Popiół za popiół - Siobhan Vivian, Jenny Han

Reflow text when sidebars are open.
Stałam na balkonie dla chóru w kościele pod wezwaniem Najświętszej Pani Morza i przeżywałam istne katusze. Wypłakiwałam oczy, a moje łkanie było odbiciem szlochów dobiegających z dołu, gdzie zgromadzili się inni żałobnicy.
Na białym marmurowym ołtarzu zasłanym dywanem kwiatów ustawiono mosiężną urnę. Wśród kwiatów dostrzegłam róże, chryzantemy, lwie paszcze. Na środku ułożono krzyż z białych goździków, a front ołtarza zdobiły wieńce z różowymi wstążkami. Za witrażowymi oknami prószył śnieg, ale we wnętrzu świątyni roiło się od kwiatów.
Nie bardzo wiedziałam, jak tu trafiłam. Nie miałam pojęcia, jaki jest dzień tygodnia ani która godzina.
W pewnym momencie jakaś kobieta w podeszłym wieku zasiadła do stojących za mną organów i po chwili kościelną ciszę wypełniły pierwsze posępne akordy hymnu. Wszyscy żałobnicy wstali, a nawą główną w kierunku ołtarza przeszedł ksiądz w towarzystwie dwóch ministrantów niosących duże drewniane krzyże. Przez łzy widziałam moją mamę - ubrana była w czarną spódnicę ołówkową i czarny sweterek. Ledwo trzymała się na nogach. Z jednej strony podtrzymywała ją ciotka Bette, z drugiej mój ojciec.
Kiedy przetarłam oczy i wytężyłam wzrok, okazało się jednak, że to wcale nie moja mama, tylko pani Holtz. Miała takie same kręcone włosy i była równie drobna, co Rennie. Dwoje ludzi stojących po obu jej stronach wydało mi się teraz kompletnie obcych.
Po chwili zorientowałam się też, że osoba uwieczniona na wielkim zdjęciu ustawionym przy urnie to wcale nie ja. Fotografia ukazywała Rennie w cytrynowej letniej sukience na ramiączkach. Rozpuszczone loki mierzwiła jej nadmorska bryza. Miała niewinny wyraz twarzy, ale psotne spojrzenie. Wyglądała tu na piętnaście, może szesnaście lat. Nie znałam jej jeszcze, kiedy była taka młodziutka.
A więc to wcale nie mój pogrzeb, tylko Rennie.
Kościół pękał w szwach od żałobników. Zjawiło się ich tylu, że kościelni musieli dostawić dodatkowe rozkładane krzesła w bocznych nawach oraz niedaleko konfesjonałów. I to właśnie tam zauważyłam Kat. Jej ojciec stał za nią, a Pat dodawał jej otuchy, trzymając za rękę. Ramiona jej drżały, przez co domyśliłam się, że łka.
Kiedy pani Holtz mijała ławkę, w której siedzieli państwo Cho, przystanęła na chwilę i drżącą dłonią dotknęła ramienia Lillii. Chciała chyba, żeby Lillia usiadła razem z nią w pierwszym rzędzie. Lillia z początku wydawała się spłoszona jej zaproszeniem, ale po chwili zgodziła się, zachęcona przez swoją mamę.
Przechodząc, Lillia minęła Reeve'a i jego rodzinę: rodziców oraz braci, którym towarzystwa dotrzymywały ich sympatie. Wspólnie zajmowali niemal cały rząd. Reeve musiał dopiero co wyjść od fryzjera, bo miał zaróżowioną skórę na karku. Ubrany był w ten sam garnitur, w którym zjawił się na balu. Lillia nie spojrzała w jego stronę, on też nie zaszczycił jej spojrzeniem. Kiedy ze schyloną głową zajmowała miejsce w ławce, Reeve zaczął w wielkim skupieniu wertować książeczkę do nabożeństwa.
Wodziłam wzrokiem po łukach sklepienia i nawach, przypatrywałam się uważnie rzeźbom.
Rennie? Też tu jesteś?
Rozglądałam się niespokojnie, oczekując, że wreszcie zjawi się Rennie. Na próżno jednak - nie była obecna w taki sposób jak ja.
Czym zasłużyłam sobie na to, by na wieczność utkwić na wyspie Jar? Czy to kara za to, że odebrałam sobie życie? Wiedziałam już, że była to niemądra decyzja. Chciałam tylko sprawić, by Reeve pożałował tego, jak postąpił. Gdy tylko z pętlą na szyi zeskoczyłam z krzesła, zapragnęłam cofnąć czas, ale było już za późno. Czyżby Bóg nie rozumiał, że to nie moja wina? Nigdy nie targnęłabym się na swoje życie, gdyby nie Reeve. To on powinien zostać ukarany, a nie ja.
Kaznodzieja poprosił wiernych, by pochylili głowy i odmówili modlitwę. Z opuszczoną głową i zamkniętymi oczami zaczęłam żarliwie się modlić: Boże, proszę, pozwól mi opuścić to miejsce. Pozwól mi odnaleźć drogę do nieba. Wieczny odpoczynek racz mi dać panie.
Kiedy otworzyłam oczy, w kościele nie było już żywej duszy. Pogaszono wszystkie światła, wyniesiono kwiaty.
Zostałam sama.
W normalnych okolicznościach słuchałabym o tej porze z Nadią porannej audycji w radiu. Nadię naprawdę śmieszyły oklepane dowcipy opowiadane przez prowadzące i zagrana na flecie oprawa dźwiękowa audycji. Mnie te żarciki wydawały się dość wymuszone, ale za to ciekawiły mnie podawane przez prowadzące plotki ze świata gwiazd. Kiedy ogłaszano konkurs z nagrodami albo po prostu rozdawano jakieś upominki dla słuchaczy, Nadia dzwoniła do radia z obu naszych komórek jednocześnie, żeby zwiększyć szanse na wygraną.
Ale nie dzisiaj, nie pierwszego dnia w szkole po śmierci Rennie. Dlatego kiedy wiozłam nas do liceum, nie włączałam radia. Całą drogę pokonywałyśmy w ciszy przerywanej tylko przez cichutkie poskrzypywanie wycieraczek ścierających płatki śniegu z przedniej szyby.
W pewnym momencie Nadia zaczęła się wiercić na fotelu. Próbowała zdjąć puchową kurtkę bez odpinania pasa bezpieczeństwa.
- Możesz wyłączyć ogrzewanie? Zaraz się ugotuję.
Zerknęłam na deskę rozdzielczą. Nawiew powietrza faktycznie ustawiłam na maksymalną temperaturę, a do tego włączyłam ogrzewanie foteli. Zrobiłam to odruchowo, bo bez przerwy było mi zimno. Nie mogłam się rozgrzać, odkąd usłyszałam straszne nowiny.
- Przepraszam - powiedziałam.
Odszukałam wolne miejsce na parkingu pod szkołą, po czym przez dłuższą chwilę przypatrywałam się, jak uczniowie niespiesznie zmierzają do budynku liceum. Przypominało to trochę scenę z niemego filmu - nikt nie rozmawiał, nie żartował ani się nie śmiał. Ciekawe, czy szkoła kiedykolwiek otrząśnie się po tej tragedii.
Byłam pewna, że nie.
Czasami, kiedy Rennie zaszła mi za skórę, powtarzałam sobie, że nie jest wcale taka ważna, jak sądzi. Lubiłam sobie wyobrażać, że przecenia swoje wpływy w naszej szkole. Teraz jednak, kiedy jej zabrakło, stało się jasne, że faktycznie była tu kimś. Bez niej liceum wydawało się wymarłe.
- Chcesz, żebyśmy weszły do szkoły razem? - spytała Nadia, odpinając pas bezpieczeństwa.
- Nie, dam sobie radę. - Potrząsnęłam głową, a kiedy siostra sięgnęła na tylne fotele po plecak z książkami, dodałam: - Słuchaj, dzisiaj pewnie pojawią się w szkole psychoterapeuci. Mogłabyś z którymś porozmawiać, jeśli czujesz taką potrzebę. Słyszałam, że pani Chirazo jest całkiem sympatyczna.
Nadia skinęła lekko głową, po czym nieśmiało zauważyła:
- Ty też byś mogła.
- Oczywiście - przyznałam, choć tak naprawdę nie miałam ochoty na zwierzenia. Nie chciało mi się z nikim gadać. Błagałam mamę, żeby pozwoliła mi zostać dzisiaj w domu. Kiepsko spałam. Prawdę mówiąc, przez całą noc nie zmrużyłam oka. Leżałam w ciemnościach, godziny mijały, ale sen nie nadchodził.
Zanim Nadia wysiadła, chwyciłam ją jeszcze za rękaw i przytrzymałam.
- Hej, nie martw się o mnie. Czuję się dobrze - zapewniłam.
Zabrzmiało to niezbyt przekonująco - głos miałam zmęczony - dlatego uśmiechnęłam się dla lepszego efektu.
Najgorsze było to, że ludzie w szkole będą mi współczuć. Oczywiście reagowaliby inaczej, gdyby znali prawdę - gdyby wiedzieli, że przed śmiercią Rennie mnie znienawidziła. Dopuściłam się wobec niej najstraszniejszej zdrady. Kiedy zamykałam oczy, wracały do mnie obrazy z naszych ostatnich wspólnie spędzonych chwil. Rennie pokazująca Reeve'owi zdjęcia, na których uwieczniono moment, gdy dodawałam narkotyki do jego drinka podczas balu. Rennie wymierzająca mi policzek. Rennie łkająca, przepełniona nienawiścią z powodu mojej zdrady.
No i jeszcze Mary.
Na myśl o tym, że mam się z nią dzisiaj spotkać, najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Jak mam jej powiedzieć o tym, co zaszło między mną a Reeve'em? Co właściwie jej powiem? Że popełniłam błąd, ale to już przeszłość? W myślach układałam całą przemowę i powtarzałam ją niezliczoną ilość razy, ale w gruncie rzeczy nadal nie wiedziałam, jakich słów powinnam użyć.
Przechodząc przez parking, wypatrywałam samochodu Kat, nigdzie nie było go jednak widać. Wydzwaniała do mnie milion razy, ale nie odbierałam ani nie próbowałam się z nią skontaktować. Pewnie też była już na mnie wściekła.
W głębi duszy wciąż miałam nadzieję, że wszystko to okaże się tylko złym snem. W końcu obudzę się i wszystko będzie po staremu. Gdyby Rennie miała nienawidzić mnie do końca życia za to, co stało się między mną a Reeve'em w Sylwestra, trudno. Jeśli nigdy już nie zamieniłaby ze mną słowa - jakoś bym się z tym pogodziła. Byle tylko wróciła do życia.
Gdziekolwiek spojrzałam, widziałam jej twarz. Przy gablotce z pucharami na parterze, gdzie w pierwszej klasie spotykałyśmy się na przerwach, kiedy zrobiło się zbyt chłodno, by tkwić na dworze przy fontannie. Przy skrytce woźnego, gdzie zostawiałyśmy sobie liściki między lekcjami. Przy jej szafce, gdzie spotykałyśmy się w drugiej klasie.
Do oczu napłynęły mi łzy, ale nie chciałam znowu płakać.
Byłam już przy swojej szafce, gdy zobaczyłam, jak korytarzem nadbiega Ash. Przepychała się pośród uczniów, kierując się w moją stronę.
- Lil! - zawołała żałośnie, po czym rzuciła mi się na szyję, zanosząc się histerycznym płaczem. Pomyślałam wtedy z niechęcią, że zachowuje się, jakby grała w filmie o dziewczynie, która zginęła w wypadku samochodowym. Inni uczniowie przyglądali nam się z boku.
Pozwalałam, by przez długą chwilę wypłakiwała mi się na ramieniu.
- Kupię sobie sok z automatu - powiedziałam, odsuwając się od niej w końcu. - Chcesz coś?
Nie chciałam wydać się oziębła, ale prawdę mówiąc, nie miałam teraz ochoty znosić jej teatralnych wybuchów rozpaczy. Byłam już u kresu sił.
Ash potrząsnęła głową.
- Ale pójdę z tobą - oznajmiła.
- Nie, poczekaj tu. Zaraz wracam - powiedziałam, po czym cmoknęłam ją w policzek i pognałam przed siebie.
Zastanawiałam się, czy najlepszym rozwiązaniem nie byłoby po prostu ulotnić się ze szkoły i pojechać z powrotem do domu. Byłam już w połowie długości korytarza, kiedy ktoś chwycił mnie za ramię.
Alex.
- Cześć, Lil - przywitał się. - Trzymasz się jakoś?
- Tak - odparłam. Ledwo, dodałam w myśli.
Alex też nie wyglądał najlepiej. Oczy miał podkrążone, a jego brodę pokrywał lekki zarost. Przez chwilę tarł oczy, po czym rozejrzał się wkoło i powiedział:
- Przez cały czas spodziewam się, że zobaczę gdzieś Rennie. Bez niej zrobiło się tu tak... pusto. Jakby bez jej pomysłów ludzie nagle nie wiedzieli, co ze sobą począć.
Sama też tak to odbierałam. Dokładnie tak, jak to opisał. Poczułam niesamowitą ulgę, że ktoś inny doświadczał tego samego co ja. Westchnęłam, choć zabrzmiało to raczej jak jęk. Alex przytulił mnie, a ja się nie odsunęłam. Miałam wrażenie, że gdyby nie jego ramiona, osunęłabym się na ziemię.
Nie miałam pojęcia, ile - i czy w ogóle - Alex wie na temat tego, co zaszło między Reeve'em, Rennie a mną w Sylwestra. Ale teraz nie miało to znaczenia. Byłam mu po prostu wdzięczna, że przy mnie jest. Zawsze bez pytania wiedział, czego mi w danej chwili potrzeba. Mogłam na niego liczyć, nawet jeśli w tym konkretnym momencie nie zasługiwałam na pomoc.
Urwałam się z dwóch pierwszych lekcji. W końcu na trzeciej zauważył mnie szkolny ochroniarz, pan Turnshek. Paliłam akurat fajkę, schowana we wnęce pod schodami. W miejscu, gdzie kiedyś zastałam Mary, gdy uciekła przed sprawdzianem. Liczyłam, że ją tu znajdę. Przyszłam do szkoły z samego rana i czekałam na nią przy jej szafce. Ciekawa byłam, jak wytłumaczy mi, dlaczego ani razu do mnie nie przedzwoniła ani mnie nie odwiedziła. Musiała się już dowiedzieć, że Rennie nie żyje.
Ale Mary się nie pojawiła.
Pan Turnshek przypatrywał mi się w osłupieniu.
- Wiem, wiem - burknęłam, wypuszczając z płuc dym. - Mam się zameldować w gabinecie dyrektora.
Po tych słowach podniosłam się z ziemi i zgasiłam papierosa o mur. Na powierzchni pustaka został okrągły ślad po popiele.
Od kiedy Rennie umarła, wypalałam niemal dwie paczki dziennie. Praktycznie nie czułam już smaku jedzenia, a skóra na palcu środkowym i wskazującym zabarwiła mi się na żółto. Wiedziałam, że to zgubny nałóg. Wiedziałam, że powinnam rzucić, zanim na dobre się uzależnię. Powtarzałam to sobie przy każdym zapalanym papierosie.
- I to migiem, DeBrassio - ponaglił mnie pan Turnshek, krzyżując ręce na piersi.
Całkiem możliwe, że w głębi duszy chciałam, żeby ktoś przyłapał mnie na paleniu. Trudno powiedzieć. Wszystko mnie dzisiaj wkurzało. Widok zapłakanych, rozpaczających po śmierci Rennie uczniów na korytarzach. Ludzie wieszający się sobie na szyjach. Wyglądało to trochę tak, jakby nagle wszyscy poczuli, że muszą się nawzajem podtrzymywać, bo inaczej się powywracają. Tylko mi jakimś dziwnym trafem nikt nie pomagał. Większość dzieciaków z młodszych klas nie miała nawet pojęcia, że kiedyś byłyśmy z Rennie najlepszymi przyjaciółkami. Wyobrażali sobie teraz pewnie, że jej śmierć nic mnie nie obchodzi.
Albo, co gorsza, że sprawiła mi radość.
Kiedy szłam korytarzem, jakaś zdzirowata pierwszoklasistka z drużyny cheerleaderek bąknęła coś pod nosem na mój temat. Błyskawicznie odwróciłam się na pięcie i do niej doskoczyłam. Stanęłam tak blisko, że niemal dotykałyśmy się nosami, i kazałam powiedzieć mi prosto w twarz to, co szeptała za moimi plecami. Ze strachu prawie posrała się w swoje modne dżinsy.
Oczywiście ta idiotka nie mogła wiedzieć, przez co przechodzę. Ale z Lillią i Mary sytuacja wyglądała zupełnie inaczej - one doskonale wiedziały, jak blisko byłam kiedyś z Rennie. Jasne, przez ostatnie lata nauki w liceum się nie kumplowałyśmy, ale to nie znaczy, że jej śmierć guzik mnie teraz obchodziła. Ja też potrzebowałam się wygadać i wybuczeć na czyimś ramieniu. Nawiasem mówiąc, byłam ostatnią osobą, która widziała Rennie przed wypadkiem. I na krótko przed jej śmiercią zdołałyśmy się pogodzić.
W przeciwieństwie do Rennie i Lillii.
Wysłałam do Lil ze sto SMS-ów, ale na żaden nie odpisała. Pewnie razem z familią przesiadywała na chacie u matki Rennie, gdzie wszyscy opłakiwali jej śmierć. Albo zżerało ją poczucie winy, bo tamtej nocy, kiedy zdarzył się wypadek, ulotniła się z imprezy z Reeve'em. Próbowałam o tym nie myśleć, ale w sumie nie zdziwiłabym się zanadto, gdyby Lil przestała ze mną gadać. W gruncie rzeczy nie powinna się teraz wychylać. Ludzie pewnie zachodzą w głowę, dlaczego w ogóle Rennie zerwała się z własnej imprezy. A kiedy się dowiedzą, zrobi się niewesoło.
Liczyłam po cichu, że Mary nie wie jeszcze o wypadku. Ale z drugiej strony tylko przy założeniu, że jednak o nim wie, mogłam wytłumaczyć sobie jej milczenie. Rozpaczliwie musiałam się przed kimś wygadać. Kilka razy przejechałam nawet pod jej domem, nie miałam jednak odwagi się zatrzymać. Bardzo chciałam z nią porozmawiać, ale nie byłam jeszcze gotowa stawić czoła pytaniom o Reeve'a i Lillię. Niech sama Lillia się z tym zmierzy.
Pan Turnshek wypisał mi uwagę na różowej karteczce i posłał do gabinetu dyrektora. Ale zamiast tam iść, skierowałam się do pokoju pani Chirazo.
W środku zastałam terapeutów specjalizujących się w pracy z osobami pogrążonymi w żałobie. Było ich pięcioro, siedzieli przy stole, na którym stał dzbanek z kawą. Przez głośniki poinformowano dziś uczniów, że wszyscy nieradzący sobie ze śmiercią koleżanki powinni zwrócić się o pomoc do specjalistów. W gabinecie nie zastałam jednak żadnego ucznia.
Pani Chirazo wstała i ruszyła mi na spotkanie. Pozostali obrzucili mnie niechętnymi spojrzeniami znad kubków z kawą. Pewnie wiedzieli już, że niezłe ze mnie ziółko. Ale pani Chirazo nigdy nie postrzegała mnie w ten sposób.
- Kat, wszystko w porządku?
- Dałam się złapać na paleniu - oznajmiłam, pokazując jej różową karteczkę z uwagą.
- Och, Kat, czemu znów narozrabiałaś? Przecież obiecałaś niedawno, że będziesz się pilnować. Przynajmniej do czasu, aż odezwą się z Oberlin.
W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami. Co za różnica? W sumie było mi to obojętne, równie dobrze mogli mnie nawet wywalić ze szkoły. Skubiąc nerwowo paznokcie, powiedziałam:
- Kiedyś byłyśmy z Rennie najlepszymi przyjaciółkami. W sumie to przyjaźniłyśmy się, odkąd pamiętam. Zerwałyśmy znajomość dopiero, gdy poszłyśmy do liceum. Od tamtej pory zaczęłyśmy się nienawidzić.
Nagle zorientowałam się, że przy ostatnich słowach mimo woli zazgrzytałam zębami. Nie wiedziałam, co znaczy moja dziwna reakcja. Może chodziło o to, że za cholerę nie mogłam zrozumieć, jak to się stało, że Rennie Holtz, dziewczyna, która zawsze robiła wokół siebie tyle szumu, nagle przemieniła się w kupkę popiołu wsypaną do tandetnej urny.
- Nie wiedziałam o tym - przyznała pani Chirazo.
- Większość ludzi guzik obchodzi, co teraz czuję. Rozumie pani? Nikogo nie interesuje, jak znoszę jej śmierć. I prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, jak powinnam się teraz zachować. Powinnam zgrywać twardzielkę i udawać, że mam to gdzieś? A może powinnam wykrzyczeć im prosto w te zadowolone ryje, że byłam o wiele bardziej związana z Rennie niż oni? To wszystko przypomina jakieś ohydne zawody, w których wygrywa ten, kto znał ją najlepiej. I ludzie myślą, że należy mi się ostatnie miejsce, podczas gdy w rzeczywistości powinnam zająć pierwsze.
Rozejrzałam się. Moją uwagę przykuł stojący na brzeżku biurka sekretarki wazon z uschniętymi kwiatami. Nagle opanowała mnie przemożna chęć, by strącić go na podłogę. Zacisnęłam dłoń w pięść i musiałam ją przygryźć, żeby się opanować.
Pani Chirazo zauważyła chyba, w jakim jestem stanie. Po chwili poczułam, jak kładzie mi dłoń na plecach i popycha lekko do swojego biura. Kiedy znalazłyśmy się same, zamknęła za nami drzwi.
- Kat, nie przejmuj się teraz tym, co myślą inni. Nie musisz nikomu nic udowadniać - powiedziała, po czym wskazała na drzwi. - Wiesz, dlaczego żaden z uczniów nie przyszedł porozmawiać z nami o swoich uczuciach? Bo ludzie wolą opłakiwać śmierć w gronie znajomych. Chcą rozmawiać z osobami, które instynktownie rozumieją ich stratę, bo znały nieżyjącą osobę, takimi, których nie trzeba wprowadzać w temat. Powinnaś być teraz z przyjaciółmi, którzy najlepiej cię znają.
- Próbowałam. Ale obie moje przyjaciółki mnie olały.
- Spróbuj jeszcze raz - poradziła spokojnie. - Kiedy umarła twoja matka, zamknęłaś się w szczelnej skorupie. Musiało upłynąć sporo czasu, nim się otworzyłaś. I nie udałoby się to bez ludzi, którzy nie przestali w ciebie wierzyć.
Zerknęłam na okno, za którym przelatywały ptaszki. Ciekawe, ile czasu musi upłynąć, zanim znów będę normalna. Po śmierci mamy przez cały rok miałam depresję.
Po chwili pani Chirazo wstała i oświadczyła:
- Porozmawiam z dyrektorem Tortolą. Może uda mi się go przekonać, żeby w tej sytuacji przymknął oko na uwagę pana Turnsheka. Uznajmy, że po prostu popełniłaś głupi błąd. Tymczasem możesz u mnie posiedzieć tak długo, jak uznasz za stosowne. A kiedy poczujesz, że chcesz już wrócić do klasy, sekretarka wypisze ci usprawiedliwienie.
Nie czekałam zbyt długo. Akurat tyle, by napisać krótki liścik do Mary: "Hej, skontaktuj się ze mną, gdy dostaniesz tę wiadomość. Tęsknię. Mam nadzieję, że jakoś się trzymasz. K".
Wrzuciłam go do szafki Mary i w tej samej chwili zorientowałam się, że brakuje w niej kłódki.
Otworzyłam drzwiczki, pewna, że w środku znajdę jej kurtkę. Szafka świeciła jednak pustkami. Nie była po prostu posprzątana jak szafki kujonów, którzy na początek semestru układają wszystko i pucują. Szafka Mary była całkowicie pusta. Na dnie leżała tylko złożona karteczka, którą przed chwilą wrzuciłam.
Do głowy przychodziły mi tylko dwie możliwości: albo Mary zamieniła się z kimś szafkami, albo przepisała się do innej szkoły.
Nie, powtarzałam sobie, niemożliwe, żeby wyjechała z wyspy Jar, nie uprzedziwszy nas ani słowem. Nawet jeśli dotarły do niej wieści o Reevie i Lillii, nie olałaby mnie w tak chamski sposób. Wiedziała przecież, że jest dla mnie kimś ważnym. Rozumiała, że jestem jej przyjaciółką.
A w każdym razie taką miałam nadzieję.
Ludzie przynosili kwiaty do szafki Rennie i wrzucali je przez szpary. Dlatego kiedy otwierałam drzwiczki, musiałam uważać, żeby nie wyleciały na ziemię. Wewnętrzne ścianki szafki zdobiły zdjęcia drużyny cheerleaderek. Na niektórych fotografiach Rennie była z Ash, na innych z Reeve'em. Ani jedno zdjęcie nie przedstawiało jednak nas. To, na którym siedziałyśmy na plaży, zniknęło. Zrobiłyśmy je latem po ostatniej klasie gimnazjum. Ubrałyśmy się w pomarańczowe bikini i stroiłyśmy głupie miny do aparatu. Ciekawe, co Rennie zrobiła z tym zdjęciem - podarła je na strzępy czy tylko wyrzuciła? Na razie nie mogłam się zmusić do przejrzenia albumu z naszymi wspólnymi fotografiami. Zbyt mocno by to bolało.
Zabrałam się do segregowania zawartości szafki, oddzielając rzeczy osobiste Rennie od podręczników, które obiecałam zwrócić panu Randolphowi. Wyrzuciłam paczkę starych pączków, notes na spirali z zapisaną tylko jedną kartką, pół paczki starych gum do żucia i zmechaconą czarną gumkę do włosów. Kiedy w rękę wpadł mi ulubiony błyszczyk do ust Rennie i jej czarne składane lusterko, zawahałam się. Nie miałam pojęcia, czy matka Rennie, Paige, chciałaby zachować te rzeczy na pamiątkę. Pewnie nie, ale wolałam nie ryzykować. Wrzuciłam je do kartonu, który dostałam od pana Randolpha. Oprócz nich włożyłam tam też długi rozpinany sweterek, szalik i parę segregatorów.
- A już zaczynałam myśleć, że ty też umarłaś.
Odwróciłam się szybko i ujrzałam Kat. Stała z plecakiem przewieszonym przez ramię. Tłuste włosy miała związane w kok, z którego na boki sterczały pojedyncze kosmyki. Oczy miała podkrążone. Wyglądała fatalnie.
- Wybacz, to był kiepski dowcip - zmitygowała się po chwili, robiąc kwaśną minę.
- Cześć - przywitałam się. - Kat, przepraszam, że...
Przerwała mi machnięciem ręki, jakby chciała powiedzieć: "Daj spokój, nie ma o czym mówić". Od razu zrobiło mi się lżej na sercu.
- Ej, a widziałaś dziś Mary? - spytała, poprawiając plecak. Kiedy potrząsnęłam głową, powiedziała: - Zajrzałam do jej szafki, żeby zostawić liścik. I okazało się, że jest pusta. Wspominałaś jej o tym, co zaszło między tobą a Reeve'em?
- Właściwie to chciałam... - przyznałam, przygryzając wargę. - Ale ostatnio tyle się działo...
- Może Mary dowiedziała się o tym od kogoś i dlatego nas unika? - zaczęła zastanawiać się Kat, wkładając ręce do kieszeni. - A tak w ogóle to co jest grane między tobą a Tabatskym? Jesteście teraz parą?
Jej szyderczy ton sprawił, że najchętniej zwinęłabym się w kłębek i umarła.
- No coś ty! Absolutnie nie jesteśmy parą. W ogóle nic nas nie łączy.
- Lil, o nic cię nie obwiniam. Jest, jak jest. Po prostu wolę, żebyśmy były wobec siebie szczere.
Rozejrzałam się wkoło, po czym zaczerpnęłam głęboko powietrza i powiedziałam:
- Nic mnie nie łączy z Reeve'em. To był tylko jednorazowy incydent. A jeśli chodzi o was, dziewczyny, to nie jest tak, że was celowo unikam. W ostatnich dniach codziennie przesiadywałam u Paige. Wpadała też Ash i inni, próbowaliśmy nakłonić mamę Rennie, żeby coś zjadła. Jest w strasznym stanie. Bez przerwy śpi albo płacze. Naprawdę ciężko znosi śmierć córki.
- Ale przynajmniej masz wokół siebie ludzi. A ja co? Z kim, do cholery, mam się wypłakiwać? Z Patem? A może z ojcem? Oni nic nie kumają. Jasne, przykro im z powodu wypadku. Ale prawda jest taka, że nikt nie znał Ren tak dobrze jak my. - Głos jej zadrżał, kiedy wypowiedziała imię przyjaciółki.
- Przykro mi - szepnęłam.
- Trudno. Zresztą nieważne. Po prostu musiałam to z siebie wyrzucić - odparła Kat, wycierając łzy rękawem. Zazgrzytała zębami i przywołała na twarz wymuszony uśmiech. Efekt był opłakany. Na koniec śmiertelnie poważnym głosem stwierdziła: - Od razu mi lepiej.
Wyciągnęłam ręce i ją przytuliłam. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała rozmówić się z Mary. Byłam jej to winna. Zamknęłam szafkę Rennie i sięgnęłam po karton z jej rzeczami.
- Wybierzmy się do Mary - zaproponowałam.
Pojechałyśmy moim samochodem. Kiedy byłyśmy już niedaleko, Kat stwierdziła:
- Jeśli ją zastaniemy i okaże się, że nie wie o tym, co zaszło w Sylwestra między tobą a Reeve'em, może lepiej nic jej nie mów.
- Jak to? Nie mogę tego przed nią ukrywać.
- Sama stwierdziłaś, że to już przeszłość. Tylko byś ją zraniła, wywlekając te rzeczy. Nie ma sensu do tego wracać, co?
- Może masz rację - przyznałam ostrożnie. Nie zamierzałam zranić Mary. Była to ostatnia rzecz, jakiej bym chciała. A mój romans z Reeve'em to naprawdę już przeszłość. Może pomysł Kat wcale nie był taki zły.
Zaparkowałam samochód na podjeździe pod domem Mary, tuż za volvo jej ciotki. W okolicy domu leżało sporo śniegu, który gdzieniegdzie zaczynał się topić. Wyglądało to tak, jakby nikt tu od dawna nie odśnieżał. Kiedy wysiadłam z auta, pod butami zachrzęściły mi kawałki potłuczonego szkła. Wymieniłyśmy z Kat niepewne spojrzenia.
Zadzwoniłyśmy do drzwi, ale nikt nie otwierał. Przez cały czas miałam jednak dziwne wrażenie, że ktoś nas obserwuje. Coś podobnego odczuwałam, kiedy w środku nocy, gdy wszyscy domownicy już spali, schodziłam do kuchni, żeby napić się wody. Zawsze wracałam z takich nocnych eskapad pędem do swojego pokoju.
Kat zaczęła z całej siły walić do drzwi.
- Dziwne - szepnęłam.
Kat nie przestawała się dobijać, dopóki jej knykcie nie zrobiły się czerwone.
- Cholera - mruknęła, zaglądając przez okno. - Wygląda to tak, jakby przez dom przeszedł huragan.
Po chwili też podeszłam do okna i przycisnęłam nos do szyby. O Boże. Krzesła w jadalni były powywracane. Stolik niedaleko drzwi leżał na boku.
- Kat, może Mary przytrafiło się coś złego? Musimy zawiadomić policję.
- Policję? - powtórzyła bez przekonania Kat. Wykręcała szyję, próbując dojrzeć przez okno schody. - A może po prostu wejdziemy i sprawdzimy, co tu się stało?
- Przecież w środku nadal może być włamywacz! Nie wiadomo, co tam zastaniemy - protestowałam.
Po chwili chwyciłam ją za ramię i siłą zaciągnęłam z powrotem do samochodu. Następnie sięgnęłam po komórkę i zadzwoniłam na policję.
Dopiero dobre pół godziny później przyjechał radiowóz. I pomyśleć, że policja ma interweniować w nagłych wypadkach. Jasne.
Lillia wyskoczyła z samochodu i ruszyła chodnikiem na spotkanie funkcjonariuszowi, który czekał w wozie na podjeździe. Poszłam za nią, ale trzymałam się nieco z tyłu. Po chwili zobaczyłam, jak z policyjnego wozu wysiada Eddie Shofull.
- No bez jaj - jęknęłam.
Funkcjonariusz Eddie Shofull miał dwadzieścia dwa lata. Z wyglądu bardziej przypominał chłopczyka przebranego za gliniarza niż policjanta z prawdziwego zdarzenia. W liceum kumplował się z Patem. No dobra, nie tylko kumplował - jarali razem trawę. Zresztą po maturze też. W sumie Eddie jarał do momentu, aż dostał pracę w Komendzie Policji Wyspy Jar. Ojciec Eddiego był zastępcą szeryfa. A więc mieliśmy tu do czynienia z modelowym wręcz przykładem nepotyzmu.
Widząc moje rozczarowanie, Eddie spiorunował mnie wzrokiem.
- A kogo się spodziewałaś, Kat? Detektywa?
- W sumie to tak, biorąc pod uwagę, że chodzi o zaginioną osobę. A może nawet o wzięcie zakładników.
Eddie przewrócił oczami, po czym zameldował przez krótkofalówkę, że przybył na miejsce.
- Panie oficerze - odezwała się Lillia, szturchając mnie łokciem w bok - nie możemy odnaleźć przyjaciółki. Jej opiekunka ma problemy psychiczne i chciałybyśmy się upewnić, że naszej znajomej nic nie grozi.
- Kiedy ostatni raz ją widziałyście? - spytał Eddie, spoglądając ponad naszymi głowami w kierunku domu.
- Przed sylwestrem - wypaliła bez zastanowienia Lillia.
- Próbowałyście się do niej dodzwonić?
Ze zniecierpliwienia wyrzuciłam ramiona nad głowę.
- Ależ naturalnie, pacanie, że próbowałyśmy!
- Kat! - warknęła Lillia, posyłając mi ostrzegawcze spojrzenie. - Dzwoniłyśmy, ale nikt nie odbierał. Poza tym jej szafka w szkole jest pusta, a...
- Pewnie się wyprowadziła - zawyrokował policjant.
Wreszcie Lillia chyba zrozumiała, że Eddie jest skończonym kretynem. Spojrzenie, jakie mi posłała, mówiło samo za siebie.
- W takim razie może mi pan wyjaśni, dlaczego wewnątrz domu wszystko jest porozwalane, a na podjeździe leży potłuczone szkło.
Po tych słowach Lillia chwyciła Eddiego za rękę i zaprowadziła do miejsca, gdzie leżała sterta szkła. Mimo że dzień był słoneczny i wszystko było wyraźnie widać, Eddie włączył latarkę i skierował snop światła na fragmenty szkła. Parę odłamków zgniótł butem. W końcu stwierdził:
- Nie wiadomo, kiedy to zostało stłuczone. Może lata temu.
- Lata? - żachnęłam się. - Eddie, litości. Co za bzdury!
Policjant zmrużył oczy i sięgnął po mikrofalówkę.
- Słuchaj, wystarczy jeden meldunek i noc spędzicie w areszcie za niepotrzebne wzywanie patrolu i ubliżanie funkcjonariuszowi na służbie.
Lillia ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. Było jasne, że tę jego żałosną groźbę wzięła na poważnie.
- Nie chciałyśmy wydać się niegrzeczne...
- A ja chciałam! - przerwałam jej, podnosząc głos.
- Niech pan po prostu sprawdzi ten dom, dobrze? - poprosiła Lillia. - Jeśli okaże się, że nasza przyjaciółka przetrzymywana jest na piętrze i torturowana przez jej psychicznie chorą ciotkę, a pan nie przeprowadzi czynności śledczych, to panu, a nie nam, będzie groziło więzienie!
Po tych słowach skrzyżowała ramiona na piersi i wydęła usta.
Eddie zmierzył ją wzrokiem, sięgając po pałkę zawieszoną u paska.
- Dobra, rozejrzę się. A wy tu zaczekacie, aż wrócę.
Oczywiście miałyśmy inne plany. Ruszyłyśmy za Eddiem, który obszedł domostwo, kierując się na jego tyły.
- Mary, jesteś tu? - wołałyśmy.
Eddie wspiął się po schodkach na tylną werandę i zastukał pałką do kuchennych drzwi. A te w tej samej sekundzie otworzyły się na oścież.
Wymieniłyśmy z Lillią zdziwione spojrzenia, po czym bez słowa minęłyśmy Eddiego i weszłyśmy do środka.
- Wracajcie tu natychmiast! - zawołał z progu. - Mówię zupełnie poważnie, Kat! Co ty wyrabiasz?
- Mary? - zawołała Lillia. - Jesteś tu?
Z jej ust unosiły się obłoczki. Najwyraźniej ktoś wyłączył ogrzewanie. W domu było chłodniej niż na zewnątrz.
W środku panowała niezmącona niczym cisza.
I bałagan.
- To naprawdę dziwne - odezwałam się, podchodząc do kuchennego stołu.
Wyglądało to tak, jakby Mary i jej ciotka dosłownie wyparowały bez zapowiedzi. W zlewie piętrzyły się brudne naczynia. Na stole leżały talerze. Kiedy nachyliłam się nad podłogą, zauważyłam mysie odchody.
- Kat, chodź - ponagliła mnie Lillia. - Sprawdzimy, co jest na piętrze.
Eddie, pomrukując gniewnie, przekroczył w końcu próg.
- Nachodzimy czyjąś posesję bez pozwolenia - szepnął. - To niezgodne z prawem.
- Eddie, idziesz z nami czy nie?
Opatuliłam się szczelniej kurtką, po czym już we troje ruszyliśmy w głąb domu. Przemierzyliśmy korytarz, potem przeszliśmy przez duży pokój. W środku nadal znajdowało się mnóstwo rzeczy należących do rodziny Mary. Na niemal wszystkich ścianach wisiały malunki przedstawiające latarnie morskie i pejzaże marynistyczne. Na obudowie kominka stały rodzinne fotografie w ramkach. Jedna z nich ukazywała młodziutką Mary. Obok niej stało dwoje dorosłych, pewnie jej rodzice. W pierwszej chwili nie zorientowałam się, że to ona. Kiedy wspominała, że w dzieciństwie miała nadwagę, jakoś nie mogłam sobie tego wyobrazić. Teraz jednak stało się jasne, że faktycznie była puszystym dzieckiem. Miała wielkie czerwone policzki, podwójny podbródek i sterczący brzuch.
Mogłam sobie bez trudu wyobrazić, że ten drań Reeve pastwił się nad tą grubaską.
Po chwili Lillia też zwróciła uwagę na fotografię.
- Może to znak, że Mary w końcu tu wróci. Przecież nie zostawią tu tych wszystkich rzeczy, prawda?
- Możliwe - odparłam, ale jakoś nie chciało mi się w to wierzyć. Wystarczyło rozejrzeć się po pokoju, by stwierdzić, że większość rzeczy została zniszczona.
Ruszyłyśmy z Lil na górę. Eddie uprzedził nas i teraz oświetlał latarką schody, wiodące chyba na strych.
Kiedy dotarłyśmy do sypialni, zatrzymałyśmy się na progu. Łóżko było niezaścielone, z otwartej na oścież szafy ktoś powyciągał ubrania, które walały się teraz w nieładzie po podłodze. Najdziwniejsze jednak było co innego - na podłodze leżały dosłownie setki książek pootwieranych na przypadkowych stronach.
- To pewnie pokój jej ciotki - domyśliła się Lillia.
W tej samej chwili poczułam, jak ktoś kładzie mi dłoń na ramieniu.
- Nikogo tu nie ma - odezwał się Eddie, odciągając mnie z powrotem do schodów. - Wychodzimy, i to już!
- Kat, zaczekaj! - zawołała Lil. - Spójrz na to!
Wyrwałam się Eddiemu, po czym ruszyłam do miejsca, z którego dobiegał jej głos. Okazało się, że Lillia zajrzała do sąsiedniego pokoju.
Jako jedyny ten pokój opróżniono ze wszystkich rzeczy z wyjątkiem mebli. W środku została tylko komoda, pozbawione pościeli łóżko, pusty regał na książki i szafa. Podeszłam do okna i odszukałam wzrokiem miejsce, z którego kiedyś rzucałyśmy z Lillią kamieniami. Odwiedziłyśmy wtedy Mary w środku nocy i w ten sposób chciałyśmy ją zmusić, żeby podeszła do okna. Tamtej nocy opowiedziała nam o Reevie i wyznała, co jej zrobił.
- Wygląda na to, że spakowała wszystkie swoje rzeczy - stwierdziła Lillia, kręcąc głową. Najwyraźniej też nie mogła w to uwierzyć. - Wszystko wskazuje na to, że Mary faktycznie wyjechała bez pożegnania.
* * *
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, Eddie zamknął za nami drzwi, po czym sprawdził, czy na pewno je zatrzasnął. Odjechał, a ja z Lillią wróciłyśmy do samochodu. Teoretycznie też powinnyśmy zniknąć, ale jeszcze zwlekałyśmy.
- Kiedy ostatni raz widziałam Mary, sprawiała wrażenie szczęśliwej - powiedziałam. - Cieszyła się, że dałaś kosza Reeve'owi tamtej nocy, kiedy spałyśmy poza domem. A potem nie pojawiła się na imprezie sylwestrowej u Rennie. Może odnalazła już spokój ducha. Zdobyła to, na czym jej zależało, i po prostu wyjechała.
- Możliwe... - odparła Lillia, po czym z westchnieniem przekręciła kluczyk w stacyjce.
- Albo wiesz co? Po śmierci Rennie zrobiło się straszne zamieszanie. Może Mary odwiedziła nas, żeby się pożegnać, kiedy byłyśmy na pogrzebie? - zastanawiałam się na głos, zapinając pasy. - A może coś złego stało się z jej ciotką? Jej rodzice musieli przyjechać na wyspę, żeby się nią zająć, i wszystko potoczyło się tak szybko, że nie miała już czasu się z nami spotkać. Tak czy siak, założę się, że niedługo się do nas odezwie.
Mogłam wymyślić milion takich wytłumaczeń. Problem polegał na tym, że w żadne z nich sama nie wierzyłam.
Wyspa Jar wydawała się malutka, kiedy patrzyło się na nią z dachu latarni morskiej. Sprawiała wrażenie zabawkowego miasteczka pełnego zabawkowych mieszkańców. To właśnie tutaj przycupnęłam niczym mewa oczekująca na nadciągający sztorm. Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko nieba. Wszystko stąd wydawało się maleńkie: mężczyzna wyprowadzający na spacer pudla, samochód sunący Main Street, zanoszące się płaczem dziecko. Byłam zbyt daleko, bym mogła się czymś przejąć. Jakie znaczenie miały te wszystkie wydarzające się na dole rzeczy? Jakie znaczenie miało cokolwiek?
Kiedyś znalezienie się tak wysoko napawałoby mnie lękiem. Ale teraz już się nie bałam. Nie doskwierał mi nawet smutek. Opuściły mnie wszelkie uczucia.
W sumie to zabawne - za życia nigdy nie chciałam opuścić wyspy Jar. A teraz, kiedy umarłam, okazało się, że nie mogę tego zrobić. Przypomniałam sobie dzień mojego powrotu na wyspę. Zdrzemnęłam się podczas przeprawy promem i otworzyłam oczy, dopiero gdy dobiliśmy do brzegu. Ale czy w ogóle kiedykolwiek opuściłam tę wyspę? Był taki moment, kilka dni po rozpoczęciu nauki, że miałam już po dziurki w nosie Reeve'a. Zapragnęłam wrócić do mamy i taty. Spakowałam nawet walizkę i poszłam na przystań. Byłam gotowa wyrwać się z tego miejsca, ale nie mogłam. Wtedy nie rozumiałam dlaczego, ale teraz już wiedziałam.
Z jakiegoś strasznego powodu byłam więźniem tej wyspy. Kto wie, może od chwili, kiedy odebrałam sobie życie.
Chciałam się dowiedzieć, dlaczego nadal tu tkwię. Przecież Rennie po śmierci zdołała się stąd uwolnić. Ciekawe, dokąd trafiła - poszła do nieba, czy prosto do piekła? Miałam nadzieję, że mój tata jest w niebie. Był dobrym ojcem. Zasługiwał, by tam trafić. Tak bardzo chciałabym teraz przy nim być.
W pewnym momencie zaczął prószyć śnieg. Nie miałam ciepłego płaszcza, skarpet ani butów. Ubrana byłam w białą sukienkę o prostym kroju. Kiedy zamykałam oczy, mogłam niemal poczuć smagnięcia lodowatego wiatru i chłodne drobinki morskiej wody rozpylone w powietrzu. Niemal.
Myślą cofałam się do wszystkich tych miesięcy, gdy musiałam udawać, że żyję, że jestem prawdziwym człowiekiem. Tyle tylko, że wcale nie wiedziałam, że to się dzieje na niby. Sądziłam, że naprawdę żyję. Wszystko, czego doświadczałam, było bardzo realne.
Przyjaźń z Lillią i Kat wydarzyła się naprawdę. Dla nich byłam żywym człowiekiem. Nigdy dotychczas nie miałam takich przyjaciółek. Spędziłam z nimi wyjątkowy czas, bo pierwszy raz w życiu miałam wrażenie, że należę do jakiejś grupy.
Dzięki nim czułam, że naprawdę żyję. Przynajmniej przez moment.
Liczyłam, że jeśli je porzucę, wreszcie się stąd wyrwę. Mogłabym trafić do nieba, piekła, dokądkolwiek. Najważniejsze, żebym uwolniła się od tej wyspy.
W sobotę wieczorem na szkolnym dziedzińcu odbyło się czuwanie ze świecami ku pamięci Rennie. Panował przejmujący chłód, wiatr bez przerwy zdmuchiwał płomień świec, dlatego nie potrwało to długo. Kat zjawiła się wprawdzie na czuwaniu, ale szybko poszła.
Na koniec Paige, matka Rennie, zaczęła zapraszać wszystkich do siebie. Twierdziła, że podczas sprzątania galerii znalazła mnóstwo piwa i mocniejszych trunków pozostałych po sylwestrowej imprezie Rennie. A teraz chciała się ich pozbyć.
- Będziemy mogli się upić i popłakać, i powspominać Rennie. A potem wszyscy będziecie mogli się u mnie przekimać.
W tym tygodniu spędziłam u Paige już dwie noce, ponieważ jej facet musiał przypilnować swojej restauracji na stałym lądzie, a matka Rennie źle znosiła noce w samotności. Ani na chwilę nie pozwoliła mi zmrużyć oka. Była w fatalnym stanie - potrafiła zaśmiewać się histerycznie, by już chwilę potem wybuchnąć płaczem. Ale wcale nie to okazało się najtrudniejsze. Największym wyzwaniem było położenie się do łóżka Rennie. Kiedy wreszcie zasnęłam i się obudziłam, mimo woli spodziewałam się, że znajdę ją leżącą obok.
Kiedy po czuwaniu przyjechałam do jej domu, wszyscy już tam byli. Derek siedział na fotelu, z Ash na kolanach. PJ wyciągnął się na podłodze i przykrył twarz czapką. W kuchni zastałam kilka dziewczyn z drużyny cheerleaderek. Alex siedział na kaloryferze i przeglądał album ze zdjęciami. Reeve dotrzymywał towarzystwa Paige na kanapie. Paige na kolanach trzymała duży karton po butach, z którego co chwilę wyciągała kolejne pamiątki i prezentowała je Reeve'owi. Jedną z nich była maleńka biała sukienka, w którą ubrano Rennie do chrztu. Od razu się zorientowałam, że Paige jest już pijana. Reeve nie zwracał uwagi na pamiątki, zerkając na nie tylko przelotnie. Poszłam do kuchni i zrobiłam Paige kanapkę z piersią z indyka - byłam pewna, że od dawna nic nie jadła. Czułam na sobie spojrzenie Reeve'a, ale kiedy zerknęłam do pokoju, spoglądał już w inną stronę.
Gotową kanapkę położyłam na talerzu i zaniosłam Paige.
- Spróbuj coś zjeść.
Paige dała mi buziaka w policzek. Jej oddech śmierdział whisky i czymś kwaśnym.
- Jesteś moim aniołem - powiedziała, odstawiając talerz na stolik do kawy. - Planowałam kupić wam jakieś przekąski, ale kiedy wybrałam się do sklepu, miałam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią, więc szybko wyszłam.
- Jak to? - zainteresował się Alex, marszcząc brwi.
- Wszyscy rodzice z wyspy Jar uważają teraz, że jestem straszną matką - wypaliła Paige. - Wyobrażają sobie, że Rennie miała wypadek, bo piła. Ale widziałam raport policyjny i wiem, że to wcale nie było przyczyną. Podobno nie zadziałało coś w jeepie.
- Mój ojciec twierdzi, że mogłaby pani pozwać producenta - odezwała się Ashlin. - Ma pani spore szanse na wygranie sprawy w sądzie.
Paige puściła jej słowa mimo uszu.
- Poza tym wiecie przecież, że Rennie miała mocną głowę - ciągnęła. - Po ojcu. Ale ludzie wolą wymyślać niestworzone historie, żeby przedstawić mnie jako wyrodną matkę. Nigdy mnie nie lubili. Nigdy mnie nie zaakceptowali.
Przełknęłam głośno ślinę i utkwiłam spojrzenie w kolanach. Moja mama wypowiedziała niedawno kilka komentarzy w tym stylu. Dopytywała się, czy Paige ma w zwyczaju częstować nas alkoholem. Odparłam, że absolutnie nie. Bo taka była prawda. Rennie miała swoje dojścia. Ale z drugiej strony nigdy nie widziałam, żeby Paige próbowała jakoś zniechęcać córkę do picia. Tak czy inaczej, zawsze pilnowała, żebyśmy nie siadali za kierownicą po kielichu. Było jasne, że dbała o nasze bezpieczeństwo.
- Skarbie, nie chcę być wredna - powiedziała Paige, zerkając na Aleksa - ale twoja matka jest tu idealnym przykładem. Dobrze wiem, że nie miała nic przeciwko, gdy popijaliście u was w domu. Ale kiedy wypiliście coś w mojej galerii, nagle okazuje się, że jestem kobietą z marginesu.
- Przykro mi - wybąkał pod nosem Alex, oblewając się rumieńcem.
- Nie, nie, nie, skarbie. Proszę, nie przejmuj się tym. Najważniejsze, że wy, młodzi, wiecie, jaka jest prawda. Tylko to się dla mnie liczy. Dlatego musimy tego wieczoru fajnie spędzić czas, dobra? Zróbmy to dla Rennie. - Po tych słowach wskazała miejsce na tapczanie obok siebie i zwróciła się do Reeve'a: - Skarbie, zrób miejsce dla Lil.
Reeve posłusznie przesunął się na kraniec tapczanu, a ja usiadłam obok Paige.
- Popatrz tylko - powiedziała, podając mi zdjęcie Reeve'a i Rennie z przedszkola.
Oboje byli elegancko wystrojeni, bo zrobiono je pierwszego dnia w przedszkolu. Rennie miała mysie ogonki, Reeve ubrany był w kraciastą koszulę z przypinanym kołnierzykiem, brakowało mu zęba na przedzie. Mimo woli się uśmiechnęłam - wyglądali przeuroczo.
- Ale z was słodziaki - powiedziałam, podając mu zdjęcie. Uważałam przy tym, żeby nie dotknąć jego ręki.
Reeve utkwił spojrzenie w fotografii, przełknął nerwowo ślinę, po czym bez słowa oddał ją Paige.
- To dla ciebie - powiedziała, po czym wypiła łyczek drinka i dodała: - Zawsze wyobrażałam sobie, że pewnego dnia się pobierzecie.
Reeve'a jakby zmroziło. Widziałam, jak na jego twarzy odmalowało się cierpienie i poczucie winy. Wszystkie uczucia, które próbował ukrywać, nagle na krótką chwilę stały się widoczne. Krępującą ciszę przerwała Ash:
- Rennie mówiła, że jak weźmiecie kiedyś ślub, to chciałaby zdjęcie, na którym razem ze swoimi braćmi wrzucasz ją do oceanu w sukni ślubnej.
Paige zaniosła się znów szlochem, a Reeve spiorunował Ash wzrokiem.
Czułam się skrępowana, siedząc tak blisko niego. Za każdym razem, gdy się poruszył albo odezwał, serce zaczynało mi bić szybciej, traciłam oddech i nie mogłam się skoncentrować. W pewnym momencie Ash zaproponowała, żebyśmy obejrzeli nagrany kiedyś przez nas filmik z występu cheerleaderek. Poderwałam się błyskawicznie z tapczanu i poleciałam do pokoju Rennie, żeby poszukać filmu na jej laptopie. Czułam ulgę, że mogę znaleźć się w innym pomieszczeniu niż Reeve.
Usiadłam przy biurku Rennie i włączyłam komputer. W jednym z portów zauważyłam wsuniętego pendrive'a. Otworzyłam go i zaczęłam szukać zapisanych na nim filmów. Kiedy odnalazłam plik zatytułowany "Bal Jesienny", od razu zrobiło mi się gorąco. Kliknęłam na niego i po chwili moim oczom ukazały się zdjęcia z potańcówki, na których uwieczniono mnie w momencie, gdy dosypywałam narkotyki do drinka Reeve'a. Błyskawicznie przerzuciłam cały folder do kosza, po czym usunęłam jego zawartość.
- I co, Lil, znalazłaś? - dobiegło wołanie Ash z sąsiedniego pokoju.
- Jeszcze nie! - odkrzyknęłam. Próbowałam nadać głosowi naturalne brzmienie, stłumić przepełniające mnie poczucie winy i wstręt do samej siebie.
- Pospiesz się!
Wpisałam jeszcze hasło "Bal jesienny" i przeszukałam twardy dysk na wypadek, gdyby Rennie zrobiła zapasowe kopie pliku. Kiedy jednak nic nie znalazłam, zaczęłam się pomału uspokajać.
Wróciłam do dużego pokoju i oznajmiłam:
- Nie znalazłam tego filmiku.
Ash zrobiła załamaną minę.
- No to chyba już nigdy go nie obejrzymy - zauważyła ponuro.
Potem zrobiło się cicho. Paige poszła do swojego pokoju, żeby się położyć. A my wszyscy zostaliśmy na swoich miejscach w przedłużającym się niezręcznym milczeniu.
- Hej, a co powiecie na grę alkoholową? - odezwała się w końcu Ash. - Nazwiemy ją... "A pamiętacie jak?". Każdy będzie musiał opowiedzieć jakieś wspomnienie związane z Rennie. A jeśli pozostali będą je kojarzyli, będą musieli się napić. Albo... jeśli nie będą go pamiętali.
- Świetny pomysł - pochwaliłam, wstając.
Przyniosłam kubeczki dla wszystkich. Ash poszła do kuchni, gdzie w kartonie czekały trunki z galerii. Po chwili wróciła z butelką wódki o smaku cynamonowym.
Jako pierwszy wspominał Alex.
- Pamiętacie, jak Rennie próbowała mnie namówić, żebym wydepilował sobie brwi? - spytał, wywołując ogólną wesołość.
- Chyba nawet umówiła ci wizytę w jakimś salonie kosmetycznym - zastanowiła się Ash, zanosząc się śmiechem.
- Dokładnie tak było. Chyba w salonie pielęgnacji paznokci - przypomniał sobie Alex. - Dzięki Bogu w porę się zorientowałem, że żartuje.
Wszyscy unieśliśmy kubeczki i wychyliliśmy ich zawartość. Zaraz potem zrobiłam dolewkę.
- A pamiętacie, jak Rennie włamała się do pokoju nauczycielskiego i zwinęła ulubiony kubek do kawy pani Penfeld? - spytała Ash. - Ten z kotem w sweterku w romby!
I znowu wszyscy musieli wypić.
Wszyscy z wyjątkiem PJ-a.
- Niemożliwe - stwierdził, otwierając szeroko usta.
- Ależ tak - zapewniła Ash. - Przynosiła go potem na imprezy, nie pamiętasz?
PJ potrząsnął głową.
- O rany, Rennie Holtz miała jaja - stwierdził.
Uśmiechałam się, ale równocześnie moje myśli galopowały, bo zbliżała się moja kolej na podzielenie się wspomnieniem, a nic nie przychodziło mi do głowy. Znałam niezliczoną ilość historyjek związanych z Rennie. Miałam wrażenie, jakby całe moje życie na wyspie Jar kręciło się wokół niej, a mimo to nie umiałam teraz przywołać w pamięci nic konkretnego. Zaczynałam wpadać w panikę i zbierało mi się na płacz.
- Twoja kolej - odezwał się Alex, wskazując brodą Reeve'a.
- Ja spasuję - stwierdził Reeve, wzruszając ramionami.
Ash próbowała naciągnąć go, by podzielił się z nami jakimś wspomnieniem, ale Reeve był uparty. Im bardziej Ash nalegała, tym bardziej zamykał się w sobie. Widziałam, że ze zdenerwowania napina mięśnie. Jeszcze chwila, a wstanie i wyjdzie z pokoju. Posłałam Ash ostrzegawcze spojrzenie, żeby dała mu już spokój.
- PJ, no to ty coś opowiedz - odezwałam się i już po chwili PJ opowiedział o tym, jak to Rennie zakradła się do męskiej toalety. Wszyscy nagrodzili go śmiechem, napięcie zostało rozładowane. W pewnym momencie ja i Reeve spotkaliśmy się wzrokiem. Od razu się zorientowałam, że jest mi wdzięczny za to, że wybawiłam go z kłopotu. Zanim nadeszła moja kolej, wymknęłam się do łazienki. Wróciłam dopiero, kiedy byłam pewna, że wspomina następna osoba.
* * *
Po północy goście zaczęli się rozchodzić. Niektórzy padli i spali już w dużym pokoju i sypialni Rennie. Zaczęli wcześnie popijać i teraz morzył ich już sen. Ja wylądowałam na noc w łóżku Paige razem z nią i Ash. Obie już spały, ja jednak leżałam rozbudzona w ciemności. W końcu wstałam i uchyliłam drzwi do przedpokoju.
W salonie telewizor był włączony. Reeve krzątał się po pokoju, zbierając śmieci do worka. Przyglądałam mu się przez chwilę i nagle poczułam w sercu ukłucie tęsknoty. Już miałam się do niego odezwać, kiedy z kuchni wyłonił się Alex. Cofnęłam się szybko do sypialni Paige, żeby mnie nie zauważyli.
- Jak się trzymasz? - spytał Alex.
- W porządku - odparł Reeve nieco zdziwionym tonem.
- Ej stary, przecież wiem, że ci na niej zależało - nie dawał za wygraną Alex. Umilkł na chwilę, po czym dodał: - Jestem jeszcze na ciebie wkurzony za to, że dobierałeś się do Lil...
- To już przeszłość - przerwał mu Reeve.
Zrobiło mi się przykro, ale Reeve miał rację.
- Gdybyś chciał kiedyś pogadać, to wal śmiało - powiedział Alex.
Zapadło długie milczenie. Wstrzymywałam oddech w nadziei, że Reeve otworzy się jednak przed Alexem, który jako jedyny z nas wiedział, jak z nim rozmawiać. Dla Reeve'a zawsze liczyło się tylko zdanie Alexa, no i Rennie.
- Nie ma takiej potrzeby - odparł opryskliwie Reeve. - Ale dzięki.
Wypuściłam wstrzymywane w płucach powietrze.
- No dobra - rzucił Alex, a chwilę potem usłyszałam, jak ktoś opuszcza mieszkanie.
Wysunęłam się wtedy z pokoju Paige, sądząc, że to Reeve wyszedł. Myliłam się.
Kiedy stanęłam na progu dużego pokoju, uniósł na mnie spojrzenie.
- O, cześć - rzucił zaskoczony.
- No hej - odparłam, po czym szybko zajęłam się szukaniem plastikowych kubków po alkoholu.
Przez długą chwilę pracowaliśmy w milczeniu. Kiedy już niewiele pozostało do sprzątnięcia, usłyszałam jakiś dziwny, stłumiony dźwięk. Obejrzałam się i zobaczyłam Reeve'a, odwróconego do mnie plecami. Ramiona mu drżały. Płakał.
Zmroził mnie ten widok. W pierwszej chwili nie wiedziałam, jak powinnam się zachować. W końcu, odwracając wzrok, powiedziałam:
- Idź już, ja zajmę się resztą.
Reeve zaczerpnął przez łzy powietrza, po czym sięgnął po płaszcz.
- Do widzenia, Cho - powiedział i ruszył do drzwi.
I dopiero kiedy wyszedł, ja też wybuchnęłam płaczem.