1 Śmierć Marka, rozwód z Szymonem i łuszczyca
Podczas pobytu w szpitalu brakowało jej Puca. Dziesięć dni bez czarnego tłuściocha, którego ulubioną czynnością zaraz po jedzeniu było spanie, wydawało się Ewie nieznośnie długim okresem. Tyle czasu musiała wytrzymać bez dotykania miękkiego futerka, które iskrzyło w pogodne dni. Ale to ona była naelektryzowana, kiedy krzątała się po domu w sobotnie poranki, a nie Puc. Jak przystało na słusznych rozmiarów kocura, który ma swoją godność, Puc ruszał się mało. Pogoda nie miała tu nic do rzeczy. Równie dobrze drzemało mu się przy monotonnym postukiwaniu deszczu o parapet w listopadowe wieczory, jak i wtedy, gdy na dworze ćwierkały ptaki, a przez okno wpadały promienie kwietniowego słońca i ogrzewały jego miejsce na sofie. Przed kolacją zielone oczy Puca patrzyły na Ewę wyczekująco. Przy odrobinie dobrej woli można w nich było dostrzec umiarkowaną dozę afirmacji, lecz ani śladu bezgranicznego oddania i dozgonnej miłości, jaka wyziera z psich ślepiów. Ewa nigdy nie chciała mieć psa.
Zanim stawiła się w izbie przyjęć oddziału dermatologicznego, zawiozła Puca do matki na przechowanie, a teraz, po odbytym leczeniu, jechała go odebrać.
Prowadziła spokojnie, nie za szybko, nie za wolno. Na drodze był duży ruch, jak to w piątkowe popołudnia. W aucie dało się słyszeć tylko ciche, stłumione buczenie silnika. Ewa pozbyła się odruchu włączania radia w czasie jazdy. Nie uciekała od ciszy, nie bała się zostać sama ze swoimi myślami.
Jeżeli czegoś słuchała, to raczej muzyki klasycznej, chętniej w domu niż w aucie. Nie była koneserką tego rodzaju muzyki. Muzyka klasyczna była przyjemna, jakkolwiek niektórych utworów, uważanych za arcydzieła, Ewa nie lubiła. Krzykliwe dźwięki V czy IX symfonii Beethovena raziły jej uszy. Wolała sonaty. Niekiedy puszczała sobie operę albo balet. Oczywiście w domu, nie w samochodzie.
Bywało, że słuchała starego jazzu, ale tylko w powolnej, najbardziej melancholijnej odmianie. Podobał jej się Chet Baker, lubiła Ninę Simone. Unikała radiostacji, które nadawały przebojowe piosenki na przemian z dowcipami prowadzących i serwisami informacyjnymi. Tak jak ciało, również jej umysł potrzebował zdrowej diety.
Kuracja szpitalna przyniosła dobre wyniki. Ewy uśmiechała się na myśl, że będzie mogła bez skrępowania zrobić zakupy w galerii handlowej, zjeść obiad w restauracji, przejść się po mieście. I nikt nie będzie się na nią patrzeć jak na trędowatą.
Dopiero pięć lat minęło od tamtego czasu, ale jakby długie wieki przeszły, cała epoka przeminęła, gdyż dla niej wszystko się za jednym pociągnięciem losu zmieniło. Skończyło się jedno życie, zaczęło drugie. Tak nagle, z dnia na dzień. Ale to drugie życie nie było prawdziwe. Było nierealne. Było życiem po śmierci. W sensie przenośnym i dosłownym. Jej drugie życie było życiem po śmierci jej synka.
Marek miał siedem lat. Szymon zawoził go do szkoły i odbierał po lekcjach. Ewa pracowała wtedy jako dyrektor finansowy w firmie produkującej przędzę na dywany i ręczniki, i nie miała czasu. Wyjeżdżała do biura wcześnie rano, wracała do domu późnym popołudniem, nieraz dopiero wieczorem. Szymon pracował w domu jako tłumacz. W dzień dużo czasu poświęcał Markowi, przez co musiał ślęczeć po nocach. Ale wolał to niż zatrudnienie opiekunki, chociaż na parę godzin dziennie, co sugerowała Ewa. Marek nie był absorbujący. Potrafił bawić się sam. Czytał książeczki, rysował rycerzy, budował zamki z klocków. Ewa starała się nadrobić niedobór kontaktów z synem w weekendy. Weekendy były rodzinne. Spacerowali, jeździli na wycieczki, bawili się we troje.
To wydarzyło się w styczniu. W piątek rano. Poprzedniego dnia była odwilż, śnieg topniał, w nocy znowu złapał mróz. Było ślisko. Szymon jechał ostrożnie. On zawsze jeździł ostrożnie, jakby wiózł największy w świecie skarb. Nawet gdy jechał sam. Ale kierowca ciężarówki nie był taki jak Szymon. Pędził na złamanie karku, bo nic nie przewoził, jechał pusty. Nie zwolnił na zakręcie i wpadł w poślizg. Ciężarówka uderzyła w samochód Szymona z tej strony, gdzie siedział Marek. Jej syn zginął na miejscu. Szymonowi nic poważnego się nie stało, był tylko potłuczony.
Łuszczyca Ewy wracała niezmordowanie. Okresowo cofała się, pozostawała uśpiona, niekiedy prawie całkiem znikała, żeby ni z tego, ni z owego powrócić w jeszcze większym nasileniu. Wtedy zwykłe maści dziegciowe i lekarstwa oparte na pochodnych witaminy A i D3 przestawały działać. Co roku Ewa spędzała kilka dni w szpitalu. Aplikowano jej leki sterydowe, poddawano naświetlaniu UVB i leczeniu ogólnoustrojowemu. Rezultaty były lepsze lub gorsze, ale potem miała spokój przez parę miesięcy, poprawa była widoczna, mimo że nietrwała.
Prosto z Poznania Ewa pojechała do Chodkowa. Obiad zdążyła zjeść jeszcze na oddziale. Nawet nie zajrzała do siebie, zrobiła tylko drobne zakupy po drodze. W domu i tak nikt na nią nie czekał. Pilno jej było do Puca. Chciała przytulić miękkiego grubasa. Poczuć jego ciepło i ciche burczenie.
Do burczenia matki nie tęskniła.
Zapadał zmierzch. Kończył się sierpień. Było chłodno i wilgotno jak jesienią. Pola szarzały i siniały w niskiej mgle, lasy i zarośla w oddali robiły się czarne. Pojawiały się i znikały światła domów mijanych wiosek. Tym razem Ewa nie jechała krajową drogą numer 11 przez Oborniki. Wybrała trasę przez Murowaną Goślinę.
Jej matka przez całe życie mieszkała w Chodkowie, małym mieście godzinę jazdy na północ od Poznania, gdzie po ukończeniu studiów na Akademii Ekonomicznej osiedliła się Ewa.
Nie odczuwała tęsknoty do miejsca urodzenia. Nic jej do rodzinnego miasteczka nie ciągnęło. Wolała nie patrzeć na miejsca, gdzie się bawiła jako dziecko. Nie chciała się natknąć na dawnych znajomych. Odstręczała ją perspektywa spotkania koleżanek z klasy, które w miasteczku zostały. Większość została. Większość tych roześmianych dziewczyn i chłopaków urządziła tam sobie życie. Czy szczęśliwe? Ewa nie chciała dowiadywać się, co słychać u rówieśników. Czasami dochodziły do niej jakieś informacje i nie wiadomo dlaczego zawsze ją to uwierało.
Jeszcze bardziej nieprzyjemny był widok osób, które już wówczas, kiedy ona chodziła do szkoły, były dorosłe. Nauczyciele i nauczycielki, teraz już na emeryturze. Ewa była bardzo dobrą uczennicą. Przechodziła z klasy do klasy z wyróżnieniem, ale każdego członka ciała pedagogicznego trochę się bała. Przed wszystkimi czuła respekt, nawet przed tymi najmniej wymagającymi, jak pan od śpiewu, którego chłopcy nie słuchali.
Pani od historii, tleniona blondynka z ustami uszminkowanymi na czerwono. Jej twarz świeciła się od kremu. Wyglądała prawie tak samo jak dawniej. Była tylko grubsza, miała więcej zmarszczek na szyi i worki pod oczami. Sprawiała wrażenie podniszczonej, zużytej kopii samej siebie. Po tylu latach nadal kojarzyła się Ewie z tworzeniem pierwszych związków międzyplemiennych i budowaniem państwowości Polan we wczesnym średniowieczu.
Matematyczka, która każde zdanie zaczynała od "a więc" i miała cuchnący oddech. Jedni mówili, że od zębów, inni że od żołądka.
Sąsiedzi z bloku. Mężczyzna z krótkim, nastroszonym wąsem, który miał pekińczyka. Ten pekińczyk był podobny do właściciela. Albo właściciel do pekińczyka. Pasowali do siebie z wyglądu i charakteru. Zacięci, milkliwi, kąśliwi. O drobnych, szybkich ruchach i wysokim, świdrującym głosie. Teraz ten człowiek był stary i nie miał psa. Poruszał się wolno, strachliwie, nawet na równym chodniku. Jakby szedł pod górę, balansując nad przepaścią.
Sąsiad z drugiego piętra był duży i gruby, z krzaczastymi brwiami. Sapał, kiedy wchodził po schodach. Dojeżdżał do pracy motorem. W czarnym kasku i długim płaszczu stalowej barwy wyglądał jak Darth Vader z "Gwiezdnych wojen". Ale on już nie żył. Umarł dawno temu. Miał wylew czy atak serca. A może był tym, który się zabił na drzewie. Ewa nie pamiętała dokładnie, czy to o niego wtedy chodziło, czy o kogoś innego. Była w ostatniej klasie liceum, miała chłopaka i przygotowywała się do matury. Jej życie było ekscytujące i nie zwracała uwagi na poboczne wydarzenia.
Zaczął się zjazd i za chwilę Ewa zobaczyła tablicę wyznaczającą początek miejscowości. Zwolniła za tablicą teren zabudowany.
Chodków leżał w niecce otoczonej morenowymi pagórami. Były to piaszczyste wzniesienia uformowane przez czoło lodowca, naszpikowane kamieniami. Trafiały się sporych rozmiarów głazy narzutowe przywleczone przez lodowiec ze Skandynawii. Wzgórza wokół miasta porośnięte były sosnowymi borami, tu i ówdzie były pola. Ziemia słabej jakości. Nadawała się na żyto, owies, ziemniaki. Niektóre domy wybudowano na zboczach pagórków, skąd roztaczał się ładny widok na miasto i jezioro w dole, niebieskie w pogodne dni. Miasteczko dzieliło nieckę, która stanowiła morenę denną, z dużym i płytkim jeziorem. Niedaleko w lesie było inne jezioro, małe i wąskie, ale za to głębokie, o charakterze rynnowym. Ewa pamiętała te wszystkie szczegóły z lekcji geografii, a nie dlatego, że była specjalnie zainteresowana topografią rodzinnych okolic.
Matka Ewy mieszkała sama w trzypokojowym mieszkaniu w niedużym bloku na spokojnym osiedlu. Osiedle składało się z pięciu trzypiętrowych budynków, z których trzy ustawione były równolegle do siebie, a dwa stały naprzeciwko, prostopadle do pozostałych. Pomiędzy blokami były garaże, trawniki i małe place zabaw. Był kiosk, sklep spożywczy i punkty usługowe. Osiedle znajdowało się w idealnym miejscu. Blisko centrum, dziesięć minut piechotą od rynku, gdzie stał kościół i były sklepy, a zarazem na uboczu. Za ostatnim blokiem rozciągały się ogródki działkowe, dalej za ogródkami biegła wysokim nasypem linia kolejowa, a za torami były stawy, więc miasto nie mogło się w tamtym kierunku rozbudowywać. Według planów zagospodarowania miasta ta właśnie okolica miała pozostać cicha i zielona. Wymarzone miejsce do wychowywania dzieci, spacerów i przejażdżek rowerowych.
Gdyby Ewa nigdy nie wyprowadzała się z Chodkowa, może byłaby teraz szczęśliwa. Niekiedy przychodziła jej taka myśl do głowy. Gdyby się urodziła bez większych zdolności i została sklepową lub fryzjerką. Ale od dziecka jej wmawiano, że do czegoś dojdzie, że wyjedzie i zrobi karierę. Tak długo jej powtarzano, że jest najlepsza, iż uwierzyła, że musi być najlepsza. Ona, taka zdolna, ambitna uczennica. Prymuska w podstawówce i w liceum. Skąd mogła wiedzieć, że bycie prymuską w małym miasteczku to nie jest nic wielkiego. Była chora, kiedy nie dostała piątki, nawet z tych przedmiotów, których nie lubiła. Matura zdana celująco.
Potem przyszły studia w Poznaniu na prestiżowej uczelni. Kierunek: finanse i bankowość. Dopiero wtedy się przekonała, że na świecie aż roi się od zdolnych, ambitnych ludzi, którzy chcą osiągnąć sukces. Musiała ciężko pracować, aby utrzymać się w grupie średniaków. Zdobyła dyplom, który otwierał jej drogę do kariery, może nie wybitnej, ale mimo wszystko. Z takim dyplomem nie miała czego szukać w Chodkowie. Została w Poznaniu, znalazła odpowiednią pracę, awansowała. Wyszła za mąż i urodziła Marka, który w wieku lat siedmiu zginął w wypadku samochodowym. Rok później rozwiodła się z Szymonem. Nie mogli już ze sobą być po tym, co się stało. Ewa nie mogła.
Matka Ewy, tak jak większość ludzi, którzy nie mają konkretnych powodów, by się uskarżać, wciąż na wszystko narzekała. W młodości pracowała na poczcie, ale krótko, tylko do czasu, aż urodziła się Magda, siostra Ewy. Wtedy matka postanowiła poświęcić się dzieciom. Ewa chodziła już do szkoły i była wystarczająco samodzielna, by zadbać o siebie. Magdusię można było oddać do żłobka albo nająć opiekunkę. Potem by było przedszkole. Ojciec widział takie rozwiązanie. W końcu dzieci szybko rosną, a praca jest na całe życie. Matka przekonała go jednak, że dla dobra dzieci zostanie w domu. Poświęcenie się matki dzieciom polegało na tym, że kiedy Ewa przyszła ze szkoły, matka od razu wyfruwała z domu. Całe godziny chodziła po sklepach i odwiedzała znajomych. Ewa pilnowała siostrzyczki, karmiła ją, poiła i przewijała. Pełniła funkcję darmowej opiekunki swojej siostry. Ojciec Ewy zarabiał wprawdzie nieźle jako dyrektor techniczny Miejskich Zakładów Komunalnych, ale i tak im się nie przelewało.
Ewa była na pierwszym roku studiów, kiedy ojciec umarł na zawał serca. Ewa bardzo mocno to przeżyła. Ojciec był jej bliższy niż matka. Jako dziecko jego bardziej kochała. Matka prawie nigdy jej nie przytulała, nie całowała. Tata częściej okazywał jej miłość. Przy tacie zawsze czuła, że jest kochana. Po śmierci ojca matka dostała rentę rodzinną. Na siebie i obie córki. Ale Ewa niewiele z tych pieniędzy widziała. Matka wydzielała jej sumy niewiele większe, niż było to konieczne dla opłacenia uczelnianej stołówki i pokoju w domu studenckim. Na luksusy Ewa musiała sama zapracować w wakacje, podczas gdy matka odkładała pieniądze na czarną godzinę. Oczywiście dla siebie. Czarna godzina mogła przyjść tylko na nią. Tymczasem żyła spokojnie, bez większych problemów i poważniejszych chorób. Przy ładnej pogodzie odwiedzała grób zmarłego męża i skarżyła się na swój los.
Upłynęły lata, Magda dorosła, wyszła za mąż i wyprowadziła się na Śląsk, gdzie Jacek dostał niezłą robotę jako inżynier. W przeciwieństwie do Ewy, która mieszkała stosunkowo blisko, Magda nie mogła matki na zawołanie odwiedzać. To Ewa musiała jeździć do matki, kiedy ta czuła się źle, kiedy trzeba było umówić fachowców do naprawy lub remontu albo kiedy był już najwyższy czas porządnie wysprzątać mieszkanie, w czym matka nigdy nie celowała. Zresztą tak samo marnie gotowała. Ale najgorsze było dla niej załatwienie czegoś w urzędzie. Potrafiła trzy noce nie spać, kiedy dostała wezwanie do dokonania jakichś prostych formalności. W takich przypadkach lubiła wyręczać się Ewą, ściągając ją do siebie pod pretekstem fatalnego samopoczucia, będącego wynikiem złego stanu zdrowia i samotnej starości.
Gdyby Ewa leżała konająca w szpitalu, matce z pewnością nie odebrałoby to snu. Jakoś umiałaby sobie tę niedogodność wytłumaczyć. Być może Ewa była niesprawiedliwa, myśląc w ten sposób, ale to, że tak myślała, nie brało się znikąd. A Magda? Magda dzwoniła. Po rozmowie z młodszą córką matce poprawiał się humor.
Dla Ewy było oczywiste, że matka preferowała Magdę. Nie dlatego, że jedną córkę bardziej kochała, a drugą mniej. Ona nikogo nie kochała. Po prostu matka Magdusię wolała. Magda się z nią nie spierała, wieczne narzekania matki puszczała mimo uszu albo zbywała śmiechem, przytakiwała jej we wszystkim, nie krytykowała i nie udzielała żadnych rad. W odróżnieniu od Ewy, która miała zwyczaj doradzania matce w różnych kwestiach, co z reguły obracało się przeciwko niej. Cóż z tego, że rady Ewy były sensowne, kiedy najczęściej nie były zgodne z tym, co matka akurat miała zamiar zrobić, toteż prawie zawsze po konsultacji ze starszą córką wpadała w zły nastrój. Magda rzadko kiedy mówiła z matką o czymkolwiek serio. Była dla niej jak koleżanka, która niczego nie wymaga. Ewa starała się być dla niej córką, poważną i wymagającą córką, więc matka jej nie lubiła. Zresztą Magda też nie była dobra, bo ją zostawiła samą i wyjechała tak daleko. Postawiła męża wyżej od własnej matki.
Kiedy matka została sama, nie zamieniła mieszkania na mniejsze wbrew namowom Ewy. Wolała połowę dochodów wydawać na czynsz i inne opłaty, niż się przeprowadzać do kawalerki. Miała oszczędności na czarną godzinę z czasów, gdy dostawała rentę na córki.
Ewa zatrzymała się pod blokiem. Kiedyś ulica nazywała się Nowotki, potem przemianowano ją na Piłsudskiego, kiedy Ewa mieszkała już w Poznaniu. Na tym cichym osiedlu zamieszkałym przeważnie przez starszych ludzi bez trudu można było znaleźć miejsce do parkowania. Jeszcze jeden plus.
5 Zielona herbata po obiedzie
Ciekawe, że wcześniej ani przez chwilę nie pomyślała, że po powrocie może Pawła nie zastać w domu. Dopiero jej to przyszło do głowy teraz, gdy wracała.
W supermarkecie zaopatrzyła się w niezbędne wiktuały. Kupiła polędwicę wieprzową i wołową, drób, wędliny, ser. Owoce, warzywa, soki owocowe w kartoniku. Pieczarki i surówkę w plastikowym pojemniku. Biały riesling i czerwone cabernet. W barku była co prawda butelka czerwonego wina typu merlot, ale mogła nie wystarczyć. Piwa nie kupowała. Sama piwa nie piła i nie lubiła, kiedy mężczyźnie zalatywało z ust tym napojem. Oprócz tego przybory do golenia i męskie kosmetyki w lepszym gatunku.
Odwiedziła sklep odzieżowy dla mężczyzn, gdzie dokonała zakupu kilku zmian bielizny, skarpetek, dwóch koszul, trzech par spodni, jednej pary kapci i dwóch swetrów. Nie nastręczało jej trudności podanie rozmiarów. Paweł miał typową dla młodego mężczyzny harmonijną sylwetkę. Ewa umiała oceniać wzrost. Coś z tych rzeczy na pewno będzie pasować. Zresztą kto powiedział, że on nie może zrobić małej przepierki. W razie czego Ewa mu pokaże, jak się obsługuje pralkę.
Dosyć długo jej nie było. I nagle sobie uświadomiła, że to bardzo prawdopodobne, że Pawła już nie będzie. Całkiem logiczne. Chłopak otrzeźwiał i wykorzystał okazję, żeby bez problemów uwolnić się od wariatki. A może nie? Ktoś, kto lubi się włamywać dla sportu, kto czerpie satysfakcję z przełamywania zabezpieczeń, nie będzie uciekać, gdy drzwi są otwarte, a strażnik pojechał po sprawunki dla więźnia. W dodatku tym strażnikiem była kobieta. Nie najmłodsza, to prawda, ale i nie szpetna. Można nawet powiedzieć, że ładna, chociaż od dłuższego czasu Ewa nie robiła nic, aby swoją urodę podkreślić makijażem, fryzurą czy strojem. Kiedyś oczywiście było inaczej. Dbała o siebie i uważano ją za atrakcyjną kobietę. Jeszcze kilka lat po ślubie Szymon powtarzał, że mu się podoba. Mówił, że jest piękna.
Paweł nie zniknął. Był w domu i razem z Pucem wyszedł do przedpokoju, aby ją powitać.
- Udały się zakupy? - zapytał, odbierając od niej torby i pakunki.
A więc gra podjęta. Nie wiadomo jak się skończy, ale początek nie mógł być bardziej obiecujący.
- Kupiłam parę sztuk garderoby dla ciebie. W tamtej torbie. Możesz przymierzyć. A tu są kosmetyki i maszynka do golenia.
- Dziękuję. Wezmę prysznic.
Ewa zaczęła przygotowywać obiad. Kotlety z kurzych piersi, gotowane ziemniaki, surówka. Jedzenie proste, lekkostrawne, pożywne. Przestało padać, ale wciąż było pochmurno. Nie dało się uświadczyć nawet jednego promienia słońca.
Ogolony i wykąpany, Paweł wyglądał jeszcze młodziej. Tak świeżo. Przebrał się. Kupione przez Ewę rzeczy dobrze na nim leżały. Ewa stała przy kuchence.
- Ładnie pachnie. Co smażysz? - zapytał.
- Kotlety drobiowe. Lubisz surówkę z porów, marchwi i białej kapusty?
- Chyba tak.
Puc nie lubił surówki, ale kotlety drobiowe jadał ze smakiem. Kręcił się teraz koło nóg Ewy z podniesionym ogonem.
- Nie znam się na gotowaniu, ale mógłbym ci pomóc. Jeśli mi powiesz, co mam robić. - Paweł stanął koło niej. Pomimo smażących się kotletów Ewa czuła woń dezodorantu. Gdyby zbliżyła nos do jego twarzy, poczułaby balsam po goleniu. Ziemniaki się dogotowywały.
- Dziękuję, już prawie gotowe. Rozłóż sztućce i talerze na stole. Wyjmij wino z lodówki i otwórz. Powinno być już wystarczająco schłodzone. Riesling będzie dobry do drobiu. Kupiłam półwytrawny. Kieliszki są tam.
Paweł nakrył do stołu w jadalni i otworzył wino. Zaniósł surówkę. Ewa ugniotła ziemniaki z masłem i śmietaną. Kotlety miały chrupiącą, jasnobrązową skórkę. Zasiedli do stołu. Puc zjadł swojego kotleta sam w kuchni. Nie potrzebował do szczęścia ani świeżych warzyw ani białego wina, ani konwersacji. Potem położył się na sofie i zasnął.
- Bardzo dobre - powiedział Paweł, biorąc drugi kotlet i nalewając sobie drugi kieliszek wina. Ewa podziękowała. Wystarczał jej jeden. Jeden kieliszek wina i jeden mały kawałek mięsa. Zjadła więcej surówki.
- Cieszę się, że ci smakuje.
- Wino też jest dobre. Podobno białe wina pija się do ryby i drobiu, a czerwone do wołowiny i wieprzowiny.
- To prawda - odpowiedziała Ewa, dopijając resztę rieslinga.
- Czy to jest tylko taka kolorystyczna konwencja, czy ma to jakieś racjonalne uzasadnienie?
- To nie tylko konwencja. Przede wszystkim chodzi o smak. Pewne rzeczy pasują do siebie, tworzą harmonię smakową, uzupełniają się. Inne się ze sobą kłócą i gryzą. Dochodzi też aspekt, powiedzmy, fizjologiczny.
- Jakaś biologia, chemia? - Paweł skończył jeść i wziął ostatni łyk chłodnego, owocowo kwaskowatego wina.
- Nie pamiętam dokładnie, ale ma to coś wspólnego z trawieniem białka i tłuszczu. Inna kwasowość albo zasadowość w żołądku. Tak jak mówiłeś: chemia i biologia.
- Może tak samo jest w relacjach między ludźmi? Z fizjologicznych powodów niektórym jest ze sobą dobrze, innym nie.
- Tak. Biochemia odgrywa niemałą rolę w stosunkach międzyludzkich. Ale najważniejsze jest to, co człowiek ma w głowie.
- Ludzie, z którymi mam do czynienia, nie mają za dużo w głowie. Są monotematyczni.
Ewa się zaśmiała.
- Rozumiem, co masz na myśli. Poznałam wiele takich osób. Inteligentni, wykształceni. Posiadacze cenionych dyplomów, certyfikatów. Legitymujący się świadectwami ukończenia specjalistycznych kursów. Nowocześni, dobrze opłacani fachowcy. Ale wystarczy poruszyć temat wykraczający poza ich branżę i od razu rozmawiasz z przedszkolakiem.
Paweł pokiwał głową. Wtedy Ewa uświadomiła sobie, że mógł odebrać jej wypowiedź jako przytyk. Ale nie wyglądał na urażonego. Trzymał kieliszek za nóżkę i obracał go w palcach. W ten sposób Ewa mogłaby dyskutować ze swoim mężem. Może nawet bezwiednie powtórzyła teraz kwestię, którą dawno temu usłyszała od niego.
Szymon był przeciwnikiem specjalizacji. Twierdził, że wykształcenie powinno być wszechstronne. Ewa odpowiadała, że firmy potrzebują fachowców, a nie filozofów. W firmach nie prowadzi się uczonych dysput, tylko pracuje, by osiągnąć zysk. Szymon sceptycznie podchodził do pogoni za zyskiem. Skutek jest taki, że wszyscy chcą zarobić za wszelką cenę i nie znajdzie się mądry, który zrozumie, że nie każdy zysk się opłaca. Są zyski, które powodują niepowetowane straty. Są takie rodzaje wygranych, które prowadzą do klęski. Aby to widzieć, trzeba mieć szerokie horyzonty, których nie ma człowiek o wąskiej specjalizacji. Dlatego specjaliści potrafią tak dobrze robić złe rzeczy. Dlatego tak często zdarza im się inteligentnie robić coś, co jest głupie.
Ewa nie miała ochoty na tego typu dyskusje. Były częścią świata, który odszedł. Właściwie dobrze, że ten chłopiec miał tak mało książkowo-gazetowych mądrości do powiedzenia.
Paweł przestał się bawić kieliszkiem i sięgnął po butelkę, wpatrując się w nalepkę ze wskazówkami dotyczącymi podawania i opisem smaku rieslinga.
- To wino ma żwawość, elegancki charakter i subtelny, cytrusowy aromat - przeczytał na głos.
Roześmieli się oboje.
- Pomożesz mi zanieść naczynia do kuchni? - Ewa wstała od stołu. - Muszę pozmywać. Miałam kiedyś zmywarkę, ale się jej pozbyłam. Nieprzydatna dla jednej osoby. Tylko zagracała kuchnię.
- Ja mogę zmywać. To akurat umiem. - Paweł zerwał się na nogi.
- W porządku. Ty myj naczynia, ja będę wycierać.
Stali obok siebie. Paweł mył garnki i talerze i podawał Ewie. Ewa wycierała i odkładała naczynia na blat szafki obok zlewozmywaka, żeby później powstawiać wszystko na miejsce. Po przewietrzeniu kuchni Ewa jeszcze wyraźniej czuła przyjemny zapach świeżości bijący od Pawła. Dobrze wybrała kosmetyki. W pierwszej chwili machinalnie sięgnęła po te, których używał jej mąż. Ale wybrała inne. Nie chciała, żeby Paweł pachniał tak jak Szymon.
- Napijemy się teraz herbaty? - zaproponowała, kiedy skończyli. - Po obiedzie piję zieloną herbatę. Należy ją pić mniej więcej pół godziny po jedzeniu, aby nie hamowała przyswajania żelaza z pożywienia.
- Czytałem gdzieś, że Chińczycy piją zieloną. Chyba powinniśmy się od nich uczyć.
- Jeśli chodzi o picie herbaty, to na pewno.
Ewa piła zieloną herbatę nie tylko dla jej właściwości zdrowotnych i odchudzających. Zielona herbata poprawia metabolizm, przyspiesza spalanie kalorii. Zawarte w niej przeciwutleniacze neutralizują rakotwórcze wolne rodniki. Oczywiście to było dobre, ale równie ważny był smak i zapach. Ewie odpowiadała cierpkość naparu i jego orzeźwiająca świeżość. Trawiasty, słodko-gorzki aromat. Język i podniebienie stawały się mniej oślizłe, bardziej szorstkie, jakby wygarbowane.
Ewa wiedziała, jak ograniczyć ilość garbników, powodujących zbyt dużą gorycz. Nie zalewała liści wrzątkiem, ale czekała, aż woda lekko przestygnie. Był też sposób na pozbycie się kofeiny. Aby usunąć kofeinę, należało na kilkadziesiąt sekund zalać liście wrzątkiem, a następnie wylać wodę. Po powtórnym, pięciominutowym parzeniu gorącą, ale nie wrzącą wodą, otrzymuje się idealną zieloną herbatę: bez nadmiaru garbników i kofeiny. Łagodną, cierpkawą, rześką.
- Mogę włączyć telewizor? - zapytał Paweł, głaszcząc Puca.
- Nie teraz. Pooglądasz sobie, kiedy pójdę spać.
Ewa nie słodziła. Dawniej, kiedy obojętny był jej smak herbaty, piła słodką. Potem się odzwyczaiła od cukru. Paweł wsypał dwie łyżeczki. Do zielonej herbaty. Dwie łyżeczki cukru.
- Smakuje ci? - zapytała.
- Może być. Lepsza niż czerwona. Piłaś kiedyś czerwoną herbatę?
- Owszem. Lubię czerwoną herbatę. Ma specyficzny aromat, który nie każdemu odpowiada, ale dużo cennych właściwości.
- Czuć w niej stęchliznę. Zapach ziemi z piwnicy. Albo ściółki z obory.
- Skoro już wspomnieliśmy Chińczyków, to w czasach dynastii Tang picie czerwonej herbaty było przywilejem wyłącznie cesarza. Ten napój kojarzy się z pałacem, nie z oborą.
Paweł pieścił Puca. Powoli, delikatnie, od niechcenia. Tak się powinno dotykać kogoś, kto jest w półśnie. Kto lewituje między jawą a snem, rzeczywistością a marzeniem. Było cicho. Po szybie spływały krople deszczu. Kotu nie trzeba opowieści. Wystarczy gładzić jego wrażliwą skórę. Nakarmić i pozwolić drzemać w suchym i ciepłym. Przyszłość? Śmierć? Cel życia? Co to w ogóle za pytania?
7 Magda dzwoni do Ewy
Obudziła się wcześnie rano. Dopiero zaczynało świtać. Po cichu otworzyła drzwi i zajrzała do pokoju Marka. Paweł spał. Patrzyła na niego.
Zeszła na dół, żeby zrobić sobie śniadanie. Nakarmiła Puca. Wymieniła piasek w kuwecie. Uchyliła okno. Na osiedlu panowała cisza. Żadnego ruchu. Mieszkańcy spali. Ewa też nie miała zamiaru opuszczać domu. Była niedziela, sklepy zamknięte.
Stała przy oknie i oddychała chłodnym, mokrym powietrzem poranka, pijąc drugą filiżankę herbaty. Pachniało mżawką, trawą i liśćmi. Ewa wiedziała, że zapach świeżego powietrza tylko przez chwilę jest ciekawy. Pełen pokus i obietnic. Po wyjściu na dwór nos się przyzwyczaja i przestaje dostarczać mózgowi przyjemnych wrażeń. Jest tylko chłód i wilgoć, kurz i upał. Albo mroźny wiatr.
Poszła do piwnicy, żeby podkręcić ogrzewanie. Lubiła, kiedy w domu jest ciepło. Tak aby nie trzeba było nosić swetra. Nieraz musiała oszczędzać, kiedy miała mniej zleceń. Ogrzewanie gazowe pochłaniało duże sumy. Wówczas leżała pod kocem w niedogrzanym domu i słuchała muzyki. Albo siedziała w fotelu z nogami owiniętymi pledem, piła gorącą herbatę i czytała.
Włączyła komputer w salonie i sprawdziła pocztę. Znalazła dwa rutynowe maile związane pracą, które nie wymagały odpowiedzi. Portal randkowy przysłał maila z pytaniem, czy szuka idealnego mężczyzny. Zaśmiała się do siebie. Gdyby po drugiej stronie był człowiek, a nie automat, odpowiedziałaby, że nie, bo idealni mężczyźni są najgorsi. Kilka wiadomości program pocztowy automatycznie ocenił jako śmieci i umieścił w koszu. Ewa zajrzała tam i przekonawszy się, że ocena była słuszna, opróżniła kosz. Ciekawe, co się dzieje z wyrzuconymi z kosza śmieciami. Czy istnieje gdzieś jakieś wielkie wirtualne wysypisko?
Była ciekawa, jakie strony przeglądał Paweł, bo na pewno surfował po internecie. Lista historii była pusta. Chciało jej się śmiać z samej siebie. Hacker miałby zostawić ślady swojej aktywności? Gdyby coś takiego zrobił, to chyba naumyślnie, mając w tym jakiś cel. Nawet ona wymazywała historię przeglądarki i listę słów wpisywanych do wyszukiwarki. Pozbywała się starych maili. Regularnie korzystała z programów czyszczących, chociaż mieszkała sama i nikt niepowołany nie miał dostępu do jej komputera.
Zajrzała do swoich ulubionych witryn. Strona dla księgowych z aktualnymi przepisami i poradami. Nic nowego. Prawo zmieniało się często, ale jednak nie co tydzień. Przeczytała kilka pytań na forum i odpowiedzi ekspertów. Zapoznała się z komentarzami użytkowników. Następnie odwiedziła stronę poświęconą łuszczycy. Oprócz wielu pożytecznych informacji Ewa czerpała z tego miejsca pociechę. Świadomość, że nie ona jedna się męczy, podnosiła ją na duchu. Dzięki tej stronie zapoznała się z jeszcze gorszymi przypadkami. Mówią, że wiedza o tym, że może być gorzej, nie pomaga. To nieprawda, pomaga. Pod warunkiem że ma się do czynienia z konkretnymi ludźmi, a nie z chorym fantazjowaniem.
Było parę innych witryn, które Ewa miała w folderze ulubionych. O malarstwie impresjonistycznym, o muzyce klasycznej, o książkach. O gotowaniu i zdrowej diecie, o herbacie. Takie tam różności i drobiazgi.