Bohaterowie
Marta i Aleksander Bednarek - prowadzą kurzą fermę
Bartosz Bednarek - ich pierworodny syn (1973)
Leszek Bednarek - ich drugi syn (1975)
Joanna i Mieczysław Walewscy - rodzice adopcyjni Melanii
(on z - tłumacz języka angielskiego, ona - architekt wnętrz)
Ben Mason - dziadek Adama Majchrzaka
Zac Mason - starszy brat Bena Masona, pastor z Manchester
Emma Mason - siostra Bena i Zaca (Anglia)
Diana Potocka - bratanica Emilii Fox
Weronika Potocka - córka Diany, przyszła żona Adama Majchrzaka
Emilia Fox - ciotka Diany (mieszka w Anglii)
Oliver Fox - nieślubny syn Emilii i Bena Masona
Wanda Giffard - żona Henry'ego i serdeczna przyjaciółka Emilii
Henry Gifford - mąż Wandy, przyjaciel Bena z młodości
Nikola (Niki) - koleżanka Diany z liceum
Alex Ross - narzeczony Nikoli
Stefania - przyjaciółka Emilii i Wandy z młodości
Natalia - wnuczka Stefanii
Anna Hauser - profesorka Melanii Walewskiej z Wiednia
Sarah Berger - była skrzypaczka, gospodyni, u której zamieszkała Melania
Cloe Haris - przyjaciółka Melanii z Austrii
Sebastian Zaremba - przyjaciel Bartka, przyszły mąż Cloe
Rozdział I
Lipiec 1975 r., Trojanowice
Kobieta w zaawansowanej ciąży próbowała wyjść z auta, ale przy dość dużym brzuchu nie było to takie proste. Gdyby nie pomocna dłoń znajomego taryfiarza, zapewne siedziałaby dłużej w fotelu taksówki. Taryfiarz w tej sytuacji był bardzo pomocny.
- Ile płacę? - zapytała Marta kierowcę.
- Nic. Ten przejazd dla miłej sąsiadki będzie dzisiaj gratis.
- W takim razie zapraszam na ciepły rosołek.
- Nie, dziękuję. Mam zaraz zamówiony następny kurs. Ale następnym razem bardzo chętnie. Do widzenia, Marto.
- Zapraszam wobec tego na kolację - krzyknęła za odjeżdżającą taksówką.
Nie słyszał już. Głos silnika zagłuszył jej słowa.
**
- O, jesteś już? - zwrócił się do żony siedzący w fotelu mąż. Na jego twarzy widać było malujące się zmęczenie całodzienną pracą na fermie. - Przygotowałem rosołek, zjesz, moja droga? - mimo zmęczenia odezwał się, jak zwykle, ciepłym głosem.
- Nalej, kochanie. Pięknie pachnie. Nietrudno domyśleć się, że poświęciłeś jedną z naszych kurek - zaśmiała się szczerze Marta. Doskonale zdawała sobie sprawę, że kochany mąż przygotował naprawdę wyśmienity rosół.
- W takim razie zapraszam do stołu.
Aleksander uwielbiał swoją kuchnię, w której zawsze pięknie pachniało domowym obiadem, głównie przygotowywanym przez niego. Z wykształcenia był kucharzem.
- Zjem i jadę na fermę - oznajmił Marcie.
- Pojadę z tobą, kochanie.
- Będzie mi miło.
Jedząc rozmyślał o czekającej go pracy na fermie. Najchętniej zostałby w domu z żoną i dwuletnim synkiem, tuląc ich do siebie.
Aleksander uwielbiał dotykać białych jak len włosów swojej żony, które w codziennym świetle przypominały kłosy pszenicy. Jej włosy w promieniach słońca, które właśnie wpadały przez okno, połyskiwały tak pięknie, że Aleksander nie mógł od tego widoku oderwać oczu.
- Kocham cię, moja droga - szepnął.
- Wiem, najdroższy - odpowiedziała pewnie.
Tak bardzo mało miał dla niej ostatnio czasu, który w większości poświęcał pracy na kurzej fermie. Rosół przygotowany przez Aleksandra smakował Marcie naprawdę wyśmienicie. Zjadła go z wielkim apetytem. Gdy kończyli posiłek, przez otwarte w kuchni okno dobiegł do nich płacz dziecka.
- Chyba jakieś małe dziecko płacze - zauważył Aleksander.
Marta również usłyszała płacz. Szybko wstała, z trudem odsuwając krzesło od stołu.
- Czy ty słyszysz to, co ja? - zapytał Aleksander, ujmując bladą twarz żony w swoje dłonie.
Delikatnie wyswobodziła twarz, odwracając się w stronę pokoju, gdzie spał ich mały synek pod opieką babci.
- To na pewno nie jego głos - stwierdziła. - Idziemy do szopy! - krzyknęła dość nerwowo.
Nie czekając na odpowiedź, wyszła, podążając za głosem dochodzącym z szopy. Chwilę później klęczała przy jej otwartych drzwiach. Aleksander nie wiedział, co powiedzieć. Widok odebrał mu mowę. Płacz malutkich dzieci leżących w wiklinowym koszyku zagłuszył jego myśli. Nie mógł oderwać oczu od wyciągniętych dłoni żony, głaszczących malutkie noworodki.
- To dziewczynki - uśmiechnęła się Marta, nie spuszczając oczu z dzieci.
Zaczęła łkać ze wzruszenia. Aleksander nachylił się nisko, a na widok bezbronnych małych noworodków wzruszenie kolejny raz odebrało mu mowę. Zmrużył oczy przed oślepiającym go słońcem.
- Boże, kto je nam podrzucił?!
- Powinniśmy je chyba jak najszybciej nakarmić, na pewno są głodne. Prawda? Aleksandrze!
- W takim razie daj mi je! - ruszył w stronę domu, delikatnie trzymając kosz pod pachą.
- A to co jest? - Marta zauważyła pod główką jednej z dziewczynek złożoną kartkę. Dopiero po nakarmieniu dzieci, które zaraz zasnęły, zdecydowała się na jej przeczytanie. Wyjęła karteczką drżącą ręką, pełna obaw i nie czekając dłużej, zaczęła wolno, ale głośno czytać.
"Błagam! Proszę znaleźć moim córkom odpowiednią, dobrą rodzinę, która pokochałaby i wychowała je jak swoje. Ja, jako matka, nie mogę zająć się ich wychowaniem, chociaż bardzo tego pragnę. Jestem nieuleczalnie chora, umieram. Nie mam czasu, nie mam bliskiej rodziny, której mogłabym powierzyć ich opiekę. Ich imiona to Melania i Dominika. Data urodzenia 10 lipca 1975 r. Słyszałam o pani dobrym, głębokim sercu, dlatego zdecydowałam się zostawić je pani, droga Marto. Z całego serca za wszystko przepraszam i z góry dziękuję. M"
Po przeczytaniu tych słów Marta odetchnęła głęboko, przenosząc wzrok na męża, patrzącego na nią w skupieniu.
- Powiedz mi, moja droga, co według ciebie mamy zrobić? - zapytał. Patrzył na Martę pytającym wzrokiem. Oboje milczeli. Aleksander nerwowo zaczął pocierać twarz spracowaną dłonią. - Może powinniśmy porozmawiać z kuzynem Beniaminem? - zasugerował. - Jest policjantem, potrafi doradzić, od czego mamy zacząć.
- Masz rację, mój drogi - przytaknęła Marta.
- Aż ciężko w to uwierzyć.
Spojrzenie Marty przeniosło się na śpiące małe dziewczynki.
- Jakie niewinne i śliczne. I maleńkie. Co z nimi będzie? - powiedziała z niepokojem, pełnym obaw głosem.
Powoli, aby nie obudzić, przesunęła dłoń na jedną z nich, a po sekundzie jej delikatna dłoń dotykała główki drugiej dziewczynki. Miała smutek w oczach. Aleksander doskonale to zauważył.
- Są takie cudne i bezbronne. Chciałbym tylko, aby podczas adopcji trafiły do rodziny, która pokocha je jak swoje. Mam nadzieję, że tak się stanie - westchnął Aleksander.
Siedział przez dłuższy czas z głową opartą na dłoni. Marta przybliżyła się do stołu, gładząc głowę męża. Delikatnie dotknął brzucha żony.
- Kopie? - zapytał.
- I to jeszcze jak! - odpowiedziała, całując go w czoło.
Ponownie wpatrzyli się w dwie słodko śpiące malutkie istotki. Wówczas jeszcze nie wiedzieli, że dzieci te zostaną rozdzielone i adoptowane przez dwa różne małżeństwa.
Październik 1975 r., Kraków
Odkąd w domu państwa Walewskich pojawiła się mała, trzymiesięczna Melania, dotychczasowe życie pani Joanny i Mieczysława zamieniło się w raj. Joanna wręcz nie mogła uwierzyć, że w łóżeczku śpi upragniona córeczka. Dotychczasowe ich życie wypełniała pustka. Nie mogli mieć dzieci. Joanna miała trzydzieści pięć lat i od dawna straciła nadzieję, że doświadczy macierzyństwa. Kiedy ujrzała małą, śliczną blondyneczkę, o włosach białych jak len, leżącą w łóżeczku samotnie w dużej sali sierocińca, nie mogła oderwać od niej wzroku. Była dla niej najcudowniejszym dzieckiem na świecie. Adopcja przebiegła sprawnie. Od tego czasu córeczka była oczkiem w głowie swoich rodziców i najważniejszą istotą na świecie. Swoją małą, przysposobioną córeczkę kochali bezgranicznie.
Po latach, dorosła już Melania, była wdzięczna po stokroć swoim adopcyjnym rodzicom za jej wychowanie. Gdyby nie oni, wszystko mogłoby skończyć się dla niej zupełnie inaczej.
Rozdział V
8 lipca 1999 r., Trojanowice
W powietrzu unosił się zapach kwitnącego jaśminu i pachnących barwami lata kwiatów posadzonych i posianych ręką Marty. Wpadające promienie słońca oświetlały taras. Na swoich ulubionych, wiklinowych krzesłach w lekkiej zadumie siedzieli rodzice Bartka. Aleksander, ze swoją ulubioną fajką i matka ze swoim czasopismem, "Przyjaciółką".
- Nie mogę się doczekać przyjazdu Bartka. I tej jego dziewczyny, którą mamy poznać - dodała, nie podnosząc głowy znad gazety, lekko przy tym wzdychając. - Denerwuję się, a z drugiej strony się cieszę. Bardzo jestem ciekawa, jak wygląda wybranka naszego syna - zamyśliła się, odkładając gazetę na stolik.
- Tak swoją drogą, też jestem ciekaw. I nie ukrywam, że jestem podekscytowany. To ja może pójdę sprawdzić, jak tam moje gołąbki, może już się przypalają w piekarniku. Czujesz zapach? - zapytał Aleksander, chcąc zmienić temat.
- Idę z tobą - ochoczo odezwała się Marta.
- To świetnie, w takim razie przygotujesz do nich sos według swojego sprawdzonego przepisu, który, muszę przyznać, wychodzi ci znakomicie.
Z niecierpliwością czekali na przyjazd syna. Marta zza lekko odsuniętej firanki obserwowała drogę. Aleksander w kuchni czuł się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Uwielbiał pitrasić, gotować i eksperymentować. Trzeba jednak przyznać, że ostatnio nie miał na to zbyt wiele czasu. Dłuższe przebywanie i gospodarzenie w kuchni ograniczała praca na farmie. Nawet gdyby błagał Leszka o pomoc na niej i tak nic by nie wskórał. Leszek nie miał ani czasu ani ochoty pomagać tam ojcu. Miał inne zainteresowania. Cały swój wolny czas poświęcał koniom. Na realizację marzenia, aby stworzyć własną stadninę, musiał zarobić. To dlatego po ukończeniu technikum rolniczego wyjechał do Niemiec. - Zarobię kasę i dopiero wtedy wrócę - takie były jego ostatnie słowa przed wyjazdem. Czuł, że to marzenie jest realne i że się spełni. Starszy syn, Bartek, również nie przejawiał zainteresowania pracą na farmie. W odróżnieniu od młodszego brata, nie kochał koni. Kochał muzykę, Austrię i Wiedeń.
- Już powinni być - powiedziała Marta. - Nie wiem, dlaczego się spóźniają - smutno popatrzyła w oczy męża. W tym samym momencie przed posesję zajechało znane im auto. Podeszła powoli do okna. Nie chciała być zauważona, albo posądzona o wścibstwo. Na jej twarzy zaczęły pojawiać się ślady emocji.
- Są, są! Przyjechali! - cieszyła się jak małe dziecko.
- Cześć, mamo - Bartek przywitał się entuzjastycznie i serdecznie.
- Witaj, synku - odezwała się z równym entuzjazmem.
W progu domu stał już ojciec. Przyjazd syna i jemu sprawił ogromną radość.
- Kochani rodzice, przedstawiam wam moją dziewczynę. To jest Melania.
- Dzień dobry - Malenia wolnym krokiem podeszła do nich, podając obojgu dłoń na powitanie.
- Cieszymy się, że możemy cię poznać.
- Oj, tak, tak - dorzucił Aleksander, nie spuszczając wzroku z dziewczyny.
Marta również przyglądała się jej delikatnej twarzy, niebieskim oczom i pięknym blond lokom. Bezwiednie zerknęła na jej zadbane paznokcie i stopy w pięknych, skórzanych sandałach. W jednej chwili zamarła, a nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Czuła, jak krople potu spływają jej po skroni. Widok znamienia na lewej kostce dziewczyny odebrał Marcie mowę. W tej chwili nie miała jeszcze pewności, ale pierwsza myśl, jaka przyszła jej do głowy to ta, że Melania może być jedną z bliźniaczek, które ponad dwadzieścia lat temu zostały podrzucone w ich szopie. Było to identyczne znamię i w tym samym miejscu. - Nie, to niemożliwe - starała się odrzucić tę myśl.
Jednak ciekawość i chęć przyjrzenia się znamieniu były silniejsze. Raz jeszcze rzuciła na nie okiem z nietypowym dla niej wyrazem twarzy. Nie umknęło to uwadze Aleksandra.
- Dobrze się czujesz, Marto, coś się stało? - zapytał, widząc nienaturalne zachowanie żony.
- Wszystko w porządku - skłamała.
- W takim razie zapraszam na gołąbki, na pewno jesteście głodni.
- Bardzo chętnie spróbuję, dawno nie jadłam.
Weszli do mieszkania i usiedli przy stole.
- Po ile wam nałożyć? - krzyknął z kuchni Aleksander.
- Tak pięknie pachną, poproszę trzy - śmiało odpowiedziała Melania.
W jednej chwili poczuł do niej sympatię. Czuł, że to fajna, na luzie dziewczyna, na dodatek bardzo ładna i zgrabna.
- Jesteś pewna, że dasz radę zjeść trzy? - zapytał radośnie Bartek.
- No pewnie. Znasz mnie, lubię dobrze zjeść - odparła, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu.
Melania była osobą bezpośrednią. Swoimi słowami i uśmiechem potrafiła rozbawić wszystkich. Marta wciąż delikatnie ją obserwowała. W głębi duszy obawiała się, że jej podejrzenia co do znamienia mogą okazać się słuszne. Ta myśl wciąż ją nurtowała i nie dawała spokoju.
- Pyszne te gołąbki - stwierdziła Melania, puszczając oko do Bartka.
- Dziękuję, cieszę się, że smakuje.
Przez chwilę Melania poczuła się, jakby była w swoim rodzinnym domu w Krakowie, chociaż minęło tak niewiele czasu od chwili przyjazdu tutaj.
- Ładnie tu i miło - pomyślała, lustrując delikatnie wystrój mieszkania. - Dziękuję, że mnie tu przywiozłeś - szepnęła, nachylając się do ucha Bartka.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odparł, obdarzając Melanię uśmiechem.
Po obiedzie Melania i Bartek wyszli na spacer. Bartek chciał jej pokazać swoją małą, ale urokliwą miejscowość, położoną wśród sosnowych lasów, których zapach niósł się już z oddali. Przeszli niespełna pół kilometra, a Melania już była tym miejscem zauroczona. Oddychała tak głęboko, jakby chciała zabrać ze sobą w swoich płucach jak najwięcej tego powietrza. Słońce tego dnia grzało pięknie, oświetlając swymi promieniami wierzchołki drzew. Zatrzymała się i przymknęła nieco oczy. Czuła jak lekki wiatr delikatnie rozwiewa jej włosy i gra w nich jak muzyka. Stała tak dłuższy czas, z twarzą zwróconą ku słońcu. Bartek przyglądał się jej, w końcu podszedł, wziął jej twarz w swoje dłonie i złożył na jej ustach namiętny pocałunek.
- Tego mi było trzeba - stwierdził w myślach.
- Zrób to jeszcze raz.
Melania stała bardzo blisko niego, na tyle blisko, by czuć jego oddech. Oczy nadal miała zamknięte, a twarz oparła o jego ramię. Bliskość Melanii działała na Bartka jak woda na kwiaty. Odetchnął głęboko i powoli, delikatnie pocałował powtórnie Melanię w usta. Ten pocałunek uzmysłowił mu, mało, był tego pewien, że Melania jest jego drugą połową, na zawsze.
- Kocham cię, Melanio.
- Ja też - mówiąc to, tym razem jako pierwsza pocałowała oba policzki Bartka.
- Chodźmy już, rodzice czekają.
Po blisko dwugodzinnym spacerze wrócili do domu. Szli szczęśliwi, ciesząc się sobą. Kiedy podchodzili do zabudowań, Melania spostrzegła stojących przy szopie rodziców Bartka. Drzwi do szopy były szeroko otwarte.
- Co to za pomieszczenie?
- E, to tylko szopa. Rodzice trzymają w niej narzędzia rolnicze. Nie ma tam nic ciekawego.
Melania z werwą pomaszerowała w stronę szopy, nie zwracając na słowa Bartka większej uwagi. Bartek podążył za nią.
- Co ty tu chcesz zobaczyć? Chodźmy do domu.
- Nie. Nie wiem, ale coś mnie tu ciągnie - odparła, wchodząc do środka. Gdy weszła, usłyszała jakiś rumor. W szopie było ciemno.