zgod­nie ze swym uza­leż­nio­nym "cha­rak­te­rem" - cza­sem wro­dzo­nym, cza­sem na­by­tym) mu­sia­łyby po­zo­stać do końca ży­cia ska­zane na ule­ga­nie na­ło­gowi; a jed­nak ty­siące spo­śród nich cał­ko­wi­cie wy­zwa­lają swe ciało od szko­dli­wej che­mii, umysł od ob­se­syj­nej tę­sk­noty za upra­gnio­nym "ha­jem", a funk­cjo­no­wa­nie w świe­cie od po­trzeby de­struk­cyj­nych ucie­czek od na­pięć, stre­sów czy za­chwia­nia rów­no­wagi psy­chicz­nej.

Ćwi­cze­nia z wol­nej woli warto upra­wiać nie tyle w celu maj­stro­wa­nia przy cha­rak­te­rze czy oso­bo­wo­ści w ogóle, ile w celu po­wścią­ga­nia nie­ko­rzyst­nych za­cho­wań, w tym także spo­sobu my­śle­nia i od­czu­wa­nia. Od­po­wied­nie zmiany w tych sfe­rach po­zwo­li­łyby uni­kać wielu de­struk­cyj­nych skut­ków dla sie­bie i dla in­nych. Po­mo­głyby także nie za­ła­my­wać się w trud­nych mo­men­tach. Nie re­zy­gno­wać. Nie wy­co­fy­wać z ży­cia. Po­wtó­rzę za po­etą - po­mo­głyby zdu­sić Cen­taury, wy­drzeć ofiarę pie­kłu i pójść do nieba po laury na­wet wów­czas, gdy Hy­dra chciała za­dać śmier­telny cios. Czy na­prawdę śmier­telny, to po­winno za­le­żeć nie od Hy­dry. Im wcze­śniej urwiemy jej łeb, tym więk­szą bę­dziemy mieć szansę na po­wrót do ży­cia. Ale owo wcze­śniej nie wy­klu­cza póź­niej. Póź­niej też można.

Po­sta­ram się do­ciec czyn­ni­ków sprzy­ja­ją­cych sprę­ży­sto­ści emo­cjo­nal­nej ujaw­nia­ją­cej się nie wtedy, gdy wszystko układa się do­brze, lecz wtedy, gdy się nie układa. Gdy prze­ciw­no­ści, cho­roby, trau­ma­tyczne do­świad­cze­nia, bo­le­sne krzywdy, za­miast zła­mać, umac­niają czło­wieka. Gdy mimo plag i cio­sów albo braku do­sta­tecz­nej opieki ro­dzi­ciel­skiej czło­wiek za­cho­wuje lub od­zy­skuje zdol­ność do prze­ży­wa­nia ra­do­ści ży­cia i ob­dzie­la­nia nią in­nych.

W po­tocz­nym re­per­tu­arze po­rze­ka­deł czę­sto po­wta­rzana sen­ten­cja po­cie­sza, że co cię nie za­bije, to cię wzmocni. Jej au­to­rem jest Fry­de­ryk Nie­tz­sche, który od­niósł ją naj­praw­do­po­dob­niej do sa­mego sie­bie na po­czątku roz­prawy Zmierzch bo­żyszcz. Myśl tę roz­wi­nął, pi­sząc da­lej: "Lu­dzie naj­więk­szego du­cha, za­ło­żyw­szy, że są naj­od­waż­niejsi, rów­nież w znacz­nie więk­szym stop­niu prze­ży­wają naj­bo­le­śniej­sze tra­ge­die; ale wła­śnie dla­tego czczą ży­cie, że prze­ciw­sta­wia im się ono jako ich naj­więk­szy prze­ciw­nik"[1].

Fi­lo­zo­fów trudno się czyta, ale gdy już do­trzemy do sedna ich my­śli, sta­jemy się mą­drzejsi. Od­bywa się to sko­kowo, na­głymi olśnie­niami, jakby dzięki prze­ni­kli­wo­ści au­to­rów na­sze wła­sne my­śli, wie­dza, do­świad­cze­nie i prze­ko­na­nia po­bie­gły na­gle do przodu o wiele mil.

Od fi­lo­zo­fów można się dużo do­wie­dzieć. Także tego, że "co cię nie za­bije, uczyni cię sil­niej­szym". Nie do­wiemy się jed­nak od nich, jak spra­wić, by nas coś nie za­biło, tylko wzmoc­niło. Co jest po­trzebne, by już w ko­ły­sce mieć siły na urwa­nie łba Hy­drze. A mnie jesz­cze in­te­re­suje, jak już za­zna­czy­łam, co jest po­trzebne, by na­wet długo po opusz­cze­niu ko­ły­ski po­tra­fić swą Hy­drę z dzie­ciń­stwa uniesz­ko­dli­wić.

Prze­czu­cie mi mówi, że to, co dzieje się w ko­ły­sce, jest nam ja­koś d a n e. To zaś, co po­tem, mu­simy sami z d o b y ć, osią­gnąć, zro­bić, wy­pra­co­wać. In­nymi słowy: nie sztuka uro­dzić się dziel­nym zu­chem. Sztuka nim zo­stać, gdy przyj­dziemy na świat jako bo­jaź­liwy sła­be­usz.

W tym miej­scu roz­cho­dzą się na­sze drogi z wiesz­czem i fi­lo­zo­fem. Nie wy­star­czają mi ich ob­ser­wa­cje, choć się z nimi cał­ko­wi­cie zga­dzam. I z Mic­kie­wi­czow­ską - o Hy­drze w ko­lebce, i z Nie­tz­sche­ań­ską - o tym, że co nas nie za­bije, to nas wzmocni. Po­sta­ram się zła­mać kod za­wie­ra­jący od­po­wie­dzi tych, któ­rzy urwali łeb Hy­drze nie od razu, tylko póź­niej, gdy się już zdrowo na­cier­pieli; przez tych, któ­rych coś strasz­nego zła­mało, a jed­nak się od­ro­dzili z po­wro­tem do ży­cia. Bo to od nich, a nie od mę­dr­ców for­mu­łu­ją­cych zgrabne sen­ten­cje mo­żemy się do­wie­dzieć, jak od­ra­dzać się po nie­szczę­ściach, które nas kie­dyś oka­le­czyły. Jed­nej od­po­wie­dzi się nie spo­dzie­wam. Szyfr kryje ich za­pewne wiele. A może nie­wiele? To się okaże.

Co zro­bili ci, któ­rzy nie uro­dzili się w czepku szczę­ścia­rzy i szczę­śliw­ców? Tro­chę już wiem, bo wielu mia­łam oka­zję po­znać pod­czas le­cze­nia ich z za­bu­rzeń psy­chicz­nych i emo­cjo­nal­nych po wiel­kich nie­szczę­ściach. Nie­któ­rym te­ra­pia coś pod­po­wie­działa, zdo­łała skie­ro­wać uwagę w do­brą stronę, do­dała mocy, by mo­gli w końcu zrzu­cić klą­twę prze­szło­ści. Wszyst­kiego jed­nak nie wiem. Naj­mniej znam tych, któ­rzy po­ra­dzili so­bie bez le­cze­nia. Tacy do psy­cho­loga się nie zgła­szają. Psy­cho­lo­dzy naj­le­piej znają ich prze­ci­wień­stwa, czyli osoby cier­piące z po­wodu nie­szczę­śli­wego dzie­ciń­stwa. Są one ilu­stra­cją rów­na­nia cięż­kie dzie­ciń­stwo = cięż­kie ży­cie, przyj­mo­wa­nego przez wielu za ak­sjo­mat. Mnie fra­pują osoby bę­dące ży­wymi do­wo­dami na praw­dzi­wość in­nego rów­na­nia: cięż­kie dzie­ciń­stwo + x = po­godne ży­cie. Wła­śnie owo x in­te­re­suje mnie naj­bar­dziej.

Spo­tka­łam oczy­wi­ście ta­kie osoby, na­wet wiem od nich do­kład­nie, czym w ich ży­ciu było x (cza­sem jesz­cze y i z). Nie będę jed­nak pi­sać książki tylko o zna­jo­mych. Do in­nych przy­kła­dów po­sta­no­wi­łam do­trzeć przez ogło­sze­nie pra­sowe. Ucie­szy­łoby mnie na­wet kilka od­po­wie­dzi. Otrzy­ma­łam ich znacz­nie wię­cej.

Jed­no­cze­śnie za­czę­łam na­tra­fiać na mnó­stwo przy­kła­dów po­twier­dza­ją­cych do­bry kie­ru­nek mo­ich po­szu­ki­wań. Oto ktoś na­pi­sał ar­ty­kuł pt. Cho­roby, które zro­dziły mi­strzów, gdzie, jakby na moje za­mó­wie­nie, zna­la­zły się na­stę­pu­jące frag­menty:

"Gdyby Il Prete Rosso, czyli Ksiądz Ru­dzie­lec, jak na­zy­wano An­to­nia Vi­val­diego (1678-1741), nie cier­piał na astmę, nie cie­szy­li­by­śmy się dziś Czte­rema po­rami roku. W XVII wieku dy­cha­wica była cho­robą śmier­telną, a czę­ste ataki unie­moż­li­wiały mło­demu du­chow­nemu pro­wa­dze­nie mszy. Mu­siał za­jąć się więc czymś mniej wy­czer­pu­ją­cym.

Mi­strzo­stwo wło­skiego skrzypka Nic­cola Pa­ga­ni­niego (1782-1840) też jest nie­od­łącz­nie zwią­zane z ciężką, nie­ule­czalną cho­robą - ge­ne­tycz­nym ze­spo­łem Eh­lersa-Dan­losa. Nad­mier­nie ela­styczna skóra i stawy, które mógł nie­na­tu­ral­nie wy­krę­cać, spra­wiły, że nie­wia­ry­god­nie szybko i spraw­nie grał na skrzyp­cach.

Pia­ni­ści twier­dzą, że trzeba mieć nie­zwy­kle dłu­gie palce, by po­ra­dzić so­bie z nie­któ­rymi pa­sa­żami w kon­cer­tach Sier­gieja Rach­ma­ni­nowa. Ich twórca grał je bez naj­mniej­szego trudu - uro­dził się bo­wiem z ze­spo­łem Mar­fana, mu­ta­cją po­wo­du­jącą m.in. pa­łą­ko­wa­tość pal­ców"[2].

Zyg­munt Freud miałby tu coś do po­wie­dze­nia. Jest wszak oj­cem psy­cho­ana­lizy, w jej du­chu po­strze­gał też nie­oczy­wi­ste mo­tywy ludz­kich dzia­łań i za­nie­chań, prze­ko­nań i po­staw. Pierw­szy roz­po­znał i na­zwał tak zwane me­cha­ni­zmy obronne, czyli nie­świa­do­mie uru­cha­miane za­cho­wa­nia (w tym my­śli, słowa, czyny, a na­wet sny, ma­rze­nia i ilu­zje), ma­jące na celu ra­to­wa­nie za­gro­żo­nego po­czu­cia war­to­ści. Jed­nym z me­cha­ni­zmów obron­nych jest s u b l i m a c j a, czyli wy­ko­rzy­sta­nie wady lub sła­bo­ści w taki spo­sób, by prze­stała ob­ni­żać po­czu­cie war­to­ści, a ra­czej stała się jego źró­dłem lub wzmoc­nie­niem. Za­miast być wadą, nie­ko­rzystna ce­cha staje się jak gdyby za­letą, mocną stroną. Sub­li­ma­cja jako me­cha­nizm obronny po­maga na przy­kład nie­śmia­łym in­tro­wer­ty­kom obie­rać za­wody, w któ­rych pra­wie w ogóle nie ma pu­blicz­nych wy­stą­pień (ar­chi­wi­sta, bi­blio­te­karz, hi­ma­la­ista, pi­sarz), po­nie­waż taką pracę wy­ko­nuje się na ogół w od­osob­nie­niu.

O me­cha­ni­zmach obron­nych w służ­bie wła­snego do­bra bę­dzie jesz­cze nie­raz mowa w dal­szych roz­wa­ża­niach. Już na wstę­pie mogę po­wie­dzieć, że prze­czu­wam, iż może wła­śnie nie­które z nich sta­no­wią zna­czący ele­ment owego x w rów­na­niu, które chcia­ła­bym roz­wią­zać. Nie po to, by ba­wić się w do­brą wróżkę, lecz by na swój wła­sny uży­tek każdy, kto ob­wi­nia swe dzie­ciń­stwo za obecne nie­do­bre ży­cie, za­czął zaj­mo­wać się dniem dzi­siej­szym i ju­trzej­szym, a nie wczo­raj­szym.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki