Mój ojciec żył w tych niewyraźnych momentach tuż przed tym, jak każdego dnia otwierałam oczy, tkwiąc między jawą a snem.
Ceniłam te chwile, kiedy moje koszmary blakły, ale nie zostały jeszcze zastąpione ponurym cieniem rzeczywistości. Przewracałam się w jedwabnej pościeli i głęboko wdychałam znajomy zapach - róży, kadzidła, kamienia i kurzu. Leżałam w łóżku, w którym spałam każdego dnia przez piętnaście lat, w komnacie, która zawsze należała do mnie, w zamku, w którym się wychowałam, a mój ojciec, Vincent, Król Zrodzonych z Nocy, wciąż żył.
A potem otwierałam oczy i docierała do mnie nieunikniona, okrutna świadomość, a mój ojciec znów miał umrzeć.
Te sekundy między snem a przebudzeniem były najlepszym momentem całego dnia.
Natomiast moment, gdy to wspomnienie do mnie wracało, był najgorszy.
Mimo wszystko było warto. Spałam, kiedy tylko mogłam, by odzyskać te cenne sekundy. Jednakże czasu nie da się zatrzymać. Nie można zatrzymać śmierci.
Starałam się nie zauważać, że za każdym razem, kiedy się budziłam, tych sekund było coraz mniej.
Dziś rano otworzyłam oczy, a mój ojciec wciąż nie żył.
ŁUP, ŁUP, ŁUP.
Ktokolwiek pukał do drzwi, robił to ze zniecierpliwieniem, jakby próbował dłużej, niżby chciał.
Ktokolwiek pukał.
Wiedziałam przecież, kto pukał.
Nie ruszyłam się.
Właściwie nie mogłam się ruszyć, bo żal zawładnął każdym moim mięśniem. Zacisnęłam szczęki mocno, mocniej, aż zabolało; miałam nadzieję, że zęby mi popękają. Pięści wbiłam w pościel. Czułam dym - nocny ogień, moją magię, która mnie dręczyła.
Zostałam okradziona z czegoś cennego. Z tych ulotnych chwil, w których wszystko było jak dawniej.
Obudziłam się z obrazem rozczłonkowanego ciała Vincenta wciąż wyrytym w moim umyśle, ciała tak samo martwego i tak samo okaleczonego we śnie, jak i na jawie.
- Obudź się, księżniczko! - Głos był tak donośny, że nawet przy zamkniętych drzwiach rozbrzmiewał w całej komnacie. - Znam te twoje kocie zmysły. Wiem, że nie śpisz. Wolałbym, żebyś mnie wpuściła, ale jeśli będzie trzeba, to sam tam wtargnę.
Nienawidziłam tego głosu.
Szczerze nienawidziłam tego głosu.
Potrzebowałam jeszcze dziesięciu sekund, aby móc na niego spojrzeć. Jeszcze pięć...
ŁUP.
Ł...
Odrzuciłam kołdrę, zeskoczyłam z łóżka, przemierzyłam komnatę w kilku zamaszystych krokach i otworzyłam drzwi.
- Tylko spróbuj zapukać - sapnęłam - jeszcze jeden pieprzony raz.
Mój mąż uśmiechnął się do mnie, opuszczając uniesioną pięść, która rzeczywiście była gotowa uderzyć po raz kolejny.
- A oto i ona.
Nienawidziłam tej twarzy.
Nienawidziłam tych słów.
A najbardziej nienawidziłam tego, że kiedy teraz je wypowiadał, słyszałam w nich ukrytą nutę troski - widziałam, jak jego uśmieszek spływa, gdy przygląda mi się od stóp do głów, dokonując szybkiej, ale dokładnej oceny. Jego wzrok zatrzymał się na moich dłoniach, zaciśniętych w pięści po bokach, i zdałam sobie sprawę, że w jednej z nich trzymam przypalony skrawek jedwabiu.
Chciałam go użyć, by mu zagrozić, przypomnieć, że może skończyć jak ów jedwab, jeśli nie będzie ostrożny. Jednak przejaw troski na jego twarzy i uczucia, które we mnie wzbudzał, zabiły ogień w moim żołądku.
Lubiłam gniew. Był namacalny, silny i sprawiał, że czułam się potężna.
Jednak nie czułam się potężna, gdy musiałam przyznać, że Raihn - mężczyzna, który mnie okłamał, uwięził, obalił moje królestwo i zamordował mi ojca - naprawdę się o mnie troszczył.
Nie mogłam nawet spojrzeć na twarz Raihna, nie widząc na niej krwi mojego ojca.
Nie widząc, jak kiedyś na mnie patrzył, jakbym była najcenniejszą osobą na świecie, tej nocy, którą spędziliśmy razem w łóżku.
Zbyt wiele emocji. Tłamsiłam je zawzięcie, mimo że sprawiało mi to fizyczny ból, jakbym połykała brzytwy. Łatwiej nie czuć nic.
- Czego? - zapytałam. Było to beznamiętne pytanie, a nie werbalny cios, jakiego bym sobie życzyła.
Żałowałam, że zauważyłam lekkie rozczarowanie na twarzy Raihna. A nawet zmartwienie.
- Przyszedłem ci powiedzieć, abyś się przygotowała - oznajmił. - Mamy gości.
Goście?
Mój żołądek burzył się na samą myśl - myśl o staniu przed obcymi ludźmi, gdy będą gapić się na mnie jak na zwierzę w klatce, a ja będę z całych sił próbowała nad sobą panować.
Wiesz, jak kontrolować swoje emocje, żmijko - szepnął mi do ucha Vincent. Nauczyłem cię tego.
Wzdrygnęłam się.
Raihn przekrzywił głowę i zmarszczył brwi.
- Co?
Nie znosiłam, gdy to robił. Dostrzegał to za każdym razem.
- Nic.
Wiedziałam, że mi nie uwierzył. Wiedział, że ja to wiem. Drażniło mnie, że wiedział.
To również stłumiłam, aż emocje stały się tylko tępym brzęczeniem w tle, pokrytym kolejną warstwą lodu. Utrzymanie ich w takim stanie wymagało ciągłego wysiłku i byłam wdzięczna, że mogłam się na tym skupić.
Raihn wpatrywał się we mnie wyczekująco, ale się nie odezwałam.
- Co? - powiedział. - Żadnych pytań?
Potrząsnęłam głową.
- Żadnych obelg? Żadnej odmowy? Żadnej kłótni?
Mam się kłócić? - nieomal zapytałam. Wtedy jednak musiałabym zobaczyć to małe zaniepokojone drgnięcie na jego twarzy i przyjąć do wiadomości, iż rzeczywiście chce, abym się kłóciła, a w konsekwencji poczuć te skomplikowane emocje.
Ponownie potrząsnęłam głową.
Odchrząknął.
- W porządku. Proszę. To dla ciebie. - Miał przy sobie jedwabną torbę, którą teraz mi wręczył.
Nie zapytałam, co to.
- To suknia - wyjaśnił.
- W porządku.
- Na spotkanie.
Spotkanie. To zabrzmiało bardzo poważnie.
Nie obchodzi cię to - przypomniałam sobie.
Czekał, aż zapytam, ale tego nie zrobiłam.
- To jedyna, jaką mam, więc daruj sobie wszczynanie kłótni, jeśli ci się nie podoba.
Był tak żałośnie przewidywalny. Praktycznie szturchał mnie kijem, aby sprawdzić, kiedy zareaguję.
Otworzyłam torbę i spojrzałam w dół na stos czarnego jedwabiu.
Moja klatka piersiowa się skurczyła. Jedwab, nie skóra. Po tym wszystkim myśl, że miałabym przemierzać korytarze tego zamku w czymkolwiek innym niż zbroja...
Ale powiedziałam jedynie:
- W porządku.
Chciałam tylko, żeby sobie poszedł.
Ostatnio jednak Raihn nigdy nie kończył rozmowy bez długiego, przeciągłego spojrzenia, jakby miał mi wiele do powiedzenia i słowa same cisnęły się mu na usta. Za każdym pieprzonym razem.
- Co? - zapytałam, zniecierpliwiona.
Matko, czułam się, jakby moje szwy pękały, jeden po drugim.
- Ubieraj się - rzekł w końcu ku mojej uldze. - Wrócę za godzinę.
Kiedy odszedł, zamknęłam drzwi, oparłam się o nie i wypuściłam drżący oddech. Opanowanie się przez ostatnie kilka minut było męczarnią. Nie wiedziałam, jak mam to zrobić przed bandą znajomych Raihna. Na dłużej. Przez pieprzone godziny.
Nie potrafiłam.
Ale to zrobisz - szepnął mi do ucha Vincent. Pokaż im, jaka jesteś silna.
Zacisnęłam powieki. Chciałam rozkoszować się tym głosem dłużej.
Ale jak zawsze ucichł i mój ojciec znów był martwy.
Włożyłam tę głupią suknię.
Raihn się denerwował.
Żałowałam, że potrafię rozpoznać to z taką łatwością. Nikt inny tego nie zauważył. Dlaczego by mieli? Odgrywana przez niego rola była wiarygodna. Wcielał się w postać króla zdobywcy z taką samą łatwością, z jaką wcielał się w rolę człowieka w pubie, krwiożerczego zawodnika, mojego kochanka i porywacza.
Ale i tak potrafiłam go przejrzeć. Ten pojedynczy mięsień zaciskający się pod szczęką. Lekko zaszklone, zbyt czujne spojrzenie. Sposób, w jaki dotykał mankietu rękawa, jakby czuł się niekomfortowo w kostiumie, który nosił.
Kiedy wrócił do mojej komnaty, wpatrywałam się w niego, mimowolnie zbita z pantałyku.
Miał na sobie sztywną, cienką, czarną marynarkę z niebieskimi wykończeniami i pasującą szarfą na ramieniu, która rzucała się w oczy na tle srebrnych guzików i subtelnego metalicznego brokatu. Strój był bardzo podobny do innego zestawu, w którym raz go widziałam: tego, który miał na sobie na Balu Półksiężyca, tego, który zapewnił mu Księżycowy Pałac. Jednak nawet wtedy jego włosy były zmierzwione, a broda pokryta zarostem, jakby mu nie zależało. Teraz był ogolony na gładko. Jego włosy były schludne i związane tak, że odsłaniały na karku znamię dziedzica, wyłaniające się spod kołnierza. Rozpostarł skrzydła, odsłaniając jaśniejsze czerwone smugi na krawędziach i końcówkach. I...
I...
W tym momencie moje gardło zacisnęło się tak bardzo, że nie mogłam przełknąć śliny - nie mogłam oddychać.
Widok korony na głowie Raihna wbił mi szpilę między żebra. Srebrne iglice spoczywały na czerwonoczarnych falach, a kontrast między nimi był dla mnie szokujący, gdyż do tej pory widziałam ten metal jedynie na tle gładkich jasnych włosów mojego ojca.
Ostatnio widziałam tę koronę przesiąkniętą krwią, wbitą w piaski koloseum, gdy ojciec umierał w moich ramionach.
Czy ktoś przejrzał to, co pozostało z ciała Vincenta, by zdobyć tę koronę? Czy jakiś biedny sługa musiał zmyć jego krew, skórę i włosy z tych wszystkich misternych srebrnych zawijasów?
Raihn zmierzył mnie spojrzeniem.
- Ładnie wyglądasz.
Ostatnim razem, gdy mi to powiedział, na tamtym balu, przyprawiło mnie to o dreszcze - dwa słowa pełne ukrytej obietnicy.
Teraz brzmiało to jak kłamstwo.
Moja sukienka prezentowała się w porządku. Po prostu w porządku. Zwykła. Podkreślająca kształty. Lekki, starannie uszyty jedwab przylegał do mojego ciała - musiał zostać skrojony dla mnie, skoro tak dobrze pasował, choć nie miałam pojęcia, skąd znali moje wymiary. Ramiona pozostały odkryte, choć kreacja miała wysoki kołnierz z asymetrycznymi guzikami, które ciągnęły się wokół mojego boku.
W duchu byłam wdzięczna, że zakrywała moje znamię dziedzica.
Kiedy się przebierałam, unikałam patrzenia w lustro. Częściowo dlatego, że wyglądałam paskudnie. Ale także dlatego, że wprost nie znosiłam patrzeć na to znamię. Symbol Vincenta. Każde kłamstwo wyryte na mojej skórze czerwonym atramentem. Każde pytanie, na które nigdy nie dostanę odpowiedzi.
Zakrycie znamienia było oczywiście zamierzone. Jeśli miałam paradować przed jakimiś ważnymi Rishanami, oczekiwano ode mnie, że będę wyglądała tak niegroźnie, jak to tylko możliwe.
Niech zatem tak będzie.
Na twarzy Raihna pojawił się dziwny wyraz.
- Nie jest zaciśnięty. - Gestem wskazał na swoje gardło, a ja zrozumiałam, że chodzi mu o suknię. Oprócz zapięć z przodu były również guziki z tyłu, a mnie udało się zapiąć je tylko do połowy.
- Czy chcesz, bym...
- Nie - wypaliłam, ale po kilku sekundach ciszy zdałam sobie sprawę, że nie mam wyboru. - W porządku - oznajmiłam po chwili.
Odwróciłam się i pokazałam mojemu największemu wrogowi gołe plecy. Pomyślałam niechętnie, że Vincent byłby oburzony moim zachowaniem.
Ale na Matkę, wolałabym sztylet niż ręce Raihna - wolałabym poczuć ostrze niż opuszki jego palców muskające moją skórę, zdecydowanie zbyt delikatnie.
I cóż ze mnie za córka, że mimo wszystko jakaś część mnie pragnęła czułego dotyku?
Wciągnęłam powietrze i nie wypuściłam go, dopóki Raihn nie zapiął ostatniego guzika. Czekałam, aż jego ręce się odsuną, ale tak się nie stało. Jakby zastanawiał się nad powiedzeniem czegoś więcej.
- Jesteśmy już spóźnieni.
Podskoczyłam na dźwięk głosu Cairisa. Raihn się odsunął. Uśmiechnięty Cairis opierał się o framugę z lekko zwężonymi oczami i uśmiechem. Cairis ciągle się uśmiechał, jednak zawsze obserwował mnie bardzo, bardzo uważnie. Chciał mnie zabić. Ale to było w porządku. Czasami ja też chciałam być martwa.
- Istotnie. - Raihn odchrząknął. Dotknął mankietu rękawa.
Był zdenerwowany. Bardzo zdenerwowany.
Poprzednia wersja mnie, ta zakopana pod dziesiątkami warstw lodu, które umieściłam między moimi emocjami a powierzchnią skóry, byłaby zaciekawiona.
Raihn spojrzał na mnie przez ramię. Wykrzywił usta w uśmiechu, tłumiąc emocje tak samo jak ja.
- Chodźmy, księżniczko. Zróbmy im przedstawienie.
Sala tronowa została posprzątana od czasu, gdy byłam tu po raz ostatni - wymieniono dzieła sztuki i wystrój, podłogi oczyszczono z połamanych fragmentów artefaktów Hiajów. Odsłonięte zasłony ukazywały spowitą srebrem sylwetkę Sivrinaju. Było tu spokojniej niż kilka tygodni temu, w oddali od czasu do czasu majaczyły iskierki światła. Poplecznicy Raihna opanowali większość centrum miasta, ale z okna sypialni widziałam starcia na obrzeżach Sivrinaju. Hiajowie nie zamierzali poddać się bez walki - nawet przeciwko Domowi Krwi.
Pod tym całym lodem pojawiło się we mnie jakieś uczucie - może duma. Zmartwienie. Nie byłam pewna. Tak trudno było to stwierdzić.
Tron mojego ojca - tron Raihna - mieścił się na środku podestu. Cairis i Ketura zajęli miejsca za nim, pod ścianą, ubrani w swoje najlepsze stroje. Jak zwykle posłuszni strażnicy. Zakładałam, że ja też tam będę, na pojedynczym krześle.
Ale Raihn zerknął na nie, przekrzywił głowę, a potem podniósł je i postawił obok tronu.
Cairis spojrzał na niego, jakby właśnie postradał zmysły.
- Jesteś tego pewien? - powiedział na tyle cicho, że nie powinnam tego słyszeć.
- Oczywiście - odparł Raihn i odwrócił się do mnie, po czym wskazał na krzesło, samemu zajmując tron i nie dając Cairisowi szansy na protesty. Mimo to zaciśnięte usta doradcy wyrażały wszystko. Podobnie jak nieustające mordercze spojrzenie Ketury.
Jeśli miał mnie poruszyć ten pokaz... hojności, życzliwości czy czymkolwiek to miało być, to tak się nie stało. Usiadłam, nie patrząc na Raihna.
Służąca wychyliła głowę przez dwuskrzydłowe drzwi i się ukłoniła.
- Już tu są, Wasza Wysokość.
Raihn spojrzał na Cairisa.
- Gdzie on, kurwa, jest?
Jak na zawołanie w powietrzu uniósł się zapach dymu z cygaretki. Do sali wkroczył Septimus i wszedł na podium dwoma długimi, pełnymi gracji krokami. Za nim podążyły jego dwie ulubione strażniczki, Desdemona i Ilia, wysokie, smukłe kobiety, które wyglądały tak podobnie, że byłam pewna, iż są siostrami. Nigdy nie słyszałam, żeby któraś z nich cokolwiek mówiła.
- Wybacz - rzucił beztrosko.
- Zgaś to - mruknął Raihn.
Septimus prychnął.
- Mam nadzieję, że zamierzasz być bardziej uprzejmy dla własnych szlachciców.
Jednakże posłuchał - zgasił cygaretkę na własnej dłoni. Zapach dymu został zastąpiony wonią palonego ciała. Cairis zmarszczył nos.
- Uroczo - podsumował drwiąco.
- Król Zrodzonych z Nocy poprosił mnie, abym to zgasił. Wszak niegrzecznie byłoby tego nie zrobić.
Cairis przewrócił oczami i wyglądał, jakby bardzo starał się nie powiedzieć niczego więcej.
Raihn natomiast po prostu wpatrywał się w zamknięte dwuskrzydłowe drzwi, jakby potrafił przejrzeć je na wylot i dostrzec to, co znajdowało się za nimi. Jego twarz pozostawała neutralna, a nawet zarozumiała.
Ale wiedziałam lepiej.
- Vale? - zapytał niskim głosem Cairis.
- Powinien już tu być. Łódź musi mieć opóźnienie.
- Mm.
Ten dźwięk mógł być równie dobrze przekleństwem.
Tak, Raihn był bardzo, ale to bardzo zdenerwowany. Jednak jego głos brzmiał spokojnie i beztrosko, gdy powiedział:
- A zatem jesteśmy gotowi, jak mniemam? Otwórzcie drzwi. Wpuśćcie ich.